Geniusze Strategii - John Lewis Gaddis

Reflow text when sidebars are open.
Zdaję sobie sprawę, że niektórzy mogą zrobić wielkie oczy na widok tytułu książki[1]. Wielu jednak obrało podobną formę przede mną, jak niedawno mój kolega po fachu Timothy Snyder z wydziału historii na Uniwersytecie Yale (O tyranii), a w odległych czasach Seneka (O krótkości życia). Największym niepokojem napawają mnie wielbiciele Carla von Clausewitza, do których sam się zaliczam. Opublikowane już po jego śmierci O wojnie wyznaczyło standardy dla wszystkich kolejnych dzieł traktujących o tej tematyce, a także jej oczywistego rozwinięcia, wielkiej strategii. Cel, jaki przyświecał mi podczas pracy nad tą książką, to dążenie do bardziej zwięzłego ujęcia tematu - w tym Clausewitz nigdy nie był dobry: moja - choć o ponad połowę krótsza - obejmuje większy wycinek historii niż O wojnie.
Książka ta powstała na bazie doświadczeń z wielką strategią, które rozdziela dwadzieścia pięć lat. Pierwsze to zajęcia Strategy and Policy (Strategia i polityka), które prowadziłem w Naval War College[2] od 1975 do 1977 roku, w okolicznościach opisanych pod koniec drugiego rozdziału. Druga to współprowadzenie seminarium Studies in Grand Strategy (Studia z wielkiej strategii) na Uniwersytecie Yale, odbywającego się każdego roku, począwszy od 2002 roku aż do dziś. Oba zajęcia zawsze w większym stopniu opierały się na klasycznych tekstach i studiach przypadków z historii niż na teorii. Trwające jeden semestr seminaria w Newport były jednak skierowane głównie do oficerów w połowie swojej kariery wojskowej. Dwusemestralny kurs w Yale zrzesza studentów pierwszego i drugiego stopnia oraz szkół podyplomowych, a także każdego roku aktywnie służącego podpułkownika wojsk lądowych i Korpusu Piechoty Morskiej[3].
Oba kursy są dziełem wspólnego wysiłku: zwykle każdą część seminarium w Newport prowadzą jeden cywil i jeden wojskowy, z kolei w Yale proporcje są różne. Wraz z moimi kolegami Charlesem Hillem i Paulem Kennedym stworzyliśmy trio uczęszczające na wszystkie zajęcia, podczas których prowadziliśmy między sobą spory w obecności studentów, a na osobności każdy z nas udzielał im rad (często bardzo odmiennych). O dziwo, nadal żyjemy w zgodzie i jesteśmy bliskimi przyjaciółmi.
Inauguracja w 2006 roku Brady-Johnson Program in Grand Strategy pozwoliła nam włączyć do kursu praktyków: byli to David Brooks, Walter Russell Mead, John Negroponte, Peggy Noonan, Victoria Nuland, Paul Solman, Jake Sullivan oraz Evan Wolfson. Kurs przyciągnął także pracowników z innych wydziałów Yale: Scotta Boormana (Socjologia), Elizabeth Bradley (dawniej pracowniczka School of Public Health, dyrektorka programu Brady-Johnson w latach 2016-2017, aktualnie rektor Vassal College), Beverly Gage (Historia oraz począwszy od 2017 roku dyrektor programu Brady-Johnson), Bryana Garstena (Politologia i Nauki Humanistyczne), Nuno Monteirę (Politologia), Kristinę Talbert-Slagle (Epidemiologia i Zdrowie Publiczne) oraz Adama Tooze'a (dawniej pracownika wydziału historii, obecnie wykładowcę na Uniwersytecie Columbia).
Od wszystkich dużo się nauczyłem, co sprawia, że jeszcze bardziej czuję się zobowiązany do podjęcia próby opowiedzenia o tym, czego się nauczyłem. Nauka odbywała się w sposób nieformalny, impresyjny i w pełni idiosynkratyczny: jedyne, za co moi nauczyciele ponoszą odpowiedzialność, to skierowanie mnie na ścieżki, gdzie nie mogli już kontrolować moich kroków. Ponieważ doszukuję się wzorów w czasie, przestrzeni i skali[4], zrezygnowałem z ram ograniczających metody porównawcze czy nawet swobodną wymianę myśli: co jakiś czas zatem św. Augustyn utnie sobie pogawędkę z Machiavellim, a Clausewitz z Tołstojem. Wyobraźnia tego ostatniego okazała się najbardziej pomocna w trakcie pracy; spośród innych autorów należy wymienić Wergiliusza, Shakespeare'a oraz F. Scotta Fitzgeralda. Często sięgałem także do myśli Sir Isaiaha Berlina[5], z którym zetknąłem się podczas mojej wizyty na Uniwersytecie Oksfordzkim w latach 1992-1993. Mam nadzieję, że nie miałby nic przeciwko określeniu go mianem wielkiego stratega. Z pewnością by go to rozbawiło.
Mój agent, Andrew Wylie, oraz mój redaktor, Scott Moyers, pokładali większą wiarę w tę książkę niż ja sam, gdy zabierałem się do pisania. Praca z nimi ponownie okazała się przyjemnością, podobnie jak współpraca ze zgranym zespołem redakcyjnym wydawnictwa Penguin: Ann Godoff, Christopherem Richardsem, Mią Council, Matthew Boydem, Bruce'em Giffordsem, Deborah Weiss Geline oraz Julianą Kiyan.
Szczególne podziękowania kieruję do studentów studiów licencjackich z Yale uczęszczających w semestrze zimowym 2017 roku na moje seminarium "Lisy i jeże", którzy poddali ocenie każdy z rozdziałów tej książki, a są to: Morgan Aguiar-Lucander, Patrick Binder, Robert Brinkmann, Alessandro Buratti, Diego Fernandez-Pages, Robert Henderson, Scott Hicks, Jack Hilder, Henry Iseman, India June, Declan Kunkel, Ben Mallet, Alexander Petrillo, Marshall Rankin, Nicholas Religa, Grant Richardson, Carter Scott, Sara Seymour, David Shimer oraz Jared Smith. Pomocą służyli mi również doświadczeni asystenci badawczy: Cooper D'Agostino, David McCullough III, Matthew Lloyd-Thomas, Campbell Schnebly-Swanson oraz Nathaniel Zelinsky.
Nasze wykłady o wielkiej strategii od samego początku popierali rektorzy Uniwersytetu Yale - Richard Levin i Peter Salovey - podobnie jak Ted Wittenstein, ich specjalny asystent i jeden z naszych pierwszych studentów. Wicedyrektorzy w International Security Studies oraz programu Brady-Johnson: Will Hitchcock, Ted Bromund, Minh Luong (już nieżyjący), Jeffrey Mankoff, Ryan Irwin, Amanda Behm, Jeremy Friedman, Christopher Miller, Evan Wilson oraz Ian Johnson, pomagali nam utrzymać właściwy kurs, podobnie jak pracownicy, z którymi dzieliliśmy rezydencję przy 31 Hillhouse: Liz Vastakis, Kathleen Galo, Mike Skonieczny oraz Igor Biryukov. A także moja żona, Toni Dorfman, nauczycielka, badaczka, mentorka, aktorka, dramatopisarka, reżyserka sztuk i barokowych oper, krytyczka tekstów i redaktorka, szefowa kuchni, słuchaczka nocnych zwierzeń oraz miłość mojego życia, która już od dwudziestu lat (!) jest dla mnie opoką i ostoją pod każdym względem.
Dedykacją pragnę także uhonorować dwóch wielkich dobroczyńców naszego programu oraz jednego światłego doradcę: ich wizja, wspaniałomyślność oraz nieustannie udzielane dobre rady - zwłaszcza abyśmy "uczyli zdrowego rozsądku" - służyły nam za przystań, kompas oraz statek, którym wypłynęliśmy na szerokie wody.
JLG
New Haven, Connecticut
jesień 2017 roku
Rozdział 1
Jest rok 480 p.n.e. Miejsce - Abydos, miasto położone po azjatyckiej stronie Hellespontu, gdzie cieśnina zwęża się do zaledwie niecałych dwóch kilometrów szerokości. Rozgrywającej się sceny nie powstydziłaby się żadna hollywoodzka produkcja złotej ery kina. Kserkses, Król Królów, zasiada na tronie na wzniesieniu, z którego będzie mógł obserwować grupujące się armie, złożone, jak przekazuje nam historyk Herodot, z ponad półtora miliona ludzi. Nawet gdyby była to jedna dziesiąta tej liczby, co jest bardziej prawdopodobne, to i tak liczebność armii nie ustępowałaby rozmiarowi sił ekspedycyjnych Eisenhowera biorących udział w operacji D-Day w 1944 roku. Obecnie cieśniny Dardanele nie spaja żaden most, lecz Kserkses dysponował dwoma: jeden spoczywał na 360 połączonych łodziach, drugi na 314, oba ustawiono zaś ukośnie, aby napięcie wytrzymało wiatry i prąd morski. Wcześniejszy most został bowiem rozerwany przez sztorm, a władca w swej wściekłości nakazał ściąć budowniczych i wychłostać oraz napiętnować morze. Gdzieś na dnie cieśniny, po dziś dzień podobno spoczywają żelazne kajdany, które Kserkses na dokładkę rozkazał cisnąć do wody.
Jednak tego dnia morze jest spokojne, a Kserkses zadowolony. Spokój zostaje jednak zakłócony nagłym płaczem, którym zanosi się król. Jego doradca i stryj Artabanos pyta go o powody niespodziewanych łez. "Zgromadziły się tu tysiące ludzi - odpowiedział król - a za sto lat nikt nie pozostanie przy życiu". Artabanos pociesza swego władcę, przypominając mu, że nieszczęścia mogą uczynić życie nieznośnym, a śmierć przynieść ulgę. Kserkses przyjął to ze zrozumieniem, lecz wysunął żądanie: "Wyjaw mi najszczerszą prawdę". Mianowicie, czy Artabanos bez wahania poparłby całe przedsięwzięcie - drugą inwazję Persów na Grecję w ciągu dekady - gdyby obaj nie doświadczyli przerażającej wizji? Tym razem to Artabanos odpowiada drżącym głosem: "Pełen jestem obaw i nie dość się opanowałem".
Kserksesa dwukrotnie nawiedziły wizje po tym, jak Artabanos odwiódł go od zemszczenia się za upokorzenie, jakiego Dariusz, jego ojciec, doznał od Greków dziesięć lat wcześniej pod Maratonem. Niczym w scenie z Hamleta - choć odegranej dwa tysiąclecia wcześniej - zjawa, o królewskim obliczu i ojcowskim usposobieniu, postawiła następujące ultimatum: "Jeśli natychmiast nie rozpoczniesz wojny [...], wtedy równie szybko, jak urosłeś w siłę i potęgę, znów staniesz się maluczki". W pierwszej chwili Artabanos zbył śmiechem znaczenie snu, na co Kserkses przybrał go w swe szaty i nakazał spędzić noc w królewskim łożu. Zjawa znów się pojawiła, a na Artabanosa padł tak potworny strach, że zbudził się z krzykiem i z miejsca zaczął nakłaniać króla do nowej inwazji. Kserkses wydał rozkazy i potężna armia zebrała się w Sardes, gdzie w ofierze złożono tysiąc wołów w ruinach Troi, po czym ruszyła nad Hellespont, nad którym rozciągnięto już mosty, i szykowała się do ich przekroczenia, kiedy to król po raz ostatni zezwolił swemu stryjowi na podzielenie się wątpliwościami, jeśli nadal jakieś go nękały.
Artabanos, pomimo swych koszmarów, nie mógł się pohamować. Przeciwnicy, z jakimi przyjdzie się zmierzyć, ostrzegał, to nie tylko Grecy, aczkolwiek oni też są groźnymi wojownikami: to także ziemia i woda. Marsz wokół Morza Egejskiego będzie wiódł przez tereny, które nie wyżywią tak licznej armii. Nie starczy też portów, by schronić okręty na czas sztormu. Wyczerpanie, a nawet głód, mogą dać o sobie znać, jeszcze zanim wywiąże się pierwsza bitwa. Rozważny dowódca "lęka się i myśli o każdym możliwym wypadku, lecz w chwili czynu jest odważny". Kserkses wysłuchał cierpliwie tych słów, ale z dezaprobatą stwierdził, że "gdybyś chciał przy każdej nowej sprawie wszystko możliwe bez różnicy uwzględniać, niczego byś nigdy nie dokonał. Lepiej jest na wszystko się ważyć i połowy niepowodzeń doznać, niż wszystkiego naprzód się lękać i nigdy nic nie ucierpieć [...]. Wielkie bowiem rzeczy zwykło się osiągać przez wielkie niebezpieczeństwa".
To przesądziło sprawę. Kserkses odesłał Artabanosa, aby objął rządy nad obecnym imperium, sam zaś skupił się na podwojeniu jego rozmiaru. Król wznosił modły do Słońca, prosząc o siłę, by mógł podbić nie tylko Grecję, lecz całą Europę. Drogę przed mostami usłano gałązkami mirtu. Kapłanom nakazał palić kadzidła. Następnie uhonorował Hellespont, wlewając do morza obiatę i wrzucając do wody złotą czarę, w której zmieszał ofiarę oraz miecz. Przeprawa stała teraz otworem, a jej pokonanie miało zabrać siedem dni i siedem nocy. Gdy Kserkses postawił stopę na europejskim brzegu, oniemiały z wrażenia świadek miał spytać, dlaczego Zeus przywdział szaty perskiego króla i przybył na czele "wszystkich mieszkańców świata?". Czyż bóg nie był w stanie samodzielnie zniszczyć Grecji?[1]
I
Dwa tysiące czterysta dziewiętnaście lat później pewien oksfordzki wykładowca zrobił sobie przerwę w konsultacjach, aby udać się na zabawę. Liczący sobie wówczas trzydzieści lat Isaiah Berlin urodził się w Rydze, dorastał w Petersburgu, a potem, doświadczywszy w wieku ośmiu lat rewolucji październikowej, uciekł z rodziną do Wielkiej Brytanii. Tam rozwinął skrzydła, opanował nowy język, przedzierając się przez gąszcz akcentów, które już na zawsze go oplotły, z powodzeniem zdał egzaminy wstępne do Oksfordu i jako pierwszy Żyd w historii został przyjęty w szeregi All Souls College[2]. Do 1939 roku został już wykładowcą filozofii w New College (założonym w 1379 roku) i zniechęcił się do pozytywizmu logicznego (zgodnie z którym nic nie ma sensu, dopóki nie jest to stale weryfikowane) oraz w pełni cieszył się urokami życia.
Jako błyskotliwy rozmówca o umyśle chłonącym idee jak gąbka, Berlin z radością witał każdą okazję, w której mógł zabłysnąć i nauczyć się czegoś nowego. Podczas rzeczonej imprezy - nie wiadomo dokładnie, kiedy się odbyła - napotkał Juliana Edwarda George'a Asquith, 2. hrabiego Oksfordu i Asquith, kończącego wówczas filologię klasyczną w Balliol College. Lord Oksford natrafił na intrygujący fragment z dzieła greckiego poety Archilocha z Paros. Jak wspomina Berlin, brzmiał on następująco: "Lis zna się na wielu rzeczach, za to jeż na jednej, wielkiej rzeczy"[3].
Ustęp ten zachował się jedynie we fragmencie, zatem kontekst dawno został utracony. Na dłuższą chwilę pochylił się jednak nad nim renesansowy uczony Erazm z Rotterdamu[4], a w ślad za nim poszedł Berlin. Czy mógł być to schemat do klasyfikowania wielkich pisarzy? Jeśli tak, to Platon, Dante, Dostojewski, Nietzsche i Proust byliby jeżami. Arystoteles, Shakespeare, Goethe, Puszkin i Joyce to zaś niewątpliwie lisy. Podobnie jak Berlin, który nie ufał wielkim rzeczom - jak pozytywizmowi logicznemu - a czuł się swobodnie otoczony małymi[5]. Druga wojna światowa odciągnęła uwagę Berlina od jego czworonogów, do których powrócił w 1951 roku i wykorzystał przy pisaniu eseju o pojmowaniu historii u Tołstoja. Tekst ukazał się dwa lata później w postaci krótkiej książki Jeż i lis.
Jeże, wyjaśniał Berlin, "sprowadzają wszystko do jednej, centralnej wizji", w której ramach "wszystko, czym są i co robią ma znaczenie". Dla odmiany lisy "zmierzają do rozlicznych celów, często niezwiązanych, nawet sprzecznych ze sobą, a jeśli w ogóle jakoś pokrewnych, to tylko jakby de facto". Różnica była prosta, bynajmniej jednak nie błaha: ofiarowuje "perspektywę, w której można postrzegać i porównywać zjawiska, stanowi punkt wyjścia do rzetelnej analizy". Może i nawet odzwierciedla "jedną z największych różnic, jakie dzielą pisarzy i myślicieli, a być może ludzi w ogóle".
Światło, które rzucił Berlin, nie rozjaśniło jednak zbyt wiele poza myślą Tołstoja. Ten wielki człowiek pragnął być jeżem, jak twierdził Berlin: Wojna i pokój miała ukazać prawa rządzące historią. Tołstoj był jednak zbyt uczciwy, by przymknąć oczy na dziwactwa charakterów oraz przypadkowość okoliczności, które wymykają się takim uogólnieniom. Tym samym też myślenie lisa w niespotykany sposób przepełniło jego arcydzieło, hipnotyzując czytelników, którzy radośnie pomijali rozmyślania na temat historii w duchu jeża rozsiane po całej książce. Jak podsumowuje Berlin, targany sprzecznościami Tołstoj zmarł jako "zrozpaczony starzec, któremu nikt już pomóc nie może, oślepiony własnymi rękami wędrowiec [Edyp] błąkający się po Kolonie"[6].
Gdyby uznać to za biografię, byłoby to nadmierne uproszczenie. Tołstoj faktycznie zmarł na zapomnianej stacji kolejowej w 1910 roku w wieku osiemdziesięciu dwóch lat po tym, jak porzucił swój dom i rodzinę. Wątpliwe jednak, że powodem był żal wywołany niedomkniętymi wątkami w wydanej przed dekadami Wojnie i pokoju[7]. Trudno też odgadnąć, czy Berlin przywołał Edypa powodowany jakimś głębszym zamiarem niż tylko chęcią zakończenia swego eseju dramatycznym akcentem. Może i zbyt dramatycznym, gdyż nasuwa się myśl, że różnice między lisami a jeżami są nie do pogodzenia. Jesteś jednym albo drugim, zdawał się mówić Berlin. Nie można łączyć w sobie obu i być szczęśliwym. Czy skutecznym. Czy w ogóle stworzyć całości.
Berlin nie krył tym samym zdziwienia - lecz też szelmowskiej uciechy - gdy jego stworzenia zyskały rozgłos, i to na długo, zanim mógł im w tym pomóc internet. Zaczęto odwoływać się do nich w publikacjach. Karykatury z ich wizerunkami stały się oczywiste dla odbiorców[8]. Z kolei w salach uniwersyteckich profesorzy zaczęli pytać swych studentów: "X [jako dowolna historyczna lub literacka postać] był lisem czy jeżem?". Studenci zaczęli pytać swych wykładowców: "Lepiej [w dowolnym okresie] być jeżem czy lisem?". Wszyscy zaś zachodzili w głowę: "Gdzie, na tej skali, znajduję się ja?". Następnie zastanawiali się: "Czy dobrze mi w tym miejscu?". I wreszcie: "Kim jestem w ostatecznym rozrachunku?".
Za sprawą spotkania w Oksfordzie, fragmentu wiersza Archilocha i epopei Tołstoja Berlin odkrył dwa najlepsze sposoby, by unieśmiertelnić swoją myśl. Po pierwsze, być enigmatycznym, co do perfekcji opanowały rozsiane po historii wyrocznie. Po drugie, być niczym Ezop: ukazać swe idee pod postacią zwierząt, co zapewni im nieśmiertelność.
II
Herodot, żyjący między latami 80. i 20. V wieku p.n.e., mógł się zetknąć ze spostrzeżeniem Archilocha (ok. 680-645) na temat lisów i jeży. Przywołuje poetę w innym miejscu, niewykluczone zatem, że czytał wiersz - o ile przetrwał do jego czasów - gdzie po raz pierwszy pojawiły się dwa zwierzęta[9]. Nawet jeśli nie, to i tak trudno czytać relację Herodota o Artabanosie i Kserksesie w Hellesponcie i nie widzieć w doradcy niespokojnego lisa, a w monarsze niewzruszonego jeża.
Artabanos podkreśla koszty - poświęconej energii, nadwątlonych zasobów, zagrożeń logistycznych, osłabionego morale i wszystkiego, co może pójść nie tak - przeprawiania licznej armii przez jakikolwiek teren czy wodę. Sukces będzie okupiony zbyt dużym ryzykiem. Czy Kserkses nie dostrzega, że "bóg razi gromem" tych, którzy chcą wyrosnąć ponad miarę, podczas gdy ci skromni "wcale go nie drażnią"? Lepiej ściągnąć mosty, rozwiązać armię i odesłać wszystkich do domu, proponuje Artabanos, gdzie najgorsze, co może ich spotkać, to kolejne złe sny.
Kserkses, który płacze nad tymi, co za sto lat będą martwi, patrzy na świat szerzej i w dłuższej perspektywie. Skoro ceną za życie jest śmierć, to dlaczego nie uczynić go pamiętnym, ponosząc znacznie mniejsze koszty? Dlaczego Król Królów miałby nie być wart zapamiętania? Ujarzmiwszy Hellespont, władca nie potrafi już się zatrzymać. Mosty muszą go dokądś doprowadzić. Wielcy dowódcy zabrali ze sobą to, co niezbędne, by wszystko poszło po ich myśli, a nawet jeśli będzie odwrotnie, to i tak nie pokrzyżuje to planów. "Bóg tak zrządza, a wiele z tego, co my sami wykonujemy, wychodzi nam na dobre"[10].
Artabanos trwożył się przed potęgą natury, wiedząc, że ukształtowanie terenu może zarówno pomóc, jak i przeszkodzić armii, że morza nigdy nie są w pełni we władaniu flot je przemierzających, że żaden śmiertelnik nie jest w stanie przewidzieć pogody. Dowódcy muszą zrozumieć, że teatr działań nie zawsze będzie zgodny z ich oczekiwaniami, a wybór danej taktyki będzie podyktowany aktualnymi okolicznościami. Dla odmiany Kserkses przekształca środowisko. Wodę przemienia w (mniej lub bardziej) twardy grunt, dzięki przerzucaniu mostów przez Hellespont. Twardy grunt z kolei wypełnia woda, gdy na jego rozkaz półwysep Athos przecinają kanały - "tak kazała mu pycha", jak zauważa Herodot - aby okręty nie musiały płynąć naokoło[11]. Króla nie martwi to, co będzie musiał zaakceptować, gdyż zrówna z ziemią wszystko, co stanie mu na drodze. Ufność pokłada zaś jedynie w boskiej opatrzności, która przydała mu tak wielkiej siły.
Krótkowzroczny Artabanos widzi tak wiele na pierwszym planie, że sama złożoność jest już dla niego przeciwnikiem. Dalekowzroczny Kserkses dostrzega jedynie odległy plan, na którym to ambicje wyznaczają możliwości: prostota służy za pochodnię rozjaśniającą ścieżkę, którą podąża. Artabanos stale zmienia zdanie. Jego ciągłe wolty, tak jak w przypadku Odyseusza, mają doprowadzić go do celu. Kserkses, przekraczając Hellespont, staje się Achillesem. Dopóki nie zapisze na wieki swego imienia w opowieściach sławiących jego czyny, nie osiągnie swego celu[12].
Tym samym, ten lis i jeż nie znajdą wspólnego języka. Ponieważ jego rady zostały zlekceważone, Artabanos udaje się na wschód od Abydos i znika również z kart dzieła Herodota, który więcej o nim nie wspomina. Kserkses rusza na zachód, a wraz z nim jego armia, flota i uwaga historyka jego wyprawy[13], a także przyszłych kronikarzy perskiej inwazji. Hellespont, oddzielający dwa kontynenty, wyznacza również granicę między dwoma sposobami myślenia, które jako pierwszy ukazał Archiloch, następnie spopularyzował Berlin - a wysiłek myśli nauk społecznych z drugiej połowy XX wieku nadał jeszcze wyrazistsze ramy.
III
Pragnąc doszukać się źródeł dokładności i niedokładności w prognozowaniu, amerykański psycholog polityczny Philip E. Tetlock razem ze swoim asystentem zebrali 27 451 prognoz dla światowej polityki z lat 1988-2003 pochodzących od 284 "ekspertów" związanych z uniwersytetami, rządem, think tankami, fundacjami, międzynarodowymi instytucjami oraz mediami. Pełna tabel, wykresów i zestawień danych, wydana w 2005 roku książka Tetlocka Expert Political Judgement stanowi podsumowanie najbardziej wnikliwego badania w historii, szukającego odpowiedzi na pytanie, dlaczego niektórzy trafnie odczytują przyszłość, a inni nie.
"To, kim byli eksperci - ich doświadczenie zawodowe, pozycja itd. - ani na jotę nie robiło różnicy", podsumowuje Tetlock. "Podobnie jak to, co eksperci myśleli - czy byli liberałami czy konserwatystami, realistami czy instytucjonalistami, optymistami czy pesymistami". Aczkolwiek "to, jak ci eksperci myśleli - ich sposób rozumowania - już miało znaczenie". Dopiero gdy ukazano ekspertom definicję "lisów" i "jeży" ukutą przez Berlina, a następnie nakazano im się przyporządkować do jednej z grup, dała o sobie znać krytyczna zmienna. Wyniki były jednoznaczne: lisy okazały się znacznie sprawniejszymi prognostykami niż jeże, których wyniki zbliżały ich do rzucającego lotkami (i prawdopodobnie będącego symulacją komputerową) szympansa.
Tetlock, zaskoczony takim obrotem sprawy, zamierzał odkryć, co odróżniało jego lisy od jeży. W swoich przewidywaniach lisy opierały się na intuicyjnym "łączeniu w całość różnorodnych źródeł informacji", nie wywodziły zaś dedukcyjnie swych twierdzeń z "wielkich schematów". Nie wierzyły, że "mglista dziedzina, jaką jest polityka", kiedykolwiek "będzie obiektem badań precyzyjnej nauki". Najlepsze lisy "cechował samokrytyczny sposób myślenia", który "nie pozwalał żadnej myśli wznieść się ponad krytyczny osąd". Były jednak zbyt dyskursywne - ze zbyt wielkim oddaniem chciały uściślić swe twierdzenia - aby podtrzymać zainteresowanie. Gospodarze programów telewizyjnych rzadko zapraszali ich ponownie. Decydenci byli zbyt zajęci, żeby słuchać ich wywodów.
Z kolei jeże Tetlocka stroniły od samokrytyki i odrzucały krytycyzm. Śmiało przedstawiały całościowe wyjaśnienia i "wybuchały poirytowane, gdy ktoś ich nie rozumiał". Kiedy ich intelektualne wykopki stawały się za głębokie, po prostu kopały jeszcze głębiej. Wpadały "w sidła własnych, z góry przyjętych osądów" i bezsilnie trwały w okowach samozadowolenia. Ich hasła były chwytliwe, lecz nie miały wiele wspólnego z tym, co przynosiła ze sobą przyszłość.
Wszystko to skłoniło Tetlocka do przedstawienia "teorii dobrego osądu": mianowicie, że "samokrytyczni myśliciele lepiej radzą sobie ze sprzecznymi dynamikami ewoluujących wydarzeń, z większą ostrożnością podchodzą do swoich zdolności przewidywania, z większą precyzją przywołują popełnione błędy, które z kolei rzadziej usprawiedliwiają, a raczej są skłonni w porę uaktualnić swoje przekonania i - w wyniku kumulatywnej siły tych przewag - zająć lepszą pozycję, by wyłożyć realne założenia, gdy znów przyjdzie im przewidywać przyszłość"[14]. Krótko mówiąc, lisy radzą sobie lepiej.
IV
Sprawdzianem dobrej teorii jest jej zdolność do tłumaczenia przeszłości, gdyż jedynie wtedy możemy zaufać jej przewidywaniom na temat przyszłości. Przeszłość Tetlocka wyznaczają jednak piętnastoletnie ramy jego eksperymentu. Herodot pozwala zastosować odkrycia Tetlocka - wprawdzie bez czujnej kontroli badań - do epoki znacznie bardziej odległej od naszej. Co ciekawe, nawet taka przepaść czasowa pozwala z powodzeniem je zaaplikować.
Przekroczywszy Hellespont, Kserkses ruszył dalej, przekonany, że wielkość armii i splendor jego świty sprawią, że wszelki opór będzie daremny: "Gdyby nawet wszyscy Hellenowie i reszta mieszkających na zachodzie ludzi razem się zebrała, nie będą zdolni oprzeć się mojemu najazdowi, jeśli nie będą zgodnie współdziałać". Wszystko toczyło się po jego myśli, gdy pokonywał Trację, Macedonię i Tesalię, lecz przemarsz siłą rzeczy był bardzo powolny.
Jego armia liczyła tylu ludzi, że żołnierze wypijali całą wodę z rzek i jezior, zanim wszystkie oddziały zdążyły się przeprawić na drugą stronę. Lwy (wciąż spotykane w tamtych czasach na Peloponezie) polowały na wielbłądy dźwigające jego zapasy. Z kolei kulinarne żądania Kserksesa przekraczały możliwości nawet tych bardziej usłużnych Greków: jeden był wdzięczny, że król jada tylko jeden posiłek dziennie, gdyż jeśli jego miasta musiałyby zapewnić śniadanie rozmiaru obiadów, jakich żądał Kserkses, jego mieszkańcy musieliby uciec lub "najgorzej wśród wszystkich ludzi ulec zagładzie"[15].
Kserkses nie mógł także przekształcić całej rzeźby terenu. Aby wkroczyć do Attyki, Persowie musieli przejść przez wąski przesmyk termopilski, gdzie spartiaci pod wodzą Leonidasa - zwołani na szybko i znacznie ustępujący przeciwnikowi pod względem liczebności - powstrzymywali najeźdźców przez kilka dni. I choć Leonidas wraz ze swoim elitarnym oddziałem "trzystu" poległ, to ich odmowa złożenia broni unaoczniła Kserksesowi, że nie mógł się dalej opierać wyłącznie na zastraszaniu, by zyskać to, czego pragnął. W tym samym czasie sztormy, które późnym latem rozpętały się na Morzu Egejskim, niszczyły jego flotę, podczas gdy Ateńczycy, na rozkaz swojego stratega Temistoklesa, ewakuowali miasta. Tym samym Kserkses stanął przed identycznym dylematem co Napoleon pod Moskwą w 1812 roku: co zrobić, gdy zdobyło się pożądane miasto po to tylko, by odkryć, że zostało opuszczone, a pogoda powoli zaczyna się załamywać?
Król Królów wycofał się, w typowy dla siebie sposób siejąc jeszcze większy terror. Spalił Akropol, po czym wzniósł kolejny tron na szczycie kolejnego wzniesienia górującego nad kolejnym akwenem, by na własne oczy ujrzeć ostateczny triumf, który zapewni mu resztka jego floty. Dym unoszący się z najważniejszej świątyni Ateńczyków z pewnością osłabiłby ducha obywateli miasta służących jako wioślarze. Jednak nie w Zatoce Salamińskiej, nie wśród dobrze wyszkolonych załóg trirem pokrzepionych słowami wyroczni delfickiej, która zapewniła, że "drewniane mury", jak można się domyślać pływające, zapewnią bezpieczeństwo. Kserkses tym samym był świadkiem, jak Grecy posyłają jego flotę na dno i dobijają ocalałych, których nikt wcześniej nie nauczył pływać. Królowi pozostało jedynie poniewczasie zaakceptować radę swego stryja i wrócić do domu[16].
Temistokles przyspieszył odwrót władcy, rozsiewając plotki, że następnym celem działań Ateńczyków miały być mosty ustawione w cieśninie Hellespont. Przerażony Kserkses zamierzał się czym prędzej przedostać na drugi brzeg, pozostawiając swoją wyzutą z ducha armię własnemu losowi. Grecy rozbili ją następnie pod Platejami, lecz dalszą karę, siłą wyobraźni, miał już wymierzyć dramaturg. Persowie, wystawieni po raz pierwszy osiem lat po bitwie pod Salaminą, ukazują załamanego Kserksesa, z trudem powracającego do swojej stolicy, gdzie dochodzą go lamenty wznoszone przez tych, którzy niegdyś go wychwalali - wybrzmiewa wśród nich także napomnienie spokorniałego ducha Dariusza: "jesteś śmiertelny, nie przekraczaj miary"[17].
Spisując swoje Dzieje Herodot wykorzystał dzieło Ajschylosa[18]. Czy posłużyło mu również przy opisie snów - przywołując marę senną Dariusza zamiast jego ducha - które w pierwszej kolejności skłoniły Kserksesa do ruszenia przez Hellespont? Co do tego nie ma pewności: mary to zagadkowe istoty. Puśćmy jednak na chwilę wodze fantazji i wyobraźmy sobie, że ta zjawa, nieważne, czyim będąc posłańcem, wykorzystując swoje nadnaturalne zdolności, wydobyła z przyszłości ostrzeżenie profesora Tetlocka, że lisy często mają rację, a jeże plotą bzdury, po czym wróciła w przeszłość i przekazała je posępnemu Królowi Królów.
V
Inwazja Kserksesa na Grecję była wczesnym, ale spektakularnym przykładem zachowania w stylu jeża. Bycie Królem Królów to nie przelewki: jeśli Kserkses potrafił zebrać największą armię w historii, przemieniając równocześnie wodę w ziemię nad Hellespontem i ziemię w wodę na półwyspie Athos, to co mogło przerastać jego możliwości? Czemu nie rzucić się po zdobyciu Grecji na podbój całej Europy? Czemu nie sprawić, pytał sam siebie w pewnym momencie, by "ziemia perska graniczyła z eterem Zeusa"?[19]
Kserkses nie zdołał jednak w typowy dla jeży sposób skutecznie powiązać swoich celów ze środkami. Cele żyją bowiem tylko w wyobraźni, mogą być nieskończone: jak tron na księżycu, z którego rozciąga się piękny widok. Środki jednak są nieubłaganie ograniczone: to ludzie na polu walki, okręty na morzu i oddziały, które trzeba zaaprowizować. Jeśli cokolwiek ma się udać, cele i środki muszą ze sobą współgrać. Nigdy jednak nie można traktować ich wymiennie.
Granice możliwości Kserksesa wyznaczały jedynie jego aspiracje. Liczył, że wszystko pójdzie po jego myśli i nic gorszego go nie spotka. Żył wyłącznie teraźniejszością, odgradzając się od przeszłości, która skrywa doświadczenia, oraz od przyszłości, gdzie czai się nieznane[20]. Gdyby Kserkses pojął te różnice, zrozumiałby, że jego armia i flota za nic nie przetransportowałyby sprzętu niezbędnego do podboju samej tylko Grecji. Król musiałby przekonać ludność, którą napadł, do wyżywienia swojej armii (co nie było łatwym zadaniem), w przeciwnym wypadku jego ludziom (choć jemu samemu zapewne nie) wkrótce zacząłby doskwierać głód (lub pragnienie, lub zmęczenie). Wtedy nawet opór garstki walczących, jak pod Termopilami, zachwiałby pewnością całej armii. Wkrótce też nadeszłaby zima.
Niemniej jednak podążanie ścieżką lisa wskazaną przez Artabanosa również wiązało się z ryzykiem. Stryj mógł ostrzec Kserksesa przed wyschniętymi rzekami, głodnymi lwami, niespodziewanymi ulewami, wrogo nastawioną ludnością, groźnymi wojownikami, niejasnymi słowami wyroczni, niestrudzonymi wioślarzami i potopionymi członkami wyprawy - wszystko to czekało go po drugiej stronie Hellespontu: ponieważ przyczyny tego były znane, dało się przewidzieć konsekwencje. Jednak tylko dla każdego zdarzenia z osobna, gdyż nawet najsprytniejszy wróżbita nie dostrzeże kumulatywnych efektów. Drobne elementy nawarstwiają się na ogromną skalę - mimo to dowódcy nie mogą pozwolić sobie, aby to, co nieznane, ich paraliżowało. Muszą sprawiać wrażenie, że wiedzą, co robią, nawet jeśli jest zupełnie inaczej.
Kserkses doprowadził tę zasadę do ekstremum. Gdy Lidyjczyk Pytios ofiarował mu wszystkie oddziały i bogactwa, których król zażądał na potrzeby inwazji, z wyjątkiem swojego najstarszego syna, Kserkses uznał, że w bezlitosny sposób musi ukazać swoją determinację: nakazał przeciąć go wpół, a następnie przemaszerować swojej armii pomiędzy dwiema zakrwawionymi połówkami wywieszonymi po obu stronach drogi[21]. Bez dwóch zdań unaoczniło to determinację Kserksesa, lecz ta dosłowna czerwona linia zamknęła mu drogę do szukania innych rozwiązań. Nawet jeśli bardzo by tego pragnął, nie mógł już zmienić swoich planów.
Tragizm Kserksesa i Artabanosa wynikał z faktu, że jednemu brakowało umiejętności drugiego. Król, wzorem jeża Tetlocka, porywał tłumy, ale popadał w tarapaty. Jego doradca, lis Tetlocka, unikał kłopotów, jednak nie potrafił przyciągnąć uwagi. Kserkses miał rację. Jeśli chcesz przewidzieć wszystko, możliwe, że nie osiągniesz niczego. Jednak Artabanos także się nie mylił. Jeśli nie przygotujesz się na każdy możliwy scenariusz, bądź pewien, że jakiś się ziści.
VI
Zarówno Kserkses, jak i Artabanos tym samym oblaliby przedstawiony w 1936 roku przez F. Scotta Fitzgeralda test na inteligencję najwyższej klasy: "zdolność do uznawania dwóch przeciwstawnych idei jednocześnie bez wpływu na funkcjonowanie"[22]. Możliwe, że Fitzgerald po prostu się nad sobą użalał. Jego kariera pisarska w tamtym okresie podupadała, cztery lata później zaś miał umrzeć na skutek alkoholizmu, choroby serca i zapomnienia, którego ból jeszcze pogłębiało wspomnienie niegdysiejszej sławy. W chwili śmierci liczył sobie zaledwie czterdzieści cztery lata[23]. Jednak zastanawiająca pojemność jego aforyzmu, podobnie jak Berlina o lisach i jeżach, uczyniła go nieśmiertelnym. Nawet wyrocznia delficka mogłaby mu go pozazdrościć[24].
Myśl Fitzgeralda o przeciwstawnych ideach możemy odczytać w następujący sposób: sięgamy po najlepsze elementy w sprzecznych działaniach, a równocześnie odrzucamy te najgorsze, próbując wypracować dokładnie taki kompromis, który przekroczył możliwości Kserksesa i Artabanosa dwadzieścia cztery stulecia wcześniej. Jak jednak tego dokonać? Nietrudno dostrzec, jak dwa umysły dochodzą do odmiennych wniosków, lecz czy przeciwności mogą współżyć w zgodzie w ramach jednego? Z pewnością nie w umyśle Fitzgeralda, którego udręka przypominała życie Tołstoja, choć o połowę krótsze.
Najlepsze rozwiązanie tego dylematu przynosi paradoksalnie Berlin, który większość swojego dłuższego i szczęśliwszego życia poświęcił łagodzeniu konfliktów kipiących w pojedynczych umysłach. Typowe doświadczenie, podkreślał, jest przepełnione "celami, z których każdy jest równie ostateczny (...), zrealizowanie części z nich niechybnie prowadzi do poświęcenia reszty". Rzadziej stajemy przed wyborem między ostrymi przeciwieństwami - na przykład dobrem a złem - niż między dobrymi rzeczami, których nie możemy zyskać równocześnie. "Można zbawić swoją duszę albo można budować i utrzymywać wielkie, pełne chwały państwo - pisał Berlin - lecz nie zawsze można robić obie te rzeczy naraz". Nawet dziecko jest w stanie to zrozumieć: nie można spałaszować wszystkich cukierków podczas Halloween i potem nie zwymiotować.
Dylematy te możemy rozwiązać poprzez rozciągnięcie ich w czasie. Skupiamy się w danej chwili na odnalezieniu konkretnych rzeczy, inne odkładamy na później, a jeszcze inne uznajemy za nieosiągalne. Oceniamy, co gdzie pasuje, i następnie decydujemy, co i w jakim czasie możemy osiągnąć. Proces ten niekoniecznie będzie łatwy: Berlin zwraca uwagę na "konieczność i mękę wyboru". Jeśli jednak zostałoby nam to odebrane, dodaje, wkrótce też "swoboda wyboru utraciłaby swoje zasadnicze znaczenie"[25].
Co w takim razie z twierdzeniem Berlina, zawartym w jego eseju o Tołstoju, że "ludzie ogólnie dzielą się" na lisy i jeże? Czy musimy identyfikować się z jednym z nich, tak jak eksperci poproszeni o to przez Tetlocka? Berlin na krótko przed śmiercią przyznał, że wcale nie jest to konieczne. "Niektórzy ludzie nie są ani lisami, ani jeżami, niektórzy są tym i tym". Cały czas prowadził po prostu "intelektualną grę". Inni podeszli do tego za poważnie[26].
Powyższe wytłumaczenie nabiera sensu dopiero wtedy, gdy ujmie się je w szerszym kontekście myśli Berlina, bo jakimi dysponowalibyśmy wyborami, gdyby wbrew naszej woli wtłoczyć nas w kategorie wzorowane na zachowaniu zwierząt, narzucające przewidywalność?[27]. Jeśli, jak twierdził Fitzgerald, inteligencja wymaga przeciwieństw - a jeśli, zdaniem Berlina, wolność oznacza wybór - wtedy priorytetów nie można określić z góry. Muszą wypływać z nas samych, lecz również odzwierciedlać to, czego doświadczamy: to pierwsze możemy zrozumieć wcześniej, ale to, co nas otacza, już niekoniecznie. Musimy złączyć w jednym umyśle (naszym) wyczucie kierunku jeża oraz lisi zmysł otaczającego go świata, nie tracąc zdolności do funkcjonowania.
VII
Gdzie zatem odnaleźć - z wyjątkiem dziwacznej parafrazy tytułu powieści Jane Austen - wyczucie i zmysł? Pisarka daje pewną wskazówkę, gdyż jedynie narracja jest w stanie ukazać dylematy rozwijające się na przestrzeni wieków. To jednak za mało, aby ukazać wybory niczym próbki obserwowane pod mikroskopem. Musimy ujrzeć zachodzące zmiany, a osiągniemy to, jedynie rekonstruując przeszłość w formie historii, biografii, poematów, sztuk, powieści lub filmów. Najlepsze z nich wyostrzają obraz, zlewając równocześnie ze sobą jego elementy: okrajają wydarzenia, aby wskazać, gdzie leży, choć często jest zacierana, granica między nauką a rozrywką. W skrócie mowa o adaptacjach. U ich podstaw leży zaś założenie, że nie mają zanudzać odbiorcy.
Film Stevena Spielberga Lincoln z 2012 roku stanowi świetny przykład. Grany przez Daniela Day-Lewisa prezydent stara się postępować zgodnie z zawartym w Deklaracji Niepodległości stwierdzeniem, że wszyscy ludzie zostali stworzeni równymi: jaki bardziej chwalebny cel mógłby sobie postawić jeż? Jednak, by znieść niewolnictwo, Lincoln musi przepchnąć trzynastą poprawkę przez podzieloną Izbę Reprezentantów, gdzie jego posunięcia nabierają wybitnie lisiego charakteru. Ucieka się do wchodzenia w różne układy, do przekupstw, pochlebstw, wywierania nacisku i bezczelnych kłamstw - tak często, że film spowija atmosfera polityki zadymionych pokojów[28].
Gdy Thaddeus Stevens (w tej roli Tommy Lee Jones) pyta prezydenta, w jaki sposób godzi tak szlachetny cel z tak ohydnymi metodami, Lincoln wspomina, jakie nauki wyciągnął z lat młodości, gdy pracował jako mierniczy:
Kompas (...) wskaże, gdzie jest północ, w miejscu, w którym stoisz, lecz nie powie nic o mokradłach, pustyniach i przepaściach, które napotkasz po drodze. Jeśli goniąc swój cel, puścisz się przed siebie, nie bacząc na niebezpieczeństwa, i utoniesz jedynie w mokradle (...), tedy jaki pożytek z wiedzy o tym, gdzie jest północ?[29]
Już po obejrzeniu filmu odniosłem dziwne wrażenie, jakby Berlin cały seans siedział obok mnie i pod koniec powyższej sceny nachylił się ku mnie i triumfalnie szepnął: "Widzisz? Lincoln wie, kiedy być jeżem (korzystając z kompasu), a kiedy lisem (omijając mokradła)!".
O ile mi wiadomo, prawdziwy Lincoln nigdy nie wypowiedział powyższych słów, a prawdziwy Berlin, niestety, nie mógł już zobaczyć filmu Spielberga. Jednak scenariusz Tony'ego Kushnera ukazuje zarysowany przez Fitzgeralda związek pomiędzy inteligencją, odmiennymi ideami a zdolnością do funkcjonowania: Lincoln równocześnie ma na uwadze dalekosiężne cele oraz wymogi chwili. Godzi Berlinowskie lisy i jeże ze znaczeniem, jakie przypisywał nieuchronności i nieprzewidywalności - wyborów: Lincoln nie dowie się, jakie układy będzie musiał zawrzeć, dopóki nie ujrzy, jakie efekty przyniosły poprzednie. Film nieustannie łączy też wielkie rzeczy z małymi: Lincoln rozumie, że głosowanie w Izbie, a co za tym idzie, dalsze losy niewolników w Ameryce, może równie dobrze zależeć od tego, kto zostanie administratorem poczty, jak niegdyś on sam w jakiejś odległej mieścinie.
Tym samym Lincoln Spielberga ukazuje działania rozciągnięte w czasie (Berlin), współistnienie przeciwieństw w przestrzeni (Fitzgerald) oraz manipulowanie skalą wydarzeń, co przywodzi na myśl choćby Tołstoja. Obaj Lincolnowie, ten z ekranu oraz ten prawdziwy, intuicyjnie pojmowali bowiem to, co Tołstoj próbował ukazać w swojej gigantycznej adaptacji, Wojnie i pokoju: że wszystko jest ze sobą powiązane. Niewykluczone, że właśnie dlatego poległy za sprawę prezydent znalazł uznanie w oczach tego wielkiego pisarza, który rzadko kiedy dostrzegał "wielkość" w jakimkolwiek dowódcy[30].
VIII
Zmiana skali wydarzeń w Wojnie i pokoju nadal zaskakuje czytelników. Tołstoj odkrywa przed nami myśli Nataszy podczas jej pierwszego, wielkiego balu, Pierre'a po tym, jak wdaje się w pojedynek, z którego wychodzi cało, oraz księcia Bołkońskiego i hrabiego Rostowa, najtrudniejszych i najbardziej pobłażliwych ojców w literaturze współczesnej. Tołstoj oddala się jednak od tych kameralnych scenerii i ukazuje nam armie przetaczające się przez Europę, następnie przybliża się i skupia na cesarzu, oficerach i znów patrzy szerzej, by oddać życie, tułaczkę i walki szeregowych żołnierzy. Raz jeszcze wzbija się wysoko po bitwie pod Borodino, by ukazać Moskwę w ogniu, i znów robi zbliżenie, tym razem na uciekinierów z płonącego miasta, w tym ciężko rannego księcia Andrzeja, umierającego w ramionach Nataszy, do której trzy lata i kilkaset stron wcześniej, podczas jej pierwszego balu, zapałał miłością.
Bez względu na to, czy analizujemy rzeczywistość odgórnie, czy oddolnie, i tak natrafimy, w opinii Tołstoja, na nieskończoną liczbę możliwości na nieskończenie wielu poziomach jednocześnie. Niektóre można przewidzieć, większości jednak nie, i jedynie adaptacja - wolna od przywiązania uczonych do teorii czy archiwów - umożliwi ich przedstawienie[31]. Dzięki temu jednak większość ludzi będzie w stanie wyłowić z nich sens. Berlin próbował wyjaśnić, w jaki sposób, w swoim eseju o Tołstoju:
Historia, tylko historia, tylko suma konkretnych zdarzeń w czasie i przestrzeni - suma rzeczywistego doświadczenia rzeczywistych mężczyzn i kobiet w ich stosunku do siebie nawzajem i do rzeczywistości, do trójwymiarowego, empirycznie poznawalnego fizycznego środowiska - to jedynie zawierało prawdę, materiał, z którego autentyczne odpowiedzi - odpowiedzi niewymagające dla ich zrozumienia specjalnych zmysłów czy zdolności, jakich zwykli ludzie nie mają - mogły być skonstruowane[32].
Powyższy fragment jest zawiły nawet jak na Berlina, który w prostocie rzadko dostrzegał zaletę. Sądzę jednak, że chciał tutaj opisać naturalną wrażliwość, która identycznie traktuje czas, przestrzeń i skalę. Nie była ona dana Kserksesowi pomimo starań Artabanosa. Tołstoj zbliżył się ku niej, nawet jeśli tylko na kartach powieści. Jednak Lincoln - któremu nie towarzyszył żaden Artabanos i który nie miał szansy przeczytać Wojny i pokoju - zdołał ją wykształcić za sprawą zdrowego rozsądku, tak rzadko spotykanego u wielkich przywódców.
IX
Mówiąc o zdrowym rozsądku, mam na myśli łatwość, z jaką większość z nas radzi sobie przez większość czasu. Z grubsza wiemy, dokąd zmierzamy, lecz stale korygujemy naszą ścieżkę, żeby uniknąć tego, co niespodziewane, w tym przeszkód pozostawionych przez innych podczas ich marszu w ich własnym kierunku. Moi studenci na przykład umiejętnie unikają zderzenia z latarnią uliczną, zaaferowanymi profesorami i zabieganymi kolegami z roku, zapamiętale wpatrując się w swoje elektroniczne gadżety, chyba już na stałe przymocowane do ich dłoni lub ucha. Nie wszyscy jesteśmy tak zręczni, lecz nie ma nic dziwnego w tym, że w naszym umyśle spotykają się jednocześnie impulsywne wyczucie otoczenia i długofalowe poczucie kierunku. Te przeciwności towarzyszą nam każdego dnia.
Psycholog Daniel Kahneman przypisuje tę zdolność nieświadomemu poleganiu na dwóch rodzajach myślenia. "Szybkie" myślenie jest intuicyjne, spontaniczne i często emocjonalne. W razie potrzeby prowadzi natychmiast do działania: dzięki niemu nie wbiegasz na przeszkody lub unikasz tych pędzących w twoją stronę. "Wolne" myślenie jest zamierzone, skupione i najczęściej logiczne. Jego konsekwencją wcale nie musi być reakcja: to dzięki niemu się uczysz, żeby wiedzieć, jak coś zrobić. Tetlock dostrzega podobieństwo w ludzkim genomie, co tłumaczy na przykładzie zwierząt Berlina:
Lisy były lepiej dostosowane do przetrwania w dynamicznie zmieniającym się środowisku, w którym tylko ci, którzy szybko porzucali złe idee, utrzymywali przewagę. Jeże odnajdywały się lepiej w stabilnym środowisku, gdzie korzyści przynosiło uporczywe trzymanie się sprawdzonych metod. Nasz gatunek - homo sapiens - lepiej sobie radzi, gdy kierują nim oba usposobienia[33].
Nasze przetrwanie możemy zatem zawdzięczać sprawności, z jaką przełączaliśmy się między szybkim a wolnym myśleniem - między zachowaniem lisa a jeża. Jeśli nigdy nie przestalibyśmy się uważać za pępki świata, wylądowalibyśmy nie tyle w jednym z mokradeł Lincolna, co w asfaltowych jeziorach, zatopieni razem z mamutami.
Dlaczego zatem decydenci nie cechują się taką elastycznością? Jak to możliwe, że w odległej przeszłości Kserkses i Artabanos nie dostrzegali w niej większego znaczenia? Jak też możliwe, obecnie, że eksperci Tetlocka z taką łatwością identyfikowali się albo z lisami, albo z jeżami, ale nie z dwoma równocześnie? I dlaczego uznawać przywództwo Lincolna za wyjątkowe, skoro robił po prostu to, co przeciętni ludzie każdego dnia? W tym kontekście zdrowy rozsądek jest niczym powietrze: im wyżej się wspinasz, tym bardziej się rozrzedza. "Z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność", pamiętnie przypominał Spider-Manowi jego wuj Ben[34] - lecz także niebezpieczeństwo popełniania głupstw.
X
I właśnie przed tym ma uchronić wielka strategia. Na potrzeby tej książki zdefiniuję ten termin jako dopasowanie potencjalnie nieograniczonych aspiracji do siłą rzeczy ograniczonych możliwości. Jeśli stawiasz sobie cele przekraczające środki, jakimi dysponujesz, prędzej czy później będziesz musiał je ograniczyć, by odpowiadały dostępnym środkom. Powiększające się środki mogą pomóc osiągnąć więcej celów, lecz nie wszystkie, gdyż cele mogą być nieskończone, podczas gdy środki nigdy. Nieważne, jaki złoty środek odkryjesz, zawsze będzie istnieć zależność między tym, co rzeczywiste, a tym, co wyśnione: między twoim aktualnym położeniem a miejscem, do którego chcesz dojść. Nie zbudujesz strategii, dopóki nie połączysz tych dwóch punktów - choćby i bardzo się różniły - w okolicznościach, w których przyszło ci działać.
Czemu służy zatem przymiotnik "wielka"? Moim zdaniem chodzi tu o stawkę. Twoje studenckie życie nie ulegnie fundamentalnej zmianie, jeśli jutro zdrzemniesz się o dwadzieścia minut dłużej, przez co zamiast ciepłego śniadania zjesz zimną bułkę w drodze na zajęcia. Stawka jednak rośnie, jeśli weźmiesz pod uwagę, jaki wpływ ma to, czego się uczysz na tych zajęciach na inne wykłady, w których uczestniczysz, na to, jak ci pójdzie zaliczenie danego przedmiotu, a potem całego roku, jak możesz przekuć to na zdolności zawodowe, a także kto może okazać się miłością twojego życia. Strategie stają się coraz bardziej dalekosiężne, nawet jeśli wciąż mieszczą się w perspektywie obserwatora. Byłoby zatem błędem stwierdzić, że państwa mają wielkie strategie, lecz ludzie już nie. Dopasowywania należy przeprowadzać w czasie, przestrzeni oraz skali.
Wielkie strategie zwykle kojarzono jednak z planowaniem i prowadzeniem wojen. Nie powinno to zaskakiwać, zważywszy, że pierwszy odnotowany związek aspiracji z możliwościami zrodził się z konieczności przeprowadzenia operacji wojskowych. "Naradźmy się atoli", napomina słowami Homera zmyślny Nestor Achajczyków podczas dramatycznego epizodu wieloletniego oblężenia Troi, "może nam jeszcze natchnie jakiś sposób rada"[35]. Potrzeba przeprowadzania takich dostosowań zrodziła się jednak w znacznie odleglejszej przeszłości, prawdopodobnie wtedy, gdy przodek człowieka wpadł na to, jak zdobyć to, czego pragnął, wykorzystując dostępne mu środki[36].
Wyłączając życie wieczne, najpowszechniejszym celem gatunku homo sapiens było z pewnością przetrwanie. Strategii do tego prowadzących powstało bez liku, poczynając od zdobycia pożywienia, schronienia i ubrania, a kończąc na tak złożonych działaniach, jak władanie potężnymi imperiami. Sprecyzowanie sukcesu nigdy nie było proste, lecz skończoność środków ułatwiała to zadanie. I chociaż ostatecznie satysfakcja jest stanem umysłu, to jej osiągnięcie pociąga za sobą rzeczywiste koszty. Stąd też powód, dlaczego zawsze niezbędne było dostosowywanie, a co za tym idzie, strategia.
XI
Czy można zatem nauczyć wielkiej strategii lub chociaż zdrowego rozsądku, na którym się ona wspiera? Jeśli Lincoln, który w porównaniu do innych amerykańskich prezydentów odebrał cząstkowe wykształcenie, nauczył się tego, co trzeba, na bazie własnych lektur i doświadczeń, to czy i my nie możemy?[37] Lincoln był jednak geniuszem, a większość z nas nim nie jest. Jakby nie patrzeć, Shakespeare nie miał nauczyciela pisania. Czy oznacza to zatem, że innym też go nie trzeba?
Nie można również zapominać, że Lincoln - oraz Shakespeare - mieli całe życie, by stać się ludźmi, jakimi znamy ich obecnie. Inaczej niż młodzi ludzie dzisiaj, gdyż w społeczeństwie przebiegają ostre granice pomiędzy kształceniem ogólnym, szkoleniem zawodowym, awansem w ramach danej organizacji, odpowiedzialnością za swoją funkcję oraz emeryturą. Pogłębia to tylko problem zarysowany dawno temu przez Henry'ego Kissingera: że "kapitał intelektualny", który przywódcy zdobywają podczas wspinaczki na szczyt, to wszystko, na czym będą polegać, gdy już tam dotrą[38]. Obecnie czasu jest mniej, niż Lincoln miał na naukę czegokolwiek od podstaw.
Tym samym to uczelniom powierzono zadanie kształtowania umysłów studentów w trakcie zajęć, lecz umysły uczonych same w sobie są podzielone. Doszło do rozłamu między zgłębianiem historii a budowaniem teorii, z czego jedno i drugie jest niezbędne, by dopasować cele do środków. Historycy, zdając sobie sprawę, że ich dziedzina premiuje specjalistyczne badania, zwykli unikać uogólnień, które są podstawą teorii: odrzucają tym samym prostotę, która pozwala przebrnąć przez skomplikowane kwestie. Teoretycy pragnący widzieć się w roli "naukowców" dziedzin społecznych, poszukują "powtarzalności" w wynikach: przedkładają prostotę nad złożoność w poszukiwaniu przewidywalności. Obie grupy nie doceniają związków między tym, co ogólne, a tym, co szczególne - między wiedzą uniwersalną a lokalną - które są pożywką dla myślenia strategicznego. Obie także, jakby chcąc jeszcze bardziej pogmatwać te niedoskonałości, zbyt często mają kiepskie pióro[39].
Istnieje jednak starsza metoda, która z powodzeniem łączyła historię i teorię. Zdradza ją Machiavelli w liście dedykacyjnym otwierającym Księcia, w którym wyznaje, że nie zna rzeczy cenniejszej niż "znajomość czynów wielkich mężów, nabyta długim doświadczeniem w sprawach współczesnych i ciągłym rozczytywaniem się w starożytnych". Zawarł ją następnie "w tym dziełku" z nadzieją, że otrzyma "Jego Wysokość [Lorenzo de Medici, któremu Machiavelli dedykował książkę] możność zrozumienia w krótkim czasie tego wszystkiego, co - jak pisał - ja poznałem i czego nauczyłem się w ciągu tylu lat, a z takim trudem i niebezpieczeństwami"[40].
Carl von Clausewitz - w swoim monumentalnym, lecz nieukończonym klasycznym dziele O wojnie - w pełniejszy sposób rozwinął metodę Machiavellego[41]. Historia, podkreślał, to po prostu ciąg różnych opowieści. Nie oznacza to jednak, że są bezużyteczne, bowiem teoria, przybrawszy postać ich esencji, uwalnia od konieczności ponownego ich wysłuchiwania. A nie ma na to czasu, gdy ruszasz do walki, lub zmierzyć się z innym, pełnym trudności wyzwaniem. Nie możesz się też jednak błąkać, jak Pierre u Tołstoja pod Borodino. Niezbędne w takiej chwili staje się szkolenie.
Dobrze wyszkolony żołnierz niewątpliwie lepiej sobie poradzi niż ten pozbawiony przygotowania. Jednak czym jest "szkolenie" w rozumieniu Clausewitza? To zdolność do korzystania z zasad rozciągających się w czasie i przestrzeni, abyś miał pojęcie, co dotychczas się sprawdzało, a co nie. Po czym z miejsca stosujesz te zasady do zaistniałej sytuacji: oto rola, jaką odgrywa skala. W rezultacie otrzymujesz plan wzbogacony wiedzą z przeszłości i zakotwiczony w teraźniejszości, aby osiągnąć dane cele w przyszłości.
Ale nie wszystko pójdzie zgodnie z planem. Nie tylko rezultat będzie zależny od poczynań drugiej strony - "znanych niewiadomych" (known unknowns), jak określił to podczas pamiętnego wystąpienia były sekretarz obrony Stanów Zjednoczonych Donald Rumsfeld[42] - lecz będzie także efektem "nieznanych niewiadomych" (unknown unknowns), czyli wszystkiego, co może pójść nie tak, zanim jeszcze w ogóle dojdzie do starcia z nieprzyjacielem. Wspólnie elementy te wywołują "tarcie", jak określił to Clausewitz, czyli zderzenie teorii z rzeczywistością, przed którym Artabanos próbował przestrzec Kserksesa wiele stuleci wcześniej nad Hellespontem.
Pozostaje zatem improwizacja, ale to coś więcej niż kombinowanie na poczekaniu. Może będziesz się trzymał planu, może go zmodyfikujesz, a może wyrzucisz do kosza. Niemniej jednak, wzorem Lincolna, będziesz znał swój kierunek bez względu na to, jakie niewiadome czają się na drodze wiodącej ku twemu celowi. Zachowasz w umyśle szeroki wachlarz rozwiązań, by sobie z nimi poradzić, opartych na - niczym prezent od Machiavellego - wypracowanych w pocie czoła naukach tych, którzy zmagali się z nimi przed tobą. Reszta należy do ciebie.
XII
Łodzie, którymi aktualnie można się przeprawić przez Hellespont, nadal łączą pola bitew, niczym niegdyś mosty Kserksesa: Troja znajduje się nieco na południe od azjatyckiego brzegu; Gallipoli po stronie europejskiej jeszcze bliżej. Zamiast łodzi po wodach pływają jednak promy, a zamiast armii przewożą turystów korzystających z okazji do zwiedzenia światów rozdzielonych trzydziestoma stuleciami, a odległymi od siebie o niecałe 50 kilometrów. W ciągu dnia znajdziesz nawet czas na to, aby obejrzeć konia trojańskiego w Çanakkale - nie prawdziwego, rzecz jasna, lecz imponujący rozmiarami rekwizyt z planu filmowego Troi z Bradem Pittem z 2004 roku.
Krajobraz nie tchnie już majestatem, którym napawał się król Kserkses ze swojego cypla w 480 roku p.n.e., ale uwagę zwraca co innego: doświadczenie walki stało się rzadsze niż jeszcze w niedawnej przeszłości. Bez względu na powody - strach, że wojna światowa będzie oznaczała zagładę wszystkich jej uczestników, powrót do konfliktów na mniejszą skalę, które tylko częściowo angażują walczące społeczeństwa, może po prostu wyjątkowe szczęście - mniej ludzi obecnie walczy na polach bitew. Szturm przeprowadzają turyści.
Koncepcja szkolenia przedstawiona przez Clausewitza nadal jednak zachowuje swoje znaczenie. To najlepsze zabezpieczenie, jakim dysponujemy przed strategiami, które im bardziej się rozrastają, tym bardziej stają się niedorzeczne, stale powodując problemy w czasach pokoju oraz wojny. Tylko w ten sposób połączymy pozorne przeciwieństwa planowania i improwizacji: poprzez naukę zdrowego rozsądku wyrastającego ze świadomości, kiedy być jeżem, a kiedy lisem. Czy jednak z wyjątkiem armii i, w okrojony sposób, podczas kursów uniwersyteckich i w pracy, młodzi ludzie mogą zdobyć taką wiedzę?
"Bitwa pod Waterloo została wygrana na polach szkoły w Eton", nie powiedział nigdy książę Wellington - choć jako zdeklarowany zwolennik wiktoriańskich epigramów zdecydowanie powinien był[43]. Odkładając na bok wojnę i przygotowania do niej, to właśnie w rywalizacji sportowej najwyraźniej manifestuje się Clausewitzowska mieszanina esencji przeszłości, planowania w teraźniejszości oraz nieznanej przyszłości. Aktywność ruchowa jest obecnie znacznie modniejsza niż w czasach wielkiego księcia, tym samym też więcej ludzi bierze udział w grach sportowych. Co ci to jednak da i jaki ma to związek z wielką strategią?
Uczysz się zasad gry dzięki trenerowi, który robi to samo co dawniej instruktor musztry, gdy służba wojskowa była obowiązkowa: wpaja podstawy, wzmacnia tężyznę fizyczną, wprowadza dyscyplinę, zachęca do współpracy, pokazuje, jak znosić porażkę, a następnie po niej się podnieść. Gdy jednak rozpocznie się gra, twój trener może krzyczeć i gniewać się wyłącznie zza linii bocznej. Ty i koledzy z drużyny jesteście zdani na siebie. Mimo to poradzicie sobie lepiej dzięki treningowi, przez jaki przeszliście: nie na darmo zarobki trenerów na poszczególnych amerykańskich uniwersytetach przewyższają zarobki rektorów, którzy ich zatrudnili.
Czy cokolwiek pozwala zatem określić, czy podczas rozgrywki byłeś lisem czy jeżem? Zapewne uznałbyś takie pytanie za niemądre, ponieważ byłeś oboma: ułożyłeś plan niczym jeż, zmodyfikowałeś go po lisiemu, gdy zaszła potrzeba, i wygrałeś bądź przegrałeś w zależności od tego, czy zadziałał, czy nie. Trudno byłoby ci powiedzieć, patrząc w przeszłość, kiedy byłeś którym. Zamiast tego przez cały czas utrzymywałeś w umyśle przeciwstawne idee.
Podobnie w przypadku większości sytuacji życiowych, w których podejmujemy takie decyzje, kierując się wyłącznie lub w dużej mierze instynktem. Im większą jednak dysponuje się władzą, tym bardziej wzrasta pewność siebie. Im więcej zwróconych na nas oczu, tym bardziej praktyka przypomina spektakl. W grę wchodzi reputacja, która ogranicza pole działania. Przywódcy, którzy dotarli na sam szczyt - jak Kserkses czy eksperci Tetlocka - mogą się stać zakładnikami swej własnej dominującej pozycji: sami zamykają się w rolach, od których nie potrafią uciec.
Niniejsza książka traktuje zatem o umysłowym Hellesponcie, który rozdziela takie przywództwo umieszczone na jednym brzegu od zdrowego rozsądku na drugim brzegu. Przechodzenie z jednego na drugi powinno być nieskrępowane i częste, gdyż tylko za sprawą takich wymian wielkie strategie - dopasowywanie środków i celów - mają szanse zaistnieć. Prądy morskie są jednak zmienne, wiatry - zdradzieckie, a mosty - zbyt wątłe. Nie trzeba już niczym Kserkses zastraszać wód czy ich przebłagiwać. Jednak prowadząc studia nad tym, jak inni od czasów tegoż króla poradzili sobie z przeciwieństwami logiki i przywództwa, być może sami przygotujemy się na pokonanie przepaści, która prędzej czy później wyrośnie przed nami.
Przypisy
Wstęp
Rozdział 1. Przekraczając Hellespont
Rozdział 2. Długie Mury
Rozdział 3. Mentorski powróz
Rozdział 4. Dusze i państwa
Rozdział 5. Oś władzy
Rozdział 6. Nowe Światy
Rozdział 7. Najwięksi stratedzy
Rozdział 8. Największy prezydent
Rozdział 9. Ostatnia, najwspanialsza nadzieja
Rozdział 10. Isaiah