Geniusze Strategii - John Lewis Gaddis

-
Proszę czekać

Wstęp

Zda­ję so­bie spra­wę, że nie­któ­rzy mogą zro­bić wiel­kie oczy na wi­dok ty­tu­łu książ­ki[1]. Wie­lu jed­nak ob­ra­ło po­dob­ną for­mę przede mną, jak nie­daw­no mój ko­le­ga po fa­chu Ti­mo­thy Sny­der z wy­dzia­łu hi­sto­rii na Uni­wer­sy­te­cie Yale (O ty­ra­nii), a w od­le­głych cza­sach Se­ne­ka (O krót­ko­ści ży­cia). Naj­więk­szym nie­po­ko­jem na­pa­wa­ją mnie wiel­bi­cie­le Car­la von Clau­se­wit­za, do któ­rych sam się za­li­czam. Opu­bli­ko­wa­ne już po jego śmier­ci O woj­nie wy­zna­czy­ło stan­dar­dy dla wszyst­kich ko­lej­nych dzieł trak­tu­ją­cych o tej te­ma­ty­ce, a tak­że jej oczy­wi­ste­go roz­wi­nię­cia, wiel­kiej stra­te­gii. Cel, jaki przy­świe­cał mi pod­czas pra­cy nad tą książ­ką, to dą­że­nie do bar­dziej zwię­złe­go uję­cia te­ma­tu - w tym Clau­se­witz ni­g­dy nie był do­bry: moja - choć o po­nad po­ło­wę krót­sza - obej­mu­je więk­szy wy­ci­nek hi­sto­rii niż O woj­nie.

Książ­ka ta po­wsta­ła na ba­zie do­świad­czeń z wiel­ką stra­te­gią, któ­re roz­dzie­la dwa­dzie­ścia pięć lat. Pierw­sze to za­ję­cia Stra­te­gy and Po­li­cy (Stra­te­gia i po­li­ty­ka), któ­re pro­wa­dzi­łem w Na­val War Col­le­ge[2] od 1975 do 1977 roku, w oko­licz­no­ściach opi­sa­nych pod ko­niec dru­gie­go roz­dzia­łu. Dru­ga to współ­pro­wa­dze­nie se­mi­na­rium Stu­dies in Grand Stra­te­gy (Stu­dia z wiel­kiej stra­te­gii) na Uni­wer­sy­te­cie Yale, od­by­wa­ją­ce­go się każ­de­go roku, po­cząw­szy od 2002 roku aż do dziś. Oba za­ję­cia za­wsze w więk­szym stop­niu opie­ra­ły się na kla­sycz­nych tek­stach i stu­diach przy­pad­ków z hi­sto­rii niż na teo­rii. Trwa­ją­ce je­den se­mestr se­mi­na­ria w New­port były jed­nak skie­ro­wa­ne głów­nie do ofi­ce­rów w po­ło­wie swo­jej ka­rie­ry woj­sko­wej. Dwu­se­me­stral­ny kurs w Yale zrze­sza stu­den­tów pierw­sze­go i dru­gie­go stop­nia oraz szkół po­dy­plo­mo­wych, a tak­że każ­de­go roku ak­tyw­nie słu­żą­ce­go pod­puł­kow­ni­ka wojsk lą­do­wych i Kor­pu­su Pie­cho­ty Mor­skiej[3].

Oba kur­sy są dzie­łem wspól­ne­go wy­sił­ku: zwy­kle każ­dą część se­mi­na­rium w New­port pro­wa­dzą je­den cy­wil i je­den woj­sko­wy, z ko­lei w Yale pro­por­cje są róż­ne. Wraz z mo­imi ko­le­ga­mi Char­le­sem Hil­lem i Pau­lem Ken­ne­dym stwo­rzy­li­śmy trio uczęsz­cza­ją­ce na wszyst­kie za­ję­cia, pod­czas któ­rych pro­wa­dzi­li­śmy mię­dzy sobą spo­ry w obec­no­ści stu­den­tów, a na osob­no­ści każ­dy z nas udzie­lał im rad (czę­sto bar­dzo od­mien­nych). O dzi­wo, na­dal ży­je­my w zgo­dzie i je­ste­śmy bli­ski­mi przy­ja­ciół­mi.

In­au­gu­ra­cja w 2006 roku Bra­dy-John­son Pro­gram in Grand Stra­te­gy po­zwo­li­ła nam włą­czyć do kur­su prak­ty­ków: byli to Da­vid Bro­oks, Wal­ter Rus­sell Mead, John Ne­gro­pon­te, Peg­gy No­onan, Vic­to­ria Nu­land, Paul Sol­man, Jake Sul­li­van oraz Evan Wol­fson. Kurs przy­cią­gnął tak­że pra­cow­ni­ków z in­nych wy­dzia­łów Yale: Scot­ta Bo­or­ma­na (So­cjo­lo­gia), Eli­za­beth Bra­dley (daw­niej pra­cow­nicz­ka Scho­ol of Pu­blic He­alth, dy­rek­tor­ka pro­gra­mu Bra­dy-John­son w la­tach 2016-2017, ak­tu­al­nie rek­tor Vas­sal Col­le­ge), Be­ver­ly Gage (Hi­sto­ria oraz po­cząw­szy od 2017 roku dy­rek­tor pro­gra­mu Bra­dy-John­son), Bry­ana Gar­ste­na (Po­li­to­lo­gia i Na­uki Hu­ma­ni­stycz­ne), Nuno Mon­te­irę (Po­li­to­lo­gia), Kri­sti­nę Tal­bert-Sla­gle (Epi­de­mio­lo­gia i Zdro­wie Pu­blicz­ne) oraz Ada­ma To­oze'a (daw­niej pra­cow­ni­ka wy­dzia­łu hi­sto­rii, obec­nie wy­kła­dow­cę na Uni­wer­sy­te­cie Co­lum­bia).

Od wszyst­kich dużo się na­uczy­łem, co spra­wia, że jesz­cze bar­dziej czu­ję się zo­bo­wią­za­ny do pod­ję­cia pró­by opo­wie­dze­nia o tym, cze­go się na­uczy­łem. Na­uka od­by­wa­ła się w spo­sób nie­for­mal­ny, im­pre­syj­ny i w peł­ni idio­syn­kra­tycz­ny: je­dy­ne, za co moi na­uczy­cie­le po­no­szą od­po­wie­dzial­ność, to skie­ro­wa­nie mnie na ścież­ki, gdzie nie mo­gli już kon­tro­lo­wać mo­ich kro­ków. Po­nie­waż do­szu­ku­ję się wzo­rów w cza­sie, prze­strze­ni i ska­li[4], zre­zy­gno­wa­łem z ram ogra­ni­cza­ją­cych me­to­dy po­rów­naw­cze czy na­wet swo­bod­ną wy­mia­nę my­śli: co ja­kiś czas za­tem św. Au­gu­styn utnie so­bie po­ga­węd­kę z Ma­chia­vel­lim, a Clau­se­witz z Toł­sto­jem. Wy­obraź­nia tego ostat­nie­go oka­za­ła się naj­bar­dziej po­moc­na w trak­cie pra­cy; spo­śród in­nych au­to­rów na­le­ży wy­mie­nić We­rgi­liu­sza, Sha­ke­spe­are'a oraz F. Scot­ta Fit­zge­ral­da. Czę­sto się­ga­łem tak­że do my­śli Sir Isa­ia­ha Ber­li­na[5], z któ­rym ze­tkną­łem się pod­czas mo­jej wi­zy­ty na Uni­wer­sy­te­cie Oks­fordz­kim w la­tach 1992-1993. Mam na­dzie­ję, że nie miał­by nic prze­ciw­ko okre­śle­niu go mia­nem wiel­kie­go stra­te­ga. Z pew­no­ścią by go to roz­ba­wi­ło.

Mój agent, An­drew Wy­lie, oraz mój re­dak­tor, Scott Moy­ers, po­kła­da­li więk­szą wia­rę w tę książ­kę niż ja sam, gdy za­bie­ra­łem się do pi­sa­nia. Pra­ca z nimi po­now­nie oka­za­ła się przy­jem­no­ścią, po­dob­nie jak współ­pra­ca ze zgra­nym ze­spo­łem re­dak­cyj­nym wy­daw­nic­twa Pen­gu­in: Ann Go­doff, Chri­sto­phe­rem Ri­chard­sem, Mią Co­un­cil, Mat­thew Boy­dem, Bru­ce'em Gif­ford­sem, De­bo­rah We­iss Ge­li­ne oraz Ju­lia­ną Kiy­an.

Szcze­gól­ne po­dzię­ko­wa­nia kie­ru­ję do stu­den­tów stu­diów li­cen­cjac­kich z Yale uczęsz­cza­ją­cych w se­me­strze zi­mo­wym 2017 roku na moje se­mi­na­rium "Lisy i jeże", któ­rzy pod­da­li oce­nie każ­dy z roz­dzia­łów tej książ­ki, a są to: Mor­gan Agu­iar-Lu­can­der, Pa­trick Bin­der, Ro­bert Brink­mann, Ales­san­dro Bu­rat­ti, Die­go Fer­nan­dez-Pa­ges, Ro­bert Hen­der­son, Scott Hicks, Jack Hil­der, Hen­ry Ise­man, In­dia June, Dec­lan Kun­kel, Ben Mal­let, Ale­xan­der Pe­tril­lo, Mar­shall Ran­kin, Ni­cho­las Re­li­ga, Grant Ri­chard­son, Car­ter Scott, Sara Sey­mo­ur, Da­vid Shi­mer oraz Ja­red Smith. Po­mo­cą słu­ży­li mi rów­nież do­świad­cze­ni asy­sten­ci ba­daw­czy: Co­oper D'Ago­sti­no, Da­vid McCul­lo­ugh III, Mat­thew Lloyd-Tho­mas, Camp­bell Schne­bly-Swan­son oraz Na­tha­niel Ze­lin­sky.

Na­sze wy­kła­dy o wiel­kiej stra­te­gii od sa­me­go po­cząt­ku po­pie­ra­li rek­to­rzy Uni­wer­sy­te­tu Yale - Ri­chard Le­vin i Pe­ter Sa­lo­vey - po­dob­nie jak Ted Wit­ten­ste­in, ich spe­cjal­ny asy­stent i je­den z na­szych pierw­szych stu­den­tów. Wi­ce­dy­rek­to­rzy w In­ter­na­tio­nal Se­cu­ri­ty Stu­dies oraz pro­gra­mu Bra­dy-John­son: Will Hitch­cock, Ted Bro­mund, Minh Lu­ong (już nie­ży­ją­cy), Jef­frey Man­koff, Ryan Ir­win, Aman­da Behm, Je­re­my Fried­man, Chri­sto­pher Mil­ler, Evan Wil­son oraz Ian John­son, po­ma­ga­li nam utrzy­mać wła­ści­wy kurs, po­dob­nie jak pra­cow­ni­cy, z któ­ry­mi dzie­li­li­śmy re­zy­den­cję przy 31 Hil­l­ho­use: Liz Va­sta­kis, Ka­th­le­en Galo, Mike Sko­niecz­ny oraz Igor Bi­ry­ukov. A tak­że moja żona, Toni Do­rf­man, na­uczy­ciel­ka, ba­dacz­ka, men­tor­ka, ak­tor­ka, dra­ma­to­pi­sar­ka, re­ży­ser­ka sztuk i ba­ro­ko­wych oper, kry­tycz­ka tek­stów i re­dak­tor­ka, sze­fo­wa kuch­ni, słu­chacz­ka noc­nych zwie­rzeń oraz mi­łość mo­je­go ży­cia, któ­ra już od dwu­dzie­stu lat (!) jest dla mnie opo­ką i osto­ją pod każ­dym wzglę­dem.

De­dy­ka­cją pra­gnę tak­że uho­no­ro­wać dwóch wiel­kich do­bro­czyń­ców na­sze­go pro­gra­mu oraz jed­ne­go świa­tłe­go do­rad­cę: ich wi­zja, wspa­nia­ło­myśl­ność oraz nie­ustan­nie udzie­la­ne do­bre rady - zwłasz­cza aby­śmy "uczy­li zdro­we­go roz­sąd­ku" - słu­ży­ły nam za przy­stań, kom­pas oraz sta­tek, któ­rym wy­pły­nę­li­śmy na sze­ro­kie wody.

JLG

New Ha­ven, Con­nec­ti­cut

je­sień 2017 roku

Roz­dział 1

Przekraczając Hellespont

Jest rok 480 p.n.e. Miej­sce - Aby­dos, mia­sto po­ło­żo­ne po azja­tyc­kiej stro­nie Hel­le­spon­tu, gdzie cie­śni­na zwę­ża się do za­le­d­wie nie­ca­łych dwóch ki­lo­me­trów sze­ro­ko­ści. Roz­gry­wa­ją­cej się sce­ny nie po­wsty­dzi­ła­by się żad­na hol­ly­wo­odz­ka pro­duk­cja zło­tej ery kina. Kserk­ses, Król Kró­lów, za­sia­da na tro­nie na wznie­sie­niu, z któ­re­go bę­dzie mógł ob­ser­wo­wać gru­pu­ją­ce się ar­mie, zło­żo­ne, jak prze­ka­zu­je nam hi­sto­ryk He­ro­dot, z po­nad pół­to­ra mi­lio­na lu­dzi. Na­wet gdy­by była to jed­na dzie­sią­ta tej licz­by, co jest bar­dziej praw­do­po­dob­ne, to i tak li­czeb­ność ar­mii nie ustę­po­wa­ła­by roz­mia­ro­wi sił eks­pe­dy­cyj­nych Eisen­ho­we­ra bio­rą­cych udział w ope­ra­cji D-Day w 1944 roku. Obec­nie cie­śni­ny Dar­da­ne­le nie spa­ja ża­den most, lecz Kserk­ses dys­po­no­wał dwo­ma: je­den spo­czy­wał na 360 po­łą­czo­nych ło­dziach, dru­gi na 314, oba usta­wio­no zaś uko­śnie, aby na­pię­cie wy­trzy­ma­ło wia­try i prąd mor­ski. Wcze­śniej­szy most zo­stał bo­wiem ro­ze­rwa­ny przez sztorm, a wład­ca w swej wście­kło­ści na­ka­zał ściąć bu­dow­ni­czych i wy­chło­stać oraz na­pięt­no­wać mo­rze. Gdzieś na dnie cie­śni­ny, po dziś dzień po­dob­no spo­czy­wa­ją że­la­zne kaj­da­ny, któ­re Kser­kses na do­kład­kę roz­ka­zał ci­snąć do wody.

Jed­nak tego dnia mo­rze jest spo­koj­ne, a Kserk­ses za­do­wo­lo­ny. Spo­kój zo­sta­je jed­nak za­kłó­co­ny na­głym pła­czem, któ­rym za­no­si się król. Jego do­rad­ca i stryj Ar­ta­ba­nos pyta go o po­wo­dy nie­spo­dzie­wa­nych łez. "Zgro­ma­dzi­ły się tu ty­sią­ce lu­dzi - od­po­wie­dział król - a za sto lat nikt nie po­zo­sta­nie przy ży­ciu". Ar­ta­ba­nos po­cie­sza swe­go wład­cę, przy­po­mi­na­jąc mu, że nie­szczę­ścia mogą uczy­nić ży­cie nie­zno­śnym, a śmierć przy­nieść ulgę. Kserk­ses przy­jął to ze zro­zu­mie­niem, lecz wy­su­nął żą­da­nie: "Wy­jaw mi naj­szczer­szą praw­dę". Mia­no­wi­cie, czy Ar­ta­ba­nos bez wa­ha­nia po­parł­by całe przed­się­wzię­cie - dru­gą in­wa­zję Per­sów na Gre­cję w cią­gu de­ka­dy - gdy­by obaj nie do­świad­czy­li prze­ra­ża­ją­cej wi­zji? Tym ra­zem to Ar­ta­ba­nos od­po­wia­da drżą­cym gło­sem: "Pe­łen je­stem obaw i nie dość się opa­no­wa­łem".

Kserk­se­sa dwu­krot­nie na­wie­dzi­ły wi­zje po tym, jak Ar­ta­ba­nos od­wiódł go od ze­msz­cze­nia się za upo­ko­rze­nie, ja­kie­go Da­riusz, jego oj­ciec, do­znał od Gre­ków dzie­sięć lat wcze­śniej pod Ma­ra­to­nem. Ni­czym w sce­nie z Ham­le­ta - choć ode­gra­nej dwa ty­siąc­le­cia wcze­śniej - zja­wa, o kró­lew­skim ob­li­czu i oj­cow­skim uspo­so­bie­niu, po­sta­wi­ła na­stę­pu­ją­ce ul­ti­ma­tum: "Je­śli na­tych­miast nie roz­pocz­niesz woj­ny [...], wte­dy rów­nie szyb­ko, jak uro­słeś w siłę i po­tę­gę, znów sta­niesz się ma­lucz­ki". W pierw­szej chwi­li Ar­ta­ba­nos zbył śmie­chem zna­cze­nie snu, na co Kserk­ses przy­brał go w swe sza­ty i na­ka­zał spę­dzić noc w kró­lew­skim łożu. Zja­wa znów się po­ja­wi­ła, a na Ar­ta­ba­no­sa padł tak po­twor­ny strach, że zbu­dził się z krzy­kiem i z miej­sca za­czął na­kła­niać kró­la do no­wej in­wa­zji. Kserk­ses wy­dał roz­ka­zy i po­tęż­na ar­mia ze­bra­ła się w Sar­des, gdzie w ofie­rze zło­żo­no ty­siąc wo­łów w ru­inach Troi, po czym ru­szy­ła nad Hel­le­spont, nad któ­rym roz­cią­gnię­to już mo­sty, i szy­ko­wa­ła się do ich prze­kro­cze­nia, kie­dy to król po raz ostat­ni ze­zwo­lił swe­mu stry­jo­wi na po­dzie­le­nie się wąt­pli­wo­ścia­mi, je­śli na­dal ja­kieś go nę­ka­ły.

Ar­ta­ba­nos, po­mi­mo swych kosz­ma­rów, nie mógł się po­ha­mo­wać. Prze­ciw­ni­cy, z ja­ki­mi przyj­dzie się zmie­rzyć, ostrze­gał, to nie tyl­ko Gre­cy, acz­kol­wiek oni też są groź­ny­mi wo­jow­ni­ka­mi: to tak­że zie­mia i woda. Marsz wo­kół Mo­rza Egej­skie­go bę­dzie wiódł przez te­re­ny, któ­re nie wy­ży­wią tak licz­nej ar­mii. Nie star­czy też por­tów, by schro­nić okrę­ty na czas sztor­mu. Wy­czer­pa­nie, a na­wet głód, mogą dać o so­bie znać, jesz­cze za­nim wy­wią­że się pierw­sza bi­twa. Roz­waż­ny do­wód­ca "lęka się i my­śli o każ­dym moż­li­wym wy­pad­ku, lecz w chwi­li czy­nu jest od­waż­ny". Kserk­ses wy­słu­chał cier­pli­wie tych słów, ale z dez­apro­ba­tą stwier­dził, że "gdy­byś chciał przy każ­dej no­wej spra­wie wszyst­ko moż­li­we bez róż­ni­cy uwzględ­niać, ni­cze­go byś ni­g­dy nie do­ko­nał. Le­piej jest na wszyst­ko się wa­żyć i po­ło­wy nie­po­wo­dzeń do­znać, niż wszyst­kie­go na­przód się lę­kać i ni­g­dy nic nie ucier­pieć [...]. Wiel­kie bo­wiem rze­czy zwy­kło się osią­gać przez wiel­kie nie­bez­pie­czeń­stwa".

To prze­są­dzi­ło spra­wę. Kserk­ses ode­słał Ar­ta­ba­no­sa, aby ob­jął rzą­dy nad obec­nym im­pe­rium, sam zaś sku­pił się na po­dwo­je­niu jego roz­mia­ru. Król wzno­sił mo­dły do Słoń­ca, pro­sząc o siłę, by mógł pod­bić nie tyl­ko Gre­cję, lecz całą Eu­ro­pę. Dro­gę przed mo­sta­mi usła­no ga­łąz­ka­mi mir­tu. Ka­pła­nom na­ka­zał pa­lić ka­dzi­dła. Na­stęp­nie uho­no­ro­wał Hel­le­spont, wle­wa­jąc do mo­rza obia­tę i wrzu­ca­jąc do wody zło­tą cza­rę, w któ­rej zmie­szał ofia­rę oraz miecz. Prze­pra­wa sta­ła te­raz otwo­rem, a jej po­ko­na­nie mia­ło za­brać sie­dem dni i sie­dem nocy. Gdy Kserk­ses po­sta­wił sto­pę na eu­ro­pej­skim brze­gu, onie­mia­ły z wra­że­nia świa­dek miał spy­tać, dla­cze­go Zeus przy­wdział sza­ty per­skie­go kró­la i przy­był na cze­le "wszyst­kich miesz­kań­ców świa­ta?". Czyż bóg nie był w sta­nie sa­mo­dziel­nie znisz­czyć Gre­cji?[1]

I

Dwa ty­sią­ce czte­ry­sta dzie­więt­na­ście lat póź­niej pe­wien oks­fordz­ki wy­kła­dow­ca zro­bił so­bie prze­rwę w kon­sul­ta­cjach, aby udać się na za­ba­wę. Li­czą­cy so­bie wów­czas trzy­dzie­ści lat Isa­iah Ber­lin uro­dził się w Ry­dze, do­ra­stał w Pe­ters­bur­gu, a po­tem, do­świad­czyw­szy w wie­ku ośmiu lat re­wo­lu­cji paź­dzier­ni­ko­wej, uciekł z ro­dzi­ną do Wiel­kiej Bry­ta­nii. Tam roz­wi­nął skrzy­dła, opa­no­wał nowy ję­zyk, prze­dzie­ra­jąc się przez gąszcz ak­cen­tów, któ­re już na za­wsze go oplo­tły, z po­wo­dze­niem zdał eg­za­mi­ny wstęp­ne do Oks­for­du i jako pierw­szy Żyd w hi­sto­rii zo­stał przy­ję­ty w sze­re­gi All So­uls Col­le­ge[2]. Do 1939 roku zo­stał już wy­kła­dow­cą fi­lo­zo­fii w New Col­le­ge (za­ło­żo­nym w 1379 roku) i znie­chę­cił się do po­zy­ty­wi­zmu lo­gicz­ne­go (zgod­nie z któ­rym nic nie ma sen­su, do­pó­ki nie jest to sta­le we­ry­fi­ko­wa­ne) oraz w peł­ni cie­szył się uro­ka­mi ży­cia.

Jako bły­sko­tli­wy roz­mów­ca o umy­śle chło­ną­cym idee jak gąb­ka, Ber­lin z ra­do­ścią wi­tał każ­dą oka­zję, w któ­rej mógł za­błys­nąć i na­uczyć się cze­goś no­we­go. Pod­czas rze­czo­nej im­pre­zy - nie wia­do­mo do­kład­nie, kie­dy się od­by­ła - na­po­tkał Ju­lia­na Edwar­da Geo­r­ge'a Asqu­ith, 2. hra­bie­go Oks­for­du i Asqu­ith, koń­czą­ce­go wów­czas fi­lo­lo­gię kla­sycz­ną w Bal­liol Col­le­ge. Lord Oks­ford na­tra­fił na in­try­gu­ją­cy frag­ment z dzie­ła grec­kie­go po­ety Ar­chi­lo­cha z Pa­ros. Jak wspo­mi­na Ber­lin, brzmiał on na­stę­pu­ją­co: "Lis zna się na wie­lu rze­czach, za to jeż na jed­nej, wiel­kiej rze­czy"[3].

Ustęp ten za­cho­wał się je­dy­nie we frag­men­cie, za­tem kon­tekst daw­no zo­stał utra­co­ny. Na dłuż­szą chwi­lę po­chy­lił się jed­nak nad nim re­ne­san­so­wy uczo­ny Erazm z Rot­ter­da­mu[4], a w ślad za nim po­szedł Ber­lin. Czy mógł być to sche­mat do kla­sy­fi­ko­wa­nia wiel­kich pi­sa­rzy? Je­śli tak, to Pla­ton, Dan­te, Do­sto­jew­ski, Nie­tz­sche i Pro­ust by­li­by je­ża­mi. Ary­sto­te­les, Sha­ke­spe­are, Go­ethe, Pusz­kin i Joy­ce to zaś nie­wąt­pli­wie lisy. Po­dob­nie jak Ber­lin, któ­ry nie ufał wiel­kim rze­czom - jak po­zy­ty­wi­zmo­wi lo­gicz­ne­mu - a czuł się swo­bod­nie oto­czo­ny ma­ły­mi[5]. Dru­ga woj­na świa­to­wa od­ciąg­nęła uwa­gę Ber­li­na od jego czwo­ro­no­gów, do któ­rych po­wró­cił w 1951 roku i wy­ko­rzy­stał przy pi­sa­niu ese­ju o poj­mo­wa­niu hi­sto­rii u Toł­sto­ja. Tekst uka­zał się dwa lata póź­niej w po­sta­ci krót­kiej książ­ki Jeż i lis.

Jeże, wy­ja­śniał Ber­lin, "spro­wa­dza­ją wszyst­ko do jed­nej, cen­tral­nej wi­zji", w któ­rej ra­mach "wszyst­ko, czym są i co ro­bią ma zna­cze­nie". Dla od­mia­ny lisy "zmie­rza­ją do roz­licz­nych ce­lów, czę­sto nie­zwią­za­nych, na­wet sprzecz­nych ze sobą, a je­śli w ogó­le ja­koś po­krew­nych, to tyl­ko jak­by de fac­to". Róż­ni­ca była pro­sta, by­naj­mniej jed­nak nie bła­ha: ofia­ro­wu­je "per­spek­ty­wę, w któ­rej moż­na po­strze­gać i po­rów­ny­wać zja­wi­ska, sta­no­wi punkt wyj­ścia do rze­tel­nej ana­li­zy". Może i na­wet od­zwier­cie­dla "jed­ną z naj­więk­szych róż­nic, ja­kie dzie­lą pi­sa­rzy i my­śli­cie­li, a być może lu­dzi w ogó­le".

Świa­tło, któ­re rzu­cił Ber­lin, nie roz­ja­śni­ło jed­nak zbyt wie­le poza my­ślą Toł­sto­ja. Ten wiel­ki czło­wiek pra­gnął być je­żem, jak twier­dził Ber­lin: Woj­na i po­kój mia­ła uka­zać pra­wa rzą­dzą­ce hi­sto­rią. Toł­stoj był jed­nak zbyt uczci­wy, by przy­mknąć oczy na dzi­wac­twa cha­rak­te­rów oraz przy­pad­ko­wość oko­licz­no­ści, któ­re wy­my­ka­ją się ta­kim uogól­nie­niom. Tym sa­mym też my­śle­nie lisa w nie­spo­ty­ka­ny spo­sób prze­peł­ni­ło jego ar­cy­dzie­ło, hip­no­ty­zu­jąc czy­tel­ni­ków, któ­rzy ra­do­śnie po­mi­ja­li roz­my­śla­nia na te­mat hi­sto­rii w du­chu jeża roz­sia­ne po ca­łej książ­ce. Jak pod­su­mo­wu­je Ber­lin, tar­ga­ny sprzecz­no­ścia­mi Toł­stoj zmarł jako "zroz­pa­czo­ny sta­rzec, któ­re­mu nikt już po­móc nie może, ośle­pio­ny wła­sny­mi rę­ka­mi wę­dro­wiec [Edyp] błą­ka­ją­cy się po Ko­lo­nie"[6].

Gdy­by uznać to za bio­gra­fię, by­ło­by to nad­mier­ne uprosz­cze­nie. Toł­stoj fak­tycz­nie zmarł na za­po­mnia­nej sta­cji ko­le­jo­wej w 1910 roku w wie­ku osiem­dzie­się­ciu dwóch lat po tym, jak po­rzu­cił swój dom i ro­dzi­nę. Wąt­pli­we jed­nak, że po­wo­dem był żal wy­wo­ła­ny nie­do­mknię­ty­mi wąt­ka­mi w wy­da­nej przed de­ka­da­mi Woj­nie i po­ko­ju[7]. Trud­no też od­gad­nąć, czy Ber­lin przy­wo­łał Edy­pa po­wo­do­wa­ny ja­kimś głęb­szym za­mia­rem niż tyl­ko chę­cią za­koń­cze­nia swe­go ese­ju dra­ma­tycz­nym ak­cen­tem. Może i zbyt dra­ma­tycz­nym, gdyż na­su­wa się myśl, że róż­ni­ce mię­dzy li­sa­mi a je­ża­mi są nie do po­go­dze­nia. Je­steś jed­nym albo dru­gim, zda­wał się mó­wić Ber­lin. Nie moż­na łą­czyć w so­bie obu i być szczę­śli­wym. Czy sku­tecz­nym. Czy w ogó­le stwo­rzyć ca­ło­ści.

Ber­lin nie krył tym sa­mym zdzi­wie­nia - lecz też szel­mow­skiej ucie­chy - gdy jego stwo­rze­nia zy­ska­ły roz­głos, i to na dłu­go, za­nim mógł im w tym po­móc in­ter­net. Za­czę­to od­wo­ły­wać się do nich w pu­bli­ka­cjach. Ka­ry­ka­tu­ry z ich wi­ze­run­ka­mi sta­ły się oczy­wi­ste dla od­bior­ców[8]. Z ko­lei w sa­lach uni­wer­sy­tec­kich pro­fe­so­rzy za­czę­li py­tać swych stu­den­tów: "X [jako do­wol­na hi­sto­rycz­na lub li­te­rac­ka po­stać] był li­sem czy je­żem?". Stu­den­ci za­czę­li py­tać swych wy­kła­dow­ców: "Le­piej [w do­wol­nym okre­sie] być je­żem czy li­sem?". Wszy­scy zaś za­cho­dzi­li w gło­wę: "Gdzie, na tej ska­li, znaj­du­ję się ja?". Na­stęp­nie za­sta­na­wia­li się: "Czy do­brze mi w tym miej­scu?". I wresz­cie: "Kim je­stem w osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku?".

Za spra­wą spo­tka­nia w Oks­for­dzie, frag­men­tu wier­sza Ar­chi­lo­cha i epo­pei Toł­sto­ja Ber­lin od­krył dwa naj­lep­sze spo­so­by, by unie­śmier­tel­nić swo­ją myśl. Po pierw­sze, być enig­ma­tycz­nym, co do per­fek­cji opa­no­wa­ły roz­sia­ne po hi­sto­rii wy­rocz­nie. Po dru­gie, być ni­czym Ezop: uka­zać swe idee pod po­sta­cią zwie­rząt, co za­pew­ni im nie­śmier­tel­ność.

II

He­ro­dot, ży­ją­cy mię­dzy la­ta­mi 80. i 20. V wie­ku p.n.e., mógł się ze­tknąć ze spo­strze­że­niem Ar­chi­lo­cha (ok. 680-645) na te­mat li­sów i jeży. Przy­wo­łu­je po­etę w in­nym miej­scu, nie­wy­klu­czo­ne za­tem, że czy­tał wiersz - o ile prze­trwał do jego cza­sów - gdzie po raz pierw­szy po­ja­wi­ły się dwa zwie­rzę­ta[9]. Na­wet je­śli nie, to i tak trud­no czy­tać re­la­cję He­ro­do­ta o Ar­ta­ba­no­sie i Kserk­se­sie w Hel­le­spon­cie i nie wi­dzieć w do­rad­cy nie­spo­koj­ne­go lisa, a w mo­nar­sze nie­wzru­szo­ne­go jeża.

Ar­ta­ba­nos pod­kre­śla kosz­ty - po­świę­co­nej ener­gii, nad­wą­tlo­nych za­so­bów, za­gro­żeń lo­gi­stycz­nych, osła­bio­ne­go mo­ra­le i wszyst­kie­go, co może pójść nie tak - prze­pra­wia­nia licz­nej ar­mii przez ja­ki­kol­wiek te­ren czy wodę. Suk­ces bę­dzie oku­pio­ny zbyt du­żym ry­zy­kiem. Czy Kserk­ses nie do­strze­ga, że "bóg razi gro­mem" tych, któ­rzy chcą wy­ro­snąć po­nad mia­rę, pod­czas gdy ci skrom­ni "wca­le go nie draż­nią"? Le­piej ścią­gnąć mo­sty, roz­wią­zać ar­mię i ode­słać wszyst­kich do domu, pro­po­nu­je Ar­ta­ba­nos, gdzie naj­gor­sze, co może ich spo­tkać, to ko­lej­ne złe sny.

Kserk­ses, któ­ry pła­cze nad tymi, co za sto lat będą mar­twi, pa­trzy na świat sze­rzej i w dłuż­szej per­spek­ty­wie. Sko­ro ceną za ży­cie jest śmierć, to dla­cze­go nie uczy­nić go pa­mięt­nym, po­no­sząc znacz­nie mniej­sze kosz­ty? Dla­cze­go Król Kró­lów miał­by nie być wart za­pa­mię­ta­nia? Ujarz­miw­szy Hel­le­spont, wład­ca nie po­tra­fi już się za­trzy­mać. Mo­sty mu­szą go do­kądś do­pro­wa­dzić. Wiel­cy do­wód­cy za­bra­li ze sobą to, co nie­zbęd­ne, by wszyst­ko po­szło po ich my­śli, a na­wet je­śli bę­dzie od­wrot­nie, to i tak nie po­krzy­żu­je to pla­nów. "Bóg tak zrzą­dza, a wie­le z tego, co my sami wy­ko­nu­je­my, wy­cho­dzi nam na do­bre"[10].

Ar­ta­ba­nos trwo­żył się przed po­tę­gą na­tu­ry, wie­dząc, że ukształ­to­wa­nie te­re­nu może za­rów­no po­móc, jak i prze­szko­dzić ar­mii, że mo­rza ni­g­dy nie są w peł­ni we wła­da­niu flot je prze­mie­rza­ją­cych, że ża­den śmier­tel­nik nie jest w sta­nie prze­wi­dzieć po­go­dy. Do­wód­cy mu­szą zro­zu­mieć, że te­atr dzia­łań nie za­wsze bę­dzie zgod­ny z ich ocze­ki­wa­nia­mi, a wy­bór da­nej tak­ty­ki bę­dzie po­dyk­to­wa­ny ak­tu­al­ny­mi oko­licz­no­ścia­mi. Dla od­mia­ny Kser­kses prze­kształ­ca śro­do­wi­sko. Wodę prze­mie­nia w (mniej lub bar­dziej) twar­dy grunt, dzię­ki prze­rzu­ca­niu mo­stów przez Hel­le­spont. Twar­dy grunt z ko­lei wy­peł­nia woda, gdy na jego roz­kaz pół­wy­sep Athos prze­ci­na­ją ka­na­ły - "tak ka­za­ła mu py­cha", jak za­uwa­ża He­ro­dot - aby okrę­ty nie mu­sia­ły pły­nąć na­oko­ło[11]. Kró­la nie mar­twi to, co bę­dzie mu­siał za­ak­cep­to­wać, gdyż zrów­na z zie­mią wszyst­ko, co sta­nie mu na dro­dze. Uf­ność po­kła­da zaś je­dy­nie w bo­skiej opatrz­no­ści, któ­ra przy­da­ła mu tak wiel­kiej siły.

Krót­ko­wzrocz­ny Ar­ta­ba­nos wi­dzi tak wie­le na pierw­szym pla­nie, że sama zło­żo­ność jest już dla nie­go prze­ciw­ni­kiem. Da­le­ko­wzrocz­ny Kserk­ses do­strze­ga je­dy­nie od­le­gły plan, na któ­rym to am­bi­cje wy­zna­cza­ją moż­li­wo­ści: pro­sto­ta słu­ży za po­chod­nię roz­ja­śnia­ją­cą ścież­kę, któ­rą po­dą­ża. Ar­ta­ba­nos sta­le zmie­nia zda­nie. Jego cią­głe wol­ty, tak jak w przy­pad­ku Ody­se­usza, mają do­pro­wa­dzić go do celu. Kserk­ses, prze­kra­cza­jąc Hel­le­spont, sta­je się Achil­le­sem. Do­pó­ki nie za­pi­sze na wie­ki swe­go imie­nia w opo­wie­ściach sła­wią­cych jego czy­ny, nie osią­gnie swe­go celu[12].

Tym sa­mym, ten lis i jeż nie znaj­dą wspól­ne­go ję­zy­ka. Po­nie­waż jego rady zo­sta­ły zlek­ce­wa­żo­ne, Ar­ta­ba­nos uda­je się na wschód od Aby­dos i zni­ka rów­nież z kart dzie­ła He­ro­do­ta, któ­ry wię­cej o nim nie wspo­mi­na. Kserk­ses ru­sza na za­chód, a wraz z nim jego ar­mia, flo­ta i uwa­ga hi­sto­ry­ka jego wy­pra­wy[13], a tak­że przy­szłych kro­ni­ka­rzy per­skiej in­wa­zji. Hel­le­spont, od­dzie­la­ją­cy dwa kon­ty­nen­ty, wy­zna­cza rów­nież gra­ni­cę mię­dzy dwo­ma spo­so­ba­mi my­śle­nia, któ­re jako pierw­szy uka­zał Ar­chi­loch, na­stęp­nie spo­pu­la­ry­zo­wał Ber­lin - a wy­si­łek my­śli nauk spo­łecz­nych z dru­giej po­ło­wy XX wie­ku nadał jesz­cze wy­ra­zist­sze ramy.

III

Pra­gnąc do­szu­kać się źró­deł do­kład­no­ści i nie­do­kład­no­ści w pro­gno­zo­wa­niu, ame­ry­kań­ski psy­cho­log po­li­tycz­ny Phi­lip E. Te­tlock ra­zem ze swo­im asy­sten­tem ze­bra­li 27 451 pro­gnoz dla świa­to­wej po­li­ty­ki z lat 1988-2003 po­cho­dzą­cych od 284 "eks­per­tów" zwią­za­nych z uni­wer­sy­te­ta­mi, rzą­dem, think tan­ka­mi, fun­da­cja­mi, mię­dzy­na­ro­do­wy­mi in­sty­tu­cja­mi oraz me­dia­mi. Peł­na ta­bel, wy­kre­sów i ze­sta­wień da­nych, wy­da­na w 2005 roku książ­ka Tet­loc­ka Expert Po­li­ti­cal Jud­ge­ment sta­no­wi pod­su­mo­wa­nie naj­bar­dziej wni­kli­we­go ba­da­nia w hi­sto­rii, szu­ka­ją­ce­go od­po­wie­dzi na py­ta­nie, dla­cze­go nie­któ­rzy traf­nie od­czy­tu­ją przy­szłość, a inni nie.

"To, kim byli eks­per­ci - ich do­świad­cze­nie za­wo­do­we, po­zy­cja itd. - ani na jotę nie ro­bi­ło róż­ni­cy", pod­su­mo­wu­je Te­tlock. "Po­dob­nie jak to, co eks­per­ci my­śle­li - czy byli li­be­ra­ła­mi czy kon­ser­wa­ty­sta­mi, re­ali­sta­mi czy in­sty­tu­cjo­na­li­sta­mi, opty­mi­sta­mi czy pe­sy­mi­sta­mi". Acz­kol­wiek "to, jak ci eks­per­ci my­śle­li - ich spo­sób ro­zu­mo­wa­nia - już mia­ło zna­cze­nie". Do­pie­ro gdy uka­za­no eks­per­tom de­fi­ni­cję "li­sów" i "jeży" uku­tą przez Ber­li­na, a na­stęp­nie na­ka­za­no im się przy­po­rząd­ko­wać do jed­nej z grup, dała o so­bie znać kry­tycz­na zmien­na. Wy­ni­ki były jed­no­znacz­ne: lisy oka­za­ły się znacz­nie spraw­niej­szy­mi pro­gno­sty­ka­mi niż jeże, któ­rych wy­ni­ki zbli­ża­ły ich do rzu­ca­ją­ce­go lot­ka­mi (i praw­do­po­dob­nie bę­dą­ce­go sy­mu­la­cją kom­pu­te­ro­wą) szym­pan­sa.

Te­tlock, za­sko­czo­ny ta­kim ob­ro­tem spra­wy, za­mie­rzał od­kryć, co od­róż­nia­ło jego lisy od jeży. W swo­ich prze­wi­dy­wa­niach lisy opie­ra­ły się na in­tu­icyj­nym "łą­cze­niu w ca­łość róż­no­rod­nych źró­deł in­for­ma­cji", nie wy­wo­dzi­ły zaś de­duk­cyj­nie swych twier­dzeń z "wiel­kich sche­ma­tów". Nie wie­rzy­ły, że "mgli­sta dzie­dzi­na, jaką jest po­li­ty­ka", kie­dy­kol­wiek "bę­dzie obiek­tem ba­dań pre­cy­zyj­nej na­uki". Naj­lep­sze lisy "ce­cho­wał sa­mo­kry­tycz­ny spo­sób my­śle­nia", któ­ry "nie po­zwa­lał żad­nej my­śli wznieść się po­nad kry­tycz­ny osąd". Były jed­nak zbyt dys­kur­syw­ne - ze zbyt wiel­kim od­da­niem chcia­ły uści­ślić swe twier­dze­nia - aby pod­trzy­mać za­in­te­re­so­wa­nie. Go­spo­da­rze pro­gra­mów te­le­wi­zyj­nych rzad­ko za­pra­sza­li ich po­now­nie. De­cy­den­ci byli zbyt za­ję­ci, żeby słu­chać ich wy­wo­dów.

Z ko­lei jeże Te­tloc­ka stro­ni­ły od sa­mo­kry­ty­ki i od­rzu­ca­ły kry­ty­cyzm. Śmia­ło przed­sta­wia­ły ca­ło­ścio­we wy­ja­śnie­nia i "wy­bu­cha­ły po­iry­to­wa­ne, gdy ktoś ich nie ro­zu­miał". Kie­dy ich in­te­lek­tu­al­ne wy­kop­ki sta­wa­ły się za głę­bo­kie, po pro­stu ko­pa­ły jesz­cze głę­biej. Wpa­da­ły "w si­dła wła­snych, z góry przy­ję­tych osą­dów" i bez­sil­nie trwa­ły w oko­wach sa­mo­za­do­wo­le­nia. Ich ha­sła były chwy­tli­we, lecz nie mia­ły wie­le wspól­ne­go z tym, co przy­no­si­ła ze sobą przy­szłość.

Wszyst­ko to skło­ni­ło Te­tloc­ka do przed­sta­wie­nia "teo­rii do­bre­go osą­du": mia­no­wi­cie, że "sa­mo­kry­tycz­ni my­śli­cie­le le­piej ra­dzą so­bie ze sprzecz­ny­mi dy­na­mi­ka­mi ewo­lu­ują­cych wy­da­rzeń, z więk­szą ostroż­no­ścią pod­cho­dzą do swo­ich zdol­no­ści prze­wi­dy­wa­nia, z więk­szą pre­cy­zją przy­wo­łu­ją po­peł­nio­ne błę­dy, któ­re z ko­lei rza­dziej uspra­wie­dli­wia­ją, a ra­czej są skłon­ni w porę uak­tu­al­nić swo­je prze­ko­na­nia i - w wy­ni­ku ku­mu­la­tyw­nej siły tych prze­wag - za­jąć lep­szą po­zy­cję, by wy­ło­żyć re­al­ne za­ło­że­nia, gdy znów przyj­dzie im prze­wi­dy­wać przy­szłość"[14]. Krót­ko mó­wiąc, lisy ra­dzą so­bie le­piej.

IV

Spraw­dzia­nem do­brej teo­rii jest jej zdol­ność do tłu­ma­cze­nia prze­szło­ści, gdyż je­dy­nie wte­dy mo­że­my za­ufać jej prze­wi­dy­wa­niom na te­mat przy­szło­ści. Prze­szłość Te­tloc­ka wy­zna­cza­ją jed­nak pięt­na­sto­let­nie ramy jego eks­pe­ry­men­tu. He­ro­dot po­zwa­la za­sto­so­wać od­kry­cia Te­tloc­ka - wpraw­dzie bez czuj­nej kon­tro­li ba­dań - do epo­ki znacz­nie bar­dziej od­le­głej od na­szej. Co cie­ka­we, na­wet taka prze­paść cza­so­wa po­zwa­la z po­wo­dze­niem je za­apli­ko­wać.

Prze­kro­czyw­szy Hel­le­spont, Kserk­ses ru­szył da­lej, prze­ko­na­ny, że wiel­kość ar­mii i splen­dor jego świ­ty spra­wią, że wszel­ki opór bę­dzie da­rem­ny: "Gdy­by na­wet wszy­scy Hel­le­no­wie i resz­ta miesz­ka­ją­cych na za­cho­dzie lu­dzi ra­zem się ze­bra­ła, nie będą zdol­ni oprzeć się mo­je­mu na­jaz­do­wi, je­śli nie będą zgod­nie współ­dzia­łać". Wszyst­ko to­czy­ło się po jego my­śli, gdy po­ko­ny­wał Tra­cję, Ma­ce­do­nię i Te­sa­lię, lecz prze­marsz siłą rze­czy był bar­dzo po­wol­ny.

Jego ar­mia li­czy­ła tylu lu­dzi, że żoł­nie­rze wy­pi­ja­li całą wodę z rzek i je­zior, za­nim wszyst­kie od­dzia­ły zdą­ży­ły się prze­pra­wić na dru­gą stro­nę. Lwy (wciąż spo­ty­ka­ne w tam­tych cza­sach na Pe­lo­po­ne­zie) po­lo­wa­ły na wiel­błą­dy dźwi­ga­ją­ce jego za­pa­sy. Z ko­lei ku­li­nar­ne żą­da­nia Kserk­se­sa prze­kra­cza­ły moż­li­wo­ści na­wet tych bar­dziej usłuż­nych Gre­ków: je­den był wdzięcz­ny, że król jada tyl­ko je­den po­si­łek dzien­nie, gdyż je­śli jego mia­sta mu­sia­ły­by za­pew­nić śnia­da­nie roz­mia­ru obia­dów, ja­kich żą­dał Kserk­ses, jego miesz­kań­cy mu­sie­li­by uciec lub "naj­go­rzej wśród wszyst­kich lu­dzi ulec za­gła­dzie"[15].

Kserk­ses nie mógł tak­że prze­kształ­cić ca­łej rzeź­by te­re­nu. Aby wkro­czyć do At­ty­ki, Per­so­wie mu­sie­li przejść przez wą­ski prze­smyk ter­mo­pil­ski, gdzie spar­tia­ci pod wo­dzą Le­oni­da­sa - zwo­ła­ni na szyb­ko i znacz­nie ustę­pu­ją­cy prze­ciw­ni­ko­wi pod wzglę­dem li­czeb­no­ści - po­wstrzy­my­wa­li na­jeźdź­ców przez kil­ka dni. I choć Le­oni­das wraz ze swo­im eli­tar­nym od­dzia­łem "trzy­stu" po­legł, to ich od­mo­wa zło­że­nia bro­ni una­ocz­ni­ła Kserk­se­so­wi, że nie mógł się da­lej opie­rać wy­łącz­nie na za­stra­sza­niu, by zy­skać to, cze­go pra­gnął. W tym sa­mym cza­sie sztor­my, któ­re póź­nym la­tem roz­pę­ta­ły się na Mo­rzu Egej­skim, nisz­czy­ły jego flo­tę, pod­czas gdy Ateń­czy­cy, na roz­kaz swo­je­go stra­te­ga Te­mi­sto­kle­sa, ewa­ku­owa­li mia­sta. Tym sa­mym Kserk­ses sta­nął przed iden­tycz­nym dy­le­ma­tem co Na­po­le­on pod Mo­skwą w 1812 roku: co zro­bić, gdy zdo­by­ło się po­żą­da­ne mia­sto po to tyl­ko, by od­kryć, że zo­sta­ło opusz­czo­ne, a po­go­da po­wo­li za­czy­na się za­ła­my­wać?

Król Kró­lów wy­co­fał się, w ty­po­wy dla sie­bie spo­sób sie­jąc jesz­cze więk­szy ter­ror. Spa­lił Akro­pol, po czym wzniósł ko­lej­ny tron na szczy­cie ko­lej­ne­go wznie­sie­nia gó­ru­ją­ce­go nad ko­lej­nym akwe­nem, by na wła­sne oczy uj­rzeć osta­tecz­ny triumf, któ­ry za­pew­ni mu reszt­ka jego flo­ty. Dym uno­szą­cy się z naj­waż­niej­szej świą­ty­ni Ateń­czy­ków z pew­no­ścią osła­bił­by du­cha oby­wa­te­li mia­sta słu­żą­cych jako wio­śla­rze. Jed­nak nie w Za­to­ce Sa­la­miń­skiej, nie wśród do­brze wy­szko­lo­nych za­łóg tri­rem po­krze­pio­nych sło­wa­mi wy­rocz­ni del­fic­kiej, któ­ra za­pew­ni­ła, że "drew­nia­ne mury", jak moż­na się do­my­ślać pły­wa­ją­ce, za­pew­nią bez­pie­czeń­stwo. Kserk­ses tym sa­mym był świad­kiem, jak Gre­cy po­sy­ła­ją jego flo­tę na dno i do­bi­ja­ją oca­la­łych, któ­rych nikt wcze­śniej nie na­uczył pły­wać. Kró­lo­wi po­zo­sta­ło je­dy­nie po­nie­wcza­sie za­ak­cep­to­wać radę swe­go stry­ja i wró­cić do domu[16].

Te­mi­sto­kles przy­spie­szył od­wrót wład­cy, roz­sie­wa­jąc plot­ki, że na­stęp­nym ce­lem dzia­łań Ateń­czy­ków mia­ły być mo­sty usta­wio­ne w cie­śni­nie Hel­le­spont. Prze­ra­żo­ny Kserk­ses za­mie­rzał się czym prę­dzej prze­do­stać na dru­gi brzeg, po­zo­sta­wia­jąc swo­ją wy­zu­tą z du­cha ar­mię wła­sne­mu lo­so­wi. Gre­cy roz­bi­li ją na­stęp­nie pod Pla­te­ja­mi, lecz dal­szą karę, siłą wy­obraź­ni, miał już wy­mie­rzyć dra­ma­turg. Per­so­wie, wy­sta­wie­ni po raz pierw­szy osiem lat po bi­twie pod Sa­la­mi­ną, uka­zu­ją za­ła­ma­ne­go Kser­kse­sa, z tru­dem po­wra­ca­ją­ce­go do swo­jej sto­li­cy, gdzie do­cho­dzą go la­men­ty wzno­szo­ne przez tych, któ­rzy nie­gdyś go wy­chwa­la­li - wy­brzmie­wa wśród nich tak­że na­po­mnie­nie spo­kor­nia­łe­go du­cha Da­riu­sza: "je­steś śmier­tel­ny, nie prze­kra­czaj mia­ry"[17].

Spi­su­jąc swo­je Dzie­je He­ro­dot wy­ko­rzy­stał dzie­ło Aj­schy­lo­sa[18]. Czy po­słu­ży­ło mu rów­nież przy opi­sie snów - przy­wo­łu­jąc marę sen­ną Da­riu­sza za­miast jego du­cha - któ­re w pierw­szej ko­lej­no­ści skło­ni­ły Kserk­se­sa do ru­sze­nia przez Hel­le­spont? Co do tego nie ma pew­no­ści: mary to za­gad­ko­we isto­ty. Pu­ść­my jed­nak na chwi­lę wo­dze fan­ta­zji i wy­obraź­my so­bie, że ta zja­wa, nie­waż­ne, czy­im bę­dąc po­słań­cem, wy­ko­rzy­stu­jąc swo­je nad­na­tu­ral­ne zdol­no­ści, wy­do­by­ła z przy­szło­ści ostrze­że­nie pro­fe­so­ra Te­tloc­ka, że lisy czę­sto mają ra­cję, a jeże plo­tą bzdu­ry, po czym wró­ci­ła w prze­szłość i prze­ka­za­ła je po­sęp­ne­mu Kró­lo­wi Kró­lów.

V

In­wa­zja Kserk­se­sa na Gre­cję była wcze­snym, ale spek­ta­ku­lar­nym przy­kła­dem za­cho­wa­nia w sty­lu jeża. By­cie Kró­lem Kró­lów to nie prze­lew­ki: je­śli Kserk­ses po­tra­fił ze­brać naj­więk­szą ar­mię w hi­sto­rii, prze­mie­nia­jąc rów­no­cze­śnie wodę w zie­mię nad Hel­le­spon­tem i zie­mię w wodę na pół­wy­spie Athos, to co mo­gło prze­ra­stać jego moż­li­wo­ści? Cze­mu nie rzu­cić się po zdo­by­ciu Gre­cji na pod­bój ca­łej Eu­ro­py? Cze­mu nie spra­wić, py­tał sam sie­bie w pew­nym mo­men­cie, by "zie­mia per­ska gra­ni­czy­ła z ete­rem Zeu­sa"?[19]

Kserk­ses nie zdo­łał jed­nak w ty­po­wy dla jeży spo­sób sku­tecz­nie po­wią­zać swo­ich ce­lów ze środ­ka­mi. Cele żyją bo­wiem tyl­ko w wy­obraź­ni, mogą być nie­skoń­czo­ne: jak tron na księ­ży­cu, z któ­re­go roz­cią­ga się pięk­ny wi­dok. Środ­ki jed­nak są nie­ubła­ga­nie ogra­ni­czo­ne: to lu­dzie na polu wal­ki, okrę­ty na mo­rzu i od­dzia­ły, któ­re trze­ba za­apro­wi­zo­wać. Je­śli co­kol­wiek ma się udać, cele i środ­ki mu­szą ze sobą współ­grać. Ni­g­dy jed­nak nie moż­na trak­to­wać ich wy­mien­nie.

Gra­ni­ce moż­li­wo­ści Kserk­se­sa wy­zna­cza­ły je­dy­nie jego aspi­ra­cje. Li­czył, że wszyst­ko pój­dzie po jego my­śli i nic gor­sze­go go nie spo­tka. Żył wy­łącz­nie te­raź­niej­szo­ścią, od­gra­dza­jąc się od prze­szło­ści, któ­ra skry­wa do­świad­cze­nia, oraz od przy­szło­ści, gdzie czai się nie­zna­ne[20]. Gdy­by Kserk­ses po­jął te róż­ni­ce, zro­zu­miał­by, że jego ar­mia i flo­ta za nic nie prze­trans­por­to­wa­ły­by sprzę­tu nie­zbęd­ne­go do pod­bo­ju sa­mej tyl­ko Gre­cji. Król mu­siał­by prze­ko­nać lud­ność, któ­rą na­padł, do wy­ży­wie­nia swo­jej ar­mii (co nie było ła­twym za­da­niem), w prze­ciw­nym wy­pad­ku jego lu­dziom (choć jemu sa­me­mu za­pew­ne nie) wkrót­ce za­czął­by do­skwie­rać głód (lub pra­gnie­nie, lub zmę­cze­nie). Wte­dy na­wet opór garst­ki wal­czą­cych, jak pod Ter­mo­pi­la­mi, za­chwiał­by pew­no­ścią ca­łej ar­mii. Wkrót­ce też na­de­szła­by zima.

Nie­mniej jed­nak po­dą­ża­nie ścież­ką lisa wska­za­ną przez Ar­ta­ba­no­sa rów­nież wią­za­ło się z ry­zy­kiem. Stryj mógł ostrzec Kser­kse­sa przed wy­schnię­ty­mi rze­ka­mi, głod­ny­mi lwa­mi, nie­spo­dzie­wa­ny­mi ule­wa­mi, wro­go na­sta­wio­ną lud­no­ścią, groź­ny­mi wo­jow­ni­ka­mi, nie­ja­sny­mi sło­wa­mi wy­rocz­ni, nie­stru­dzo­ny­mi wio­śla­rza­mi i po­to­pio­ny­mi człon­ka­mi wy­pra­wy - wszyst­ko to cze­ka­ło go po dru­giej stro­nie Hel­le­spon­tu: po­nie­waż przy­czy­ny tego były zna­ne, dało się prze­wi­dzieć kon­se­kwen­cje. Jed­nak tyl­ko dla każ­de­go zda­rze­nia z osob­na, gdyż na­wet naj­spryt­niej­szy wróż­bi­ta nie do­strze­że ku­mu­la­tyw­nych efek­tów. Drob­ne ele­men­ty na­war­stwia­ją się na ogrom­ną ska­lę - mimo to do­wód­cy nie mogą po­zwo­lić so­bie, aby to, co nie­zna­ne, ich pa­ra­li­żo­wa­ło. Mu­szą spra­wiać wra­że­nie, że wie­dzą, co ro­bią, na­wet je­śli jest zu­peł­nie ina­czej.

Kserk­ses do­pro­wa­dził tę za­sa­dę do eks­tre­mum. Gdy Li­dyj­czyk Py­tios ofia­ro­wał mu wszyst­kie od­dzia­ły i bo­gac­twa, któ­rych król za­żą­dał na po­trze­by in­wa­zji, z wy­jąt­kiem swo­je­go naj­star­sze­go syna, Kserk­ses uznał, że w bez­li­to­sny spo­sób musi uka­zać swo­ją de­ter­mi­na­cję: na­ka­zał prze­ciąć go wpół, a na­stęp­nie prze­ma­sze­ro­wać swo­jej ar­mii po­mię­dzy dwie­ma za­krwa­wio­ny­mi po­łów­ka­mi wy­wie­szo­ny­mi po obu stro­nach dro­gi[21]. Bez dwóch zdań una­ocz­ni­ło to de­ter­mi­na­cję Kserk­se­sa, lecz ta do­słow­na czer­wo­na li­nia za­mknę­ła mu dro­gę do szu­ka­nia in­nych roz­wią­zań. Na­wet je­śli bar­dzo by tego pra­gnął, nie mógł już zmie­nić swo­ich pla­nów.

Tra­gizm Kserk­se­sa i Ar­ta­ba­no­sa wy­ni­kał z fak­tu, że jed­ne­mu bra­ko­wa­ło umie­jęt­no­ści dru­gie­go. Król, wzo­rem jeża Te­tloc­ka, po­ry­wał tłu­my, ale po­pa­dał w ta­ra­pa­ty. Jego do­rad­ca, lis Te­tloc­ka, uni­kał kło­po­tów, jed­nak nie po­tra­fił przy­cią­gnąć uwa­gi. Kserk­ses miał ra­cję. Je­śli chcesz prze­wi­dzieć wszyst­ko, moż­li­we, że nie osią­gniesz ni­cze­go. Jed­nak Ar­ta­ba­nos tak­że się nie my­lił. Je­śli nie przy­go­tu­jesz się na każ­dy moż­li­wy sce­na­riusz, bądź pe­wien, że ja­kiś się zi­ści.

VI

Za­rów­no Kserk­ses, jak i Ar­ta­ba­nos tym sa­mym ob­la­li­by przed­sta­wio­ny w 1936 roku przez F. Scot­ta Fit­zge­ral­da test na in­te­li­gen­cję naj­wyż­szej kla­sy: "zdol­ność do uzna­wa­nia dwóch prze­ciw­staw­nych idei jed­no­cze­śnie bez wpły­wu na funk­cjo­no­wa­nie"[22]. Moż­li­we, że Fit­zge­rald po pro­stu się nad sobą uża­lał. Jego ka­rie­ra pi­sar­ska w tam­tym okre­sie pod­upa­da­ła, czte­ry lata póź­niej zaś miał umrzeć na sku­tek al­ko­ho­li­zmu, cho­ro­by ser­ca i za­po­mnie­nia, któ­re­go ból jesz­cze po­głę­bia­ło wspo­mnie­nie nie­gdy­siej­szej sła­wy. W chwi­li śmier­ci li­czył so­bie za­le­d­wie czter­dzie­ści czte­ry lata[23]. Jed­nak za­sta­na­wia­ją­ca po­jem­ność jego afo­ry­zmu, po­dob­nie jak Ber­li­na o li­sach i je­żach, uczy­ni­ła go nie­śmier­tel­nym. Na­wet wy­rocz­nia del­fic­ka mo­gła­by mu go po­zaz­dro­ścić[24].

Myśl Fit­zge­ral­da o prze­ciw­staw­nych ide­ach mo­że­my od­czy­tać w na­stę­pu­ją­cy spo­sób: się­ga­my po naj­lep­sze ele­men­ty w sprzecz­nych dzia­ła­niach, a rów­no­cze­śnie od­rzu­ca­my te naj­gor­sze, pró­bu­jąc wy­pra­co­wać do­kład­nie taki kom­pro­mis, któ­ry prze­kro­czył moż­li­wo­ści Kserk­se­sa i Ar­ta­ba­no­sa dwa­dzie­ścia czte­ry stu­le­cia wcze­śniej. Jak jed­nak tego do­ko­nać? Nie­trud­no do­strzec, jak dwa umy­sły do­cho­dzą do od­mien­nych wnio­sków, lecz czy prze­ciw­no­ści mogą współ­żyć w zgo­dzie w ra­mach jed­ne­go? Z pew­no­ścią nie w umy­śle Fit­zge­ral­da, któ­re­go udrę­ka przy­po­mi­na­ła ży­cie Toł­sto­ja, choć o po­ło­wę krót­sze.

Naj­lep­sze roz­wią­za­nie tego dy­le­ma­tu przy­no­si pa­ra­dok­sal­nie Ber­lin, któ­ry więk­szość swo­je­go dłuż­sze­go i szczę­śliw­sze­go ży­cia po­świę­cił ła­go­dze­niu kon­flik­tów ki­pią­cych w po­je­dyn­czych umy­słach. Ty­po­we do­świad­cze­nie, pod­kre­ślał, jest prze­peł­nio­ne "ce­la­mi, z któ­rych każ­dy jest rów­nie osta­tecz­ny (...), zre­ali­zo­wa­nie czę­ści z nich nie­chyb­nie pro­wa­dzi do po­świę­ce­nia resz­ty". Rza­dziej sta­je­my przed wy­bo­rem mię­dzy ostry­mi prze­ci­wień­stwa­mi - na przy­kład do­brem a złem - niż mię­dzy do­bry­mi rze­cza­mi, któ­rych nie mo­że­my zy­skać rów­no­cze­śnie. "Moż­na zba­wić swo­ją du­szę albo moż­na bu­do­wać i utrzy­my­wać wiel­kie, peł­ne chwa­ły pań­stwo - pi­sał Ber­lin - lecz nie za­wsze moż­na ro­bić obie te rze­czy na­raz". Na­wet dziec­ko jest w sta­nie to zro­zu­mieć: nie moż­na spa­ła­szo­wać wszyst­kich cu­kier­ków pod­czas Hal­lo­we­en i po­tem nie zwy­mio­to­wać.

Dy­le­ma­ty te mo­że­my roz­wią­zać po­przez roz­cią­gnię­cie ich w cza­sie. Sku­pia­my się w da­nej chwi­li na od­na­le­zie­niu kon­kret­nych rze­czy, inne od­kła­da­my na póź­niej, a jesz­cze inne uzna­je­my za nie­osią­gal­ne. Oce­nia­my, co gdzie pa­su­je, i na­stęp­nie de­cy­du­je­my, co i w ja­kim cza­sie mo­że­my osią­gnąć. Pro­ces ten nie­ko­niecz­nie bę­dzie ła­twy: Ber­lin zwra­ca uwa­gę na "ko­niecz­ność i mękę wy­bo­ru". Je­śli jed­nak zo­sta­ło­by nam to ode­bra­ne, do­da­je, wkrót­ce też "swo­bo­da wy­bo­ru utra­ci­ła­by swo­je za­sad­ni­cze zna­cze­nie"[25].

Co w ta­kim ra­zie z twier­dze­niem Ber­li­na, za­war­tym w jego ese­ju o Toł­sto­ju, że "lu­dzie ogól­nie dzie­lą się" na lisy i jeże? Czy mu­si­my iden­ty­fi­ko­wać się z jed­nym z nich, tak jak eks­per­ci po­pro­sze­ni o to przez Te­tloc­ka? Ber­lin na krót­ko przed śmier­cią przy­znał, że wca­le nie jest to ko­niecz­ne. "Nie­któ­rzy lu­dzie nie są ani li­sa­mi, ani je­ża­mi, nie­któ­rzy są tym i tym". Cały czas pro­wa­dził po pro­stu "in­te­lek­tu­al­ną grę". Inni po­de­szli do tego za po­waż­nie[26].

Po­wyż­sze wy­tłu­ma­cze­nie na­bie­ra sen­su do­pie­ro wte­dy, gdy uj­mie się je w szer­szym kon­tek­ście my­śli Ber­li­na, bo ja­ki­mi dys­po­no­wa­li­by­śmy wy­bo­ra­mi, gdy­by wbrew na­szej woli wtło­czyć nas w ka­te­go­rie wzo­ro­wa­ne na za­cho­wa­niu zwie­rząt, na­rzu­ca­ją­ce prze­wi­dy­wal­ność?[27]. Je­śli, jak twier­dził Fit­zge­rald, in­te­li­gen­cja wy­ma­ga prze­ci­wieństw - a je­śli, zda­niem Ber­li­na, wol­ność ozna­cza wy­bór - wte­dy prio­ry­te­tów nie moż­na okre­ślić z góry. Mu­szą wy­pły­wać z nas sa­mych, lecz rów­nież od­zwier­cie­dlać to, cze­go do­świad­cza­my: to pierw­sze mo­że­my zro­zu­mieć wcze­śniej, ale to, co nas ota­cza, już nie­ko­niecz­nie. Mu­si­my złą­czyć w jed­nym umy­śle (na­szym) wy­czu­cie kie­run­ku jeża oraz lisi zmysł ota­cza­ją­ce­go go świa­ta, nie tra­cąc zdol­no­ści do funk­cjo­no­wa­nia.

VII

Gdzie za­tem od­na­leźć - z wy­jąt­kiem dzi­wacz­nej pa­ra­fra­zy ty­tu­łu po­wie­ści Jane Au­sten - wy­czu­cie i zmysł? Pi­sar­ka daje pew­ną wska­zów­kę, gdyż je­dy­nie nar­ra­cja jest w sta­nie uka­zać dy­le­ma­ty roz­wi­ja­ją­ce się na prze­strze­ni wie­ków. To jed­nak za mało, aby uka­zać wy­bo­ry ni­czym prób­ki ob­ser­wo­wa­ne pod mi­kro­sko­pem. Mu­si­my uj­rzeć za­cho­dzą­ce zmia­ny, a osią­gnie­my to, je­dy­nie re­kon­stru­ując prze­szłość w for­mie hi­sto­rii, bio­gra­fii, po­ema­tów, sztuk, po­wie­ści lub fil­mów. Naj­lep­sze z nich wy­ostrza­ją ob­raz, zle­wa­jąc rów­no­cze­śnie ze sobą jego ele­men­ty: okra­ja­ją wy­da­rze­nia, aby wska­zać, gdzie leży, choć czę­sto jest za­cie­ra­na, gra­ni­ca mię­dzy na­uką a roz­ryw­ką. W skró­cie mowa o ad­ap­ta­cjach. U ich pod­staw leży zaś za­ło­że­nie, że nie mają za­nu­dzać od­bior­cy.

Film Ste­ve­na Spiel­ber­ga Lin­coln z 2012 roku sta­no­wi świet­ny przy­kład. Gra­ny przez Da­nie­la Day-Le­wi­sa pre­zy­dent sta­ra się po­stę­po­wać zgod­nie z za­war­tym w De­kla­ra­cji Nie­pod­le­gło­ści stwier­dze­niem, że wszy­scy lu­dzie zo­sta­li stwo­rze­ni rów­ny­mi: jaki bar­dziej chwa­leb­ny cel mógł­by so­bie po­sta­wić jeż? Jed­nak, by znieść nie­wol­nic­two, Lin­coln musi prze­pchnąć trzy­na­stą po­praw­kę przez po­dzie­lo­ną Izbę Re­pre­zen­tan­tów, gdzie jego po­su­nię­cia na­bie­ra­ją wy­bit­nie li­sie­go cha­rak­te­ru. Ucie­ka się do wcho­dze­nia w róż­ne ukła­dy, do prze­kupstw, po­chlebstw, wy­wie­ra­nia na­ci­sku i bez­czel­nych kłamstw - tak czę­sto, że film spo­wi­ja at­mos­fe­ra po­li­ty­ki za­dy­mio­nych po­ko­jów[28].

Gdy Thad­deus Ste­vens (w tej roli Tom­my Lee Jo­nes) pyta pre­zy­den­ta, w jaki spo­sób go­dzi tak szla­chet­ny cel z tak ohyd­ny­mi me­to­da­mi, Lin­coln wspo­mi­na, ja­kie na­uki wy­cią­gnął z lat mło­do­ści, gdy pra­co­wał jako mier­ni­czy:

Kom­pas (...) wska­że, gdzie jest pół­noc, w miej­scu, w któ­rym sto­isz, lecz nie po­wie nic o mo­kra­dłach, pu­sty­niach i prze­pa­ściach, któ­re na­po­tkasz po dro­dze. Je­śli go­niąc swój cel, pu­ścisz się przed sie­bie, nie ba­cząc na nie­bez­pie­czeń­stwa, i uto­niesz je­dy­nie w mo­kra­dle (...), tedy jaki po­ży­tek z wie­dzy o tym, gdzie jest pół­noc?[29]

Już po obej­rze­niu fil­mu od­nio­słem dziw­ne wra­że­nie, jak­by Ber­lin cały se­ans sie­dział obok mnie i pod ko­niec po­wyż­szej sce­ny na­chy­lił się ku mnie i trium­fal­nie szep­nął: "Wi­dzisz? Lin­coln wie, kie­dy być je­żem (ko­rzy­sta­jąc z kom­pa­su), a kie­dy li­sem (omi­ja­jąc mo­kra­dła)!".

O ile mi wia­do­mo, praw­dzi­wy Lin­coln ni­g­dy nie wy­po­wie­dział po­wyż­szych słów, a praw­dzi­wy Ber­lin, nie­ste­ty, nie mógł już zo­ba­czyć fil­mu Spiel­ber­ga. Jed­nak sce­na­riusz Tony'ego Ku­sh­ne­ra uka­zu­je za­ry­so­wa­ny przez Fit­zge­ral­da zwią­zek po­mię­dzy in­te­li­gen­cją, od­mien­ny­mi ide­ami a zdol­no­ścią do funk­cjo­no­wa­nia: Lin­coln rów­no­cze­śnie ma na uwa­dze da­le­ko­sięż­ne cele oraz wy­mo­gi chwi­li. Go­dzi Ber­li­now­skie lisy i jeże ze zna­cze­niem, ja­kie przy­pi­sy­wał nie­uchron­no­ści i nie­prze­wi­dy­wal­no­ści - wy­bo­rów: Lin­coln nie do­wie się, ja­kie ukła­dy bę­dzie mu­siał za­wrzeć, do­pó­ki nie uj­rzy, ja­kie efek­ty przy­nio­sły po­przed­nie. Film nie­ustan­nie łą­czy też wiel­kie rze­czy z ma­ły­mi: Lin­coln ro­zu­mie, że gło­so­wa­nie w Izbie, a co za tym idzie, dal­sze losy nie­wol­ni­ków w Ame­ry­ce, może rów­nie do­brze za­le­żeć od tego, kto zo­sta­nie ad­mi­ni­stra­to­rem pocz­ty, jak nie­gdyś on sam w ja­kiejś od­le­głej mie­ści­nie.

Tym sa­mym Lin­coln Spiel­ber­ga uka­zu­je dzia­ła­nia roz­cią­gnię­te w cza­sie (Ber­lin), współ­ist­nie­nie prze­ci­wieństw w prze­strze­ni (Fit­zge­rald) oraz ma­ni­pu­lo­wa­nie ska­lą wy­da­rzeń, co przy­wo­dzi na myśl choć­by Toł­sto­ja. Obaj Lin­col­no­wie, ten z ekra­nu oraz ten praw­dzi­wy, in­tu­icyj­nie poj­mo­wa­li bo­wiem to, co Toł­stoj pró­bo­wał uka­zać w swo­jej gi­gan­tycz­nej ad­ap­ta­cji, Woj­nie i po­ko­ju: że wszyst­ko jest ze sobą po­wią­za­ne. Nie­wy­klu­czo­ne, że wła­śnie dla­te­go po­le­gły za spra­wę pre­zy­dent zna­lazł uzna­nie w oczach tego wiel­kie­go pi­sa­rza, któ­ry rzad­ko kie­dy do­strze­gał "wiel­kość" w ja­kim­kol­wiek do­wód­cy[30].

VIII

Zmia­na ska­li wy­da­rzeń w Woj­nie i po­ko­ju na­dal za­ska­ku­je czy­tel­ni­ków. Toł­stoj od­kry­wa przed nami my­śli Na­ta­szy pod­czas jej pierw­sze­go, wiel­kie­go balu, Pier­re'a po tym, jak wda­je się w po­je­dy­nek, z któ­re­go wy­cho­dzi cało, oraz księ­cia Boł­koń­skie­go i hra­bie­go Ro­sto­wa, naj­trud­niej­szych i naj­bar­dziej po­błaż­li­wych oj­ców w li­te­ra­tu­rze współ­cze­snej. Toł­stoj od­da­la się jed­nak od tych ka­me­ral­nych sce­ne­rii i uka­zu­je nam ar­mie prze­ta­cza­ją­ce się przez Eu­ro­pę, na­stęp­nie przy­bli­ża się i sku­pia na ce­sa­rzu, ofi­ce­rach i znów pa­trzy sze­rzej, by od­dać ży­cie, tu­łacz­kę i wal­ki sze­re­go­wych żoł­nie­rzy. Raz jesz­cze wzbi­ja się wy­so­ko po bi­twie pod Bo­ro­di­no, by uka­zać Mo­skwę w ogniu, i znów robi zbli­że­nie, tym ra­zem na ucie­ki­nie­rów z pło­ną­ce­go mia­sta, w tym cięż­ko ran­ne­go księ­cia An­drze­ja, umie­ra­ją­ce­go w ra­mio­nach Na­ta­szy, do któ­rej trzy lata i kil­ka­set stron wcze­śniej, pod­czas jej pierw­sze­go balu, za­pa­łał mi­ło­ścią.

Bez wzglę­du na to, czy ana­li­zu­je­my rze­czy­wi­stość od­gór­nie, czy od­dol­nie, i tak na­tra­fi­my, w opi­nii Toł­sto­ja, na nie­skoń­czo­ną licz­bę moż­li­wo­ści na nie­skoń­cze­nie wie­lu po­zio­mach jed­no­cześ­nie. Nie­któ­re moż­na prze­wi­dzieć, więk­szo­ści jed­nak nie, i je­dy­nie ad­ap­ta­cja - wol­na od przy­wią­za­nia uczo­nych do teo­rii czy ar­chi­wów - umoż­li­wi ich przed­sta­wie­nie[31]. Dzię­ki temu jed­nak więk­szość lu­dzi bę­dzie w sta­nie wy­ło­wić z nich sens. Ber­lin pró­bo­wał wy­ja­śnić, w jaki spo­sób, w swo­im ese­ju o Toł­sto­ju:

Hi­sto­ria, tyl­ko hi­sto­ria, tyl­ko suma kon­kret­nych zda­rzeń w cza­sie i prze­strze­ni - suma rze­czy­wi­ste­go do­świad­cze­nia rze­czy­wi­stych męż­czyzn i ko­biet w ich sto­sun­ku do sie­bie na­wza­jem i do rze­czy­wi­sto­ści, do trój­wy­mia­ro­we­go, em­pi­rycz­nie po­zna­wal­ne­go fi­zycz­ne­go śro­do­wi­ska - to je­dy­nie za­wie­ra­ło praw­dę, ma­te­riał, z któ­re­go au­ten­tycz­ne od­po­wie­dzi - od­po­wie­dzi nie­wy­ma­ga­ją­ce dla ich zro­zu­mie­nia spe­cjal­nych zmy­słów czy zdol­no­ści, ja­kich zwy­kli lu­dzie nie mają - mo­gły być skon­stru­owa­ne[32].

Po­wyż­szy frag­ment jest za­wi­ły na­wet jak na Ber­li­na, któ­ry w pro­sto­cie rzad­ko do­strze­gał za­le­tę. Są­dzę jed­nak, że chciał tu­taj opi­sać na­tu­ral­ną wraż­li­wość, któ­ra iden­tycz­nie trak­tu­je czas, prze­strzeń i ska­lę. Nie była ona dana Kserk­se­so­wi po­mi­mo sta­rań Ar­ta­ba­no­sa. Toł­stoj zbli­żył się ku niej, na­wet je­śli tyl­ko na kar­tach po­wie­ści. Jed­nak Lin­coln - któ­re­mu nie to­wa­rzy­szył ża­den Ar­ta­ba­nos i któ­ry nie miał szan­sy prze­czy­tać Woj­ny i po­ko­ju - zdo­łał ją wy­kształ­cić za spra­wą zdro­we­go roz­sąd­ku, tak rzad­ko spo­ty­ka­ne­go u wiel­kich przy­wód­ców.

IX

Mó­wiąc o zdro­wym roz­sąd­ku, mam na my­śli ła­twość, z jaką więk­szość z nas ra­dzi so­bie przez więk­szość cza­su. Z grub­sza wie­my, do­kąd zmie­rza­my, lecz sta­le ko­ry­gu­je­my na­szą ścież­kę, żeby unik­nąć tego, co nie­spo­dzie­wa­ne, w tym prze­szkód po­zo­sta­wio­nych przez in­nych pod­czas ich mar­szu w ich wła­snym kie­run­ku. Moi stu­den­ci na przy­kład umie­jęt­nie uni­ka­ją zde­rze­nia z la­tar­nią ulicz­ną, za­afe­ro­wa­ny­mi pro­fe­so­ra­mi i za­bie­ga­ny­mi ko­le­ga­mi z roku, za­pa­mię­ta­le wpa­tru­jąc się w swo­je elek­tro­nicz­ne ga­dże­ty, chy­ba już na sta­łe przy­mo­co­wa­ne do ich dło­ni lub ucha. Nie wszy­scy je­ste­śmy tak zręcz­ni, lecz nie ma nic dziw­ne­go w tym, że w na­szym umy­śle spo­ty­ka­ją się jed­no­cze­śnie im­pul­syw­ne wy­czu­cie oto­cze­nia i dłu­go­fa­lo­we po­czu­cie kie­run­ku. Te prze­ciw­no­ści to­wa­rzy­szą nam każ­de­go dnia.

Psy­cho­log Da­niel Kah­ne­man przy­pi­su­je tę zdol­ność nie­świa­do­me­mu po­le­ga­niu na dwóch ro­dza­jach my­śle­nia. "Szyb­kie" my­śle­nie jest in­tu­icyj­ne, spon­ta­nicz­ne i czę­sto emo­cjo­nal­ne. W ra­zie po­trze­by pro­wa­dzi na­tych­miast do dzia­ła­nia: dzię­ki nie­mu nie wbie­gasz na prze­szko­dy lub uni­kasz tych pę­dzą­cych w two­ją stro­nę. "Wol­ne" my­śle­nie jest za­mie­rzo­ne, sku­pio­ne i naj­czę­ściej lo­gicz­ne. Jego kon­se­kwen­cją wca­le nie musi być re­ak­cja: to dzię­ki nie­mu się uczysz, żeby wie­dzieć, jak coś zro­bić. Te­tlock do­strze­ga po­do­bień­stwo w ludz­kim ge­no­mie, co tłu­ma­czy na przy­kła­dzie zwie­rząt Ber­li­na:

Lisy były le­piej do­sto­so­wa­ne do prze­trwa­nia w dy­na­micz­nie zmie­nia­ją­cym się śro­do­wi­sku, w któ­rym tyl­ko ci, któ­rzy szyb­ko po­rzu­ca­li złe idee, utrzy­my­wa­li prze­wa­gę. Jeże od­naj­dy­wa­ły się le­piej w sta­bil­nym śro­do­wis­ku, gdzie ko­rzy­ści przy­no­si­ło upo­rczy­we trzy­ma­nie się spraw­dzo­nych me­tod. Nasz ga­tu­nek - homo sa­piens - le­piej so­bie ra­dzi, gdy kie­ru­ją nim oba uspo­so­bie­nia[33].

Na­sze prze­trwa­nie mo­że­my za­tem za­wdzię­czać spraw­no­ści, z jaką prze­łą­cza­li­śmy się mię­dzy szyb­kim a wol­nym my­śle­niem - mię­dzy za­cho­wa­niem lisa a jeża. Je­śli ni­g­dy nie prze­sta­li­by­śmy się uwa­żać za pęp­ki świa­ta, wy­lą­do­wa­li­by­śmy nie tyle w jed­nym z mo­kra­deł Lin­col­na, co w as­fal­to­wych je­zio­rach, za­to­pie­ni ra­zem z ma­mu­ta­mi.

Dla­cze­go za­tem de­cy­den­ci nie ce­chu­ją się taką ela­stycz­no­ścią? Jak to moż­li­we, że w od­le­głej prze­szło­ści Kserk­ses i Ar­ta­ba­nos nie do­strze­ga­li w niej więk­sze­go zna­cze­nia? Jak też moż­li­we, obec­nie, że eks­per­ci Te­tloc­ka z taką ła­two­ścią iden­ty­fi­ko­wa­li się albo z li­sa­mi, albo z je­ża­mi, ale nie z dwo­ma rów­no­cze­śnie? I dla­cze­go uzna­wać przy­wódz­two Lin­col­na za wy­jąt­ko­we, sko­ro ro­bił po pro­stu to, co prze­cięt­ni lu­dzie każ­de­go dnia? W tym kon­tek­ście zdro­wy roz­są­dek jest ni­czym po­wie­trze: im wy­żej się wspi­nasz, tym bar­dziej się roz­rze­dza. "Z wiel­ką mocą wią­że się wiel­ka od­po­wie­dzial­ność", pa­mięt­nie przy­po­mi­nał Spi­der-Ma­no­wi jego wuj Ben[34] - lecz tak­że nie­bez­pie­czeń­stwo po­peł­nia­nia głupstw.

X

I wła­śnie przed tym ma uchro­nić wiel­ka stra­te­gia. Na po­trze­by tej książ­ki zde­fi­niu­ję ten ter­min jako do­pa­so­wa­nie po­ten­cjal­nie nie­ogra­ni­czo­nych aspi­ra­cji do siłą rze­czy ogra­ni­czo­nych moż­li­wo­ści. Je­śli sta­wiasz so­bie cele prze­kra­cza­ją­ce środ­ki, ja­ki­mi dys­po­nu­jesz, prę­dzej czy póź­niej bę­dziesz mu­siał je ogra­ni­czyć, by od­po­wia­da­ły do­stęp­nym środ­kom. Po­więk­sza­ją­ce się środ­ki mogą po­móc osią­gnąć wię­cej ce­lów, lecz nie wszyst­kie, gdyż cele mogą być nie­skoń­czo­ne, pod­czas gdy środ­ki ni­g­dy. Nie­waż­ne, jaki zło­ty śro­dek od­kry­jesz, za­wsze bę­dzie ist­nieć za­leż­ność mię­dzy tym, co rze­czy­wi­ste, a tym, co wy­śnio­ne: mię­dzy two­im ak­tu­al­nym po­ło­że­niem a miej­scem, do któ­re­go chcesz dojść. Nie zbu­du­jesz stra­te­gii, do­pó­ki nie po­łą­czysz tych dwóch punk­tów - choć­by i bar­dzo się róż­ni­ły - w oko­licz­no­ściach, w któ­rych przy­szło ci dzia­łać.

Cze­mu słu­ży za­tem przy­miot­nik "wiel­ka"? Moim zda­niem cho­dzi tu o staw­kę. Two­je stu­denc­kie ży­cie nie ule­gnie fun­da­men­tal­nej zmia­nie, je­śli ju­tro zdrzem­niesz się o dwa­dzie­ścia mi­nut dłu­żej, przez co za­miast cie­płe­go śnia­da­nia zjesz zim­ną buł­kę w dro­dze na za­ję­cia. Staw­ka jed­nak ro­śnie, je­śli weź­miesz pod uwa­gę, jaki wpływ ma to, cze­go się uczysz na tych za­ję­ciach na inne wy­kła­dy, w któ­rych uczest­ni­czysz, na to, jak ci pój­dzie za­li­cze­nie da­ne­go przed­mio­tu, a po­tem ca­łe­go roku, jak mo­żesz prze­kuć to na zdol­no­ści za­wo­do­we, a tak­że kto może oka­zać się mi­ło­ścią two­je­go ży­cia. Stra­te­gie sta­ją się co­raz bar­dziej da­le­ko­sięż­ne, na­wet je­śli wciąż miesz­czą się w per­spek­ty­wie ob­ser­wa­to­ra. By­ło­by za­tem błę­dem stwier­dzić, że pań­stwa mają wiel­kie stra­te­gie, lecz lu­dzie już nie. Do­pa­so­wy­wa­nia na­le­ży prze­pro­wa­dzać w cza­sie, prze­strze­ni oraz ska­li.

Wiel­kie stra­te­gie zwy­kle ko­ja­rzo­no jed­nak z pla­no­wa­niem i pro­wa­dze­niem wo­jen. Nie po­win­no to za­ska­ki­wać, zwa­żyw­szy, że pierw­szy od­no­to­wa­ny zwią­zek aspi­ra­cji z moż­li­wo­ścia­mi zro­dził się z ko­niecz­no­ści prze­pro­wa­dze­nia ope­ra­cji woj­sko­wych. "Na­radź­my się ato­li", na­po­mi­na sło­wa­mi Ho­me­ra zmyśl­ny Ne­stor Achaj­czy­ków pod­czas dra­ma­tycz­ne­go epi­zo­du wie­lo­let­nie­go ob­lę­że­nia Troi, "może nam jesz­cze na­tchnie ja­kiś spo­sób rada"[35]. Po­trze­ba prze­pro­wa­dza­nia ta­kich do­sto­so­wań zro­dzi­ła się jed­nak w znacz­nie od­le­glej­szej prze­szło­ści, praw­do­po­dob­nie wte­dy, gdy przo­dek czło­wie­ka wpadł na to, jak zdo­być to, cze­go pra­gnął, wy­ko­rzy­stu­jąc do­stęp­ne mu środ­ki[36].

Wy­łą­cza­jąc ży­cie wiecz­ne, naj­pow­szech­niej­szym ce­lem ga­tun­ku homo sa­piens było z pew­no­ścią prze­trwa­nie. Stra­te­gii do tego pro­wa­dzą­cych po­wsta­ło bez liku, po­czy­na­jąc od zdo­by­cia po­ży­wie­nia, schro­nie­nia i ubra­nia, a koń­cząc na tak zło­żo­nych dzia­ła­niach, jak wła­da­nie po­tęż­ny­mi im­pe­ria­mi. Spre­cy­zo­wa­nie suk­ce­su ni­g­dy nie było pro­ste, lecz skoń­czo­ność środ­ków uła­twia­ła to za­da­nie. I cho­ciaż osta­tecz­nie sa­tys­fak­cja jest sta­nem umy­słu, to jej osią­gnię­cie po­cią­ga za sobą rze­czy­wi­ste kosz­ty. Stąd też po­wód, dla­cze­go za­wsze nie­zbęd­ne było do­sto­so­wy­wa­nie, a co za tym idzie, stra­te­gia.

XI

Czy moż­na za­tem na­uczyć wiel­kiej stra­te­gii lub cho­ciaż zdro­we­go roz­sąd­ku, na któ­rym się ona wspie­ra? Je­śli Lin­coln, któ­ry w po­rów­na­niu do in­nych ame­ry­kań­skich pre­zy­den­tów ode­brał cząst­ko­we wy­kształ­ce­nie, na­uczył się tego, co trze­ba, na ba­zie wła­snych lek­tur i do­świad­czeń, to czy i my nie mo­że­my?[37] Lin­coln był jed­nak ge­niu­szem, a więk­szość z nas nim nie jest. Jak­by nie pa­trzeć, Sha­ke­spe­are nie miał na­uczy­cie­la pi­sa­nia. Czy ozna­cza to za­tem, że in­nym też go nie trze­ba?

Nie moż­na rów­nież za­po­mi­nać, że Lin­coln - oraz Sha­ke­spe­are - mie­li całe ży­cie, by stać się ludź­mi, ja­ki­mi zna­my ich obec­nie. Ina­czej niż mło­dzi lu­dzie dzi­siaj, gdyż w spo­łe­czeń­stwie prze­bie­ga­ją ostre gra­ni­ce po­mię­dzy kształ­ce­niem ogól­nym, szko­le­niem za­wo­do­wym, awan­sem w ra­mach da­nej or­ga­ni­za­cji, od­po­wie­dzial­no­ścią za swo­ją funk­cję oraz eme­ry­tu­rą. Po­głę­bia to tyl­ko pro­blem za­ry­so­wa­ny daw­no temu przez Hen­ry'ego Kis­sin­ge­ra: że "ka­pi­tał in­te­lek­tu­al­ny", któ­ry przy­wód­cy zdo­by­wa­ją pod­czas wspi­nacz­ki na szczyt, to wszyst­ko, na czym będą po­le­gać, gdy już tam do­trą[38]. Obec­nie cza­su jest mniej, niż Lin­coln miał na na­ukę cze­go­kol­wiek od pod­staw.

Tym sa­mym to uczel­niom po­wie­rzo­no za­da­nie kształ­to­wa­nia umy­słów stu­den­tów w trak­cie za­jęć, lecz umy­sły uczo­nych same w so­bie są po­dzie­lo­ne. Do­szło do roz­ła­mu mię­dzy zgłę­bia­niem hi­sto­rii a bu­do­wa­niem teo­rii, z cze­go jed­no i dru­gie jest nie­zbęd­ne, by do­pa­so­wać cele do środ­ków. Hi­sto­ry­cy, zda­jąc so­bie spra­wę, że ich dzie­dzi­na pre­miu­je spe­cja­li­stycz­ne ba­da­nia, zwy­kli uni­kać uogól­nień, któ­re są pod­sta­wą teo­rii: od­rzu­ca­ją tym sa­mym pro­sto­tę, któ­ra po­zwa­la prze­brnąć przez skom­pli­ko­wa­ne kwe­stie. Teo­re­ty­cy pra­gną­cy wi­dzieć się w roli "na­ukow­ców" dzie­dzin spo­łecz­nych, po­szu­ku­ją "po­wta­rzal­no­ści" w wy­ni­kach: przed­kła­da­ją pro­sto­tę nad zło­żo­ność w po­szu­ki­wa­niu prze­wi­dy­wal­no­ści. Obie gru­py nie do­ce­nia­ją związ­ków mię­dzy tym, co ogól­ne, a tym, co szcze­gól­ne - mię­dzy wie­dzą uni­wer­sal­ną a lo­kal­ną - któ­re są po­żyw­ką dla my­śle­nia stra­te­gicz­ne­go. Obie tak­że, jak­by chcąc jesz­cze bar­dziej po­gma­twać te nie­do­sko­na­ło­ści, zbyt czę­sto mają kiep­skie pió­ro[39].

Ist­nie­je jed­nak star­sza me­to­da, któ­ra z po­wo­dze­niem łą­czy­ła hi­sto­rię i teo­rię. Zdra­dza ją Ma­chia­vel­li w li­ście de­dy­ka­cyj­nym otwie­ra­ją­cym Księ­cia, w któ­rym wy­zna­je, że nie zna rze­czy cen­niej­szej niż "zna­jo­mość czy­nów wiel­kich mę­żów, na­by­ta dłu­gim do­świad­cze­niem w spra­wach współ­cze­snych i cią­głym roz­czy­ty­wa­niem się w sta­ro­żyt­nych". Za­warł ją na­stęp­nie "w tym dzieł­ku" z na­dzie­ją, że otrzy­ma "Jego Wy­so­kość [Lo­ren­zo de Me­di­ci, któ­re­mu Ma­chia­vel­li de­dy­ko­wał książ­kę] moż­ność zro­zu­mie­nia w krót­kim cza­sie tego wszyst­kie­go, co - jak pi­sał - ja po­zna­łem i cze­go na­uczy­łem się w cią­gu tylu lat, a z ta­kim tru­dem i nie­bez­pie­czeń­stwa­mi"[40].

Carl von Clau­se­witz - w swo­im mo­nu­men­tal­nym, lecz nie­ukoń­czo­nym kla­sycz­nym dzie­le O woj­nie - w peł­niej­szy spo­sób roz­wi­nął me­to­dę Ma­chia­vel­le­go[41]. Hi­sto­ria, pod­kre­ślał, to po pro­stu ciąg róż­nych opo­wie­ści. Nie ozna­cza to jed­nak, że są bez­u­ży­tecz­ne, bo­wiem teo­ria, przy­braw­szy po­stać ich esen­cji, uwal­nia od ko­niecz­no­ści po­now­ne­go ich wy­słu­chi­wa­nia. A nie ma na to cza­su, gdy ru­szasz do wal­ki, lub zmie­rzyć się z in­nym, peł­nym trud­no­ści wy­zwa­niem. Nie mo­żesz się też jed­nak błą­kać, jak Pier­re u Toł­sto­ja pod Bo­ro­di­no. Nie­zbęd­ne w ta­kiej chwi­li sta­je się szko­le­nie.

Do­brze wy­szko­lo­ny żoł­nierz nie­wąt­pli­wie le­piej so­bie po­ra­dzi niż ten po­zba­wio­ny przy­go­to­wa­nia. Jed­nak czym jest "szko­le­nie" w ro­zu­mie­niu Clau­se­wit­za? To zdol­ność do ko­rzy­sta­nia z za­sad roz­cią­ga­ją­cych się w cza­sie i prze­strze­ni, abyś miał po­ję­cie, co do­tych­czas się spraw­dza­ło, a co nie. Po czym z miej­sca sto­su­jesz te za­sa­dy do za­ist­nia­łej sy­tu­acji: oto rola, jaką od­gry­wa ska­la. W re­zul­ta­cie otrzy­mu­jesz plan wzbo­ga­co­ny wie­dzą z prze­szło­ści i za­ko­twi­czo­ny w te­raź­niej­szo­ści, aby osią­gnąć dane cele w przy­szło­ści.

Ale nie wszyst­ko pój­dzie zgod­nie z pla­nem. Nie tyl­ko re­zul­tat bę­dzie za­leż­ny od po­czy­nań dru­giej stro­ny - "zna­nych nie­wia­do­mych" (known unk­nowns), jak okre­ślił to pod­czas pa­mięt­ne­go wy­stą­pie­nia były se­kre­tarz obro­ny Sta­nów Zjed­no­czo­nych Do­nald Rums­feld[42] - lecz bę­dzie tak­że efek­tem "nie­zna­nych nie­wia­do­mych" (unk­nown unk­nowns), czy­li wszyst­kie­go, co może pójść nie tak, za­nim jesz­cze w ogó­le doj­dzie do star­cia z nie­przy­ja­cie­lem. Wspól­nie ele­men­ty te wy­wo­łu­ją "tar­cie", jak okre­ślił to Clau­se­witz, czy­li zde­rze­nie teo­rii z rze­czy­wi­sto­ścią, przed któ­rym Ar­ta­ba­nos pró­bo­wał prze­strzec Kserk­se­sa wie­le stu­le­ci wcze­śniej nad Hel­le­spon­tem.

Po­zo­sta­je za­tem im­pro­wi­za­cja, ale to coś wię­cej niż kom­bi­no­wa­nie na po­cze­ka­niu. Może bę­dziesz się trzy­mał pla­nu, może go zmo­dy­fi­ku­jesz, a może wy­rzu­cisz do ko­sza. Nie­mniej jed­nak, wzo­rem Lin­col­na, bę­dziesz znał swój kie­ru­nek bez wzglę­du na to, ja­kie nie­wia­do­me cza­ją się na dro­dze wio­dą­cej ku twe­mu ce­lo­wi. Za­cho­wasz w umy­śle sze­ro­ki wa­chlarz roz­wią­zań, by so­bie z nimi po­ra­dzić, opar­tych na - ni­czym pre­zent od Ma­chia­vel­le­go - wy­pra­co­wa­nych w po­cie czo­ła na­ukach tych, któ­rzy zma­ga­li się z nimi przed tobą. Resz­ta na­le­ży do cie­bie.

XII

Ło­dzie, któ­ry­mi ak­tu­al­nie moż­na się prze­pra­wić przez Hel­le­spont, na­dal łą­czą pola bi­tew, ni­czym nie­gdyś mo­sty Kserk­se­sa: Tro­ja znaj­du­je się nie­co na po­łu­dnie od azja­tyc­kie­go brze­gu; Gal­li­po­li po stro­nie eu­ro­pej­skiej jesz­cze bli­żej. Za­miast ło­dzi po wo­dach pły­wa­ją jed­nak pro­my, a za­miast ar­mii prze­wo­żą tu­ry­stów ko­rzy­sta­ją­cych z oka­zji do zwie­dze­nia świa­tów roz­dzie­lo­nych trzy­dzie­sto­ma stu­le­cia­mi, a od­le­gły­mi od sie­bie o nie­ca­łe 50 ki­lo­me­trów. W cią­gu dnia znaj­dziesz na­wet czas na to, aby obej­rzeć ko­nia tro­jań­skie­go w Ça­nak­ka­le - nie praw­dzi­we­go, rzecz ja­sna, lecz im­po­nu­ją­cy roz­mia­ra­mi re­kwi­zyt z pla­nu fil­mo­we­go Troi z Bra­dem Pit­tem z 2004 roku.

Kra­jo­braz nie tchnie już ma­je­sta­tem, któ­rym na­pa­wał się król Kserk­ses ze swo­je­go cy­pla w 480 roku p.n.e., ale uwa­gę zwra­ca co in­ne­go: do­świad­cze­nie wal­ki sta­ło się rzad­sze niż jesz­cze w nie­daw­nej prze­szło­ści. Bez wzglę­du na po­wo­dy - strach, że woj­na świa­to­wa bę­dzie ozna­cza­ła za­gła­dę wszyst­kich jej uczest­ni­ków, po­wrót do kon­flik­tów na mniej­szą ska­lę, któ­re tyl­ko czę­ścio­wo an­ga­żu­ją wal­czą­ce spo­łe­czeń­stwa, może po pro­stu wy­jąt­ko­we szczę­ście - mniej lu­dzi obec­nie wal­czy na po­lach bi­tew. Szturm prze­pro­wa­dza­ją tu­ry­ści.

Kon­cep­cja szko­le­nia przed­sta­wio­na przez Clau­se­wit­za na­dal jed­nak za­cho­wu­je swo­je zna­cze­nie. To naj­lep­sze za­bez­pie­cze­nie, ja­kim dys­po­nu­je­my przed stra­te­gia­mi, któ­re im bar­dziej się roz­ra­sta­ją, tym bar­dziej sta­ją się nie­do­rzecz­ne, sta­le po­wo­du­jąc pro­ble­my w cza­sach po­ko­ju oraz woj­ny. Tyl­ko w ten spo­sób po­łą­czy­my po­zor­ne prze­ci­wień­stwa pla­no­wa­nia i im­pro­wi­za­cji: po­przez na­ukę zdro­we­go roz­sąd­ku wy­ra­sta­ją­ce­go ze świa­do­mo­ści, kie­dy być je­żem, a kie­dy li­sem. Czy jed­nak z wy­jąt­kiem ar­mii i, w okro­jo­ny spo­sób, pod­czas kur­sów uni­wer­sy­tec­kich i w pra­cy, mło­dzi lu­dzie mogą zdo­być taką wie­dzę?

"Bi­twa pod Wa­ter­loo zo­sta­ła wy­gra­na na po­lach szko­ły w Eton", nie po­wie­dział ni­g­dy ksią­żę Wel­ling­ton - choć jako zde­kla­ro­wa­ny zwo­len­nik wik­to­riań­skich epi­gra­mów zde­cy­do­wa­nie po­wi­nien był[43]. Od­kła­da­jąc na bok woj­nę i przy­go­to­wa­nia do niej, to właś­nie w ry­wa­li­za­cji spor­to­wej naj­wy­raź­niej ma­ni­fe­stu­je się Clau­se­wit­zow­ska mie­sza­ni­na esen­cji prze­szło­ści, pla­no­wa­nia w te­raź­niej­szo­ści oraz nie­zna­nej przy­szło­ści. Ak­tyw­ność ru­cho­wa jest obec­nie znacz­nie mod­niej­sza niż w cza­sach wiel­kie­go księ­cia, tym sa­mym też wię­cej lu­dzi bie­rze udział w grach spor­to­wych. Co ci to jed­nak da i jaki ma to zwią­zek z wiel­ką stra­te­gią?

Uczysz się za­sad gry dzię­ki tre­ne­ro­wi, któ­ry robi to samo co daw­niej in­struk­tor musz­try, gdy służ­ba woj­sko­wa była obo­wiąz­ko­wa: wpa­ja pod­sta­wy, wzmac­nia tę­ży­znę fi­zycz­ną, wpro­wa­dza dys­cy­pli­nę, za­chę­ca do współ­pra­cy, po­ka­zu­je, jak zno­sić po­raż­kę, a na­stęp­nie po niej się pod­nieść. Gdy jed­nak roz­pocz­nie się gra, twój tre­ner może krzy­czeć i gnie­wać się wy­łącz­nie zza li­nii bocz­nej. Ty i ko­le­dzy z dru­ży­ny je­ste­ście zda­ni na sie­bie. Mimo to po­ra­dzi­cie so­bie le­piej dzię­ki tre­nin­go­wi, przez jaki prze­szli­ście: nie na dar­mo za­rob­ki tre­ne­rów na po­szcze­gól­nych ame­ry­kań­skich uni­wer­sy­te­tach prze­wyż­sza­ją za­rob­ki rek­to­rów, któ­rzy ich za­trud­ni­li.

Czy co­kol­wiek po­zwa­la za­tem okre­ślić, czy pod­czas roz­gryw­ki by­łeś li­sem czy je­żem? Za­pew­ne uznał­byś ta­kie py­ta­nie za nie­mą­dre, po­nie­waż by­łeś obo­ma: uło­ży­łeś plan ni­czym jeż, zmo­dy­fi­ko­wa­łeś go po li­sie­mu, gdy za­szła po­trze­ba, i wy­gra­łeś bądź prze­gra­łeś w za­leż­no­ści od tego, czy za­dzia­łał, czy nie. Trud­no by­ło­by ci po­wie­dzieć, pa­trząc w prze­szłość, kie­dy by­łeś któ­rym. Za­miast tego przez cały czas utrzy­my­wa­łeś w umy­śle prze­ciw­staw­ne idee.

Po­dob­nie w przy­pad­ku więk­szo­ści sy­tu­acji ży­cio­wych, w któ­rych po­dej­mu­je­my ta­kie de­cy­zje, kie­ru­jąc się wy­łącz­nie lub w du­żej mie­rze in­stynk­tem. Im więk­szą jed­nak dys­po­nu­je się wła­dzą, tym bar­dziej wzra­sta pew­ność sie­bie. Im wię­cej zwró­co­nych na nas oczu, tym bar­dziej prak­ty­ka przy­po­mi­na spek­takl. W grę wcho­dzi re­pu­ta­cja, któ­ra ogra­ni­cza pole dzia­ła­nia. Przy­wód­cy, któ­rzy do­tar­li na sam szczyt - jak Kserk­ses czy eks­per­ci Te­tloc­ka - mogą się stać za­kład­ni­ka­mi swej wła­snej do­mi­nu­ją­cej po­zy­cji: sami za­my­ka­ją się w ro­lach, od któ­rych nie po­tra­fią uciec.

Ni­niej­sza książ­ka trak­tu­je za­tem o umy­sło­wym Hel­le­spon­cie, któ­ry roz­dzie­la ta­kie przy­wódz­two umiesz­czo­ne na jed­nym brze­gu od zdro­we­go roz­sąd­ku na dru­gim brze­gu. Prze­cho­dze­nie z jed­ne­go na dru­gi po­win­no być nie­skrę­po­wa­ne i czę­ste, gdyż tyl­ko za spra­wą ta­kich wy­mian wiel­kie stra­te­gie - do­pa­so­wy­wa­nie środ­ków i ce­lów - mają szan­se za­ist­nieć. Prą­dy mor­skie są jed­nak zmien­ne, wia­try - zdra­dziec­kie, a mo­sty - zbyt wą­tłe. Nie trze­ba już ni­czym Kserk­ses za­stra­szać wód czy ich prze­bła­gi­wać. Jed­nak pro­wa­dząc stu­dia nad tym, jak inni od cza­sów te­goż kró­la po­ra­dzi­li so­bie z prze­ci­wień­stwa­mi lo­gi­ki i przy­wódz­twa, być może sami przy­go­tu­je­my się na po­ko­na­nie prze­pa­ści, któ­ra prę­dzej czy póź­niej wy­ro­śnie przed nami.

Przy­pi­sy

Wstęp

Roz­dział 1. Prze­kra­cza­jąc Hel­le­spont

Roz­dział 2. Dłu­gie Mury

Roz­dział 3. Men­tor­ski po­wróz

Roz­dział 4. Du­sze i pań­stwa

Roz­dział 5. Oś wła­dzy

Roz­dział 6. Nowe Świa­ty

Roz­dział 7. Naj­więk­si stra­te­dzy

Roz­dział 8. Naj­więk­szy pre­zy­dent

Roz­dział 9. Ostat­nia, naj­wspa­nial­sza na­dzie­ja

Roz­dział 10. Isa­iah