Genialni - Eric Weiner
54.00 zł
43.20 zł
(42,93 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Ludzie zaczęli dostrzegać moją wyjątkowość, kiedy jeszcze byłem dość młody. Jako dziesięciolatek, zaciekawiony prawami fizyki, próbowałem dociec, co się stanie, jeśli zrzucę wielki balon wypełniony wodą z balkonu mieszkania mojego ojca na piętnastym piętrze. I tak, idąc w ślady Newtona, Darwina i innych wielkich naukowców, postanowiłem przeprowadzić eksperyment.
"Brawo, Einsteinie" - skwitował moje działanie właściciel samochodu (wyraźnie pod wrażeniem), którego przednia szyba pękła w drobny mak wskutek zaskakującej siły oddziaływania wodnego balonu. Kto by się spodziewał? "Cóż, taką cenę trzeba płacić za naukowy postęp", racjonalizowałem sobie wtedy. W kolejny incydent, do którego doszło kilka lat później, byli zamieszani kominek, zamknięty przewód kominowy i lokalny oddział straży pożarnej. W uszach wciąż brzmią mi słowa jednego ze strażaków: "Co ty, jesteś jakimś geniuszem, czy jak?". Niestety nie. Nie jestem. I to sprawia, że powoli zaczynam znajdować się w mniejszości. W dzisiejszych czasach cierpimy na poważny przypadek inflacji geniuszu. Szafujemy tym słowem bezwstydnie. Nazywamy geniuszami tenisistów i projektantów aplikacji. Istnieją geniusze mody i geniusze kulinarni. I oczywiście geniusze polityczni. Wszystkie dzieci są małymi Einsteinami i małymi Mozartami. Jeśli mamy problem z najnowszym iProduktem, udajemy się do sklepu Apple'a i przepychamy do stanowiska wsparcia technicznego, określanego jako "Genius Bar". Jednocześnie cała lawina poradników przekonuje nas, że w każdym kryje się mały geniusz (w moim przypadku kryje się on bardzo, bardzo głęboko), i upajamy się tą wiadomością, niepomni, że skoro każdy jest geniuszem, to tak naprawdę nikt nim nie jest.
Obserwuję tę rozwijającą się - czy też raczej degenerującą - koncepcję geniuszu już od jakiegoś czasu. Ten temat fascynuje mnie w sposób, w jaki człowieka nagiego fascynuje zagadnienie odzienia. Czy naprawdę staczamy się w tej kwestii po równi pochyłej, czy może jest dla nas jeszcze nadzieja? Nawet dla mnie?
Geniusz. To słowo urzeka, ale czy naprawdę wiem, co oznacza? Pochodzi z łacińskiego genius, lecz w czasach rzymskich oznaczało coś zupełnie innego. W tamtej epoce geniusz był przewodnim bóstwem, które włóczyło się za człowiekiem niczym nadopiekuńczy rodzic, tyle że obdarzony nadnaturalnymi mocami. (Słowo "dżin" wywodzi się z tego samego źródła). Każdy człowiek miał swojego geniusza. Miało go także każde miejsce. Miasta, miasteczka i targowiska - wszystkie mogły się pochwalić własnym przewodnim duchem, genius loci, który stale je ożywiał. Współczesna słownikowa definicja geniuszu - "nadzwyczajne intelektualne zdolności, szczególnie manifestujące się w działaniach kreatywnych" - to wytwór osiemnastowiecznych romantyków, tych posępnych poetów cierpiących, podkreślam, c i e r p i ą c y c h dla sztuki i (jak powiedzielibyśmy dzisiaj) w imię kreatywności; słowo "kreatywność" jest jeszcze młodsze, pojawiło się w 1870 roku, a do powszechnego użytku weszło dopiero w latach pięćdziesiątych XX wieku.
Niektórzy używają słowa "geniusz", aby opisać osobę bardzo bystrą, kogoś o wysokim ilorazie inteligencji, ale to interpretacja zbyt wąska i wprowadzająca w błąd. Mnóstwo osób o wyjątkowo wysokim ilorazie inteligencji osiągnęło niewiele i, odwrotnie, wielu ludzi o "przeciętnym" IQ dokonało wspaniałych czynów. Nie. Ja mówię o geniuszu w sensie twórczym - jako o najwyższej formie kreatywności.
Moją ulubioną definicję geniuszu twórczego ukuła Margaret Boden - badaczka i specjalistka od sztucznej inteligencji. Według niej geniusz twórczy cechuje osoby "zdolne do tworzenia pomysłów nowych, zaskakujących i wartościowych". Tak się składa, że są to również kryteria stosowane przez Urząd Patentowy Stanów Zjednoczonych w procesie decydowania, czy dany wynalazek zasługuje na ochronę prawną.
Weźmy coś tak prostego jak filiżanka. Mogę wynaleźć taką, która będzie pomalowana na nietypowy fluorescencyjny odcień barwy pomarańczowej. Owszem, to coś nowego, ale nieszczególnie zaskakującego czy wyjątkowo przydatnego. Teraz, powiedzmy, wynajdę filiżankę bez dna. To z pewnością będzie coś nowego i zdecydowanie zaskakującego, ale znowu - niespecjalnie użytecznego. Aby zakwalifikować się do uzyskania patentu, musiałbym wynaleźć jakąś samoczyszczącą się filiżankę albo filiżankę składaną, która jednocześnie będzie służyć jako pamięć USB - coś, co spełniłoby wszystkie trzy kryteria: było nowe, zaskakujące i użyteczne. Stopniowe udoskonalanie metodą małych kroczków nie zapewni wam patentu ani tytułu geniusza. Może to zrobić tylko innowacyjny skok.
Pytanie, które intryguje kogoś takiego jak ja, niewolnika geografii i studenta historii, brzmi nie tylko, jak te skoki wyglądają, lecz także gdzie i kiedy do nich dochodzi. Postanowiłem zatem przeprowadzić kolejny eksperyment, tym razem bez udziału wodnych balonów, i wyruszyć w Wielką Podróż, współczesny odpowiednik zagranicznych wojaży, na które młoda angielska szlachta decydowała się w XVIII i XIX stuleciu w celu poszerzenia horyzontów. Żaden jednak ze mnie arystokrata i, jak już wspomniałem, żaden geniusz. Lata studiów zlały się w mej pamięci w niewyraźną plamę taniego piwa i nieodpowiednich kobiet. Żałuję, że bardziej nie uważałem. Obiecuję sobie, że tym razem będzie inaczej. Tym razem wezmę pod rozwagę radę mojego teścia. "Młody człowieku - powiedział niegdyś ze swoim melodyjnym nieokreślonym akcentem - musisz się e-du-ko-wać".
Moja edukacja rozpoczyna się w Londynie, który był miejscem nie tylko narodzin wielu geniuszy, lecz także licznych badań nad tym zjawiskiem. Jeśli podobnie jak ja jesteście zafascynowani tak zwaną nauką o geniuszu albo po prostu lubicie ukradkiem wbijać szpilki w kawałek filcu, to z pewnością będziecie chcieli zajrzeć do pudła Galtona, które można znaleźć w zbiorach londyńskiego University College.
Pewnego pochmurnego poranka - w powietrzu czuć obietnicę wiosny - wsiadam do metra jadącego na stację King's Cross, a następnie pokonuję kilkaset jardów pieszo i docieram do przypominającego Hogwart kampusu uniwersyteckiego. Na miejscu zostaję powitany przez Subhadrę Das, strażniczkę pudła, która natychmiast wzbudza moją sympatię. Coś w jej uśmiechu i sposobie, w jaki patrzy mi w oczy, działa na mnie uspokajająco. Subhadra prowadzi mnie nierzucającym się w oczy korytarzem do równie nierzucającego się w oczy pomieszczenia, gdzie znajdujemy pudło spoczywające na stole. Moja przewodniczka przywdziewa parę lateksowych rękawiczek, a potem ostrożnie, jakby przeprowadzała operację neurochirurgiczną na myszoskoczku, sięga do wnętrza.
Pudło zawiera dobra doczesne niejakiego Francisa Galtona. To osobliwa kolekcja, pasująca do osobliwego, lecz błyskotliwego człowieka. Galton, dziewiętnastowieczny naukowiec i człowiek wszechstronnie wykształcony, kuzyn Karola Darwina, dał światu analizę statystyczną[2] i kwestionariusze, fotografię kompozytową oraz metodę klasyfikacji odcisków palców. Był jednym z pierwszych meteorologów. To on ukuł sformułowanie nature versus nurture (natura czy wychowanie). Jego iloraz inteligencji wynosił niemal dwieście punktów. Motto Galtona brzmiało: "Licz, kiedy tylko możesz!". Jego zdaniem wszystko, co warte zachodu, można ująć za pomocą liczb, a raz wyznał nawet, że nie potrafi w pełni pojąć żadnego problemu, jeśli najpierw nie "uwolni go od słów". Był człowiekiem skrajnie nieprzystosowanym społecznie i lepiej czuł się w towarzystwie liczb całkowitych niż ludzi.
Subhadra wyjmuje kawałek filcu i kilka szpilek. Ostrożnie kładzie je na stole. To, wyjaśnia, były narzędzia, które Galton wykorzystywał przy jednym z bardziej dziwacznych eksperymentów: próbie opracowania "mapy piękna" Wielkiej Brytanii. Galton chciał po prostu ustalić, gdzie mieszkają najpiękniejsze kobiety w kraju. Ale ponieważ trwała epoka wiktoriańska, a on był chorobliwie nieśmiały, nie mógł urządzić konkursu piękności. Jego rozwiązanie polegało na wystawaniu na rogach ulic rozmaitych miast z filcem i szpilkami schowanymi dyskretnie w kieszeni płaszcza i obserwowaniu przechodzących kobiet. Jeśli widział kobietę atrakcyjną (w jego opinii), wtykał w filc cztery szpilki. Niewiasty mniej urodziwe dostawały trzy szpilki i tak dalej. Galton podróżował po całym Zjednoczonym Królestwie, ukradkiem oceniając powierzchowność kobiet i przypuszczalnie nie budząc niczyich podejrzeń. Skonkludował, że najbardziej powabne niewiasty zamieszkują Londyn, a najmniej atrakcyjne można znaleźć w szkockim mieście Aberdeen.
Świat nie przyłożył zbyt wielkiej wagi do "mapy piękna" Galtona, za to zauważył jego przełomową książkę Hereditary Genius (Geniusz dziedziczny). Wydana w 1869 roku szczegółowo zagłębiała się w genealogię wybitnych twórców, przywódców i sportowców. Galton wierzył, że ludzie ci zawdzięczali sukces genom czy też temu, co nazywał naturalnymi zdolnościami. Jego zdaniem geny wyjaśniały wszystko. Wyjaśniały, dlaczego w jednej rodzinie mogło przyjść na świat kilka wybitnych osób, a w drugiej - ani jedna. Wyjaśniały, dlaczego społeczeństwa z wysokim odsetkiem imigrantów i uchodźców często odnosiły większe sukcesy (nowo przybyli "wprowadzali cenną odmianę krwi") i dlaczego niektórym narodom powodziło się lepiej niż innym (co analizował w rozdziale niefortunnie zatytułowanym Porównawcza wartość ras). Wyjaśniały upadek niegdyś potężnych cywilizacji (starożytni Grecy na przykład zaczęli zawierać małżeństwa mieszane z "pośledniejszymi" ludźmi, tym samym osłabiając swoje linie rodowe) i to, dlaczego wszyscy opisywani przez Galtona geniusze byli mężczyznami rasy białej, jak on sam, mieszkającymi na małej posępnej wyspie u wybrzeży kontynentalnej Europy. Jeśli chodzi o kobiety, Galton wspomina o nich tylko raz, w rozdziale zatytułowanym Ludzie pióra.
Dzieło Galtona zostało przyjęte przychylnie, i nic dziwnego. Naukowym językiem wyrażało to, co ludzie podejrzewali już od dawna: geniuszem trzeba się urodzić. Nie można nim zostać.
Subhadra ostrożnie umieszcza szpilki i filc z powrotem w pudle. Przyznaje, że ma mieszane uczucia zarówno co do samej kolekcji, jak i Galtona, który pochodził z uprzywilejowanej rodziny, ale był ślepy na korzyści, jakie on i jego przyjaciele czerpią z racji swego statusu. "Uważał, że żyje w merytokracji - mówi Subhadra, zsuwając rękawiczki. Jednocześnie nie może zaprzeczyć, że był błyskotliwym człowiekiem. - Pierwszy zmierzył rzeczy uważane przez nas za niemierzalne i zakwestionował zagadnienia, które uznawaliśmy za bezdyskusyjne". W pojedynkę wydarł twórczy geniusz z rąk poetów oraz mistyków i przekazał go w ręce naukowców.
Jego poglądy na temat dziedzicznego geniuszu były jednak całkowicie błędne. Geniusz nie jest przekazywany następnym pokoleniom niczym niebieskie oczy czy skłonność do łysienia. Nie istnieje żaden jego gen; jeszcze żaden geniusz nie spłodził drugiego. Cywilizacje nie rodzą się i nie upadają z powodu zmieniającej się puli genów. Owszem, jeśli chodzi o geniusz twórczy, genetyka odgrywa tu pewną rolę, lecz relatywnie niewielką; odpowiada za jakieś dziesięć do dwudziestu procent, szacują psychologowie.
Przekonanie, że geniuszem trzeba się urodzić, ustąpiło miejsca kolejnemu mitowi: że geniusz osiąga się ciężką pracą. Na pierwszy rzut oka wydaje się to prawdą. Jak dowiodło jedno ze słynnych badań, potrzeba co najmniej dziesięciu tysięcy godzin praktyki, czyli ponad dziesięciu lat, aby zbliżyć się chociaż do mistrzostwa, nie mówiąc już o geniuszu. Innymi słowy, współczesna psychologia wydobyła na światło dzienne empiryczne dowody na potwierdzenie starego porzekadła Edisona, że geniusz to efekt jednego procentu natchnienia i dziewięćdziesięciu dziewięciu procent wypocenia. Ten ostatni składnik, pot, to kolejny element układanki. Ważny. Układanka jednak wciąż pozostaje niekompletna. Czegoś brakuje. Ale czego? To pytanie męczy mnie niczym jedna z Galtonowskich zagadek matematycznych, kiedy żwawo przemierzam wiktoriański kampus, a obietnica wiosny zostaje zastąpiona przez lekki, acz uporczywy deszcz.
Kilka miesięcy później znajduję się na innym kampusie, odległym od poprzedniego o jakieś siedem tysięcy mil, w towarzystwie kolejnego pudła. To zawiera karty katalogowe. Muszą ich być setki. Na każdej, odnotowane drobnym, ale doskonale czytelnym odręcznym pismem, znajduje się zjawisko historyczne i nazwisko wybitnej osoby, która żyła w danej epoce. Włoski renesans i Michał Anioł na przykład. Karty są starannie skategoryzowane według daty i miejsca. To wszystko jest takie metodyczne, takie... galtonowskie, myślę sobie. Ale właściciel tego pudła żyje i ma się świetnie. Właśnie stoi przede mną, energicznie ściskając mi dłoń.
Dean Keith Simonton jest opalony i wysportowany. Ma akurat urlop naukowy, ale nie odgadlibyście tego po jego niewyczerpanej energii i frenetycznym grafiku. Ubiera się w dżinsy i japonki oraz T-shirty ozdobione wizerunkami geniuszy albo wielkich przywódców (dziś jest to Oscar Wilde). Rower górski stoi oparty o regał z książkami. W tle cicho gra Schubert. Kalifornijskie słońce wlewa się przez okno.
Simonton jest profesorem psychologii na Uniwersytecie Kalifornijskim w Davis oraz zdeklarowanym intelektualnym grotołazem. Niczego nie lubi bardziej od eksplorowania nieznanych głębin, miejsc, do których inni boją się zajrzeć ze strachu przed ciemnością i samotnością. Pod tym względem również przypomina mi Galtona. Podobnie jak angielski podróżnik i naukowiec, Simonton ma obsesję na punkcie badań nad geniuszem i cierpi z powodu poważnego uzależnienia od liczb. ("Jak tam twoje równania różniczkowe?" - pyta mnie w którymś momencie. Nie za dobrze, a wasze?) Ale w przeciwieństwie do Galtona Simonton nie wtyka szpilek w filc i jest w pełni zdolny do nawiązania kontaktu wzrokowego oraz rozumienia różnych towarzyskich subtelności. Nie pochodzi z uprzywilejowanej rodziny, lecz z klasy robotniczej - jego ojciec nie ukończył liceum. I, co najważniejsze, nie cechuje go etnocentryczne nastawienie. Trzeźwo patrzy na świat i jest na tropie czegoś wielkiego.
Obsesja Simontona, jak to zazwyczaj bywa, rozwinęła się wcześnie. Chodził do przedszkola, kiedy jego rodzice kupili wielotomową Encyklopedię świata, która natychmiast go zafascynowała. Godzinami oglądał zdjęcia Einsteina, Darwina i innych geniuszy, tak jak niektóre dzieciaki gapią się na zdjęcia graczy ligi baseballowej i gwiazd muzyki pop. Nawet w tak młodym wieku intrygowały go nie tylko osiągnięcia tych mężczyzn i kobiet przypominających bogów, lecz także okoliczności, w jakich ich losy nieoczekiwanie się krzyżowały. Leonardo da Vinci i Michał Anioł sprzeczający się na ulicach Florencji, Freud i Einstein gawędzący nad filiżanką kawy w Berlinie...
W college'u Simonton zapisał się na zajęcia z historii cywilizacji, ale jak na naukowca przystało, swoje prace szpikował równaniami matematycznymi - "sława jest wprost proporcjonalna do występowania nazwiska; to jest F = n(N)" - oraz nawiązaniami do praw termodynamiki. Skonsternowany profesor udzielił mu surowej reprymendy: "Jeśli myślisz o procesie historycznym równie sztywno jak o prawach uniwersalnych, to zrozumienie historii nastręczy ci ogromnych trudności". Simonton spędził ostatnie pięćdziesiąt lat na udowadnianiu, że ten profesor był w błędzie. Zdobył doktorat z psychologii i poświęcił się kiełkującej dziedzinie "geniuszologii".
Nie było mu łatwo. Środowisko akademickie mimo wszelkich zapewnień o tolerancyjności nie odnosi się łaskawie do wichrzycieli. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych kreatywność i geniusz nie stanowiły tematów, które traktowano poważnie, co wydaje się dziwne, biorąc pod uwagę, że uniwersytety ponoć zajmują się produkowaniem geniuszy, ale już mniej dziwne, jeśli uwzględnimy, że - jak to przenikliwie zaobserwował pisarz Robert Grudin - "istnieją dwa rodzaje tematów, którym kultura poświęca niewiele studiów: te, którymi gardzi, oraz te, które ceni najbardziej". Temat geniuszu z powodzeniem spełnia oba kryteria. Cenimy sobie wyobrażenie o samotnym twórcy, odważnie pokonującym przeciwności losu, rozgramiającym spisek matołków sprzysiężonych przeciwko niemu. Ale potajemnie (a czasem nie aż tak potajemnie) pogardzamy mądralami, szczególnie głoszącymi niebezpieczne nowe idee. "Kiedy powiedziałem ludziom o moich planach studiowania geniuszu, uznali, że mi odbiło - zdradził mi Simonton. - Właściwie to nawet przygotowali dla mnie listę czasopism naukowych, w których nie będę publikowany". Simonton, który sam uważa siebie za człowieka upartego, postanowił dowieść, że są w błędzie.
W ciągu ostatniego półwiecza rozwinął pionierskie badania dotyczące mało znanej, lecz fascynującej historiometrii, nauki o minionych epokach wykorzystującej narzędzia współczesnych nauk społecznych, głównie statystyki. Historiometria to rodzaj psychologicznej autopsji, tyle że sekcji nie przeprowadza się na jednostce, lecz na całym społeczeństwie. Przedmiotem zainteresowania historiometrii nie jest zwyczajna historia. Nie obchodzą jej wojny, zamachy i rozmaite katastrofy. Nie, dziedzina ta skupia się na świetlanych okresach w historii ludzkości, na epokach, które zrodziły piękną sztukę, błyskotliwe koncepcje filozoficzne i przełomy naukowe.
Już na początku kariery Simonton skupił się na zjawisku kluczowym w historiometrii: fluktuacji geniuszu w czasie i przestrzeni. Genialne jednostki nie pojawiają się przypadkowo - jedna na Syberii, inna w Boliwii - lecz w grupach, tworząc skupiska geniuszy: w Atenach około 450 roku p.n.e., we Florencji około roku 1500 n.e. Konkretne miejsca w konkretnych czasach dają rekordowy plon błyskotliwych umysłów i dobrych pomysłów.
Pytanie brzmi: dlaczego? Wiemy już, że nie jest to kwestia genetyki. Złote czasy nastają i przemijają znacznie szybciej, niż zmienia się pula genów. A zatem co jest przyczyną ich pojawienia się? Klimat? Pieniądze? Ślepy traf?
To nie takie pytania zazwyczaj zadajemy na temat twórczego geniuszu. Dyskutujemy o nim niemal wyłącznie w kontekście zjawiska, które zachodzi wewnątrz człowieka. Ale gdyby tak było, skupiska geniuszu by nie powstawały. Gdyby kreatywność była wyłącznie wewnętrznym procesem, psychologowie umieliby już wskazywać uniwersalne cechy "osobowości twórczych". Nie potrafią tego jednak i wątpię, by kiedykolwiek im się to udało. Geniusz może być nadąsanym introwertykiem jak Michał Anioł albo wesołym ekstrawertykiem jak Tycjan.
Podobnie jak Galton wbijamy szpilki nie tam, gdzie trzeba, zadając nieodpowiednie pytania. Zamiast zastanawiać się, czym jest kreatywność, lepiej zapytać, gdzie się znajduje. I nie mówię tu o modnych metropoliach z mnóstwem teatrów i restauracji serwujących sushi. To są owoce kreatywnych działań, nie ich źródła. Nie mówię o firmach zapewniających pracownikom darmowe posiłki i wyglądających jak place zabaw dla dorosłych, lecz raczej o często nieoczekiwanych warunkach, które sprawiają, że wiek staje się złoty. Jednym słowem, mówię o kulturze.
Kultura jest czymś więcej niż tylko "zbiorem wspólnych postaw, wartości i celów", jak podaje słownikowa definicja. To ogromny, choć niewidzialny ocean, w którym pływamy. Czy też, ujmując rzecz w nowoczesnych cyfrowych terminach, kultura jest współdzieloną siecią IT. Owszem, ma swoje humory i jak na nasz gust pada zbyt często, ale bez niej nie moglibyśmy się komunikować ani niczego osiągnąć. Dopiero teraz zaczynamy w pełni rozumieć związek między środowiskiem kulturowym a naszymi najbardziej twórczymi pomysłami - Simonton i garstka innych specjalistów z zakresu nauk społecznych po cichu rozwijają nową teorię kreatywności, której celem jest zmierzenie okoliczności występowania geniuszu.
Ja postanowiłem zbadać geografię geniuszu, aby uczynić bardziej namacalnymi liczby Simontona. Zdaję sobie sprawę, że nie będzie to łatwe, jako że owe skupiska geniuszu pojawiały się nie tylko w określonych miejscach, lecz także w określonym czasie, z którym teraźniejszość ma niewiele wspólnego. Jestem w pełni świadom, że - powiedzmy - dzisiejsze Ateny nie są Atenami z czasów Sokratesa. Ale wciąż mam nadzieję, że coś z ducha tamtego okresu, z tego genius loci, pozostało.
Zwierzam się Simontonowi ze swoich planów, a on kiwa głową z aprobatą. Kiedy zbieram się do odejścia, rzuca mi nazwisko: Alphonse de Candolle. "Nigdy o nim nie słyszałem" - mówię. "Właśnie" - stwierdza i wyjaśnia, że Candolle był szwajcarskim botanikiem, współczesnym Galtona, który uważał, że Galton myli się całkowicie co do dziedziczności geniuszu. W 1873 roku napisał książkę, w której mniej więcej to stwierdzał. Candolle przedstawił gruntowne i przekonujące argumenty za tym, że to środowisko, a nie genetyka, determinuje geniusz. W przeciwieństwie do Galtona wziął też pod uwagę własne kulturowe uprzedzenia. Z chęcią sklasyfikowałby jako genialnych tylko szwajcarskich naukowców, gdyby uczeni spoza Szwajcarii na to przystali. Jego Histoire des sciences et des savants depuis deux si?cles była zdaniem Simontona jedną z najwspanialszych książek kiedykolwiek napisanych na temat geniuszu. Ale przepadła jak kamień w wodę. Świat nie chciał słuchać tego, co Candolle miał do powiedzenia. "To tylko takie przyjacielskie ostrzeżenie" - wyjaśnia Simonton, kiedy żegnam się z nim i ruszam przez senny kalifornijski kampus do baru, gdzie zamawiam mocnego drinka i rozmyślam nad czekającym mnie zadaniem.
Wybrałem sześć historycznych ośrodków geniuszu i jeden funkcjonujący obecnie. Niektóre to wielkie metropolie, jak Wiedeń z roku 1900, inne, jak renesansowa Florencja, wedle współczesnych standardów uznalibyśmy za małe. Niektóre, jak starożytne Ateny, są nam dobrze znane, inne, jak dziewiętnastowieczna Kalkuta, nieco mniej. Ale każde z tych miejsc w którymś momencie reprezentowało szczyt ludzkich osiągnięć. Przy tym niemal wszystkie są miastami. Natura może nas inspirować - spacer po lesie, dźwięk wodospadu - ale coś w miejskiej scenerii szczególnie sprzyja kreatywności. Jak mówi afrykańskie przysłowie: "Trzeba wioski, żeby wychować dziecko, ale miasta, żeby wychować geniusza".
Podczas gdy rozmyślam o czekającej mnie donkiszotowskiej podróży, mój umysł zalewają kolejne pytania. Czy wszystkie skupiska geniuszu są takie same? Najwyraźniej coś przesycało atmosferę tych miejsc. Ale czy było to jedno coś czy kilka cosiów? A kiedy już zeitgeist, duch czasów, się ulotnił, czy geniusz danego miejsca wyparowywał całkowicie, czy jakieś jego śladowe pierwiastki pozostawały?
Jedno pytanie przepycha się przed inne i nie jest to "jak" ani "co", ale "dlaczego". Dlaczego mam wyruszyć w tę podróż? Prosta odpowiedź brzmi, że będzie to naturalne przedłużenie kariery spędzonej na tropieniu i nanoszeniu na mapę największych aspiracji ludzkości - czy chodzi o pogoń za szczęściem, czy o poszukiwanie duchowego spełnienia. A może liczę na to, że spłynie na mnie część geniuszu, z jakim się zetknę? Pewnie tak. Jestem jednak facetem w średnim wieku i wszelkie nadzieje na zostanie następnym Einsteinem czy Leonardem dawno mnie już opuściły razem z włosami. Ale moja córka - dziewięciolatka o bystrym umyśle i nieskończonych możliwościach - to już całkiem inna historia. Dla niej wciąż jest nadzieja, a który rodzic potajemnie nie marzyłby o tym, żeby jego dziecko zostało kolejnym Darwinem czy Marią Skłodowską-Curie? Mamy zatem skłonność do skupiania energii na naszych pociechach - poprzez przekazywanie im dobrych nawyków związanych z nauką czy umożliwianie kontaktu z całym wachlarzem intelektualnych możliwości.
Być może martwimy się o geny, które im przekazaliśmy. Na szczęście w moim przypadku nie stanowi to problemu. Nasza córka pochodzi z Kazachstanu, adoptowaliśmy ją, a tym samym oszczędziliśmy jej klątwy w postaci mojej wysoce neurotycznej puli genów. Razem z żoną zapewniamy jej więc "wychowanie", a nie "naturę", i to, jak wierzę, liczy się najbardziej.
Rodzina bywa nazywana różnie: klanem, plemieniem, "jednym z arcydzieł natury" (George Santayana), "niebem w bezdusznym świecie" (Christopher Lasch). Zapewne jest tym wszystkim, ale jest również mikrokulturą, którą kształtujemy bardziej bezpośrednio i głębiej niż jakąkolwiek inną. I jak wszystkie kultury, kultura rodziny może wspierać kreatywność lub ją tłamsić. Jeśli się nad tym zastanowić, to wielka odpowiedzialność, i właśnie dlatego aż do teraz unikałem rozmyślania na ten temat. To jednak musi się zmienić. Kreatywność, jak miłość bliźniego, zaczyna się w domu. Wyruszając w podróż poprzez kontynenty i stulecia, poprzysięgam sobie, że będę miał tę ważną prawdę w pamięci.
Światło. Może chodziło o to światło.
Ta myśl wkracza tanecznym krokiem do mojego półżywego z braku snu mózgu z niezdarną brawurą dystyngowanego filologa klasycznego pod wpływem cracku. Tak - myślę, mruganiem próbując odpędzić godziny spędzone w dusznym samolocie - światło.
Zazwyczaj światło nie robi na mnie większego wrażenia. Nie zrozumcie mnie źle, to miła rzecz. Przedkładam je nad ciemność, bez dwóch zdań, ale wyłącznie z praktycznych względów. Jednak w Grecji wszystko wygląda inaczej. Światło jest tu dynamiczne, żywe. Zalewa krajobraz, migocząc tu, połyskując tam, nieustannie i subtelnie zmieniając barwę i intensywność. Greckie światło jest ostre i kanciaste. Zmusza cię, byś zwracał uwagę na to, co cię otacza, a jak miałem się wkrótce przekonać, zwracanie uwagi to pierwszy krok na drodze do geniuszu. Wyglądam przez okno taksówki, osłaniając oczy przed jaskrawym porannym słońcem, i nie mogę się nie zastanawiać: Czy właśnie odkryłem jeden z elementów greckiej układanki?
Mam taką nadzieję, gdyż jest to zniechęcająca układanka, która od stuleci zabija klina historykom i archeologom, nie mówiąc już o samych Grekach. Natrętne pytanie brzmi następująco: Dlaczego? Czy też, uściślając: Dlaczego tutaj? Dlaczego ta dobrze oświetlona, ale poza tym niczym się niewyróżniająca kraina spłodziła ludzi, jakich świat wcześniej nie widział, ludzi - jak to ujął wielki filolog klasyczny Humphrey Kitto - "niezbyt licznych, niezbyt potężnych, niezbyt zorganizowanych, którzy mieli zupełnie nową koncepcję sensu życia i po raz pierwszy zademonstrowali, do czego służy ludzki umysł"?
Ten niewiarygodny rozkwit nie trwał długo. Owszem, oficjalnie uważa się, że epoka "klasycznej Grecji" liczy sto osiemdziesiąt sześć lat, ale szczytowy okres rozwoju tej cywilizacji, wciśnięty między dwie wojny, obejmuje zaledwie dwadzieścia cztery lata. W skali historii ludzkości to jak błyskawica przecinająca letnie niebo, jak mignięcie wotywnej świecy, jak post na Twitterze. Dlaczego tak krótko?
S t a r o ż y t n a G r e c j a. Podczas gdy taksówka posuwa się mozolnie do przodu (korki w godzinach szczytu nie były czymś, z czym starożytni musieli się borykać), rozmyślam nad tymi dwoma słowami. Sprawiają, że wzdrygam się zażenowany, jak wielu rzeczy nie wiem, a znudzony tymi nielicznymi, o których mam jakieś pojęcie. Kiedy myślę o Grekach - jeśli w ogóle o nich myślę - oczyma wyobraźni widzę posępnych siwowłosych mężczyzn dumających nad zagadkami życia. Czegóż mogliby mnie nauczyć? Mam rachunki do zapłacenia, e-maile do wysłania i terminy do dotrzymania. Wydaje się, że starożytni Grecy mają z moim życiem tyle wspólnego, ile pierścienie Saturna czy trygonometria.
Nie po raz pierwszy i nie ostatni jestem w błędzie. Prawda jest taka, że dorobek żadnej starożytnej cywilizacji nie okazuje się dzisiaj bardziej aktualny i użyteczny niż greckiej. Wszyscy jesteśmy po trosze Grekami, czy o tym wiemy, czy nie. Jeśli kiedykolwiek głosowaliście w wyborach albo zasiadaliście w ławie przysięgłych, albo oglądaliście film, albo czytaliście powieść, albo spotkaliście się z grupą przyjaciół, popijaliście wino i rozmawialiście o wszystkim i o niczym, od wczorajszego meczu piłkarskiego po naturę prawdy, możecie podziękować Grekom. Jeśli kiedykolwiek przyszła wam do głowy racjonalna myśl albo zadaliście pytanie "Dlaczego?", albo z zachwytem wpatrywaliście się w nocne niebo, to przeżyliście grecką chwilę. Jeżeli kiedykolwiek mówiliście po angielsku, możecie podziękować Grekom. Tak wiele angielskich słów wywodzi się z ich bogatego języka, że premier Grecji wygłosił kiedyś całe przemówienie po angielsku, używając włącznie słów pochodzących z greki. Tak, Grecy dali nam demokrację, naukę i filozofię, ale możemy im też podziękować (albo ich przeklinać) za pisemne kontrakty, monety ze srebra i brązu, podatki, pismo, szkoły, kredyty towarowe, książki techniczne, duże żaglowce, fundusze zabezpieczeń, zyski z dzierżawy. Niemal każdy aspekt naszego życia wywodzi się z greckiej inspiracji, włącznie z samą ideą inspiracji. "Myślimy i czujemy inaczej dzięki Grekom" - skonkludowała historyczka Edith Hamilton.
Taksówka zatrzymuje się przed podniszczonym trzypiętrowym budynkiem, który od wszystkich sąsiednich odróżnia tylko mały szyld z napisem "Hotel Tony'ego". Wkraczam do rzekomego lobby, wyłożonego białymi płytkami pomieszczenia bardziej przypominającego piwnicę, z piętrzącymi się w niej rozchwierutanymi krzesłami i zepsutymi kawiarkami - przedmiotami, których człowiek już nie potrzebuje, ale z sentymentu czy przez inercję nie może znieść myśli o rozłące z nimi. Jak sama Grecja, Hotel Tony'ego najlepsze czasy ma już za sobą. Podobnie Tony. Greckie słońce wyryło głębokie bruzdy w jego twarzy, a grecka kuchnia rozdęła brzuch do gargantuicznych rozmiarów. Tony'ego cechują nieokrzesanie i słodycz, pozostałości po Grecji z czasów drachmy. Mniej euro, bardziej czarujący. Jak wielu rodaków Tony jest urodzonym aktorem. Mówi odrobinę głośniej, niż to konieczne, i wykonuje zamaszyste gesty niezależnie od tego, jak prozaicznego tematu dotyczy rozmowa. Zupełnie jakby brał udział w przesłuchaniu do greckiego Idola. Przez cały czas.
Padam na łóżko i zaczynam przeglądać książki z małej biblioteczki, którą przywiozłem z sobą - kolekcji wybranej pod wpływem kaprysu z ogromnego oceanu tuszu sprowokowanego przez starożytną Grecję. Mój wzrok przyciąga osobliwy mały tomik zatytułowany Życie codzienne w Grecji za czasów Peryklesa. To przyjemna odmiana po typowych opracowaniach historycznych pisanych z wierzchołka góry i równie suchych co pustynia. Historycy, niczym meteorologowie analizujący przesuwające się masy powietrza, zazwyczaj śledzą wojny, wstrząsy i szeroko zakrojone ideologiczne ruchy. Ale większość z nas nie doświadcza pogody w taki sposób. Stykamy się z nią tutaj, na dole, nie w formie rozległego niżu atmosferycznego, lecz w postaci ściany deszczu, która przylizuje nam włosy, huku grzmotu, od którego dygocą wnętrzności, śródziemnomorskiego słońca, które ogrzewa twarz. Podobnie jest z historią. Historia świata to nie opowieść o zamachach stanu i rewolucjach, ale o zgubionych kluczach, przypalonej kawie i dziecku śpiącym w naszych ramionach. Historia to wykraczająca poza wszelkie rejestry suma milionów codziennych chwil.
W tym gulaszu codzienności gotuje się na wolnym ogniu geniusz. Zygmunt Freud pogryzający ulubiony biszkopt w wiedeńskiej Café Landtmann. Einstein wyglądający przez okno szwajcarskiego urzędu patentowego w Bernie. Leonardo da Vinci ocierający pot z czoła w dusznym i zakurzonym warsztacie we Florencji. Tak, ci geniusze wymyślali doniosłe idee zmieniające świat, ale robili to w małych przestrzeniach. Tutaj na dole. Każdy geniusz, podobnie jak polityka, ma charakter lokalny. Z tego nowego ziemskiego punktu obserwacyjnego dowiaduję się dużo o starożytnych Grekach, dowiaduję się, że uwielbiali tańczyć, i zastanawiam, co dokładnie działo się podczas kradzieży mięsa. Dowiaduję się, że przed ćwiczeniami młodzi mężczyźni nacierali ciała oliwą z oliwek i "milszy jest im zapach oliwy (...) niż niewiastom zapach wonnego olejku"[3]. Dowiaduję się, że Grecy nie nosili bielizny, a zrośnięte brwi uznawali za oznakę piękna, że lubili koniki polne zarówno w postaci domowych zwierzątek, jak i przystawek. Dowiaduję się wielu rzeczy, ale głównie na temat tego, co Grecy stworzyli, a nie jak to tworzyli, a właśnie to "jak" próbuję ustalić.
Najpierw jednak potrzebuję czegoś, czego starożytni mieszkańcy Aten nie mieli, a mianowicie kawy. Tego nektaru bogów nie powinno się pić byle gdzie. Lokalizacja ma znaczenie. Kawiarnie stanowią dla mnie drugi dom, typowy przykład tego, co socjolog Ray Oldenburg nazywa trzecim miejscem (ang. great good place). Jedzenie i napoje są tam niemal nieistotne. Liczy się atmosfera. Nie obrusy czy meble, ale bardziej nastrój zachęcający do przesiadywania wolnego od poczucia winy oraz wprost idealna równowaga między kontemplacyjną ciszą a szumem w tle.
Nie wiem jak starożytni, ale współcześnie Grecy nie należą do rannych ptaszków. O ósmej rano mam ulice tylko dla siebie, nie licząc kilku właścicieli sklepów ścierających sen z powiek oraz garstki policjantów w pełnym rynsztunku Robocopa, stanowiących przypomnienie, że współczesne Ateny, podobnie jak ich starożytne wcielenie, żyją na krawędzi.
Kieruję się wskazówkami Tony'ego, który udzielił mi ich za pomocą dzikich, zamaszystych gestów, i skręcam w przyjemną uliczkę pełną kawiarni i sklepików, uosabiającą poczucie wspólnoty, tak charakterystyczne dla starożytnych Aten. Tutaj znajduję moje "trzecie miejsce". Nazywa się Most. Stosowna nazwa, dochodzę do wniosku, biorąc pod uwagę moją donkiszotowską próbę przerzucenia mostu między stuleciami.
Most to nic specjalnego, po prostu kilka stolików stojących na zewnątrz, z krzesłami zwróconymi w stronę ulicy, jakby klienci byli widownią teatru, a ulica stanowiła scenę. W kawiarniach takich jak ta Grecy oddają się swojej narodowej rozrywce: siedzeniu. Przesiadują w grupach i samotnie. Przesiadują w letnim słońcu i w zimowym chłodzie. Nawet nie potrzebują do tego krzesła. Pusty krawężnik czy porzucone kartonowe pudło świetnie się nadają. Nikt nie posiaduje tak jak Grecy.
Udaje mi się wydusić "kalimera", zamawiam espresso i dołączam do pozostałych siedzących. Poranny chłód wciąż wisi w powietrzu, ale już czuję, że to będzie wspaniały grecki dzień. "Może i jesteśmy bankrutami, ale wciąż mamy świetną pogodę" - obwieścił Tony triumfalnie. I miał rację. Grecja może się pochwalić nie tylko niezrównanym światłem, lecz także trzystoma dniami bezchmurnego nieba w roku i niewielkim stopniem wilgotności powietrza. Czy klimat mógłby tłumaczyć ateński geniusz?
Niestety nie. Klimat może i wyostrzał umysły starożytnych, ale to nie jest wyjaśnienie. Przede wszystkim Grecja cieszy się dziś zasadniczo taką samą pogodą jak w 450 roku p.n.e., ale nie jest już miejscem narodzin geniuszu. Poza tym mieszkańcy mniej przyjemnych stref klimatycznych również mieli okazję zaznać złotego wieku. Elżbietańscy bardowie na przykład czynili swoją magię pod posępnym londyńskim niebem.
Zamawiam drugie espresso i podczas gdy mój mózg powoli się ładuje, uświadamiam sobie, że zbytnio się spieszę. Oto gorączkowo tropię ślady geniuszu, ale czy ja tak naprawdę wiem, co to znaczy być geniuszem? Jak już mówiłem, za geniusza uznaje się kogoś, kto dokonuje intelektualnego lub artystycznego skoku. Ale kto decyduje, co należy uznać za skok?
Otóż my. Francis Galton mógł się mylić w wielu sprawach, ale w swojej definicji geniuszu, chociaż typowo seksistowskiej, zwraca uwagę na coś istotnego: "Geniusz to mężczyzna, co do którego świat świadomie przyznaje, że jest mu dłużny". Przyjęcie do klubu geniuszy nie zależy od samego geniusza, lecz od jego rówieśników i od społeczeństwa. To publiczny werdykt, a nie prywatna decyzja. Jedna z teorii geniuszu - nazwijmy ją teorią geniuszu modnisia - stwierdza to jednoznacznie. Przyjęcie do klubu geniuszy zależy całkowicie od kaprysu, od mody panującej w danych czasach. "Kreatywności nie można oddzielać od jej uznania" - mówi psycholog Mihály Csíkszentmihályi, główny zwolennik tej teorii. Mówiąc dosadniej, ktoś jest geniuszem, tylko jeśli my tak powiemy.
W pierwszej chwili to może się wydawać sprzeczne z intuicją, a nawet bluźniercze. Z pewnością musi istnieć jakiś niepodważalny element geniuszu, niezależny od publicznego osądu... "Nie - mówią orędownicy tej teorii - nie musi". Weźmy na przykład Bacha. Za życia nie był szczególnie szanowany. Dopiero jakieś siedemdziesiąt pięć lat po jego śmierci ogłoszono go geniuszem. Wcześniej, zakładamy, rezydował w owym czyśćcu nieodkrytych geniuszy. Ale co to oznacza? "Co - poza nieświadomym zarozumialstwem - daje podstawy do tego przekonania?" - pyta Csíkszentmihályi. Twierdzenie, że to my odkryliśmy geniusz Bacha, jest równoznaczne z powiedzeniem, że ci, którzy żyli przed nami, byli idiotami. A co jeśli kiedyś Bach zostanie zdegradowany, wyrzucony z panteonu geniuszy? Jak to będzie świadczyło o nas?
Istnieje mnóstwo innych przykładów. Podczas premiery Święta wiosny Strawińskiego w Paryżu w 1913 roku na widowni doszło niemal do zamieszek; krytycy nazwali balet wypaczonym. Dziś uznaje się go za klasykę. Kiedy późne dzieło Moneta Nenufary ujrzało światło dzienne, krytycy sztuki nazwali je tym, czym de facto było: rezultatem pogarszającego się wzroku artysty. Dopiero później, u szczytu popularności ekspresjonizmu abstrakcyjnego, Nenufary uznano za dzieło geniuszu.
Greckie wazy to kolejny przykład potwierdzający teorię geniuszu modnisia. Dziś można je zobaczyć w wielu muzeach na całym świecie. Chronią je kuloodporne szyby i uzbrojeni strażnicy, a turyści gapią się na nie jak na dzieła sztuki. Ale Grecy nie postrzegali ich w ten sposób. Dla nich wazy służyły wyłącznie do celów użytkowych. Były powszednimi przedmiotami. Dopiero w latach siedemdziesiątych XX wieku, kiedy Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku zapłaciło ponad milion dolarów za jedną z nich, grecką ceramikę wyniesiono do poziomu sztuki wysokiej. A zatem kiedy dokładnie te gliniane garnki stały się dziełem geniuszu? Lubimy myśleć, że zawsze nim były, tyle że późno to odkryliśmy. To jeden sposób patrzenia na sprawę. Zwolennicy teorii geniuszu modnisia upieraliby się, że wazy zostały dziełami geniuszu w latach siedemdziesiątych XX wieku, kiedy Metropolitan Museum - przemawiając językiem pieniędzy - tak powiedziało.
Rozważania na temat relatywności geniuszu kłębią mi się w głowie, kiedy zamawiam kolejne espresso i planuję atak na Wielką Grecką Tajemnicę. Co sprawiło, że to miejsce zabłysło? Zdążyłem już wyeliminować klimat, ale może to było coś równie oczywistego, jak skaliste podłoże, przewiewne szaty albo wszechobecne wino?
Ateny wreszcie budzą się do życia, a Most zapewnia mi doskonały punkt obserwacyjny. Rozsiadam się wygodniej i badawczo przyglądam morzu twarzy. Czy to rzeczywiście potomkowie Platona i Sokratesa? Mnóstwo uczonych zadawało to samo pytanie. Wiele lat temu austriacki antropolog przyjął nawet hipotezę, że współcześni Grecy nie są spadkobiercami Platona, lecz potomkami Słowian i Albańczyków, którzy przybyli na te ziemie wiele wieków później. Jego teoria wywołała w Grecji oburzenie. "Nie mam najmniejszych wątpliwości, że jesteśmy bezpośrednimi potomkami starożytnych - stwierdził pewien polityk. - Mamy dokładnie te same przywary co oni". A cóż to były za przywary! Starożytnym Grekom daleko było do harcerzy. Urządzali cudaczne tygodniowe święta, wypijali imponujące ilości wina i nigdy nie napotkali aktu seksualnego, który nie przypadłby im do gustu. Pomimo wszystkich tych błazeństw, a może właśnie dzięki nim, starożytna Grecja rozwinęła się jak żadna inna cywilizacja. Tyle wiemy. Reszta pozostaje mętna niczym szklaneczka ouzo.
Pierwszą przeszkodę w moim dochodzeniu napotykam, kiedy odkrywam, że nie było czegoś takiego jak starożytna Grecja. Jeśli już, to istniały "starożytne Grecje": setki niepodległych polis, czyli miast-państw, które, chociaż łączyły je język i pewne kulturowe cechy, bardzo się od siebie różniły. Mniej więcej tak jak, powiedzmy, Kanada i RPA. Każde polis miało własny rząd, własne prawa, własne zwyczaje - nawet własny kalendarz. Owszem, miasta-państwa od czasu do czasu prowadziły wymianę handlową, rywalizowały w zawodach sportowych albo staczały z sobą spektakularnie krwawe wojny, ale przeważnie ignorowały się nawzajem.
Dlaczego istniało tak wiele odrębnych Grecji? Odpowiedź leży w samej greckiej ziemi. Pagórkowaty i skalisty krajobraz stanowił naturalną barierę, izolując od siebie polis i w efekcie tworząc wyspy na lądzie. Nic dziwnego, że rozwinęło się tu tyle mikrokultur.
I całe szczęście, że tak się stało. Natura nie znosi nie tylko próżni, lecz także monopolu. To w czasach rozdrobnienia ludzkość dokonała największych kreatywnych skoków. Prawo Danilewskiego, jak nazwano tę tendencję, głosi, że prawdopodobieństwo, iż ludzie osiągną pełny kreatywny potencjał, wzrasta, jeśli należą do niepodległego państwa, nawet niewielkiego. To ma sens. Jeśli świat jest laboratorium pomysłów, to im więcej w nim szalek Petriego, tym lepiej.
A w jednej z greckich szalek kreatywność rozmnażała się jak w żadnej innej: w Atenach. To miasto spłodziło więcej błyskotliwych umysłów niż jakiekolwiek inne miejsce na świecie wcześniej i później. (Zbliżyła się do niego tylko renesansowa Florencja). W tamtych czasach szansa na taki wysyp geniuszy w zasadzie graniczyła z cudem. Przede wszystkim skalista, pagórkowata kraina nie była szczególnie płodna. Platon nazwał ją "chudym szkieletem ziemi". O starożytnych Atenach nie mówi się też jako o dużym mieście, a pod względem populacji porównuje się je z Wichita w stanie Kansas. Inne greckie polis były większe (Syrakuzy) albo zamożniejsze (Korynt), albo silniejsze militarnie (Sparta). Ale żadne z nich nie rozkwitło jak Ateny. Dlaczego? Czy ateński geniusz to po prostu wynik ślepego trafu, konwergencja szczęśliwego zestawu okoliczności, jak to ujmuje historyk Peter Watson, czy może starożytni Ateńczycy są autorami własnego szczęścia? Obawiam się, że ta zagadka zbiłaby z tropu nawet wyrocznię delficką. Ale ja, naładowany kofeiną i uzbrojony w odwagę typową dla ludzi naiwnych, nie poddaję się, zdeterminowany, aby rozwikłać tajemnicę. Uznaję, że to, co muszę zrobić najpierw, to spotkać się z odpowiednimi ludźmi.
- Witam w moim biurze - mówi Arystoteles i w stylu Tony'ego zatacza dłonią szeroki łuk. Ewidentnie już nieraz używał tego tekstu, ale biorąc pod uwagę nasz punkt obserwacyjny - na szczycie Akropolu, z całymi Atenami rozciągającymi się u stóp - przyznaję, że to dobry tekst.
Spotkaliśmy się kilka godzin wcześniej w lobby Hotelu Tony'ego. Moje pierwsze wrażenie dotyczące Arystotelesa było takie, że przy jego jasnej karnacji i niesfornych rudawych włosach przesłaniających twarz niczym kurtyna nie wygląda na Greka. Głupie spostrzeżenie. Nie istnieje przecież jeden typ Greka, tak jak nie istnieje jeden typ Francuza, Amerykanina czy kogokolwiek innego. Grecy nie są jedną rasą; nigdy nie byli. Moje drugie wrażenie jest takie, że Arystoteles wydaje się strapiony. Czy to z powodu ciężaru swojego imienia, czy też stresów związanych z permanentnym kryzysem, w jakim obecnie znajduje się Grecja - trudno powiedzieć. Gdy tak jednak spacerujemy i rozmawiamy, wkrótce uświadamiam sobie, że to, co brałem za nerwowość, w rzeczywistości jest ekscytacją - pasją do historii, która przepływa przez niego niczym prąd elektryczny; dwieście dwadzieścia woltów, powiedziałbym. Ale możliwe, że więcej.
Podczas gdy kontynuujemy wędrówkę w kierunku Akropolu, czekam na właściwy moment, aby zapytać o jego imię, które uznałem za dobry omen. Cóż mogłoby być bardziej historycznie poprawnego, bardziej greckiego niż kroczenie śladami Arystotelesa u boku innego Arystotelesa?
Kiedy przecinamy deptak, teraz tętniący życiem, rzucam się na głęboką wodę.
- A więc jak to jest z tym imieniem Arystoteles? - pytam.
Wzrusza ramionami.
- To niewygodne - mówi, pozostawiając mojej wyobraźni interpretację tego, jaką dokładnie niewygodę ma na myśli.
Przyjaciele nazywają go Ari, czego on sam nienawidzi, ale przyznaje, że dystansuje go to od historycznego Arystotelesa i, jeśli już o tym mowa, miliardera Arystotelesa Onassisa, który poślubił Jacqueline Kennedy. Przy imieniu takim jak Arystoteles dystans jest twoim przyjacielem.
Podczas gdy wymijamy turystów i policyjne oddziały prewencji, Arystoteles opowiada, jak został przewodnikiem. Chciał wstąpić do greckiego wojska, ale nie przeszedł rekrutacji. Nie powiedział dlaczego, a ja, wyczuwając niezabliźnioną ranę, nie naciskam. Odcięty od tej ścieżki kariery poszedł na archeologię. Wciąż ogląda się za siebie. Konkretnie mówiąc, dwa i pół tysiąca lat wstecz. Specjalnością Arystotelesa, jego pasją są starożytne dachówki. Wiele można się nauczyć na temat cywilizacji na podstawie jej dachówek, zapewnia mnie.
- To, co robimy w tym momencie, jest bardzo greckie - mówi.
- Serio? Przecież tylko chodzimy.
- Właśnie. Starożytni Grecy wszędzie chodzili. Przez cały czas.
Byli wspaniałymi piechurami i wspaniałymi myślicielami. I preferowali filozofowanie w drodze.
Grecy, jak zwykle, wiedzieli, co robią. Wielu geniuszy dochodziło do najlepszych wniosków podczas spacerów. W trakcie pracy nad Opowieścią wigilijną Dickens pokonywał piętnaście czy dwadzieścia mil dziennie bocznymi uliczkami Londynu, obracając w myślach fabułę, kiedy miasto spało. Mark Twain również dużo spacerował, chociaż nigdzie nie dochodził, bo przemierzał tylko swój gabinet. Jak wspomina jego córka: "Czasami podczas dyktowania ojciec krążył po pokoju (...). Wtedy zawsze miało się wrażenie, jakby nowy duch wstąpił do pomieszczenia".
Ostatnio naukowcy zaczęli badać związek między chodzeniem a kreatywnością. W niedawnym badaniu psychologowie z Uniwersytetu Stanforda, Marily Oppezzo i Daniel Schwartz, podzielili uczestników na dwie grupy: piechurów i przesiadujących. Następnie przeprowadzili tak zwany test niezwykłych zastosowań Guilforda, podczas którego uczestników prosi się o wymyślenie jak największej liczby niezwykłych zastosowań dla przedmiotów codziennego użytku. Test skonstruowano w taki sposób, aby mierzył myślenie dywergencyjne, ważny składnik kreatywności. Ujawnia się ono, kiedy potrafimy znaleźć liczne i nieoczekiwane rozwiązania danego problemu. Jest spontaniczne i swobodne. Z kolei myślenie konwergencyjne jest bardziej linearne i wiąże się raczej z zawężaniem niż rozszerzaniem spektrum możliwości. Osoby, które cechuje myślenie konwergencyjne, próbują znaleźć jedną poprawną odpowiedź na zadane pytanie. Osoby myślące dywergencyjnie na nowo formułują pytanie.
Rezultaty badania, opublikowane w "Journal of Experimental Psychology", potwierdzają, że starożytni Grecy byli na dobrym tropie. U piechurów poziom kreatywności wzrastał "konsekwentnie i znacząco" w porównaniu z osobami siedzącymi. Co ciekawe, nie miało znaczenia, czy uczestnicy spacerowali po dworze, na świeżym powietrzu, czy w pomieszczeniach, na bieżni, gapiąc się w pustą ścianę. Wciąż wymyślali dwa razy więcej kreatywnych odpowiedzi niż grupa siedzących. Nie trzeba też było chodzić dużo, żeby pobudzić kreatywność - wystarczyło od pięciu do szesnastu minut.
Starożytni Grecy, jako że żyli przed wynalezieniem bieżni, spacerowali pod gołym niebem. Wszystko robili pod gołym niebem. Dom przypominał bardziej dormitorium niż cokolwiek innego. Na jawie spędzali tam tylko około trzydziestu minut każdego dnia. "Akurat tyle, aby zrobić to, co nieodzowne, ze swoimi żonami" - podsumował Arystoteles, gdy zbliżaliśmy się do wrót Akropolu. Resztę czasu spędzali na Agorze, tamtejszym targowisku, na ćwiczeniach w gimnazjonie lub w palestrze, szkole zapasów, albo na przechadzkach po wzgórzach otaczających miasto. Żadnej z tych czynności nie uważano za dodatkową, ponieważ w przeciwieństwie do nas Grecy nie robili rozróżnienia między aktywnością fizyczną a intelektualną. Słynna Akademia Platona, prekursorka współczesnego uniwersytetu, była w równym stopniu ośrodkiem doskonalenia ciała, jak i umysłu. Grecy postrzegali je jako nieodłączne części jednej całości. Giętki umysł bez giętkiego ciała był niekompletny i odwrotnie. Wyobraźcie sobie Myśliciela Rodina, a otrzymacie grecki ideał: przypakowanego kolesia pogrążonego w rozmyślaniach.
W końcu docieramy do Akropolu. Nazwa ta, dosłownie oznaczająca "wysokie miasto", nie dotyczy budowli, lecz położenia. Lokalizacja na szczycie stromego płaskowyżu, w pobliżu naturalnych źródeł, nie jest przypadkowa. Grecy przywiązywali ogromną wagę do miejsca. Sokrates na przykład wychwalał korzyści płynące z posiadania okien wychodzących na południe już na dwa tysiące lat przed nowojorskimi agentami nieruchomości. Budowle nie były zaledwie fizycznymi obiektami; posiadały ducha, owo genius loci. Grecy wierzyli, że to, gdzie jesteś, wpływa na to, co myślisz, i co najmniej jedna ze słynnych szkół filozofii zawdzięcza nazwę stylowi architektonicznemu. Stoicy nazywali się tak ze względu na stoę, czyli elegancką wolno stojącą halę kolumnową, w której zajmowali się filozofowaniem.
Musimy jeszcze trochę się powspinać, zanim dotrzemy na szczyt, gdzie Partenon, zapewne najsłynniejsza budowla starożytnego świata, rezyduje ze spokojną pewnością siebie saudyjskiego króla albo sędziego sądu najwyższego. To efekt gwarancji dożywotniego zatrudnienia. Bo status Partenonu jest dobrze ugruntowany, zapewnia mnie Arystoteles. Świątynia reprezentuje bezprecedensowy cud inżynierii. Przede wszystkim jej budowniczy musieli przetransportować tysiące bloków marmuru z okolicznych terenów wiejskich. Przy projekcie zatrudniono cieślów, formierzy, artystów pracujących w brązie, kamieniarzy, farbiarzy, malarzy, hafciarzy, rytowników, powroźników, tkaczy, szewców, budowniczych dróg i górników. O dziwo Partenon ukończono na czas i nie przekroczono zakładanego budżetu - pierwszy i ostatni raz w historii.
- Przyjrzyj się tym kolumnom - mówi Arystoteles. - Jakie ci się wydają?
- Piękne - odpowiadam ostrożnie, zastanawiając się, do czego zmierza.
- A czy wyglądają na proste?
- No tak.
Uśmiecha się szelmowsko.
- A wcale nie są - mówi i wyciąga z plecaka ilustrację Partenonu.
Coś, co wygląda jak wcielenie liniowego myślenia, jak racjonalna myśl zamrożona w kamieniu, jest iluzją. Budowla nie ma ani jednej linii prostej. Każda kolumna pochyla się nieco w tę czy w tamtą stronę. Ale kiedy spogląda się na Partenon z dołu, jak wyjaśnia francuski pisarz Paul Valéry, "nikt nie jest świadom, że odczuwane przezeń poczucie szczęścia wywołują łuki i krzywe, które są niemal niezauważalne, ale ogromnie potężne. Obserwator nieświadom jest tego, że reaguje na połączenie regularności i nieregularności, jakie architekt ukrył w swoim dziele". Przeczytane słowa - "połączenie regularności i nieregularności" - głęboko zapadają mi w pamięć. Podejrzewam, że mogą tłumaczyć coś więcej niż tylko spryt inżyniera. W całych starożytnych Atenach widać tę kombinację prostych i krzywych, uporządkowanego i chaotycznego. W obrębie murów miasta można było znaleźć zarówno surowe kodeksy prawa, jak i rozgorączkowane targowiska, proste jak od linijki posągi i ulice wymykające się wszelkim porządkom. Wyobrażamy sobie Greków jako ludzi rozsądnych, myślicieli kierujących się w życiu zasadami moralnymi. I tacy byli, ale jednocześnie posiadali irracjonalną stronę natury i w klasycznych Atenach przeważała swego rodzaju "szalona mądrość". Ludźmi kierował thambos, "strach pełen respektu, jaki wywołuje bliskość każdej siły, każdej istoty nadprzyrodzonej, uważanej za rozpoznawalną w przyrodzie lub świecie ludzkim" - jak wyjaśnia historyk Robert Flaceli?re[4]. Grecy obawiali się szaleństwa, ale jednocześnie uznawali je za dar bogów.
Nieład jest osadzony w greckim micie o stworzeniu świata, według którego na początku nie było światła, lecz panował chaos. Co niekoniecznie oznaczało coś złego. Dla Greków - i jak się później okaże, również dla Hindusów - chaos stanowił surowy materiał kreatywności. Czy dlatego przywódcy ateńscy opierali się apelom o uporządkowanie planu miasta? Po części kierowali się praktycznymi przesłankami - kręte uliczki miały dezorientować potencjalnych najeźdźców - ale być może podejrzewali również, że chaos stymuluje kreatywne myślenie.
Co nie znaczy, że Grecy byli obibokami, mówi Arystoteles, porównując ich z inną wyjątkową cywilizacją:
- Egipcjanie osiągnęli to, co uważali za doskonałość, i na tym poprzestali. Grecy zawsze chcieli czegoś więcej. Zawsze pragnęli być najlepsi. To dążenie do doskonałości było tak niepohamowane, że greccy rzemieślnicy poświęcali równie dużo czasu i wysiłku tylnym częściom rzeźbionych przez siebie posągów, jak i frontowym.
Partenon reprezentował też jawną próbę zagrania na nosie sąsiednim miastom-państwom. Iktinos, architekt, który go zaprojektował, widział wcześniej świątynię Zeusa w Olimpii i był zdeterminowany, aby prześcignąć jej twórcę.
- Zawsze kierowała nimi skłonność do rywalizacji - mówi Arystoteles.
Czy to pragnienie współzawodnictwa mogłoby tłumaczyć ich geniusz?
Ewoluująca nauka o geniuszu próbowała odpowiedzieć właśnie na to pytanie. W przełomowym badaniu Teresa Amabile, psycholożka z Uniwersytetu Harvarda, postanowiła przeanalizować, jaki wpływ na kreatywne myślenie ma obietnica nagrody. Podzieliła zespół ochotników na dwie grupy. Wszystkich poproszono o stworzenie kolażu, ale jedną grupę poinformowano, że prace będą oceniane przez jury złożone z artystów, a najbardziej kreatywni autorzy otrzymają nagrodę pieniężną. Drugiej grupie powiedziano w zasadzie tyle, żeby dobrze się bawiła.
Rezultaty okazały się nieporównywalne. Osoby, które nie były oceniane ani obserwowane, przygotowały zdecydowanie bardziej kreatywne kolaże (co ocenił zespół nauczycieli plastyki). W wielu następnych badaniach Amabile i jej współpracownicy osiągnęli podobne wyniki. Perspektywa nagrody czy oceny (nawet pozytywnej) tłamsiła pomysłowość. Amabile nazywa to zjawisko teorią motywacji wewnętrznej. Upraszczając: "Ludzie są najbardziej kreatywni, kiedy motywują ich głównie własne zainteresowania, przyjemność, satysfakcja i wyzwanie płynące z samej pracy - a nie zewnętrzna presja". Amabile ostrzega, że wiele szkół i korporacji, kładących tak duży nacisk na ewaluacje i nagrody, nieumyślnie tłumi kreatywność.
To fascynująca teoria, którą w dodatku intuicyjnie rozumiemy. Któż nie czuł kreatywnej wolności, spisując myśli w prywatnym dzienniku czy gryzmoląc w notesie ze świadomością, że nikt nigdy nie zobaczy tych bazgrołów? Ale nie zawsze odpowiada to rzeczywistości. Jeśli miałaby nas motywować wyłącznie czysta radość z wykonywania danej czynności, to dlaczego sportowcy osiągają lepsze wyniki w ferworze rywalizacji niż na sesjach treningowych? Dlaczego Mozart porzucał niedokończone utwory, jeśli zamówienie na nie zostało wycofane? Dlaczego powab Nagrody Nobla motywuje tak wielu uczonych? James Watson i Francis Crick, którzy pierwsi opisali strukturę DNA, oświadczyli wprost, że ich celem jest uzyskanie tego prestiżowego wyróżnienia - i cel ten osiągnęli w 1962 roku. W starożytnych Atenach to właśnie zacięta rywalizacja skłaniała ludzi do zdobywania szczytów. Homer zalecał, aby wsławiali się swoją walecznością, a jeśli Grecy słuchali kogokolwiek, to właśnie Homera[5].
Niedawne badania jednak rzucają cień na teorię motywacji wewnętrznej. Jacob Eisenberg, profesor ekonomii na University College w Dublinie, oraz William Thompson, psycholog na Macquarie University w Sydney, odkryli, że doświadczeni muzycy improwizowali bardziej kreatywnie, kiedy kuszono ich nagrodami pieniężnymi i rozgłosem. Czy to sama teoria zawiera poważne błędy, czy tylko badanie przeprowadzone przez Amabile? Okazuje się, że ani jedno, ani drugie. Eisenberg i Thompson podejrzewają, że ma tu znaczenie typ osób zaangażowanych w badania. Uczestnicy eksperymentu Amabile zazwyczaj byli nowicjuszami bez żadnego artystycznego wykształcenia, podczas gdy w tym drugim badaniu wzięli udział zawodowi muzycy z co najmniej pięcioletnim doświadczeniem. Współzawodnictwo najwyraźniej motywuje doświadczonych twórców, a hamuje tych niedoświadczonych. Wciąż rozwijająca się teoria sugeruje, że idealnym stanem jest kombinacja wewnętrznej i zewnętrznej motywacji. Niektórych początkowo może motywować obietnica nagrody (pieniądze, status i tak dalej), ale kiedy już pochłonie ich praca, wkraczają w psychologiczny stan znany jako przepływ. Zapominają o jakichkolwiek zewnętrznych naciskach, a nawet tracą poczucie czasu. Watson i Crick powiedzieli, że właśnie to im się przytrafiło. Usilnie chcieli otrzymać Nagrodę Nobla, ale kiedy zagłębili się w badania, myśl o tym wyróżnieniu zeszła w ich umysłach na drugi plan.
Zasadnicze pytanie nie brzmi, czy ktoś lubi rywalizację, ale raczej w imieniu czego (albo kogo) rywalizuje. W przypadku starożytnych Aten odpowiedź była jasna: w imieniu miasta. Starożytnych Ateńczyków łączył z ich miastem głęboko intymny związek, jaki dziś trudno nam sobie wyobrazić. Najbliższe określenie, jakim dysponujemy, aby opisać ten sentyment, to obywatelski obowiązek, ale niesie ono z sobą ciężar obligatoryjności i nie brzmi zachęcająco. Ateńczycy praktykowali coś, co przypominało bardziej obywatelską radość. To, że takie zestawienie słów wydaje nam się dziwne, wiele mówi o przepaści dzielącej nas od starożytnych.
W tamtych czasach życie obywatelskie nie było kwestią opcjonalną. Arystoteles mówi mi, że Ateńczycy mieli określenie na ludzi odmawiających uczestnictwa w publicznych sprawach: idiotes. To stąd wzięło się nasze słowo "idiota". Trudno było spotkać zdystansowanych, obojętnych Ateńczyków. "Jesteśmy jedynym narodem, który jednostkę nie interesującą się życiem państwa uważa nie za bierną, ale za nieużyteczną" - przytacza wielki historyk Tukidydes fragment mowy pogrzebowej Peryklesa[6]. Auć. I pomyśleć, że ja zachowywałem się niczym nadąsane dziecko, kiedy przez dwa tygodnie musiałem zasiadać w ławie przysięgłych.
Znajdujemy z Arystotelesem jakiś kamień i siadamy na nim. Rozciąga się stąd widok na całe Ateny, jak wzrokiem sięgnąć nieubłaganie miejskie. Bezkresne morze niskich budynków mieszkalnych, biurowców, węzłów drogowych w formie koniczynki, wież radiowych. Tutaj dociera do mnie niewygodna prawda: dzisiejsze Ateny to nie Ateny z roku 450 p.n.e. Mają instalacje wodno-kanalizacyjne i demonstracje, korki, bankructwa, iPhony, xanax, telewizję satelitarną i wysoko przetworzone produkty mięsne. Mówi się, że przeszłość to obcy kraj. Tam robią rzeczy inaczej. Tak jest w istocie i niestety ten konkretny obcy kraj, czyli starożytna Grecja, ma wyjątkowo surową kontrolę graniczną. Nie odnosi się uprzejmie do intruzów takich jak ja. Jeśli jednak mam rozwiązać wielką grecką zagadkę, to właśnie w przeszłości muszę się znaleźć. Jak to zrobić?
"Zmruż oczy" - tak poradził mi jeden z przyjaciół, kiedy wspomniałem o planach odwiedzenia Aten. Wyśmiałem wtedy tę radę, ale teraz uświadamiam sobie, że to całkiem sprytna taktyka. Czasami patrzymy pełniej, zawężając pole widzenia. Obiektyw o zmiennej ogniskowej ukazuje równie dużo jak obiektyw szerokokątny, a bywa, że i więcej.
- Tylko nie mruż oczu za bardzo - przestrzega Arystoteles. - Gdybyś mógł przenieść się w czasie do Aten około roku 450 p.n.e., prawdopodobnie byłbyś zawiedziony.
Wielkie Ateny, kolebka zachodniej cywilizacji, miejsce narodzin nauki, filozofii i tylu innych rzeczy, które tak cenimy, były zwykłym grajdołkiem. Ulice wąskie i brudne, domy z drewna i gliny suszonej na słońcu tak liche, że rabusie dostawali się do środka przez ściany (starożytne greckie słowo określające złodzieja znaczy dosłownie "ten, który drąży tunele w ścianach"). Jako podróżnik w czasie zdecydowanie zauważyłbym wszechobecny zgiełk - handlarzy sprzedających towary na agorze, fałszywie grające lutnie - ale to, co przykułoby moją uwagę i już nie puściło, to smród. Ludzie załatwiali potrzeby fizjologiczne na podwórzach własnych domów albo nawet bezpośrednio na ulicach, gdzie nieczystości leżały, dopóki niewolnik ich nie spłukał. Panowały tam takie warunki, że "żaden rozsądny i spokojny człowiek naszych czasów nie chciałaby w nich żyć", stwierdził historyk Jacob Burckhardt. A pisał te słowa w XIX wieku!
[1] Źródłem tego cytatu prawdopodobnie jest Państwo Platona, ale w angielskim wydaniu ten fragment brzmi: "And what is honoured is cultivated", a w polskim przekładzie: "Ludzie rozwijają zawsze i uprawiają to, co jest w cenie" (w: Księga VIII, t. II, tłum. W. Witwicki, Wydawnictwo Alfa, Warszawa 1999, s. 112). Dosłowne tłumaczenie wersji cytatu podanej przez Erica Weinera: "Co obywatele szanują, to będą kultywować". [Wszystkie przypisy w książce pochodzą od tłumaczki].
[2] Francis Galton był pionierem w wielu dziedzinach, m.in. zastosował metody statystyki matematycznej w badaniach biologicznych. Jednym z narzędzi, jakie do tego stworzył, jest deska z gwoździami rozmieszczonymi w górnej części, które zmieniają bieg kulki puszczonej swobodnie po niej, co miało ukazywać rozkład zjawisk pod wpływem drobnych losowych odchyleń. Tzw. deska Galtona to po angielsku Galton box (pudło Galtona), co staje się przedmiotem zabawy słownej autora.
[3] Ksenofont, Uczta, w: Pisma sokratyczne, tłum. L. Joachimowicz, PWN, Warszawa 1967, s. 246.
[4] R. Flaceli?re, Życie codzienne w Grecji za czasów Peryklesa, tłum. Z. Bobowicz i J. Targalski, PIW, Warszawa 1985, s. 169.
[5] Por. Iliada Homera: "Hippoloch jest tym mężem, który mi dał życie./ Ten pomny i o swoim, i przodków zaszczycie,/ Zalecał mi usilnie, gdy mię słał pod Troję/ Bym się nad innych wsławiał przez waleczność moję", tłum. F. K. Dmochowski, Kraków 1974, księga VI, wersy 167-170, s. 78.
[6] Tukidydes, Wojna peloponeska, tłum. K. Kumaniecki, Czytelnik, Warszawa 1988, s. 108.