Geneza - Marcin Faliński, Rafał Barnaś

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Qobustan, Azerbejdżan (ZSRR) - 1973 rok

Górzysty rejon położony na południowo-wschodnim krańcu pasma Wielkiego Kaukazu około sześćdziesięciu kilometrów od stolicy Azerbejdżańskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej topił się w południowych promieniach słońca. Jedynie chwilami do olbrzymich bloków skalnych docierał lekki powiew wiatru od strony zachodniego brzegu Morza Kaspijskiego.

- Wnimanije! Pionierzy i pionierki! Jesteśmy na terenie narodowego zabytku historycznego naszej socjalistycznej ojczyzny - powiedziała trzydziestoparoletnia nauczycielka, która wyszła z nowiutkiego biało-zielonego autokaru typu Łaz 695, wzorowanego na Mercedesie O321 z lat pięćdziesiątych.

Spora grupa dwunastolatków ubranych w białe koszule i obowiązkowe czerwone chusty stanęła na baczność wokół kobiety. Część z nich miała przewieszone przez ramię wysłużone torby wojskowe z brezentu, pamietające jeszcze czasy wielkiej wojny ojczyźnianej. Inni, głównie chłopcy, dźwigali na ramionach plecaki typu wieszczmieszok Sidor, kiedyś powszechnie używane przez żołnierzy Armii Czerwonej.

- W celu zachowania starożytnych rysunków naskalnych i wulkanów błotnych oraz kamieni gazowych - kontynuowała kobieta - nasz przywódca, ojciec państwa radzieckiego, pierwszy sekretarz leninowskiej partii, towarzysz Leonid Breżniew, zdecydował dziewięć lat temu, aby uznać go za narodowy zabytek historyczny, który obejmuje...

- Ty, Danił! Co będziemy jej słuchać? - szepnął koledze na ucho jeden z uczestników wycieczki. - Słyszałem od brata, że tu są jaskinie ze skarbami ukrytymi przez chazarskich piratów.

- Eee. Ojciec mi mówił, że na Morzu Kaspijskim nie było żadnych piratów. Jacyś zwykli rabusie tylko, Eldar. Twój brat...

- Żukow, Nowikow! Czy ja wam nie przeszkadzam, towarzysze pionierzy?! - krzyknęła nauczycielka. - To po to towarzysz dyrektor szkoły wybrał was jako najlepszych, żebyście teraz dawali świadectwo temu, że była to błędna decyzja!? Nie po to wychowujemy was w duchu pracy i idei sowieckich, żebyście tego jako wzorowi pionierzy nie doceniali - dodała.

Po chwili ciągnęła wykład:

- Ten krajobrazowy i historyczny zabytek obejmuje trzy obszary płaskowyżu skalnego, gdzie znajduje się - nauczycielka podniosła dłoń i wskazała za siebie - wyjątkowa kolekcja ponad sześciu tysięcy naskalnych rycin. Są tu także pozostałości zamieszkanych jaskiń, osad i grobowców, które odzwierciedlają intensywne użytkowanie tego obszaru przez ludzi.

- Słyszysz, Danił!? Słyszysz!? Mówiłem ci, że tutaj są jaskinie!

- Ale z jakimiś wyskrobanymi rysunkami, a nie skarbami piratów! - żachnął się Danił Żukow, komentując na głos wypowiedź kolegi.

- Ja wam ostatni raz zwracam uwagę! Staniecie do pionierskiego raportu po powrocie do szkoły! A wiecie, czym to grozi?! Naganą i pozbawieniem pionierskiej chusty na cały tydzień! - krzyknęła kobieta do chłopców, a pozostali uczestnicy wycieczki popatrzyli na nich, jedni ze zdziwieniem, inni z obojętnością, a jeszcze inni z potępiającym wyrazem twarzy. - Róbcie więc, jak uważacie, bylebyście później nie żałowali - dodała po chwili spokojnym głosem, obrzuciwszy srogim spojrzeniem dwójkę chłopców. Zaraz potem kontynuowała:

- Mam nadzieję, że wszyscy uczestnicy dzisiejszej pionierskiej ekskursji zabrali latarki, tietradki, ołówki i wodę do picia, bo dzisiaj jest bardzo ciepło. - Wytarła chusteczką lekko spocone czoło.

Dzieci w odpowiedzi, jakby na rozkaz, kiwnęły jednocześnie głowami.

Wycieczka pionierów ze szkoły w Baku ruszyła do przodu. Po chwili ułożyła się w długi wąż nastolatków idących jeden za drugim między olbrzymimi blokami skalnymi przy akompaniamencie głośnych odgłosów cykad. Danił i Eldar szli jako ostatni. Mijały minuty. O ile nauczycielka i kilkoro pierwszych uczniów nadawali szybkie tempo, o tyle dalej już to tempo spadało. Danił i Eldar zostali jakieś kilkadziesiąt metrów za koleżankami z końca węża.

- Danił! Czekaj! - rzucił Nowikow.

- Co, zmęczyłeś się? - odpowiedział Żukow.

- No co ty? Specjalnie tak wolniej idę, żebyśmy mogli zobaczyć te jaskinie! No, te ze skarbami.

- A wiesz, gdzie one są?

- Brat mi tłumaczył, że jak dojdziemy tą ścieżką pod szczyt, staniemy koło takiej skały podobnej do małpy...

- Do kogo?

- No do małpy. Wiesz, takiej z dżungli. Ostatnio nauczycielka - skinął głową przed siebie - opowiadała i pokazywała rysunki na lekcji.

- Aha.

- To trzeba zeskoczyć w dół i iść w kierunku północno-zachodnim.

- Ty, Eldar. A skąd my mamy wiedzieć, gdzie w tym labiryncie skalnym jest... - Chłopiec się rozejrzał. - Gdzie jest ten kierunek?

Eldar strząsnął z ramion plecak, pogrzebał w nim i wyciągnął okrągły kompas, niczym wielki zegarek na cienkim skórzanym pasku.

- Skąd to masz?! Pokaż! - zainteresował się Danił.

- Dostałem kiedyś od dziadka. Jeszcze z czasów wielkiej wojny - powiedział Nowikow i z dumą zaprezentował kompas nadgarstkowy Adrianowa świecący wypolerowaną mosiężną kopertą.

Kiedy doszli do skały przypominającej nieco głowę małpy, zatrzymali się i popatrzyli sobie w oczy. Po chwili skoczyli z półtorametrowego uskoku i zniknęli między załomami skał. Po sprawdzeniu kierunku szli dobry kwadrans.

- No i gdzie te jaskinie ze skarbami?! - szepnął z niepokojem Żukow.

- Pewnie tu gdzieś niedaleko - odszepnął Eldar, przystanął i zaczął ostrożnie lustrować nieprzyjazne otoczenie pełne suchych kolczastych krzaków i wystających z podłoża ostrych kamieni oraz skał.

Wydawało się im, że cykady jeszcze intensywniej pocierają kończynami o chitynowe pancerze zapewniające im ochronę. Po przejściu kolejnych kilkudziesięciu metrów znaleźli się przy bloku skalnym z wąską szczeliną.

- To pewnie tutaj! - stwierdził Nowikow.

- Ale, Eldar. Jak twój brat mógł tam wejść? On chyba waży z osiemdziesiąt kilo i jest gruby. Coś kręcisz!

- Danił. A czy ja powiedziałem, że on tam był, w tej jaskini?! Mówiłem, że słyszał, że w tych jaskiniach mogą być skarby. A nie że widział je na własne oczy! - odpowiedział rezolutnie Nowikow.

- Eeee. To ja nie wiem, czy mam tam włazić. Jakby skarby były...

- Danił. A co ty taki dokładny, jak ten Worniczenko od matematyki? - przerwał mu Eldar. - Idziesz czy nie?! - niecierpliwił się.

- Czestnoje słowo, że tam coś znajdziemy?

- Eee. - Eldar machnął dłonią i ruszył w kierunku szczeliny. - Jak chcesz! Ja idę.

Wkrótce, zdjąwszy z ramion plecaki, obaj chłopcy z trudem przeciskali się przez skalną szczelinę. Ich białe pionierskie koszule szybko zabrudziły się pyłem i jakimiś rudobrązowym nalotem. Znaleźli się w obszernej jaskini, do której słońce docierało tylko w niewielkim stopniu. Nie zastanowiwszy się długo, wyciągnęli z plecaków latarki i włączyli je. Nerwowo omiatali ich światłem ściany. Szybko się okazało, że jaskinia zwęża się i przechodzi dalej w korytarz. Nic nie mówiąc, poszli nim.

- Ty, Eldar. Patrz!

Światło z latarki chłopca zatrzymało się na neolitycznym rysunku naskalnym. Spojrzeli na siebie. Z uwagą zaczęli wpatrywać się w dziwne kształty wyryte na skałach. Danił w milczeniu ruszył przed siebie i skręcił w niewielkie zagłębienie terenu, położone nieco niżej niż korytarz. Jednocześnie nie spuszczał wzroku z rysunków.

- Eldar. Jacyś dziwni ludzie, zwie...

Nagle zarwało się pod nim podłoże. Chłopak dosłownie zniknął. Eldar, ujrzawszy to kątem oka, podbiegł w kierunku wąskiej czarnej szpary i czeluści, na której dnie majaczyło światło latarki jego kolegi. Położył się i ostrożnie podczołgał do skraju zapadliska. Snop swojej latarki skierował w dół. Jakieś dwa metry poniżej zobaczył leżącego nieruchomo Żukowa.

- Danił! Odezwij się! Nic ci nie jest!?

- Nie, nic mi nie jest. Ale tu jest jakiś potwór!

- Co jest?! Jaki potwór! Rozum ci odjęło?

- Sam zobacz! - odkrzyknął Danił i zaświecił latarką w głąb pomieszczenia.

- Poczekaj. Zaraz ci pomogę. Tu są jakby schody. Takie kamienne. Pewnie stare, bo takie zniszczone - oznajmił Eldar i zaczął powoli stąpać po nierównych stopniach, opierając się mocno plecami o ścianę.

Wkrótce obaj otrzepali ubrania i oświetlili kamienny posąg mierzący około metra. Wzdrygnęli się.

- Lepiej uciekajmy stąd, Eldar.

- To jakiś demon - odpowiedział niewzruszenie Nowikow, utkwiwszy wzrok w posągu.

- Mówię ci, chodźmy stąd. Boję się! - ponaglał go Danił.

- To nie żaden demon czy potwór. To tylko rzeźba.

- Myślisz? - szepnął Żukow.

- Chodź! - zarządził stanowczo Eldar.

Chłopcy podeszli do posągu, by go dokładnie obejrzeć.

- Lepiej nie mówmy o tym naszej wychowawczyni! Wiesz... Możemy mieć problemy. Słyszałeś, co powiedziała przy autokarze? - rzucił po chwili zza posągu nieco odważniejszym głosem Danił.

- No co ty! Boisz się jej?

- Wiesz...

- Danił... Lepiej niech to zostanie naszą tajemnicą. Może coś tu jeszcze jest w tej jaskini? - Nowikow zaczął oświetlać ściany i podłoże.

Żukow poszedł w jego ślady.

- Eeee. Nic tu więcej nie ma! - stwierdził naraz Eldar. - Idziemy!

Chłopcy skierowali się do schodów i jeszcze raz omietli posąg światłem latarek.

- To co robimy z tym demonem? - zapytał niepewnie Danił. - Może jednak powinniśmy się przy...

- Zamaskujmy tę dziurę, w którą wpadłeś! - przerwał mu Eldar.

- Czyli nic nie mówmy nauczycielce ani reszcie?

- Tak. Wiesz, co by się działo, jakby to wyszło? Wyrzuciliby nas z pionierów, może nawet ze szkoły, a może i nasi rodzice...

- No dobra. Ustalone! - odpowiedział Danił i pierwszy wyszedł z zapadliska. - Zakryjmy tę piekielną dziurę tymi kamieniami. - Wskazał palcem. - Ale ty, Eldar, co powiemy nauczycielce? Że gdzie byliśmy?

- Bo ja wiem? Że zabłądziliśmy, ale zachowaliśmy pionierską odwagę i spokój, i odnaleźliśmy szczęśliwie drogę do autokaru.

Chłopcy się zaśmiali i przystąpili do przepychania głazu, który miał częściowo zakryć dziurę, a potem następnego i następnego. Po półgodzinnej pracy, która zakończyła się upychaniem w otwór w podłożu drobnych kamieni i zasypywaniem go piachem i jakimiś patykami, chłopcy stanęli naprzeciwko siebie. Z minami odkrywców kiwnęli zgodnie głowami.

- Ty, Eldar, a może jeszcze władujemy jakieś większe kamienie w tę szczelinę, przez którą się tu dostaliśmy? Żeby nikt tu nie wszedł - zaproponował Żukow.

- Wot! Ty umnyj czełowiek, Danił - odpowiedział Eldar, po czym obaj koledzy zaczęli z plecakami w dłoniach przeciskać się na zewnątrz jaskini.

Rozdział 2

Baku, Azerbejdżan (ZSRR) - 1989 rok

Iczeri-Szeher, czyli stare miasto w Baku, usadowiło się na ponad dwudziestu hektarach, tworząc orientalną atmosferę z labiryntem uliczek brukowanych kostką, w zamierzchłych czasach utrudniającym wrogom poruszanie się i orientację w mieście. To tutaj biło kiedyś serce tętniącego życiem średniowiecznego miasta - punktu handlowego na Jedwabnym Szlaku. Ukryte dziedzińce i mroczne zaułki żyły własnym, powolnym rytmem, skrywając duchy świadków dawnych wydarzeń: szpiegów, handlarzy, przemytników, kaukaskich rozbójników, rewolucjonistów i kontrrewolucjonistów. W dziewiętnastym wieku, po aneksji regionu przez Imperium Rosyjskie, Baku częściowo zachowało swoje tradycyjne funkcje, ale wokół starych murów zaczęły powstawać nowe budynki już w europejskim stylu. Ośrodek stał się miastem żyjącym gwarem różnych języków i wielu kultur: Azerów, Persów, Turków, Żydów, Ormian, Rosjan, a nawet Polaków.

W południowej porze, w środku przedwakacyjnego tygodnia, stare Baku było prawie opustoszałe. Sprzedawcy owoców, dywanów, kilimów i różnych staroci oraz bibelotów pochowali się wewnątrz swoich sklepików. Zniknęli z małych ławeczek, jakby ich ktoś porwał. Pozostały po nich jedynie szklaneczki po herbacie, niedopałki i niedokończone paczki papierosów: Biełomorkanałów, Watry czy Kurierów.

Żukow i Nowikow jechali wysłużoną zieloną Ładą Niwą w stronę ulicy Qala. Gorące promienie słoneczne odbijały się od starych, zniszczonych dachówek, a wąskie przejścia między domami tworzyły długie, zacienione przestrzenie. W powietrzu mieszały się zapachy orientalnych przypraw i dymów z pieców piekarni, w których wypiekano właśnie chleb. Po chwili pojazd się zatrzymał i mężczyźni wysiedli.

- Poczekaj tu na mnie chwilę - rzucił Nowikow i skierował się do jednego z tych małych sklepików z różnościami, ukrytych gdzieś między starymi meczetami i warsztatami rzemieślników.

Dwukondygnacyjny dom kryty był czerwoną dachówką, a jego żeliwne balustrady podtrzymywały na piętrze rzeźbione drewniane daszki. Żukow, czekając przy samochodzie, zauważył, że wiszący nad wejściem do sklepu stary blaszany szyld jest zdecydowanie bardziej podniszczony od słońca, deszczu i soli przywiewanej z morską bryzą, niż to zapamiętał.

"Chyba właśnie o takiej porze wyraźniej widać te wszystkie ślady kultury islamskiej i perskiej. Hm... Ten urokliwy Pałac Szachów, mury obronne, po których łaziliśmy z rebiatą w podstawówce, albo moja ulubiona monumentalna Wieża Dziewicza z dwunastego wieku... Albo kiedy z Eldarem przybiegaliśmy do tego sklepiku, a jego właściciel zawsze częstował nas słodyczami... Albo w nocy, kiedy była tajemnicza atmosfera, tlące się latarnie rzucające dziwne kształty cieni, które powracały do nas w dziecięcych złych snach. Ależ to teraz silnie kontrastuje z tym naszym dynamicznie rozwijającym się Baku, które staje się coraz bardziej centrum naftowym" - rozważał Żukow, gdy wciąż oparty leniwie o samochód, co rusz spoglądał w bezchmurne niebo. W pewnym momencie wyjął z auta "Prawdę" i zaczął czytać o echach pierwszej od tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego czwartego roku wizyty na Kubie Pierwszego Sekretarza KPZR Michaiła Gorbaczowa. Co kilkanaście linijek odrywał się od tekstu i zamknąwszy oczy, zaciągał się głęboko wonią starego miasta, która tylko na chwilę znikała, zastępowana przez zapach morza wtłaczany przez powiewy wiatru w zakamarki ulic.

W tym czasie Nowikow przywitał się z Awi Lewym, właścicielem sklepu, i rozejrzał się po dobrze znanym mu wnętrzu wypełnionym wiekowymi wełnianymi i jedwabnymi azerskimi dywanami, starymi naddźwiernikami, kindżałami z Gruzji, srebrami z fabryki Wolskiej pod Warszawą, turkusową, ręcznie robioną ceramiką, kalamkari - malowanymi obrusami i miedzianymi naczyniami z Iranu. Potem przez parę minut opowiadał Awiemu, jak wydobyli tajemniczy posąg z jaskini.

- To skąd go teraz dokładnie wykopaliście, Danił?! - dopytywał się prawie siedemdziesięcioletni handlarz pochodzenia żydowskiego, którego rodzina została zesłana tutaj w dziewiętnastym wieku przez cara.

- Awi, nie to jest w tym wszystkim najważniejsze - powiedział z przekąsem i zarazem z uśmiechem Nowikow.

- A co jest? - żachnął się Awi.

- No wujku, nic, nic... Istotne jest to, że go tutaj mamy - odparł Nowikow i wyszedł zawołać Żukowa, a ten zaraz wszedł do środka i przywitał się z Awim.

- Nu, choroszo. Pójdę jeszcze po syna, to znaczy po Aarona, to nam pomoże wnieść ten posag do piwnicy - odpowiedział Awi. - Ale poczekajcie chwilę, bo wewnątrz, na dole, jest dwóch klientów z Moskwy chętnych na jedwabne dywany. Wiecie. Takie z gęstymi węzłami. W dodatku... Kawalerów!

- Kawalerów? - zdziwił się Nowikow.

- No tak. Szukam dla Miriam odpowiedniej partii. Ale kogoś światowego. Nie jak tutejsi - dodał.

- A my to co? Złe partie? - zapytał ze śmiechem Żukow.

- Może i nie złe, może i dobre. Ale gołodupcy na państwowych posadkach. Nawet takich ważnych, takich specjalnych... A nadchodzą nowe czasy. Wiecie, pieriestrojka i takie tam. Będzie liczyć się tylko pieniądz!

- Bieda to nie wstyd. Tak zawsze, wujku, mówiłeś - zauważył Nowikow.

- Mówiłem. Zgadza się. Mówiłem też, że na wszystko doktor ma lekarstwa, zwłaszcza socjalistyczny doktor. - Zaśmiał się. - Ale na biedę niestety nie ma. - Zrobił pauzę. - No zobaczę, czy Aaron dobrze siostrę zachwalił, poza postawieniem przed gośćmi herbacianego stołu. A jak nie skończyli rozmowy, to załadujemy to do mojej maszyny i potem przerzucimy jakoś na dół z Aaronem. - Awi skinął głową w stronę okna, za którym widać było szarą Wołgę z przyspawanym do dachu bagażnikiem z cienkich rurek, wykonanym zapewne w jakimś warsztacie na obrzeżach Baku, a pamiętającym jeszcze czasy Chruszczowa.

- Eee, wujku. To jakaś poważna partia z Moskwy w takim razie. Ciasta, desery, słodycze, orzechy z rodzynkami, owoce, konfitury! - krzyknął prześmiewczo Nowikow do schodzącego Awiego.

Starszy pan machnął lekceważąco ręką i skierował się do piwnicy. Nowikow i Żukow popatrzyli na siebie i wzruszyli ramionami.

- Ty! Awi! - dodał jeszcze Nowikow. - A jak się kawaler z Moskwy nie zdecyduje na twoją Miriam?

- To niech idzie w pizdiec! - odkrzyknął już ze schodów, zaśmiawszy się.

Nowikow i Żukow wyszli na zewnątrz.

Po kwadransie, gdy dwaj turyści z Moskwy w pośpiechu opuścili sklep, trzymając pod pachami zrolowane kilimy, Awi pojawił się w szerokich drzwiach swojego królestwa. Po chwili dołączył do niego jego syn i w czwórkę wyciągnęli z Niwy kamienny posąg zawinięty w szary wojskowy koc ściśnięty trzema skórzanymi pasami z mosiężnymi klamrami z wypukłą gwiazdą. Najpierw wnieśli go do środka, a potem znieśli ostrożnie wąskimi schodami do piwnicy wypełnionej zapachem stęchlizny, starego drewna i wosku do konserwacji antyków. Każdy ich oddech odbijał się od starych ścian i łukowatych sklepień, pełnych wyblakłych fresków i zdjęć dawnego Baku.

- Zgodnie z waszymi dyspozycjami pojedzie do Jerozolimy. Gdybyście chcieli go wcześniej odzyskać, kontaktujcie się ze mną albo z nim. - Awi wskazał podbródkiem na Aarona, po czym odwinął koc i zaczął dokładnie oglądać posąg.

- To rzeźba Marduka z czasów świetności Babilonu. Jest bezcenna - rzucił Nowikow.

- Pamiętam, mówiłeś... Gdzie ty się tak wyedukowałeś, Eldar?! W tej Moskwie?

- Tak, w tej Moskwie, wujku.

Awi spojrzał ponownie z uwagą na ciężką sylwetkę posągu. Kamień, z którego był wykonany, lśnił w półmroku piwnicznym.

- Jakby skrywał historie z odległych czasów. - Awi zawiesił głos i przesunął palcem po wypolerowanej powierzchni. - Wiecie co? - Gdybyście jednak chcieli go sprzedać, to znajdę kupca i zarobicie kupę pieniędzy. Dolarów! Nie jakichś rubli.

- Wujku. Mówiłem już ci, że nie jest na sprzedaż.

- To nie jest nasza własność, Awi - wtrącił Żukow. - Będzie tu bezpieczny do czasu wyjazdu?

- Będzie, będzie. Nie wołnujsia. - Awi, nie odrywając wzroku od posągu, poklepał przyjaźnie Żukowa po ramieniu.

- Jak tak patrzę na niego, Danił, to czuję, jakby odległa przeszłość i teraźniejszość splotły się w labiryncie tajemnic - powiedział półgłosem Nowikow.

- Tak... Jakby nic nie było tym, czym się wydawało - mruknął jeszcze ciszej Żukow.

- W tym posągu jest moc. Jakaś tajemnicza moc - wtrącił się Awi.

- Jaka moc, wujku?! Daj spokój.

- A ja ci mówię, Eldar. Ona jest!

Przez moment znów zapanowała w ciemnej piwnicy cisza. "Marduk to wiekowe i nieruchome bóstwo, staje się teraz częścią historii, artefaktem, którego przeznaczenie może zdecydować o losach wielu" - pomyślał Żukow i przerwał milczenie:

- Dobra. Dość tych tajemnic i magii. Chodźmy już!

Minutę później Niwa z Nowikowem i Żukowem ruszyła powoli spod sklepu Awiego. Minęli Plac Fontann, gdzie w niedziele i święta państwowe turyści kręcili się powoli, a mieszkańcy żwawiej w codziennym pośpiechu. Potem kierowali się ulicą Kichik Gala, mijając ruiny średniowiecznych murów i wieże strażnicze z czasów Seldżuków. Przez jakiś czas milczeli. Gdy wjechali na szeroki prospekt, pierwszy odezwał się Żukow:

- Kiedy Awi rozpocznie transport do Jerozolimy, nasi będą go osłaniać i po cichu operacyjnie nadzorować.

- Centrala w Moskwie już potwierdziła? - zapytał Nowikow.

- Tak. Po północy, przed wyjazdem do Qobustanu otrzymałem wiadomość.

- Nic mi nie mówiłeś! Nie wiedziałem o tym!

- Nie było potrzeby. Zresztą... Teraz już wiesz - odpowiedział spokojnie Żukow.

Rozdział 3

Jerozolima, Tel Awiw, Izrael - 1993 rok

Na osiedlu Gillo leżącym na wzgórzu oddalonym o sześć kilometrów na południowy zachód od rozświetlonego starego miasta Jerozolimy panował już półmrok. Na północy majaczyły światła osiedli Malha i Giwat Massua oraz palestyńskiej wioski Szarafat. Na południu odznaczała się od otoczenia podświetlona, ukryta w starych murach miasta wieża Bazyliki Narodzenia Pańskiego w Betlejem. Trudno było już szukać śladów w tym starożytnym mieście po pierwszej wojnie izraelsko-arabskiej i pozycjach artylerii egipskiej, która prowadziła stąd ostrzał żydowskich osiedli. Większość tutejszej ziemi stanowiącej tereny brytyjskiego terytorium mandatowego w Palestynie została zakupiona jeszcze przed tysiąc dziewięćset trzydziestym dziewiątym rokiem przez Żydów, którzy uciekali z Europy przed nazistami lub po prostu wspierali ruch syjonistyczny.

Żukow wysiadł z białej Toyoty Corolli zaparkowanej przed solidnym betonowym ogrodzeniem oddzielającym od ulicy niepozorny jednopiętrowy dom. Wzdłuż ulicy stało kilka zaparkowanych czarnych limuzyn i mocno zabrudzonych samochodów z napędem cztery na cztery, które, sądząc po wyglądzie, przebyły trudną drogę w terenie. W paru pojazdach siedzieli ubrani na czarno mężczyźni, którzy uważnie lustrowali otoczenie. "Zawsze z daleka widać, kto zabezpiecza teren. Pewnie pod tymi rozpiętymi taktycznymi koszulami mają ukryte Uzi albo inną krótką broń maszynową gotową do oddania serii strzałów. Sporo tych pizdielcow. Dziwne!" - pomyślał Żukow i nie chcąc rzucać się specjalnie w oczy, równym i powolnym krokiem, wyuczonym w czasie niejednego szkolenia w GRU, podszedł pod solidne drzwi prowadzące na teren posesji. Nacisnął przycisk domofonu i po chwili usłyszał dźwięk otwierającego się zamka magnetycznego. Wszedł do zadbanego, typowo orientalnego ogrodu, porośniętego nie tylko cyprysami, ale kwitnącymi i obłędnie pachnącymi kolorowymi krzewami oraz azaliami, rododendronami i miłorzębami. Znalazł się nagle w innym świecie, w miejscu pełnym spokoju i wyciszenia. Miał wrażenie, że za murem zostawił ten cały nieznośny arabski i żydowski gwar. Skierował się do drzwi wejściowych domu, w których pojawił się Awi.

- Jesteś w samą porę. Zaraz zaczyna się przedstawienie. - Uśmiechnął się tajemniczo do Żukowa.

- Awi. Umowa aktualna, jak rozumiem? - zapytał Żukow.

- Oczywiście. Po rytuale posąg będzie do twojej, to znaczy waszej, dyspozycji.

- Rytuale czy przedstawieniu?

- Na jedno wychodzi, powiem ci szczerze, Danił... Transport masz przygotowany?

- Oczywiście! - odpowiedział Żukow i dodał po chwili szeptem: - Kak wsiegda. U nas wsio gotowo.

Mężczyźni weszli do przestronnego korytarza z marmurową podłogą i białymi ścianami, delikatnie oświetlonymi przez nieliczne kinkiety. Awi skinął ręką, by Żukow podążył za nim w dół po wąskich i krętych schodach. Weszli do niewielkiego pomieszczenia. Na ścianie znajdowało się duże lustro w rzeźbionej owalnej złotej ramie. Obok stały dwa eklektyczne fotele, także w złotym kolorze i pokryte czerwonym pluszem.

- Usiądź, proszę. - Awi wskazał na fotel i, spojrzawszy na zegarek, sam zajął drugi mebel.

Przez chwilę milczeli.

- I co? Będziemy długo tak tu siedzieli na tych bizantyjskich tronach? - ironicznie zagaił Żukow.

Awi dał znak dłonią, aby nic nie mówił, i ponownie sprawdził godzinę. Po kilku minutach wstał i wyłączył oświetlenie. Zrobiło się zupełnie ciemno. Zdjął lustro ze ściany i odstawił je na bok. Salonik, w którym byli, rozjaśniła jakaś poświata padająca ze ściany.

- Danił. Wstań i spójrz - szepnął Awi.

Żukow podniósł się szybko i stanął przed przeszkloną ścianą, za którą ujrzał obszerną salę bez okien. Na podium, na środku, umieszczono duży stół z czarnego marmuru. Obok znajdowało się kamiennie podwyższenie. Na niebieskich ścianach namalowane były freski - złote wizerunki Muszhuszu - mitycznego węża-smoka, świętego zwierza wielu bogów z wierzeń mezopotamskich.

- Teraz zobaczysz sobie całe przedstawienie z waszym Mardukiem w roli głównej - oznajmił Awi, uśmiechnąwszy się pod nosem, i włączył dwa głośniki zainstalowane w ścianie, na bocznych krawędziach lustra weneckiego.

W tym momencie w sali pojawiły się postacie jakby wprost wyjęte z czasów starożytnego Babilonu. Kapłani w czerwonych szatach obszytych złotymi nićmi i w wysokich skórzanych czapkach na głowach szli w swoistej procesji w stronę marmurowego stołu. Z przodu kroczył spokojnie młody mężczyzna o chłopięcej urodzie. Przez otępiały wzrok i szczególny wyraz twarzy wyglądał, jakby był pod wpływem narkotyków. Obok kapłanów maszerowali żołnierze w spiczastych hełmach, z łukami i krótkimi mieczami u boku. Pośrodku procesji niesiony był znaleziony przez Żukowa i Nowikowa posąg boga - Marduka - patrona Babilonu. Procesja zatrzymała się przed kamiennym podwyższeniem. Kapłani ustawili na nim posąg, a idący w procesji żołnierze wyszli.

- Awi, co to jest, kurwa, za przedstawienie?! - zapytał szeptem zdziwiony i zaskoczony całą sytuacją Żukow. - To jakaś poważna organizacja, a nie mały, kameralny obrzęd religijny! Nie spodziewałem się tego, powiem szczerze.

- Robi wrażenie, prawda? - Awi uśmiechnął się chytrze. - Ten młody, co z nimi idzie, to szczęściarz... jeden z tych czterech czy pięciu, którym udało się ujść polowaniu na pustyni Negew.

- Jakie polowanie? O czym ty mówisz?

- Ci wielcy, władcy tego świata... - Awi skinął głową w stronę szyby - urządzają sobie takie atrakcje jak polowanie na ludzi... Ale również inne. Podobno mają kilka takich miejsc na świecie. Ostatnio ktoś tam od nich buduje na prywatnej wyspie na Karaibach taki... ośrodek uciech wszelakich... Rozumiesz jakich?

Żukow przytaknął bez słowa.

- A to jest taka podróż w czasie! Kilka tysięcy lat wstecz... Starobabiloński rytuał, który był odprawiany ku czci Marduka podczas święta Isztar. Patrz teraz! - mruknął Awi.

Jeden z kapłanów począł recytować słowa modlitwy ku czci Marduka w języku akadyjskim:

- Am erin-na di-di šáb-ba-ni, u-mu šag an-ta nu-um-gun-e-dani, im-mu-un-mamma im-mu-un-til-la.

Kapłan podał młodzieńcowi ceramiczne naczynie jasnobeżowej barwy. Ten po chwili uniósł je i wypił znajdujący się w nim napój. Odstawił czarę, a kapłani zdjęli z niego szaty i położyli go na marmurowym stole. Mężczyzna zamknął oczy.

- Otruli go? Czy tylko uśpili? - zapytał Żukow, ale Awi nic nie odpowiedział.

Do nieruszającego się młodego człowieka podszedł jeden z kapłanów z rytualnym nożem w dłoni. Nagle szybkim ruchem przeciął nim aortę szyjną.

Żukow wzdrygnął się, choć niejedno widział na wojnie w Afganistanie, gdzie z oddziałami Specnazu GRU realizował operacje wywiadowcze. Krew buchająca z aorty na stół zaczęła spływać do przygotowanej wcześniej misy z zawiniętymi do środka krawędziami.

- Ja pierdolę! To jakieś pojeby! Awi! Co się tutaj dzieje? - rzucił Żukow, odwróciwszy się do niego gwałtownie.

- Mówiłem ci, Danił, że nawet ciebie to zaskoczy. To nie pojeby... To elity rządzące duszami milionów, u których te miliony zaciągają kredyty, zastawiają swoje domy, by potem im te domy odebrali za niespłacone długi - ciągnął Awi beznamiętnie spokojnym głosem.

- Ale oni tak naprawdę? Czy to tylko jakaś pieprzona inscenizacja z jakimś ukrytym pojemnikiem z baranią krwią? - pytał coraz bardziej podekscytowanym tonem Żukow.

- Ciiii! - Awi przyłożył palec do ust. - Szczerze mówiąc, nie wiem. Nie wtrącam się im do tego. Nie pytam o nic. Wynajmuję im to pomieszczenie. Niekiedy mi się to przydaje do interesów. To bardzo wpływowi ludzie. Poza tym widziałeś, jaką mają obstawę - odparł zupełnie opanowany Awi.

W tym momencie kapłan dodał do krwi jakiś proszek ze szklanej fiolki, by po chwili podnieść misę i upić z niej kilka łyków. Następnie podał ją kolejnym kapłanom.

- Ty, Awi. Oni nic nie wiedzą o tym lustrze? To znaczy nie wiedzą, że ich podglądasz? - zapytał Żukow.

- No co ty! Załatwiliby mnie od razu! Nie mówiąc o tym, że wszystko... - zrobił pauzę, spojrzawszy na Żukowa. - Wszystko nagrywam. A nagrania wysyłam do mojego adwokata w Szwajcarii, w Lucernie.

- A kto to jest?

- Zapytaj twojego przyjaciela Eldara. On go dobrze zna.

Żukow nic nie odpowiedział, tylko utkwił nieruchomy wzrok w lustrze. Widział, że oddech młodzieńca staje się coraz cięższy, coraz wolniejszy. Pamiętał to z Afganistanu, kiedy umierał mu na rękach jego kolega albo kiedy dostali od talibów film z poderżnięciem gardła i dekapitacją jednego z pojmanych przez nich oficerów GRU. Wiedział, że życie młodzieńca położonego na mocno zakrwawionym marmurowym stole dobiega właśnie końca.

- Kurwa! Oni zajebali go z zimną krwią! Jak ci pierdoleni talibowie w Afganie - mruknął pod nosem Żukow z coraz większym niedowierzaniem.

- Tam religia i tu religia. Co ci mogę powiedzieć, Danił? Opium dla ludu łagodzące ból i cierpienie - skomentował filozoficznie Awi.

- Tak! Będące wyrazem ich realnej nędzy i jednocześnie protestem przeciwko niej, ale nierozwiązującym ich problemów - odpowiedział także filozoficznie Żukow.

Kapłani zaczęli dotykać się wzajemnie, jakby w erotycznym uniesieniu. Ich ruchy stawały się coraz bardziej lubieżne, wyuzdane. Po chwili zza drzwi zamaskowanych jednym z fresków z Muszhuszu wyszły kobiety ubrane w prześwitujące tuniki i przyłączyły się do mężczyzn.

- Zaraz będzie zbiorowy seks. Chcesz dalej patrzeć?!

- Zakroj etot jebalnik. To już nas mniej interesuje - skomentował Żukow.

- Masz rację, Danił. Chuj z nimi. Zresztą ile można na to patrzeć?!

Awi powiesił z powrotem lustro na ścianie, zasłaniając weneckie szkło, i wyłączył głośniki, z których zaczęły dobiegać odgłosy regularnej orgii.

Żukow milczał.

- Niełatwo przyjdzie im się pogodzić z tym, że posągu już niedługo tutaj nie będzie - stwierdził Awi.

- A kim dokładnie są ci ludzie? - dopytywał Żukow. - To naprawdę jacyś popierdoleńcy!

- Już ci mówiłem. Współczesna elita. Mają wszystko. Chcą mieć też własnego boga, do którego zwykły śmiertelnik nie ma dostępu.

- A czy oni w ogóle rozumieją ten rytuał? Rozumieją, czego się dopuścili!? - drążył Żukow.

Awi uśmiechnął się ironicznie, a po chwili rzucił:

- To chyba dla nich nie ma znaczenia. Pust´ idut w pizdu... Powiedz mi, Danił, jeszcze jedno. Czy wiadomo, dokąd trafi wasz... ich posąg?

- W bezpiecznie ręce, Awi. Bardzo bezpieczne. To mogę obiecać.

- Powtórzę się, Danił. To wpływowi ludzie, poważny przeciwnik. To nie jakieś kaukaskie kozojoby czy wiwcejoby. Oni mają długie ręce i widziałeś tam na górze - Awi skinął głową - że z nimi nie ma żartów.

- Spokojno, Awi, spokojno. Ci, do których trafi ten posąg, są wyżej, nad tymi tu zjebami. Może nie odwalają takich szopek ja ta tutaj... Chociaż jak tak myślę, to cholera wie - skomentował szeptem pod nosem.

- Słucham?

- Nic... Też mają nierówno pod sufitem... Ale widzisz, Awi, jest między nimi a tymi - skinął głową za siebie - zasadnicza różnica. Ci tutaj odbierają ludziom domy za długi, za niespłacone raty kredytu zabierają samochody, licytują rodzinne restauracje. A ci, do których idzie ze mną teraz Marduk, obalają lub ustanawiają rządy, kupują dyktatorów, wybierają królów czy nawet papieży.

- Prawdziwych papieży, w Rzymie? - zapytał ze zdziwieniem Awi.

- A tak. Dają i zabierają to, czym kontrolować można miliony, setki milionów ludzkich dusz. Czyli pieniądze! A jak się ta kontrola nazywa? Czy religia, czy polityka, to już nie ma znaczenia. - Żukow zawiesił głos. - A jak my im przywieziemy tego bożka, to może czasem i dla nas coś zrobią. - Uśmiechnął się sarkastycznie.

- Danił. Posłuchaj... Gdyby kiedyś zaszła potrzeba i trzeba było przechować ten posąg, to zarówno ja, jak i mój syn Aaron chętnie pomożemy. Mówiłem wam kiedyś. W tym Marduku jest moc. Jakaś magiczna, hipnotyzująca, nieziemska... - Nie dokończył, bo Żukow mu przerwał.

- Daj już z tym spokój, Awi. Ale dobrze. Będę o tym pamiętał! - Poklepał starego Żyda po plecach.

- Jak się to skończy, to dam ci znać - powiedział Awi. - Moi ludzie wyniosą posąg na zewnątrz budynku. Wjedziecie od tyłu na teren posesji i załadujemy go do samochodu. - Wskazał ręką na schody.

- Wsio w poriadkie - odpowiedział Żukow wyjątkowo spokojnym głosem i ruszył za Awim na górę.

***

- Kurwa mać! - mruknął pod nosem Żukow i podpalił nad popielniczką zapisaną karteczkę z ryżowego papieru.

Po spaleniu ugniótł popiół i poszedłszy do toalety, wsypał go do sedesu. Spuścił wodę. Wrócił do pokoju i w zamyśleniu stanął przed oknem. Po drodze nalał jeszcze do szklanki solidną porcję wódki, którą wypił w dwóch łykach.

Rozświetlone wieżowce Tel Awiwu kontrastowały z ciemnym bezgwiezdnym niebem i czernią Morza Śródziemnego, na którego horyzoncie widoczne były jedynie iskrzące pojedynczo światła statków zmierzających do czy z portu w Hajfie. Na dole w marinie krzątali się żeglarze, którzy zakończyli morskie wyprawy i teraz przystąpili do towarzyskich spotkań na pokładach swoich jachtów. Żukow odszedł od okna i rzucił się ciężko na szerokie łóżko w hotelu Hilton przy ulicy Ha-Yarkon. Wziął pilota i włączył telewizor. W wiadomościach prowadzona była relacja z centrum Tel Awiwu, z miejsca zamachu terrorystycznego sprzed czterech dni, w którym zginęła młoda kobieta z niemowlęciem. Dziennikarka opowiadała, że według zeznań świadków wybuch był tak silny, iż ucierpiały także auta zaparkowane w okolicy, a z okien pobliskich domów powylatywały szyby. Podkreślała, że izraelskie służby twierdzą, iż zamachu dokonała terrorystyczna organizacja - Hamas. Świadczyć o tym miała specyfikacja ładunku wybuchowego, charakterystyczna dla tych, które często wykorzystywała ta organizacja podczas innych zamachów.

Żukow jeszcze przez chwilę wpatrywał się w telewizor, słuchając innych informacji, w tym o rozruchach w Moskwie wymierzonych przeciwko rządom prezydenta Borysa Jelcyna, w których brali udział zarówno nacjonaliści, jak i komuniści domagający się osądzenia przywódcy Rosji. Spojrzawszy na zegarek na przegubie dłoni, wstał z łóżka, zarzucił na siebie skórzaną kurtkę, wyłączył telewizor i opuścił pokój. Zjechał windą i szybkim krokiem minął hotelowe lobby. Wyszedł na ulicę Ha-Yarkon. Kilku taksówkarzy stojących przy wejściu do hotelu wskazało mu swoje taksówki, on jednak pokręcił przecząco głową. Ruszył wzdłuż ruchliwej arterii. Przez kilkanaście minut szedł przed siebie. W końcu skręcił w boczną uliczkę. Odczekał chwilę, chcąc upewnić się, że nikt za nim nie podąża, po czym kontynuował marsz. Potem powtarzał ten manewr, za każdym razem dyskretnie lustrując otoczenie. W końcu na rogu jednej z uliczek zauważył zaparkowanego białego Volkswagena Golfa III. Rozejrzał się ponownie, tym razem bardzo nieprofesjonalnie, ale musiał się upewnić. Po chwili wsiadł do samochodu od strony pasażera. W środku, za kierownicą siedział ponadsześćdziesięcioletni szpakowaty mężczyzna.

- Oglądaliście wiadomości? Jewrieje nadają o tym już czwarty dzień - rzucił mężczyzna bez emocji.

- Tak. Widziałem. Ale dokonaliśmy też własnych ustaleń.

- I co z nich wynika?

- Nowikowa nie było w środku - odpowiedział Żukow mocno przygaszonym głosem.

- I powiedzcie mi. Jaką wzrywczatkę tam, do chuja, napchaliście? Rozpierdoliło przy okazji pól ulicy. W dodatku ta kobieta z dzieckiem. Popierdoliło was do reszty, towarzyszu Żukow?!

Żukow nic nie odpowiedział. Milczał dość długo, nim spojrzał z zastanowieniem na przełożonego.

- Towarzyszu Krasnow. Nie wiem, co się stało. Nowikow miał tam być. Wszystko... - Nie dokończył.

- Ale go, kurwa, Żukow, nie było!

- Może ktoś go ostrzegł!? A z tym wybuchem to miało być tak, że efekt miał być... - Znowu nie dokończył.

- Trzeba wszystko sprawdzić, ale bardzo dyskretnie. I wy to, towarzyszu Żukow, zrobicie. Mam nadzieję, że nie muszę mówić, dlaczego wy. Wy to spierdoliliście. To była wasza operacja i wasz... przyjaciel. - Zrobił pauzę. - Coś wiecie o nim? Pytam dla porządku i prywatnie, bo dyspozycje z Moskwy w jego sprawie już przyszły.

- Jakie? - zapytał Żukow.

- Musicie wiedzieć, że Polacy dzisiaj opuścili Izrael drogą lądową przez Egipt. Ale zostawili go tutaj, w Izraelu.

- Jak to? - zdziwił się Żukow. - To wobec tego ciągle jeszcze możemy go dorwać i zlikwidować!

- Uspokójcie się, towarzyszu Żukow. Mówiłem... Dyspozycje już przyszły. Wszyscy tutaj myślą, że za zamachem stoi Hamas, i niech tak zostanie. Nie róbmy już niepotrzebnego zamieszania.

- Powinien skończyć jak inni zdrajcy! - syknął przez zęby Żukow.

- Powiedziałem! Nowikow i tak poniósł już wystarczającą karę. Stracił wszystko, co było dla niego ważne. Zresztą powtórzę: Centrala zdecydowała, żeby już tego nie ciągnąć.

Krasnow się zamyślił. Na moment we wnętrzu Golfa zapanowała zupełna cisza. Dochodziły jedynie odgłosy spacerujących par i mijających ich powoli samochodów.

- Towarzyszu pułkowniku. Ale jest jeszcze coś - powiedział Żukow i zawiesił głos.

- Coś, o czym nie wiem? Nawet mnie nie wkurwiajcie. Raport już poszedł do Moskwy! - uniósł się Krasnow.

- Ale tę informację otrzymałem dopiero przed spotkaniem z wami.

- Słucham. Mówcie!

- W aucie zidentyfikowano tylko jedno ciało. To pewna informacja od naszego człowieka w miejscowej policji.

- Jak to? - zapytał ze zdziwieniem Krasnow i zaraz dodał: - Przecież oficjalna informacja jest taka, że w wybuchu zginęła matka z niemowlęciem. Tak mnie poinformowaliście. Poza tym w telewizji i w gazetach o tym piszą. Co wy mi tu pierdolicie, Żukow? A który to ten nasz człowiek w tutejszej policji?

- To nasz nielegał. Skierowany jeszcze jako nastolatek w ramach emigracji rosyjskich Żydów do Izraela. Odbył służbę wojskową w ich siłach obronnych. Wprawdzie jest teraz w policji na niskiej pozycji, ale dostał zadanie przeprowadzenia ustaleń... i je przeprowadził.

- Ciekawe. A czy to w ogóle możliwe, że wykonane badania kryminalistyczne nie wykazały obecności dziecka?

- Towarzyszu pułkowniku. Niemowlak nie ma rozbudowanego układu kostnego. Mógł spłonąć, że tak powiem... zupełnie.

- Choroszo. Sprawdźcie to jeszcze dokładnie, ale jak mówiłem, wyjątkowo dyskretnie. Na razie zostaje to tylko między nami. Zrozumieliście? Zresztą to w tej chwili sprawa drugorzędna, a nawet mało istotna.

Żukow przytaknął, a Krasnow wyraźnie się zamyślił, nim spojrzał z marsową miną na podwładnego.

- A co z tym posągiem?

- Wszystko zgodnie z planem, towarzyszu pułkowniku. Właśnie jest w drodze do Rzymu - odpowiedział służbistym tonem Żukow.

- Bardzo dobrze. Na najbliższe dni mam zaplanowany wyjazd do Rzymu. Wiecie, z kim mam się spotkać?

- Z ludźmi, którzy będą udostępniać wprowadzenie naszych zasobów finansowych na Zachód, do ich systemu bankowego, do ich funduszy inwestycyjnych, do giełd, gdzie za środki ze sprzedaży naszej ropy i gazu kupować będziemy różne instrumenty finansowe, takie jak akcje, obligacje czy kontrakty terminowe...

- Brawo, Żukow! Dobrze! - przerwał mu Krasnow, wyraźnie będący pod wrażeniem. - Wiedziałem, kogo wybrać do tej operacji! - Zaśmiał się. - No właśnie. Więc już sami wiecie, jak ważna to kwestia dla naszej ojczyzny. Dopilnuję tam osobiście naszych spraw...

Mężczyzna wykrzywił usta w grymasie i zaczął zbierać myśli. W końcu spojrzał na Żukowa i powiedział:

- Posłuchajcie mnie teraz. Wywołacie spotkanie z tym naszym człowiekiem w Warszawie. Może coś wie o Polakach i ich nagłym wyjeździe z Izraela. A jak nie wie, to ma się dowiedzieć. Wam eto poniatno?

- Tak jest, towarzyszu pułkowniku!

Żukow wysiadł z Volkswagena i szybkim krokiem poszedł w kierunku nadmorskiego bulwaru. Samochód po chwili odjechał w przeciwnym kierunku przez wąskie boczne uliczki.