Jam był krwią, co płynęła w żyłach mej matki i siostry,
lecz mnie odtrąciły i złą drogą poszły.
Dlatego, bym pomścił krew całego świata,
Bóg ze mnie uczynił bezlitosnego kata!
.
W NEVADZIE NAD JEZIOREM TAHOE JEST GÓRSKA FARMA, NA KTÓREJ UPRAWIA SIĘ ANTENY. Setkami rosną strzeliście w niebo, a gdy któraś dotknie chmur, znaczy, że już dojrzała, by zrobić z niej antenaty, czyli antenowe placuszki. Matylda, niania trzech pokoleń Lubochowskich, najlepsza w świecie kucharka, wymyśliła na nie przepis. I podobno bardzo się rozzłościła, kiedy dziadzio Vlad, właściciel farmy i szef działającego nieopodal ośrodka badawczego, wyznał, że to ściema i zwykła kukurydziana mąka. A wielkie stalowe konstrukcje po przejściu rocznych testów wysyłane są w całości, niezmielone, na nowe stanowiska i włączane do RAS, czyli radiowego systemu antyrakietowego.
Mimo to długo, nawet jak już chodziłam do szkoły, wierzyłam w antenaty i ogromnie byłam ciekawa, kiedy anteny się ścina i kto to robi; pewnie Marines pod osłoną nocy, ci sami, którzy ich non stop pilnują.
NA FARMIE JEST TEŻ KOLUMBARIUM z krzyżem wyższym od wszystkich anten. Tam spoczywa nasz ród i jego przyjaciele: mój pradziad, Edward Lubochowski, którego prochy przemycono jeszcze z Peerelu, dziadziuś Vlad, legendarna niania Matylda, i wielu, wielu innych.
Ale dla mnie najważniejsza jest babcia. Moja najlepsza przyjaciółka. To pamięć o niej każe mi tu przyjeżdżać. Shit, co ja bredzę?! Jaka pamięć?! Przecież my po prostu rozmawiamy. Powierzam jej wszystkie moje ważne sprawy. Teraz też, gdy tylko otrzymałam od szefa rozkaz, wsiadłam w samolot i poleciałam do Nevady.
- Wysyłają mnie do Konstancina. Tam, gdzie zabrałaś mnie na wycieczkę, jak byłyśmy w dziewięćdziesiątym pierwszym w Polsce. Pamiętasz? Płakałaś, że Konstancin taki zdewastowany przez komunistów, a twoja willa w ruinie.
- Rzeczywiście, żal było patrzeć. Ale podobno już wyremontowali. Zdasz mi relację, kiedy dojedziesz na miejsce. Adres pamiętasz? Matejki dziesięć, a dom nazywa się Kogucik.
- Little Rooster?
- Nie wtrącaj angielskich słów. Mów po naszemu. Pamiętasz jeszcze ten okropny slang, którego się nauczyłaś od dzieciaków z Polski? Teraz ci się przyda.
Byłam kiedyś na mitingu polonijnej i polskiej młodzieży w Colorado Springs, gdzie nasłuchałam się nadwiślańskiego rapu i bluzgów bijących na głowę nasze amerykańskie fucki. "Nikt nie klnie tak jak Słowianie" - wyjaśniła mi babcia. Wiedziała, co mówi. Znała przecież świat i półświatek od Dniepropietrowska do Chicago.
- OK, zajdę tam. Obiecuję. Mimo że ty od siebie doskonale widzisz swój konstanciński dom. Mam rację?
- Już ci mówiłam, Noiro, żebyś nie pytała o takie rzeczy. Nas, zmarłych, obowiązuje tajemnica. Powiedz lepiej, co się wydarzyło, że aż FBI musiało wkroczyć do akcji?
- Seryjny morduje Amerykanki. Wczoraj trzecią załatwił.
Czuję, że babcia się uśmiecha. Sama przecież złapała kilku seryjnych, choć za jej czasów tak ich jeszcze nie nazywano.
- To masz twardy orzech do zgryzienia. Bo mordercę, który działa z niejasnych motywów, bardzo trudno namierzyć. Ale pocieszę cię, że zwykle sam wpada. Trzeba tylko trochę cierpliwości. No i niestety kilku ofiar.
- Wierzę, że go dorwę. A ty, babciu, wierzysz we mnie?
- Oczywiście, Noiro. Rośniesz na najbardziej łownego kota w rodzinie.
Moja mama, policjantka z Chicago, miała rodzinny pseudonim Tunia-Kotunia, a ja nazywałam się Noiro, na cześć czarnego kotka, bohatera francuskiej książeczki dla dzieci, z której babcia usiłowała nauczyć mnie parler français. Nic lepszego, nic szczęśliwszego nie spotkało mnie dotąd w życiu niż to, że przez szesnaście lat byłam małym, ukochanym Noiro babci Hani.
TO MUSIAŁO BYĆ SUPER TAJNE, SKORO NAWET JA, KOMENDANT POLICJI W KONSTANCINIE, pojęcia nie miałem, co się mieści w leśnej rezydencji przy maleńkiej uliczce Borsuczej. Według map geodezyjnych była tam pusta działka, a wedle legendy miejskiej - wyrzutnia rakiet tomahawk lub więzienie dla talibów.
Naocznie niczego nie dało się stwierdzić, bo jedynie kominy wystawały zza wysokiego muru i zasieków z drutu ostrzowego. Kiedyś, spacerując w pobliżu z Azanem, byłem świadkiem wyjazdu kilku limuzyn na niebieskich blachach. Mogłem wtedy zajrzeć na chwilę do środka i zobaczyć trzech postawnych dżentelmenów w strojach moro, z bronią maszynową i psem strasznym jak Zoltan Draculi.
W życiu bym nie przypuszczał, że kiedyś zostaniemy tam z Bykiem zaproszeni i posadzeni z honorami w saloniku recepcyjnym. Z tego, co pamiętam, był szósty czerwca dwa tysiące czwartego roku. Na pewno niedziela, bo w niedzielę zawsze gramy nasz A-klasowy mecz, więc musiał mnie zastąpić któryś z młodych, i wtopiliśmy z Sokołem Gassy aż 0:4. A ja, zamiast stać między słupkami bramki, siedziałem obok inspektora Sieniewicza z Cebesiu, a naprzeciwko trojga Amerykanów. Wszyscy po cywilnemu, taki był surowy wymóg.
- A wtedy Azan, to znaczy mój pies, pobiegł głębiej w las, i tam leżała druga denatka, mniej więcej w tym samym wieku, też ubrana w strój do biegania - mówiłem, mimowolnie przyglądając się młodziutkiej, opalonej policjantce, która po każdym moim słowie zdawała się przytakiwać śliczną główką. - Przy zwłokach nie było dokumentów, za to znaleźliśmy klucz do pokoju z nazwą hotelu, w którym obie kobiety się zatrzymały. To Eurydyka, niedawno otwarty pensjonat w parku zdrojowym.
- Ta druga pani nazywała się Raya Stern - przerwał mi, a właściwie tłumaczce, Sieniewicz; w przeciwieństwie do mnie jako tako mówił po angielsku.
- To akurat wiemy od trzech dni. - Jemu z kolei przerwał najwyższy stopniem Amerykanin, oficer łącznikowy FBI; jeśli dobrze usłyszałem, nazywał się Adelson, kapitan David Adelson. - Obie mieszkały w Nowym Jorku i przyjechały do Konstancina, żeby zobaczyć pozostałości sztetlu w Jeziornie i pamiątki po cadyku z Góry Kalwarii. Ojciec Racheli był z nim spokrewniony.
- Interesuje nas, z kim się spotykały, z kim rozmawiały przez telefon - odezwał się drugi oficer, który przedstawił się nam nazwiskiem Swoboda; jego polszczyzna była wręcz literacka, choć niemiłosiernie zniekształcona przez akcent. - A szczególnie ważne, czy mogą mieć jakiś związek z panią Madison Grant lub jej córką. You understand: to ma dla śledztwa kapitalne, wręcz kardynalne znaczenie.
Ta Grant była menadżerką w jakiejś polsko-amerykańskiej korporacji. Kilka dni temu zgłosiła na policji zaginięcie córki, dwudziestopięcioletniej Abigail, z którą dzieliła mieszkanie w ursynowskim apartamentowcu. Dziewczyna wybrała się wieczorem na koncert do filharmonii, po jego zakończeniu wysłała SMS-a, że jedzie taksówką i jest już na KEN, po czym koniec, cisza, telefon wyłączony. A w podziemnym garażu wielka kałuża krwi.
- Pani Grant nie słyszała o zbrodni w Konstancinie - powiedział inspektor Sieniewicz. - I dlatego miała nadzieję, że córka uległa jakiemuś wypadkowi, po którym dostała krwotoku, ale nadal żyje.
- A ma pan pewność, że to krew tej dziewczyny? - spytałem. - Zdążyliście już sprawdzić DNA?
- Polak czekałby tydzień, ale Amerykanki laboratorium obsłużyło w dwadzieścia cztery godziny - szepnął Sieniewicz. - Tak, komisarzu, to była krew Abigail Grant. W dodatku w takiej ilości, że musiała się wykrwawić na śmierć. Innej opcji nie ma. Wszyscy patolodzy są co do tego zgodni.
- To wygląda na jakiś makabryczny obrzęd - rzekł Adelson. - Póki ofiarami były tylko te dwie Żydówki, myślałem, że morderca działa z pobudek antysemickich. Ale rodzina Grantów to stuprocentowi goje, już sprawdziłem, żadnego żydowskiego przodka. Czyli co? Atak na amerykańskich obywateli? Niecałą milę od rezydentury FBI! To zaczyna śmierdzieć Bin Ladenem. Nie, nie, ja tak nie twierdzę. Cytuję tylko Roberta Muellera[1].
Miałem wrażenie, że oficer łącznikowy patrzy na mnie z nadzieją, tak jakbym ja jeden rozumiał, co tu jest grane. Wypadało coś w tej sytuacji powiedzieć.
- Pytał pan, czy Rachel Arnold i Raya Stern kontaktowały się z kimś w Polsce. No więc z tego, co wiem, to nie. Zresztą nie bardzo miały czas, bo przyleciały dwa dni przed śmiercią. Wiem, że pytały w pensjonacie, gdzie w Konstancinie się biega, i recepcjonistka oczywiście skierowała je na trasę Tomasza Hopfera.
- Thomas Hopfer? Who's that? - zaciekawił się kapitan Adelson, a Sieniewicz wytłumaczył mu, że to słynny dziennikarz sportowy, prekursor joggingu w Polsce, który zmarł dawno temu.
- Sprawdziliśmy też ich billingi - dokończyłem swój wątek. - Ale w Polsce znalazłem tylko jedno połączenie. Z konstancińską pizzerią.
- Żadna z nich nie była religijna, więc nie przestrzegały koszeru - powiedział Adelson takim tonem, jakby uważał to za niewłaściwe.
A potem Amerykanie, ani trochę nie skrępowani naszą obecnością, długo dyskutowali między sobą, kogo z polskiej strony włączyć do zespołu dochodzeniowego i, ku niezadowoleniu Sieniewicza, postawili na mnie i Byka zamiast na jego ludzi.
- Bo oni są miejscowi i znają teren - powiedział Adelson tonem nieznoszącym sprzeciwu.
- No właśnie. A ja i Swobo nie widzieliśmy nawet miejsca zbrodni - poskarżyła się opalona dziewczyna. - Może pojedziemy tam teraz?
- Beze mnie. - Kapitan Swoboda westchnął ciężko. - Muszę wyrzucić z siebie osiem godzin lotu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki