JaśŃ
- B.P.
gdzie człowiek naprawdę jest?
gdzie jego ośródka
jaśń
skąd wciąż wytryska
na świat
w oku w brzuchu
w przedłużaczu gatunku
w Bogu
lub coraz to innym człowieku
skąd baśni się
świeci
rozprzestrzenia
i widzi wszystko
pilotuje od środka
swój układ geo-
lub heliocentryczny
otwarty lub przymknięty
gdzie skrywa się
i po co otwiera na kosmos
że aż znikomieje?
w lustrze
wygląda
na całość skończoną
obrysowaną zamkniętą
jednak w środku rozgrzana magma
prawie bez granic
rozpływa się
mieni w oczach
dopiero w trumnie
o tak gdy zapakowany
w kapsułę z czterech desek
wyraźnie jednoznacznieje
przygwożdżony do nicości
nieobecny wszędzie
nie-bożyk
1997
Gdy byłem mały - nie chciało mi się mówić. Przychodziły sąsiadki i dziwiły się. Pokazywałem tylko palcem i wydawało mi się, że wszyscy wokół powinni mnie rozumieć. Po 50 latach przeczytałem komentarz do mojego dziwnego zachowania. W Alchemiku Paulo Coelho:
Musi istnieć jakiś język, który obywa się bez słów. Jeśli nauczę się rozszyfrować ten język bez słów, uda mi się rozszyfrować świat.
Wszystko jest jednym - powiedział przecież mędrzec.
Jednak stara Kusiorka w Borzęcinie nie słyszała wtedy jeszcze o Coelho, ni o holizmie czy postmodernizmie, dlatego biła mnie uparcie po palcu, aż odniosło to błogosławiony skutek i w trzecim roku życia przemówiłem.
-
Wspominanie z Mamą ciotki Jantoski. Oto jeden z zabawniejszych epizodów w moich kontaktach z tą rezolutną krewną:
Jakieś pięć lat temu postanowiła mnie odwiedzić. Przyjechała na dworzec autobusowy w Krakowie, rozejrzała się i zaczęła rozpytywać przechodniów, gdzie tu mieszka Józek Baranik?
Bardzo zdziwiło ją, że niektórzy krakowianie uśmiechali się znacząco albo stroili dziwne miny. A jednak - i to jest w opowieści najśmieszniejsze - niezadługo rzeczywiście przytrafił się ciotce, jak szczęśliwy los w totolotka, ktoś, kto mnie znał. Wiedział nawet, gdzie mieszkam i wsadził Jantoskę w odpowiedni autobus, którym podjechała pod nasz blok spółdzielczy. Ciotka uznała to za normalne, że w Krakowie, podobnie jak w Borzęcinie - prawie każdy zna Józka Baranika. I z tym przeświadczeniem odjechała do domu, a parę lat później zmarła, przeżywszy 94 lata.
-
W dzieciństwie ludzie dorośli wydawali mi się jednoznaczni, utoczeni z jednego materiału. Taki był zresztą mój Ojciec-chłop. Nawet, gdy uciekłem mu z domu spod pasa przed południem, wiadomo było, że nie wywinę się od kary wieczorem, gdy wrócę skruszony... W dzieciństwie nie byłem jeszcze na tyle sprytny, żeby wiedzieć, że u ludzi dorosłych bywa też często tak jak u dzieci: słowa sobie, czyny sobie. Wierzyłem, że jak mówią - tak i robią. Dopiero dużo później uświadomiłem sobie, jak bardzo te nasze brzemienne w skutki decyzje, czyny, sądy, poglądy są uzależnione od kaprysów, chwilowych zachcianek, w istocie błahostek. Ta a nie tamta szala przeważa z powodu naszego złego albo dobrego samopoczucia. To albo tamto nam się nie podoba, bo akurat wstaliśmy z tapczanu lewą nogą. Ba, jak się okazuje, losy bitew, narodów są nierzadko uzależnione od złego czy dobrego nastroju wodzów i władców. Stąd - dyplomacja, podstępy, strategie, które chcą się wcisnąć w tę naszą lukę pomiędzy "tak" i "nie", "dobre" i "złe", stąd - niepewność, chwiejność szal, mogących się w każdej chwili przechylić w jedną lub drugą stronę. Może było tak, że król najadł się bobu, potem męczyły go gazy, nie udała mu się noc miłosna, więc rano był w złym humorze, wypędził posłańca reprezentującego inny kraj, z czego wyniknęła... wojna piętnastoletnia. Ale takiej przyczyny wojny nie bierze pod uwagę Historia pisana z dużej litery. A nią właśnie faszerowano nas w szkołach...
W dzieciństwie brałem słowa zbyt dosłownie. Później, mieszkając już w mieście, zrozumiałem, że tylko mały procent obietnic, przyrzeczeń, snutych planów, fantazji - spełnia się naprawdę. Dajemy się ponieść słowom, rozmowom, fantazjom. Zapominamy o przeciwnościach, odległościach. Ba, jest nam to nawet potrzebne - żeby pobujać siebie nawzajem i pobujać sobie w obłokach... Szczególnie my, Słowianie, słowiarze...
-
Z niepokojem i bezradnym współczuciem obserwuję kolejną przemianę mojej 84-letniej Mamy mieszkającej w domu brata Gienka w Borzęcinie... Z niepokojem, bo i ja tak samo mogę się starzeć. Mam podobnie choleryczną naturę; gdy jestem smutny - widzę wszystko na czarno; a tak właśnie Mama teraz odbiera świat. O, jak dużo kiedyś miała energii, robota paliła się jej w rękach! I gdy ta robota wymknęła się jej z rąk - nie umie sobie radzić z upływem czasu. A poza tym jest niecierpliwa i niestety - skrajnie subiektywna. To wszystko nie pozwala jej zapomnieć o sobie i cieszyć się życiem innych, jeśli się z tym życiem nie umie utożsamić (nie ze swojej winy zresztą, bo skończyła zaledwie cztery klasy szkoły elementarnej). Moimi sukcesami nie bardzo się umiała cieszyć, bo nie rozumiała nigdy potrzeby czytania książek. Pracownik ziemi, budowniczy domu, piekarz, zbieracz pieniędzy etc. - to ktoś... Ale ciułacz słów?
Na starość moja Mama nagle widzi, i to coraz ostrzej, bezsens ziemskiej krzątaniny. Mówi nawet to, co ja kiedyś: - Pieniądze to nie wszystko... Wnuczkami cieszyła się, lecz podrosły i oddaliły się. Do świata z gazet nie ma przystępu, zamykając się coraz ciaśniej we własnym. A tam w środku jest to, co jest i nic więcej - czekanie na śmierć i wiara... kto wie, czy nie podgryziona przez korniki sceptycyzmu, które pod koniec XX wieku dobierają się nawet do serc starych ludzi "na tyłach świata"?
Przyjeżdżam do niej na rowerze na godzinę, dwie. Jedyne, co potrafię, to pobudzić wspomnienia, wtedy się ożywia. Między nami przestrzenie trudne do pokonania! Nie umiem jej powiedzieć, co dla mnie ważne, bo wiem, że całe obszary mojego życia są dla niej terra incognita. A może i noszę w sobie ten podświadomy uraz, że nie potrafiła mnie zrozumieć, choć zawsze mnie na swój sposób kochała. Przede wszystkim chciała, żebym był "taki jak wszyscy". No cóż, nie da się ukryć, że podobnie jak żona Zofia wyrosłem w domu, gdzie dominował kult przeciętności, zwykłości. Nie było tam Kolumbów, Sokratesów, żadnych zwariowanych rewolucjonistów. To cud, że zdarzył się pijak oświecony, bo połykający zimowymi wieczorami książki - dziadek Jan Bach. Poza tym wszyscy byli bogobojnie pracowici i potwornie normalni. Nie było nawet rozwodów. Robota i chodzenie do kościoła... A potem w miarę polepszania się bytu - rozmowy przy stole o kupnie nowego auta, dorabianiu się, czasem o polityce; o sztuce tu nikt nie słyszał. Książkami mojego stryja Jana Baranowicza przykrywało się w komorze garnczki ze śmietaną...
A jednak nie udało się Mamie utrzymać "normalności", bo oto świat przekręcił się na jej oczach o 180 stopni, a ona wypadła z jego orbity...
Poza wszystkim - ładnie wygląda, ma czarne włosy, prosto się trzyma, nie cierpi na starcze dolegliwości, które innym osobom w jej wieku nie pozwalają wyściubić nosa poza izdebkę. Izbę ma czystą, schludną, z radiem i telewizorem. Bratowa o nią dba, Mama ma zresztą swoją rentę. "Powinnaś, Mamo, być zadowolona" - próbuję ją przekonać i przez chwilę mi się to nawet udaje. Wtedy zaczyna się ożywiać i opowiadać o dawnych czasach, a opowiada barwnie. Np. o Kasi, jej siostrze, która zmarła, mając 23 lata. Przed śmiercią Mama umówiła się z Kasią, że ta przyjdzie do niej w snach i opowie "jak Tam jest". Kasia pojawiała się w snach, ale nic nie chciała mówić. Aż pewnego razu, gdy Mama przyparła zmarłą siostrę do cmentarnego muru, ta wykrztusiła: "No to ci powiem, że od dziś mi dobrze!", po czym zrzuciła z siebie krakowskie ubranie i w białej halce czmychnęła przez dziurę w murze na cmentarz. Odtąd nigdy już Mamy w snach nie nawiedzała...
Gdy wspomina te dawności - przestaje narzekać, odżywa i młodnieje... Lecz odjeżdżając, widzę ją znów bezradną na ścieżce i robi mi się mamy żal. Nie tylko jej, ale i siebie, i nas wszystkich; całego tego niewydarzonego gatunku ssaków z pretensją do boskości:
Na tle Nieskończoności
Z nieśmiałym uśmiechem moja Mama
Zagubiona i sama
Ludzka kruszyna
Na ścieżce
Już prawie wyplątana
Z tego obcego jej świata
Z którym dawno straciła język (...)
Odkrycie
Czyżby ten szacowny starszy pan kierownik też? I jego żona? I nasza pani wychowawczyni? I pani od biologii podobna do anioła, że tylko jej skrzydła doprawić? Naprawdę?! Oni również rozbierali się do naga i robili ze sobą te brzydkie rzeczy? Nie. Nie do wiary! Rozmyślałem, gdy jako dziewięcioletni szczun w klasie trzeciej dowiedziałem się od starszego kolegi Józka Michalca o tym, że dzieci nie są przynoszone przez bociany... Było to przykre, epokowe odkrycie na miarę Einsteina dla mnie, urodzonego idealisty. Dotąd wierzyłem, że moja pani, mój kierownik, inni nauczyciele - są świętymi. A święci znajdują się poza jakimikolwiek podejrzeniami i nie mogą się zajmować takimi samymi świństwami jak np. Władek Mazur, który wystawał wieczorem z dziewczynami na wałach borzęckich, a potem, kto wie, co z nimi wyrabiał...
Odtąd - przez jakiś czas - zadziwiało mnie, że wszyscy o tym wiedzą, lecz nikt z dorosłych nie daje tego po sobie poznać, udając, że go to nic a nic nie obchodzi. Wydawało mi się wtedy, że za naszymi plecami, poza naszym zasięgiem wzroku, rozgrywa się jakiś gruby szwindel, w który my, dzieci, nie jesteśmy wtajemniczane...
PS. To, co opisane powyżej, działo się, oczywiście, w epoce przedtelewizorowej.
-
W młodości wydawało mi się, że mam tajne porozumienie z pięknymi dziewczynami. Może tak właśnie dawał o sobie znać poeta, który podobnie jak malarz jest łasuchem piękna. Piękno okazywało się jednak oszukańcze, a moje upatrzone anielice mnie nie zauważały... Piękno wewnętrzne, piękno zewnętrzne - zbyt często w życiu myliły mi się i mieszały. I zbyt często stawałem się ofiarą nieporozumienia. Do dziś, choć jestem dobrym psychologiem i potrafię po kilkunastu zdaniach prześwietlić na wylot faceta, mylę się co do kobiet... Przeszkadza mi blask ich piękna, które nie przepuszcza moich promieni rentgenowskich.
-
Borzęcin. W ich oczach jestem przelotnym ptakiem. Widzę ich przywiązanych do chałupek i zagonów niczym do psich budek. Niektórzy - a są wśród nich także marzyciele - wyrywają się do dalekich przestrzeni, nawet wzbijają w powietrze, lecz łańcuch ściąga ich z powrotem na ziemię...
-
W archiwum papierzysk po moim stryju pisarzu Janie Baranowiczu, mieszkającym w Katowicach, znalazłem list (z 8 kwietnia 1959) od mojego Ojca Stanisława Barana, który zwraca się do niego o poradę w mojej sprawie:
Kochany Bracie!
My dzięki Bogu jako tako zdrowi. Żone Stefke troche nerwy przygniatają, ale może pszejdzie zima i najgorsze, a w lecie wróci do zdrowia.
Ja tesz taki, ale przeciesz jusz 50 lat żyję, to człowiek będzie coraz gorszy. Dzieci zdrowe. Józek kończy szkołe podstawową i chce iść się dalej uczyć. Nauka idzie mu jako tako, tylko rosyjskie i rachonki gorzy. Tylko by ksiąszki czytał i w szkole siedział cały dzień. Do Radłowa chce iść do gimnazjum.
Ze szkołą jest coraz trudni, internat podnieśli do 450 zł na miesiąc i nie bardzo chcą przyjąć ze wsi dzieci, egzamina trudne. Ale jakoś może będzie. Jak będziemy zdrowi, to go tcza gdzieś dać. Może byście wy ze Stryjenką doradzili jaką inną szkołe. Ma zamiłowanie czytać i pisać jak najwięcej, a do roboty w polu ma dwie lewe ręce. My mu nawet zakazujemy czytać przy krowach, bo się boimy, żeby w błąd głowy nie zaszed, to wynosi ksiąszki w pole i je potem przy pasieniu czyto, nie da się go upilnować. Frania chodzi do kl. III, uczy się dość dobrze i stryjenki jeszcze nie zna. Żeby stryjenka wreszcie przyjechała nas odwiedzić! Gieniek chodzi do I kl i za stryjenką tęskni dawno. Julcem sprzedoł pole po Czarnawe i kupiłem sobie na plebańskiem, mam teraz niedaleko domu. U nas nic nowego, umarł Wręga Józek i Karolusia Indyjarzowna od młyna. Pozdrawiamy Was wszystkich i życzymy Wesołych i Zdrowych Świąt.
Staszek i Stefka
Frania, Józek i Eugeniusz
-
Nie ukrywam, że najbardziej imponują mi ci, którzy wystartowali z małych skoczni i dotarli daleko. Wystartować z mamuciej skoczni i frunąć wysoko, to wszak o wiele mniejsza sztuka.
Powiedziałem to kiedyś w Krakowie Romkowi Potockiemu, z którym na początku znajomości o mało nie pobiliśmy się o moich przodków pańszczyźnianych, bitych - jak mi się po dużej wódce wydawało - przez służbę należącą do dworu jego jaśniepotockiej rodziny. Na szczęście dla mnie - rozdzielono nas. W przeciwnym razie Potoccy byliby znowu górą nad Baranami, bo Romek to dwumetrowy osiłek. Trzeba jednak przyznać, że od tamtego czasu Roman nabrał do mnie szacunku i w zasadzie zgadza się, że prawdziwymi arystokratami, uszlachconymi przez sztukę, są poeci, a nie jacyś tam błękitnokrewi. Przyszło mu to tym łatwiej, że poezję lubi, a Gałczyńskiego i Skamandrytów może recytować przy kielichu godzinami.
-
Wczoraj w pokoiku redakcyjnym - szepty dziennikarzy-seniorów pojawiających się raz na tydzień. Pani Stefa i pan Julian opowiadają sobie z rumieńcem podniecenia na twarzach o pojawiającej się to tu, to tam Śmierci. Wprasza się do ich znajomych na podobieństwo lisa z ludowej śpiewanki, który "chodzi koło drogi, nie ma ręki ani nogi, kogo kitką przyodzieje, ten się nawet nie spodzieje". Mówią o tym tak, jakby ją właśnie - ku wielkiemu zdumieniu - odkryli, wcześniej w ogóle nie zauważając i nie przyjmując jej istnienia do wiadomości (istnienie śmierci - cóż to za potworek językowy). "A więc naprawdę jest" - zdają się mówić prawie na ucho. - "Mój Boże... Ach, jakie to straszne! Czy wyobrażasz sobie, jak on cierpiał?"
Tymczasem młodzi dziennikarze z działu miejskiego, dniówkarze słowa, jeszcze nieskażeni refleksją egzystencjalną, we wszystkich pokoikach redakcyjnych na wszystkich piętrach, jakby nigdy nic, na podobieństwo dzięciołów, oddają się niezmordowanemu, radosnemu stukaniu (dziobami) w klawiaturę. Przez ich ciało jak prąd przebiega li tylko czas teraźniejszy: njusy, rewelacje, informacje i wydarzenia z kraju i ze świata, wytryskujące z dnia.
-
Mam wrażenie, że jestem ruską matrioszką, w której znajduje się kilkanaście innych, coraz mniejszych. Ale która jest najbardziej mną, z którą utożsamiam się najpełniej?
Często wydaje mi się np., że na samym dnie mnie mieszka szpicel, "czarny człowiek", lodowaty nihilista, który obserwując, co robię - powtarza jak zepsuta płyta: "Wszystko to o dupę roztrzaskać, pamiętaj, że umrzesz". Może dlatego, żeby go upić i nie słyszeć jego głosu, tak często sięgałem po kieliszek i inne środki uśmierzające ból?...
Ale mieszka też we mnie radosne dziecko, które potrafi się wszystkiemu dziwić, z wszystkiego cieszyć, jest niepoprawnie naiwne i skrzydlate. Jeśli ono sięga po kieliszek, to z radości - nie mogąc się pomieścić w sobie i aż pęczniejąc z nadmiaru energii. Chętne do wznoszenia ciągłych toastów za życie, świat, Stwórcę i wszelkie stworzenie...
Człowiek jest chórem złożonym z wielu "ja". Najgorzej, gdy ten chór ulega rozstrojeniu...
-
Marzenie: być stuistnieniowcem!
-
Stary człowiek jest jak wysoka piramida ułożona z klocków, której w każdej chwili grozi rozpadnięcie.
-
Bogacz otrzymuje zapłatę na bieżąco. Jest zachłanny, może dlatego, że przeczuwa, iż po śmierci już nic więcej nie dostanie...
-
Za każdym dziełem artysty kryje się jakaś hetera - pomyślałem, gdy Józek Ł., gwiazda młodej prozy z lat 80. odwiedził mnie ze swoją żoną w zakopiańskiej Halamie. Zjawił się też malarz Marian G. z dziewczyną jak malowana lala. Osuszyliśmy butelkę. Powiedziałem mu na ucho, że to kandydatka na modelkę, a nie na żonę artysty. Żony artystów to takie jak Józkowa Ł. - księgowa, baba jak piec kaflowy, dźwigająca cały dom na swojej głowie (podobnie jak moja Mróweczka). Po cichu marzymy o jasnych anielicach, zaborczych "laskach", dla których - gdyby się im służyło - trzeba by zdradzić sztukę... Rozmawialiśmy m.in. o tym, co artysta ma lub nie ma ze swej sztuki? Co miał ze swojej sztfuki nieudacznik życiowy Kafka? Zamek, który wymyślił, był jego jedynym domem w chmurach. Fikcja literacka stanowiła treść życia Kafki, innego życia nie znał. Ale ile wytężonej woli, wyobraźni, by móc jakoś zadomowić się w tej literackiej fikcji tak, by wydawała się prawdziwym życiem?
-
Góry wołały, góry przyzywały, góry ciągnęły w góry coraz wyżej. Piękne widoki, dużo słońca, wspinaczki, potem, co drugi dzień basen Antołówka z biczami wodnymi, antyreumatycznymi, dobrymi na moją rwę kulszową. Wielkie oczyszczenie i rozgrzeszenie pod chmurami i komunie słoneczne na Kasprowym, w Dolinie Pięciu Stawów. Patrzyłem z Kopy Kondrackiej na z-nieba-zstępujących ludzików. Leżałem na kosodrzewinie z Giewontem podłożonym pod głowę, a w dół spływało zmęczenie. Spotykałem na szlakach studentki, niezbyt może urodziwe, bo te ładne pozostały niżej. Na wysokich obcasach przechadzają się po Krupówkach i jedzą lody waniliowe.
W Halamie dowiedziałem się od recepcjonistki, że w pokoju - po moim wyjeździe - zamieszka Wisława Szymborska. Będzie wyglądać przez to samo co ja okno na Giewont, nudzić się na paru metrach kwadratowych i przeżywać małe uniesienia wyobraźni. Rok temu umówiliśmy się - pół żartem, pół serio - na piwo pod Tatrami. A potem dostała Nobla i nie widziałem jej już, bo ukrywa się przed ciekawskimi...
Miłosza natomiast o wiele łatwiej spotkać w Krakowie - raz natknąłem się na niego w parku. Czytał gazetę. Niedawno wydał Pieska przydrożnego. Kolejne trzysta stronic. Tytan pracy, jakby 86 lat nie robiło na nim wrażenia. Może należałoby mu odebrać pióro, żeby nie "demoralizował" młodych, podejrzewając, że życie nie ma sensu? Zaczyna ujawniać prawdy, których dawniej bał się tykać. I ta potężna niedźwiedzia łapa pisarska, ogromna świadomość samoobserwująca rozpadanie się imperium organizmu, powolne rozprzężenie ducha! Wciąż pisze i publikuje: gorsze, lepsze kawałki, zapiski brulionowe, artykuły, wiersze. Bywa, przemawia, wypowiada się w mediach. Jak się to ma do powiedzenia Szymborskiej: "Publiczne mówienie o sobie zuboża wewnętrznie. Nie wiem, z jakimi zasobami wewnętrznymi zostają ci, którzy lubią się zwierzać. Przecież trzeba zachować coś dla siebie"? Dwie postawy, dwie strategie okołotwórcze...
1 listopada
Listy od osamotnionej rzeźbiarki Maryli Tatarczuch ze Szwecji.
Na jej przykładzie widać wyraźnie sadystyczne działanie czasu. Poznałem ją na moim spotkaniu autorskim w Instytucie Kultury Polskiej w Sztokholmie, dokąd przywieźli ją na wózku inwalidzkim. A przecież jeszcze 30, 40 lat temu była niemal modelową pięknością, heroiną tamtych czasów. Znała wielkich z lat 50. i 60. W domu pokazała mi stosy serdecznych listów otrzymanych m.in. od Leszka Kołakowskiego, Jerzego Andrzejewskiego, Stachury, Iwaszkiewicza, Sandauera, Cyrankiewicza, Białoszewskiego i Bóg wie kogo. Rzeźbiła ich popiersia, przyjaźniła się, była... w centrum świata. A potem wyjechała z Warszawy, osiedliła się w zimnej Szwecji i jest teraz schorowaną emigrantką, po sześciu operacjach.
Pamiętam, że zaprosiła mnie do swojego domu w Sztokholmie na barszcz, ziemniaki i pyszną lazanię. Gawędziliśmy o wspólnych znajomych: Mrożku, Białoszewskim, Stachurze i przede wszystkim o wielkim i komicznym Arturze Sandauerze. Zapisałem jej opowieść o pierwszej wizycie Ginsberga w Warszawie (koniec lat 50., początek 60.):
Jak przyjechał Ginsberg, to wszyscy moi znajomi mówili tylko o nim. Tymczasem to właśnie ja napatoczyłam się na niego w barze mlecznym. Włos długi, broda zmierzwiona jak u Marksa. W kurtce skórzanej i - choć zimny marzec - w trampkach, gdzie miał wycięte dziurki na palce, pewnie z powodu nagniotków. Patrzę, a ten "unikat" siedzi przy stoliku i usiłuje coś wytłumaczyć kelnerce, gryzmoląc długopisem na serwetce...
Podeszłam i zaoferowałam pomoc, bo znałam angielski. Okazuje się, że narysował marchewkę, a chodzi mu o kotlet wegetariański...
Allen zapytał mnie przy okazji, czy nie znam tutejszych młodych poetów? Zaprosiłam go na wieczór do mnie. Że właśnie u mnie się schodzą. Do wieczora rzeczywiście udało mi się ściągnąć grupkę młodych. Zadzwoniłam równocześnie do Artura Sandauera, że jest Ginsberg, czy możemy z nim przyjechać. Artur ucieszył się, bo czytał Skowyt: "Przyjeżdżajcie, przyjeżdżajcie!". No i przyjechaliśmy wszyscy na Iwicką (w tym budynku mieszkali też Jastrun, Żuławscy)... Przy wejściu wita nas gosposia Sandauera - Gonia. Że państwo właśnie wyszli po nas na przystanek autobusowy i zaraz wrócą. Weszliśmy do pokoju. Bractwo rozsiadło się na tapczanie. Zbici w gromadkę jak owce u boku światowego Allena. Co to będzie?! Patrzymy na Allena, jak zdejmuje buty i wychodzi w skarpetkach na drabinę aż pod sufit, gdzie najwyższa półka z książkami...
A tu dzwonek do drzwi! Artur i Ela, i ten cholerny ich piesek, który szczeka jak oszalały i dobiera się młodym poetom do łydek... Gosposia huzia na pieska. Ela Rosenstein z tym swoim bizantyjskim uśmieszkiem - wita się. Chłopcy się zrywają. Z Autorytetem Literatury się witają. Ja czynię wersal: "Przedstawiam Ci, Arturze, Allena". Allen schodzi z drabiny... ale wyłazi na tapczan... Wyjmuje dzwoneczek i zaczyna dzwonić! Szok!... Nachylam się do Artura i mówię mu szeptem: "My, Arturze, chowani na Prouście, nie dziwimy się".
Więc udajemy, że nas takie dzwonienie nie dziwi, żeby Allenowi w pięty poszło...
A potem już Artur rozmawiał z nim po angielsku i było fajnie. Zbyszek Jerzyna pokazywał, jak się tańczy poloneza... W pewnym momencie nastąpiła konsternacja, gdy Allen powiedział ni stąd, ni zowąd po polsku: "A w salonie damy mówiły o Szopenie". Okazało się, że znał to od matki, polskiej Żydówki z Rosji....
I tak dzieliliśmy się z panią Marylą anegdotami dotyczącymi jej znajomych, którzy byli też moimi znajomymi, a niektórzy nawet przyjaciółmi. Ja jej wspomniałem, że Artura Sandauera najbardziej uderzyło przy pamiętnym spotkaniu z Ginsbergiem, że ten się bezceremonialnie drapał po podbrzuszu...
Wspominaliśmy świat, który już dawno nie istnieje. I ludzi... Nie ma już na tym świecie Ginsberga (zetknąłem się z nim jeszcze w Krakowie), nie ma Sandauera. Nie ma Stachury ani Mirona Białoszewskiego, po którym zostało mi kilkanaście listów. Zbyszek Jerzyna jest, ale jakże inny...
Rozumiem żałość pani Maryli, która teraz na wózku inwalidzkim, przed kolejną operacją, samotna, gdzieś w Szwecji przywołuje złote chwile, korzystając z tego, że jej słucham. Bo inni jej już nie słuchają i nic ich to wszystko nie obchodzi. Wszystko jak sen i mara...
???
znów mnie wyrzuca
świt na brzeg
niczym muszlę
ze skłębionego oceanu
w mojej głowie jak w muszli
całą noc szumiało
Wiecznością i Snami
i wszystko pomieszało się z wszystkim
wszyscy byli wszystkimi
i nie było jeszcze sztucznego podziału
na umarłych i żywych...
Zmiana perspektywy
Kraków. Nie zabrałem z sobą klucza do miasta. Potem nie mogłem się dostać do mieszkania, które tak zwyczajne - stało się nagle niedostępne. Tam - ciepło, tam - leżanka, tam - jakieś ważne do mnie telefony, które słyszę przez drzwi i których nie mogę odebrać, gdy tu - ciemny korytarz i zimno (a na dworze jeszcze zimniej - brr!). Siedzę na schodach jak Piekarski na mękach, nasłuchując strzępów rozmów, łoskotu zjeżdżającej windy, gry na fortepianie, dźwięku domofonu; może to wreszcie ktoś ode mnie z kluczami?... Marzyłem, że będę mógł się położyć w cieple z książką na tapczanie. Przy tym wszystkim zmarzłem, bo łaziłem po osiedlu. Szukałem mieszkania aktorki Marysi Przybylskiej z sąsiedniego bloku, żeby się u niej schronić. Nie było jej. Potem zadzwoniłem do Skwarnickich i też ich nie zastałem. Dopiero po dwu godzinach pojawiła się z odsieczą żona.
Jak czasami niewiele człowiekowi brakuje do szczęścia! - wystarczy nieco odmienić perspektywę i to, co zwyczajne, okaże się drogocenne...
1998
Uziemiony - tak bym określił najprecyzyjniej mój stan psychiczny, gdy rozmawiam z krewniakami, którzy nie pozwalają mi się unieść wyżej niż parę centymetrów nad ziemię. Ich rozmowy krążą wokół cen węgla, budowy domu, zakupu nowego samochodu, narodzin kolejnych wnuków. Rozmawiając z nimi, czuję, że jestem samolotem na lotnisku. Usiłuję wystartować, ale cały czas nie mogę się oderwać od podłoża; wreszcie albo rezygnuję z lotu, albo wywołuję zgorszenie przy stole jakimś prowokacyjnym sądem, co wytrąca z rytmu biesiadników-domowników i sprawia, że i oni próbują polemicznie wznieść się ponad ziemię trochę na podobieństwo kuropatw...
Więzy krwi, więzy familijne - jak czasami powierzchownie łączą ludzi i jak niewiele z nich wynika. A jednak wynika z nich tak wiele...
Ich dwoje, każde z innej planety
Niekiedy zapominamy o tym, jak bardzo się różnimy, i odruchowo traktujemy bliźniego jak siebie samego. Einstein napisał o tym rymowany i poetycko mało udany aforyzm (tłum. Marek Krośniak):
Na słówko "my" patrzę z podejrzliwością,
Wszak nikt z nikim nie jest jednością.
Spod zgody pozorów niezgoda wyziera,
Między ludźmi przepaść się rozwiera.
-
Oto fragment z listu Anny z Torunia, która odnalazła mnie w następujący sposób: w krakowskiej książce telefonicznej natrafiła na czternastu Józefów Baranów i do wszystkich skierowała te same słowa: "Jeśli Pan jest poetą Józefem Baranem, proszę odezwać się do mnie, jeśli nie, przepraszam i proszę przyjąć najlepsze życzenia świąteczne na Boże Narodzenie".
Przypomniałem sobie nasze dziwne spotkanie w Toruniu i odpisałem. Po czym otrzymałem od niej list:
Ja u Pana w zapiskach jestem "dość ładna". Natomiast znajomi mojej Mamy uważają, że jestem "istnym brzydactwem", tak mi przynajmniej powiedzieli. Zabawne. Nie zależy mi, żeby być ładną. Z tego wynikają same kłopoty. Ale lubię patrzeć na ładne kobiety. Tylko to jednak. Ogólnie za kobietami nie przepadam... Doświadczyłam ich zazdrości, zawiści, płycizn i prymitywizmu. Moja przyjaciółka jest tu jedynym wyjątkiem. Ale to może dobrze, że pan widzi kobietę inaczej (...). Naprawdę nie kokietuję, bo czuję, że taka rzecz mogłaby się dla mnie fatalnie skończyć. Raczej unikam mężczyzn. Nie radzę sobie ze swoją psychiką, duszą i ciałem. W liceum miałam myśli o życiu zakonnym, ale brakowało mi tej "mistycznej pochodni", o którą upominał się także Juliusz Słowacki. Właściwie boję się mężczyzn. Czuję się spięta w ich towarzystwie. Ja właściwie nigdzie nie bywam. Nigdy nie tańczyłam z facetem i nigdy żaden mnie nie pocałował. Zachowuję się jak stara chińska waza, która przy najmniejszym poruszeniu może się rozpaść. Nie chcę męskich znajomości, bo przeraża mnie męskie ciało. Można się ze mnie śmiać. Uważam, podobnie jak Kafka, że każde zbliżenie fizyczne ludzi to kara za bycie razem. Przeżyłam 21 lat i nadal ciało dla mnie tyle znaczy, że coś mnie boli lub nie boli. Przeraża mnie, że ludzie się tak obłapiają na każdym kroku. Może taki stosunek wziął się z mojego surowego, religijnego wychowania, a może z pobytu w szpitalu?... Gdy słyszymy ludzi rzężących dniami i nocami, to ciało może brzydzić i trudno uwierzyć, że człowiek to coś więcej niż ciało. Beckett napisał, że miłość to drażnienie ektodermy. Błogosławiona Edyta Stein uważała, że tylko w miłości do Boga człowiek może się całkiem spełnić. To może dla Pana mrocznie zabrzmiało. Ale ja nie jestem całkiem i tylko mroczna. Raczej jestem pogodna. Nie umiałabym przeżyć fascynacji mężczyzny, bo czułabym, że stoją za tym jakieś ohydne, brudne sprawy. Rozumiem, że takie myślenie w naszych czasach niemodne. Jestem niemodna. Przeżywam męki, chodząc do lekarza. Najpierw musiał mnie badać w ubraniu. On jest bardzo cierpliwym kardiologiem. Ale gdy już to się stało, uznał, że mam bardzo ładne "brzoskwiniowe ciało". Stał się pierwszym świadkiem mojej brzoskwiniowej nagości, którą zakrywam ubraniami od szyi po kostki... Prawie każdego dnia zaczepiają mnie na ulicy faceci. Oczywiście domyślam się, czego chcą. Ostatni z nich (3 dni temu) zaoferował mi za usługę 10 złotych. Bardzo nisko mnie ceni. Świat tak mnie rani, więc choć Pan niech tego nie robi. Jestem nadwrażliwa i dzika. Dlatego rzadko opuszczam mój dom (...). Kiedyś, gdy byłam mała, marzyłam, żeby zamieszkać w szafie albo na latarni morskiej (...). Czasami marzę o tym, żeby nie musieć nigdzie wychodzić ze swego domu, ale jest to nazbyt piękne, aby mogło być prawdziwe. Ludzie najczęściej nie przynoszą mi żadnych ważnych słów. Są jak ryby wyjęte z piasku, które tylko poruszają ustami. Nie chcę ich słuchać. Ja kocham tylko prawdziwe słowa, ale i te czasami wydają mi się płynne. Widziałam obraz Alfreda Kubina Wędrowiec (...). Dużo myślę o śmierci, chyba każdy o tym myśli. Święta Teresa z Lisieux powiedziała: "Bóg wchłania cię jak kropelkę rosy".
Niech więc wchłonie. Jestem na to przygotowana.
Martwię się jedynie o moje książki, co się z nimi stanie.
Półnagi na mrozie
Mróz, -10 stopni. Facet na skrzyżowaniu: stoi na jednej nodze, bo drugiej nie ma, podpiera się kosturem. Ta jedna noga jest obnażona do kolan. Facet ma na sobie niemiłosiernie brudną koszulę i niemiłosiernie brudny, wiatrem podszyty trencz jesienny, sięgający mu do kolan. Rozgląda się godnie jak Napoleon, mruczy pod nosem. Ludzie przystają, robią przerażone miny, niektórzy śmieją się i odchodzą. Jest luty, a on stoi jak wrześniowy plażowicz... Jego fioletowa łydka godna jest prozy Prousta.
Gdy pytam, gdzie mieszka - wyrzuca z siebie zdenerwowany:
- A co panu do tego?! Ja się hartuję, dlatego nie choruję, a Polacy to chuje, ciągle mają grypę!
Odchodzę i wracam, widząc, jak podskakuje o kosturze na jednej nodze w górę ulicy Siewnej. Coś z nim trzeba zrobić, bo zamarznie na ulicy! Pewnie uciekł z domu wariatów. Jedna kobieta go zaczepia. "Chce Pani iść ze mną do łóżka? O nie zagrzejesz się ze mną, bo jestem zimny"...
Druga idzie na policję. Ja w tym czasie go zagaduję. Na chwilę przestał kuśtykać i okazuje się nawet rozmowny. Mówi, że mu ciepło. Bez czapki, z gołą szyją, i takąż stopą w starym półbucie. Twierdzi, że mieszka niedaleko. Śmieje się z tych, co sądzą, że nie ma w czym chodzić. Ma pełną szafę ubrań, ale celowo się nie ubiera, a dzięki temu, że się zahartował - od dziesięciu lat nie choruje. A na jednej nodze potrafi chodzić po górach, a nawet tańczyć - O, tak! - Robi półobrót. Według niego wszyscy wokoło to wariaci, którzy się przegrzewają i dlatego byle katar, byle grypa ich kładzie. Liczy sobie 73 lata, ma ukończone dwa fakultety, może nauczać pięciu języków i z tego prywatnego nauczania języków żyje. Nogę stracił podczas okupacji... Gdy tak stoimy, gadamy... Początkowo przechodzi mnie dreszcz od jego nogi, ale już się przyzwyczajam. Już dreszcze mnie opuszczają, gdy widzę, że stanie na mrozie to dla niego normalka.
Wraca pani. Mówi mi na ucho, że na komisariacie go znają. Bo on naprawdę tu w pobliżu mieszka... Dziękuję jej za pomoc. Żegnamy się, odchodzimy. Jeszcze raz odwracam się i widzę, jak facet podskakuje niczym bocian na jednej nodze w stronę kamienicy, gdzie podobno mieszka na drugim piętrze. Jakiś cudzoziemiec robi mu zdjęcie. Pokaże u siebie i będzie to dowód, że Polska jest krajem pariasów. Z daleka wygląda jak zjawa z innej planety. A może jest z innej planety, tak jak i Anna, która czuje się na Ziemi niczym zagubiony wędrowiec Alfreda Kubina.
Okazuje się, że nie tylko inaczej myślimy, ale też odmiennie reagujemy na temperaturę...
A propos Einsteina. Według relacji jego drugiej żony, Elsy - nie wolno jej było wchodzić do gabinetu męża. Żądał, by nikt nie zakłócał mu spokoju. Powtarzał Elsie: "Mów "ty" albo "ja", nie mów "my"". Chciał być niezależny, bo był....
3 kwietnia
W pociągu relacji Kraków-Poznań
Czasem nie starcza jednego długiego życia na krótkie z kimś spotkanie...
-
Podróżni śpią z gębami otwartymi - ryby wyrzucone na piasek. Każdy w swoim śnie. Odlegli, na wyciągnięcie dłoni, o sto gór, rzek i planet.
-
Kobiety, którym nie zamykają się gęby, przeważnie nie puszczają pary z ust na tematy istotne.
-
Woda w bruzdach pól jak potłuczone zwierciadło pani Zimy.
-
Poeta to ten, co daje się uwodzić słowom.
15-19 kwietnia
Wiedeń
Spotkania autorskie w szkole polskiej przy Ambasadzie RP. Pierwsze dwa - nieudane. Nie potrafiłem znaleźć klucza do serc młodych Polaków-Austriaków. Następny dzień - interesujący. Czytałem wiersze, mówiłem o sobie i swoich kłopotach z tożsamością. Opowiedziałem im o swojej małej emigracji z Borzęcina. Wyznałem, że zazdroszczę im bogactwa dwukulturowości. Chodzą przez pięć dni do szkoły austriackiej, a raz w tygodniu do szkoły polskiej. Niektórzy dojeżdżają z odległych zakątków - najczęściej przymuszani przez rodziców.
Medytacje nad Pieterem Brueglem w Muzeum Sztuki. Jako artysta był zawsze blisko życia, tego nieutrefionego, plebejskiego, choć genialnie przetwarzał swój świat (ludzie na jego obrazach mają gęby jakby wyszli z wariatkowa). Przyćmił mi malarzy z innych epok w innych salach. Jak konwencjonalne w porównaniu z nim jest malarstwo mistrzów włoskich, opiewających życie dworskich trefnisiów. Opowieści Bruegla o poście i karnawale. Sztuka życia jest przecież umiejętnością zachowania balansu pomiędzy zabawą i uciechami karnawału a poszczeniem i umartwianiem się. Gdzieś w środku, pomiędzy - najróżniejsze smaki życia. Jeśli za bardzo się poddamy jednemu czy drugiemu - "wypucza" nas na jedną czy drugą stronę, tracimy naturalny smak. Obżartuchy, alkoholicy, narkomani, skąpcy, gderacze, pątnicy, tyrani... to ci, których wypuczyło w jedną stronę. Ludzie Bruegla mają te "wypuczenia" wypisane na gębach.
Janusz K., u którego mieszkam, wstaje o szóstej rano i biega po wzgórzach. Też go troszeczkę wypuczyło. Porządnicki, czyścioszek ambitny i mało zainteresowany kimś innym poza sobą, co mi nawet odpowiadało, bo nie musiałem się starać. Jest dyrektorem szkoły. Kiedyś dobrze zapowiadający się liryk.
- Odsadziłeś mnie o parę okrążeń - powiedział mi przy trzecim piwie. - Już tego nie nadrobię...
- Eee, nie masz mi czego zazdrościć - usiłowałem to zbagatelizować przy czwartym kuflu. - Przecież wiesz, że poeci sprawdzają się tylko w pięknym słowie. W życiu są kalekami. W życiu skrzydła przeszkadzają, okazują się ich piętą achillesową...
Janusz słuchał, słuchał... i widać było, że moje pocieszanie do niego nie trafia.
Starał się być dla mnie miły, na ile potrafił. Zawiózł mnie do Mariazell (miejsce kultu katolików austriackich), oddalonego o 150 kilometrów od Wiednia. Krajobrazy jak z Beskidu, potem z Tatr. Początek Alp, serpentyny, śnieg, choć w Wiedniu właściwie już wiosna. Zwróciłem uwagę na tutejsze jabłonie i grusze. Rosną w ogrodach tak jak je Pan Bóg stworzył, czyli ich gałęzie nie są przycinane, a korony przerzedzane. Wysokie, stare, zupełnie jak u mnie w ogrodzie - kwitną przy drogach i stokach. Nie zauważyłem żadnych "nowoczesnych" sadów i to mnie życzliwie usposobiło do Austriaków.
Janusz pokazywał mi swoje udane tłumaczenia z Rilkego. Wiedeń drogi, więc oszczędza jak wszyscy Polacy, co przychodzi mu łatwo, bo nie jada mięsa. Po czterech latach zaciskania pasa kupił sobie toyotę. Mnie po czterech dniach wegetariańskiej diety przyszła ochota na wielkie żarcie, co natychmiast uskuteczniłem w Warsie.
Powróciłem z Wiednia do Krakowa o dzień wcześniej, z uwagi na wieczór w Piwnicy Pod Baranami, gdzie Ola Maurer przygotowała promocję mojej poezji. Wiersze czytali i śpiewali piwniczanie (plus Ania Dymna), wplatając je w swój program. Ola pięknie zaśpiewała m.in. moją Balladę o złotojesiennych dniach... do muzyki Händla. Reżyserka filmowa Barbara Sass miała powiedzieć po spotkaniu, że taki wieczór z poezją jest możliwy tylko w Krakowie. Siedziałem w sali incognito i pokazano mnie dopiero pod koniec programu.
-
Ogród rododendronów na wzgórzach drezdeńskich, na które ze Steffenem Huberem przeprawiliśmy się promem, pachniał baśniami z tysiąca i jednej nocy.
-
50 lat po wojnie widziałem bombardowane Drezno. Przez puchy topolowe...
-
Na moim spotkaniu autorskim w Muzeum Kraszewskiego wywiązała się dyskusja na temat wyrażania w liryce emocji przez Niemców i Polaków. Niemcy boją się własnych emocji, bo mają świadomość, do czego ich doprowadziły. Steffen twierdzi wręcz, że ciepła otoczka moich liryków jest trudna do przeniesienia na grunt niemiecki. Jednak jemu w niektórych przekładach to się udało, ba, nawet odbiór moich "korzennych" wierszy był bardzo życzliwy, choć jego rodacy - z wiadomych względów - boją się tego, co im pachnie ziemią, korzeniami, rodzimością.
-
Przejeżdżałem przez Niemcy w porze świecących pól rzepaku. Uczta dla oczu.
9 sierpnia
Odkryłem Andrzeja Bobkowskiego i jego witalne Szkice piórkiem. Pierwsze 150 stron opisu jazdy na rowerze przez okupacyjną Francję to cudo, nie literatura! Rozpiera go młodość i przesłania okupację. Tryumf życia! Niezwykłe, że pisze o tym najnormalniej pod słońcem. Strony skrzą się od poezji i słońca... Na tle Bobkowskiego niektórzy polscy autorzy dzienników - jacyś gabinetowi, opowiadający środowiskowe ploty, zasuszeni literaturą. W porównaniu z Bobkowskim nawet podziwiany przeze mnie Gombrowicz jest dusznym egocentrykiem. Dzienniki Gombrowicza i dzienniki Bobkowskiego - biją na głowę inne.
Przestrzeń "pozasięska"
Ewa S., koleżanka z redakcyjnego pokoju, wróciła z miesięcznego urlopu ze Szczawnicy. Przez pierwsze tygodnie - jak mi opowiada - czuła się szczęśliwa. W czwartym tygodniu pobytu w Pieninach zaczęła rozmyślać o nieuchronności przemijania i znikomości istnienia na tle natury i Kosmosu. Góry i przyroda nastroiły ją melancholijnie. Zapragnęła powrotu do redakcji, gdzie spędza większość dnia, kierując sobą, czyli jednoosobowym działem łączności z czytelnikami. - Wiesz, uświadomiłam sobie sens pracy. Polega on m.in. na tłumieniu głębszych refleksji. Człowiek nie ma czasu myśleć, że życie jest absurdalne...
Pomyślałem, że Ewę spotkała przygoda, którą można by określić pęknięciem Heideggerowskiego "się". Normalnie, przeciętny człowiek robi wszystko mniej więcej tak jak inni: tak jak "się robi", "się chodzi", "się myśli" itede. Przyzwyczaja się do otoczenia, które zdaje mu się pozbawione tajemnic. Dookoła krąży normalność oswojonych planet, rzeczy, słów, które nam biernie służą. To złudne poczucie codzienności, zwykłości usypia czujność metafizyczną. Dopiero, gdy człowiek zostanie wytrącony z owej orbity zwyczajności - ma szansę pojąć, jak złudne było poczucie usypiające trwogę istnienia. Heidegger uważał wręcz, że trzeba doznać lęku na myśl o znikomości, anonimowości na tle Nieskończoności, by naprawdę wiedzieć, co to życie.
Powyższe uwagi dotyczą także losów całych narodów. Włodek Pawluczuk opisał w swojej książce przykrą przygodę, jaka spotkała Ukrainę. Została wytrącona ze swojej orbity. Nastąpiło pęknięcie ukształtowanego przez lata sowieckiego się, w związku z tym w powstałej szczelinie pojawiły się: niepewność, trwoga. Szczelinę próbują zapełniać mistycy i prorocy w rodzaju Mariny Cwigun czy Kriwonogowa (Białe Bractwo wieszczące koniec świata). Skoro tradycyjne się zostały podważone i wszystko stało się niepewne: polityka, gospodarka, religia, tożsamość kulturowa i narodowa - zbłąkany umysł zwraca się ku ezoteryzmowi, który proponuje bezpośredni kontakt z uduchowionym Kosmosem.
Rozmawialiśmy z Kubą Ciećkiewiczem o uciążliwościach, związanych z częstym przebywaniem w przestrzeni "pozasięskiej". Żeby móc przeżyć "epifanię słoneczną" czy jakąś inną epifanię poetycką - trzeba stale drażnić siebie, wytrącać z orbity, mieszać szyki, nie pozwolić przyzwyczaić się do oczywistości otoczenia. A to przecież swoistego rodzaju schizofrenia. Artysta hoduje dziecięctwo wyobraźni, dar zadziwienia i zdolność do olśnień, by umieć zobaczyć każdy dzień na nowo, jakby widział pierwszy raz, co jest trudne, bo z latami rutyna bierze górę nad świeżością.
Pamiętam, że w domu rodzinnym też czułem się samotny. Nie identyfikowałem się z otoczeniem, buntowałem się przeciw niemu. Przy pasieniu krów uciekałem wyobraźnią w fikcyjne światy czytanych książek. Byłem pod urokiem tych pięknych oszustów, pisarzy, manipulujących słowami... I skąd u mnie ten rzadko spotykany na wsi głód czytania? Gdy miałem 5 lat, prosiłem każdego z odwiedzających nas wujków, żeby przeczytał mi jedyną, która była w mojej chałupie, Bajkę o rybaku i złotej rybce. Potem, w szkole podstawowej, połknąłem przy pasieniu krów pół biblioteki wiejskiej. Gdy zabraniano mi czytać - wynosiłem je przed wygonem krów w pole i chowałem do rury lub w łan pszenicy... Skąd ta potrzeba marzenia o przestrzeniach "pozasięskich"? Niekiedy wierzę w reinkarnację, to by wiele tłumaczyło.
Niemniej, to właśnie Borzęcinowi, z którym byłem poróżniony, a któremu mimo wszystko pozostałem wierny, jako najważniejszej cząstce siebie, poświęciłem tak wiele ciepłych wspomnień w wierszach. A gdy jakiś zakuty mieszczuch próbuje powiedzieć coś pogardliwego o chłopach - natychmiast się jeżę!
Doprawdy jesteśmy istotami paradoksalnymi... A może to ja jestem paradoksalny, potrafię kochać tylko to, co odległe, o czym mógłbym marzyć?
Tadeusz Szaja, zapomniany krakowski poeta z Krupniczej, już jako schorowany człowiek, lubił sobie czasem z nami, gołowąsami poetyckimi (Warzechą, Ziemianinem i mną), podpić dla kurażu. Śpiewał wtedy niemieckie obozowe piosenki, jakby były jego najulubieńszymi sielankami. Obóz był straszny, piosenki - koszmarne, ale... przenosiły go w czas młodości i zdrowia.
-
"Żyć tak, aby ktoś, patrząc z boku na twoje życie, nawet przez moment nie mógł zwątpić w istnienie Boga" - to słowa ojca Gilberta, francuskiego "księdza bandziorów", który przyjechał na trzy dni do Polski. Nikogo nie chce nawracać słowami, a już tym bardziej podopiecznych, młodocianych przestępców. Wyszukuje ich, jeżdżąc na motorze ulicami Paryża. Mówi, że najpierw musi im pokazać, co to miłość, bo oni doznali w życiu tylko nienawiści i nie są winni temu, że stali się bandziorami skazanymi na ciężkie wyroki. Wybudował 20 lat temu ośrodek w Prowansji, gdzie jego "nosorożce" żyją w koegzystencji z 300 zwierzętami, którymi się opiekują i wśród których odkrywają stłumione "ludzkie" uczucia. Wpakował w farmę tantiemy z książek (ok. 20 mln franków). Ma 64 lata, ubiera się w czarną kurtkę, dżinsy i kowbojki. Nosi długie włosy. Pali skręty. Subtelna tłumaczka ma kłopoty z przekładem jego mocnych słów. "Kościół za dużo mówi, a za mało żyje miłością". "Za 20, 30 lat, jeśli zwycięży i u was kult pieniądza, będziecie mieli dużo kościołów, ale pustych, tak jak u nas we Francji". Mówi, że od czasu do czasu był zmuszony użyć na swoją obronę "ewangelicznego prawego sierpowego". Zawsze - jak zastrzega - z "miłości", radząc się wcześniej swego Szefa - Pana Boga. Sam też parę razy oberwał. Co dziesięć dni dwa spędza w całkowitym odosobnieniu w lesie i w górach, modląc się i milcząc. W przeciwnym razie - jak mówi - dawno by zwariował.
Pooglądałem go sobie przez dwa dni. Chyba naprawdę wierzy w Boga i człowieka, nawet tego najgorszego, bo potępionego raz na zawsze przez sądy i społeczeństwo. I to jest niesamowite pod koniec XX wieku, gdy nasza wiara jest słabiutka i powierzchowna. Powiada: "Gdybym potępił któregoś z nich i stracił w niego wiarę, straciłbym wiarę w samego siebie jako człowieka".
Córka Ewa napisała o nim żywy, ciekawy reportaż.
Przyglądałem się ojcu Gilbertowi z zainteresowaniem i pozazdrościłem mu świętego ognia, którym płonie.
-
Rozmowa z prozaikiem Bogdanem Dworakiem, który widzi świat geometryczny i uporządkowany, pamięta tysiące nazw, rzeczy, drobiazgów. Moja pamięć jest pijanym dzieckiem we mgle, z trudnością odnajduje drogę do domu. Z miliona detali wybiera tylko parę i czyni je symbolicznymi.
Tak, poezja fruwa wyżej niż proza. Dokonuje wyboru, jakby wyręczając czas. Pozostają rzeczy konieczne, mające szanse się ostać. Reszta zniknie tak, jak zamażą się realne kontury współczesnego świata, gdy czas będzie nas unosił wyżej i wyżej...
-
Może najbardziej jesteśmy na Jego obraz i podobieństwo pod wpływem wielkiego szczęścia i bólu, wielkiego cierpienia i miłości, gdy występujemy jak wezbrana rzeka z brzegów, nie godząc się na swoją śmiertelność i ograniczoność.
-
Tylko marzenie potrafi porwać jak silny wiatr i unieść daleko od drzewa. Czasem na szczęście, czasem na rozpacz.
Impresje z Toskanii
Allegria, czyli wesołość. Wiąże się z radością istnienia, ze słońcem, towarzystwem i zbiorowym rozbawieniem. Allegria jest zaraźliwa, a uchylanie się od niej uważa się tu za gruby nietakt. - Tam, gdzie zbierze się grupa Włochów - słyszymy - musi paść w którymś momencie ten magiczny toast Allegria! I nagle choć z początku było na przyjęciu nudno - jakby w nich piorun trzasł - ożywiają się! Tańczą, śpiewają, opowiadają dowcipy, każdy ma jakąś rolę do odegrania, choć zapowiadało się z początku na martwą, rodzinną posiadówkę.
O, radosne włoskie poranki, gdy słyszysz westchnienia pogodnych sygnaturek, a zaraz potem następujące po sobie uderzenia zegarów wybijających na ratuszach kolejną godzinę! Ich dźwięki odbijają się w słońcu od Alp. Leżąc w łóżku, w domu na stromym stoku, słyszysz też klaksony autek, które poszczekują na serpentynach, ostrzegając się nawzajem na zakrętach. Wyminąć się na takiej serpentynie niełatwo. Jeszcze trudniej poruszać się tu pieszo, zarówno serpentynami w góry, jak i wąskimi uliczkami; prawie nie ma chodników dla pieszych. Z początku dokonywaliśmy cudów zręczności, żeby "wychodzić dla siebie" kawałek Toskanii (a co w nogach - to w oczach). Potem zaprzestaliśmy i jedyne nasze dłuższe piesze wędrówki prowadziły serpentynami w dół po zakupy lub na przystanek autobusowy. W autobusach wiozących wysoko w Alpy lub w przeciwną stronę nad morze - też allegria. Jakże martwe są wobec tych wypełnionych gwarem rozmów np. szwedzkie środki lokomocji. Szwedzi siedzą - jak zauważyłem w Sztokholmie - nieporuszeni, jakby ich ktoś właśnie wyciągnął z lodówki. Tymczasem nawet starzy Włosi podśpiewują sobie po drodze. Stadko rozgdakanych Włoszek przekrzykuje się na cały autobus: Ciao Pietra! Buongiorno! Allegria! Błogosławione działanie słońca, które pobudza do żywotności i spontanicznego wyrażania uczuć i radości. U Szwedów natomiast mroczy się w mózgach, stąd tacy ponurzy i zmrożeni.
Słońce w uśmiechach Toskańczyków. Słońce w winie (wyjątkowo dobrym i stosunkowo tanim), w mięsistych pomidorach, w miodnych figach rwanych prosto z drzewa i w kiściach winogron wprost narzucających się dłoniom. Słońce w małych, dzikich ostrężynach atakujących stoki. W bajecznie kolorowym malarstwie surrealistów włoskich. Określenie "jak u pana Boga za piecem" pasowałoby tu jak ulał, bo Włosi mieszkają bliżej Boga, bliżej słońca i bliżej miłości. Lekko podchmieleni słońcem zachowują się, jakby byli nieustannie na cyku. Introwertyczni przybysze z Północy głupieją między Włochami i Włoszkami odgrywającymi w pociągach swój codzienny teatr. Tu wciąż od człowieka do człowieka blisko: widać to w namiętnych spojrzeniach wymienianych między kobietami i mężczyznami na ulicach, w pociągach i autobusach. No i ta bezinteresowna życzliwość na każdym kroku, co odczuwaliśmy, pytając się o drogę, a także w rozmowach z włoskimi znajomymi Andrzeja.
W Forte dei Marmi wzruszył mnie pewien Etiopczyk - sprzedawca plażowych parasolek. Siedział z nami z pięć minut na przystanku, po czym serdecznym gestem poprosił, byśmy przypilnowali jego bagaży, i najspokojniej pod słońcem oddalił się do knajpy na piwo. Czy to normalne we współczesnym świecie? I zaraz poczułem radość, że oto znalazł się jeszcze człowiek, który wierzy w drugiego człowieka, ot tak, prawie go nie znając. A więc z naszym światem może nie jest aż tak źle? A może to działanie włoskiego słońca, które czyni cuda?
Dzień przed wyjazdem pojechałem ostatni raz na plażę, by pod toskańskim niebem pozostawić nad brzegiem morza odciski stóp na piasku. Przede mną podobne ślady na tej plaży zostawiali: Etruskowie, Rzymianie, Longobardowie, Włosi... przedstawiciele paru cywilizacji, stu nacji. Przy wtórze beztroskiego śmiechu zakochanych i wiecznego poszumu morza - odkształcą się one, będą za chwilę przydeptane, zasypane, nic z nich nie zostanie. Tylko wieczny piasek, tylko wieczne słońce... Po naszym życiu ślad potrwa też tylko chwilę. Chyba że dobry Bóg kiedyś te wszystkie ślady odtworzy i zabezpieczy na wieczne trwanie.
-
Gladiator rzymski w Pietrasanta wyrzeźbiony przez sławnego włoskiego artystę (nie pamiętam nazwiska) jest brzydki, przysadzisty i ma malutkiego fiuta, co w sumie jest komicznym widokiem. Pomyślałem: tak włoski rzeźbiarz zakpił sobie z potęgi, siły i pychy Imperium Rzymskiego. Włosi mają dowcipne pomniki, na co nas, Polaków, nie stać. Nie mamy do siebie dystansu. Ach ci Italiańcy! (Skąd wzięła się w języku polskim nazwa "Włosi"? - od długich włosów, od Wołochów?) Mieli już wszystko w historii, a teraz pragną się cieszyć wyśmienitym winem, dobrym jadłem, kobietami. Do historii, polityki i państwa - mają bardziej niż inne narody pobłażliwy stosunek. Za to sztuka życia jest u nich na niebywałym poziomie. Wiedzą, że wszystko inne to marność nad marnościami...
3 listopada
Natręctwo niektórych słów, które w nas żyją, wyskakują na powierzchnię jeziora pamięci niczym ryby, rosną. Nie można się ich pozbyć, choć inne idą od razu na dno lub pryskają niczym bańki. Jakieś zdanie, zwrot wypowiedziany przez kogoś ważnego dla nas, krytyka, pochwała, oszczerstwo lub bolesna prawda. Żyją i nie dają się zapomnieć. A gdy w końcu to się uda i wydaje się, że wreszcie zdechły - istnieją nadal, zepchnięte w podświadomość. I tak oto możemy się stać zatęchłym stawem wypełnionym szlamem takich słów.
Mikrobóg
Sam w nic nie wierzy, dlatego "wszystko" próbuje zawsze przenicować w "nic", przepuszczając przez dziennikarską maszynkę do mielenia słów. W środku wielu z nas jest jednak jakaś Tajemnica wymykająca się mu, choć próbuje ją obśmiać. Ta Tajemnica to nasz mikrobóg... Stanie jak oścień w gardle maszynki i nie da się zemleć.
-
Tam głęboko, w wewnętrznych kopalniach, pracują na nas dniem i nocą.
-
Jeśli czujesz się bardziej opuszczony niż pies z kulawą nogą, znajdź sobie psa z kulawą nogą i zaopiekuj się nim, a poczujesz się panem sytuacji.
26 listopada
Mama prosiła mnie, bym kupił sobie długi, ciepły czarny płaszcz na zimę. Powtarzała to kilka razy przy naszym ostatnim pożegnaniu. W parę tygodni później kupiłem ciepłą kurtkę i idąc ulicami, myślałem, dlaczego Mama tak nalegała. Otóż - jak mówi - od dłuższego czasu odczuwa dreszcze, chodzące jej po plecach. Nie chciałaby, żeby mnie to również spotkało. I żebym się, ja stary koń, w jej oczach wciąż źrebak, broń Boże, zaziębił.
Refleksja. Nasze matki pocieszają się, że ich córkom i synom będzie wciąż ciepło i stale się im będzie dobrze powodziło, dlatego mogą do końca swych dni wierzyć w ich nieśmiertelność. Nieśmiertelność? Tak, pod warunkiem, że przed zamknięciem powiek będą ich widzieć w pełni sił i zdrowia. Rodzice w ogóle nigdy nie chcą i nie potrafią sobie wyobrazić, że ich dzieci i wnuki się zestarzeją i że będą im chodzić po plecach dreszcze. Tak jak ja nie umiem sobie wyobrazić starości moich córek. Poza ich młodość nie śmiem i nie chcę wybiegać myślą...
Jeszcze o matkach, z których się wyszło i które całą swoją nadzieję przerzucają na dzieci. Oto niemowlę drzemie w łonie, a matka już obmyśla dla niego flotyllę, na czele której wypłynie z jej łona mały Krzysztof Kolumb, by odkryć i podbić nowe światy i gwiazdy, i wziąć odwet za jej w gruncie rzeczy niespełnione marzenia.
Dwa naczynia
Stary wielki pisarz. Im gorzej siebie widzi i słyszy przez głuche jak pień ciało i odrętwiałą duszę i im bardziej go już tu między nami nie ma... tym stokrotniej chce widzieć siebie na okładkach książek, zapełniających witryny księgarskie. Wszędzie się roi: na fotografiach prasowych, w słownikach, encyklopediach, antologiach. Jakby chciał zobaczyć, że odchodząc, przemienia się mocą literackich czarów w swojego nieśmiertelnego literackiego Sobowtóra. Niestety, stwierdza z rozpaczą, że nie utożsamia się z nim fizycznie nawet jedną żywą komórką. Choć tak bardzo stara się przelać siebie, nie uroniwszy ani kropli - z jednego naczynia do drugiego - czuje wciąż daremność tych gestów. Co prawda ciało słowem się stało, lecz słowo nie stanie się nigdy ciałem - krople zastygają w jednym dzbanie. Nie chcą się przetoczyć do drugiego. Jednak brzmi mu w duszy znajoma myśl Horacego "nie wszystek umrę".
Wyjechać daleko, daleko
Poeta Tadek Śliwiak w ostatnim okresie życia, gdy był chory na Alzheimera, przesiadywał całe dnie w bufecie krakowskich dziennikarzy na Wielopolu 1, u Marysi, która podejmowała go darmowymi obiadami. Po południu zaś - w klubie Pod Gruszką. Już nie potrafił sklecić pełnego zdania, wszystko mu się zapomniało włącznie ze słowami. Gdy przysiadałem się do poety, uśmiechnięty ni to nieśmiało, ni zagadkowo, oznajmiał konspiracyjnie, że wyjedzie. Nie potrafił sprecyzować dokąd. - Do Lwowa, gdzie się urodziłeś? - pytałem. Kręcił głową. - Do córki w Ameryce? - Znów jego przeczenie. "Daleko, daleko" - to było wszystko, co od niego wyciągałem. Narzekał na "tamtych", bliżej nieokreślonych, na nią (chyba żonę), która wciąż ma do niego pretensję.... na faryzeuszowski Kraków... Rozmowa z nim przypominała dialog na migi, prowadzony przez dwie nieme osoby.
Jakiś czas potem wykradł się o świcie z domu w skarpetkach i pobiegł na przystanek tramwajowy, gdzie zginął w niewyjaśnionych okolicznościach przejechany przez tramwaj. Bóg jeden wie, może rzeczywiście wyjechał tam, dokąd marzył - "daleko, daleko", w jakieś bliżej geograficznie niesprecyzowane zaświaty...
-
Każdy/-a każdego/-ą bezustannie fotografuje: na ulicy, w tramwaju, w trakcie rozmowy, w milczeniu. Wszędzie słychać pstrykanie aparatów. Pęcznieją nasze archiwa pamięci...
Wigilia
Pojechaliśmy rodzinnie na wcześniejszą pasterkę o 22.00, do Kościoła św. Barbary na rynek. Ulice wyludnione, wszyscy siedzą w domach. Moja córka Aśka ma rację, twierdząc, że nasze msze wyglądają podobnie, bez względu na to czy bożonarodzeniowe, wielkanocne czy np. coniedzielne. Wierni zachowują się nieruchawo, godnie i bierno-kontemplacyjnie. Ja zresztą też. A przecież święta upamiętniające przyjście na świat Boga-człowieka powinny się stać prawdziwą eksplozją radości, karnawałem uniesienia. Ken opowiada o amerykańskich mszach baptystów.
25 grudnia
Druga strona świątecznego medalu
Krakowski Kleparz zarzucony lasem wyrąbanych jodełek. Supermarkety zawalone stosami mięs zamordowanych zwierząt. Dwunożni drapieżcy - jacyż jesteśmy w tych dniach wobec siebie uprzedzająco życzliwi! Nasze stoły uginają się od mięsiwa, przy którym śpiewamy ciepłe, ludzkie kolędy. Ma rację Miłosz, że chrześcijaństwo przez wieki nie zadawało sobie pytania, czy nasi bracia mniejsi mają duszę (ten problem teologiczny został zauważony dopiero w XX wieku). Nie miało też poczucia winy w związku z mordowaniem zwierząt.
Zapisuję to, a na tapczanie siedzi Nana i merda ogonem. Wyprowadzam ją na podwórze. W windzie myśl, że opiekując się nią, zmażę przynajmniej część własnych przewin. Mam niejasne przeczucie, że każdy chrześcijanin - w ramach ekspiacji - powinien zasadzić parę drzew i zaopiekować się przynajmniej jednym psem z kulawą nogą. W przeciwnym razie psu na budę zdadzą się jego modlitwy o zbawienie wieczne.
-
Krfotok Redlińskiego jest miejscami irytujący, ale miejscami intrygujący. Kiedy odwiedziłem pisarza w ubiegłym roku, był właśnie w trakcie myślenia o tej książce i o... światach równoległych, hipotetycznych, które istnieją obok nas, w innym wymiarze. Pokazywał mi moje wiersze, w których rzekomo pisałem również o tym. Był wyraźnie przejęty równoległymi światami, których ja - rozglądając się po warszawskim pokoju Edka - nigdzie, jak Bozię kocham, nie dostrzegałem. Przyniósł parę grubych dzieł z fizyki, rysował mi wykresy, wydawał się metafizykiem, wręcz mistykiem. Urzekł mnie. W długich włosach wyglądał jak prorok Ilja z esejów naszego wspólnego przyjaciela, białostocczanina Włodka Pawluczuka. Z drugiej strony pomyślałem z niepokojem, że Edek traci poczucie humoru, odkąd przestał zaglądać do kieliszka. A Redliński bez humoru - jak jeż bez kolców.
28 grudnia
W "Gazecie Wyborczej" interesująca rozmowa rzeka z Alvinem Tofflerem, autorem Trzeciej fali. Mówi m.in.: "demokratycznie wyłaniana władza polityczna coraz wyraźniej słabnie wobec władzy ekonomicznej, której nikt nie wybiera i którą coraz trudniej jest kontrolować". O demokracji bezpośredniej: "Wyborcy swoje pięć minut mają raz na dwa lub cztery lata. Potem stają się niemi. Ich milczenie częściowo łagodzą sondaże i media, ale to nie wystarcza. Musimy więc budować społeczeństwo uczestniczące nie tylko w powoływaniu, ale też sprawowaniu władzy. Trzecia fala tę możliwość stwarza. Dzięki komputerowi, internetowi, kartom magnetycznym już dziś można stworzyć system, w którym każdy obywatel Stanów, Polski chyba też, mógłby wiele razy wypowiadać się w kluczowych kwestiach publicznych". Przypominają mi się w tym momencie rozmowy z emigrantami polskimi w Szwecji na temat kryzysu demokracji parlamentarnej, czyli pośredniej, i pomysłach zastąpienia jej demokracją bezpośrednią, właśnie na bazach komputerów. No tak, ale co to pomoże? Co z tego, że wszyscy będą się wypowiadać w dziedzinach, w których decydować powinni eksperci? Masy decydujące o subtelnych imponderabiliach to jakby przecinanie tasakiem węzłów gordyjskich. Demokracja - tyranią mas?
O politykach: "Horyzont prezydenta Clintona sięga przeważnie wieczornych dzienników". Nikt z polityków - według futurologa Tofflera - nie ma ochoty zawracać sobie głowy szczęściem przyszłych pokoleń. Nikt nie chce inwestować w następną epokę...
1999
Z pisaniem jak ze źródełkiem. Przy źródełku trzeba postać chwilę z garnuszkiem, żeby napłynęły nowe wody...
-
Ryszard Kapuściński w telewizji o wirującej i wrzącej planecie wydarzeń i przeobrażeń. Płynne są granice, państwa, systemy, rządy, imperia. W każdej minucie i w każdej epoce. Jeśli nawet na powierzchni wszystko wygląda zdrowo i porządnie i wydaje się, że np. imperium będzie trwać wiecznie w nienaruszonej postaci, to w głębi zbierają się niewidzialne gołym okiem wirusy i bakterie, które wydadzą śmiertelny bój pozornej stabilizacji.
Rzeczą reportera jest dostrzec te procesy gnilne, rysy na monumencie, prawie niezauważalne zapowiedzi choroby i upadku.
Dziś dużo wie się o świecie, funkcjonują różne techniki informowania, transmitowania bezpośrednich wydarzeń. Powierzchnię wydarzeń szybciej i dokładniej pokaże kamera filmowa. Zadaniem reportera (a myślę też, że nade wszystko poety - przyp. J.B.) jest wejście w głąb siebie, opisanie swoich przeżyć, myśli, uczuć - na tle przedstawionego świata, a także tego, czego nie potrafimy zarejestrować kamerą prześlizgującą się po skórze wydarzeń. Autentyczność, niepowtarzalność przeżyć pisarza to coś, czego się nie da zaprogramować, podrobić.
Liczyć się będzie nie tyle doskonałość, technika warsztatowa, którą można osiągnąć przy pomocy maszyn myślących, co autentyczność, której maszyny osiągnąć w żaden sposób nie potrafią.
12 stycznia
Prawdopodobnie przyszedłem niechcący na świat w tym, albo w następnym dniu (a raczej pod osłoną nocy) - przed 52 laty. Powojenny zamęt lub jakieś inne licho prowincjonalne opóźniło zapisanie tego faktu w metryce. Słowem - zaginąłem od razu na cztery, pięć dni w czarnej dziurze urzędowego niebytu. Dlatego w dowodach i paszportach widnieje nieprawdziwa data urodzin - 17 stycznia 1947 r. W parę tygodni później znów zaginąłem, tym razem z domu i na jedną noc. Na moich chrzcinach doszło do bijatyki i porachunków między utrwalaczami władzy ludowej a chłopcami z lasu. Była strzelanina. Akuszerka Tykowa porwała mnie w ramiona i wyskoczyła przez okno prosto w czarną otchłań gwiazd...
-
Czasami odczuwam, że nie dorastam do siebie. Coś mi się kiedyś udało, ale tak naprawdę pozostaję wciąż tamtym borzęckim chłopcem, który ma tremę i wrażenie, że nie jest na odpowiednim poziomie. A moja poezja? Jest jak szczęśliwe trafienie - w słup telegraficzny - kamykiem rzuconym, ot tak, od niechcenia, co mi się niekiedy udawało przy pasieniu krów. Lecz, gdy próbowałem powtórzyć rzut, nie mogłem już trafić i traciłem "cel".
20 stycznia
Każdy ze swym marzeniem jak z biletem na Wielką Podróż, która kurczy się, choć wydawała się zrazu nieskończona. Ale wcześniej zużywają się i kurczą marzenia. A gdy zużyją się do cna - podróż zaczyna być nużąca. Ciuchcia życia wlecze się przez pola, wądoły, tunele nocy, zasypiając i znów budząc się w styczniowych zaspach: ciuch, ciuch, ciuch ciuch, ciuchciuchciuch...
Miewam ostatnio wrażenie, jakbym przeżuwał te zimowe dni, a nie przeżywał. A przecież - nigdy już nie powrócą w tej samej postaci; więcej czułości dla każdej chwili...
-
Marzenia, warto je mieć pod ręką jak paczuszkę zapałek, choćby najgłupsze, najmniejsze, iskierki rozdmuchiwane przez wyobraźnię.
2 lutego
Trawestując Gombrowicza: wszyscyśmy dzieckiem podszyci. Ale u tych szczelnie opancerzonych, zamaskowanych i zoficjalizowanych - dziecko jest wtrącone do ciemnicy. Przywiązane łańcuchami do ścian, otrzymuje raz na dzień miskę soczewicy i choruje na anemię. Czasem tylko po dużej wódce jest wypuszczane i daje głos. Uwolnijmy dziecko w dorosłym, niech sobie czasem pohasa, u-ha-ha! Dla higieny.
14 lutego
W tramwaju dwaj młodzi intelektualiści. Wyższy daje wykład niższemu. Mówi wolno stylem książkowym, delektując się bogactwem swojej erudycji. O święta naiwności młodych głowaczy, którzy łudzą się, że są mądrzejsi o cudzą, wyczytaną wiedzę... Jeszcze nie wiedzą, że prawd o życiu uczymy się na własnej skórze. Doświadczenie życiowe krystalizuje się z oporami. Dokładnie przeżute, przepuszczone przez władze zmysłowe i umysłowe; przez mózg, ale i przez serce, wątrobę, jaja, woreczek żółciowy, przewód pokarmowy. Często pochodnymi objawami tej krystalizacji doświadczenia są: łzy, śmiech, kwasy, żółcie, zaparcia, skurcze żołądka, a nie tylko zmarszczki na czole i przemądrzała mina. W tramwaju wpada mi do głowy fraszka:
PYTANIE DO INTELEKTUALISTY
Panu tylko mózg działa,
A co z resztą ciała?
Miss absurdu
Marianne Jacobsson. Miss manicure. Widziałem w TV szwedzkiej jej najdłuższe w świecie, bo 48-centymetrowe pazury, wyhodowane specjalnie na mistrzostwa świata, w których startowało 38 zawodniczek.
Pazury są obwinięte bandażami. Budzą wiele skojarzeń, a wywiad z mistrzynią świata w kategorii hodowli pazurów dotyczy także problemu: jak żyć...
Marianne wyhodowała także pazury u palców obu stóp. Są niczym płetwy. Niestety, krótsze ze względu na konieczność zakładania obuwia.
Przychodzi mi na myśl, że cywilizacja powraca okrężną drogą do natury. Oraz druga: w tych piramidalnych współczesnych wyścigach głupoty chcę zajmować ostatnie miejsce...
Alegoria końca XX wieku
Łucznik napina cięciwę. Ma ogromną krzepę w łapach. Rozsadza go energia. Niestety brakuje mu celu. Będzie wypuszczał strzałę po strzale, na ślepo...
10 marca
- Pisze pan wiersze mało współczesne - zarzucił mi niedawno pewien mędrek.
- A więc przyroda, natura, dusza to atrybuty staroświeckości?... - zafrasowałem się.
Ale przecież - pomyślałem po chwili - czy nie "współczesna" jest ta topolowa świeca za oknem, która latem pali się zielonym płomieniem? Czy nie są "aktualne" anteny malw w ogródkach borzęckich, które zaczną niedługo nadawać swój bieżący program dla pszczół i motyli. Czy może być coś bardziej ekscytującego dla poety od współuczestniczenia w wiosennej erupcji tworzenia? Od próby opisania cudów dokonujących się na ziemi i pod majowym niebem, pulsującym życiodajnym słońcem?
Jeśli nawet ta "współczesność" przeminie i zblaknie, to odrodzi się za rok, prawie dokładnie, w tej samej, choć nie identycznej postaci. Stąd jej uniwersalność i aktualność...
Świat jak wąż zrzuca z siebie co sezon kolejną skórę współczesności. Razem z nią złuszczy się sztuka, która do niej zbyt ściśle przylega i zatrzymuje się tylko na powierzchni, nie próbując odkryć momentu wiecznego.
12 marca
Wracam autobusem ze spotkań autorskich w Mielcu. Usypane hałdy ciemnych chmur majaczą jak Tatry w nocy. Wieczorem obłoki są jak szkielety ryb, a niekiedy przypominają tłuste karpice...
Kierowca puszcza przeboje z jego - zapewne - lat młodości, przy których i ja bawiłem się na szkolnych prywatkach. Nagle tracę kilogramy lat i poczucie czasu. Jestem znowu tamtym opierzałkiem z technikum górniczego w Wałbrzychu. Muzyka ma zniewalający czar przenoszenia w te miejsca, w których ją kiedyś słyszeliśmy. Wiem, że te piosenki brzmią kiczowato: i tekstowo, i muzycznie, a jednak nie mogę się im oprzeć. Młodość też była kiczowata, ale jak pachnie we wspomnieniach! Za oknem ten sam zmierzch co kiedyś. To samo niebo, te same wykluwające się gwiazdy. Uczucie nieważkości i błogości. Dusza nie ma wieku?
-
Książki bez zapachu i koloru. Z niektórych po przeczytaniu pozostają ogryzione szkieleciki konstrukcji. Dlatego powrót do nich tak mało frapujący. To dotyczy pewnej wybitnej poetki intelektualnej X i pewnego wybitnego poety erudycyjnego Y. Ich perfekcyjne wiersze doskonale wymyślone od początku do końca są pojęciową atrapą rzeczywistości. W odróżnieniu od nich wiersze Leśmiana tak niesłychanie zmysłowe! To bujny matecznik natury. Przy każdym odczytaniu pachną i odsłaniają ukryte, tajemnicze sensy...
Bruno Schulz pisze o księdze, która wybucha sensami i spala się. Cztery pory roku tej samej książki, którą, za pierwszym razem, odkrywamy jak wiosnę, ale przy kolejnych powrotach - jesiennieją, płowieją, blakną, szarzeją. I już nie karmią swoimi owocami. Drewno, drewno...
26 marca
Na ławce w parku w Tarnowie, gdzie przycupnąłem na kwadrans na podobieństwo wron i dzikich gołębi, które obsiadły wiązy - opadły mnie wspomnienia sprzed 30 lat. Przyjeżdżałem tu często do mojego przyjaciela, malarza Andrzeja Lenartowicza. Nie żyje już ćwierć wieku. Dziś słoneczko prawie jak w maju. Niespodziewanie wiosenny dzień. Jak dobrze się siedzi... Przymrużyć oczy i widzieć w siejących się promieniach, jak z naprzeciwka - prawie z nieboskłonu - schodzą młodzi ludzie w wieku szkolnym. Tak jakby słońce otwarło swoje śluzy i wysypał się z nich wiosenny gwar. Było mi przyjemnie. Szli na spotkanie z życiem i nowym światem - z tornistrami na plecach. Poczułem się zwolniony z wszelkich obowiązków. Tyle nieprzepartej energii, sił, entuzjazmu w ich głosach... Błogostan rozleniwienia i przyjemne zmęczenie. Przemknęła mi przez głowę myśl pogodna jak biały cumulus, że właściwie nie muszę się już wysilać. Zastąpią mnie inni. Trudno, uhahaha, jeśli tak ma być - usłyszałem gdzieś w głębi siebie. Czułem, jak życie przepływa obok, a mnie wystarczy samo siedzenie i nadstawianie twarzy ku słońcu. I było mi dobrze w ciepłych promieniach wygrzewać się - niczym staremu kocurowi...
Aśka po operacji oka w klinice Gierkowej w Katowicach. Odwiedziłem ją wczoraj i czytałem na głos podarowany mi przez Włodka Pawluczuka jego pesymistyczny - jeśli nie katastroficzny - za to pięknie napisany, tekst:
Statek opuścił port, kotwice podniesiono, trapy zdjęto i nie ma, i nie będzie już powrotu do zacisznego portu. Statek nie ma steru, ni kapitana, raczej dryfuje, niż płynie dokądkolwiek. Plany zgubione, mapy spalone, załoga skłócona. To metafora dzisiejszego świata. Są tacy, którzy próbują statek zawrócić, ale to bezskuteczne - sekciarze różnych maści, prorocy prawd objawionych, ezoterycy, okultyści, spirytyści, mediumiści, zwolennicy głębokiej ekologii, głosiciele wolnej miłości, programowi rozpustnicy i programowi umartwiacze, głodomorzy, wyznawcy diety wegetariańskiej, wiktoriańskiej, fruktariańskiej (...) Jeśli przejść od tych kwiecistych metafor do historiozofii, to wszystkie cywilizacje posiadały jakieś Uniwersum, wewnętrzną zasadę organizującą życie społeczne i nadającą sens istnienia (...) Nowoczesność nie posiada takiej zasady, ni takiego lądu. Zasadą bowiem nowoczesności jest brak zasady. Tą zasadą jest tu postęp i zmiana, wieczny ruch i wieczna nowość (...) na statku gra orkiestra i grać będzie do ostatniego dnia jak na tonącym Titaniku. Występują różnej maści klauni i cyrkowcy, krzykiem i jazgotem próbujący zagłuszyć powagę sytuacji.
Dlaczego coraz więcej ludzi odczuwa podobny niepokój? Czy to moda intelektualna u schyłku kolejnego wieku? Nastrój schyłkowości udzielający się wszystkim? A może ludzie starszej generacji przestali rozumieć świat. Na ile te kasandryczne głosy wynikają z grozy sytuacji, a na ile są krzykiem rozpaczy indywidualnego człowieka (Włodka Pawluczuka), który starzeje się, rozpada, a przy okazji rozpada się system jego wartości, przez który został uformowany, więc krzyczy, że ginie świat? Nie wykluczam, że jest to starcze narzekanie ludzi (także mnie), którym większość życia przeminęła w innej epoce, gdy humaniści nadążali jeszcze refleksją za lawinowym postępem nauki i techniki. Gdyby tak było - byłoby to pocieszające. Niestety, wydaje mi się, że diagnoza Pawluczuka jest bliska prawdy.
Roman F., mój przyjaciel z okolic Sztokholmu, w mieszkaniu, w którym wielokrotnie szukałem dla siebie azylu, napisał obszerny kilkunastronicowy list-traktat do pewnego bardzo wybitnego filozofa znanego w Polsce i za granicą. Ten list jest krytyką współczesnego kapitalizmu. Cytuję lub streszczam niektóre wywody. Roman powołuje się na następujące dane statystyczne. 80 procent ludzi na świecie żyje w biedzie, a przy tym aż 80 proc. eksploatowanych dóbr materialnych zużywa kapitał zachodni i Ameryka. Dziesięciu najbogatszych ludzi na świecie dysponuje kapitałem przekraczającym całościowy kapitał kilkudziesięciu najbiedniejszych państw, a 245 osób na świecie posiada ponad 40 proc. kapitału światowego. W tym samym czasie głoduje miliard ludzi, a 2?3 ludzkości cierpi na stałe niedożywienie. Podobno 1?5 (według innych źródeł 1?3) wszystkich operacji płatniczych na świecie to transakcje nielegalne. Czy globalizm jest więc - pisze autor listu - błogosławieństwem, czy nowym kolonializmem, skoro wszystkie postsocjalistyczne, a także Tajlandia, Indie i inne otwarte na Zachód państwa, obrabowywane są z majątku narodowego, które tworzyło wiele pokoleń? Ale to nie wszystko - ciągnie ponuro Romek - otwarcie na Zachód to import nowego niszczącego typu kultury. W zastraszającym tempie rośnie korupcja, bezprawie, liczba samobójstw i morderstw, prostytucja wśród kobiet i dzieci. Czy można oczekiwać jakichkolwiek zmian, gdy już zostały zniszczone kulturowe i społeczne struktury, a "sprawiedliwość" jest oparta na prawach ekonomicznych interesów? Ewangelia współczesna to egoizm, hedonizm, materializm - głoszone z telewizyjnych ambon. Uporawszy się ze współczesnym kapitalizmem, który zdaniem Romana - niewoli ludzi ekonomicznie (czy komunizm nie niewoli i to za miskę jedzenia? - przyp. J.B.) - przechodzi do demaskowania haseł demokracji, mających za zadanie utrzymać ludzi w złudnym mniemaniu, że posiadają wpływ na własny los. Jest to - według niego - zwykłe oszustwo, jak dotąd przez oszukiwanych niewystarczająco zauważone.
Nie będę streszczał wszystkich wywodów Romka, który uparł się i nie lubi Szwecji, pozwalającej mu żyć u siebie we względnym dobrobycie. Ciekaw jestem, jak by żył, gdyby nie wyemigrował, lecz pozostał przez ostatnie 25 lat w Polsce? Sercem jestem przeciw polskiemu kapitalizmowi w obecnym XIX-wiecznym wydaniu i rażącym dysproporcjom, jednak nie da się ukryć, że sowieckie równanie w dół doprowadziło gospodarkę do ruiny. System przegrał, bo okazał się niewydolny ekonomicznie. A jednak - to prawda - kapitalizm cierpi na moralne niewydolności.
Wybitny filozof Leszek Kołakowski, do którego Romek list skierował z apelem, by "zajął stanowisko i pobudził myślicieli świata", odpisał Romkowi następująco:
Szanowny Kolego! Bardzo Panu dziękuję za wielce interesujący list, a właściwie traktat cały. W znacznej większości spraw myślę, że ma Pan niestety rację, mnie też dręczy niepokój, gdy się tym sprawom przyglądam. Niedawno wyszła książka Georga Sorosa, wielkiego finansisty, którego znam. Nie przeczytałem jej jeszcze, ale widzę, że ostrzega on, z dużą znajomością rzeczy przed skutkami kapitalizmu rozkwitającego w warunkach niesłychanej łatwości i prędkości komunikacji: tryliony dolarów wysyłane są codziennie za dotknięciem klawisza, żadnej prawie kontroli tych zabiegów nie ma, a globalne skutki są nieznane, a mogą być straszne. Czy ludzkość (tj. my) opamięta się dopiero w wyniku jakiejś globalnej katastrofy gospodarczej? Ponieważ tylko to, co da się wyrazić w postaci pieniężnej, się liczy, a reszta jakby nie istniała, sama idea człowieczeństwa jest w zaniku. Niestety wydawanie w tych prawach manifestów nie bardzo pomaga. Człowiek o takim autorytecie jak Jan Paweł II powtarza sądy, banalne może, ale niesłychanie ważne i jakby zapomniane, ale i jego słowa, dość słuchane, mają mały wpływ na rzeczywistość. Owszem, jakiś zbiorowy krzyk jest potrzebny, ale niełatwo go skutecznie wywołać. Z najlepszymi pozdrowieniami.
List pochodzi z 11 marca 1999. Romek, zaciekły przeciwnik kapitalizmu, otrzymał satysfakcję za lata gromadzenia w emigracyjnym saku dowodów na swoje kasandryczne tezy.
Jak zwykle w polemice z nim, powtarzam: "Romek, wyjrzyj przez okno. Zobacz, jak jest ładnie (Romek pochłonięty globalną polityką, nie zauważa pogody). Całego świata nie naprawisz, za to możesz sobie i innym poprawić humor, gdy się uśmiechniesz. Naprawę świata zacznij od wysprzątania mieszkania".
Romek słucha tych moich rad przez telefon ze zbolałą (zapewne) miną, bo jak zwykle ma depresję i widzi wszystko w czarnych kolorach. Po chwili sięgnie ręką do lodówki po kiełbasę i będzie ją żuł, zapijając zimnym mlekiem, bo mu się nie chce zrobić kanapek i herbaty... Skoro światu grozi globalna katastrofa - po cóż się mozolić nad kolacją?
-
Kiedyś wyobraźnia miała dużo czasu i mogła rosnąć powoli jak ciasto na drożdżach. Sprawiał to opór czasu i przestrzeni, której nie pokonywało się błyskawicznie telefonem, samolotem, Internetem, telebimem. Dziś podtyka się pod nos klisze i schematy wyobrażeniowe. Ledwie, komuś, coś zaświta w głowie, już "zaraża" tym innych (myśl Kuby Ciećkiewicza).
-
Pamięć współczesna jest coraz krótsza. Świat zapomina o wczorajszym dniu, przedwczorajszych idolach i rekordach. O tym, czym pasjonował się tydzień temu i co przyrzekał przed miesiącem. Galopada faktów, zdarzeń. Jak w palimpseście wydarzenia bieżące wymazują poprzednie. Dotyczy to życia, polityki, rozrywki i sztuki. Współczesność choruje na Alzheimera.
-
Poezja jest najsmaczniejszą esencją egzystencji:
Smakuje jak herbata majowa
Z dodatkiem plasterka księżyca
I kroplą mleka
Z Drogi Mlecznej
14 kwietnia
Dzieje się coś, czy się nie dzieje - moja krypa czasu, uderzając coraz częściej o piaszczyste dno i łachy przybrzeżne, ruchem jednostajnie przyśpieszonym nieubłaganie spływa ku Czarnemu Morzu...
-
Nieprzeparta chęć rozsiewania plemników i myśli. Dzięki niej ludzkość wciąż trwa i rozwija się.
-
Bezdomni w porannym holu dworcowym, gdzie znajdują się kasy. Poukładani solidarnie na posadzkach pod ścianami niczym worki kartofli. Jeden śpi z gołym, wywalonym brzuchem (skąd u nędzarza brzuch?)... Wszyscy jak porozrzucane gdzieś w środku miasta łachmany. Smród, brud. A gdzieś daleko piękni biznesmeni w swoich równie pięknych limuzynach gnają wielopasmówkami. Dwie strony tej samej polskiej rzeczywistości końca lat 90.
Kolacja z 70-latkami: z wybitnym tłumaczem na niemiecki Henrykiem Bereską i filozofem ze Sztokholmu Olkiem Orłowskim. Poznałem ich ze sobą w Krakowie, bo obydwu bardzo cenię i lubię. Olek, ten to sobie lubi dogadzać w przednich lokalach!... Ma życiorys na film sensacyjny. 60 lat temu uciekł kostusze spod kosy, czyli zwiał cudem jako żydowski chłopak z obozu koncentracyjnego. Potem w mundurze Hitlerjugend zajmował się szmuglem, jeżdżąc ze Lwowa do Wiednia i Krakowa. W Krakowie pokazał mi m.in. alejkę, po której przechadzał się wśród Niemców z dogiem - w mundurze wypożyczonym od kolegi. Wielki ryzykant. Przez parę lat wojny chodził tak po brzytwie, podróżując w przedziałach "Nur für Deutsche" i zachowując zimną krew. Miał fałszywe papiery, fałszywe nazwisko, był fałszywym Niemcem. Od piętnastego roku życia radził sobie sam, bo zginęła cała jego żydowska rodzina. Opanował zdolność bycia samemu do perfekcji (w międzyczasie miał dwie żony, "a z każdą dawno rozwiedziony"). Od 1969 - wykłada fenomenologów niemieckich na Uniwersytecie w Sztokholmie. Kocha dobre jedzenie, kobiety, dobre wina. Koneser wytrawnej sztuki. Mówi, że żyje na kredyt, więc nauczył się cieszyć każdą chwilą. Hedonista w każdym calu. Z wyglądu - niespotykanie spokojny, uśmiechnięty starszy pan, którego nikt nie posądzałby o dramatyczną przeszłość, ciekawszą od historii bohatera filmu Europa, Europa Agnieszki Holland. Sfinks nieokazujący uczuć. Dobroduszny uśmiech za każdym zdaniem i trzeźwe, pozbawione złudzeń spojrzenie na człowieka, życie i świat. Cynik? Realista? - Ludzie nie są ani dobrzy, ani źli. Są trochę dobrzy, trochę źli i w zależności od okoliczności dana szala może przechylić się to w jedną, to w drugą stronę. Orłowski uważa, że prawie każdego człowieka można przerobić na łajdaka. Przecież Niemcy byli tzw. porządnymi ludźmi wyhodowanymi przez nazizm na bydlaków. Zawsze, kiedy pojawiałem się u niego w sztokholmskim mieszkaniu - stawiał mnie przed lustrem i kazał przymierzać ubrania, płaszcze, swetry. Sam ostatnio dość mocno przytył, więc chciał się podzielić tym, co na niego było już za ciasne.
Z kolei Henryk Bereska jest od niego starszy o dwa lata. Ślązak. Ciepły tubalny głos i sarkastyczne poczucie humoru. W okresie okupacji - jako chłopiec - był zauroczony propagandą Goebbelsa. Szkolono go nawet w szkole lotniczej. Po 1945 uciekł z Polski do Niemiec, gdyż chciano z niego zrobić donosiciela. Mieszkał w Berlinie i okazał się świetnym popularyzatorem polskiej literatury. Przełożył na niemiecki górę polskich książek. Od Kochanowskiego po Miłosza, Różewicza i Lema. Najlepszy tłumacz niemiecki obok Dedeciusa. Najbardziej cieszą go knajpy na peryferiach, gdzie lubi sobie posłuchać różnych odmian kolokwialnej polszczyzny i niemczyzny. W ten sposób uczy się żywego języka. Świetnie się z nim pije i biesiaduje, bo jest wytrawnym znawcą literatury.
Była z nami na kolacji Aśka, której zaimponowali witalnością ci dwaj starsi od niej o pół wieku mężczyźni, którzy nadal nie spuszczają z tonu. Przebywanie w towarzystwie jednego i drugiego krzepi bardziej niż cukier Wańkowicza.
-
Od 12 do 20 czerwca pobyt w zakopiańskiej Halamie. Poza paroma spacerami i wyprawą do Morskiego Oka - zakończoną zmoknięciem i nawrotem grypy - pocenie się, picie syropów i herbat ziołowych, oglądanie telewizji z papieżem. U Bonifratrów na Krzeptówkach, gdzie poszedłem z Marianem po leki - zaskoczył nas jasnowidztwem tamtejszy ojciec-lekarz. Ledwie spojrzał, powiedział: "Straszny z pana nerwus, choć na zewnątrz sprawia pan wrażenie spokojnego". Popatrzył na Mariana i strzelił: "Oj, a pan to słabowity melancholik, niech się pan przyzna, że pan czasem płacze...".
Wręczył Marianowi cztery buteleczki z medykamentami i kazał zapłacić 40 zł. Mój przyjaciel był kompletnie zaskoczony. Z czego ten bonifrater to odczytał? Z oczu, z uszu, z nosa? - medytował w drodze powrotnej. Na końcu przyznał mi się, że rzeczywiście zdarza mu się uronić łzę przy oglądaniu filmów (no cóż, gdyby nie był wrażliwy, nie malowałby tak znakomitych obrazów).
Przez te dni przetoczył się przez Polskę Jan Paweł II. Fenomenalnie twardy, pomimo trzęsącej ręki i słabości próbujących złamać jego ciało. Prosty i wielki. Urodzony do rozmów z tłumami, od których odbiera hołdy z taką naturalnością i skromnością, jakby nie były przeznaczone dla niego, lecz... dla nich...
Dowcip o Janie Pawle II. Kiedy kelnerka podchodzi do niego w samolocie z koniaczkiem, on pyta: - A na jakiej jesteśmy wysokości? - 2000 metrów. - O, to ja już nie mogę nic wypić, jestem za blisko Szefa.
-
Uspokojenie w lesie, skąd oderwałem się kiedyś jako wolny atom. Między kuzynkami: brzozami, choinami, korczyną... Szukam jeszcze na mchu swoich śladów. Próbuję sobie przypomnieć język, którym porozumiewałem się przed tysiącami lat z naturą. Natura ciągnie Barana do lasu...
-
Przy stole biesiadnym trudno odróżnić poetę podrabianego od prawdziwego.
Oskar Wilde idzie w tym jeszcze dalej, jako że lubował się w paradoksach:
Jedyni znani mi artyści, którzy czarują osobowością, są lichymi artystami. Dobrzy artyści istnieją w tym, co tworzą, sami przez się są zgoła niezajmujący. Wielki poeta, prawdziwie wielki poeta jest najmniej poetyczną istotą na świecie. Ale kiepscy poeci są wprost fascynujący. Im gorsze ich rymy, tym bardziej malowniczo wyglądają oni sami
- mówi Lord Henryk do Doriana.
2 sierpnia
Nosorożec na koncercie
Jestem już w Krakowie. W Kościele św. Krzyża koncertuje zespół Philharmonic Brass Quintet Luzern. Jestem w lesie dźwięków. Zieleni się flet, kwitnie obój, owocuje klarnet, pyszni się róg, ćwierka fagot. Przechadzam się między tymi dźwiękami w nabożnym skupieniu.
Ale co to? Przede mną - w ławce kościelnej - siedzi nosorożec. Ściąga moją uwagę i zamiast patrzeć, jak tam ślicznie dmą w instrumenty dęte - widzę tego barana z wielkimi uszami, to słonisko z grubą baobabową skórą - jak po prostu skręca się z nudów. Nic nie pomagają: allegra i menuety - wszystko ześlizguje się po jego skórze. Trze oko, dłubie w uchu, rozgląda się po kościele. Zasypia, budzi się. Na oko trzydziestolatek, dziurka łysiny, wąsik czarny, twarz gamoniowata, owalna, oczka małe. To garbi się, to prostuje, to drapie po plecach, to czochra czuprynę. A minę ma taką, jakby go uwięzili na tym koncercie, jakby go w dyby zakuli, jakby strasznie cierpiał za grzechy swoje i swojej połowicy, która przyprowadziła tu za rękę tego swego potulnego, acz tępego nosorożca.