PAMIĘĆ
Od kilku lat, gdy jadę z domu na Żoliborzu w stronę centrum Warszawy, przecinam wschodni kwartał Muranowa, dzielnicy odbudowanej i zasiedlonej po wojnie. Jej nazwa wywodzi się, wbrew pozorom, nie od murarskiego rzemiosła, ale od miejsca urodzenia pewnego weneckiego architekta, Giuseppe Bellottiego[3*], który w XVII wieku przybył do Warszawy i zatrudnił się u polskiego króla. W nagrodę za udane projekty i dekoracje wnętrz dostał od Jana III Sobieskiego ziemię w okolicy dzisiejszej ulicy Stawki. Wystawił tam sobie piękny, piętrowy dwór, z którego okien rozciągał się widok na piaszczysty brzeg rzeczki Drzasny. Okoliczne "małe sadzawki i większe stawy, źródełka, strugi, potoki i rzeczki spływające do Wisły"[5] kojarzyły się mistrzowi z pejzażem, który zapamiętał z dzieciństwa. Zapewne dlatego spowita mgłami wenecka wyspa Murano dała imię jego warszawskiej siedzibie. W kolejnych stuleciach nazwę tę rozciągnięto na spory kwartał miasta, a po wyzwoleniu na nową dzielnicę, którą zgodnie z wolą władz miasta oraz wytycznymi naczelnego architekta stolicy, Józefa Sigalina, wzniesiono na cmentarzu.
Dziś nikt już nie łączy tego rejonu z tęsknotą za weneckim pejzażem. To skojarzenie zostało wyparte ze zbiorowej pamięci przez wydarzenia pierwszej połowy XX wieku. Nie ma tu śladów po dawnym dworze, po rzeczce ani po sielankowym krajobrazie; są za to blizny po traumie, której ta ziemia była świadkiem. Dzisiejszy Muranów to architektoniczny pomnik osadzony na terenie dawnej Dzielnicy Północnej. Jej północną granicę wyznacza wiadukt nad torami i Dworzec Gdański. Gdy mijam ten wiadukt, przecinam ulicę Stawki, która też w nazwie nosi pamięć pierwotnego pejzażu tej dzielnicy. I tak samo jak reszta tej okolicy pamięć tę bezpowrotnie utraciła.
Po prawej stronie, 500 metrów w bok, Stawki krzyżuje się z Dziką. Przed wojną styk tych ulic wyznaczał kraniec placu należącego do Domu Składowego Miejskich Zakładów Zaopatrywania Warszawy. Ogrodzony płotem teren, wraz z długimi rzędami drewnianych baraków, był punktem zaopatrzeniowym dla całej Warszawy. Plac przylegał do bocznicy dawnej kolei obwodowej wytyczonej jeszcze w czasach zaboru rosyjskiego.
Towary przeładowywano z wagonów na furmanki, które podjeżdżały tu od wczesnego ranka. Warzywa, owoce, tkaniny, węgiel - co, kto sobie winszował. Codziennie o świcie zaczynał się tam rejwach, który cichł dopiero z nastaniem zmierzchu. Pokrzykiwania sprzedawców, rozmowy woźniców, stuk skrzyń rzucanych na platformy załadunkowe, zgrzyt drewnianych kół na piasku i przeciągły świst podjeżdżających torami składów mieszały się z odgłosami miasta, które gęstniało wokół.
Tuż przed wojną magazyny i rampy przeładunkowe sąsiadowały z dziedzińcem zespołu szkół powszechnych nr 112, 120 i 122. Szkoły miały rozpocząć nauczanie we wrześniu 1939 roku - w systemie oświaty zreformowanym przez ministra Janusza Jędrzejewicza. Jednak rok po zajęciu Warszawy Niemcy zmienili przeznaczenie tego miejsca. Obok niego utworzyli zamkniętą dzielnicę żydowską, a dziedziniec szkół i plac przeładunkowy - zwany teraz Umschlagplatz - wykorzystali do realizacji wytycznych z konferencji w Wannsee. Pociągi towarowe podjeżdżały na tę samą bocznicę, tuż pod mury getta. Dzięki temu załadunek wagonów przebiegał szybko i sprawnie. W ciągu dwóch miesięcy 1942 roku wywieziono stamtąd 300 tysięcy ludzi.
Dziś dokładnie w miejscu, przez które przechodziło się do wagonów, stoi monument w formie kamiennej bramy. Na wprost niej jest ściana z wykutymi w kamieniu imionami: Aba, Abel, Abiel, Abigail, Abital, Abner, Abraham, Abrasza,... Chawa,... Gabriel,... Hela,... Jakow,... Klara,... Leon,... Miriam,... Nachman,... Rojza,... Samuel... Imiona są ustawione w porządku alfabetycznym, zupełnie innym niż ten, w którym stawiali się tu ich właściciele. Mówią o tym, że każdy z nich miał swoją indywidualną historię. I każdy dostał wyrok. Bez sądu. Bez uzasadnienia i bez powodu.
Za kamienną bramą, w tle, widać wzniesione w latach 70. budynki należące do Spółdzielni Mieszkaniowej Stawki. Na internetowej stronie spółdzielni możemy przeczytać, że zajmuje ona "ponad sześciohektarowy obszar, na którym zlokalizowanych jest sześć budynków, w tym pięć mieszkalnych i jeden pawilon handlowo-usługowy"[6]. Spółdzielcy piszą też z pewną dumą, że w blokach z wielkiej płyty zastosowano technologię "ramy H w układzie podłużnym wraz z dużymi balkonami, co w ówczesnych czasach należało do rzadkości"[7]. O wojennej historii działki nie wspominają.
Jadę dalej przez Muranów, mijam Stawki i wjeżdżam w okolicę dawnych Nalewek. Gdyby chcieć narysować linię śladem ich przedwojennego biegu, trzeba by ją pociągnąć przez dachy budynków wzniesionych wzdłuż wytyczonej po wojnie ulicy Andersa. Stare Nalewki krzyżowałyby się z nią gdzieś na wysokości Świętojerskiej i biegły wzdłuż ogrodu Krasińskich aż do ulicy Długiej. W czasach, gdy Nalewki były centrum przedwojennej dzielnicy żydowskiej i tętniły życiem, ich bieg kończył się niedaleko budynku Głównej Biblioteki Judaistycznej. Wtedy z jego okien można było podziwiać regularne proporcje Wielkiej Synagogi wzniesionej w latach 70. XIX wieku. Świątynia uchodziła wówczas za jedną z najpiękniejszych w całej Rzeczpospolitej. Oba budynki, utrzymane w klasycystycznym stylu, tworzyły harmonijną kompozycję zdobiącą plac Tłomackie.
Ruiny Wielkiej Synagogi na Tłomackiem, po 16 maja 1943 roku, sygn. ŻIH-TŁO-35
Po stłumieniu powstania w getcie dowodzący operacją Jürgen Stroop wydał rozkaz wysadzenia synagogi. Wcześniej niemieccy saperzy spędzili dziesięć dni, nawiercając jej ściany i sufity tak, aby można było zniszczyć gmach naciśnięciem jednego guzika. Kwadrans po dwudziestej 16 maja 1943 roku Stroop osobiście dokonał detonacji i synagoga wyleciała w powietrze. Czterokolumnowy portyk z trójkątnym tympanonem, trzy nawy, niegdyś zdobione marmurem i eleganckimi tkaninami przetykanymi złotem i srebrem, półkolista absyda, czterospadowy dach z kwadratowym belwederem oraz piękna kopuła w kształcie korony zamieniły się w górę gruzu[8]. Zniknęły też hebrajskie słowa napisane 65 lat wcześniej na fryzie nad kolumnadą: "Niech ten, który umieścił imię swoje w domu tym, przekaże wam miłość i braterstwo, pokój i przyjaźń".
Na zdjęciu zrobionym po wybuchu widać, że eksplozję przetrwały tylko dwa pięcioramienne kandelabry zdobiące wejściowe schody. Stroop uznał, że tego dnia zniknął ostatni symbol żydowskiej Warszawy.
Synagogi nigdy nie odbudowano, a w latach 50. władze Warszawy zdecydowały o nowym przeznaczeniu miejsca, na którym kiedyś stała. Wzniesiono tam dwudziestosiedmiopiętrowy Błękitny Wieżowiec. Obleczony niebieskim szkłem gigant skutecznie przytłoczył zabytkowe budynki w okolicy i wymazał ślad po zniszczonej synagodze.
Po wyzwoleniu Warszawy dawna Dzielnica Północna została przemeblowana i dostosowana do potrzeb odbudowywanego miasta. Dzisiejsze Tłomackie jest zastawioną szlabanem drogą dojazdową do garażu Błękitnego Wieżowca, a Nalewki to wąski pasek betonu wciśnięty między czteropiętrowe bloki, w poprzek dawnego biegu arterii. Na mapie gruzów narysowano nowe ulice, przesunięto place, zmieniono ich nazwy.
Nie było pieniędzy na wywożenie tego, co zostało ze zniszczonej dzielnicy: 200 hektarów rozłożonej na elementy materii, falującej do wysokości kilku metrów, obejmującej cztery miliony metrów sześciennych cegieł, resztek okien, drzwi, metalowych rur, mebli i popiołów tych, którzy kiedyś tu mieszkali. W ostatniej fazie istnienia getta, tuż przed powstaniem, żyło tam jeszcze prawie 60 tysięcy ludzi, z czego połowa nielegalnie, w ukryciu. Przeżyła tylko garstka.
Po wojnie nie było chętnych do prowadzenia prac ekshumacyjnych na tym terenie, a miasto potrzebowało nowych domów. W sierpniu 1949 roku tygodnik "Stolica" donosił:
Całe osiedle będzie wybudowane na 3-4 metrowej skarpie gruzowej pozostałej po domach byłego getta. Pozostawienie tego gruzu podyktowane jest nie tylko względami "historycznymi", zadecydowały o tym również względy oszczędnościowe. Odgruzowanie terenu getta, wymagałoby bowiem 3-letniej pracy 10 tysięcy ludzi, 3-letniej pracy 7 pociągów oraz odpowiedniej ilości sprzętu[4*][9].
Nie wiadomo, kto dokonał tych obrazowych wyliczeń, ale pewne jest, że priorytetem stało się jak najszybsze stworzenie mieszkań dla 50 tysięcy nowych warszawiaków.
"Powszechny zapał budowlany" opisywany na łamach "Stolicy" piórem Feliksa Webera zapewniał właściwe tempo robót. W propagandowym pędzie łączono beton, cement i cegły. Powstawały galeriowce, punktowce i szybkościowce. Jeden z budynków (trzy piętra z 78 mieszkaniami) wykonano w 15 dni, wliczając w to przestoje z powodu niedziel i jednego dnia deszczu. Weber pisał:
W pierwszym dniu robót podwyższono betonowe fundamenty do poziomu przyszłej skarpy czyli do podłogi piwnicznej (2m). W ciągu dalszych dni wykonywano tu przez jedną dobę jedno piętro wraz ze stropem na połowie budynku, czyli przez dwie doby jedno kompletne piętro całego budynku. [...] Do budowy stanęły dwie normalne załogi, w tym 16 murarzy, 32 pomocników, 32-ch podręcznych, 10 betoniarzy i 30 cieśli. [...] Ogółem wykonano 4 kondygnacje z piwnicami, razem 15,5-m wysokości z całkowitą stolarką okienną[10].
W 1947 roku w budynku dawnej Biblioteki Judaistycznej, który szczęśliwym trafem przetrwał wojnę, ulokował się Żydowski Instytut Historyczny (ŻIH). Z jego okien można było teraz oglądać ruiny Wielkiej Synagogi. Sekretariat Instytutu wydawał różne zaświadczenia. Jedno z nich, z 3 maja 1949 roku, brzmiało:
Niniejszym zaświadcza się, że ob. Chononowicz Chaim jest delegowany na teren budowy na Muranowie do obserwowania robót, mających na celu oczyszczenie z gruzów tego terenu, i jest upoważniony do zabezpieczenia wszelkich żydowskich materiałów historycznych i innych przedmiotów zabytkowego znaczenia, wykopanych i znalezionych na tym terenie[11].
Drugi dokument z tego samego okresu to protokół przyjęcia przez ŻIH przedmiotów odnalezionych przy ulicy Świętojerskiej 34. Do protokołu zapisano: "cukierniczkę srebrną, 7 srebrnych kieliszków (różnych wielkości), 1 lichtarz 3-świecowy srebrny, srebrny ażurowy pasek (w dwóch częściach), 1 tacę metalowę wytłaczaną (deseń - winogrona), 1 papierośnicę srebrną, 1 kieliszek srebrny, 14 łyżeczek srebrnych herbacianych, 19 widelców srebrnych (różnej wielkości), 5 noży srebrnych (Gierlacha) [...]"[12].
Nowa dzielnica powstawała w tempie zawrotnym, ale jej lokatorzy zadomawiali się dużo wolniej. Przywozili ze sobą skromny dobytek gromadzony w powojennej rzeczywistości. Wnosili go na wyższe piętra, z czasem dokupowali nowe meble, dywany, lampy z papierowymi abażurami, wstawiali kwiaty w donice na parapetach, a obok na komodach ustawiali zdjęcia swoich bliskich. Ich marzenia, by tę przestrzeń skutecznie oswoić, powoli się spełniały. Jednak z upływem lat niezależnie od woli współczesnych przeszłość zaczęła wracać.
Ponad pół wieku później, w 2013 roku, Barbara Engelking i Jacek Leociak wydali Przewodnik po nieistniejącym mieście. Piszą w nim:
Chodząc dziś po obszarze byłego getta, doświadczamy szczególnego paradoksu uobecnienia pustki. Doświadczeniu temu towarzyszy swoiste poszerzenie widzenia, podwojenie perspektywy. Oto zaczynamy widzieć to, czego nie widzimy (wyobrażoną rekonstrukcję getta); natomiast w jakimś sensie nie widzimy już tego, co widzimy (rzeczywistości postrzeganej tu i teraz). Topografia współczesnego Muranowa staje się niejako przezroczystą zasłoną, która okrywa to, co naprawdę chcemy widzieć[13].
Podobną wrażliwość odnajduję u austriackiego pisarza, Martina Pollacka, syna i wnuka zdeklarowanych nazistów, którego ojciec w czasie wojny prześladował Żydów i Polaków na terenie Generalnej Guberni. Austriak, pisząc o pustce powstałej po wymordowaniu żydowskich mieszkańców Łodzi, używa metafory niegojącej się rany: "Miasto wygląda jakby przeszło amputację. Odcięto ważną jego część. Jak długo utrzymują się bóle fantomowe, tego nie wiemy. Przez jedno pokolenie? Dwa? Trzy?"[14].
W 2020 roku Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN zorganizowało wystawę Tu Muranów, której tematem było to, co ukryte pod powierzchnią. Wśród wielu artefaktów związanych z historią dzielnicy znalazły się przedmioty wykopane z ziemi kilka lat wcześniej podczas prac archeologicznych poprzedzających budowę muzeum. Ich stan różnił się od znalezisk zaprotokołowanych przez ŻIH tuż po wojnie. Na białym stole, w szklanych słojach, zwiedzający mogli zobaczyć: porcelanową łyżeczkę z odtłuczoną rączką, szklane wieczko od przezroczystego słoiczka na przyprawy, dwie butelki niedużej pojemności, fioletowy flakonik na perfumy, wyszczerbiony biały spodek od filiżanki (rozmiaru espresso), połamany kryształowy świecznik i fragment deserowego talerzyka. Jak słusznie zauważył jeden z recenzentów wystawy, przetrwało to, co najbardziej kruche i, teoretycznie, mające najmniejsze szanse na przetrwanie. Kruche jak zapisane dokumenty, jak pomalowany papier, jak akwarele, które też nie miały prawa ocaleć...