Gdzieś o wpół do północy ze środy na czwartek. 12 opowiadań nowojorskich - Damon Runyon

Kup ebooka

12.12 zł
10.06 zł (10,30 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ta kochająca małżonka Moryca

Jeżeli ktoś mi powie, że pewnego ranka obudzę się i stwierdzę, że śpię z koniem, uznam go za postukniętego - zwłaszcza jeśli tym koniem będzie akurat Suchar, na którego występ koniki za bardzo biletów nie sprzedają. Naga prawda wygląda tak, że Suchar to zasuszona szkapa, która - powtórzmy na głos jeszcze raz - jest jakimś nieśmiesznym żartem i wielu obstawiających życzy jej wyciągnięcia kopyt.

Aczkolwiek myślę, że uznam kogoś za jeszcze bardziej postukniętego, jeśli mi powie, że pewnego ranka obudzę się i stwierdzę, że śpię z Morycem Kosmitą. No bo jeśli już mam wybierać między spaniem z Sucharem albo z Morycem Kosmitą, zdecydowanie wolę Suchara: chociaż konisko chrapie przez sen więcej niż ciut, nie przejawia ani połowy tej agresji sennej co Moryc, który nie tylko chrapie, ale jeszcze wierzga, krzyczy i po prostu z kimś wojuje.

Moryc to mały, purchny gość, którego wołają Moryc Kosmita, bo ma oczy jak spodki. Naprawdę Moryc nazywa się Weinstein albo jakoś w ten kierunek wymowy i jest lokalnie przybrudzony - może nie dba o to, że mu śniadanie leży na kamizelce, zresztą kto go tam wie. Poza tym gada jak nakręcony i sam ma się za spryciarza nad spryciarze, a na Broadwayu mnóstwo miejscowych uważa go za wesz i to wkurzającą wesz. Ja jako ja sądzę, że Moryc jest całkiem nieszkodliwy, chociaż swojego wózka zazwyczaj nie pcham z gośćmi jego przekroju.

Aż tu pewnego poranka rzeczywiście budzę się i spostrzegam, że śpię razem z Morycem i Sucharem. A gdzie śpię? Ano w wagonie dla koni. Pociąg, którego wagon ów jest częścią, zmierza do Miami i właśnie przecinamy Karolinę Północną w - eskimoska jej mać - zamieci śnieżnej, gdy ja się budzę, a Suchar chrapie i drży z zimna, bo najwyraźniej Moryc śwista biednemu koniowi derkę i owija się w nią sam. Ja też jestem przez pół mrożonką i pragnę wrócić do lokalu Mindiego na Broadway, gdzie jest jasno i ciepło, i nigdy na oczy nie oglądać Moryca ani Suchara.

Oczywiście nie jest winą Suchara, że śpię wraz z nim i Morycem. Ba, nawet tak sobie myślę, że Suchar raczej nie ma nic naprzeciw temu, że z nim śpię. W rzeczy sumie to wina Moryca, że wyhacza mnie jednej nocy w restauracji Mindiego i robi mi rozjaśnienie, jaka piękna jest zimą pogoda w Miami i jak możemy tam pojechać z jego stajnią wyścigową i zarobić kupę forscycji oboje i we dwoje. Oczywiście wiem, że mówiąc o stajni wyścigowej Moryc ma na myśli Suchara, bo on nigdy naraz nie posiada więcej niż jednego konia.

Tak zazwyczaj Moryc posiada jakąś ochwaconą chabetę, którą kupuje za równowartość przetartego kapelusza i łata jak umie, bo jest z zawodu trenerem koni - i to całkiem niezłym jeśli spojrzymy na sort koni, które trenuje. Składanie okulawionych szkap do kupy idzie mu nader sprawnie i bywa, że te szkapy wygrywają na torze aż same padną albo zgłosi się ich prawny właściciel. W jednym i w drugim wypadku Moryc nabywa sobie nowego mustanga po przejściach i zaczyna interes od zera.

Podobno Suchara kupuje za sto dolców od gościa, którego wołają O'Shea, ale jak znam życie zastanawia się i waha nad zakupem tak długo, aż to O'Shea jest gotów zapłacić mu dwie stówy tytułem "A weź pan tego konia i idź w diabły!" - to dlatego, że Suchar ma nogi w kiepskim stanie, z dziewięć lat na karku i nie wygrywa wyścigu od 1924 roku, a nawet wtedy wygrywa przez przypadek. Tak czy owak, Suchar jest całą stajnią wyścigową Moryca Kosmity, którą ten chce zabrać do Miami, kiedy wyhacza mnie u Mindiego.

- Ty teraz pomyśl, jak ja myślę - mówi Moryc. - Możemy tam dojechać za cenę pulmana w Ekspresie Florydzkim.

To wydaje mi się osobliwe stwierdzenie, ponieważ pierwszy raz słyszę o pulmanowskim wagonie dla konia, zwłaszcza takiego konia jak Suchar, ale wydaje mi się też, że ten wagon nie będzie do dyspozycji Suchara ani nas obojga, tylko pojedzie nim kochająca małżonka Moryca - blond bella o imieniu Mel, która daje pokazy akrobacji gimnastycznej w jakimś klubie nocnym i stamtąd Moryc ją zagarnia przed ołtarz.

Kiedy Mel przebywa w wiośnie młodości swej, ktoś zapewne jej szepcze, że jest słodziutka jak melasa i tak dostaje ksywę Mel, chociaż naprawdę nazywa się Magda wstaw nazwisko może być i chińskie. Na mój rozum od tamtego czasu Melasa musi przejść metaformozę i to poważną, bo kiedy ją spotykam, jest słodka niczym grejpfrut i to żywo zielony.

Na tych pokazach akrobacji gimnastycznej partnerem Mel jest niejaki Donaldo, który podnosi naszą piękność i ciska nią po klubie nocnym jak piłką baseballową. Aż strach oglądać, jak robi Mel salwę kanoniera. Człowiek ma wtedy wrażenie, że facet serio chce wywalić kobitę w przestrzeń (niektórzy twierdzą, że to dobry pomysł), ale potem łapie ją za nogi już w powietrzu i przyciąga siłą do siebie.

Jednej nocy Donaldo pociąga jednak ciut za dużo ginu przed występem i mija się z nogą Mel. Nikt nie umie powiedzieć, jak mu ta sztuka wychodzi, bo noga naszej artystki wtapia się w otoczenie jak wagon na pustym placu, ale pani fizyka przejmuje ciąg dalszy przedstawienia, Mel płynie ku publiczności lotem swobodnym i ląduje na łonie Moryca Kosmity, który akurat wygodnie rozpiera się przy stoliku. Właśnie w ten sposób Moryc spotyka Mel i rodzi się z tego romans, chociaż musi minąć z tydzień, zanim wylizuje się z rozszczerbku na zdrowiu na tyle, żeby do niej startować.

Romans rozwija się tak, że Moryc i Mel przechodzą na małżeństwo, chociaż przed swoim lądowaniem nabrzusznym Mel chodzi pod rączkę z Cegłówką McCloskeyem. Cegłówka jest bukmacherem i Mel kocha go szczerze i po same uszy, ale o coś się pożerają, więc kiedy Moryc wkracza na scenę, akurat obsiewają zgliszcza miłości solą i jadem.

Niektórzy nowojorczacy twierdzą, że Mel poślubia Moryca, bo jest zeźlona na Cegłówkę i szybciej działa niż myśli, co dla każdej belli, zwłaszcza blond belli, bywa typową przypadłością. Osobiście uważam, że w całej tej aferze najbardziej obrywa Moryc, bo Mel należy do gatunku kobiet, przed poślubieniem których kandydatom gorąco zaleca się konsultację z prawnikiem. Nasza blondyneczka na wszystko ma odpowiedź tnącą i jeśli mam za siebie mówić to prędzej jeżozwierza poślubię niźli ją, ale akurat Moryc kocha Mel więcej niż ciut. Nie ulega też kwestii, że Cegłówka dostaje od naszej belli wybuchowe pożegnanie, więc może jednak coś w babeczce siedzi i pociąga innych, tylko ja tego nie potrafię dostrzec tak od ręki.

- Ale - wyjaśnia Moryc, kiedy opisuje mi wycieczkę do Miami w ogóle i szczególe - Mel nie czuje się zbyt dobrze, cierpi na nerwy i jeszcze na to i owo i musi jechać do Miami razem ze Świniunią, czyli swoim pieskiem pekińczykiem, bo jeżeli pojedzie z kimkolwiek innym, jeszcze bardziej wyjdzie z nerw. No i, rzecz jasna, przecież nikt chyba nie oczekuje, że przy tym stanie zdrowia Mel będzie podróżować czymś innym niż osobisty pulman.

Powiem tak: kiedy ostatnim razem widzę Mel, ona zasysa spory kawał polędwicy u Bobbiego i wygląda mi na całkiem zdrową bellę, chociaż, żeby nie było, oglądam ją tylko z dystansu, a jej zdrowie to nie moja broszka.

- Jest tak - powiada Moryc. - Tu, w Nowym Jorku, spłukuję się na gonitwach, wiszę forsę niejednemu i nie mam tyle szmalu, żeby wysłać swoją stajnię do Miami. Ale mój znajomy akurat nadaje tam parę koni i wynajmuje cały wagon, więc z miłą chęcią odpali mi miejsce na jednym końcu. Moja stajnia, ty i ja możemy się tym wagonem zabrać.

- Oczywista - dodaje Moryc - możemy pod warunkiem, że najpierw wyskrobiemy spod ziemi niewielki majątek na miejscówkę w pulmanie i jeszcze na dwie dodatkowe miejscówki w tym samym pulmanie, żeby zapewnić Mel całkiem spokojne nerwy. Widzisz, ja wiem, że ty trzymasz dwie i pół stówy w tej spiżarce na rogu, bo jeden z moich przyjaciół robi tam za kasjera i sprzedaje mi cynk, że je trzymasz, chociaż pod nieswoim nazwiskiem.

Jakby to ująć? Człowiek idzie przez życie i często staje na przecięciu swojej drogi i różnych wariackich propozycji. Dlatego, dokładnie tak jak mówię, następnego ranka budzę się i świeżo obudzony stwierdzam, że śpię z Sucharem i Morycem. Leżąc tak na podłodze wagonu dla koni i zwolna zamarzając na śmierć, skłaniam się do myślenia o Mel w jej osobistym pulmanie i żywię głęboką nadzieję, że sen otula ją ciepłym kocem, a Świniuni też niczego nie brak.

Kiedy pociąg w końcu wyjeżdża z zamieci śnieżnej, temperatura ździebko podskakuje i jazda wagonem dla koni przestaje być aż taka straszna. Spędzamy dalszą część drogi grając z Morycem w bezika. Poza tym zaznajamiam się nieźle z Sucharem i odkrywam, że nie jest to aż taka chabeta rzeźna, jak wielu na Broadwayu sądzi.

Dojeżdżamy wreszcie do Miami. Z początku Moryc ma nielichy problem, gdzie trzymać Suchara, bo wszystkie stajnie na torze Hialeah są zajęte przez klientów płacących żywą gotówką, a on ani Suchar do takich nie należą. Ja jednak rozchadzam inne zmartwienia, bo szukam jakiejś stabilnej stajenki dla siebie, a esencji egzystencji posiadam mniej niż nic i jeszcze muszę coś jeść.

Oczywiście zakładam, że Moryc Kosmita będzie mieszkać razem ze swoją kochającą żoneczką, bo zawsze zakładam, że mąż i żona tworzą jedną stajnię wyścigową. Ale Moryc mówi, że on zostaje z Sucharem, a Mel parkuje w Roney Plaza przy Miami Beach, bo zrobi się bardzo nerwowa mając dokoła siebie zbyt dużo ludzi, zwłaszcza takich, którzy każdego dnia trenują konie i za ładnie nie pachną.

Powiem wam, zbiera się na to, że będziemy koczować z Sucharem pod palmami, chociaż wiele z tych palm jest już zajętych przez inne konie i ich właścicieli. W końcu jednak Moryc łapie kontakt do gościa, który ma obok toru wyścigowego dom a na tyłach tego domu garaż. Otóż w tysiąc dziewięćset dwudziestym szóstym huragan wywiewa mu auto i ten garaż stoi pusty. Dlatego facet chce go podnajmować Morycowi na boks dla Suchara i osobistą kanciapę.

W tych okolicznościach lokatorskich Moryc pożycza trochę siana i obroku od kumpla, który na torze ma stajnię z prawdziwego zdarzenia, i wprowadza się do garażu razem z Sucharem. Mniej więcej w tym samym czasie ja wpadam na gościa z Pottsville w Pensylwanii o ksywie Immanuel Przewalski, który ma pokój w mieszkaniu na mieście. Wprowadzam się do niego i nie jest to opcja gorsza, niż spanie z Morycem Kosmitą i Sucharem - tyle w temacie.

Potem nie widuję już Moryca przez jakiś czas, ale krążą słuchy, że przygotowuje Suchara do wyścigu. Przegania staruszka galopem po torze każdego poranka i oczywiście dosiada go sam, bo chłopaki od koni nie chcą tego robić i marnować swojego czasu. Moryc jeździ konno za młodu, więc galopada nie jest dla niego wielkim wyzwaniem, tylko że robi się po niej strasznie głodny, a żywcem nie ma czym zapchać żołądka i plotka niesie, że to nie Suchar zjada większość siana i obroku.

W międzyczasie robię swoje na ile tylko się da, a da się mniej niż tak sobie, bo gorszej zimy w Miami chyba nikt nie pamięta i gracze wyścigowi naprawdę cierpią. Popołudniami chadzam na tor dla koni, wieczorami na wyścigi psów, a jeszcze później do miejscówek, w których uprawia się hazard, i usiłuję zgarnąć swoje parę dolców. I powiem wam, chyba nie ma takiego miejsca, gdzie nie spotykam Mel, kochającej małżonki Moryca, która zawsze jest wystrojona glamur szyk mód wszelkich krzyk i na ogół znajduje się w towarzystwie Cegłówki McCloskeya. Bo widzicie, Cegłówka też zjeżdża do Miami, żeby kręcić na torze swoje bukmacherskie conieco.

Kiedy na hipodromie kończą przyjmować zakłady i ludzie zrzucają się na totalizator, Cegłówka przyjmuje jeszcze zakładziki od grubszych graczy, którzy wiedzą, że facet działa na bardzo dużą skalę, i nie chcą wsadzać zacieru w totalizator, żeby przypadkiem nie zbić ceny. Cegłówka działa na dużą skalę, ale jest też dużym, przystojnym facetem i za diabła nie potrafię zrozumieć, jakim cudem Mel może zostawić go na lodzie dla Moryca Kosmity. No, ale blond łanie tak już mają.

Moryc raczej na pewno nie wie, że Mel kręci z Cegłówką, ponieważ jest zbyt mocno zajęty przygotowywaniem Suchara do wyścigu, żeby odwiedzać takie miejsca, jak oni. Poza tym nikt nawet się nie fatyguje, żeby mu sprzedać podpowiedź, bo tej zimy w Miami tyle kochających małżonek kręci z facetami, którzy nie są ich drugą połówką, że cała ta sytuacja naprawdę nikogo nie rusza.

Osobiście uważam, że Moryc dostaje prezent od losu, bo może nieźle przyoszczędzić na obiadach i, z tego, co wiem, na śniadaniach też. Chociaż na mój mózgowy zwój kręcenie Mel z trzecią stroną o czymś jednak świadczy i ona chyba nie kocha Moryca aż tak bardzo, jak ten sądzi. Tak w ogóle i szczególe zaczyna mi się wydawać, że Mel ma męża w nosie.