Rozdział I
I
Zoja
Federacja
Topór rozrąbał drewno na dwoje. Przecięte połówki pokoziołkowały i spadły z pieńka na ciemną ziemię, pomiędzy inne łukowate kawałki.
Aż do dziś, do piątego kwartału swego wygnania, Zoja sama rąbała drewno.
Była dumna, że jest w stanie wbić rozszczepiające ostrze głęboko w rdzeń. Lecz o tej porze roku każde uderzenie padało pod złym kątem.
Mozoliła się przez godzinę.
W końcu wtrącił się jej asystent:
- Zoju Aleksiejewno, nie podobają mi się pani wyniki. Proszę przestać.
Ja mogę to zrobić.
Mięśnie wydawały jej się takie same jak zawsze. Wszystko wydawało się
takie samo.
Może zawiodła ją wola.
Tego najbardziej się obawiała. W rąbaniu drewna nie chodziło o siłę ani
o dokładność. To wola prowadziła siekierę przez miękisz drewna.
Fizyczna czynność była tylko jej mięśniowym przedłużeniem, niczym
więcej.
Teraz usiadła więc na swoim leżaku i patrzyła, jak drewno rąbie
robot-asystent. Jego ruchy nie miały w sobie nic mechanicznego. To, jak
przesuwał stopy i poprawiał chwyt pomiędzy zamachami. To, jak ustawiał w równowadze na pieńku kolejne polana. Przywodziło to na myśl słowo
"inteligencja". Inteligencja ciała. Niewymagająca wysiłku, precyzyjna
inteligencja dziecka skaczącego na skakance. Przecież on nie ma woli,
prawda? A jednak choć każde polano było inne, zawsze trafiał idealnie.
To, co miał zamiast niej - robocią idealną kalkulację - wydawało się
działać lepiej niż ludzka wola. A w każdym razie skuteczniej.
Miejsce do rąbania drew leżało na skraju polany. Słońce przeświecało
przez srebrne brzozy, sypiąc świetlnymi monetkami na lśniące ramiona
robota i pocięte drewno, świeże jak śniadanie o poranku.
Może aby starzeć się jak trzeba, należało pozwalać innym, by przejmowali
twoją pracę? Należało wiedzieć, kiedy twoja praca się kończy.
Zoja się starała.
Patrzyła na światło rozproszone na korpusie robota. Słuchała synkop
topora rozłupującego drewniane polana, głuchego stukotu szczapek
spadających pomiędzy inne, klinowate i półokrągłe.
Wietrzyk był ciepły, jak powietrze, które niósł. Na razie nie ma co bać
się zimy. Słuchała dygotu strzałkowatych liści brzóz, skręcających się
na szypułkach.
Nagle zobaczyła ducha.
Szedł między szpalerami bladych brzóz, głęboko w cieniu.
Ludzka postać na tle nagich pni. W miarę jednak jak się zbliżała, Zoja
zaczęła widzieć poprzez jej ciało białą korę drzew.
Duch szedł miarowo, jak cień wśród kredowych pni, mijając je, lecz nie
przesłaniając.
Proszę, nadchodzi. Nie śmierć, którą chętnie bym przyjęła, ale rozsypka
mojego umysłu.
Potem zakryła lewe oko. Duch stał się materialny jak normalny człowiek.
Był o dwadzieścia metrów od polany.
Zakryła prawe. Duch całkiem się rozpłynął, zniknął ze świata, nie
pozostawiając po sobie choćby drżenia powietrza świadczącego o tym, że
kiedyś tam był.
Lecz wciąż istniał. Słyszała, że stąpa po butwiejących liściach.
Wyczuwała milknące wokół niego ptaki, śledzące jego drogę przez tajgę.
Znów zasłoniła lewe oko. Na polanę wyszła kobieta. Bury wojskowy plecak
pasował kolorem do reszty stroju.
Kobieta przytknęła palec do ust.
Mając oboje oczu otwartych, Zoja widziała ją teraz jako prześwitującą
sylwetkę na tle lasu. Przeświecało przez nią słońce. Za szklistym ciałem
liście falowały na wietrze.
Zoja podniosła się z leżaka.
- Jak skończysz rąbać - powiedziała do robota - poukładaj drewno. Potem
nazbieraj grzybów i sprawdź ule.
- Tak zrobię - zgodził się robot.
Zoja i kobieta, której robot nie wyczuwał, podeszły do małego domku z bali pośrodku polany.
W środku było chłodno i przyjemnie. Pachniało cedrem. Światło kładło się
trapezami na czystych deskach podłogi. W izbie dominował pobielony piec,
pieczka - kuchnia i palenisko, źródło ciepła i chleba. Po zamknięciu
drzwi nie było słychać uderzeń topora.
- Herbatki? - zapytała Zoja.
- Poproszę. - Kobieta powiodła wzrokiem po haftowanych zasłonkach,
wypolerowanych blatach, lśniącym samowarze we wnęce z boku pieca.
- Zastanawia się pani, czy ja to wszystko wyszyłam. Nie. Robot to
zrobił. Proszę usiąść. - Zoja wskazała mały stolik z białym obrusem
obrzeżonym czerwono-czarnym wzorem.
Zauważyła, że spojrzenie kobiety pada na mały regalik z książkami.
- Głównie klasycy - powiedziała. - Tołstoj, Turgieniew, Puszkin, którego
nadal nie cierpię. Jeśli szuka pani mojej książki, to jej tu nie ma.
Nawet dla mnie jest zakazana.
Podała herbatę. Obie usiadły.
- Nie boję się - dodała po dłuższej chwili.
Kobieta przysunęła filiżankę na kilka centymetrów od ust, podmuchała
herbatę.
- To znaczy?
- W Bizancjum obalonych cesarzy oślepiano, zsyłano na wyspy, zamykano w klasztorach. Bardzo się starali, żeby nie dopuszczać do królobójstwa.
Ale ciągle okazywało się, że to nie wystarcza. Że uwiera samo ich
istnienie. Stryczek to jedyny sposób, aby tyran zaznał spokoju - i wtedy, i teraz. A ten kraj wyrastał pod bizantyjskim wzorcem. Prezydent
nie może pozwolić mi żyć. To nie w jego naturze.
- Ale ja...
- Proszę nie protestować. Dopić herbatę. Ja się nie boję. Przeciwnie.
Jestem gotowa. Prezydent zamordował wszystkie osoby, które kochałam.
Wszystkich, co razem ze mną walczyli. Tylko ja zostałam. Wie pani, jak
to jest? Być ostatnią żywą osobą? Czekać na kulę, na drona, na truciznę,
która nigdy nie nadchodzi? To gorsze od śmierci.
Zoja odczekała, aż miód spłynie z łyżki do filiżanki.
- Wzięłam panią za ducha. Pomyślałam, że wariuję. A tego zawsze
najbardziej się bałam. Że prezydent zesłał mnie tutaj, by odosobnienie
rozdarło mi mózg na strzępy. Potem jednak zrozumiałam, pani jest
prawdziwa, tylko moje cyfrowe oko pani nie widzi. Ludzkie - tak. Bo
prezydent mnie jednak oślepił, gumową kulą, podczas tego protestu
kilkadziesiąt lat temu, gdy byłam jeszcze młoda. Tak jak w Bizancjum.
Ale nie dokończył dzieła, zatrzymał się w pół drogi.
Poczuła spokój. Prawda, nie skończyła. Ale w sumie każde dzieło
pozostaje niedokończone. Zawahała się, przypuszczając, że kobieta się
odezwie, ona jednak odstawiła filiżankę na stół i czekała.
- Co to za mechanizm? - zapytała Zoja. - Jak pani to robi, że jest dla
nich niewidzialna?
Kobieta wyciągnęła z kieszeni walec. Na jego powierzchni jarzyło się
zielone światełko.
- To się nazywa birnam. Buduje mapę zaburzenia, które wytwarza w rzeczywistości nasza obecność i emuluje dane, które istniałyby, gdyby
nas nie było. Nie daje niewidzialności, ale zastępuje nas tym, co
powinno być zamiast. Podobnie jak nasze mózgi wypełniają ślepą plamkę
tym, co powinno tam być. Ale na to tutaj podatne są tylko maszyny. To
taki palnik acetylenowy przyłożony do elektronicznej klatki, w której
nas zamknięto.
- Nadzwyczajne.
Schowała urządzenie z powrotem do kieszeni.
- Zoju Aleksiejewno, pani książkę czytałam tyle razy. "Na różnicę zdań
nie ma recepty", wyrecytowała. "Nie ma technologii, którą można by ją
zwalczyć, żaden przywódca nie jest w stanie jej stłumić. Jest tylko
wieczny nurt dyskusji..."
- Więcej zapomniałam z tej książki, niż zapamiętałam - odparła Zoja.
- To jeden z moich ulubionych fragmentów. Bardzo wiele znam na pamięć.
Wszyscy znamy.
- Pani nie przyszła mnie zabić.
- Chyba panią zawiodłam.
Na razie nie ma się co bać zimy.
Chyba że tej w głowie.
Zimy, kiedy na polanie leży gruba warstwa śniegu. Kiedy tę warstwę
przecinają tylko cienkie ścieżki, miniaturowe górskie przełęcze wycięte
pomiędzy nawianymi szczytami. Kiedy świat kurczy się i zostaje tylko
ona, w półmroku chatki, sama ze swymi myślami i robotem, siedzącym na
swoim drewnianym krześle i trudzącym się nad haftem.
- Opowiedz mi bajkę - mówiła. I robot opowiadał. Lecz jego historie były
płaskie i bez charakteru, choć pozornie wydawały się takie same jak te
ludzkie. I w niczym nie pomagały. Czuła się po nich jedynie bardziej
samotna.
Czy to jest aż tak proste? Czy pragnie śmierci, bo nie jest w stanie
wytrzymać samotnie kolejnej zimy?
Czuła ulgę, widząc, że nadchodzi jej ostatnia chwila.
Teraz ta ulga się ulotniła. I co czuła? Strach? Nie. Znużenie.
- To był paradoks - powiedziała - że prezydent uwięził mnie tutaj, w tajdze. W młodości spędzałam tu dużo czasu, na ekspedycjach naukowych.
Tu wierzyłam, że buduję sobie tożsamość przyrodniczki, a nie aktywistki.
Ale szczególnie okrutne było to, że uwięził mnie tu, ale nie pozwolił
wędrować po lesie. Tajga to ogrom i dramatyzm - letnie deszcze
podtapiają obszary wielkości Francji, późnowiosenny śnieg pada na
miejsca, których nie widziało oko człowieka. Wielka walka o istnienie. A mi nie wolno na nią patrzeć. Zresztą, nawet gdybym mogła swobodnie
wędrować, to i tak byłoby to już na nic. To wszystko jest skażone.
- Czym skażone?
- Życiem spędzonym na ludzkiej polityce - odparła Zoja. - Wszędzie widzę
tylko alegorie ludzkich zachowań. Chciałabym przestać porównywać
zwierzęta i rośliny do ludzi, lecz nie jestem w stanie. A te porównania
są dla nich niesprawiedliwe. Ale skoro pani nie przyszła mnie zabić, to
co to ma być? Odwiedziny? Przyszła pani zobaczyć, co ze mnie zostało po
tylu latach samotności?
- Nie, Zoju Aleksiejewno. Nie. - Kobieta nakryła jej dłoń swoją.
Zupełnie jak wnuczka.
Moja książka jest z nią od tak dawna. Ma wyryte w sobie moje słowa. Ma
wrażenie, że mnie zna.
Był to pierwszy ludzki dotyk, którego doświadczyła od pięciu lat. W odpowiedzi ścisnęła dłoń kobiety.
- Zoju Aleksiejewno, pani znowu jest nam potrzebna.
Na te słowa coś się w niej przebudziło. Tak - potrzebna. Dzięki temu
przeżyła tyle lat na wygnaniu. Wiedziała bowiem - wiedziała, prawda? -
że znów będzie potrzebna. Że znów będzie miała w życiu cel. Znów się na
coś przyda.
- Jest nam pani potrzebna - powtórzyła tamta - ale nie możemy pani
uwolnić. Dlatego przyszłam panią skopiować.
Rozdział II
II
Lilja
Federacja
- Obywatelko, poproszę ze mną.
Człowiek był ubrany w szary mundur strażnika bezpieczeństwa ludności.
Lilja poszła za nim do jego przybudówki. Była tak ciasna, że tylko jedna
osoba mogła tam usiąść. W plastikowym uchwycie na wąskim blacie tkwił
kubek z bambusowego papieru wypełniony herbatą. Na monitorach
otaczających obrotowe krzesło pośrodku budki przewijały się twarze - w zielonych ramkach, twarz za twarzą, ludzie idący chodnikami na obszarze
kilku przecznic. W rogu każdego z ekranów obracała się złota ikonka z twarzą prezydenta.
Pośrodku jednego z ekranów unosiła się jej własna twarz, zamarła, z bezmyślną miną, uchwycona podczas wyjścia ze sklepu na rogu. Wokół miała
żółtą ramkę. Otaczała ją aureola innych obrazów - kadrów, na których
czekała na zielone światło, szła chodnikiem.
- Lilja Witaliewna Rybakowa.
- Tak.
- To jest pani numer identyfikacyjny.
- Tak.
Strażnik wyciągnął rękę.
- Terminal.
Położył jej terminal na panelu skanera. Zapulsował zielono - żadnych
zakazanych aplikacji, nielegalnego kodu.
Strażnik bezpieczeństwa ludności dotknął zdjęcia Lilji na ekranie,
nakreślił znak skrótu. Pojawił się widok okolicy z lotu ptaka, siatka
ulic z nałożonymi okręgami. Jeden świecił się na tle pozostałych. Żółta
kropka poza jego obrębem wskazywała jej pozycję.
- Naruszyła pani warunki zwolnienia warunkowego - powiedział. -
Wykroczyła pani poza swój obręb.
- Niemożliwe. Zawsze chodzę do tego sklepu... Wczoraj w nim byłam.
- Tak. Mam to zarejestrowane. Od tego czasu pani obwód został
zmniejszony.
- Za co? Ja nic nie zrobiłam.
Strażnik nakreślił na ekranie kolejny znak, wywołując wieloczynnikową
tęczę wskaźnika jej kredytu społecznego. Obok niego pojawiła się
zwrócona w dół czerwona strzałka: minus 30 na słupku "pozytywny wpływ na
innych".
- W ogóle nie rozumiem, co by to mogło znaczyć.
Wzruszył ramionami.
- Może to właśnie jest problem: że pani nie rozumie.
***
W domu Lilja włożyła zakupy do lodówki. Kiedy wyjęła mąkę z polisiatkowej torby i postawiła ją na blacie, wypełzła z niej czarna
kropka. Potem kolejna.
Uniosła papierową torebkę. Była usiana dziurami po owadach. Zarobaczona.
Super, pomyślała. Dawno nauczyła się nie mówić niczego sarkastycznego na
głos. Oczywiście teraz nawet nie mogę jej oddać.
- Tata?
Witalij był w salonie. Obowiązkowy infoekran mruczał cały czas,
ustawiony na najcichszą legalną głośność. Na ekranie prezydent, w biało-złotej sali ściskał dłonie jakichś ludzi. Na ścianie za nim wisiał
jego portret. W rogu ekranu obracała się jego ikonka.
Lilja nazywała to "trzy w jednym". Oczywiście nigdy na głos.
Witalij spał. Obok niego na stoliku stała fiolka leków przeciwbólowych.
Minus trzydzieści punktów. Jak to się mogło stać?
- Nie dam rady iść dzisiaj do cerkwi. Dobija mnie to stanie. Za bardzo
mnie biodro boli.
- To nie idź.
Tak, to musiało być to. "To nie idź". Dziesięć punktów za każde słowo.
Kiedy stał przez ponad godzinę, bolał go cały bok. Trudno mu było to
znieść bez dodatkowych leków. Ale leki wpływały na rozsądek. Ostatni
raz, kiedy wziął dodatkowe przed mszą, omal się nie roześmiał na głos,
kiedy jakiś dzieciak zawędrował nie tam, gdzie trzeba, i dostał w tyłek
trybularzem.
Stłumiony śmiech pozostał (miejmy nadzieję) niezauważony, lecz na takie
rzeczy nie można się było narażać. Dlatego tydzień później Witalij nie
wziął leków. Stał w kawernie cerkwi, blady jak męczennicy na freskach, w odcieniu mdlącej średniowiecznej zieleni, zaciskając zęby i żegnając
się, podczas gdy krople potu płynęły mu po pobrużdżonej od bólu twarzy.
To nie idź.
Trzeba było nic nie mówić.
Nie - za milczenie pewnie z piętnaście punktów. A może i trzydzieści,
tak samo. Kto wie? Może i więcej.
Trzeba było się z nim posprzeczać, poprzekonywać go, że powinien pójść
na mszę, ale tak to przekazać, jakby nie mówiła tego na serio.
Zresztą, może i to by nie wystarczyło.
"Może to właśnie jest problem, że pani nie rozumie".
W zmniejszonym obszarze nie było żadnego sklepu. Teraz, jak skończy się
mąka, to Witalij będzie musiał po nią pokuśtykać. O ile jego kredyt
wciąż pozostanie wystarczający. Na dobroci sąsiadów nie mogli polegać -
mało kto zaryzykuje swoim kredytem, by pomóc sąsiadowi, nie wiedząc, jak
władze ocenią jego pomoc.
Nie była przekonana, czy Witalij da radę. Staw biodrowy mu się
rozsypywał. W kolejce do wymiany miał odległe miejsce.
Za to cerkiew była tuż za rogiem. Może przeżyją tylko na kadzidle i banałach wyśpiewywanych barytonem ojca Chrystoforosa. Może wyżywią się
wafelkami komunijnymi, które trzeba przełykać co niedzielę.
Może z gromkich, barytonowych pierdół ojca Chrystoforosa da się
wycudować kawałek chleba.
A propos chleba - wróciła do kuchni. Tę mąkę trzeba będzie wyrzucić,
jest do niczego. Mogą sobie na to pozwolić? Może będą musieli ją zjeść,
z robakami i wszystkim? Do tego już doszło?
Torebka miała w rogu wielką dziurę, mąka się wysypała.
Poruszała się teraz na blacie, roiło się w niej od czarnych kropek.
Zrobiło jej się niedobrze.
Nagle pojawiły się słowa, usypane z mąki przez czarne kropki.
OPANUJ TWARZ
Już to robiła. To była jedna z tych rzeczy, których jej kraj uczy ludzi
na samym początku.
W MĄCE JEST BIRNAM
JAK BĘDZIESZ GOTOWA
NACISNIJ KOŃCÓWKĘ ABY WŁĄCZYĆ
BRĄZOWA ŁADA NIWA ZA PLACEM ZABAW
KONIECZNIE DZISIAJ
NIC NIE ZABIERAJ
PAMIĘTAJ OBSERWACJA JEST NIE TYLKO ELEKTRONICZNA
JEŚLI ZŁAPIĄ
BIRNAM TO WYROK ŚMIERCI
Czarne kropki rozproszyły ostatnią linię, a potem powędrowały do zlewu i do odpływu.
Oni mogli oczywiście odczytać jej puls kamerami. Rozpoznać go po zmianie
przepływu krwi przez skórę, niewidocznej dla nieuzbrojonego oka. Lecz
przyśpieszony puls mogło spowodować cokolwiek - wiedzieli przecież, że
parę minut temu powiedziano jej, że zmniejszono jej obwód. Mogła myśleć
o tym. To by tłumaczyło także mdłości. Bo mdłości kamera by widziała.
Otworzyła lodówkę, udając, że sprawdza, co tam jest.
Gdzie były kamery? Tak - torba mąki i tekst, który się napisał,
znajdowały się w ślepym polu.
Birnam. Programiści, z którymi współpracowała w Londynie, gdzie
studiowała jeszcze sześć miesięcy temu (naprawdę tylko tyle minęło?
Sześć miesięcy i całe życie), nazywali je "przenośnymi dziurami". Nikt
nigdy nie widział czegoś takiego na własne oczy. Podobno jedna sztuka to
parę milionów funtów.
Kto by podjął dla niej takie ryzyko?
No i oczywiście posiadanie czegoś takiego tutaj to wyrok śmierci.
Wyrok śmierci albo droga ucieczki.
Wybór.
Ale kto jej go ofiarował?
Przeszła przez maleńką kuchnię i wyjrzała przez okno, dając sobie czas
do namysłu.
Miasto ciągnęło się w dal, złożone z nieprzystających fragmentów -
cebulasta kopuła, szary szkielet wysokiego biurowca wznoszący się nad
omszałymi dachami z czerwonej dachówki, potem nierówna linia bloków.
Paskudny dziesięciopiętrowy budynek, który kiedyś nazywali "dinozaurem".
Opakowany w prefabrykowane zielone kafelki, leżał koło centralnego parku
jak łuszczący się trup brontozaura.
Miasto wyglądało prawie tak samo jak dwadzieścia lat temu. Jeśli nie
liczyć wtargnięcia wieżowca z niebieskiego szkła i nowszego bloku
mieszkalnego zarezerwowanego dla aparatczyków, z elewacją z nudnego
białego plastimarmuru, ten widok nie różnił się od widoku, jaki
pamiętała z dzieciństwa.
Stąd nie widziało się rozsianych po ulicach przybudówek usprawniających.
Nie dostrzegało się niewidzialnych pętli ograniczających ruchy ludzi na
"zwolnieniach warunkowych". To te okręgi stanowiły prawdziwą geografię
miasta. Nakładające się na siebie orbity ograniczeń.
W Londynie mówiono, że połowa obywateli Federacji jest na zwolnieniach
warunkowych. To oczywiście były domysły międzynarodowych organizacji i "zagranicznych agentów wpływu", od dziesięcioleci skazanych na stałe
wygnanie.
Domysły, choć zapewne wystarczająco dokładne.
Idąc ulicami, czasem wyobrażała sobie, że poznaje, kto jest na
zwolnieniu warunkowym. To ci, co trochę bardziej uważają na kroki. Ci,
co trochę za często sprawdzają swoje terminale, patrzą na mapę swojego
obwodu, żeby sprawdzić, czy nie wyszli poza jego granicę.
Bo zawsze niewiele do tego brakowało. Zawsze dochodziło się do samej
granicy kręgu. Lilja widziała w zoo, kiedy była mała, niedźwiedzie
polarne chodzące tam i z powrotem za szkłem. Wyryły jałowe bruzdy w trawie swojego wybiegu. Linię graniczną. Inne zwierzęta - tygrysy,
małpy, lwy - robiły to samo.
Zaznaczały granicę miejsca, gdzie mogą być. Obręb swojego terytorium.
Mogę podejść dotąd. Dotąd i dalej nie.
Odruch każdego zwierzęcia. A ja chcę właśnie pójść dalej.
To było ukryte miasto. Prawdziwe miasto - miasto okręgów. Niektóre były
większe, obejmowały prawie całe miasto. Inne miały wielkość dzielnicy.
Inne - nie większe od jednego kwartału. Coraz mniejsze, jak plamki piany
na fali. Nakładające się na siebie lub zawierające się w sobie. A w każdej takiej pętli mała kropeczka obrysowująca łukiem jej kontur.
Gdyby budynki zniknęły, gdyby miasto było trawiastą łąką, ludzie
obchodzący swoje obwody wydeptaliby ich granice do gołej ziemi. Miejsca
ich uwięzienia stałyby się widoczne z satelitów jako wydeptane w trawie
kaligraficzne łuki.
Zauważyła, że myśli o Londynie. Znowu. Londyn z jej myśli był
czworobocznym dziedzińcem uczelni, oprószonym śniegiem. Biciem
kościelnych dzwonów w niewidocznej katedrze. Była tam, z terminalem
wetkniętym pod pachę, z oddechem jak zimny krystaliczny obłoczek,
śpieszyła się dokądś. Inni studenci biegli tu i tam pod zachodzącym
słońcem, wydeptując na śniegu ścieżki koloru wieczornego nieba.
Londyn nie zawsze tak wyglądał. Prawie nigdy. Ale przez chwilę taki był.
I takim się jej wydawał we wspomnieniach, teraz, gdy stał się
miejscem, do którego nigdy nie uda się wrócić.
A może? Czy to możliwe, że birnam, wiadomość usypana z mąki przez rój
owadzich nanorobotów, to otwarcie drzwi - początek powrotu?
Jej dom nie znajdował się tutaj. On był w Londynie. Poczuła to od razu,
kiedy wysiadła z samolotu. Ojciec tutaj był, ale jej dom - już nie.
Wróciła, żeby się na zawsze pożegnać.
A potem - to. Cała jej wolność była taka krucha. Wycięta z papieru.
Jedna wizyta u ojca wystarczyła, żeby zniknąć.
Palmera zostawiła na lotnisku, myśląc, że nawet nie zdąży za nim
zatęsknić. Wróci za dwa tygodnie.
Pomachała mu, gdy kabina kontrolna przesuwała po niej świetlnymi
ostrzami. Zaledwie kiwnęła palcem, a i tak maszyna zatrąbiła na nią,
żeby się nie ruszała.
Ostatni raz zobaczy się z ojcem, wróci i całkowicie odda się wolności.
Ledwie zdążyła wyjść z samolotu, a już poczuła dłoń na ramieniu.
Siedziała na plastikowym krzesełku na komisariacie, wciąż fantazjując o swoich "prawach". Prawach, które zostawiła tam, razem z nowym życiem.
Szyfr jej terminala złamali w pięć godzin. A myślała, że jest
niezawodny. Znaleźli jednak lukę, która okazała się bardziej niezawodna.
Podatność zerodniową, zapewne wbudowaną we wszystkie terminale na
świecie, czekającą właśnie na tę chwilę, żeby ją uwięzić.
Jedynym, co nielegalne na terminalu, była bezpieczna apka do rozmów,
której używali z Palmerem. Jedyne łącze z nim. Zaryzykowała, bo czuła...
co? Że musi coś mieć, co ich łączy, choćby cienką niteczkę. Bo inaczej
może zagubi się tu na zawsze. Obiecała sobie, że będzie do niego pisać
co najwyżej raz dziennie. Albo nawet co parę dni. Jak najmniej, żeby
uniknąć wykrycia.
Nieznaczne ryzyko, mówiła sobie. Sposób na zapewnienie samej siebie, że
wróci zza żelaznej ściany Federacji. Jej dom to Londyn, to Palmer, i potrzebuje tego połączenia. Liny ratunkowej.
Zakazanej zachodniej aplikacji.
W momencie zatrzymania przypomniała sobie urywek Nieustającej
dyskusji:
"Od tej chwili rozumieliśmy, że państwo jest wszędzie. Państwo nie
potrzebuje przewidywać naszych kroków, bo zawsze jest z nami. To ono
kształtuje błędy, które popełnimy, i jest na miejscu, żeby zabrać nas do
więzienia, kiedy już je popełnimy".
Gdy pakowali ją na tył busika, myślała, że jedzie do
Publiczno-Prywatnego Obozu Przemysłowego, w skrócie PPOP. Z pewnością.
Albo i do czegoś gorszego.
Bus stał jednak na parkingu, póki strażnik bezpieczeństwa ludności nie
otworzył tylnych drzwi, nie zwrócił jej wyczyszczonego terminala i nie
powiedział, że nakłada się na nią "zwolnienie warunkowe". Szczegóły
wgrane są na terminal, w tym dokładne granice jej swobody poruszania
się, wyrażania się i rozrywki. Odczytał stosowne paragrafy. Dziękuję i miłego dnia.
Busik wysadził ją pod domem i popędził obsłużyć kolejnego obywatela.
Idąc na górę po schodach, wchodząc w półmrok klatki schodowej, którą
wbiegała i zbiegała tysiące razy jako dziecko, wiedziała, że już nigdy
nie zobaczy swojego życia w Londynie. Nigdy nie zobaczy Palmera.
Kiedy zaś ojciec otworzył drzwi i ujrzała na jego twarzy przerażenie na
jej widok, zrozumiała, jak ogromny błąd popełniła.
Zniszczyła wszystko i nie było już powrotu. Nie dało się już tego
naprawić.
Stojąc w kuchni, Lilja podniosła siatkę na zakupy. Sięgnęła do torby z mąką. Birnam był w środku.
Ale gdzie da się zniknąć? Wiedziała: koło pojemników na śmieci za
blokiem jest martwy punkt. Znalazły go dzieciaki bawiące się na
podwórku. Tam spotykały się na bardziej tajne zabawy.
Dzieci zawsze wiedzą, gdzie nie ma kamer.
Zarzuciła siatkę na ramię.
Nie pożegnała się z ojcem. Nie mogła. W normalny dzień nie budziłaby go
przecież, żeby się pożegnać, gdy wychodziła po zakupy. A to musiało
wyglądać jak każdy normalny dzień.
***
Za blokiem Lilja Witaliewna Rybakowa wyszła z zasięgu kamery
0275-0q37858, wchodząc w tak zwany, w technicznym żargonie, "cień
obserwacyjny". Trzy sekundy później, sądząc po szybkości kroków, powinna
znów być widoczna, tym razem w kamerze 0275-0q37878.
Co się nigdy nie stało.
Rozdział III
III
Palmer
Unia
Zostawili Palmera na dwie godziny na metalowym składanym krzesełku w korytarzu. Światło padające przez zarośnięte brudem okna było bardziej
szare niż niebo na zewnątrz.
Palmer nigdy nie był w tej dokładnie części Londynu, ale widział masę
podobnych miejsc. Pracował w takim właśnie Londynie - wycofane z użycia
ręcznie kierowane ciężarówki ustawione za żyletkowym drutem, działki
nieużytków, budynki z pękającymi stiukami, odpadającymi kafelkami,
poplamionym od deszczu betonem, omszałymi cegłami.
W końcu kupi to wszystko jakaś korporacja, oczyści teren do zera i wystawi prefabrykowane centrum logistyczne, sto razy większe od
wszystkiego, co tutaj wcześniej było, w nocy podświetlone zimnymi
LED-ami. Z automatycznymi wahadłowymi busami, żeby dowozić pracowników,
takich jak Palmer.
Ale za ogrodzeniem zawsze były jeszcze takie miejsca, pozostałości po
poprzednich czasach. Tak właśnie Palmer i inni pracownicy magazynów
zaczynali i kończyli każdy dzień pracy - spoglądając przez martwe okna
do przeszłości.
Siadł na krześle i patrzył, jak po ścianie pełznie przytłumiony blask
słońca. Pod koszulą czuł pot. Z wierzchu był spokojny, choć wiedział, że
to tylko pozór, błonka na powierzchni jego niepokoju. Pot mówił prawdę.
Od tego, co się teraz stanie, zależało wszystko. Od tego, czy mu
uwierzą.
W końcu otworzyły się drzwi. Kobieta wyciągnęła rękę. Wspominał to
później - jej ciepłą dłoń w miejscu, gdzie był tylko chłód umarłego
przemysłu.
Meble wyglądały na śmietnikową zbieraninę - ciężkie, zielone, metalowe
biurko, staroświecka lampa z grubym kablem biegnącym do gniazdka w dziwnym miejscu na ścianie. Kolejne składane krzesło, na którym miał
usiąść. Ściany puste, nie licząc prostokątnych jaśniejszych plam wśród
brudu, gdzie kiedyś wisiały jakieś ramki.
Kiedy usiadła, wysokie oparcie fotela zamajaczyło nad jej głową. Splotła
dłonie na blacie biurka i powiedziała:
- Proszę mi wszystko opowiedzieć.
Palmer się zawahał.
Kobieta dodała:
- Próbuje pan zdecydować, co mi powiedzieć, a co nie. Ale jeśli chce pan
odzyskać Lilję, musi mi pan opowiedzieć wszystkie szczegóły. Bo nie
będzie pan wiedział, które z nich są ważne.
- A wy jesteście w stanie ją odzyskać?
- Na początek niech mi pan wszystko opowie. Na tym się oprzemy.
***
Później, na górnym piętrze autobusu, oparty nogami o poręcz, Palmer czuł
się zawiedziony rozmową. Autobus lawirował przez nocny półmrok miasta,
pod rozmazanym w deszczu światłem latarń. Mdlące uczucie w żołądku
wzmagało się za każdym razem, gdy skręcał za róg na swój brutalny,
nieludzki sposób.
Dobrze się poczuł, w końcu o tym wszystkim mówiąc. Od miesięcy nikt nie
chciał go słuchać. Chodził ze swoją historią z jednej państwowej
instytucji do drugiej. Pokazywał im ostatnie wiadomości od Lilji,
opowiadał, że wróciła tam, żeby po raz ostatni zobaczyć ojca. Że kontakt
się urwał zaraz po wylądowaniu. Że miała już kupiony i opłacony bilet
powrotny, z którego nigdy nie skorzystała. Miała wrócić.
- Może po prostu nie chciała wracać - powiedział jeden z rządowych
biurokratów.
Nie, ona go nie zostawiła. Zabrali ją. Od miesięcy próbował im to
powiedzieć, w jednym urzędzie za drugim.
Nikt nie słuchał.
Dopóki nie odebrał telefonu od tej kobiety. Obiecała go wysłuchać.
- Nie rozumiem, czemu nikogo to nie obchodzi - powiedział jej przez
telefon. - Człowiek znika. Ginie. Może i nie ma naszego obywatelstwa,
ale to nie znaczy, że jest nikim. To nie znaczy, że nie jest
człowiekiem.
- Nas to obchodzi. Dlatego dzwonię.
W końcu, w tym ponurym pokoju, opowiedział tej kobiecie wszystko.
Zaczął od momentu, gdy się poznali, w bezimiennym "ruin barze" w dawnej
hucie we wschodniej Europie, gdzie siedziało się w poncho i piło
kraftowe piwa, przez dziury po bombach i odłamkach z przeszłej wojny
ciekł deszcz i dudniła muzyka.
Turyści pokryli wszystkie ściany graffiti. Imiona, wulgarne obrazki,
niby to głębokie myśli o życiu, komentarze na temat okropności, które
się tu działy - sprawy, którymi próbowali się przejąć, ale tak naprawdę
ich nie obchodziły. W jednym miejscu ktoś wymalował Buddę z przewieszonym przez ramię kałasznikowem. Silił się na ironię. Na jego
ciele widniały nabazgrane imiona setek turystów.
Lilja stała pod schodami z piwem w jednej ręce i książką Nieustająca
dyskusja w drugiej. Spojrzała w lewo, spojrzała w prawo. Zobaczyła, że
ją dostrzegł, i dosiadła się do niego, jakby go rozpoznała.
Wspomniał stolik, przy którym siedzieli - olbrzymią drewnianą
przemysłową szpulę, usianą dziurami po kulach. Ktoś zeszlifował
wszystkie drzazgi, żeby nikt nie dziabnął się w rękę przy piciu.
Tak właśnie wyglądała historia wszędzie, gdzie jeździł - zawsze ktoś
zeszlifował wszystkie drzazgi.
Patrzył, jak inni dobrze się bawią, pod girlandami kolorowych lampek.
Wspominając później tę scenę, miał wrażenie, że na nią tam czekał. Ale
nie na nią konkretnie. Czekał na cokolwiek w ogóle.
Usiadła przy stole. Zapytał ją o książkę.
- Aż boję się ją otworzyć - powiedziała. - W moim kraju jest zakazana,
ale jak tylko wysiadłam z samolotu, od razu ją zobaczyłam, po angielsku,
w księgarni na lotnisku, i kupiłam. Wczoraj. I dalej się boję. Tak ją ze
sobą noszę... w moim kraju, w Federacji, ta książka to wyrok śmierci.
Wyrok śmierci za samo wypowiedzenie na głos jednego zdania z niej.
- Czyli to nie jest Mały książę.
- Nie wiem, co to Mały książę.
Parę minut później stwierdziła:
- Chcę stąd wyjść.
- Czemu?
Objęła gestem dziury po kulach, ślady po niedźwiedzich pazurach
artylerii.
- To mój kraj im to zrobił. Męczy mnie, że teraz ludzie tu sobie chodzą.
Zadowoleni. A wcześniej to ich w ogóle nie obchodziło.
Od tej chwili byli razem. Razem przenosili się z hostelu do hostelu,
wzdłuż nowych szlaków dla budżetowych turystów, na których dało się
bezpiecznie pić piwko i szoty, jednocześnie podziwiając blizny po
dawnych wojnach i biedzie.
Spacerowali wzdłuż falochronów, na których można było marzyć o dawnych
naturalnych plażach, z czasów zanim ocean zabrał je z powrotem.
Za falochronami widniały paski plaż z imitacji białego piasku,
wysypywanego z automatycznych wywrotek. Spaleni słońcem ludzie schodzili
po rozgrzanych metalowych schodkach i nurkowali w fale.
- Czemu akurat mnie wybrałaś? - zapytał ją kiedyś, wiele miesięcy
później.
- W życiu nie spotkałam nikogo, kto byłby bardziej angielski.
W Londynie widywali się codziennie. Była na stypendium, tylko trochę
mniej nędznym niż jego tygodniówka. Znaleźli sobie mieszkanie. Kupili
parę drobnych mebli.
Znaleźli się w związku, po prostu robiąc razem rzeczy, i nawet nie
rozmawiali o tym, co czynią i dlaczego.
Trudno to było wyjaśnić tej kobiecie w paskudnym pokoju. To się po
prostu... zadziało, Palmer i Lilja nie zrobili żadnego kroku w tym
kierunku.
Tak naprawdę - i ta kobieta wytknęła mu to w połowie rozmowy - o bardzo
wielu sprawach nigdy sobie nie mówili.
Wtedy wydawało mu się to logiczne - nie opowiadała mu o swoim kraju, bo
to było dla niej bolesne. Nie opowiadała o studiach czy pracy, bo on by
tego nie zrozumiał. Sama matematyka i komputery.
Na komputerach on się nie znał. Dla niego to były urządzenia, które
mówiły mu, do którego pola w magazynie ma teraz iść. Upominały, kiedy
nie chodził wystarczająco szybko, informowały, kiedy może zrobić
przerwę. Mówiły, kiedy wolno mu iść do toalety. Potrącały z wynagrodzenia, kiedy spóźnił się pięć minut. Komputery pilnowały, żeby
dostał 2,5 procent premii, jeśli trzy razy w tygodniu pójdzie na
siłownię. Komputerów nie obchodziło, że boli go kolano. Komputery
wysyłały mu animacje, pokazujące, jak szybciej chodzić, jak efektywniej
sięgać po przedmioty, jak "optymalizować ruchy".
Komputery mówiły mu, co ma robić i jak. Tyle o nich wiedział.
I nie chciał o tym z Lilją rozmawiać. Bo kto by chciał? O nic niewartej
pracy, o jego nic niewartym dzieciństwie. O nic niewartym człowieku,
którym wciąż był, gdy nie miał jej przy sobie.
Nie opowiadał więc o magazynie, a ona nie opowiadała o tym, co robi na
uczelni.
Czy zatem w ogóle rozmawiali? Cały czas. Ale o bieżących rzeczach. O książce czytanej przez któreś z nich. O oglądanych strumieniach. Ona
lubiła te generowane maszynowo. Fascynowały ją. Nauczyły ją wszystkiego,
co potrzebowała wiedzieć, żeby myśleć jak człowiek Zachodu.
Modele językowe, które je generowały, były w jej kraju nielegalne. Jego
rząd twierdził, że są pełne zachodnich uprzedzeń. W Federacji mieli
swoje własne, autocenzurujące się, patriotyczne maszyny do pisania
historii dla swoich obywateli. O czym? O tym, jak być dobrym
człowiekiem. Tak samo jak tutaj. Choć być dobrym człowiekiem znaczyło
tam coś zupełnie innego.
Czy dobre były te opowieści? Tak, bardzo dobre. Właśnie na tym polegał
problem.
Palmer nie cierpiał generowanych maszynowo historii. Znosił je, dla
niej, ale sam wolał rzeczy artystyczne - certyfikowane, wolne od
maszynowych treści, pisane i ekranizowane tylko przez żywych ludzi. Nie
przeszkadzało mu, że subskrypcje takich strumieni są droższe. To było
tego warte - maszynowo generowane dramaty opowiadały tysiące historii,
lecz one wszystkie wyglądały tak samo.
Nagle któregoś wieczoru przyniosła do domu dioramy. Dwie, po jednej dla
każdego z nich.
Projekt z zajęć, powiedziała. Pracowała nad nowym typem interfejsu.
Indukowanym splątaniem sieci neuronowych. Bezprzewodowym łączem
człowiek-komputer, nieograniczonym odległością, do eksperymentalnych
gier i przesyłania rzeczywistości wirtualnej. Kiedyś będzie tak można
sterować swoim awatarem w grze - samymi myślami. Więcej - można będzie
żyć w grze, jak we śnie na jawie.
Palmer momentami dostrzegał bystrość Lilji, jej geniusz, lecz tego
wieczoru zobaczył go z bliska w całej okazałości. Jej nadzwyczajny
umysł...
A także przepaść pomiędzy nimi. On był z tych, którym komputery mówią,
kiedy ma iść do toalety. Ona - z tych, co projektują komputery robiące
rzeczy, których nikt dotąd nie robił.
Te dioramy były jednak tylko prototypem. Chciała, żeby pomógł jej w beta
testach tych urządzeń.
Tego wieczoru padał śnieg - ostatnio wielka rzadkość, nawet podczas tych
najostrzejszych zim. Mokre płaty bielały w świetle latarń i roztapiały
się, jak tylko spadły na chodnik. Pamiętał szum jadących ulicą w dole
samochodów.
Usiedli przed dioramami. Nie było to nic imponującego, takie
skrzyneczki, kwadratowe i nijakie, nie większe niż dłoń, zrobione z szarego metalu, z jednej strony otwarte. Po prostu puste blaszane
pudełka. Założył na głowę opaskę, którą mu dała - wyglądającą byle jak
koronę z drukarki 3D. Bardzo to beta. Ona nałożyła swoją i wzięli po
pigule.
Piguły były łagodnym halucynogenem, jak wyjaśniła - dzięki niemu sieć
neuronowa robiła się bardziej podatna na splątanie. Kreśliła symbole
przed ekranem podłączonego do skrzynek uczelnianego terminala -
wielkiego, ciężkiego z wyglądu, jakiego nigdy wcześniej nie widział i potem już nigdy nie zobaczył.
Wgapiał się w pudełko, jak mu kazała, nie spodziewając się niczego.
Środek zaczął działać - złapał się na tym, że aż chichocze, takie to
głupie. Jaką ona ma poważną minę, gapiąc się w swoją skrzynkę.
Nagle w jego skrzynce coś się zajarzyło. Małą przestrzeń wypełniła
płaszczyzna koloru, podzieliła się, wyostrzyła we wzgórze, niebo,
wierzbę - i młodego mężczyznę pod wierzbą, z książką. Nie przypominało
to ekranu, raczej hologram. Ale bardzo realistyczny - świat, który
pojawiał się tam i wypełniał przestrzeń pudełka, był oddany w najmniejszych szczegółach.
Nachyliwszy się bliżej, widział nawet tytuł książki: Mały książę.
W dioramie Lilji Tamiza płynęła obok parlamentu. A na Tamizie - mała
łódeczka. W łódeczce - mężczyzna i kobieta, których twarzy nie widział,
bo były odwrócone. Wiedział jednak, że to oni, Lilja i on, razem.
- Co to za gra?
- To nie gra. To jest to, co jest w tobie. Chociaż... niezupełnie. To jest
jakby tłumaczenie tego, co masz w sobie. Tego stanu.
- Jak to możliwe?
Źrenice miała rozszerzone od tabletek. Kiedy Palmer poruszył głową, cały
pokój zafalował mu jak flaga na wietrze.
- Pracuję nad ustaleniem tego - odparła Lilja. - Ale jedną rzecz
chciałabym wiedzieć. Gdzie w twojej dioramie jestem ja?
- Jesteś tą wierzbą. I wzgórzem, i niebem. Nawet tą książką. Wszystko to
ty.
***
W malutkiej kawalerce, gdzie mieszkali razem, dwie dioramy wciąż stały
jedna przy drugiej na środku stołu.
Jego diorama pokazywała teraz przekrój farmy mrówek. Mrówki wędrowały
piaskowymi tunelami, pracowicie doglądając jaj i przynosząc pokarm.
Wyglądała tak od wielu dni. Wypatrzył nawet w niej mrówkę, którą uznał
za siebie. Mrówkę Palmera. Miała jaśniejszy tułów niż inne. Chodziła
tymi samymi ścieżkami, zajęta jak wszystkie. Od czasu do czasu jednak
przystawała i unosiła głowę, jakby nasłuchując czy patrząc poza szkło.
Potem, poszturchiwana i popychana przez inne, ruszała w dalszą drogę.
Scena w dioramie Lilji była od tygodni taka sama. Dziewczyna chodziła
tam i z powrotem po leśnej polanie, na tle ciemnej linii drzew, z pniami
ustawionymi tak gęsto, że nawet nie dałoby się między nimi przejść.
Chodziła, potem siadała, znów wstawała, znów chodziła. Czasami
popatrywała w niebo. I tyle.
Zaczęło mu się wydawać, że to jakieś splątanie pomiędzy nią a dioramą.
Może diorama się po prostu zapętliła i odtwarza jej ostatnie uczucia
sprzed zerwania połączenia.
Teraz jednak ukazała się nowa scena. Znajdowała się w głębi lasu. Była
noc, ze wszystkich stron otaczały ją grube pnie. Siedziała i grzała
dłonie przy małym ogienku, z którego unosiły się iskry, lecące ku
krawędzi dioramy.
To jest to, co jest w tobie. Chociaż... niezupełnie. To jest jakby
tłumaczenie tego, co masz w sobie. Tego stanu.
Coś się w niej zmieniło, gdziekolwiek była.
Żyła i coś się zmieniło.
Taką właśnie wiadomość, pierwszą od miesięcy, wysłał terminalem do
jedynej osoby, która chciała go słuchać. Dłonie mu się trzęsły, gdy
pisał:
W JEJ DIORAMIE COŚ SIĘ ZMIENIŁO. COŚ MUSIAŁO SIĘ JEJ PRZYDARZYĆ.
Patrzył, jak awatar Lilji grzeje dłonie nad ogniem. Iskierki podlatywały
tak blisko brzegu dioramy, jakby miały z niej wylecieć i osmalić
drewniany blat stołu.
Wyciągnął ręce do dioramy, jakby chciał poczuć to ciepło.
Terminal piknął.
NIGDZIE SIĘ NIE RUSZAJ. JUŻ JADĘ.
Rozdział IV
IV
Prezydent / Nikołaj
Federacja
Prezydent patrzył, jak doktor Nikołaj Agapow zmierza w jego stronę.
Męka to była przyglądać się temu, jak ludzie pełzną, uwięzieni w swojej
galaretowatej atmosferze. Męka to była słuchać, jak ich głosy rozmazują
i rozciągają słowa.
Prezydent, kiedy się uparł, żeby zoptymalizować mu procesy umysłowe, by
działały trzykrotnie szybciej od standardowego mózgu, nie wiedział, że
przyniesie to taki skutek.
Własne ruchy też wydawały mu się powolne, ale była w nich gracja, był
sens. Zanim się odezwał, zdążył przeanalizować twarze ludzi, do których
mówił. Podsumować ich nastroje i dopasować do nich reakcję. Starannie
dobrać słowa. Co zamierza osiągnąć? Uspokoić ich? A może przebić się
przez ich pancerze jak ładunek kumulacyjny, do skrywanej pod spodem
bezbronności?
Inni mówili bez celu, żeby tylko mówić.
- Dzień dobry, ekscelencjo - powiedział Nikołaj.
Czy może bardziej wyjęczał przez lepką warstwę spowolnionego czasu.
Prezydent już nie mówił ludziom "dzień dobry". Nie wdawał się w luźne
gadki. Zbyt bolesne było słuchać, jak wykrztuszają z siebie i obśliniają
nieskładne urywki zdań.
W końcu Nikołaj znalazł się przy nim. Prezydent skupił się z powrotem na
świecie. Nikołaj podwinął prezydencki rękaw. Sprawdził prezydencki puls,
po staroświecku, na przegubie, licząc uderzenia i patrząc na sekundnik
drogiego zegarka mechanicznego.
Nikołaj Agapow był jedyną ludzką istotą, której wolno było go dotykać.
Kiedy widział przybliżającą się do jego ręki dłoń, jej piegowatą skórę z czarnymi włosami, zawsze miał ochotę ją odtrącić. Lecz gdy już go
dotknęła, palcami wyczuwającymi puls - ona, która jako jedyna ma zgodę
na kontakt z ciałem przywódcy - wydawało się to czymś właściwym.
Może to, co jest z nim nie tak, da się naprawić. Może doktor będzie miał
odpowiedź.
Lecz gdy tylko pomyślał te słowa, od razu wiedział, że to nieprawda.
Patrzył z rana w lustro. Widział to. Śmierć. Znów go dopada.
Będzie ją trzeba pokonać. Znowu.
- No i?
Nikołaj czuł bicie serca prezydenta jak szept pod opuszką kciuka.
Spojrzał mu w twarz - wymodelowaną, która miała przypominać tę
wcześniejszą, przed nią, choć nie zanadto. Przypominać na tyle, aby
budzić zaufanie. Nie nazbyt jednak podobną, żeby nie zwracać uwagi na
to, co i tak wszyscy wiedzieli, lecz o tym nie wspominali.
Nikołaj zaprotestował kiedyś, mówiąc, że ludzie domyślą się, co się
dzieje, kiedy kolejny przywódca będzie wypowiadał się i zachowywał się
dokładnie tak jak poprzedni. Krotow powiedział mu wtedy, że państwa nie
interesuje, czy ludzie wierzą w jego kłamstwa. Państwa nie interesuje
możliwość wiarygodnego zaprzeczenia. Każde dobre kłamstwo da się
zdemaskować, jeśli ktoś się odpowiednio przyłoży. Nie, mówił Krotow: nam
potrzeba niewiarygodnego zaprzeczenia. Kłamstwa, które społeczeństwo
od razu przejrzy na wylot, ale będzie musiało udawać, że w nie wierzy.
Nawet przed sobą.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki