Gdzie zakopano topór - Ray Nayler

Kup ebooka

49.00 zł
40.08 zł (39,98 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I

I

Zoja

Fede­ra­cja

Topór roz­rą­bał drewno na dwoje. Prze­cięte połówki poko­zioł­ko­wały i spa­dły z pieńka na ciemną zie­mię, pomię­dzy inne łuko­wate kawałki.

Aż do dziś, do pią­tego kwar­tału swego wygna­nia, Zoja sama rąbała drewno. Była dumna, że jest w sta­nie wbić roz­sz­cze­pia­jące ostrze głę­boko w rdzeń. Lecz o tej porze roku każde ude­rze­nie padało pod złym kątem. Mozo­liła się przez godzinę.

W końcu wtrą­cił się jej asy­stent:

- Zoju Alek­sie­jewno, nie podo­bają mi się pani wyniki. Pro­szę prze­stać. Ja mogę to zro­bić.

Mię­śnie wyda­wały jej się takie same jak zawsze. Wszystko wyda­wało się takie samo.

Może zawio­dła ją wola.

Tego naj­bar­dziej się oba­wiała. W rąba­niu drewna nie cho­dziło o siłę ani o dokład­ność. To wola pro­wa­dziła sie­kierę przez mię­kisz drewna. Fizyczna czyn­ność była tylko jej mię­śnio­wym prze­dłu­że­niem, niczym wię­cej.

Teraz usia­dła więc na swoim leżaku i patrzyła, jak drewno rąbie robot-asy­stent. Jego ruchy nie miały w sobie nic mecha­nicz­nego. To, jak prze­su­wał stopy i popra­wiał chwyt pomię­dzy zama­chami. To, jak usta­wiał w rów­no­wa­dze na pieńku kolejne polana. Przy­wo­dziło to na myśl słowo "inte­li­gen­cja". Inte­li­gen­cja ciała. Nie­wy­ma­ga­jąca wysiłku, pre­cy­zyjna inte­li­gen­cja dziecka ska­czą­cego na ska­kance. Prze­cież on nie ma woli, prawda? A jed­nak choć każde polano było inne, zawsze tra­fiał ide­al­nie. To, co miał zamiast niej - robo­cią ide­alną kal­ku­la­cję - wyda­wało się dzia­łać lepiej niż ludzka wola. A w każ­dym razie sku­tecz­niej.

Miej­sce do rąba­nia drew leżało na skraju polany. Słońce prze­świe­cało przez srebrne brzozy, sypiąc świetl­nymi monet­kami na lśniące ramiona robota i pocięte drewno, świeże jak śnia­da­nie o poranku.

Może aby sta­rzeć się jak trzeba, nale­żało pozwa­lać innym, by przej­mo­wali twoją pracę? Nale­żało wie­dzieć, kiedy twoja praca się koń­czy.

Zoja się sta­rała.

Patrzyła na świa­tło roz­pro­szone na kor­pu­sie robota. Słu­chała syn­kop topora roz­łu­pu­ją­cego drew­niane polana, głu­chego stu­kotu szcza­pek spa­da­ją­cych pomię­dzy inne, kli­no­wate i pół­okrą­głe.

Wie­trzyk był cie­pły, jak powie­trze, które niósł. Na razie nie ma co bać się zimy. Słu­chała dygotu strzał­ko­wa­tych liści brzóz, skrę­ca­ją­cych się na szy­puł­kach.

Nagle zoba­czyła ducha.

Szedł mię­dzy szpa­le­rami bla­dych brzóz, głę­boko w cie­niu.

Ludzka postać na tle nagich pni. W miarę jed­nak jak się zbli­żała, Zoja zaczęła widzieć poprzez jej ciało białą korę drzew.

Duch szedł mia­rowo, jak cień wśród kre­do­wych pni, mija­jąc je, lecz nie prze­sła­nia­jąc.

Pro­szę, nad­cho­dzi. Nie śmierć, którą chęt­nie bym przy­jęła, ale roz­sypka mojego umy­słu.

Potem zakryła lewe oko. Duch stał się mate­rialny jak nor­malny czło­wiek. Był o dwa­dzie­ścia metrów od polany.

Zakryła prawe. Duch cał­kiem się roz­pły­nął, znik­nął ze świata, nie pozo­sta­wia­jąc po sobie choćby drże­nia powie­trza świad­czą­cego o tym, że kie­dyś tam był.

Lecz wciąż ist­niał. Sły­szała, że stąpa po butwie­ją­cych liściach. Wyczu­wała milk­nące wokół niego ptaki, śle­dzące jego drogę przez tajgę.

Znów zasło­niła lewe oko. Na polanę wyszła kobieta. Bury woj­skowy ple­cak paso­wał kolo­rem do reszty stroju.

Kobieta przy­tknęła palec do ust.

Mając oboje oczu otwar­tych, Zoja widziała ją teraz jako prze­świ­tu­jącą syl­wetkę na tle lasu. Prze­świe­cało przez nią słońce. Za szkli­stym cia­łem liście falo­wały na wie­trze.

Zoja pod­nio­sła się z leżaka.

- Jak skoń­czysz rąbać - powie­działa do robota - poukła­daj drewno. Potem nazbie­raj grzy­bów i sprawdź ule.

- Tak zro­bię - zgo­dził się robot.

Zoja i kobieta, któ­rej robot nie wyczu­wał, pode­szły do małego domku z bali pośrodku polany.

W środku było chłodno i przy­jem­nie. Pach­niało cedrem. Świa­tło kła­dło się tra­pe­zami na czy­stych deskach pod­łogi. W izbie domi­no­wał pobie­lony piec, pieczka - kuch­nia i pale­ni­sko, źró­dło cie­pła i chleba. Po zamknię­ciu drzwi nie było sły­chać ude­rzeń topora.

- Her­batki? - zapy­tała Zoja.

- Popro­szę. - Kobieta powio­dła wzro­kiem po hafto­wa­nych zasłon­kach, wypo­le­ro­wa­nych bla­tach, lśnią­cym samo­wa­rze we wnęce z boku pieca.

- Zasta­na­wia się pani, czy ja to wszystko wyszy­łam. Nie. Robot to zro­bił. Pro­szę usiąść. - Zoja wska­zała mały sto­lik z bia­łym obru­sem obrze­żo­nym czer­wono-czar­nym wzo­rem.

Zauwa­żyła, że spoj­rze­nie kobiety pada na mały rega­lik z książ­kami.

- Głów­nie kla­sycy - powie­działa. - Toł­stoj, Tur­gie­niew, Pusz­kin, któ­rego na­dal nie cier­pię. Jeśli szuka pani mojej książki, to jej tu nie ma. Nawet dla mnie jest zaka­zana.

Podała her­batę. Obie usia­dły.

- Nie boję się - dodała po dłuż­szej chwili.

Kobieta przy­su­nęła fili­żankę na kilka cen­ty­me­trów od ust, podmu­chała her­batę.

- To zna­czy?

- W Bizan­cjum oba­lo­nych cesa­rzy ośle­piano, zsy­łano na wyspy, zamy­kano w klasz­to­rach. Bar­dzo się sta­rali, żeby nie dopusz­czać do kró­lo­bój­stwa. Ale cią­gle oka­zy­wało się, że to nie wystar­cza. Że uwiera samo ich ist­nie­nie. Stry­czek to jedyny spo­sób, aby tyran zaznał spo­koju - i wtedy, i teraz. A ten kraj wyra­stał pod bizan­tyj­skim wzor­cem. Pre­zy­dent nie może pozwo­lić mi żyć. To nie w jego natu­rze.

- Ale ja...

- Pro­szę nie pro­te­sto­wać. Dopić her­batę. Ja się nie boję. Prze­ciw­nie. Jestem gotowa. Pre­zy­dent zamor­do­wał wszyst­kie osoby, które kocha­łam. Wszyst­kich, co razem ze mną wal­czyli. Tylko ja zosta­łam. Wie pani, jak to jest? Być ostat­nią żywą osobą? Cze­kać na kulę, na drona, na tru­ci­znę, która ni­gdy nie nad­cho­dzi? To gor­sze od śmierci.

Zoja odcze­kała, aż miód spły­nie z łyżki do fili­żanki.

- Wzię­łam panią za ducha. Pomy­śla­łam, że wariuję. A tego zawsze naj­bar­dziej się bałam. Że pre­zy­dent zesłał mnie tutaj, by odosob­nie­nie roz­darło mi mózg na strzępy. Potem jed­nak zro­zu­mia­łam, pani jest praw­dziwa, tylko moje cyfrowe oko pani nie widzi. Ludz­kie - tak. Bo pre­zy­dent mnie jed­nak ośle­pił, gumową kulą, pod­czas tego pro­te­stu kil­ka­dzie­siąt lat temu, gdy byłam jesz­cze młoda. Tak jak w Bizan­cjum. Ale nie dokoń­czył dzieła, zatrzy­mał się w pół drogi.

Poczuła spo­kój. Prawda, nie skoń­czyła. Ale w sumie każde dzieło pozo­staje nie­do­koń­czone. Zawa­hała się, przy­pusz­cza­jąc, że kobieta się ode­zwie, ona jed­nak odsta­wiła fili­żankę na stół i cze­kała.

- Co to za mecha­nizm? - zapy­tała Zoja. - Jak pani to robi, że jest dla nich nie­wi­dzialna?

Kobieta wycią­gnęła z kie­szeni walec. Na jego powierzchni jarzyło się zie­lone świa­tełko.

- To się nazywa bir­nam. Buduje mapę zabu­rze­nia, które wytwa­rza w rze­czy­wi­sto­ści nasza obec­ność i emu­luje dane, które ist­nia­łyby, gdyby nas nie było. Nie daje nie­wi­dzial­no­ści, ale zastę­puje nas tym, co powinno być zamiast. Podob­nie jak nasze mózgi wypeł­niają ślepą plamkę tym, co powinno tam być. Ale na to tutaj podatne są tylko maszyny. To taki pal­nik ace­ty­le­nowy przy­ło­żony do elek­tro­nicz­nej klatki, w któ­rej nas zamknięto.

- Nad­zwy­czajne.

Scho­wała urzą­dze­nie z powro­tem do kie­szeni.

- Zoju Alek­sie­jewno, pani książkę czy­ta­łam tyle razy. "Na róż­nicę zdań nie ma recepty", wyre­cy­to­wała. "Nie ma tech­no­lo­gii, którą można by ją zwal­czyć, żaden przy­wódca nie jest w sta­nie jej stłu­mić. Jest tylko wieczny nurt dys­ku­sji..."

- Wię­cej zapo­mnia­łam z tej książki, niż zapa­mię­ta­łam - odparła Zoja.

- To jeden z moich ulu­bio­nych frag­men­tów. Bar­dzo wiele znam na pamięć. Wszy­scy znamy.

- Pani nie przy­szła mnie zabić.

- Chyba panią zawio­dłam.

Na razie nie ma się co bać zimy.

Chyba że tej w gło­wie.

Zimy, kiedy na pola­nie leży gruba war­stwa śniegu. Kiedy tę war­stwę prze­ci­nają tylko cien­kie ścieżki, minia­tu­rowe gór­skie prze­łę­cze wycięte pomię­dzy nawia­nymi szczy­tami. Kiedy świat kur­czy się i zostaje tylko ona, w pół­mroku chatki, sama ze swymi myślami i robo­tem, sie­dzą­cym na swoim drew­nia­nym krze­śle i tru­dzą­cym się nad haftem.

- Opo­wiedz mi bajkę - mówiła. I robot opo­wia­dał. Lecz jego histo­rie były pła­skie i bez cha­rak­teru, choć pozor­nie wyda­wały się takie same jak te ludz­kie. I w niczym nie poma­gały. Czuła się po nich jedy­nie bar­dziej samotna.

Czy to jest aż tak pro­ste? Czy pra­gnie śmierci, bo nie jest w sta­nie wytrzy­mać samot­nie kolej­nej zimy?

Czuła ulgę, widząc, że nad­cho­dzi jej ostat­nia chwila.

Teraz ta ulga się ulot­niła. I co czuła? Strach? Nie. Znu­że­nie.

- To był para­doks - powie­działa - że pre­zy­dent uwię­ził mnie tutaj, w taj­dze. W mło­do­ści spę­dza­łam tu dużo czasu, na eks­pe­dy­cjach nauko­wych. Tu wie­rzy­łam, że buduję sobie toż­sa­mość przy­rod­niczki, a nie akty­wistki. Ale szcze­gól­nie okrutne było to, że uwię­ził mnie tu, ale nie pozwo­lił wędro­wać po lesie. Tajga to ogrom i dra­ma­tyzm - let­nie desz­cze pod­ta­piają obszary wiel­ko­ści Fran­cji, póź­no­wio­senny śnieg pada na miej­sca, któ­rych nie widziało oko czło­wieka. Wielka walka o ist­nie­nie. A mi nie wolno na nią patrzeć. Zresztą, nawet gdy­bym mogła swo­bod­nie wędro­wać, to i tak byłoby to już na nic. To wszystko jest ska­żone.

- Czym ska­żone?

- Życiem spę­dzo­nym na ludz­kiej poli­tyce - odparła Zoja. - Wszę­dzie widzę tylko ale­go­rie ludz­kich zacho­wań. Chcia­ła­bym prze­stać porów­ny­wać zwie­rzęta i rośliny do ludzi, lecz nie jestem w sta­nie. A te porów­na­nia są dla nich nie­spra­wie­dliwe. Ale skoro pani nie przy­szła mnie zabić, to co to ma być? Odwie­dziny? Przy­szła pani zoba­czyć, co ze mnie zostało po tylu latach samot­no­ści?

- Nie, Zoju Alek­sie­jewno. Nie. - Kobieta nakryła jej dłoń swoją. Zupeł­nie jak wnuczka.

Moja książka jest z nią od tak dawna. Ma wyryte w sobie moje słowa. Ma wra­że­nie, że mnie zna.

Był to pierw­szy ludzki dotyk, któ­rego doświad­czyła od pię­ciu lat. W odpo­wie­dzi ści­snęła dłoń kobiety.

- Zoju Alek­sie­jewno, pani znowu jest nam potrzebna.

Na te słowa coś się w niej prze­bu­dziło. Tak - potrzebna. Dzięki temu prze­żyła tyle lat na wygna­niu. Wie­działa bowiem - wie­działa, prawda? - że znów będzie potrzebna. Że znów będzie miała w życiu cel. Znów się na coś przyda.

- Jest nam pani potrzebna - powtó­rzyła tamta - ale nie możemy pani uwol­nić. Dla­tego przy­szłam panią sko­pio­wać.

Rozdział II

II

Lilja

Fede­ra­cja

- Oby­wa­telko, popro­szę ze mną.

Czło­wiek był ubrany w szary mun­dur straż­nika bez­pie­czeń­stwa lud­no­ści.

Lilja poszła za nim do jego przy­bu­dówki. Była tak cia­sna, że tylko jedna osoba mogła tam usiąść. W pla­sti­ko­wym uchwy­cie na wąskim bla­cie tkwił kubek z bam­bu­so­wego papieru wypeł­niony her­batą. Na moni­to­rach ota­cza­ją­cych obro­towe krze­sło pośrodku budki prze­wi­jały się twa­rze - w zie­lo­nych ram­kach, twarz za twa­rzą, ludzie idący chod­ni­kami na obsza­rze kilku prze­cznic. W rogu każ­dego z ekra­nów obra­cała się złota ikonka z twa­rzą pre­zy­denta.

Pośrodku jed­nego z ekra­nów uno­siła się jej wła­sna twarz, zamarła, z bez­myślną miną, uchwy­cona pod­czas wyj­ścia ze sklepu na rogu. Wokół miała żółtą ramkę. Ota­czała ją aure­ola innych obra­zów - kadrów, na któ­rych cze­kała na zie­lone świa­tło, szła chod­ni­kiem.

- Lilja Wita­liewna Ryba­kowa.

- Tak.

- To jest pani numer iden­ty­fi­ka­cyjny.

- Tak.

Straż­nik wycią­gnął rękę.

- Ter­mi­nal.

Poło­żył jej ter­mi­nal na panelu ska­nera. Zapul­so­wał zie­lono - żad­nych zaka­za­nych apli­ka­cji, nie­le­gal­nego kodu.

Straż­nik bez­pie­czeń­stwa lud­no­ści dotknął zdję­cia Lilji na ekra­nie, nakre­ślił znak skrótu. Poja­wił się widok oko­licy z lotu ptaka, siatka ulic z nało­żo­nymi okrę­gami. Jeden świe­cił się na tle pozo­sta­łych. Żółta kropka poza jego obrę­bem wska­zy­wała jej pozy­cję.

- Naru­szyła pani warunki zwol­nie­nia warun­ko­wego - powie­dział. - Wykro­czyła pani poza swój obręb.

- Nie­moż­liwe. Zawsze cho­dzę do tego sklepu... Wczo­raj w nim byłam.

- Tak. Mam to zare­je­stro­wane. Od tego czasu pani obwód został zmniej­szony.

- Za co? Ja nic nie zro­bi­łam.

Straż­nik nakre­ślił na ekra­nie kolejny znak, wywo­łu­jąc wie­lo­czyn­ni­kową tęczę wskaź­nika jej kre­dytu spo­łecz­nego. Obok niego poja­wiła się zwró­cona w dół czer­wona strzałka: minus 30 na słupku "pozy­tywny wpływ na innych".

- W ogóle nie rozu­miem, co by to mogło zna­czyć.

Wzru­szył ramio­nami.

- Może to wła­śnie jest pro­blem: że pani nie rozu­mie.

***

W domu Lilja wło­żyła zakupy do lodówki. Kiedy wyjęła mąkę z poli­siat­ko­wej torby i posta­wiła ją na bla­cie, wypeł­zła z niej czarna kropka. Potem kolejna.

Unio­sła papie­rową torebkę. Była usiana dziu­rami po owa­dach. Zaro­ba­czona.

Super, pomy­ślała. Dawno nauczyła się nie mówić niczego sar­ka­stycz­nego na głos. Oczy­wi­ście teraz nawet nie mogę jej oddać.

- Tata?

Wita­lij był w salo­nie. Obo­wiąz­kowy info­ekran mru­czał cały czas, usta­wiony na naj­cich­szą legalną gło­śność. Na ekra­nie pre­zy­dent, w biało-zło­tej sali ści­skał dło­nie jakichś ludzi. Na ścia­nie za nim wisiał jego por­tret. W rogu ekranu obra­cała się jego ikonka.

Lilja nazy­wała to "trzy w jed­nym". Oczy­wi­ście ni­gdy na głos.

Wita­lij spał. Obok niego na sto­liku stała fiolka leków prze­ciw­bó­lo­wych.

Minus trzy­dzie­ści punk­tów. Jak to się mogło stać?

- Nie dam rady iść dzi­siaj do cer­kwi. Dobija mnie to sta­nie. Za bar­dzo mnie bio­dro boli.

- To nie idź.

Tak, to musiało być to. "To nie idź". Dzie­sięć punk­tów za każde słowo.

Kiedy stał przez ponad godzinę, bolał go cały bok. Trudno mu było to znieść bez dodat­ko­wych leków. Ale leki wpły­wały na roz­są­dek. Ostatni raz, kiedy wziął dodat­kowe przed mszą, omal się nie roze­śmiał na głos, kiedy jakiś dzie­ciak zawę­dro­wał nie tam, gdzie trzeba, i dostał w tyłek try­bu­la­rzem.

Stłu­miony śmiech pozo­stał (miejmy nadzieję) nie­zau­wa­żony, lecz na takie rze­czy nie można się było nara­żać. Dla­tego tydzień póź­niej Wita­lij nie wziął leków. Stał w kawer­nie cer­kwi, blady jak męczen­nicy na fre­skach, w odcie­niu mdlą­cej śre­dnio­wiecz­nej zie­leni, zaci­ska­jąc zęby i żegna­jąc się, pod­czas gdy kro­ple potu pły­nęły mu po pobruż­dżo­nej od bólu twa­rzy.

To nie idź.

Trzeba było nic nie mówić.

Nie - za mil­cze­nie pew­nie z pięt­na­ście punk­tów. A może i trzy­dzie­ści, tak samo. Kto wie? Może i wię­cej.

Trzeba było się z nim posprze­czać, poprze­ko­ny­wać go, że powi­nien pójść na mszę, ale tak to prze­ka­zać, jakby nie mówiła tego na serio.

Zresztą, może i to by nie wystar­czyło.

"Może to wła­śnie jest pro­blem, że pani nie rozu­mie".

W zmniej­szo­nym obsza­rze nie było żad­nego sklepu. Teraz, jak skoń­czy się mąka, to Wita­lij będzie musiał po nią pokuś­ty­kać. O ile jego kre­dyt wciąż pozo­sta­nie wystar­cza­jący. Na dobroci sąsia­dów nie mogli pole­gać - mało kto zary­zy­kuje swoim kre­dytem, by pomóc sąsia­dowi, nie wie­dząc, jak wła­dze oce­nią jego pomoc.

Nie była prze­ko­nana, czy Wita­lij da radę. Staw bio­drowy mu się roz­sy­py­wał. W kolejce do wymiany miał odle­głe miej­sce.

Za to cer­kiew była tuż za rogiem. Może prze­żyją tylko na kadzi­dle i bana­łach wyśpie­wy­wa­nych bary­to­nem ojca Chry­sto­fo­rosa. Może wyży­wią się wafel­kami komu­nij­nymi, które trzeba prze­ły­kać co nie­dzielę.

Może z grom­kich, bary­to­no­wych pier­dół ojca Chry­sto­fo­rosa da się wycu­do­wać kawa­łek chleba.

A pro­pos chleba - wró­ciła do kuchni. Tę mąkę trzeba będzie wyrzu­cić, jest do niczego. Mogą sobie na to pozwo­lić? Może będą musieli ją zjeść, z roba­kami i wszyst­kim? Do tego już doszło?

Torebka miała w rogu wielką dziurę, mąka się wysy­pała.

Poru­szała się teraz na bla­cie, roiło się w niej od czar­nych kro­pek.

Zro­biło jej się nie­do­brze.

Nagle poja­wiły się słowa, usy­pane z mąki przez czarne kropki.

OPA­NUJ TWARZ

Już to robiła. To była jedna z tych rze­czy, któ­rych jej kraj uczy ludzi na samym początku.

W MĄCE JEST BIR­NAM

JAK BĘDZIESZ GOTOWA

NACI­SNIJ KOŃ­CÓWKĘ ABY WŁĄ­CZYĆ

BRĄ­ZOWA ŁADA NIWA ZA PLA­CEM ZABAW

KONIECZ­NIE DZI­SIAJ

NIC NIE ZABIE­RAJ

PAMIĘ­TAJ OBSER­WA­CJA JEST NIE TYLKO ELEK­TRO­NICZNA

JEŚLI ZŁA­PIĄ

BIR­NAM TO WYROK ŚMIERCI

Czarne kropki roz­pro­szyły ostat­nią linię, a potem powę­dro­wały do zlewu i do odpływu.

Oni mogli oczy­wi­ście odczy­tać jej puls kame­rami. Roz­po­znać go po zmia­nie prze­pływu krwi przez skórę, nie­wi­docz­nej dla nie­uzbro­jo­nego oka. Lecz przy­śpie­szony puls mogło spo­wo­do­wać cokol­wiek - wie­dzieli prze­cież, że parę minut temu powie­dziano jej, że zmniej­szono jej obwód. Mogła myśleć o tym. To by tłu­ma­czyło także mdło­ści. Bo mdło­ści kamera by widziała.

Otwo­rzyła lodówkę, uda­jąc, że spraw­dza, co tam jest.

Gdzie były kamery? Tak - torba mąki i tekst, który się napi­sał, znaj­do­wały się w śle­pym polu.

Bir­nam. Pro­gra­mi­ści, z któ­rymi współ­pra­co­wała w Lon­dy­nie, gdzie stu­dio­wała jesz­cze sześć mie­sięcy temu (naprawdę tylko tyle minęło? Sześć mie­sięcy i całe życie), nazy­wali je "prze­no­śnymi dziu­rami". Nikt ni­gdy nie widział cze­goś takiego na wła­sne oczy. Podobno jedna sztuka to parę milio­nów fun­tów.

Kto by pod­jął dla niej takie ryzyko?

No i oczy­wi­ście posia­da­nie cze­goś takiego tutaj to wyrok śmierci.

Wyrok śmierci albo droga ucieczki.

Wybór.

Ale kto jej go ofia­ro­wał?

Prze­szła przez maleńką kuch­nię i wyj­rzała przez okno, dając sobie czas do namy­słu.

Mia­sto cią­gnęło się w dal, zło­żone z nie­przy­sta­ją­cych frag­men­tów - cebu­la­sta kopuła, szary szkie­let wyso­kiego biu­rowca wzno­szący się nad omsza­łymi dachami z czer­wo­nej dachówki, potem nie­równa linia blo­ków. Paskudny dzie­się­cio­pię­trowy budy­nek, który kie­dyś nazy­wali "dino­zau­rem". Opa­ko­wany w pre­fa­bry­ko­wane zie­lone kafelki, leżał koło cen­tral­nego parku jak łusz­czący się trup bron­to­zaura.

Mia­sto wyglą­dało pra­wie tak samo jak dwa­dzie­ścia lat temu. Jeśli nie liczyć wtar­gnię­cia wie­żowca z nie­bie­skiego szkła i now­szego bloku miesz­kal­nego zare­zer­wo­wa­nego dla apa­rat­czy­ków, z ele­wa­cją z nud­nego bia­łego pla­sti­mar­muru, ten widok nie róż­nił się od widoku, jaki pamię­tała z dzie­ciń­stwa.

Stąd nie widziało się roz­sia­nych po uli­cach przy­bu­dó­wek uspraw­nia­ją­cych. Nie dostrze­gało się nie­wi­dzial­nych pętli ogra­ni­cza­ją­cych ruchy ludzi na "zwol­nie­niach warun­ko­wych". To te okręgi sta­no­wiły praw­dziwą geo­gra­fię mia­sta. Nakła­da­jące się na sie­bie orbity ogra­ni­czeń.

W Lon­dy­nie mówiono, że połowa oby­wa­teli Fede­ra­cji jest na zwol­nie­niach warun­ko­wych. To oczy­wi­ście były domy­sły mię­dzy­na­ro­do­wych orga­ni­za­cji i "zagra­nicz­nych agen­tów wpływu", od dzie­się­cio­leci ska­za­nych na stałe wygna­nie.

Domy­sły, choć zapewne wystar­cza­jąco dokładne.

Idąc uli­cami, cza­sem wyobra­żała sobie, że poznaje, kto jest na zwol­nie­niu warun­ko­wym. To ci, co tro­chę bar­dziej uwa­żają na kroki. Ci, co tro­chę za czę­sto spraw­dzają swoje ter­mi­nale, patrzą na mapę swo­jego obwodu, żeby spraw­dzić, czy nie wyszli poza jego gra­nicę.

Bo zawsze nie­wiele do tego bra­ko­wało. Zawsze docho­dziło się do samej gra­nicy kręgu. Lilja widziała w zoo, kiedy była mała, niedź­wie­dzie polarne cho­dzące tam i z powro­tem za szkłem. Wyryły jałowe bruzdy w tra­wie swo­jego wybiegu. Linię gra­niczną. Inne zwie­rzęta - tygrysy, małpy, lwy - robiły to samo.

Zazna­czały gra­nicę miej­sca, gdzie mogą być. Obręb swo­jego tery­to­rium.

Mogę podejść dotąd. Dotąd i dalej nie.

Odruch każ­dego zwie­rzę­cia. A ja chcę wła­śnie pójść dalej.

To było ukryte mia­sto. Praw­dziwe mia­sto - mia­sto okrę­gów. Nie­które były więk­sze, obej­mo­wały pra­wie całe mia­sto. Inne miały wiel­kość dziel­nicy. Inne - nie więk­sze od jed­nego kwar­tału. Coraz mniej­sze, jak plamki piany na fali. Nakła­da­jące się na sie­bie lub zawie­ra­jące się w sobie. A w każ­dej takiej pętli mała kro­peczka obry­so­wu­jąca łukiem jej kon­tur.

Gdyby budynki znik­nęły, gdyby mia­sto było tra­wia­stą łąką, ludzie obcho­dzący swoje obwody wydep­ta­liby ich gra­nice do gołej ziemi. Miej­sca ich uwię­zie­nia sta­łyby się widoczne z sate­li­tów jako wydep­tane w tra­wie kali­gra­ficzne łuki.

Zauwa­żyła, że myśli o Lon­dy­nie. Znowu. Lon­dyn z jej myśli był czwo­ro­bocz­nym dzie­dziń­cem uczelni, opró­szo­nym śnie­giem. Biciem kościel­nych dzwo­nów w nie­wi­docz­nej kate­drze. Była tam, z ter­mi­na­lem wetknię­tym pod pachę, z odde­chem jak zimny kry­sta­liczny obło­czek, śpie­szyła się dokądś. Inni stu­denci bie­gli tu i tam pod zacho­dzą­cym słoń­cem, wydep­tu­jąc na śniegu ścieżki koloru wie­czor­nego nieba.

Lon­dyn nie zawsze tak wyglą­dał. Pra­wie ni­gdy. Ale przez chwilę taki był. I takim się jej wyda­wał we wspo­mnie­niach, teraz, gdy stał się miej­scem, do któ­rego ni­gdy nie uda się wró­cić.

A może? Czy to moż­liwe, że bir­nam, wia­do­mość usy­pana z mąki przez rój owa­dzich nano­ro­bo­tów, to otwar­cie drzwi - począ­tek powrotu?

Jej dom nie znaj­do­wał się tutaj. On był w Lon­dy­nie. Poczuła to od razu, kiedy wysia­dła z samo­lotu. Ojciec tutaj był, ale jej dom - już nie. Wró­ciła, żeby się na zawsze poże­gnać.

A potem - to. Cała jej wol­ność była taka kru­cha. Wycięta z papieru. Jedna wizyta u ojca wystar­czyła, żeby znik­nąć.

Pal­mera zosta­wiła na lot­ni­sku, myśląc, że nawet nie zdąży za nim zatę­sk­nić. Wróci za dwa tygo­dnie.

Poma­chała mu, gdy kabina kon­tro­lna prze­su­wała po niej świetl­nymi ostrzami. Zale­d­wie kiw­nęła pal­cem, a i tak maszyna zatrą­biła na nią, żeby się nie ruszała.

Ostatni raz zoba­czy się z ojcem, wróci i cał­ko­wi­cie odda się wol­no­ści.

Led­wie zdą­żyła wyjść z samo­lotu, a już poczuła dłoń na ramie­niu.

Sie­działa na pla­sti­ko­wym krze­sełku na komi­sa­ria­cie, wciąż fan­ta­zju­jąc o swo­ich "pra­wach". Pra­wach, które zosta­wiła tam, razem z nowym życiem.

Szyfr jej ter­mi­nala zła­mali w pięć godzin. A myślała, że jest nie­za­wodny. Zna­leźli jed­nak lukę, która oka­zała się bar­dziej nie­za­wodna. Podat­ność zero­dniową, zapewne wbu­do­waną we wszyst­kie ter­mi­nale na świe­cie, cze­ka­jącą wła­śnie na tę chwilę, żeby ją uwię­zić.

Jedy­nym, co nie­le­galne na ter­mi­nalu, była bez­pieczna apka do roz­mów, któ­rej uży­wali z Pal­me­rem. Jedyne łącze z nim. Zary­zy­ko­wała, bo czuła... co? Że musi coś mieć, co ich łączy, choćby cienką niteczkę. Bo ina­czej może zagubi się tu na zawsze. Obie­cała sobie, że będzie do niego pisać co naj­wy­żej raz dzien­nie. Albo nawet co parę dni. Jak naj­mniej, żeby unik­nąć wykry­cia.

Nie­znaczne ryzyko, mówiła sobie. Spo­sób na zapew­nie­nie samej sie­bie, że wróci zza żela­znej ściany Fede­ra­cji. Jej dom to Lon­dyn, to Pal­mer, i potrze­buje tego połą­cze­nia. Liny ratun­ko­wej.

Zaka­za­nej zachod­niej apli­ka­cji.

W momen­cie zatrzy­ma­nia przy­po­mniała sobie ury­wek Nie­usta­ją­cej dys­ku­sji:

"Od tej chwili rozu­mie­li­śmy, że pań­stwo jest wszę­dzie. Pań­stwo nie potrze­buje prze­wi­dy­wać naszych kro­ków, bo zawsze jest z nami. To ono kształ­tuje błędy, które popeł­nimy, i jest na miej­scu, żeby zabrać nas do wię­zie­nia, kiedy już je popeł­nimy".

Gdy pako­wali ją na tył busika, myślała, że jedzie do Publiczno-Pry­wat­nego Obozu Prze­my­sło­wego, w skró­cie PPOP. Z pew­no­ścią. Albo i do cze­goś gor­szego.

Bus stał jed­nak na par­kingu, póki straż­nik bez­pie­czeń­stwa lud­no­ści nie otwo­rzył tyl­nych drzwi, nie zwró­cił jej wyczysz­czo­nego ter­mi­nala i nie powie­dział, że nakłada się na nią "zwol­nie­nie warun­kowe". Szcze­góły wgrane są na ter­mi­nal, w tym dokładne gra­nice jej swo­body poru­sza­nia się, wyra­ża­nia się i roz­rywki. Odczy­tał sto­sowne para­grafy. Dzię­kuję i miłego dnia.

Busik wysa­dził ją pod domem i popę­dził obsłu­żyć kolej­nego oby­wa­tela.

Idąc na górę po scho­dach, wcho­dząc w pół­mrok klatki scho­do­wej, którą wbie­gała i zbie­gała tysiące razy jako dziecko, wie­działa, że już ni­gdy nie zoba­czy swo­jego życia w Lon­dy­nie. Ni­gdy nie zoba­czy Pal­mera.

Kiedy zaś ojciec otwo­rzył drzwi i ujrzała na jego twa­rzy prze­ra­że­nie na jej widok, zro­zu­miała, jak ogromny błąd popeł­niła.

Znisz­czyła wszystko i nie było już powrotu. Nie dało się już tego napra­wić.

Sto­jąc w kuchni, Lilja pod­nio­sła siatkę na zakupy. Się­gnęła do torby z mąką. Bir­nam był w środku.

Ale gdzie da się znik­nąć? Wie­działa: koło pojem­ni­ków na śmieci za blo­kiem jest mar­twy punkt. Zna­la­zły go dzie­ciaki bawiące się na podwórku. Tam spo­ty­kały się na bar­dziej tajne zabawy.

Dzieci zawsze wie­dzą, gdzie nie ma kamer.

Zarzu­ciła siatkę na ramię.

Nie poże­gnała się z ojcem. Nie mogła. W nor­malny dzień nie budzi­łaby go prze­cież, żeby się poże­gnać, gdy wycho­dziła po zakupy. A to musiało wyglą­dać jak każdy nor­malny dzień.

***

Za blo­kiem Lilja Wita­liewna Ryba­kowa wyszła z zasięgu kamery 0275-0q37858, wcho­dząc w tak zwany, w tech­nicz­nym żar­go­nie, "cień obser­wa­cyjny". Trzy sekundy póź­niej, sądząc po szyb­ko­ści kro­ków, powinna znów być widoczna, tym razem w kame­rze 0275-0q37878.

Co się ni­gdy nie stało.

Rozdział III

III

Pal­mer

Unia

Zosta­wili Pal­mera na dwie godziny na meta­lo­wym skła­da­nym krze­sełku w kory­ta­rzu. Świa­tło pada­jące przez zaro­śnięte bru­dem okna było bar­dziej szare niż niebo na zewnątrz.

Pal­mer ni­gdy nie był w tej dokład­nie czę­ści Lon­dynu, ale widział masę podob­nych miejsc. Pra­co­wał w takim wła­śnie Lon­dy­nie - wyco­fane z uży­cia ręcz­nie kie­ro­wane cię­ża­rówki usta­wione za żylet­ko­wym dru­tem, działki nie­użyt­ków, budynki z pęka­ją­cymi stiu­kami, odpa­da­ją­cymi kafel­kami, popla­mio­nym od desz­czu beto­nem, omsza­łymi cegłami.

W końcu kupi to wszystko jakaś kor­po­ra­cja, oczy­ści teren do zera i wystawi pre­fa­bry­ko­wane cen­trum logi­styczne, sto razy więk­sze od wszyst­kiego, co tutaj wcze­śniej było, w nocy pod­świe­tlone zim­nymi LED-ami. Z auto­ma­tycz­nymi waha­dło­wymi busami, żeby dowo­zić pra­cow­ni­ków, takich jak Pal­mer.

Ale za ogro­dze­niem zawsze były jesz­cze takie miej­sca, pozo­sta­ło­ści po poprzed­nich cza­sach. Tak wła­śnie Pal­mer i inni pra­cow­nicy maga­zy­nów zaczy­nali i koń­czyli każdy dzień pracy - spo­glą­da­jąc przez mar­twe okna do prze­szło­ści.

Siadł na krze­śle i patrzył, jak po ścia­nie peł­znie przy­tłu­miony blask słońca. Pod koszulą czuł pot. Z wierz­chu był spo­kojny, choć wie­dział, że to tylko pozór, błonka na powierzchni jego nie­po­koju. Pot mówił prawdę. Od tego, co się teraz sta­nie, zale­żało wszystko. Od tego, czy mu uwie­rzą.

W końcu otwo­rzyły się drzwi. Kobieta wycią­gnęła rękę. Wspo­mi­nał to póź­niej - jej cie­płą dłoń w miej­scu, gdzie był tylko chłód umar­łego prze­my­słu.

Meble wyglą­dały na śmiet­ni­kową zbie­ra­ninę - cięż­kie, zie­lone, meta­lowe biurko, sta­ro­świecka lampa z gru­bym kablem bie­gną­cym do gniazdka w dziw­nym miej­scu na ścia­nie. Kolejne skła­dane krze­sło, na któ­rym miał usiąść. Ściany puste, nie licząc pro­sto­kąt­nych jaśniej­szych plam wśród brudu, gdzie kie­dyś wisiały jakieś ramki.

Kiedy usia­dła, wyso­kie opar­cie fotela zama­ja­czyło nad jej głową. Splo­tła dło­nie na bla­cie biurka i powie­działa:

- Pro­szę mi wszystko opo­wie­dzieć.

Pal­mer się zawa­hał.

Kobieta dodała:

- Pró­buje pan zde­cy­do­wać, co mi powie­dzieć, a co nie. Ale jeśli chce pan odzy­skać Lilję, musi mi pan opowie­dzieć wszyst­kie szcze­góły. Bo nie będzie pan wie­dział, które z nich są ważne.

- A wy jeste­ście w sta­nie ją odzy­skać?

- Na począ­tek niech mi pan wszystko opo­wie. Na tym się oprzemy.

***

Póź­niej, na gór­nym pię­trze auto­busu, oparty nogami o poręcz, Pal­mer czuł się zawie­dziony roz­mową. Auto­bus lawi­ro­wał przez nocny pół­mrok mia­sta, pod roz­ma­za­nym w desz­czu świa­tłem latarń. Mdlące uczu­cie w żołądku wzma­gało się za każ­dym razem, gdy skrę­cał za róg na swój bru­talny, nie­ludzki spo­sób.

Dobrze się poczuł, w końcu o tym wszyst­kim mówiąc. Od mie­sięcy nikt nie chciał go słu­chać. Cho­dził ze swoją histo­rią z jed­nej pań­stwo­wej insty­tu­cji do dru­giej. Poka­zy­wał im ostat­nie wia­do­mo­ści od Lilji, opo­wia­dał, że wró­ciła tam, żeby po raz ostatni zoba­czyć ojca. Że kon­takt się urwał zaraz po wylą­do­wa­niu. Że miała już kupiony i opła­cony bilet powrotny, z któ­rego ni­gdy nie sko­rzy­stała. Miała wró­cić.

- Może po pro­stu nie chciała wra­cać - powie­dział jeden z rzą­do­wych biu­ro­kra­tów.

Nie, ona go nie zosta­wiła. Zabrali ją. Od mie­sięcy pró­bo­wał im to powie­dzieć, w jed­nym urzę­dzie za dru­gim.

Nikt nie słu­chał.

Dopóki nie ode­brał tele­fonu od tej kobiety. Obie­cała go wysłu­chać.

- Nie rozu­miem, czemu nikogo to nie obcho­dzi - powie­dział jej przez tele­fon. - Czło­wiek znika. Ginie. Może i nie ma naszego oby­wa­tel­stwa, ale to nie zna­czy, że jest nikim. To nie zna­czy, że nie jest czło­wie­kiem.

- Nas to obcho­dzi. Dla­tego dzwo­nię.

W końcu, w tym ponu­rym pokoju, opo­wie­dział tej kobie­cie wszystko.

Zaczął od momentu, gdy się poznali, w bez­i­mien­nym "ruin barze" w daw­nej hucie we wschod­niej Euro­pie, gdzie sie­działo się w pon­cho i piło kra­ftowe piwa, przez dziury po bom­bach i odłam­kach z prze­szłej wojny ciekł deszcz i dud­niła muzyka.

Tury­ści pokryli wszyst­kie ściany graf­fiti. Imiona, wul­garne obrazki, niby to głę­bo­kie myśli o życiu, komen­ta­rze na temat okrop­no­ści, które się tu działy - sprawy, któ­rymi pró­bo­wali się prze­jąć, ale tak naprawdę ich nie obcho­dziły. W jed­nym miej­scu ktoś wyma­lo­wał Buddę z prze­wie­szo­nym przez ramię kałasz­ni­ko­wem. Silił się na iro­nię. Na jego ciele wid­niały naba­zgrane imiona setek tury­stów.

Lilja stała pod scho­dami z piwem w jed­nej ręce i książką Nie­usta­jąca dys­ku­sja w dru­giej. Spoj­rzała w lewo, spoj­rzała w prawo. Zoba­czyła, że ją dostrzegł, i dosia­dła się do niego, jakby go roz­po­znała.

Wspo­mniał sto­lik, przy któ­rym sie­dzieli - olbrzy­mią drew­nianą prze­my­słową szpulę, usianą dziu­rami po kulach. Ktoś zeszli­fo­wał wszyst­kie drza­zgi, żeby nikt nie dziab­nął się w rękę przy piciu.

Tak wła­śnie wyglą­dała histo­ria wszę­dzie, gdzie jeź­dził - zawsze ktoś zeszli­fo­wał wszyst­kie drza­zgi.

Patrzył, jak inni dobrze się bawią, pod gir­lan­dami kolo­ro­wych lam­pek. Wspo­mi­na­jąc póź­niej tę scenę, miał wra­że­nie, że na nią tam cze­kał. Ale nie na nią kon­kret­nie. Cze­kał na cokol­wiek w ogóle.

Usia­dła przy stole. Zapy­tał ją o książkę.

- Aż boję się ją otwo­rzyć - powie­działa. - W moim kraju jest zaka­zana, ale jak tylko wysia­dłam z samo­lotu, od razu ją zoba­czy­łam, po angiel­sku, w księ­garni na lot­ni­sku, i kupi­łam. Wczo­raj. I dalej się boję. Tak ją ze sobą noszę... w moim kraju, w Fede­ra­cji, ta książka to wyrok śmierci. Wyrok śmierci za samo wypo­wie­dze­nie na głos jed­nego zda­nia z niej.

- Czyli to nie jest Mały książę.

- Nie wiem, co to Mały książę.

Parę minut póź­niej stwier­dziła:

- Chcę stąd wyjść.

- Czemu?

Objęła gestem dziury po kulach, ślady po niedź­wie­dzich pazu­rach arty­le­rii.

- To mój kraj im to zro­bił. Męczy mnie, że teraz ludzie tu sobie cho­dzą. Zado­wo­leni. A wcze­śniej to ich w ogóle nie obcho­dziło.

Od tej chwili byli razem. Razem prze­no­sili się z hostelu do hostelu, wzdłuż nowych szla­ków dla budże­to­wych tury­stów, na któ­rych dało się bez­piecz­nie pić piwko i szoty, jed­no­cze­śnie podzi­wia­jąc bli­zny po daw­nych woj­nach i bie­dzie.

Spa­ce­ro­wali wzdłuż falo­chro­nów, na któ­rych można było marzyć o daw­nych natu­ral­nych pla­żach, z cza­sów zanim ocean zabrał je z powro­tem.

Za falo­chro­nami wid­niały paski plaż z imi­ta­cji bia­łego pia­sku, wysy­py­wa­nego z auto­ma­tycz­nych wywro­tek. Spa­leni słoń­cem ludzie scho­dzili po roz­grza­nych meta­lo­wych schod­kach i nur­ko­wali w fale.

- Czemu aku­rat mnie wybra­łaś? - zapy­tał ją kie­dyś, wiele mie­sięcy póź­niej.

- W życiu nie spo­tka­łam nikogo, kto byłby bar­dziej angiel­ski.

W Lon­dy­nie widy­wali się codzien­nie. Była na sty­pen­dium, tylko tro­chę mniej nędz­nym niż jego tygo­dniówka. Zna­leźli sobie miesz­ka­nie. Kupili parę drob­nych mebli.

Zna­leźli się w związku, po pro­stu robiąc razem rze­czy, i nawet nie roz­ma­wiali o tym, co czy­nią i dla­czego.

Trudno to było wyja­śnić tej kobie­cie w paskud­nym pokoju. To się po pro­stu... zadziało, Pal­mer i Lilja nie zro­bili żad­nego kroku w tym kie­runku.

Tak naprawdę - i ta kobieta wytknęła mu to w poło­wie roz­mowy - o bar­dzo wielu spra­wach ni­gdy sobie nie mówili.

Wtedy wyda­wało mu się to logiczne - nie opo­wia­dała mu o swoim kraju, bo to było dla niej bole­sne. Nie opo­wia­dała o stu­diach czy pracy, bo on by tego nie zro­zu­miał. Sama mate­ma­tyka i kom­pu­tery.

Na kom­pu­te­rach on się nie znał. Dla niego to były urzą­dze­nia, które mówiły mu, do któ­rego pola w maga­zy­nie ma teraz iść. Upo­mi­nały, kiedy nie cho­dził wystar­cza­jąco szybko, infor­mo­wały, kiedy może zro­bić prze­rwę. Mówiły, kiedy wolno mu iść do toa­lety. Potrą­cały z wyna­gro­dze­nia, kiedy spóź­nił się pięć minut. Kom­pu­tery pil­no­wały, żeby dostał 2,5 pro­cent pre­mii, jeśli trzy razy w tygo­dniu pój­dzie na siłow­nię. Kom­pu­te­rów nie obcho­dziło, że boli go kolano. Kom­pu­tery wysy­łały mu ani­ma­cje, poka­zu­jące, jak szyb­ciej cho­dzić, jak efek­tyw­niej się­gać po przed­mioty, jak "opty­ma­li­zo­wać ruchy".

Kom­pu­tery mówiły mu, co ma robić i jak. Tyle o nich wie­dział.

I nie chciał o tym z Lilją roz­ma­wiać. Bo kto by chciał? O nic nie­war­tej pracy, o jego nic nie­war­tym dzie­ciń­stwie. O nic nie­war­tym czło­wieku, któ­rym wciąż był, gdy nie miał jej przy sobie.

Nie opo­wia­dał więc o maga­zy­nie, a ona nie opo­wia­dała o tym, co robi na uczelni.

Czy zatem w ogóle roz­ma­wiali? Cały czas. Ale o bie­żą­cych rze­czach. O książce czy­ta­nej przez któ­reś z nich. O oglą­da­nych stru­mie­niach. Ona lubiła te gene­ro­wane maszy­nowo. Fascy­no­wały ją. Nauczyły ją wszyst­kiego, co potrze­bo­wała wie­dzieć, żeby myśleć jak czło­wiek Zachodu.

Modele języ­kowe, które je gene­ro­wały, były w jej kraju nie­le­galne. Jego rząd twier­dził, że są pełne zachod­nich uprze­dzeń. W Fede­ra­cji mieli swoje wła­sne, auto­cen­zu­ru­jące się, patrio­tyczne maszyny do pisa­nia histo­rii dla swo­ich oby­wa­teli. O czym? O tym, jak być dobrym czło­wie­kiem. Tak samo jak tutaj. Choć być dobrym czło­wie­kiem zna­czyło tam coś zupeł­nie innego.

Czy dobre były te opo­wie­ści? Tak, bar­dzo dobre. Wła­śnie na tym pole­gał pro­blem.

Pal­mer nie cier­piał gene­ro­wa­nych maszy­nowo histo­rii. Zno­sił je, dla niej, ale sam wolał rze­czy arty­styczne - cer­ty­fi­ko­wane, wolne od maszy­no­wych tre­ści, pisane i ekra­ni­zo­wane tylko przez żywych ludzi. Nie prze­szka­dzało mu, że sub­skryp­cje takich stru­mieni są droż­sze. To było tego warte - maszy­nowo gene­ro­wane dra­maty opo­wia­dały tysiące histo­rii, lecz one wszyst­kie wyglą­dały tak samo.

Nagle któ­re­goś wie­czoru przy­nio­sła do domu dio­ramy. Dwie, po jed­nej dla każ­dego z nich.

Pro­jekt z zajęć, powie­działa. Pra­co­wała nad nowym typem inter­fejsu. Indu­ko­wa­nym splą­ta­niem sieci neu­ro­no­wych. Bez­prze­wo­do­wym łączem czło­wiek-kom­pu­ter, nie­ogra­ni­czo­nym odle­gło­ścią, do eks­pe­ry­men­tal­nych gier i prze­sy­ła­nia rze­czy­wi­sto­ści wir­tu­al­nej. Kie­dyś będzie tak można ste­ro­wać swoim awa­ta­rem w grze - samymi myślami. Wię­cej - można będzie żyć w grze, jak we śnie na jawie.

Pal­mer momen­tami dostrze­gał bystrość Lilji, jej geniusz, lecz tego wie­czoru zoba­czył go z bli­ska w całej oka­za­ło­ści. Jej nad­zwy­czajny umysł...

A także prze­paść pomię­dzy nimi. On był z tych, któ­rym kom­pu­tery mówią, kiedy ma iść do toa­lety. Ona - z tych, co pro­jek­tują kom­pu­tery robiące rze­czy, któ­rych nikt dotąd nie robił.

Te dio­ramy były jed­nak tylko pro­to­ty­pem. Chciała, żeby pomógł jej w beta testach tych urzą­dzeń.

Tego wie­czoru padał śnieg - ostat­nio wielka rzad­kość, nawet pod­czas tych naj­ostrzej­szych zim. Mokre płaty bie­lały w świe­tle latarń i roz­ta­piały się, jak tylko spa­dły na chod­nik. Pamię­tał szum jadą­cych ulicą w dole samo­cho­dów.

Usie­dli przed dio­ra­mami. Nie było to nic impo­nu­ją­cego, takie skrzy­neczki, kwa­dra­towe i nija­kie, nie więk­sze niż dłoń, zro­bione z sza­rego metalu, z jed­nej strony otwarte. Po pro­stu puste bla­szane pudełka. Zało­żył na głowę opa­skę, którą mu dała - wyglą­da­jącą byle jak koronę z dru­karki 3D. Bar­dzo to beta. Ona nało­żyła swoją i wzięli po pigule.

Piguły były łagod­nym halu­cy­no­ge­nem, jak wyja­śniła - dzięki niemu sieć neu­ro­nowa robiła się bar­dziej podatna na splą­ta­nie. Kre­śliła sym­bole przed ekra­nem pod­łą­czo­nego do skrzy­nek uczel­nia­nego ter­mi­nala - wiel­kiego, cięż­kiego z wyglądu, jakiego ni­gdy wcze­śniej nie widział i potem już ni­gdy nie zoba­czył.

Wga­piał się w pudełko, jak mu kazała, nie spo­dzie­wa­jąc się niczego. Śro­dek zaczął dzia­łać - zła­pał się na tym, że aż chi­cho­cze, takie to głu­pie. Jaką ona ma poważną minę, gapiąc się w swoją skrzynkę.

Nagle w jego skrzynce coś się zaja­rzyło. Małą prze­strzeń wypeł­niła płasz­czy­zna koloru, podzie­liła się, wyostrzyła we wzgó­rze, niebo, wierzbę - i mło­dego męż­czy­znę pod wierzbą, z książką. Nie przy­po­mi­nało to ekranu, raczej holo­gram. Ale bar­dzo reali­styczny - świat, który poja­wiał się tam i wypeł­niał prze­strzeń pudełka, był oddany w naj­mniej­szych szcze­gó­łach.

Nachy­liw­szy się bli­żej, widział nawet tytuł książki: Mały książę.

W dio­ra­mie Lilji Tamiza pły­nęła obok par­la­mentu. A na Tami­zie - mała łódeczka. W łódeczce - męż­czy­zna i kobieta, któ­rych twa­rzy nie widział, bo były odwró­cone. Wie­dział jed­nak, że to oni, Lilja i on, razem.

- Co to za gra?

- To nie gra. To jest to, co jest w tobie. Cho­ciaż... nie­zu­peł­nie. To jest jakby tłu­ma­cze­nie tego, co masz w sobie. Tego stanu.

- Jak to moż­liwe?

Źre­nice miała roz­sze­rzone od table­tek. Kiedy Pal­mer poru­szył głową, cały pokój zafa­lo­wał mu jak flaga na wie­trze.

- Pra­cuję nad usta­le­niem tego - odparła Lilja. - Ale jedną rzecz chcia­ła­bym wie­dzieć. Gdzie w two­jej dio­ra­mie jestem ja?

- Jesteś tą wierzbą. I wzgó­rzem, i nie­bem. Nawet tą książką. Wszystko to ty.

***

W malut­kiej kawa­lerce, gdzie miesz­kali razem, dwie dio­ramy wciąż stały jedna przy dru­giej na środku stołu.

Jego dio­rama poka­zy­wała teraz prze­krój farmy mró­wek. Mrówki wędro­wały pia­sko­wymi tune­lami, pra­co­wi­cie doglą­da­jąc jaj i przy­no­sząc pokarm.

Wyglą­dała tak od wielu dni. Wypa­trzył nawet w niej mrówkę, którą uznał za sie­bie. Mrówkę Pal­mera. Miała jaśniej­szy tułów niż inne. Cho­dziła tymi samymi ścież­kami, zajęta jak wszyst­kie. Od czasu do czasu jed­nak przy­sta­wała i uno­siła głowę, jakby nasłu­chu­jąc czy patrząc poza szkło. Potem, posztur­chi­wana i popy­chana przez inne, ruszała w dal­szą drogę.

Scena w dio­ra­mie Lilji była od tygo­dni taka sama. Dziew­czyna cho­dziła tam i z powro­tem po leśnej pola­nie, na tle ciem­nej linii drzew, z pniami usta­wio­nymi tak gęsto, że nawet nie dałoby się mię­dzy nimi przejść. Cho­dziła, potem sia­dała, znów wsta­wała, znów cho­dziła. Cza­sami popa­try­wała w niebo. I tyle.

Zaczęło mu się wyda­wać, że to jakieś splą­ta­nie pomię­dzy nią a dio­ramą. Może dio­rama się po pro­stu zapę­tliła i odtwa­rza jej ostat­nie uczu­cia sprzed zerwa­nia połą­cze­nia.

Teraz jed­nak uka­zała się nowa scena. Znaj­do­wała się w głębi lasu. Była noc, ze wszyst­kich stron ota­czały ją grube pnie. Sie­działa i grzała dło­nie przy małym ogienku, z któ­rego uno­siły się iskry, lecące ku kra­wę­dzi dio­ramy.

To jest to, co jest w tobie. Cho­ciaż... nie­zu­peł­nie. To jest jakby tłu­ma­cze­nie tego, co masz w sobie. Tego stanu.

Coś się w niej zmie­niło, gdzie­kol­wiek była.

Żyła i coś się zmie­niło.

Taką wła­śnie wia­do­mość, pierw­szą od mie­sięcy, wysłał ter­mi­na­lem do jedy­nej osoby, która chciała go słu­chać. Dło­nie mu się trzę­sły, gdy pisał:

W JEJ DIO­RA­MIE COŚ SIĘ ZMIE­NIŁO. COŚ MUSIAŁO SIĘ JEJ PRZY­DA­RZYĆ.

Patrzył, jak awa­tar Lilji grzeje dło­nie nad ogniem. Iskierki pod­la­ty­wały tak bli­sko brzegu dio­ramy, jakby miały z niej wyle­cieć i osma­lić drew­niany blat stołu.

Wycią­gnął ręce do dio­ramy, jakby chciał poczuć to cie­pło.

Ter­mi­nal pik­nął.

NI­GDZIE SIĘ NIE RUSZAJ. JUŻ JADĘ.

Rozdział IV

IV

Pre­zy­dent / Niko­łaj

Fede­ra­cja

Pre­zy­dent patrzył, jak dok­tor Niko­łaj Aga­pow zmie­rza w jego stronę.

Męka to była przy­glą­dać się temu, jak ludzie peł­zną, uwię­zieni w swo­jej gala­re­to­wa­tej atmos­fe­rze. Męka to była słu­chać, jak ich głosy roz­ma­zują i roz­cią­gają słowa.

Pre­zy­dent, kiedy się uparł, żeby zop­ty­ma­li­zo­wać mu pro­cesy umy­słowe, by dzia­łały trzy­krot­nie szyb­ciej od stan­dar­do­wego mózgu, nie wie­dział, że przy­nie­sie to taki sku­tek.

Wła­sne ruchy też wyda­wały mu się powolne, ale była w nich gra­cja, był sens. Zanim się ode­zwał, zdą­żył prze­ana­li­zo­wać twa­rze ludzi, do któ­rych mówił. Pod­su­mo­wać ich nastroje i dopa­so­wać do nich reak­cję. Sta­ran­nie dobrać słowa. Co zamie­rza osią­gnąć? Uspo­koić ich? A może prze­bić się przez ich pan­ce­rze jak ładu­nek kumu­la­cyjny, do skry­wa­nej pod spodem bez­bron­no­ści?

Inni mówili bez celu, żeby tylko mówić.

- Dzień dobry, eks­ce­len­cjo - powie­dział Niko­łaj.

Czy może bar­dziej wyję­czał przez lepką war­stwę spo­wol­nio­nego czasu.

Pre­zy­dent już nie mówił ludziom "dzień dobry". Nie wda­wał się w luźne gadki. Zbyt bole­sne było słu­chać, jak wykrztu­szają z sie­bie i obśli­niają nie­składne urywki zdań.

W końcu Niko­łaj zna­lazł się przy nim. Pre­zy­dent sku­pił się z powro­tem na świe­cie. Niko­łaj pod­wi­nął pre­zy­dencki rękaw. Spraw­dził pre­zy­dencki puls, po sta­ro­świecku, na prze­gu­bie, licząc ude­rze­nia i patrząc na sekund­nik dro­giego zegarka mecha­nicz­nego.

Niko­łaj Aga­pow był jedyną ludzką istotą, któ­rej wolno było go doty­kać. Kiedy widział przy­bli­ża­jącą się do jego ręki dłoń, jej pie­go­watą skórę z czar­nymi wło­sami, zawsze miał ochotę ją odtrą­cić. Lecz gdy już go dotknęła, pal­cami wyczu­wa­ją­cymi puls - ona, która jako jedyna ma zgodę na kon­takt z cia­łem przy­wódcy - wyda­wało się to czymś wła­ści­wym.

Może to, co jest z nim nie tak, da się napra­wić. Może dok­tor będzie miał odpo­wiedź.

Lecz gdy tylko pomy­ślał te słowa, od razu wie­dział, że to nie­prawda. Patrzył z rana w lustro. Widział to. Śmierć. Znów go dopada.

Będzie ją trzeba poko­nać. Znowu.

- No i?

Niko­łaj czuł bicie serca pre­zy­denta jak szept pod opuszką kciuka. Spoj­rzał mu w twarz - wymo­de­lo­waną, która miała przy­po­mi­nać tę wcze­śniej­szą, przed nią, choć nie zanadto. Przy­po­mi­nać na tyle, aby budzić zaufa­nie. Nie nazbyt jed­nak podobną, żeby nie zwra­cać uwagi na to, co i tak wszy­scy wie­dzieli, lecz o tym nie wspo­mi­nali.

Niko­łaj zapro­te­sto­wał kie­dyś, mówiąc, że ludzie domy­ślą się, co się dzieje, kiedy kolejny przy­wódca będzie wypo­wia­dał się i zacho­wy­wał się dokład­nie tak jak poprzedni. Kro­tow powie­dział mu wtedy, że pań­stwa nie inte­re­suje, czy ludzie wie­rzą w jego kłam­stwa. Pań­stwa nie inte­re­suje moż­li­wość wia­ry­god­nego zaprze­cze­nia. Każde dobre kłam­stwo da się zde­ma­sko­wać, jeśli ktoś się odpo­wied­nio przy­łoży. Nie, mówił Kro­tow: nam potrzeba nie­wia­ry­god­nego zaprze­cze­nia. Kłam­stwa, które spo­łe­czeń­stwo od razu przej­rzy na wylot, ale będzie musiało uda­wać, że w nie wie­rzy. Nawet przed sobą.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki