Gdzie sypiają dzikie konie - Łukasz Barys

Kup ebooka

39.99 zł
33.19 zł (29,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Kamil

Śniłem o samolotach, które nie mogą odnaleźć swoich lotnisk i wiszą w powietrzu tak długo, aż po prostu znikają. Potem o Basi, we śnie mnie nie pamiętała i chciałem coś powiedzieć, ale ona nie mogła mnie usłyszeć, więc w końcu zamiast mówić, zacząłem machać rękami. Pamiętasz te gołębie z przystanku przed blokiem, chciałem powiedzieć, i w końcu spojrzała na mnie, ale tak, jak się patrzy na gołębia, nie zwróciła na mnie uwagi.

Mama mną potrząsnęła i obudziłem się. Stała nade mną i wciąż potrząsała, aż powiedziałem, że za chwilę wstanę i że musi mi dać się ubrać, wtedy wreszcie odwróciła się i poszła na dół. Jeszcze na chwilę zamknąłem oczy, ale zaraz wstałem, nie mogłem przecież ponownie zasnąć, wciągnąłem spodnie i bluzę, bez skarpetek zszedłem do kuchni, gdzie stała nad kubkiem herbaty i kromką chleba, z dłonią zaciśniętą na rączce walizki, w kurtce i Adidasach. To dla mnie?, spytałem, tak, odpowiedziała, dzięki, powiedziałem, ale nie zjadłem, nie mógłbym nic przełknąć tak wcześnie rano. Wciąż nie wzeszło słońce, kropla światła zdążyła jednak poruszyć ciemność, niebo stało się granatowe, a potem z mebli i ścian zaczął schodzić kożuszek szarości, miałem ochotę go zdrapać, byłoby szybciej.

Wziąłem walizkę i poszedłem z mamą do samochodu. Wciąż zerkała na telefon i zegarek, do lotu pozostały trzy godziny, ale i tak bała się spóźnienia. Nawet nie próbowałem protestować, gdy zarządziła wczesną pobudkę, wiedziałem, że nie zgodzi się jechać później, umarłaby z nerwów.

Wszędzie liście, wszędzie zieleń, która strząsała z siebie noc, czerwcowa zieleń pól i kwitnących drzew. Rześki zapach porannego powietrza. We śnie był listopad, szarość i mrok, ciekawe dlaczego, zastanawiałem się, miałem dużo czasu, bo żadne z nas nic nie mówiło. Jazda wiejską drogą, a potem przez las, krótko, ale zawsze, i wreszcie następna wieś, śpiące duże domy i podwórka śniące świat bez ludzi. Głowa mnie bolała, za dużo ekranów, za mało naturalnego światła, stwierdziłem. Mama kręciła się na siedzeniu obok. I w końcu Łódź, na początku dziwna, nieróżniąca się za bardzo od wsi, aż nagle zaczynały się osiedla i kamienice, nieliczne samochody, które mijaliśmy, ciekawe, co robią ci ludzie, że muszą tak wcześnie wstawać, zastanawiałem się.

- Dziś urodziny dziadka - powiedziała mama. - Pamiętasz?

Łódzkie lotnisko, do którego niebieską wstążką prowadzi nas Google Maps, mieści się dość blisko Janowic, o tej porze podróż zajęła nam dwadzieścia minut. Wiedziałem, że tak będzie, ale trudno, skoro tak chciała, to będzie czekać. Wjechałem na teren lotniska, zatrzymałem się w strefie KISS AND RIDE. Dość niezręcznie stawać tu z mamą, ale nie da się inaczej. Powiedziała, że dziadek czeka na nas i że będzie mu smutno, jeśli nie przyjdziemy, choć nie da tego po sobie poznać. Mruknąłem coś w odpowiedzi. Powiedziała, że wie, że nie chce mi się iść do dziadka, ale chyba mogę poświęcić mu wieczór, co takiego mam do roboty. Bawiłem się drążkiem, zmieniałem biegi.

- No dobrze, tylko dziś poniedziałek - powiedziałem.

- No tak, dziś poniedziałek - odpowiedziała.

- Jutro mam pracę.

- Przecież nie musicie długo siedzieć.

Złapała mnie za dłoń, którą trzymałem na drążku, natychmiast ją cofnąłem.

- Nie rób tak, skrzynia może się popsuć - powiedziała.

- Dobrze.

- Zadzwonisz do Pawła? W ogóle do siebie nie dzwonicie. Powiedz mu o urodzinach. Może kupicie coś dziadkowi. Kupcie też coś od Karo.

- Tak, zadzwonię. Tak, kupię.

Na tabliczce KISS AND RIDE było napisane, że dają nam pięć minut, ale przecież to bardzo dużo, nie rozmawiałem z mamą przez pięć minut od bardzo dawna. Ciekawe, czy nad lotniskiem mogą latać ptaki, na przykład gawrony albo gołębie? Prawdopodobnie tak, przecież nie da się ich stąd przegonić. A może się da, może istnieją jakieś specjalne systemy stworzone do tego celu? A może gołębie naprawdę potrafią porwać samolot?

- Możesz zadzwonić, zagadnąć, co tam u nich. Iść z Olusiem na spacer. Paulina będzie się cieszyć.

- Mamo, bo się spóźnisz.

- Jesteś na mnie zły, że lecę?

- Nie, dlaczego?

- Bo może wolałbyś, żebym została w domu?

- Też masz prawo odpocząć.

- No właśnie, tak pomyślałam. To mogę lecieć?

- Jesteśmy na lotnisku.

- Ale przecież możemy zawrócić do domu.

- Nie no, leć.

Pomogłem mamie wyjąć walizkę. Pociągnęła ją za sobą w stronę terminalu; patrzyłem zza kierownicy, jak rozsuwają się przed nią drzwi, za którymi czekało na nią to, co nie pozwalało jej ostatnio spać - odprawa, hala odlotów, taśmy bagażowe. Pewnie będzie teraz siedzieć i stresować się, że samolot odleci bez niej, mimo że przyszła na czas, zastanawiać się, czy na pewno wszystko dobrze zrozumiała. Wzruszyłem ramionami, nie bardzo obchodziło mnie tak naprawdę, co będzie robić w Budapeszcie, przecież miała prawo od nas odpocząć, ode mnie, od Karo, taty.

Wpisałem w Google Maps adres Basi, nasz adres, sam nie wiem dlaczego. Nie powinienem tego robić, ale to zrobiłem.

Blok na Retkini, wiedziałem, że to blisko, ale nie wiedziałem, że aż tak. Ruszyłem, zostawiłem za sobą lotnisko, ruszyłem prosto do świata ludzi, a świat upiorów zostawiłem za sobą. Właściwie wciąż miałem przy sobie klucze, mogłem zaparkować i wdrapać się na górę, położyć obok Basi, a rano udawać, że nic takiego się nie stało (o ile nie zmieniła zamków), że osiem miesięcy temu nie uciekłem do rodziców, że te osiem miesięcy rozpuściło się gdzieś w połowie drogi między nocą a dniem, że te osiem miesięcy to była godzina przed świtem, gdy sąsiedzi się budzą, w bloku naprzeciwko zapalają się światła i przez chwilę widać obce ręce i łokcie, a teraz wreszcie nadszedł dzień i obudziłaś się w moich ramionach, przecież tego właśnie chciałaś, prawda? Zaparkowałem pod blokiem i stałem tak, słuchałem muzyki, Simon and Garfunkel, przecież mogła z kimś spać, dlaczego sądziłem, że spała sama? Minął mnie samochód, obserwował mnie gołąb, a potem cisza, bo przecież cichy warkot naszego rodzinnego Citroëna nie mógł zakłócić spokojnego snu tego osiedla i wszystkich jego ludzi, ptaków i samochodów.

Pokręciłem się trochę po osiedlu, ale nic się nie zmieniło. Znowu zaparkowałem pod naszym blokiem i stałem tak, aż zobaczyłem, że przygląda mi się jakiś mężczyzna z psem, więc od razu ruszyłem, jakbym otrząsnął się ze snu, pewnie wyglądało to podejrzanie. Poczułem złość na tego porządnickiego faceta, który widział we mnie i w moim tanim aucie złodziejski potencjał, przyspieszyłem i zostawiłem Retkinię za sobą, a po trzydziestu minutach wjechałem na podwórko. Gdy wysiadłem z samochodu, poczułem na twarzy uderzenie wiatru szalejącego od rana po polu, omiatającego dom i rosnące przy siatce sosny. Nie zatrzymał się na mnie, tylko popędził dalej, na pole za naszą stodołą, w następną pustkę, którą można obiec, a potem zostawić taką samą.

Wszedłem na górę, położyłem się do łóżka. Mama pewnie kręciła się teraz po lotnisku, jak ostatnia kobieta na świecie, i nieustannie sprawdzała, czy to na pewno dobre lotnisko. Siadała i wyciągała bilety, czytała, co ma na nich napisane, upewniała się, że LODZ, a potem może sprawdzała w telefonie, ile lotnisk mieści się w Łodzi.

Może i miała rację, że się denerwowała, fakt, że znaleźliśmy się na dobrym lotnisku nie przesądza, że wsiądziemy do dobrego samolotu. Powinienem zapisać to zdanie, ale zasnąłem i wszystko to, podróż mamy, stukot kół walizki o chodnik, mama kręcąca się po terminalu, podobna do obijającej się o ściany akwarium ryby, i ja, kręcący się po osiedlu Basi jak podrzędny gangster, nabrało absurdalnego charakteru. Naprawdę tam pojechałem, po ośmiu miesiącach nieobecności, naprawdę to zrobiłem? Naprawdę, a może mi się śniło? A może i to, i to? Sam nie wiedziałem.

Obudziłem się z czkawką. Słońce wisiało wysoko, dumne i zdziwione, że mogłem w nie zwątpić - dotarło do mnie, że mama wspominała coś o urodzinach dziadka i że to dzisiaj, i że powinienem na nie pójść, ponieważ dziadek będzie na nas czekał, a mama leci teraz pewnie nad Słowacją i zaraz będzie się zniżać, by wylądować na lotnisku w Budapeszcie. Jak ona się tam odnajdzie? Może osoba, z którą leci, nią pokieruje. Nie chciała powiedzieć, kto to, ale podobno z kimś leciała, z jakąś koleżanką poznaną w internecie, kimś takim. Powinienem zadzwonić do Pawła. Tak mi powiedziała. No tak, smuciła się, że mało ze sobą rozmawiamy, a przecież bracia powinni ze sobą rozmawiać. Sam nie wiem, to przecież żaden obowiązek rozmawiać z bratem. Jeśli do mnie zadzwoni, porozmawiam z nim, ale nie będę do niego dzwonił, znowu na mnie warknie albo coś takiego. Według niego mam fobię społeczną i powinienem się leczyć. Nie powiedział tego, ale widziałem po nim, że tak uważa. Kto wie, może to jeden z objawów fobii. A może po prostu dobrze znam Pawła. Gdyby ktoś oglądał nas z boku i miał coś w rodzaju rentgena do prześwietlania ludzkich głów, to nigdy by się nie domyślił, że jesteśmy braćmi.

Paweł miał dwadzieścia dziewięć lat, ja miałem dwadzieścia sześć, a nasza siostra, Karo - piętnaście. Teraz siedziała w szkole, dlatego wyszedłem ze swojego pokoju w samym ręczniku i skierowałem się pod prysznic. Tata miał pięćdziesiąt osiem, od dawna przebywał na policyjnej emeryturze, ale dorabiał sobie na ochronie, biorąc całodobowe zmiany. Powinienem wymieniać dalej. Dziadek miał osiemdziesiąt, a mama pięćdziesiąt cztery. Więc mama miała Pawła w wieku dwudziestu pięciu, a mnie w wieku dwudziestu ośmiu, bo pięćdziesiąt cztery minus dwadzieścia sześć to dwadzieścia osiem. Tata miał mnie w wieku trzydziestu dwóch, a Karo dopiero w wieku czterdziestu trzech. Nieźle, wciąż zostało mi trochę czasu. Dziadek miał mamę w wieku dwudziestu sześciu, ale to dziadek, dawno temu. Babcia umarła w wieku siedemdziesięciu siedmiu, ponad roku temu. Ile lat żyją gołębie?

Wtarłem we włosy odżywkę mamy, którą znalazłem wśród buteleczek z płynami, i stałem tak, nagi, bo na etykiecie napisano, by poczekać przed spłukaniem pięć minut. Nie planowałem myć głowy, po prostu spociłem się w trakcie snu, zapewne ze stresu. Stałem tak i wpatrywałem się w swój brzuch, zastanawiałem się, czy nie za bardzo mi ostatnio urósł. Bałem się wejść na wagę, wciągnąłem brzuch, stwierdziłem, że urósł, i po prostu spłukałem odżywkę z włosów, to i tak nie miało sensu, skoro przytyłem.

Może powinienem był dziś na nią poczekać. Nie wchodzić do mieszkania, po prostu poczekać, aż zejdzie. Wstawała bardzo wcześnie rano, ubierała się, malowała i szła do kancelarii, gdzie siedziała do wieczora. Mógłbym ją złapać na przystanku. Co tu robisz?, spytałaby. Nic, odwoziłem mamę na lotnisko i postanowiłem się zatrzymać, odpowiedziałbym. No to miłego postoju, powiedziałaby. I odeszłaby, oddzieliłoby nas od siebie stado gołębi, które pilnowało przystanku od zawsze. GRU, GRU, GRU, powiedziałyby łódzkie gołębie, by mnie przegonić, ponieważ Basia zasługiwała na coś więcej niż idiotę, który ją porzucił, bo nie mógł znieść swojego niedołęstwa.

Wyszedłem spod prysznica i wróciłem do swojego pokoju, to znaczy naszego pokoju, mojego i Pawła, ale obecnie zajmowanego tylko przeze mnie. Ze ścian uśmiechali się Kurt Cobain oraz Axl Rose, a na szafkach wisiały wycięte z podręcznika od polskiego wiersze Miłosza i Herberta, a nawet Klemensa Janickiego i Jana Kochanowskiego. No i Marcina Świetlickiego, i Jacka Podsiadły. Pamiętam, że zawsze kłóciłem się z bratem o te wiersze i plakaty, dlatego przyklejałem je tylko na meblach należących do mnie i na ścianie nad moim łóżkiem. Paweł kompletnie ignorował sztukę, nawet pieśni patriotyczne czy religijne, które mnie niesamowicie wzruszały. Może dlatego zostałem poetą, a on programistą. Może dlatego wziął ślub i wybudował sobie dom, a mnie zabrakłoby oszczędności choćby na zakup drzwi wejściowych. No ale przynajmniej miałem swoją książkę z wierszami, którą napisałem dawno temu i w sumie nie wiadomo po co, bo dziś się tego raczej wstydziłem.

Zastanawiałem się nad naturą czasu, wróciłem do łóżka,

nie miałem co robić,

czas stanął, a mnie zmienił w lodowatą kukłę,

stwierdziłem,

że przestał pędzić do przodu,

słońce zawisło nad nami,

zamarło,

więc siedziałem tak po prostu,

Paweł, Karo, rodzice,

siedzieli tu ze mną, czułem ich zapach,

samolot odleciał

i wisiał na niebie,

Paweł całe dnie spędzał przed komputerem,

wściekał się, że nakleiłem na meblach wiersze,

Paweł całe dnie spędzał przed komputerem

i chował się w nim ze swoim złamanym nosem

i z pięścią Bartosza Tkaczuka,

którą wciąż na nim czuł, prawdopodobnie,

tak, na pewno,

Bartosz wciąż łamał mu ten nos od nowa.

Siedziałem w domu rodzinnym, miałem nad sobą Kurta Cobaina. Napisała do mnie Marlena. Kurt Cobain uśmiechał się delikatnie, prawie męczeńsko, ale przecież nie. Może i różniłem się od Pawła, może i do niczego się nie nadawałem, zawiodłem swoich rodziców i Basię, ale co miałem zrobić? Marlena napisała. W poniedziałki zawsze pisała, zawsze. I co poniedziałek bałem się, że nie napisze. I że napisze, też się bałem. Właściwie to dziwiłem się, że wciąż to robi. Może traktowała mnie jak odświeżacz powietrza, element higieny osobistej, konieczną dawkę cielesności w swoim wypreparowanym z emocji, idealnym korporacyjnym życiu, w którym wszystko wydawało się zgadzać (może poza relacją z córką, ale na to będzie czas potem), a może naprawdę coś do mnie czuła. Brałem do ręki telefon, odkładałem i znowu po niego sięgałem.

Karo

Obudziła mnie walizka, stukot kółeczek na schodach i dopakowywane na ostatnią chwilę ubrania. Słuchałam ich kroków, wyobrażałam sobie, co robią ze sobą i z walizką, ale się nie podniosłam, aż wreszcie wyszli. Przez okno widziałam, że pakują walizkę do samochodu, przez drugie okno, że wyjeżdżają - na lotnisko, tego nie widziałam, ale przecież wiedziałam, dokąd jadą.

Ogarnęłam się i ubrałam, chciałam zniknąć, zanim wróci Kamil. Jednak pojechała, a wyobrażałam sobie, że w końcu stchórzy i zostanie w domu, okaże się, że koleżanka z internetu wcale nie istnieje, a podróż do Budapesztu zostanie odsunięta na wieczne nigdy. Nevermind, pojechała, to pojechała, trudno. No dobra, wolałabym, żeby została albo chociaż zabrała mnie ze sobą, martwiłam się o nią i o naszą rodzinę. Stuk, stuk, stukotanie kół walizki. Na schodach, w kuchni, na schodach i na podwórku, a potem walizka wylądowała w bagażniku. Ostatnie, czego chciałam, to rozmawiać z Kamilem, gdy wróci z lotniska, więc musiałam się spieszyć.

Jezu, przepraszam, że to mówię, ale to trochę żenujące, że się wprowadził z powrotem, zaczął pracę w szkole i po prostu tu siedział, zamiast zrobić cokolwiek ze swoim życiem. Nie wyobrażałam sobie, jak można aż tak wszystko spieprzyć.

Wrócił w listopadzie poprzedniego roku. Pamiętam, strasznie wiało, a ja chciałam się w coś zmienić, w inną siebie, wysportowaną i chudszą. Biegałam wraz z Nelą po Janowicach, chociaż było nam zimno, a w płucach czułyśmy gryzący dym unoszący się z kominów. Wróciłam do domu spacerem, zerkałam co chwilę na telefon i zastanawiałam się, ile więcej spaliłabym kalorii, gdybym biegła, zamiast iść, i nie potrzebowała oddechu, bo oddechu przecież zawsze zabraknie, ale nie miałam więcej siły na bieganie i bałam się, że dostanę raka, bo wprost mdliło mnie od tych wyziewów, a wiadomo przecież (w sensie nie wszyscy o tym wiedzą, ale powinni), że podczas biegania wciąga się do płuc tego o wiele więcej, niż na przykład chodząc. Wiesz, wolę zaryzykować niż się całkowicie spaść, powiedziała mi któregoś razu Nela. W sumie masz rację, stwierdziłam, choć nie do końca się z nią zgadzałam.

Spocona i śmierdząca władowałam się tamtego dnia do domu, chciałam po prostu przemknąć na górę, a prawie przewróciłam się o walizkę, którą ktoś zostawił na werandzie. Jezu, przeraziłam się, Paweł rozwiódł się z Pauliną i teraz będzie mieszkał z nami, wpadłam do salonu, ale tam stał Kamil i przepraszająco uśmiechał się do rodziców. Nikt nic nie mówił. W telewizji leciało Na Wspólnej. Zauważywszy mnie, brat machnął lekko ręką. Nie wiedziałam, co miał oznaczać ten gest. Dawno nie widziałam nic tak żałosnego.

W końcu wziął walizkę i poszedł na górę. Szłam za nim, wciąż spocona i śmierdząca, bo przecież się nie wykąpałam. Kamil wszedł do ich pokoju, który przez cały czas, odkąd się wyprowadzili, służył za suszarnię. Powiedział, że na trochę tu zamieszka, usiadł na kanapie i zaczął głupio podskakiwać. Następnie wstał i przesunął pod okno suszarkę ze zwisającymi z niej, podobnymi do trupów ubraniami - wielkimi majtasami taty, koronkowymi stanikami mamy, a także, co wywołało u mnie ciarki żenady, moją bielizną.

- Biegasz? - zagadnął głupio.

- Trochę.

- Słaba pogoda na treningi, nie?

- No nie za dobra.

- Ten wiatr, nie?

- Tak.

- Jak tam rodzice? Wkurzają cię?

- Nie wiem.

- Nie?

- No czasami tak.

Znowu zaczął podskakiwać i zaraz przestał.

- Pewnie nie są zadowoleni z tego, że wróciłem. Stracą suszarnię.

- Hmm - mruknęłam.

- Trochę tu pomieszkam, potem coś sobie znajdę. Nie martw się. Odzyskacie suszarnię.

- No tak.

- No przecież żartuję! Co z tobą, nie masz poczucia humoru?

I znowu zaczął podskakiwać. Powiedziałam, że muszę odrobić pracę domową, i zamknęłam się u siebie. Wykąpałam się dopiero późno w nocy, nie chciałam wychodzić z pokoju. Jak mówiłam, strasznie wtedy wiało. W tę pogodę prawie nie dało się biegać, ale się uparłam. Rodzice odpuścili, chociaż wiem, że okropnie się bali, że coś mi się stanie, bo przecież w ciemnościach ktoś mógł mnie potrącić albo zrobić mi nawet coś gorszego. Nie uwierzysz, co się stało, napisałam do Neli. Mój brat wrócił z Łodzi i postanowił zamieszkać z nami, lol. Czekałam, co ona na to.

Uważałam Nelę za o wiele piękniejszą ode mnie, ale ona miała inne zdanie - mnie uważała za zgrabną i ładną, a siebie za spasioną. Tak mówiła, może po to, by sprawdzić, czy będę zaprzeczać. Zaprzeczałam. Szczerze mówiąc, nie rozmyślałam nad tym tak często jak ona. Chłopaki nie leciały na żadną z nas. Mnie prawdopodobnie uważali za nudną kujonkę, a jej się wstydzili, bo była wyszczekana i mądra. Prawdopodobnie, bo nic takiego nie mówili. Nie obchodziło mnie to zresztą. Mnie nikt ze szkoły tak naprawdę się nie podobał. Większość to były głupki. Miałam nadzieję, że w liceum będzie inaczej. Jeśli pójdę do Łodzi, to na pewno, myślałam i wyobrażałam sobie, jak to będzie - w moim zbliżającym się wielkimi krokami życiu, do którego musiałam tylko przekonać rodziców.

Nela chciała, by ją podziwiano, ale na razie nie miała do podziwiania nikogo oprócz mnie. Chciałabym go poznać, lol, napisała tamtego dnia, a mnie zrobiło się przykro. Poczułam się zazdrosna, po prostu, poszłam spać. Miałam nadzieję, że do rana Kamil zniknie i wróci dopiero na święta.

Ale Kamil został z nami. Po kilku tygodniach znalazł sobie pracę. W szkole. W podstawówce, w której się uczyłam. Nie wiedział nawet, że zawdzięcza tę robotę mnie, ale nie zamierzałam mu nic mówić. Gdy pani wice oznajmiła podczas lekcji matematyki, że nasza polonistka idzie na zwolnienie z powodu ciąży, wspomniałam, że mam w domu brata, który skończył polonistykę, a ona (zupełnie samodzielnie) wpadła na pomysł, by go zatrudnić, szczególnie że znała Kamila z czasów podstawówki i uważała, że to wspaniale, że został poetą (wiedziała o tym z Facebooka), choć tomiku dotąd w rękach nie miała, ale postara się to zmienić. Chciałam się zapaść pod ziemię, daleko, daleko w głąb, wcale się nie urodzić, bo wice powiedziała to przed całą klasą - że Kamil napisał książkę. Na szczęście nikogo to (na razie) nie obchodziło. No i potem go zatrudniła. Niepotrzebnie się odezwałam, ale było mi go po prostu żal.

Jak mógł zostawić dziewczynę (którą podobno kochał), w mieszkaniu (które podobno wynajmowali), wrócić do Janowic i zamieszkać z rodzicami (których podobno miał dość), a na dodatek zatrudnić się w szkole (która wszystkim wydawała się żałosna i biedna)?

Będziesz dziś w szkole?, napisałam do Neli jedząc śniadanie (płatki z zimnym mlekiem). Stwierdziłam, że to głupie, i nie wysłałam. Będziesz dziś?, wysłałam zamiast tego. W sumie na pewno będzie, ale przecież nic się nie stało, że napisałam.

Po drodze minęło mnie czarne Volvo, podobne do samochodu Neli, a właściwie mamy Neli, która ją czasami podwoziła. Ale to przecież nie ona, na pewno nie, bo by się zatrzymała, żeby mnie zgarnąć. Nela wraz z mamą, bez taty, bo tata mieszkał w Warszawie, miały dom na drugim końcu Janowic, za lasem, na osiedlu nowych domków, które pobudowano tu całkiem niedawno, w urokliwym miejscu, gdzie kończył się las i zaczynały łąki. Mieszkali tam ludzie, którzy przeprowadzili się z miasta. Ja mieszkałam na starych Janowicach, w domu, który pobudowali rodzice taty. Dziadek też mieszkał na starych Janowicach, przedtem z babcią, a teraz sam, bo babcia umarła. Babcia leżała na cmentarzu, czasami do niej zaglądałam w drodze do domu, ostatnio nie, bo często wracałam z Nelą, a Neli nie powiedziałam, że babcia umarła. Mam wrażenie, że każdy umiera brzydko, jak babcia, śmierdzi w pościeli i stopniowo traci zmysły, a nie chciałam opowiadać o tym Neli, bo do niej to nie pasowało. Nie miała tu przodków, nikogo zmarłego.

Wszyscy sądzili, że w ogóle nie myślę o babci, że nie pamiętam, jak umierała i w ogóle, a tak naprawdę żadne z nich, oprócz mnie, nie chodziło regularnie na cmentarz.

Stawałam przed grobem i zmiatałam z niego liście, noski lip, kurz. Pukałam w grób i zastanawiałam się nad samą śmiercią. Babcia zawsze chodziła do kościoła, ale tuż zanim umarła, wiedziałam to, straciła wiarę w Boga i widziała przed sobą straszną ciemność. Nic.

Ja też się zastanawiałam, co będzie potem. Może nic, może człowiek po prostu znika. Ale skoro znika, rozpuszcza się i przepada, to przecież oznacza, że wcale go nie ma także przedtem. Wydaje mu się, że żyje, a tak naprawdę to tylko krótka, nic nieznacząca przerwa między nicością a nicością, podczas której jego ciało działa.

Nie ma mnie, szepnęłam cicho. Po prostu wątroba, serce i skóra sobie chodzą, związane mocą chemii i fizyki, odbierają informacje z zewnątrz i przetwarzają, tworząc coś, co inne powiązane ze sobą wątroby, serca i skóry nazywają mną. Jak chemia przestanie działać, to zniknę. Więc tak naprawdę mnie nie ma, skoro to tylko chemia, narządy i organy zaprogramowane przez ewolucję, by działać akurat w ten sposób, a potem po prostu przestać.

Starłam z policzka łzę.

Babcia, którą zaatakował rak, musiała się w końcu rozpaść. I potem poszła do ziemi, ale mówiono, że tak naprawdę do nieba, choć nikt w to nie wierzył, a szczególnie babcia.

Postanowiłam, że odwiedzę dziadka. Przecież i on mógł niedługo, właśnie, przecież i on miał osiemdziesiąt lat. Przeprosiłam Boga za te grzeszne myśli. Nie chciałam, nie chciałam, nie chciałam. Nie chciałam zostać ukarana za to nic. Nic przecież nie powiedziałam.

Nie powiedziałam, że on...

I nawet tak nie pomyślałam.

Czemu czarne Volvo się nie zatrzymało?

Zrobiło mi się gorąco, zagotowałam się we własnym ciele, organach, śliskich powłokach, skórze, która spętała mnie i ścisnęła.

Nela mieszkała w domu tuż pod lasem, a w lesie, podobno, chociaż nikt tego nie wiedział na pewno, schronienie znalazły dzikie konie. Nikt ich nie widział, ale czasami ludzie słyszeli tętent ich kopyt, szelest liści, o które ocierały się ich ciała, wśród poszycia znajdywali złocistobrązową sierść. Porzucone przez konie nitki.

Stado dzikich koni przemierzało las. W czasach pandemii wybuchł pożar, spaliła się też stajnia. Na początku mówiono, że konie zginęły w pożarze. A potem mówiono: stado uciekło z płonącej stajni, wrota się otworzyły i odtąd konie mieszkają w lesie, wśród drzew można znaleźć złotobrązową sierść.

Wyobrażasz sobie, że taki ogień może spalić konia?, mówiono,

wśród drzew można znaleźć złocistobrązową sierść,

czarną sierść,

białą sierść,

złotą sierść,

wśród drzew można znaleźć wiele dowodów na to, że konie przeżyły, a śmierć się spóźniła,

między nicością a nicością może się wiele zdarzyć,

a wrota mogą się okazać otwarte.

Poczułam coś na policzku, rękę, a może leciutki podmuch wiatru. Już robiło się gorąco. Czemu czarne Volvo się nie zatrzymało? Powinnam powiedzieć o nich dziadkowi. Powinnam opowiedzieć dziadkowi o dzikich koniach i o ucieczce od śmierci, i muszę mu kupić prezent.

Spuściłam głowę, wychodząc z cmentarza. Nie chciałam, by ktokolwiek widział, że przed szkołą chodzę na groby. Śmialiby się ze mnie, mówiliby o mnie cmentarna dama albo coś takiego. Trupia dziewucha. Grobowa pannica.

Wymyślanie przezwisk na samą siebie bardzo mnie zajęło i droga minęła mi przyjemnie. Nela stała przed szkołą.

- Wiem, że pisałaś, ale stwierdziłam, że po prostu na ciebie poczekam - powiedziała i pocałowała mnie, po dorosłemu, w policzek.

Kamil

Siedziałem na łóżku nagi, stawałem na piętach, znowu siadałem. Drapałem się po kostkach, a potem po rękach. Usiłowałem nie patrzeć na telefon, ale gdy tylko wibrował, od razu po niego sięgałem. Marlena pisała, znowu pisała, bałem się, że nie będzie pisać, a pisała. Bałem się, że będzie pisać - a pisała. Będę w domu przed 14.00. Jak chcesz, to wpadnij. Przez dłuższą chwilę zastanawiałem się, co odpisać. Dobrze, pa, wysłałem, zanim przyszło mi do głowy, że brzmi to strasznie spolegliwie. Wiadomość grzecznego chłopca, robiącego to, co mu każą. Ministranta albo kogoś takiego (Marlena nie mogła się dowiedzieć, że dawno temu służyłem do mszy w janowickim kościółku).

Stwierdziłem, że powinienem się ubrać, a po chwili, że mam w sumie sporo czasu, więc wciąż siedziałem, patrząc w ścianę. Trochę przestraszony, trochę podekscytowany, a trochę zmęczony. I nieco rozczarowany. Podszedłem do okna i wpatrywałem się w ulicę, błyszczący od słońca asfalt. Miałem dziś wolne, mogłem robić, co chciałem. A przecież nie mogłem robić tego, czego chciałem. Właśnie przez to, że miałem wolne i obudziłem się w swoim łóżku piętnastolatka.

Spotkam się z moją rozwiedzioną czterdziestoletnią kochanką. Jak na piętnastolatka - nieźle. Więc dlaczego wciąż czułem się źle?

Może powinienem powiedzieć, że nie przyjdę, bo mam do powtórzenia Quo vadis? Quo vadis?.

Maximus Decimus Meridius, powiedziałem głośno i uśmiechnąłem się. Nie zamierzałem powtarzać Quo vadis?, ale w sumie powinienem włączyć Gladiatora. Lubiłem sobie czasami wyobrażać, że walczę na arenie, przecinam wpół innych niewolników, wbijam w ich gardła topór bądź miecz, albo bohatersko ginę od ich toporów i mieczy, i tyle. Oglądałem kiedyś Gladiatora z dziadkiem, obaj byliśmy tak samo zafascynowani odgrywaną na ekranie jatką i obaj na pewno wyobrażaliśmy sobie, że moglibyśmy być Maximusami Decimusami Meridiusami, czy nie tego, mimo upływu wieków, wymagało od nas społeczeństwo, mimo że wszyscy mówili, że nie? Mordowania, umierania, mordowania? Czy nie tego właśnie chciałem?

Marlena nie należała do osób, które są szczególnie miłe w esemesach, wiadomości od niej brzmiały jak rozkazy. Wciąż nie mogłem się przyzwyczaić do tej sytuacji, pasywno-agresywnego tonu, a także tego, co działo się potem, pod nieobecność jej córki, kiedy przychodziłem i uśmiechałem się do Marleny, a ona, jakby wkurzona, że jednak przyszedłem, wciągała mnie do środka, pytając dla porządku, czego się napiję, byleby tylko zachować pewne pozory. Wciąż czułem się głupio w jej obecności, jakby w każdej chwili mogła mnie przejrzeć i zobaczyć, jak niedojrzały tak naprawdę jestem. Jesteś piętnastolatkiem!, mogłaby zawołać. W ciele dwudziestosześcioletniego faceta!

Pomyślałem teraz o jej domu i poczułem zalewającą mnie falę gorąca. Postanowiłem, że ewentualnie potem odwiedzę dziadka, a może w ogóle następnego dnia, po szkole - w sensie po pracy. Bo pracowałem w szkole - nie chodziłem do niej, żeby siedzieć w ławce i palić papierosy po kiblach.

Czasami mi się to śniło, ostatnio bardzo często.

We śnie budzę się i idę na lekcje. Siedzę wśród dzieciaków (będąc dwudziestosześcioletnim sobą) i nic nie umiem na sprawdzian. Muszę powtarzać klasę maturalną, bo okazało się, że do niczego się nie nadaję. Muszę obliczać miarę kątów w graniastosłupach i takie tam. Ale nic z tego nie umiem.

Sam nie wiem, co dokładnie czułem do Marleny. Może nic. Właściwie wciąż prowadziliśmy między sobą jakąś skomplikowaną grę, ani przez chwilę nie zdejmując swoich masek. Czasem pozwalaliśmy, by coś spod nich prześwitywało, ale i to kontrolowaliśmy. W chwilach największego emocjonalnego zaangażowania, kiedy leżeliśmy obok siebie, kiedy się kochaliśmy albo przytulaliśmy, nadzy, ale zimni, skryci przed wszystkimi i równocześnie tak żenująco dla wszystkich widoczni, sprzeczne uczucia rozsadzały mnie wręcz od środka; nie mogłem ich stłumić ani się ich pozbyć. Jakbym miał w przełyku twarde, niedojrzałe jabłko, jeszcze zielone i kwaśne, które tylko ona mogła wyciągnąć, które ona tam wcisnęła. Wolałem za bardzo tego nie analizować, wolałem trzymać się faktów. Gdybym zaczął za dużo myśleć, mógłbym dojść do dziwacznych wniosków i Marlena na pewno wyczułaby, że coś się między nami popsuło.

A więc co do faktów - niedługo po powrocie do domu zatrudniono mnie w szkole podstawowej na zastępstwo za polonistkę, która zaszła w ciążę. Dyrektorka skądś wiedziała, że akurat siedzę w domu, zadzwoniła. Od razu się zgodziłem; kilka ostatnich tygodni bardzo nadwerężyło mnie psychicznie. Rodzice nieustannie pracowali, na co dawniej nie zwracałem uwagi, a co teraz, szczególnie mnie, bezrobotnego i bezużytecznego, bolało. Pracowali w mieście, potem pracowali w ogrodzie, potem sprzątali w domu i na dodatek zastanawiali się nad postawieniem kurnika i zakupem kur. Ja nic nie robiłem, ale nie dlatego, że buntowałem się przeciwko opresji kapitalizmu, po prostu do niczego się nie nadawałem. Szczerze mówiąc, wizja skrępowania przez kapitalizm bardzo mnie pociągała. Ale tu, w Janowicach, nie było za bardzo kapitalizmu, który mógłby mnie skrępować (dopiero potem poznałem Marlenę). Aż tu nagle dyrektorka powiedziała, że gdybym chciał, to będzie mi niezwykle wdzięczna, zwłaszcza że ukończyłem filologię, pożądaną specjalizację nauczycielską, i napisałem, podobno, tomik wierszy... Nie ma o czym mówić, odparłem, a następnego dnia stawiłem się w szkole z dokumentami, które na szczęście zabrałem ze sobą, uciekając od Basi. Niedługo potem zacząłem pracę. Okazało się, że to całkiem proste. Byłem w tym niezły, tak sądziłem. Jeśli czegoś nie wiedziałem, po prostu pytałem. Jakoś to szło. Pozostali nauczyciele, którzy zresztą pamiętali mnie ze szkolnych lat, byli dla mnie mili. Pochlebiało im, że dobrowolnie wybrałem ten zawód co oni, a ja nie wyprowadzałem ich z błędu.

Po zebraniu z rodzicami podeszła do mnie Marlena, elegancka i pachnąca drogimi perfumami, z włosami wysoko upiętymi, jakby chciała wszystkim pokazać, że powinni koniecznie słuchać tego, co ona ma do powiedzenia. I rzeczywiście, przestraszyłem się, a ona zarzuciła mnie słowami, prosiła o wyjaśnienie, dlaczego córka wciąż otrzymuje dwójki z wypracowań. No tak, Marlena miała wrażenie, że nie wiem, co robię. Skuliłem się i uśmiechnąłem, a to ją tylko zdenerwowało, więc przestałem się uśmiechać i wytłumaczyłem, skąd taka, a nie inna ocena, i że każdą można poprawić. Oznajmiła, żebym w takim razie udzielił córce korepetycji i że tego właśnie ode mnie oczekuje. Nie powinienem się zgadzać, ale się zgodziłem, raz albo dwa, stwierdziłem, a potem przestanę i nikt się nie dowie, że udzielam korepetycji swojej uczennicy. Poza tym nie mogłem odmówić Marlenie.

Wtedy nazywałem ją Panią Marleną, ale wkrótce zaproponowała, byśmy przeszli na ty. Zastanawiałem się, jak by to było, gdybym ją pocałował, nie mogłem przestać o tym myśleć. Leżałem w łóżku i rozmyślałem o matce mojej uczennicy. Tak naprawdę nie była nawet w moim typie. Niska, szeroka w biodrach, zupełnie inna niż eteryczna i smukła Basia. Miałem wrażenie, że i ona zwróciła na mnie uwagę. Pomyślałem sobie, że takie rzeczy po prostu się czuje, ciało rozpoznaje subtelne odruchy drugiego ciała, jakby dogadywały się bez udziału woli swoich właścicieli.

Lekcja oczywiście okazała się porażką. Nela nie wydusiła z siebie ani słowa, choć starałem się ją do tego zmusić, zagadując usilnie, co sądzi o takim albo takim wątku z Balladyny. Bardzo mocno pachniała, takimi truskawkowymi perfumami, którymi spryskują się młode dziewczyny. Starałem się nie zwracać na to uwagi, kolana trzymałem blisko siebie i ograniczyłem ruchy rękami, żeby tylko nie zrobiło się jeszcze bardziej niezręcznie. Uśmiechałem się, żartowałem, ironizowałem - ale po Neli to wszystko spływało, aż w końcu odpuściłem i przez ostatnie piętnaście minut referowałem fabułę tragedii Słowackiego, czując do Neli to samo, co ona prawdopodobnie czuła do mnie - złość i niechęć.

Przyszedłem na drugą lekcję i dowiedziałem się od Marleny, że Neli nie ma, uciekła z domu, a właściwie pojechała do Łodzi odwiedzić koleżankę. Marlena udawała wyluzowaną, ale dobrze wiedziałem, że ma ochotę raczej krzyczeć niż się śmiać. By pokazać, że ma wszystko pod kontrolą, zaprosiła mnie na kawę. Dziękuję, pani Marleno, powiedziałem. Proszę cię, nie mów do mnie pani, czuję się staro.

Na początku trochę się przede mną wstydziła swojej rodzicielskiej porażki, a potem zaczęła się zwierzać ze wszystkich problemów z córką. Sądziłem, że po prostu chce się wygadać albo może uważa mnie - w końcu nauczyciela - za eksperta w kwestiach pedagogicznych. Nie powinnaś się martwić, powiedziałem, w wieku Neli też... (i przypomniałem sobie siebie, rozżalonego, melancholijnego leniwca, całymi dniami siedzącego przed komputerem i nad książkami, opętanego żądzą śmierci, na śmierć zakochanego w Basi). Niespodziewanie Marlena zaczęła opowiadać o swoim dzieciństwie, rodzicach pracujących w kopalni, ciągłej nauce, żądzy zdobycia wykształcenia, a potem (skrótowo) o małżeństwie, rozwodzie, kupnie domu i przeprowadzce do Janowic.

Wróciłem tamtego dnia do domu i długo analizowałem naszą rozmowę - poszczególne wypowiadane przez nią słowa, gesty, uśmiechy. Opanowało mnie dziwne uczucie, byłem uskrzydlony tym spotkaniem, nie mogłem przestać się uśmiechać. Rozpiąłem spodnie. Zapiąłem. Powiedziałem sobie, że to niemożliwe, przecież ona na pewno nie będzie mnie chciała, przecież ona... Nie mieściło mi się to w głowie. Ale ciało mówiło mi, że umówiło się z jej ciałem i że nie mamy nic do gadania. Może masz chęć na spacer?, napisałem po dwóch dniach (wiedziałem, że dobrze trochę odczekać, nie chciałem przecież, by uznała mnie za natręta bądź gościa, który nie ma nic do roboty). To chyba zły pomysł, odpisała, a mnie zrobiło się przykro i strasznie głupio, że w ogóle o tym pomyślałem. Ona kupiła sobie dom, miała świetną pracę i żadnego powodu, by w ogóle na mnie patrzeć. Miałem ochotę cisnąć telefonem o ścianę. Lepiej wpadnij do mnie, odezwała się po chwili i wyznaczyła mi godzinę.

Nela przeprosiła mnie dopiero po kilku tygodniach, gdy moja znajomość z Marleną zdążyła się rozkręcić. Podeszła po lekcji do mojego biurka i powiedziała, że przeprasza, ale musiała odwiedzić koleżankę, bo się o nią bała. Rozumiem, odpowiedziałem, nie masz się czym martwić, a przecież sam się martwiłem, że ona wkrótce zacznie coś podejrzewać. Ona albo Karo, która kręciła się obok Neli i wpatrywała się w nią z uwielbieniem.

No ale minęło trochę czasu, a nikt się o nas nie dowiedział. Widocznie umieliśmy się chować. Przed ludźmi i sami przed sobą, prawdopodobnie. Czasami, po nocach, zastanawiałem się, dlaczego to robię, przecież nie powinienem, może po to, by wszystko zepsuć, by wyrzucili mnie ze szkoły i bym mógł wrócić do Basi? Ale przecież to, co robiłem, musiało oznaczać, że między nami wszystko definitywnie zakończone. Ona też na pewno kogoś miała, na pewno.

Jak to się w ogóle stało? Jak to możliwe, że ta krótka rozmowa po ucieczce Neli doprowadziła do...? Nie da się tego do końca wytłumaczyć. To, że Marlena, menadżerka w korporacji, pracująca zdalnie i swobodnie spłacająca dom pod lasem, zwróciła w ogóle uwagę na takiego głupka, nie mieściło mi się w głowie.

Z Basią miałem wspólne: pochodzenie (Janowice), przeszłość (szkoła, łąki), wiek (to wiadomo), charakter (byliśmy zalęknieni, wsobni, niezdecydowani), i choć dzieliło nas też całkiem sporo, to umiałem naszą miłość uzasadnić, a z Marleną nie łączyło mnie nic, w filmach ludzie po prostu na siebie patrzą, a potem się całują i pieprzą, patrzą, całują, pieprzą, z nami też tak było, dokładnie tak, nie mówię o t a k i c h f i l m a c h, po prostu o filmach.

Dziś uświadomiłem sobie, że obudziłem się w poniedziałek, w środku czerwca, tuż przed końcem roku szkolnego. Suchy wiatr - ten, który przywiódł mnie tamtej nocy do Janowic zmęczonego i obitego podróżą trwającą w nieskończoność, bo choć Łódź nie była wcale daleko, to nie miałem samochodu - zniknął na dobre. Ja zostałem, na niedobre, prawdopodobnie.

Od wielu dni świeciło słońce, pełne i blade, zrzucało na wieś żar, słońce podobne do lampy. Miałem czkawkę i stresowałem się uroczystością dziadka. Wcale nie chciałem iść. Mama będzie zwiedzała Budapeszt nie wiadomo z kim, może z jakąś sekretną przyjaciółką, a może z sekretnym przyjacielem, a ja będę musiał siedzieć z dziadkiem i sam nie wiem, z kim jeszcze. Lubiłem dziadka, ale nie umiałem z nim rozmawiać, należeliśmy do trochę innych gatunków.

Miałem czkawkę. Sięgnąłem po Romea i Julię Szekspira, tragedię, którą usiłowałem ostatnio omawiać z uczniami, we fragmentach, ale zawsze. Szło średnio, nie wydawali się zbyt zafrapowani i nawet gdy kazałem im się zastanowić, czy Romeo był pedofilem, nie podjęli tematu. Dlaczego nie interesowali się Romeem i Julią, przecież opisano tam wszystko, co może obchodzić takie dzieciaki?, zastanawiałem się, miłość, śmierć, zdradę... Otworzyłem książkę i zacząłem czytać. Ziemia jest matką natury i grobem. Grzebie i życia obdziela zasobem. Wzdrygnąłem się.

Miałem czkawkę i leżałem na podłodze. Floor person - ostatnio przeczytałem w internecie, że to ktoś taki, kto lubi leżeć na podłodze, nawet jeśli ma do dyspozycji łóżko bądź kanapę. Ostatnio zacząłem kłaść się na podłodze nago, ale tylko w poniedziałki, kiedy miałem wolne. Usiłowałem przemyśleć kwestię Marleny i Basi, ale nie umiałem się skupić. Marlena, która odbiera mnie z przystanku, a ja siadam na fotelu pasażera w czarnym Volvo, pozwalam się obwozić po okolicy, pytam ją, czym właściwie się zajmuje, a ona opowiada o swojej korporacyjnej pracy w audycie. Basia, nieustannie zestresowana i przemęczona, która próbowała: ratować rodzinę, robić karierę, kochać mnie, nie wiedząc, że ją zdradzę. Dom Marleny, mieszkanie, które wynajmowałem z Basią.

Nie dało się tego ogarnąć.

Leżałem na podłodze, w słońcu.

Jak gruszka, która spadła z gruszy.

Ostatnio w ogrodzie, z mamą; pomarańczowe słońce nisko nad ziemią, złote światło na liściach, ogień wypełniający szczeliny w pniach śliw i grusz. Światło, światło - i nasze ciała, drogocenne i zarazem bezwartościowe rzeczy, wrzucone na chwilę do świata śliw i grusz. Niektóre rosną tu od stu lat. To pierdziołki. Pierdziołki będą tu zapewne długo po nas. Kto tak mówi? Wieśniaki. Dawno temu denerwowałbym się, że tak mówią na gruszki - pierdziołki. Wziąłem dwie. Jedną z nich ustawiłem przed sobą, a drugą kręciłem wokół pierwszej, co chwila spoglądając na słońce. A więc stąd biorą się lato i zima: pierdziołka otacza pierdziołkę i sama obraca się wokół własnej osi. Potrzebowałem wziąć do ręki gruszki, by to zrozumieć. Możesz mi pomóc?, zawołała mama. Westchnąłem. Tak, mogę ci pomóc, odparłem, a w duchu stwierdziłem: nic o mnie nie wiesz, mamo.

Jest czerwiec, rano, i dziś pierdziołka obróci się wokół pierdziołki. I nikt nie zwróci uwagi na to, że dziadek ma osiemdziesiąt lat, oprócz niego samego, choć i to nie wiadomo. Przymknąłem oczy i znowu je otworzyłem. Przez dłuższy czas obserwowałem podrygi mojego ciała, które zamieniło się w świetlistą plamę. Nie miałem brzucha, penisa, kości. Nie miałem części. Stałem się plamą.

Wtedy usłyszałem na schodach kroki. Poderwałem się, zacząłem pospiesznie wciągać na siebie spodnie i koszulkę, drzwi się otworzyły i ujrzałem Pawła, ściskającego klamkę z wściekłością wypisaną na twarzy.

- Nie mam na to czasu - powiedział. - Wpadłem po narzędzia.

Minął mnie i uklęknął przed łóżkiem, a następnie wyciągnął spod niego jakąś skrzynkę. Nie wiedziałem, że pod łóżkiem wciąż są narzędzia. Nie zaglądałem tam od lat.

- Nie zdjąłeś nawet plakatów - powiedział i w końcu poszedł.

Obserwowałem przez okno, jak wsiada do swojej Toyoty RAV4. Starałem się uspokoić, ale zamiast tego sięgnąłem po kubek z długopisami i kredkami, a potem cisnąłem nim o ścianę; długopisy i kredki rozsypały się po podłodze jak kości, z których ktoś mógłby powróżyć. Uklęknąłem i zacząłem zbierać te kości do kubeczka. Wróżba, którą miałem w głowie, nie zapowiadała niczego dobrego. Właśnie dlatego z nim nie rozmawiałem. Właśnie dlatego nie mogłem go znieść.

- To mama ich nie zdjęła, idioto! - wrzasnąłem do nikogo.

Stanisław

Wciąż dobrze pamiętałem sekwencję ruchów potrzebną do tego, by ugotować pomidorową albo krupnik, ale od dawna nie chciało mi się robić zup ani w ogóle gotować. Jem kanapki bądź parówki.

Przed samą śmiercią Ludwika siadała na fotelu, który przytargałem do kuchni, i wydawała mi polecenia, kierowała moimi dłońmi za pomocą głosu. Wykonywałem te polecenia posłusznie, jak kukła, nie buntując się, bo tego przecież właśnie chciałem - stać się kukłą, za którą ktoś weźmie odpowiedzialność, nie musieć samemu martwić się tym, co nieubłaganie nadchodzi.

Teraz włóż mięso, mówiła,

teraz wrzuć pora,

teraz marchewkę,

nie musisz kroić,

wrzuć w całości.

I tak w wieku siedemdziesięciu siedmiu lat nauczyłem się robić zupę. Ludwika umierała, więc potrzebowała zup, by odgonić śmierć, w natręctwie podobną do psa, i chociaż wiedzieliśmy oboje, że śmierć nie utopi się w zupie, to pilnie stawałem przed garami i robiłem, co Ludwika kazała. Może po raz pierwszy robiłem to bez szemrania, po raz pierwszy robiłem coś dla niej i tylko dla niej, nie oczekując, że dostanę coś w zamian. Może nie chodziło o śmierć, ale o to, by zrobić Ludwice przyjemność.

Nie musisz kroić,

wrzuć w całości,

mówiła.

Kierowała moimi rękami i zawsze wiedziała, gdzie powinny się znaleźć, jak gdyby to były jej ręce. Nie potrafiła ustać przy blacie, nie potrafiła wstać na dłużej niż kilkadziesiąt sekund. Może wytrzymałaby minutę? Rak pożarł ciało z dziwną łatwością, jak gdyby puszczał do nas oczko. Nie wierzyliście, że mi się uda?, mógłby powiedzieć, gdyby był człowiekiem. To znaczy w pewnym sensie stał się człowiekiem, ponieważ pożarł Ludwikę i składał się z niej. Albo to ona stała się rakiem.

Walczyła do samego końca, a potem przestała, stwierdziła, że musi nauczyć mnie gotować zupę, bym sobie poradził, kiedy rak dokona dzieła. Mówiłem, że to bez sensu, że ma się o mnie nie martwić, że przecież te zupy są dla niej, ale ona powtarzała, że boi się o mnie i że na pewno przestanę jeść, kiedy ona umrze.

Posoliłeś wodę?, pytała,

musisz pokroić ziemniaki w kostkę,

buraka też.

Miała rację. Od dawna nie ugotowałem zupy, a Ludwika leżała w grobie, w którym zostawiono trochę miejsca i dla mnie. Odeszła ponad rok temu, na początku marca, i od tego czasu dwa razy zaczęło się lato - ale prawdę mówiąc, choćby zaczęło się i pięć albo dziesięć razy, i tak niewiele to zmieniało. Bo przecież wciąż będzie ten dzień, kiedy odeszła, i wciąż będzie tak, jakby stało się to nagle. Skrzypnięcie drzwi - i ktoś odchodzi. A potem wchodzi, przez te same drzwi, lekarz, na potwierdzenie, z formularzem i kosą.

Jaką dziś robisz zupę?, pytała,

może ogórkową, ale nie bardzo mi się chce, może grzybową.

Urodziłem się osiemdziesiąt lat temu, uświadomiłem sobie nad ranem. Nie mogłem spać, po prostu gapiłem się w sufit; biała farba zaczęła kotłować się przed moimi oczami, skłębiona i podobna do morza, które budzi się tuż przed rozpoczęciem sztormu.

W końcu ubrałem się, wyszedłem przed dom i stanąłem na chodniku. O tej porze było tu pusto. Skądś dobiegało szczekanie psa, ale nikt nigdzie nie jechał. Co to za pies?, zastanawiałem się. Stasiaków? A może Władków? Wszyscy, którzy pracowali w mieście, zniknęli rano i mieli wrócić dopiero po południu. Miałem ochotę na spacer. Ale właściwie dokąd miałem iść? I co to za różnica, co za pies szczekał w ten gorąc, niech sobie szczeka, skoro tak mu się podoba - i tak zaraz mu zaschnie w pysku.

Dlaczego wciąż przychodzą nowe dni, dlaczego nadeszła wiosna, dlaczego nagle zrobiło się tak ciepło i jaskrawo, jak gdybyśmy wszyscy mieli się teraz rozebrać i podskakiwać z radości? Wszyscy, czyli Stanisław Zieliński i tych kilka duchów, które mieszkają nieopodal, snują się od cmentarza na łąki i z łąk na cmentarz, a potem wchodzą do mnie, siadają mi na piersiach i każą wspominać.

Wróciłem przez furtkę na podwórko, starałem się nie patrzeć na ogród. Po śmierci Ludwiki wszystko tu zarosło i zarazem zmarniało, nie chciało mi się opiekować roślinami, o które ona dbała do samego końca. No prawie do samego, bo przecież tuż przed śmiercią leżała. Może powinienem coś posadzić. Może powinienem posadzić chociaż pomidory. Usiadłem na leżaku i westchnąłem, wdychając zapach czerwcowego poranka, rześki i duszny równocześnie.

No naprawdę, osiemdziesiąt lat.

Nie spodziewałem się, że tak długo będę żył.

Odchyliłem głowę i usiłowałem przywołać przeszłość. Mamę, tatę, oborę i ciepłe ciała krów, którym nosiłem siano. Tu, gdzie leżę, stała obora. Parujące ciała krów. I świnie - tam, pod wiatą, świnie. Wie heißt du, Junge? Hier sind ein paar Süßigkeiten für dich.

Pamiętałem, nie pamiętałem? Może pamiętałem coś, co mi o mnie opowiadano. Pamiętałem to, co pamiętali ci przede mną. Niosłem ich ze sobą dalej.

Tam, w niemieckim dworku, pracował podobno tata. Opowiadał o koledze, który pracował wraz z nim. Jego romansie z Niemką. Poprosiła go, by uciekł z nią. A on, kilka kilometrów za wsią, zsiadł z wozu i powiedział, że wraca do domu. Viel Glück, Liebes.

Pamiętałem tego kolegę. Schorowanego, obleśnego starucha, którego się bałem. Teraz wracałem do samego początku. A przecież potem też sporo się działo - ale wszystko tak nagle minęło. Już i po prostu. Wie heißt du, Junge?

Ile tu duchów, zmartwiłem się i machnąłem ręką. Ile tu much.

Do grona duchów dołączyła Bożena, moja córka. Odwiedziła mnie wczoraj. Spałem na leżaku, tak samo jak dzisiaj, choć dziś nie śpię, tylko leżę, prawdopodobnie nic mi się nie śniło, ale przecież spałem, jak kamień wrzucony w pustynię - i wtedy mnie obudziła, potrząsając mną tak mocno, że aż rozbolała mnie głowa, a ja osłoniłem się przed nią rękami, jak małe dziecko.

Jezu, co się z tobą dzieje?!

Wie heißt du, Junge?

Czy ty w ogóle mnie słyszysz?

Minęło osiemdziesiąt lat...

Masz coś z uszami?! Mówiłam, że powinnam cię zabrać do laryngologa!, wołała tuż nad moją głową.

Przecież nie mogłem tego pamiętać, prawda?

Stęknąłem w odpowiedzi. Słowa, które wypowiadała, skleiły się w bezkształtną papkę, zagłuszone przez słońce, ostatnie z nich odbiło się od moich uszu, usłyszałem coś takiego, laleloga, ale domyśliłem się przecież, o co chodziło, tak często o tym wspominała.

Jak ty w ogóle możesz spać tak na słońcu?! Będzie bolała cię głowa.

Ponownie stęknąłem.

Jak teraz mamy nie ma, to w ogóle o siebie nie dbasz! Masz ubrudzoną koszulę. Czemu się nie przebierzesz? Chyba nie spałeś w tej koszuli? Jezus Maria. Naprawdę, powinieneś zobaczyć się w lustrze.

Przebiorę się. Musisz tak wrzeszczeć?, warknąłem, otwierając oczy.

Ja nie wrzeszczę! Ja tylko mówię, bo się o ciebie martwię!

Wstałem wreszcie. Ciężko, niezdarnie, co na pewno dostrzegła, bo znowu prychnęła. Po co w ogóle przychodziła? Nie mogła dać mi spokoju? Powlokłem się za nią do domu. Sprawdzała mi lodówkę, wkładała do środka kupione przez siebie parówki, serki, wędlinę. Poruszała się bardzo prędko, jak gdyby chciała jak najszybciej stąd pójść.

Byłeś dziś w kościele? Nie widziałam cię.

Mruknąłem coś w odpowiedzi.

Jutro masz urodziny. Osiemdziesiąte!, powiedziała. Na pewno do ciebie przyjdą.

No dobrze, niech przyjdą, odpowiedziałem.

Muszę tu posprzątać. Boże, czemu w ogóle nie sprzątasz? Masz osiemdziesiąte urodziny, pamiętasz?, atakowała mnie.

Przecież pamiętam. Pamiętam o swoich urodzinach.

Tak? Naprawdę?

Machnąłem na nią ręką. Jak na muchę albo ducha. Ostatecznie nie myślałem o tym za dużo, więc mogło to pewnie wyglądać tak, jakbym zapomniał. Minęło tak wiele czasu, człowiekowi aż się robi słabo, kiedy o tym wszystkim myśli, większość ludzi, których znałem, dawno umarła, a miejsce, w którym się urodziłem i w którym dorastałem, w ogóle dzisiaj tego miejsca nie przypomina. Może tylko obecność tych paru duchów sprawia że Janowice to Janowice, więc co za różnica, czy pamiętam o swoich urodzinach? Minęło osiemdziesiąt lat i naprawdę to niewielka różnica, rok w tę albo w tę.

Jakieś wspomnienia wracają, inne się ulatniają.

Wraz z muchami i duchami, które noszą sekretne wiadomości między światami, poruszają się pomiędzy liniami czasu i mieszają mi w głowie.

Przecież nie mogłem tego pamiętać.

Po osiemdziesięciu latach człowiek zastanawia się nad taką odległą przeszłością.

I ten obleśny dziad - on z tą Niemką - pierdolili się po prostu, a potem zostawił ją w śniegu i wrócił do domu.

Bożena sprawdzała wszystkie zakamarki; zaglądała za firankę, kanapę, pod fotel, a nawet pod łóżko. Dobrze wiedziałem, czego szuka, ale postanowiłem, że się nie odezwę, by nie miała satysfakcji. Naprawdę, traktowała mnie jak kompletnego ciula, nawet nie kryła się z tym przeszukiwaniem mojego domu, jak gdybym był kompletnie zniedołężniały i w ogóle nie rozumiał, co ona robi i czego szuka.

Nawet nie dałbym rady się tam schylić, powiedziałem.

Kto cię tam wie, fuknęła na mnie.

Taka prawda.

Na pewno nic nie schowałeś?

Na pewno. Nic a nic.

W porządku. Zmądrzałeś?

Jak będę chciał się rozpić, to się rozpiję, nie potrzebuję twojego pozwolenia.

Zacisnęła usta i wróciła do sprzątania. Nie mogła znaleźć wódki, bo żadnej w domu nie miałem. Jak będziesz chciał się rozpić, to się rozpijesz, powiedział mi Tadek po śmierci Ludwiki, kiedy córka zaczęła zauważać butelki i robić mi codziennie wykłady, zabierać alkohol z domu i sprawdzać, czy nie piłem, a nawet odwiedzać mnie z zaskoczenia. W sumie to lubiłem, mogłem ją trochę poprzedrzeźniać. Kazała mi nawet chuchać!

Dziadek pił, powiedziała, twoi bracia pili, powiedziała, wiedziałam, że zaczniesz!, wrzasnęła.

Denerwowało mnie to, ale z drugiej strony pozwalałem córce wyrzucać te butelki, czułem nawet jakąś ulgę, kiedy to robiła. Zdarzało mi się pić, a przedtem, przed śmiercią Ludwiki, nie robiłem tego prawie w ogóle, wiedziałem przecież, co robi z ludźmi alkohol; po tacie, braciach. No ale po śmierci Ludwiki stwierdziłem, że to i tak nie ma większego sensu. Albo może nic nie stwierdziłem. Zdarzało mi się wrócić do domu z butelką.

Sprzątała w milczeniu. W końcu podniosła się, wyprostowała i wygładziła bluzkę, jak zestresowana uczennica. Powiedziała bardzo szybko, patrząc w podłogę, że wyjeżdża do Budapesztu z koleżanką i że nie pyta mnie w tej kwestii o zdanie. Kiwnąłem głową. Przecież nie zamierzałem nic mówić. Jakie zdanie miałbym niby wyrazić?

Wnuki cię odwiedzą, powiedziała. Bo masz urodziny.

Powiedz, masz o coś do mnie pretensje?, spytałem.

Po prostu ci mówię, że wybieram się do Budapesztu. Przecież mogę, prawda?

Kiwnąłem głową, może potrzebowała potwierdzenia albo prosiła w ten swój dziwny sposób o zgodę. Ale nie zamierzałem nic mówić.

Nie będziesz pił, prawda?, spytała. Proszę, musisz mi obiecać, że przestaniesz.

Powiedziałem, że ma się uspokoić i że przecież wiem, że nie powinienem pić. Bożena wreszcie się rozluźniła; uśmiechnęła się do mnie i pogładziła mnie po dłoni. Też się do niej uśmiechnąłem. Musisz o siebie dbać, tato, powiedziała. Zaskoczyła mnie ta nagła wylewność powściągliwej zwykle córki. Nie martw się, będę dobrym staruszkiem, zapewniłem. Pożegnała się i życzyła mi wszystkiego, co najlepsze, chyba obrażona nieco za tę żartobliwą, a w jej mniemaniu złośliwą odpowiedź.

Cieszyłem się, że ją obchodzę i że czasami tu zagląda, ale traktowała mnie jak podstarzałe dziecko, a to mnie trochę denerwowało. Nie robiłem przecież nic takiego. Ludwika umarła i od tego czasu siadaliśmy często z Tadkiem przed domem i siedzieliśmy tak, pijąc to i owo, próbując zdusić w zarodku to, co nas bolało. Nie mówię o bólu ciała. Wiadomo zresztą, o co chodzi. Nie mogłem odmówić Tadkowi, przychodzącemu zawsze od strony pól, niosącemu w kieszeni (skąd on wziął spodnie z takimi kieszeniami?) co nieco, wódkę albo bimber. Siadaliśmy w altance i nalewałem mu wódki do szklanki, a potem przykrywałem ją sokiem jabłkowym. Innym razem piliśmy piwo. Nie upijaliśmy się, piliśmy po prostu, dla towarzystwa. Chociaż nie mieliśmy żadnego towarzystwa poza sobą, a tego nie liczyliśmy, i poza kurami, ale ich też nie. Tadek oglądał Opla Astrę, którego robiłem dla Kamila. To znaczy chciałem dać go Kamilowi, ale na razie mu o tym nie powiedziałem. Stare auto należało odnowić, a ja zatrzymałem się na etapie reperowania silnika. Musiałem to zrobić samodzielnie, tylko na razie coś mi nie szło.

Piękne auto!, mówił Tadek. Kamil będzie miał z niego pociechę, dodawał.

Zawsze gadał to samo. Jak to starzy ludzie, ale trochę zaczynało mnie to wkurwiać. Otwierał gębę i wiedziałem, że powie: piękne auto, Kamil będzie miał z niego pociechę. Ja tak nie mówiłem, prawda? Nie, pilnowałem się. Zastanawiałem się niekiedy, czy wnuk w ogóle pamięta, że kiedyś obiecałem mu ten samochód. Postanowiłem mu przypomnieć przy okazji. Albo nie, stwierdziłem, zrobię to później, kiedy już zreperuję silnik i auto będzie gotowe. Jak mu obiecam nie wiadomo co, to obrazi się na mnie, jeśli nic z tego wyjdzie.

Tadek powtarzał, że to piękne auto, i zaglądał pod spód, sugerując, bym sprawdził klocki hamulcowe. Jakbym tego nie wiedział. Irytowałem się tymi jego uwagami, ostatecznie co takiego mógł wiedzieć o mechanice? Na niczym tak naprawdę się nie znał.

- Jakie tam piękne. Po prostu auto - mówiłem. - Opel Astra.

- Per aspera ad astra - odpowiedział Tadek któregoś razu.

- Że co?

- A nic - odpowiedział.

Czy ten ćwok musi tutaj przesiadywać?, mawiała Ludwika przed śmiercią, kiedy przychodził Tadek. A potem chodziła po podwórku i kucała, wydłubując z ziemi niedopałki, które rozrzucał. Dziś ten widok, przecież prawdziwy, wydaje mi się dziwaczny, jakby ze snu - zdumiewa mnie, że potrafiła swobodnie kucać.

Kucała, kucała, ale działo się to w innym świecie i może wciąż w nim kuca. Wciąż w nim kuca. Jeździ na rowerze, klęka nad rabatkami kwiatów, pieli rabatki w ogrodzie. Nienawidziła nieporządku, rozrzucania niedopałków. Ja też. Ale nigdy nie widziałem, by Tadek śmiecił, zawsze wyrzucał kiepy do słoika. Mimo to Ludwika i tak potrafiła je znaleźć w trawie, prawie zakopane, ale jednak nie do końca. Więc pewnie nie wszystkie wyrzucał do słoika, po prostu przymykałem na to oko.

Niewiele więcej mam o nim do powiedzenia, powtarzała, kiedy prosiłem, by nie nazywała Tadka ćwokiem.

Kłóciłem się z nią o to.

Ale masz przyjaciela! No, no, przyjaciela na poziomie!, warczała, ćwoka i obdartusa!

Chodził po wsi i szukał kogoś, kto go wysłucha. A nikt nie miał czasu. Ludzie albo poumierali, albo zajęli się pracą, albo chorowali, albo pochowali się przed telewizorami. Ja Tadka zawsze wpuszczałem i rozmawiałem z nim. O świecie, o polityce, o wojnie, która podobno się do nas zbliżała, o chorobach i przeszłości, i o ludziach stąd. Takie gadanie. Ludwika chowała się w domu, a potem szła spać wcześnie, obrażona, mówiąc, że śmierdzę wódką i papierosami. Tak powtarzała. Puszczałem to mimo uszu. Ja siedziałem w swoim pokoju, oglądając filmy, a ona w swoim, trzęsąc się ze złości i oglądając filmy. Lubię filmy wojenne. Historię triumfu Hitlera. I upadku też. Wie heißt du, Junge?

Upadku - tak. Wie heißt du, Junge?

Maximus Decimus Meridius. Tak, ten film też. Muszę go sobie przypomnieć.

Pamiętam, że dawno temu oglądałem Gladiatora z Kamilem, i żaden z nas nie zważał nawet na przeciągające się pasma reklam leków, piwa i proszków do prania. Kamil wpatrywał się w ekran zafascynowany, choć dotąd nie podejrzewałem go o zainteresowanie historią, ale przecież i mnie fascynował ten Gladiator, i ten Maximus Decimus Meridius, i następnego dnia na podwórku wziąłem w dłoń szpikulec do szaszłyków i zamachnąłem się nim, i ukłułem powietrze, i zawołałem "AAA", i zaraz się zamknąłem, a potem Ludwika, nalewając zupę, spytała, kto tak krzyczał na dworze, nic nie powiedziałem, zawstydziłem się swoich marzeń, ktoś u sąsiada, powiedziałem, choć może powinienem powiedzieć, że to ja sam? Kiedy zachorowała i leżała, Tadek przychodził codziennie. Już nie musiałem się przed nią kryć z tym ćwokiem i obdartusem, bo ona i tak nic nie widziała. Siedzieliśmy wieczorami w altanie, a im szybciej zapadała noc, tym większy czułem na sercu ciężar. W końcu przecież Tadek będzie musiał iść do domu, myślałem sobie. Ja będę musiał iść na górę, do niej, i leżeć obok. Nie chciałem, by Tadek odchodził. Nie chciałem wracać na górę - i sam się za to nienawidziłem. Lekki wiatr wystarczył, by doprowadzić mnie do głębokiego drżenia.

Tadek o ciebie pytał, powiedziałem któregoś razu Ludwice.

Uhm, odpowiedziała. Nie obchodzi mnie to, dodała.

Któregoś razu płakała z bólu. Potem wreszcie zasnęła; wzięła leki i na chwilę odpuściło, ale wiedziałem, że obudzi się niebawem i zacznie wić się w męczarniach, kląć i płakać. Wyzywać mnie i Pana Boga, choć żaden z nas nie będzie mógł pomóc. Wciąż miałem przed oczami to kruche, obolałe, wiotkie ciało, rzucone w głębinę łóżka. Każda sekunda, dzieląca mnie od przebudzenia Ludwiki, wydawała się ciężka jak całe morze. Wiem, że nie powinienem się skarżyć - to ona przecież chorowała, ale ja też nie mogłem spać, wciąż czuwałem, czekając, aż się przebudzi i zacznie płakać, czułem się, jakbym cofnął się w czasie, a obok mnie spała nie Ludwika, a nasza córka Bożena, maleńka i niespokojna, budząca się kilka razy w nocy tylko po to, by przyssać się do piersi matki. Wtedy też nie mogłem spać, leżałem w półśnie, licząc, ile razy obróci się to małe, obce ciało, ten krasnal, którym kierowały niezrozumiałe dla mnie siły. Ale tamto minęło. Minęło dla mnie, by mogło nadejść coś innego.

Nie porozmawiali ze sobą prawdopodobnie ani razu. Choć on bardzo często o nią pytał. Pewnego dnia przyniósł mi dużą, zawiniętą w papier paczkę. Rozpakował ją w altance za pomocą małego nożyka. Moim oczom ukazał się obraz oprawiony w drewnianą, pomalowaną złotym lakierem ramę. Przedstawiał las i dom tuż obok lasu, i łąkę obok tego domu. Na łące tej pasło się stado koni. Nie były to jednak zwyczajne konie, od razu czuło się po nich niezwykłość - miały grube futra i mocne nogi. Grube konie w kształcie plam - w ten sposób zostały namalowane.

No, no, powiedziałem.

Jak ci się podoba?, spytał Tadek.

No, no, powiedziałem i zerknąłem na Tadka.

Wiesz, co to takiego?, spytał.

No, konie, prawda? Te konie, co ludzie mówią, że uciekły z pożaru lasu, tak?

Tadek rozpromienił się na te słowa.

Rozpoznałeś!, zawołał i wyciągnął do mnie rękę, zaraz jednak ją cofnął. Uśmiechnął się głupawo. No, no, rozpoznałeś. Jak ci się podoba?

Ale że sam to namalowałeś?

No sam, sam. Dlatego ci pokazuję!

Szczerze mówiąc, nie wiedziałem zupełnie, co powiedzieć. Patrzyłem na ten obraz; nigdy wcześniej nikt nie pokazywał mi swojego dzieła i nie przyszłoby mi do głowy, że Tadek mógłby być artystą. Nigdy nie mówił, że maluje, nie wyglądał na takiego. No tak, wydawał się właśnie ćwokiem i obdartusem, wszyscy tak go postrzegali, nie tylko Ludwika, łaził po ludziach i ich nagabywał, nie miał żadnej pracy i nie stronił od kieliszka - tak to się mówi. No więc nie mieściło mi się w głowie, żeby malował albo robił cokolwiek wartościowego.

Zacząłem studiować obraz.

Dom, łąka, konie,

dzikie konie,

brązowa plama,

czarna plama,

brązowa plama,

czarna plama,

stado dzikich koni na łące, a obok dom,

brązowa plama,

czarna plama,

wiedziałem, że nie chodzi o liczenie plam,

każda plama = koń, wiedziałem to od razu.

Bardzo ładnie namalowałeś, powiedziałem. Uśmiechnął się ponownie. Nie - on się zaśmiał albo wręcz zarżał. Jak koń. I pokazał mi swoje zęby, w które zajrzałem, żółte i pełne dziur. Zaczął opowiadać o dzikich koniach, które uniknęły strasznego losu podczas pożaru leśnej stajni i od tego czasu żyły dziko w lesie, ukrywając się przed ludźmi i przed samą śmiercią. Znałem tę historię, ktoś mi ją opowiadał, ale nie przerwałem Tadkowi. Niech sobie mówi, stwierdziłem. To taka piękna opowieść. Trochę oczywiście naciągana, przecież ktoś by dawno te konie zobaczył, gdyby naprawdę schowały się w lesie. To nie taki wielki las, by mogło się w nim skryć stado koni.

- Namalowałem dla Ludwiki - powiedział. - Ale zrobicie z nim, co chcecie. Tak po prostu namalowałem. Może będzie chciała.

I poszedł. Wsiąknął w noc, a zaraz potem na wieś spadła mgła. Wróciłem do domu, przebrałem się i nakryłem kołdrą, a ona leżała obok i spała, a potem obudziła się i płakała z bólu. Ostatecznie nie widziała tego obrazu; spakowałem go w papier i schowałem w składziku. Obiecałem sobie, że kiedy się jej polepszy, to jej pokażę - i na pewno zdziwi się, że taki ćwok namalował obraz, zdziwi się, że w Tadku siedzą takie rzeczy, których nikt by się po nim nie spodziewał. I powie, taki ćwok, a obraz namalował, no nie spodziewałam się, muszę mu podziękować. I w półśnie widziałem nas razem, na dworze, nad obrazem Tadka, w sobotnie sierpniowe popołudnie. Ale Ludwika umarła, nie zobaczywszy obrazu, a niedługo po niej umarł Tadek.

Teraz oboje nie żyją i jeśli się widują, nic o tym nie wiem. Może widują się na łąkach, może widują konie, spalone albo niespalone. Może biegną wśród nich, bez zmęczenia, a potem wsiąkają w las. Kto to wie. Czasami, patrząc na muchy, pasące się na moim klejącym się od rozlanej herbaty blacie, wypowiadam w duchu skierowaną do nich prośbę - powiedzcie duchom, że wciąż o nich myślę. Muchy odlatują i przemykają pomiędzy warstwami rzeczywistości do innego świata albo po prostu znikają. Innym razem gonię za nimi z packą, by je pozabijać, zanim znów zakłócą mój spokój.

Karo

Ludzie nie lubią poniedziałków albo po prostu tak mówią. Ja osobiście nie mogę się ich doczekać.

Po pierwsze, mogę wreszcie odpocząć. Nie muszę wstawać na mszę, sprzątać w domu, pomagać w ogrodzie albo się uczyć. Mama nie chodzi za mną z rozkazami. W soboty i niedziele wciąż do mnie mówi; właściwie to rzadko odzywa się do kogokolwiek poza mną. Jak gdybym była jedyną osobą w domu, do której można kierować jakiekolwiek komunikaty. Chce sobie w ten sposób wynagrodzić to, że z tatą i Kamilem w ogóle nie rozmawia, dobrze wiem, ale to i tak trochę męczące.

Wstałaś?

Tak, mamo.

Ubierasz się? Spóźnimy się przez ciebie do kościoła.

No nie wiem, mam wrażenie, że sama powinnam...

Jak tam nauka?

Dobrze, mamo.

Może tu posprzątasz?

Przecież sprzątam.

I tak to leci.

Po drugie, Kamil ma w poniedziałki wolne i nie spotykam się z nim na korytarzach szkoły.

Szczerze mówiąc, nie wiem, co gorsze, mieszkać z nim i godzić się na to, że od kiedy wrócił, w domu panuje atmosfera tak napięta, jak gdyby zaraz miała wybuchnąć wojna, czy wpadać na niego w drodze z klasy do klasy i znosić te jego nieśmiałe uśmiechy albo próby zagadywania mnie w stylu: co tam? jak tam matematyka? mam porozmawiać z panią od chemii?, które są żenujące i sprawiają, że wszyscy wokół zaczynają się na mnie gapić. Nie dziwię im się. Co to za poroniony pomysł, by twój starszy o jedenaście lat brat nagle zaczynał chodzić z tobą do szkoły?

Czasami czuję się, jakby Kamil nie był moim starszym bratem i polonistą w podstawówce, do której chodzę na szczęście ostatni rok, tylko bratem młodszym, jakbym to ja musiała się nim nieustannie opiekować i podnosić go na duchu. W domu bronić przed rodzicami, a w szkole - przed innymi dziećmi. Niekiedy, widząc go na korytarzu, jak usiłuje znaleźć sobie miejsce, zawracam na pięcie albo gdzieś się chowam, byleby tylko nie musieć z nim rozmawiać. Mam wrażenie, że on mnie szuka, jakby czuł się samotny i chciał z kimś po prostu zamienić słówko - i rozgląda się za mną, zamiast porozmawiać z kimś w swoim wieku. Wiem, co powiedziałby, gdybym zwróciła mu na to uwagę - że w szkole, oprócz Janiny od angielskiego, nie ma nauczycieli w jego wieku. Raz nawet, podczas obiadu, wspomniał coś o niej i o wieku pozostałych kolegów z pracy, dobiegających emerytury staruszków, którzy chcieli po prostu dociągnąć do końca bez większych przygód, i zaśmiał się, że bliżej mu do moich kolegów.

Nic nie odpowiedziałam.

Nie mogłam tego słuchać. Nie kazałam mu wracać do Janowic i zatrudniać się w szkole, przecież musiał wiedzieć, jak to wygląda. Miał dziewczynę, mieszkali razem i mogli robić, co chcieli, a on wrócił do rodziców, i na dodatek wrócił do szkoły. Nie został zaciągnięty przez diabolicznego profesorka, jak ten chłopak z Ferdydurke, wrócił z własnej woli.

Skąd znasz Ferdydurke, hę?, spytałby.

Czytałam, zostawiłeś całkiem sporo książek, powiedziałabym, gdyby spytał, ale tego nie zrobił.

Jeśli nie golił się przez kilka dni, rosła mu broda, co mnie szokowało, bo zachowywał się jak dzieciak. Chłopiec zamknięty w ciele mężczyzny, ciele, które urosło nieoczekiwanie i trochę przy okazji. Dlaczego wrócił do Janowic? Dlaczego zatrudnił się w miejscu, które wszyscy olewali? Dlaczego zostawił Basię? Nie potrafiłam tego zrozumieć. I dlaczego, dlaczego musiał dostać akurat moją klasę? Czy to było etyczne? Czy nie powinien uczyć kogoś innego? Miałam pięć godzin polskiego w tygodniu. Przez pięć godzin w tygodniu chowałam się za plecami Bartka i Franka - dwóch dość szerokich kolegów, którzy siedzieli przede mną i Nelą i przez całą lekcję grzebali w swoich piórnikach, unikając z nim kontaktu wzrokowego, byleby tylko Kamil nie wziął mnie do odpowiedzi- a on się mądrował przed tablicą. Gdybym chciała, zniszczyłabym tę twoją wielką karierę w kilka minut, myślałam, powiedziałabym, jak kłócisz się w domu z mamusią, jak zamykasz się w swoim pokoiku na całe dnie.

Najbardziej denerwowało mnie w Kamilu to, że wszyscy poza mną wydawali się go uwielbiać. Na jego lekcjach dziewczyny wlepiały w niego wzrok i uważnie słuchały tego, co mówił. Do szału doprowadzał mnie widok ich zaciśniętych na długopisach palców, kiedy notowały jego słowa. Przed polskim poprawiały sobie w łazience włosy, a niektóre nawet zaczęły malować sobie usta. Co więcej wszystkie, nawet te, które nie odróżniały dotąd powieści od wiersza, stały się ekspertkami w dziedzinie poezji i chociaż mało która miała odwagę się odezwać, to - gdyby tylko ktoś spytał je o zdanie - odpowiedziałyby, że uwielbiają literaturę i wiążą z nią swoją przyszłość. Co może być piękniejszego niż literatura, zastanówmy się, prawdopodobnie nie ma nic lepszego niż literatura, to ona sprawia, że nasze życie nabiera smaku, literatura to sól, proszę państwa, sól naszego istnienia, ironizowałam pod nosem, przedrzeźniając Kamila. Według mnie prowadził lekcje w sposób zbyt swobodny i dziwiłam się, że nikt tego nie zauważa - dlaczego tak łatwo dawali się nabierać na jego sztuczki? Dlaczego nie ziewali, kiedy próbował wytłumaczyć jakiś wątek z Pana Tadeusza, zawsze tak mętnie, że nikt nic nie rozumiał? Dlaczego udawali, że rozumieją? Przechodziło to moje pojęcie.

Żadna z dziewczyn nie uwielbiała Kamila równie mocno co Nela.

Mogła zranić mnie na tysiąc sposobów. Mogła mnie nie podwieźć do domu, nie zaprosić na imprezę. Ale fakt, że czuła sympatię do Kamila, zamiast się z niego śmiać, odbierałam jako największą zdradę.

- Przesadzasz, poważnie. Dzięki Kamilowi w końcu rozumiem polski. Poprzednia pani nie umiała nic wytłumaczyć. Jest naprawdę świetny i tak się stara - mówiła Nela. Nela, na co dzień ironiczna, zimna i szydercza. Nela, która każdego innego nauczyciela potrafiła zrównać z ziemią swoją obojętnością. Nela, która powiedziała katechetce, że wiara w Jezusa ma w sobie sporo ze źródeł pogańskich. Nela, która na angielskim czasami spała, a i tak mówiła najlepiej ze wszystkich w klasie.

Więc tak - żadna z pozostałych dziewczyn nie mogła się z nią równać, gdy chodziło o liczbę spojrzeń w stronę Kamila, prób zagajenia rozmowy, próśb o wytłumaczenie tematu. Na początku sądziłam, że chce mieć z nim korepetycje. Potem, że się w nim zakochała. Oglądałam w sieci koreański film Parasite, wyobrażałam sobie, że Kamil chodzi do Neli do domu i łapie ją za kolano, kiedy jej mama nie patrzy. Obrzydziło mnie to, ale przede wszystkim byłam zazdrosna.

Później dowiedziałam się od Neli, że rzeczywiście udzielał jej korepetycji. Bardzo ciężko to przeżyłam. W końcu jakoś zdołałam wytłumaczyć samej sobie, że to przecież nic nie znaczy. Zresztą to było tylko raz, bo na drugą lekcję nie przyszła, a on nigdy więcej nie przekroczył progu jej domu. Ale i tak niekiedy wyobrażałam sobie ich dwoje przy stoliku, nachylonych nad podręcznikiem, Nelę skupioną na kreśleniu kolejnych zdań, i zawsze wzdrygałam się wtedy z obrzydzenia.

Jak on mógł? Jak ona mogła?

Dlaczego nikt nie liczył się ze mną?

Zrobiła mamie na złość i uciekła z domu. Odtąd nie miała korków, dzięki Bogu.

Uciekła, ale w szkole i tak się do niego przymilała. Tak bardzo mnie wkurzała tą swoją nieprzeniknioną, sprzeczną osobowością. Może miała bordera albo coś takiego. Nie psa, taką chorobę. Może ja miałam bordera przez nią.

Przyjaźniłam się z Nelą od dłuższego czasu. No dobrze, od trzech lat. Może od dwóch. Odkąd jej matka kupiła dom od dewelopera na małej działce pod lasem, w tej części wsi, która zabudowana została dopiero niedawno, ale za to tak prędko, że wkrótce było tak, jakby zawsze stały tam domy. Nela wcześniej mieszkała w mieście i wciąż miała tam mnóstwo znajomych, którzy chodzili do klubów i spędzali wakacje w ciepłych krajach, a ferie w Alpach. Czasami się z nimi spotykała, a potem opowiadała mi ze szczegółami, co robili i kto co powiedział.

- No proszę cię. Ja w ogóle nie wiem, o co mu chodzi. Opowiada, ale tak mętnie, że nic nie da się zrozumieć - mówiłam o Kamilu.

- Przesadzasz. Musisz się po prostu postarać. I dlaczego mętnie?

- No nie wiem, mówi bardzo ogólnie. Wciąż coś o procesach kulturowych...

- Mnie to ciekawi.

- Ja wolę chemię. Pierwiastki chemiczne istnieją naprawdę.

- Jak chcesz.

Jeśli sądziłam, że w ten sposób zaimponuję Neli, to się myliłam.

Nela nie wolała chemii - zaczęła pisać wiersze. Założyła profil na Instagramie, na którym umieszczała swoje utwory, krótkie i proste, ale ciekawe i bardzo wzruszające. Pełno w nich było określeń, takich jak "fontanny smutku" oraz "skarpy serca", a także innych metafor. Nie rozumiałam ich za bardzo, ale nie przyznawałam się do tego, by nie uznała mnie za osobę płytką, która nie rozumie poezji i może się interesować co najwyżej chemią, jak wszystkie nudne kujonki, skupione tylko na lekcjach, ocenach i przyszłości zamiast na tym, co naprawdę istotne - miłości, śmierci, końcu świata.

Próbowałam ją przekonać, że nie jestem nudna. Starałam się wyrażać w sposób poetycki, ale nie bardzo mi to szło. Po prostu nie potrafiłam, nie wiem do końca dlaczego, otworzyć się na te wszystkie połączenia słów, które sprawiają, że powstaje poezja. Gdy tylko próbowałam, czułam zniechęcenie. Powiedziałam więc, że mogę z nią iść na piwo. Zainteresowało ją to. Któregoś razu po szkole poszłyśmy na spacer i pod sklepem spotkałam Olafa, kolegę Kamila z podstawówki. Olaf, w przeciwieństwie do Kamila i Pawła, nie poszedł na studia i spędzał czas, łażąc po wsi i się nudząc. Jakąś pracę miał, ale ją stracił. Zagadałam do niego tak, jakby był moim znajomym, i poprosiłam, by kupił nam piwo. Potem poszłyśmy na działkę mojego dziadka i tam je wypiłyśmy. Widziałam po Neli, że czuje się onieśmielona i przestraszona. Myślałam, że będzie zachwycona, że znam kogoś, kto może kupić nam piwo, ale ona patrzyła na mnie tak, jakbym czymś ją ubrudziła.

Później postanowiłam, że przyniosę jej skarb, o którego istnieniu nie mogła mieć pojęcia. Bo Nela fascynowała się co prawda Kamilem, ale dotąd nie wpadła na to, by wpisać w Google'a "Kamil Kotowicz". No tak, większości osób nie przyjdzie do głowy, że nazwisko zwykłego polonisty wraz z jego zdjęciem może znajdować się na tylu stronach, a nawet odsyłać do księgarni internetowych. Legenda głosi, że ktoś kiedyś kupił w jednej z nich tomik mojego brata.

Oczywiście nie ja, ja niczego nie zamawiałam. Znalazłam karton z książkami Kamila w szafie. Krótko po wydaniu mama poprosiła go, by załatwił jej trochę egzemplarzy, w razie gdyby ktoś z rodziny bądź jakaś koleżanka z pracy chcieli sobie kupić - chwaliła się naokoło twórczością syna - a Kamil zadzwonił do Nilfgara, który przysłał ich tak dużo, że mamie zostało. Ludzie deklarowali zainteresowanie poezją, ale gdy przychodziło do płacenia, większość się wycofywała, tłumacząc, że i tak nic z tego nie rozumie.

Prawdę mówiąc, może i mieli rację. Te wiersze, choć podobno opowiadały o śmierci, nie miały według mnie większego sensu. Ot, przypadkowe słowa powtykane w przypadkowe miejsca, co nie dawało kompletnie żadnego efektu. By nie robić Kamilowi przykrości, mama powiedziała mu, że wszystkie się sprzedały, a następnie przelała mu ich równowartość, czyli kilka stówek, a karton schowała głęboko w szafie, o czym nigdy się nie dowiedział. Zdławiłam w sobie pokusę wyjawienia mu jej sekretu. Wzięłam z kartonu tylko jedną cienką książeczkę. Przejrzałam ją i jak zwykle wzruszyłam ramionami. Problem tkwił w wierszach Kamila, a może naprawdę byłam beznadziejnie niewrażliwa na sztukę? Przeraziłam się, że cierpię na jakiś defekt albo jestem nieskończenie głupia.

- Muszę ci coś pokazać - powiedziałam Neli następnego dnia w szkole. To mogło być kilka miesięcy temu, w lutym, marcu, coś takiego.

Nawet się nie zainteresowała. Stwierdziła, że nie ma teraz czasu.

- No chodź, spodoba ci się.

Zaciągnęłam ją do szatni, gdzie można było wchodzić tylko przed lekcjami i po nich. Ale nikt nas nie widział. Usiadłyśmy na ławce, pod kurtkami, wdychając ich zapach: deszczu, wiatru, potu. Wyciągnęłam z plecaka tomik. Nie wyglądał zbyt imponująco i przestraszyłam się, że Nela zaraz powie, żebym schowała go z powrotem. Czekałam, ze stresu ściskając szorstki rękaw brudnawej kurtki któregoś z ósmoklasistów.

- Co to? - spytała Nela.

- Książka Kamila. Wiedziałaś, że pisze?

- Nie. Twojego brata?

- No tak. Kamil Kotowicz. Masz na okładce.

- I to są wiersze?

- Tak.

Nela sięgnęła po tomik i zaczęła go przeglądać. Pomyślałam, że ona naprawdę interesuje się poezją, w przeciwieństwie do mnie wcale nie oszukuje, by się przypodobać Kamilowi. A co, jeśli oceni tomik negatywnie i stwierdzi, że niepotrzebnie zawracam jej głowę?, przeraziłam się. Ale może to byłoby nawet lepsze, może wtedy przestałaby zachwycać się moim bratem. Wstałam, by dyskretnie dać znać, że pora iść, ale ona się nie poruszyła. Zachowywała się teraz zupełnie inaczej niż zwykle, kiedy starała się usilnie przekonać wszystkich, jaka jest wyluzowana i obojętna, ale może tak właśnie działała na nią sztuka. Bałam się, że zaraz zacznie mnie wypytywać, a ja przecież nie zrozumiałam żadnego jego wiersza.

- Możesz mi go dać?

- Jasne.

Od kiedy podarowałam jej tomik Kamila, wszystko zaczęło się między nami układać. Ale tak naprawdę. Stałam się jej prawdziwą przyjaciółką. Bliższą niż inne, nawet te z Łodzi. Zdradzałyśmy sobie sekrety, czytałyśmy wiersze, spacerowałyśmy po szkolnych korytarzach i po Janowicach. Zapraszała mnie do siebie do domu, gdzie pani Marlena, okropnie zapracowana menadżerka w korporacji, która na szczęście pracowała zdalnie, udostępniała nam Thermomix i blender, byśmy robiły sobie fit naleśniki oraz shaki truskawkowe, z dużą ilością lodu i jogurtu naturalnego. Nie wyjawiłam Neli oczywiście, że w szafie mam pełno tomików Kamila, pozwoliłam, by uwierzyła, że obdarowałam ją prawdziwym skarbem.

Czy życie nie było piękne?

Czy życie nie było widmem zazdrości, blaskiem codziennego olśnienia...

Zawahałam się.

Blaskiem codziennego olśnienia?

Miałyśmy wspólną tajemnicę i jeśli nawet Nela nie wyobrażała sobie, bym mogła zostać poetką, to uważała mnie za siostrę poety, a więc osobę choć trochę uduchowioną. Podniecone wspólnotą sekretów, knułyśmy na temat przeszłości Kamila i zawartości jego głowy; Nela interpretowała wiersze zawarte w książce, a następnie pytała mnie o zdanie. Mam rację? Nie mam racji? Usiłowałam przypomnieć sobie różne sytuacje z naszego życia, czasami miałam wrażenie, że wiele nas łączy, a czasami, że o bracie absolutnie nic nie wiem. Nikomu nie powiedziałyśmy o tomiku Kamila, to była nasza tajemnica, choć przecież każdy mógł zdobyć jego książkę. Gdyby tylko dowiedział się o jej istnieniu.

Miałyśmy nad Kamilem przewagę; bawiło nas, z jaką nieświadomością prowadzi te swoje lekcje, tłumacząc zawiłości Pana Tadeusza, według niego trudne dla nas do zrozumienia. Nie wiedział, że posiadłyśmy wiedzę o jego najgłębszych sekretach i takie rzeczy jak Pan Tadeusz nie były już dla nas trudne.

Tego dnia mama zadzwoniła do mnie i powiedziała, że leci do Budapesztu, poprosiła, bym zajęła się domem. Miałam ochotę ją skrzyczeć i uciec do innego miasta albo chociaż do Neli - i u niej spędzić tych kilka dni. Wiem, że od nas uciekasz!, chciałam wrzasnąć. Nie możesz dać mi spokoju nawet w szkole?! Dlaczego mam się zajmować domem?! Dlaczego mnie o to prosisz?!

Mruknęłam coś i się rozłączyłam.

Do ostatniego dnia miałam nadzieję, że nie poleci, i nawet kiedy zaczęła się pakować w niedzielę rano, nie dopuszczałam do siebie myśli, że naprawdę to zrobi. Leciała sama, bez taty, Kamila i mnie, co stanowiło podejrzaną i poprzez to denerwującą okoliczność. Ale znacznie bardziej denerwujące było to, że akurat mnie prosiła o ogarnianie domu, chociaż zostałam z dwoma dorosłymi mężczyznami. Widocznie od nich można było nie wymagać. Zanim zdążyłam zaprotestować, mama powiedziała, bym odwiedziła dziadka. Nie postawiłam się. Jak zwykle. Cała ja. Bezproblemowa, służalcza, pozbawiona własnego zdania. Miło mi, Karo Kotowicz. Proszę mną manipulować do woli.

Przerwę spędziłam na gapieniu się w telefon. Chciałam napisać mamie coś chamskiego i stanowczego, ale nie wiedziałam co. Wszyscy biegali i krzyczeli. Miałam wrażenie, że Janina od angielskiego się na mnie gapi. Może uważa mnie za nieszczęśliwe dziecko; może Kamil ma z nią romans i opowiada jej o mnie w łóżku. Może śmieją się ze mnie. Śmieją się, że jestem taka nudna i zwyczajna i że od razu widać, że udaję kogoś innego. Nela usiadła obok. Miałam ochotę się do niej przytulić.

- Jak mi się nie chce - powiedziała.

- Mnie też nie.

- Może wpadniesz do mnie po szkole?

- Serio? Dziś?

- No, a robisz coś?

Zawahałam się; miałam iść do dziadka, ale dopiero wieczorem. No i przecież nie musiałam iść, to nie był mój obowiązek. Nie musiałam przecież wciąż spełniać oczekiwań, które mieli wobec mnie inni ludzie. Miałam przecież prawo do własnego szczęścia.

- Jasne, wpadnę.

- W sumie to możemy się urwać z wuefu.

Ponownie się zawahałam. Ale przecież mama właśnie uciekła do Budapesztu. Nikt mi nic nie powie.

- W sumie tak.

- I może z angielskiego.

Uśmiechnęłam się i zerknęłam na Janinę.

- No w sumie.

Zebrałyśmy się po religii, na której nic się nie działo, i cichcem wybiegłyśmy ze szkoły. Czułam się taka wolna i szczęśliwa; trochę się bałam, że mama dowie się wszystkiego z Librusa i że może dowie się tego od razu, i będzie do mnie dzwonić z Budapesztu z pretensjami, ale postanowiłam, że najwyżej nie odbiorę albo odbiorę i coś skłamię, że boli mnie brzuch albo coś takiego, przecież i tak tego nie sprawdzi. Szłam z Nelą, tuż obok Neli i zerkałam na Nelę co chwilę. Nie dawała nic po sobie poznać. A przecież ktoś mógł nas widzieć.

- Jeśli Janina coś napisze na dzienniku, to powiem, że rozbolał mnie brzuch - oznajmiłam.

- Ale się stresujesz - zaśmiała się.

- Nie stresuję się.

Skręciłyśmy w stronę nowego osiedla, oddalając się od głównej drogi. W jednym z kilkunastu podobnych do siebie domków, tym wybudowanym na działce tuż obok granicy lasu, mieszkała Nela. Weszłyśmy do środka. Jej mama siedziała przy stole w kuchni przed drogim laptopem i mówiła po angielsku do mikrofonu.

- Give me a minute, please - powiedziała, widząc nas w drzwiach. - Nie miałaś mieć dziś do piętnastej? - spytała. Brzmiała bardzo napastliwie.

- Nie, dziś nie.

- Nie? Tak mi się wydawało.

- Pomyliło ci się ze wtorkiem albo czwartkiem. Jak zresztą zwykle.

- Dobrze, dobrze. Niech ci będzie. Idziecie na górę?

Przestępowała z nogi na nogę. Widziałam, że zdenerwowała się na nasz widok. Może stresowała się pracą, a może zirytowało ją to, że Nela opuszcza zajęcia, bo przecież w każdej chwili mogła sprawdzić nasz plan i dowieść, że Nela kłamie. Ale widocznie nie chciała się z nią kłócić. W każdym razie pożałowałam, że tu przyszłam. Stałam w drzwiach, niepewna, co zrobić, a mama Neli patrzyła na mnie jak na oszustkę, która obchodzi domy, by wciskać ludziom odkurzacze albo garnki.

- Ściągniesz wreszcie te buty? - spytała Nela.

Ściągnęłam i przemknęłam za nią na górę. Czułam się bardzo niezręcznie.

- Sorry, little problem, but nevermind - dobiegł nas głos pani Marleny.

Nela rzuciła się na łóżko i wykrzywiła usta.

- SORRY, LITTL PROBLEM, BAT NEWERMAJND - szeptała, wskazując na siebie samą i wciąż się krzywiąc.

Udawałam, że mnie to bawi.

Zawsze czułam się bardzo skrępowana, wchodząc na nowe osiedle. Skrępowanie rosło, kiedy wchodziłam z Nelą do jej domu. Do tego ładnego, niewielkiego, ale przestronnego domu, pełnego światła i białych mebli, tak różnego od mojego - wielkiego i klockowatego, z małymi oknami i płaskim dachem. Rozmawiając z jej mamą, starałam się wspiąć na szczyty intelektu. Tak bardzo nie przypominała mojej mamy, chociaż moja mama z pewnością uważałaby inaczej. Marlena: robiła wszystko tak swobodnie; pracowała przy komputerze, analizując jakieś dane i robiąc na ich podstawie zestawienia i wykresy. Jeździła na city breaki i nie uważała kilku dni w Budapeszcie za nic wielkiego. Wypowiadała się na temat bieżących wydarzeń z pewnością siebie, jakiej nie widziałam u żadnej innej kobiety. Kiedy nie miała akurat calla, zdejmowała słuchawki i robiła sobie przerwę, by z nami pogawędzić. Zupełnie nie musiała się przejmować tym, że przecież, technicznie rzecz biorąc, powinna pracować.

Moja mama: w kółko rozprawiała o wycieczce do Budapesztu, pracowała na stanowisku w urzędzie pracy, gdzie pomagała ludziom wypełniać jakieś formularze, była spięta i wiecznie zdenerwowana, jakby nieustannie się bała, że ktoś ją złapie za rękę i powie: przestań udawać!

Moja mama, mama Neli.

- SORRY, LITTL PROBLEM, BAT NEWERMAJND - śpiewała pod nosem Nela. - Jest okropna, prawda? - rzuciła.

- Tak, trochę - potwierdziłam, chociaż tak naprawdę chciałam powiedzieć, że uwielbiam panią Marlenę i chciałabym być taka jak ona.

- Jak nas tu nie chce, to może zadzwonisz do Olafa?

- Po co...?

- No, mogłybyśmy się z nim spotkać.

- Chcesz dzisiaj pić?

- Dlaczego nie? Boisz się?

Powinnam powiedzieć, że muszę iść do dziadka, bo urodził się osiemdziesiąt lat temu i dlatego trzeba go obdarować Ptasim Mleczkiem. Powinnam powiedzieć, że ostatnie ptaki na wsi będą złe, że zamiast siedzieć z dziadkiem i dziobać Ptasie Mleczko, poszłam z Nelą nad brudną rzekę i tam, w chaszczach i piachu, dopuszczam się t a k i c h r z e c z y.

- Dobra, czemu nie? - powiedziałam. - I tak nie mam co robić.

Kłamałam.

- W sensie mam, ale mogę to przełożyć. Wiesz, mama poleciała do Budapesztu i nikt nie będzie się mnie czepiał.

Miałam się nie chwalić, a się pochwaliłam. Nela uśmiechnęła się, ale nic nie powiedziała, dalej scrollowała Instagrama.

Podeszłam do okna i wybrałam numer Olafa. Czekałam na połączenie. Może nie odbierze. Może coś robi. Może, nie wiem, znalazł sobie wreszcie pracę, robi cudowną karierę w miasteczku i zamiast pić z nami, woli produktywnie spędzać czas z ludźmi w garniturach i ciemnych okularach, popijając Blacka za Blackiem, by mieć więcej energii, niezbędnej w robieniu biznesów.

Tak, Olaf i robienie biznesów.

Jasne.

On miał naprawdę dobre serce. Nie nadawał się do biznesów.

Janowice o tej porze wyglądały jak miasteczko dla lalek zbudowane przez bogatych rodziców dla bogatych dziewczynek. Miasteczko pełne ludzi, którzy myślą, że są prawdziwi, bo nie wiedzą, że nie są. Na tym polega cała zabawa - i ludzi, i dziewczynek.

Mnóstwo takich samych bielutkich domków, z takimi samymi ogródkami i za nimi rozległymi zielonymi polami oraz lasem, a w nim nie wiadomo co. Nad tym wszystkim - rozżarzone słońce, które kołysze się nad nami jak wielka kula wyburzeniowa. Albo gruszka. Tak, słońce przypominało mi gruszkę. Poczułam suchość w ustach.

Nie wiedziałam, czego chcę. Usiadłam obok Neli i oparłam się o ścianę; zdziwiła się, bo rzadko zachowywałam się tak swobodnie. Miałam ochotę na gruszkę. Olaf odebrał.

Kamil

W takie dni szczególnie mocno tęskniłem za swoim łódzkim życiem, które dzieliłem dawno temu (tak mi się wydawało, że minęło bardzo dużo czasu) z Basią. W takie dni, to znaczy w te, w które ktoś z rodziny sprawiał, że czułem się jak niezbyt rozgarnięty skrzat domowy, którym można pomiatać, przestawiać go z kąta w kąt i kompletnie ignorować, co ma do powiedzenia. Dziś wkurzył mnie Paweł, ale przecież równie dobrze do pokoju mogła wejść mama albo tata, gdyby nie robili akurat czegoś innego. Wiem, to żałosne narzekać na ciężko pracujących rodziców, którzy byli dla mnie tak mili, że pozwolili mi do siebie wrócić, karmili mnie i nie brali za to żadnych pieniędzy, ale pogodziłem się ze swoją żałosnością. Jeśli chodzi o Łódź, to tęskniłem za wszystkim, nawet za ciągłym szukaniem pracy i dodatkowych zajęć, byleby tylko móc się dokładać Basi do czynszu, chodzeniem na bezsensowne rozmowy rekrutacyjne do chujowych firm zajmujących się marketingiem internetowym i reklamą, gdzie zawsze mi odmawiano, wysyłaniem skanu swojego dyplomu do łódzkich podstawówek i liceów, skąd do mnie nie oddzwaniali, przesiadywaniem samemu w łóżku, kiedy ona zostawała w pracy do późna (musiała na nas zarobić), podsłuchiwaniem sąsiadów przez ścianę. Nawet nerwowe dni, podczas których modliliśmy się o wizytę cioci z Ameryki (naprawdę się modliliśmy), a Basia wściekała się na mnie, bo tysiąc razy pytałem o to, czy na pewno czuje, że dostanie, kończące się zawsze ulgą, że znowu nam się upiekło i nie będziemy musieli wracać do Janowic z podkulonym ogonem, napełniały mnie teraz rozczulającą melancholią.

Sięgnąłem po telefon, chcąc sprawdzić, czy Marlena czegoś nie napisała, ale uświadomiłem sobie, że nie wziąłem go ze sobą. Krótko zanim wyszedłem zadzwoniła mama jednego z uczniów, pewnego sympatycznego, ale trochę nierozgarniętego grubaska, z pytaniem, czy znam jakieś książki, na których mógłby poćwiczyć czytanie, wymyśliłem coś naprędce, Opowieści z Narnii, a potem wcisnąłem telefon głęboko w kołdę, bo miałem dość ludzi, którzy czegoś ode mnie chcieli - no i skończyło się tak, że wyszedłem bez niego.

Minąłem dom dziadka szerokim łukiem i poszedłem na łąki.

Dziadek mógł przesiadywać na podwórku bądź po prostu gapić się przez okno i chociaż raczej nie rozpoznałby mnie z tej odległości, to przecież nic nie wiadomo. Za jego domem rozciągały się działki - pas ziemi należący do nas od wieków. Łąki, działki rolne, aż do rzeki, a właściwie strumyka pod lasem. Tam właśnie, nad rzeką, pod lasem, miałem się pobudować wraz z Basią, tak to sobie planowaliśmy. Na naszej łące.

Szedłem polną ścieżką, przymykając oczy z powodu palącego słońca. Szedłem do Marleny, jak zawsze tą samą drogą - nieuczęszczaną przez nikogo oprócz saren i kun. Nie mógłbym iść do niej przez wieś. Musiałem iść drogą saren i kun, i może lisów.

Tak, dziadek czasami wspominał o lisach.

Jak mogłem zapomnieć o lisach?

Spotykaliśmy się tu z Basią w dawnych czasach. Mój dziadek, w przeciwieństwie do mnie złota rączka, postawił w brzozowym zagajniku, rosnącym nieopodal brzegu rzeki, ale po naszej stronie, a nie po stronie lasu, kilka ławeczek, ale nigdy nie miał czasu, by tu przychodzić, dlatego przychodziliśmy my. Ja i Basia, dwoje nieszczęśliwych, niezrozumianych w szkole dzieciaków.

Przychodziliśmy tutaj po szkole. Czasami razem, ale częściej osobno, bo przecież wstydziliśmy się tego, że się kochamy. Dawaliśmy sobie dyskretne znaki. Odwracała się do mnie i mrugała albo opuszczała rękę i zaciskała dłoń. To oznaczało: chcę się z tobą spotkać, bądź na łąkach, idź za mną, będę na ciebie czekała, tam na łąkach, idź za mną.

Szła pierwsza. W pewnej chwili, zupełnie niespodziewanie, skręcała ku łąkom, a potem chowała się w naszej brzezinie i czekała na mnie. Przychodziłem nieco później, bo zostawałem trochę na boisku przed szkołą pokopać dla niepoznaki piłkę - ale robiłem to zupełnie od niechcenia, bo myślałem już tylko o tym, by do niej pobiec. Poza tym nie bardzo nadawałem się do grania. I w końcu wołałem, że idę. Biegłem do niej, zastanawiając się, czy będzie na mnie czekać. Szczerze mówiąc, biegłem z myślą, że nie czeka na mnie, że sobie poszła, bo właściwie dlaczego miałaby na mnie czekać, co takiego mogła we mnie widzieć? Spodziewałem się nie zastać nikogo na łące, ale zawsze, ku mojemu zdziwieniu, czekała. I dziwiłem się wtedy, że chce ze mną gadać, taka ładna i w sumie popularna dziewczyna, ze mną, dziwakiem, z którego wszyscy się śmiali.

Jesteś, mówiłem zadyszany i spocony, jesteś.

Jestem, czekałam na ciebie.

Ja na ciebie też.

Jak to?

W sensie... Nie, nieważne.

Siadaliśmy naprzeciwko siebie pod drzewem. Wstydziłem się na nią patrzeć i ona chyba też wstydziła się patrzeć na mnie; rozglądaliśmy się na boki i podziwialiśmy przyrodę, jak to się mówi. Słuchaliśmy śpiewu ptaków, ale nie umieliśmy się na nim skupić. Obserwowaliśmy przesuwające się powoli pracowite ciągniki na polach sąsiadów. I przesuwające się powoli, równie pracowite, co ciągniki, chmury na niebie. Nie widzieli nas, prawda? Nikt nas nie widział. Basia otwierała plecak i sięgała po książki, które kładła sobie na kolanach. Wzdychałem ciężko.

Może odrobimy chociaż lekcje?, pytała.

Dobra, lekcje można odrobić. Ale wolę poleżeć.

Leniuch.

Odrabialiśmy zadania, to znaczy ona odrabiała, a ja zapisywałem w zeszycie dyktowane przez nią liczby czy zdania. Obserwowałem ją, jak ślęczy nad książką i rozwiązuje jakieś równania albo mnoży coś w pamięci, ssąc końcówkę ołówka, a drugą ręką podtrzymując kartki podręcznika, by wiatr ich nie przewrócił. Zawsze brała sobie do serca to, co mówili nauczyciele, a ja prawie nigdy. Lubiłem powieści, które ona czytała trochę z przymusu. Męczyła ją niepewność fikcyjnego świata, wolała, kiedy wszystko się zgadzało, a ona wiedziała, co jest prawdziwe, a co nie.

Przychodziliśmy na tę łąkę co roku aż do końca października, wtedy przeganiały nas stamtąd ciemność i chłód. Ostatnie spotkania przesycone były smutkiem, ale nic przecież nie mogliśmy zrobić - wiatr wiał za mocno, kartki wilgotniały, kiedy tylko otwieraliśmy książki. Nie dało się tam siedzieć. Rozstawaliśmy się z żalem, a potem wracaliśmy do siebie.

Niekiedy rozmawialiśmy w szkole, ale w obecności innych nigdy nie potrafiliśmy się przed sobą otworzyć. Jak w naszej lokalnej wersji mitu o Demeter i Korze rozkwitaliśmy wczesną wiosną, nie robiąc sobie nic z przymrozków i kataru, a gaśliśmy dopiero późną jesienią, zagonieni do domów przez rodziców i mrok. Nie wiem sam, czy właściwie byliśmy parą. Im starszy się stawałem, tym częściej zastanawiałem się, jak ją pocałować i kiedy to zrobić. Ale wydawało mi się, że ona mnie odtrąci, że jest zbyt mądra i czysta na te rzeczy, które chłopaki robiły z dziewczynami. Przez swoje piękno i nieszczęście wydawała się wyrastać ponad inne istoty ludzkie, a przynajmniej ponad inne dziewczyny.

Po latach dowiedziałem się, czemu odrabiała wszystkie prace domowe na łące, pozwalając mrówkom wchodzić między kartki podręczników i mieszać w treści poleceń. Sama mi powiedziała. Opowiedziała mi to wszystko, czego może i powinienem był się domyślić dużo wcześniej. Siedzieliśmy w naszym wynajmowanym łódzkim mieszkaniu, ona na podłodze, z głową opartą o łóżko, mówiła o swoim domu, toczących go chorobach.

Pamiętam ten dom, tę chatkę.

Mama mówiła, że to nie dom, a chatka. Tu mieszka ten Tkaczuk, w chatce, mówiła.

Tuliłem Basię, gładziłem ją po włosach.

Proszę cię, nie płacz, mówiłem.

W mojej głowie wszystko związane z matematyką i chemią nieodwracalnie wiązało się z zapachem trawy i ciepłem padającego mi na policzki słońca. To magiczne wiązanie miało w sobie bardzo wiele z chemii. I kiedy myślę o jakimś chemicznym pierwiastku, choć zdarza mi się to naprawdę rzadko, umysł od razu podsuwa zapach łąki i zapach Basi.

Nie rozmawialiśmy ze sobą wtedy w żaden inny sposób, tylko w języku prac domowych. Jednak z czasem nauczyłem się ją bezbłędnie rozumieć, a ona zaczęła bezbłędnie rozumieć mnie. I kiedy mówiła mi o pierwiastkach kwadratowych, wiedziałem, że coś ją gryzie. A kiedy objaśniała mi budowę komórki i różnice między bakteriami a wirusami, byłem pewny, że się cieszy. Wymieniając się wiadomościami na temat budowy oka, czuliśmy się szczęśliwi, bo przecież chodziło o to, by opatulać się swoimi głosami. Jakie to piękne słowa: spojówka, rogówka, twardówka, komora przednia, tęczówka, ciało rzęskowe i soczewka. Dopiero kiedy wszystkie zagrzechoczą mi w głowie, uświadamiam sobie, jak cudownie było na nią patrzeć, rozpływającą się w słońcu i przeszytą jego promieniami. Cudownie, w sensie, że miało w sobie coś z cudu to wspólne budowanie oka, przez które będzie można patrzeć na świat, na zewnątrz, na poza nami.

Nie odważyliśmy się powiedzieć sobie niczego więcej. Kiedy pierwszy raz zrozumiałem, że ją kocham i że nigdy nie znajdę nikogo, kto by mi ją zastąpił, nie wiedziałem o niej praktycznie nic, ale miałem za to sporą wiedzę z zakresu wodorotlenków, minerałów, a nawet budowy owadzich ciał. Wszystko to, co w książkach, zdarzało się przecież również naokoło nas, praktyka pokrywała teorię, a teoria praktykę.

Wyobrażałem sobie, że zbuduję dom dla siebie i dla Basi, wydawało mi się to naturalną sprawą. Ten dom stanie nad brzegiem rzeki. Ekscytowało mnie, że rodzice niczego się nie domyślają. Układałem sobie w głowie, jak będzie wyglądać nasz dom, ile będziemy mieli dzieci i tak dalej, kiedy poproszę dziadka, by przepisał mi działkę, i w jakich słowach wyjawię mu treść swoich poważnych planów.

A potem wszystko się zmieniło. Basia zniknęła. Spotkałem ją ponownie po latach i znowu się z nią rozstałem.

Dziś obudziłem się z czkawką, obszedłem dom dziadka łukiem, szerokim, może za szerokim, ale chciałem mieć pewność, że mnie nie dostrzeże.

Jakie to dziwne, pomyślałem, wracać pamięcią tak daleko, do czasów, kiedy było się kimś zupełnie innym. Odczuwałem przy okazji takich rozmyślań coś w rodzaju stresu wywołanego separacją od siebie samego - po prostu zastanawiałem się, jak to możliwe, że będąc dziś sobą, mogę mieć coś wspólnego z tamtym chłopcem, siedzącym na ławce pod brzozami, z podręcznikiem do chemii na kolanach. Czy ja w ogóle pamiętam cokolwiek z chemii?

Miałem dużo czasu, postanowiłem iść na naszą łąkę. Marlena nie lubiła, gdy przychodziłem nie w porę. Wszystko musiało być dopasowane do harmonogramu. Miała przecież swoją poważną pracę. Spotkania, zestawienia, tabelki. I tak cud, że mnie między nie wcisnęła.

Skręciłem na działkę.

Zdenerwowałem się, widząc śmieci - jakieś papierki po lodach, plastikową butelkę, foliową torebkę, a nawet parę butelek po piwie. Czyżby ktoś przychodził tutaj pić? Spędziłem kilka chwil na szukaniu śladów po ludziach, którzy mogli tu być przede mną, jak archeolog zastanawiałem się, czy moje odkrycia świadczą o istnieniu jakiejś pradawnej cywilizacji, czy też to tylko coś w rodzaju nałożonego na przeszłość palimpsestu. Kto ośmielał się zakłócać spokój tego miejsca?

Skierowałem się w stronę brzóz. Kogo spodziewałem się zobaczyć wśród nich? Siebie samego sprzed lat? I obok równie małą Basię? Dzieci machające do mnie, mówiące, bym się nie przejmował, bo wszystko można zacząć od początku, jeśli się tylko chce, tyle że w innym wymiarze? Podniosłem ręce i przymknąłem oczy. Chciałem połączyć się z lasem, moją drugą świadomością, i znaleźć w nim samego siebie, nie tego, którego nosiłem ze sobą, tego prawdziwego.

Ktoś głośno chrząknął. Otworzyłem oczy, przerażony. Stał przede mną Olaf. Miał ze sobą plecak, a w nim coś brzęczącego. Butelki. Zamierzał tu pić? Powinienem mu coś powiedzieć. Ale właściwie co?

Olaf miał lekko przymglony wzrok i mrużył oczy, co prawdopodobnie sprawiało, że uważano go za lekko upośledzonego. Rzeczywiście, było z nim coś nie tak, zawsze miał problemy z nauką i dość wolno kojarzył fakty, w szkole nie dawano mu przez to spokoju. Ale nie wydawało mi się teraz, by rzeczywiście był upośledzony, co najwyżej inny.

- Już sobie idę, przepraszam bardzo - powiedział.

- Nic nie szkodzi - odpowiedziałem, starając się ukryć zmieszanie. - Przecież możesz tu być.

- Już sobie idę, przepraszam - powtórzył. - Nie chciałem ci przeszkadzać. Nie wiedziałem, że wróciłeś do domu.

- Nie, nie. Spoko. Po prostu dziwię się, że ktoś tu siedzi.

- Lubię tu przychodzić.

- Tak?

- Jest tu tak pięknie.

Uśmiechnąłem się. Miał rację. Usiadłem obok niego i dotknąłem trawy, suchej i szorstkiej. Przypomniałem sobie, jacy byliśmy dla niego w szkole, jak często się z niego śmialiśmy i jak potem było mi wstyd, kiedy okazało się, że jego rodzice rozmawiają z moimi pod kościołem; szedłem z zakrystii, bo służyłem wtedy do mszy jako ministrant, i przeraziłem się na ich widok. Pomyślałem sobie, że skarżą się na mnie, i zacząłem szukać w duchu wymówek i usprawiedliwień, ale chodziło o coś innego - jakąś błahą sprawę w rodzaju festynu kościelnego. Potem, w domu, nie mogłem się uspokoić. Modliłem się i starałem się przekabacić Jezusa, obiecałem mu, że nigdy więcej nie będę niemiły dla nikogo w szkole, byleby tylko rodzice się nie dowiedzieli.

- Idziesz do lasu? - spytał Olaf.

Prawdopodobnie nie pamiętał, że byłem wśród chłopaków, którzy mu dokuczali. Właściwie dlaczego miałby pamiętać akurat mnie, może po prostu się z niego śmiałem, ale przecież śmiali się z niego prawie wszyscy.

- Tak, do lasu - odpowiedziałem.

- Po co?

- Po prostu, pospacerować.

- Też lubię spacerować po lesie.

- Olaf, pamiętasz mnie w ogóle?

- No przecież, że pamiętam. Jesteś Kamil Kotowicz. Chodziłeś do równoległej klasy. Pamiętam cię, bo zawsze byłeś wporzo.

Uśmiechnąłem się do Olafa, chociaż miałem ochotę go objąć, zdjął mi z serca kamień. A więc miałem rację, nie byłem wcale zły, wręcz przeciwnie.

- Tak? Dzięki.

- I co teraz robisz?

- Uczę w szkole. Polskiego. W Janowicach, wiesz?

- Tak? Tu, w Janowicach? To ciekawie.

- Czemu?

- No po prostu nie spodziewałem się, że cię tu zobaczę. Większość dawno stąd uciekła i nie wraca za często. Siedzą za granicą albo... Wiesz, że Bartosz Tkaczuk był w więzieniu? Ten Bartosz, co miał siostrę Basię, wiesz... ten łobuz. Powinieneś pamiętać, bo dawno temu złamał twojemu bratu nos. W końcu się doigrał. Siedział dwa lata, ha, ha.

Pokiwałem głową. Naszła mnie ochota na papierosa, ale zdusiłem ją w sobie i przełknąłem ślinę. Sięgnąłem do kieszeni po telefon, tyle że przecież zapomniałem go wziąć. Usiadłem obok Olafa i zacząłem coś gadać o szkole, a on nie odpowiadał; sam nie wiem, po co mówiłem, przecież szkoła nie mogła mu się kojarzyć z niczym przyjemnym. Może po prostu chciałem, by nie zmienił o mnie zdania, by wszystkim opowiadał, jaki to byłem dla niego dobry.

- Jakoś dwa lata siedział - powiedział Olaf.

- Co?

- No, Bartosz Tkaczuk.

- Aaa, Bartosz.

- Teraz powinien wyjść. Ciekawe, co będzie robił. Tak po pierdlu to trzeba zacząć od początku.

- Dobrze się orientujesz, co?

- No, Bartosz też był dla mnie wporzo.

Nie odpowiedziałem. Olaf wydawał się bardzo zasmucony losem Bartosza. Jeszcze przez chwilę siedziałem obok, zastanawiając się nad naszą przeszłością. Miał rację, było tu pięknie. Jaskrawa zieleń atakowała nas ze wszystkich stron, a delikatne liście brzóz wydawały się lekko dźwięczeć, poruszane nieśmiałymi podmuchami wiatru. Gdy przymknęło się oczy, wszystko znikało, rozpuszczone w blasku słońca. Nawet rzeka stawała się całkowicie biała. Nie wiedziałem, czego chcę od życia. Bartosz Tkaczuk, Bartosz Tkaczuk... Tak, złamał nos Pawłowi podczas meczu naszego lokalnego Orła, a potem trafił do poprawczaka i całkowicie się stoczył, aż w końcu wylądował w więzieniu. Trafił, wylądował. Jakby ktoś nim ciskał po mapie. Nie znałem go, chociaż był bratem Basi. Jak mówiłem, siedzieliśmy na łące, nie zapraszała mnie do domu.

- Widziałeś coś dziwnego podczas swoich spacerów po lesie? - zagadnąłem Olafa.

- Jak konie?

- Tak.

- Nie, nie bardzo. Ale mam wrażenie, że tam są. Czasami czuję ich obecność.

- Moim zdaniem nie istnieją.

- Może i nie.

Uśmiechnąłem się do Olafa i pożegnałem z nim. Po prostu tu siedział i myślał o koniach. Po prostu tu siedział i zastanawiał się, czy możliwe jest coś więcej ponad to, co jest. Przeszedłem przez most; znalazłem się w lesie. Marlena z pewnością zaczęła się niecierpliwić. Zostawiłem za sobą ziemię, widmo niezbudowanego domu i widmo Olafa.

Basia

Obudziłam się nad ranem i nie mogłam ponownie zasnąć - czekałam, aż się rozwidni, ale ten, kto zarzucił na miasto noc, bardzo się postarał. Mrok nie przepuszczał nawet odrobinki światła. Serce, na które nie zwracałam na co dzień uwagi, nagle postanowiło przypomnieć o swojej niezręcznej obecności i biło oszalałe na alarm. Szkoda, że nie wiedziałam, co się stało, ale tego przecież serce nie mogło mi powiedzieć. Nie pasowało do tego miasta i w ogóle do mnie, dlatego rozregulowało się i teraz, kompletnie zagubione, wybudzało mnie w środku nocy, przypominając, że wciąż jestem człowiekiem i że w związku z tym muszę się bać.

Sięgnęłam ręką na drugą stronę łóżka i wtedy serce przestało tak mocno bić. Spałam sama, a druga połowa łóżka była zimna. Niebo zaczęło się rozcierać, ktoś zrobił w nim małą dziurkę i teraz powiększała się dzięki ptakom, a w szczególności gołębiom, które służą do przeganiania ciemności i zarządzają rozpoczęcie dnia, chociaż pewnie robią to dla chleba, a nie dla ludzi.

Światło nad miastem ma bledszą barwę niż światło na wsi. Dopiero dziś to zauważyłam i uświadomiłam sobie, że można na coś patrzeć, ale tego nie zauważać, i że miałam tak pewnie z wieloma rzeczami - ale to nieważne, bo naprawdę widziałam to blade światło, a skoro i widziałam, i zauważałam, to oznaczało, że wreszcie się tu zadomowiłam.

Poleżałam trochę z telefonem w ręku, zastanawiając się nad kilkoma sprawami, które musiałam załatwić tego dnia w kancelarii. Nagle zaczęłam się stresować, że w piątek o czymś zapomniałam. Skoro czułam niepokój, to z pewnością zrobiłam coś źle, tylko nie mogłam sobie przypomnieć, co takiego. Trudno, niech mnie zwolnią, stwierdziłam w duchu, choć wcale nie chciałabym zostać zwolniona, ale skoro nie miałam na to wpływu, to równie dobrze mogłam się nie stresować.

Poszłam się wykąpać i przez chwilę nawet planowałam zrobić sobie kanapki, w końcu jednak machnęłam na to ręką. Zaczęłam się ubierać.

Musiał się pakować w pośpiechu, bo zostawił trochę ubrań. Nigdy ich nie wyrzuciłam, nawet nie pomyślałam, że mogłabym to zrobić. Wyrzucić te ciuchy znaczyłoby wszystko definitywnie przekreślić. Bo na przykład nasze skarpetki niczego się nie domyślały i wciąż łączyły się w pary.

Łódź w czerwcu zamieniała się w gorącą, lepką zupę. Ostre słońce sprawiało, że wszystko wokół stawało się jaskrawe, aż bolały oczy. Gorąc bił od ścian bloków i okien, od samochodów i sklepów, i piekarni, i banerów z reklamami siłowni, i cateringu dietetycznego, a przecież nie minęła nawet dziewiąta. Po osiedlu kręciło się kilku starców, właściwie nigdy stąd nie znikali, chociaż za każdym razem widziałam innych, jakby w piwnicach ktoś ich nieustannie produkował, a tych zużytych utylizował.

Układałam sobie w głowie, co powiem Arturowi; miałam opracować strategię procesową w pewnej sprawie i to zrobiłam, ale teraz odnosiłam wrażenie, że wymyśliłam głupoty, a on będzie zawiedziony moimi pomysłami, chociaż nie powie tego na głos - po prostu następnym razem da zadanie komuś innemu. W tramwaju wypełnionym niemalże po brzegi, wciąż trwał rok szkolny, tylko cudem usiadłam, bo akurat zwolniło się miejsce. Nie rozglądałam się, wtedy na pewno przyszpiliłaby mnie jakaś staruszka i musiałabym ustąpić, a nie chciałam stać w tłumie, dotykać spoconych ludzi, przesiąkać ich ciałami i zapachami.

Wieczorem miałam się spotkać z mamą, zapewne będzie mówić o chłopakach i pieniądzach, uważała, że powinnam zamieszkać z nią, bo przecież nie zarabiam tak znowu dużo i wcale się na to nie zanosi, że będę, chociaż udawałam przed nią, że dużo zarabiam i że sobie świetnie radzę, a w domu zamartwiałam się, że do niczego się nie nadaję, odszedł ode mnie chłopak, a drugiego gościa, idealnego zdaniem matki, po prostu spławiałam, mówiąc mu, że nic z tego nie będzie, ciekawe, na co właściwie liczyłam, pewnie na coś wspaniałego, a skończę sama i nieszczęśliwa (a mama i tak nie wiedziała o wszystkim).

Postanowiłam, że odpiszę Adrianowi, miłemu i mądremu farmaceucie z Tindera, z którym umawiałam się od kilku tygodni, potem, bo przecież teraz nie mogę się skupić na pisaniu esemesów i ktoś może patrzeć mi przez ramię, umówię się z nim, znowu, i będę milsza niż ostatnio, bo przecież, bo przecież. On naprawdę się starał. Ja też powinnam, tak uważała mama, dlaczego wciąż musiałam grymasić?

Miałam jechać do niej po pracy, a potem spotkać się na Piotrkowskiej z koleżanką ze studiów, Agą. Spotkanie z mamą to nagroda za pracę, a z Agą - nagroda za mamę.

Odwrócił się do mnie mężczyzna. Nie jeden z tych bezdomnych, którzy podchodzą na łódzkich przystankach i wpatrują się w ciebie tak, jakby prosili cię o coś, czego nigdy nie będą potrafili wyrazić za pomocą słów. Miał na sobie skórzaną kurtkę i mocno sfatygowane dżinsy, tanie i zużyte buty, a jego łysa głowa nie odbijała światła. Wyglądał na samotnego gościa, który mógłby przyjść do biblioteki na spotkanie autorskie Kamila, a potem zadawać dziwne pytania. Chwila, czy nie znałam go właśnie z jakiegoś spotkania autorskiego? Nie, raczej nie. Wpatrywał się we mnie; udawałam, że nie widzę.

- Na zajęcia? - zagadnął.

- Nie, do pracy - odpowiedziałam.

Położył ręce na oparciu siedzenia i oparł brodę o dłonie tak, że widziałam przede wszystkim jego wielką, podrygującą głowę. Jak gdyby tylko ona mu została. Uśmiechał się w sposób, który można byłoby nazwać lubieżnym, gdyby ktoś w ogóle używał tego słowa.

- Gdzie to się pracuje?

Odwróciłam się do okna, zdecydowana nie odpowiadać. Ale wtedy jedna z jego rąk oderwała się od oparcia i powędrowała w moją stronę, palce zacisnęły się tuż przed moim policzkiem. Jakby złapał niewidzialnego ptaka i teraz go dusił. Podskoczyłam przestraszona i wreszcie spotkaliśmy się wzrokiem - miał mętne niebieskie oczy, które z jakiegoś powodu wydawały mi się łagodne.

- Nie możesz powiedzieć? - spytał.

Nikt nie zwracał na mnie uwagi; nie widzieli mnie i nie słyszeli, mieli słuchawki na uszach, nie mogli obrócić w tym tłoku głowy. Jakby nie byli żywymi, zdolnymi do ruchu osobami, ale pęczniejącą ścianą, napierającą na mnie i pchającą prosto w ręce tego mężczyzny, tłumem rozpuszczającym się w sobie, zupą z ludzi.

- W kancelarii - wydusiłam z siebie. - Jestem prawnikiem. Prawniczką.

Mężczyzna uśmiechnął się kącikiem ust i odwrócił się ode mnie. Widziałam teraz krostki na jego karku. Podniosłam się lekko i zajrzałam mu przez ramię, chcąc zobaczyć, co robi. Grał na telefonie. Natychmiast usiadłam i wtedy na mnie spojrzał.

- Mam dla ciebie sprawę. Wiem, że kogoś zabito.

- Jak?

- Siekierą, paniusiu.

Zarechotał i znowu się odwrócił.

Podniosłam się i ruszyłam ku tyłowi tramwaju, przepychając się przez tłum. Wysiadłam na swoim przystanku. Szłam przed siebie, w stronę biura, przez otwartą przestrzeń, wypełnioną tylko hukiem pędzących samochodów. Żółta trawa pękała pod moimi stopami, na wargach miałam kurz.

Nagle spostrzegłam, że tuż przede mną idzie Dorota, asystentka, z którą pracowałam w kancelarii. Czy jechała ze mną tramwajem? Obserwowała moją rozmowę z tym mężczyzną? Ale przecież to nie była żadna rozmowa, on mnie napadł, nie rozmawiał ze mną. Jeśli to widziała, to dlaczego nie podeszła? I dlaczego teraz nie odwróciła się, nie przywitała, szła tak, jakby chciała przede mną uciec?

Pracowała w kancelarii trochę dłużej niż ja i nigdy się nie zaprzyjaźniłyśmy, ale sądziłam, że się lubimy. Przynajmniej na tyle, by wstawiła się za mną, kiedy ktoś napada na mnie w tramwaju. Ale widocznie nie. Widocznie wolała udawać, że się nie znamy.

Przyszło mi do głowy, że Dorota nie omieszka opowiedzieć wszystkim o mojej rozmowie z tym mężczyzną. I z pewnością w jej ustach zabrzmi to tak, jakbym chwaliłam się jakiemuś obcemu wariatowi swoją pracą w kancelarii, jakbym nie mogła wytrzymać, żeby nie chwalić się tym przed każdym, kto się nawinie, bo to moje największe życiowe osiągnięcie i cała moja tożsamość.

A on nazwał mnie paniusią.

I rozmawiałam z nim o morderstwie.

Wariatka i wariat.

Tak to wyglądało.

Kancelaria zajmowała całe piętro odrestaurowanej kamienicy na ulicy Jaracza, niedaleko Sądu Okręgowego i dworca Łódź Fabryczna. Zaczęłam tu pracować ponad dwa lata temu, na czwartym roku studiów. Kiedy zaproponowali mi posadę asystentki, nie mogłam uwierzyć we własne szczęście; potem wiele razy zdarzało mi się obudzić nad ranem i nie spać z powodu stresu.

Tu pracowało się zupełnie inaczej niż u mecenasa Piotra Frankiewicza, u którego przesiedziałam wiele wolnych od zajęć godzin podczas pierwszych trzech lat studiów. Przez całe dnie zamknięta w malutkim pokoiku w kancelarii, w której trzy osoby praktykowały w swojej obecności bardziej albo mniej wrogie milczenie, za niewiele ponad pięćset złotych miesięcznie, o których musiałam przypominać Piotrowi, adwokatowi z ponaddwudziestoletnim stażem w zawodzie, skądinąd całkiem sympatycznemu, a równocześnie bardzo zakręconemu człowiekowi, klepałam na przyniesionym z domu, starym, rozklekotanym laptopie wszelkie pisma i wnioski, jakie tylko Piotrowi przyszły do głowy, a które zlecał mi do napisania z właściwą sobie fantazją.

Kiedy wchodziłam do niego, odrywał swoją olbrzymią głowę od biurka, na którym ją trzymał, i wpatrywał się we mnie otępiałym wzrokiem. Jak tam, podoba ci się u nas?, zagadywał, a ja przypominałam mu o wypłacie. Wtedy machał ręką i wyciągał z portfela pięćset złotych, czasami dorzucając mi jedną albo dwie stówki w ramach premii. Powtarzał, że powinien płacić mi więcej, ale sama wiem, jak to w życiu bywa. Następnie znowu kładł swoją wielką głowę na biurku, pogrążając się ni to we śnie, ni to w medytacji. Ta wielka głowa upodabniała mecenasa Frankiewicza do rozdymki.

Naprawdę wiele się od niego nauczyłam. Nie musiałam tak bardzo stresować się kasą, bo mieszkałam z mamą. Płacił tak mało, że starał się to wynagradzać, zabierając mnie na rozprawy i dokładnie wszystko tłumacząc. Nieustannie powtarzał, że mam dryg do prawa i że z pewnością zrobię świetną karierę. Nie wymagał też ode mnie za dużo. Nie miał zbyt wielu klientów, dlatego wielokrotnie nudziłam się w pracy; porządkowałam akta, by zabić czas, na co on reagował zawsze zdziwieniem, że w ogóle chce mi się to robić. Nie przeszkadzał mu panujący w biurze chaos, właściwie niewiele go obchodziło; codziennie zakładał tę samą wymiętą koszulę i przykrótki krawat, a do tego brązowy, nieco za duży garnitur.

Jego kancelaria mieściła się w przyziemiu na ulicy Dąbrowszczaków w Łodzi, w otoczeniu złowrogo wyglądających kamienic i ziejących pustką bram; wszędzie stały pudła z aktami i stare kodeksy, a gdy poruszyło się jakąś kartką, w powietrzu unosił się kurz. Klientami byli ludzie tak biedni i tak nieszczęśliwi, że trudno było uwierzyć, że może im się jeszcze przydarzyć coś złego. A jednak, pracując tam, zrozumiałam, że nieszczęścia z natury nawarstwiają się, przyciągają i pączkują. Jeśli jesteś biedny, to krąg złej fortuny będzie się wokół ciebie zaciskał, przyjdą do ciebie - za biedą - również nałogi, choroby psychiczne i wyroki. Nigdy nie zapomnę tych wszystkich kobiet, które opowiadały mi historie swojego życia w nadziei, że znajdę jakiś sposób, by im pomóc. Prawo, niestety, nie wystarczało, by rozwiązać ich problemy. Ich mężowie niepłacący alimentów, ich synowie kradnący w sklepach, ich rosnące długi, ich komornicy. Ich płacz i podziękowania, kiedy udawało mi się wyskrobać dla nich jakieś pismo bądź kiedy wnosiliśmy do sądu napisany przeze mnie pozew, którego wydruk Piotr poprawiał długopisem, a potem podpisywał, nie patrząc, czy wprowadziłam ostateczne poprawki do pliku. Im i tak nie da się pomóc!, mawiał, kreśląc swój zamaszysty podpis na dokumentach.

One wszystkie, mówiąc do mnie, starały się używać oficjalnego słownictwa. Gdyby tylko wiedziały, gdzie spędziłam dzieciństwo i jakie rzeczy robił mój brat, zrozumiałyby, że nie jestem od nich lepsza, a co więcej, że wszystkie je dobrze rozumiem. Po prostu dzięki szczęśliwemu trafowi znalazłam się po tej stronie biurka, a nie po tamtej. Później przekazywałam treść tych opowieści Piotrowi. Nie mogę jeszcze tego robić za darmo! Nie jestem Tomaszem Judymem!, wrzeszczał, łamiąc ołówki. Ale brał te sprawy, a potem łamał następne ołówki, bo oczywiście mało która z tych kobiet mogła mu zapłacić. Dobrze, że ty ich wszystkich słuchasz, powtarzał.

Zarabiał na obsłudze kilku przedsiębiorców, którzy byli na tyle skąpi albo niezorientowani, że nie poszli do innego prawnika, a może odpowiadała im po prostu atmosfera panująca u Piotra; bałagan, chaos i unosząca się w powietrzu adrenalina. Właściciele szwalni, sklepów i firm remontowych, którzy znosili stosy wymiętych faktur i pisanych na kolanie umów, a następnie żalili mi się ze swoich problemów z kontrahentami i pracownikami. Dorabiali się na niepłaceniu składek i unikaniu podatków, ale i tak ich lubiłam - radzili sobie, jak umieli. Gdy przychodzili do kancelarii z pękatymi segregatorami, robiłam im kawę, a Piotr zamieniał się z wielkogłowego melancholika w rzutkiego przedsiębiorcę; zaczynał swoje niekończące się tyrady o pazerności skarbówki i ZUS-u, a następnie sięgał po przyniesione przez nich dokumenty, połowę z nich rozrzucając, i kontynuował przemowę, z pewnością uda się załatwić tę sprawę, mówił, a następnie tłumaczył mi, co powinnam zrobić, a ja zbierałam gubione przez niego kartki, które mieszały się z innymi kartkami, i usiłowałam notować.

Spółka, tak, z ograniczoną odpowiedzialnością, zgromadzenie wspólników, protokół, tak, trzeba będzie wypłacić zaliczkę, tak, na dywidendę, tak? I będzie dobrze, tak? Będzie dobrze, mówił Piotr, będzie bardzo dobrze, proszę pana, powtarzał, a pan dziękował, że Piotr tak dobrze się nim zajął.

Przedsiębiorcy, zaczarowani przemową Piotra, i uspokojeni, że ich niepłacący kontrahent z pewnością trafi do więzienia, wychodzili od nas bardzo zdziwieni, że znowu dali sobie wlepić tak wysoką fakturę za obsługę prawną.

Kiedy dostałam ofertę pracy w obecnej kancelarii, rozbolał mnie brzuch. W końcu powiedziałam Piotrowi, że odchodzę i w ogóle. Nie wiedziałam, czy robię dobrze. Lubiłam kancelarię mecenasa Frankiewicza, lubiłam te wszystkie sprawy, lubiłam pomagać ludziom i wspierać przedsiębiorców ze Zgierza i Pabianic. Mimo to poszłam na rozmowę do Olbrachta, Paprockiego i Partnerów, która miała dział HR, owocowe czwartki oraz oferowała swoim pracownikom dofinansowanie do zajęć sportowych.

Zmartwił się. Źle cię traktowałem?, spytał. Nie o to chodzi, szepnęłam. Zaproponował mi większe pieniądze i umowę o pracę. Przecież cię na to nie stać, stwierdziłam, ale on machnął ręką. Coś się wymyśli. Jesteś za dobra, by tam pracować, rzekł. Każą ci robić w nieskończoność to samo, aż znienawidzisz tę pracę na dobre.

Nic nie powiedziałam. Wtedy przytulił mnie i zapewnił, że będę świetną prawniczką i że chętnie zleci mi do napisania jakieś pismo, jeśli będę miała czas. Śmierdział potem i kurzem. Nie odsunęłam się. Czułam się uskrzydlona i równocześnie smutna. Jakaś część mnie chciała robić karierę, inna nie chciała odchodzić. Dlaczego miałam się poświęcać, skoro nikt nie chciał poświęcić się dla mnie? I odeszłam. Chociaż lubiłam pisać sążniste pisma skierowane do sądu rodzinnego, argumentować, dlaczego nasza klientka powinna dostawać większe alimenty na dziecko, dyskutować z Piotrem o zawiłościach prawa karnego, a także dzwonić do panów od remontów z informacją o sprawie o reklamację położonych przez nich płytek.

Z czasem uświadomiłam sobie, że mimo wszystko nie do końca stać mnie na tę pracę. Przez kilka tygodni chodziłam smutna - rozmyślałam o niewidzialnym cenzusie majątkowym, o którego istnieniu nie można było w kulturalnym towarzystwie nawet wspominać, sprawiającym, że na darmową pracę ("pod tytułem darmym") stać tylko zamożnych, a także o tym, jak bardzo będzie mi żal opuszczać mecenasa Frankiewicza po tym wszystkim, czego mnie nauczył, i że będzie to bardzo niewdzięczne z mojej strony powiedzieć mu tak z dnia na dzień, że odchodzę, ale w końcu się zdecydowałam i w kilku zdecydowanych słowach, wypowiedzianych na jednym wdechu, pożegnałam się z mecenasem Frankiewiczem i jego zrzędliwą sekretarką, która na koniec podarowała mi przeterminowane czekoladki, dziękując za lata spędzone razem, co bardzo mnie zdziwiło, bo wydawało mi się, że mnie nie cierpi, i opuściłam przyziemie na Dąbrowszczaków, pełne rozsypujących się tomów, zawierających opisy sukcesów i porażek tego miasta, a następnie wyszłam na powierzchnię.

Przez pewien czas zamartwiałam się, co będzie z kancelarią i mecenasem Frankiewiczem, kiedy mnie zabraknie, kto zajmie się pisaniem tych wszystkich pism, kto będzie rozmawiał z rozpaczającymi klientami. Potem dałam sobie spokój. Przecież w Łodzi nie brakowało studentek prawa zbyt łatwo przywiązujących się do starszych, nieporadnych facetów.

Właśnie w tamtym okresie ponownie spotkałam się z Kamilem. To stało się nagle, w bibliotece uniwersyteckiej, tej z dziwnymi niebieskimi ścianami. Szłam właśnie do szatni, a on oddawał kurtkę. Odwrócił się i wtedy mnie dostrzegł. Basia, to naprawdę ty?, spytał. Szatniarka wydawała się zniecierpliwiona, bo żadne z nas nie oddawało kurtki, a ona chciała usiąść i wrócić do rozwiązywania krzyżówek.

Zapomniałam o nauce. Poszłam z Kamilem do parku naprzeciwko biblioteki. Rozmawialiśmy, siedząc na ławce, a potem schowaliśmy się na Wydziale Prawa, skąd poszliśmy na kawę na Piotrkowską. Zaczął się październik, na ulicy Jaracza leżały kasztany, które kopaliśmy lekko, zmierzając przed siebie. Nagle to wszystko do nas wróciło, te wszystkie dni spędzone razem nad rzeką, kiedy odrabialiśmy lekcje, by nie wracać do domów. To wszystko wróciło, ale teraz naprawdę byliśmy wolni, daleko od Janowic i od przeszłości, w której nas rozdzielono, sama nie pamiętałam dlaczego.

Damian, kolega z prawa, z którym się wtedy spotykałam, choć nie do końca na serio, był zszokowany, kiedy powiedziałam mu, że nic z tego nie będzie. Odwróciło się ode mnie kilku naszych wspólnych znajomych. Dlaczego robiłam mu nadzieję, skoro nagle, bez żadnego powodu, zdecydowałam się zakończyć nasz związek? Moja mama usiłowała mnie od tego odwieść, wściekła się, kiedy tylko zrozumiała, że umawiam się z Kamilem. Jak możesz wszystko zaprzepaścić?!, powiedziała któregoś razu. Dlaczego akurat z nim? Naprawdę chcesz do tego wracać?!

Nic mnie nie obchodziło. Nadrabialiśmy stracone lata, lata rozłąki. Powiedzieliśmy sobie to, czego nie mogliśmy sobie powiedzieć, będąc dziećmi. Wkrótce wyprowadziłam się od mamy, z mieszkania, które dawno temu odziedziczyła po naszej dalekiej krewnej, i wynajęliśmy z Kamilem kawalerkę. Przez pierwsze miesiące czułam się tak, jakbym wciąż unosiła się nad ziemią; taka szczęśliwa i spełniona. Nie robiliśmy sobie nic z braku pieniędzy i braku akceptacji naszych rodzin. Kochaliśmy się, gotowaliśmy, chodziliśmy na długie spacery po Łodzi. Niekiedy w niedzielne wieczory miasto stawało się zupełnie puste, a my szliśmy Alejami Włókniarzy, rozkoszując się brakiem jakiegokolwiek ruchu. Skręcaliśmy i kontynuowaliśmy spacer Aleją Mickiewicza, podziwiając rozpościerające się przed nami wieżowce i naprzeciwko nich ich dalekiego kuzyna, rozpadający się Central. Zapadała ciemność, a od asfaltu biło ciepło. Skręcaliśmy w jakąś ulicę i szliśmy tak, delektując się naszą anonimowością, w cieniu kamienic, a potem w cieniu deweloperskich bloków. Czułam się jak w Incepcji, kiedy DiCaprio wędruje wraz ze swoją żoną przez wyśnione miasto. W takie wieczory wydawało nam się, że sami stworzyliśmy Łódź, że stoi tu specjalnie dla nas, że możemy jednym ruchem ją zburzyć, a potem znowu zbudować, a potem znowu zburzyć. I zapadać się do woli, w kolejne warstwy snu. Aż w końcu miasto runęło. Weszłam do windy.

- Hej - powiedziałam do Doroty.

- Hej.

Starałam się zachowywać normalnie. Wkroczyłam do pokoju aplikantów krokiem prawniczki z jakiegoś serialu, która nie wchodzi, tylko właśnie wkracza, serialu, który powinnam w końcu obejrzeć, by być na bieżąco z rozmowami w kancelarii, i przywitałam się z Matim i Simoną. Zajęłam miejsce za biurkiem i przysunęłam do siebie dokumenty. Jeśli zajmę się pracą, to wszystko minie, stwierdziłam, po prostu zajmę się pracą i nie będę myśleć o swoim życiu, to pomoże. Zaczęłam powoli, słowo po słowie, czytać wydrukowaną w piątek umowę, a końcówką ołówka zaznaczałam problematyczne fragmenty. Kiedy ktoś przechodził obok, witałam się z nim i krótko rozmawialiśmy. Byleby tylko zachowywać się normalnie, powtarzałam sobie w duchu, choć nie do końca wiedziałam, co to normalnie tak naprawdę miałoby znaczyć, może po prostu to, że nikt nie mógł się dowiedzieć, co siedzi mi w głowie i że wcale nie chcę tu być.

Przymknęłam oczy i kiedy je otworzyłam, miałam wrażenie, że znajduję się na dnie suchego morza, morza z piasku. Musiałam poprawić tę umowę, potem opracować tamtą strategię, uśmiechnąć się, bo Mati coś mówił, i zainteresować się sprawą Simci, uśmiechnąć się, przecież powinnam czuć wdzięczność i dumę, bo przeszłam przez całe miasto i znalazłam się tu, a czułam pustkę i nienawiść, musiałam odpisać miłemu aptekarzowi, dlaczego na mnie czekał?, głupek, mógłby przestać do mnie pisać, dlatego poszłam kupić sobie kanapkę od obwoźnego handlarza, z nalepką 1000 kcal w porcji.

Kamil

Szedłem po lesie, rozglądałem się. Jakie to głupie, przecież wiedziałem, że ich nie ma. Widziałem światło, o ile w ogóle można zobaczyć światło, które padało na ziemię, układało się w plamy na ściółce albo na liściach. Ziemia stała się skórą pstrokatego psa, widziałem drzewa, pochylone pnie, połamane gałązki, a na nich rozpięte, błyszczące pajęcze sieci. Wokół panowała duszna czerwcowa cisza. Zawsze mnie onieśmielała. Gdzieś tu, w okolicy, pochowano żołnierzy z czasów pierwszej wojny, wszystkich razem. Gdzieś tu, całkiem niedaleko stąd, spłonęły konie, ale nikt ich nie pochował.

Niewiele wiem o żołnierzach, może więc powinienem wreszcie opowiedzieć o koniach. Jeszcze pamiętałem z dzieciństwa widok pięknego stada pasącego się pod lasem, drżących nóg, ciemnych ogonów i grzyw, sierści, w której ukrywały się drobinki srebra. Potężne i piękne wodziły wzrokiem za każdym, kto przejeżdżał drogą, a nikt nie ośmieliłby się ich zignorować. Należały do tajemniczego starszego małżeństwa, prowadzącego szkółkę jeździecką.

Karo też chodziła do nich na zajęcia, nie chciała być przecież w niczym gorsza od swoich koleżanek z miasta, aż do wybuchu pandemii, kiedy lekcje odwołano. Ale właścicieli, mimo że schowali się w swoim domu i prawie z niego nie wychodzili, i tak dopadł wirus. Zdążyli powiedzieć swojemu pracownikowi, by opiekował się końmi, gdyby coś im się stało. To właśnie on zadzwonił po karetkę, ale ze szpitala już nie wrócili.

Niedługo po ich śmierci stajnia spłonęła, a zamknięte w boksach konie razem z nią. Tamtego lata płonęło mnóstwo lasów i pożar naszego nikogo nie zdziwił; wieki nie padało i w końcu zabłąkana iskra przyniosła ogień. Ludzie bardzo długo powtarzali sobie, że nocami słyszą jęki umierających zwierząt i budzą się przerażeni, chcąc coś zrobić, ale oczywiście nie robią nic.

Trudno pogodzić się z taką śmiercią. I nikt w Janowicach się z nią do końca nie pogodził. Z taką śmiercią po prostu nie można się pogodzić.

Może dlatego wciąż widzi się tu konie, wciąż opowiada się, że cudem ocalały z tamtego pożaru, że nic im się nie stało, że sforsowały rygle i wydostały się na wolność, że odtąd mieszkają w lasach, są dzikie i pozbawione pana. I wciąż powtarza się dzieciom, że słyszało się tętent kopyt, powtarza się matkom, że słyszało się rżenie, powtarza się umierającym, że w lesie można znaleźć błękitne długie włosy, z pewnością z końskich ogonów, i kładzie się im te włosy obok poduszki. Ale koni nie ma. Widzi się światło, ale nie widzi się koni. Światło, które układa się na ściółce, pstrokate na podobieństwo psa, ale pozbawione kształtu.

Uciekłem od Basi, ponieważ się bałem. A teraz rozglądałem się za końmi, szukałem nadziei. Bałem się, ale ciekawe, czego się bałem. Jesteś idiotą, Kamilu Kotowiczu, powtarzałem sobie, debilem i zerem, po prostu nie masz prawa w ogóle zabierać głosu. Odszedłeś od Basi, którą kochałeś, więc wcale Basi nie kochałeś, martwiłeś się o siebie, wyłącznie o siebie, egoisto.

Uciekłem, ponieważ się bałem,

powiedzieć Basi,

powiedziałem sobie,

że kochałem Basię,

ale wciąż czułem się źle,

sam ze sobą,

powiedziałem sam do siebie,

bo nic nie powiedziałem Basi,

po prostu wstałem, spakowałem się,

poszedłem na tramwaj,

kupiłem bilet,

wciągnąłem walizkę.

Tak, w ten sposób to zapamiętałem.

Marlena rozpoznała we mnie kogoś podobnego do siebie, zrobiła to bezbłędnie. Oboje nie wiedzieliśmy, co zrobić ze swoim życiem, potrzebowaliśmy jednak raczej drugiego człowieka niż planów na przyszłość, przecież wolelibyśmy, żeby wcale nie nadchodziła. Gdybyśmy zabrali się do planów, moglibyśmy zacząć panikować. Zanim pocałowałem ją po raz pierwszy, powiedziałem jej wprost, że kocham kogoś innego. Miałem nadzieję, że to wystarczy, by ograniczyć swoją odpowiedzialność, jak to mówiła po prawniczemu Basia. Powiedziała, że to rozumie.

Nic nie wiedziałem o mężczyznach, których kochała Marlena. Właściwie wyjawiła naprawdę niewiele. Skąd pochodziła? Dlaczego rozstała się z tatą Neli? Dlaczego się tu sprowadziła? Jakich miała rodziców, kochała ich, a może wcale? Jaką miała przeszłość, banalną i szczęśliwą, a może tragiczną i połamaną? Tak wiele razy próbowałem nakłonić ją, by powiedziała mi o sobie trochę więcej, ale ona zręcznie zmieniała temat, zawsze.

Jeździłem z nią po okolicznych miasteczkach, w których nikt nie mógł nas rozpoznać, a przez okoliczne miasteczka rozumiem takie położone w promieniu pięćdziesięciu kilometrów, i siadałem naprzeciwko niej w kawiarniach, do których przez całe dnie nikt nie przychodził. Nasz romans wymagał pieniędzy i czasu. Ona miała pieniądze. Ja miałem czas. Ona obdarowywała mnie pieniędzmi, nigdy nie sugerując nawet, bym oddał za paliwo albo jedzenie, które kupowała podczas miłosnych wycieczek do Sieradza, Zduńskiej Woli albo Kutna. Ja obdarowywałem ją czasem, uczyła się go ze mną trwonić, na przejazdach kolejowych, drogach wojewódzkich i gminnych, podczas niekończących się objazdów po wsiach i miasteczkach, gdy tropiliśmy krowy i oglądaliśmy srebrne silosy z bezpiecznego wnętrza czarnego Volvo.

- Nie mówiłeś, że piszesz wiersze! - powiedziała któregoś razu, kilka miesięcy temu. - Patrz, co mam.

Akurat ją odwiedziłem. Pomachała mi przed twarzą egzemplarzem mojego tomiku, książeczki, o której wszyscy, jak sądziłem, dawno zapomnieli.

- Skąd masz? Szukałaś mnie w internecie?

- A powinnam? Nela przyniosła ze szkoły. Znalazłam u niej w biurku, szukałam gumki do ścierania. Rozdawałeś swoją książkę uczennicom, żeby wzbudzić ich podziw? Jeśli tak, to ci się udało, Nela zaczęła nawet pisać wiersze. Stała się taka uduchowiona.

- Bardzo śmieszne. Nie wiem, skąd to ma. Może Karo... Może od Karo. Dziewczyny szukają sensacji.

- Dlaczego sensacji? Te wiersze są bardzo ładne.

- Przestań, proszę cię...

- Ale dlaczego, naprawdę mi się podobają.

- Cicho bądź.

Pocałowałem Marlenę i w ten sposób zmusiłem, by przestała mówić o tomiku, a następnie przekonałem, by odniosła go do biurka Neli. Zastanawiałem się potem, co tak naprawdę sądzi o moich wierszach matka, a co córka. Prawdopodobnie fakt, że uczniowie za moimi plecami dilowali tą książką, nie oznaczał nic dobrego. Może śmiali się ze mnie po kiblach. W pamięci przewertowałem tomik i na szybko naliczyłem w nim kilkanaście przekleństw, kilkanaście naprawdę żenujących wierszy i zaledwie dwa dobre, a potem usiadłem z Marleną przed telewizorem i oglądaliśmy Mad Men na Netfliksie.

- Mogłabym to bindżować w nieskończoność - powiedziała. - Zrobić popcorn?

Pokiwałem głową, a nocą wracałem do domu przez las, zastanawiając się nad Donem Draperem i jego losem, a potem nad swoim losem. Don nie wyglądał na kogoś, kto mógłby zostać poetą; mnie też było daleko do genialnego gościa od reklam, chociaż dawno temu chciałem kimś takim zostać.

Wiesz, chciałem zostać poetą,

powiedziałem i sięgnąłem po popcorn,

napisałem tomik,

chodziłem na zajęcia literackie w takim Domu Literatury,

powiedziałem,

prowadził to Nilfgar,

łódzki poeta, wielki facet, prawie całkiem łysy,

napisał wiele książek,

nieważne, nikt ich nie zna,

babcia zachorowała i wiesz,

pisałem wiersze o babci,

(w sensie nie tylko o babci, ale też),

i napisałem tę książkę, Nilfgar stwierdził, że to puści,

i puścił, ukazała się, nikt nawet nie napisał recenzji,

powiedziałem, a Marlena sięgnęła po popcorn,

to ciekawe, zależało ci?

no tak, zależało mi,

powiedziałem, bo chciałem się dowiedzieć, czy dobrze piszę,

przecież mówię ci, że dobrze,

powiedziała,

dzięki, powiedziałem i pocałowałem Marlenę,

Nela na pewno dziś nie wraca?

na pewno, powiedziała, napisz następną książkę,

o dzikich koniach, może,

powiedziała, powiedziałem,

że napiszę.

Czego nie powiedziałem Marlenie: że niedługo po premierze tomiku ponownie spotkałem Basię. Wyglądała zupełnie inaczej niż tamta dziewczynka, z którą widywałem się nad rzeką. Pewna siebie, elegancko ubrana, z laptopem pod pachą i teczką pełną dokumentów, zdecydowanym krokiem zeszła do szatni uniwersyteckiej biblioteki. W pierwszej chwili chciałem udać, że jej nie rozpoznałem, wstydziłem się za samego siebie, bo przecież byłem tylko studentem polonistyki codziennie wracającym na wieś i poetą z tomikiem bez recenzji - ale spotkaliśmy się wzrokiem i przywitałem się z nią.

To dziwne, ale Basi nie przeszkadzało, że studiuję polonistykę, napisałem tomik wierszy, który nie otrzymał żadnej recenzji, nie wiem, co ze sobą zrobić po studiach, i mam prawie zerowe doświadczenie zawodowe. Akurat zmieniała pracę i powiedziała, że będzie chciała wyprowadzić się od mamy, więc jeśli chcę, to mogę wyprowadzić się z nią, będę miał bliżej na uczelnię. Sam nie wiedziałem. Ale przecież nie mogłem odmówić, zwłaszcza że w nowej pracy miała zarabiać mniej więcej tyle, ile wynosił czynsz.

Okłamałem rodziców, że mieszkam sam i utrzymuję się ze stypendium, które otrzymywałem za dobre wyniki w nauce i sukcesy artystyczne, a kiedy odkryli, że mieszkam z dziewczyną i że właśnie z Basią, mama śmiertelnie się na mnie obraziła - tak bardzo, że nie odezwała się do mnie przez kilka miesięcy, a potem za każdym razem, kiedy się widywaliśmy, kazała mi obiecywać, że wrócę do domu, a z Basią zerwę. Co na to powiedziałaby babcia?, pytała. Przecież umiera, mogłem odpowiedzieć, ale nie odpowiedziałem.

Potem babcia naprawdę umarła, a na pogrzebie, na który przyjechałem sam, bo Basia nie mogła albo nie chciała zwolnić się z pracy, mama nie omieszkała mi wypomnieć naszego związku. Tak bardzo ci przeszkadza, że ją kocham, nawet dzisiaj? - żachnąłem się i od razu po stypie oznajmiłem, że idę na autobus, ale tata zaproponował, że odwiezie mnie do Łodzi samochodem. Jechaliśmy w milczeniu, przecież to był taki smutny dzień. Skoro ją kochasz, to najważniejsze - powiedział, gdy wychodziłem z auta pod blokiem, a ja nic mu na to już nie odpowiedziałem.

Miłość potrafi zmieniać kamienie w mech. Miłość sprawia, że kamienie obrastają w mech. Miłość sprawia, że ze świata znikają kamienie albo że nie ma na świecie niczego oprócz kamieni. Nasza miłość sięgała głęboko w nas i głęboko w ziemię, a ta odżywała, nic sobie nie robiąc z ton betonu i asfaltu, którym ją obciążono. Nasza miłość potrafiła delikatnie dzielić sernik i przesuwać planetę ku planecie, ale wzruszała też pospolite, kręcące się po Placu Niepodległości gołębie.

Muszę iść, powiedziałem Marlenie tamtego dnia podczas oglądania Mad Men na Netfliksie

a nie możesz zostać na noc?

nie bardzo,

powiedziałem, bo przecież Nela,

i twoi rodzice, co im powiedziałeś,

przecież nie muszę im nic mówić,

powiedziałem, ale mówisz,

powiedziałem, że idę na imprezę,

ha, kłamstwo, przecież,

powiedziała, nie lubisz ludzi z Janowic,

poza mną, powiedziała, bo mnie rozumiesz,

a ludzie?, ludzie nie rozumieją poetów,

zażartowałem i od razu się zawstydziłem,

no to może chcesz herbatę albo zostań

na ostatni odcinek, powiedziała,

zostanę, w porządku, a nie boisz się, że ktoś?,

powiedziałem, nie, nie bardzo,

skoro tak, to zostanę, powiedziałem,

będzie mi bardzo miło, ale nie ma popcornu,

to może nic nie rób, masz coś na brodzie,

popcorn.

A teraz szedłem po lesie, szukałem koni. Jeśli tu są i uda mi się któregoś dostrzec, to wreszcie będę wiedział, co robić, stwierdziłem. Szedłem długo, sam nie wiem, dlaczego odwlekałem ten moment, kiedy drzewa w końcu się przerzedzą i zobaczę dom Marleny. Może po prostu miałem nadzieję dostrzec te nieumarłe konie. Albo z jakiegoś innego powodu. Drzewa nie mogą się przerzedzić, prawda? Zatrzymałem się i nasłuchiwałem odgłosów, skręciłem w boczną ścieżkę i kręciłem się trochę, aż w końcu wróciłem na drogę, którą szedłem dotąd. Odetchnąłem głęboko. Coś się we mnie przerzedziło.

Karo

Denerwowałam się z powodu Olafa. Powiedział, że idzie do sklepu kupić, co trzeba. Nela też się denerwowała, widziałam, że się denerwuje. Kazała mi dzwonić, ale teraz zaczęła się bać, bo zadzwonić łatwo, ale iść i pić wódkę na łąkach - nie całkiem. Włączyła PlayStation i przez chwilę obserwowałam, jak gra w GTA 5, które dostała od taty, gdy ostatni raz odwiedziła go w Warszawie; wróciła stamtąd nie tylko z GTA, ale też z całymi torbami ubrań, do chodzenia i biegania, i opowieściami, jak bardzo wolałaby mieszkać na Pradze i codziennie spacerować mostem nad Wisłą, a nie tu. Świat w GTA nie przypominał naszego, a zarazem przypominał. Kierowana przez Nelę figurka przemierzała wielkie, otwarte przestrzenie, po brzegi wypełnione słońcem i piaskiem. Chcesz zagrać? Nie, dzięki, powiedziałam.

Powinnam odwiedzić dziadka, choć nie bardzo miałam na to ochotę. Albo może bardzo nie miałam na to ochoty, nie wiem. Ale rodziców nie obchodziło, co mam do powiedzenia. W ogóle mało co związanego ze mną ich obchodziło. Miałam nie spóźniać się do szkoły, przynosić piątki i szóstki, a po szkole wypełniać pozostałe polecenia - byleby tylko nie musieli się mną przejmować. Miałam zakaz sprawiania problemów i zwracania na siebie uwagi. Rodzice czuli się zmęczeni, wychowali dwóch synów i wszystko zdążyli już przeżyć. Wobec tego chyba mieli prawo oczekiwać, że dam im święty spokój?

Mama leciała do Budapesztu z jakąś nieznaną koleżanką, tata przesiadywał całe dnie w pracy, do której zupełnie się nie nadawał, Kamil udawał, że wie, jak się ze mną zaprzyjaźnić, Paweł w ogóle się do mnie nie odzywał, bo miał małe dziecko, a dziadek zachowywał się naprawdę dziwacznie, jakby nieustannie zbierało mu się na płacz, mimo że dawniej cały czas pokrzykiwał i klął pod nosem, wściekając się na wszystko, co się ruszało, a nawet na to, co się nie ruszało, na kamienie i wróble, postacie z telewizora i postacie ze wspomnień.

Kup dziadkowi bombonierkę i idź do niego w urodziny, powiedziała mama, pakując walizkę. Ona miała wyjechać, a ja miałam zrezygnować ze wszystkiego i zrobić to, przed czym sama uciekała. Sprawiedliwe, no nie?

Nie chodzi o to, że nie lubiłam dziadka. Po prostu nie miałam o czym z nim rozmawiać. Kiedy przychodziłam, robił mi herbatę i siedzieliśmy naprzeciwko siebie, milcząc. Dziadek wpatrywał się w okno, kręcąc się na krześle. Ja uparcie gapiłam się w stojącą przede mną herbatę. Kiedy ją wypijałam, robił mi następną, aż w końcu mówiłam, że muszę wracać do domu. Dziadek uśmiechał się i dziękował, że znalazłam dla niego czas. Czułam się okropnie, że tak prędko od niego uciekałam, ale i tak to robiłam. No bo w ten sposób wyglądały nasze rozmowy:

Jak tam na koniach?

Już nie chodzę na konie, dziadku.

No tak, zapomniałem o pożarze.

Ale może konie nie spłonęły.

No właśnie może i nie. W takim razie jak tam w szkole? Męczą was sprawdzianami?

Dobrze. Mam same szóstki.

Naprawdę?

Tak, naprawdę, pokazać ci Librusa?

Nie, wierzę ci, masz pieniążka, ale nie mów bratu, oni też dostawali, teraz są starsi, więc im nie będę dawał.

Współczułam dziadkowi, mieszkał sam, odkąd babcia umarła, i prawdopodobnie nie miał do kogo otworzyć ust przez całe dnie. Tylko że nic nie mogłam na to poradzić. Mama wysyłała mnie, bo sama nie chciała iść, ponieważ też nie umiała z nim rozmawiać; zawsze głośno na niego narzekała i kończyło się to kłótnią, którą ona sama zresztą wywoływała. W takich chwilach miałam ochotę stanąć po stronie dziadka; zamiast tego zakładałam słuchawki.

Dziadek był kochany - w tym sensie, że zawsze nam pomagał i bardzo nas kochał, chociaż rzadko to okazywał i nigdy tego nie mówił. Babcia Ludwika nas przytulała, choć też nie była specjalnie czuła. Czasami mówiła dziwne rzeczy, jak gdyby nie siedziała z nami w pokoju, tylko w jakimś pokoju z przeszłości, a czasami była dla nas bardzo niemiła, bo wspominała swoje dzieciństwo, i mówiła, że nie ma w nas za grosz wdzięczności. Ale i tak kochałam babcię.

Dziadek woził mnie do stajni w niedziele, kiedy akurat nikt nie mógł (przed pożarem i przed pandemią), a potem do miasta na plastykę i tańce, zanim mi się znudziły. Wystarczył telefon, a on natychmiast przyjeżdżał. Dziękowałam mu, ale to było tak, jakby on był mi wdzięczny za możliwość wyrwania się z domu i podwiezienia mnie. Kiedy siedzieliśmy razem w ciasnym wnętrzu jego Focusa, zawsze się bardzo krępowałam. Nasze milczenie ogromniało, wsiadało do samochodu razem z nami, przybierało postać lodowatego człowieka. Naprawdę nie mogłam wydusić z siebie ani jednego słowa, to było wręcz fizycznie niemożliwe - nie w obecności dziadka i tego lodowego potwora.

Dlaczego nie mogłam porozmawiać z dziadkiem, mimo że był moim dziadkiem? No cóż, był również stary, był mężczyzną i przede wszystkim był człowiekiem o dziwnych przekonaniach i poglądach, które czasami, kiedy miał akurat taki humor, wygłaszał. No i dlatego, że cierpiał. Bardzo trudno radzić sobie z cierpiącą osobą, to tak jakby niosło się przez pustynię szklankę wypełnioną po brzegi wodą i starało się nie uronić ani kropli.

Kamil uważał, że dziadek i babcia się nie kochali. W tamtych czasach małżeństwa zawierano z innych powodów, powiedział kiedyś. Zdenerwowałam się na niego, bo przecież nie miał racji. Dziadek cierpiał po śmierci babci, ale po swojemu, nikomu by się do tego nie przyznał, zresztą nie sądzę, by używał słów, które powszechnie kojarzą się z wielkim cierpieniem, ani żeby kiedykolwiek rozmawiał z kimś o miłości. Prawdę mówiąc, chyba niewiele osób robi tak w prawdziwym życiu, ale czy to znaczy, że się nie kochają? Nie wszyscy na świecie są poetami (na szczęście).

Od kiedy babcia umarła, dziadek chodził smutny. Zaczął się upijać. Mama musiała do niego jeździć i pilnować, by nie sięgał po butelkę. Robił wokół siebie nieporządek. Jadł bardzo mało, prawie nic. Na podwórku wciąż stało stare auto, które dawno temu zamierzał wyszykować dla Kamila, ale nic z tego nie wychodziło.

Postanowiłam zwierzyć się z tego wszystkiego Neli. Wciąż grała, ale równocześnie opowiadała mi o Werce, która zerwała przyjaźń z Jess (która tak naprawdę miała na imię Marta) po tym, jak ta ostatnia zaczęła pisać do Janka i spotkała się z nim na randce pod remizą. Werka zrobiła koleżance awanturę, a do wszystkiego zaangażowane zostały nawet ich matki, ponieważ Werka trochę przesadziła z wypisywaniem rewelacji o Jess na klasowym czacie; dlatego też mama Jess zadzwoniła do mamy Werki i... Cała ta historia nie zrobiła na mnie tak wielkiego wrażenia, jak spodziewała się Nela. Właściwie słabo znałam tę Werkę, chodziła do równoległej klasy i nigdy z nią nie rozmawiałam, ale wywnioskowałam, że Nela zna ją całkiem nieźle, i zrobiło mi się przykro, że teraz to Werka zostanie jej najlepszą przyjaciółką, a ja pójdę w odstawkę. Ugryzłam się więc w język i nie powiedziałam nic o dziadku. Nela i tak uważała mnie za dziwaczkę, bo pochodziłam z tamtej części wsi i mieszkałam w starym domu z pomarańczowych cegłówek, a za domem miałam stodołę i oborę, moi rodzice byli bardzo zwyczajni i, co starałam się ukrywać, nie do końca orientowałam się we wszystkich rzeczach, o których mówiły Nela i jej łódzkie koleżanki, jak na przykład chodzenie do klubów, drinki i wkłady Glo do papierosów. Gdybym zaczęła opowiadać o rozpaczającym dziadku, pijącym w samotności wódkę, śmierci babci i mamie, która musi się dziadkiem opiekować i pilnować, by niczego sobie nie zrobił, a potem na niego narzeka i krzyczy, Nela udałaby, że bardzo się tym przejęła, a w głębi duszy myślałaby tylko, jak się mnie pozbyć. Cierpienia innych, jak już wspominałam, budzą w nas niepokój. Nie chcemy mieć z cierpiącymi nic wspólnego - chyba że są gustowni.

Na dodatek Nela zdradzała sekrety, którymi się z nią dzieliłam. Któregoś razu spotkałam u niej Frankę, koleżankę z Łodzi. Byłam o nią trochę zazdrosna, bo zdarzało się, że Nela do niej uciekała. Kiedy przyszłam, Nela opowiadała jej o moim przyjacielu, Olafie, upośledzonym trzydziestolatku (tak powiedziała, skłamała), który upił nas na łące. Franka wydawała się zafascynowana tą historią.

Właśnie napisał, a więc o wilku mowa. Albo o niedźwiedziu mowa, albo o morsie mowa.

Nela westchnęła i zapisała grę.

- SORRY, LITTL PROBLEM, BAT NEWERMAJND - szepnęła.

- Newermajnd - szepnęłam.

Weszła do nas jej mama i spytała, co tak siedzimy. Znowu to wrażenie - że się denerwuje, że wolałaby, byśmy sobie poszły, że nawet nie sprawdziła naszego planu lekcji, że patrzy na mnie jak na obwoźną sprzedawczynię czegoś, czego nie chciałaby nawet za darmo. Nela natychmiast wstała i warknęła, że możemy sobie iść, a następnie chwyciła mnie za rękę i pociągnęła za sobą - schodami na dół. Pani Marlena poszła za nami i obserwowała w milczeniu, jak zakładamy buty.

- Dokąd idziecie? - zapytała.

- Naprawdę cię to obchodzi? - warknęła Nela.

Człapałam za nią, posłusznie, w stronę lasu, nagle ciemnego i mrocznego. Kto tam na nas czekał? No tak, nie mogłam tego wiedzieć.

Stanisław

Spadł ze schodów i skręcił sobie kark. Nie rzucił się, ale zabił. Nie chciał, ale chciał. Wchodząc, poślizgnął się na schodku, w mróz, i poleciał w dół. Spadł na zamarzniętą ziemię, trawę i gałązki leżące tam od jesieni. Głowa uderzyła o twarde podłoże, na skroni pojawiła się krew. Znalazła go żona, po kilku godzinach, zdążył zsinieć, stał się pewnie zupełnie niebieski. Nie chciał, ale chciał. Wracał w ten sposób setki razy, chyba umiał się nie poślizgnąć?

Może za dużo o tym wszystkim rozmyślałem?

Naprawdę stał się niebieski?

Nie mówiono głośno, jak umarł i dlaczego, ale wszyscy wiedzieli. Tak umierali mężczyźni stąd od zawsze. Nie pił dużo więcej niż ze mną, a ze mną i tak pił sporo. Nie wracał wtedy ode mnie, prawdopodobnie nie. Nieważne zresztą, bo tak umierali mężczyźni stąd od zawsze. Pili, a potem szli na mróz, pozwalając mu otulać swoje rozognione ciała, a kiedy mróz szczypał ich i gniótł swoimi palcami, wchodzili w niego z uciechą, balansując na cienkiej linie, zastanawiając się, jak by to było spaść i zamarznąć - bo przecież jakąś częścią siebie tego właśnie chcieli. Chcieli, nie chcieli.

Nikt nie wiedział, żeś malarz, szepnąłem do siebie na pogrzebie. Nikt nie wiedział, że malarz, szepnąłem do obrazu po pogrzebie. Wciąż leżał w składziku.

Niegdyś Ludwika próbowała odratować zmarłych. W czasach pandemii dzwoniła po sąsiadach, właściwie wydzwoniła cały swój notes z numerami. Sprawdzała, kto żyje, jakby bez jej telefonu wszyscy byli bardziej martwi niż żywi - i dopiero od tego, czy odebrali od niej połączenie i czy w konsekwencji wpisała do swojego notesu ptaszka albo strzałkę przy ich nazwisku, zależało, czy będą istnieć dalej. Robiła tak co tydzień, kontrolując stan populacji - traktowała to obdzwanianie ludzi jak obowiązek, obowiązek strażniczki.

Ta i ta nie odebrała,

mówiła,

może odbierze potem,

mówiłem,

ale się martwię,

mówiła,

ja też się martwiłem. Zastanawiałem się, co się stało, że nie odebrała ta albo tamta,

przecież powinna odbierać, skoro Ludwika dzwoniła,

ta albo tamta.

Chodziło też pewnie o to, że strażniczka nie może umrzeć. Tak sądzę - skoro pilnujesz innych, to sama jesteś bezpieczna. Tak pewnie uważała. Niekiedy okazywało się, że trafiła w sedno, można powiedzieć, i telefon odzywał się dopiero po jakimś czasie, ale oddzwaniała nie ta osoba, która powinna. Bo ta właściwa dopiero co umarła. I wtedy Ludwika wstrzymywała oddech. Więc to już?, pytała. Oczywiście w czasie pandemii nie chodziło się na pogrzeby, ale kiedy pandemia się skończyła, Ludwika wysyłała mnie na pochówki sąsiadów. Już wtedy leżała w łóżku i nie ruszała się za bardzo, dlatego musiałem chodzić za nią, a potem opowiadać, jak było. Nachodziłem się wtedy po pogrzebach, widziałem sporo łez i sporo czarnych płaszczy, kilkunastu księży, bo się powtarzali, jednego mistrza ceremonii, żadnego anioła, trochę dzieci. Niekiedy czułem się nieswojo. Sąsiad, mówiłem, by usprawiedliwić swoją obecność.

Czemu to robiła? Bo wypadało, bo liczyła, że i oni przyjdą później do niej na pogrzeb? Nie sądzę, by tak kalkulowała. Po prostu nie mogła znieść przerażającej konsekwencji, jaką naznaczone zostało to wszystko, i chciała ją za wszelką cenę osłodzić.

Dopiero na łożu śmierci, jak to się mówi, zasadnie bądź nie, choć w przypadku Ludwiki chyba zasadnie, bo naprawdę leżała wtedy w łóżku, odpuściła dzwonienie, stwierdziła chyba, że nie powinna wypytywać o śmierć, skoro ta właśnie przyszła do niej, że potraktowano by to jako coś niegrzecznego, jak próbę przerzucenia swojej śmierci na kogoś innego.

I stanęło mi w oczach to wszystko, po kolei, chociaż chciałem od tego uciec. Bożena siedziała z matką, pielęgnując ją, wnuki przychodziły posiedzieć, a ja się kręciłem po podwórku, reperując samochód dla Kamila, bo mu kiedyś to obiecałem, choć on prawdopodobnie nawet tego nie pamiętał. Już nie miał kto narzekać na to, że robię przed domem bałagan, więc od samego rana szedłem na podwórko. Bardziej obchodzi cię ten samochód niż własna żona!, któregoś razu rzuciła Bożena, ale nic nie odpowiedziałem. Co mogła wiedzieć o naszych nocach, kiedy wracałem wreszcie do domu i kładłem się obok Ludwiki, a ona oddychała podłączona do agregatu powietrza, charczała i mamrotała, nie mogąc spać z bólu? Albo leżała z głową na poduszce, bardziej martwa niż żywa, z otwartymi ustami i wielkimi czarnymi oczami wpatrywała się w przestrzeń, modląc się bezgłośnie do pustki? Albo jak próbowałem ją podnieść nad ranem, kiedy sikała? Albo gdy próbowałem ją karmić, miażdżąc wszystko widelcem na papkę?

Nic nie wiedziała. Ja też nic nie wiedziałem, przecież nie wie się, jak postępować z umierającą, tak samo jak nie wie się, jak postępować z dzieckiem. To przychodzi znienacka. Ani umierający, ani dzieci nie rozumieją, że uczysz się na nich trudnej sztuki towarzyszenia.

Pielęgnowałem Ludwikę, leżałem obok, pilnowałem, czy oddycha, a kiedy ciemne niebo rozcierało się i przez maleńką dziurkę wlewał się świt, wszystko zaczynało się od początku, cała moja niekończąca się praca powtarzała się od nowa. Właśnie wtedy przypomniała mi się Bożena niemowlę, ona i nie ona zarazem, dziecko, które kiedyś nią było. Chciało mi się płakać z bezsilności. Niosłem Ludwice śniadanie. Niosłem Ludwikę do kuchni. Potem Bożena przychodziła i patrzyła na mnie krzywo. Sam wiedziałem, że nie zasługuję na pochwały. I może miała rację, może zasługiwałem wręcz na potępienie.

Siedziałem przed samochodem z kluczem w ręku, Tadek mówił coś do mnie, ale nie słuchałem, bo przed oczami miałem Bożenę niemowlę i Ludwikę niemowlę. Obce stworzenia, które próbowałem ocalić przed wszystkim, co złe. Bożena w kołysce, Bożena stawiająca pierwsze kroki. Chodziłem z nią po domu, tuląc ją do siebie, próbując uśpić. Da-da, da-da, powtarzała i uśmiechała się swoimi dwoma zębami. Po latach miała więcej zębów, ale się nie uśmiechała.

Tadek coś do mnie mówił. Obraz nakładał się na obraz. Nie wiedziałem, ile mam lat, ignorowałem suchą, startą skórę na moich dłoniach. Może znowu miałem dwadzieścia pięć lat. Może.

Dziś mężczyźni podchodzą do tego inaczej, jak sądzę, na przykład Paweł pewnie bardziej się stara i pomaga w domu, ale wtedy głównie byłem przerażony tym, że zrobię coś nie tak. Pamiętam te rozwrzeszczane usteczka, czerwoną skórę, wijące mi się w rękach stworzenie, którego za nic nie potrafiłem zrozumieć ani uspokoić, i towarzyszącą tamtym chwilom grozę. To nieprawda, że się nie bałem albo nie przejmowałem - nie przyznawałem się do tego, a to co innego.

I podobną grozę, do której nie przyznawałem się przed nikim, czułem, pielęgnując Ludwikę. I w śmierci, o której tyle opowiadam, pozwalając sobie na słowa, których nie wypowiedziałbym nigdy, mówiąc o życiu, bo śmierć jako coś ostatecznego, jak sądzę, sprawia, że przekraczamy granicę i przestajemy być sobą, a przynajmniej przestajemy się czegokolwiek bać albo wstydzić, także słów, odnalazłem wspomnienie tamtego życia. Niemowlęcia, które wyciągało ku mnie ręce, dotykało mojej twarzy, niemowlęcia, które wkładało mi palce do nosa i oczu. Córki zasypiającej w moich ramionach. Córki budzącej się w środku nocy, popłakującej cicho, a potem rozbawionej. Córki leżącej na kocu, uśmiechniętej, wtulonej we mnie całym swoim ciałkiem. Ludwiki obróconej na bok, karmiącej dziecko, które ssało pierś, by w pewnej chwili po prostu ją puścić, odwrócić się i spać.

I zmęczenia, śmiertelnego zmęczenia, i woli przetrwania.

Poszedłem na cmentarz. Miałem osiemdziesiąte urodziny. W tym wieku świętuje się właśnie w ten sposób - chodząc na cmentarz. Jak sądzę. Posprzątałem grób Ludwiki i umyłem marmurową płytę. Postałem trochę, patrząc na widniejące na nagrobku napisy, i usiłowałem się modlić, a potem dałem sobie z tym spokój. Próbowałem coś powiedzieć do Ludwiki. Coś od siebie. Ale nie umiałem znaleźć nic do powiedzenia. Jakbym stał nad grobem kogoś obcego. Jakby to był jakikolwiek grób. Jak mogłem być taką kreaturą, która nawet nic powiedzieć nie umie? Jak mogłem?

Jakoś dociągnąłem, bąknąłem.

Poszedłem do Tadka. Nad grobem stała wdowa po nim - Ala. Skinęła mi głową. Zaczęliśmy rozmawiać. Od słowa do słowa i zacząłem mówić o Ludwice, a potem o Tadku. Ala milczała. Czułem, że ma do niego wielki żal o to, jak umarł i że pił przed śmiercią tak dużo, przez te wszystkie lata. I że co prawda go kochała, ale tego żalu nie mogła się pozbyć. Zapragnąłem nagle sprawić, by zmieniła zdanie o mężu. Przecież nie wiedziała wszystkiego. Dlatego zacząłem opowiadać o obrazie, który Tadek namalował dla Ludwiki. Nie chciała uwierzyć, że to zrobił.

- On przecież nie malował - powiedziała. - Dlaczego miałby malować? Znałam swojego męża. Nie wydaje mi się, by interesował się malowaniem.

Sądziła, że kłamię albo zwariowałem na starość. Albo że z tego gorąca coś mi się rzuciło na głowę.

- Malował, malował. Mówię ci.

- To nie on namalował.

- Pokażę ci ten obraz, jak chcesz.

- No to chcę.

I w ten sposób wracaliśmy z cmentarza razem. Zawsze na cmentarzu czuję to samo; pewne oddalenie od codziennych problemów, wyciszenie, a moje serce zaczyna bić wolniej, jakby dopasowywało się do rytmu ziemi. Jednak idąc obok Alicji, czułem ekscytację - że zaraz dowie się prawdy o swoim mężu i że z pewnością mu przebaczy.

Nie spodziewałem się, że ten dzień tak się potoczy. Jednak to było tak, jakbym połknął pszczołę, która teraz kierowała mną od środka, żądląc w ściany żołądka. I dzięki niej wiedziałem, co robić, dokąd iść i co mówić, a wszystko się dobrze układało.

Starałem się coś powiedzieć, skomentować to, co wydarzało się wokół nas. Bo chociaż o tej porze, w czerwcu, praktycznie nic się tu nie działo, a zawiesiste powietrze jeszcze utwierdzało nas w poczuciu, że pustka będzie trwać wiecznie, to czułem całym sobą wibrującą naokoło obecność. Ale oczywiście nie mówiłem Alicji o tej obecności. Mówiłem, że nasza wieś się zmieniła - że tam na pastwiskach, gdzie dawniej wyprowadzało się krowy, wybudowano teraz domy. Że mieszkają w nich ludzie, których się nie zna, ludzie z miasta, którzy kupili tutaj działki ze względu na bliskość Łodzi. Że i szkoła inaczej wygląda i kto by pomyślał, że u nas na wsi będzie i żłobek, i przedszkole, i nawet pizzeria? Że przetrzebili las i prawie nie ma w nim saren ani w ogóle zwierząt, chociaż niektórzy mówią o dzikich koniach, ale to przecież tylko takie gadanie, bo jak niby te dzikie konie miałyby się przez te lata ukrywać?

Czekałem, aż ona coś powie. Alicja jednak nie odpowiadała, po prostu szła.

- Co uważasz na temat tych koni? - zagadnąłem ją.

- Szczerze mówiąc, nie wierzę w nie...

- Ja też nie wierzyłem, ale... A uważasz, że Tadek mógł coś o nich wiedzieć?

- Tadek, o koniach?

- Tak.

- Lubił konie, ale to wszystko.

- Nie mówił nic o dzikich koniach?

- Mówię, że nie mówił.

Pomyślałem, że źle zrobiłem, zdradzając tajemnicę Tadka. Bo ona teraz się zastanawia, czemu nie wtajemniczył jej w to swoje malowanie. No ale musiałem powiedzieć. Bo gdybym nie powiedział, zapamiętałaby go nie tak, jak na to zasługiwał. Tylko czy teraz, pośmiertnie, zamiast mu przebaczyć, nie będzie na niego zła? To takie skomplikowane.

Kiedy znaleźliśmy się u mnie, starałem się zachowywać swobodnie; wytargałem obraz zza regału w składziku, robiąc przy tym mnóstwo hałasu. Alicja przyglądała mi się z powątpiewaniem, a na jej twarzy malował się coraz większy ból. Robiłem wszystko, by jakoś ten ból zmazać, ale im bardziej się starałem, tym bardziej grymas na jej twarzy się pogłębiał.

Może to z powodu tego upału? Ja też się strasznie zmachałem przecież. Dla takich staruszków spacer na cmentarz i z powrotem to nie lada wyzwanie. Jeszcze w taką pogodę. Tak, to na pewno z powodu upału, tłumaczyłem sam sobie, i odpakowałem w końcu obraz.

- No patrz, co namalował. To Tadek, naprawdę. Dla Ludwiki namalował.

Patrzyliśmy na obraz Tadka. Starałem się odgadnąć, co myśli Alicja. Trzymałem za róg ramy, opierając obraz o ziemię; słońce odbijało się od farb pokrywających płótno, jakby chciało oświetlić namalowaną scenę po raz drugi, jakby słońce namalowane przez Tadka nie wystarczało. Zaszokowało mnie, jak dobry jest to obraz, jak zgrabnie i trafnie udało się Tadkowi odmalować siłę i dzikość koni, w jak cudowny sposób uchwycił ich zmieniające się barwy. Naprawdę umiał malować, nie było co do tego żadnych wątpliwości.

Brązowa plama,

powiedziałem Ali,

czarna plama,

powiedziałem Ali,

brązowa plama,

powiedziałem Ali,

czarna plama,

powiedziałem Ali,

stado dzikich koni na łące, a obok dom,

brązowa plama,

czarna plama,

nie chodzi o liczenie plam,

powiedziałem Ali,

każda plama = koń,

powiedziałem Ali.

Odwróciła się na pięcie i ruszyła w kierunku furtki, szła prędko, przedzierała się przez parne powietrze, chciała stąd uciec.

- Nie zabierzesz tego obrazu?! - zawołałem za nią.

- Nie! - prychnęła. - Weź go sobie!

- Przecież nie muszę go nigdzie brać!

Poszła. Zostałem sam z obrazem. Nie chciało mi się go chować. Westchnąłem i powlokłem go do altanki. Niech tu ze mną siedzi.

Dwoje wołających do siebie w upale staruszków, spierających się o obraz. Zabawnie to musiało wyglądać, dobrze, że nikt nas nie widział.

Mogłem zaproponować Ali wodę! Zmachałem się, naprawdę. Ona pewnie też. Otarłem pot z czoła, zrobiło mi się ciemno przed oczami. Sięgnąłem po komórkę. Miałem, na szczęście, numer do Ali. Podała mi go kiedyś, żebym dzwonił, gdyby Tadek...

No ale ostatecznie to ona go znalazła, nie umarł u mnie, ale u siebie w domu.

Napisałem esemesa. "Przepraszam ze dopiero teraz Dzis wieczorem zapraszam na kiełbase kończe osiemdziesiąt lat".

Poszło. Wróciłem do liczenia plam na obrazie Tadka. Czemu nawet żonie nie opowiedział o swoim talencie do malowania?! Ciekawe, że faceci często obawiają się, co ludzie powiedzą, jeśli chodzi o takie rzeczy jak malowanie obrazów. Za nic nie pochwalą się, że zamykają się czasami w piwnicy albo na strychu (gdzie on właściwie malował? a może w ogrodzie?) i tworzą. Wolą rozmawiać o sprawach, o których przyjęło się rozmawiać, a malowanie obrazów i inne takie trzymają w tajemnicy. Wolą, by ludzie mieli ich za ćwoków, byleby tylko nie gadano, że są tacy i owacy, bo malują obrazy. Może dlatego są zgorzkniali i smutni, bo nie mogą się przed nikim otworzyć, muszą trzymać swoją prawdziwą duszę głęboko w ukryciu.

W oddali szczęknęła furtka. Czyżby Alicja wracała? Podniosłem się z leżaka i zobaczyłem zbliżającą się ku mnie młodą kobietę, pchającą przed sobą dziecięcy wózek. Kto to taki, zastanawiałem się, mnąc w ręku czapkę.

Ludwika z Bożeną wracają ze spaceru, stwierdziłem. Idą po mnie, zabiorą mnie ze sobą. Na łąki, pod las. Na łąki, pod las, powiedziałem sam do siebie. Naprawdę coś musiało mnie użądlić. Zamieszkała we mnie pszczoła.

Basia

Jestem skrupulatna i uporządkowana, powtarzałam sobie. Jestem skrupulatna i uporządkowana, panuję nad terminami, wszystko sprawdzam dwa albo trzy razy i nie narażam interesu mojego pracodawcy. Jestem przydatna. Nie popełniam błędów. Poszerzam swoją wiedzę prawniczą. Działam dla dobra klienta. Jestem staranna. Nadaję się do tej pracy.

Nie mogłam opanować roztrzęsienia, musiałam sobie powtarzać tę ułożoną naprędce litanię. Przy wszystkich tych osobach, którym życie i praca nie sprawiały problemów, wydawałam się żałosna. Po co za wszelką cenę próbowałam udowodnić innym, że coś potrafię, skoro nie potrafiłam? Musiałam skończyć pismo, które zaczęłam w tamtym tygodniu. Dlaczego tak wolno pracowałam? No tak, bo pracowałam dokładnie. Rozbolał mnie brzuch. Powinnam pracować i dokładnie, i prędko, i kreatywnie, i do tego wykazać się odpowiednią wiedzą.

Schowałam się w toalecie i stałam przed lustrem, aż opanowałam drżenie rąk. Nie mogłam pozwolić, by tamten wariat w tramwaju i drobne pismo uziemiły mnie tu na cały dzień. Ochlapałam twarz wodą i wyszłam z łazienki, a potem usiadłam przy biurku.

Teraz mi się uda,

stwierdziłam,

po prostu zabiorę się do tego,

i na pewno zrobię to,

co mam zrobić,

bo to przecież nie takie trudne,

skoro inni to robią

z taką łatwością,

nie zwracają nawet uwagi,

że coś mogłoby pójść nie tak,

gdyby się dowiedzieli, jaka jestem nienormalna, od razu by mnie zwolnili,

musiałam się ogarnąć,

tak, ogarnąć się.

Ale wciąż nie mogłam się opanować. Spotkanie tamtego mężczyzny w tramwaju i obojętność Doroty tylko pogłębiły mój niepokój i podejrzliwość w stosunku do rzeczywistości. Jakby tramwaj, którym wszyscy podróżowaliśmy, wykoleił się na środku bardzo ruchliwego skrzyżowania, takiego Włókniarzy-Mickiewicza, ale w skali całego świata, i jakbyśmy wszyscy byli w nim uwięzieni, nie mogli wyjść ze względu na niekończącą się rzekę samochodów napierającą na truchło tramwaju ze wszystkich stron.

Już od dłuższego czasu odczuwałam coś niepokojącego. Kiedy jechałam tramwajem przez Łódź, szczególnie wieczorami, wracając z pracy, przez Bałuty, wydawało mi się, że Łódź to dawno opuszczone przez ludzi miasto duchów. Jakby przeszła przez nie trąba powietrzna albo kolejna pandemia. Zniknęły żywe istoty, pozostały jedynie kamienice, szyldy sklepów, powiewające smętnie na starych płotach banery, straszące jakimiś niezrozumiałymi sloganami i nieaktywnymi numerami telefonów, symbole bogactwa wciśnięte w biedę jakby po to tylko, by pogłębić ogólne poczucie absurdu i zagubienia - eleganckie gabinety dentystyczne, kancelarie prawne, biura nieruchomości. Wszystko to tworzyło osobliwy kolaż, stworzony w jednym celu - by pozorować życie. To samo dotyczyło ludzi. Nawet jeśli zapełniali opuszczone zwykle łódzkie przestrzenie, to i tak na ich tle tracili swoją ludzką właściwość. Wydawali mi się nierealni, podobni do nakręcanych lalek, chociaż to nie do końca odpowiednie słowo. Przypominali raczej jakąś obrzydliwą rasę jaszczurów, jakby zamiast skóry mieli łuski, a ich języki były rozdarte na końcu. Czy to naprawdę mogli być ludzie, te masy, które otaczały mnie w tramwajach i na ulicach?

Poczucie, że rzeczywistość dawno utraciła swoją realną podstawę, towarzyszyło mi nawet poza Łodzią, kiedy opuszczałam miasto i jechałam na przykład na rozprawę do sądu na prowincji. Wtedy wrażenie, że cały świat to makieta, którą ktoś przede mną naprędce rozkłada, nie dbając za bardzo o szczegóły, tylko się nasilało. Wszystkie te mijane i obserwowane z okien pociągu wsie, porzucone w polach domy, a w końcu powiatowe miasteczka, po których spacerowałam, czekając na godzinę rozprawy, wydawały mi się nierealne, a nawet śmieszne w swojej pokraczności, jakby chwilę przed moim przyjazdem zbudowało je leniwe dziecko, na dodatek zmuszane do tego przez rodziców, wkręcających sobie, że w ten sposób rozbudzają jego kreatywność.

Z czasem łapałam się na tym, że nie ufam nie tylko światu, ale i samej sobie. W pracy zaczęłam popełniać drobne błędy, bo kompletnie przestałam kontrolować to, co robię, rzeczy, które dotychczas wykonywałam rutynowo, sprawiały mi problemy. Jakby moja głowa działała przeciwko mnie.

Zastanawiałam się, co takiego mogło się stać. Czyżbym miała depresję? Cierpiałam, bo chłopak mnie zostawił i wrócił do domu, by zamieszkać z rodzicami? Może po prostu wszystkiego wokół było zbyt dużo, a ja nie potrafiłam sobie z tym poradzić? A może nigdy nie powinnam się tutaj znaleźć, nie byłam do tego dostatecznie zdolna i ogarnięta, tylko taką udawałam, a teraz to się na mnie mściło, mój organizm przez te próby stania się i n n ą m n ą po prostu zwariował? Problem tkwił we mnie, a może w świecie na zewnątrz? Gdzie dokładnie?

Jestem skrupulatna i uporządkowana,

powiedziałam po cichu sama do siebie,

jestem normalna,

jaszczury nie istnieją,

ludzie to ludzie,

mają miękką skórę, nie łuski.

Miałam trzynaście lat, kiedy mama dostała w spadku mieszkanie po swojej ciotce, której nie widziała od lat. Małe, dwupokojowe, na Przybyszewskiego w Łodzi, samo centrum, kamienica. Zdążyła się już pogodzić z myślą, że spędzi na wsi, w domu po rodzicach męża, całe życie i nigdy nie uwolni się od mojego ojca, który był skomplikowanym, nieszczęśliwym, chronicznie pozbawionym pieniędzy schizofrenikiem ze skłonnością do picia. Nie uważałam go nigdy za człowieka złego, potwora albo kogoś w tym rodzaju. Mama też nie. Ale tata po prostu nie nadawał się do wspólnego życia i miłość, o ile kiedyś między nimi w ogóle była, szybko zniknęła, rozmyta przez brudne wody codziennego szaleństwa - przestępstw ojca, wywoływanych przez niego awantur, nocnych powrotów i rozpaczy, którą odczuwał, uświadamiając sobie, że znowu zrobił coś złego. Nigdy nie bywał szczególnie agresywny, a jeśli zdarzyło mu się popchnąć mamę albo na nią nawrzeszczeć, zawsze starał się to odpokutować tygodniami ciężkiej pracy, podczas których przynosił do domu pieniądze. Jesteśmy porządną rodziną, powtarzał wtedy, mamy szczęście, bo się kochamy, podczas gdy są ludzie, którzy żyją w nędzy i mają o wiele gorzej niż my, gdyż brak im miłości i drugiego człowieka obok, mawiał. Wierzyłam mu. Kochałam tatę. Uwielbiałam chodzić z nim na spacery, towarzyszyć mu na podwórku w rąbaniu drewna. Obserwowałam, jak podnosi siekierkę i tnie pniaki na drobne, nadające się do pieca szczapy. Jeździłam z nim do lasu naszym starym Cinquecento, podskakiwałam wraz z nim na wertepach, kiedy przyspieszał, żeby mnie rozbawić.

Któregoś razu, pamiętam to jak przez mgłę, przyszła do nas pani kurator. Tata coś zrobił i groziło mu więzienie, choć skończyło się ostatecznie na pracach społecznych. Czy czegoś wam brakuje?, spytała. Bartosz nie odpowiedział, założył ręce na piersi. Ja powiedziałam: niczego nam nie brakuje.

Niczego nam nie brak, powiedziałam, a pani kurator pokiwała głową, nie, naprawdę, powiedziałam, niczego, niczego, niczego, zostaw nas, idź stąd, idź stąd, powiedziałam, a po szkole poszłam z Kamilem na łąki i nie powiedziałam mu o pani kurator ani słowa.

Byłam ukochaną córeczką mamusi i tatusia, choć on rzadko zwracał na to uwagę, starałam się zadowolić i rodziców, i wszystkich, którzy mogliby czegoś ode mnie chcieć. Nauczyciele dziwili się, widziałam to po nich, że nie przeklinam i nie palę za szkołą, że świetnie się uczę. Spodziewali się, że będę leniwa i niegrzeczna, odnosili się do mnie z dystansem, kiedy tylko orientowali się, z kim mają do czynienia, dopiero z czasem ich do siebie przekonywałam, wtedy czuli żal. Lubili mnie w szkole. Dziewczynki są miłe i posłuszne. Jeśli dobrze się uczą, są lubiane. Chłopaki walczą ze sobą, zachowują się jak młode wilczki, nieustannie rywalizują o to, który bardziej coś spieprzy. Nigdy nie rozumiałam, dlaczego muszą ze sobą walczyć, upijać się i dręczyć słabszych. Dlaczego wciąż udają?

Bartosz pobił Pawła Kotowicza,

złamał mu nos.

Paweł udawał, Bartosz udawał,

złamał mu nos,

po meczu, bo coś mu się nie spodobało,

chciał się pokazać,

na coś się wściekł,

takie tam,

po prostu rzucił się na niego,

na brata Kamila,

i złamał mu nos.

Bartosz trafił do poprawczaka; nic nas nie trzymało w Janowicach. Mama dostała mieszkanie w spadku i okazało się, że możemy się do niego wyprowadzić. Mieszkanie w Łodzi, tak daleko od domu, jak mi się wydawało. Tata miał wtedy gorszy okres, to znaczy nie miał akurat lepszego okresu. Mama spakowała nas w pół dnia, po cichu, a walizki schowała w piwnicy, ale niepotrzebnie. Nie sprzeciwiał się. Kiedy wychodziłyśmy, zawróciłam i złapałam tatę za rękę. Siedział odrętwiały przed telewizorem i nic nie mówił. Muszę iść, powiedziałam i rozpłakałam się.

Jego twarz - kamień,

powietrze ciepłe, mimo że zapadł zmrok,

świerki lekko się poruszały,

pachniało trawą i słońcem,

siedziałam na walizce,

wiózł nas samochodem chudzielec z wąsami,

nienawidziłam go,

Fiat Punto, palił papierosa za papierosem,

zaczęło się miasto,

a potem ciemność,

chudzielec wciągał nasze walizki

na piętro,

stuk-puk

stuk-puk

WIDZEW ŁÓDŹ

na ścianie

do żółtego mieszkanka,

po kimś, po obrazkach

poznałam, że po kimś,

i po szklankach,

i po zapachu łóżka,

chudzielec pożegnał się

w oknach naprzeciwko stali

ludzie.

Jaką osobą stałabym się, zostając w Janowicach? Może byłabym silniejsza, a może wręcz przeciwnie, słabsza, może rodzice w końcu złamaliby mnie i moją osobowość, bardziej, niż zrobiło to wielkie miasto. Łódź, w której byłam tak samotna, jakby wrzucono mnie w środek dżungli. Wiejska dziewczynka, która dotąd spędzała czas na łąkach z książką w ręku, nagle znalazła się w centrum Łodzi, z ruchliwą ulicą za oknem, tramwajami i samochodami, krzykliwymi sąsiadami i wszechobecną samotnością.

Na wsi czułam się biedna, ale w mieście nie miało to znaczenia. Cała nasza ulica śmierdziała biedą. Potem to też nie miało znaczenia. Poszłam do liceum i na studia. Może i nie miałam bliskich koleżanek, może wciąż czułam się wyobcowana, może i nie zaprzyjaźniłam się z nikim ani na osiedlu, ani w szkole, a potem na studiach. Ale trzymałam się planu, wytyczonego na oślep i bez przekonania, ale zawsze.

Słuchałam wykładów z prawa karnego, myśląc o moim bracie przestępcy. Tak bardzo się bałam, że ktoś ze znajomych ze studiów dowie się prawdy o mnie. Że w końcu dam po sobie poznać, jaka naprawdę jestem. Prymitywna. Wulgarna. Zła.

Jednak nigdy do tego nie doszło. Skrywałam sekrety o swojej rodzinie bardzo głęboko, aż stałam się osobą, którą przez lata tak bardzo chciałam się stać - elegancką, wykształconą kobietą w obcisłej białej bluzce, udzielającą porad prawnych biednym dziewczynom, używając uczonego tonu i kartkując kodeksy.

Spotkałam Kamila i dotarło do mnie, jak bardzo za nim tęskniłam. I że nigdy nie miałam przy sobie nikogo bliższego. Że chłopcy, z którymi zdążyłam się całować, elegancki przyszły sędzia i wyluzowany przyszły ratownik medyczny poznani na studenckich imprezach, nie mieli ze mną nic wspólnego. Otrząsnęłam się.

Zbudowałam z Kamilem miasto, a ono runęło.

Musiałam się obudzić. Tamto było tylko snem, nie prawdziwym życiem. Nie zbudowałam z nim niczego prawdziwego.

A teraz siedziałam tu. I miałam do napisania ważne pismo.

Wstałam od komputera i podeszłam do Simci. Rozmawiałyśmy dłuższą chwilę o głupotach, a potem stwierdziłam, że pójdę się przewietrzyć. Gdy wyszłam na ulicę, zrobiło mi się gorąco; postanowiłam iść do Żabki i kupić sobie Monstera albo coś innego na pobudzenie. Na początku ta kanapka, a teraz słodki energetyk, ale trudno, przecież nie odżywiałam się tak na co dzień, tylko w stresujące dni.

Po drodze spotkałam tego faceta z tramwaju. Przeszłam przez pasy, a on nagle wyskoczył zza drzewa. Ominęłam go i szłam przed siebie, ale on nie odpuszczał. Szedł za mną krok w krok.

- Nic nie mówisz? Zatkało cię? Taka z ciebie prawniczka? No, no, prawniczka! Prawniczka! OBUDŹ SIĘ! OBUDŹ SIĘ!

Nagle zrozumiałam, że przecież ma rację. Muszę się obudzić, za wszelką cenę. Dlatego idę do sklepu po energetyka, pomyślałam, bo chcę się obudzić. Ale nie zamierzałam mu tego mówić.

- Mam bardzo dużo do zrobienia - powiedziałam do niego. - Przepraszam pana, ale nie mogę poświęcić panu czasu. Przepraszam!

Dopiero teraz dostrzegłam, że ten mężczyzna potrafi zmieniać rozmiar. Nagle stał się bardzo malutki. Wciąż do mnie mówił, ale nie potrafiłam zrozumieć tego piskliwego tonu. Pipipipip, zamienił się w ludzika wielkości myszy. Obyś tylko nie wpadł pod samochód, powiedziałam cicho. Ale ulicą Jaracza prawie nic nie jechało. Cisza i spokój długiego letniego dnia, tylko w Żabce szumiała klimatyzacja, a znudzona kasjerka nie powiedziała ani słowa na mojego energetyka. Zna pani tego mężczyznę zmieniającego rozmiar?, mogłabym ją spytać, ale bałam się ośmieszenia.

Karo

Od pewnego czasu zastanawiałam się nad liceum w Łodzi. Mogłabym iść tam z Nelą. Jej mama z pewnością by nas woziła, gdybyśmy chciały i zadeklarowały, że będziemy się uczyć. Uczyłabym się, nie wiem, co innego mogłabym robić. Łódzkie licea są lepsze niż liceum w miasteczku obok, gdzie idą wszyscy i nikt się nie uczy, a potem tylko co poniektórzy dostają się na studia - i to i tak na średnie.

W liceum w wielkim mieście trzeba się starać, chodzą tam sami zdolni ludzie, którzy chcą się dostać na medycynę albo prawo, albo mają na siebie inne pomysły. Pewnie czułabym się tam nieco dziwnie, bo wszyscy byliby z Łodzi, oprócz nas, ale miałabym Nelę, która znalazłaby wspólny język z tymi wszystkimi, bo przecież miała sporo koleżanek z Łodzi i często tam jeździła, znała łódzkie parki i centra handlowe, więc pokazałaby mi co i jak. Chyba że zostawiłaby mnie zaraz po rozpoczęciu roku, udawałaby, że mnie nie zna, wchodziłaby do szkoły i rozpływałaby się w kwaśnym zapachu szatni (chociaż może tam szatnie pachną inaczej?), i znikałaby wśród łódzkich dziewczyn, i nie martwiłaby się o mnie, a gdy spróbowałabym z nią porozmawiać, przypomnieć, że przecież miałyśmy się wspierać, powiedziałaby, żebym się nie mazała i że przesadzam, bo przecież ona może robić, co chce i z kim chce, a ja znowu się czepiam, wymyślam coś, narzucam się i w ogóle.

Zerknęłam na Nelę, szła obok mnie, ręka w rękę, leśną ścieżką. Chciałam zagadnąć o to liceum, czy się namyśliła, bo przecież miała przemyśleć i dać znać. Niedługo koniec roku i trzeba będzie coś wybrać, a my wciąż nie wiemy, chciałam powiedzieć Neli. Myślałam nad biol-chemem, wiesz, ale w sumie human też mnie interesuje, ciebie pewnie human, nie, skoro lubisz wiersze i takie sprawy?

Nic nie powiedziałam. Postanowiłam, że potem ją zagadnę.

Nie teraz, potem.

Nie mówiłam dotąd o łódzkim liceum rodzicom. Powiedzieliby pewnie, że będzie z tym za dużo zachodu i żebym nie wydziwiała, a potem, zanim wytłumaczyłabym, dlaczego chcę się uczyć w Łodzi, przestaliby słuchać. Nawet nie sprzątasz u siebie w pokoju, a uważasz, że dałabyś radę z nauką w tak wymagającym liceum i z dojazdami? A co, jeśli Nela się przeprowadzi albo się pokłócicie? Co z dniami, kiedy będzie chora? Kto zawiezie cię do Łodzi? Pomyślałaś o tym? Tak powiedziałaby mama, a tata, że to się trzeba zastanowić i że Kamil i Paweł chodzili do liceum w miasteczku, więc może i mnie tu będzie dobrze?

Nie wydziwiaj.

Nie przesadzaj.

Nie myśl sobie, że możesz liczyć nie wiadomo na co.

Nienawidziłam ich, tak bardzo ich teraz nienawidziłam. Postanowiłam wziąć najwyżej jeden łyk wódki, jeśli Olaf jakąś przyniesie, i zapalić najwyżej jednego papierosa. Wystarczająco, żeby nie zdenerwować Neli i żeby zachować trzeźwość. Dziadek się nie zorientuje, na pewno nawet nie przyszłoby mu do głowy, że mogłabym robić coś takiego. Tata i bracia też nie, może Kamil, gdybym przesadziła, ale nie przesadzę.

- Czasami podejrzewam, że ma kochanka - powiedziała Nela i kopnęła jakąś gałązkę. Wydawało się, że mówi serio. Była naprawdę zmartwiona.

- Kochanka, serio? Przecież nie mogłaby tego ukryć, wiedziałabyś. Zresztą kogo miałaby tu znaleźć, przecież ona... No, nikt tu do niej nie pasuje - odpowiedziałam.

- To dlaczego tak nas wygoniła z domu?

- Nie wiem, może... Może chciała pobyć sama. Albo uważa, że powinnaś spędzać więcej czasu na świeżym powietrzu. Albo...

- Poza tym - przerwała mi Nela - czasami mam wrażenie, że ktoś bywa w domu. Czuję zapach męskich perfum. I ona nie lubi, kiedy wchodzę do sypialni. I ma obsesję na punkcie tego, kiedy wracam. Muszę trzymać się planu, inaczej się wścieka.

- No ale to nie oznacza, że... Po prostu lubi mieć wszystko zaplanowane. Jest poukładana.

- I wychodzi. Nieustannie wychodzi. Bierze samochód i jedzie gdzieś, wraca po kilku godzinach. Jak ją pytam, gdzie była, to kłamie.

- Skąd wiesz, że kłamie?

- Jest idiotką, nie wie, że w iPhonie ma włączoną lokalizację.

- Serio?

- Tak, widzę, gdzie jest.

I dokąd jeździ?

Nela kopnęła szyszkę.

- Tu i tam. Ogólnie po okolicy.

- Tak po prostu sobie jeździ?

- No tak. Dziwne, co nie?

- Ale to nie oznacza, że ma kochanka. Może po prostu lubi przejażdżki... Może... Może w ten sposób odpoczywa.

- To dlaczego nie bierze mnie ze sobą? No?

- Nie wiem.

Chciałam złapać Nelę za dłoń i lekko ścisnąć, ale ona cofnęła swoją rękę, wiedziała, co chcę zrobić. Jak miałam ją pocieszyć? Nie wydawało mi się prawdopodobne, by jej mama kogoś miała. Niby kogo? Na wsi nie było chyba mężczyzn, z którymi mogłaby się związać. Jakoś nie wydawało mi się, by taka kobieta jak ona zadowoliła się mężczyzną takim jak mój tata, dziadek albo któryś z jego znajomych. Wydawało mi się to zabawne i absurdalne.

Właściwie to znałam tylko jednego mężczyznę stąd, który mógłby mieć romans z Marleną, ale to podejrzenie wydawało mi się tak straszne, że wolałam o nim nie myśleć. Jak Paweł mógłby zdradzić Paulinę, z którą miał malutkie dziecko? Jeśli zrobiłby coś takiego, byłby najgorszą szumowiną. Ale podobno mężczyźni tacy są, podobno kobiety, które urodziły im dzieci, szybko im się nudzą, podobno szukają wrażeń i unikają domu i swoich smutnych, rozdrażnionych macierzyństwem żon. A przecież mama tak często wspominała o smutku i złości, które wylewają się z Pauliny jak z garnka. Może Paweł wolał Marlenę, kobietę elegancką i nowoczesną, z którą mógł porozmawiać o korporacjach, podróżach i inwestowaniu, tak, na pewno znaleźliby wspólny język. Zrobiło mi się nieco niedobrze na tę myśl.

Przypomniałam sobie teraz, że gdy wchodziłam z Nelą na leśną ścieżkę, poczułam się nieswojo. Jak gdyby ktoś chował się nieopodal i obserwował nas z ukrycia. Czyżby to kochanek jej matki stał za którymś z drzew i czekał, aż przejdziemy? Czyżby to Paweł siedział w krzakach i wstrzymywał oddech, by się przede mną nie zdradzić ze swoim strasznym grzechem?

- Nie cierpię jej - powiedziała Nela. - Ma mnie gdzieś. Po co w ogóle robiła sobie dziecko, skoro nie chciała go mieć? Tata mnie kochał, interesował się mną i w ogóle. Ale ona sprawiła, że odszedł. Nie mógł z nią wytrzymać, zresztą jak ktokolwiek by mógł? To wariatka. Jest skupiona wyłącznie na sobie, a ode mnie tylko wymaga i ma mnóstwo pretensji. Mogłabym mieszkać z tatą.

Pokiwałam głową. Słyszałam to setki razy, ale wiedziałam, że nie mogę się teraz wtrącić. Mogłam tylko słuchać.

- Jak ona śmie na niego narzekać? Wciąż tylko mówi, jak bardzo tata był egoistyczny. Powinna spojrzeć na siebie. Jaka ona jest? Jak się zachowuje? Czy w ogóle liczę się dla niej ja jako córka? Nie. Czy pomyślała, co mnie boli, interesuje, jak będzie wyglądała moja przyszłość? Nie. Takie rzeczy Marlenki nie obchodzą. I wiesz, w pewien sposób się z niej wyleczyłam. Już mnie tak nie rusza, co ona sobie myśli. Mam to w nosie. Żyjemy obok siebie, nie zwracając na siebie uwagi.

Czasami łapałam się na tym, że zazdroszczę Neli, nie tylko pięknego domu i ładnych ciuchów, i przyjaciół z miasta, ale nawet tego, że tak zażarcie kłóci się z własną matką. Ja już w ogóle nie zdradzałam się przed swoją z jakimikolwiek problemami czy potrzebami, nauczyłam się, że muszę załatwiać wszystko sama. Mama traktowała mnie z dystansem, jakby czuła się zażenowana tym, że stałam się dziewczyną, że gdzieś wychodzę, mam swoje problemy i swoich przyjaciół. Tata starał się być przyjacielski, ale czułam się przy nim tak niezręcznie, że właściwie w ogóle nie rozmawialiśmy. Ograniczał się do sympatycznych w jego mniemaniu szturchnięć i łaskotek, a ja, nie mając śmiałości, by powiedzieć, jak bardzo mam tego dosyć, uśmiechałam się, co on brał za oznakę sympatii z mojej strony.

Jakby rodzice czuli się rodzicami tylko w stosunku do moich braci, których wciąż niańczyli, mimo że ci byli ode mnie wiele lat starsi. Na przykład Kamila mama traktowała jak małego księcia i nigdy nie powiedziała złego słowa na to, że wrócił do domu, bezceremonialnie zajmując swój dawny pokój. Cieszyła się po prostu z tego, że wreszcie zerwał z Basią Tkaczuk, swoją dziewczyną od zawsze. Jak mogła tak bardzo cieszyć się nieszczęściem syna? Tylko dlatego, że nie lubiła rodziny Basi i że kierowała się jakimiś średniowiecznymi przekonaniami na temat mieszkania przed ślubem - przecież musiała wiedzieć, wszyscy to wiedzieli, że Basia i Kamil są wręcz dla siebie stworzeni. Ale dla mamy miłość nic nie znaczyła, ważne były tylko jej pokrętne przekonania, którymi kierowała się w swoim życiu.

Poczułam się nagle głęboko niezrozumiana i nieszczęśliwa. Roiłam sobie, że pójdę do łódzkiego liceum, a tak naprawdę ledwo dawałam radę sama ze sobą i swoją rodziną.

Wysoko nad nami odezwał się ptak, może strzyżyk albo kos, skrył się gdzieś w gałęziach i ani myślał wychynąć, ale sama jego obecność i śpiew, który nam ofiarował, podniosły mnie na duchu, jakby ptak chciał przypomnieć, że chociaż nie może się pokazać, to zawsze będzie na nas czekał w tym lesie.

- Boże, Olaf to prawdziwy wykręt, prawda? - powiedziała Nela. - Czasami trochę się go boję. Tak się na nas patrzy, jakby chciał nas pożreć albo nie wiem... zgwałcić. Ile on ma lat, ze dwadzieścia pięć?

- Jakoś tak - powiedziałam.

- Pewnie ma głowę przeoraną pornosami i alkoholem.

- Tak sądzisz?

- A nie? Wiem, że go lubisz, ale musisz spojrzeć na niego obiektywnie. Jak czasami coś powie, to się zaczynam bać. I wtedy powtarzam sobie, że to znajomy twojego brata, a twój brat uczy u nas w szkole i pisze wiersze, i wobec tego nawet taki wykręt nic nam nie zrobi.

- Jest miły.

- Tak, bardzo. Dobra, nieważne, widzę, że nie masz ochoty rozmawiać. Mam nadzieję, że czeka na nas nad rzeką. Muszę się napić.

- Ja też.

- Serio, masz ochotę?

- I zapalić.

- Właśnie. Muszę odreagować Marlenkę. Jezu, co za idiotka.

Wkrótce ścieżka zaczęła piąć się w górę; Nela wzdychała ciężko, ocierając pot z czoła. Nagle spostrzegłam, że nie jest wcale tak ładna, jak mi się zawsze wydawało, że ma bardzo okrągłą twarz, a kiedy zwiąże włosy, wygląda zupełnie pospolicie. Zawsze czułam się od niej brzydsza i niekiedy łapałam się na tym, że przypatruję się jej z ukrycia, badając wzrokiem linie twarzy, podziwiając idealny krój ust i kształt oczu. Ale może nie miałam racji?

Wcale nie chciałam z nią iść nad naszą rzekę, gdzie czekał Olaf, wiedziałam, że będzie się śmiała, traktowała nas z góry. Jak głupich wieśniaków. Ale czy miała jakąkolwiek inną opcję, tak naprawdę? Czy miała dokąd pójść? Nie. Musiała iść ze mną i z Olafem, a ja musiałam się nią opiekować.

- Jest Olaf - powiedziałam.

Czekał na nas nad rzeką. Siedział z wyciągniętymi w kierunku wody nogami i podniósł głowę, kiedy tylko wyszłyśmy z lasu, jakby miał jakiś szósty zmysł.

Podeszłyśmy i przywitałyśmy się z nim, nie okazując podekscytowania ani niepokoju. Udawałyśmy wyluzowane, obojętne, jakbyśmy w każdej chwili mogły sobie stąd pójść. Uśmiechnęłam się, widząc, jak Olaf stara się zaimponować Neli, jak opowiada o jakimś motorze czy coś takiego, jak otwiera plecak i wyciąga z niego butelkę wódki i papierosy. Mało co do mnie docierało; żółta poświata sprawiła, że między mną a nimi utworzyła się ściana z ciepła i płomieni, za którą się skryłam. Czy to naprawdę było moje życie?

Czekałam, aż odezwie się ptak. Ale nic się nie odezwało, nawet rzeka nie zaszemrała.

Kamil

Stały kilka metrów ode mnie, gdyby wychyliły się odrobinkę, mogłyby mnie zauważyć. Przykucnąłem i obserwowałem ich ruchy zza choinki, przynajmniej częściowo przed nimi ukryty. Nie miałem czasu, nie znalazłem lepszej kryjówki - dopiero w ostatniej chwili zobaczyłem, że zbliżają się w moją stronę. Ubrudziłem się, ale trudno, wolałem przyjść do Marleny brudny niż zdemaskowany.

Kiedy zatrzymały się, pomyślałem, że wiedzą, zaraz zawołają: "Widzimy cię", jak w grze w chowanego, a wtedy będę musiał się podnieść i wyjawić wszystkie tajemnice - ale na szczęście poszły dalej. Ostatecznie to tylko dziewczynki, które wybrały się na spacer po lesie. Nie tak sprytne, jak im się wydaje, zresztą nawet nie chcą takie być. Pewnie idą na łąkę poplotkować o chłopakach albo o szkole, cokolwiek. Niech idą.

Przeszedłem przez furtkę, którą Marlena zostawiała dla mnie otwartą, i pobiegłem w stronę uchylonych balkonowych drzwi. Seria otwartych przejść, które udają przejścia zamknięte - tak ktoś mógłby podsumować nasz związek. W ten sposób znalazłem się w salonie. Marlena czekała na mnie, siedząc za stołem, przed komputerem. Oparłem się o ścianę i uśmiechnąłem się do niej. Wyglądała bardzo ładnie. Elegancko, a zarazem dziewczęco. Luźne spodnie oversize, biała koszula oversize, niedbale spięte włosy, grube oprawki na nosie. Nagle poczułem, że mógłbym się w niej zakochać. Zamknęła klapę laptopa i odwróciła się do mnie.

- Możesz mi powiedzieć, dlaczego nie odbierasz telefonu!? - spytała. - Dzwonię do ciebie od dwóch godzin!

- Widziałem, że idą. Wszystko w porządku. Schowałem się.

- Ale mogły cię zobaczyć.

Wzruszyłem ramionami. Miałem spodnie brudne od ziemi. Marlena podeszła do mnie i dotknęła moich włosów. Zebrała z nich kilkanaście igiełek.

- Musiałem przedzierać się do ciebie przez busz - powiedziałem.

- Przez dziki bór, właśnie widzę.

- Nie spodziewałem się, że spotkam twoją córkę w lesie.

- I swoją siostrę.

- No właśnie.

- Dlatego do ciebie dzwoniłam. Chciałam powiedzieć ci, że wróciła do domu wcześniej i wobec tego nie mogę się z tobą spotkać. No ale Nela na mnie nakrzyczała i sobie poszła, zresztą razem z twoją siostrą, więc mam wolną chatę, co za fart!

To miało brzmieć zabawnie albo ironicznie, nie wiem, w każdym razie zabrzmiało dość rozpaczliwie; dziwnie się poczułem, bo uświadomiłem sobie, że pierwszy raz mam przed sobą Marlenę naprawdę nagą, ubraną, a nagą, nie w zbroi, którą nosiła dotąd zawsze, nawet będąc nago. Zdenerwowaną, naddartą. Mógłbym pociągnąć ją za skrawek skórki i obrać do końca, jak mandarynkę, ale nie chciałem tego robić, mimo że może powinienem, skoro mi zaufała i pozwoliła tak się do siebie zbliżyć - trzymanie dystansu w takiej sytuacji wydawało się okrucieństwem.

- W takim razie dobrze, że zapomniałem telefonu.

- Bardzo dobrze, umierałam tu z nerwów.

- Na szczęście zachowałem czujność.

- Obserwowałeś dom?

- Przez chwilę.

- Przerażające.

- Nauczyłem się ostrożności od ciebie.

- Gdyby Nela cię zobaczyła... Wiesz, ona rozmawia z przyjaciółką o spalonych koniach i chodzi po lasach, szuka magicznego stada. Gdyby dowiedziała się, że matka sypia z polonistą, to cały jej baśniowy świat od razu by się załamał, a ona nigdy by nikomu więcej nie zaufała.

- No tak. Ale wiesz, od spotkania nauczyciela w lesie do wyciągnięcia wniosku, że śpi z czyjąś matką, daleka droga.

- Dziewczynki potrafią być domyślne.

- Na pewno. Ciekawe, jaką ty byłaś dziewczynką.

- Przed młodszą mną na pewno byśmy się nie ukryli, zapewniam cię.

Jaką była nastolatką? Zapewne trochę przemądrzałą, ale może nie aż tak jak Nela, to się pewnie pogłębia w każdym pokoleniu. Dorosła Nela nigdy nie prześpi się z polonistą. Odsunąłem sobie krzesło i usiadłem. Wziąłem cukierka. Marlena westchnęła, otworzyła laptopa, ponownie go zamknęła. Objąłem ją i pocałowałem w ramię, a ona pocałowała mnie w usta.

- Czemu na ciebie nakrzyczała?

- Na szczęście to nic ważnego. Po prostu strasznie się boję, że któregoś razu ona się dowie o nas i naprawdę mnie znienawidzi.

- Mam nadzieję, że się nie dowie.

Nic nie odpowiedziała. Ja też milczałem.

Jesteś smutna?,

spytałem,

prawdę mówiąc, tak,

powiedziała,

ona mnie nienawidzi,

powiedziała,

uciekła mi

i będzie uciekać,

nie ma dla nas nadziei,

powiedziała,

że uciekła razem z Karo,

że nienawidzi,

powiedziałem,

że na pewno nie,

a ona zaczęła płakać

i całować mnie po brodzie.

Gładziłem ją po włosach i plecach, starałem się uspokoić. Wtulałem twarz w jej pachnące włosy, rozglądałem się po wnętrzu tego białego, jasnego domu, po zdjęciach i garnkach, i kubkach z niedopitą herbatą, i zamkniętym laptopie, i wielkim, ale wiecznie zgaszonym telewizorze.

Nie płacz,

nie płacz,

mówiłem,

a przecież powinienem

dać Marlenie

chociaż chusteczkę,

ale nie miałem

chusteczek, więc po prostu

się nie ruszałem, a ona płakała.

Nie spodziewałem się zupełnie, że jest z nią aż tak źle. A ona po prostu wybuchła. I mówiła mi różne rzeczy - że tak naprawdę nic nie osiągnęła, że ma dość wszechobecnej presji, dni tak bardzo do siebie podobnych, że to aż nie do wytrzymania (znowu pomyślałem, że traktuje mnie jak odświeżacz powietrza), że boi się samotności i że pewnie niedługo ją zostawię, i że może tak będzie lepiej, bo przecież tylko udaję, że ją lubię bądź kocham, nie ma co teraz tego rozstrzygać. Czekała, że coś odpowiem albo coś rozstrzygnę. Czekała, aż obiorę ją ze skórki. I próbowałem coś powiedzieć, ale wyszło mi tak niezdarnie, jakbym nigdy w życiu nic nie mówił.

W końcu wstała i zasłoniła okna, wokół zapadła ciemność. Powiedziała, że zrobi herbatę, i poszła do kuchni. Otarła z policzków łzy (ja powinienem był to zrobić) i ni stąd, ni zowąd zaczęła mi opowiadać o badaniu, jakie dział, którym kieruje, przygotował dla spółki z branży żywnościowej, skupiającej się głównie na zupkach dla dzieci o smaku buraka i marchewki, zdrowo kolorowych, wołała Marlena, takie mają hasło, zdrowo kolorowe, może ich znasz, choć pewnie nie, bo nie masz dzieci, w każdym razie z ich finansami nie za dobrze, choć udają, że wszystko gra, to mają więcej zobowiązań niż wpływów, i to od miesięcy, więc może ich czekać upadłość, ich finanse nie są ani zdrowe, ani kolorowe, wołała i śmiała się z własnego żartu, może trochę za głośno, co zamiast zniwelować wrażenie, że jest w rozpaczy, tylko je pogłębiało, ale zdołałem przekonać sam siebie, że Marlena już mnie nie potrzebuje, i przestałem słuchać, wtrącałem tylko, że to bardzo ciekawe i w ogóle.

Właściwie mało się od siebie różnimy, pomyślałem, w ciemnościach wszyscy ludzie są do siebie podobni, jak wystrugane z drewna figurki. Marlena oddychała podobnie jak Basia. Podobnie jak Basia w te szalone łódzkie noce na czwartym piętrze retkińskiego bloku, gdy kładliśmy się do łóżka, zakochani i pokłóceni, teraz mi się to miesza, tak krótko to trwało, tu, na pustyni, tamto wydaje się zaledwie pokićkaną chwilką.

Basia, chociaż pochodziła z biednego domu, w szkole nie odstawała, ludzie ją lubili, łazili za nią chłopcy, ale z jakiegoś powodu polubiła mnie - chociaż tak szczerze mówiąc, nie bardzo wiedziałem za co. Była bardzo ładna, przemieniała się powoli w kobietę, a ja wciąż pozostawałem konusem w okularach, który idąc do szkoły, wyobrażał sobie, że nad drogą zaraz pojawią się smoki i zabiorą go ze sobą do innego świata. Myślałem, że Basia nie wie nawet o moim istnieniu, ale któregoś razu na boisku, w szóstej klasie, obroniła mnie przed chłopakami, którzy zabrali mi telefon, i powiedziała, żebym im się nie dał i że mnie lubi. Zaproponowałem jej wyprawę na łąki, jeśli chce zobaczyć rzekę, a ona się zgodziła i odtąd po szkole tam chodziliśmy odrabiać lekcje.

I potem spotkaliśmy się znowu, w bibliotece, i staraliśmy się nadrobić naszą rozłąkę, i wprowadziliśmy się do wspólnego mieszkania, i ona zaczęła pracę w tej swojej prestiżowej kancelarii, i ja nie wiedziałem, co ze sobą zrobić, nic na stałe znaleźć nie mogłem, ale miałem ją, więc nie byłem nieszczęśliwy. Jesteśmy jak dwa wrzucone do rzeki kamienie, które wspólnie wracają na brzeg, powiedziałem któregoś razu. Jak dwie rzeki, które spotykają się w głębi kraju i decydują się nigdy nie wpływać do morza, odpowiedziała.

No tak, miłość miłością, ale trzeba było przeżyć, a z tym mieliśmy problem - żyliśmy w absolutnym bałaganie, zmęczeniu, widywaliśmy się rzadko i niekiedy puszczały nam nerwy. Basia pracowała od rana do wieczora, ja się snułem i czułem z tego powodu wyrzuty sumienia, tym większe, im dłużej nie potrafiłem znaleźć sobie normalnej pracy.

Gdy teraz o tym wszystkim myślę, wydaje mi się, że po prostu nie wytrzymaliśmy nakładanej na nas warstwami presji. I chociaż próbowaliśmy się kochać, to z czasem pojawiało się między nami coraz więcej nieporozumień i kłótni. Denerwowałem się na Basię, że wyobraża sobie nie wiadomo co, a tak naprawdę sprzedaje swoją energię i swoje wykształcenie za marne grosze ludziom, którzy mają ją w nosie, zmuszają ją do niszczenia innych ludzi w sądach, ludzi podobnych do nas (tak mówiłem, z przesadą i zupełnie niesprawiedliwie), a ona denerwowała się na mnie (też z przesadą i niesprawiedliwie), że nawet nie staram się znaleźć nic na stałe, a krytykuję ją - i to dlatego, że poświęca się pracy, dzięki której ma na czynsz, na co ja odpowiadałem, że w życiu są rzeczy bardziej istotne niż praca, a identyfikowanie się z nią to głupota, a kapitalistom to na rękę (odtwarzając sobie w pamięci tamtą rozmowę, czułem podobne zażenowanie jak wtedy, gdy natrafiałem przypadkiem, otwierając biurko, na tomik moich wierszy - tyle powiem na swoją obronę).

Banalne? No, może i tak. Mieliśmy banalne, ekonomiczne problemy, bezpośrednio wynikające z odwiecznego prawa popytu i podaży (chcieliśmy dużo, oferując przy tym bezdusznemu światu nie to, czego chciał on). Oprócz nich jeszcze kilka innych, niezwiązanych z ekonomią.

Zacząłem planować, że wrócimy na wieś (w ten sposób zamierzałem rozwiązać nasze problemy). Wciąż mówiłem o działce za domem dziadka, nad rzeką, o tej pięknej działce pod lasem, gdzie kiedyś przychodziliśmy, by odrabiać lekcje - że możemy się na niej pobudować. Czy nie dobrze byłoby uciec z tego miasta, z tego bloku i osiedla, zanim przyjdzie nam podzielić los starych gołębi, podtruwanych szczurów, rdzewiejących, porzuconych między blokami samochodów?

Ale ona nie reagowała z wielkim entuzjazmem. No wiesz, wątpię, by stać nas było na dom. Poza tym co niby miałabym tam robić?, pytała. Wzruszyłem ramionami. Mogłabyś dojeżdżać. Moi rodzice nam pomogą. No wiesz, ludzie na wsi budują się własnymi rękami, nie? Wszyscy tak robią. Mówiła, że materiały kosztują majątek i że to mit - mało kto teraz ma środki na zbudowanie domu. Chcesz tego czy nie?, wołałem i dodawałem żałosnym głosem: Dostanę od dziadka działkę! Odpowiadała, że chce i że chętnie będzie miała ze mną bobaska ("Bobo!" - wołałem, żartem chcąc rozbroić tą cudowną i zarazem poważną deklarację). Tak, bobo, odpowiadała i całowała mnie, bobo o imieniu Zosia albo Staś, ale musimy trochę poczekać i wytrzymać tu jeszcze kilka lat. Kilka lat? Jakoś nie potrafiłem sobie tego wyobrazić. Widziałem siebie, Basię i bobo, i naszą działkę, brzozy za oknem i naszą cudowną, wolną od ekonomii, sąsiadów z bloku naprzeciwko, ich widocznych wieczorami ramion i łokci, miłość.

Z okien naszego mieszkania widziałem też przystanek tramwajowy. Codziennie zapełniał się o określonych godzinach ludźmi, którzy dokądś jechali. Potem na ich miejsce przylatywały gołębie. Budziłem się wraz ze zgrzytem tramwaju zatrzymującego się na przystanku. Patrzyłem na ludzi i na ich małe, gruchające odbicia - gołębie, które wypełniały pustki po ludzkich ciałach ze skrupulatnością, o którą nikt nie mógł ich podejrzewać. Któregoś razu wsiadłem do tramwaju wraz z tymi ludźmi, a na gołębie nawet nie spojrzałem. Tylko one wiedziały, że w plecaku mam apteczkę uciekiniera - skarpetki, laptopa, majtki i dyplom ukończenia studiów. Usiadłem na twardym plastikowym krześle, rozsunąłem nieco ekspres w plecaku i oglądałem te wszystkie rzeczy przez wąską szparę. Nie wiedziałem, co niby zrobię na wsi z tym dyplomem, może wziąłem go ze sobą po to, by ewentualnie móc pokazać mamie, ile osiągnąłem z Basią. I może dlatego, że chciałem móc wspominać tę chwilę, gdy wróciłem do naszego mieszkania ze swoją grubaśną pracą magisterską pod pachą ("Poezja Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego wobec nieuchronności śmierci. Strategie i konfrontacje"), a Basia czekała na mnie z szampanem, i upiliśmy się, by potem wyskoczyć na miasto. Myślałem wtedy, że po obronie będzie łatwiej, ale zrobiło się, niestety, trudniej. Skończyło mi się stypendium i tak dalej. Jednak tamtego dnia nikt nam nie mógł zabrać.

Kilka dni po powrocie do Janowic poszedłem nad rzekę i obszedłem łąkę; tu miał stanąć nasz dom. Tu siadaliśmy w dzieciństwie nad książkami, nad mrówkami. Tu miał stanąć nasz dom, ale nie stanie. I nie urodzą się nasze dzieci, i nie usiądą na tej trawie, i pozostaną tu tylko upiorne dzieci, którymi dawno temu zdarzyło nam się być, dzieci-ptaki. Przysłuchiwałem się odgłosom łąk: świerszczom, ptakom, szmerowi traw.

Napisałem Basi, że wróciłem na trochę do domu i że muszę tu zostać, a ona odpisała mi, że nie rozumie, dlaczego to zrobiłem, zamierzałem coś odpowiedzieć, ale nie wiedziałem co, minęło tak dużo czasu, że nie dało się odpowiedzieć nic.

Tamten czas minął, a potem nadszedł ten czas. Nasza kapsuła poderwała się z ziemi, ale w butach zostało trochę piasku. Ktoś zadzwonił do drzwi.

- Jezus Maria, kto to? - odezwała się Marlena. Wstała, zapięła bluzkę, którą musiała przedtem rozpiąć.

- Mam sobie iść? - zawołałem za nią.

- Możesz zostać.

Poszła w stronę furtki z przodu domu, otworzyć. Dostrzegłem przez okno dwie osoby, ale nie miałem śmiałości, by przypatrywać im się dokładniej, mógłbym zostać rozpoznany. Kobieta i mężczyzna, kobieta miała ze sobą głęboki dziecięcy wózek.

Powiedziała, że mogę zostać, ale poczułem, że muszę iść. Nie miałem właściwie wyboru. A może miałem, ale i tak postanowiłem sobie iść. Musiałem stąd zniknąć, iść na łąkę, do domu dziadka, a potem do Łodzi, pod ten retkiński blok. Musiałem to wszystko odkręcić.

Dni są podobne do siebie, są kopiami dni. Ludzie są kopiami ludzi. Nasze problemy są dość banalne, ale co z tego, przecież to nie umniejsza ich wagi.

Wsunąłem buty i wyszedłem tą samą drogą, przez balkonowe okno, a następnie, pochylony, przebiegłem przez podwórko i szarpnąłem furtkę odgradzającą je od lasu. Pobiegłem prosto między drzewa, w ich wpychający się na podwórko Marleny gąszcz. Nie wiem dlaczego, ale czułem, że uciekam od Marleny na zawsze. I nagle przestraszyłem się, że robię źle, ale nie mogłem przestać biec. Chciałem poczuć na policzkach uderzenia gałązek, ich potępieńcze smagnięcia.

Paweł

Wciąż miałem przed oczami tę mokrą plamę w kształcie ciała, doskonale widoczną w promieniach słońca padających na podłogę. Mokrą plamę po moim bracie.

Tak po prostu sobie leżał. W poniedziałek rano. Rozebrał się do naga i leżał na podłodze.

Stwierdziłem, że wstąpię do domu przed pracą, sam nie wiem po co. Czułem po prostu coś w rodzaju niepokoju i pomyślałem sobie, że muszę wejść i zobaczyć, co u rodziców. Od pewnego czasu miałem wrażenie, że pogrążają się w czymś lepkim i smutnym. Dręczyły mnie wyrzuty sumienia, że nic nie robię, a sprawy coraz bardziej wymykały się spod kontroli - mama postanowiła uciec do Budapesztu, taty w ogóle to nie obeszło, Karo zachowywała się dziwnie, stała się spięta i małomówna, a Kamil... O nim nawet nie chciałem rozmyślać.

- Dlaczego nic nie powiesz mamie? Tak po prostu się zgodzisz, żeby wyjechała? - spytałem tatę przez telefon kilka dni wcześniej.

- A co, mam zabronić twojej mamie wyjazdu? Jak ty to sobie wyobrażasz?

- Ale nie powinieneś pozwalać, żeby...

- Ja nie mogę nic powiedzieć!

- Skoro tak uważasz.

Zdenerwowałem się na niego; nigdy nie potrafił wykazać się jakąkolwiek inicjatywą, nawet za czasów pracy w policji, a odkąd przeszedł na emeryturę, całkowicie pogrążył się w marazmie. Nie chodziło mi o to, żeby zamykał mamę w domu, ale mógłby wyrazić swoje zdanie, jeśli chodzi o tę wycieczkę. Przecież to nie do końca normalne, tak uciekać bez słowa, nikomu nie powiedziała nawet, z kim się wybiera.

Paulina nie miała zdania na ten temat, choć usiłowałem ją o to zagadnąć, wzruszała ramionami. Jeśli chce, może jechać, dlaczego ktokolwiek miałby zabraniać twojej mamie wycieczki do Budapesztu, przecież to zupełnie normalne wybrać się dokądś co jakiś czas, sama chętnie bym gdzieś wyjechała, powiedziała i nic na to nie odpowiedziałem, zamiast tego skupiłem się na prasowaniu koszuli do biura.

- Jestem potwornie zmęczona. Na pewno nie możesz zostać w domu? - spytała tego ranka.

- Wiesz, że nie mogę - powiedziałem. - Przecież wrócę przed szóstą. Pobawię się z nim przed snem.

- Pobawisz się z nim piętnaście minut - mruknęła.

- To moja wina, że na razie woli ciebie?

- Bo ty w ogóle nie spędzasz z nim czasu!

Nie zamierzałem się z nią teraz kłócić, dlatego stwierdziłem, że zignoruję te słowa. Wróciłem do prasowania koszuli.

Siedziała w fotelu, karmiąc Olka. Ssał pierś matki, co kilka sekund się od niej odrywając. Kiedy tracił kontakt ze skórą Pauliny, zaczynał głośno płakać, ona próbowała go na nowo przystawić, a on wściekał się i wierzgał, zezłoszczony trudnością, jaką sprawiało mu jedzenie. Przez chwilę wstrzymałem oddech, licząc, że wreszcie zaczął normalnie jeść, patrzyłem zafascynowany, jak lekko porusza główką, przełykając mleko, i pomyślałem, że nasza mordęga dobiega właśnie końca. Rozpłynąłem się w jakimś nieokreślonym poczuciu błogości, zachciało mi się i spać, i płakać, i poczułem, że kocham i Paulinę, i tego bobasa - a wtedy Oluś oderwał główkę od piersi matki i znowu zaczął potwornie krzyczeć. Dźwięk ten miał w sobie coś pierwotnego, a zarazem do głębi przejmującego, mimowolnie poczułem niechęć, wprost nie mogłem się przemóc, by przyznać przed samym sobą, że to moje dziecko i że prawdopodobnie wszystko z nim w porządku. Wydawało mi się jakimś dziwnym stworzeniem, które znalazło się tutaj przypadkowo i cierpiało, oderwane od swojego naturalnego środowiska.

- Po prostu boli go brzuszek - powiedziałem głucho. - Jeszcze nie nauczył się jeść i dlatego płacze. Przez dziewięć miesięcy...

- Wiem - ucięła Paulina. - Wiem. Nie musisz mi mówić.

Jej głos był odrętwiały i suchy, jakby znajdowała się na dnie wydrążonej głęboko w ziemi jamy, jakby stamtąd nadawała swoje puste wiadomości. Przyszło mi do głowy, że schowała się tam, by nie zacząć krzyczeć, i że ona też, w trakcie ostatnich miesięcy, stała się istotą z innego świata.

- Jesteś zmęczona. Powinnaś odpocząć.

- Łatwo ci mówić. Jak niby mam odpocząć?

- Przecież mogę go potrzymać.

Wziąłem od niej Olka i podniosłem go, licząc, że się do mnie uśmiechnie. Rzeczywiście, na jego dziecięcej buzi pojawiło się coś na kształt uśmiechu, który jednak zaraz zniknął. Położyłem syna na kanapie i zacząłem potrząsać nad nim grzechotką. Przecież powinno go to zainteresować. I znowu przez chwilę wodził wzrokiem za zabawką, ale zaraz obrócił główkę, żeby wpatrywać się w jakiś nieokreślony punkt. Może jest na coś chory?, może ma autyzm?, zastanawiałem się. Jezu, dlaczego w ogóle o tym pomyślałem? Poczułem się najgorszym ojcem na świecie.

- Muszę iść pod prysznic, pobaw się z nim chwilę - powiedziała Paulina, idąc do łazienki.

Zerknąłem na zegarek. Oluś zaczął płakać, więc znowu go podniosłem i zacząłem nim lekko potrząsać. No tak, sądziłem, że to będzie trochę prostsze, ale okazało się bardzo trudne. Olek nie potrafił jeść, a jeśli jadł, to tak mało, że w czerwonych, obolałych piersiach Pauliny zostawało sporo mleka, które próbowała odciągać, co średnio jej szło. Nie miała zresztą na to siły, karmiła go przecież prawie przez całą dobę. Usiłowałem pomóc, starałem się znaleźć jakieś rozwiązanie naszych problemów, ale ilekroć coś proponowałem, Paulina się denerwowała. Nie rozumiałem, dlaczego tak się dzieje, czy wszyscy się z tym mierzyli, a potem kłamali, opowiadając, jakie urokliwe jest rodzicielstwo? Dla mnie te pierwsze miesiące wiązały się głównie z udręką, do której wstydziłbym się przyznać nawet żonie.

Nad ranem nachylałem się nad Pauliną i powtarzałem, że ją kocham, bo naprawdę ją kochałem, naprawdę. Całowałem ją i powtarzałem, jaka jest dzielna i silna. Miałem nadzieję, że i ona mnie kocha.

Miałem taką nadzieję, chociaż nie byłem tego pewien. Wyszła za mnie po wielu latach od tamtych wydarzeń, gdy Bartosz Tkaczuk złamał mi nos, była jego dziewczyną. Przed ślubem, kiedy spytałem ją o tamten związek, powiedziała, że to nastoletnia miłostka, dawna i głupia historia, której nawet dobrze nie pamięta, ale mimo wszystko czasami zastanawiałem się, czy nie wolałaby mieć za męża kogoś takiego jak Tkaczuk, silnego i zdecydowanego mężczyznę, który zamiast gadać, wali w nos. Złamana kość wciąż dawała o sobie znać i ilekroć zaczynała boleć, a ja patrzyłem na siebie w lustrze, obserwując krzywiznę, świadczącą o tym, że tamta bójka na stadionie nie była tylko wytworem mojego umysłu, zastanawiałem się, co kierowało Pauliną, kiedy powiedziała, że zostanie moją żoną - miłość, a może coś innego, strach, rozsądek? I tłumiłem te myśli, powtarzając sobie, że wygrałem z Tkaczukiem, który złamał mi nos, ale stracił dziewczynę, tę piękną Paulinę, z którą chodził i która co prawda straciła z nim dziewictwo, ale ostatecznie wyszła za mnie, tego słabego chłopca, który pozwolił sobie złamać nos, ale nie zapomniał o tym upokorzeniu i po latach wrócił, by się zemścić i ostatecznie zwyciężyć. Gdybym komukolwiek wspomniał, że tak często rozmyślam o Bartoszu Tkaczuku i swoim złamanym nosie, uznałby, że mam straszne kompleksy. To stało się tak dawno, właściwie nie powinienem tego nawet pamiętać. Po co pchałem się do piłki, skoro nie umiałem grać. Tak bardzo chciałem, żeby mnie lubili, i dostałem za to po nosie, może to nawet dobrze. Na stadionie, po nosie, a Paulina stała pewnie obok, może się śmiała, może odprowadziła Tkaczuka do domu albo dała mu się odprowadzić, może się całowali, na pewno się całowali, miał motor albo coś takiego. Olek zapłakał, wróciła wreszcie, owinięta ręcznikiem, pachniała, zapomniałem, że tak pachnie.

Powiedziałem, że wezmę urlop, i podałem jej Olka.

- Ale teraz mamy naprawdę dużo projektów - mówiłem, zakładając buty. - Gdy tylko to się skończy, trochę odpoczniemy.

- Okej - odparła. I nagle mnie zaskoczyła. - Kontaktowałeś się ostatnio z Kamilem?

- Z Kamilem? Nie, ostatnio nie, a co?

- Nic.

- Nie no, powiedz.

- Potem ci powiem. W sumie nic ważnego. Śmieszna sprawa. Ale nie będę ci zawracała głowy. To nic takiego. Po prostu ostatnio widziałam go, gdy byłam na spacerze z Olkiem.

- I...? Robił coś szczególnego?

- Nie, nic takiego. No, leć!

Zamknąłem za sobą drzwi, poczułem na karku ciepłe czerwcowe powietrze, zaskakująco duszne i napastliwe. Wsiadłem do samochodu i włączyłem klimatyzację. Jeszcze zerknąłem na dom; wydawał mi się teraz za mały i pomyślałem, że trzeba będzie wreszcie wykończyć go z zewnątrz, zrobić trawnik, zadbać o lepsze ogrodzenie. W drodze do pracy zastanawiałem się, ile to będzie kosztowało i skąd wezmę pieniądze. Jeśli wziąłbym dodatkowe zlecenia, być może udałoby się zamknąć wszystko do końca roku; ale nie wiedziałem, co na to Paulina.

Właściwie nie miałem żadnego powodu, by zaglądać do rodziców, żadnego powodu oprócz wolnego czasu; nie chciałem zjawiać się w biurze za wcześnie, musiałbym zacząć pracę albo, co gorsze, ktoś zmuszałby mnie do small talków i plotek, a to ostatnie, czego dziś chciałem.

No i zastanawiały mnie słowa Pauliny. Widziała Kamila. I co...? Co takiego robił, że zwróciła na to uwagę? Olek tak pięknie pachniał. I naprawdę się uśmiechał, i łapał mnie za policzki i palce. Uwielbiałem, gdy usypiał w moich ramionach, o ile nie płakał. A on płakał i mało spał, mało spał i płakał. Jęczał, ssąc pierś Pauliny. Mogłem się tylko przyglądać, ale pomóc - nie.

Matka przychodziła do nas czasami, udawała, że pomaga, ale tak naprawdę tylko się kręciła i narzekała na dziadka, tatę albo Kamila i niecierpliwiła się, kiedy Paulina mówiła, że musi odciągnąć mleko. Denerwowała mnie, ona i ta jej udawana pomoc.

W domu nie spotkałem nikogo poza bratem, ukrywającym się przede mną w naszym dawnym pokoju. Wziąłem narzędzia, minąłem tego mokrego kościotrupa i sobie poszedłem.

Nie no, on naprawdę miał jakąś społeczną fobię. Nie znam się na psychologii, ale z nim musiało być coś nie tak. Był jakimś pokurwionym incelem albo coś takiego? Choć przecież mieszkał z Basią. Ale musiał mieć coś z łbem. Zawsze coś miał. Nie lubił mnie, wiedziałem o tym. Miał do mnie żal, że zbudowałem dom i w ogóle. Żal mi go było, naprawdę. Tak po prostu leżał sobie na podłodze w poniedziałek rano. Trudno w to w ogóle uwierzyć. Nagle zapragnąłem opowiedzieć o tym Paulinie, ale dopiero wieczorem, kiedy sama opowie mi to, co chciała powiedzieć rano.

Jechałem do Łodzi, starając się uspokoić drżenie rąk. Jakoś nie potrafiłem się opanować. Dlaczego zawsze musiałem zachowywać spokój, być najbardziej odpowiedzialną osobą, nadstawiać drugi policzek i tak dalej? Dlaczego nie mógł chociaż zetrzeć tej plamy na podłodze? Czy nie wiedział, że panele mogą się podnieść od wilgoci? Nie mogłem wyrzucić z głowy tej natrętnej myśli - wizji podnoszących się paneli, wzbierającej pod domem rodziców wody, kipiącej od nieporozumień i milczenia, które odkładaliśmy, a które przestały się tam mieścić. Niech to wszystko wykipi, pomyślałem, i zaleje ten dom, niech oczyści go ze wszystkiego, niech wszystko wypłynie na zewnątrz i stopi się na słońcu - sprzęty, sztućce, telewizory, papiery - bo wszystko zostało skażone.

Jechałem do Łodzi trasą tonącą w czerwcowym słońcu, wiszącym wysoko nad pajęczyną dróg, ciasną i zbitą, wyciskającą z ziemi ostatki wody i soków. Podkręciłem klimatyzację. Słońce sprawiało, że droga zamieniała się w białą plamę, podobną do łuski. Po obu jej stronach unosił się kurz; unosił się coraz dalej i dalej, aż po pola kapusty i ziemniaków, aż po stojące za nimi zabudowania gospodarskie.

Powinienem odwiedzić dziadka, wziąć ze sobą Paulinę i Olka, dać dziadkowi prawnuka do potrzymania. Może idą mu ząbki i dlatego tak płacze?, zastanawiałem się. Chłopaki w pracy miały małe dzieci, pewnie gdybym ich o to zagadnął, mogłyby mi nieco opowiedzieć. Wszedłem do sklepu i kupiłem dziadkowi drogą whisky.

Jaką ulgę czułem, wychodząc z domu. Jaką ulgę czułem, wracając do domu. Jak źle się czułem z tym, że nie mam siły, by wstać do Olka, że widzi tatę zmęczonego, zirytowanego, że w końcu to Paulina do niego idzie i kołysze go w ramionach do snu, podczas gdy ja śpię.

Praca, o którą tak się starałem, może powinienem poszukać czegoś zdalnie, tak, powinienem, muszę znaleźć coś zdalnie, stwierdziłem i zaparkowałem pod biurem.

Jeszcze dłuższą chwilę siedziałem w samochodzie. Po parkingu przechadzał się gołąb. Zastanawiałem się, co takiego tu robi. Szuka ziarna albo czegoś takiego? A może z jakiegoś powodu nas obserwuje?

Wszedłem do biura kilka minut spóźniony, ale nikt nie zwrócił na to uwagi.

Muszę po prostu, stwierdziłem, wpisać hasło, stwierdziłem, i skupić się na swoich obowiązkach, wpisać hasło, bo przecież dobrze wiem, co robię, i na pewno będzie dobrze, nie mogę rozpaczać ani użalać się nad sobą, nie teraz.

Wpisałem hasło i zacząłem pracę.

Basia

Poprawiałam pozew, a potem pracowałam nad umową. Jakoś nie mogłam się skupić, zapanować nad roztrzęsionymi dłońmi. Zerkałam do telefonu, czekałam na wiadomość, ale nie wiedziałam, kto miałby napisać. Wstałam i przez dłuższą chwilę obserwowałam ścianę kamienicy naprzeciwko, wyobrażałam sobie, co kryje się za zasłoniętymi oknami, pewnie inna kancelaria albo stomatolog, ewentualnie przyjmuje tam psychiatra. Ulica zastygła, z rzadka przejeżdżał samochód, a tak to kręcili się emeryci albo licealiści, albo matki z małymi dziećmi, biedne dziewczyny pchające tanie wózki, obwieszone zakupami, wkładające dziecku, dla świętego spokoju, telefon do rączek. W sumie mogłam stać się taką dziewczyną. Powinnam się nią stać, ale miałam szczęście.

Albo nieszczęście, różnie można to postrzegać.

Nie czułam się wybranką losu tylko dlatego, że nosiłam do biura białą bluzkę. Mało komu (poza mamą, która pracowała w roboczych uniformach innego rodzaju) to imponowało. Niekiedy czułam się największym przegrywem na świecie, szczególnie kiedy praca nie dawała mi spać albo kiedy znowu zrobiłam coś źle (i nie mogłam przez to spać). Przekonana, że do niczego się nie nadaję, czekałam, aż mnie wyleją, a gdy ktoś inny coś pokręcił, oddychałam z ulgą.

Może wymagałam od siebie zbyt wiele (w ten sposób się pocieszałam) - ale przecież gdybym nie wymagała, to nic by mi się nie udało (tak to sobie tłumaczyłam). Czasami, siedząc w pracy do późnych godzin, łapałam się na tym, że nie rozumiem, co czytam na ekranie, literki skaczą mi przed oczami, a wszystkie myśli stają się ciężkie i obślizgłe, niczym węże boa. I dopiero w domu, w łóżku, mogłam znowu myśleć, jakby mój mózg bardzo długo przebywał w stanie zawieszenia.

Ale przecież lubiłam doprowadzać się do takiego stanu. Lubiłam nic nie czuć, przeciążać się do tego stopnia, by światy zewnętrzny i wewnętrzny zlały się w jedną przeszkloną salę, pełną pustych biurek i migoczących ekranów. Nie chciałam czuć. Chciałam schować się pod którymś z biurek.

Może powinnam się wyluzować i postrzegać to w ten sposób co Kamil. Praca to po prostu sprzedawanie swojego czasu za pieniądze. Nie warto za bardzo się starać, przecież oni nie starają się tak bardzo o mnie. Problem w tym, że tak nie umiałam. Musiałam dawać z siebie wszystko, inaczej czułam wyrzuty sumienia, wstydziłam się, że oszukuję.

Wszedł Artur. Simona przerwała głośną rozmowę telefoniczną, którą prowadziła od piętnastu minut, przeszkadzając mnie i Matiemu w pracy, a zarazem dając nam pretekst, by nie pracować, wsunęła telefon do torebki i uśmiechnęła się do Artura, sondując, czy zauważył, jak bardzo nie skupia się na pisaniu repliki na odpowiedź na pozew albo czegoś, co miała do napisania, i czy uzna za stosowne komukolwiek o tym wspomnieć. Artur różnił się od innych mecenasów, i to nie tylko dlatego, że był od nich znacznie przystojniejszy i zabawniejszy - był również koleżeński oraz sprawiedliwy, co w tej branży stanowiło raczej rzadkość. Podszedł do mojego biurka i nachylił się nade mną. Zerknęłam na Simonę, która ostentacyjnie odwróciła wzrok, z miną tak teatralnie udającą beznamiętność, że od razu zaczęłam się stresować, ile wie i ile się domyśla. Powiedział, że muszę mu pomóc.

- Jasne - odpowiedziałam.

Monisia (córeczka Artura, pszczółka w przedszkolu nr 5 - prawdopodobnie nie powinnam tego wiedzieć) zachorowała, miała katar i kaszel, które wzięły się nie wiadomo skąd, więc on - Artur - musi po nią jechać, wobec czego nie będzie mógł stawić się na rozprawie, która zaczynała się za dwie godziny, i wobec czego będzie bardzo zobowiązany, jeśli pójdę na nią za niego, i właściwie to przyniósł mi akta, bym się z nimi zapoznała i poszła za niego, zaraz napisze mi upoważnienie, właściwie to ma je ze sobą.

Przekazał mi pokrótce, na czym polega sprawa i co mam powiedzieć w sądzie, a potem się pożegnał.

- Na pewno dasz sobie radę! - zawołał, wybiegając z naszego pokoju.

Przystąpiłam do lektury zostawionych przez niego akt. Nie podnosiłam głowy, by nie patrzeć na Simonę i Matiego, na to, jak zerkają na siebie porozumiewawczo. Przewróciłam kilka stron; pamiętałam tę sprawę i wiedziałam, że sobie poradzę. Już rozmawiałam o niej z Arturem, kilka tygodni temu, ale widocznie zapomniał. Na rozprawie, z tego, co zdążyłam się zorientować, miało się pojawić dwóch świadków.

W porządku. Poradzę sobie, stwierdziłam w duchu. Jestem skrupulatna i uporządkowana, i nauczona.

Sprawa dotyczyła odszkodowania; pewna kobieta, którą ktoś reprezentował, prawnik z Łowicza albo skądś tam, Artur śmiał się, że ma szeroki, pstrokaty krawat i sepleni, żądała odszkodowania i zadośćuczynienia za śmierć swojego partnera, który pędził na motorze przez jakąś wioskę i zginął, uderzony przez samochód, który wymusił pierwszeństwo, kobieta pozwała kierowcę i ubezpieczyciela, bo uważała, że należą się jej pieniądze za stratę, której doznała, sprawa ciągnęła się od trzech lat, podczas których kobieta odwiedziła kilku psychiatrów i miała wszelkie kwity na to, że śmierć partnera dotknęła ją do żywego mięsa, tak po ludzku to jej współczułam, ale nie zamierzałam odpuszczać, miałam strategię na tę sprawę i wiedziałam, że muszę się postarać, bo pewnie sędzia, tak mówił Artur, będzie sprzyjał tej kobiecie, a nie naszemu klientowi, czyli Powszechnemu Towarzystwu Ubezpieczeń **** SA, nazwę zanonimizowałam.

Powtarzałam sobie całą tę litanię, aż wreszcie wstałam i znowu usiadłam. Miałam trochę czasu, mogłam posiedzieć.

- Jak zwykle przerzuca na kogoś swoje obowiązki - żachnął się Mati. - Serio, chwilę przed rozprawą rzucać komuś na biurko teczkę i wyjść? To naprawdę przesada.

- Jego dziecko źle się czuje - powiedziałam. - Jak dziecko kaszle, to trzeba je odebrać z przedszkola, nie można sobie nie przyjechać.

- No tak, ale chyba ma żonę, prawda?

- Jakąś kosmetolożkę. Pewnie robi paznokcie - żachnęła się Simona.

- Może robi akurat coś ważnego? - Wzruszyłam ramionami. - Ale w porządku, znam tę sprawę, mogę iść.

- Jasne, ale mogłabyś nie znać. Następnym razem rzuci ci godzinę przed rozprawą coś innego, a potem będzie na ciebie, że się posrało.

- Nic się nie posra.

- No skoro według ciebie się nie posra, to w porządku - żachnął się Mati. - Ja nie będę brał odpowiedzialności za sprawę, którą dostałem na godzinę przed rozprawą.

- Dobra, nie musisz się tak spinać. Przecież tobie nic nie dał.

Nie podniosłam na niego wzroku, ale mogłam wyobrazić sobie, że mnie teraz nienawidzi. No tak, ale to mnie Artur dał tę sprawę, dlatego mogłam się puszyć.

Może nie powinnam się tak unosić, może powinnam raczej skrytykować Artura, ponarzekać na to, że zachowuje się jak pieprzony książę, który może zrzucić na swego giermka dziewczynę przykry obowiązek najeżdżania na biedną kobietę, która straciła męża, w imieniu krwiożerczego Powszechnego Towarzystwa Ubezpieczeń **** SA, a samemu udać się do domu i spędzić trochę czasu z żoną i córką, piękną córeczką i piękną żoną, mądrą i bystrą kosmetolożką, która robiła równie imponującą karierę co on. Może powinnam powiedzieć, że cholera, dlaczego takie chujki zawsze biorą ślub z takimi bogatymi dziwkami i dlaczego ich życie tak idealnie się układa, idealnie pod Instagram, ale pewnie Mati i Simona by tego nie zrozumieli, uznaliby mnie za jakąś komunistkę, a na to nie mogłam sobie pozwolić.

Nie miałam już po co siedzieć; wstałam, spakowałam akta i powiedziałam, że idę na rozprawę. Na korytarzu natknęłam się na panią Elizę Olbracht, partnerkę, bardzo doświadczoną adwokatkę, która ledwo na mnie spojrzała (prawdopodobnie nie wiedziała nawet, jak mam na imię), ale i tak poczułam, że muszę się usprawiedliwić.

- Jadę do sądu. Chodzi o tę sprawę odszkodowawczą. Dostałam upoważnienie od Artura, bo...

Eliza Olbracht odwróciła się ku mnie, zdezorientowana i zdziwiona. No tak, przecież kancelaria obsługiwała całe mnóstwo spraw odszkodowawczych. Eliza Olbracht bardzo mocno pachniała, a ręce miała obwieszone złotem, nieco zbyt wyzywającym jak na mój gust, ale moje zdanie się tu chyba nie liczyło.

- Wiesz, co masz mówić? - spytała.

- Tak, wiem, oczywiście. Artur mnie przygotował.

Wydawała się zdezorientowana. Może Artura też nie bardzo kojarzyła? Jak to możliwe? Czyżbyśmy byli dla niej tylko anonimowymi pionkami, służącymi do wypełniania krzeseł ciałami, a pism sądowych papkowatą treścią?

- Dasz sobie radę?

Nagle poczułam się bardzo niepewnie. Wątpiła we mnie, tak?

- Tak, mam nadzieję, że tak.

- To powodzenia.

I poszła do siebie. Ja natomiast skierowałam się ku wyjściu na klatkę schodową, mimo wszystko podbudowana tą całkiem długą i całkiem niespodziewaną wymianą zdań.

Schodząc po schodach kamienicy, w której ulokowana była nasza (lubiłam określać ją "naszą", choć mało kto zwracał tu na mnie uwagę) kancelaria, czułam się tak, jakbym o czymś zapomniała. Z jednej strony rozmowa z panią mecenas była czymś miłym, ale z drugiej zaczęłam się zastanawiać, czy nie zainteresuje się tą sprawą za bardzo, a jeśli tak, to czy będzie ze mnie zadowolona.

Wyszłam na ulicę, zamówiłam Ubera, pojawił się, podałam adres. Sąd Okręgowy w Łodzi. To blisko, ale nie chciałam się spóźnić ani spocić. Jechaliśmy. Kierowca pochodził z Ukrainy i nie powiedział do mnie ani słowa, za co byłam mu wdzięczna. Zastanawiałam się, czy naprawdę lubi piosenki lecące w Radiu Eska, Sanah śpiewającą Różewicza. A może jednak powinnam była iść pieszo? Żałowałam teraz piętnastu złotych.

- Dziękuję panu - powiedziałam, wysiadając, a Ukrainiec nic nie odpowiedział, chyba zaskoczony tonem mojego łamiącego się głosu.

Stresowałam się i przez pół godziny chodziłam po sądowym korytarzu, nie mogąc się uspokoić na tyle, by usiąść. W końcu wywołano sprawę i weszłam do środka razem z kilkoma osobami - świadkami, tamtą kobietą, byłą sprzedawczynią, która wciąż nie doszła do siebie po śmierci swojego partnera, a przynajmniej tak twierdziła, czemu musiałam zaprzeczać i udowadniać, że było wręcz przeciwnie, że mimo śmierci partnera nic się nie zmieniło.

Zajęłam miejsce po stronie pozwanego, dzień dobry, powiedziała sędzia, stawiła się aplikantka radcowska Barbara Tkaczuk za pozwanego Powszechne Towarzystwo Ubezpieczeń **** SA i stawiła się też powódka, Anna *** wraz ze swoim adwokatem Janem *** oraz świadkowie, Bartłomiej *** i Marcin ***.

Sąd postanowił dopuścić dowód z zeznań świadka.

Proszę pana, powódka kłóciła się z partnerem?, spytałam,

Czasami, zdarzało się, ludzie się kłócą, ale przecież.

Powódka mieszkała z nim ile lat?, spytałam.

Nie wiem. Powódka miała z partnerem dzieci?

Nie miała.

Powódka planowała z partnerem dzieci?

Nie wiem.

Powódka posiadała mieszkanie wraz z partnerem?

Nie wiem.

Pan znał dobrze partnera powódki?

Dość dobrze.

Pan pamięta, by powódka i partner okazywali sobie czułość?

Nie pamiętam.

A pamięta pan, ile czasu powódka przebywała po śmierci partnera w żałobie?

Proszę Sądu, proszę o uchylenie, powiedział adwokat powódki.

Pani mecenas, proszę się streszczać, powiedziała sędzia.

Staram się ustalić fakty, powiedziałam.

Nie wiem, powiedział świadek.

Sąd postanowił dopuścić dowód z przesłuchania stron.

Pani Anna ***.

Proszę powiedzieć, w jakim stopniu utrzymywał panią partner.

W niewielkim, powiedziała.

Ile lat razem mieszkaliście?

Pięć albo sześć, powiedziała.

Mieliście dzieci?

Przecież pani wie, że nie, powiedziała.

Proszę odpowiedzieć, powiedziałam.

No to nie, powiedziała.

Jak często wyjeżdżaliście?

Nie wiem.

Podjęła pani leczenie psychiatryczne?

Tak.

I nie poradziła sobie pani ze stratą samodzielnie?

(milczenie - głupie pytanie, stwierdziłam, idiotka ze mnie)

Nie poradziłam sobie z tą stratą, powiedziała.

Sąd postanowił odroczyć rozprawę do dnia, wyjęłam notes, by zapisać, piątego sierpnia, na dziś to koniec.

Do widzenia.

Do widzenia.

Tamta kobieta, która straciła partnera, minęła mnie w drzwiach, nawet na mnie nie patrząc, adwokat też się do mnie nie odwrócił. To, że nic nie mówili, oznaczało, że sprawiłam się dobrze albo po prostu uważają mnie za śmiecia, na którego nawet nie warto splunąć. Uśmiechnęłam się do nich.

- Do widzenia - powiedziałam dla pewności.

Nic nie odpowiedzieli.

Pobiegłam na dół, zadowolona z siebie. Napisałam Arturowi esemesa, że następna rozprawa będzie piątego sierpnia i że poszło dobrze, a następnie zaczęłam analizować swoje słowa. Nie, naprawdę poszło dobrze. Przed gmachem sądu ponownie natknęłam się na tę kobietę, adwokat sobie poszedł, a ona po prostu stała i paliła papierosa, miałam ochotę podejść, porozmawiać z nią, powiedzieć, że współczuję, ale mam taką pracę, muszę starać się udowodnić, że tak naprawdę nie odczuła pani bólu po śmierci partnera (chociaż w to nie wierzę) i że wobec tego nie należą się pani za ten ból pieniądze, pani też ma jakąś pracę, prawda? Przypomina mi pani mamę, mogłabym powiedzieć, pewnie też byłaby taka przestraszona, gdyby musiała iść do sądu i szukać mądrych słów na to wszystko, co przeżyła.

Od ścian budynków biło ciepło. Od chodników i asfaltu biło ciepło. Od ludzi biło ciepło, wszyscy wydawali się podobni do rozpalonych kawałków mięsa. Ulica parowała, a powietrze zrobiło się gęste i lepkie, przypominało mokry plusz.

Stanisław

Stała przede mną. Miała na imię Paulina. W wózku leżał chłopiec i prawdopodobnie spał.

Powinienem ją rozpoznać, ale coś mnie zaślepiło, może słońce. Powinienem rozpoznać żonę wnuka, przecież zupełnie niedawno bawiłem się na ich weselu, chociaż może to za dużo powiedziane, że się bawiłem i że było to niedawno, bo minęło trochę czasu, coś koło trzech lat, ale nie potrafiłem określić tego dokładnie. Wesele dryfowało po sadzawce pamięci; włożyłem garnitur, siedziałem za stołem i martwiłem się, co u Ludwiki, i znosiłem zakłopotane spojrzenia, którymi mnie bombardowano, spojrzenia pełne żalu i współczucia, jakby ona już nie żyła, i dość wcześnie poszedłem do domu. Ludwika się obudziła. Jak tam na weselu?, zagadnęła. Aaa, nic, powiedziałem, nie chciało mi się gadać, rozdrażniło mnie to wszystko - ci ludzie, ich spojrzenia, ich tańce, polewana mi wódka, którą nie umiałem się nawet upić. Wiwat para młoda! Tak bardzo szczęśliwi i zdrowi, mieli przed sobą całe życie, które nie będzie ani moim, ani Ludwiki udziałem. Starzec nie może się dobrze bawić na weselu, musi czuć żal, chociażby nie chciał.

A teraz panna młoda stała przede mną, ciemna, ponieważ stała pod słońce, i wcale nie wyglądała na szczęśliwą. Podniosłem się i zerknąłem do wózka. Jakimś cudem doczekałem się prawnuka; dziecko ledwie zareagowało na szmer starczego głosu, lekko obróciło główkę i to wszystko. Wie heißt du, Junge?, miałem ochotę spytać i wierzyć, że on to zapamięta, ale przecież nie mogłem straszyć tego dziecka.

- Śpi wyłącznie na spacerach - powiedziała. - W domu nie da się go uspokoić.

Pokiwałem poważnie głową.

- Na pewno mu się zmieni - bąknąłem bez sensu, ale coś musiałem powiedzieć.

Paulina rozglądała się wokół siebie; ogarnęła wzrokiem porzucone chaotycznie narzędzia, stare krzesło ogrodowe, z którego przed chwilą się podniosłem, Opla, którego od lat reperowałem, i budę psa, w której od dawna nie mieszkał żaden pies. Zawstydziłem się przed nią tego bałaganu, pewnie wolałaby, żeby było posprzątane. Przyglądała się teraz obrazowi Tadka. Zrobiła krok w jego stronę.

- Może zrobię herbatę? - zaproponowałem.

- Pan się pewnie zastanawia, co tu robię.

- Poniekąd.

- Prawdę mówiąc, teściowa zadzwoniła, żebym wpadła i sprawdziła, czy wszystko z panem w porządku.

Jej słowa zabrzmiały zupełnie zwyczajnie. Czy nie byłoby w dobrym tonie chociaż poudawać, że nie przyszła tu na kontrolę? Ale może fakt, że mówiła wprost, oznaczał, że traktowała mnie poważnie? Zresztą wyglądała na zbyt znużoną, by bawić się w udawanie.

- Bożena?

- No tak, teściowa. Jest w Budapeszcie. Bała się, że znowu będzie pan leżał na słońcu.

- Dziękuję, ale nie potrzebuję, by mnie niańczyć. Sam umiem o siebie zadbać. Pewnie powiedziała ci też, byś sprawdziła, czy nie piłem.

- Nie, nie wspominała nic o piciu.

- Na pewno wspomniała.

- Mówię panu, że nie.

Ze zdenerwowania kopnąłem w ogrodowe krzesło, aż się zatrzęsło. Na ten dźwięk śpiące dziecko poruszyło się lekko, a Paulina nachyliła się nad wózkiem i zaczęła coś szeptać. Miałem wrażenie, że się mnie boi. Boże, ale to musiało wyglądać, stare, nieogolone, spalone na czerwień dziadzisko, które wylazło ze swojej pieczary, kopie w krzesło i wrzeszczy, że nie piło. Powinna uciekać przed trollem i schować przed nim swoje biedne dziecko, troll nie będzie miał o to większych pretensji.

- Przepraszam. Nie powinienem się tak denerwować - powiedziałem.

- Nie, w porządku. Wiem, że to dziwne. Pan ma dziś urodziny, prawda?

- Tak by wychodziło.

- Wszystkiego najlepszego.

- Dziękuję ci bardzo.

Wskazała na obraz Tadka.

- A ten obraz? Nie widziałam go nigdy.

Odwróciłem się do obrazu i patrzyliśmy na niego oboje. Nagle zrobiło się zupełnie cicho. Umilkł pies sąsiadów, ucichł szum dochodzący od drogi. Stałem z Pauliną przed ołtarzem i obserwowałem wiszące na nim dzieło, to znaczy przed murem składziku i kępką trawy, i przed dziełem Tadka. Westchnąłem.

Szczerze mówiąc,

powiedziałem,

nie znam się za bardzo na obrazach

i na sztuce,

powiedziałem,

i nie wiem, co uważasz na temat dzikich koni,

nie wiem,

powiedziała,

mówi się, że są w lesie, ale prawdę mówiąc, nie sądzę,

powiedziała,

przecież ktoś musiałby widzieć stado dzikich koni,

właśnie,

powiedziałem,

więc nie znam się za bardzo na obrazach i na sztuce,

a ten obraz tu,

to właśnie sztuka,

namalowana przez Tadka, zwanego ćwokiem,

okazał się malarzem,

chociaż sporo pił i naprawdę trochę przesadzał,

powiedziałem,

i chociaż nie znam się na obrazach,

powiedziałem,

ta brązowa plama to koń,

powiedziała,

tak, dostrzegłaś to,

powiedziałem,

brązowa plama,

czarna plama,

brązowa plama,

czarna plama.

stado dzikich koni na łące,

brązowa plama,

czarna plama,

nie chodzi o liczenie plam,

każda plama = koń,

powiedziałem,

ciekawe, co to za dom,

powiedziała,

dom tuż obok lasu,

powiedziała

i zapłakał Oluś.

Sięgnęła do wózka, wyciągnęła dziecko i przytuliła je do siebie, a potem poszła z nim na rękach do altanki, usiadła na ławce, wyszarpnęła zza bluzki pierś i włożyła ją płaczącemu Olkowi do buzi, ledwo zdążyłem odwrócić głowę - a i tak coś tam widziałem, co mnie zawstydziło i zarazem rozdrażniło.

Nagle poczułem, że bardzo ją lubię, jakbyśmy stali się przyjaciółmi w ciągu tych kilku chwil spędzonych na oglądaniu obrazu. No i nie krępowała się z karmieniem. Pewnie nie uważała mnie za mężczyznę, który mógłby zwrócić na nią uwagę, zresztą to dobrze, skończyłem osiemdziesiąt lat, ostatecznie przekroczyłem granicę męskości, nie musiała się mnie bać.

Dzięki ci, brachu, powiedziałem do obrazu, a obraz do mnie nic. No tak, gadał dziad do obrazu, a obraz ani razu, a mimo to miałem wrażenie, że coś do mnie powiedział. Ale co, co do mnie powiedziałeś, obrazie?

Postanowiłem, że przejdę się z Pauliną i Olkiem. Nie chciał usnąć, trzeba było iść, a ja wolałem iść niż siedzieć w domu.

Wiedziałem, że niebawem lato stanie się nieznośne, upalne i suche, ale na razie rozpieszczało nas swoim ciepłem; zieleń trawników i pól wydawała się wręcz jaskrawa. Szliśmy powoli, poboczem drogi, patrząc na wzrastające kłosy żyta i rosnące wśród nich maki oraz chabry. Olek spał, a na jego ustach zebrało się kilka kropel śliny. Droga była całkowicie pusta, nie minął nas żaden samochód, wszystko trwało w jakiejś stagnacji, którą bały się zakłócić nawet biegające po podwórkach psy - co prawda podbiegały do płotów, ale zamiast szczekać, po prostu odprowadzały nas wzrokiem.

Już nie denerwowałem się na Bożenę, czułem nawet wdzięczność, że zadzwoniła do Pauliny i że mi ją sprowadziła. Jedno spojrzenie na nią wystarczało, by przekonać się, dlaczego Paweł się w niej zakochał - była bardzo piękna, nawet teraz, kiedy widać było po niej zmęczenie, jak to po matce, która nie może uśpić niemowlęcia.

Ludwika bardzo często mówiła, że niewiele się przydałem w opiece nad córką, ale z drugiej strony nigdy tego ode mnie nie oczekiwała. Nie wiedziałbym zresztą, co mógłbym robić. Z Pawłem było inaczej, on podobno interesował się wychowaniem dziecka i pomagał, a oprócz tego ciężko pracował. Paweł, Paweł, zawsze taki odpowiedzialny, skupiony na swoich obowiązkach, poważny, zupełnie inny od swojego pogrążonego w marzeniach brata.

Wciąż postrzegałem ich obu jako chłopców, bawiących się przed naszym domem w chowanego bądź ganianego, kopiących piłkę i odbijających ją od ściany, siedzących za stołem i czekających, aż Ludwika naleje im do talerzy gorącą zupę. Pamiętam też ich kłótnie, gdy rzucali się na siebie, wściekli i zazdrośni o jakąś drobnostkę, a potem płakali i biegli do Bożeny, by się poskarżyć. W chłopcach tkwiła nieskończona energia, ale też złość. Kamil: dziwak, beksa, wiecznie coś gubił, w szkole radził sobie raz dobrze, raz źle. Bożena mówiła, że trudno mu się skupić na matematyce i fizyce, ale chwalą go nauczycielki polskiego i plastyki i ksiądz, w szczególności ksiądz, bo Kamil tak pięknie służy do mszy. Paweł: poważny, stanowczy, z talentem do majsterkowania i matematyki. Któregoś razu podszedł do mnie i powiedział, dziadku, zobacz, i ułożył kostkę Rubika w kilkanaście sekund, patrzyłem zafascynowany jak na magiczną sztuczkę. Kamil: sam nie wiedział, czego chce; poszedł na studia polonistyczne, a któregoś razu Bożena pokazała mi króciutką książkę, którą napisał. Nic z niej nie zrozumiałem i wtedy zacząłem się o niego naprawdę martwić, ale z drugiej strony - przecież napisał książkę, a to naprawdę coś! Nie znałem nikogo, kto napisałby książkę! Paweł: postanawiał, że coś zrobi, i to robił, po prostu, czasami nawet mu tego zazdrościłem. Kamil - dumał w obłokach, a gdy obłoków nie było, po prostu wzlatywał w górę i wsiąkał w błękit nieba.

Spojrzałem znów na Paulinę, tak, wciąż była bardzo piękna. Dopóki z nią chodzę, myślałem sobie, a ten dzień trwa, nie mam osiemdziesięciu lat i nie zmierzam do końca życia, tylko kręcę się w kółko. Dopóki chodzę po Janowicach, które znam na wylot, czas nie ma aż tak wielkiego znaczenia. Nic nie ma aż tak wielkiego znaczenia, dopóki chodzę po wsi, którą znam i która pachnie czerwcem - zielenią, jaśminowcami, czereśniami. Kółka wózka toczą się po asfalcie, podskakują. To wszystko zmierza do pewnego momentu, a potem nagle zastyga, rozpada się na tysiące kawałków i znowu układa się w coś podobnego, innego, ale podobnego, czego nie potrafię nazwać.

W głębi mijanego przez nas podwórka wisiało pranie, białe płachty prania, pod którymi przechadzały się nieświadome niczego kury, a zaraz potem znaleźliśmy się na kostce, na chodniku, w tej części wsi, która jeszcze przed chwilą nie istniała, na dawnych łąkach, gdzie dziś stały piękne domy ludzi, którzy kupili tu ziemię, by uciec z miasta. Chodziliśmy między tymi domami, zaglądając na identyczne podwórka - spoglądaliśmy na równo przyciętą trawę, porozrzucane dziecięce zabawki, piaskownice, plastikowe zjeżdżalnie, porzucone teraz i zostawione, jakby wszystkie dzieci zostały stąd w jednej chwili zabrane i dokądś wywiezione. Ostatni dom w tej części wsi stał pod samym lasem. Paulina powiedziała, że mieszka tu kobieta, z którą spotkała się kiedyś na zajęciach jogi w szkole i która zaprosiła ją w wolnej chwili na kawę.

- Może się przywitamy? Głupio mi, że się do niej nie odezwałam, ale niedługo po tej rozmowie urodziłam i nie miałam dotąd czasu.

Czy mi się wydawało, czy kłamała? Ale może naprawdę chciała się tylko przywitać i nie miała niczego innego na myśli?

Pokiwałem głową.

Paulina podeszła do furtki i zadzwoniła.

Przecież nikogo tu nie ma, zamierzałem powiedzieć. Opuszczone rolety i ta unosząca się wokół niepokojąca cisza. Cisza denerwująca jak brzęczenie muchy tuż nad uchem. Nikogo tu nie ma. Paweł i Kamil, dlaczego tak bardzo się różnili? Wciąż wierzgali. Paweł i Kamil... Kamil... Nie, coś mi mignęło, to tylko mignięcie.

Furtka się otworzyła. W drzwiach domu stała kobieta.

- To ona - powiedziała Paulina i wepchnęła wózek do środka.

Niczego sobie domeczek, stwierdziłem i zawstydziłem się przed tą elegancką panią swojego dziadowskiego wyglądu. Nawet się nie ogoliłem. Dziad ze mnie. Dziad. Paulina pomachała tej kobiecie, a ona odmachała, by zaraz odwrócić się do wnętrza swojego domu i potem znowu do nas, jakby sprawdzała, czy to coś, co się tam czaiło, zdążyło zniknąć.

Karo

Rzeka obserwowała nas w milczeniu. Nela stała nade mną i Olafem, machała butelką. Schowałam się pod brzozą, w cieniu, i obserwowałam ją kątem oka. Jeśli nie będę patrzeć, to ona zniknie, tak? Jak we śnie, gdy to, co się śni, okazuje się tak okropne i straszne, że nagle orientujesz się, że śnisz i że po obudzeniu wrócisz do punktu wyjścia, swojego łóżka, niczym postać w grze, gdy nie zrobiło się SAVE, tylko zresetowało konsolę i poszło na podwórko.

Nela wlała w siebie zdecydowanie za dużo wódki. Powinnam ją pilnować, ale sprawy wymknęły się spod kontroli. Zachowywała się jak osoba, która koniecznie chce sobie zrobić krzywdę. Nie zwracała nawet uwagi na to, że ja ledwie zamoczyłam usta. Chwiała się, chodząc z butelką od drzewa do drzewa i histerycznie się śmiejąc. Olaf zapalił papierosa i wpatrywał się w nią ponurym wzrokiem.

- Dlaczego kupiłeś wódkę?! - spytałam. - Jesteś nienormalny? Widzisz, co się z nią stało?

Wzruszył ramionami.

- Przecież sama do mnie napisałaś, że chcecie, żebym kupił.

- Strasznie się upiła - powiedziałam. - Jak coś się stanie, to będziesz miał kłopoty. Trafisz do więzienia.

Olaf zachmurzył się, a ja przestraszyłam się swoich słów, ale ich nie sprostowałam. Chciało mi się pić i sikać, straszliwie bolała mnie głowa. Schowałam ją między kolanami.

Po prostu się obudzić.

Nie wciskać SAVE, obudzić się na poprzednim zapisie.

Gdzie? W bezpiecznym miejscu.

Gdzie?

Słońce paliło tak mocno, jakby wymierzało nam jakąś karę. Pradawną karę zapisaną w naszych genach i genach naszych rodzin, karę za to, że tu przyszłyśmy. Rozpaczałyśmy nad swoim losem, wiedząc, że nie można go zmienić, skoro został już zapisany, Nela i ja, Antygona i niewierna Ismena, uśmiechnęłam się do siebie, bo to pasowało, stałam za Nelą jak Ismena, by w ostatniej chwili, gdy zdecydowała się na śmierć, zawieść.

- Znasz Antygonę? - spytałam Olafa.

- Nieszczególnie, bo?

- Nic - westchnęłam.

Podeszłam do Neli i usiłowałam zabrać jej butelkę. Olaf kupił nam smakową wódkę, według niego słabą, ale tak naprawdę wystarczyło kilka łyków, by się upić, a Nela wypiła bardzo dużo i zamierzała pić dalej, ze śmiechem uciekła w stronę rzeki i stojąc na brzegu, w pełnym słońcu, wyglądała jak złośliwy wampir, który nie uświadamia sobie tego, że zaraz padnie od śmiercionośnych promieni.

- Przecież i tak się nie bawisz! - zawołała. - Nie lubisz mnie! Nie lubisz mnie wcale. Nikt mnie nie lubi.

Zdjęła buty i skarpetki i zeszła po skarpie.

- Na dnie może być szkło - powiedziałam. - Albo ostre kamienie.

- I co z tego? Najwyżej się zranię. Przecież i tak nikogo nie obchodzę. Ciebie też nie. Przyszłaś tu ze mną z litości. Uważasz mnie za tępą wariatkę.

- Nie uważam cię za tępą wariatkę. I lubię cię, naprawdę. Proszę, zostaw tę butelkę.

Nela wpadła do rzeki, rozchlapując wokół siebie wodę. Czekałam, aż wrzaśnie z bólu i zacznie kląć, ale najwidoczniej na dnie nic nie leżało. Proszę, nie utop się, szepnęłam, chociaż prawdopodobnie nikt nie zdołałby się utopić w tej rzece, była zbyt płytka.

- Oddasz mi tę wódkę? - spytałam.

- Łap! - wrzasnęła.

Kolorowa butelka rozbłysnęła w słońcu, jak diament, w którym można zamknąć serce. Złapałam ją i przytuliłam do piersi.

- Idę do Olafa - powiedziałam. - Przyjdziesz do nas?

- Tak, za chwilę będę. Muszę się ochłodzić. Tylko się tam nie całować!

I znowu się roześmiała.

Usiadłam obok Olafa, wciąż patrzącego tępo w stronę Neli. Widziałam zaledwie czubek głowy przyjaciółki, ale potrafiłam sobie ją wyobrazić; biegała, rozchlapując wokół brudną wodę i krzycząc, czekała, aż wreszcie na dnie znajdzie się potłuczona butelka albo kamień i naprawdę ją zrani.

- Przepraszam, że powiedziałam to o policji. Trochę się przeraziłam, że Nela sobie coś zrobi. Wiesz, naprawdę sporo wypiła.

Olaf uśmiechnął się.

- Przesadzasz, dawno temu to się piło. Ja z chłopakami, twoim bratem też, to...

- Wiesz, mój tata był policjantem. Ale dawno przeszedł na emeryturę, więc nie musisz się bać... Nic mu nie powiem.

- Wiem, w ochronie robi twój staruszek.

- Tak, w ochronie. Nie nadawał się do łapania bandytów, dlatego zrzucił mundur. Nie lubił śledzić ludzi ani ich łapać, według niego właściwie byli niewinni.

Nie wiedziałam w sumie, czy tata kiedykolwiek kogoś śledził jak policjanci w filmach i książkach. Może łapał piratów drogowych albo coś takiego, ale śledztwo? Przecież tu nic takiego się nie działo. Może zajmował się przemocą w rodzinie? Nie, pewnie też nie.

- Uważa, że to wina społeczeństwa, że młodzi popełniają przestępstwa. Wiesz, jak się urodziłeś w biednym domu, niczego nie miałeś, rodzice cię bili i sięgasz po narkotyki, to nie do końca twoja wina...

- Tak uważa twój tata?

- Tak mi zawsze mówił.

- Łebski z niego facet.

- Zgadzasz się z nim?

- Pewnie, że się zgadzam, ale mało kto tak uważa. Sędziowie nie są tego samego zdania co on.

- No tak.

Nagle odwrócił głowę od Neli i usłyszałam, jak ciężko oddycha. Też się odwróciłam. Zbliżał się do nas mężczyzna. To dziadek, Kamil, Paweł? Przecież mało kto wiedział o tym miejscu, o ustawionych tu ławkach i dających cień brzozach. Olaf poruszył się niespokojnie i zrozumiałam, że rozpoznał intruza. Wstaliśmy oboje i czekaliśmy, aż podejdzie.

Im bliżej był nas, tym więcej dostrzegałam szczegółów. Dość niski, z twarzą chudą, bezwłosą, ubrany nieco za grubo na tę pogodę, jakby przybywał z bardzo daleka albo włożył po prostu wszystko, co posiadał, wyglądał jak człowiek, którego życie trochę przeorało. Zerknęłam na Olafa. Spiął się, jakby szykował się na to, że tamten zaraz nas zaatakuje.

- Olo! Wielki Olo! Siema! Jak tam leci? - zawołał obcy i uścisnął go; wyglądało to trochę dziwnie, bo Olaf to był przy nim niedźwiedź, a tamten i tak zdołał go usidlić.

- Siema - mruknął Olaf.

- A to kto? - rzucił mężczyzna, patrząc na mnie. - Przepraszam, może przeszkadzam wam w randce albo coś? No, no, Olaf, nie wiedziałem, że się umawiasz z takimi laskami.

- Nie przeszkadzasz - rzuciłam. - To żadna randka.

- Nie? Olo, tak sobie tu siedzicie, tak?

- Właśnie. Obserwujemy rzekę - warknęłam.

- Czekacie, aż przepłynie, co nie?

Drgnęłam i on dostrzegł, że żart zwrócił moją uwagę. Zaciekawił mnie, jakby wzięty był z jakiegoś wiersza, którego nie mogłam znać.

- Nie znamy się - rzekł w końcu. - Bartosz Tkaczuk.

Podał mi dłoń. Miał suchą, pełną blizn skórę, gdy uścisnęłam jego rękę, poczułam się tak, jakbym dotknęła pnia brzozy.

- Karolina, ale mówią na mnie Karo.

Wreszcie odezwał się Olaf, dotychczas ponuro obserwujący całą tę scenę.

- Siostra Pawła i Kamila Kotowiczów.

- Nie! Serio? Jak widziałem cię ostatnio, to biegałaś umorusana lodami i wrzeszczałaś na placu przed kościołem - powiedział Bartosz.

Uśmiechnęłam się tylko.

- Jesteś taki stary?

- Aż taki to nie, to było całkiem niedawno.

- Bardzo śmieszne.

- Co tam u braci? Jak żyją? Pamiętam ich z budy. Mózgi, w przeciwieństwie do mnie. Lepiej znałem Pawła, rozwalał wszystkie zadania z matmy. Ja nad czymś siedziałem godzinami, a on, proszę, w kilka chwil podawał właściwą odpowiedź. Miał talent, skubany. Pewnie teraz świetnie sobie radzi, nie?

- Prawdopodobnie - powiedziałam. - Tak, nieźle.

- Co porabia? Mieszka tu?

- Tak, tu niedaleko pobudował sobie dom... Ma dziecko i żonę...

- Żonę, serio?

- No tak.

- Tak pytam, nie myśl sobie, że coś sugeruję, po prostu zawsze był z niego dosyć nieśmiały typek i nie radził sobie, że tak powiem, z dziewczynami, musieliśmy mu trochę pomagać, więc nie spodziewałem się, że założy rodzinę. A mogę spytać, z kim się ożenił?

- Z taką Pauliną. Pauliną z domu Marciniak.

- Pauliną Marciniak.

Bartosz wypowiedział nazwisko żony Pawła cicho, trochę za cicho, i złapał się za brodę, jakby miał coś bardzo poważnego do przemyślenia. Nagle przestraszyłam się, że powiedziałam mu za dużo, przecież nawet go nie znałam.

- A co w tym takiego dziwnego? - spytałam.

Olaf stęknął cicho, jakby słuchanie całej tej rozmowy sprawiało mu coś w rodzaju fizycznego bólu. Wiedział coś, czego ja nie wiedziałam?

- Nic, po prostu w szkole niezbyt do siebie lgnęli.

- A czemu właściwie tak się nim interesujesz? Przyjaźniliście się albo coś?

Bartosz wzruszył ramionami.

- Tak sobie. Jak człowiek wraca z dalekiej podróży, to ma ochotę dowiedzieć się, co tam u szkolnych znajomych. Jesteś młoda, więc jeszcze nie rozumiesz takich rzeczy, ale z czasem też będziesz chciała zobaczyć, jak potoczyły się losy ludzi, z którymi byłaś w klasie.

- No nie wiem.

- Nie bądź taka pewna. Siedzicie obok siebie w ławce, jesteście zupełnie do siebie podobni, a potem szkoła się kończy, mija kilkanaście lat i proszę, okazuje się, że jeden z was to włóczęga, a drugi ma dom, żonę i dziecko, i kto wie, co jeszcze, mimo że z was obu były takie same łapserdaki.

Pomyślałam o sobie i Neli, o losach, na które spojrzę za dziesięć albo piętnaście lat, albo o naszym spotkaniu, może nawet tutaj, na wsi, kiedyś, kiedy wszystko będzie inaczej. Co sobie powiemy? Czy wspomnimy również ten dzień? A może Nela nie będzie w ogóle pamiętać, może minie mnie bez słowa, udając, że mnie nie poznaje, jak czasami to robiła w szkole? I przede wszystkim jak potoczą się nasze losy? Która wybierze lepiej? I dlaczego tak, a nie inaczej?

Bartosz przypatrywał mi się z błyskiem w oku. To dziwne, ale nagle wydał mi się przystojny. Może trochę był chudy i miał nieco ptasią twarz, ale nie brakowało mu uroku.

- To gdzie byłeś? - spytałam.

Dlaczego w ogóle mnie to obchodziło? Niech nie odpowiada, myślałam, niech powie, że to nie mój interes.

- Tu i tam. Głównie siedziałem w Anglii. Budowlanka.

- A przedtem?

Po co mi to było wiedzieć?

- Jesteś bardzo ciekawska.

Miał rację.

- Tak się pytam.

- Może ci powiem, ale potem.

Potem to się ogarnę i nie będę się do ciebie odzywać, pomyślałam.

Olaf znowu stęknął. Przypatrywałam się Bartoszowi. Nie mogłam oderwać wzroku od jego lekko rozchylonych ust, w których kącikach zbierały się drobinki śliny, ust drapieżnika szykującego się do skoku na niewinną, niczego niespodziewającą się ofiarę. Już miałam coś powiedzieć, gdy kolejny raz tego dnia usłyszałam za plecami kroki. Istota, która teraz zbliżała się do nas, nie była jednak cicha ani tajemnicza, raczej głośna i pijana. Na dodatek rozrzucała wokół siebie krople wody. Jak wściekły, wkurzony na słońce utopiec, zagubiona dusza utopionej dawno temu wiejskiej dziewczynki, która teraz się obudziła i postanowiła wszystkich tak po prostu zabić.

- Ile was się chowa w tej rzece? Za moich czasów pływały tam tylko butelki - powiedział Bartosz.

- To Nela - powiedziałam. - Nela, moja przyjaciółka. Ona istnieje naprawdę.

- Jestem Nela! Siema! - zawołała rozchichotana, podając mu dłoń.

Dopiero teraz to dostrzegłam, Nela nie nosiła stanika. Ale przecież przed chwilą miała go na sobie. Czyżby zdjęła go po drodze do nas, a może zostawiła na brzegu? Jej malutkie piersi sterczały pod mokrą bluzką, jakby nie mogły się doczekać, aż ktoś na nie spojrzy. Bartosz, na szczęście, wydawał się nimi niezainteresowany, przynajmniej na razie, ale ja nie mogłam przestać patrzeć na jej sterczące sutki.

- Siema. Też jesteś czyjąś siostrą?

- Nie - odpowiedziałam za nią. - Nela sprowadziła się tu z mamą kilka lat temu. W sensie z miasta. Mają domek pod lasem. Nie znasz ich, jeśli nie bywałeś tu w ostatnich latach.

- Niektórzy wyjeżdżają, a inni się sprowadzają.

- Można tak powiedzieć.

- Twoja koleżanka jest chyba trochę pijana. Nie przesadziłyście z wódką? Skąd w ogóle ją wzięłyście, co?

- Nasz kochany Olaf kupił! - wrzasnęła Nela, wieszając się Olafowi na szyi.

Na twarzy olbrzyma pojawiło się coś nieokreślonego, coś między zakłopotaniem a przyjemnością. Objął lekko Nelę, która nie tylko nie wysunęła mu się z rąk, ale nadal na nim wisiała, chichocząc. Na jego szarej koszulce pojawiła się mokra plama; przez chwilę myślałam, że się spocił, ale zrozumiałam, że to ślad mokrego ciała Neli odbił się na jego ciele; pomyślałam, jakie to obleśne, że tak się wtuliła w to męskie ciało, zagłębiając swoje malutkie piersi w jego miękki tłuszcz. Wzięłam ją za rękę i pociągnęłam ku sobie, odrywając jej sutki od ciała Olafa, rozgrzanego jak wyjęte z pieca ciasto.

- No przecież stoję - powiedziała. - Jest w porządku, nie trzymaj mnie.

Bartosz uśmiechał się, jakby miał w zanadrzu kolejną błyskotliwą uwagę, którą mógłby się podzielić, gdyby tylko zechciał.

- Może usiądziemy - zaproponowałam. - Tam pod brzozami można znaleźć trochę cienia.

- Spoko, zdarzało mi się tu bywać, wiem, gdzie można znaleźć cień - powiedział.

- To łąka mojego dziadka.

- To nie wiesz, gdzie zapraszał nas na picie Pawełek?

W jego głosie dało się wyczuć urazę i złość. Spoglądał na mnie kątem oka, przestraszyłam się, że powie coś niemiłego. Nie chciałam dopytywać o Pawła, dotąd nie sądziłam, by kiedykolwiek robił to, co my z Olafem, to znaczy pił, przecież on zawsze świetnie się uczył, był dumą rodziców, wszyscy powtarzali, bym brała z niego przykład. Czyżby kolegował się z nim, z Bartoszem?

Powinnyśmy stamtąd pójść, ale Nela musiała odpocząć. Posadziłam ją na ławce, kołysała się na boki i uśmiechała głupawo, cała czerwona i potargana, wyglądała tragicznie. Bartosz usiadł obok niej, ale nie patrzył na nią, tylko na mnie. Chciałam, by przestał na mnie patrzeć, i zarazem pragnęłam, by nie spuszczał ze mnie wzroku. No, spójrz na Nelę, przecież tego właśnie chcesz, pomyślałam. Spójrz na nią, jest taka piękna i pociągająca, nawet po pijaku, dlaczego wciąż patrzysz na mnie, co takiego we mnie widzisz? Spójrz na Nelę Nelę Nelę patrz na nią na Nelę przecież Nela ma piękne ciało i umalowane usta czarne usta spierzchnięte od słońca i wódki usta i podkrążone od nauki i papierosów i słońca oczy Nelę Nelę która ma niebieską koszulkę i luźne spodenki i siedzi tak blisko ciebie i chce byś ją objął więc dlaczego tego nie robisz dlaczego nie robisz tego co ona chce przecież będzie taka łatwa no zrób to zrób to.

- Dobrze znasz Olafa? - spytałam Bartosza.

- Znamy się ze szkoły.

- Byliście kimś w rodzaju kumpli?

- Coś takiego.

- A Pawła?

- Też się z nim kolegowałem.

- Serio tu piliście?

- No przecież. Paweł nas zapraszał. Całą drużynę. Piło się. Pawełek walił równo z nami, ale miał słabą głowę, kończyło się tak, że chodził rzygać do rzeki. W tamtych czasach płynęła wartkim strumieniem, nie to co teraz. Zostawialiśmy go na ławeczce i tak sobie spał. Może dlatego miał problemy z dziewczynami, nigdy nie wytrzymywał do momentu, gdy wreszcie przychodziły.

Przez chwilę milczałam, nie wiedząc, jak się odgryźć. Byłam pewna, że kłamie, by urazić mnie i moją rodzinę. Przypatrywał mi się uważnie. Jego oczy zwęziły się niebezpiecznie, może pod wpływem słońca, a może wspomnień, które właśnie przywołał.

- Zamierzasz się z nim spotkać? - powiedziałam w końcu.

- No nie wiem, wątpię, by chciał się ze mną widzieć.

- Dlaczego?

- Długa historia, młoda.

- Opowiedz.

Ślina, którą miałam pod językiem, nabrała gorzkiego smaku. Przecież wiedziałam, kim jest Bartosz Tkaczuk, znałam tę historię bardzo dobrze. Bartosz Tkaczuk, Basia Tkaczuk. Tkaczukowie z małego domku, z drewnianego domku. Kamil i Basia, ich związek, ich zamieszkanie ze sobą. Mama nie chciała mu tego odpuścić, zawsze, gdy nas odwiedzał, wyrzucała mu, że związał się akurat z nią, a gdy wracał do Łodzi, wołała mnie do siebie i opowiadała o rzeczach, których nie mogłam pamiętać. O pobiciu Pawła przez Bartosza, szpitalu, złamanym nosie, tragedii i traumie, które przeżyła w tamtym czasie. Nie oczekiwała, że cokolwiek powiem, miałam po prostu słuchać i kiwać głową, utwierdzać ją w przekonaniu, kto robi dobrze (ona), a kto źle (Kamil).

Nela, która dotąd tylko się kołysała, nagle wtrąciła się do rozmowy. Wydawała się zirytowana, że nikt nie zwraca na nią uwagi - znowu zachichotała, opowiadała, że jesteśmy psiapsiółami i piszemy razem poezję, dlatego pijemy wódkę, bo każda poetka musi coś przeżyć, żeby móc o tym opowiadać.

- Pewnie nie wiesz ale brat Karo pisze wiersze są piękne napisał książkę i na pewno napisze też następną serio ja i Karo też napiszemy książkę może lepszą prawdziwie prawdziwą o emocjach i bólu więc wiesz nie myśl sobie bo naprawdę umiemy wypić a Olaf to potwierdzi.

Obróciła się do Bartosza, spróbowała wstać, ale osiągnęła tylko tyle, że prawie na niego upadła. W końcu dała za wygraną, oparła głowę o jego ramię i nuciła sobie pod nosem, lalalala, lalala.

Czekałam z zapartym tchem, aż Bartosz wykorzysta okazję, przesunie dłoń odrobinę w lewo, zetknie się swoimi palcami z palcami Neli, a potem obejmie ją w pasie i sięgnie pod pachę, aż muśnie jej sterczący sutek i lekko go ściśnie.

Obiecałam sobie, że jeśli do tego dojdzie, natychmiast wstanę i po prostu pójdę. Skoro Nela chce się całować z takim facetem, nie będę ratowała jej na siłę.

- Powinnaś odprowadzić koleżankę do domu - powiedział Bartosz, wstając tak gwałtownie, że Nela prawie poleciała na ziemię. - Jeszcze chwila i tu padnie.

- Nie wiem, czy ona chce iść.

- Słońce niedługo będzie zachodzić, może się przeziębić. Naprawdę przesadziła. Jest cała mokra.

- Nie musisz mi mówić, przecież widzę.

Posłusznie wstałam i podniosłam ją, nie wyobrażałam sobie, że mogłabym nie posłuchać tego człowieka. Nela mruknęła coś pod nosem, niezadowolona, że tak mocno ją ciągnę. Na myśl o czekającej nas wędrówce przez duszny las zrobiło mi się słabo. Chciałam po prostu wrócić do domu, położyć się do łóżka i odpocząć. Patrzeć w sufit.

- Jakbyś chciała, to trochę zostanę w okolicy - powiedział Bartosz.

- Tak - odpowiedziałam od razu.

- Przyjdź pogadać, jeśli będzie ci się nudziło. Taki nędzny domek na początku wsi. Janowice piętnaście. Tam mieszkam z tatą. Nie jestem taki straszny, na jakiego wyglądam. Chętnie bym się od ciebie dowiedział, co się zmieniło przez te lata.

- Może, nie wiem, muszę odprowadzić Nelę.

- Dobra. Będę na ciebie czekał. Podasz mi numer do siebie? Jakby coś się miało zmienić, to zadzwonię.

Nela wyglądała żałośnie i czułam, że powinnam coś zrobić, schować ją przed nimi, ocalić. Brudna i mokra, z potarganymi włosami, naprawdę przypominała utopca, zabraną dawno temu przez rzekę duszę. Nieszczęśliwą, zranioną duszę dziewczyny, która wreszcie może się zemścić za wszystkie doznane krzywdy, tylko odkrywa, że jak zwykle nie może się ruszyć. Podyktowałam Bartoszowi numer, wciąż ściskając mocno Nelę. Usiłowała zasłaniać mi usta i śmiała się, kiedy wypowiadałam kolejne cyfry, które on skrupulatnie wklepywał do swojego Xiaomi.

- Olaf za mnie ręczy, więc nie musisz się bać. A Olafowi chyba ufasz - ciągnął Bartosz.

- Nie boję się ciebie.

- Słusznie. Nic ci nie zrobię.

- Olaf, idziesz z nami czy z nim? - spytałam. - Bo ja muszę odprowadzić Nelę do domu. Jak chcesz iść z nami, to chodź.

Miałam nadzieję, że będzie nam towarzyszył i w razie czego ją poniesie, jakby zemdlała albo coś, on jednak nie wykonał żadnego ruchu. Spoglądał to na nas, to na Bartosza. A Bartosz nie spuszczał ze mnie wzroku. Na ramieniu czułam wbijające mi się w skórę paznokcie Neli.

Ruszyłyśmy w kierunku lasu. Ciężko i powoli. Jak dwa zagubione hobbity w drodze na Górę Przeznaczenia, brudne, znękane i poranione od środka. Niosłam swój pierścień, skarb i przekleństwo, Nela prawie na mnie wisiała. To nie potrwa tak znowu długo, powtarzałam sobie. Przecież ten las to nie żadna baśniowa puszcza, żaden bór. To po prostu las. Wystarczy przejść kilometr, może dwa, by znaleźć się przed domem Neli. Wejdziemy tam, położę ją w łóżku, a potem sobie pójdę. W tym lesie nic się nie chowa. Nic się w nim nie chowa.

Jak on do mnie mówił, że będzie na mnie czekał.

Co za creep.

Ale trochę mi się podobał.

Uśmiechał się do mnie.

Naprawdę ładnie się uśmiechał.

Co za creep, przecież on miał ze dwadzieścia osiem, dziewięć lat?

Powiedział, że będzie czekał. Janowice piętnaście, tak?

Odstawić Nelę. Odstawić Nelę do łóżka i wrócić do domu.

Uśmiechnęłam się do siebie. Mimo wszystko miałam dobry humor.

Paweł

Musiałem się skupić, a wciąż zerkałem na telefon. Próbowałem się skupić, ale w końcu się poddałem, poszedłem zrobić sobie kawę. W kuchni Marcel, nazwisko nieważne, opowiadał o Porto, pił kawę i opowiadał o wczasach w Porto, i o następnych, które miał zaplanowane, nie w Porto. Idiota, stwierdziłem, dlaczego nie weźmie się do pracy, zamiast tu sterczeć i się przechwalać, mógłby chociaż udawać, że może na coś się przydać. Zaśmiałem się z kilku żartów, z obowiązku, bo nie bawiły mnie za bardzo, a potem wróciłem do biurka i odstawiłem kawę, i zadzwonili z działu sprzedaży na Teamsie, Robert, nazwisko nieważne. Klient zmienia pogląd na ten projekt, chciałby wprowadzić pewne modyfikacje, a co ty o tym możesz wiedzieć, idioto, powiedziałem do Roberta w duchu, a przecież on nic takiego nie zrobił, po prostu wykonywał swoją pracę, w porządku, postaramy się, powiedziałem, chociaż miałem to w nosie, ale wiedziałem, że będę musiał to zrobić, szkoda, że nie wiedziałem, o co dokładnie chodzi, wstałem i wróciłem do kuchni, wziąłem sobie z lodówki kanapkę, a Marcel wciąż opowiadał o Porto. Właśnie przez takich gości nie da się normalnie pracować i nie chodzi o to, że spędzają pół dnia w kuchni, tylko o to, że zrobią wszystko dla pracy, bo nie mają oprócz niej niczego innego, całe dnie spędzają w biurze, tylko tutaj są szczęśliwi, godzinami przesiadują w kuchni, a potem nadrabiają pracę wieczorami, ale nie przeszkadza im to, bo jedyni ludzie, z którymi spędzają czas, to ludzie z biura, menadżerom to pasuje, oni chcieliby, żebyśmy stąd nie wychodzili, i kochają takich Marcelków, którzy za pracę oddaliby własną matkę, szkoda tylko, że niektórzy mają dzieci i żony i chcą spędzić trochę czasu z nimi, a muszą się stresować, że takie Marcelki, zdolne dla pracy poświęcić wszystko, wykopią cię w końcu z twojego stanowiska, chociaż pół dnia spędzają w kuchni.

Piłem kawę, bawiąc się telefonem, korytarzem przeszedł management, w sensie ktoś z menadżerów, schowałem telefon, kurwa, nie powinni widzieć, że się nim bawię, zabrałem się do pracy, muszę, stwierdziłem, mieć otwartą głowę, nie będę się wdawał w dłuższą rozmowę z menadżerami, Paulina pewnie zaraz napisze, dowiem się, że Oluś nie śpi i że ciągle płacze, i że mam wrócić do domu, pewnie, pieniądze same się zarobią, po co mam się o nie starać, po prostu wrócę do domu, ale jeszcze skończę to, co robię, muszę trochę poślęczeć nad rozwiązaniem, które zadowoli menadżerów, co za debile, naprawdę, pokurwieni kretyni, uważają, że łapię się na to ich pieprzenie o budżecie, celach i wartościach, pieprzenie po prostu, idę po następną kawę, stwierdziłem i poszedłem patrzeć na telefon, ale nie napisała.

Stęskniłem się za Olkiem i Pauliną. Naprawdę chciałem do nich wrócić. I chociaż w domu czasami czułem, że chcę wyjść, chociażby do pracy, to teraz pragnąłem tylko jednego, wsiąść do samochodu i wrócić, ale to było niemożliwe, musiałem ogarnąć się z pracą.

Otworzyłem galerię w telefonie i oglądałem zdjęcia małego, przesuwałem palcem w górę i w dół, oglądałem Olusia noworodka i Olusia dzieciaczka, a wtedy poczułem na ramieniu czyjąś dłoń, wzdrygnąłem się, a ona wybuchnęła śmiechem, Tosia, project menadżerka, która uważała mnie za swojego kolegę.

- Boisz się?! - zawołała. - Pokaż dzidziusia!

Wyciągnęła przed siebie obie ręce, machała nimi nieporadnie tuż przed moją twarzą, jak szczególna wersja T-Rexa, ruda i serdelkowata. Nie miałem wyboru, więc podałem Tosi telefon, a ona zaczęła przesuwać zdjęcia i komentować każde z nich. Na szczęście nie miałem w galerii nic innego, dlatego nie musiałem się martwić, po prostu czekałem, aż skończy, i nawet czułem się dumny z powodu jej reakcji, bo podskakiwała z zachwytu nad Olkiem, powtarzała, jaki z niego przystojniak i że widać, jaki ze mnie dobry tata.

- No, musisz mi o nim poopowiadać, ale teraz idę.

- No dobra.

- Może oddam ci telefon, nie?

- Chyba powinnaś.

Oddała i sobie poszła, mogłem więc wrócić do pracy. Powinienem czuć zadowolenie, że się tu znalazłem, właściwie wiele osób pragnęłoby tu pracować, i czułem, tak, czułem zadowolenie i wdzięczność, bo robiłem to, co lubiłem, i dostawałem za to dobrą pensję, ale mimo tego zadowolenia, które przecież czułem, wciąż miałem z tyłu głowy, że wszystko to nie układa się, jak powinno, i że wciąż prześladuje mnie pech, i że nie jestem taki, jaki chciałbym być.

Nie, naprawdę nie dało się dziś pracować.

Podszedłem do okna. Gapiłem się na ludzi oraz ich auta. Auta oraz ich ludzi. Zachodnia, Ogrodowa.

Jezu, po co ktoś budował to wszystko? Po co codziennie ściąga się tu ludzi i każe im ślęczeć przed komputerami i przerzucać się mailami? Miasto wydawało się rozciągać w nieskończoność - i było tak małe, jak wioska mieszcząca się w orzechu. Rozciągało się, ale na zasadzie, teraz to dostrzegłem, pattern repetition, powtarzalnego wzorca, absurdalnego kafelkowania, a nie naturalnie. Jakby ktoś wziął kilka obiektów i wypełniał nimi przestrzeń aż po horyzont, a potem to samo zrobił z ludźmi i na dodatek z czasem. Gdybym wyszedł teraz z biura i poszedł przed siebie, natrafiłbym niebawem na podobne biuro, wszedłbym do środka i przywitał się z ludźmi ględzącymi o wczasach w Porto, by robić dokładnie to samo, co robiłem tu. Otaczały mnie nakładane na przestrzeń i czas kafelki, kopiowane w nieskończoność, prostackie wzorki, napisane przez schorowanego programistę, który w dzieciństwie męczył chomiki.

Wróciłem przed ekran.

Nie, naprawdę, ktoś mieszał mi w głowie łyżką, za nic nie mogłem się skupić na swoich obowiązkach.

Właściwie to po co miałem się na nich skupiać? Powinienem po prostu wrócić do domu.

Olek przypominał mnie z dzieciństwa, byliśmy bardzo podobni. Jednego tylko po mnie nie mógł mieć, złamanego nosa. Ale może w przyszłości ktoś mu złamie nos, komuś nie spodoba się jakieś wypowiedziane przez niego słowo albo nawet spojrzenie, albo ubiór, albo cokolwiek innego i rzuci się na niego, by zademonstrować własną siłę, a jego uwięzić na zawsze w tym momencie, w areszcie czasu, którego drzwi zawsze pozostaną uchylone za sprawą złamanego nosa, popsutej klamki.

Bartosz Tkaczuk złamał mi nos po meczu Orła Janowice. Powinienem dawno zapomnieć, ale przecież codziennie widziałem ten nos w lustrze. Ten moment przeminął, a przecież wcale nie. Popsuta klamka, otwarte drzwi. Więzienie czasu. Ten moment nie przeminął nigdy.

Bartosz Tkaczuk, chłopak Pauliny Marciniak. Piękna Paulina, która nie chciała ze mną rozmawiać, bo przecież nie miała o czym ze mną rozmawiać, bo co, miała ze mną rozmawiać o układaniu kostki Rubika albo Gothicu, a co miałem powiedzieć Paulinie?

Wiesz, potrzebne są sztuczne dane,

powiedziałem po cichu,

na przykład zbiór punktów nad i pod linią, nieważne,

ta linia tak naprawdę,

nieważne,

powiedziałem po cichu, ona siedziała tak daleko,

można podzielić te dane,

są sztuczne, ale,

powiedziałem po cichu, ona rozmawiała z Bartoszem,

na dane uczące się i testowe,

powiedziałem,

komputer uczy się, a następnie trzeba go sprawdzić,

powiedziałem, ale bardzo cicho,

na sieci neuronowej, powiedzmy, to taka,

nie wiem,

makieta z punktami, podobna do mózgu,

masz w sobie taką sieć,

powiedziałem, ale wciąż z nim rozmawiała,

masz w sobie taką sieć,

która potrafi rozpoznać,

powiedziałem,

które dane są nad linią, a które pod linią,

i potem trzeba narysować granicę,

powiedziałem, a ona pocałowała Bartosza,

tak, granicę, by dostrzec, które dane

są nad linią, a które pod linią,

powiedziałem,

a ona całowała Bartosza, a Bartosz całował Paulinę,

chodzi o to, by sprawdzić, czy komputer

cokolwiek pojął.

No tak, to mogłoby mniej więcej tak wyglądać, stwierdziłem i zapisałem w notatniku: X_train, X_test, y_train, y_test = train_test_split(X, y, test_size=0.3, random_state=25), a potem usunąłem, po co właściwie do tego wracałem, to przez ten nos?

Nie porozmawiałem z Pauliną o uczeniu komputerów myślenia, ale za to usiłowałem zaprzyjaźnić się z Bartoszem, stać się mężczyzną, zacząłem chodzić do Orła Janowice na piłkę, a potem z chłopakami na naszą łąkę, by tam pić wódkę i dawać im się upokarzać. Widzieli we mnie błazna, nie bez racji, a ja robiłem wszystko, by im się przypodobać, i tylko cudem nie stoczyłem się na samo dno, może powinienem podziękować Bartoszowi za to, co zrobił tamtego dnia. No tak, X_train, X_test, y_train, y_test = train_test_split(X, y, test_size=0.3, random_state=25), dane do uczenia się i dane do trenowania, nieskończone ilości wiadomości w naszych mózgach, które służą do tego, by hodować nienawiść i złość, hate_train, hate_test, boy_train, boy_test=train_test_split(hate, boy, test_size=0.3, random_state=25) napisałem w notatniku i od razu usunąłem, a potem każą nam trenować na sobie, w sensie silni trenują na słabszych, ale to szczegół.

Cipa i kaleka,

powiedział Bartosz po meczu,

pozostali zaczęli gwizdać,

tamci też, przegraliśmy

pięć do zera,

straciłem piłkę nie raz, ale milion,

czemu nie odpowiadasz, tępa cipo,

powiedział Bartosz,

tępa, kaleka pizdo,

powiedział,

a tamci gwizdali, nasi też gwizdali,

powiedziałem,

stul się, biedaku,

co powiedziałeś,

powiedział,

mieszkasz w domu bez kibla,

powiedziałem,

zapierdolę cię,

powiedział,

a twojego starego widziałem

zaszczanego,

i tamci zaczęli gwizdać,

krew na moich wargach,

krew zalewała mi wargi i szyję,

krew,

zapierdolę cię,

powiedział,

zabiłeś go,

sprawdźcie, co z nim,

karetkę, dzwońcie po karetkę,

nie dzwońcie,

powiedziałem, ale nie na głos,

boże, zabiłeś go,

powiedział,

nie zabiłem go,

idziesz z nami na pożegnanie Tomka,

będzie składka, składasz się,

powiedziała.

Angelika stała obok mojego biurka i uśmiechała się delikatnie. Akurat wszyscy poszli na lunch, zostaliśmy sami w biurze. Ile ona miała lat, dwadzieścia pięć? Ledwo skończyła studia i została tu po stażu, właściwie dotąd nie za często z nią rozmawiałem. Zapomniałem o Tomku, pracował z nami od kilku lat, ale był takim kolesiem, na którego raczej nie zwraca się uwagi, po prostu miłą i kompetentną osobą, nie gwiazdą ani nic takiego. Z pewnością gdzieś w mailach przewinął się temat tego pożegnania, mówili, że niedługo odchodzi i że w związku z tym będzie impreza, ale szczerze mówiąc, nie pomyślałem ani przez chwilę, żeby na nią iść, a teraz stwierdziłem, że może powinienem, bo skoro wszyscy idą i nawet taka Angelika tam będzie, to może zostać źle odebrane, jeśli mnie zabraknie.

- W sumie mogę iść. Od razu po pracy?

- Tak, po pracy. Na Piotrkowskiej, ale jeszcze nie ustalili gdzie. Na początku pewnie jakieś jedzonko, a potem piwo.

- Jasne, chętnie się wyrwę.

Angelika uśmiechnęła się.

- Oj, biedaku. Ciężko ci, prawda? Dziecko musi mocno dawać w kość, nie? Naprawdę tak mało się śpi?

- Wiesz, można się zmęczyć tą monotonią.

- Monotonią?

- No wiesz. Wstawanie, zmienianie pieluch, karmienie, usypianie.

Czy nie powiedziałem nic głupiego? Po co się skarżyłem, teraz pewnie uzna mnie za typowego faceta, który ucieka od swoich obowiązków. I właściwie co ją to wszystko mogło obchodzić, miała dopiero dwadzieścia pięć lat i żadnego powodu, by przejmować się takimi sprawami, dziećmi i w ogóle. Zastanawiałem się, co robiła po pracy, ale nic nie przychodziło mi do głowy.

- Jak chcesz, to możemy jechać moim autem - powiedziałem. - Poczekamy na nich na miejscu.

- Dobra! Bardzo chętnie. Nie będę musiała tłuc się tam autobusem.

Dopiłem kawę, miałem ochotę na następną, ale bałem się, że Angelika wyjdzie do pokoju socjalnego ze mną i będę musiał z nią rozmawiać. Chciałem z nią rozmawiać, ale równocześnie bałem się, że znowu palnę coś głupiego i uzna mnie nie tylko za typowego faceta, ale też za natręta, który się do niej dowala, tylko dlatego że zwróciła na niego uwagę, choć ona wcale tego nie chce. Zastanawiałem się, co mógłbym powiedzieć, jaki temat zagaić. Ona na pewno chętnie posłuchałaby o uczeniu maszynowym, może nawet zadałaby kilka właściwych pytań, by pokazać, że rozumie, o czym mowa. Inaczej niż Paulina, która mimo upływu lat wciąż nie chciała nic na ten temat wiedzieć.

Mapa neuronowa,

powiedziałem,

kocham cię,

powiedziała,

ale nic z tego nie rozumiem,

powiedziała,

bardzo się cieszę, że cię spotkałam,

ponownie,

bardzo się cieszę,

powiedziałem,

zawsze cię lubiłam,

powiedziała,

naprawdę?

tak, a masz wątpliwości,

nie,

powiedziałem, że nie mam wątpliwości,

kłamałem, ale nie bardzo,

przecież nie miałem wątpliwości,

że mnie kocha,

pocałowała mnie,

kocham cię,

ale nic z tego nie rozumiem,

powiedziała.

Nad ranem przewrócił się na bok i otworzył swoje oczka, a pierwsze, co zobaczył, to moja twarz. Leżeliśmy bardzo blisko siebie, wdychałem jego dziecięcy zapach, zapach snów i mleka. Wtedy wyciągnął rączkę i złapał mnie za nos. Jak gdyby chciał się upewnić, że należy do mnie. Pociągnął za skórę i powiedział coś w swoim niemowlęcym języku. Bababa, bababa. Może coś o moim nie-moim nosie. Może powiedział, ten nos tu nie pasuje. Albo wręcz przeciwnie, ten nos przyciągnął jego uwagę, bo wpasowywał się w całość, mieścił w sobie całego mnie. Pociągnął mnie za ten nos, zacisnął na nim drobne, ostre paznokcie. Bababab, bababab, powiedział i obrócił się na brzuszek, tak nagle, że sam się z tego powodu zdziwił.

Basia

Miałam ochotę zrobić sobie wolne, ale w końcu stwierdziłam, że wrócę do pracy. Szłam powoli, na taki wymiar buntu sobie pozwalałam, przynajmniej na chwilę, bo zaraz przyspieszyłam kroku, może po prostu nie umiałam spacerować. Minęłam betonową Fabryczną, rozgrzaną i złowrogą, podobną do kosmicznego statku, a potem gmach mBanku i te rdzawe wieżowce, w których mieściła się siedziba amerykańskiej kancelarii, obiekt marzeń wszystkich moich kolegów ze studiów, bo podobno dobrze tam płacili, a potem przeszłam obok placu budowy, gdzie kiedyś mieścił się dom kultury, i znowu skręciłam, tym razem w stronę opery. Wciąż świeciło słońce, mijali mnie uczniowie wracający ze szkoły w krótkich spodenkach, cieszący się nadchodzącymi wakacjami, studenci idący na pierwsze egzaminy sesji i wszystko pachniało latem, ale i obezwładniało gorącem, ziemia nie mogła odetchnąć, a wydawała się tego pragnąć. Falowała pod moimi stopami, obezwładniona i zdesperowana.

Nikt nie zwrócił większej uwagi na mój powrót, Mati i Simona nawet nie skomentowali tego, że weszłam do pokoju. Zadzwonił Artur.

- Jak tam rozprawa? - spytał. Jechał samochodem, w tle szumiały auta i wydawało mi się, że słyszę też płaczące dziecko.

- W porządku - odparłam. - Jakoś dałam radę.

- Zadałaś wszystkie pytania?

- Tak.

- Jak sędzia?

- Też dobrze.

- Nie wściekała się na ciebie ani nic?

- Nie, dała mi zadać wszystkie pytania, tylko zastanawiam się, czy...

- No to świetnie. Bardzo ci dziękuję. Obgadamy to jutro.

- Okej.

- Jesteś już w domu?

- Nie, w pracy.

- Wróciłaś do pracy, serio?

- Miałam coś do dokończenia.

- Kujonka. Kończę. Jadę do lekarza z małą, pa!

Tak bardzo chciałam, by był ze mnie zadowolony. Postanowiłam, że nie powiem mu nic o swoich wątpliwościach, po prostu to przemilczę. Może zresztą niepotrzebnie się denerwowałam; może to nic takiego.

Znów próbowałam zebrać się w sobie i przeczytać umowę, którą dostałam do analizy, i znów nie mogłam skupić się na tym, co czytam. Wszystko wydawało mi się absurdalne i puste, wszystkie te maile, spływające na moją skrzynkę nieprzerwanym strumieniem, były tylko bełkotem, który miał przykryć całą tę pustkę, pustkę tego wszystkiego, co nazywało się moim życiem. I co niby miałam z tym zrobić? To było moje życie, a ja nie urodziłam się w książęcej rodzinie.

Drzwi się otworzyły i do pokoju wszedł Hubert, jeden ze starszych mecenasów, bardzo nieśmiały, łysiejący mężczyzna, który nigdy nie patrzył nam w oczy.

- Mam nadzieję, że się nie nudzicie, co? Ha, przecież wiem, że macie dużo pracy. Ale może... któreś z was chciałoby mi pomóc? Mam do analizy temat od klienta... Chodzi o umowę na dostarczanie gazu...

Schowaliśmy się za monitorami. Hubert milczał, nieśmiało przestępując z nogi na nogę i lekko marszcząc czoło.

- Mati, pomożesz mi? To niekoniecznie na teraz, może za tydzień? - powiedział, podchodząc do jego biurka, a potem rzucił na nie stos dokumentów, odwrócił się i wyszedł.

Roześmiałam się, widząc minę Matiego.

Wyszłam o piątej i nikt na to nie zwrócił uwagi, gdybym została kilka godzin dłużej, też pewnie nikt by nie zauważył. Powinnam się cieszyć, a czułam niepokój, coraz większy, bo skoro nie zwracali na mnie uwagi, to może mnie nie potrzebowali, i czy na pewno się ze wszystkim wyrabiałam, i dlaczego Mati miał tak wiele zadań, o co tu chodziło, a może po prostu nic nie robił i mu się nazbierało? Gdy wychodziłam z biura, chciałam zawrócić i pracować dalej, ale dziś akurat nie mogłam, umówiłam się przecież z mamą, a potem z Agą. Miałam swoje życie, przynajmniej raz w tygodniu.

Szłam pieszo, postanowiłam, że trochę się przejdę, ostatnio zaniedbywałam ruch, a poza tym wcale mi się nie spieszyło, akurat do mamy nie. Słońce zniżyło się nieco, upał osłabł. Miałam wrażenie, że zaczęłam pracę bardzo dawno temu, a przecież minęło zaledwie osiem godzin, tyle że ten dzień wydawał mi się teraz zbyt długi, jakbyśmy wszyscy zostali spłaszczeni i ciągnęli się w rękach losu, podobni do ludzików z rzadkiego ciasta.

Prawdę mówiąc, wolałam spotkać się z mamą niż wrócić do mieszkania i siedzieć w nim do wieczora, próbując czymś wypełnić tych kilka nieznośnie jasnych godzin, które pozostały do zmroku. Mogłabym oczywiście trochę popracować, często po powrocie do domu otwierałam laptopa i nadrabiałam zaległości, ale czułam się zmęczona po rozprawie. Nie żeby jechanie do matki miało być jakąś formą relaksu, ale ostatnio dzwoniła z pretensjami, że tak rzadko ją odwiedzam, więc postanowiłam w końcu to zrobić. No a z Agą usiłowałam umówić się od dawna. Może wystarczy nam godzina wieczorem, wciśnięta między inne sprawy jak drzazga w skórę.

Szłam, ale nagle zrobiło mi się słabo i musiałam usiąść. Na ławce, na przystanku. Wszystko przez słońce, ludzi i całe to zbierające się od wielu godzin, a może lat, zmęczenie. Mogłabym się tam położyć, ale i tak nie potrafiłabym usnąć.

W końcu wsiadłam do tramwaju, rozglądając się za moim prześladowcą. Na szczęście zgubił trop, przynajmniej na razie. Po drodze dosiadali się ludzie, studenci i starsze panie; siedziałam i gapiłam się w okno. Wysiadłam na Górniaku, minęłam plamę na chodniku, szemrzącą kałużę gołębich ciał, które w ogóle nie zainteresowały się moją obecnością. Kilka z nich, zapewne wierchuszka, obsiadło Faustynę Kowalską, wyblakłą i popękaną gołębią świętą, stosownie przez gołębie oznaczoną, jakby przeszła na ich stronę, zmieniła gatunek po przemianie w pomnik. Człowiek, pomnik, gołąb, stwierdziłam.

Bezdomni kręcili się po skwerze, bezdomni albo po prostu pijacy czy ćpuny. Latem siadali na murku i ponurym wzrokiem obserwowali przyjeżdżające tramwaje, wysiadających z nich ludzi, ludzi zawsze dokądś zmierzających, w przeciwieństwie do nich. Bezdomni, smutni i melancholijni, nie przeszkadzali mi ani nikomu innemu. To nie oni, byłam tego pewna, zniszczyli dawno opuszczony kiosk na Górniaku, za którego kratką leżały setki buteleczek po wódce, jakby każdy przechodzący tu imprezowicz chciał pozostawić po sobie pamiątkę, coś w rodzaju pieniążka wrzucanego do Fontanny di Trevi w Rzymie, i plakat prawicowego młodzieńca, z rozdartym hasłem ROZLICZENIE I SPRA, którego nie mogłam doczytać do końca. Zaspani kierowcy przesiadywali w autobusach, przez otwarte drzwi widziałam ich znudzone mopsowate twarze, tylko niektórzy wychodzili na zewnątrz i palili, patrząc spode łba na tłoczących się na przystanku ludzi, stojących jak najbliżej krawężnika, by w odpowiedniej chwili wbiec do autobusu i zająć miejsce. Zostawiłam ich wszystkich za sobą, minęłam lombard i w końcu znalazłam się na Przybyszewskiego, wśród kamienic, na które powoli napierała nowoczesność - nowe apartamentowce i siłownie dla idealnych ludzi, którzy w nich zamieszkają.

Na razie jednak szklane fabryki fitu są daleko stąd, pomyślałam, mijając ruiny zamczyska na skrzyżowaniu Przybyszewskiego z Kilińskiego. To oczywiście żadne zamczysko, nie było w nim duchów księżniczek ani przystojnych giermków, co najwyżej duchy włókniarek i przechadzające się po wieży wampiry, wspominające dawne czasy, gdy w fabryce Ossera, górującej nad tą okolicą, rozbrzmiewał stukot maszyn do szycia i krosien, a z okolicznych kamienic co rano biegły tu do pracy włókniarki, a właściwie ich krótkie palce, za pomocą których budowano włókniarską potęgę. Dziś wampiry nie mają kogo doglądać, a duchy włókniarek nic sobie nie robią z ich obecności, śmieją się, gdyż wiedzą, że wampiry nie rozumieją tego miasta i nie zdobędą władzy na nowo, a szlaki do Rosji dawno zamknięto.

Nigdy nie lubiłam zapraszać do siebie koleżanek. Moje przyjaciółki z miasta - te lepsze, z podmiejskich miejscowości i spokojnych uliczek, trzymające się z dala od łobuzujących chłopaków, z dobrymi ocenami i rodzicami wożącymi je na angielski, nie mogły się dowiedzieć, że mieszkam w dziwnym mieszkanku w cieniu fabryki Ossera, że jestem parodią księżniczki, wampirzą córką, bo ich rodzice, tacy mili i uśmiechnięci, wahaliby się, czy pozwolić im na odwiedziny, czy może zasugerować, by nie chodziły w takie miejsca, gdzie już na klatce schodowej, pomazanej w przekreślone sześćdziesiątki i napisy ŚMIERĆ ŻYDOWSKIEJ KURWIE, widać, co się święci. I nawet gdybym zapewniła ich, że u nas w domu zawsze panuje porządek, powiedzieliby swoim córkom "nie", bo przecież nie liczy się tylko wnętrze, ale też zewnętrze, zwłaszcza gdy dochodzą z niego hałasy i zapachy.

Wspięłam się po schodach. Jak zawsze przez te lata gubiąc to wszystko po drodze.

Mama siedziała przed telewizorem. No wreszcie, tak długo na mnie czekała, a zrobiła ciasto. Usiadłyśmy w salonie, telewizora nie wyłączyła, podała mi ciasto, a potem wróciła do kuchni zrobić kawę. Gorąco, prawda? Tak, strasznie gorąco, odpowiedziałam posłusznie i skubnęłam ciasto.

Dawno mnie nie odwiedzałaś,

powiedziała,

miałam

bardzo dużo pracy,

no tak, zawsze tak mówisz,

powiedziała,

bo to prawda,

więc co tam w pracy?,

spytała,

w porządku,

odpowiedziałam,

a może coś więcej?

nic ciekawego, dziś miałam rozprawę,

i dałaś radę?

poszło nieźle,

ale mówiłaś coś?

no zadałam świadkom pytania,

i co to za pytania?

po prostu,

nie chcesz mi mówić, boisz się, że nie zrozumiem,

nie o to chodzi, a co u ciebie, mamo, po prostu nic ciekawego się nie działo,

nic, praca,

a co w pracy?

no w porządku, może dostanę podwyżkę,

to super, może gdzieś pojedziesz,

no przydałoby się, ale nie mam z kim, więc pewnie zostanę w domu,

możesz sama,

świetnie, wspaniale wybrać się na wakacje samemu,

w takim razie nie wiem,

(milczenie)

i co, zastanawiałaś się, może tu wrócisz, zaoszczędzisz trochę,

mamo, mówiłam ci,

ale przecież możesz wrócić, wiem, nie podoba ci się tu, ale teraz te pieniądze po prostu idą do kogoś,

no tak, może, zastanowię się,

wiem, że sobie radzisz, ale to zawsze oszczędność.

I znowu skubnęłam ciasto. Mama chciała dobrze, zapewne, ale ta rozmowa już mnie rozdrażniła. Nie mogłabym z nią mieszkać, wysłuchiwać tego wszystkiego na co dzień, miliona rad i wskazówek co do tego, jak mam się zachowywać i co robić. Już i tak miałam w głowie mętlik, nie potrzebowałam codziennych wykładów mamy. Uważała się za wielką wyrocznię, a nie rozumiała, że wciąż tak naprawdę tkwi w przeszłości i że wszystko, co robi, jest przez przeszłość zdefiniowane.

Wiele razy powtarzała, że powinnam być szczęśliwa i że zrobi wszystko, żebym nie musiała cierpieć, jak cierpiała ona, ale kiedy przychodziło co do czego, to znaczy, kiedy znalazłam szczęście, znienawidziła mnie za związek z Kamilem i niemal błagała, żebym go przerwała. Nie tak powinno wyglądać uwolnienie się z więzów przeszłości, ale ona tego nie rozumiała; gdyby naprawdę była wolna, to przeszłość nie obeszłaby jej bardziej niż jesienne liście obchodzą nadchodzącą wiosnę.

Brat Kamila sprowokował Bartosza,

ten napuszony gnojek,

mądralińska papla,

obrażał Bartosza i naszą rodzinę,

a potem tak się przewrócił,

że złamał sobie nos, ale

zrzucili to na Bartka,

sprawili, że trafił do poprawczaka,

zniszczyli mu przyszłość,

Kotowicze, a teraz ty

umawiasz się z nim,

mieszkasz z nim,

śpisz z nim,

oni uważali nas za hołotę,

i proszę, rzucił cię,

tak, zostawił cię, zobacz,

tak zostawia się hołotę,

bez słowa zostawia się hołotę,

tak zrobił,

Kamilek, taki sam jak jego brat,

kropla w kroplę,

mówiłam ci, że tak będzie,

umawiałaś się z nim,

spałaś z nim,

a teraz proszę, kropla w kroplę w kroplę.

Nie chciałam tego słuchać; nie powinnam tego słuchać. Wściekałam się na nią, myślałam o niej ze współczuciem, samotnej w łódzkim mieszkaniu w cieniu fabryki Ossera. Obchodziła te cztery ściany jak zamknięta w pudełku mysz i rozpamiętywała przeszłość w nieskończoność. Pracowniczka łódzkiego Gillette, która codziennie musiała przechodzić przez skrzyżowanie strzeżone przez wampiry, by zdążyć na autobus, tłukący się ślamazarnie przez całą Łódź aż do fabryki, w której pakowała maszynki do golenia i robiła inne tego typu rzeczy. Nie żeby było to coś złego, nie zarabiała tak znowu źle i miała dużo czasu na myślenie, chociażby o przeszłości, z której ja się niby wyrwałam.

- Muszę iść - powiedziałam.

- Ja po prostu chcę, żebyś była szczęśliwsza ode mnie.

- Ja wiem, mamo.

Kochałam ją teraz - niską, oklapłą i zmęczoną, bo wiedziałam, że ona naprawdę mnie kocha. Pocałowałam ją w policzek. Kochałam ją, ale musiałam wyjść z tego mieszkania, bo gdybym została, stałabym się dawną sobą, sierotką, myszą, wampirzą córką.

Szłam bardzo szybko, a właściwie biegłam, minęłam fabrykę Ossera i wsiadłam do tramwaju. Są wszędzie i wożą mnie po mieście, jak karoce, które pojawiają się, gdy tylko o nich pomyślę. Ale może tak naprawdę tramwaje to węże, które przemierzają kanały tego miasta, podsłuchując wszystkich, piszczą, hamując na torach, i to piszczenie wprawia nas, ludzi, w trans, doprowadza nas do chronicznych bólów głowy, jesteśmy przecież tacy słabi, miękcy w przeciwieństwie do blaszanych węży.

Wieczór nie przyniósł spodziewanego ochłodzenia; czułam oblepiające mnie duszne powietrze, kiedy znalazłam się na Piotrkowskiej, anonimowa wśród rozbawionego tłumu zmierzającego do kawiarni i barów z szotami. Wszyscy ci ludzie mieli podobne problemy i dzięki temu moje przestały na chwilę istnieć. Narzekali na ceny mieszkań, brak pieniędzy, niesatysfakcjonującą pracę, faszystów. Całe dnie szukali tanich lotów i ciągle bookowali nowe rezerwacje we wszystkich miejscach globu, otwierających się na ich pieniądze jak zwiędłe kwiaty na wodę.

Zachodzące powoli słońce odbijało się w szybach winiarni i ramenowni. Siedziało za nimi mnóstwo ludzi; drugie tyle stało przed drzwiami, czekając na stolik. Nigdy nie rozumiałam, jak można skupić się na jedzeniu, gdy na zewnątrz czekają wygłodniali ludzie i patrzą się na ciebie, jak jesz.

Pomachała mi Aga, przyjaciółka ze studiów. Podeszłam i przywitałam się z nią (buziak w policzek, szorstka skóra Agi). Rzuciła prawo i została ekspertką od AML, czyli Anti-Money Laundering - w korporacji, co pod względem finansowym okazało się o wiele lepszą opcją niż praca w kancelarii, ale tłumaczyłam sobie, że w korpo bym się nudziła i przecież mam większe ambicje (tak naprawdę trochę jej zazdrościłam, ale się do tego nie przyznawałam, bo musiałabym przyznać, że wszystko, co robię na co dzień, to bezsensowna ściema).

Aga opowiadała mi o swoim chłopaku. Starałam się słuchać, ale odleciałam trochę, rozmyślając nad tym, jak bardzo nie cierpię swojej pracy, w której zarabiam pewnie mniej niż dorabiający w kawiarni student, i że powinnam przestać się nią przejmować, ale nie umiem i wciąż angażuję się we wszystko, w co tylko mogę, bo muszę udowadniać sobie, że potrafię, i tkwię w tym błędnym kole, aż Aga zagadnęła, co u mnie, więc odparłam, że świetnie. Powiedziała, że się cieszy i że widać po mnie pewną świeżość, odkąd zerwałam z Kamilem (nie sprostowałam), że nigdy go nie lubiła, bo mnie wykorzystywał i na dodatek chciał, bym przestała się realizować i wróciła z nim na wieś, gdzie zrobiłby ze mnie niewolnicę.

Dopiłam kawę. Miałam ochotę na papierosa, ale dbałam o zdrowie, poza tym tylko idioci palą. Właściwie to mogłabym wrócić z nim do Janowic, chciałam powiedzieć, właściwie to bawi mnie, że utożsamiasz to miasto pełne brzęczących węży z wolnością. Nie wiesz, że mogą nas podsłuchiwać i szeptać nam do uszu trujące kłamstwa?

Nic nie powiedziałam.

Nie wiedziałam, czego chcę, nie umiałabym tego wytłumaczyć. Chciałam tego samego, co Aga i ci wszyscy ludzie, pchający się do ramenowni - wolności i niezależności - ale czy osiągnięcie ich musiało się wiązać z odrzuceniem miłości i życiem przede wszystkim dla samej siebie?

Tamta piękna działka, rzeka, światło, dzieci uczące się z podręczników, marzenia o przyszłości, niespełnione, jak wszystkie inne. Aga zaproponowała mi papierosa, wyszłyśmy przed kawiarnię. Byłam idiotką, mogłam zapalić. Obserwowałam ludzi, wszyscy wydawali się lepsi i inteligentniejsi ode mnie, paliłam i kiwałam głową w odpowiednich momentach, co Adze całkowicie wystarczało. Masz zupełną rację, powiedziałam, ale trochę in blanco.

Karo

Prowadź pijaną przyjaciółkę przez las, wtedy zobaczysz, jak silne są twoje ręce, uczucia i zdolności kojarzenia faktów. Przekonasz się, że las, który wydawał się dobrze znany, może stać się gęstą, trudną do przebycia puszczą, jakby umiał zmieniać się na zawołanie, przechodził natychmiastowe metamorfozy, by wciągnąć cię do swego mrocznego, gorącego wnętrza.

Pijani są podobni do szczeniąt, zachowują się nieracjonalnie, chociaż są kochani - zwierzają ci się ze wszystkiego i traktują cię z największym oddaniem, jak księdza albo terapeutę. Mówią piąte przez dziesiąte, ale oczekują, że będziesz ich dobrze rozumiała, inaczej się wściekają i tracą do ciebie zaufanie, aż w końcu siadają na mchu i zaczynają płakać, a ty się zastanawiasz, co powiedziałaś bądź zrobiłaś źle, i wyrzucasz sobie, jak mogłaś być tak niedelikatna.

Nela, Nela, Nela. Nie możesz mi tego zrobić, nie możesz tu siadać. Nie możesz teraz po prostu tu usiąść, na mchu, na igłach. Nie możesz.

A ona usiadła i zaczęła płakać, i nie podniosła głowy, kiedy stanęłam nad nią, próbując ją przekonać, by podjęła swoją głupawą paplaninę. Cokolwiek, byleby tylko wstała i szła.

Cokolwiek, naprawdę, chcesz, opowiem ci o Kamilu i wierszach, nie chcesz, to o Pawle i jego dziecku, nie chcesz, to może o koniach, które spłonęły w pożarze lasu, wiesz, opowiem ci o koniach i o lecie tamtego pandemicznego roku, choć z perspektywy czasu zdaje się, że wtedy panowała ciągła zima, to nie, lato było naprawdę upalne, i właśnie tamtego lata spłonęła stajnia. Opowiem ci o koniach, chcesz? Ale musisz iść, tak, musisz iść, krok za krokiem, musisz wraz ze mną uciec przed słońcem. Po prostu iść.

Kiedy patrzy się na pijaną przyjaciółkę, nie zwraca się uwagi na drogę. Szłyśmy przed siebie, głupia byłam, nie wzięłam pod uwagę złośliwości lasu, jego skłonności do metamorfoz.

Uświadomiłam sobie, że w pewnym momencie skręciłyśmy nie w tę ścieżkę i znalazłyśmy się, prawdopodobnie, w głębi lasu. Nie miałam pewności. Nela nieustannie kiwała się na boki i wisiała na mnie, dlatego musiałam się pomylić i teraz wylądowałyśmy w miejscu, którego nie kojarzyłam. Spróbowałam wsłuchać się w las, wychwycić ponad jego ciszą zbawienną cywilizację, ale nic nie słyszałam - żadnego szumu samochodów, co było na tyle dziwne, że poczułam się nieswojo. Przecież towarzyszył nam zawsze. Gdzie byłyśmy? Jak daleko stąd były Janowice i dom Neli?

W środku lasu upał wydawał się dotkliwszy niż nad rzeką. Ciasno rosnące drzewa i rośliny tworzyły jaskrawozielone ściany, zszyte gęstym ściegiem zasłony, a ścieżka stawała się coraz węższa i węższa, aż zupełnie znikła. Kiedy rozglądałam się wokół, widziałam wyłącznie pnie cienkich sosen, suchą trawę porastającą ziemię i ciągnące się między pniami pajęczyny, które oblepiały nasze ręce i twarze, jakbyśmy były muszkami złapanymi w pułapkę, zmierzającymi wprost w paszczę leśnego potwora.

- Masz coś do picia? Strasznie nawala mi głowa - powiedziała Nela.

- Nie bardzo.

- Serio, naprawdę nic?

- No nie - mruknęłam.

Teraz dopiero dotarło do mnie, jaką głupotą był powrót do Neli przez las i na dodatek niepilnowanie drogi, szczególnie w jej stanie i w tym upale. Przecież ona ledwo chodziła, w każdej chwili mogła się przewrócić. Co wtedy zrobię, przecież nie zdołam jej podnieść, nawet nie zdołam wezwać pomocy, nie potrafiłabym wytłumaczyć, gdzie jesteśmy. Kilometr, może dwa od Janowic. Za pięcioma pajęczynami, oblepione lepką siecią, w głuszy, której nie powinno tu być, osaczone przez włochatego potwora. Ale gdzie dokładnie? I w którą stronę teraz powinnyśmy iść?

Wyciągnęłam z kieszeni telefon i usiłowałam znaleźć nasze położenie w Google Maps, ale sygnał okazał się zbyt słaby, by przebić się przez gęste zasieki lasu i nas znaleźć. Przybliżałam i oddalałam widoczną na ekranie zieloną plamę, mogącą być równie dobrze każdym innym lasem, licząc, że zamieni się w nasz las - z błyszczącą niebieską kuleczką pośrodku, a więc mną - ale nic takiego się nie działo. Mokre od potu palce ślizgały się po wyświetlaczu, aż stwierdziłam, że to bez sensu, i schowałam telefon, wolałam, żeby się nie rozładował, bo to byłaby zupełna katastrofa.

- Wstań, proszę. Im dłużej tu siedzimy, tym gorzej - powiedziałam.

- Nie wstanę. Nie dam rady. Jak chcesz, to sobie idź. Możesz mnie zostawić. Trochę się prześpię.

- Nie mogę cię tu zostawić.

- Możesz! Ja i tak nikogo nie obchodzę.

- Proszę cię, wstań.

- Nie wstanę.

- No dobra - powiedziałam.

- NIE WSTANĘ!!! - zawołała Nela i oparła twarz o kolana.

- Przecież nic nie mówię.

Usiadłam obok niej. W ustach czułam coś gorzkiego, a ślina, którą usiłowałam przełknąć, stała się oleista i ciężka jak gruda ziemi. Wyobraziłam sobie, że obie z Nelą błąkamy się tutaj aż do nocy i w końcu, potwornie głodne i spragnione, bierzemy do ust ziemię, by wycisnąć z niej jakiekolwiek wartości odżywcze - przed oczami miałam przez chwilę ten obraz: nas, klęczących, drapiących palcami leśne poszycie i wkładających je sobie do ust, jak pradawne druidki, przedstawicielki wymarłego plemienia.

- Ja też czuję się niechciana - powiedziałam. - Witaj w klubie.

Nela milczała.

- Rodzice nawet się do siebie nie odzywają. Nie żeby się kłócili, po prostu nic do siebie nie mówią. Tata dorabia na ochronie w jakimś zakładzie i całe dnie milczy, a mama ostatnio oznajmiła, że wybiera się z koleżanką do Budapesztu. Poznała ją w internecie. Dziś poleciała. Nawet nie spytała, czy też chciałabym się z nią wybrać. Stwierdziła po prostu, że potrzebuje trochę odpocząć i że nie będzie wciąż nam usługiwać.

- Jezu. To też masz przesrane.

- Czasami się zastanawiam, po co w ogóle sobie mnie robili.

Miałam nadzieję, że Nela w końcu wstanie. Pupa mnie bolała od wbijających się w nią szyszek. Bardzo często myślałam o tej rozmowie, kiedy powiemy sobie wreszcie z Nelą, co kłuje nas w serca, będziemy wobec siebie szczere i oddane, i w mojej głowie wyglądała zupełnie inaczej. Uroczyście. Odświętnie. Jak w kościele. A skończyło się tak, że siedziałyśmy pośrodku lasu, wszystko mnie swędziało i lał się ze mnie pot, a Nela śmierdziała wódką i bełkotała.

I tak bardzo się o nią bałam. Tak bardzo waliło mi serce, to wprost niemożliwe, że może tak walić, szczególnie w takim upale.

- Jesteś bardzo pijana?

- Bardzo.

- A w skali od zera do dziesięciu?

- Dziesięć.

- Więc to, co mówisz, nie ma żadnego znaczenia?

- Niby dlaczego? Oczywiście, że ma.

- Podobał ci się ten Bartosz, ten obcy?

- Ten stary? Coś ty.

Uśmiechnęłam się i złapałam ją za rękę. Nie zabrała swojej. Przez chwilę tak siedziałyśmy, dotykając się, i nic innego się nie liczyło.

- Ale niedługo naprawdę musisz wstać.

- Nie wstanę, serio. Nie ma opcji.

Podniosłam się. Starałam się zapanować nad paniką, ale było to trudne, prawie niemożliwe. Scenariusze, które dotąd nie wydawały mi się prawdopodobne - na przykład śmierć - nagle zaczynały się jawić jako zupełnie realistyczne. W głowie przewijały mi się kolejne niepokojące slajdy z lekcji przyrody, na której nasza nauczycielka zaznajamiała nas z pojęciami takimi jak padaczka, wstrząs mózgu, szok termiczny. Patrzyłam na Nelę i wydawało mi się, że zaraz naprawdę coś się stanie.

Przez następne kilkanaście minut posunęłyśmy się do przodu zaledwie o kilkadziesiąt metrów. Nela wciąż się zatrzymywała i powtarzała, że musi się napić i że głowa jej pęka, i że to na pewno zła droga, i że prowadzę ją w jakąś pułapkę, i że ją tam zostawię.

Płakała, ale była tak odwodniona, że nie zdołała wycisnąć z siebie nawet jednej łzy. Płakała, skręcając się z rozpaczy, a jej twarz przypominała buzię lalki, na którą ktoś nadepnął. Serce mi kołatało, nakręcone i przerażone. Ledwo widziałam na oczy, wydawało mi się, że przed nami są jakieś postacie, czarne i małe, ludzi zrobionych z węgla i cienia. Przyszło mi do głowy, że to żołnierze walczący tutaj podczas I wojny światowej, gdzieś tu przecież leżeli, na leśnym cmentarzu. Gdybyśmy tylko go odnalazły, może wtedy udałoby się nam wezwać pomoc, mogłabym nawigować ratowników. Kiedyś, dawno temu, tata zabrał mnie na ten cmentarz i oglądałam porośnięte mchem nagrobki żołnierzy trzech armii, ale teraz nie widziałam żadnego cmentarza, tylko czarne, migotliwe sylwetki malutkich żołnierzyków, którzy stali przede mną i Nelą, pilnując przejścia. Minęłam ich, nie patrząc na nich nawet, miałam na tyle samozaparcia, by nie dać im tej satysfakcji - inaczej pomyśleliby, że współcześni ludzie nie potrafią przetrwać małego upału. Jednak problem polegał na tym, że czułam, że zaraz padnę, a Nela szła resztką sił, aż w końcu przewróciła się i poleciała przed siebie, na ziemię, przełamując zbyt słaby opór moich rąk.

- Jezu. Nic ci się nie stało? - spytałam.

- Strasznie boli mnie głowa.

Uklękłam obok i zaczęłam masować ją po głowie. Włosy wciąż miała wilgotne po tym, jak zmoczyła się w rzece. Pomyślałam, że te włosy mogłyby nas uratować, że mogłabym wycisnąć z nich wodę i wtedy z pewnością byśmy przeżyły, ona jednak oparła głowę o ziemię, a drogocenna wilgoć wsiąkła w poszycie, zostawiając nam jedynie suche gałązki, nasiona i samotnego pająka. Nela wyglądała teraz jak bogini lasu, do której lgną stworzenia, byłyśmy bezpieczne, przecież bogini lasu nie mogłaby umrzeć w lesie.

Mali żołnierze zniknęli, ale pozostawili po sobie ślady. Ślady końskich kopyt. Dotknęłam jednego z nich. Wstałam, niesiona nową energią. Ślady, ślady. Wyrastały przede mną, roiły się, jakby tylko czekały, aż ktoś zwróci na nie uwagę. Zacisnęłam powieki i ponownie je otworzyłam. Czyżbym wciąż miała omamy? Nie, naprawdę trafiłyśmy na ślad koni. Jakimś cudem dotarłyśmy do miejsca, przez które niedawno przeszło stado. Słowa, które wypowiadałyśmy, nie były bełkotem. Te słowa doprowadziły nas do koni. Wreszcie nam się udało.

- Wiesz, wydaje mi się, że widzę ślady końskich kopyt - powiedziałam.

- Chcę pić.

- Szło tędy stado koni, i to całkiem niedawno. Bardzo duże stado koni.

- Karo, naprawdę nie dam rady. Muszę się napić.

- Nela, wiesz, co to oznacza?

Brak odpowiedzi.

- Wiesz, co to oznacza. Że konie naprawdę istnieją, że naprawdę żyją, że to nie żadna baśń, ale prawda... Nela, przed chwilą ci o nich mówiłam i zobacz, udało nam się je znaleźć, wreszcie nam się udało.

Nagle wszystko wskoczyło na swoje miejsce, czyli tam, gdzie powinno być od zawsze. Konie przeżyły pożar, żyły w lesie, ale żeby spotkać ślady stada, trzeba się zgubić w lesie, zejść ze ścieżki, którą chodziłyśmy zawsze. To wszystko miało swój głęboki sens, naprawdę. Głęboki sens, którego nie potrafiłabym wytłumaczyć, a na pewno nie w tamtej chwili, ale generalnie sprowadzał się do jednego: nasze cierpienia są nasze, a pod nimi skrywa się coś więcej, czego na co dzień nie dostrzegamy.

Zaczęłam się modlić, licząc, że ktoś nam pomoże. Matka Boska, która mieszkała w kapliczkach pod lasem, mali żołnierze albo dzikie konie. Gdzie właściwie sypiają dzikie konie? Niech się pojawią tutaj i poniosą nas do domu Neli na swoich grzbietach.

Boże,

powiedziałam,

pomóż nam,

powiedziałam,

pokazałeś nam dzikie konie,

więc pokazałeś nam,

że można przetrwać własną,

powiedziałam,

śmierć, powiedziałam,

więc teraz pomóż nam ją przetrwać,

powiedziałam,

zdrowaś Mario,

daj nam konia albo anioła,

anioła na koniu,

konia na aniele,

anielskiego konia,

cokolwiek,

powiedziałam,

oprócz pająków,

powiedziałam.

Przepełniały mnie wiara i panika. Nela spoglądała na mnie z niedowierzaniem i szacunkiem, może wyglądałam jak święci na tych wszystkich obrazkach, które księża rozdają w kościołach. Święta końska. Niech będzie, że końska.

Modliłam się o pomoc, a ona nadeszła. Ktoś szedł w naszą stronę, dobiegły mnie dźwięki - trzaskającej gałązki, toczącej się po ziemi szyszki. Anioł, stwierdziłam i wiedziałam, że Bóg nas ocalił od śmierci w lesie, albo że ocaliło nas stado koni, zsyłając tu anioła.

Usiłowałam zawołać, ale odkryłam, że straciłam głos. Język przykleił mi się do tylnej ściany gardła, bezużyteczny kawał mięsa. Odkleiłam go z największym trudem i wrzasnęłam: POMOCY! Miałam wrażenie, że mój krzyk rozwiał się w duchocie, że nie miał szans, by przebić się przez ścianę lasu. Ale nie, po chwili ten ktoś, kto szedł, kogo sobie wymodliłam, zwrócił się ku nam. Zbliżał się, by nas uratować. Ten drwal, ten leśny bożek, ten anioł koński. Ten kochanek Marleny. Pomyślałam, nie wiem dlaczego, że osoba, którą zobaczę, to będzie kochanek Marleny i że z pewnością zobaczę Pawła, a wtedy Nela mnie zabije.

Zza drzew wyłonił się Kamil.

Poczułam coś niezwykłego, pierwszy raz w życiu coś takiego. To uczucie nie ma nawet nazwy. Rozpierające mnie energia i wiara, niemalże rozświetlające mnie od środka święte szaleństwo nagle ustąpiły, w jednej chwili światło zgasło, poczułam się tak, jakby owiał mnie, spoconą i szczęśliwą, zimny wiatr. Światło zacisnęło się na moim żołądku.

Kamil, nie w szkole, nie w domu, ale tu. Szedł w naszą stronę.

Dlaczego, dlaczego, dlaczego.

Ale to przecież niemożliwe.

Szedł w naszą stronę.

Podszedł do Neli, która leżała z głową opartą o ziemię, z czołem zadrapanym i czerwonym od piasku, igieł i gałązek, złapał ją za dłoń, przytknął palce do jej szyi, sprawdził, czy oddycha.

- Szłam odprowadzić Nelę do domu - powiedziałam. - Musi odpocząć...

- Chcesz odprowadzić ją w takim stanie?! Zwariowałaś?! I kto wam dał alkohol? Jesteś nienormalna?! Ona może się odwodnić!

- Nie masz prawa na mnie wrzeszczeć!

Poderwał się i mocno mnie szarpnął. Nela opadła na ziemię i znowu zaryła głową o piasek i gałązki.

- Zwariowałaś? Jesteś kompletną idiotką? Widzisz, jak ona wygląda? Jakby mnie tu nie było, to...

- Pomożesz mi ją zanieść do domu czy będziesz tak gadał?

- Nie może iść w takim stanie do domu, jej matka będzie na was wściekła. Musimy wymyślić coś innego. Kompletnie cię powaliło? Jezu, ona wygląda, jakby miała zaraz umrzeć, a ty chcesz ją tam zaprowadzić.

Byłam prawie pewna, że Kamil nie powinien tego robić jako nauczyciel i wychowawca.

Byłam prawie pewna, że Kamil...

Dlaczego nie do domu Neli, właściwie co mnie to obchodziło, ona mogła tu zaraz.

Nie, nie mogła.

Nie mogła.

Zaproponował, żeby przechować Nelę u naszego dziadka przez tych kilka godzin, aż wytrzeźwieje. Wziął ją w ramiona i z łatwością podniósł, a ja zarzuciłam sobie jej rękę na szyję. Ruszyliśmy przed siebie, krok za krokiem, jak przedziwne zwierzę, które przeżyło jakąś skomplikowaną operację, zwierzę z trzech ludzi, ponure, rozżalone, lecz drapieżne zwierzę.

Kamil nic nie mówił. Zerkałam w jego stronę co chwilę. Gdyby nie Nela, rzuciłabym się na niego z pazurami. Nie mogłam uwierzyć w to, co zrobił. Nie mogłam uwierzyć w to, co robił. Gdy drzewa się przerzedziły, na jego policzku pojawiła się krwista, czerwona plama. Zbliżał się wieczór, a słońce wiedziało, jak oznaczyć zbrodniarza.

Potwór o sześciu nogach wkrótce zdołał wyczołgać się z lasu. Szedł, kołysząc się ścieżką wśród łąk, aż ku domowi dziadka, zwracając uwagę nie ludzi, ale robali i wiatru, którego przecież prawie nie było.

No tak, świerszcze.

Można powiedzieć, że towarzyszyły nam świerszcze.

Stanisław

Paulina pożegnała się z koleżanką. Wreszcie, bo chciało mi się siku i czułem zmęczenie z powodu upału. Dziwna ta koleżanka - zamożna, a nerwowa. Chciała się pokazać z jak najlepszej strony i nie dać nam choćby cienia pretekstu, byśmy pomyśleli o niej coś złego, a zarazem była zakłopotana naszą wizytą. No i to zerkanie w głąb domu, jakby ukrywała w środku trupa. Ich krótka rozmowa kręciła się wokół banałów na temat Olka, jego Pampersów oraz owocowych tubek. W trakcie wizyty obudził się i Paulina zaczęła go karmić, a kobieta poszła zrobić nam kawę. Usiłowałem patrzeć wszędzie, byleby tylko nie widzieć wielkiej piersi, którą Paulina wyciągnęła ze stanika i podsunęła niemowlęciu.

Rzadko piłem kawę z ekspresu, właściwie wolałem zalewaną. No ale dobra, przecież nie zamierzałem robić problemu. Posłusznie wypiłem, uśmiechając się, choć tak naprawdę niewiele rozumiałem z ich rozmowy. Piłem jak najprędzej, wyczuwałem, że ta kobieta najchętniej by się nas pozbyła z domu. A Paulina nie przestawała gadać o pieluchach, tubkach i zabawkach dla dzieci.

Po kawie poczułem, że muszę do toalety, ale nie chciałem się narzucać. Czy Paulina nie widziała, że powinniśmy iść, że ta kobieta czuje się nieswojo w naszym towarzystwie? Zerknąłem do salonu i nabrałem pewności, że przed chwilą ktoś z niego wyszedł. Koc na kanapie leżał w nieładzie, rolety były zasunięte, w środku panowała podejrzana ciemność, a na stoliku kawowym stały dwa kubki z ledwo zaczętą herbatą. Sam składowałem kubki wszędzie, ale nigdy nie robiłem sobie dwóch herbat naraz, byłaby to zupełna ekstrawagancja.

- To do następnego - powiedziała Paulina na odchodne.

No wreszcie!, miałem ochotę zawołać.

- Do zobaczenia. I powodzenia, kochana - powiedziała kobieta.

- Do widzenia - stęknąłem.

I w końcu poszliśmy z powrotem. Bardzo chciałem się odezwać do Pauliny, ale bałem się, że powiem coś nie tak. Właściwie to ją polubiłem, chętnie dowiedziałbym się o niej czegoś więcej - co lubi robić, czego się obawia, co ją denerwuje, a co bawi. Tyle że ona była młodą dziewczyną, a ja starym dziadem i powinno mi wystarczyć, że w ogóle szła obok mnie tego dnia, przez rozpaloną upałem wieś - wreszcie do domu.

- No tak, miła kobieta - powiedziałem.

Nie wiem dlaczego, ale miałem ochotę nawiązać do spotkania z sąsiadką. Coś nie dawało mi spokoju.

- Dość miła.

- Dobrze odwiedzać sąsiadów.

- Tak! Od czasu do czasu.

- Wszystko dobrze?

- Tak, dobrze.

- Bo wydawało mi się, że coś cię zasmuciło.

Tak naprawdę miałem wrażenie, że coś ją rozczarowało, ale to słowo wydawało mi się zbyt wyszukane, mogłoby popsuć naszą rozmowę.

- Po prostu... Nie będę panu kłamać, spodziewałam się, że spotkam u Marleny kogoś jeszcze.

- Więc nie chodziło tylko o odwiedziny?

- No, szczerze mówiąc, nie.

- Tak przeczuwałem.

Szliśmy dalej, nie odzywając się do siebie. Kogo takiego miała nadzieję tam zobaczyć? Bardzo mnie to ciekawiło, ale oczywiście zdawałem sobie sprawę, że raczej się nie dowiem. Gdy zbliżaliśmy się do mojego domu, poczułem żal, że będziemy musieli się rozstać, i szukałem w sobie słów, które mogłyby przekonać Paulinę, by została ze mną jeszcze chwilę. Wtedy pomyślałem o pustym domu i ogrodzie, coraz bardziej zarastającym trawą i chwastami, pełnym kwiatów, które uschły, niepodlewane ani przeze mnie, ani przez deszcz. Pomyślałem o kilku szpakach, które mnie niekiedy odwiedzały, lądując w gałęziach czereśni, o muchach, które niosą na odnóżach dziwne wspomnienia, o zdjęciach żony na regale, o alkoholu, którego starałem się nie pić, i o paru innych sprawach - i stwierdziłem, że nie mam prawa do niczego Pauliny namawiać.

Przystanęliśmy przed furtką, kiedy nagle dobiegł nas przeraźliwy wrzask Olusia. Wyrwany ze snu płakał tak strasznie, jakby właśnie obdzierano go ze skóry. Zerknąłem do wózka, ale w środku leżało zwykłe dziecko, wciąż pokryte różową skórą, może trochę czerwone, jednak bez widocznego na wierzchu mięsa.

- Muszę go nakarmić. Prawdopodobnie za mało zjadł - powiedziała Paulina.

- Dobrze.

- W takim razie mogę wejść?

- Możesz, tak.

Szedłem za nią, aż w końcu się zatrzymała i pozwoliła mi się wyprzedzić. Wskazałem altankę i dom. Wybrała altankę.

Usiadła z dzieckiem na ławce i zaczęła karmić. Postanowiłem się oddalić, z oczywistych powodów - czułem się niezwykle skrępowany. Zerknąłem na obraz Tadka, stojący tam, gdzie go zostawiłem, i znowu ogarnęło mnie coś nieokreślonego. Ponura konieczność śmierci została przełamana przez bijące od obrazu światło, namalowane ręką Tadka konie lekko się poruszyły.

Brązowa plama,

czarna plama,

brązowa plama,

powiedziałem,

brązowa plama,

czarna plama,

powiedziałem.

Liczenie koni, rozpoznawanie plam pozwalało mi odzyskać spokój. Miałem osiemdziesiąt lat. To wszystko zaczęło się tak dawno temu, że trudno było w to uwierzyć - że jedna osoba może widzieć tak różne, tak niepasujące do siebie rzeczy.

Jak ten Niemiec.

Wie heißt du, Junge?

I ten obraz. Jak to możliwe, że Tadek namalował coś tak wspaniałego i nikomu nie powiedział? No tak, sztuka, stwierdziłem, nigdy nie wiadomo, czy to, co się stworzyło, ma jakąkolwiek wartość. Prawdopodobnie się bał, że ludzie go wyśmieją, powiedzą mu: ćwoku, obdartusie, zasrańcu, weźże się za robotę jakąś, zamiast obrazki malować, i co ten obraz w ogóle przedstawia, co to, brązowa plama, czarna plama, brązowa plama, weźże się, powiedzieliby może ludzie i on się tego bał. I może bał się, że to nienormalne, że on - ćwok, obdartus, mężczyzna, mąż, ojciec - idzie do piwnicy i maluje ten obraz, te konie na łące. Może wolał, by ludzie myśleli, że siedzi tam z butelką. Picie nie ma większego sensu, nie przynosi pożytku ani pieniędzy, właściwie to czynność radośnie bezcelowa. Ze sztuką tak samo, więc po co się męczyć?

Tyle lat się spotykaliśmy, przyjaźniliśmy nawet, a nic nie wiedziałem o jego pasji. I ani razu nie rozmawiałem z nim, teraz tak to czułem, o niczym ważnym, nawet o koniach. Po prostu przychodził tu do mnie i milczał albo gadał o głupotach.

Postanowiłem przygotować grilla. Paulina wciąż siedziała pod altanką, pomyślałem, że może zje kiełbasę albo kaszankę, a może przyjdą goście, to też akurat będę miał ich czym poczęstować. Wysypałem brykiet, rozpaliłem ogień, dokładając drewienka, i poszedłem do lodówki po kupione przez Bożenę mięso. Właśnie kładłem je na tackach, kiedy coś usłyszałem - odwróciłem się, przede mną stali Kamil i Karo. Nie spodziewałem się ich dziś zobaczyć, a przyszli. Wydawali się zasapani i zmęczeni, prawdę mówiąc, Karo była cała brudna, ręce i policzki miała czarne od ziemi, a we włosach liście i pajęczyny.

- Hej, dziadku - powiedziała. - Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.

- Właśnie, wszystkiego dobrego - dodał Kamil.

Wręczył mi Ptasie Mleczko. Pocałowałem ich w policzki i powiedziałem, że robię grilla i że Bożena kupiła mięso, i że mam nadzieję, że zostaną, i że bardzo im dziękuję, że mnie odwiedzili. A Ptasie Mleczko położyłem na stole.

- Jasne, zostaniemy - powiedział Kamil.

- Dziadku, muszę ci coś powiedzieć - odezwała się Karo.

- No?

Czekałem w napięciu, przełknąłem ślinę; bałem się, że zaraz powie coś bardzo poważnego, taką miała minę, coś, co mnie złamie, a razem ze mną i ją, i nas wszystkich. Zaczęła coś tłumaczyć, ale tak nieskładnie, że nie mogłem zrozumieć. Nela? Łóżko? Chora. To usłyszałem, ale nie umiałem tych słów połączyć w całość.

- Chodzi o to... - przerwał siostrze Kamil. - Dziadku, chodzi o to, że koleżanka Karo bardzo się zmęczyła i położyła się w twoim łóżku. Musi trochę odpocząć. Karo ma nadzieję, że nie będziesz się gniewał.

- No ale dlaczego miałbym się na was gniewać?

I wtedy Karo podeszła, by mnie uścisnąć. Rozwarłem ramiona, a ona przylgnęła do mnie i mojego brzucha, spocona i brudna, pachnąca truskawkowymi perfumami i lasem.

- Muszę zanieść mięso na grilla, kochanie - powiedziałem.

- W porządku, dziadku. Ja sprawdzę, co tam u koleżanki.

- Jasne, sprawdź. Jak będzie głodna, to powiedz, że robię grilla.

I poszedłem na zewnątrz z mięsem na tacce. Szczerze mówiąc, od lat nie przeżyłem takiego dnia. Od śmierci Ludwiki przynajmniej.

Już kontakt z Pauliną, młodszą ode mnie o pięćdziesiąt parę lat, wprawił mnie w zakłopotanie, a tu się okazało, że Karo położyła w moim łóżku jakąś koleżankę. Oby wstała do wieczora i poszła do siebie, inaczej będę musiał ją wyprosić. Albo może położę się w drugim pokoju, tyle że rodzice tego dziecka i tak nie będą zapewne zadowoleni z tego, że tu spała.

Odebrałem kilka telefonów. Zapowiedzieli się Paweł, mój zięć Robert, Alicja, żona Tadka, i pewien kolega o imieniu Stefan, którego nie widziałem ze sto lat. No tak, nie spodziewałem się takiego dnia, na pewno nie. Gdy wstawałem rano, sądziłem, że będzie to kolejny rozczarowujący dzień mojej dennej starości. Widocznie to przez tę pszczołę, która zamieszkała we mnie, albo może ten obraz tak działał.

Może znalazłem się w świecie tego obrazu i dlatego wszystko działało na opak. Ale dobrze, podobało mi się to. To świat urodzin, nie śmierci. Świat koni.

Brązowa plama,

czarna plama,

brązowa plama,

powiedziałem,

patrząc na skwierczące mięso.

Kamil podszedł do obrazu.

- Co to takiego? - spytał.

Powiedziałem, że to obraz Tadka, namalowany dla babci, ale babcia tego obrazu nie widziała, bo nie zdążyła zobaczyć, a dziś postanowiłem, że go wyjmę, ponieważ spotkałem żonę Tadka, Alicję, na cmentarzu i stwierdziłem, że musi się dowiedzieć o swoim mężu czegoś, co dotąd wiedziałem tylko ja, nikt inny.

- Jak tam, podoba ci się? - zagadnąłem Kamila, bo kto jak kto, ale on na pewno znał się na sztuce.

- No, bardzo mi się podoba, ale to naprawdę ten Tadek namalował?

- Naprawdę, wiem, że trudno w to uwierzyć.

- Ten obraz ma w sobie coś... No nie wiem, coś realnego.

- Realnego? Może... Może i tak.

- Chodzi mi o to, że świat na obrazie nie wydaje się namalowany, ale prawdziwy.

- Równie prawdziwy, co świat wokół nas.

- No właśnie.

- I te konie wyglądają jak żywe.

- Chociaż to plamy. Brązowa plama, czarna plama...

- Brązowa plama - przerwał mi. - Tak. Ale przez tę plamistość... w sensie przez tę abstrakcję obraz wydaje się mimo wszystko realny.

Nigdy nie spodziewałbym się, że będę rozmawiał z moim wnukiem o obrazach, właściwie do dziś z nikim nie prowadziłem takich rozmów. No ale przecież Kamil był poetą, może dlatego rozumiał Tadka - też artystę, jak się okazało.

Przyszła Karo i trochę popatrzyła na obraz, a potem poszła do domu po koc i rozłożyła go na trawie, by usiąść na nim z Pauliną i Olusiem, który trochę się rozbudził i leżał teraz między nimi, i podnosił główkę to na matkę, to na ciotkę.

- Uwaga na mrówki! - zawołałem i pomachałem im rożnem.

Basia

Dzwonił Artur. Pierwsze połączenie zignorowałam, ale zadzwonił znowu. Telefon wibrował, wprowadzając nasz stolik w drżenie. Zerknęłam na ekran, na imię Artura i na dwie słuchawki - czerwoną i zieloną. Uśmiechnęłam się przepraszająco, Aga zaś triumfująco i kiwnęła mi głową, żebym odebrała, więc wstałam, mrucząc, że to pewnie coś związanego z pracą.

Artur przeprosił, że musiałam iść do sądu, że zrzucił to na mnie bez zapowiedzi, powiedziałam, że nic się nie stało i że piję kawę z koleżanką, a on powiedział, że musiał odebrać dziecko, bo oczywiście te tępe przedszkolanki każą tak robić od razu, gdy tylko któreś zakaszle, a jego żona nie odbierała telefonu, zrobiła to umyślnie, chociaż wie, jaką Artur ma pracę i że nie może sobie tak po prostu z niej wychodzić, gdy tylko mu się zachce, to niemożliwe, bo przecież ma terminy i sprawy w sądzie, dlatego tak bardzo mi dziękuje, bo przecież mogłam się nie zgodzić, powiedzieć, że nie pójdę, że jestem nieprzygotowana, a jednak poszłam.

Tak, odpowiedziałam.

Dlaczego ona mi to robi, zastanawiał się Artur, dlaczego wciąż robi mi na złość, sam nie wiem, mówił, czy coś poza dzieckiem w ogóle nas łączy, może nic poza dzieckiem między nami nie ma, ale przecież dziecko to dużo, mówił, ale i mało, więc mimo że wszyscy uważają nas za cudowną parę, i my też się za taką parę niekiedy uważamy, mimo że niczego nam nie brakuje

skrzywiłam się

to łączy nas tylko dziecko, oprócz kredytu, ale niebawem się go pozbędziemy, i w takich chwilach jak ta, która zdarzyła się dziś, naprawdę się zastanawiam, kontynuował, czy ona mnie kocha, czy też szuka okazji, by mi dopiec, bo przecież wiedziała, że nie mogę wyjść z pracy, a mimo to nie odbierała telefonu z przedszkola, może miała klientkę, pacjentkę, powiedziałaby, ale klientkę, przecież to kosmetolożka, bez przesady, powiedział Artur, może i tak, ale mogła przeprosić i odebrać dziecko, a tego nie zrobiła, dlatego dziękuję ci, że poszłaś na tę rozprawę, i proszę cię, jeśli to możliwe, by to pozostało między nami

znowu się skrzywiłam

nikomu nie mów, powiedział, bo mogłoby to zostać źle odebrane, gdyby ktoś z partnerów dowiedział się, że nie poszedłem na rozprawę i wlepiłem ją tobie, powiedział, na ostatnią chwilę.

Dzwonisz po to, by się upewnić, że nikomu nic nie powiedziałam?, spytałam.

Nie tylko po to, zapewnił, chciałem po prostu dowiedzieć się, co u ciebie, i przeprosić, przecież cię przeprosiłem.

Nie martw się, nikomu nic nie powiem.

Nie o to mi chodzi, rzekł.

Nie martw się, nikomu, nikomu nic nie powiem.

No dobrze, w takim razie dziękuję ci, powiedział, i przepraszam cię.

Za co mnie przepraszasz?, spytałam.

No, za tę rozprawę, powiedział.

Nic się nie stało.

Jeszcze przepraszam cię, jeśli zrobiłem coś złego i masz do mnie o to żal, też cię za to przepraszam, powiedział.

Nic się nie stało, powiedziałam.

Nikomu nie powiem, w porządku, nie chcę, by to się rozeszło po biurze.

Ja też nie chcę, powiedziałam.

Jest coś takiego, że chce ci się płakać, i powieki robią się ciężkie, a łzy zbierają się w kącikach oczu, ale nie płaczesz, bo nie możesz, jak zaczniesz płakać przed kawiarnią, na środku Piotrkowskiej, to wszyscy będą na ciebie patrzeć i od razu wydadzą ocenę, że tak się zdarza, nie wszyscy mogą być szczęśliwi, a ona widocznie zrobiła coś źle, więc teraz płacze, trudno, i jak najszybciej spuszczą wzrok.

Powinnam powiedzieć mu, że powiem, że powiedziałam Matiemu, Simonie i Elizie Olbracht, że wszyscy wiedzą, i że powiem też więcej, powiem Matiemu, Simonie, choć oni się domyślają, ale także innym, którzy się nie domyślają, i może kosmetolożce też powiem, umówię się na brwi, na wstrzyknięcie botoksu i potem, na odchodne, powiem, zamiast milczeć, to powinnam mu powiedzieć. I powinnam powiedzieć, że powiem, to zaczęło się od ciebie, nie ode mnie, to zaczęło się od ciebie, chciałam cię ignorować, ale odwoziłeś mnie do domu, powinnam powiedzieć, że powiem, odwoziłeś mnie do domu i pocałowałam cię w usta, pocałowałeś mnie w usta, powiedziałam ci o Kamilu, rodzicach i bracie, siedziałam z tobą dwanaście godzin dziennie w kancelarii, nie kochałam cię, po prostu wąchałam cię przez dwanaście godzin dziennie, to można czasami pomylić z miłością.

Wróciłam do stolika, a potem pożegnałam się z Agą, która zrozumiała, że muszę przez chwilę pobyć sama, bo nie wiem, co ze sobą zrobić, i powiedziała, że musimy się umówić znowu i że też musi lecieć, usiądzie na chwilę przed laptopem, dokończy coś, co robiła w pracy.

Dopiłam kawę i zapłaciłam za siebie, jak zawsze absurdalnie dużo, a potem wyszłam. Skręciłam w lewo, w Pasażu Rubinsteina, na ławkach siedzieli młodzi ludzie wpatrzeni w swoje telefony oraz dostawcy Uber Eats, też wpatrzeni w swoje telefony, tyle że z większymi plecakami niż tamci, ale znalazła się również ławka dla mnie, usiadłam i patrzyłam na dziwną rzeźbę, brudną nimfę albo syrenkę z obwisłymi piersiami, pewnie matkę, kamienną matkę kamiennych dzieci, które ją opuściły, a ona została, zamieniona w kamień i wystawiona na spojrzenia przechodzących tędy ludzi, i miała tylko wierne gołębie, które ją obsiadły, głowę i ramiona, i kolana, i siedziały tak, chroniąc jej nagość, osłaniając ją przed ludźmi i światem, czekając, aż się obudzi i wynagrodzi swoich towarzyszy w niedoli.

Szłam śladem kamiennych rzeźb oraz ich strażników, wiernych gołębi. To musiało coś oznaczać. Może powinnam iść do psychoterapeuty i go spytać, przecież to nienormalne, że wciąż natrafiałam na kobiety z kamienia i gołębie, musiało się w tym kryć coś dziwnego, czego nie rozumiałam, bo jak zwykle nie dostrzegałam tego, co miałam przed oczami.

Przez te tygodnie poprzedzające rozpad naszego związku, odejście Kamila, za które sam się obwiniał, co wyjaśnił mi potem w kilkudziesięciu wiadomościach na Messengerze, na które nie odpisałam, bardzo często pisałam z Arturem i spotkałam się z nim raz albo dwa. Ale Kamil nic nie wiedział o mnie i o Arturze, nie mógł się dowiedzieć o naszej bliskości, wtedy wpadłby w jeszcze większą rozpacz, w jego oczach wyglądałoby to tak, jak gdybym rzeczywiście wybrała mężczyznę z pozycją i pieniędzmi, ze wszystkim, czego Kamilowi, w jego mniemaniu, brakowało. Nie rozumiałam, dlaczego ode mnie odszedł. Nie potrafiłam tego zrozumieć.

Ten dzień miał w sobie coś z miesiąca albo roku. Wstałam i podeszłam do nimfy. Dla ciebie, pomyślałam, czas nie ma znaczenia. Jesteś z kamienia i nawet jeśli cię porysują albo zniszczą, to i tak nic się nie stanie, bo to tylko powłoka, która się nie liczy. Jesteś nimfą z kamienia i pewnego dnia obudzisz się, by nagrodzić swoje gołębie.

Nadchodził wieczór. Dzień chylił się ku końcowi, jak zwykle, a wszystkie moje problemy stawały się przez to drobne jak zwierzęce kości, które stanęły mi w gardle. Ja sama stałam się podobna do małego zwierzątka, z perspektywy czerwonego słońca, promieni skapujących na ulicę Piotrkowską, przenikających przez ściany, rozpalających je na moment, krzepnących w szkle i odbijających się w metalu, nie znaczyłam nic.

Ludzie zastygali, rozgrzani i rozdrażnieni w zetknięciu z chłodem, jak gdyby w jednej chwili uświadamiali sobie, jacy są banalni i podobni do chodzących płatów mięsa, i że noszą ze sobą krążącą pod skórą krew, trzymającą ich przy życiu, nienależącą do nich, ale do dzikiego, mrocznego świata, który opuścili dawno temu. Strząsali z siebie to odczucie, szli dalej, na przystanki tramwajowe i do samochodów, by wrócić do swoich łóżek w oddalonych od centrum dzielnicach, położyć się i nabrać sił przed kolejnym dniem odgrywania spektaklu.

Zawiał wiatr. Szłam, obejmując się rękami, szumiało mi w głowie. Skręciłam w Kościuszki, minęłam kebab i ormiańską restaurację, przed którą stało kilku brodatych mężczyzn i paliło papierosy. Zupełnie nie wiedziałam, dokąd pójść i co zrobić. Bałam się, że zawsze będę samotna, że spędzę życie, kłócąc się z matką i jeżdżąc tramwajami po Łodzi, aż w końcu pod któryś wpadnę i umrę, a wtedy kosmetolożka, scrollując przed wizytą pacjentów, przeżyje szok i zadzwoni do Artura, mówiąc mu, żeby na siebie uważał, bo tramwaje wymykają się spod kontroli, zmieniają swoje ścieżki, buntują się.

Wtedy właśnie zobaczyłam idącego w moją stronę Pawła. Brat Kamila wyglądał na człowieka, który bardzo potrzebuje się upić. Nie widział mnie i gdybym przyczaiła się przy ścianie kamienicy, z pewnością by mnie nie dostrzegł. Mogłam schować twarz w cieniu, ale nie zrobiłam tego.

- Paweł! Paweł, cześć! - zawołałam.

Wydawał się przerażony, jakby ukazała mu się zjawa.

- Cześć, miło cię widzieć - powiedział. - Co u ciebie?

- W porządku. Wracam właśnie ze spotkania z przyjaciółką. Wiesz, ploteczki.

- No tak, ploteczki. Ja akurat zbieram się do domu. Już późno.

- No tak, zrobiło się późno. Jak tam dzidzia?

- Dzidzia? No super, super. Chcesz, pokażę ci zdjęcie.

Wyciągnął telefon i pokazał mi zdjęcie, pierwsze z brzegu.

- Jak urósł - powiedziałam. - A co u Kamila?

- No wiesz. Jak to u Kamila. Nie za dobrze, szczerze mówiąc.

- Nie? A coś się stało?

- Właściwie to nic. No wiesz, mieszka z rodzicami. Jest trochę przybity.

Przez chwilę oboje milczeliśmy.

- Jak chcesz, to mogę cię gdzieś podwieźć. Tylko muszę iść.

- A wiesz, jakbyś mógł.

- Mogę cię zawieźć nawet do Janowic, jeśli byś chciała się z nim spotkać albo coś. Ale pewnie nie chcesz. Chociaż może chcesz. To co, zabrać cię?

Czemu to zaproponował? Dlaczego sądził, że bym chciała?

Zgodziłam się, bo przecież chciałam. Minął nas tramwaj i uśmiechnęłam się szeroko, szczęśliwa, że nie będę musiała wracać nim do mieszkania, szukać serialu i szeroko otwierać okna, a potem denerwować się z powodu komarów.

Poszłam za Pawłem do samochodu. Tak trudno mi opisać, co czułam; czerwcowe łaskotanie, oszołomienie z powodu nadarzającej się okazji, nagłej zmiany kursu, jakbym przed czymś uciekła. Łódź pachniała kwitnącymi drzewami, nadchodzącym wieczorem. Podskoczyłam, zerwałam wiszący nisko liść i zgniotłam go w dłoni.

Karo

Była to z pewnością najgorsza impreza, na jakiej kiedykolwiek się znalazłam, ale musiałam tu siedzieć ze względu na Nelę śpiącą w pokoju dziadka i ze względu na nasze matki, zupełnie od siebie różne, ale zapewne zgodne, że nie wolno nam się upijać nad rzeką, i ze względu na dziadka, bo skończył osiemdziesiąt lat, i ze względu na Kamila, bo musiałam go pilnować - wiadomo dlaczego.

Zrobiło się chłodno, skuliłam się, a dziadek poszedł do domu i przyniósł mi stary polar babci. Włożyłam go na siebie i od razu poczułam ciepło, którego się zawstydziłam, i zapach babci, który napełnił mnie spokojem.

Jak to możliwe, że wciąż trzymał się na tym polarze?

Zadrżałam. Zadrżałam z ciepła.

Zastanawiałam się, co zrobi Nela, kiedy wreszcie się obudzi. Jak bardzo wścieknie się, że sprowadziłam ją do domu dziadka i położyłam w jego łóżku. Pewnie rozpowie w szkole, że spała pod wielką Madonną albo Pietą, kto to może wiedzieć, i czuła się jak w świątyni księdza pedofila. Z pewnością tak powie, a wszyscy uznają to za świetny żart, chociaż go nie zrozumieją.

Paulina przestała udawać, że chce wrócić dzisiaj do domu, przebrała synka, a ja patrzyłam, jak podciera mu pupę. Nikt oprócz mnie nie zwrócił na tę operację większej uwagi, wszyscy tylko się śmiali, kiedy znowu zaczął wrzeszczeć. Pomyślałam, że nigdy nie zdołałabym poradzić sobie jako matka, już teraz nie miałam na nic siły, a co dopiero gdybym musiała opiekować się dzieckiem.

Kamil denerwował się czymś. Zapewne Marleną. Jadł kiełbasę, ale bez przekonania. A przecież prawdopodobnie od rana nie miał nic w ustach, powinien zgłodnieć. Pomyślałam, że go nienawidzę, i zaczęłam w myślach robić listę, za co. Za to, że kazał mi tu przyprowadzić Nelę. Za to, że ośmielał się mnie strofować. Za to, że pisał wiersze. Za to, że został polonistą w mojej szkole. Za to, że w ogóle wrócił do Janowic.

Jeśli naprawdę masz z nią romans, myślałam sobie, to cię zabiję. Jeśli spotykasz się z matką mojej najlepszej przyjaciółki, to jesteś największym zerem, jakie urodziła ta ziemia. Jeśli to robisz, to jesteś pośrednio winny temu, że ona leży w pokoju naszego dziadka i że doczołgała się tu ledwo żywa.

Nela, Nela, obudź się wreszcie,

pomyślałam.

nie, nie budź się,

pomyślałam,

rano zaprowadzę cię do szkoły

i powiem Marlenie, że spałaś u mnie,

bo to prawda, prawda?,

i powiem, że ma cię nie karać,

bo wiem, z kim spała ona,

pomyślałam.

Tata nawet nie spostrzegł, że coś się dzieje. Odkąd przyszedł i przywitał się z dziadkiem, nie powiedział ani słowa. Oprócz niego wpadli też Stefan, kolega dziadka z zakładu, i Alicja, żona pana Tadka. Honorowe miejsce za stołem zajął obraz. Muszę przyznać, że mi się podobał. Przyciągał wzrok i chociaż usiłowałam na niego nie patrzeć, to i tak patrzyłam, dzięki temu nie patrzyłam na telefon i nikt nie zwracał mi uwagi, że to robię.

Plama, plama, plama.

Koń = plama.

Gdyby tylko pan Tadek nie umarł, mogłabym go spytać, czy naprawdę je widział, czy tylko je sobie wyobraził. Widziałam ślady koni w lesie, modliłam się do nich i prosiłam o pomoc, a one przysłały mi Kamila. Widziałam ich ślady, ślady kopyt, a teraz otrzymałam potwierdzenie, że ktoś, kto co prawda nie żył, też je widział. I dzięki temu, że widział konie, dzięki koniom siedział tu z nami, za pośrednictwem swojego obrazu, ale zawsze.

Mój telefon zawibrował. Wyciągnęłam go z kieszeni, sądząc, że to Nela, zdezorientowana i wściekła, bo obudziła się w obcym domu, w łóżku pachnącym starym dziadem, a w szafce obok znalazła szorstkie skarpetki, ale to był Bartosz znad rzeki. Bartosz Tkaczuk. Odpisałam niemal natychmiast. Odpowiedział po chwili. I znowu napisałam, i znowu odpisał.

Cześć Tu Bartosz

Hej

Słuchaj jakbyś chciała do mnie wpaść to wiesz gdzie mieszkam

Że dzisiaj?

No a dlaczego nie? Urwij się i przyjdź

No dobra chyba mogę Tylko dziadek ma urodziny więc wiesz

No nie wiem Przecież nie będziesz tam siedzieć do nocy ha ha

Wszyscy tu są mój tata i brat np No ale mogę przyjść w sumie

To czekam tylko nie mów że idziesz do mnie Albo powiedz wszystko jedno ha ha

Nie no nie będę mówić

Coś wymyślę

To czekam

OK

Nie widzieli, że w ogóle z kimś pisałam, skupieni na opowieści tego starszego pana, kolegi dziadka, o innym starszym panu, wędkarzu, który się utopił. Tylko namalowane konie mnie obserwowały i gdy spojrzałam na nie, nabrałam pewności, że wiedzą dobrze, dokąd zamierzam pójść, i potrząsają swoimi łbami, jakby chciały upodobnić się do mojej matki, by przestrzec mnie przed wstaniem od stołu. Sama wiedziałam, że nie powinnam do niego iść, ale chciałam do niego iść.

- Przepraszam - odezwałam się w końcu. - Idę sprawdzić, co u Neli.

Nie zwrócili na mnie uwagi, zaprzątnięci wędkarzem. Tylko tata złapał mnie lekko za rękę i spytał, czy dobrze się czuję. Jesteś blada, powiedział. Dobrze, w porządku, mruknęłam. Na pewno?, spytał. Tak, powiedziałam. Stałam obok niego, a on trzymał moją rękę w swojej, aż w końcu ją puścił. Nigdy się z nim nie kłóciłam, prawie w ogóle z nim nie rozmawiałam, może dlatego. Kłóciłam się raczej z mamą.

- A co ta Nela w ogóle tu robi? - spytał.

- Po prostu źle się poczuła i odpoczywa w domu - odpowiedziałam.

- Może powinnaś zadzwonić do jej mamy? Albo do mamy, może ma do niej telefon?

- Mama przecież...

- Ale ma tam zasięg.

- No to możesz zadzwonić.

Tata wyciągnął telefon z kieszeni, ale zaraz odłożył go obok swojego talerzyka, na którym widniał bohomaz z ketchupu i musztardy.

- Dobra, idź, ale zaraz wróć.

- Okeeeej.

Wdrapałam się na górę. Nela wciąż spała, ale niespokojnie. Obracała się przez sen i mamrotała, a kiedy zbliżyłam twarz do jej twarzy, poczułam duszący odór alkoholu. Spocona i gorąca, włosy na czole posklejane, oczy opuchnięte, wcale nie taka ładna, jak sądziłam. Boże, dlaczego w ogóle o tym pomyślałam, byłam naprawdę złą przyjaciółką.

Znalazłam w szafie dziadka koc i przykryłam ją, by trochę zadośćuczynić za swoje okropne myśli. Usiadłam obok i dotknęłam palców Neli. Rozprostowałam je i splotłam ze swoimi. Bawiło mnie, że nie może zaprotestować. Podniosłam nasze splecione dłonie i położyłam je na piersi Neli, która unosiła się i opadała, jakby tuż pod nią szalało morze. Rozplotłam nasze palce i ręka Neli opadła wzdłuż ciała, a ja wskazującym palcem wyznaczyłam niewidzialny obrys wokół jej unoszącej się piersi. Granicę morza. Zacieśniłam tę granicę, aż dotarłam do samego sutka, to znaczy miejsca na bluzce, pod którym zapewne się ukrywał. Bezludnej wyspy. Nela obróciła się na bok i westchnęła głośno, natychmiast cofnęłam rękę przerażona, ale ona jedynie wystękała coś przez sen. Maba, Maba, powiedziała. Odgarnęłam jej włosy i odsłoniłam ucho. Tylko mi się wydawało, że jest brzydka. Nela była piękna. Podobna do kruchego posągu, wyglądała jak istota z innego świata. Pochyliłam się i pocałowałam ją w ucho, na początku ledwie muskając płatek wargami, a potem mocniej, aż wsadziłam język do małżowiny, zabrałam sobie sól, a zostawiłam ślinę.

- Niebawem wrócę - obiecałam. - Nie bądź na mnie zła.

Na dom Tkaczuków nie zwracałam dotąd większej uwagi, ale wiedziałam, gdzie mieszkają. Stał w głębi podwórka, zasłonięty przez wysoką wierzbę. Teraz dopiero uświadomiłam sobie, jak bardzo różni się od innych domów we wsi; wykonany z drewna, z czarną papą na dachu, starymi oknami i lichą bramą, nie budził sensacji tylko dlatego, że ludzie nauczyli się nie patrzeć na to, co brzydkie, ignorować to i w ten sposób zmuszać do nieistnienia.

Przed bramą Audi, które wyglądało na stare, okna domu po brzegi wypełnione żółtym, lejącym się światłem, na podwórku czarne kocisko. Stanęłam obok samochodu i zerknęłam do środka. Zdziwiła mnie pedantyczna czystość wnętrza. Auto człowieka, który bardzo lubi auta. Albo auto człowieka, który mieszka w aucie.

Po chwili drzwi domu otworzyły się, ze środka wyszedł Bartosz. Stanął pod wierzbą i pomachał do mnie, zawołał, bym pchnęła furtkę. Gdy weszłam na podwórko, poczułam na policzku smagnięcie zimnego wiatru. Wierzba, dziwnie szlachetna i przez to niepasująca do tego miejsca, otaczała Bartosza swoimi witkami, jakby chciała powiedzieć, że wzięła go sobie za syna. Gdy znajdę się w pobliżu, pomyślałam, Bartosz zamieni się w wierzbę. Teraz dopiero spostrzegłam, ile ma lat. Jego twarz wyglądała na starą i zmęczoną, a od momentu, kiedy się widzieliśmy, zdążyła pokryć się cieniem zarostu. Twarz wierzbowego syna, pomyślałam, powinnam stąd uciekać, pomyślałam.

- Hej! Przyszłaś.

- No tak.

- Cieszę się. Jak tam urodziny dziadka?

- Strasznie się wynudziłam.

- No nie dziwię ci się. Wchodzisz?

- Jasne.

Wnętrze domu, ciasne i ciemne mimo zapalonych świateł, przypominało graciarnię. Na półkach mnóstwo rzeczy, butów, szczotek, narzędzi, starych kalendarzy, garnków. Wszystko kładzione byle gdzie. Zupełnie odwrotnie niż w schludnym Audi.

Bartosz poprowadził mnie do swojego pokoju, jakby wstydził się tego, co mogę zobaczyć, jeśli będę za długo się rozglądała. Przeszliśmy obok kuchni i dużego pokoju, w którym dostrzegłam jakąś postać - zgarbioną i skurczoną, siedzącą na fotelu naprzeciwko włączonego telewizora, oświetloną jego bezbarwnym blaskiem. Lorda Voldemorta pozbawionego mocy.

- Chodź - powiedział Bartosz i pociągnął mnie do siebie.

Jego pokój wyglądał nie mniej schludnie niż wnętrze jego samochodu, ale miał w sobie coś niepokojącego, coś, co sprawiało, że kojarzył się z celą. Był pusty, nie licząc biurka i stojącej pod gołą ścianą wersalki, na której usiedliśmy. Patrzyłam przed siebie, by nie patrzeć na Bartosza. Na pustą ścianę, a na niej na kwadraty wyblakłej farby po obrazkach, które ktoś tu zawiesił, a potem zdjął. Mogłam je sobie wyobrazić. Komunia święta Bartosza, dyplom ukończenia podstawówki Bartosza, bierzmowanie Bartosza.

Na biurku miał Colę i szklanki. Więc przygotował się, wszystko zaplanował. Nalał mi Coli i wręczył szklankę, siadając nawet bliżej niż wcześniej.

- Może chcesz herbatę albo coś innego? - spytał, nachylając się ku mnie.

- Nie, Cola będzie w porządku.

- No to dobrze.

Porozmawialiśmy chwilę o Janowicach i o szkole. Wymieniałam po kolei nauczycieli, którzy mnie uczyli, a Bartosz opowiadał, jacy byli kiedyś. Strasznie się z nich śmiał, mówił, że w ogóle nie mogli ogarnąć ich klasy i że on i jego kumple doprowadzali ich do szału.

- Teraz mój brat uczy w tej szkole - powiedziałam. - Jest polonistą.

- Twój młodszy braciszek? Już skończył studia?

- No tak.

- Kolegował się z Basią, pamiętam. Kręcili się razem po łąkach i czytali książki. Zakochana para, zawsze tak uważałem.

- Potem się zeszli. Kamil mieszkał przez chwilę z twoją siostrą, ale rozstali się...

- Mieszkali w Łodzi? Razem?

- No tak. Ale potem brat ją zostawił i teraz mieszka z rodzicami.

- Uhm. Skomplikowane.

- Bo twoi rodzice się rozstali, tak? I Basia z mamą zamieszkała w Łodzi, tak?

- Tak, mama dostała mieszkanie. Też miałem tam zamieszkać, ale trafiłem do poprawczaka.

- A potem?

- Tu i tam.

- No tak.

Twarz Bartosza powlekła się mrokiem. Zapadł wieczór i nawet to czerwone słońce, które przed chwilą wydawało się potężne i silne, zniknęło. Niebo nabrało barwy najpierw granatowej, a potem purpurowej, wszystko skamieniało. Drogą co jakiś czas przejeżdżał samochód albo traktor wracający z pól i dobiegało nas jego turkotanie, ale nie wierzyłam, że to prawdziwe dźwięki. Ja też zamieniłam się w kamień.

- Twój tata siedzi tam obok, przed telewizorem? - spytałam.

- Tak, opiekuję się nim. Będę się nim opiekował. Wróciłem na stałe.

- Jest z nim bardzo źle?

- Nie za dobrze, szczerze mówiąc.

- Słabo.

- Jesteś na mnie zła, że złamałem Pawłowi nos? Bo przecież wiesz, że złamałem, prawda?

- Tak, wiem.

- Żałuję, ale nie zawrócę czasu.

- Nie jestem na ciebie zła.

Przyszło mi do głowy, że życie Bartosza przypomina gołą ścianę jego dawnego pokoiku - Bartosz wrócił skądś do niczego, bo nie miał nic, oprócz Audi, przesadnie zadbanego samochodu człowieka bez domu. W niczym, do którego wrócił, widać tylko blade prostokąty, wyblakłą farbę po czymś, co dawno zniknęło, ale wciąż straszy. Byłoby lepiej, gdyby ta ściana była naprawdę pusta, wtedy mógłby zapełnić ją, czym tylko by chciał, a tak wciąż będą narzucać mu się te prostokąty, zmuszać go, by dopasowywał do nich swoje nowe życie, zakrywał nowym ślady po starym, i w ten sposób stare wciąż będzie miało nad nim władzę.

Ścisnął moją dłoń, jak godzinę temu ja ścisnęłam dłoń Neli, i zaczął bawić się moimi palcami. Czułam się w tym pokoju tak jak wtedy, kiedy wyjechałyśmy z klasą na wycieczkę w góry i spałyśmy w taniutkim hostelu pod cienkimi kocami, bo właścicielka nie miała kołder dla wszystkich, i musiałam przytulać się do Poli, koleżanki, którą miałam przed Nelą, a ona następnego dnia nie chciała ze mną rozmawiać i na dodatek zadzwoniła do rodziców, żeby poskarżyć się na warunki.

Bartosz położył głowę na moim ramieniu. Oparłam się o ścianę i poczułam, jak wersalka lekko się odsuwa. Zapadałam się w głębinę między wersalką a ścianą. Czułam jego ciężką głowę na moim ramieniu. Jego oddech na moim policzku. Jego zarost na moim ubraniu. Jego włosy, pachnące trawą i płynem do spryskiwaczy, sztywne i nastroszone, na mojej szyi. Czekałam, aż obróci twarz, zmusi mnie do pocałunku, zostawi na moich ustach ślinę, a weźmie sobie sól.

Paweł

Napisałem kilka wiadomości do Pauliny, ale na żadną nie odpisała. Może poszła do rodziców albo zasnęła z Olusiem? Nie wiedziałem, co robić, prawdopodobnie powinienem wrócić do domu, ale czy zostałoby to dobrze przyjęte, gdybym zrezygnował z wyjścia integracyjnego? Relacje w pracy mają znaczenie, nie można udawać, że nie, warto w nie inwestować. Jeśli będę się izolował, to uznają, że się wywyższam albo że dobro zespołu nie ma dla mnie znaczenia, a przecież tak nie jest, myślałem, wychodząc z biura z Angeliką.

Była jedną z tych osób, które najchętniej w ogóle nie wychodziłyby z firmy, natychmiast po opuszczeniu biura zaczynała za nim tęsknić. W domu pracowała dalej, nie mogąc oderwać się od projektów, a kiedy już musiała przerwać, nudziła się, bo nie mogła znaleźć sobie niczego równie pasjonującego. Miała obsesję na punkcie samodoskonalenia się i kształcenia, wciąż realizowała dodatkowe kursy. Była ambitna i gotowa na ciężką pracę, właściwie to nie mogła wyobrazić sobie bez niej życia. Czasami wydawała mi się nieco zbyt pewna siebie, co mnie irytowało. Czy dlatego, że była kobietą? Nie, faceci przekonani o swoim geniuszu irytowali mnie równie mocno.

Zaczęła rozmowę o naszych projektach i możliwych kierunkach rozwoju firmy, klienci przychodzą i odchodzą, prawda? Odpaliłem silnik i od razu włączyłem klimatyzację, samochód strasznie się rozgrzał. Mruknąłem coś w odpowiedzi. Nie bardzo teraz mogłem się na tym skupić. Wrzuciłem bieg, starając się manewrować ręką tak, by nie dotknąć jej odsłoniętego kolana, ale wyszło tak niezręcznie, że Angelika zrozumiała, o co chodzi, i sama cofnęła nogę. Zerknąłem na nią i uśmiechnąłem się głupio, dlaczego włożyła bluzkę z takim dekoltem do pracy, chyba nie powinna tak robić, na skórze miała kropelki potu. Mógłbym się lekko pochylić i je zlizać.

Jezu, powinienem wrócić do domu, pomyślałem.

Staliśmy w korku na Milionowej, klimatyzacja szumiała głośno, a ja manewrowałem koślawo ręką, to wrzucając jedynkę, to zmieniając na luz. Po dłuższym czasie dotoczyliśmy się do Piotrkowskiej, więc skręciłem w prawo, a potem na skrzyżowaniu z Piłsudskiego znowu w prawo i w lewo w Sienkiewicza, i znowu w lewo na Roosevelta. Kurwa, nie ma gdzie zaparkować, pomyślałem. Wróciłem na Piłsudskiego i skręciłem w prawo w Kościuszki. Znalazłem wreszcie miejsce i zaparkowałem. Jezus Maria. Miałem dość. Wysiedliśmy z samochodu, od razu uderzyło nas gorące, zaciśnięte w rozżarzoną pięść powietrze. Szliśmy w stronę baru, prowadząc niezobowiązującą rozmowę.

- Pewnie wam ciężko, prawda? Śpicie w ogóle? - pytała Angelika.

Nie chciałem teraz rozmawiać o Paulinie i dziecku.

Na Roosevelta mieścił się Dom Literatury. Jak przez mgłę przypomniałem sobie okładkę książki brata i opowieść, którą niegdyś na spotkaniu rodzinnym z trudem wyciągnęła z niego matka, o Domu Literatury i działającym tu wydawnictwie i Nilfgarze, jego wydawcy, który dostrzegł w nim talent literacki i kazał pisać wiersze. Jezu, gdyby ktoś kazał mi pisać wiersze, to bym go chyba zabił, pomyślałem wtedy. I jeszcze, że mój brat zawsze lubił się bawić i marnować czas.

Nie rozumiałem, dlaczego rodzina tak bardzo zachwyca się tą książką. Mało kto przeczytał choćby jeden wiersz Kamila, w przeciwieństwie do mnie - dokładnie je przestudiowałem, i to nie raz, swego czasu miałem na ich punkcie pewną obsesję. Owszem, na początku zaimponował mi swoimi umiejętnościami pisarskimi, ale potem, w miarę lektury, stwierdziłem, że są efekciarskie i powierzchowne, jak wszystko, co robił Kamil, jak cały on. Nie chciało mu się ich nawet dopracować, wyglądały na niedorobione, nie miały większego sensu. Tak uważałem.

Pamiętałem tamten wieczór na Roosevelta, siebie i mamę, pierwsze spotkanie autorskie Kamila, wychodzących ze spotkania, zdezorientowanych tym wszystkim, tym, że używał tak wielu nieznanych nam sformułowań i siedział na scenie, to, że ktoś zadał mu pytanie o logikę wpływu czy inną taką rzecz, a ja powiedziałem, niby z uśmiechem, że nie ma co na niego czekać, i to, że po prostu poszliśmy do samochodu i wróciliśmy do Janowic, a mama wciąż ściskała jego tomik, i to, że czasami zerkała do środka i od razu zamykała, jakby nie chciała, by zgromadzone wiersze wywietrzały od zbyt częstego czytania.

- Wszystko gra? Jesteś jakiś nieobecny - powiedziała Angelika.

- Co? Tak, wszystko w porządku - powiedziałem.

Fala popołudniowego żaru. Ludzie. Wciąż ludzie, którzy przypominają ci, jak bardzo jesteś niewyjątkowy. Ludzie. Przecież wcale nie chcę być wyjątkowy. Fit Fabric. Ramen. Sushi. Nigdy tego nie rozumiałem, nie pasowałem do tego świata i prawdopodobnie się nie dopasuję. Nie rozumiałem, jak można stać w kolejce po ramen. Byłem chłopakiem ze wsi. Pobudowałem dom. Miałem żonę i dziecko. Chodziłem co niedzielę do kościoła. Wszyscy ci ludzie sprawiali, że czułem zakłopotanie; nie rozumiałem, czego oni chcą. Nie rozumiałem, czego ona chce. Nie rozumiałem, czego ja chcę.

Szliśmy przed siebie, mrużąc oczy w słońcu, w stronę baru, w którym mieliśmy się spotkać z pozostałymi za jakąś godzinę. Zajęliśmy stolik i Angelika zamówiła dla nas po kawie, choć właściwie miałem ochotę raczej na zimną Colę.

- To w podziękowaniu, że nas tutaj przywiozłeś.

Obserwowałem ją, idącą do toalety, a potem wracającą do stolika. Jezu, naprawdę powinienem się ogarnąć i wrócić do domu, pomyślałem. Czy można tak się ubierać do pracy?, pomyślałem.

Chłopaki na pewno nie miały nic przeciwko. Gdy usiadła, jej piersi lekko poruszyły się pod bluzką. Lubi, gdy na nią patrzą, pomyślałem. Jezu, to obrzydliwe, pomyślałem, że w ogóle tak pomyślałem, miałem przecież dziecko i żonę, która urodziła to dziecko na szpitalnym fotelu, ledwo żywa, dla nas, a ona miała dwadzieścia trzy lata i dopiero co skończyła licencjat z matematyki.

Poszedłem do toalety, w kabinie dostrzegłem, że drżą mi ręce. Nie powinienem wracać do tego stolika, myślałem, powinienem uciec, zanim zrobię coś głupiego, czego potem będę żałował. Ścisnąłem penisa tak mocno, że poczułem ból. Dlaczego tak się zachowywałem? Dlaczego w ogóle tu z nią przyjechałem? Dlaczego wyobrażałem sobie, że wieczorem, kiedy impreza się skończy, odwiozę ją i dam się zaprosić na górę, a ona, w poczuciu bezgranicznego uwielbienia dla mojej inteligencji oraz zaradności, oraz mojej Toyoty, którą woziłem ją po mieście, rozbierze się i będzie się ze mną pieprzyć, ale nie jak Paulina, tylko inaczej, jak postać z filmów, które czasami oglądałem, nocą, gdy Paulina i Oluś dawno spali.

Boże, czułem się naprawdę okropnie. Wróciłem do stolika i spróbowałem się uśmiechnąć do Angeliki, ale wyszło dość niezręcznie. Jak ja się tu w ogóle znalazłem? Co miałem teraz powiedzieć?

- Wszystko gra? - spytała. - Słuchaj, muszę oddzwonić do chłopaka, dobra? Dzwonił przed godziną, nie zauważyłam. Zaraz wrócę.

Wzięła telefon i wyszła przed restaurację. Rozmawiała z chłopakiem, paląc elektronicznego papierosa i przestępując z nogi na nogę. Zastanawiałem się, co to za gość, z którym się umawia. Jakiś bogaty gnojek, który całą zarobioną przez siebie kasę, za dużą w stosunku do tego, co umie, a umie pewnie niewiele, wydaje na podróże i zachcianki, ale ona nie zwraca na to uwagi, bardzo jej się podoba to pozbawione zobowiązań życie, które prowadzą. Dlaczego miałaby pragnąć innego, w szczególności dlaczego miałaby chcieć wikłać się w cokolwiek, co może zaoferować prawie trzydziestoletni nudziarz z dzieckiem, żoną i zaczątkami brzuszka, który pół pensji przeznacza na kredyt na dom i leasing samochodu, tak wielkiego, że od razu widać, że wozi nim całą rodzinę?

Wzbierało we mnie coś, co można by nazwać kotłującą się nienawiścią. Nie nienawidziłem ani Angeliki, ani brata, ani żadnego z tych wytatuowanych studentów, którzy stali za barem, ani nikogo, kto kręcił się wokoło. Nienawidziłem samego siebie.

Poczułem, że muszę natychmiast stąd wyjść. Minąłem Angelikę, kłócącą się o coś ze swoim idiotą, i ruszyłem przed siebie, ulicą Próchnika, w stronę Kościuszki i samochodu. W korku na Próchnika nudzili się podobnie do mnie i do tamtego idioci, zamknięci szczelnie w swoich Mercedesach GLS, Audi Q7, Q8 i oczywiście Lexusach, wyglądali śmiesznie, przeciskając się przez wąską szczelinę utworzoną przez rozwalające się kamienice, niektóre okna zabite były deskami albo zaklejone czarną folią, do swoich wielkich domów, i zaśmiałem się sam do siebie i z siebie. Minąłem księgarnię, w środku siedzieli ludzie, zerknąłem, słuchali jakiegoś pisarza albo pisarki, nie wiedziałem, to ludzie wciąż czytają książki?, zastanawiałem się. Ale co to za ludzie, na pewno inni niż ja, bo nie wyobrażałem sobie, bym mógł znaleźć w tych książkach coś dla siebie.

Szczerze mówiąc, nie obchodziło mnie, co Angelika powie chłopakom, gdy przyjdą na integrację. Będą się do niej przymilać i żartować ze mnie, w porządku, a ona im zawtóruje, będzie się ze mnie śmiać, szczęśliwa, że się do niej łaszą i że na nią patrzą. I dobrze, bardzo dobrze. Nic mnie to nie obchodziło.

Nagle po prostu wyszedł

sama nie wiem, co mu się stało

dziwne, nie?

taki spięty, trochę sztywniak

ubiera się jak do kościoła i ten jego wielki wóz

ledwo się mieści na parkingu.

Już robiło się ciemno, a wciąż nie wróciłem do domu. Paulina nie odbierała. Będzie wściekła, i dobrze. Niech się na mnie wścieka, przecież powinna, może mi nawet złamać nos, jeśli tego właśnie chce, myślałem. Zacząłem biec i zaraz zabrakło mi tchu. Gorące powietrze wypełniło mi gardło, osuszyło je i zamieniło w pustynną grotę, a kiedy się zatrzymałem, miałem przed oczami mroczki.

Światło,

ciemność,

światło,

ciemność,

brodacze przed ormiańską restauracją,

ciemność,

papierosy w ich dłoniach,

ciemność,

ich wzrok za mną,

ich wzrok przede mną,

postać w cieniu,

światło,

Basia, cześć, co tam u ciebie.

Basia, trochę roztrzęsiona, poszła za mną. Roztrzęsienie zawsze rozpozna drugie roztrzęsienie. Wsiedliśmy do samochodu. Tunel, Włókniarzy, Pabianicka. Oddech. Światło latarni, mrok, światło wiaduktu, mrok, las i światło, bloki, stacje benzynowe, salony pełne martwych samochodów, wielkie centrum handlowe, rozświetlone, wypełnione po brzegi ludźmi, którzy wynosili na zewnątrz drobiazgi, utrzymujące ich na powierzchni, i rozpalona czerwona kula nad tym wszystkim. Zaraz nas zostawi i pokaże się komuś innemu, komuś mieszkającemu na innej pustyni, a potem ten ktoś, patrząc przed siebie, na salony pełne martwych samochodów, stacje benzynowe, centra handlowe i olbrzymie bloki, w których zaczną się zapalać światła, powie coś o czerwonej kuli i odruchowo spróbuje zetrzeć z policzka blask.

Kamil

Uważali, że powinienem coś powiedzieć na temat obrazu. Jako polonista i poeta. Uśmiechałem się tylko, wykręcałem się, aż dziadek poszedł na górę i wrócił z moim tomikiem. Pokazywał go wszystkim i opowiadał, że wspaniały ze mnie poeta i że trudno znaleźć osobę z taką wrażliwością, aż w końcu dałem się namówić - powiedziałem coś o obrazie pana Tadka, stwierdziłem, że to dzieło impresjonistyczne, bo tak mi się wydawało, i że chodzi w nim o uchwycenie chwili, to znaczy o złapanie czasu, zmuszenie go, by zastygł, i dzięki obrazom to się udaje, bo potrafią one, mówiłem, bo trochę się rozkręciłem, całą historię sprowadzić do jednego momentu, a ten jeden moment trwa na wieki.

Tak mi się wydawało.

Choć równie dobrze mogło być zupełnie inaczej.

Dziadek nalał mi wódki i powiedział, że to bardzo piękne, co powiedziałem, a ja, zamiast wypić, przesunąłem kieliszek po stole, w kierunku miseczki z grzybkami. Paulina wstała i powiedziała, że idzie do domu. Ja też wstałem, żeby jej pomóc z wózkiem. Oluś mocno zasnął. Nie obudził się nawet wtedy, gdy włożyła go do wózka. Paulina uśmiechnęła się do mnie, miałem wrażenie, że z lekką drwiną, ale pozwoliła sobie pomóc z wyciągnięciem wózka zza altanki.

Zgromadzeni przy stole zaczęli teatralnie ubolewać, że Paulina i Oluś sobie idą, zaglądali do niego i deklarowali, że Oluś to słodziak. Paulina lekko się uśmiechała i kiwała głową. Jeszcze przez chwilę rozmawiała z dziadkiem i dziękowała mu, że mogła zostać, i że życzy mu wszystkiego dobrego, i że to był naprawdę niezwykły dzień. Zerknęła na obraz i wskazała ręką namalowane konie, powiedziała, że od dziś będzie się zastanawiać, co to za dom namalował Tadek. Westchnęła i pomachała wszystkim. No, teraz naprawdę muszę iść, ten mały gentleman musi wylądować w łóżku! - zawołała i roześmiała się. Już od dawna nie widziałem jej tak rozluźnionej, jakby opadło z niej dziś, przynajmniej na chwilę, całe nagromadzone w ciągu ostatnich miesięcy zmęczenie i napięcie.

Potem znowu zerknęła na mnie. Poszedłem za nią w stronę furtki. Wiedziała o mnie i o Marlenie? Musiała wiedzieć, gdyby nie wiedziała, nie ciągnęłaby ze sobą do niej dziadka.

A może nic nie wiedziała.

- Nie musisz się martwić - powiedziała, a potem, pchając przed sobą wózek ze śpiącym dzieckiem, otworzyła furtkę i sobie poszła.

Oparłem się o płot i obserwowałem ją, aż zniknęła za zakrętem. Ciekawe, co zamierza ze sobą zrobić, zastanawiałem się. Przecież musi w końcu wrócić do domu, zaraz będzie naprawdę zimno.

Wiedziała, nie wiedziała? Jeśli nie wiedziała, to po co powiedziała, bym się nie martwił? Mogła nas widzieć, oczywiście, że mogła. Spacerowała z wózkiem, chodziła po Janowicach, samotna i rozżalona, zmęczona i senna, podobna trochę do ducha, usiłując uśpić swoje wiosenne dziecko, dar, który okazał się ciężki jak kamień, i pewnego razu zobaczyła, jak wchodzę do domu Marleny, i odtąd już wiedziała o mnie i o niej.

Zawołałem, by chwilę poczekała, chciałem spytać, co miała na myśli, ale z moich ust nie wydobył się żaden dźwięk, a może słowa, które wypowiedziałem, rozpuściły się w mroku. Stałem tak, patrząc na drogę oświetloną jedynie przez światło księżyca i przez to podobną do kości. Poczułem się nagle bardzo zmęczony i pomyślałem, że mógłbym po prostu iść spać.

Ale w łóżku dziadka spała Nela. Musiałem o tym pamiętać.

Postanowiłem sprawdzić, co tam u niej i Karo. Wszedłem na górę i otworzyłem drzwi. Nela leżała obrócona na bok, z odsłoniętym i błyszczącym uchem. Karo nie widziałem, może poszła do domu. Usiadłem obok Neli, dotknąłem jej włosów. Zawstydziłem się tego intymnego, niepokojącego gestu, ale nie cofnąłem ręki. Nela miała włosy bardzo podobne do włosów Marleny.

Nad łóżkiem wisiała Ostatnia wieczerza, to znaczy kupiona w Częstochowie reprodukcja, ale twarze Jezusa i apostołów niknęły w mroku, pożerane przez szarość, zupełnie jak twarz Neli. Mogłaby usiąść wraz z nimi, bezbronna i niewinna, i spoglądać to na nich, to przed siebie. Nie wiedziałaby do samego końca, że Jezus tej nocy zginie, i byłaby bardzo zdziwiona następnego dnia, widząc go na krzyżu.

Odezwała się przez sen. Zastygłem, bojąc się, że otworzy oczy, ale spała dalej.

Podszedłem do okna. Przysłuchiwałem się odgłosom z dołu, patrząc na pustą o tej porze drogę, która świeciła w księżycowym blasku jak magiczna wstęga, rozłożona tutaj przez pozaziemskie istoty. Za drogą rozciągało się pole, spokojne teraz i mroczne, okadzone mgłą, która brała się znikąd, jakby mieszkała w delikatnych źdźbłach trawy i uchodziła z nich nocą, zachęcona nadejściem chłodu. A za polami, bardzo daleko, choć wszystko nakładało się na siebie i zlewało w jedną mroczną ciemność, rosła ściana lasu, teraz całkowicie czarna.

- Uważa pan, że mogłabym napisać coś dobrego? - zapytała Nela.

Uklęknąłem przy niej. Nie wydawała się zdezorientowana ani przestraszona tym, że znalazła się ze mną w nieznanej sobie sypialni, uśmiechała się, jakby to wszystko sobie zaplanowała. Może bawiło ją, że byłem przerażony. Albo może uważała, że to dalsza część snu.

- Wygląda pan, jakby się pan właśnie obudził - powiedziała.

- Wiesz, jak się tu znalazłaś? - spytałem.

- Coś tam pamiętam. Przecież aż tak się nie upiłam. Jestem w domu pana dziadka, prawda? Pana i Karo?

- Tak, dokładnie. Przynieśliśmy cię tutaj, bo byłaś... zmęczona.

- Nie mogliście mnie zanieść do domu?

- Uważam, że twoja mama nie byłaby zadowolona, gdyby cię zobaczyła w takim stanie.

- Prawdopodobnie ma pan rację. Ale nie bardzo mnie to obchodzi. Powinna mnie widzieć pijaną. Miałaby nauczkę.

- A co takiego zrobiła?

- Jest potworem. Zdradza tatę.

- I dlatego się upiłaś?

- A pan nigdy się nie upił?

Przypomniałem sobie siebie w wieku Neli i Karo, wyobcowanego chłopca, opuszczonego przez ukochaną dziewczynę, czytającego przez całe dnie książki i kompletnie niezrozumianego przez otoczenie. Prawdę mówiąc, nie bardzo miałem z kim się wtedy upijać, ale tak, kilka razy upiłem się z jakimiś przypadkowymi osobami, a potem błąkałem się po łąkach, żując źdźbła trawy, żeby odświeżyć w ten sposób oddech.

- Nie wiem.

- Nie czuł się pan nieszczęśliwy?

- Czułem się, tak.

- Czytałam pana wiersze. Są naprawdę piękne. I miałam wrażenie, że pan mnie bardzo dobrze rozumie. Gdyby był pan szczęśliwy, nie mógłby pan napisać takich wierszy.

- Chciałabyś wrócić do domu? Mam zadzwonić po twoją mamę?

- Ja nigdy nie napiszę takich wierszy.

- Napiszesz, ale musisz wrócić do domu.

- Niech pan mnie nie pociesza. Jestem przeciętna i tandetna.

- Zadzwonię po twoją mamę.

- A ma pan numer? Skąd?

- Jestem nauczycielem.

- Ale nie wychowawcą.

- Wziąłbym numer od ciebie.

- Coś pan kręci.

- Nela, proszę cię. Jeśli chcesz tu spać, to dobrze...

- Naprawdę chce pan, żebym tu została? Mama w końcu zacznie się niepokoić. Nawet ona nie jest tak głupia, by nie zauważyć, że nie wróciłam na noc. I co powiedzą na to w szkole? Bo ona na pewno zrobi awanturę. Będzie pan miał kłopoty.

Mówiąc to, bawiła się swoimi włosami. Oparła się łokciem o poduszkę i leżała tak, patrząc prosto na mnie. Ja patrzyłem na ścianę obok Ostatniej wieczerzy. Judasz musiał zdradzić Jezusa, prawda? W sensie, kazali mu, los mu tak kazał, bo ktoś musiał to zrobić - pewnych rzeczy nie da się po prostu uniknąć.

- Prawda? - ponagliła mnie Nela.

- Pewnie masz rację. Ale nie mogę ci zabronić mówienia prawdy.

- No nie.

- Jeśli czujesz się dobrze, to powinnaś wrócić do domu.

- W takim razie sama zadzwonię po mamę. Ale na razie mi się nie chce. Dobrze mi tu. Pana dziadek ma bardzo wygodne łóżko. Czy to w tym łóżku...?

- Co?

- Umarła pana i Karo babcia.

- Skąd wiesz?

- Czytałam pana wiersze. Napisał pan o tym łóżku. O chorobie i w ogóle.

- Prawdopodobnie tak. To to łóżko.

- I ten obraz?

- Ostatnia wieczerza, nic takiego. Pewnie w wielu domach wisi taki obraz.

- U mnie nie, wie pan?

- Skąd miałbym wiedzieć?

- Przecież był pan u nas.

- Wcale nie.

- A korepetycje? Niech pan nie kręci.

- No tak. Masz rację.

Uśmiechnąłem się do niej. Sporo mnie to kosztowało.

- Jestem ciekawa, jak teraz odpowie pan na moje pytanie.

- Jakie pytanie?

Nela podniosła się lekko i spojrzała na mnie uważnie. Wyglądała zupełnie trzeźwo, aż za trzeźwo. Jakby przeszła magiczną metamorfozę, została dotknięta darem widzenia w poprzek i wzdłuż, i przez skórę.

- Uważa pan, że mogłabym zostać dobrą poetką?

- Wiesz, to się nie opłaca. Cieszę się, że sięgnęłaś po moje wiersze, ale muszę cię zmartwić, dziś pisanie zupełnie się nie opłaca.

- Mnie to nie obchodzi. Pan pisze.

- Nie piszę. Pisałem.

- Dlaczego pan przestał?

- Nie wiem. Straciłem to coś. Tę iskrę.

- Stracił pan miłość.

- Tak, może i straciłem miłość.

Nie powinienem rozmawiać z nią w ten sposób. Nie powinienem. Judasz nie chciał zrobić nic złego, ale musiał. Tak przewidzieli prorocy. Ktoś musiał to zrobić. I padło na niego. Nie mógł się od tego wykręcić. Jan mógł cieszyć się swoją niewinnością, okazywać moralną wyższość. Bo nie trafiło na niego.

Nela opadła na poduszki i rozrzuciła włosy wokół głowy. Leżała tak, wpatrując się w sufit. Jak wiedźma, która ma nad wszystkim kontrolę.

- Dziękuję panu - powiedziała. - Jest pan naprawdę dobrym poetą. Podziwiam pana. W przeciwieństwie do większości osób na świecie, które są fałszywe, od pana czuć szczerość. I to właśnie zawsze w panu lubiłam, naprawdę.

- Dziękuję.

- Nie obchodzi mnie cała ta opłacalność. Pieniądze nie dają szczęścia. Proszę spojrzeć na moją matkę. I tak będę pisać. Bo pisząc wiersze... opuszczam ten świat.

Usiadłem obok. Obserwowałem ją. Lekkie drgnienie powiek, ledwo poruszające się usta, włos nad czołem unoszący się pod wpływem krótkiego, szarpanego oddechu.

Sięgnęła po telefon, ale zaraz go odłożyła. Jej powieki opadły. Ponownie zasnęła. Wziąłem jej komórkę, zdążyłem, zanim ekran się zablokował. Znalazłem w kontaktach numer, kontakt pod nazwą MAMUSIA i zdjęcie Marleny z jakiegoś wypadu, stojącej tuż obok Neli, całującą ją w czubek głowy. Mamusia. A przecież nawet na tym zdjęciu mi się podobała. Wciąż mi się podobała. Zabrzmiał sygnał, a potem, zupełnie nagle, usłyszałem w słuchawce Marlenę.

- Boże, Nela, gdzie ty się podziewasz? Masz natychmiast wrócić do domu!

Przerwałem Marlenie i zacząłem po prostu mówić, zanim zdążyła zaprotestować - skłamałem, że Nela źle się poczuła i Karo wzięła ją do dziadka, skłamałem, że już odpoczęła, skłamałem, że poprosiła mnie, bym zadzwonił, bo się wstydzi zadzwonić sama, tylko adres dziadka podałem prawdziwy. Rozłączyła się bez słowa. Czekałem na nią, siedząc obok Neli. Po kilku minutach usłyszałem, że pod bramę podjechał samochód. Nie zgasiła silnika. Została w środku. Nachyliłem się nad Nelą. Nie wiedziałem, jak się do tego zabrać. Spała niewinnie, z miną apostołki, która nie może wiedzieć, co się stanie następnego dnia.

Miała szczęście.

- Musisz się obudzić - powiedziałem. - Chodź na dół.

Szarpnąłem ją lekko, a potem troszkę mocniej, byleby się w końcu obudziła. Kiedy otworzyła oczy, wydawała się nieprzytomna, ale posłusznie wstała i poszła ze mną na dół. Ciągnąłem ją za sobą, schodek po schodku, i potem przez furtkę, aż stanęliśmy oboje na drodze, wykrojeni z ciemności przez ledowe światło roztaczane przez czarne Volvo Marleny.

I teraz po kolei. Ładuję Nelę do Volvo, Marlena wysiada, głowa Neli opada na szybę i obija się o nią jak siatka z zakupami.

Wydaje mi się, że powinniśmy sobie odpuścić, mówi Marlena.

Tak, wszystko się trochę wymknęło spod kontroli.

Może coś nam się po prostu wydawało, a tak naprawdę czuliśmy coś innego.

No nie wiem. Przepraszam, że dziś tak poszedłem.

Nie, dobrze zrobiłeś. Ona prawdopodobnie wie.

Nela?

Nie, Paulina.

No tak, prawdopodobnie. Ale wiesz. Ja naprawdę to czułem.

Pocałowałem ją, ostatni raz, właściwie musnąłem ustami, zanim się odwróciła.

Ktoś przebiegł obok nas, kierował się w stronę lasu. Wyjrzałem ponad ramieniem Marleny, a ona wyślizgnęła mi się, wsiadła do samochodu i odjechała w drugą stronę. Kto to mógł biec poboczem drogi, w ciemności - i dokąd?

Basia

Słońce zaszło, zupełnie jak zawsze, z łatwością i wdziękiem, jakby chciało nam przypomnieć, że wszystko, czym tak bardzo się przejmowaliśmy, w istocie nie ma większego znaczenia. Zapewne słońce miało rację, zawsze miało, zachodząc i bez ustanku wschodząc. Nic sobie nie robiło z kruchości naszych ciał, w ogóle nie zwracało na nie uwagi.

Ale to przecież nie zmieniało faktu, że my stresowaliśmy się naszymi problemami - i że bolało nas to wszystko, co słońce mogło z łatwością spalić.

Łódź zniknęła za nami, jakby nigdy nie istniała. Mogłaby dla mnie nie istnieć w ogóle - uświadomiłam sobie, a te lata spędzone w mieście mogłyby rozpłynąć się w nicość.

Jechałam do Janowic. Znowu byłam trzynastolatką ciągniętą przez matkę do autobusu. Przykryłam tę trzynastolatkę łódzką szkołą, studiami i próbami stania się inną osobą, a teraz widziałam, że zdało się to na nic. Wielkie miasto okazało się zbudowane na piasku, nagle się rozsypało, tak naprawdę wcale nie było wielkie, uświadomiłam sobie nagle, w rzeczywistości składało się z kilku wieżowców i wiaduktów, skrzyżowań i przystanków tramwajowych, ale wystarczyło trochę poruszać kierownicą, by znaleźć się na ulicy pełnej stacji benzynowych, komisów z używanymi autami i sklepów meblowych, na drodze wylotowej, a potem minąć zbudowane na łąkach centrum handlowe i wjechać na ekspresówkę, i w ten sposób zostawić Łódź za sobą. Czy prawdziwe miasto wypuściłoby nas z taką łatwością?

Łatwość, z jaką Paweł omijał innych kierowców, imponowała mi, ale z drugiej strony wydawało się to nieco podejrzane, może oni wcale nie istnieli, może składali się z puchu i światła, jak wszystko tutaj stanowili tylko wytwory mojej wyobraźni?

To może się wydawać dziwne, ale przez te lata nie wróciłam do Janowic ani razu. Paweł wiedział o tym i kiedy zobaczył, że się rozglądam, zaczął opowiadać o zmianach na wsi. Wybudowało się dużo domów, dawne łąki i pola, dzikie i puste, po których błąkałam się z Kamilem, zbierając na ubrania kolce jeżyn, dziś wypełniły się bliźniaczo do siebie podobnymi białymi domkami, zdradzającymi, że na wieś sprowadziło się wiele osób, które mieszkały dotąd w mieście. Nie ośmieliłam się spytać Pawła, czy i jego dziadek sprzedał działkę pod lasem, nad rzeką, tę piękną działkę pełną brzóz i światła, gdzie przychodziliśmy z Kamilem się uczyć, komuś obcemu.

Paweł zaparkował przed moim domem. To znaczy moim dawnym domem. Po latach wydawał się mniejszy, jakby zbudowano go nie dla ludzi, tylko dla lalek, ale wokół panował większy porządek. Przed bramą stało stare Audi. Zakiełkowało we mnie straszne podejrzenie, które usiłowałam w sobie zdusić. Jeszcze mogłam poprosić Pawła, by mnie stąd zabrał, nie zostawiał tu. Nie chciałam się w to mieszać. Ale przecież nie miałam, tak naprawdę, dokąd pójść.

- Poczekać na ciebie albo coś? - spytał Paweł.

- Nie powinieneś jechać?

- Zapewne powinienem, ale poczekam, jeśli chcesz.

- W takim razie poproszę.

- Dobrze.

Wysiadłam z samochodu i podeszłam do furtki. Działałam trochę na autopilocie, właściwie nie wiedziałam do końca, co robię. Stałam tak, nie mogąc zrobić kroku ani w przód, ani w tył, kiedy otworzyły się drzwi domu i wyszła przez nie mniej więcej czternastoletnia dziewczyna. Pchnęła furtkę, a potem wpadła na mnie, ale nie podniosła nawet wzroku, pobiegła po prostu przed siebie pustą, ciemną drogą. Paweł zawołał za nią:

- Karo! Karo! Ja pierdolę.

Wtedy znowu otworzyły się drzwi, a w plamie żółtego światła zalewającego werandę ujrzałam sylwetkę. Jej właściciel powłóczył nogami, idąc w stronę bramy po cementowych płytach chodnikowych, które położono tu chyba na początku świata. Nie widziałam go od wielu lat, tak wielu, jakbyśmy spotkali się w życiu innych ludzi. Zmienił się i postarzał, wydawało się nieprawdopodobne, że kiedyś był moim bratem, ale przecież tak było. Odwiedził nas w Łodzi kilka razy, a potem zupełnie zniknął z naszego życia. Mama niekiedy płakała z tego powodu, miała takie dni, że mówiła tylko o nim. Ja zapomniałam, że miałam brata, zbudowałam sobie świat bez niego.

- Cześć - powiedział. - Kopę lat, siostra.

Podniosłam rękę i zaraz ją opuściłam.

Bartosz dostrzegł opierającego się o samochód Pawła, roześmiał się.

- Nie spodziewałem się, że cię tu zobaczę.

- Co ona tu robiła? - zapytał Paweł.

- Nic - odpowiedział Bartosz. - Po prostu mnie odwiedziła.

- Niby dlaczego?

- Bo ją zaprosiłem?

Złapałam go za ramię i pociągnęłam do tyłu, byleby tylko nie rzucił się na Pawła, ale on wcale się nie ruszał. Wydawał się kruchy i bezwolny, miałam wrażenie, że gdybym mocniej go popchnęła, upadłby i się potłukł. Wyglądał tak jak brat, którego nigdy więcej nie chciałabyś spotkać. Wyglądał jak człowiek, którego życie dawno się skończyło, a on wrócił do świata pod postacią widma. Bartosz zupełnie nie przypominał dawnego siebie. Może zamienił się w gołębia, kości wypełniało mu powietrze. Tak długo przeganiano go z miejsca na miejsce, że stał się zupełnie leciutki.

On miałby coś zrobić Pawłowi? Temu Pawłowi? Nie, to niemożliwe.

Jak zdołał złamać mu ten nos?

Jak ten konus mógł w ogóle go dosięgnąć?

Paweł podrapał się po nosie.

Bartosz patrzył na wielki samochód Pawła, jego ubrania i buty, które wręcz krzyczały, że są drogie i porządne, na jego zadbaną fryzurę i gładką cerę. Mój brat skulił się przed swoją dawną ofiarą, ale nie sprawiło mi to satysfakcji, wręcz przeciwnie.

Współczułam mu.

Współczułam Bartoszowi, chciałam go przytulić.

Widzisz, taki nasz los, braciszku, mogłabym powiedzieć, taki los ludzi gołębi.

Pociągnęłam za sobą Bartosza, a on ruszył za mną. Posłuszna kukiełka, saszetka po ciele. Otworzyłam drzwi i poczułam zapachy, wszystko wróciło, stanęło mi przed oczami i znowu stałam się tamtą dziewczynką, wsunęłam się do saszetki po swoim ciele i stanęłam przed fotelem taty, który podniósł na mnie wzrok i patrzył tak, aż wstał i poszedł do kuchni, a potem zawołał, czy chcę herbatę albo kawę, powiedziałam, że wolę herbatę.

Paweł

Słońce w zenicie; metalowe obramowania lśnią, rozbudzając marzenia. Biegnę po skrzydle, a potem z powrotem, ale nikt nie kieruje do mnie podań. Dobrze wiedzą, że niewiele potrafię. Mimo to staram się przeszkadzać zawodnikom przeciwnika, którzy są szybsi i roślejsi od nas, wbijają nam bramki z łatwością, co w końcu zaczyna ich odrobinę nudzić, dlatego bawią się z nami w kotka i myszkę. Upokarzają Bartosza, grającego w środku pola - wymieniają podania, podczas gdy on biega między nimi jak pies, aż w końcu któryś przerzuca piłkę na skrzydło i prawie ją mam, ale zanim strącę czy choćby dotknę nogą, skrzydłowy tamtej drużyny przejmuje ją, biegnie przed siebie i kiedy znajduje się tuż przy linii końcowej, wycofuje się pod bramkę, gdzie jeden z ich napastników kończy sprawę dziecinnie prostym strzałem. Bartosz Tkaczuk wścieka się na mnie, podbiega i szarpie mnie za koszulkę. Mógłbyś wreszcie ruszyć dupę, cipo? Tamci się śmieją. Spuszczam głowę i wracam na swoją pozycję, wstydząc się patrzeć na kogokolwiek. Mam wrażenie, że wszyscy na stadionie przyznają, po cichu, rację Bartoszowi, a brak ich reakcji dodatkowo go podjudza. Czy na trybunach siedzi też Paulina? Czy wstydzi się za mnie? Nie, raczej chichocze, kiedy powłóczę nogami, nie wiedząc, co zrobić z piłką, gdy przypadkowo ją dostanę. Po meczu Bartosz łamie mi nos. Prawdopodobnie na to zasłużyłem.

Słońce dawno zniknęło; patrzyłem na mężczyznę, którego zdążyłem znienawidzić i który zostawił we mnie ślad na zawsze, trwalszy niż tatuaż - krzywą przegrodę nosową. Do końca miała mi przypominać, skąd się wziąłem. Bo wziąłem się przecież właśnie z tamtego momentu, meczu i złamanego nosa. Ten moment, wraz z nosem, został ze mną na zawsze. Przecież nie mogłem zostawić tam nosa. Dlaczego więc nie czułem w obecności tego mężczyzny, mojego odwiecznego wroga, żadnej satysfakcji, choć przez te wszystkie lata, kiedy zdobywałem edukację, robiłem karierę, spotykałem się z Pauliną, żeniłem się z nią, kochałem się z nią, płodziłem z nią dziecko - zastanawiałem się, co on na to powie, kiedy się wreszcie dowie?

Teraz, gdy w końcu się z Bartoszem spotkałem, cała ta moja obsesja na jego punkcie wydawała mi się śmieszna. Czego tak bardzo chciałem, upokorzyć tego łysiejącego faceta, który stracił wszystko, nawet siostrę i matkę? Tego biednego chłopaka, a potem biednego nastolatka, tego chudzielca z poprawczaka, który najlepsze lata spędził na zmywaku albo w magazynie w Anglii, albo w przetwórni ryb, obdzierając śliskie ciała z łusek, nosząc z kąta w kąt ciężkie skrzynki wypełnione błyszczącą padliną?

Wsiadłem do samochodu i zawróciłem na pustą drogę. Teraz potrzebowałem po prostu pojechać do domu, położyć się obok Pauliny i ją pocałować. Przeproszę, postanowiłem, i powiem, jak bardzo ją kocham i dlaczego nie wyobrażam sobie życia bez niej.

Nie będę się bał tych słów.

I może ona powie coś podobnego.

Zaparkowałem przed garażem. Wszystko tutaj przypominało o niedawno zakończonej budowie. Nieliczne kępki trawy wyrastały z nierównego gruntu, zapewne pokrytego błotem, gdyby tylko spadł deszcz. Oprócz urządzenia trawnika trzeba było postawić ogrodzenie, kupić rolety oraz wykończyć łazienkę na piętrze. Siedziałem w samochodzie, myśląc o tych rzeczach, którymi niedługo się zajmę, które zrobię dla siebie i dla Pauliny, i dla naszego syna. To mnie uspokajało. Ten dom, samotny teraz i malutki pośrodku pól, smagany wiatrem szary klocek, z daleka wyglądał zapewne niepozornie, a krążące po niebie gawrony nie odróżniłyby go od postawionego na stepie namiociku. Ale niedługo będzie pomalowany z zewnątrz i zaopatrzony w elewację i ogródek, i rolety. Właśnie tego chciałem, niczego więcej. Chciałem być szczęśliwy i kochany.

Gdy położyłem rękę na klamce, okazało się, że drzwi są zamknięte. Obszedłem dom, lecz w żadnym oknie nie paliło się światło. Czyżby poszli spać? Ponownie szarpnąłem za klamkę. Ponownie obszedłem dom. Nerwowe ruchy tylko pobudziły tlącą się we mnie panikę.

Nigdy nie brałem kluczy.

Nie potrzebowałem ich.

Wybiegłem na drogę i szedłem przed siebie, licząc, że spotkam ich po drodze, a w głowie przewijało mi się to wszystko, co zrobiłem i dziś, i ostatnio, i wszystkie te chwile, kiedy miałem dość, kiedy stwierdziłem, że rozmowa z Angeliką to dobry pomysł, i kiedy wyobrażałem sobie nie wiadomo co. Widziałem oczami wyobraźni, które w ciemności zastąpiły moje własne oczy, ich ciała na poboczu drogi, porzucone i bezwładne, podobne do kamieni, właściwie wcale nieróżniące się chociażby od kamieni czy ciał kotów, zabite przez Boga albo po prostu przez jakąś inną istotę, by mnie ukarać.

W ten sposób znalazłem się pod domem dziadka. Wszedłem przez furtkę na podwórko i przywitałem się. Ledwo zwrócili na mnie uwagę, rozbawieni i skupieni na rozmowie. Kobieta, żona Tadka, tutejszego żulika, jeden z dawnych towarzyszy dziadka i mój ojciec, któremu kiwnąłem głową - więc właściwie dość skromne towarzystwo, ale wyglądało na to, że dobrze się tu czują. Towarzyszył im, siedzący za stołem jak zaproszony gość, duży obraz namalowany na płótnie, przedstawiający jakieś drzewa i dom, i stojące obok konie, ale większe, potężniejsze niż normalne konie. Czy to specjalnie, a może malarzowi po prostu zabrakło umiejętności, wyobraźni i wyczucia? W każdym razie efekt był trochę groteskowy, ale w sumie obraz mi się podobał.

Plama, plama, plama. Taki to obraz.

Pomyślałem sobie, że ktoś namalował mój dom, i przeszedł mnie dreszcz.

Dom pośrodku niczego. Bez ogrodzenia i ogrodu. Ktoś namalował mój dom. Ten dom, przez to, że został namalowany, w rzeczywistości zniknął. Może właśnie dlatego nie mogłem go otworzyć. Dlatego właśnie nie znalazłem swojej rodziny. Dom zniknął, ukradziony przez malarza, i istniał tylko na tym płótnie, a pilnowały go przede mną te wielkie konie, strażnicy nie z tego świata.

- Przepraszam, zostawiłem prezent w samochodzie - powiedziałem dziadkowi, nachylając mu się do ucha, mówiłem zapewne zbyt głośno, ale wydawało mi się, że nie słyszy. - Kupiłem ci whisky!

- Jeden normalny ufa dziadkowi! Tylko nie mów nic mamusi!

- Nic nie powiem. Sto lat, dziadku.

Dziadek uścisnął mnie; zobaczyłem w jego oczach łzy i wzruszenie, ale także jakąś obawę - skąd ona się brała? Chciałem zapytać, czy nie widział Pauliny i Olka, tyle że za bardzo się wstydziłem, by podjąć ten temat, wyjść na mężczyznę, któremu ucieka żona. Usiadłem za stołem, pozwoliłem sobie nalać trochę wódki, wziąłem z talerza kiełbasę. Wtedy ujrzałem mojego brata. Pojawił się znikąd, wpatrywał się we mnie z jakąś wściekłością w oczach.

- Jesteś wreszcie - powiedział.

- A ty gdzie się podziewałeś?

- Co cię to obchodzi?

Nagle wszystkie złe emocje, które usiłowałem w sobie stłumić, a które nawarstwiały się od wielu godzin, odkładając się w moim sercu jak nadmierne zwały tłuszczu, wezbrały. Wstałem i podszedłem do Kamila, złapałem go za koszulkę i zacząłem ciągnąć w głąb podwórka, poza zasięg ich wzroku. Znużenie pracą, pożądanie, które czułem do Angeliki, wstyd i wyrzuty sumienia z powodu tego pożądania, frustrująca rozmowa z Bartoszem, beznadziejna wędrówka w poszukiwaniu Pauliny i Olka i strach, że to wszystko, co budowałem przez te lata, nagle zniknęło, zabrane mi za pomocą kilku pociągnięć pędzla przez kogoś, kto wiedział, jakim jestem potworem, i że nic z tego, co mam, mi się nie należy.

Rzuciłem się na Kamila.

Wyszedłem z siebie i stałem się moimi rękami, dzikim dzieckiem we mnie. Opuściłem osobę, którą desperacko chciałem się stać, i wróciłem do prawdziwego siebie, aż odnalazłem w ciemności ciało brata, jakbym mógł stać się sobą tylko w zetknięciu z nim.

Złamać mu nos.

Chciałem złamać mu nos.

Szarpaliśmy się w milczeniu, jak gdyby powód tego sporu był nam od dawna dobrze znany, jakbyśmy wyczekiwali tylko tej chwili, może od lat, i nie potrzeba było niczego wyjaśniać. Szarpaliśmy się, tłukliśmy po rękach i twarzy, ale byłem silniejszy, jak zawsze, a kiedy wreszcie przewróciłem Kamila na ziemię i przycisnąłem go, poczułem na ramionach czyjeś ręce ściągające mnie z brata - i zobaczyłem naszego tatę, drżącego od tłumionego płaczu i przerażonego, byłego policjanta, który nigdy nikogo nie uderzył.

- Przestańcie, kurwa, przestańcie!

Odpuściłem, Kamil się podniósł. Stanęliśmy przed ojcem, ocierającym łzy z policzków brudnymi rękami, jak zawstydzeni chłopcy, którymi w istocie byliśmy. Scena ta miała w sobie coś symbolicznego i przez chwilę zdawało mi się, że kiedyś ją widziałem, obserwowałem z lotu ptaka, a teraz przeżywałem ją ponownie.

- Nie płacz, tato - powiedział Kamil, ale bez przekonania.

- Dlaczego sobie to robicie? - spytał ojciec i nie było w nim nic z byłego policjanta.

Przed furtką stała Basia. Minąłem ją i poszedłem sobie, poszedłem szukać Pauliny i Olka. Zamierzałem ich znaleźć, po prostu, a potem odprowadzić do domu i położyć do łóżka. Będą zziębnięci i przestraszeni, i bardzo zmęczeni, ale to nic, bo będę przy nich.

Kamil

Serce obok serca, mięśnie rozpoznają się, znowu biją we wspólnym rytmie, wypracowanym dzięki tym wszystkim nocom, które spędziły razem, opiekując się swoimi ludźmi, dowodząc ich ciałami, kiedy kładły się bez sił w tym samym łóżku i zasypiały niemal natychmiast albo wręcz przeciwnie, rzucały się na siebie z dziką intensywnością, chcąc wykorzystać niespodziewany przypływ energii i go sobie ofiarować.

Serce obok serca, dwa mięśnie wygrywające wspólną melodię złożoną nie z dźwięków, ale ech dźwięku, melodię odpowiednią dla pustych biur, w których pozostawiono tylko szafy i walające się w nich stare kalendarze, pełne zapisków o spotkaniach i terminach, przeszłości, która nie istniała i nie będzie istnieć, treści, z której trzeba wyciągnąć skrywane ciepło.

Stałem obok Basi. Minęło tyle czasu. Minęło kilka długich miesięcy. Jak mogłem...? Jak mogłem...? Ale przecież to ktoś inny, to właściciel tamtego kalendarza, który odziedziczyłem po nim wraz z imieniem i nazwiskiem, poprzedni najemca tego pustego biura, nie ja.

Przytuliła się do mnie i staliśmy tak, wtuleni, jakby nasze ciała potrzebowały chwili, by się ponownie zsynchronizować. Wszystko inne zniknęło. Bolał mnie policzek, zdzielony pięścią Pawła, a na wardze czułem posmak krwi.

Serce obok serca,

serce,

powiedziałem,

wreszcie mnie odnalazłaś,

serce,

że cię odnalazłem,

wreszcie cię odnalazłem,

serce,

że cię odnalazłam, serce,

cię odnalazło,

powiedziałem,

serce, to mięsień

cię odnalazł,

naprawdę nie powinienem,

naprawdę nie powinnam,

właściwie to nie wiem,

serce,

co zrobiłam,

serce,

powiedziałem,

wreszcie mnie odnalazłaś,

masz rozciętą wargę,

powiedziała.

Pojawienie się Basi przypominało właściwie pojawienie się śmierci, choć ona zwiastowała coś innego, może nawet nowe życie, w każdym razie zjawiła się zupełnie nagle, znikąd i tylko Paweł nie zdziwił się jej widokiem. Po prostu minął ją i poszedł przed siebie, a ona stała, taka sama jak wtedy, kiedy ją zostawiłem, a równocześnie inna, w pewien sposób obca, pokryta jakby twardą łuską, którą osłoniła się przede mną i przed światem.

Witaliśmy się spokojnie i cicho, jak dwa zwierzęta, które podczas spotkania na sawannie nie wydobywają z siebie żadnego dźwięku, wiedząc, że nikt ich nie usłyszy, a cisza świata jest zbyt głęboka, by ich głos zmienił cokolwiek w jego strukturze.

- Wszystko ci wytłumaczę. Albo chociaż spróbuję, ale musisz mi pomóc - powiedziałem cicho. - Musisz mi pomóc odnaleźć Karo.

- A co się stało?

- Uciekła z domu. Pobiegła w stronę lasu.

- Dlaczego?

- Powiem ci, naprawdę, ale potem. Bardzo się o nią martwię. Chodźmy.

W takich ciemnościach, kiedy wchodzi się w mroczne łąki i pola, a księżyc nakrywa się chmurami, ciała rozpuszczają się, a wszystko na co dzień określane naszą osobowością albo tożsamością znika wraz z nimi, człowiek sprowadza się do bijącego serca, podążającego za snopem sztucznego światła w ciemną krainę, którą wydaje mu się, że zna, dopóki nie musi w nią wejść w taką noc jak ta, poszukując własnej siostry, która uciekła, bo nie mogła znieść, jak wielkim zdrajcą okazał się jej brat. I czasami, tak mi się wydaje, utrata samego siebie przynosi ukojenie. Nasza zdrada przestaje tak bardzo boleć, nasze czyny przestają być tak ważne, a nasze porażki tak dotkliwe. Okazuje się, że ostatecznie niewiele trzeba, by rozebrać nas do bijącego mięśnia, które desperacko pragnie znaleźć inne bijące mięśnie, a gdy to zrobimy, wszystko wydaje się prostsze.

Karo uciekła. Na początku machnąłem na to ręką. Stwierdziłem, że poszła do domu i porozmawiam z nią rano albo pójdziemy razem do szkoły. Wytłumaczę, że nic mnie z Marleną nie łączy, i jak zwykle przeprowadzę zabawną lekcję polskiego, którą wszyscy oprócz niej będą absolutnie zachwyceni. Ale będę patrzył tylko na nią i mówił tylko do niej, aż będzie musiała mi wybaczyć.

Gdy wróciłem do stołu, poczułem niepokój, zupełnie nie potrafiłem się skupić na toczącej się rozmowie.

Wszystko to nagle wydało mi się szalenie irytujące - dziadek, jego kolega, żona Tadka i tata. Dlaczego nie przejmowali się problemami Karo? Dlaczego mieli ją w nosie? Oskarżałem ich o to w duchu, aż w końcu poczułem, że nie mogę siedzieć z nimi przy stole, i podniosłem się. Dziadek rzucił mi zdziwione spojrzenie. Spytał, czy idę zrobić herbatę. Powiedziałem, że w sumie mogę iść.

Stwierdziłem, że muszę porozmawiać z Karo natychmiast. I pobiegłem do domu. Biegłem tak szybko, jak tylko potrafiłem, pustą o tej porze drogą, zatrzymując się co jakiś czas i łapiąc oddech, paliło mnie w płucach, ale nie zatrzymywałem się, aż otworzyłem furtkę i drzwi, i krzyknąłem, Karo, porozmawiajmy, Karo, Karo!, z każdym słowem czując się coraz bardziej głupio, jakbym był jakąś papugą, i zorientowałem się, że w domu nikogo nie ma, więc pobiegłem z powrotem do dziadka, może Karo tam wróciła, i czułem się jak męczony przez pana pies, goniony z miejsca na miejsce, a gdy dobiegłem do domu dziadka, ledwo dysząc, ujrzałem mojego brata, który wziął się tam nie wiadomo skąd i jak gdyby nigdy nic siedział przy stole, uśmiechając się szeroko, z talerzem pełnym mięsa i sałaty, i nalewał dziadkowi wódkę, jak gdyby nie wiedział, że dziadek absolutnie nie powinien pić.

I pomyślałem sobie, patrząc na niego, że patrzę na samego siebie i że wbrew temu, co zawsze uważałem, nie różnimy się prawie w ogóle, a jeśli już, to ja wypadam w tym porównaniu gorzej, choć zawsze wydawało mi się, że lepiej. Jak bardzo byłem na niego wściekły. Jak bardzo nienawidziłem tej zadowolonej z siebie postawy, tego przekonania o swojej wyższości, tego, że traktował mnie z góry, tego, że wszystko, co robiłem, uważał za głupią zabawę, nikomu niepotrzebną, podczas gdy to on niczego nie rozumiał, to on o niczym nie wiedział.

Rozciął mi wargę.

Karo uciekła do lasu.

To ona nas minęła, mnie i Marlenę.

Musiała nas widzieć.

Rozciął mi wargę i czułem w ustach krew.

Szliśmy z Basią tą samą drogą, co tyle razy w dzieciństwie, kiedy błąkaliśmy się po szkole, starając się jakoś poradzić sobie z dręczącym nas poczuciem zagubienia i lęku. Już wtedy wiedzieliśmy to, co później próbowaliśmy zapomnieć - że tylko razem możemy oprzeć się przerażającemu nas światu, niszczącemu ludzi dla zabawy.

Dlaczego ją porzuciłem? Dlaczego mnie porzuciła? Dlaczego tak trudno było stawiać kolejne kroki, dlaczego nasze ślady, zamiast uwidocznić się w ziemi, zniknęły, a ziemia stała się sypka i wypychała nas ku powierzchni, zamiast wciągnąć do swego wnętrza?

Tu i tu, i tu, i tu. Nasza przeszłość, która pozostała przeszłością, i nasza ziemia, która stała się piaskiem, i nasza rzeka, którą przekroczyliśmy bez słowa, i nasz las, do którego się chowaliśmy dawno temu przed wszystkimi, sądząc, że nie zdradzimy się nawzajem - teraz w niego wchodziliśmy, prowadzeni wątłym światłem latarki, łamiącym się na pniach drzew i przeskakującym dalej, by zginąć w mroku. Jednak szliśmy, serce obok serca, aż znaleźliśmy się w lesie, którego tak naprawdę nie znaliśmy.

Basia

Dochodziła północ. Pamięć brała się z ciała. Kolejne kroki stawiały się same, jakbym codziennie chodziła tą ścieżką, jakbym nigdy nie przestała nią chodzić. Moje stopy bezbłędnie rozpoznawały wgłębienia terenu i ani razu się nie zachwiałam. Działka nad rzeką, gdzie przychodziliśmy, będąc dziećmi, wciąż była pusta. Nikt się tam nie pobudował, nie została sprzedana. Czekała na nas, jakby wiedziała, że znowu się spotkamy, jakby czerpała tę wiedzę głęboko z czeluści ziemi, gdzie zostały zapisane nasze losy, na długo zanim się urodziliśmy. Nie zastanawiałam się nad tym, kim jestem i kim powinnam być. Wędrowałam z Kamilem po lesie, szukając Karo, i gdyby ktoś powiedział mi, że za kilka godzin muszę wstać, bo rano mam pracę w kancelarii, że muszę odpalić MacBooka i przeredagować kolejną umowę utrzymania systemu, sprawdzić postanowienia dotyczące kar umownych i tak dalej, nie uwierzyłabym. Tamto zniknęło, rozpuściło się, bo tak kazała ziemia i rosnące tu drzewa, ich korzenie.

Szłam obok Kamila i wszystko było tak, jak zostało dawno temu zaplanowane; szłam obok Kamila i byłam tą samą dziewczynką, która przychodziła do tego lasu, by nie wracać do domu. Szłam obok Kamila, uciekając przed swoim bratem i tatą, przed swoim domem. Niczego nam nie brakuje, powiedziałam pani kurator, kiedy spytała, a dziś rozpłakałam się, myśląc o tamtej małej, zakochanej w tacie dziewczynce, która za wszelką cenę chciała, by jej rodzina przetrwała, ale za nic nie chciała wrócić po szkole do domu. Piłam herbatę i płakałam, a potem powiedziałam Bartoszowi i tacie, że do nich wrócę, ale teraz muszę porozmawiać z Kamilem. Piłam herbatę, bo spotkałam tę dziewczynkę w sobie, wciąż chowała się w przepastnych korytarzach ciała, które przez te lata zamieniło się w opuszczony szpital, i uciekłam, by nie dopuścić tej dziewczynki do głosu, a teraz szłam, niezmordowana i zdeterminowana, by znaleźć inną dziewczynkę, by chociaż ją ocalić. Dziewczynki nie powinny musieć uciekać do lasu.

Nie mogłam zadać Kamilowi żadnego z pytań, choć wiele nasuwało się samo. Dlaczego Karo uciekła? Co masz z tym wspólnego? Co takiego zrobiłeś? Albo co zrobił mój brat? Kto ponosi winę za to wszystko? I kto zostanie ukarany? Nie chciałam zadać żadnego z tych pytań, ponieważ bałam się odpowiedzi, a las nie rośnie po to, by szukać w nim odpowiedzi, ale by od nich uciekać. Tak samo, jak robiliśmy zawsze, w dzieciństwie, od momentu, gdy uświadomiliśmy sobie, że staliśmy się dziećmi i nigdy nie przestaniemy nimi być.

Usiłowałam mu pomóc, a nie pomogłabym, dopytując, dlaczego mnie tu zaciągnął. Więc dawałam mu się prowadzić, po prostu. Czemu Karo miałaby się schować w lesie? Czy nastolatka nie poszłaby raczej do jakiejś koleżanki albo złapałaby stopa i pojechała do Łodzi, by się po niej włóczyć, iść na parking Manufaktury, przejechać się pustawym tramwajem, w końcu wejść na jakąś stację benzynową i kupić kawę, i czekać, aż znowu będzie dzień, licząc, że będzie? Tak podpowiadała logika, ale z drugiej strony wiedziałam, że to wszystko głupoty, że z pewnością Kamil ma rację i należało iść do lasu i szukać Karo właśnie tutaj. Nie mogła pójść nigdzie indziej, tak samo jak ja nie poszłabym nigdzie indziej. Tylko tutaj można było się naprawdę schować.

Kiedy wreszcie się zatrzymamy, trzeba będzie porozmawiać, pomyślałam. Dlatego na razie nie powinniśmy się zatrzymywać, tylko iść przed siebie. Bo dopóki przebijamy się przez las, potykamy o korzenie i ocieramy o pnie drzew, zmierzamy dokądś, gdzie można odnaleźć, z pewnością, ocalenie, ale kiedy się zatrzymamy, wszystko będzie bezpowrotnie stracone.

Zupełnie nie wiedziałam, gdzie się znaleźliśmy. Szliśmy chyba na oślep, nie orientując się w tych ciemnościach co do kierunków i ścieżek. Las nas pożerał, zapraszał do swojego wnętrza, obiecując coś, co równie dobrze okazać się mogło naszą zgubą. Ale nas to nie obchodziło, bo zostało nam tylko powolne wędrowanie do przodu, aż w końcu wyszliśmy na jakąś polanę, a światło latarki, zamiast zniknąć w trawie i rozpaść się na źdźbłach, odbiło się od lustrzanej wody. Podeszliśmy do samego brzegu.

- Nie pamiętam tego jeziora, a ty? - spytałam.

- Ja też nie.

- Kamil, gdzie my jesteśmy?

- Nie wiem.

Usiadłam na piasku, a Kamil usiadł obok mnie. Wpatrywaliśmy się w taflę wody, spokojną i cichą. Nagle zza chmur znowu pokazał się księżyc, jakby czekał, aż wreszcie przyjdziemy na tę plażę. Biała kula zawisła nad wodą i odbiła się w niej i nie wiedziałam, który księżyc jest tym prawdziwym, ten w jeziorze czy ten na niebie; nie wiedziałam nawet, gdzie znajduje się niebo, a gdzie jezioro, i czy wszystko nie stało się tą samą, obracającą się wciąż ciemnością. Pomyślałam, że dotąd byłam jak ten księżyc, dwiema osobami, i nie byłam pewna, która z nich to prawdziwa ja, a która to zaledwie kopiujące ją odbicie, ale teraz, w mroku, wreszcie stałam się całością, bo w mroku nie sposób odróżnić cienia od jego właściciela. Kamil złapał mnie za rękę.

Odwrócił się i pocałował mnie. Pachniał tak samo jak zawsze. Pachniałam tak samo jak zawsze. Przeczesał dłonią moje włosy, czego nigdy wcześniej nie robił, i poczułam się dziwnie, ale właściwie podobało mi się to. Usiadłam mu na kolanach. Chciałam być jak najbliżej, mięsień przy mięśniu, serce przy sercu, spleść się z nim na dobre. Ludzkie kolana są dziwne, prawda? Przeszkadzają, kiedy przychodzi do całowania, są koślawe i wielkie, mógłby się w nich odbić nawet księżyc.

Kolana, kości, serce,

powiedziałam,

nic nie mów,

nie możesz mi nic powiedzieć,

powiedziałam,

masz dla mnie serce,

tak mocno ci wali,

serce, nie może się uspokoić,

powiedziałam,

patrz,

powiedział.

Odwróciłam się i uświadomiłam sobie, co widzę. A więc to chciał nam pokazać księżyc, wychodząc zza chmur. Na drugim brzegu, po lewej stronie od nas, stało w wodzie kilkanaście koni. Nie przypominały zwykłych koni, miały gęste futro, wydawały się masywne i potężne. Konie podniosły głowy i patrzyły na nas, ale może tylko tak mi się wydawało; w każdym razie nie poruszyły się. Obserwowaliśmy je, pozwalaliśmy im się obserwować.

Wkrótce wyszły na brzeg. Otrząsały się z wody, bardzo z siebie zadowolone. Miałam wrażenie, że biała klacz, która szła ostatnia, kiwnęła mi głową na pożegnanie. Biała klacz, jak świetlista plama na ciele nocy. Drgnęłam i poruszyłam ręką, zrobiłam taki gest, jakbym chciała ją zatrzymać, złapać za sierść, zostawić sobie na pamiątkę choćby włos z jej grzywy, ale moja ręka trafiła oczywiście w nicość, złapała nic, zachwiałam się i ręka trafiła do ręki Kamila.

Konie zniknęły wśród drzew. Księżyc westchnął i narzucił na siebie strzępiastą kołdrę z chmur.

Karo

Już od dawna nie mogłam biec. Szłam, powłócząc nogami, usiłując znaleźć wyjście z lasu; szumiało mi w głowie i strasznie chciało mi się pić. Krew rozsadzała czaszkę, pulsując w szaleńczym tempie.

Szłam w kierunku domu Neli, chciałam powiedzieć Marlenie, jak bardzo mnie zawiodła, i przeprosić Nelę za to, co o niej myślałam. Potem zawróciłam, skręciłam w stronę wsi, chciałam ponownie znaleźć się u Bartosza i się do niego przytulić, i dać mu się pocałować, i pozwolić, by opowiedział mi swoją przeszłość. I znowu zawróciłam, wyciągnęłam telefon i wybrałam numer mamy, chciałam ją poprosić, by jak najszybciej wróciła. Rozpłakałam się z bezsilności, z każdą sekundą coraz bardziej przerażona i zmęczona.

W końcu znalazłam się w lesie. Szłam przed siebie, skręcałam, szłam przed siebie, skręcałam. Wpadałam na drzewa, potykałam się o korzenie. Przedzierałam się.

A może umarłam?, pomyślałam i zrobiło mi się nagle bardzo smutno. Bo przecież nie chciałam wcale umrzeć, nie chciałam stać się duchem. Dopiero zaczęłam swoje życie, dopiero wydało mi się strasznie ważne i wspaniałe. Dopiero dostałam to ciało, z kośćmi i krwią w zestawie. Dopiero chciałam się całować z Bartoszem, owinąć wokół niego, by poczuć siebie w całości ten pierwszy raz - dlaczego więc miałam umrzeć?

Usiadłam na ziemi i zaczęłam płakać z bezsilności, tak po prostu, a potem przestałam i tylko siedziałam oparta o drzewo.

Wtedy właśnie przeszły przede mną,

mokre i potężne,

pachniały najgłębszym lasem,

ziemią i otchłanią,

mchem i paprociami,

pachniały samym wnętrzem,

wyrokami losu.

Kiedy wstałam, nie zwróciły na to nawet uwagi. Wędrowały dokądś i chociaż nie przejmowały się moją obecnością, to pozwoliły mi się dotknąć. Wyciągnęłam przed siebie rękę, a one zaczepiały ją jak kolejną gałązkę na swojej drodze. Ręka poruszała się, bezwolna i miękka, nie należała do mnie, ale do nich. Ręka stała się dzika i swobodna.

Poszłam za końmi. Poruszały się na tyle wolno, bym zdołała nadążyć. Jeśli coś zrozumiałam, to sama nie wiem co. Jednak uspokoiłam się i zaczęłam oddychać z łatwością. Konie odprowadziły mnie na skraj lasu.

Znowu mi pomogłyście, powiedziałam. W najgłębszej nocy zatapiałam dłonie w ich miękkiej sierści, przechodząc w ten sposób przez bramę innego świata. Dotykałam koni i nie mogłam przestać, a one chodziły wokół mnie, rozbawione i zadowolone. Jak mogłam w ogóle wątpić, że udało im się przeżyć tamten pożar? Czułam się lekka; nic nie mogło mi zagrozić.

Biała plama,

czarna plama,

brązowa plama,

biała klacz,

mokra klacz,

zostawiła mi na dłoniach zapach.

Wróciłam do domu. Tata spał w salonie, przed włączonym telewizorem. Na szczęście się nie obudził, gdy wchodziłam, pewnie miałby wyrzuty sumienia, że nie zajrzał do mojego pokoju, by sprawdzić, czy śpię. Nie wyłączałam telewizora, wiedziałam, że tata w końcu się obudzi i sam wyłączy, a potem pójdzie do sypialni. Wdrapałam się do siebie i weszłam pod kołdrę, brudna i zmęczona.

Po prostu mi się ukazały. Właśnie mnie. Tak długo skrywały się przed ludźmi, a kiedy potrzebowałam potwierdzenia, nadeszły i odprowadziły mnie na sam skraj lasu, jakby wyprowadzały z krainy śmierci z powrotem do życia. Sen zabrał mnie ze sobą, posłusznie mu się oddałam.

Kamil

Już świtało, kiedy znaleźliśmy wreszcie drogę do domu. Kilka razy las wydawał nam się rozrastać bez końca, kilka razy natrafialiśmy na szosę prowadzącą ze wsi do wsi, ale wydawały nam się niezamieszkane, jak opuszczone widmowe osady, więc zawracaliśmy z powrotem w gąszcz. Jeśli nawet wtedy na brzegu coś się stało, a my zostaliśmy wchłonięci do świata, którego dotąd nie znaliśmy, to przecież nic nie mogliśmy na to poradzić.

Jeśli trzeba będzie wędrować w nieskończoność, to trudno.

Wkrótce ciemność zaczęła się rozcierać, niebo stało się szare, a powietrze rześkie. Ściana lasu przerzedziła się i wyszliśmy na pole, między pokryte rosą żyto. Księżyc pożegnał się z nami i zniknął, a my szliśmy przed siebie, trzymając się za ręce. Czułem się tak uroczyście, jak muszą się czuć przybysze z innych planet podczas pierwszej wizyty na Ziemi. Nie udało nam się znaleźć Karo, ale wiedziałem, że wróciła do domu. Skoro nie zniknęła w lesie, musiała być w domu.

Dziwne, bo powinniśmy się denerwować nadchodzącym dniem. Byliśmy brudni i wyczerpani, żadne z nas nie spało, a przecież tyle mieliśmy dziś do zrobienia. Jeśli dochodziła czwarta, to miałem pięć godzin, zanim zaczną się lekcje i stanę przed ósmoklasistami, by omawiać lektury. Nela i Karo z pewnością zrobią wszystko, by zepsuć mi zajęcia, o ile w ogóle się pojawią, a Basia z pewnością nie zdąży do pracy, bo przecież podróż stąd zajęłaby jej co najmniej dwie godziny, a nie pójdzie do kancelarii ubłocona, spocona, ze srebrzystą pajęczyną we włosach.

Szliśmy przez pole, pozwalając, by dojrzewające kłosy żyta, wciąż jeszcze zielone, muskały nasze ręce. Wyszliśmy na drogę, minęło nas kilka samochodów, ludzie ze wsi wstawali do pracy wcześnie, musieli dojechać do miasta. Czas nie stanął w miejscu, choć tak mogłoby się wydawać. Z głębi podwórek dochodziły nas odgłosy budzących się zwierząt, wyobrażaliśmy sobie ciepłe ciała krów, ciszę rozdzierało ich muczenie, ponaglające żądanie, by ktoś je w końcu wydoił.

Wciąż odwlekałem chwilę, kiedy trzeba będzie spytać Basi, co zamierza zrobić. Weszliśmy do śpiącego domu i położyliśmy się w moim chłopięcym łóżku. Było nam gorąco, więc rozebraliśmy się do bielizny, a brudne ubrania rzuciliśmy na podłogę. Zasnęła od razu, ale ja nie mogłem spać. Leżałem obok jej rozgrzanego ciała, w łóżku, w którym tyle razy się masturbowałem, marząc o chwili, gdy wreszcie będzie ze mną spała, od trzynastego roku życia do dwudziestego trzeciego i potem od dwudziestego piątego do teraz, z krótką przerwą na mieszkanie w Łodzi, kiedy to się raczej nie masturbowałem. Nie mogłem spać, jak zwykle, kiedy kładłem się nad ranem, czułem się jak opuszczony przez ludzi park rozrywki.

Serce obok serca,

biała plama,

czarna plama,

brązowa plama,

serce obok serca, obok serca,

dotknąłem ramienia Basi,

dołka w plecach,

odwróciła się ode mnie,

serce obok serca,

obok serca,

dotknąłem żebra Basi,

biała plama,

czarna plama,

brązowa plama,

ich potężne ciała, sierść i grzywy,

ledwo podniosły na nas wzrok,

serce obok serca,

jak w ogóle śpią konie?,

zastanawiałem się,

co się tak kręcisz,

powiedziała,

nie mogę zasnąć,

powiedziałem,

konie śpią w ten sposób,

ale na stojąco.

Basia

Nic nie możesz na to poradzić, dopóki się budzisz, otwierasz oczy. I znowu musisz znosić atakujący cię świat, natrętny i zmasowany, domagający się twojej uwagi. Nie możesz nie otwierać oczu, nie wpuścić przez nie świata, i on dobrze to wie, czeka cierpliwie.

Świat to stado gołębi, wiatr, obraz z telewizora, światło i dźwięk. Świat to Kamil, ciało Kamila, bliskie i dalekie, tak znane, a przecież obce. Wczoraj zapisałam ten świat, a dziś rozpoczęłam od urwanego zdania, a może to on zapisał mnie - i teraz napoczął.

Chude ręce Kamila i świecące w blasku porannego słońca żyły. Opuchnięte oczy i brud za paznokciami, leśna ziemia. Jego zarost na brodzie i pryszcze na czole, czerwona wysypka. Jego rozcięta warga. Dotknęłam jego nadgarstka i cofnęłam rękę. Sięgnęłam po telefon. Siódma rano. W porządku, miałam czas.

To straszne, że nie można się schować, zamknąć w skorupie na trochę. Na kilka miesięcy albo rok. Nie można po prostu zrezygnować z tego wszystkiego. Gdybym mogła, wyłączyłabym się na pewien czas, zapadła w hibernację, pozwoliła, by kapsułę z moim ciałem zabrano na inną planetę i zostawiono, aż odpocznę i będę gotowa, by żyć.

W nocy przytuliłam się do niego, a on wtulił się we mnie. Nasze serca dzieliła tylko skóra, a oprócz niej może kilka kości. To strasznie dziwne, jak się nad tym zastanowić, że otaczają nas istoty zbudowane z kości, rozprawiają o biznesie i księgowaniu kosztów, to strasznie dziwne, skóra na ekranie telefonu, przecież skóra powinna dotykać skóry, a serce - serca.

Przez okno wpadało chłodne nocne powietrze. Ze ścian spoglądali na nas Kurt Cobain i Axl Rose, a pościel nieprzyjemnie drapała skórę, tak była szorstka i wytarta. Za oknem nie widziałam nic, ale słyszałam grające, a może zawodzące w trawie przed domem świerszcze. To dziwne, ale czułam się tu odsłonięta i naga. To dziwne, ale nie przeszkadzało mi to, tak samo jak brudne kostki Kamila. Leżałam tak, wtulona w niego, a on wtulał się we mnie, aż poczułam, że mi gorąco, i oderwałam się od niego, a okno zadrżało od smagnięcia wiatru. Odchyliłam głowę do tyłu i patrzyłam w księżyc, zaglądał do nas, zdziwiony, że się zeszliśmy. Złapałam Kamila za łokieć, bałam się, że księżyc wciągnie nas i zabierze ze sobą, że nasze łóżko wyląduje w którymś z kraterów, i trzymałam tak mocno, że mruknął coś przez sen.

Powinnam tu z nim zostać. Powinnam dać się porwać księżycowi i zamieszkać na nim z Kamilem, wędrować po białej kuli i tylko od czasu do czasu wskazywać palcem w stronę ziemi, której widok będzie przypominał dawny sen, ale żadne z nas nie będzie tego snu rozumieć.

Tu, na księżycu, możemy się wreszcie skupić na tym, co ważne. I nasze życia są białe i pełne, a w kraterach rosną nasze dzieci. Ziemia, którą widzisz, stała się niebezpieczna, pełna piasku i ognia.

Tu, na księżycu, czas płynie wolniej, właściwie to wcale go nie ma.

Rano księżyc zniknął. Wstałam z łóżka i stanęłam w plamie światła, w słońcu, które wpadało przez okno. Znowu wzeszło. Umościło się na opuchniętej twarzy Kamila. Nie wiedziałam, jak mu powiedzieć, że muszę iść. Ubrałam się po cichu i zeszłam na dół, wzdrygnęłam się, wkładając brudne od ziemi spodnie, a w kuchni spotkałam Karo, która robiła sobie kanapkę przed szkołą.

- Dobrze, że się znalazłaś - powiedziałam. - Jeśli mogę cię o coś prosić, to nie złość się na Kamila. Wszystko będzie dobrze.

- Nie będę się na niego złościć. A czy wy do siebie wrócicie? Chcesz kanapkę?

- Nie wiem i nie wiem, czy coś przełknę.

- Ale kochasz go?

- Tak.

Stałam przed Karo i uśmiechałam się. Nie wiedziałam, co powiedzieć. A przecież ona wczoraj odwiedziła Bartosza. Siedziała u mnie w domu. Widziała się z nim przede mną.

- Mogę cię o coś spytać?

- Tak - odpowiedziała.

- Odwiedziłaś Bartosza.

- Tak.

- Zaprosił cię?

- Napisał do mnie.

- Powiedział ci coś? Albo próbował coś zrobić? Nie rozmawiałam z nim...

- Wiem, spałaś tu.

- Nie złość się, po prostu się martwię.

- Nic mi nie zrobił. Zaczął płakać. Opowiedział mi o Anglii, o tobie. O Pawle. O tym, jak złamał mu nos.

- Płakał, naprawdę?

- Trochę. Ja też się rozpłakałam. I dlatego pobiegłam z powrotem do domu. Do Neli.

- Rozumiem.

- Muszę iść. Pa.

- Pa.

Zostawiła mnie samą. Stałam oparta o parapet i piłam herbatę, rozglądałam się po kuchni, aż w końcu usiadłam. Czułam się niezręcznie. Dlaczego w ogóle zgodziłam się zostać? Na podłodze leżały grudki ziemi, spadły mi ze spodni. Uklękłam i zaczęłam ją zbierać, skubać palcami. Nie chciałam pozostawić po sobie śladów.

Umówiłam się z Pawłem na siódmą trzydzieści. Przyjechał pod dom, więc poszłam założyć buty. W drzwiach zatrzymałam się na chwilę. Wtedy na górze otworzyły się drzwi, na schodach usłyszałam kroki. Wstał Kamil, a może tata Kamila.

Paweł napisał esemesa, zamknęłam za sobą drzwi.

W drodze nie rozmawialiśmy. Widziałam na twarzy Pawła zadrapania, ale nie miałam ochoty podejmować tego tematu, właściwie co by to zmieniło? Kiedy mijaliśmy mój rodzinny dom, odwróciłam głowę. Niczego nam nie brakowało, powiedziała dziewczynka, a potem pobiegła schować się na łąkach, pod kołdrą z chmur.

Dotarliśmy do Łodzi, wysiadłam, pobiegłam na górę i wzięłam prysznic, a potem zamówiłam Ubera. Jakimś cudem zdążyłam do pracy. Ale wciąż nie mogłam się otrząsnąć - wszystko, co mnie otaczało, cała ta łódzka rzeczywistość wydawała mi się jedynie papierową ozdobą. To absurdalne, myślałam, że ktoś może w nią w ogóle wierzyć i traktować ją poważnie.

W kancelarii włączyłam komputer i zaczęłam pracować nad pismem w miejscu, w którym przerwałam wczoraj, z perspektywy pisma nic się więc na świecie nie zmieniło.

- Jezu, ile maili! - powiedział Mati. - Ci ludzie powariowali, naprawdę.

Weszła Simona, kwadrans spóźniona, z papierowym kubkiem z kawą na wynos.

- Ale korki! - zawołała.

Skinęłam głową i stłumiłam ziewnięcie. Szłam po powierzchni księżyca, zanurzyłam kostki w wodzie albo splotłam je z brudnymi kostkami Kamila, odebrałam telefon, tu Barbara Tkaczuk kancelaria Olbracht Paprocki i Partnerzy dziękuję że pani oddzwania muszę panią prosić o dosłanie następujących dokumentów które będą potrzebne do sprawy sądowej to znaczy faktur i aneksu... Przez okno wpadało to samo słońce co wczoraj. I to samo słońce oświetlało moją twarz, spłaszczając ją, dając mi w ten sposób wolność. Mogłam się tu rozpuścić, właśnie tego chciałam. Odwróciłam się od okna. Przez okna wpadało to samo słońce i nie wiedziało, że mnie zgubiło.

Paweł

Czekałem na nią na progu, aż w końcu przyszła. Wyłoniła się z nicości, jakby stamtąd właśnie do mnie wracała. Pachniała wiatrem i polem, i kwiatami, i szosą. Skórę na policzkach miała zaróżowioną i gładką, bardzo zimną. Tuliłem ją do siebie, całowałem po głowie. Powiedziała, że musiała chodzić, bo Oluś nie chciał spać.

Obudził się podczas wnoszenia wózka do domu. Zmieniłem mu pieluszkę i natarłem pupę kremem. Uśmiechał się, widząc mnie przed sobą, i machał do mnie rączkami, więc pocałowałem go w brzuszek, a wtedy roześmiał się radośnie. Kołysałem go w ramionach przez chwilę, a potem oddałem Paulinie, która przytknęła usta chłopca do swojej piersi. Kiedy zaczął ssać, zasnąłem, a kiedy się obudziłem, Paulina spała, chłopiec leżał obok. Zasnąłem, patrząc na nich, a rano się obudziłem, zmieniłem mu pieluszkę, natarłem pupę, a potem zaniosłem na matę i po prostu na niego patrzyłem, aż wreszcie przyszła.

Zmieniłem mu pieluchę, powiedziałem,

i bardzo się bałem,

że cię stracę, powiedziałem,

że się bałem,

że nie wrócą,

i że powoli rozumiem,

co czuła, i że będę miał urlop,

i złapałem Olusia za rączkę,

bababa,

powiedział,

słyszałaś,

słyszałam,

proszę cię, nie możesz tak po prostu zniknąć,

powiedziałem,

babab,

powiedział i sięgnął rączkami, by złapać mnie za wargę i pociągnąć ku sobie.

Poszedłem do samochodu. Gdy słońce wyszło zza chmur i oświetliło nasz dom, poczułem coś nieokreślonego, ciężar, strach i zarazem nadzieję.

Musiałem do nich wrócić, po prostu.

Jechałem po Basię. Dzień na wsi dawno wstał. Po podwórkach kręcili się ludzie, na łące pasły się krowy. Kilka krów i cielak. Przez jedną z otwartych bram wyszły na drogę kury. Zatrzymałem się przed domem, wyszła.

Słońce raziło nas w oczy, przestrzegało przed opuszczaniem Janowic. Wkrótce krajobraz się zmienił. Janowicka droga zagłębiła się w las, a po kilometrze albo dwóch skręciłem na trasę. Jechałem bardzo szybko, nie mogłem się doczekać, aż to załatwię. I znowu znaleźliśmy się w Łodzi, a potem na blokowisku Basi. Blok wpatrywał się w blok, na balkonach wisiało mnóstwo wielobarwnych flag - bluzek i spodenek, dziwnych barw tego miejsca, które na pierwszy rzut oka zdawało się pozbawione kolorów, przytłaczające i martwe, a przecież w jego szczelinach tętniło odważne, niedające się okiełznać życie.

Wysiadła nieopodal przystanku autobusowego. Kręcące się wokół niego stado gołębi uniosło się, gdy otworzyła drzwi, jakby ptaki nie mogły opanować radości na jej widok. Może były zmartwione jej nieobecnością, nie mogły się doliczyć wszystkich ludzi, kiedy wreszcie przyszła noc.

Blok wpatrywał się w blok, kamienica w kamienicę. Czerwone słońce zniknęło po naszej stronie globu i pojawiło się na pustyni, zbudziło pewnego mężczyznę, który wstał do pracy w tej samej firmie, w której pracowałem ja. Ale przecież w szczelinach tego wypełniającego przestrzeń kafelkowania tętniło życie, o czym zaświadczały i suszące się spodenki, i gołębie, i Olek, i Paulina, i nawet Basia i Kamil, niech im będzie.

Kamil

Wciąż czułem na wargach suche wargi Basi. Pocałunki trochę bolały, to przez Pawła i jego pięści, ale może zawsze bolały, nie przeszkadzało mi to. Sądziła, że spałem, ale tak naprawdę obudziłem się razem z nią. Pozwoliłem, żeby odeszła, wiedziałem, że musi to zrobić. Miałem po prostu nadzieję, że wróci. Zostawiła mnie, a potem sama pozwoliła się zostawić, i znowu mnie zostawiła, na pocieszenie miałem wgłębienie w łóżku, wspomnienie po ciele, zapach i ciepło.

Poszedłem do szkoły, tą samą drogą, którą szedłem kilka godzin temu z Basią, i tą samą, którą szedłem w wieku jedenastu lat z Basią, i tą samą, którą szedłem w wieku dwunastu lat z Basią. Tą samą drogą dziś opuściła Janowice. I tą samą do nich wróci. O ile wróci.

Pobrałem dziennik i klucz, poszedłem do sali, pod którą siedziało kilkanaście dzieciaków z oczami w telefonach, zawołałem, że zapraszam do środka. Wciąż patrzycie w ekrany, wasze mózgi odzwyczają się wkrótce od czytania, przystosowane wyłącznie do oglądania kilkusekundowych filmików. Wtedy wyginiemy, nasz gatunek zniknie, narodzi się następny - bez pamięci o Szekspirze i Judaszu. Gdybym powiedział to na głos, uznaliby mnie za defetystę i boomera.

Nie wiedzieliby, co oznacza to pierwsze.

I może to drugie też.

Weszli do środka. Nela, Karo i reszta. Usiadłem za biurkiem i uśmiechnąłem się do nich wszystkich, a potem sprawdziłem obecność i zacząłem czytać fragment z Romea i Julii:

O serce żmii pod kwiecistą maską!

Krył-że się kiedy smok w tak pięknym lochu?

Luby tyranie, anielski szatanie!

Kruku w gołębich pierzach! Wilku w runie!

Nikczemny wątku w niebiańskiej postaci!

We wszystkim sprzeczny z tym, czym się wydajesz.

Szlachetny zbrodniu!

Potępieńcze święty!

Rozglądałem się po klasie, czekałem na reakcję.

- Wiecie, o kim mowa?

Rękę podniosła Nela. Karo nawet na mnie nie patrzyła. Kątem oka obserwowała swoją przyjaciółkę. Wilku w ruinie, kruku w gołębich pierzach, we wszystkim sprzeczny z tym, czym się wydajesz.

Nie poczekała na mnie rano, zniknęła, zostawiła mnie ze snem, wilku w ruinie, kruku w gołębich pierzach.

Nela nie opuszczała ręki.

- Tak...?

Stanisław

Do łóżka wróciłem z obrazem Tadka. Pościel pachniała potem i wódką, i truskawowymi perfumami, ale nie przeszkadzało mi to, chciałem po prostu spać.

Walnąłem się na pościel, odetchnąłem z ulgą i prawie natychmiast zasnąłem - między ulgą a snem było tylko kilka sekund. Podczas tych kilku sekund postanowiłem, że zadzwonię do córki i zagadnę ją o Budapeszt, i opowiem o swoich urodzinach, i podziękuję za dzieci i Paulinę, i w ogóle. Ale dopiero rano, bo teraz naprawdę nie miałem na nic sił.

Obudziłem się wcześnie. Miałem ponad osiemdziesiąt lat i pachniałem truskawkową mgiełką. Urodziłem się ponad osiemdziesiąt lat temu, bawiłem się na łące, a potem biegłem za wozem, a potem widziałem Niemców, a potem się ożeniłem, a potem nosiłem Bożenę i tuliłem ją do piersi, a potem poszedłem do pracy w mieście, a potem pochowałem rodziców, i żonę, i Tadka.

Wyszedłem przed dom, oparłem się o płot i stałem tak, patrząc na pola i łąki, za którymi rósł las. Zwykłe pola. Nic szczególnego. Stąd się wziąłem, ale sam nie wiem, co to oznaczało. Może powinienem wiedzieć, a nie wiedziałem. Swędziała mnie broda, ale nie mogłem podnieść ręki, by się podrapać.

Zmrużyłem oczy.

Nagle poczułem się słabo; ręce i nogi zrobiły się ciężkie, ciągnęły mnie ku ziemi. Spróbowałem się wyprostować, nie udało mi się, opadłem na płot. Kto mnie podniesie? Wiedziałem, że będę musiał czekać, aż ktoś się pojawi. Aż ktoś będzie szedł. Ale kto tu będzie szedł, może nikt tu nie przyjdzie przez wiele dni. Może dopiero Bożena... Przez zmrużone oczy obserwowałem pole, jakbym oczekiwał, że zielone kłosy żyta rozchylą się i ukaże się wśród nich ktoś, kto mnie ocali.

Brązowa plama,

czarna plama,

biała plama.

Zdrętwiały mi nogi, dłonie bolały od zaciskania na betonowym płocie. Nie, nie podniosę się, nie wyprostuję.

Ostatkiem sił otworzyłem oczy.

Brązowa plama,

czarna plama,

biała plama.

Wszystkie płynęły, przechodziły w inne, bawiły się na łące, na którą patrzyłem codziennie od osiemdziesięciu lat. Nie zwracałem na nią nigdy szczególnej uwagi i teraz mnie to dziwiło. Wiosną zieleniła się, a jesienią pustoszała. Zimą stawała się biała i gładka, rozpuszczała się wraz ze wszystkim. Wreszcie to dostrzegłem.

Potem zniknęły, rozdarte przez słońce. Muszę tam iść, poszukać w trawie. Włosów, sierści.

KONIEC