Gdzie słychać szepty - Kate Pearsall

Kup ebooka

34.99 zł
24.66 zł (24,27 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

To wiem na pewno: że­liwne ron­dle trzeba sma­ro­wać smal­cem; prze­twory naj­le­piej ro­bić, gdy Księ­życ jest w fa­zie uby­wa­ją­cej; a głę­boko skry­wane se­krety za­wsze wy­cho­dzą na jaw.

Usa­da­wiam się przed wbu­do­wa­nym w okno wen­ty­la­to­rem i uno­szę rą­bek ko­szuli tak, żeby po­wie­trze mu­skało mi skórę. Ha­rvest Moon to stary młyn zbo­żowy, a jego grube wa­pienne ściany za­pew­niają miły chłód. Tylko że przez sześć dni w ty­go­dniu ser­wu­jemy śnia­da­nia i lun­che, a gdy w kuchni praca wre, nie spo­sób uciec przed go­rą­cem.

Bab­cia wpa­truje się we mnie z dru­giego końca nie­wiel­kiej kuchni, gdzie przy­go­to­wuje je­dze­nie na ju­trzej­szy fe­sti­wal. Zręcz­nie ma­new­ruje no­żem w por­cji wie­przo­wych że­be­rek, którą do­stała w po­dzięce za wy­le­cze­nie dziecka Thomp­so­nów z kolki. Prze­bija się przez ko­ści i roz­biera mięso ka­wa­łek po ka­wałku; tnie bez prze­rwy, bez za­wa­ha­nia, na­wet gdy wzrok ma sku­piony na mnie. Ka­wałki mięsa wrzuca do mi­ski z pi­kantną ma­ry­natą we­dług jej se­kret­nego prze­pisu, a ko­ści na ro­sół układa na bla­sze. Nic się nie mar­nuje.

Ra­zem z sio­strami do­ra­sta­ły­śmy w tej kuchni, po­śród sto­łów ze stali nie­rdzew­nej, bia­łych ścian i de­li­kat­nej woni wy­bie­la­cza. Dla­tego wiem, co cho­dzi babci po gło­wie. Ta­kie tkwie­nie przy wia­traku może zo­stać ode­brane jako nie­rób­stwo, któ­rego bab­cia nie to­le­ruje, na­wet w czerwcu, gdy tem­pe­ra­tura w cie­niu prze­kra­cza już trzy­dzie­ści stopni.

Po karku spływa mi kro­pelka potu. To przez wil­goć, która od ty­go­dni utrzy­muje się u pod­nóża gór. Kie­dyś czy­ta­łam, że ist­nieje pewna ko­re­la­cja mię­dzy wzro­stem tem­pe­ra­tury i bru­tal­no­ści. Po­dobno naj­go­ręt­sze lata bu­dzą w lu­dziach naj­więk­szą agre­sję. Nie wiem, czy to prawda, ale na­wet te­raz, gdy po­wie­trze jest tak gę­ste i cięż­kie, emo­cje zdają się go­to­wać we wszyst­kich.

Na ty­łach kuchni Aster, moja star­sza o je­de­na­ście mie­sięcy sio­stra, pod­nosi me­ta­lową rączkę prze­my­sło­wej zmy­warki do na­czyń i uwal­nia kłęby pary, która przy­kleja jej ciemne włosy do ład­nej twa­rzyczki. Wszyst­kie cztery mamy ciemne włosy, błę­kitne oczy i pełne, ró­żowe usta, ale to wła­śnie Aster ma naj­ciem­niej­sze, naj­błę­kit­niej­sze i naj­peł­niej­sze. Jed­nak swoje piękno trak­tuje jak zbroję, która nie po­zwala in­nym za­nadto się do niej zbli­żyć. Jest jak róża z kol­cami.

Kiedy sięga, by od­sta­wić szklanki na wy­soką półkę, jej unie­siona ko­szulka od­sła­nia kilka li­nii czar­nego tu­szu, które wiją się i peł­zają wzdłuż bio­dra. Po tym, jak mama od­kryła u Aster wy­ta­tu­owa­nego węża, na całe lato prze­nio­sła ją na zmy­wak. I cho­ciaż chęt­nie unik­nę­ła­bym wy­cho­dze­nia na salę re­stau­ra­cyjną, nie za­zdrosz­czę jej. Zmy­wak to naj­go­ręt­sza ro­bota w kuchni.

Rosa, na­sza naj­star­sza sio­stra, prze­cho­dzi przez wa­ha­dłowe drzwi, trzy­ma­jąc na ra­mie­niu tacę za­sta­wioną brud­nymi na­czy­niami. Mija mnie spiesz­nie i pę­dzi w kie­runku zmy­waka. Aster, która w tym mo­men­cie sły­szy tylko dud­nie­nie pro­gramu my­cia pod wy­so­kim ci­śnie­niem, na­gle się od­wraca i wpada pro­sto na sio­strę. Ta­le­rze i szklanki obi­jają się o sie­bie z brzę­kiem, a ja ob­ser­wuję całą ak­cję w ocze­ki­wa­niu, aż wszystko ru­nie na zie­mię. Ja­kimś cu­dem jed­nak Rosa w ostat­niej chwili opa­no­wuje sy­tu­ację.

Kiedy wy­daje z sie­bie po­wolne wes­tchnie­nie ulgi, nóż do ste­ków ba­lan­su­jący na kra­wę­dzi tacy na­gle spada. Z ostrym dźwię­kiem giba się czub­kiem w de­ski pod­ło­gowe i gi­bie na boki.

- Nóż na ziemi - ostrzega mama, która za­wie­sza na mo­ment ząb­ko­wane ostrze swo­jego noża nad zie­loną skórką po­mi­dora.

- Będą kło­poty. - Bab­cia koń­czy starą lu­dową mą­drość i spo­gląda przez okno.

Niebo ma nie­zdrowy od­cień zie­leni, a nad gó­rami kłę­bią się bu­rzowe chmury.

Być może brzmi to jak bzdurne za­bo­bony, ale to praw­dziwe dzie­dzic­two ro­dziny Ja­me­sów. Od­kąd pa­mię­tam, wie­czo­rami na długo po tym, gdy ostatni klient opusz­czał re­stau­ra­cję, pi­sa­ły­śmy swoje ży­cze­nia bia­łym atra­men­tem na li­ściach lau­ro­wych, a po­tem zgnia­ta­ły­śmy je w pal­cach i wy­pusz­cza­ły­śmy na wiatr, cze­ka­jąc, aż po­wie­trze wy­pełni się ich gorz­kim aro­ma­tem. Uczy­ły­śmy się spe­cjal­nych słów, któ­rych ni­gdy nie wolno nam było za­pi­sać, tylko na­le­żało je wy­po­wie­dzieć szep­tem na jed­nym od­de­chu. Ob­ser­wo­wa­ły­śmy, jak bab­cia, mru­cząc pod no­sem tych kilka wy­ra­zów, spra­wiała, że opa­rze­nia od go­rą­cych pa­telni zni­kały z na­szych ciał, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie nie­na­ru­szoną skórę.

- Uwa­żaj - prze­bą­kuje Rosa, na­chy­la­jąc się, by taca ze­śli­zgnęła się na blat z jej ra­mie­nia. Póź­niej spo­gląda na mnie. - Dzięki, że po pro­stu tam sto­isz, Ti­lio. Jak zwy­kle. - Jej uwaga jest jak uką­sze­nie osy. Za­nim zdążę po­czuć żą­dło, Rosa już się od­wraca.

Za­wsze by­ły­śmy bli­sko. Cztery sio­stry uro­dzone rok po roku. Po pro­stu nie mo­gło być ina­czej. Ale te­raz, gdy Rosa wró­ciła z col­lege'u, wszystko wy­daje się inne. To pierw­sza z dziew­czyn Ja­me­sów, która stąd wy­je­chała. Chyba nie pa­suje już do świata, jaki za sobą zo­sta­wiła.

Mama wy­ciera ręce w ścierkę we­pchniętą za pa­sek far­tuszka, któ­rym ob­wią­zała się w ta­lii, i sta­wia dwa ostat­nie ta­le­rze na du­żej tacy.

- Za­mó­wie­nie go­towe - mówi, ru­chem głowy wska­zu­jąc mi salę re­stau­ra­cyjną.

Żadne ży­cze­nia na li­ściach lau­ro­wych nie po­mogą mi wy­mi­gać się od pracy. Jesz­cze raz rzu­cam okiem na nóż wbity w pod­łogę i prze­ci­ska­jąc się obok Rosy, wy­cho­dzę z kuchni.

Gdy do­cie­ram do swo­jego sto­lika, sta­wiam tacę na sto­jaku, a po­tem zsu­wam każdy ta­lerz i kładę go przed od­po­wied­nim go­ściem. Ka­napka ze sma­żo­nymi zie­lo­nymi po­mi­do­rami dla pana z brodą; bu­łeczki ma­ślane po­lane so­sem z kieł­basą dla młod­szego męż­czy­zny z nie­wielką dziurą w koł­nie­rzyku; mio­dowy kur­czak z pa­telni i zupa z fa­soli pinto dla ko­biety w oku­la­rach; i hot dog z sa­łatką co­le­slaw dla ma­łego chłopca, który nie­ustan­nie wy­ciera nos w rę­kaw.

- Pro­szę po­wie­dzieć, gdyby po­trze­bo­wali pań­stwo cze­goś jesz­cze - rzu­cam, kła­dąc do­dat­kowe ser­wetki obok chłop­czyka, a go­ście za­bie­rają się do je­dze­nia.

Kiedy się­gam po pu­stą tacę, po moim ję­zyku roz­cho­dzi się słodko-ostry smak kan­dy­zo­wa­nych pa­pry­czek ja­la­pe?o, które bab­cia przy­rzą­dza za­wsze pod ko­niec lata. Ze zdzi­wie­niem pod­no­szę głowę i wi­dzę, jak pod nie­uwagę pana z brodą młod­szy męż­czy­zna zerka na ko­bietę sie­dzącą przy tym sa­mym sto­liku.

Kie­ruję się do kuchni, bo nie chcę od­kry­wać cu­dzych se­kre­tów, ale na­gle na ko­goś wpa­dam. Z im­pe­tem. Kra­wędź tacy ude­rza mnie w brodę, przez co gryzę się w ję­zyk. Tracę rów­no­wagę i po­ty­kam się o wła­sne nogi. Już mam prze­wró­cić się na oczach wszyst­kich, gdy ktoś wy­ciąga dłoń i ła­pie mnie za ra­mię. Mój wzrok wę­druje wzdłuż sil­nej ręki aż do zbyt do­sko­na­łej twa­rzy i osta­tecz­nie tylko prze­wraca mi się w żo­łądku.

Cole Spen­cer. Złoty chło­pak na­szego mia­steczka, przy­naj­mniej we­dług plo­tek, które co­dzien­nie krążą po re­stau­ra­cji. Pry­mus, prze­wod­ni­czący klasy, gwiazda fut­bolu, in­nymi słowy - wy­soki na sto osiem­dzie­siąt cen­ty­me­trów boży dar dla Ca­ball Hol­low, za­pa­ko­wany w mię­śnie i pro­mienną skórę. Jego mu­śnięte słoń­cem włosy rów­nie do­brze mo­głyby być ja­kąś cho­lerną au­re­olą.

Pusz­cza mnie i wkłada ręce do kie­szeni.

- Patrz, gdzie idziesz, Ja­mes.

James. Zu­peł­nie jakby nie od­róż­niał mnie od mo­ich sióstr. Jak­by­śmy ni­gdy nie byli bli­sko. Jakby nic się nie wy­da­rzyło.

Przez ostatni rok nie by­wał tu zbyt czę­sto, ale sły­sza­łam, że po­maga przy obo­zie fut­bo­lo­wym, a po nim tra­dy­cyj­nie przy­cho­dzi się do Ha­rvest Moon. To Cole za­po­cząt­ko­wał ten zwy­czaj jesz­cze za cza­sów, gdy nasi oj­co­wie mię­dzy zmia­nami oku­po­wali sto­lik na rogu. Za cza­sów, gdy wszystko było ina­czej.

- Wy­bacz. - Nie­spiesz­nie ki­wam głową i ką­śli­wie do­daję: - Nie wszy­scy po­tra­fią la­tać nad zie­mią na aniel­skich skrzy­dłach.

Ką­ciki jego oczu się zwę­żają, a całe ciało na­pina się pod zno­szoną szarą ko­szulką. Gdy­bym nie spo­dzie­wała się tej sub­tel­nej re­ak­cji, pew­nie bym jej nie do­strze­gła. Ro­dzina Spen­ce­rów cie­szy się spo­rym po­wa­ża­niem w ca­łym mia­steczku, ale Cole ni­gdy nie czuł się kom­for­towo z tą ad­o­ra­cją i pre­sją za­cho­wy­wa­nia po­zo­rów. Spen­ce­ro­wie bo­wiem też mają se­krety.

Moje drobne zwy­cię­stwo nie trwa jed­nak zbyt długo, bo usta wy­peł­nia mi smak dzi­kiego czosnku, ostry i gry­zący, prze­sy­cony stra­chem i obrzy­dze­niem. Od­ru­chowo marsz­czę nos i z tru­dem prze­ły­kam ten atak, sta­ram się ode­pchnąć uczu­cia, które nie na­leżą do mnie. Uczu­cia, które gdy tylko stracę czuj­ność, wsią­kają we mnie tak, że aż je­stem nimi prze­sy­cona.

Nie dość, że mi­mo­wol­nie po­znaję czy­jeś naj­skryt­sze uczu­cia, to jesz­cze coś tak do­sad­nie przy­po­mina mi, jak bar­dzo ina­czej po­strzega mnie te­raz Cole. I że ma do tego prawo.

- Sia­damy tu czy...? - Bry­son Ivers, ko­pacz dru­żyny fut­bo­lo­wej i oso­bi­sty cień Cole'a, prze­wie­sza rękę przez ra­mię Spen­cera i ge­stem wska­zuje wolny sto­lik w po­bliżu drzwi. Pło­szy mnie jego na­głe na­dej­ście. - O, prze­pra­szam, nie chcia­łem prze­szka­dzać w... - ma­cha do mnie - w czym­kol­wiek, co się tu dzieje.

Gdy Cole znów wbija we mnie mio­dowe oczy, czuję cie­pło na po­licz­kach i za­ci­skam palce na tacy. Jest coś w wy­ra­zie jego twa­rzy, ale znika zbyt szybko, bym mo­gła to na­zwać. Za­raz po­tem Spen­cer uśmie­cha się w sa­mo­za­do­wo­le­niu i do­ciera do mnie, jak długo się w niego wpa­try­wa­łam. Mru­gam i od­wra­cam wzrok.

- Co to było? - pyta Bry­son, cią­gnąc Cole'a w kie­runku sto­lika. Albo nie zdaje so­bie sprawy z tego, że na­dal je­stem tak bli­sko, by to sły­szeć, albo go to nie ob­cho­dzi.

- Wiesz, jaka ona jest. - Cole lekko wzru­sza ra­mio­nami. Zniża głos na tyle, że nie sły­szę, co mówi da­lej, ale w od­po­wie­dzi Bry­son od­chyla głowę i za­nosi się śmie­chem.

Wcho­dzę do kuchni przez wa­ha­dłowe drzwi. Czuję w ustach gorzki smak ko­rze­nia cy­ko­rii. Je­stem pewna, że Cole za­po­mni o mnie, gdy tylko skoń­czy lunch, tym­cza­sem ja będę jesz­cze długo wra­cać my­ślami do tej chwili i wku­rzać się na sie­bie, że po­zwo­li­łam, by znów za­go­ścił w moim umy­śle.

- Co jest? - pyta Aster, gdy prze­cho­dzę na tyły kuchni.

- Nie mogę wziąć no­wego sto­lika - wy­szep­tuję od razu, zer­ka­jąc na mamę i bab­cię. - Roso, zro­bisz to?

- Moja sek­cja jest za­ła­do­wana po brzegi, Ti­lio. - Na­wet nie pod­nosi wzroku znad tacy, którą przy­go­to­wuje do wy­da­nia. - Mam dość pro­ble­mów ze swo­imi sto­li­kami.

- Kto cię tak wpie­nił? - Aster opiera się bio­drem o blat tuż obok Rosy i krzy­żuje ręce. - Wiesz, że Ti­lia by to dla cie­bie zro­biła.

Rosa par­ska z iry­ta­cją i od­wraca się do mnie ple­cami.

- Nie za­wsze bę­dzie ktoś, kto sto­czy ba­ta­lie za cie­bie, Ti­lio. Im szyb­ciej się tego na­uczysz, tym le­piej. - Rzuca Aster po­nure spoj­rze­nie. - W ten spo­sób jej po­mogę. - Wpy­cha no­tes do przed­niej kie­szeni far­tu­cha, na­chyla się do mnie i szep­cze tak, że­bym tylko ja mo­gła ją usły­szeć: - Boże, do­ro­śnij wresz­cie.

Spusz­czam wzrok i przy­glą­dam się swoim dło­niom.

- Cho­dzi o Cole'a - mó­wię ci­cho, a słowa wię­zną mi w gar­dle. Nie­na­wi­dzę faktu, że na­wet po ta­kim cza­sie na­dal mnie to ru­sza.

Aster wzdy­cha i od­suwa się od blatu. Ściąga brudny far­tuch, zu­peł­nie jed­no­lity, taki, który z ła­two­ścią można po­trak­to­wać wy­bie­la­czem, po czym wy­mie­nia go na ład­niej­szy, ha­fto­wany, cze­ka­jący na wie­szaku przy drzwiach.

Rosa kręci głową.

- Mama po­wie­działa, że cały mie­siąc szo­ru­jesz gary. Żad­nych sto­łów i żad­nych na­piw­ków - przy­po­mina sio­strze. - Wściek­nie się, je­śli za­raz nie wró­cisz do na­czyń.

Spo­glą­dam na mamę, która stoi do nas ple­cami z te­le­fo­nem wci­śnię­tym mię­dzy ucho i ra­mię i gry­zmoli coś w no­te­sie. Pew­nie przyj­muje za­mó­wie­nie albo do­piero składa je u do­stawcy. W każ­dym ra­zie nie zaj­mie jej to zbyt długo.

Nim zbie­ram się na od­wagę, by za­trzy­mać Aster, ta już prze­ci­ska się obok Rosy i po­py­cha wa­ha­dłowe drzwi.

- Za­raz będę - rzuca przez ra­mię.

Rosa wo­dzi za nią wzro­kiem z za­ci­śnię­tymi ustami. Jesz­cze przez chwilę zwle­kam, a póź­niej w ślad za Aster wy­cho­dzę z kuchni, jed­nak za­trzy­muję się przy la­dzie. Zdą­żyła już do­trzeć do sto­lika, przy któ­rym sie­dzi Cole oto­czony zna­jo­mymi. Ob­ser­wuję ją, jak za­pi­suje w no­te­sie za­mó­wie­nia i sta­now­czo od­ma­wia proś­bom Bry­sona o pod­mianę skład­ni­ków. W dro­dze po­wrot­nej do kuchni pusz­cza do mnie oczko i wrę­cza mi kar­teczkę. Je­śli po­wie­szę ją te­raz na szy­nie z za­mó­wie­niami, mama na­wet się nie po­ła­pie.

Już za­czy­nam się roz­luź­niać, gdy wtem Ha­rvest Moon za­lewa ciem­ność. Na sali za­pada ci­sza, a niebo spo­wija czerń. Spo­glą­dam przez duże fron­towe okno i wi­dzę, jak au­to­bus da­le­ko­bieżny włą­cza świa­tła i od­jeż­dża z przy­stanku na rogu. Let­nie bu­rze w Ca­ball Hol­low po­tra­fią być po­tężne i gwał­towne, ale ta nad­ciąga wy­jąt­kowo szybko.

Po­ryw wia­tru otwiera drzwi fron­towe z ta­kim im­pe­tem, że ude­rzają w ścianę. Uno­szę rękę, by ochro­nić się przed na­po­rem ku­rzu i pyłu, który wdziera się do środka wraz z po­wie­wem pach­ną­cym słod­kimi kwia­tami zło­to­głowu i pie­przem. Za­raz wiatr cich­nie i drzwi się za­my­kają.

Kiedy otwie­ram oczy, z dru­giej strony lady spo­gląda na mnie twarz, któ­rej nie wi­dzia­łam od dawna.

- Da­lia - ce­dzę, mimo że za­schło mi w gar­dle. - Nie wie­dzia­łam, że wró­ci­łaś.

Da­lia Cal­houn ukoń­czyła szkołę ra­zem z Rosą, póź­niej wy­je­chała do col­lege'u w mie­ście, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. Kie­dyś by­ły­śmy przy­ja­ciół­kami. Na­wet mnie wy­da­wało się to za­ska­ku­jące, bo Da­lia za­wsze była wy­ga­dana i lu­biana, ja na­to­miast dziwna i ci­cha. Te­raz z tru­dem ją roz­po­zna­łam. Jej włosy, kie­dyś w ko­lo­rze my­siego fu­terka, te­raz są zu­peł­nie czer­wone, wy­glą­dają, jakby wy­lały się z bu­telki wi­śnio­wego soku.

- Cześć, Ti­lio. - Da­lia wy­chyla się nad la­mi­no­wany blat i na mo­ment mnie obej­muje. Czuję, jak po moim pod­nie­bie­niu roz­cho­dzi się orzeź­wia­jący smak cy­tryny. - Wiesz, jak to działa. Obecna Kró­lowa Ciem musi uko­ro­no­wać przy­szłą, więc je­stem. - Wzru­sza ra­mio­nami, ale oczy jej błysz­czą. - Wy­star­tu­jesz na kró­lową, prawda?

Każ­dego roku pod­czas Fe­sti­walu Ciem dziew­częta z ostat­nich klas zgła­szają pro­jekty, któ­rymi od­dają cześć Ca­ball Hol­low. Mają na­dzieję, że to po­zwoli im uzy­skać ty­tuł Kró­lo­wej Ciem i zdo­być sty­pen­dium w col­lege'u.Da­lia w ra­mach pro­jektu stwo­rzyła pod­cast o le­gen­dar­nym czło­wieku-ćmie, który stał się in­spi­ra­cją dla ca­łego fe­sti­walu. Te­raz stu­diuje dzien­ni­kar­stwo te­le­wi­zyjne i ra­diowe, i nic w tym dziw­nego, je­śli wziąć pod uwagę jej głos, przy­dy­miony i ma­ślany jak miód z kwa­śno­drzewu, i jej nie­koń­czący się ar­se­nał py­tań. Ale po­mysł, że­bym ja zo­stała Kró­lową Ciem, jest śmie­chu wart z wielu po­wo­dów.

- To chyba nie jest do­bry po­mysł - wy­krę­cam się.

- Żar­tu­jesz? Twój bank prze­pi­sów na pewno wy­gra. Moja bab­cia była za­chwy­cona, gdy chcia­łaś po­znać jej stare re­cep­tury. Za­nim ode­szła, czę­sto wspo­mi­nała czas, który z tobą spę­dziła.

Za­wsze lu­bi­łam piec i go­to­wać, więc z po­czątku z czy­stej cie­ka­wo­ści pro­si­łam star­szych są­sia­dów, by zdra­dzili mi ro­dzinne prze­pisy. Oka­zało się, że ulu­bione po­trawy nie­rzadko za­wie­rają tyle wspo­mnień, co skład­ni­ków.

Wi­dzia­łam, że lu­dzi cie­szy dzie­le­nie się wie­dzą z kimś, kto chce ich słu­chać.

Bab­cia Da­lii, Par­lee Wil­ker­son, zgo­dziła się na­uczyć mnie przy­rzą­dzać jej słynny chleb bez droż­dży. Kie­dyś było to tra­dy­cyjne pie­czywo Ca­ball Hol­low, a liczba ist­nie­ją­cych prze­pi­sów do­rów­ny­wała nie­mal licz­bie ro­dzin za­miesz­ku­ją­cych tę oko­licę. Te­raz jed­nak nie­wielu oso­bom wy­star­cza czasu i chęci, by przy­rzą­dzać tak pra­co­chłonne wy­pieki. Da­lia miesz­kała wtedy z bab­cią i po­zna­ły­śmy się wła­śnie w trak­cie tego dwu­dnio­wego ry­tu­ału pie­cze­nia. Póź­niej pani Wil­ker­son za­pra­szała mnie jesz­cze, by po­dzie­lić się ko­lej­nymi prze­pi­sami: na pla­cek z octem, któ­rego re­cep­turę udo­sko­na­liła jej cio­teczna babka, klu­ski z je­ży­nami przy­rzą­dzane z resz­tek cia­sta bisz­kop­to­wego, które uwiel­biała jej mama, i cy­na­mo­nową szar­lotkę skro­pioną odro­biną do­mo­wego bim­bru jej męża. Przez cały ten czas zbli­ża­ły­śmy się do sie­bie z Da­lią, a na­sza przy­jaźń za­wią­zana w kuchni prze­kro­czyła jej próg i prze­nio­sła się do szkoły, a także poza nią.

Ale to było kie­dyś. Cia­sto na chleb bez droż­dży jest nie­zmier­nie ka­pry­śne, a we­dle tra­dy­cji nie­udany bo­che­nek to zwia­stun nie­szczę­ścia. Tam­tego dnia w kuchni z Da­lią i jej bab­cią pie­czywo się udało, ale sama ni­gdy póź­niej nie po­wtó­rzy­łam tego suk­cesu.

- Wła­ści­wie już tego nie ro­bię. - Na szyi czuję go­rąco, ko­niuszki pal­ców mam za to lo­do­wate. Jak to moż­liwe, że tę­sk­nię za czymś i jed­no­cze­śnie się tego boję? Prze­no­szę wzrok z Da­lii na sto­lik, przy któ­rym sie­dzi Cole ze zna­jo­mymi. - Od ze­szłego lata.

- Och. - Wi­dzę, że wy­ciąga błędne wnio­ski, bo ze współ­czu­ciem ściąga brwi. - Je­śli oba­wiasz się, że ko­mi­sja weź­mie pod uwagę to, co wy­da­rzyło się rok temu, to nie­po­trzeb­nie. Wszy­scy wie­dzą, że to był straszny wy­pa­dek.

- Wy­pa­dek, wła­śnie. - Wzru­szam ra­mio­nami i od­wra­cam wzrok. Ra­czej skan­dal.

Gdy znów na sie­bie spo­glą­damy, Da­lia ob­da­rza mnie peł­nym zro­zu­mie­nia uśmie­chem i na­chyla się bli­żej.

- Na­prawdę nic nie pa­mię­tasz?

Całe moje ciało prze­cho­dzi dreszcz, zu­peł­nie jakby krew w ży­łach zmie­niła się w lo­do­watą wodę; za­ci­skam po­wieki. Wła­śnie dla­tego uni­kam każ­dego, kto był tam pod­czas nocy, gdy za­gi­nę­łam. Przez ostat­nie dwa­na­ście mie­sięcy pró­bo­wa­łam za­po­mnieć o tym, jak mało pa­mię­tam, a te­raz za sprawą tych kilku słów znów je­stem w le­sie. Ciem­ność na­piera na mnie ja­kimś nie­na­tu­ral­nym cię­ża­rem, nie­wi­dzialne ga­łę­zie cią­gną mnie za włosy i ka­le­czą mi skórę, gdy bie­gnę co­raz szyb­ciej. I szyb­ciej. Naj­szyb­ciej, jak po­tra­fię. Moja klatka pier­siowa unosi się i opada, a skrawki wspo­mnień na­wet te­raz kradną mi od­dech. Zdaje się, że Da­lia nic nie za­uważa.

- Tylko urywki - od­po­wia­dam wresz­cie. Przy­ci­skam do czoła trzę­sącą się rękę. - Nic się nie klei. Le­ka­rze mó­wią, że to amne­zja po­ura­zowa.

Na ze­wnątrz roz­lega się dźwięk klak­sonu i Da­lia od­wraca się, by spoj­rzeć w tam­tym kie­runku.

- Mu­szę iść, ale jest coś, o czym chcę z tobą po­roz­ma­wiać. Bę­dziesz ju­tro na fe­sti­walu, prawda?

Prze­ły­kam pa­lący mnie strach i udaje mi się ski­nąć głową. Da­lia uśmie­cha się sze­roko, ści­ska moją rękę, a po­tem ru­sza w kie­runku drzwi. Za­trzy­muje się na chwilę, by po­kle­pać Cole'a po ra­mie­niu i po­ma­chać do Bry­sona z dru­giego końca stołu. Drzwi otwiera jej ja­kiś nie­znany mi męż­czy­zna w ko­szulce li­ce­al­nego klubu spor­to­wego Ca­ball Hol­low.

Gdy tracę ją z oczu, zmu­szam się, by od­two­rzyć urywki wspo­mnień z tam­tej let­niej nocy. Ale to jak od­wzo­ro­wy­wa­nie w my­ślach kształtu si­niaka na pod­sta­wie po­strzę­pio­nych kra­wę­dzi wy­gry­zio­nego przez mole ma­te­riału.

Ap­pa­la­chy to jedne z naj­star­szych gór świata, w za­mierz­chłych cza­sach ra­zem ze szkoc­kimi Hi­gh­lands sta­no­wiły jedno pa­smo gór­skie. To po­śród tych gór i do­lin zro­dziły się żywe le­gendy i hi­sto­rie. Moja opo­wiada o dziew­czy­nie, która znika na noc w bez­kre­sie lasu na­ro­do­wego, o stra­chu przed nie­zna­nym i o tym, co może kryć się w cie­niach naj­głęb­szej ciem­no­ści. Ale nie daj­cie się zwieść, to nie­je­dyna ta­jem­nica, jaka czai się u pod­nóża tych pra­daw­nych szczy­tów.

I choć bar­dzo chcę za­po­mnieć, wiem, że cza­sami ta­jem­nice to na­siona, które tylko cze­kają na od­po­wied­nie wa­runki, by wy­kieł­ko­wać. Im głę­biej się je za­ko­pie, tym sil­niej­sze wy­ro­sną.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki