Rozdział 3: Disco Polo, Podejrzenia i Podejrzane Trzewiki
Remiza Ochotniczej Straży Pożarnej w Zalesiu Dolnym była twierdzą. I to dosłownie. Mieściła się w masywnym, neogotyckim budynku z czerwonej cegły, który wyglądał jak młodszy brat dworca kolejowego. Miał wieżyczkę, na której zamiast zegara wisiał megafon do ogłaszania alarmów (oraz wyników meczów lokalnej drużyny piłkarskiej "Zwrotnica" Zalesie), i wielkie, łukowate wrota, za którymi drzemały bestie.
Strategiczne położenie remizy - tuż przy nasypie kolejowym i rzut beretem od kościoła - sprawiało, że strażacy byli w centrum wszystkiego. Gasili pożary (głównie stogów siana i traw na nasypach podpalanych przez iskry z hamulców), organizowali festyny i użyczali sali na piętrze lokalnym artystom, którzy nie mieścili się w domu kultury.
Szłyśmy tam przez miasteczko. Śnieg z deszczem przestał padać, ale wiatr wciąż hulał, niosąc zapach mokrego węgla i smaru z pobliskiej parowozowni. Targał moim psychodelicznym szalikiem i rudymi włosami Luki, która szła z determinacją bulteriera.
- Myślisz, że Zenek naprawdę porwał Wiosnę, bo burmistrz obraził jego muzę? - zapytałam, gdy w oddali zamajaczyła czerwona bryła remizy. - To brzmi jak scenariusz komedii Barei.
- W tym mieście wszystko brzmi jak scenariusz komedii Barei - odparła Luca, zatrzymując się nagle.
Podniosła aparat i wycelowała obiektyw w ceglany mur starej parowozowni wachlarzowej, majaczącej za nasypem. Był to potężny, półokrągły budynek, duma kolei, teraz nieco nadgryziony zębem czasu. Na brudnej cegle, mimo upływu lat i wiatrów historii, wciąż trwały upiorne, wyblakłe litery hasła propagandowego:
"PRZYJAŹŃ Z ZSRR, PRZYKŁAD ZSRR, POMOC ZSRR - OTO PODSTAWOWE ŹRÓDŁA NASZYCH ZWYCIĘSTW. B. BIERUT".
- Bierut wiecznie żywy - mruknęła Luca, naciskając spust migawki. Dźwięk mechanizmu zabrzmiał jak wyrok. - Patrz na to, Kala. Tu Bierut straszy ze ściany, a pięćset metrów dalej Zenek śpiewa o gumowych kaloszach. Idealne tło dla kradzieży Wiosny, nie sądzisz? Absurd goni absurd.
- Tylko czekać, aż ten napis uznają za zabytek - westchnęłam, patrząc na relikt minionej epoki. - Chodźmy, zanim Zenek skończy próbę.
Już z daleka słyszałyśmy dźwięki. Nie był to jednak gwizd parowozu, do którego przywykłam. To były charakterystyczne, syntetyczne bity z keyboardu Casio i zawodzący wokal, który próbował przebić się przez hałas przejeżdżającego w oddali pociągu towarowego z węglem. Dochodziły z otwartego okna na piętrze remizy.
Weszłyśmy do środka. Na parterze, w garażu o sklepieniu godnym katedry, stał lśniący, czerwony wóz strażacki "Star 266" - duma OSP Zalesie. Pachniało tu mieszanką oleju napędowego, pasty do podłogi, mokrych mundurów i czegoś słodkiego - pączków z różą.
Po skrzypiących, drewnianych schodach wspięłyśmy się na piętro, do sali zebrań, która pełniła też funkcję sali prób. Ściany wyłożone boazerią (szczyt elegancji lat 80.) drżały od basów.
Muzyka urwała się gwałtownie, gdy stanęłyśmy w drzwiach. Pisk sprzężenia zwrotnego przeszył powietrze.
Sala była duża, z rzędem krzeseł pod oknem wychodzącym na tory. Na środku stał sprzęt: keyboard "Yamaha" (marzenie każdego weselnego grajka), perkusja elektroniczna i mikrofon na statywie. Obok sprzętu stało trzech mężczyzn. "Spółka".
Pierwszy, chudy jak zwrotnica, z wąsikiem i w obcisłej, błyszczącej koszuli, trzymał gitarę basową.
Trzeci - to musiał być Zenek. Niski, krępy, w białym garniturze z poliestru, ze złotym łańcuchem na szyi. Wyglądał jak karykatura Elvisa z dożynek.
Ale to ten drugi przykuł moją uwagę. Siedział za perkusją.
Bogdan.
O rany.
Był potężnie zbudowany, ale nie w ten spuchnięty sposób, jak bywalcy siłowni w piwnicy. Miał szerokie bary kogoś, kto na co dzień przerzuca podkłady kolejowe albo nosi worki z cementem. Miał na sobie dżinsową kamizelkę narzuconą na goły tors (mimo września!), która opinała się na nim w sposób... cóż, dość interesujący. Jego ramiona były pokryte warstwą potu i smaru, a na lewym bicepsie widniał tatuaż - kotwica, albo może skrzyżowane młoty? Trudno było stwierdzić, ale dodawało mu to aury "niegrzecznego chłopca z taboru kolejowego".
Żuł gumę z leniwym wdziękiem, patrząc na nas spod burzy ciemnych, lekko kręconych włosów. Miał oczy czarne jak węgiel z pobliskiej bocznicy.
- Ziemia do Kaliny - usłyszałam szept Luki tuż przy uchu. Był ostry jak brzytwa. - Zamknij buzię, bo ci mucha wleci. Albo serce ci wyskoczy. To perkusista disco polo, nie Patrick Swayze.
Poczułam, że się czerwienię.
- Tylko patrzę - syknęłam, poprawiając nerwowo szalik. - Oceniam potencjał kryminalny.
- Jasne. Zwłaszcza potencjał jego klatki piersiowej. Skup się, Watsonie.
Zenek spojrzał na nas spod zmrużonych powiek, trzymając mikrofon jak berło.
- Próba zamknięta, panienki - powiedział głosem, który miał być chyba zmysłowy, a brzmiał jak skrzypienie nienaoliwionych zawiasów. - Autografy później. Mamy wenę.
- Nie przyszłyśmy po autograf, panie Zenonie. - Luca weszła do sali, ignorując moje rumieńce. - Mecenas Wierzbicka. A to pani Kalina Kowalska. Pytania mamy.
Zenek uniósł brew. Złoty łańcuch zalśnił w świetle jarzeniówki.
- Mecenas? A w jakiej sprawie? Znowu sąsiad skarży się na hałas?
- Nie chodzi o hałas. Chodzi o Wiosnę. - Luca stanęła tuż przed nim. - Ktoś ukradł figurę Wiosny z dachu Ratusza. Zostawił list z żądaniami.
Reakcja była natychmiastowa. Chudy gitarzysta zachichotał. Zenek poczerwieniał pod pudrem.
A Bogdan? Bogdan przestał żuć gumę. Przeniósł wzrok z Luki na mnie. Jego spojrzenie było ciężkie, intensywne. Kącik jego ust uniósł się w czymś, co mogło być półuśmiechem. Poczułam dziwne mrowienie w żołądku, które zdecydowanie nie miało nic wspólnego z głodem.
- Ten... ten Kowalik! - wybuchnął Zenek, wyrywając mnie z zamyślenia. - Śmiał obrazić moją sztukę! Czy on myśli, że łatwo jest pisać takie hity jak "Gumowe Kalosze Miłości"? ! To są emocje!
- Rozumiemy pańskie wzburzenie - przerwała mu Luca. - Ale czy było ono na tyle silne, żeby kraść zabytek?
- Ja?! Kraść?! Pani mecenas! Ja jestem artystą! Ja tworzę piękno!
- A jednak zniknęła. A pan miał motyw. I żądania z listu pasują do pana. Czekolada Milka też.
- To prowokacja! - krzyknął Zenek, rzucając mikrofonem. - Ten Kowalik sam to zorganizował!
- Gdzie pan był w nocy? - zapytała Luca.
- Ja... ja byłem... tutaj! - Zenek spojrzał nerwowo na kolegów. - Mieliśmy próbę! Do białego rana! Prawda, chłopaki?!
Chudy gitarzysta przytaknął gorliwie. Luca spojrzała na perkusistę.
- A pan, panie Bogdanie? - zapytała słodko, choć w jej oczach czaił się chłód. - Też pan tak walił w bębny do świtu?
Bogdan oparł się wygodniej na stołku. Jego kamizelka rozchyliła się nieco bardziej. Spojrzał mi prosto w oczy, ignorując Lucę.
- Sztuka wymaga poświęceń, pani mecenas - powiedział. Jego głos był niski, chropowaty, jakby płukany żwirem. Zupełne przeciwieństwo piskliwego tonu Zenka. - Ale fakt, graliśmy. Pan Stasio słyszał.
- Pan Stasio śpi jak suseł - zauważyła Luca.
- Jak się gra głośno, to nawet umarłego się obudzi - mruknął Bogdan i puścił do mnie oko.
Zamarłam. Czy on właśnie...? Tak. Perkusista disco polo właśnie puścił do mnie oko.
Luca kopnęła mnie dyskretnie w kostkę.
- Dzięki za informację - ucięła. - Sprawdzimy to.
- A fontanna? Też panu przeszkadzała? - zapytałam, starając się, żeby mój głos brzmiał profesjonalnie, a nie jak piszczącej nastolatki.
Zenek zaczął narzekać na delfina, ale ja patrzyłam na Bogdana. On już nie patrzył na mnie. Patrzył na swoje buty, nagle dziwnie spięty. Żucie gumy stało się nerwowe.
Coś ukrywał. I - niestety - wyglądał przy tym diabelnie przystojnie.
Wyszłyśmy, zostawiając ich w oparach męskiego potu i tanich perfum. Gdy zamykałyśmy drzwi, usłyszałyśmy pierwsze takty muzyki.
- I co? - zapytałam, gdy zbiegłyśmy do garażu.
- I nic - powiedziała Luca. - Zenek to narcyz, gitarzysta to tło, a Bogdan...
Zatrzymała się i spojrzała na mnie krytycznie.
- Bogdan to kłamczuch. Widziałaś, jak spuścił wzrok przy temacie fontanny?
- Widziałam głównie, że nie ma podkoszulka - przyznałam uczciwie.
- Kala, litości. To typ spod ciemnej gwiazdy. Widać, że ma za uszami więcej niż tylko fałszowanie na weselach.
- Ale głos miał... intrygujący.
- Głos miał jak betoniarka. Skup się. On coś wie. I mam wrażenie, że to on jest mózgiem tej operacji, a nie ten pączek w białym garniturze.
Luca pochyliła się nagle przy kole wozu strażackiego.
- O, proszę.
Podniosła fioletowy papierek. Opakowanie po Milce.
- Wygląda na to, że ktoś tu jednak lubi słodycze. I niekoniecznie jest to Zenek, który dba o linię w tym obcisłym garniturze.
Spojrzała w górę, w stronę sali prób, gdzie Bogdan walił w bębny.
- Stawiam dolary przeciw orzechom, że to nasz przystojniak gubi papierki. Mściciele Dobrego Gustu mają wspólnika. I chyba właśnie wpadł ci w oko, co, Kala?
- Przestań - mruknęłam, czując, że znowu się rumienię. - Po prostu... doceniam estetykę.
- Jasne. Estetykę spoconego podkoszulka. Chodź, estetyczko. Mamy drukarkę do znalezienia.
Rozdział 4: Tropem Igieł, czyli Kto Wydrukował Okup
Następny dzień był piątkiem. Piątek trzynastego, jakby na specjalne zamówienie scenarzysty tanich horrorów. Pogoda postanowiła uczcić tę datę, serwując nam lodowaty wiatr, który wciskał się pod ubranie z determinacją komornika, i niebo w kolorze brudnej ścierki do podłogi. Idealny dzień na tropienie porywaczy zabytkowej figury.
Po szalonej wizycie w remizie, gdzie moje serce zabiło mocniej do spoconego perkusisty (a rozum Luki zanotował to z mściwą satysfakcją), musiałyśmy wrócić do twardych faktów. Zenek miał alibi - wątpliwe, bo potwierdzone przez śpiącego strażaka, ale jednak. Mieliśmy papierek po Milce. I mieliśmy list.
List wydrukowany na drukarce igłowej. W 1994 roku w Zalesiu Dolnym posiadanie takiego sprzętu stawiało człowieka w jednym rzędzie z posiadaczami odtwarzaczy wideo i paszportów Polsatu. To była elita.
- Plan jest prosty - zarządziła Luca, dopijając kawę w mojej kuchni. Miała na sobie czarny golf, w którym wyglądała jak egzystencjalistka z Paryża, podczas gdy ja, w moim swetrze w owieczki (własnej produkcji), wyglądałam jak... no cóż, jak pastereczka z problemami. - Odwiedzamy trzy miejsca, które według burmistrza mają drukarki. Szkoła, Poczta Główna przy dworcu i ten nowy sklep komputerowy "Bajtek".
- Zaczynamy od szkoły? - jęknęłam. - Pszczółka mnie zabije. Wczoraj uciekłam z rady, a dziś wracam jako detektyw?
- Wracasz jako obywatelka zatroskana losem mienia publicznego. I jako moja asystentka. Weź notes, to dodaje powagi.
Szkoła - moja Alma Mater i miejsce kaźni w jednym - przywitała nas zapachem gotowanej kapusty ze stołówki i hałasem przerwy, który przypominał start odrzutowca. Dyrektor Pszczółka na mój widok zrobił minę, jakby zobaczył ducha Mickiewicza, który przyszedł domagać się zaległych tantiem.
Siedział w swoim gabinecie, nad stosem papierów. Za oknem widać było boisko szkolne i nasyp kolejowy, po którym właśnie przetaczała się cysterna. Szklanki w gablocie z pucharami cicho dzwoniły.
- Pani Kalino! - zaczął podniesionym tonem, poprawiając krawat w pszczółki. - Wczorajsza ucieczka... ta... interwencja pani... znajomej... To niedopuszczalne! To podważa autorytet ciała pedagogicznego!
- Panie dyrektorze, to była sprawa najwyższej wagi - stanęłam przed nim, starając się wyglądać poważnie, co przy Luce było trudne, bo ona emanowała chłodem lodowca. - Chodzi o dziedzictwo narodowe! O Wiosnę!
- Wiosnę zostawmy w spokoju! - fuknął, bardziej zmęczony niż zły. - Mamy ważniejsze problemy! Dziura w dachu sali gimnastycznej! Brak kredy! I zbliżająca się wizytacja z kuratorium! A poza tym... - Spojrzał na Lucę. - Czego panie chcą?
- Drukarki - powiedziała Luca krótko. - Podejrzewamy, że list z żądaniami okupu mógł zostać wydrukowany na szkolnym sprzęcie. Czy możemy go obejrzeć?
Dyrektor spojrzał na nią z rezygnacją. Wiedział, że z Lucą nie wygra.
- Sekretariat. Pani Krysia. Tylko proszę jej nie denerwować, ma dzisiaj migrenę.
Sekretariat był królestwem pani Krysi. I paprotek. Pani Krysia, na wieść o drukarce i liście z żądaniami, nie tyle się zdziwiła, co uniosła świętym oburzeniem.
- Drukarka?! Nasza "Elwro"? ! Do listu z okupem?! - Wyprostowała się, a jej okulary zsunęły się na czubek nosa. Wyglądała jak lwica broniąca młodych. - Ależ to potwarz! Ja tu wszystkiego pilnuję! Nikt bez mojej wiedzy nawet spinacza nie weźmie! A już na pewno nie drukowałby jakichś bandyckich listów! To jest placówka oświatowa, a nie dziupla porywaczy!
Obejrzałyśmy drukarkę. Był to stary, polski grat marki "Elwro", wielki jak szafa grająca. Pani Krysia, wciąż prychając z oburzenia, włączyła go na próbę. Sprzęt zaryczał, zazgrzytał jak hamujący pociąg towarowy i wypluł kawałek papieru z prędkością jednego znaku na minutę. Taśma barwiąca była wyschnięta na wiór, a litery ledwo widoczne.
List z żądaniami był wydrukowany wyraźnie, tłusto i z użyciem polskich znaków.
- To nie ta - stwierdziła Luca, wychodząc z sekretariatu i zostawiając za sobą wciąż mamroczącą o skandalu panią Krysię. - Ta maszyna pamięta czasy Edwarda Gierka. Szukamy czegoś nowszego.
Kolejny przystanek: Poczta Główna przy dworcu.
To był budynek z czerwonej cegły, solidny, pruski, pachnący klejem do znaczków, tanim tytoniem i kurzem z węgla. Wchodząc do środka, czuło się powagę urzędu.
Naczelnik poczty, pan Nowak, łysy jegomość z sumiastym wąsem, był równie niepomocny, co pani Krysia, choć mniej emocjonalny. Jego drukarka była za szybą, a czcionka urzędowa nie pasowała do naszych dowodów.
- Pudło - mruknęła Luca, gdy wyszłyśmy na peron, owiewane dymem z lokomotywy. - Został nam "Bajtek".
Sklep komputerowy "Bajtek" był dumą nowej ery Zalesia. Mieścił się w małym, blaszanym pawilonie koło wieży ciśnień, wciśnięty między sklep z dewocjonaliami a zakład fryzjerski "Loki Tereski". W środku pachniało nowością - plastikiem, tekturą, ozonem i... nadzieją na lepsze jutro z procesorem 386.
Za ladą stał właściciel, młody chłopak w dżinsowej kurtce i okularach "lenonkach", który wyglądał, jakby właśnie urwał się z politechniki. Przedstawił się jako "Pan Arek, specjalista IT".
- Drukarka igłowa? - Pan Arek podrapał się po brodzie. - No mam jedną, taką demonstracyjną. "Panasonic KX-P1150".
- Możemy zobaczyć wydruk? - poprosiła Luca, posyłając mu ten swój firmowy uśmiech, który potrafił otwierać drzwi, serca i sejfy.
Pan Arek, wyraźnie zauroczony, zarumienił się lekko i poprawił okulary.
- Oczywiście. Dla pań... wszystko. Ale sprzęt mam na zapleczu, tu jest za mało miejsca. Zapraszam. - Wskazał ręką na kotarę oddzielającą sklep od części "magazynowej".
Weszłyśmy na zaplecze. Było tam ciemniej, ciaśniej i pachniało kawą parzoną w szklance. Na biurku, wśród sterty dyskietek i kabli, stała ona. Panasonic. Arek włączył sprzęt z nabożeństwem. Drukarka bzyknęła wesoło.
- Proszę bardzo.
Wydruk był idealny. Ta sama szeroka czcionka. To samo nasycenie tuszu. Nawet te same, lekko postrzępione brzegi liter "ą" i "ę".
Bingo.
- Ktoś u pana ostatnio drukował coś nietypowego? - zapytała Luca, starając się brzmieć obojętnie, choć widziałam, jak jej dłoń zaciska się na torbie. - Coś... krótkiego? Z dużą ilością wielkich liter?
Pan Arek, wciąż wpatrzony w Lucę jak w obrazek, zmarszczył czoło.
- Nietypowego? Hmmm... Wczoraj po południu był taki jeden... Śmieszny gość.
- Śmieszny? - dopytywałam.
- No, taki... wystrojony. W białym garniturze. Wyglądał jak kelner z "Batorym", tylko z większym łańcuchem.
Spojrzałyśmy na siebie z Lucą. Biały garnitur.
- Zenek? - zapytałam.
- Nie znam nazwiska. Ale chyba tak, kojarzę go z plakatów na słupach. Przyszedł z dyskietką. Powiedział, że to tekst piosenki, co ją napisał, i musi ją szybko wydrukować dla zespołu, bo wena nie czeka. Strasznie się spieszył. Mówił coś o wenie twórczej i o tym, że "to będzie hit, który wstrząśnie miastem".
- Wydrukował pan to?
- Tak. Jedną stronę. Zapłacił i wybiegł, jakby go goniła kontrola biletów.
- Pamięta pan, co było na tej stronie? - Głos Luki był napięty jak lina holownicza.
- Nie bardzo. Nie czytam cudzej twórczości. Ale... rzuciło mi się w oczy słowo "MILKA". Pomyślałem, że to może piosenka o krowie? W disco polo wszystko jest możliwe.
Wyszłyśmy z "Bajtka" oszołomione. Wiatr od torów uderzył nas w twarz, ale nawet zimno nie mogło ostudzić emocji.
- Zenek - powiedziałam. - To jednak on. Drukował list u Arka. Miał motyw, miał dostęp do drukarki.
- Pasuje. - Luca kiwnęła głową, zapalając papierosa, mimo wiatru. - Ale dlaczego robił to sam? Zenek to narcyz, on nie brudzi sobie rąk. Do czarnej roboty ma ludzi.
- Bogdana? - Podsunęłam, czując ukłucie rozczarowania. Mój perkusista z tatuażem miałby być chłopcem na posyłki tego pajaca w bieli?
- Właśnie. - Luca zmrużyła oczy. - Zenek drukuje list. Zenek ma motyw. Ale Zenek jest za niski i za słaby, żeby zdjąć figurę z dachu. Do tego potrzeba mięśni. Takich, jakie widziałaś u Bogdana, zanim zaczęłaś się ślinić.
- Nie śliniłam się!
- Jasne. W każdym razie, mamy dowód na Zenka. Ale nie mamy Wiosny. I nie mamy motywu na czekoladę.
Nagle zadzwonił kościelny dzwon. Południe. Z kościoła, który stał tuż obok, zaczęli wychodzić ludzie po porannej mszy. Głównie starsze panie w moherowych beretach, które stanowiły nieoficjalną straż miejską Zalesia.
Jedna z nich, pani Malinowska, nasza sąsiadka z parteru (ta, która wiedziała wszystko o wszystkich, łącznie z zawartością śmietników), podreptała prosto do nas.
- Kalinka! Pani mecenas! Co za spotkanie! - zawołała, poprawiając chustkę. - Słyszały panie? Wiosnę ukradli! Z samego Ratusza! Mówiłam, że ten nowy wikary to jakiś podejrzany, za szybko jeździ na rowerze!
- Raczej nie wikary, pani Malinowska - uśmiechnęła się Luca. - Ale może pani coś widziała? Wczoraj w nocy? Albo dziś rano? Coś nietypowego w okolicy rynku?
Pani Malinowska przyłożyła palec do ust, jakby zdradzała tajemnicę państwową.
- Nietypowego? Hmmm... No, śmieciarka dziś przyjechała wcześniej niż zwykle. Już przed szóstą rano trąbili pod oknami, aż mnie obudzili! A przecież zawsze są o ósmej!
- Śmieciarka?
- Tak! I hałasowali przy tych kontenerach za Ratuszem. A potem... potem widziałam, jak odjeżdżali w stronę wysypiska w Glinkach. A na pace... coś dużego było przykryte plandeką. Myślałam, że to może ta stara kanapa od burmistrza, co ją w końcu wyrzucił. Ale kształt miała taki... dziwny. Długi. Jak człowiek.
- Jak człowiek? - powtórzyłam.
- Albo jak figura! - Pani Malinowska przeżegnała się. - Może to była nasza biedna Wiosna? W śmieciarce! Wywieziona na ten smród!
Spojrzałyśmy na siebie z Lucą. Śmieciarka. Wysypisko. Zaginiona figura.
- Dziękujemy, pani Malinowska! Jest pani skarbnicą wiedzy! - zawołała Luca, ciągnąc mnie za sobą w stronę przystanku PKS.
- Gdzie?! - krzyknęła za nami staruszka. - Na wysypisko?! Tam tylko szczury i pan Kazio!
- Właśnie tam! - odkrzyknęła Luca. - Może znajdziemy coś więcej niż tylko stare graty!
Autobus do Glinek odjeżdżał za pięć minut. Sprawa nabierała rumieńców. I specyficznego zapachu. Wysypisko śmieci. Moje buty "Relax" chyba nie były na to gotowe. Ale czy ja byłam gotowa na to, co tam znajdziemy?
Rozdział 5: Odpady, Odór i Odrobina Nadziei (Głównie Odpady)
Autobus PKS do Glinek (bo tak wdzięcznie nazywała się miejscowość, w której zlokalizowano gminne wysypisko śmieci) był wehikułem czasu. Nie przenosił w przyszłość, o nie. Raczej cofał do epoki, w której komfort podróży mierzono tym, czy siedzenie pod tobą się nie zarwało. Dziś jednak, oprócz wstrząsów, oferował nam dodatkową atrakcję: termiczną huśtawkę.
Gdy wsiadałyśmy na rynku, niebo było jeszcze koloru brudnej ścierki do podłogi. Ale gdzieś w połowie drogi, między ruinami starego PGR-u a krzyżem przydrożnym, stało się coś dziwnego. Ciężkie, ołowiane chmury zaczęły pękać. Przez szpary wdarło się słońce - ostre, nisko zawieszone, typowe dla Złotej Polskiej Jesieni. Wrzesień postanowił nagle przestać udawać listopad i uderzył w nas falą niespodziewanego ciepła.
Wewnątrz autobusu zrobiło się duszno. Skajowe siedzenia, jeszcze przed chwilą zimne, teraz zaczynały parzyć i lepić się do ud. Przez brudne szyby widać było, jak szary świat nagle nabiera kolorów: mokre pola zmieniły się w złote ścierniska, a kałuże na asfalcie lśniły jak rozlane srebro.
Jedynym stałym elementem była staruszka w kwiecistej chuście siedząca przed nami, która wiozła w wiklinowym koszyku żywą kaczkę. Teraz, w promieniach słońca, kaczka mrużyła oczy, a jej pióra mieniły się zielenią, kontrastując z zapachem spalin i kurzu.
- Serio, Luca? - mruknęłam, rozpinając płaszcz, bo zaczęłam się gotować w moim wełnianym swetrze w owieczki. - Będziemy grzebać w śmieciach w taki ładny dzień? Czuję się jak Kopciuszek, tylko zamiast balu czeka mnie sterta odpadów komunalnych w pełnym słońcu.
- To najlepszy trop, jaki mamy. - Luca była niewzruszona, choć też zdjęła marynarkę. Przecierała obiektyw Zenita kawałkiem irchy. - Pani Malinowska widziała coś dużego pod plandeką. Śmieciarka przyjechała wcześniej. Coś jest na rzeczy. Poza tym, pomyśl. Gdybyś chciała ukryć coś dużego, gdzie byś to wywiozła? Do lasu? Tam chodzą grzybiarze. A na wysypisku? Tam nikt nie patrzy.
Autobus zatrzymał się ze zgrzytem hamulców na przystanku, który był tylko blaszaną wiatą, teraz nagrzaną od słońca jak piekarnik. "Glinki - Wysypisko".
- Powodzenia, dziewczynki! - zawołała za nami staruszka. - Korzystajcie ze słonka! Tylko uważajcie na szczury! Wielkie jak koty tam biegają! I na pana Kazia! On gorszy od szczurów!
Ruszyłyśmy polną drogą w stronę widocznych w oddali hałd. Słońce świeciło teraz mocno, oświetlając to królestwo odpadów z bezlitosną precyzją. Już z daleka czuć było charakterystyczny odór. Słodko-kwaśny, mdlący zapach rozkładu, który pod wpływem nagłego ciepła stał się jeszcze bardziej intensywny. Ziemia parowała, uwalniając aromaty, o których istnieniu wolałabym nie wiedzieć.
*
Wysypisko w Glinkach w pełnym słońcu wyglądało surrealistycznie. Ogromny teren pokryty górami śmieci, które błyszczały i mieniły się kolorami tęczy. Plastikowe butelki po "Aqua Vicie" lśniły jak diamenty, puszki po piwie "EB" odbijały światło jak małe lusterka, a strzępy kolorowych folii łopotały na wietrze jak flagi jakiegoś upadłego państwa. Nad tym wszystkim krążyły mewy - białe, wrzeszczące punkty na tle błękitnego nieba.
Przy bramie stała mała, sklecona z dykty budka strażnicza. Przed budką, na rozklekotanym krześle, wystawiając twarz do słońca, siedział on. Pan Kazio.
Mrużył oczy w ostrym świetle. Jego twarz, poorana zmarszczkami i pokryta kilkudniowym zarostem, wyglądała jak mapa topograficzna. Miał na sobie watowaną kurtkę, którą teraz rozpiął z powodu gorąca, odsłaniając brudny podkoszulek. Palił papierosa bez filtra, a dym leniwie unosił się w nieruchomym, nagrzanym powietrzu.
- Czego? - warknął na nasz widok, niechętnie otwierając jedno oko. Słońce wyraźnie go rozleniwiło.
- Dzień dobry. - Luca podeszła do niego, zasłaniając oczy dłonią przed słońcem. - Mecenas Wierzbicka. A to moja asystentka. Prowadzimy śledztwo w sprawie zaginionej figury z Ratusza.
Pan Kazio splunął precyzyjnie w kępkę wyschniętej trawy.
- Figury? A co ja, kustosz muzeum jestem? Tu jest wysypisko. Tu rzeczy trafiają, żeby zgnić na słońcu, a nie żeby je podziwiać.
- Wiemy. Ale mamy informację, że dziś rano przyjechała tu śmieciarka z Zalesia. Wcześniej niż zwykle. I że na pace miała coś dużego. Widział pan coś takiego?
Pan Kazio przetarł spocone czoło wierzchem dłoni.
- Śmieciarka... Rano... Była. Jak co dzień. A co miała na pace, to nie moja sprawa. Ja tu pilnuję, żeby nikt nic nie wywoził. A nie co przywożą.
- Ale może coś pan zauważył? Coś, co błyszczało? Coś drewnianego?
Pan Kazio westchnął ciężko, jakby sama rozmowa w ten upał była ponad jego siły.
- Pani kochana, tu wszystko błyszczy. Patrz pani, jak te słoiki dają po oczach. Nic nie widziałem. A teraz zjeżdżajcie, bo chcę się opalić.
Odwrócił się do nas bokiem, demonstrując brak zainteresowania.
- Może potrzebuje... zachęty? - szepnęłam do Luki. - Słońce go wysuszyło.
Luca zrozumiała. Wyjęła z kieszeni ostatnią paczkę "Zefirów". Położyła ją na nagrzanym parapecie budki.
- Może jednak? Za fatygę.
Pan Kazio zerknął na papierosy. Jego oczy błysnęły chciwie. Szybkim ruchem zgarnął paczkę i schował ją do kieszeni kurtki.
- No... była ta śmieciarka. Ta nowa. Byli przed szóstą, jak jeszcze mgła była. Ale jak słońce wstało, to widziałem. Kierowca, młody, i ten gruby pomagier.
- I co wyładowali?
- Jak zwykle. Ale... - Pan Kazio otworzył paczkę i zaciągnął się zapachem tytoniu. - Coś mieli pod plandeką z tyłu. Nie wysypali tego na główną stertę. Ten gruby kazał podjechać tam, o. - Wskazał ręką w głąb wysypiska, gdzie sterta starych mebli parowała w słońcu. - Tam zrzucili. Mówili, że to jakieś... "gabaryty specjalne". Do osobnej utylizacji.
- Widział pan, co to było?
- Nie dokładnie. Ale jak zsuwali, to słońce akurat wyjrzało zza chmur na chwilę. I mignęło. Coś... malowanego? Jakby drewno ze złotem? I coś białego przy tym było.