Gdzie noc skrzy się lodem - Lisa Lueddecke

-
Proszę czekać
?

Rozdział 2

W ostrym świetle pochodni twarze wydawały się blade, oczy były załzawione. Alarm podniesiono jakiś czas przed moim powrotem. Walono pięściami w drzwi, echo krzyków odbijało się od ścian domów.

Czerwone... Lós... Niebo... Te słowa wibrowały w moim ciele, gdy niepostrzeżenie dołączyłam do tłumu, który powłócząc nogami, zmierzał do środka wioski. Na niektórych twarzach widać było łzy, rozlegały się szepty podszyte niepewnością, wyciągano szyje, by lepiej widzieć teraz już zupełnie niegroźne nocne niebo. Spojrzałam na skłębione gwiazdy wysoko nade mną. Ani śladu po czerwieni widocznej jeszcze niecałe pół godziny wcześniej. Zrobiła już swoje. Przesłała wiadomość. Teraz należało się tym zająć.

Pochwyciłam spojrzenie wychodzącego z domu ojca. Obie dłonie położył na ramionach matki. "Później porozmawiamy o tym, gdzie się podziewałaś" - mówiły jego oczy, ale jego uwagę szybko odwróciły rozgorączkowane głosy zebranych mieszkańców wioski.

Coraz więcej ludzi wychodziło z domów. Po drodze otulali się pelerynami i chustami. Oczy mieli szeroko otwarte. Słaby podmuch wiatru szeptał o zbliżającej się śnieżycy. Czekając, aż ktoś się odezwie, przypomniałam sobie, jak ojciec kiedyś powiedział, że jeżeli nie będziemy słuchali słów natury - szumu wiatru, chlupotu rzek, krzyku ptaków ostrzegających przed zbliżającym się drapieżnikiem - równie dobrze moglibyśmy już nie żyć. Drzewa, zwierzęta, nawet powietrze, mają własny język. Musimy nauczyć się go rozumieć albo przestaniemy istnieć. Przywiodło mi to na myśl opowieść dla dzieci, którą słyszałam dawno temu: "Strzeż się podstępów fössa, mówiono. On gra piosenki z wiatrem, ze śniegiem, szeleści liśćmi tylko po to, żeby zwrócić twoją uwagę, wypełnić twój umysł i potem wciągnąć cię na dno. Jeśli nurt rzeki śpiewa dla ciebie, przyciągając cię do siebie trochę bliżej, to zaklęcie fössa zaczęło działać i może być już za późno".

Ponad majaczącymi przede mną domami widziałam las znajdujący się za nimi, otulony w ciemność i czar. Dałabym wszystko, żeby tam być w tym momencie. Wiatr poruszył kilkoma gałęziami pozbawionymi igieł, jakiś ptak przemknął z jednego drzewa na drugie.

Niedługo. Niedługo tam będę. Tymczasem postanowiłam zostać na tym ponurym pokazie ludzkiej solidarności, zebraniu kamiennych twarzy dyskutujących o tym, ile czasu nam zostało, zanim Skane zacznie kolejną grę, której koniec zobaczą tylko nieliczni.

Przeszył mnie dreszcz.

Mój ojciec - Sívar - naradzał się z Obenem i starcem o imieniu Alff. Rozmawiali ściszonymi głosami. Cała reszta skupiła się w pobliżu, szeptała i wskazywała na tych trzech mężczyzn, których wymiana zdań była tak ożywiona, że przyciągała uwagę wszystkich. Podeszłam bliżej do ich grupki i stanęłam za ojcem. Pozostałym niezbyt się to spodobało, zerkali w moją stronę, ale ja stałam nieporuszona. Przecież nie było w tym nic złego.

- Minęło tyle czasu - powiedział Oben łamiącym się głosem. - Całe pokolenie się zestarzało, nie widząc zorzy.

- Tak, a morze jest słone i głębokie, tyle że mówienie takich rzeczy raczej nie podsuwa rozwiązania, prawda? - warknął Alff.

- Możemy dyskutować, dopóki morze nie zamarznie - powiedział ojciec. - Ale ludzie czekają na słowa otuchy, dlatego musimy im je dać.

- Po co dodawać im otuchy, kiedy żadna otucha nie pomoże? - zaprotestował Oben. - Co komu po złudnej otusze?

- Jeśli uchroni nas przed chaosem i zamętem, to będzie warta zachodu aż do czasu, gdy wyciszymy strach na tyle, by wymyślić jakiś plan. Przemówić do mieszkańców wioski. Zorganizować ich.

- A niby jak ma wyglądać ta otucha? - zapytał Oben. - Jakim kłamstwem ich nakarmisz? Powiesz im, że wszystko będzie dobrze? Poradzisz, żeby wrócili do łóżek i nie zaprzątali sobie głów setkami ludzi, którzy umarli w przeszłości? Żeby nie myśleli o tym, ilu z nas umrze w nadchodzących tygodniach? Gdzie w tym otucha, Sívarze? Wyjaśnij mi to.

Ojciec przez dłuższą chwilę wytrzymywał spojrzenie Obena z władczym i groźnym wyrazem twarzy.

- Gdzie jest nadzieja w powiedzeniu im, że nic nie można zrobić? Jeśli ludzie chcą przetrwać, co dobrego może im przynieść zniechęcenie i widmo pewnej śmierci? Wyjaśnij mi to, Obenie.

Oben skrzyżował ramiona na piersi i pokręcił głową, ale nic nie powiedział. Alff też nie miał nic do dodania.

Ojciec obrócił się, zobaczył, że stałam tuż za nim, ściągnął brwi, przez chwilę zbity z tropu, a potem zwrócił się do tłumu głosem pełnym siły, której najwyraźniej nikt inny nie czuł w sobie. Dzieci trzymały się mocno rąk matek i ojców, a w oczach wszystkich widać było przytłaczający ich ciężar, jakiego nigdy wcześniej nie widziałam. Można było pomyśleć, że jakieś brzemię spadło z nieba i przycisnęło do ziemi zgromadzonych mieszkańców wioski, zbyt ciężkie, by dało się je odepchnąć. Tak właśnie działa strach, łamie siłę charakteru, odporność, aż zostaje z człowieka niewiele więcej poza kruchym kokonem, który wiatr z łatwością porwie ze sobą. Przytłaczający lęk, który sparaliżował mnie, kiedy pierwszy raz zobaczyłam zorzę, w jakiś sposób wyparował, a w następnych minutach poczułam przypływ nowych sił, co przypominało przebudzenie po dobrze przespanej nocy. Nie to, że się nie bałam - daleko mi było do tego - ale moje myśli stały się klarowne, a umysł spokojniejszy, kiedy determinacja zmieszała się we mnie z obezwładniającą akceptacją stanu rzeczy. Nie zamierzałam pozwolić, by mój strach się pogłębiał, niezależnie od tego, jak makabryczne wydarzenia pojawią się niebawem na horyzoncie.

Usiłowałam sprawiać wrażenie wyższej, wyprostowałam plecy i oddychałam głęboko.

Stara kobieta o imieniu Unna, która rzadko wychodziła z chaty i poruszała się wsparta na rzeźbionej lasce z rączką w kształcie głowy ptaka, ostrożnie przepchała się przez tłum wieśniaków. Odsunęłam się, żeby zrobić jej dojście do grupy mężczyzn stojących za mną, którzy umilkli na jej widok.

Unna zatrzymała się, żeby złapać oddech. Kosmyki włosów, które wysunęły się jej z warkoczy, powiewały na wietrze.

- Nawet jeśli któryś z was był już na świecie ostatnim razem - odezwała się drżącym głosem - był za młody, żeby cokolwiek pamiętać. Ale ja pamiętam wszystko, każdy dzień. Pamiętam, jak przyglądałam się własnym dzieciom, jakby były obcymi ludźmi, i czekałam, kiedy pot zacznie im się zbierać na brwiach, kiedy zaczną odkasływać krwią. - Wiele par oczu skierowało się na dzieci stojące między nami. Ja też na nie spojrzałam, nie mogłam się powstrzymać. - Pamiętam sąsiada, który zabił własną żonę nożem myśliwskim, kiedy zaczęła wykazywać symptomy zarazy, wywlókł potem z domu jej ciało i spalił, ale sam umarł cztery dni później. I pamiętam wędrowców z Is?vik, którzy uciekli ze swojej wsi, szukając schronienia u nas - do chwili, gdy jeden z nich zwymiotował krwią na dziecko człowieka, który ich przyjął pod swój dach. Choroba rozprzestrzeniła się z tamtego miejsca niczym wygłodzony pożar. Nie macie pojęcia, co znaczy pamiętać. Przeżywam wszystko od nowa każdego dnia. - Popukała się palcem w skroń. - Nie zmuszajcie mnie, bym znowu przez to przechodziła.

Jakiś mężczyzna zakasłał, poza tym tłum milczał, a ludzie stojący w jego pobliżu odsunęli się, zostawiając wokół niego puste miejsce.

- Współczuje ci, Unno - odezwał się ojciec, delikatnie dotykając jej ramienia. - Nawet nie próbuję sobie wyobrazić, jaki to dla ciebie ciężar.

- Dostatecznie szybko będziesz mógł się przekonać - oświadczyła Unna stanowczo. - Pomiędzy zorzą i pierwszymi oznakami zarazy panuje strach, leją się łzy, ludzie planują jakby bez końca. Ale tak naprawdę czasu jest niewiele.

- Wiemy - odparł Alff, mało subtelnie przewracając oczami.

- Wracam do chaty - dodała Unna, zaciskając dłoń na lasce, gotowa do odejścia. - I zrobię to, co zrobiłam ostatnim razem: zostanę w środku. Żaden wędrowiec z innych wiosek nie zobaczy mnie chorej. Bo go nie wpuszczę do środka.

Odeszła powoli.

Po długim milczeniu, ciężkim od niepewności, zebranie wznowiono. Ich słowa - o zachowywaniu czujności i koniecznej dyskusji o środkach, które trzeba będzie przedsięwziąć, żeby zapewnić wszystkim bezpieczeństwo - cichły w moich uszach. Błądziłam myślami, omiatając wzrokiem tłum, i zastanawiałam się, ilu z nas przeżyje w nadchodzących tygodniach...

Nagle napotkałam czyjś wzrok.

Nie odwróciłam spojrzenia.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
?

Rozdział 1

Skane to cicha wyspa. Drzewa stare jak świat stoją tam strzeliste i nieruchome, szepcząc coś między sobą od czasu do czasu. Ziemia, pokryta grubą warstwą śniegu, strzeże tajemnic z minionych wieków. Chodzili po niej ludzie niezupełnie tacy jak my, ale też nie do końca inni. Widziała rzeczy, o których nigdy nie będziemy mieli pojęcia, istniała w czasach panowania nieśmiertelnych, którzy rozwiali się niczym para z oddechu w mroźnym powietrzu.

Ale Skane, jaką znam, nadal jest młoda. Skane mojego ludu - wystraszonych rozbitków o oczach szeroko otwartych z przerażenia, którzy dostrzegli ją przez mgłę i fale szalejące na morzu i zakrzyknęli z ulgą, gdy jej sylwetka zarysowała się przed nimi na tle gwiazd. Którzy uznali, że jej skute lodem wybrzeże i gęste lasy zapewnią im to, za czym tęsknili po ryzykownej ucieczce z ojczyzny - bezpieczeństwo.

Było to jednak kruche bezpieczeństwo. Moi przodkowie nie wiedzieli nic o tajemnicy Skane, gdy ich łodzie zaryły dziobami w plażę. Niebo nad nią miało potężną moc i gdy przybierało barwę ognistej czerwieni, kiedy zakrywało wyspę krwawą kopułą, widoczną jedynie przez chwilę, oznaczało to dla wielu niechybną śmierć. Zaczynało się odliczanie i mogliśmy tylko czekać, patrzeć i modlić się do Bogini o ratunek. Mieliśmy większe szanse na policzenie wszystkich gwiazd na nocnym niebie niż na zatrzymanie tego, co miało nadejść.

Uciekli z Löski. Uciekli z ?r.

Ale nie uciekli przed śmiercią.

Zima na dobre rozgościła się na Skane. Noce stały się tak dojmująco mroźne, że bolał nawet najdelikatniejszy oddech, a każdy nieosłonięty kawałek skóry palił żywym ogniem. Jodły okryte były białymi kożuchami śniegu. Podczas gdy inni kulili się pod miękkimi kocami i skórami zwierząt, budząc się od czasu do czasu, by podsycać palenisko i rozcierać zgrabiałe dłonie, ja byłam w jaskini poza wsią i żłobiłam napisy w skale. Palce bolały mnie zarówno z zimna, jak i od wielogodzinnego trzymania w nich ostrego kamienia, którym ryłam.

Siedziałam na piętach, rozmasowywałam ręce i wpatrywałam się w swoje dzieło. Może w latach, które nadejdą, nikt nie uzna tych historii o mnie i mojej miłości za interesujące i warte przeczytania, ale już sama świadomość, że istniały, zostały wyryte w kamieniu, ogrzewała mnie niczym gruby pled w lodowatą noc.

Na Skane było wiele jaskiń takich jak ta - ciemnych, mroźnych miejsc, w których mogłam znaleźć spokój i kamienne powierzchnie. Kiedy pierwszy raz na nią natrafiłam, zobaczyłam jedynie skałę, nierówną tu i tam, ale nieskazitelną i surową. Gotową do zapisania. Do utrwalenia moich opowieści.

I nic więcej.

Przychodziłam tu od siedmiu dni i za każdym razem dodawałam więcej zapisków. Nawet w dni, kiedy powinnam zbierać jagody albo drewno na opał, zakradałam się tutaj i kontynuowałam pracę odrętwiałymi palcami, a lodowate powietrze kąsało mi płuca. Nikt nie wpadłby na to, żeby mnie tam szukać - zresztą nikt nie zawracałby sobie tym głowy. Tak często wymigiwałam się od obowiązków i uciekałam do lasu, szukając tam spokoju i ciszy, że nikomu już nie chciałoby się mnie upominać. Zresztą nie byłam w tym osamotniona; kilkoro z nas spędzało mnóstwo czasu w jaskiniach, choć w większości czytali oni tam zapiski ludzi od dawna nieżyjących. Chociaż wielu z nich przekazywało historie własnym dzieciom, bardzo wcześnie powstała w nich także potrzeba zapisywania rzeczy, które się zdarzyły. Pisania o tym, co zmusiło nasz lud do opuszczenia Löski, i o tym, co ich czekało na Skane. O tym, jak udawało im się przetrwać zimy, zbudować domy albo zacząć nowe życie. W tamtych czasach ludzie bali się, że umrą wszyscy, jeden po drugim, i nie zostanie po nich ślad.

I wielu rzeczywiście umarło, ale równie dużo przeżyło.

Ja nadal pisałam, ciągle opowiadałam historie w sposób, który zapewniał im przetrwanie w czasie. Papier może spłonąć lub zgnić, a słowo mówione ma znaczenie tylko wtedy, gdy istnieją ludzie, którzy mogą je przekazywać. Ale te jaskinie pozostaną jeszcze długo po tym, kiedy ja i wszyscy, których znam, wydamy ostatnie tchnienie. Pewnego dnia zamienię się w garstkę prochu, pamięć o mnie przepadnie w pomrokach dziejów, ale ten kamień będzie trwał.

Łagodny podmuch zimnego powietrza musnął mój policzek, rozejrzałam się wokół, poczułam nieokreślony ciężar. Nie potrafiłam tego wytłumaczyć i nikomu o tym nie mówiłam, ale czasami czułam jego obecność w wiosce, pod drzewami, w jaskiniach. Zdarzało się, że owiewała mnie bryza, która przynosiła ze sobą niejasne wrażenie jego kształtu, śladową drobinę jego zapachu. Oczywiście działo się to w mojej głowie. Wymyśliłam to wszystko, żeby choć trochę złagodzić ból, znaleźć pociechę choćby na chwilę. Złamane serce jest jak izba bez światła i powietrza, a przez ostatni rok walczyłam w niej o oddech.

Przesunęłam palcami po miejscu na skale, gdzie wyryłam jego imię, głęboko, żeby nigdy się nie zatarło.

Janna i S?lvi.

Musiała już minąć północ. Zostało jeszcze tyle do powiedzenia, tyle do napisania i zawsze tak będzie, ale ręce miałam zmarznięte, a noc się pogłębiała. W moich żyłach płynęło światło księżyca, serce biło niczym pulsujące gwiazdy, ale niezależnie od tego, jak kusząca wydawała się ta późna pora, jej przenikliwy ziąb nie pozwoliłby mi przetrwać całej nocy pod gołym niebem. Gdybym została jeszcze dłużej, matka i ojciec na pewno wysłaliby grupę poszukiwawczą, dlatego lepiej żebym wróciła do wioski.

Wcisnęłam niewielki kamień, którym ryłam, w skalną szczelinę, podniosłam się, rozprostowałam zdrętwiałe kończyny i odetchnęłam głęboko, wypuszczając z ust kłęby pary. Nagły ruch sprawił, że płomień lampy zamigotał, przez co mój cień zdawał się tańczyć po ścianach jaskini.

Opatuliłam ramiona ciaśniej kożuchem, wzięłam lampę i ruszyłam wąskim tunelem prowadzącym do wyjścia. Kiedy się tam zbliżyłam, zamarłam. Nie śmiałam ruszyć nogą - byłam pewna, że jakiś cień wybiegł właśnie na zewnątrz i zniknął wśród nocy.

Stałam przez chwilę jak skamieniała, bo chciałam uspokoić serce, które waliło mi młotem. Wiedziałam, że grube ściany jaskini i śnieg wygłuszą mój krzyk. To na pewno było zwierzę. Spostrzegło światło lampy i zaciekawione weszło do środka, ale wystraszyło się, gdy podeszłam bliżej. I nic więcej. Wyparłam to z pamięci, choć trochę było mi żal tego wspomnienia.

Im mniejsza odległość dzieliła mnie od otwartej przestrzeni, tym powietrze z jakiegoś powodu wydawało mi się mniej lodowate. I to miało sens; tunele i przepaściste groty nigdy nie widziały światła dziennego, zimno królowało tam niepodzielnie. Gdy wychodziłam z jaskini, otworzyłam usta, żeby ziewnąć, ale zastygłam w bezruchu, gdy popatrzyłam na niebo.

Nie!

Coś było nie tak. Coś, czego nigdy nie widziałam w całym swoim osiemnastoletnim życiu. Coś, co sprawiło, że strach ścisnął mi serce i zmroził krew w żyłach. Nocne niebo, jak zawsze wypełnione gwiazdami, jaśniało czerwienią.

Czerwień.

Wpatrywałam się w górę, aż przestałam widzieć cokolwiek, prócz tej barwy, która plamiła każdy milimetr mojego pola widzenia, i tonęłam w czerwieni jak we krwi.

Czerwień.

Zdarzało się, że niebo lśniło na zielono, czasami na niebiesko. Nauczyliśmy się wiązać niebieskie światła ze śniegiem, bo zawsze kiedy pojawiała się błękitna łuna, po jednym, dwóch dniach nadciągała znad morza gwałtowna burza. Ale to... To było coś innego. Czerwień to co innego. W jednej chwili zaczęły mi się kołatać po głowie opowieści i pieśni. Wiedziałam, co oznaczała.

Gdzieś na Skane zaczęła pełzać śmierć, zbliżając się niczym zimowy mróz.