Rozdział trzeci
Rose, lat 85
- Kolejna sprawa - mruczy Rose do zdjęcia swojej siostry Mary, stojącego na wypolerowanym drewnianym kredensie. - Mam dość tych miastowych ludzi, którzy kręcą się po mojej ziemi. Znalazłam dwójkę dzisiaj rano. "To prywatna posesja", powiedziałam, a jeden z nich, mały w niebieskiej czapce, po prostu mnie wyśmiał. "Jezu, sorry", wymruczał. "Myśleliśmy, że to opuszczony dom. Tu nie ma żadnego ogrodzenia!" Arogancki gnojek. Szybko ich zauważyłam, pomachałam na nich grabiami, a oni uciekli.
Stawia kubek z herbatą na wielkim dębowym stole i podnosi z niego ręczne lusterko. Ten sam stół znajdował się w domu, w którym dorastała, w środku miasta, z wielką kuchnią i trzema małymi sypialniami. Stół był jedyną rzeczą, którą zabrała jej rodzina, gdy musieli przeprowadzić się do tego domku, w którym czynsz wynosił na tyle mało, że mogła sobie na niego pozwolić samotna matka z trójką dzieci. Stół zajmuje niemal całą powierzchnię, ale Rose nie chce nic mniejszego. Cały jest w śladach od przypaleń po garnku i obdrapany przez jej brata Lionela. Lionel czasami się złościł, nad czym nie panował, a gdy nikt go nie powstrzymywał, sięgał po nóż i szedł do stołu. Drewno było wystarczająco mocne, by wytrzymać jego napady gniewu, gniewu na wszystko, czego nie rozumiał i nie potrafił kontrolować przez to, jak funkcjonował jego mózg.
Rose dotyka głębokiego wyżłobienia i przypomina sobie twarz swojego brata. Każdego dnia tęskni za nim i za Mary. Część stołu Rose wypolerowała do czysta szmatką, bo podczas jedzenia zawsze siedzi w tym samym miejscu. Siedziała tam nawet jako dziecko, kiedy ledwie była w stanie spojrzeć ponad krawędź mebla. Przy tym samym stole siadali wszyscy razem do jedzenia, i to przy tym stole razem z Mary odrabiały lekcje. Jego wielkie wygięte nogi wciąż są mocne i piękne, choć lakier dawno się starł.
Rose pamięta pierwszy raz, gdy ze swoją rodziną obejrzeli ten domek. Miała osiem lat, Mary trzynaście, a Lionel cztery. Ich mama płaciła za dom w mieście tak długo, jak była w stanie, ale czynsz przekraczał jej możliwości finansowe. Ich ojciec uciekł do Sidney, bo uznał, że problematyczny syn to dla niego za dużo. Mama Rose, Dorothy - Dot dla tych, którzy ją znali i kochali - przywiozła tu ich trójkę pewnego słonecznego popołudnia w grudniu, tuż przed świętami.
Rose pamięta, jak jej mama uśmiechnęła się do nich smutno, oprowadzając ich po małym domku w górach, bo rozumiała, że nie będzie to miało nic wspólnego z oczekiwaniami dzieci.
Mieli jeden pokój z malutką sypialnią z boku. Piec był stary i poczerniały, ale przynajmniej łazienka była blisko, więc docierało do niej ciepło. Podłoga gniła i były w niej dziury, przez które do środka dostawało się zimno.
- Dobrze, pisklaki - powiedziała jej mama, zwracając się do dzieci. - Urządzę domek tak, że będzie tu ładnie. Zobaczycie. Vincent z miasteczka przyjedzie i wszystko ponaprawia, żebyśmy mieli mocny dach i podłogę. - Vincent był okoliczną złotą rączką, potrafił naprawić i zbudować niemal wszystko. Nie żyje od dawna. Większość ludzi, których Rose znała jako młoda dziewczyna, już dawno nie żyje. Najtrudniej zniosła utratę rodzeństwa.
- Mogę uszyć zasłonki, mamo - powiedziała Mary, zawsze wprowadzająca spokój, a Rose w tym czasie przesunęła ręką po wyłożonej panelami ścianie, wyczuwając pod opuszkami drzazgi i odpryskującą farbę. - Zrobię dla siebie i Rose mały pokój, a ty będziesz miała trochę miejsca dla siebie. Lionel może spać pośrodku. Wszystko będzie dobrze.
Rose starała się uśmiechać przez łzy, ale wiedziała, że będzie tęsknić za małym pokojem z bawełnianymi zasłonami w różową kratę, który dzieliła z siostrą. Będzie tęskniła za gaszeniem światła bez potrzeby martwienia się, czy w generatorze jest benzyna, i że będzie jej brakowało wody płynącej z kranu, bo w domku wodę brali ze zbiornika, który trzeba było napełniać, a to był bardzo, bardzo suchy rok.
Udało im się sprawić, że domek stał się przytulny. Vincent pracował dla nich za darmo, bo znał ich sytuację finansową; naprawił podłogę, wzmocnił dach, a nawet wydzielił pokój dla Rose i Mary. Łazienka została obudowana, a z uporem Mary i mamy zamienili tę chatkę w dom. Nim się obejrzała, Rose nie wyobrażała już sobie, by móc żyć gdziekolwiek indziej.
Teraz głaszcze tył lusterka. Uwielbia jego chłodną i błyszczącą powierzchnię. Lusterko z tyłem pokrytym masą perłową, mieniące się kolorami, to najpiękniejsza rzecz, jaką Rose kiedykolwiek miała. Zerka w nie i wybucha śmiechem. Potrafi sobie wyobrazić, że ten młody mężczyzna, którego wcześniej wystraszyła, mógł ją wziąć za wiedźmę, zważywszy na jej skołtunione i opadające na plecy włosy oraz krzywe zęby. Nigdy nie zależało jej na pięknym wyglądzie. Ale gdy się uśmiecha, w jej bladoniebieskich oczach wciąż pojawia się iskra, więc jest w niej jeszcze życie. Zakłada kosmyk włosów za ucho i unosi głowę, prostując szyję.
- Kiedyś byłam ślicznotką, prawda, Mary?
Jej uwagę zwraca szuranie pod domkiem. Pewnie oposy się obudziły. Rumor w oddali świadczy o tym, że niedługo zacznie padać, a wkrótce mokra ziemia utrudni jej wyjście na zewnątrz. Ale nie zamierza żałować farmerom tego, czego potrzebują.
Pod domem rozlega się jeszcze więcej dźwięków, szuranie i szelesty.
- Lepiej stamtąd wyjdźcie, zanim zacznie padać - woła do oposów. Jeszcze trochę i zaczną biegać po dachu i zsuwać się po rynnach, żeby szukać jedzenia i się bawić. Dalsze zamieszanie pod domkiem irytuje ją, dlatego wstaje i chwyta miotłę.
- Cicho, wstręciuchy! - krzyczy, by pokazać im, że to jej dom, i kilka razy miotłą stuka w podłogę. - Hmm. - Kiwa głową. - Tak lepiej - mówi, gdy zapada cisza.
- Głupie oposy - śmieje się. - I nie mów mi, że powinnam być milsza także dla tych chłopców, którzy weszli na moją posesję, Mary. To nie moja wina, że jakby w ciągu jednej nocy dookoła powyrastały te domki i teraz zjeżdżają się tu miastowi, niezależnie od pory roku. - Rose kiwa głową, od czasu do czasu zerkając na zdjęcie swojej siostry, jakby jej uwieczniona na fotografii twarz mogła się zmieniać w reakcji na usłyszane słowa. Na zdjęciu są Mary i jej mąż Bart, a także dzieci, William i Nancy. Zostało zrobione, gdy Mary skończyła sześćdziesiąt lat, i nie należy do tych, które Rose uwielbia, tak jak te niepozowane, na których Mary się śmieje albo robi coś w ogrodzie. Ale jest oprawione w śliczną ramkę, a Rose lubi na nie patrzeć i wspominać Mary, z jej schludnie przyciętymi, brązowymi włosami i sympatycznym uśmiechem.
- Tęsknię za tobą, kochana - szepcze tak samo jak każdego dnia przez ostatnie pięć lat, odkąd Mary odeszła z tego świata. Gdy zmarła, była otoczona dziećmi i wnukami, tak jak zawsze chciała. Rose trzymała swoją siostrę za rękę, gdy ta leżała w wielkim łóżku z metalową ramą, które dzieliła z Bartem przez całe małżeństwo, i w którym wypuściła ostatni oddech. Rose czuła, jak po jej ramionach przebiega chłód, i wiedziała, że to Mary się z nią żegna.
Dzieci Mary płakały, ale Rose powstrzymała łzy. Ból był zbyt wielki, by płakać. Tak wielki, że odbierał jej dech. Siedziała przez godzinę, trzymając siostrę za rękę. Była wdzięczna dzieciom Mary, że zostawiły je same na tych parę ostatnich, cennych chwil.
Mary odeszła szybko, tak jak tego pragnęła. Wstała w nocy, poszła do łazienki i tam dostała udaru. Zabrali ją do szpitala, ale gdy dotarli na miejsce, jej ciało uznało, że już wystarczy. Budziła się i zasypiała, ale mimo to zdołała wyszeptać do Williama: "Zabierz mnie do domu, kochany". Tak też zrobili. Leżała w łóżku przez cały dzień, a potem odeszła. Rose cieszyła się, że jej siostra mogła usłyszeć śpiew kokabury i poczuć letni wiatr na twarzy. To była dobra śmierć.
Teraz Rose sama czeka na koniec swych dni - nie z rozrzewnieniem, raczej jest pogodzona z losem. Lubi życie, ale śmierć jej nie przeraża, zwłaszcza teraz, gdy odeszła jej ukochana Mary. Znowu patrzy w lusterko. Za młodu jej włosy były orzechowe, skórę miała gładką, a niebieskie oczy duże i jasne, ale nie przysporzyło jej to niczego dobrego. Jej piękny wygląd przyniósł jej smutek i ból, więc teraz nie ma nic przeciwko temu, że wygląda jak starucha. Ludzie mają w zwyczaju zostawiać starych w spokoju.
Rose drży i podchodzi do kominka, żeby dorzucić do niego kolejny kawałek drewna. Pod szarymi workowatymi spodniami ma już ciepłą bieliznę, bo wie, że tegoroczna zima będzie mroźna.
- Proszę, zamieszkaj z nami, ciociu Rose - błagał ją William, kiedy zmarła Mary. William to dobry człowiek. Gdy miał dwadzieścia pięć lat, zamieszkał ze swoim ukochanym przyjacielem, Grahamem. A przynajmniej Mary nazywała go "przyjacielem", ale Rose nie była w ogóle zaskoczona, gdy dwa lata temu dostała zaproszenie na ich ślub. Wesele zorganizowali w pubie, a na przyjęcie przyszli wszyscy mieszańcy miasteczka. To była świetna "potańcówka", jakby powiedziała jej mama, a Rose starała się nie smucić tym, że Mary nie doczekała tego wyjątkowego dnia.
- Czułam, że tam byłaś, Mary, zwłaszcza gdy tańczyłam z Williamem - mówi do zdjęcia swojej siostry.
Lubi odwiedzać Williama i Grahama. Gdy u nich jest, zawsze robią pysznego pieczonego kurczaka. Zwykle zostaje u nich na noc, w pokoju, który przygotowali specjalnie dla niej, ale za każdym razem cieszy się z powrotu do domu. Dom to miejsce, w którym w powietrzu czuć wspomnienia. Nie lubi myśleć o tym, że miałaby je zostawić za sobą.
- Nie masz porządnej elektryczności, Rose, jedynie generator, w dodatku nie posiadasz komórki. Jesteś tam sama, a naziemną linię telefoniczną wciąż zrywa wiatr. Martwimy się o ciebie.
- Zostanę tam, dopóki będę w stanie, William - odpowiada za każdym razem.
Rose pociera biodro, które w zimnie bardzo jej dokucza. Tak naprawdę woli trzymać się jak najdalej od miasteczka. To nie jest dobre miejsce. Zło przenosi się tam z pokolenia na pokolenie - tak po prostu jest. Słyszała różne rzeczy. Rzeczy, o których wolałaby nie myśleć, gdyby miała na to jakiś wpływ.
Po ogrzaniu rąk nad ogniem włącza światło i słyszy, jak uruchamia się generator. W sumie się cieszy, że ma nowy, choć William powiedział, że musiał przyprzeć ją do muru, żeby ją przekonać. Miło jest, gdy w zimne miesiące działają światło i kuchenka. Latem lubi gotować na zewnątrz, w małym garnuszku, ale jesienne noce w górach bywają chłodne. Zima jest intensywna i mściwa, a ona czasami tygodniami nie wychodzi na zewnątrz na spacer po buszu.
- Może zjem trochę tego gulaszu, który przyniósł William, Mary - mówi do pustego pomieszczenia. Wyjmuje gulasz z lodówki i wlewa go do garnka, po czym miesza go, aż robi się ciepły, a pokój wypełnia mięsny zapach. Kawałki mięsa są miękkie, a sos bogato doprawiony winem, więc to naprawdę wyśmienita kolacja. Gdy sprząta po posiłku, a na zewnątrz zapada ciemność, czuje dopadający ją smutek. Robi to, co zawsze, gdy boli ją serce - zaczyna śpiewać.
- "Moje małe światełko, pozwolę mu świecić, moja małe światełko..."
To jej ulubiona melodia z dzieciństwa. Śpiewała jej tę pieśń mama, a gdy ta przedwcześnie umarła, nuciła ją Mary.
Rose pamięta kościół, do którego chodziła jako młoda dziewczyna, ekscytujący i wyjątkowy moment każdej niedzieli ze względu na wszystkich chłopców z okolicznych farm, którzy uczęszczali na nabożeństwo. Pamięta, jak razem z Mary siedziały obok siebie na wąskiej, drewnianej ławce, szepcząc do siebie o kolejnych chłopcach. Tęskni za kościołem, ale może chwalić Pana nawet ze swojego małego domu. On ją usłyszy. Gdy śpiewa, czuje obecność siostry, a w jej głowie pojawiają się radosne wspomnienia, odganiając te złe.
- "Moje małe światełko, pozwolę mu świecić"...