*
Gdy zaś mężczyzna i jego żona usłyszeli kroki Pana Boga przechadzającego się po ogrodzie w porze powiewu wiatru, skryli się przed Panem Bogiem wśród drzew ogrodu. Pan Bóg zawołał na mężczyznę i zapytał go:
Gdzie jesteś? Księga Rodzaju 3,8
Człowiek się Bogu zawieruszył. Ukrył się, pobłądził, polazł w krzaki. Wyszedł z domu Ojca i już ciągle za czymś tęsknił, wędrował w poszukiwaniu. Szukał tego, co było mu najbardziej potrzebne: pożywienia, wody, schronienia. Odpowiedzi, odkupienia, obietnicy, sensu. Miłości.
Czasami szukał Boga. Czasami siebie.
To co było mu dane znaleźć, pozostawało z nim na zawsze. Żywiło go. Podnosiło z kolan lub rozkładało na łopatki. Tworzyło od nowa i łamało. Gonił za szczęściem, ledwo się przesuwał lub leżał na swoich dnach. Krwawił i płakał. Kochał i nienawidził. Rozwiązywał tajemnice wszechświata lub wiązał koniec z końcem. Spalał się i powstawał z popiołów jak Feniks, szukał świateł w jaskiniach mroku.
Bóg spoglądał na trudy drogi człowieka i kochał go takim jakim się stał. A raczej stawał - idąc.
Któregoś dnia głos w jego głowie szepnął :
Abrahamie Lech lecha! Wyjdź! Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę.[1]
Po hebrajsku pierwsze słowo: lech-lecha oznacza: idź do siebie albo idź dla siebie.
Może też oznaczać: Idź w głąb siebie.
Lech Lecha!
Konstantyn IX, Hagia Sophia, Stambuł. Teraz świątynia jest meczetem, a mozaiki przykryto, islam zabrania przedstawiania ludzi i zwierząt.
Ludzie drzewom niepodobni są
Coś głęboko ukrytego
Czas śwItu
Huk tropikalnej ulewy skutecznie uśmiercił wszystkie znajome odgłosy lasu, tylko jakieś niezrozumiałe, obce dźwięki wypełniały najciemniejsze zakamarki dżungli... Lucy in the Sky with Diamonds... Lucy in the Sky with Diamonds... Lucy in the Sky with Diamonds... Al wtulił się mocniej w miękki mech pomiędzy drzewami paproci. Pod ogromnymi liśćmi było zupełnie sucho. Gigantyczne mrówkoludy jak zwykle biegły przed siebie, omijając poskręcane liany i grube kłącza roślinności. Wszystko gdzieś znika w gęstwinie - pomyślał. Stopy zaczęły mu drgać niecierpliwie, jakby chciały się oderwać od ciała i pognać przed siebie razem z mgławicami mrówkoludów. Do przodu. Choćby w mrok. Pomiędzy deszcz. W meteory i planetoidy liści.
Chłopiec nieraz całymi dniami wędrował z ojcem po dżungli, czasami przemieszczali się z rodziną, godzinami przedzierając się przez gęste zarośla całego świata. Ale mrówkoludy biegały gdzieś jeszcze dalej. Dzień i noc punkciki świateł pulsowały w najciemniejszych zakamarkach lasu jak gwiazdy. Ich połyskujące, ruchliwe części zawsze migotały w oddali, jakby niezależnie od tego ile szli, i tak była przed nimi jakaś nieskończoność. Gęsta i mroczna. Otchłań pełna życia, choć mogła wydawać się pusta dla kogoś, kto nie potrafił patrzeć i słuchać.
Nikt nie wiedział, dokąd mrówkoludy biegną, tak jak nikt nie wiedział, dokąd płynie woda i gdzie każdego wieczoru odchodzi jasna kula i skąd powraca. Las szumiał o tym różne rzeczy. Niewiarygodne. I prawie nikt w to nie wierzył, tylko małe dzieci.
Al lubił wchodzić wysoko na drzewa, żeby obserwować jak kula światła znika w zielonej nieskończoności. Marzył wtedy, że świat nie jest gęstym lasem. Co by było, gdyby wszędzie dookoła był tylko piasek, taki jaki czasami wyłaniał się z ziemi pod stopami, paprociami albo nad brzegami wody. Wyobrażał sobie, że jest sypki i suchutki jak pyłki kwiatów, złoty jak motyle o poranku, kamienie, kolibry i żaby. Ciepły jak spojrzenie jego mamy. Mógłby wtedy wędrować bez końca i nic nie tarasowałoby ścieżek - myślał. Biegałby jak mrówkoludy wciąż dalej i dalej. I dowiedziałby się, co jest na końcu ich biegu. I poznałby je lepiej, bo ich droga byłaby również jego drogą.
Czas przemian
A las szumiał, a Al marzył. W marzeniach zawsze szedł przed siebie światem piasku, coraz bardziej przybliżając się do kresu świata, gdzie ukrywa się, jak to nazywali, Sol - Wielkie Światło. W czasie niespokojnych, tropikalnych nocy śnił, że znajduje to miejsce. Wędrował, a powietrze, które go otaczało było przyjemnie suche. I nawet jego skóra była sucha. Rozpoczynała się pora kwitnienia. Świerszcze wygrywały Stairway to heaven, modliszkozaury Brothers in Arms, Beatlesi Lucy in the Sky with Diamonds. Paprocie uginały się pod ciężarem pąków, drzewa mruczały godowe pieśni ptakom, w kraju Wolność kocham i rozumiem i Boże coś Polskę, Mougli tańczył i śpiewał z Baloo, Shere Khan spał. Rozwijały się wewnętrzne korytarze. Ziemia obracała się. Świat lasu zamieniał się w świat barw. Wędrowały gwiazdy. W nieskończonych otchłaniach prastarej dżungli kolory trzepotały na wietrze liśćmi, płatkami kwiatów i skrzydłami motyli. Kwitły nawet mroczne mchy, porosty i widłaki. From this moment. How can it feel, this wrong.[1] I dla kogo zarezerwowane są wędrujące gwiazdy? Czarność w ciemności. Forever.
Pewnego dnia mama siedziała wysoko w gałęziach drzew, wpatrzona w promienie odchodzącej jasnej kuli, kiedy zaatakował ją wąż. Spadła i nigdy więcej się nie poruszyła. Al zastanawiał się, gdzie teraz żyje jej ciepło, gdzie budzi dzień jej radość i skąd jej miłość wciąż otula jego duszę. Wypatrywał jej w porannej mgle, szukał w powiewach wiatru, bo czuł, że część jej wciąż gdzieś jest. Słyszał jej myśli. Może teraz mieszka tam gdzie Światło. Może zna już odpowiedzi. Wie, dokąd płynie woda, jakie mają domy mrówkoludy i czy gdzieś kończy się świat. A może tam gdzie się kończy, zaczyna się inny. Może istnieje gdzieś naprawdę, był lub dopiero będzie, suchy świat złocistego piasku, o którym tyle marzył. Pytał, ale nie odpowiadała. Mówiła, że ciemność nie będzie ciemna, a noc tak jak dzień zajaśnieje, że góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać, ale miłość moja nie odstąpi od ciebie. I że choćbyś szedł ciemną doliną, zła się nie ulękniesz, bo On jest z tobą.[2]
Porywiste wichry przetaczały burze, góry emocji rozsadzały wnętrze, rozpychały się ścianami zboczy, smutek żłobił kaniony pragnień. Głębokie jak lęk, wilgotne jak dna kielichów wspomnień, nie mające końca. Jak ciekawość. Zaczynało brakować miejsca na krew. Na tlen. Na oddech.
Al postanowił, że wyruszy. W końcu urodził się pod wędrującą gwiazdą - mówili. Więc szedł. Każdego ranka w kierunku Sol wydzierał swój los światu i szukał drogi. Bo chciał poznać prawdę, a najlepiej jej dotknąć. Jak się dotyka małego tygryska, kiedy jego mamy nie ma w pobliżu.
Ludzie przecież drzewom niepodobni są. Żeby w jednym miejscu stać.[3]
A wszystko przez to patrzenie w światło.
Czas Snu
Chłopiec wędrował, a las szumiał dziwne dźwięki... Lucy in the Sky with Diamonds, Lucy in the Sky with Diamonds, Lucy in the Sky with Diamonds ...
Zmysły otrzymywały coraz więcej. Im dalej szedł, tym bardziej światy zaczynały się przenikać. Świat lasu mieszał się ze światem trawy, to co jest, istniało razem z tym, co było i co będzie, dotykał drzew wieczności i pił ze źródeł. Mrok ustępował. Czuł, że nie jest już tylko najdoskonalszą częścią swojego świata. Jak powietrze, woda, las, trawa, niebo i gwiazdy - stawał się światem.
And from this moment, how can it feel this wrong..[4]
Wstyd będzie moim epitafium...[5]
Czas człowieka rozumnego
I tak gatunek rozlazł się po planecie. Włóczył się tam i z powrotem, czasami w kółko, dreptał w miejscu, przebierał nogami. Walczył, bo zaczęło mu się wydawać, że coś tu na Ziemi do niego należy. Rozproszył się i zagęścił. Bez celu lub gnany najświętszymi ideami i wiarą. Goły lub ubrany. W skórach, łachmanach, materiałach, pokryty żelazem. Znowu w skórach. Teraz znowu w podartych łachmanach przekracza legalne i nielegalne granice wyobraźni, szaleństwa i nadziei. I tak w kółko. A jakby stoi w miejscu.
W tych samych pokojach, na tych samych wrzecionach, ci sami starzy wodzowie wciąż przędą pajęczyny prawdy. Wiedźmy światów sprytnie kręcą kołowrotkami emocji i czasu, boginie morskich toni mącą wodę. Już nikt nie pamięta, jak to się zaczęło i kto jest winny, wszystko się pomieszało. Ziemia zrobiła się za mała, wszystkiego zrobiło się za dużo. Człowiek przestał słyszeć dźwięki. Wytworzył hałas, rozpętał wojny, nie wie, dokąd idzie drogami, które wybudował. Dużo mówi, nawet śpiewa, gra i tworzy muzykę. Ale już niczego nie słyszy. Mało widzi. Czuje mniej niż kamienie. Nie rozumie nawet siebie.
Boję się, że jutro będę płakał ...[6]
Na szczęście jeszcze są tacy, którzy próbują patrzeć w światło. Może to coś zmieni.
Jeśli o mnie chodzi będę pływał w świetle ... Osama
I tak zaczyna się ta baśń. A może tragedia...
[1] Konstanty Gebert
[2] Nie wszyscy wałęsają się, bo się zgubIli. Tolkien
[3] Bruno Ferrero, Czterdzieści opowiadań na pustyni.
[4] Kelman Kalonius Szapiro, cadyk z Piaseczna
[5] Izraelska ofensywa w Rafah w warunkach katastrofy humanitarnej (osw.waw.pl)
[6] One Day, Matisyahu, Koolulam Project.
[7] Apo&the Apostoles, Hala la layla
[8] P. Smoleński, Izrael już nie frunie
[9] V Księga Mojżeszowa 30:3-4, Biblia
[10] Izajasz 66
[11] Jerozolima. Biografia. S. Montefiore
[12] Za 2,12
[13] Rumi
[14] S. Montefiore, Jerozolima. Biografia.
[15] Łk 24
[16] (Ap 21, 10)
[17] M.Teller. Jerozolima. Nowa biografia Starego Miasta
[18] Modlitwa żydowska
[19] S.Montefiore. Jerozolima. Biografia.
[20] S.Montefiore
[21] M. Teller
[22] Objawienie 21:3
[23] I.Z.Kanner Opowieści żydowskie
[24] Częściowo na podstawie Dziś rano, Jerozolima. Biografia. Simon Sebag Montefiore
[25] Łk 24,29