Rozdział 1. "Muszę go kupić od pana..."
Rozdział 1
"Muszę go kupić od pana..."
Pan Gomez miał za sobą bardzo pracowicie spędzony dzień i usnął niemal
natychmiast po starcie samolotu. Kiedy otworzył oczy, był świt. Odsunął
białą firaneczkę zasłaniającą okno. Wyjrzał. W dole, po granice
widnokręgu, rozpościerała się niezmierzona, ciemnoniebieska równina. Pan
Gomez ponownie oparł głowę na miękkiej poduszce fotela i spojrzał na
zegarek. Jeszcze godzina. Za kilkanaście minut Atlantyk ucieknie spod
skrzydeł maszyny i wejdzie pod nie stara, szara Europa.
Stewardesa podeszła niemal tanecznym krokiem i balansując zgrabnie,
pochyliła się nad nim z tacą.
Kawę czy herbatę? Pan Gomez wolał kawę, jeśli nie robiło to różnicy.
Najmniejszej. Z dużej tacy zdjęła małą tackę. Bułeczki, dżem, masło? Czy
coś jeszcze? Nie, pan Gomez sądził, że to wystarczy. Trzymając tackę w obu rękach, uniósł głowę i podziękował z uśmiechem. Miał oliwkową ciemną
cerę i czarne, gładko zaczesane do tyłu włosy, lekko siwiejące na
skroniach. Stewardesa była wysoką szczupłą blondynką o jasnoniebieskich
oczach i różowej cerze. Pan Gomez odczuwał naturalną skłonność do
wysokich, szczupłych, jasnych dziewcząt. Może dlatego poprosił jeszcze o kieliszek koniaku.
- Koniak rozjaśnia myśli, prawda?
- Zapewne, proszę pana. Za chwileczkę przyniosę.
Uśmiechnęła się i odeszła do następnego rzędu foteli, gdzie budzili się
już inni pasażerowie.
Pan Gomez wypił kawę, zjadł dwie bułeczki posmarowane cienko masłem i grubo dżemem, wypił na koniec kieliszek koniaku i przymknął oczy. Nie
uśmiechał się już. Myślał o bardzo ważnej i pilnej sprawie, która kazała
mu pośpiesznie spakować neseser i przelecieć Atlantyk, aby znaleźć się w możliwie najkrótszym czasie w Stuttgarcie.
Najprawdopodobniej wypił jednak o jedną filiżankę kawy za mało, bo usnął
po raz drugi, a kiedy się obudził, samolot podchodził do lądowania w Paryżu. Pan Gomez siedział przez chwilę z przymkniętymi oczyma, nie
mogąc sobie przypomnieć, gdzie się znajduje i co się z nim dzieje.
Później przypomniał sobie i westchnął. Nie otrzymał żadnej odpowiedzi na
swoją depeszę. Nie oczekiwał jej zresztą. Jeśli pana Grubera nie było w Stuttgarcie, był zdecydowany lecieć za nim choćby na koniec świata.
Olbrzymi boeing kołował powoli do oszklonego płaskiego budynku dworca
lotniczego. Pan Gomez wysiadł, powiedziawszy kilka miłych słów
stewardesie, która stała wyprostowana przy schodkach, żegnając
niedawnych podróżnych promiennymi oczyma i milutkimi skinieniami krótko
ostrzyżonej jasnej głowy. Podał paszport uprzejmemu urzędnikowi. Ten
poinformował go, że caravelle do Stuttgartu stoi już na pasie startowym
i odleci za piętnaście minut. Nie, pan Gomez nie musi załatwiać żadnych
dodatkowych formalności, znajduje się przecież we Francji tranzytem.
Tak, to ten samolot z błękitnym pasem.
Pan Gomez nie czuł się już senny. Na szczęście w Europie było ciepło.
Nad Paryżem stał bezchmurny piękny poranek, a w drodze do Stuttgartu
także nie spotkali ani jednej chmurki, jeśli nie liczyć malutkich
białych obłoczków spacerujących bardzo wysoko. Pan Gomez wypił w samolocie jeszcze dwie kawy i oto był już nad Stuttgartem.
Po załatwieniu formalności paszportowych wyszedł przed dworzec i niecierpliwym ruchem ręki przywołał taksówkę. Wyjął notes i odczytał
adres głośno, sylabizując tam, gdzie nie był pewien swej niemieckiej
wymowy. Kierowca przytaknął ruchem głowy.
- Prędko! - powiedział pan Gomez. - Tak prędko, jak pozwalają przepisy!
Zapłacę panu dwa razy tyle.
- Postaram się, proszę pana.
Taksówka pomknęła prostą asfaltową aleją w kierunku miasta. Po
dziesięciu minutach znaleźli się na szerokiej przedmiejskiej ulicy
wysadzanej starymi wiązami, spoza których wybłyskiwały białe ściany
pałacyków ukrytych w głębokich ogrodach. Kierowca zwolnił nieco.
- To będzie tu, proszę pana. - Zahamował gwałtownie i zjechał do
krawężnika. - Tak, tu.
Pan Gomez szybko sięgnął do kieszeni, wyciągnął kilka banknotów, zawahał
się na ułamek sekundy, zerknął na licznik i podał kierowcy
pięciodolarówkę.
- Dziękuję panu bardzo! - Zanim pan Gomez zdążył pchnąć drzwiczki,
kierowca stał już przed nimi i otwierał je z ukłonem. - Czy zaczekać na
pana?
- Nie, nie! - Pan Gomez chwycił swój neseser i wyskoczył z auta, ale
natychmiast się opanował. Teraz pośpiech nie był już konieczny. Jeśli
pan Gruber był w domu, nie uleci przecież powietrzem. - Nie trzeba... -
dodał spokojniej i skinął kierowcy ręką w szarej rękawiczce.
Ruszył ku furcie o złoconych grotach żelaznych sztachet. Chciał nacisnąć
dzwonek, ale cofnął rękę i opuścił ją na misternie kutą klamkę. Furtka
ustąpiła. Pan Gomez uniósł brwi, jak gdyby ten prosty fakt nie wydał mu
się aż tak prosty. Wszedł i zamknąwszy furtkę, ruszył prostą, wysypaną
żwirem ścieżką ku domowi, który był bardzo nowoczesny, śliczny,
olśniewająco biały i stał pośród zupełnie oszałamiających krzewów,
pokrytych kwiatami, jakich istnienia pan Gomez nawet nie podejrzewał w chłodnym bądź co bądź klimacie środkowej Europy u schyłku lata.
Zbliżył się ku domowi, ale zanim znalazł się przed drzwiami wejściowymi,
otworzyły się one cicho. Na progu stała młoda pokojówka, wyprostowana, w czerni i w bieli, nienaganna, jasnowłosa i szczupła. Pan Gomez
mimowolnie uśmiechnął się. Była bardzo podobna do stewardesy, którą
pożegnał przed dwiema godzinami.
- Czy zastałem pana Grubera?
- Zaraz sprawdzę, proszę pana. Czy wolno zapytać, kogo mam zaanonsować?
Pan Gomez położył wizytówkę na maleńkiej tacy, którą uniosła ku niemu.
Pokojówka cofnęła się, skłoniwszy głowę. Wszedł do domu. Zamknęła za nim
drzwi i znalazł się w chłodnym, przyjemnym półmroku.
- Może pan będzie łaskaw spocząć na chwilę? - Wskazała nieznacznym
ruchem ręki stojące w hallu wysokie proste krzesła i odeszła. Zniknęła
za oszklonymi drzwiami, spoza których nie doszedł go żaden dźwięk.
Pan Gomez nie usiadł. Trzymając nadal w ręce swój neseser i kołysząc nim
łagodnie, podszedł do kominka. Oczy, przywykłe już do przyćmionego
światła, spoczęły na flamandzkiej martwej naturze w prostych złotych
ramach: puchar i butelka o dziwnym, prawie groteskowym kształcie,
stojące na złocistym talerzu; za nimi draperia i narożnik okna, z którego spływał bogaty, barokowy blask, rozjaśniając puchar i zapalając
iskry w głębi butelki.
Pan Gomez z uznaniem skinął głową. Chociaż interesowały go dzieła sztuki
powstałe na przestrzeni całej historii ludzkości, miał jednak swoje małe
upodobania, z których nie zwierzał się nikomu. Był przekonany, że ludzie
przed trzystu laty malowali lepiej niż kiedykolwiek przedtem i później.
Cmoknął głośno z wyraźną satysfakcją. Arcydzieło. Ten obraz był jeszcze
jednym dowodem na poparcie jego poglądów. Był naprawdę znakomity. Ale
kto go namalował? To było zdumiewające, że pan Gomez nie widział nigdy
nawet jego reprodukcji. Oczywiście pan Gruber mógł...
Ale nie dokończył nigdy tej myśli
- Witam pana! Dawno już nie widzieliśmy się, prawda?
Odwrócił się, czując wielką, zupełną ulgę. A więc pan Gruber był w Stuttgarcie. Nie wyjechał. Było to niemal tak, jak gdyby dokonał już
połowy zamierzonego zadania.
- Dzień dobry, Herr Gruber! Bardzo się cieszę! Naprawdę bardzo się
cieszę, że pana widzę!
Podali sobie ręce. Gospodarz był człowiekiem wysokim, nieco otyłym;
najprawdopodobniej zbliżał się do sześćdziesiątki, jeśli już jej nie
przekroczył. Ale na pierwszy rzut oka trudno było określić jego wiek.
Poruszał się jak młody człowiek, lecz zmarszczki wokół oczu i skóra na
dłoniach...
- Otrzymałem wczoraj pańską depeszę - powiedział - i niewiele mogłem z niej wywnioskować. Może to tylko, że zależy panu na rychłym spotkaniu ze
mną. Wiem, że nie należy pan do ludzi, którzy zajmują czas bliźnich
drobiazgami. Ale nie mówmy o tym teraz. Na pewno jest pan głodny. Chce
pan chyba zjeść śniadanie i wykąpać się? Zaraz wydam dyspozycje.
- Mam zarezerwowane miejsce w hotelu - powiedział szybko pan Gomez. -
Nie chciałbym panu zajmować zbyt wiele czasu moją osobą. Zresztą,
szczerze mówiąc, sam mam go niezbyt wiele. Interesy... - Uśmiechnął się
przepraszająco. - Ułożyłem sobie wszystko tak, żeby znaleźć się na
powrót w Rio po czterdziestu ośmiu godzinach od chwili opuszczenia
miasta. Rozumie mnie pan chyba?
Gospodarz rozłożył ręce.
- Oczywiście, oczywiście! W takim razie jestem do pańskiej dyspozycji.
Proszę bardzo...
Otworzył małe drzwi wykładane ciemną dębową boazerią i przepuścił gościa
przed sobą. Pokój, w którym się znaleźli, był olbrzymi, jasny i wypełniony zapachem kwiatów. Przez podwójne otwarte drzwi tarasu wpadało
poranne słońce i ciepłe, rozedrgane powietrze.
- To mój gabinet, jeżeli mam prawo do tego rodzaju określeń. Spędzam
bardzo niewiele czasu przy biurku. Niech pan siada. - Wskazał gościowi
jeden z dwu przepastnych foteli klubowych stojących naprzeciw siebie po
obu stronach niskiego stolika. - Czego się pan napije?
Pan Gomez usiadł i postawił neseserek obok stolika.
- Jeśli nie zrobi to panu różnicy, może po prostu koniak? Koniak w niewielkich ilościach rozjaśnia myśli...
Uśmiechnął się nieznacznie. Mignęła mu jasna buzia stewardesy z boeinga.
Ale natychmiast spoważniał. Rozmowa, która go czekała, wymagała
największego skupienia przy pozorach swobodnej wymiany myśli.
Najdrobniejsza niewłaściwa nutka w głosie mogła kosztować tysiące
dolarów.
Pan Gruber otworzył drzwiczki niewielkiej szafki ściennej i wyjął jedną
spośród zalegających ją licznie butelek. Gomez milczał, czekając, póki
gospodarz nie postawił na stoliku dwu kieliszków i nie wlał do nich po
odrobinie złocistego płynu. Pan Gruber ostrożnie postawił butelkę i usiadł.
- Dekoracje gotowe - powiedział, uśmiechając się dobrodusznie - aktorzy
również. Możemy podnieść kurtynę. Słucham pana.
Pan Gomez uniósł kieliszek, dotknął wargami jego krawędzi i odstawił go.
- Naprawdę obawiałem się, że nie zastanę pana w Niemczech. Sprawa, która
mnie tu dzisiaj przywiodła, jest dość... hm... niecodzienna i przyznaję
szczerze, że zależy mi na szybkim załatwieniu jej. Chodzi o pośpiech,
rozumie pan?
- Ba! Pośpiech! - Pan Gruber rozłożył ręce. - Prawie wszyscy moi klienci
mają dość niecodzienne problemy do rozwiązania i prawie każdemu z nich
zależy na pośpiechu...
- I na dyskrecji... - dodał pan Gomez.
- O tym nawet nie wspominam, bo na dyskrecji zawsze zależy obu stronom.
Dyskrecja, jeżeli wolno mi zauważyć, jest podstawowym założeniem mojego
zawodu. Wolę mówić o pośpiechu, skoro użył pan już tego słowa. Moi
klienci zawsze się śpieszą i w związku z tym ja także muszę żyć w nieustannym pośpiechu, żeby wywiązać się z przyjętych zamówień. Jutro,
na przykład, mam odlecieć do Londynu dla załatwienia pewnej bardzo
delikatnej sprawy. Jest to bardzo obiecująca transakcja i leży ona w sferze moich zainteresowań i możliwości mojego zespołu.
- Jutro? - Pan Gomez zmarszczył brwi. - Chce pan naprawdę odlecieć jutro
do Londynu?
- Czy chcę! W moim wieku podróże nie należą już do przyjemności. Nawet
najwygodniejsze podróże. Oczywiście, że odlecę, o ile nie nadarzy się
jakaś większa transakcja, która każe mi pozostać.
Zawiesił głos i sięgnął po kieliszek.
- Otóż to. - Pan Gomez odetchnął. - Jakaś większa transakcja...
Wstał i zbliżył się do otwartych drzwi tarasu.
- Słucham pana... - Pan Gruber dotknął warg końcem języka. Najwyraźniej
lubił koniak.
Gomez wyciągnął rękę.
- Co za wspaniała roślinność! Jaki zestaw barw! Ma pan doskonałego
ogrodnika. Prawdziwy malarz natury! - Odwrócił się i spojrzał na
gospodarza. - Sądzę, że nie pojedzie pan jutro do Londynu, Herr Gruber.
- Być może... - W głosie mówiącego był uprzejmy brak zainteresowania.
Gomez zawrócił i usiadł. Pochylił się nad stolikiem.
- Miałem już z panem do czynienia dwukrotnie i muszę przyznać, że
wywiązywał się pan zawsze z przyjętych na siebie zobowiązań ze
skrupulatnością i rzetelnością, które są dobrze znanymi zaletami
pańskiego narodu...
- Szkoda, że nie słuchają pana w tej chwili przedstawiciele Interpolu. -
Pan Gruber uśmiechnął się. - Mam wrażenie, że policja międzynarodowa
wiele by dała za możność usłyszenia miarodajnej i wyczerpującej opinii o mnie z ust któregokolwiek z moich klientów.
- Jak to? Interesują się panem? - Pan Gomez wydawał się zaskoczony.
- Oczywiście, że interesują się mną! Czy chciałby pan, żeby policja była
zupełnie tępa? Któż strzegłby wówczas naszych domostw i naszego życia?
Jestem wielkim zwolennikiem dobrej policji, se?or Gomez.
- Hm... - mruknął pan Gomez.
- Oczywiście... - dokończył gospodarz - lubię dobrą policję, ale nie za
dobrą. Interesują się mną od lat i będą prawdopodobnie interesowali się
moją skromną osobą aż do dnia mojej śmierci. Ale obawiam się, że nie
będę w stanie dostarczyć im żadnych miłych przeżyć. Po prostu nie mają i nie będą mieli nigdy żadnych podstaw do wszczęcia przeciw mnie śledztwa.
- Dlaczego jest pan tego taki pewien?
- Ponieważ nigdy w życiu nie popełniłem żadnego przestępstwa. Jestem
dostatecznie inteligentny i bogaty, aby zawsze mieć pod ręką doskonale
przeszkolonych ochotników, którzy mnie w tym wyręczają.
- Hm... - powtórzył pan Gomez. - Rozumiem. Przejdźmy do celu mojej wizyty.
Sprawa, którą chcę panu powierzyć, jest bardzo skomplikowana i trudna.
- Nie ma trudnych spraw. Są tylko skąpi klienci. Małe nakłady finansowe
utrudniają pracę, duże - ułatwiają, bardzo duże - mogą zdziałać cuda.
Słucham pana?
Nie odpowiadając, pan Gomez sięgnął do swego neseserka, otworzył go,
wsunął dłoń pomiędzy dwie białe, równiuteńko ułożone koszule i wyciągnął
spomiędzy nich wielką kopertę. Bez słowa podał ją gospodarzowi.
Pan Gruber ostrożnie zajrzał do jej wnętrza. Później wyjął z koperty
trzy duże fotografie. Przyjrzał się im kolejno i położył je na stoliku.
Były to zdjęcia obrazów. Obrazy były podobne, pochodziły
najprawdopodobniej spod pędzla tego samego mistrza i przedstawiały trzy
ozdobione barokowymi koronami głowy ludzkie.
- Czy nic panu nie mówią te fotografie? - zapytał pan Gomez po chwili
milczenia.
Dopiero teraz pan Gruber sięgnął po okulary, włożył je i pochylił się
nad stolikiem.
- To chyba Ribera, prawda?
- Tak. Czy wie pan o nich coś jeszcze?
Gospodarz wyprostował się i potrząsnął przecząco głową.
- Niewiele, poza tym, że wyglądają jak trzy powiększone fragmenty
jakiegoś jednego większego obrazu. Nie jestem pewien, ale chyba nie
figurują w spisie żadnego z większych muzeów. W każdym razie wiem z całą
pewnością, że nigdy ich nie widziałem. Zapamiętałbym je, jeżeli nie
wszystkie, to na pewno choćby jeden.
- To nie są fragmenty jednego obrazu. - Pan Gomez wziął do ręki
fotografie, a później ułożył je półkoliście na stoliku. - Są to trzy
odrębne obrazy, ale namalowane dla jednego człowieka i przeznaczone do
ozdobienia jednego miejsca. Ribera pracował wówczas dla wicekróla
Neapolu. Obrazy miały zawisnąć w kaplicy domowej panującego. Zamówienie
dotyczyło wykonania Pokłonu Trzech Króli. Nie wiem oczywiście, czy
pomysł wyszedł od wicekróla, czy też sam Ribera doszedł do wniosku, że
może dokonać bardzo oryginalnego eksperymentu formalnego, nie naruszając
ani religijnej treści zamówienia, ani zasad kompozycji dzieła.
Najprawdopodobniej obrazy zawisły obok siebie na jednej ścianie. Jak pan
zauważa, na każdym z nich wyobrażony jest tylko jeden król, ale wszyscy
trzej spoglądają w górę, ku niewidocznemu dla widza Dzieciątku. Wisząc
obok siebie w kaplicy, obrazy tworzyły panoramiczną całość, a Nowonarodzony Chrystus stanowił wartość mistyczną, widomą tylko oczom
rozmodlonej duszy. Tak przynajmniej, jak sądzę, można interpretować z dużym prawdopodobieństwem koncepcję dzieła. Wszystkie trzy obrazy mają
zresztą cały szereg symboli, umieszczonych prawdopodobnie z rozkazu
wicekróla, o którym wiemy, że był osobą bardzo nabożną. Niech pan
przyjrzy się dokładnie gronostajowym kołnierzom szat królewskich;
pocętkowane są: tu - liniami, u tego króla dzwoneczkami, a u trzeciego -
maleńkimi barankami. Na pierwszy rzut oka są to tylko gronostaje... Niemal
jak gotyckie miniatury, prawda? Nie posądziłby pan Ribery o coś
podobnego! Przyznaję, że mnie samego to zaskoczyło. Dwa z nich
widziałem. Są miękkie, o spokojnych, przełamanych barwach, nic z owych
brutalnych kontrastów Ribery, tych sławnych brył blasku w ciemności.
Cudowne, mądre, dojrzałe malarstwo, bardziej włoskie niż hiszpańskie.
Velásquez, który był wówczas w Neapolu, ukląkł podobno w kaplicy na
widok tych Trzech Króli i powiedział: "Po raz pierwszy w życiu żałuję,
że nie jestem monarchą. Za taki portret dałbym się nawet ukoronować!".
No, ale to wszystko działo się trzysta lat temu...
Urwał.
- Tak. - Pan Gruber pokiwał głową. - Trzysta lat to kawał czasu. Co się
z nimi dzieje obecnie? - Długim wypielęgnowanym palcem dotknął jednej z fotografii.
- Wszystkie przetrwały. Dwa z nich... - pan Gomez szybko wysunął ciemną
dłoń, zebrał oba skrajne zdjęcia i wsunął je do kieszeni - znalazły się
w posiadaniu pewnego bardzo bogatego kolekcjonera w Ameryce Południowej.
Pan Gruber uśmiechnął się.
- Rozumiem - powiedział. - Człowiek ten, posiadając dwa takie obrazy,
musi być chyba prawie opętany pragnieniem posiadania trzeciego.
Najwidoczniej sprawa uzyskania tego trzeciego obrazu natrafia na
nieprzezwyciężone trudności i to jest powód, dla którego spotkał mnie
zaszczyt dzisiejszej rozmowy z panem, czy tak?
Pan Gomez mrugnął porozumiewawczo i uśmiechnął się lekko.
- Człowiek ten bardzo pragnąłby posiadać również i trzeci obraz.
Zaprosił mnie. W czasie rozmowy dał mi do zrozumienia, że jest gotów
ponieść wielkie wydatki, żeby tylko zaspokoić swoją tęsknotę.
Pan Gruber rozłożył ręce.
- Bardzo chwalebna pasja: kolekcjonowanie dzieł sztuki.
I on zamilkł. Czekał. Ale pan Gomez czekał także. Gospodarz chrząknął.
- A co stoi na przeszkodzie zaspokojeniu tęsknoty pańskiego klienta?
Powiedział pan przecież, że ten trzeci obraz istnieje, prawda? Jeżeli
nie ma go w swoim posiadaniu żadne wielkie muzeum, można go przecież
kupić. W końcu wszystko ma swoją cenę, a powiedział pan, że pański
klient jest bardzo bogatym człowiekiem. Czy nie wie, gdzie się obraz
znajduje?
- Wie.
- I zwrócił się do pana, aby mu pan dopomógł w kupnie?
- Tak.
- Nie bardzo w takim razie rozumiem, gdzie się mieści tutaj moja skromna
osoba. Kupować potrafi pan przecież nie gorzej niż ja. Nazwisko pana
znane jest na każdej poważniejszej aukcji i każdemu poważniejszemu
handlarzowi obrazów. Pański podpis wart jest milion dolarów, jeśli nie
więcej.
- Ba! - Gość westchnął. - Z całą skromnością muszę przyznać, że
przeprowadziłem z powodzeniem kilka poważnych, a nawet bardzo poważnych
transakcji. Ale niestety...
Wyciągnął rękę i wziął trzecią fotografię, z której spojrzała nań
rozmodlona twarz murzyńskiego króla. Oblicze czarnego monarchy
rozjaśnione było tajemną światłością spływającą z górnego narożnika
obrazu.
- Niestety, ten obraz jest nie do kupienia. Dlatego muszę kupić go od
pana.
Położył fotografię na stoliku, zwrócił oczy ku Gruberowi i uśmiechnął
się.
- Rozumiem. - Pan Gruber wziął fotografię i po raz pierwszy przyjrzał
się jej z zainteresowaniem. - Ile chce pan zapłacić za ten obraz?
- Czy nie pragnie pan wiedzieć, gdzie on się znajduje i jakie trudności
związane będą ze zdobyciem go?
- Najpierw pragnąłbym się dowiedzieć, jaka suma wchodzi w grę -
powtórzył spokojnie gospodarz.
- Jeżeli mam być szczery, klient mój chce zapłacić za ten obraz dwieście
tysięcy dolarów.
- Panu czy mnie?
- Mnie.
- To znaczy, że proponuje mi pan...?
- Połowę.
- Sto tysięcy?
- Sto tysięcy.
- To bardzo dużo pieniędzy, jeżeli sprawa będzie stosunkowo prosta.
- Prosta? To zależy od pańskich możliwości. Dla mnie nie byłaby prosta.
Zresztą nie wiem, co pan nazywa trudną sprawą.
- No, powiedzmy, gdyby obraz znajdował się na przykład w Polsce albo w którymś innym komunistycznym kraju. To bardzo komplikuje sytuację.
Penetracja będzie utrudniona dzięki istnieniu wielu czynników, na które
nie mamy najmniejszego wpływu.
- Więc pan jednak wiedział! - powiedział pan Gomez. - Skąd pan wiedział?
- To bardzo piękny obraz... - Pan Gruber uśmiechnął się. - Nie widziałem
go nigdy na własne oczy, ale Polacy wydają przecież książki o swoich
dziełach sztuki. Mój księgarz przysyła mi niemal wszystko, co wychodzi
na świecie w tej dziedzinie: katalogi muzealne, katalogi zabytków,
przewodniki i tak dalej. Ma pan słuszność: od Polaków nie da się tego
odkupić. W krajach komunistycznych nie istnieje handel obrazami będącymi
własnością państwa.
- Czy podejmie się pan zdobycia go? - W głosie pana Gomeza był lekki
niepokój, chociaż twarz miał nadal spokojną.
- Gdybym się podjął, oznaczałoby to, że jutro zamiast do Londynu
musiałbym odlecieć do Wiednia.
- Do Wiednia?
- Tak. Moja wschodnia ekspozytura znajduje się w Wiedniu. W Europie
Wschodniej, a szczególnie w Polsce, Austriacy to jednak zupełnie kto
inny niż Niemcy. Nie wzbudzają odruchowej niechęci. Powinienem od razu
zarezerwować samolot...
Ujął słuchawkę, ale zastygł z palcem wetkniętym w jedną z dziurek na
tarczy aparatu.
- Powiedział pan sto pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Czy dobrze pana
zrozumiałem?
- Powiedziałem: sto tysięcy. Przecież nie wie pan jeszcze nawet, czy to
przedsięwzięcie ma jakiekolwiek szanse powodzenia i...
- Szczegóły nie interesują mnie w tej chwili. Interesują mnie pieniądze.
Muszę zainstalować pod rozmaitymi pretekstami zespół inteligentnych
ludzi w Polsce, muszę znaleźć na miejscu sprzymierzeńców, muszę wywieźć
stamtąd obraz za granicę i dostarczyć do pańskich rąk. Wszystko to
będzie bardzo kosztowne, skomplikowane i niebezpieczne.
- A co mi pan gwarantuje, gdyby otrzymał pan ode mnie sto dwadzieścia
tysięcy dolarów?
- Nie gwarantuję niczego. Wypłaci mi pan dziś dwadzieścia tysięcy
zaliczki, która przepadnie na moją korzyść, gdyby z jakichkolwiek
powodów odstąpił pan od swojego zamówienia. To wszystko. Prywatnie mogę
panu natomiast zaręczyć, że za... - zawahał się na mgnienie oka - sto
trzydzieści tysięcy otrzyma pan swój obraz.
Umilkł, jak gdyby oczekując odpowiedzi. Pan Gomez milczał przez chwilę.
Wreszcie sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyciągnął stamtąd
książeczkę czekową. Położył ją na stoliku.
- Przyjmuję pańskie warunki, Herr Gruber.
Uścisnęli sobie ręce. Pan Gruber wykręcił numer. Czekał przez krótką
chwilę.
- Chciałbym zamówić miejsce w najbliższym samolocie do Wiednia... O której?... O czwartej po południu? Dobrze. Nazwisko: Gruber... G jak Grela,
R jak Rosamunde...
Rozdział 2. "Na pewno nie zauważył, szefie..."
Rozdział 2
"Na pewno nie zauważył, szefie..."
Wszyscy poważni przestępcy o międzynarodowej renomie oraz niewielka
liczba innych osób wiedzą, że główna siedziba Międzynarodowej
Organizacji Policji Kryminalnej, zwanej w skrócie Interpolem, znajduje
się w Paryżu przy jednej z eleganckich ulic w pobliżu Place de l'Étoile.
Pan Marcel Didot, zastępca sekretarza generalnego tej instytucji,
posiadał tak zwaną pamięć absolutną. Lecz fakt ten znany był tylko
nielicznym jego współpracownikom, gdyż Didot nie szukał nigdy rozgłosu,
był człowiekiem cichym, zrównoważonym i na pierwszy rzut oka sprawiał
raczej wrażenie drobnego prowincjonalnego kupca, któremu powiodło się w interesach na tyle, że wkrótce będzie mógł wycofać się z handlu, osiąść
na wsi i zająć hodowlą róż albo kur mogących konkurować na
prowincjonalnych pokazach z najpiękniejszymi okazami całego
departamentu. Miał wesołe oczy, matowy głos i opanowane ruchy.
Bardzo niewielka liczba osób wie natomiast, że w odległości mniej więcej
trzydziestu kilometrów od Paryża, pośród wielkiego lasu porastającego
teren między Sekwaną a Marną, stoi mały domek, obok którego wznoszą się
w górę trzy maszty antenowe. Po drutach tych anten przebiegają setki
wiadomości nadawanych szyfrem, a dotyczą one jedynie spraw i osób
znajdujących się w orbicie kodeksu karnego. Radiostacja ta jest ogromnym
uchem i ustami Interpolu, zbierającym informacje z całego świata i przesyłającym informacje na cały świat.
Pan Didot siedział w tej chwili za biurkiem w swoim skromnie urządzonym
gabinecie, którego jedyną ozdobą było brązowe popiersie Alberta, księcia
Monako - twórcy Interpolu. Rzeźba była realistyczna, posiadała nawet
binokle z brązu, z którymi książę nie rozstawał się za życia, i spoglądała teraz spoza nich na siedzącego naprzeciw pana Didota -
niskiego młodego człowieka o jasnych włosach i różowych policzkach
niemowlęcia. Lecz młody człowiek nie był bynajmniej niemowlęciem:
nazywał się Galeron i był oficerem policji francuskiej odkomenderowanym
do Interpolu. Jego specjalnością była sztuka malarska i choć nigdy nie
trzymał pędzla w ręce, wiedział bardzo wiele o metodach fałszowania
obrazów. Oczywiście interesowały go także kradzieże dzieł sztuki.
- Był pan zajęty tym holenderskim gangiem, szefie, więc musiałem działać
na własną rękę. Sądziłem, że nie należy panu przeszkadzać... - powiedział,
jak gdyby usprawiedliwiając się.
- Gruber... - Pan Didot potarł ręką czoło. - Nazwisko jest mi znajome.
Niemiec, prawda? Kolekcjoner dzieł sztuki? Tak, pamiętam. Był zamieszany
kilka razy w kradzieże. Związany zdaje się z "Syndykatem"? To znaczy
przypuszczamy, że tak jest, bo nie mamy żadnych dowodów. No i co? -
Uśmiechnął się pogodnie do młodego człowieka. - Czego chcą Niemcy?
- Policja niemiecka bardzo interesuje się panem Gruberem. Od lat
trzymają rękę na jego pulsie, jeżeli wolno mi się tak wyrazić...
- Jak widać, nie są w stanie stwierdzić żadnych objawów choroby. - Pan
Didot uśmiechnął się. - Proszę, niech pan mówi dalej, Galeron.
- Wczoraj przyleciał do Stuttgartu, gdzie mieszka pan Gruber, pewien
znany handlarz obrazów z Ameryki Południowej...
- Nazwisko?
- Gomez. Enrique Gomez.
- Nie znam. Proszę dalej.
- Wprost z lotniska udał się do pana Grubera. Potem odleciał z powrotem
do Ameryki Południowej, to znaczy po dwugodzinnym pobycie u pana
Grubera. Gruber z kolei odleciał po południu do Wiednia.
- Ależ latają ci ludzie! Osobiście nie znoszę samolotów, Galeron. Ale
niech to zostanie między nami. Co dalej?
- Niemcy zadepeszowali do nas natychmiast po odlocie pana Gomeza. Miał
przesiadkę w Paryżu i doszli do wniosku, że o wiele rozsądniej będzie
wypuścić go z honorami z Niemiec, jak gdyby w ogóle jego przyjazd nikogo
tam nie zainteresował. Otrzymałem depeszę i natychmiast pojechałem na
lotnisko. Asystowałem przy, uprzejmej zresztą bardzo, rewizji małej
walizeczki pana Gomeza. Była ona wypełniona zwykłymi w takiej sytuacji
drobiazgami. Poza tym znajdowała się w niej duża koperta. Zajrzałem do
wewnątrz. Były w niej trzy fotografie obrazów. Oczywiście wsunąłem je
natychmiast na powrót, bo jakież znaczenie mogą mieć dla kontroli celnej
fotografie? Pan Gomez w parę minut później odleciał.
- Sfotografował pan oczywiście te zdjęcia?
- Oczywiście, szefie. Miałem aparat w zegarku. Nie sądzę, aby pan Gomez
mógł się zorientować. Mikrokamery uważane są przez zwykłych ludzi za
wymysł autorów powieści sensacyjnych.
- Wywołał pan te fotografie?
- Tak, szefie. I pozwoliłem sobie od razu zaprosić na konsultację
profesora Delgrange'a.
- Dobrze... - Didot skinął głową. - Widzę, że profesor powiedział coś
ciekawego? Czy tak?
- Nie wiem, szefie. - Młody człowiek westchnął. - To może okazać się
bardzo ciekawe. Otóż są to zdjęcia trzech obrazów Ribery. Dwa z nich
zakupił w ciągu ostatnich lat pewien południowoamerykański
multimilioner. Trzeci znajduje się w Polsce i jest własnością
państwowego muzeum.
- To jeszcze nie mówi nic, poza tym, że pan Gomez mieszka w Ameryce
Południowej, a ów milioner także. Ale Ameryka Południowa to cały
kontynent.
- Tak, szefie. Ale to nie wszystko. Te trzy obrazy stanowią swego
rodzaju artystyczną całość... to znaczy profesor Delgrange twierdzi, że
człowiek, który posiada dwa z nich, może bardzo pragnąć trzeciego.
- Znam wielu ludzi, którzy nie posiadając żadnego obrazu Ribery,
chcieliby posiadać choć jeden. Ile jest wart ten trzeci obraz?
- Profesor twierdzi, że każdy z Trzech Króli, gdyż ich właśnie
przedstawiają te płótna, wart jest co najmniej trzysta tysięcy dolarów.
- Bagatela!... Hm... A pan Gruber odleciał do Wiednia. Czy jego także
rewidowano?
- Pana Grubera rewidowano już wielokrotnie. - Młody człowiek znowu
westchnął. - I nigdy nie znaleziono przy nim niczego, co mogłoby rzucić
najlżejszy nawet cień na jego nieposzlakowaną opinię.
- Wyraża się pan dziś bardzo kwieciście, Galeron.
- Być może, szefie. Ale nie jest mi wesoło. Mam już wiadomości z Wiednia. Pan Gruber był, oczywiście, oczekiwany na lotnisku. Miano go
otoczyć najdyskretniejszą opieką...
- Hm... - Pan Didot wzruszył ramionami. - Człowiek, który zdaje sobie
sprawę z tego, że będzie śledzony, potrafi zawsze otoczyć siebie
bardziej dyskretną opieką. Wymknął się im, tak?
- Tak. Zniknął. Wsiadł do taksówki, za którą w dyskretnej odległości
ruszył zakamuflowany radiowóz i przekazał ją innemu samochodowi, a ten
znowu kolejnemu, tak żeby pasażer nie mógł się zorientować, że ktoś za
nim nieustannie jedzie...
- Uważają to prawdopodobnie za szczyt nowoczesności i sprawności w trakcie przeprowadzania obserwacji na żywym obiekcie. - Didot uśmiechnął
się. - Powinni byli przylepić sobie czarne brody. Trzech czarnobrodych
kierowców ścigających złodzieja obrazów. Muszę panu powiedzieć, Galeron,
że latami czekam na coś podobnego. Niestety, nie zdarza się to pośród
oceanu banału, jakim jest życie przestępców i policji. Ale co dalej?
- Taksówka nie zatrzymała się ani razu, szefie. Ani na jedną sekundę.
Ale kiedy wreszcie stanęła na Ringu, okazało się, że nie ma w niej pana
Grubera.
- A cóż oni chcieli? Żeby człowiek, który załatwia nielegalne transakcje
idące w setki tysięcy dolarów, przedstawiał im księgi do wglądu i załatwiał swoje sprawy w urzędzie notarialnym?
- Sądzę, że tak, szefie. Austriacy wydają się zawsze zdumieni faktem, że
ktoś łamie prawo.
- W przeciwieństwie do nas, chciał pan powiedzieć, którzy dziwimy się,
jeśli ktoś go nie łamie, mając okazję. Co dalej?
- Niewiele już. Jak powiedziałem, pana Grubera nie było w taksówce,
natomiast okazało się, że siedzi w niej elegancka młoda dama, szczupła i niewielkiego wzrostu, podczas gdy pan Gruber jest człowiekiem wysokim,
otyłym i dobiega sześćdziesiątki, jeżeli jej już nie przekroczył.
- Prześliczna metamorfoza. Co dalej?
- Młoda dama odeszła spokojnie, gdyż śledzący ją ludzie nie mieli
żadnych uprawnień ani instrukcji do legitymowania jej. Taksówkę
przeszukano pod byle jakim pretekstem. Grubera, oczywiście, nie
znaleziono, nawet w bagażniku... - Młody człowiek mimowolnie uśmiechnął
się i spoważniał natychmiast.
- Przepadł bez wieści... - Pan Didot pokiwał ze zrozumieniem głową. - I teraz Niemcy razem z Austriakami martwią się, że pan Gruber odbywa w jakimś nieznanym policji miejscu naradę z tajemniczą szajką złodziei
obrazów. Czy tak, Galeron?
- Chyba tak, szefie.
- A pan co myśli?
- A ja myślę dokładnie to samo. Myślę, że pan Gruber nie miałby żadnego
powodu do znikania, gdyby mu nie zależało na uniknięciu obserwacji. Jego
wyjazd do Wiednia nie był zaplanowany wcześniej, bo dokonał rezerwacji
miejsca w czasie pobytu pana Gomeza w jego willi. Niemcy sprawdzili już
wszystko bardzo skrupulatnie.
- Krótko mówiąc, przypuszcza pan, że pan Gomez przyleciał z Ameryki
Południowej, wioząc ze sobą zdjęcia trzech obrazów Ribery, z których dwa
znajdują się już u jego mocodawcy. Trzeci obraz, będący własnością
Polaków, był zapewne tematem rozmowy obu tych czcigodnych kolekcjonerów.
Po tej rozmowie pan Gomez odleciał do domu, to znaczy do Ameryki
Południowej, a pan Gruber do Wiednia. Krótko mówiąc, przypuszcza pan, że
interes został ubity, a teraz chodzi tylko o to, jak ukraść Polakom
obraz i dostarczyć go mocodawcy pana Gomeza. Tak?
- Oczywiście, szefie. To chyba jasne. Poza tym Wiedeń wydaje się
naturalną bazą do wypadu na Polskę. Zresztą wiele nici wskazuje na
stolicę Austrii jako na punkt przerzutu dzieł sztuki, ukradzionych nie
tylko na wschodzie Europy, ale i we Włoszech. Ale nie to jest dla mnie
takie ważne.
- Wiem. - Pan Didot pokiwał głową. - Ważny jest ten niezwykle czysty i jasny ślad przed kradzieżą.
- Muszę powiedzieć, że mnie to aż niepokoi, szefie. Pan Gruber nigdy nie
pozostawił po sobie nawet cienia czegoś, co można byłoby nazwać
poszlaką. Zabawa polega na tym, że zarówno Interpol, jak i niemiecka
policja wiedzą, że pan Gruber jest aferzystą na wielką skalę, a być może
nawet głową tego ogromnego gangu, którego ofiarą padło tyle muzeów
europejskich w ciągu ostatnich lat. Ale, jak pan widzi, szefie, nie
przeszkadza mu to żyć spokojnie i cieszyć się jak najlepszym
samopoczuciem. Oczywiście do aresztowania go, przeprowadzenia procesu
sądowego, skazania herszta i rozbicia gangu potrzeba murowanych dowodów,
których nie mogłaby podważyć armia adwokatów, jaką pan Gruber
zmobilizuje natychmiast w chwili zagrożenia. To, co mamy, jest... jest
zbyt proste, prawda?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki