Trzy lata wcześniej...
- Dzień dobry. Nazywam się Elżbieta Balicka. Jestem umówiona na wizytę. - Zgrabna, zadbana szatynka o wzroście około stu sześćdziesięciu ośmiu centymetrów przedstawiła się recepcjonistce w najbardziej znanej i cenionej praktyce dentystycznej w Warszawie i czekała na dalsze wytyczne.
- Oczywiście. Proszę usiąść. Za chwilę zostanie pani poproszona do gabinetu - odpowiedziała tamta z uśmiechem.
Vincent Chybicki prowadził swoją klinikę na warszawskiej Starówce od lat. Jego ojciec był pierwszym właścicielem takiego punktu medycznego, a syn przejął po nim zarówno pasję, jak i biznes. Przez to Coś Na Ząb - jak żartobliwie nazwał swój zakład - cieszył się uznaniem i szacunkiem klientów od pokoleń. A sam Vincent był nie tylko właścicielem, ale zaangażowanym specjalistą, który wprowadzał wszelkie nowinki techniczne i stosował je we współpracy z lekarzami, których zatrudniał; on sam wykonywał dla swoich klientów protezy i aparaty ortodontyczne. Renoma jego placówki przyciągała ludzi z całej Polski, a nierzadko również spoza granic kraju.
Elżbieta Balicka była już po pierwszych konsultacjach ze specjalistą i trafiła do Vincenta z konkretnymi wytycznymi. Od pierwszego wejrzenia wpadli sobie w oko. Vincent nie mógł przestać patrzeć na piękną dziewczynę, która mogłaby być jego córką. Eli to imponowało, a jednocześnie w którymś momencie poczuła się już nieco zawstydzona.
- Czy coś mi wpadło do oka? - zapytała kokieteryjnie.
- Proszę wybaczyć. Nie mogę oderwać spojrzenia - odparł niezrażony Vincent, wciąż nie spuszczając wzroku z dziewczyny.
- A nie powinien pan zerknąć w to, co wypisano na tym zleceniu? - Zachichotała.
- Piękna i bystra. Rzadkie połączenie - skomentował i poszedł za ciosem, proponując kobiecie kolację.
- Zawsze umawia się pan z klientkami, których uzębieniem się pan zajmuje?
- Szczerze? Jeszcze mi się nie zdarzyło - wyznał uczciwie, czym ją urzekł. Zgodziła się bez ociągania i udawania niedostępnej.
* * *
Ta kolacja zaskoczyła ich oboje. Powiedzieć, że spędzili miło czas, to nic nie powiedzieć. Obojgu się wydawało, że nic wokół nich nie istnieje, że właśnie po latach odnaleźli najlepszego przyjaciela. Usta im się nie zamykały. Mieli ochotę rozmawiać ze sobą bez końca i już nigdy się nie rozstawać. Wskazówki na zegarze przesuwały się jak w kreskówkach, a oni nie odczuwali upływu czasu. A jednocześnie z każdą chwilą wydawali się sobie jeszcze atrakcyjniejsi i czuli, że wzrasta w nich fascynacja, również ta czysto fizyczna. Vincent nie mógł oderwać oczu od Elżbiety od samego początku, ale Elżbieta... Musiała przyznać, że w pierwszej chwili pomyślała, iż jest dla niej za stary. Nie podobał się jej, jeszcze w jego klinice, kiedy poczuła, że patrzy na nią znacznie intymniej niż na zwykłą pacjentkę. Ale teraz? Z każdą mijającą minutą miała poczucie, że ten mężczyzna naprawdę coraz bardziej ją pociąga. Jego intelekt, rodzaj kindersztuby zupełnie niespotykanej u rówieśników, niezależność, sukces zawodowy, spokój, opanowanie, a przy tym coś takiego w każdym jego geście, co sprawiało, że czuła się jak księżniczka - uwielbiana i adorowana.