ROZDZIAŁ 1
Z bardzo wiarygodnego źródła dowiedziałem się, że Imogen Klutz będzie obserwowała całkowite zaćmienie słońca z dachu szkoły średniej Piles Fork.
To znaczy, ściśle rzecz biorąc, usłyszałem to od Holdena, który dowiedział się tego od Jessiki, która zasłyszała to od Brittany, która widziała post Imogen, która dwie minuty później go usunęła. Ale Holdenowi można było wierzyć. A Jessica lubiła plotkować, a Brittany spędzała każdą chwilę w mediach społecznościowych, więc... to nie było niewiarygodne źródło.
- Zaprosiłeś Sam Wiesz Kogo na Sam Wiesz Co? - zapytał Holden.
"Sam Wiesz Kto" to Imogen, a "Sam Wiesz Co" to bal. I nie, nie zaprosiłem. Moją wymówkę stanowiło to, że byłem aspołecznym nieudacznikiem z paraliżującym lękiem i nie zamierzałem wyłazić ze swojego małego, smutnego, żałosnego świata. Dziękuję bardzo. No przecież najlepiej wychodziła mi matematyka, na litość boską!
Zostałem skazany na życie w celibacie. Pogodziłem się z tym.
Holden powiedział, bym zamknął gębę na valium - najlepsi przyjaciele często wiedzą o sobie za dużo - po czym zdradził przemyślenia dotyczące zaćmienia i Imogen. Następnie opowiedział mi o naszym planie. Najwyraźniej jakiś mieliśmy.
Był prosty: też włamiemy się do szkoły, a potem - w magicznej chwili całkowitego zaćmienia Słońca - zaproszę dziewczynę na bal.
Wszystko elegancko. Ale jeśli Imogen zamierzała obserwować zaćmienie z dachu szkoły, na pewno pójdzie z nią Wynonna Jones. A ulubionym zajęciem Wynonny - poza fotografią, słuchaniem rocka z lat osiemdziesiątych i objadaniem się prażoną świńską skórką - było zmienianie mojego życia w piekło. Stanowiło to część jej istnienia. Kluczowy składnik jej tożsamości.
- A co z Wynonną? - zapytałem. - Wiesz, że ona też tam będzie. To znaczy... to najprawdopodobniej jej niecny pomysł.
- Zajmę ją czymś - odparł Holden. - Ty martw się tylko zaproszeniem Sam Wiesz Kogo na Sam Wiesz Co.
- Ale nienawidzisz Wynonny.
- Bardziej niż czegokolwiek na świecie - zgodził się. - Ale bardziej troszczę się o ciebie, ty antyspołeczniaku. To robimy to czy co?
*
Nie spodziewaliśmy się, że przemierzanie Carbondale na godzinę przed zaćmieniem Słońca - nawet na piechotę - będzie podstępnym koszmarem.
- Próbuję stwierdzić, czy to jednak fajne czy okropne - wyznał Holden. - Bo za każdym razem, gdy widzę kolejnego gnojka z saszetką, coraz bardziej skłaniam się ku scenariuszowi z koszmarem w tle.
Holden jak zwykle przesadzał - ale tylko nieznacznie. Turyści opanowali Carbondale jak plaga szarańczy. Chociaż te konkretne szarańcze nosiły tekturowe okulary, w których mogły oglądać zaćmienie, bojówki, crocsy i, tragedia, saszetki. Przechodnie tłumnie wylegli na chodnik. Ruch samochodowy przypominał zapewne to, co - jak sobie wyobrażałem - było tętnicami wujka Gary'ego po śniadaniowo-lunchowej diecie robotniczej składającej się z hamburgerów i przesadnie dużych burrito z grilla, które pakował w siebie od dwudziestu lat. Wszystko i wszyscy zmierzali w kierunku stadionu Saluki. To tam właśnie miała mieć miejsce największa impreza z okazji zaćmienia Słońca.
- A jeśli jesteśmy przy koszmarach - powiedział Holden - paskudnie wyglądasz. Dobrze się czujesz?
- Nie spałem w nocy - odparłem pustym, niewzruszonym tonem. Byłem całkowicie zrezygnowany.
- Stary, powiedz coś, czego nie wiem. Zapomnij o tabletkach na sen. Potrzebujesz starego, dobrego chloroformu.
Chociaż stres związany z zaproszeniem Sam Wiesz Kogo na Sam Wiesz Co mógł pogłębić problem, którego źródłem była moja przewlekła bezsenność. Nie spałem od siedemdziesięciu dwóch godzin. I, rety, mocno się to na mnie odbijało. Brak snu odczuwałem aż w kościach. Czułem, że mam worki pod oczami. Ale nie odważyłem się wczołgać pod kołdrę. To by wywołało zbyt duży nacisk na moje niezbyt godne zaufania podwzgórze - dysfunkcyjną część mózgu odpowiedzialną za wyłączanie. To jak trema podczas sikania do publicznego pisuaru. Nie ma znaczenia, czy twój pęcherz zaraz eksploduje, wydajność nie jest możliwa. Jeśli chodzi o sen, lepiej było postawić na naturalne wyłączenie - kiedykolwiek nadejdzie. Na ławce podczas biologii, na siedzeniu pasażera w samochodzie Holdena, w boksie w barze naleśnikowym. Nieważne. Kiedy było bardzo źle, bezsenność narastała aż do stanu krytycznego i po prostu traciłem przytomność. Nie miało znaczenia, czy stałem, szedłem, robiłem pajacyki. Moje ciało opadało, jakbym był w Matrixie i ktoś wyciągnął mi wtyczkę.
Czułem, jak zbliża się odcięcie. Odbierałem to tak, jakby to coś, co wiązało moje atomy i cząsteczki do kupy, powoli się rozklejało.
- To znaczy, normalnie brak snu działa na twoją korzyść - powiedział Holden. - Wyglądasz jak niezbyt zdrowy, anemiczny model. Jak krzyżówka wampira ze Zmierzchu z Jaredem Leto grającym ćpuna. Ale dzisiaj naprawdę paskudnie wyglądasz. I mówię to jako twój przyjaciel.
- Dzięki - odparłem. Złapałem się za serce. - Doceniam to.
Holden skinął głową, jakby tego się właśnie spodziewał. Wróciłem uwagą do chodnika przed sobą i zajmującego go tłumu ludzi.
I saszetek.
I crocsów.
- Okej, rozumiem, po co im te saszety - powiedziałem. - Noszą głupie okulary, tak? Ale nie kumam tych crocsów. Widziałeś ich kiedyś aż tyle?
- O, całkowicie to rozumiem - powiedział Holden. - Są wygodne.
- Nie, wygodnie jest chodzić nago po sypialni. Noszenie crocsów jest nieprzyzwoite. I to jeszcze w miejscu publicznym. Jezu!
- Crocsy są cholernie wygodne - spierał się Holden. - Pogódź się z tym. Jeśli chcesz się na coś wściekać, to wściekaj się na tych gnojków, którzy komercjalizują przestrzeń kosmiczną. Nim się spostrzeżesz, będą sprzedawać działki na Uranie. No a do kogo należy Uran? Boże, ależ mnie to irytuje!
Aby zademonstrować swoje zdenerwowanie, Holden zacisnął palce w pięść, kierując swoją wściekłość na nisko umieszczony znak stopu - wyraźny symbol kapitalistycznego ucisku społeczno-gospodarczego. Ale ponieważ Holden ma z półtora metra - naprawdę, jest wzrostu wysokiego hobbita - i tak musiał zrobić to z rozbiegu. Rzucił się do przodu, skoczył jak na sprężynie, wziął zamach i przywalił w blachę. Uderzenie pięści wywołało mocny metaliczny brzęk, który zdawał się nieść echem przez kilka przecznic. Przywołało to wiele zdziwionych i nawet zirytowanych spojrzeń ze strony tłoczących się wokół nas turystów.
Holden ledwo wylądował, walcząc o równowagę, po czym zgiął się wpół.
- Cholera - zaklął. Przycisnął dłoń do piersi. - Cholera, cholera, cholera.
- Spokojnie tam, Fight Club. Wszystko okej?
- Cholera, cholera, cholera - ciągnął. Uniósł dłoń do ust i wpatrywał się w nią jak w gigantycznego lizaka.
Oto Holden Durden - największy kretyn w całym hrabstwie Jackson. A także mój najlepszy przyjaciel. Ściśle rzecz biorąc, zasłużył sobie na ten zaszczyt, bo jest moim jedynym przyjacielem, ale lubiłem myśleć, że to przez jego zasługi, a nie wyraźny i całkowity brak konkurencji. A ponieważ jego imię i nazwisko były bogate w popkulturowy potencjał, wołałem na niego Fight Club a czasami Caulfield - w zależności od jego nastroju, który przypominał album Green Day. Od zagubionej, wyobcowanej, szukającej połączenia ze światem duszy do antykonsumpcyjnego, dążącego do zniszczenia świata anarchisty. Wydaje mi się, że najdziwniejsze było to, co miał w środku, co akceptowało crocsy.
Ale pomimo swojego wzrostu - a także agresywnego, nonkonformistycznego zachowania - był kimś w rodzaju ogiera. W licealnej karierze miał co najmniej siedem dziewczyn i prawdopodobnie dwa razy więcej krótkotrwałych miłostek. Może i był niski, ale nosił się z iście napoleońską pewnością siebie.
- Jezu Chryste na lodzie! - krzyknął. - Dlaczego tu jest tak dużo ludzi?
To było dość uzasadnione pytanie - jeśli nie mieszkasz całe życie w Carbondale jak ja czy Holden. Gdyby tak było, wiedziałbyś, że Carbondale to samozwańcze centrum zaćmienia Słońca w Ameryce. Widzisz, ostatnie całkowite zaćmienie, które dało się oglądać z Carbondale, miało miejsce zaledwie siedem lat temu - co brzmi jak wieczność, dopóki nie dowiesz się, że w kontynentalnej części Stanów Zjednoczonych można je było podziwiać w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym dziewiątym roku. Wcześniej niż powstała Metallica. Zatem generalnie to, czego doświadczaliśmy, było niemożliwą nadwyżką najrzadszego zjawiska niebieskiego znanego na planecie Ziemia. Nie mówiąc już o tym, że zaćmienie sprzed siedmiu lat osiągnęło najdłuższy czas trwania w Carbondale - aż dwie minuty i czterdzieści sekund. To była naprawdę wielka sprawa. Biznes oparty na zaćmieniu stanowił całą tożsamość tej mieściny. Dziś zamknęli szkołę przez to gówno.
Ale Holden już o tym wiedział, więc postanowiłem zmienić temat.
- Jezu Chryste... na lodzie? - dumałem. - Wyobrażasz sobie naszego Pana i Zbawcę jako schłodzony napój czy może mistrza łyżwiarstwa figurowego?
Holden parsknął śmiechem, przewrócił oczami i szturchnął mnie w ramię.
- Zamknij się, ateistyczny gnojku. Bóg wie, że potrzeba ci pieprzonego cudu.
*
Moja obsesja na punkcie Imogen była naprawdę silna. Zaczęła się w czwartej klasie szkoły podstawowej, gdy mieliśmy wystawić Romea i Julię.
Oczywiście była to wersja dla dzieci z uproszczonym scenariuszem. Poza tym nasza nauczycielka sztuki, pani Lopez, stwierdziła, że podwójne samobójstwo jest zbyt mroczne, więc zdecydowała się na alternatywne, szczęśliwe zakończenie.
Nie zrozum mnie źle. Nawet w czwartej klasie byłem cholernie antyspołeczny. Ale w odgrywaniu roli - w byciu kimś innym - było coś, dzięki czemu się otwierałem. Odczuwałem, że mogę powiedzieć, co tylko chcę i zrobić, cokolwiek zapragnę. Co było dziwne, ponieważ czytałem i zapamiętywałem scenariusz, więc było raczej odwrotnie.
Okazuje się, że stałem się cudownym dzieckiem Szekspira. Nawet jeśli chodziło o ogłupiającą, alternatywną rzeczywistość ze szczęśliwym zakończeniem. To było jak tsunami prawej półkuli mózgu, które wzniosło się, aby spotkać z niesamowitą ścianą mojej lewej matematycznej półkuli. Zdobyłem rolę Romea.
A Julią został nie kto inny jak Imogen Klutz.
Imogen była królową tragedii i teatru. Została stworzona do tej roli.
Zakochałem się w tej dziewczynie w trakcie przygotowań do przedstawienia, nawet jeśli rozmawialiśmy tylko wtedy, kiedy recytowaliśmy tekst. Ale w jakiś sposób dziewięcioletnia wersja mnie była przekonana, że jeśli dobrze odegram rolę w przedstawieniu, Imogen będzie moja.
No wiem. Cokolwiek miało to oznaczać dla czwartoklasisty. Jezu.
Oczywiście wszystko spartaczyłem.
Akt pierwszy, scena pierwsza. Benwolio (kuzyn Romea) prowadzi pasjonującą dyskusję z panem i panią Monteki (rodzicami Romea) o tych pieprzonych Kapuletach (poważnie, jebać ich) oraz wyraża głębokie zaniepokojenie biednym emo Romeem, który dąsa się i stoi gdzieś pośród sykomor. Kiedy Romeo pląta się gdzieś po scenie, Benwolio obiecuje odkryć przyczynę jego melancholii.
Spoiler: Romeo zakochał się w Rosalindzie. Niestety Rosalinda nie odwzajemniała tego uczucia. Poza tym zaprzysięgła życie w czystości. Biedny emo Romeo...
Wchodzi Romeo.
Benwolio: Dzień dobry, bracie!1
I w tym momencie zapomniałem całego tekstu.
Tyle że wtedy to było bardziej surrealistyczne. Jak pozacielesne doświadczenie. Dosłownie czułem się, jakbym siedział na widowni i oglądał szekspirowską tragedię, w której gra ktoś podobny do mnie - Ezra. Patrzyłem, jak za jednym zamachem biedak zniszczył swoją aktorską karierę i przyszłość z Imogen. Miał szeroko otwarte oczy i usta, wyglądał, jakby w każdej chwili miał zemdleć albo nawet umrzeć.
Znałem tekst. Znałem! Szeptałem go do siebie z miejsca poza ciałem, siedząc na widowni:
Jeszczeż nie południe?2
Jeszczeż nie południe?!
JESZCZEŻ NIE POŁUDNIE?!
Jednak tekst nigdy nie dotarł do aktora na scenie.
Benwolio wyszeptał mu tę kwestię. Pani Lopez wyszeptała mu ją zza kulis. Głośno. Na tyle, że usłyszało to kilka pierwszych rzędów. W końcu, w szczytowej chwili irytacji, wbiegła na scenę ze scenariuszem i próbowała mu go wepchnąć w bezwładne ręce.
Chłopiec na scenie patrzył na scenariusz, jakby był wyrokiem śmierci.
A potem Ezra uciekł.
I wybiegł ze szkoły.
Zwinąłem się w kłębek na parkingu, doznając prawdziwego załamania psychicznego.
Szlochałem.
Jak na ironię, nasze przedstawienie odbywało się wieczorem w dzień pierwszego całkowitego zaćmienia Słońca. Pani Lopez uważała, że to poetyckie - opowieść o przeklętych przez gwiazdy kochankach i w ogóle. Dopiero później dowiedziałem się, jak naprawdę zakończył się dramat Romea i Julii. To nie był romans. To była mocna tragedia! Jeśli to nie wróżyło takiej samej przyszłości dla mojego związku z Imogen, to nie wiem, co to miałoby być.
Mniej więcej wtedy dopadła mnie przewlekła bezsenność. Chociaż wynikała ona również z drobnego wypadku samochodowego z dzieciństwa - takiego, który wydarzył się dzień czy dwa przed przedstawieniem. Ale prawdę mówiąc, nic z niego nie pamiętałem. Lekarz sugerował, że bezsenność wiązała się z traumą. Ja uważałem, że z tym, iż nie wiedziałem, jak być człowiekiem. Podsunąłem, że czasoprzestrzeń składa się ze spiral znanych w matematyce jako złoty podział i że ten stosunek - 1,618 - jest matematyczną stałą rządzącą wszechświatem, ale wiedza ta nie mogła mi pomóc zasnąć, więc od razu zapytałem, czy doktor ma coś mocniejszego niż ambien.
Znaleźliśmy się w impasie.
Istniał powód, dla którego wybraliśmy z Holdenem dzisiejszy dzień na moje zaproszenie. Ponieważ nie chodziło tylko o bal. Chodziło o naprawienie mnie. Ponieważ najwyraźniej byłem zepsuty. Psychicznie uszkodzony.
Wspomniałem o tym tylko dlatego, że życie to podróż po spiralach. Powtarzające się wzory.
Przeszłość zawsze znajdzie sposób, aby dogonić przyszłość.
*
Szkoła średnia Piles Fork była opustoszała - trzykondygnacyjny megalit z czerwonej cegły z zapomnianej epoki. Okej, zapomniana epoka to zeszły piątek. Teren był zbyt dobrze utrzymany, aby mogło to być jakieś postapokaliptyczne otoczenie. Trawa została przycięta, róże rozkwitły, a żywopłot ciągnął się gęstym, równym pasem. Nawet jeśli tutejszy system edukacji był fikcją, przynajmniej woźny Ziggy utrzymywał krzaki w należytym stanie.
Kiedy wspięliśmy się po schodach i zbliżyliśmy do szklanych, frontowych drzwi, Holden wyjął z kieszeni klucz. Bezbłędnie zanurzył go w dziurce i przekręcił, aż kliknął zamek.
Być może ważna informacja jest taka, że mamą Holdena jest pani dyrektor Durden.
Syn ukradł jej główny klucz. To znaczy zrobił to już dawno temu, ale dorobił sobie własny. Cóż, nawet dwa. Jeden podarował mi na szesnaste urodziny. Powiedział, bym zawsze go przy sobie nosił, bo być może zakradniemy się w sobotę do szkoły i zapalimy trawkę w pokoju nauczycielskim.
Nigdy tego nie zrobiliśmy, ale uznaliśmy to za szlachetny pomysł. Liczyła się myśl.
- Rozdzielmy się - powiedział.
- Co? - zapytałem. - Oglądałeś kiedykolwiek jakiś horror? To kardynalny błąd.
- Przykro mi, ale czy w scenariuszu mamy jakiegoś psychopatycznego zabójcę, o którym nie wiem?
- Wynonna Jones? - podsunąłem.
- Wynonna nie jest psychopatycznym zabójcą. Tylko zwykłym.
- Jak myślisz, jak tu weszły?
- No przecież to Jones - zagadnął Holden. - Wszystko jest możliwe, otwieranie zamków, wspinanie się po ścianie, teleportacja kwantowa...
- To właściwie naukowo niemożliwe.
- Słuchaj, Stephenie Hawkingu, brakuje nam czasu i nadal nie wiemy, jak dostać się na dach. Jeśli ma nam się udać, musimy się rozdzielić. Zawołaj, jeśli zobaczysz dziewczyny albo wyjście na dach, a ja zrobię to samo. Okej? Okej.
Holden, nie czekając na odpowiedź, odwrócił się i ruszył na zachód.
Odetchnąłem głęboko, włączyłem latarkę w telefonie i wyruszyłem na wschód.
Wspiąłem się po schodach na drugie piętro. Nasłuchiwałem własnych kroków, które niosły się echem po klatce schodowej. Kiedy dotarłem na górę, zacząłem przeczesywać główny hol zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Skręciłem w każdy korytarz. Sprawdziłem każdą salę i szafkę. Wpatrywałem się w sufit na wypadek, gdyby był tam jakiś... właz czy coś.
Wtedy to usłyszałem - cichy, metaliczny dźwięk. Stukot. Uderzenia.
Cały się spiąłem. I czekałem. Zdałem sobie sprawę, że nie oddycham. W którejś chwili podjąłem świadomy wysiłek, by nie pobierać tlenu.
I znowu to usłyszałem.
Ślizg, stukot, trzask!
Tym razem byłem pewien.
To był dźwięk automatu do sprzedaży przekąsek i napojów.
I dochodził z dolnego piętra.
Pospieszyłem do najbliższej klatki schodowej, chwyciłem za poręcz i zszedłem cichymi, niespiesznymi krokami.
To musiała być albo Imogen, albo Wynonna - któraś z nich. Wątpiłem, aby były tam obie, bo niemożliwe, by Wynonna milczała w towarzystwie przyjaciółki.
Ślizg. Stukot. trzask.
Cokolwiek to było, zaopatrywały się w poważną ilość pożywienia.
Zwolniłem u podnóża schodów. Zerknąłem ostrożnie za róg - doskonale wiedząc, że automat z przekąskami znajduje się zaledwie kilka metrów dalej po drugiej stronie.
Trzymając dłonie na ścianie, wyjrzałem za róg.
Imogen Klutz.
Znasz tę scenę z filmów o licealistach, w której nasz bohater, niezdarny, społeczny wyrzutek, spogląda na główną bohaterkę, dziewczynę marzeń - kiedy poznajemy ją jako publiczność i obserwujemy ją w zwolnionym tempie, jak jej skóra promienieje eterycznym blaskiem, włosy płyną niczym wodospad lub coś podobnego, a wszystkie dźwięki przechodzą w irytującą popową piosenkę jak na przykład cover Smash Mouth I'm a Believer?
Tak, to to.
Okej, trochę lubiłem Imogen. I to uczucie można nazwać obsesją. Była piękna - szczupła, z długą szyją, twarzą w kształcie serca, ciepłymi oczami, pasemkami piaskowych włosów, które lekko puszyły się wokół uszu. Kochała swetry i często łączyła je z kolorowymi, niezbyt dobrze dopasowanymi jeansami oraz brzydkimi, tanimi sportowymi butami.
I brwi. Boże. Nawet nie każ mi o nich opowiadać.
Okej, powiem.
Pozornie brwi Imogen były duże, złe i wspaniałe. Niewydepilowane, bezwstydne. Niektórzy mogliby nawet posunąć się do tego, by nazwać je kolosalnymi czy gargantuicznymi. To nie byłaby przesada. Jednak w głębi duszy brwi Imogen stanowiły zagadkę. Płaszczyzny ich rozległych łuków kryły tajemnice wszechświata. I mrok! Były takie ciemne - praktycznie czarne przy jej jasnych włosach - że przyciągały uwagę jak grawitacyjne osobliwości. Opór był daremny. Pomyśl o Jennifer Connelly z czasów Labiryntu, a znajdziesz się na właściwej ścieżce. Po prostu tak jest. Nad niektórymi rzeczami nie należy się zastanawiać - tak jak nikt nie wie, jak działa magia, metafizyczna transcendencja oraz aplikacja Shazam.
Właśnie takie były brwi Imogen.
Oczywiście kiedy powiedziałem o tym Holdenowi, odparł, że mam niepokojący fetysz brwi i prawdopodobnie powinienem poszukać pomocy psychiatrycznej.
W każdym razie gdy obserwowałem, jak dziewczyna porusza się w zwolnionym tempie, w tle płynęła piosenka Smash Mouth oraz słychać było ślizg, stukot, trzask, a ostatnia torebka prażonych świńskich skórek wpadła do podajnika automatu, nastąpiła mglista chwila, gdy najwyraźniej wyszedłem zza rogu klatki schodowej. Jednak nic nie powiedziałem. Przypominam, że odgrywałem w tym filmie rolę niezręcznego wyrzutka społecznego i komedia powstała moim kosztem.
Imogen powoli obróciła głowę - nagle zauważając kształt człowieka...
...stojący dwa metry od niej...
...w ciemnym, pustym korytarzu...
...przyglądający się jej.
Krzyknęła, wyrzuciła ręce w górę wraz ze wszystkimi przekąskami, które w niech miała - chipsami, batonami, prażoną świńską skórką i dwoma puszkami Dr Peppera. Jedna z puszek wylądowała w taki sposób, że pękła i zaczęła sikać jak przebita żyła w horrorze. Druga nie pękła, choć przetoczyła się pod jej stopę, dokładnie w tym samym momencie, w którym Imogen postawiła szaleńczy krok do tyłu. Podeszwa jej buta znalazła się na środku puszki, więc dziewczyna się zachwiała, a reszta to czysta poezja ruchu. Innymi słowy, Imogen poderwała nogę w eleganckim wysokim kopnięciu, puszka wystrzeliła spod stopy jak pocisk balistyczny, całe jej ciało zakołysało się i poleciało jak z katapulty, po czym wylądowało płasko na plecach.
- Cholera - powiedziałem.
Natychmiast rzuciłem się na pomoc Imogen - tylko po to, by unieść się nad jej ciałem, równie sparaliżowany.
- O Boże - powiedziałem, miotając bezsensownie rękami. - Przepraszam. Dobrze się czujesz, Imogen?
Przez chwilę oczy dziewczyny były jak marmurowe kulki - szkliste, oderwane od świadomych myśli. Nie żyła. Zabiłem ją. Doprowadziłem do jej zgonu. Zadałem śmierć przez usilne wgapianie się w nią.
Zaraz jednak zamrugała i wróciło życie. Skupiła na mnie wzrok i się uśmiechnęła.
- O, cześć, Ezra - powiedziała, po czym się skrzywiła. - Au.
- Gdzie cię boli? - zapytałem.
Wykonała nieokreślny gest rękami, który zdawał się obejmować całe jej ciało.
- Zadzwonię po karetkę - stwierdziłem.
- Nie! - rzuciła. Natychmiast spróbowała się podnieść. - Nie, nie, nie. Nie trzeba. Nic mi nie jest.
- Na pewno?
- Chcesz dzwonić, gdy się tu włamaliśmy? - zapytała. - Dziesięć minut przed zaćmieniem? Jestem pewna, że Wynonna zabiłaby...
- Slevin, ty mały gnojku! - wykrzyczał ostatni na świecie głos, który chciałem usłyszeć. - Co, do cholery, robisz z moją przyjaciółką?
Obróciłem się i oto była ona - pieprzona Wynonna Jones - wkraczająca na scenę jak jakaś deus ex machina. A właściwie jakby jej przeciwieństwo. Jakby anty-deus ex machina, która wszystko chrzani, kiedy sądzisz, że się ułoży.
Ubiór Wynonny najlepiej można było określić mianem "militarno-hipisowskiego" lub "wymiotującego punku z lat osiemdziesiątych". Miała elektryzująco niebieskie włosy, wojskowe buty, bardzo zniszczone jeansy - wypłowiałe, podarte i powiązane aż do przesady, połataną, ciasno przewiązaną w talii bomberkę oraz szydełkowe bransoletki w stylu boho. Pełno bransoletek. Zbyt wiele jak dla jednej ludzkiej istoty. A jednak je nosiła - wyraźne, odważne, w większości jaskrawe. Dziewczyna miała również tatuaże na przedramionach. Na lewym słowo "dharma", na prawym, w lustrzanym miejscu - "karma".
Jak na ironię, ręka z "karmą" i jaskrawymi, niebieskimi, pasującymi do włosów paznokciami szturchnęła mnie w pierś. Zatoczyłem się do tyłu, potknąłem i prawie upadłem, ale zamiast tego poleciałem na szafki za moimi plecami.
- Zrobił ci krzywdę? - zapytała Wynonna.
- Nie, nie, nic mi nie jest - odparła Imogen, podnosząc się, choć z przeczącym jej słowom grymasem.
- Próbował cię obmacywać?
Spąsowiałem.
- Co? Nie! - rzuciła zbulwersowana Imogen.
- Próbował skraść ci dziewictwo? - dociekała Wynonna.
Okej, w tej chwili barwa mojej twarzy szybko przechodziła z fuksji w szkarłat.
- Wynonna! - krzyknęła Imogen, patrząc szeroko otwartymi oczami. - Możemy nie rozmawiać o moim dziewictwie?
Ale dziewczyna znudziła się Imogen i skierowała na mnie swój drapieżny wzrok. Wciąż stałem oparty plecami o szafki, bo obecność Wynonny działała jak odwrócony magnetyzm, przyciskając mnie płasko do zimnego, niebieskiego metalu.
- Powiem ci, jak będzie, Slevin - powiedziała. - Jestem jak ojciec Imogen. Jeśli chcesz zaprosić ją na randkę, musisz zapytać o to mnie. A ja zdecyduję, czy cię zabić. Rozumiemy się?
Rozumieliśmy się. Nawet bardzo.
Jednak w tej samej chwili usłyszałem nawołującego mnie Holdena. Wybiegł zza rogu i zobaczył, jak jego przyjaciel jest dręczony - po raz kolejny - przez pieprzoną Wynonnę Jones.
- Zabieraj łapska od mojego kumpla, ty niebieskowłosa żmijo!
Wynonna obróciła głowę, a jej usta wykrzywiły się w pełnym rozbawienia uśmieszku.
- Niebieskowłosa żmijo?
- Dotknij go tylko - zagroził Holden - a...
Ale Wynonna już unosiła palec - powoli, szyderczo. Zrobiła z tego niezłe show. W ślimaczym tempie wycelowała go w moją twarz, ale cały czas patrzyła na Holdena. Drocząc się z nim, drwiąc z niego.
- Nawet się nie waż - powiedział.
Nacisnęła na mój nos jak na guzik.
- Bip - rzuciła.
Gdyby mój nos był guzikiem, Holden byłby machiną zagłady, z którą guzik był bezprzewodowo połączony. Wyciągnął ręce i wrzasnął jak pomyleniec, co Wynonna uznała za zabawne. Ale pomaszerował do Imogen.
Wynonna przestała się śmiać.
Holden zgarnął torebkę prażonej świńskiej skórki z podłogi.
Wynonna wytrzeszczyła oczy.
- Odłóż to, ty sukin...
Holden rozerwał torebkę i wcisnął twarz do środka jak dzikie zwierzę.
- ...synu! - wrzasnęła Wynonna.
Holden chrupał, pożerał łapczywie. Dziewczyna, wyklinając go, wyrwała mu torebkę z rąk. W tym jednak momencie w środku zostały już same okruchy, uśmiech Holdena oraz jego pełne jak u chomika policzki. Nie odważył się jednak przełknąć. Jak każdy rozsądny człowiek wiedział, że prażone świńskie skórki smakują jak przesolony, usmażony tyłek.
Głowy Holdena i Wynonny obróciły się powoli, kierując w stronę drugiej - i ostatniej - torebki świńskich skórek.
Wynonna wystrzeliła. Holden zanurkował jak baseballista ku domowej bazie. A ponieważ podłoga z winylowych kwadratów była wypolerowana i błyszcząca jak nieśmiertelna, łysa głowa Bruce'a Willisa, prześlizgnął się po niej jak po torze wodnym. Złapał torebkę i zwinął się w kulkę, a Wynonna potknęła się o niego. Próbował wstać, ale złapała go za koszulkę i przygniotła. Zaczęli się tarzać po podłodze.
W chwili, w której Holden był na górze, Wynonna rzuciła mu się do gardła. Kiepski pomysł. Rozdęte policzki chłopaka zrobiły się płaskie, gdy wypluł pogryzione skórki na jej bluzkę w stylu boho.
Wynonna krzyknęła ze zrozumiałym przerażeniem. Holden kaszlał i się dusił.
Tymczasem Imogen odczołgała się od nich na długich, wrzecionowatych kończynach, i znalazła się obok mnie. Wstała. Przysunęła się do mojego ucha, chociaż nie była w stanie oderwać wzroku od masakry przed nami.
- Dlaczego zawsze to robią? - zapytała szeptem.
Było to bardzo złożone pytanie, zawierające wiele warstw. Oto znane mi fakty:
1. Wynonna mnie nienawidziła, ale...
2. Uwielbiała mnie dręczyć.
3. Holden zawsze spieszył mi na ratunek, ale...
4. Zawsze robił to w niestabilny, psychotyczny, gwałtowny sposób.
5. Wydaje mi się, że Wynonna i to uwielbiała. Myślę, że ją to kręciło.
To był błędny, niekończący się cykl. Właściwie można założyć, że tak właśnie wyglądała równowaga w ich wydaniu. Gdyby im to odebrać, ich byty mogłyby pogrążyć się w chaosie.
Wtedy zrodziła się myśl: dostałem rzadką chwilę na prywatną rozmowę z Imogen. Jeśli zignoruję naszych przyjaciół walczących jak na ringu MMA. Co też zrobiłem. Właściwie Wynonna i Holden nieświadomie stworzyli dziwną, a nawet przerażającą, choć zarazem skuteczną sytuację do przełamania pierwszych lodów. To była idealna okazja, aby zaprosić Sam Wiesz Kogo na Sam Wiesz Co.
Jednak teraz, gdy stałem obok Imogen - wyraźnie niemającej poważnych obrażeń - popadłem w swój zwyczajowy stan społecznej nieudolności.
Holdenowi udało się w tym pandemonium wyrwać Wynonnie skórki. Rzucił się do najbliższego okna - jednego z nielicznych w liceum Piles Fork, które można było otworzyć. To właśnie zrobił. Jedną ręką szeroko je rozwarł, a w drugiej trzymał jak zakładnika torebkę ze świńskimi skórkami - i wystawił ją ponad trzykondygnacyjną przepaść. Przekąska zawisła w mocnych palcach.
- Jeszcze jeden krok i oberwie się wieprzowinie - zagroził.
Wynonna zamarła, stojąc w wielkich bojowych butach. Uniosła powoli ręce, sygnalizując zawieszenie broni. Najwyraźniej bardzo poważnie potraktowała sytuację z zakładnikiem.
- Spokojnie, Durden - powiedziała. - Nie rób niczego, czego wszyscy będziemy żałować.
- Przeproś Ezrę - polecił Holden.
- Słucham?
- Albo polecą.
Wynonna spojrzała na mnie z pewnym obrzydzeniem. Albo lekceważeniem. Trudno było to dokładnie określić, ponieważ mój umysł zaczął się wyłączać. Jak Księżyc przysłaniający obecnie Słońce, zasnuwając niebo dziwnym, mrocznym odcieniem. Choć tylko niejasno zdawałem sobie z tego sprawę.
- Nie ma mowy - odparła. - Nie przeproszę tego...
Holden nieznacznie rozluźnił palce. Torebka wyślizgnęła się z nich o centymetr.
- Dobra, dobra! - powiedziała Wynonna. Obróciła się do mnie. Podeszła o kilka kroków, aż znaleźliśmy się w bezpiecznej do przeprosin odległości. Wyczuwałem wrzące w jej gardle słowa. - Ezro Slevinie - zaczęła, przesadnie artykułując każdą sylabę - przepraszam... że jesteś małym, żałosnym tchórzem.
Rzuciła się na Holdena. Popchnęła go na ścianę, przyciskając torebkę do okiennej futryny. Holden pisnął. Siła uderzenia skierowała się jednak w prawy wojskowy but, który przyłożyła do ściany, i cała stała się ściśniętą sprężyną. Złapała Holdena za głowę w stylu Randy'ego Ortona i odpychając się od powierzchni, pociągnęła go za sobą jak podczas ostatecznego ciosu w walce na gali WWE. Byłem pewien, że go znokautuje!
Zamiast tego kopnęła nieco zbyt mocno i polecieli z Holdenem na Imogen i na mnie.
Poczułem to - błysk w mózgu! Uderzenie, jakby moja forma astralna została wybita z mojej ludzkiej powłoki.
Byliśmy plątaniną kończyn, ludzką kulą toczącą się po podłodze z winylowych kwadratów, aż z hukiem wpadliśmy na szafki. W uszach rozbrzmiało mi dzwonienie aluminium.
- Au! - jęknął Holden.
- Umarłam? - zapytała słabo Imogen. - To tak to jest być martwym?
- Kurwa - wymamrotałem w chwili egzystencjalnej rozterki.
Takie właśnie słowa wypowiedziałem.
Oprócz tego, że zrobiłem to głosem Wynonny.
Gdzieś w ludzkiej plątaninie poczułem, jak sztywnieją mięśnie. Jakby i one rozpoznały, że coś jest kosmicznie nie w porządku.
Otworzyłem oczy. Spojrzałem na swoje ręce, dłonie płasko przyciśnięte do zimnych płytek.
Ale to nie były moje ręce. Były mniejsze. Szczuplejsze. Gładsze.
Każdy paznokieć pomalowany jaskrawoniebieskim lakierem.
I wtedy kątem oka zauważyłem otaczające mnie elektryzująco niebieskie włosy.
Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że ktoś w tej ludzkiej plątaninie patrzy bezpośrednio na mnie. Powoli obróciłem głowę.
Twarz wpatrująca się we mnie...
...była moja.
To był Ezra Slevin. Lustrzane odbicie mojej twarzy. Sobowtór. Jego głowa wystawała spomiędzy długiego, spoconego torsu Imogen i, niestety, tyłka Holdena.
Wyglądał na tak przerażonego, jak ja się czułem.
I wtedy znów do tego doszło - błysk!
Nagle znajdowałem się w innym miejscu, patrząc w inną stronę. W dodatku przed twarzą miałem tyłek Holdena - co samo w sobie powinno być alarmujące. Jednak byłem zbyt zajęty patrzeniem na Wynonnę, która się na mnie gapiła. Wydawało się, że dzielimy te same emocje, a nasze spojrzenia mówiły: "Co, do diabła?".
- O cholera! - rzucił Holden. - Zaćmienie!
Wyrwaliśmy się z Wynonną z sytuacji jak ze Strefy Mroku - jeśli nawet na chwilę. Imogen pisnęła. Wszyscy się obróciliśmy, wijąc i ciągnąc. Powoli się rozplątaliśmy. Zataczając się, podszedłem do otwartego okna. Wszyscy starali się wyjąć kartonowe okulary z różnych kieszeni i usiłowali przymocować je do twarzy.
Kiedy nam się udało, czarny okrąg już się cofał. Z boku przebijał się obłok białego światła.
Przegapiliśmy całkowite zaćmienie.
W końcu - czy to z powodu rozczarowania, stresu, czy gównianej sytuacji ze Strefy Mroku - moje ciało postanowiło, że to dobry moment na to, aby się wyłączyć.
Zemdlałem.
ROZDZIAŁ 2
Z góry płynęły słowa - były tak blisko, a jednocześnie tak daleko - jakby wypowiadający je ludzie stali nade mną w jakimś równoległym wymiarze.
O Boże, Boże, Boże - mówiła Imogen.
Nie martw się - powiedział Holden. W porządku, wszystko w porządku. To się cały czas dzieje.
Cierpi na narkolepsję czy coś? - zapytała Wynonna.
Nie do końca. Cierpi na silną bezsenność.
I to jest w porządku? - zapytała z niedowierzaniem Imogen.
To znaczy nie wywołało to żadnych długofalowych szkód. To tylko część jego zaburzenia, czy cokolwiek to jest.
Ile czasu minęło, odkąd ostatnio spał?
Eee... - Holden musiał pomyśleć. - Dwa czy trzy dni?
Dwa czy trzy dni?!
Znowu wydawało się, że Holden myśli.
Trzy dni - odpowiedział stanowczo.
Boże.
Ale to nic - zapewnił mój przyjaciel.
W jakim sensie "to nic"?
To znaczy, że to normalne.
To nie jest normalne!
Sugerujesz, że nie powinniśmy dzwonić po karetkę? - zapytała Wynonna.
O nie, na pewno powinniśmy. Walnął o podłogę jak w piosence Drowning Pool.
Głosy rozpłynęły się w śnie bez snu. Nabrzmiałej bańce czerni, jak ropień na linii czasu.
*
- Jak długo nie spałeś? - zapytał sanitariusz.
- Siedemdziesiąt dwie - odparłem, a po namyśle dodałem: - godziny.
Oczywiście zaokrągliłem do najbliższego dnia. Nie miałem ani czasu, ani cierpliwości, aby określić dokładne ramy mojego szaleństwa.
Mimo że czułem się dobrze - biorąc pod uwagę wszystko, co się stało - sanitariusze kazali mi położyć się na noszach, żeby sami mogli zbadać, jak bardzo jest "dobrze". Sądząc po spojrzeniach, jakie wymienili, poniosłem sromotną porażkę.
Tymczasem Imogen stała nade mną - tak blisko, na ile pozwolili na to sanitariusze - kręcąc głową, jakbym był najsmutniejszym zjawiskiem, jakie w życiu widziała. Jak jakaś niewidoma sierota z rakiem, która głaskała najlepszego przyjaciela, psa Scrufflesa, nie zdając sobie sprawy, że zdechł.
Normalnie doceniłbym jej uwagę, nawet jeśli to była tylko litość. Pochłonęło mnie jednak wydarzenie, które we własnej głowie określiłem mianem: "Co się tu, do diabła, stało?".
- Chodzisz do lekarza? - zapytał sanitariusz.
- Do psychiatry - odparłem.
- Bierzesz leki?
- Belsomrę.
- I jakie ma działanie?
Przeniosłem wzrok z niego na jego kolegę, który sprawdzał moje parametry życiowe, a potem na policjanta, który przesłuchiwał Hodena i Wynonnę, i wróciłem do niego spojrzeniem.
- Mniejsze niż pożądane? - podsunąłem.
- Ale lekarz nadal każe ci to brać?
- Nie jest gorsza niż inne leki.
- A co jeszcze brałeś?
- Ambien, lunestę, rozerem, sonatę... - mówiłem, czując się nieco jak wypowiadający zaklęcia czarodziej. - Valium...
- Valium? - zapytał.
- Cierpię na chroniczną bezsenność, odkąd skończyłem dziewięć lat - wyznałem. - Brałem już wszystko.
- I mówisz, że to dla ciebie norma? Takie omdlenia?
- Nie są nienormalne.
- A czy w tym konkretnym przypadku wystąpiło coś odbiegającego od normy?
Wynonna zdawała się przysłuchiwać wywiadowi medycznemu. Popatrzyła na mnie, a ja na nią. Nasze spojrzenia spotkały się na oszałamiającą nanosekundę, zanim zawstydzeni, pospiesznie odwróciliśmy wzrok.
- Nie - odparłem. - Wszystko było całkowicie w normie.
*
- To prawda, co mówią - powiedział Holden. - Żadne dobre uczynki nie pozostaną bezkarne.
- A od kiedy włamanie jest "dobrym uczynkiem"? - zapytała dyrektor Allegra Durden. Tak, jak ten środek antyhistaminowy. Znana także jako mama Holdena. Palcami wskazującym i środkowym zaznaczyła cudzysłów.
Podobnie jak Holden, jego mama była niska - ledwie dwa centymetry wyższa od syna. Jej wzrost nie miał jednak wpływu na przerażenie, jakie wywoływała samą swoją obecnością. Choć dzieliła z synem podobny wygląd - czarne włosy, ciemne oczy, pełne usta - była nieco drapieżna. Nieprzejednana. Być może przyszło to wraz z zatrudnieniem w instytucji szkolnictwa publicznego. Zapewne nie pomagało jej to, że w wolny dzień została wezwana, aby wyegzekwować dyscyplinę od młodzieży.
Prawdę mówiąc, mieliśmy szczęście, że nie zostaliśmy aresztowani. A mieliśmy je, ponieważ mama Holdena była dyrektorką, a jej wściekłość przyćmiewała wściekłość wszystkich naszych rodziców razem wziętych. Policjanci wydawali się w dużej mierze zadowoleni z jej wściekłości i zostawili nas bez większych oporów.
Nasz los znalazł się w rękach Wściekłej Durden.
- Nie włamaliśmy się z Ezrą! - protestował Holden. - No przecież niczego nie zniszczyliśmy.
- Dobrze, prawda - przyznała dyrektor Durden. - Niczego nie zniszczyliście. - Spojrzała na znajdujące się obok nas Wynonnę i Imogen. Siedzieliśmy we czworo w linii prostej przed jej biurkiem. Jak tarcze na strzelnicy. - Przynajmniej nie wybiliście okna w damskiej ubikacji, by dostać się do środka.
- To był wypadek! - rzuciła Wynonna. - Okno było otwarte. Bardzo przepraszam, że mam większy tyłek niż Imogen. Nie prosiłam się o niego, wie pani?
- Cicho - skarciła Imogen. - Twój tyłek jest w porządku.
- Nie siedzimy tu, by rozmawiać o pani zadzie, panno Jones - pouczyła dyrektor Durden. - Posiadanie dużej pupy nie jest przestępstwem. Natomiast jest nim używanie jej do rozbicia okna w damskiej toalecie. I, niestety, panno Klutz, jesteś wspólniczką tyłka Wynonny.
Szczupła sylwetka jasnowłosej dziewczyny wydawała się zapadać w siebie ze wstydu. Tymczasem Wynonna garbiła się, siedząc na krześle ze skrzyżowanymi na piersi rękami, i rozłożyła nogi, jedną rażąco wkraczając w przestrzeń Holdena. Ten w próbie otwartego buntu próbował rozłożyć swoje jeszcze bardziej, pomimo że miał je najkrótsze z całej naszej czwórki.
- Ty jednak - powiedziała dyrektor Durden, wracając uwagą do Holdena - ukradłeś mi klucz, dorobiłeś sobie dwa, a jeden dałeś przyjacielowi na szesnaste urodziny. I, oczywiście, musiała mi o tym powiedzieć policja. Coś pominęłam?
- Eee, tak - wtrącił Holden. - A co z tym, że zadzwoniliśmy po karetkę i uratowaliśmy Ezrze życie? W zasadzie jesteśmy bohaterami!
Wynonna parsknęła śmiechem. Dyrektor Durden pokręciła głową, najprawdopodobniej zastanawiając się, która część jej kodu genetycznego jest odpowiedzialna za pojmowanie rzeczywistości przez jej syna. To z pewnością była wina jej męża.
- Prawda, Ezra? - zapytał Holden. - Powiedz jej!
O rety. Okej. To się naprawdę działo.
Imogen spojrzała na mnie. Choć nie chciałem nawiązywać kontaktu wzrokowego, kątem oka widziałem, że na mnie patrzy. Czułem na sobie jej wzrok. Zawierał delikatny, choć stanowczy nacisk - jakby Darth Vader powoli dusił mnie swoją mocą.
Nie mów niczego głupiego, Ezra. Zachowaj spokój. Miej same spokojne myśli.
- Nie znam większych bohaterów - przyznałem. - Gdyby to ode mnie zależało, przyznałbym każdemu z tej trójki medal honoru. Może nawet Pokojową Nagrodę Nobla, którą mogliby się podzielić.
Istniała cienka granica pomiędzy sarkazmem a brzmieniem jak kompletny kretyn. Być może ją przekroczyłem.
Dyrektor Durden zakryła twarz dłońmi. Wynonna prychnęła ostrym śmiechem. Imogen nadal się w siebie zapadała. Wyglądała jak pająk z rodziny nasosznikowatych, który zwija się w siebie.
- Widzisz?! - zawołał Holden. - Właśnie o tym mówię! Co to za orwellowski świat, który karze bohaterów? Jeśli nas ukarzesz, okażesz się kolejnym trybikiem w tej totalitarnej machinie.
Dyrektor Durden zacisnęła usta. Pochyliła się, splotła palce. Jeśli syn właśnie rzucił jej wyzwanie, przyjęła je.
- Miałam was umieścić w kozie na miesiąc - zaczęła - ale teraz już wiem, że to by było niewystarczające.
Wyprostowaliśmy się we czworo, każdy w różnym stadium paniki.
- Dlaczego koza jest niewystarczająco surowa? - dociekała Wynonna.
- Ponieważ niczego nie musielibyście w niej robić - odparła dyrektor Durden. - I ponieważ się przyjaźnicie, a ja dałabym wam tym samym miejsce do wspólnego spędzania czasu. Widziałam Klub winowajców, wiem, jak to działa.
- Co to jest Klub winowajców? - zapytał Holden.
Imogen wyglądała na zatrwożoną - komentarzem mojego przyjaciela, nie karą.
- Eee, nie przyjaźnimy się z nimi - wyznała Wynonna. - Wolałabym się przyjaźnić z martwym oposem.
- Tak? - rzucił Holden. - A ja wolałbym się przyjaźnić z własną parówą!
- Jestem pewna, że już to robisz.
- O, to było dobre, Wynonno. Całkowicie przyjaźnię się z własną parówą. Dzielimy najwspanialsze chwile.
Dziewczyna skrzywiła się w odpowiedzi.
- Proszę, Holdenie, nigdy więcej nie mów w moim gabinecie o swojej parówie - poleciła dyrektor Durden. - Nikomu tym nie zaimponowałeś.
Wynonna zachichotała. Holden się skrzywił.
Dyrektorka zmierzyła wzrokiem każdego z nas z osobna. Jednak kiedy spojrzała na mnie, zauważyłem coś dziwnego. Może współczucie? Cokolwiek to było, minęło jak błysk światła na autostradzie. Zamrugała, rozsiadła się w fotelu, a rozbłysk zniknął.
- Jest takie powiedzenie - zaczęła dyrektor Durden. - Piekło to stan umysłu. Ponieważ zawiniliście w różnym stopniu, zdecydowałam się na piekło, które może nie być tak straszne dla niektórych z was. A dla innych... Cóż... - Przenosiła wzrok pomiędzy Holdenem a Wynonną. - Będzie do bani.
Otworzyła cienką, środkową szufladę biurka, ze środka wyjęła broszury - dokładniej mówiąc cztery - i położyła na blacie po jednej przed każdym z nas.
Pochyliliśmy się nad biurkiem. Wytrzeszczyliśmy oczy, choć z różnych powodów - Imogen z ekscytacji, Wynonna i Holden z czystego, nieskażonego przerażenia. Ulotki był czarno-białe, a ich pierwsze strony minimalistyczne. Przedstawiały zdjęcie stojącej do siebie plecami pary. Postacie były tego samego wzrostu, choć jedna miała wyraźnie męskie, a druga żeńskie cechy. Na górze ulotki napisano: "William Szekspir - Noc trzech króli. Przedstawienie szkoły średniej Piles Fork".
Natychmiast wpadły mi do głowy dwie myśli:
1. Holden powiedział dyrektor Durden o moim zauroczeniu Imogen. A konkretnie o tym, że zaczęło się ono w czwartej klasie od przedstawienia Romeo i Julia. Naprawdę to nie byłoby dziwne, ponieważ mój przyjaciel miał najbardziej niewyparzone usta na całej Ziemi.
2. Najprawdopodobniej myślała, że w ten sposób mi pomaga.
Jednak czwarta klasa była dawno temu. Nie mówiąc o tym, że przedstawienie stało się najbardziej traumatycznym wydarzeniem w moim młodym życiu. I zamiast szlifować talent jako początkujący aktor, ukryłem go pod łatwopalnym stosem, podpaliłem, a popiół rozsypałem nad metaforycznym morzem rzeczy, których nigdy w życiu nie zrobię.
Nie miałem nic przeciwko Szekspirowi. Przynajmniej nie miałem nic przeciwko nowoczesnym adaptacjom - Zakochana złośnica (Poskromienie złośnicy), Moje własne Idaho (Henryk IV część 1, Henryk IV część 2 i Henryk V) czy Romeo i Julia (Romeo i Julia, na którą napluł reżyser Baz Luhrmann) i tak dalej. Jednak miałem problem z czytaniem Szekspira na głos (przy Imogen). I odgrywaniem jego sztuk (przy Imogen). I staniem na scenie w kostiumie (przy Imogen). Naprawdę to ta dziewczyna stanowiła sedno problemu - choć nie ze swojej winy - a to wyglądało mi na mieszankę wszystkich tych czynników.
- Co to, do diabła, jest? - zapytał Holden.
- Sztuka - odparła dyrektor Durden. - I od tej chwili w niej gracie.
- Nie - rzuciła Wynonna, kręcąc głową. - Nie, nie, nie.
- Dopiszę każdego z was do zajęć teatralnych na ósmej lekcji.
- Ósmej lekcji? - powtórzył zbulwersowany Holden. - To jest coś takiego?
- To czas pozalekcyjny. Uczestnicy zajęć spotykają się poza kampusem od drugiej pięć do drugiej pięćdziesiąt pięć w teatrze Amityvale w centrum miasta.
- Obrzydliwość - powiedział Holden. - Jestem zdegustowany. Rety, gdyby Pink Floydzi słyszeli o takiej biurokracji...
W oparach szaleństwa Holdena, gdy Wynonna rozpływała się w kadzi zaprzeczenia, nie mogłem nie zauważyć oczu Imogen.
Były wielkie jak napełnione zachwytem balony.
- Ale... czy na tych zajęciach nie ma już kompletu osób? - zapytała Imogen. Można było powiedzieć, że robiła wszystko, by nie okazać nadmiernej ekscytacji.
Na zajęciach nie było wolnych miejsc. Przynajmniej kiedyś. Wiedziałem o tym, ponieważ właśnie dlatego już trzeci rok z rzędu nie przyjęto na nie Imogen. I wiedziałem o tym również dlatego, że Holden dostarczył mi kopię planu lekcji Imogen trzeci rok z rzędu wraz z notką na temat tych, którzy nie załapali się na zajęcia dodatkowe.
Przysięgam na Boga, nie byłem stalkerem. Holden jedynie ułatwił mi fantazjowanie o byciu jednym z nich.
Znałem również powód, dla którego nie przyjęto Imogen. Wszyscy go znali. To taka tajemnica poliszynela.
Dyrektor Durden zachichotała z niepokojem. Śmiechem, który oznaczał przeciwieństwo czegoś zabawnego.
- Mogło tak być - odparła - ale wprowadzono kilka zmian i miejsca się znalazły.
- Jej - pisnęła Imogen. Przytknęła pięść do ust, by stłumić zachwyt.
- I od tej chwili jesteście zapisani.
- Nie! - krzyknęła Wynonna. - Odmawiam!
- Jeśli odmówisz - wyjaśniła dyrektorka - nie będziesz mogła iść na bal.
Żołądek podszedł mi do gardła.
- Co?! - wykrzyknęła głośniej Wynonna.
- O nie - powiedział Holden.
- Mam nadzieję, że dostanę rolę Wioli - szepnęła pod nosem Imogen.
- Aha - rzekła dyrektor Durden. - Porozmawiam z ochroną i dopilnuję, aby wasza stopa nie postała na balu. No chyba że codziennie będziecie uczęszczać na zajęcia teatralne, a także wystąpicie w przedstawieniu, które ma premierę dzień przed balem.
Holden spoważniał. Posłał mi subtelne, kontemplacyjne spojrzenie. Odpowiedziałem wzrokiem kogoś, kto ma w gardle treść żołądka. Chłopak popatrzył na matkę.
- Dobra - powiedział. - Zrobimy z Ezrą tego Szekspira. Prawda, Ezra?
Dyrektor Durden wpatrywała się we mnie z wyczekiwaniem. Tymczasem chwilowo zapomniałem, jak się oddycha.
- Prawda, Ezra? - powtórzył Holden. W jego spojrzeniu nie było już nic subtelnego. W tej chwili patrzył gniewnie.
Robił to dla mnie.
Zaciskając wargi, pokiwałem głową - ponieważ gdybym otworzył usta, mógłbym zacząć pospiesznie sapać.
- Pieprzyć to - powiedziała Wynonna. Odsunęła krzesło, wstała i z oburzeniem ruszyła do drzwi. - Pieprzyć te szekspirowskie bzdury. Pieprzyć bal. Nie liczcie na mnie.
Otworzyła drzwi, wyszła i mocno nimi trzasnęła.
Cisza wypełniająca gabinet dyrektorki była napięta i lekko dusząca.
- Niech mi pani pozwoli... z nią porozmawiać - powiedziała Imogen. Wstała. - O, i ja się piszę. To znaczy... akceptuję warunki kary. Eee, to z panią mam rozmawiać, jeśli chciałabym, by obsadzono mnie w roli Wioli?
- Zdecydowanie nie ze mną - odparła dyrektor Durden. - Nie mam w tej kwestii nic do powiedzenia.
- No tak. Oczywiście.
Imogen przez chwilę wahała się niezręcznie, po czym wybiegła za koleżanką. Tylko cudem udało jej się zamknąć cicho drzwi. Dało się słyszeć ciche kliknięcie, po czym szybkie kroki na korytarzu.
- Zatem - zaczęła dyrektorka - odwieźć was do domu?
- Tak, proszę - powiedziałem.
- Nie, dzięki - rzucił Holden. - Bohaterowie nie przyjmują korzyści od totalitarnej machiny.
- Nawet postoju w Taco Bell? - zapytała. - Zapłacę, ale z twojego funduszu na studia.
Holden zastanawiał się nad tym z poważną miną. W końcu skinął głową.
- Bohaterowie mogą zrobić wyjątek dla Taco Bell.
*
Szkoła średnia Piles Fork była znana z jednej rzeczy, a mianowicie ze swoich zajęć teatralnych. Uczniowie specjalizowali się głównie w teatrze muzycznym i byli fenomenalni. Najlepsi w stanie. Prawdopodobnie w całym kraju. Wielokrotnie zdobyli nagrody takie jak Dazzle, Freddie, Halo i Teen. Wydaje się, że używam zmyślonych słów, ale przyrzekam, że te konkursy są prawdziwe! Wiem o tym, ponieważ dyrektor Durden opowiada o nich co roku, jakby zdobycie poszczególnych wyróżnień stanowiło najważniejsze osiągnięcie na świecie. Co roku dyrektorka przeznaczała coraz więcej szkolnego budżetu na program teatralny. W tej chwili opłacenie tych zajęć wymagało więcej pieniędzy niż wszystkich innych razem wziętych.
Jeśli zakrawa to na wariactwo, to dlatego, że właśnie nim jest.
Zajęcia prowadziła wyłącznie pani Cicily Chaucer - podobno pra (i tak siedemnaście razy) wnuczka Geoffreya Chaucera. Co najpewniej było bzdurą. Jednak była członkinią odrodzonego na Broadwayu musicalu Koty. Twierdziła, że odeszła z powodu "różnic w kreatywnym podejściu do sztuki". Naprawdę nikt tego nie kwestionował.
Właściwie to o nic jej nie pytano. Kiedy stwierdziła, że potrzebuje "bardziej teatralnego środowiska" dla swoich zajęć, dyrektor Durden pozwoliła jej prowadzić je poza kampusem. Pani Chaucer ostatecznie zdecydowała się na teatr Amityvale położony w centrum miasta. Mieścił się w historycznym budynku, w którym wystawiano sztuki, choć dziś wykorzystywano go również do promowania nowoczesnej rozrywki, muzyki, wydarzeń społecznych i tak dalej.
Szkoła podpisała umowę na cały rok.
Jeśli chodzi o starannie dobranych uczniów pani Chaucer, były to najbardziej snobistyczne, despotyczne dzieci, jakie kiedykolwiek włóczyły się po scenie. Wyobraź sobie Sharpay i Ryana Evansów z High School Musical i pomnóż razy dziewięć, a wynik zobrazuje to, z czym mieliśmy tu do czynienia. Razem chodzili wszędzie, jedli i często uprawiali seks. Byli hermetyczną, graniczącą z sektem grupą. Ilekroć zbliżał się koniec roku szkolnego, skupiali się na wybieraniu nowych osób - nowego pokolenia Sharpai i Ryanów - których uznawali za godnych dołączenia do ich watahy. Wystarczała im do tego odpowiednia inicjacja krwią i pogańska zwierzęca ofiara, a przyjęci przestawali być ludźmi. Stawali się lepszym gatunkiem. Najmłodszymi członkami grupy teatralnej pani Chaucer.
Przynajmniej tak było jeszcze kilka tygodni temu.
Wtedy doszło do incydentu narkotykowego.
Widzisz, nie bez powodu występy grupy teatralnej z liceum Piles Fork były najlepsze. Dlaczego uczniowie byli w stanie zapamiętywać tekst jak maszyny i rozprawiać się z przedstawieniami jak terminatory? Dlaczego śpiewali, tańczyli i występowali jak genetycznie zaawansowani ludzie?
Wszyscy brali leki przepisywane na receptę - na ADHD i narkolepsję.
Właściwie pani Chaucer handlowała receptami na adderall, ritalin, modę i co tylko chcesz. A jeśli to nie było wystarczająco pokręcone, kilku Ryanów dzieliło się kokainą! Choć pani Chauser zarzekała się na wszystkie świętości, że im jej nie sprzedała.
W każdym razie nauczycielkę aresztowano. A jeśli chodzi o uczniów, wykreślono ich ze szkoły i natychmiast wysłano na odwyk.
Wszystko to odbyło się dość dyskretnie. Tak właściwie nikt nic nie wiedział. Jednak kiedy osiemnaście teatralnych potworów-nadludzi nie pojawia się pewnego dnia w szkole - nie mówiąc o ich najwyższym władcy - nastolatkowie plotkują. A w razie potrzeby nawet czytają wiadomości.
Imogen o tym nie wiedziała, ponieważ była przyzwoitą osobą odrzucającą ideę plotek. Ja natomiast wiedziałem o wszystkim, ponieważ powiedział mi o tym Holden. A miał pojęcie o tym, co się działo, ponieważ lubił zakradać się do laptopa matki i czytać jej e-maile.
Później okazało się, że Cicily Chaucer została wyrzucona z Kotów za próbę sprzedaży kokainy kolegom i koleżankom ze sceny. Nie wróżyło to dobrze cenie koksu. Jednak jeśli chodzi o hojny budżet, który dyrektor Durden zapewniała grupie teatralnej, pani Chaucer najwyraźniej defraudowała go na leki na receptę (bez recepty zresztą też).
To postawiło dyrektorkę w bardzo niekorzystnym świetle. Jeśli miała przetrwać tę sytuację, musiała wszystko naprawić. A pierwszą rzeczą, która wymagała naprawy, była klasa o świadomej renomie, która obecnie - bardzo dosłownie - nie istniała. Ludzie nie musieli być nadzwyczajni. Ale musieli istnieć. I do pewnego stopnia funkcjonować (choć nie jako grupa z wyższej klasy średniej, rozprowadzająca w liceum narkotyki).
Pośród personelu znalazł się jednak młody, ambitny człowiek, który tyle co zdobył dyplom na wydziale sztuki na Uniwersytecie Southern Illinois - z teatrologii, jeśli dasz wiarę - po prawie dekadzie uczęszczania na zajęcia w niepełnym wymiarze godzin. Ponadto zanim zaczął pracować w Piles Fork, parał się pracą na odwykach i stwierdził, że potrafi dostrzec ćpającego nastolatka z odległości dwudziestu metrów. Upierał się, że potrafi powiedzieć, co brała dana osoba, patrząc jedynie na jej źrenice.
Dyrektor Durden natychmiast zatrudniła go jako nauczyciela pomocniczego.
Kiedy zapytała, co myśli o wypełnieniu zajęć uczniami podczas roku szkolnego, odpowiedział:
- A czy dzieciaki lądują tu w kozie?
Najwyraźniej lądowały.
- To proszę przysyłać je do mnie.