Gdzie diabeł nie może - Arletta Sakowska-Oleksik

Reflow text when sidebars are open.
Kiedy rano Renata zeszła do kuchni, Artur zalewał właśnie kawę gorącą wodą. Pił gorzką i czarną, ale żonie nasypał dwie płaskie łyżeczki cukru i dolał mleka.
- Wcześnie wstałeś, kochanie - zauważyła.
- Mam dziś ważne spotkanie z klientem o siódmej trzydzieści. Później wyjeżdża i wróci dopiero za pół roku, a interes musi się kręcić. Zależy mu na sfinalizowaniu transakcji. Wiesz przecież, jak jest. Przygotowałem dla ciebie kanapki i kawę.
- Nie zjesz ze mną?
- Nie zdążę - odparł i upił łyk kawy. - Zresztą już jadłem.
- Wiesz, chyba jednak zgłoszę to, co wczoraj widzieliśmy, na policję. Może im się do czegoś przyda? Może akurat prowadzą jakieś śledztwo?
- Nadal myślisz o tych dziewczynach? Daj sobie spokój, kochanie, przecież właściwie nic takiego nie widzieliśmy. No dobrze, muszę już lecieć. Potem pogadamy. Wrócę jutro wieczorem. Po tym spotkaniu jadę jeszcze do Białegostoku. Marek dał mi znać, że dzwonił jeden facet i jest duża szansa, że będzie chciał kupić większą partię towaru.
- Okej - westchnęła Renata. - Skoro musisz, to jedź do tego klienta. Nakarmiłeś króliki? - zawołała, kiedy mąż w korytarzu zakładał płaszcz.
- Tak, dałem im po kawałku jabłka i trochę ziółek dosypałem. Tylko świeżej wody musisz im nalać. No to pa! - Ucałował żonę w czubek głowy i już go nie było.
*
Renata wpadła do biura na ostatnią chwilę. Grażynka jak zwykle wymownie spojrzała na wiszący na ścianie zegar.
- Tak, wiem, powinnam już siedzieć przy biurku, ale Artur jedzie dziś do klienta do Białegostoku i zabrał samochód, a ja jakoś wygrzebać się nie mogłam - wytłumaczyła się. Choć nie miały nad sobą szefostwa, starały się być punktualne. Klient nie powinien czekać.
Zdjęła płaszcz i trzymając go na ręku, włączyła komputer. Potem zrobiła kawę i zabrała się do pracy.
W ciągu dnia niewiele było czasu na rozmowę. Wciąż ktoś się kręcił i czegoś chciał. Po pracy wybrały się do sklepu zoologicznego po zioła. Obie kochały zwierzęta i miały w domach po dwa króliki adoptowane ze schroniska w Sopocie i Toruniu. Po drodze Renata opowiedziała Grażynce o tym, co widzieli poprzedniego dnia z Arturem, i o swoich wątpliwościach.
- A wiesz, że to ciekawe? Może faktycznie powinnaś pójść z tym na policję? - zainteresowała się Grażynka.
- Też się nad tym zastanawiam, ale Artur twierdzi, że to bez sensu. Mówi, że właściwie nic takiego nie widzieliśmy, że nawet jeśli to były prostytutki, to często są nimi z wyboru. Ale mi się coś w tym wszystkim nie podoba. - Renata westchnęła. - Skoro taki był ich wybór, jak twierdzi Artur, to dlaczego były tak bardzo wystraszone? Kim była ta straszna kobieta, która wlokła jedną z nich za rękę? Wiem, że to w sumie nie moja sprawa, ale nie daje mi to spokoju. Szkoda mi tych dziewczyn. Może one wcale nie chciały takiego życia, może zostały zmuszone? Może ktoś ich szuka? Gdzie można się tego dowiedzieć? Czy w ogóle jest jakaś szansa? Spróbować im jakoś pomóc?
- A ja mimo wszystko poszłabym na policję. Tyle się mówi, że panuje znieczulica, że ludzie nie interesują się drugim człowiekiem, a jak już ktoś chce pomóc, to się go zniechęca i wyśmiewa. A skąd wiesz, czy oni właśnie w tej sprawie nie prowadzą jakiegoś śledztwa?
- No nie wiem. Ale może Artur ma rację? - zastanawiała się Renata.
- Nie gadaj głupot, twój Artur nie jest wszechwiedzący - zdenerwowała się Grażynka. - Chodź! - Wzięła przyjaciółkę pod ramię i pociągnęła w stronę pobliskiego komisariatu.
- Ale co? Tak już? Teraz? Zaraz? - wystraszyła się Renata.
- No, a na co chcesz czekać?
Na posterunku w okienku za kontuarem siedział sympatycznie wyglądający młody człowiek. Kiedy weszły, podniósł na nie wzrok.
- Słucham panie - rzucił uprzejmie.
- Chciałybyśmy zgłosić przestępstwo - wypaliła Grażynka, zanim Renata zdążyła otworzyć usta.
- Jakiego rodzaju przestępstwo? - spytał policjant i coś zanotował.
- Handel żywym towarem i prostytucja - ciągnęła Grażynka.
- Proszę sobie usiąść i chwilę poczekać - powiedział i gdzieś wyszedł.
- A jak oni nas tu zatrzymają?? - przeraziła się Renata.
- Na jakiej podstawie? - zdziwiła się przyjaciółka. - Przecież nic złego nie zrobiłyśmy. Tylko staramy się pomóc. Jesteśmy współpracujące, nietknięte znieczulicą. Jeszcze nagrodę powinni nam dać! - dodała buńczucznie.
- Pomóc, pomóc - szeptała nerwowo Renata. - A jak oni nas zamkną za składanie fałszywych zeznań i jeszcze obarczą kosztami?!
Zanim Grażynka zdążyła odpowiedzieć, zjawił się młody policjant.
- Panie pozwolą za mną.
Renata spojrzała wymownie na przyjaciółkę, po czym obie wstały. Mężczyzna poprowadził je korytarzem do niewielkiego pokoju, w którym za biurkiem siedział szpakowaty mężczyzna w średnim wieku. A pod oknem, opierając się o parapet, stał z założonymi rękami drugi. Wysoki, szczupły, cały ubrany na czarno. Kiedy weszły, odskoczył od okna i skłonił się lekko.
- To ja będę leciał - powiedział i już go nie było.
Z kolei ten zza biurka wstał, wskazał im krzesła i się przedstawił:
- Aspirant Jacek Firkus. Oficer dyżurny mówił, że chcą panie zgłosić przestępstwo. - Ni to zapytał, ni stwierdził.
- Tak - pisnęła nie swoim głosem Renata.
- Jakiej natury to przestępstwo?
- Handel żywym towarem i prostytucja - wypaliła Grażynka.
- Powiedzą panie coś więcej?
- A, bo widzi pan - zaczęła Renata - wczoraj wybrałam się z mężem, Arturem Wysockim, na pizzę do takiej pizzerii przy ulicy Świętojańskiej.
- No, to akurat jeszcze karalne nie jest - stwierdził aspirant. - Chyba że mąż usiłował tam panią sprzedać albo zmuszał do prostytucji, to wtedy...
- No, co pan! - obruszyła się Renata. - Mój mąż jest porządnym człowiekiem, a nie jakimś bandytą!
- Tego nie neguję, ale pani koleżanka mówiła, że tego rodzaju przestępstwo chciały panie zgłosić.
- No tak, ale przecież to nie mną handlowano! Ja to tylko widziałam.
- Co konkretnie pani widziała?
Renata szczegółowo opowiedziała, co ją gnębiło.
- I co było dalej? - spytał policjant, kiedy skończyła.
- E, no nic, wsiadły do samochodu i odjechały.
- Jaki to był samochód? Numery rejestracyjne pani zapamiętała?
- A taki duży i chyba ciemny, czarny, granatowy albo ciemnozielony. No ogólnie to ciemno było. Na pizzę poszliśmy po pracy, bo nam się gotować nie chciało.
Aspirant westchnął zrezygnowany.
- Czyli kombi? A te numery rejestracyjne pani pamięta?
- Nie kombi! Osobowy, ale taki duży, wie pan, ja się nie znam na markach samochodów. A numeru nie zauważyłam. Za bardzo zajęta byłam tymi kobietami. Za kierownicą siedział taki duży facet o grubym karku i kiedy one wsiadły, to on zaraz odjechał. Jestem przekonana, że te dziewczyny były zmuszane do prostytucji! W tym wszystkim było coś niepokojącego! Aura taka jakaś była! - zakończyła Renata zadowolona z siebie, że tak dokładnie wszystko zapamiętała.
Aspirant milczał dłuższą chwilę, stukając końcem długopisu o blat biurka.
- Proszę pań, ja tu nie widzę żadnych znamion przestępstwa. Przechodzenie przez ulicę przy zielonym świetle oraz jazda samochodem zgodnie z przepisami nie są jeszcze w naszym kraju ścigane prawem. Ja oczywiście dziękuję paniom za wszystkie informacje i obywatelską postawę, ale na tej podstawie wszcząć postępowania nie mogę - powiedział i wymownie rozłożył ręce. - Panie rozumieją, przepisy.
Po wyjściu z komisariatu przyjaciółki były rozczarowane i zawiedzione. Wprawdzie aspirant Jacek Firkus podziękował im za obywatelską postawę, każdej uściskał prawicę i potraktował je poważnie, ale liczyły na coś więcej. Wolnym krokiem szły w stronę przystanku autobusowego.
- Słuchaj, a może poszłybyśmy jutro do tej pizzerii i przy okazji popatrzyłybyśmy, czy się nie pojawią? Co nam szkodzi? Ja mam dzieci już dorosłe, w domu mi nie płaczą, nasi mężowie w pracy, a i pora będzie chyba mniej więcej taka sama? - rozochociła się Grażynka. - Najwyżej zdobędziesz więcej dowodów dla policji, a jeśli nawet nie, to przynajmniej obiad będziemy miały z głowy, bo i dla naszych chłopaków wziąć możemy. W domu to się tylko podgrzeje. W Gdyniance mają bardzo dobrą pizzę, na grubym cieście - kusiła.
- Czemu nie - zgodziła się po namyśle Renata.
Następnego dnia w Gdyniance jak zwykle było pełno ludzi, więc chwilę musiały postać w kolejce, by złożyć zamówienie. W tym czasie zwolniły się miejsca przy stoliku pod oknem i mogły go zająć. Bardzo chciały mieć widok na ulicę.
Po dwóch godzinach pizza była zjedzona, a herbaty wypite. Trzech dziwnych kobiet nadal nie było widać.
- Może one już tu nie przyjdą? Usługę wykonały, klient zapłacił i cześć pieśni - wyraziła swoje obawy Grażynka.
- Nie, coś mi mówi, że wrócą - nie dawała za wygraną Renata.
- No, skoro coś ci mówi... Ale wiesz, to może być tak, że one tylko raz w tygodniu odwiedzają tego klienta, bo na przykład jego żona akurat tego dnia chodzi do kosmetyczki albo fryzjera?
- Może masz racę, ale tym bardziej jutro tu wrócę i poczekam. Muszę to sprawdzić!
- No dobrze, to mogę przyjść z tobą, tylko nie każ mi jeść więcej tego świństwa.
- Myślałam, że lubisz pizzę? - zdziwiła się Renata.
- Lubię, ale nie taką grubą i puchatą!! Wiesz, ile to ma kalorii?!
- Może i ma, ale my z Arturem bardzo ją lubimy.
- No tak, my też ją lubimy. I co z tego? Wy możecie mieć w nosie kalorie, ale jak ja będę wyglądała po tygodniu żywienia się tą pizzą?
Drugiego dnia sprawa nadal nie ruszyła z miejsca. Tajemnicze dziewczyny oraz ich opiekunka nie pojawiły się ani tego dnia, ani przez kilka kolejnych dni. Po tygodniu już nie tylko Grażynka nie mogła patrzeć na pizzę.
- Słuchaj, ja nie wiem, czy jest sens nadal tu przychodzić - wyraziła na głos ich wspólne wątpliwości Grażynka.
- Ale nie mamy innego punktu zaczepienia! - wystraszyła się Renata.
- To może chociaż zmieńmy lokal? - zaproponowała przyjaciółka. - Popatrz, tu naprzeciwko jest fryzjer, może przy okazji zmienimy image? Moje włosy już od jakiegoś czasu wołają o nożyczki i farbę, a i twoim zapewne nie zaszkodzi...
- Nie, to do kitu. Fryzjer to miejsce na raz, a my nie wiemy, jak długo jeszcze będziemy musiały tu przychodzić. Poza tym u fryzjera zajmiemy się sobą i nie będzie czasu na obserwację ulicy. To musi być coś innego, coś mniej absorbującego.
W efekcie tych rozważań następnego dnia wybrały się do kawiarni vis-a-vis Gdynianki. Udało im się zająć stolik przy oknie. Miały tu lepszy widok na przejście dla pieszych i kamienice po drugiej stronie, a nawet na miejsce postojowe w bocznej uliczce, gdzie wtedy stał samochód, którym odjechały tajemnicze dziewczyny. Zamówiły po filiżance herbaty karmelowej i szarlotkę z lodami. Czekały.