Rozdział 2
Sprawy potoczyły się zupełnie inaczej, niż sobie zaplanował. Jamie patrzył, jak Emma odjeżdża z synem bezpiecznie przypiętym pasami na tylnym siedzeniu nissana. Nie wziął pod uwagę chłopca. A raczej nie wziął pod uwagę, że widok chłopca będzie miał na niego taki wpływ. Zaplanował przebieg wydarzeń, zanim jeszcze wszedł na pokład promu do Nantucket. Miał się przedstawić, zostawić list i odjechać. Miał z nią nie rozmawiać.
Ale wtedy drzwi jej domu się otworzyły i na ganku pojawiła się ona, a on zamarł. Nie spodziewał się, że ujrzenie jej na żywo wywoła w nim takie uczucia. Przecenił swoje możliwości, sądząc, że uda mu się zachować neutralność. Nie spodziewał się też, że będzie właśnie taka. Długie, ciemne, falowane włosy. Wysoka, ale nie tak wysoka jak on. Niebieskie oczy, których spojrzenie ścinało z nóg. Nie odznaczała się krzykliwą urodą, ale była niezaprzeczalnie piękna.
Potem zaczęła mówić, spieszyła się - nie chciała się na coś spóźnić - i w chwili, gdy powinien był jej przerwać i wyjaśnić, że nie ma pojęcia o żadnym ogłoszeniu, mieszkaniu czy o czym tam jeszcze mówiła, nie mógł się na to zdobyć. Bo nie była już tylko jednym z wielu imion - była rzeczywistą osobą.
A jej widok ogłuszył go i odebrał mu mowę. Tego też się nie spodziewał. Wyglądała zupełnie inaczej, niż ją sobie wyobrażał. Była piękną, młodą, energiczną kobietą, która mówiła szybko i nie pozwalała mu dojść do słowa. W chwili, gdy ją zobaczył, wezbrał w nim ból. Miał tak wiele do powiedzenia, a jednak zabrakło mu słów.
Tchórz.
Sięgnął do tylnej kieszeni po kopertę, którą zamierzał zostawić w skrzynce pocztowej Emmy. Nadal tam tkwiła. Nigdzie nie pójdzie. Zaczeka na odpowiedni moment, żeby jej ją dać. Najpierw jej pomoże, bo wyglądała, jakby pilnie potrzebowała pomocy. Czy nie był jej winien choć tyle?
Pomieszczenie nad dwustanowiskowym garażem pełne było nierozpakowanych kartonów. Przypominało halę magazynową albo składowisko rzeczy przygotowanych na wielką garażową wyprzedaż.
Emmę to najwyraźniej przerastało. Chciała wszystko posprzątać, a on mógł jej w tym pomóc. Mógł to zrobić. Nareszcie coś, co mógł robić. Nie tylko mówić, ale pomóc w namacalny sposób. Tego właśnie potrzebował.
Zadzwonił telefon. Odłożył torbę i wyjął go z kieszeni. Na ekranie jaśniało zdjęcie Hillary. Starsza siostra wyraźnie zabroniła mu tu przyjeżdżać - wolał sobie nawet nie wyobrażać, jak mu nawymyśla, kiedy on odbierze telefon. A to i tak nic w porównaniu z tym, jak mu nawymyśla, jeśli nie odbierze.
- Cześć, Hill.
- Jameson!
Nazywała go w ten sposób tylko wtedy, kiedy była na niego wściekła. Mógł niemal zobaczyć, jak stoi w kuchni i przytrzymując na biodrze niemowlę, gotuje obiad dla pozostałych dzieci.
- Powiedz, że jesteś w drodze powrotnej do domu.
Nie ciągnęło go do domu. Po pięciu latach spędzonych w kawalerce w eleganckiej podmiejskiej dzielnicy Chicago Jamie był zmuszony zmienić otoczenie. Wcześniej co tydzień podróżował w ramach pracy, ale po ostatnim zleceniu postanowił zmienić styl życia. Hillary stwierdziła, że jeśli w ten sposób zamierzał się ukarać - zakazując sobie twórczej ekspresji - to było to głupie. Ale Hillary nie wiedziała wszystkiego.
Przynajmniej tak sobie wmawiał.
- Jeszcze jestem tutaj - powiedział, zdając sobie sprawę, co zaraz nastąpi.
- Jamie!
- Hillary...
- Musisz wrócić do domu. Wiesz, że doktor McDonald była przeciwna temu, żebyś jechał tam osobiście.
- Nic mi nie jest - odparł. - Myślę, że to jest właśnie to, co powinienem zrobić.
Poza tym nie pierwszy raz dostarczał list. Ostatnim razem nieźle mu poszło. Mniejsza o to, że wtedy nie było to związane z piękną młodą wdową, której rozpaczliwie pragnął pomóc. Zamierzał zatrzymać tę informację dla siebie. Nie było sensu dawać siostrze okazji do wymyślania mu, że robi z siebie idiotę, próbując zgrywać rycerza w lśniącej zbroi.
Usłyszał, jak Hillary wzdycha do słuchawki.
- Popełniasz błąd - powiedziała.
- Nie sądzę.
Prawda była taka, że sam nie wiedział. Możliwe. Możliwe, że popełniał gigantyczny, katastrofalny błąd.
- Trzeba było wysłać list - stwierdziła siostra. - Nie powinieneś był jechać aż tak daleko. Tylko rozgrzebujesz przeszłość... A co, jeśli ona zaczęła nowe życie?
- Przynajmniej się dowiem - odparł.
Może wtedy wreszcie uda mi się w nocy zasnąć.
- Henry, nie wkładaj ręki siostry do toalety! - krzyknęła Hillary do telefonu.
- Zdaje się, że jesteś zajęta - zauważył Jamie. - Porozmawiamy później.
- Jamie, nie...
Ale on się rozłączył. Znał opinię Hillary na temat jego obecności w Nantucket. Nie musieli po raz kolejny tego roztrząsać. Był tutaj i zamierzał tu zostać i pomóc Emmie. A kiedy już jej pomoże, powie jej prawdę. Przynajmniej tyle mógł zrobić.
Galeria 316 mieściła się w historycznej dzielnicy Nantucket, jednym z wielu atrakcyjnych miejsc tego miasta, które przyciągały turystów z całego świata. Emma zrozumiała, dlaczego Camowi tak bardzo się tutaj podobało. Dla niego było to miejsce wytchnienia, budzące nostalgię. Miała nadzieję, że będzie nim również dla niej i CJ-a. Ich drugą szansą. Jej drugą szansą.
Nie żeby sądziła, że na nią zasługuje. Nie zasługiwała. Ale CJ owszem, więc robiła to wszystko dla niego. Nie chciała, żeby jej syn dorastał przy mamie, która - zdarzało się - nie była w stanie wstać z łóżka i zdawała się na innych ludzi w każdej, najdrobniejszej nawet sprawie. Po śmierci Cama jego rodzice chętnie jej pomagali, odciążali ją i za to ich kochała. Ale żyła w całkowitej apatii. Elise miała rację. Nadszedł czas, żeby się pozbierać i zacząć od nowa. "Rok Emmy". Czy raczej: "Rok, w którym Emma zbudziła się ze snu", "Rok, w którym Emma przestała użalać się nad swoim losem", "Rok, w którym Emma powróciła do świata żywych".
Jak bardzo miało to być trudne? Okazało się, że bardzo.
Pewna siebie, młoda kobieta, którą niegdyś była, zniknęła. Wzięła urlop albo ukryła się gdzieś daleko. Jej miejsce zajęła ta oszustka, kobieta, która podawała w wątpliwość każdą swoją decyzję i nie potrafiła wykrzesać z siebie odrobiny energii, żeby pójść na rozmowę o pracę.
Nie poznawała tej wersji siebie. Kiedy stała się taka lękliwa?
Rozmowa kwalifikacyjna w Galerii 316 nie była jej pierwszą próbą podjęcia pracy od czasu przeprowadzki do Nantucket dwa tygodnie wcześniej. Złożyła również CV na stanowisko asystentki w kancelarii prawnej, recepcjonistki w gabinecie lekarskim i kelnerki w barze. W sprawie tego ostatniego nikt do niej nawet nie zadzwonił. Być może dlatego, że w podaniu wyraźnie zaznaczyła, iż praca wieczorami raczej nie wchodzi w grę, ponieważ ma małe dziecko i ono jest dla niej priorytetem.
Teraz szła pospiesznie chodnikiem, próbując nastawić się mentalnie na rozmowę o pracę, od której ściskało ją w żołądku. To była pierwsza praca, o którą się ubiegała i na której naprawdę jej zależało - idealnie by się do niej nadawała. Zapomniała już, jak to jest czegoś pragnąć. Ale pamiętała, jakie to uczucie czegoś potrzebować. To uczucie znała aż nazbyt dobrze i szczerze go nie znosiła. Owszem, odziedziczyła dom po Camie, ale nadal potrzebowała znaleźć jakieś źródło dochodów.
Dlatego właśnie postanowiła zająć się garażem. Rynek najmu dla wczasowiczów miał się tutaj dobrze, a ona potrzebowała dodatkowych pieniędzy. Uparła się, że zajmie się tym osobiście. I być może postąpiła głupio, sprowadzając do mieszkania zupełnie obcego człowieka i zatrudniając go niemalże od ręki, ale biedni nie mogą sobie pozwolić na wybrzydzanie. Nie miała do wyboru nikogo poza Jamesonem Shawem.
Proszę, oby tylko nie okazał się zboczeńcem, mordercą lub innym przestępcą.
Potrzebowała kogoś, kto byłby normalny i pomocny. Nie mogła posprzątać mieszkania sama. Jak pokazał dzisiejszy poranek, nie była nawet w stanie wejść do środka.
Emma wiedziała bardzo niewiele na temat Galerii 316, ale kiedy właściciel zadzwonił, żeby umówić się z nią na rozmowę o pracę, wnikliwie przeszukała Internet. Dowiedziała się, że Travis Butler sam zarządzał galerią i zamierzał zatrudnić asystentkę. Travis był ekscentrykiem, ale był również sławny i cieszył się doskonałą renomą. Miał nieprzeciętny gust, dzięki czemu wypromował wielu artystów. Praca z nim dobrze by jej zrobiła. Może coś by w niej obudziła - coś, co pozostawało w uśpieniu, odkąd odebrała telefon w sprawie Cama. Po sporządzeniu listy na "Rok Emmy" wyznała przyjaciółce, że czuje się egoistką. Nie sprecyzowała, o co jej chodziło, ale czuła się źle, poświęcając czas sobie po tym, co zrobiła. Elise uparcie twierdziła, że Emma nie robi tego dla siebie. "Twój syn zasługuje na szczęśliwą mamę" - powiedziała. "Nie robisz tego tylko dla siebie; robisz to dla niego. Oboje tego potrzebujecie".
Emma zrozumiała, czego najlepsza przyjaciółka nie wyraziła wprost: udawanie, że żyje, będzie miało negatywny wpływ na jej syna i nadszedł czas, żeby stanąć na nogi i zacząć nowy rozdział. Czas przecież leczy rany.
Zaczęło się od jej przeprowadzki na wyspę z domu rodziców Cama na Cape Cod. Po śmierci Cama najbardziej logicznym rozwiązaniem było wprowadzenie się do nich. Ponieważ jej rodzice już wtedy nie żyli, nie miała specjalnego wyboru. Była w ciąży, miała złamane serce i przepełniał ją smutek.
Jerry i Nadine Woodson przyjęli ją do siebie, ofiarowali jej wszystko, czego potrzebowała, i kochali jak córkę. A co najważniejsze, kochali CJ-a. Emma planowała zostać u nich tylko przez chwilę, dopóki nie stanie z powrotem na nogi, ale jeden rok zamienił się w pięć, a ona nadal nie była przekonana, czy poradzi sobie sama.
Zatrzymała się na chodniku przed galerią i zajrzała przez witrynę. Podłoga z ciemnego drewna i białe ściany wyglądały równie elegancko na żywo, jak na zdjęciach w Internecie. Spuściła wzrok na swoją zieloną bawełnianą sukienkę, wykopaną gdzieś na wyprzedaży na dziale odzieżowym w supermarkecie. Nie pasowała tutaj.
A jednak musiała spróbować. Obiecała to sobie. Obiecała CJ-owi. Do spotkania została jeszcze minuta, więc otworzyła drzwi i weszła do środka.
Nowoczesna galeria oświetlona była jasnym naturalnym światłem. Uwagę Emmy natychmiast przyciągnęły surowe linie i perfekcyjne rozplanowanie białej przestrzeni. Travis Butler z całą pewnością stworzył idealne miejsce do wystawiania dzieł sztuki.
Na ścianach wisiały śmiałe obrazy olejne o tematyce plażowej, plamy koloru wyskakiwały z każdego płótna, nie pozwalając widzom odwrócić wzroku.
- Panna Woodson? - Kościsty mężczyzna z zaczesanymi do tyłu blond włosami i w okrągłych okularach wyłonił się z głębi galerii. Rzucił okiem na jej letnią sukienkę z supermarketu w taki sposób, że prawie tego nie zauważyła. Prawie.
Przegoniła ogarniające ją poczucie niepewności i zmusiła się do uśmiechu.
- Dzień dobry, panie Butler.
- Proszę, mów do mnie Travis.
- Travis. - Skinęła głową. - Jestem Emma.
- Miło cię poznać. - Machnął ręką w powietrzu. - Co sądzisz o naszej galerii?
- Uważam, że jest przepiękna.
Przesunęła wzrokiem po zawieszonych na ścianach malowidłach, z których każde miało osobne oświetlenie. Rzeźby stały dumnie na białych, drewnianych stojakach porozstawianych w całym pomieszczeniu i choć budynek wpisany był do rejestru zabytków, wnętrze tchnęło nowoczesnością.
- Wystawiamy głównie miejscowych artystów, ale gościliśmy tu także wielu innych. Za naszym budynkiem znajduje się ogród rzeźb, a z tyłu atelier, gdzie pracujemy nad nowymi eksponatami. Mamy też salę lekcyjną na drugim piętrze.
Oprowadził ją po galerii, zatrzymując się przed elegancką białą ławką.
- Usiądźmy.
Emma położyła swoją wielką skórzaną torbę na podłodze i zajęła miejsce na jednym końcu ławki. Na drugim usiadł Travis i przyjrzał jej się badawczo.
- Jesteś artystką - oznajmił zdecydowanym tonem.
Na policzki Emmy wypłynął rumieniec.
- Kiedyś byłam.
Zmarszczył brwi.
- Kto raz stał się artystą, skarbie, zostaje nim na zawsze.
Dziwne, że ten człowiek, który był pewnie nie więcej niż dziesięć lat starszy od Emmy, mówił do niej "skarbie". Było to miłe, pieszczotliwe określenie, ale przypominało Emmie, że nie wygląda na dorosłą, kompetentną osobę. Wyglądała na kogoś, kto potrzebuje, żeby otoczyć go opieką. Przejrzała w myślach swoją listę. 7. Stać się niezależną. Potrafię sama o siebie zadbać.
- Chyba to prawda - potwierdziła. - W głębi duszy nadal jestem artystką. Po prostu w ostatnich latach niewiele tworzyłam.
- Latach? - Travis prawie się zachłysnął. - Jak to możliwe? - Zmarszczył brwi. - Ja chyba od ponad roku nie stworzyłem niczego własnego. Oboje powinniśmy temu zaradzić. Artysta, który nie tworzy, jest tylko skorupą samego siebie.
Emma odwróciła wzrok. Bardzo długo była tylko skorupą samej siebie, chociaż podejrzewała, że było to związane bardziej z utratą Cama niż odejściem od malowania.
- Więc dlaczego chcesz dostać tę pracę?
Emma odchrząknęła. Mogła przedstawić mu argumentację, którą ćwiczyła dzisiaj rano przed lustrem, kręcąc sobie włosy, albo być z nim szczera. Jednak to oznaczałoby rozmowę o tym, co się wydarzyło, a czy naprawdę była na to gotowa?
- Cóż - powiedziała cicho. - Kocham sztukę. Skończyłam studia na z zakresu sztuk pięknych na Uniwersytecie Kolorado.
Myśl o studiach zawsze przypominała jej dzień, w którym po raz pierwszy zobaczyła Cama. Stacjonował w bazie w Colorado Springs, przyjechał na kampus UCCS z rekruterem, aby wygłosić przemówienie na temat tego, co wojsko może zaoferować studentom. Emma właśnie skończyła zajęcia w Columbine Hall i minęła się z Camem w drzwiach. Na jego widok zrobiła krok za próg, potem zawróciła i weszła z powrotem do środka. Usiadła z tyłu i wysłuchała prezentacji, choć jej zainteresowanie wojskiem sprowadzało się tylko do tego jednego mężczyzny na środku sali. Nawet nie poczuła się zakłopotana, kiedy wezwał ją do udzielenia odpowiedzi na pytanie, o którym nie miała bladego pojęcia. "Jestem tu tylko po to, żeby zapytać, czy mogłabym zaprosić cię na kawę" - powiedziała. Niewielka publiczność wybuchnęła śmiechem, a Cam posłał jej uśmiech, który przeniknął ją aż po palce u stóp.
Po zakończeniu podszedł prosto do niej.
- To jak będzie z tą kawą...?
Była wtedy o wiele śmielsza, dużo bardziej pewna siebie. Czy ta dziewczyna nadal gdzieś w niej była?
- Jaki jest twój główny środek przekazu? - zapytał Travis.
- Akwarele - odpowiedziała, jakby było to dla niej równie naturalne, jak oddychanie. - Ale znam się również na malarstwie akrylowym i olejnym, pracowałam też sporo na bazie znalezionych przedmiotów. Moja praca dyplomowa stanowiła połączenie prestiżowych dzieł sztuki i różnych rzeczy, które znalazłam na śmietniku.
Travis się skrzywił. Chyba był trochę nadwrażliwy.
- Nic obrzydliwego - zapewniła. - Żadnych opakowań po hot dogach, zużytych chusteczek higienicznych czy innych takich.
- Uff, co za ulga.
Sięgnęła do torby i wyjęła teczkę ze swoim portfolio.
- Tu są zdjęcia niektórych moich prac.
Travis przejrzał je szybko i Emma była pewna, że nie zrobiła na nim szczególnego wrażenia. Nie był przekonany. Zresztą dlaczego miałby być? Współpracował z zawodowcami, a ona pokazała mu zdjęcia ze studenckiego projektu. Poza tym nie przyszła tu po to, żeby sprzedać swoją twórczość. Przyszła tu, żeby sprzedać siebie.
- Będę z panem szczera, panie Butler...
- Travis - wtrącił, nie odrywając wzroku od teczki.
- Tak. Travis. - Wzięła głęboki oddech. - Naprawdę potrzebuję tej pracy. Mieszkam na wyspie dopiero od dwóch tygodni. Mój mąż miał tutaj dom.
- Dostałaś go po rozwodzie?
- Dostałam go w spadku.
Spojrzał jej w oczy.
- Przykro mi.
- Dziękuję. Zginął w walce za granicą. Mam syna i jestem już naprawdę zmęczona pracą w gastronomii. Chciałabym robić coś zgodnego z moim wykształceniem.
- To zrozumiałe. Tylko że ja właśnie potrzebuję kogoś, kto dobrze znałby się na gastronomii.
- Och, ja się znam. Jestem świetną kelnerką. Ale chciałabym znowu otaczać się sztuką. Chciałabym znowu zacząć malować.
Emma dopiero w tym momencie zdała sobie sprawę, jak bardzo to, co mówiła, było zgodne z prawdą.
- Ta praca polega nie tylko na kontakcie ze sztuką, ale też z ludźmi - powiedział. - Dlatego potrzebuję kogoś do pomocy. Czas, żebym wrócił do własnej twórczości. Ta galeria to moje marzenie, ale odkąd otworzyłem ją sześć lat temu, nie wystawiłem ani jednej swojej pracy.
- Chętnie pomogę ci się nią zająć.
Założył nogę na nogę i przyglądał jej się przez dłuższą chwilę.
Skorzystała z okazji, żeby przyjrzeć się z podziwem jego kraciastej muszce i starannie skrojonemu granatowemu garniturowi. Mogła się założyć, że nie zaopatrywał się na dziale odzieżowym w supermarkecie.
- Szukam kogoś do wykonywania większości codziennych obowiązków - powiedział. - Obsługa klienta, odbieranie telefonów, koordynowanie zajęć i nauczycieli, a także imprez - mamy ich sporo zaplanowanych na lato.
- To wszystko brzmi znakomicie.
- Będziesz także pracować z artystami, a to nie zawsze jest łatwe. Ponieważ jednak posługujesz się ich językiem, sądzę, że to może przemawiać na twoją korzyść.
- Też tak myślę.
- A jeśli miałabyś ochotę, przydałaby mi się druga para oczu do wyszukiwania nowych talentów - zaproponował. - Nasza galeria odkryła kilka znaczących nowych głosów, a nie chcę przerywać tylko dlatego, że biorę mały urlop, żeby przypomnieć sobie, jakie to uczucie stworzyć coś własnego.
- Naturalnie.
Rety! Tego się nie spodziewała. Udział w odkrywaniu nowych talentów byłby spełnieniem jej marzeń. Ogarnął ją ogromny zapał. Chciała dostać tę pracę. Wzięła głęboki oddech i skinęła głową.
- Doskonale - odparł.
- Doskonale? Jestem przyjęta?
Uśmiechnął się serdecznie.
- Tak, Emmo, dostajesz tę posadę. W porównaniu z ostatnią osobą, z którą przeprowadzałem rozmowę, prezentujesz się zbyt dobrze, żebyś mogła być prawdziwa, i mam przeczucie, że się nadasz.
Zarzuciła mu ręce na szyję.
- Dziękuję, panie... Travis. - Odsunęła się. - Nie pożałujesz.
Wyswobodził się z jej uścisku i wstał.
- Nie przepadam za czułościami.
- Jasne, przepraszam. - Czy to uczucie gorąca na policzkach oznaczało równie silny rumieniec? - Trochę mnie poniosło. Po prostu... bardzo potrzebowałam, aby mi się udało.
- Cóż, hm. - Bez przekonania machnął dłonią w powietrzu. - Zaczynasz dzisiaj.
- Dzisiaj?
Wyjęła telefon i sprawdziła, ile ma czasu. Załatwiła CJ-owi pobyt w miejscowym przedszkolu tylko na godzinę.
- Czy to dla ciebie problem?
- Czy mogę tylko szybko zadzwonić? - zapytała. - Muszę się upewnić, że mój syn może zostać dłużej w przedszkolu.
- Jasne - powiedział, po czym się skrzywił. - Tylko nie przyprowadzaj go ze sobą do pracy. Dzieci robią bałagan. I hałasują.
- Oczywiście.
Odeszła kilka kroków i wybrała numer przedszkola. Kiedy czekała, aż ktoś odbierze telefon, zauważyła Jamiego, przechodzącego przez ulicę. Nadal miał ze sobą torbę i chyba nie miał samochodu. Nie było w tym jednak nic dziwnego, wiele osób nie zabiera aut na wyspę. Naszła ją myśl, że może powinna była zasięgnąć więcej informacji na jego temat, ale przez to podekscytowanie faktem, że znalazł się ktoś do pomocy przy mieszkaniu, była gotowa pozwolić mu wprowadzić się choćby od zaraz.
- Halo?
- Delia?
- Słucham.
Jamie zatrzymał się przed hotelem, wyjął telefon, nacisnął kilka guzików, a potem wszedł do środka. Czy mieszkał w hotelu? Czy może dopiero tego dnia przybył na wyspę?
- Słucham.
- Przepraszam, Delio, mówi Emma Woodson.
- CJ ma się znakomicie, Emmo. - W głosie kobiety było słychać, że się uśmiecha.
- To dobrze. Czy mógłby zostać trochę dłużej? - Odwróciła się i spojrzała na Travisa, który rozmawiał ściszonym głosem z parą starszych ludzi, którzy weszli do galerii. - Właśnie dostałam pracę.