Wstęp
Dawniej, w latach tłustych -?dwie lub trzy dekady temu, w złotych
czasach rozkwitu "głównonurtowych" mediów -?byłam w stanie utrzymywać
się z pisania, jako wolna strzelczyni. Dochody miałam skromne i musiałam
nieco się napocić, żeby je uzyskać, oddając jakieś cztery artykuły
miesięcznie -?felietony, reportaże, recenzje -?za dolara lub dwa od
słowa. Jednym z tematów, o których chciałam pisać, po części z oczywistych, osobistych powodów, były ubóstwo i nierówności, ale gotowa
też byłam pisać o czymkolwiek -?w rodzaju, choć to trochę obciach,
Diety na złamane serce dla dużego modowego magazynu -?żeby opłacić
rachunki.
W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych niełatwo było
zainteresować kolorowe czasopisma tematem ubóstwa. Spędziłam kiedyś dwie
godziny na drogim lunchu -?rzecz jasna, na koszt wydawnictwa -?próbując
dotrzeć do ewidentnie niezainteresowanego redaktora naczelnego, który
ostatecznie, nad bezkofeinową kawą i cr?me br?lée, ustąpił: "No dobrze,
napisz ten swój tekst o biedzie. Czy potrafisz zrobić to tak, żeby
wyszło elegancko?" (tak, zdołałam wymyślić, jak to osiągnąć). Później
był redaktor z pewnego dość liberalnego czasopisma, który na moje
propozycje artykułu, gdzie bohaterami mieliby być mężczyźni z klasy
robotniczej, zareagował pytaniem: "Hm, ale czy zdołają coś powiedzieć?"
(jednym z tych mężczyzn był mój mąż).
Ostatecznie powiodło mi się z "Harper's": legendarny naczelny Lewis
Lapham przydzielił mi temat, z którego powstała bestsellerowa książka:
Za grosze. Pracować i (nie) przeżyć1. Dzięki tantiemom oraz
honorariom za wystąpienia mogłam wreszcie zacząć podejmować różne
projekty tylko dlatego, że wydawały mi się ważne, i nie martwić się o pieniądze. To było życie i pisanie, o jakim zawsze marzyłam -?pełne
przygód, obsesyjnie fascynujące i dostatecznie dochodowe, żebym mogła
wspierać mniej zamożnych członków rodziny.
W kolejnych latach pisałam o zmieniającej się klasowej mapie Ameryki, o kryminalizacji biedy, o molestowaniu seksualnym, rasowej luce
dochodowej, a także na inne tematy, które mnie pociągały -?od
automatyzacji wojny po wyraźne przekonanie Amerykanów, że zdołają żyć
wiecznie, jeśli tylko będą spożywać odpowiednią kombinację warzyw i orzechów. Miałam na rachunki, i co lepsze, miałam frajdę.
Tymczasem, chociaż początkowo tego nie dostrzegłam, wokół mnie świat
dziennikarstwa, jaki znałam, zaczął się rozpadać. Zmuszone generować
coraz większe zyski dla milionerów, kontrolujących gazety, i dla nowych
grup medialnych, redakcje zwalniały dziennikarzy, którzy często
dołączali do rosnącego tłumu głodnych wolnych strzelców. Niegdyś hojne
czasopisma zmniejszały lub likwidowały budżety na teksty zamawiane z zewnątrz: skończyły się darmowe lunche.
Jasne, internet zapełniał się masą nowych serwisów, dla których można
było pisać, ale okazało się, że płacenie dziennikarkom i dziennikarzom
czy innym "dostarczycielom contentu" nie znalazło się w ich planach
biznesowych. Obserwowałam, jak moje honoraria w jednym z większych
dzienników spadają do jednej trzeciej wartości między 2004 a 2009
rokiem. Słyszałam o młodych dziennikarkach i dziennikarzach, którzy
walczyli o możliwość prowadzenia zajęć na uczelni albo pracowali na
akord, zajmując się komunikacją w korporacjach. Ja tymczasem zaparłam
się, że nadal chcę pisać o rzeczach, które mnie poruszały, zwłaszcza na
temat ubóstwa i nierówności, nawet gdybym musiała sama opłacać własne
wysiłki. I miałam poczucie, że to, co robię, jest szlachetne.
Aż wreszcie, jak to mówią dzisiejsze dzieciaki, przyjrzałam się własnemu
przywilejowi. Dotarło do mnie, że coś jest bardzo nie tak w układzie, w którym stosunkowo zamożną osobę, jaką się stałam, stać na pisanie o pracy za minimalną stawkę, o wiewiórkach jako źródle pożywienia w miastach albo karach za spanie w parkach, gdy tymczasem osób, które
realnie tego doświadczają, lub którym grozi, że doświadczą, na pisanie
nie stać.
W ciągu kilku ostatnich lat poznałam masę ludzi, którzy mają co najmniej
równie dobre, jak ja kwalifikacje do pisania, zwłaszcza jeśli idzie o temat ubóstwa, ale których własne ubóstwo powstrzymuje. Jest na przykład
Darryl Wellington, lokalny felietonista (i poeta) z Santa Fe, który żeby
uzupełniać mikroskopijne dochody, od czasu do czasu musi sprzedawać
osocze własnej krwi -?wyjście awaryjne, które może mieć poważne
konsekwencje dla zdrowia. Albo Joe Williams, który straciwszy pracę w redakcji, musiał się ograniczyć do pisania za 50 dolarów za tekst
materiałów na strony internetowe poświęcone polityce, poza tym zajmuje
się koszeniem trawników i pracuje w sklepie ze sprzętem sportowym z pensją 10 dolarów za godzinę, żeby móc opłacić pokój w domu przyjaciela.
Linda Tirado pisała blog o swojej pracy kucharki w IHOP, kiedy udało jej się zdobyć umowę na poruszającą
książkę Hand to Mouth (do której napisałam przedmowę). Teraz pracuje w "projekcie monitoringu multimediów", żeby pomagać innym dziennikarzom i dziennikarkom z klasy robotniczej w zdobywaniu możliwości publikowania.
Istnieją tysiące podobnych osób -?utalentowanych dziennikarek i dziennikarzy, którzy chcą zajmować się poważnymi społecznymi problemami,
ale nie mogą sobie na to pozwolić w mediach, które z kolei rozwijają się
dzięki temu, że swoim "dostarczycielom contentu" nie płacą albo płacą w sposób całkowicie nieadekwatny. Są osoby, które urodziły się w biedzie i mogą opowiedzieć wiele o radzeniu sobie z pracą za marną stawkę,
eksmisjami albo o dzieciństwie w rodzinie zastępczej. Inni należą do
niegdyś pełnej dumy miejskiej "klasy twórczej", która obecnie odkrywa,
że nie stać jej już na tradycyjne dzielnice, takie jak Park Slope czy
Echo Park w LA, walczy o ubezpieczenie
społeczne i zorganizowaną opiekę nad dziećmi, śpiąc na kanapach w cudzych domach. Ci ludzie chcą pisać -?albo robić zdjęcia czy filmy
dokumentalne. Mają wiele do powiedzenia, ale sensowniejsze zaczyna być
staranie się o pracę na kasie albo w smażalni frytek.
Tak wygląda dziś prawdziwe oblicze dziennikarstwa: nie osoba, która
prowadzi programy, zgarniając milion dolarów rocznie, ale nisko opłacani
robotnicy i robotnice oraz osuwające się po równi pochyłej osoby z wyższym wykształceniem, które nie są w stanie zebrać dość kasy, by
zacząć pracę nad artykułem, fotoesejem czy filmem, który chciałyby
zrobić, a tym bardziej nie są w stanie znaleźć platformy, która
pokryłaby koszty zrobienia czegokolwiek. Darryl Wellingotn nauczył mnie,
że nie wskoczysz do samolotu, żeby pisać o policyjnej strzelaninie w twoim rodzinnym mieście, jeśli nie masz karty kredytowej.
Zubożenie dziennikarek i dziennikarzy zubaża dziennikarstwo. Coraz
rzadziej trafiamy w mediach na materiał o ludziach, którzy żyją od
wypłaty do wypłaty, jak gdyby 80 procent populacji wyemigrowało po
cichu, gdy pozostałych 20 procent odwróciło wzrok. Media tradycyjnie
zaniedbywały artykuły o uciśnionych, ponieważ nie za bardzo dawało się
je zamieszczać obok reklam diamentów i luksusowych domów. Obecnie wielcy
wydawcy mają pod ręką coraz mniej dziennikarek i dziennikarzy, którzy
mogliby poruszyć sumienie naczelnych i innych cerberów. Materiały na
temat biedy zajmują mniej niż jeden procent amerykańskich wiadomości;
jak ujął to były felietonista "Time" Bob Herbert: "W tym kraju nie
piszemy o biedzie. Jeśli w "New York Timesie" albo w "Washington Post"
pojawia się artykuł o ludziach ubogich, jest to wyjątek, który
potwierdza regułę. Nie zajmujemy się ubóstwem. Nie zajmujemy się
biednymi".
Jeśli idzie o komentarze na temat ubóstwa -?z których nieproporcjonalnie
duża część pochodzi od dobrze opłacanych, szanowanych felietonistów w rodzaju Davida Brooksa z "New York Timesa" czy George'a Willa z "Washington Post" -?aż nazbyt często odzwierciedlają one historyczne
uprzedzenia ekonomicznej elity, wedle której biedni różnią się od "nas":
są gorzej wykształceni, mniej inteligentni, mniej zdyscyplinowani i bardziej skłonni do podejmowania "złych decyzji w kwestii stylu życia".
Jeśli intelektualiści brzmią niekiedy jak republikańscy kandydaci na
prezydenta, to nie dlatego, że mamy do czynienia ze spiskiem. Po prostu
tak to już jest, kiedy ludzie, którzy mają prawo wyrażać opinie na temat
nierówności, pochodzą niemal bez wyjątku z górnych szczebli drabiny
dochodowej.
Krzywdzi to osoby biedne i znajdujące się w niepewnej sytuacji
ekonomicznej, kiedy w tym zbiorowym lustrze, jakim są nasze media, nie
mogą zobaczyć siebie. Zaczynają mieć poczucie, że naprawdę są inni, w jakiś sposób mniej wartościowi w porównaniu z "głównym nurtem". Przy
czym potencjalnie krzywdzi to także bogatych.
W wysoce spolaryzowanym społeczeństwie, takim jak nasze, bogaci mają
specjalne powody, żeby utrzymywać przy życiu dziennikarstwo zajmujące
się pisaniem o klasach i nierównościach. Zamiatanie palących problemów
społecznych pod dywan nie przyczyni się do ich rozwiązania. Bogaci i ich
przedsięwzięcia filantropijne muszą się ruszyć i wesprzeć dziennikarki i dziennikarzy w kryzysie, wesprzeć te skromniutkie projekty, dzięki
którym tamci próbują się utrzymać. Nick Hanauer, który sam deklaruje
przynależność do 0,01 procent, ostrzegał innych członków swojej klasy w 2018 roku: "Jeśli nie zrobimy czegoś, żeby naprawić rażące nierówności,
z jakimi w tej gospodarce mamy do czynienia, przyjdą po nas z widłami".
W wieku, w którym większość ludzi przechodzi na emeryturę -?albo też
zostaje wypchnięta z szeregów siły roboczej do nisko opłacanych zawodów,
takich jak pomocnik medyczny, parkingowa czy opiekunka do dzieci -?mam
to szczęście, że mogę nadal pisać o rzeczach, które rozpalają moją
ciekawość albo napełniają mnie oburzeniem moralnym. Przede wszystkim
jednak próbuję, za pomocą organizacji, którą pomogłam stworzyć, Economic
Hardship Reporting Project, promować osoby walczące o możliwość
publikowania, których głosów, bez tego rodzaju wsparcia, moglibyśmy
nigdy nie usłyszeć, z uwagi na ich ubóstwo, kolor skóry, płeć albo
orientację seksualną, młodość albo wiek. Ogromną radością jest dla mnie
móc pracować z takimi osobami jak Darryl, Joe, Linda i wieloma innymi i widzieć, jak rozkwitają. Z poczuciem, że przekazuję pałeczkę, dedykuję
im tę książkę.
Barbara Ehrenreich
maj 2019
Za grosze: pracować i (nie) przeżyć
"Harper's Magazine", 1999
Na początku czerwca 1998 roku zostawiłam za sobą wszystko, co zazwyczaj
koi ego i podtrzymuje ciało -?dom, pracę, towarzystwo, reputację, kartę
do bankomatu -?aby wtopić się w szeregi nisko opłacanej siły roboczej.
Tutaj staję się inną, z zawodowego punktu widzenia zdecydowanie mniej
ważną "Barbarą Ehrenreich", opisaną w podaniach o pracę jako
rozwiedziona gospodyni domowa, na której doświadczenie zawodowe składa
się jedynie sprzątanie w kilku prywatnych domach. Na początku jestem
przerażona, że zostanę zdemaskowana i na jaw wyjdzie to, kim jestem
naprawdę: dziennikarką z klasy średniej, wyruszającą, by zbadać świat,
do którego, odkąd wprowadzono reformę systemu opieki społecznej, matki
na zasiłkach wkraczają w liczbie około 50 tysięcy miesięcznie. Jednak na
szczęście moje obawy okazują się całkowicie bezpodstawne: przez miesiąc
biedy i harówki moje nazwisko było niedostrzegalne, przez większą część
czasu zresztą także niewymawialne. W tym równoległym wszechświecie, w którym mój ojciec nigdy nie wydostał się z kopalni, a ja nie skończyłam
college'u, jestem "dziecinką", "słonkiem", "blondyneczką" no i najczęściej -?"dziewczyną".
Moim pierwszym zadaniem jest znalezienie mieszkania. Wyliczam, że jeśli
zdołam zarobić 7 dolarów na godzinę -?co, na podstawie ofert pracy,
wydaje się wykonalne -?będzie mnie stać na wydanie 500, a może, przy
dużych oszczędnościach, 600 dolarów na czynsz. W Key West, gdzie
mieszkam, w zasadzie skazuje mnie to na tanie hostele lub przyczepy -
takie jak ta, w przyjemnej odległości piętnastu minut jazdy od miasta, w której nie ma żadnej klimatyzacji, żadnych żaluzji, żadnych wiatraków,
żadnej telewizji, która natomiast, dla odwrócenia uwagi, zapewnia
wyzwanie w postaci konieczności unikania dobermana, stanowiącego
własność landlorda. Przy czym poważnym problemem tego miejsca jest
czynsz, który wynosi 675 dolarów miesięcznie, a więc zdecydowanie
powyżej moich możliwości. Jasne, Key West jest drogie. Podobnie jak
miasto Nowy Jork, Bay Area, Jackson Hole, Telluride czy Boston, czy
którekolwiek inne z tych miejsc, gdzie turyści i bogacze konkurują o przestrzeń mieszkalną z ludźmi, którzy czyszczą ich toalety i smażą im
frytki2. Wciąż jednak szokujące jest uświadomienie sobie, że
"hołota z przyczepy" stała się dla mnie kategorią demograficzną, do
której aspiruję.
Postanowiłam więc pójść na typowy kompromis, wybrać dostępność zamiast
wygody i zadowolić się mieszkankiem za 500 dolarów miesięcznie w odległości prawie 50 kilometrów dwupasmową autostradą od miejsc
oferujących zatrudnienie w Key West, co oznacza czterdzieści pięć minut
za kierownicą, o ile nie ma żadnych robót drogowych, a ja nie utknę za
oszołomionymi słońcem kanadyjskimi turystami. Nienawidzę jeździć
samochodem, w dodatku drogą usianą na poboczach białymi krzyżami,
upamiętniającymi co skuteczniejsze zderzenia czołowe, ale mieszkanie
było słodkie -?taki jakby domek umieszczony na bagnistym podwórzu
przerobionej przyczepy, w której mieszka mój landlord, przyjazny
serwisant telewizorów, razem ze swoją dziewczyną, barmanką. Z antropologicznego punktu widzenia tętniący życiem park przyczep byłby
lepszy, tu jednak mam błyszczącą białą podłogę, twardy materac, a kilku
zastanych insektów łatwo udaje się pozbyć.
Poza tym nie zajmuję się antropologią. Moim celem nie jest nic tak
subtelnie subiektywnego jak "doświadczenie ubóstwa" albo odkrycie, jakie
to jest "uczucie" być przez lata nisko opłacaną robotnicą. Miałam
dostatecznie dużo niedobrowolnych doświadczeń z ubóstwem i ze światem
nisko płatnej pracy, żeby wiedzieć, że nie jest to przestrzeń, którą się
chce odwiedzić w czysto turystycznych celach: trochę za bardzo pachnie
strachem. A biorąc pod uwagę wszystkie zasoby, którymi dysponuję w moim
prawdziwym życiu, przyjaźnie czekające w tle -?konto w banku, program
emerytalny, ubezpieczenie zdrowotne, wielopokojowy dom -?jestem rzecz
jasna w pełni chroniona przed koszmarami, które nawiedzają osoby
naprawdę biedne.
Nie, to jest czysto obiektywna, naukowa misja. Humanitarne uzasadnienie
reformy systemu pomocy społecznej -?w odróżnieniu od impulsu karania i od skąpstwa, które prawdopodobnie w rzeczywistości stanowią jej
motywację -?polega na tym, że praca pozwoli ubogim kobietom wyjść z biedy, jednocześnie zwiększając ich szacunek do samych siebie, a co za
tym idzie ich przyszłą wartość na rynku pracy. Zatem, niezależnie od
tego, jakie problemy wiążą się z zapewnieniem dzieciom opieki,
transportem i tak dalej, przejście od zasiłku do pracy będzie miało
szczęśliwe zakończenie i przyczyni się do zwiększenia ogólnego
dobrobytu. Tyle tylko że z tymi krzepiącymi przewidywaniami wiąże się
kilka problemów -?na przykład taki, że spadek koniunktury, który
nieuchronnie nastąpi, spowoduje zniknięcie wielu miejsc pracy. A nawet
bez spadku koniunktury napływ miliona osób, które dotychczas żyły z zasiłków, na rynek pracy nisko opłacanej siły roboczej mógł doprowadzić
do spadku płac nawet o 11,9 procent, według waszyngtońskiego Economic
Policy Institute (EPI).
Tylko czy naprawdę da się zarobić na życie w zawodach dostępnych obecnie
dla niewykwalifikowanych pracownic i pracowników? Z matematycznego
punktu widzenia odpowiedź będzie brzmiała: "nie" -?można to obliczyć,
jeśli weźmie się 6 do 7 dolarów na godzinę, odejmie jakiś dolar lub dwa
za godzinę na opiekę nad dziećmi, przemnoży przez 160 godzin miesięcznie
i porówna wynik z dominującymi stawkami czynszu. Według National
Coalition for the Homeless w 1998 roku w skali kraju trzeba było
zarabiać średnio 8,89 dolara na godzinę, by móc sobie pozwolić na
mieszkanie z jedną sypialnią, natomiast Preamble Center for Public
Policy szacuje możliwość, że typowa osoba tracąca zasiłek nie znajdzie
pracy za tak "godziwą" płacę, na 97 do 1. Jeśli te wyliczenia są trafne,
nisko płatna praca nie stanowi rozwiązania problemu ubóstwa ani zapewne
nie stanowi rozwiązania problemu bezdomności.
Przeprowadzanie eksperymentu po to, by tę hipotezę zweryfikować, może
się wydawać przesadą. Jak nie przestają mi przypominać niektórzy niezbyt
pomocni członkowie rodziny, opłacalność pracy za niską stawkę można było
sprawdzić, w pewnym sensie, bez opuszczania gabinetu. Mogłabym po prostu
wypłacać sobie 7 dolarów za godzinę x osiem godzin dziennie, obciążyć
samą siebie kosztami mieszkania i wyżywienia i po miesiącu zsumować
kwoty. Po co porzucać ukochane osoby i ukochaną pracę? Tyle że odebrałam
wykształcenie w dziedzinie, w której badania prowadzi się za pomocą
eksperymentów. W tej branży nie siedzisz po prostu przy biurku i nie
snujesz teoretycznych rozważań: rzucasz się w codzienny chaos natury,
gdzie niespodzianki czają się wśród najbardziej prozaicznych wyliczeń.
Może, kiedy wejdę w tę rzeczywistość, odkryję w świecie nisko opłacanych
robotnic jakieś tajemne systemy gospodarowania. Ostatecznie, skoro
według EPI 30 procent siły roboczej haruje za
mniej niż 8 dolarów za godzinę, może zatem te osoby wynalazły jakieś
sztuczki, jeszcze mi nieznane. Może -?kto wie? -?uda mi się doświadczyć
na sobie ożywczych psychologicznych efektów wydostania się z domu,
obiecywanych przez specjalistów do spraw opieki społecznej z takich
ośrodków jak Heritage Foundation. Albo, z drugiej strony, może pojawią
się jakieś nieoczekiwane koszty -?fizyczne, umysłowe lub finansowe -
które spowodują, że wszystkie moje wyliczenia będą nadawać się na
śmietnik. W idealnej wersji powinnam być w stanie zrobić to wszystko z dwójką małych dzieci pod opieką, tyle bowiem wynosi średnia w przypadku
osób korzystających z opieki społecznej, ale moje własne są już duże, a nikt nie zechce pożyczyć mi swoich na miesięczne wakacje w nędzy. Nie
jest to zatem eksperyment doskonały, zaledwie test najlepszego możliwego
przypadku: kobieta bez obciążeń, inteligentna i nawet silna, która stara
się żyć mniej więcej z tego, czym obdarzyła ją natura.
Rankiem mojego pierwszego dnia przeznaczonego na poszukiwanie pracy, z czerwonym długopisem zabieram się za przeglądanie ofert, które są
obiecująco liczne. W Key West kwitną hotelarstwo i gastronomia i każdy w tej branży zdaje się szukać osoby takiej jak ja -?łatwej do wyszkolenia,
elastycznej i mającej odpowiednio niskie oczekiwania co do zapłaty.
Wiem, że mam kilka cech, które mogą okazać się korzystne -?jestem biała,
lubię myśleć, że elokwentna i opanowana -?ale postanawiam, że zastosuję
się do dwóch reguł. Po pierwsze, nie mogę użyć żadnych umiejętności
wynikających z mojego wykształcenia i dotychczasowej pracy -?nie żebym
natknęła się na wiele ogłoszeń o poszukiwaniu felietonistek o ostrym
piórze. Po drugie, muszę przyjąć najlepiej płatną pracę, jaka zostanie
mi zaoferowana, i starać się ją utrzymać -?żadnych marksistowskich
rantów ani wykradania się, żeby czytać powieści w damskiej toalecie.
Poza tym z różnych powodów z góry odrzucam niektóre zajęcia: na przykład
recepcjonistka w hotelu, praca traktowana, ku mojemu zaskoczeniu, jako
odpowiednia dla osób bez kwalifikacji i przynosząca około 7 dolarów za
godzinę, odpada, ponieważ wymaga stania osiem godzin dziennie w jednym
miejscu. Kelnerowanie też jest czymś, czego wolałabym uniknąć, bo
pamiętam, jak byłam zmęczona, kiedy miałam osiemnaście lat, a obecnie
jestem o dekady żylaków i bólu pleców dalej. Telemarketing, jedno z pierwszych miejsc schronienia dla nagle zbiedniałych, trzeba odrzucić z uwagi na moją osobowość. Pozostają niektóre prace w supermarketach, na
przykład ekspedientka, albo sprzątanie w tysiącach hoteli i pokoi
gościnnych w Key West. Sprzątanie wydaje mi się szczególnie atrakcyjne,
z powodów zarówno atawistycznych, jak i praktycznych: tym zajmowała się
moja matka, zanim się pojawiłam, poza tym nie może różnić się aż tak
bardzo od tego, co robię w niepełnym wymiarze przez całe życie we
własnym domu.
Zakładam zatem coś, co powinno zostać uznane za ubiór szacownie
wyglądającej osoby, czyli wyprasowane szorty bermudy i T-shirt z dekoltem w szpic, i wyruszam na obchód miejscowych hoteli i supermarketów. W Best Western, Econo Lodge i HoJo's pozwalają mi
wypełnić formularze aplikacyjne, w których, ku mojej uldze, nie chodzi w sumie o wiele więcej niż to, czy mam prawo pobytu w Stanach
Zjednoczonych i czy nie popełniłam przestępstwa. Moim następnym
przystankiem jest Winn-Dixie, supermarket, który okazuje się mieć
wyjątkowo uciążliwy proces aplikacyjny, który obejmuje piętnastominutowy
"wywiad" prowadzony przez komputer, ponieważ najwyraźniej żadna z obecnych na miejscu ludzkich istot nie jest zdolna reprezentować punktu
widzenia korporacji. Zostaję zaprowadzona do dużego pomieszczenia,
udekorowanego plakatami ilustrującymi, jak wyglądać "profesjonalnie"
(nie jest źle być białą i, jeśli jest się kobietą, mieć trwałą
ondulację), i ostrzegającymi przed złudnymi obietnicami, którymi
działacze związków zawodowych mogliby próbować mnie zanęcić. Wywiad to
test wielokrotnego wyboru: czy mam jakieś obciążenia, w rodzaju
problemów z opieką nad dzieckiem, które mogą utrudnić mi docieranie do
pracy na czas? Czy uważam, że za bezpieczeństwo w pracy odpowiada
kierownictwo? I zaraz potem wyskakuje podstępnie znienacka: ile wynosi
wartość kradzionych towarów, które nabyłam w minionym roku? Czy
doniosłabym na kolegę lub koleżankę z pracy, gdybym przyłapała ją lub
jego na kradzieży? I wreszcie: "Czy jesteś osobą uczciwą?".
Najwyraźniej zabłysłam w wywiadzie, ponieważ dostaję informację, że
wszystko, co muszę jeszcze zrobić, to stawić się następnego dnia w gabinecie lekarskim na pobranie próbki moczu. Wygląda na to, że jest to
zasadniczo generalna zasada: jeśli chcesz ustawiać pudełka płatków
śniadaniowych albo odkurzać pokoje hotelowe w Ameryce, w której panuje
(anty)chemiczny faszyzm, musisz być gotowa ukucnąć i nasikać przed jakąś
pracownicą ochrony zdrowia (która bez wątpienia musiała robić to samo).
Uznaję, że płaca, jaką oferuje Winn-Dixie -?6 dolarów i kilka centów na
początek -?nie wystarcza, żeby zrekompensować to
upokorzenie3.
Jem lunch w Wendy's, gdzie za 4,99 dolara dostajesz nieograniczoną
liczbę dokładek z meksykańskiej części Superbaru: krzepiący nadmiar
smażonej fasolki i "sosu serowego". Nastoletnia pracownica,
dostrzegłszy, że studiuję oferty pracy, uprzejmie proponuje mi formularz
aplikacyjny, który wypełniam, chociaż tu także płaca wynosi niewiele
ponad 6 dolarów za godzinę. Dalej jest czas na rundę po należących do
miejscowych właścicieli pensjonatach i domach gościnnych. W "The Palms"
(tak go nazwijmy) energiczny kierownik oprowadza mnie po pokojach i zapoznaje z obecnymi sprzątaczkami, które, co odnotowuję z zadowoleniem,
wyglądają mniej więcej tak jak ja -?wyblakłe, w typie byłych hippisek w szortach, z długimi włosami ściągniętymi do tyłu i zaplecionymi w warkocz. Przeważnie jednak nikt ze mną nie rozmawia ani nawet na mnie
nie patrzy, jedynie wręcza mi się formularz aplikacyjny. Na moim
ostatnim przystanku, w okazałym hotelu typu bed and breakfast,
dwadzieścia minut czekam na "Maxa", tylko po to, żeby dowiedzieć się, że
obecnie nie ma wolnych miejsc pracy, ale jakieś powinno pojawić się
wkrótce, ponieważ "nikt nie wytrzymuje dłużej niż kilka tygodni"
(ponieważ żadna z osób, z którymi rozmawiałam, nie wiedziała, że jestem
dziennikarką, zmieniłam ich imiona, żeby chronić ich prywatność, a w niektórych przypadkach, jak sądzę, także ich pracę).
Tak mijają trzy dni przy czym, ku mojemu rozczarowaniu, żadne z dwudziestu miejsc, do których aplikowałam, nie zaprasza mnie na rozmowę.
Byłam dostatecznie próżna, żeby martwić się, że zrobię wrażenie zbyt
dobrze wykształconej jak na pracę, jakiej szukałam, nikt jednak nie
wydaje się zainteresowany moimi kwalifikacjami. Dopiero później
orientuję się, że ogłoszenia nie stanowią wiarygodnej miary tego, jakie
miejsca pracy dostępne są w konkretnym momencie. Stanowią, jak powinnam
była odgadnąć na podstawie uwagi Maxa, polisę ubezpieczeniową
pracodawcy, ochronę w sytuacji nieustannej rotacji nisko opłacanej siły
roboczej. Większość dużych hoteli zamieszcza ogłoszenia niemal na stałe,
tylko po to, żeby zgromadzić zapas aplikujących i móc zastąpić obecne
pracownice i pracowników, którzy odpływają lub są zwalniani -?w związku
z czym zdobycie pracy jest kwestią znalezienia się we właściwym miejscu
w odpowiednim czasie i bycia dostatecznie elastyczną, żeby wziąć
cokolwiek, co jest do wzięcia danego dnia. Mnie ostatecznie przytrafia
się to w jednej z wielkich dyskontowych sieci hotelowych, gdzie udaję
się, jak zwykle, aplikować o pracę pokojówki, a tymczasem zostaję
skierowana, żeby spróbować swoich sił jako kelnerka w przynależnej do
hotelu "rodzinnej restauracji", ponurym miejscu z barem, jakimiś
trzydziestoma stolikami i widokiem na parking. Oferuje się tutaj tak
kuszące dania jak "bułeczki [sic!] z parówką i sosem barbecue" (przy
trzydziestopięciostopniowym upale). Phillip, elegancki chłopak z Karaibów, który przedstawia się jako kierownik, przeprowadza ze mną
wywiad z takim mniej więcej zapałem, jakby był urzędnikiem załatwiającym
mi dostęp do Medicare, przy czym najważniejsze pytania sprowadzają się
do tego, na których zmianach mogę pracować i kiedy mogę zacząć. Mamroczę
coś o tym, że strasznie dawno nie miałam do czynienia z kelnerowaniem,
ale on jest już przy kwestii mundurka: mam się stawić jutro w czarnych
spodniach i czarnych butach, a on dostarczy mi rdzawą koszulkę polo z wyhaftowanym napisem "Hearthside", choć mogę chcieć dotrzeć do pracy we
własnej koszuli, ha, ha, ha. Na słowo "jutro" coś pomiędzy strachem a oburzeniem narasta w mojej piersi. Mam ochotę powiedzieć: "Bardzo panu
dziękuję, ale widzi pan, to był jedynie eksperyment, a nie moje
prawdziwe życie".
Tak zaczyna się moja kariera w Hearthside, tak to nazwijmy, małym
centrum zysku w globalnej sieci dyskontowych hoteli, gdzie przez dwa
tygodnie pracuję od 14.00 do 22.00 za 2,43 dolara za godzinę plus
napiwki4. W jakiejś daremnej próbie zachowania pozorów
elegancji kierownictwo zakazało pracownikom korzystania z drzwi
frontowych, więc tego pierwszego dnia wchodzę przez kuchnię, gdzie
mężczyzna o czerwonej twarzy, z sięgającymi do ramion blond włosami,
ciska właśnie zamrożonym stekiem w ścianę, wrzeszcząc: "jebać to
gówno!". "To Jack", wyjaśnia Gail, żylasta kelnerka w średnim wieku,
której przydzielono zadanie wyszkolenia mnie. "Znowu go nosi" -?stan
wywołany, w tym przypadku, przez fakt, że kucharz z porannej zmiany
zapomniał rozmrozić steki. Przez kolejnych osiem godzin biegam za
zręczną Gail, wchłaniając fragmenty instrukcji na przemian z porcjami
jej osobistej tragedii. Jedzenie należy zawsze podawać na tacy, a powodem, dla którego Gail jest dziś tak zmęczona, jest to, że obudziła
się zlana zimnym potem, bo wspominała swojego chłopaka, który ostatnio
zabił się w więzieniu na północy stanu. Żadnych dolewek lemoniady.
Powodem, dla którego trafił do więzienia, było to, że złapano go kilka
razy na jeździe pod wpływem, to wszystko, mogło się to przydarzyć
każdemu. Dzbanuszki ze śmietanką przynosisz do stołu zawsze na
spodeczku, nigdy w dłoniach. No i kiedy go zabrali, przez kilka miesięcy
mieszkała w swojej furgonetce, gdzie sikała do plastikowej butelki na
mocz i czytała w nocy przy świecach, ale nie dasz rady mieszkać w ciężarówce latem, no bo musisz opuścić szyby, a to znaczy, że wszystko
może ci wleźć do środka, od komarów począwszy.
Dzięki Gail przynajmniej wyzbywam się jakichkolwiek lęków, że mogę
sprawiać wrażenie osoby o zbyt wysokich kwalifikacjach. Od pierwszego
dnia odkrywam, że ze wszystkich rzeczy, które zostawiłam za sobą, takich
jak dom i tożsamość, najbardziej brakuje mi kompetencji. Nie że
kiedykolwiek czułam się w pełni kompetentna w dziedzinie pisania, w której sukces odniesiony jednego dnia absolutnie niczego nie wróży na
przyszłość. Ale w moim pisarskim życiu miałam przynajmniej jakieś
pojęcie o procedurach: zbierz materiał, opracuj szkic, przygotuj wersję
roboczą i tak dalej. Tymczasem kiedy obsługuję stoliki, polecenia
opadają mnie jak pszczoły: więcej mrożonej herbaty tutaj, keczup tam,
pudełko na wynos dla stolika czternastego, a gdzie są tak w ogóle
wysokie krzesła? Z dwudziestu siedmiu stolików zazwyczaj około sześciu
jest cały czas moich, chociaż w spokojniejsze popołudnia, albo kiedy nie
ma Gail, bywa, że mam dla siebie całą restaurację. Trzeba opanować
komputerowy system składania zamówień, z dotykowym ekranem, który, jak
zakładam, ma na celu zminimalizowanie kontaktów między obsługą sali a kuchnia, ale w praktyce wymaga nieustannego słownego doprecyzowywania:
"Sos na purée, OK? Nie na klopsiki" -?i tak
dalej, podczas gdy kucharz krzywi się, jakbym wynajdywała te
udoskonalenia tylko po to, żeby go dręczyć. Plus jest coś, o czym
zapomniałam w ciągu tych lat, które minęły, odkąd byłam osiemnastolatką:
mniej więcej jedna trzecia zadań kelnerki to "prace poboczne",
niewidzialne dla klientów -?zamiatanie, szorowanie, krojenie, dolewanie
i uzupełnianie zapasów. Jeśli cokolwiek z tego nie zostanie zrobione,
dowolny drobny element, będziesz musiała zmierzyć się z godzinami
szczytu w porze kolacji o 18.00 nieuzbrojona i prawdopodobnie
spektakularnie coś zawalisz. Na początku mnóstwo razy się myliłam i gdy
płonęłam ze wstydu, podtrzymywało mnie na duchu wsparcie Gail -?"W porządku, kochana, każdy czasem tak robi" -?ponieważ, ku mojemu
całkowitemu zaskoczeniu i pomimo naukowego dystansu, jaki z całych sił
staram się zachować, obchodzi mnie to, co robię.
Wszystko byłoby o wiele łatwiejsze, gdybym potrafiła po prostu olać
wszystko, jak Lily Tomlin w jednym ze swoich kelnerskich skeczy,
zostałam jednak wychowana zgodnie z absurdalną maksymą w stylu Bookera
T. Washingtona, głoszącą: jeśli masz zamiar coś zrobić, zrób to dobrze.
Przy czym "dobrze" nawet po części nie wystarcza. Zrób to lepiej niż
ktokolwiek i kiedykolwiek. Tak w każdym razie mawiał mój ojciec, który
musiał wiedzieć, o czym mówi, ponieważ udało mu się wydobyć siebie
samego i nas z głębin kopalń miedzi w Butte na zielone przedmieścia
Północnego Wschodu i wznieść się od koktajli z whisky i piwa do martini,
zanim alkohol nie pokonał ambicji. Podobnie jak w większości
przedsięwzięć, z jakimi miałam do czynienia w życiu, robienie "lepiej
niż ktokolwiek" nie jest rozsądnym celem. Nadal jednak, kiedy budzę się
około czwartej rano oblana zimnym potem, to nie na myśl o przekroczonych
deadline'ach: myślę o stoliku, którego zamówienie schrzaniłam do tego
stopnia, że jeden z chłopców wciąż czekał na swoje dziecięce danie,
podczas gdy reszta rodziny zajmowała się już limonkowymi tartami. To
była kolejna silna motywacja, której nie oczekiwałam: klienci albo
"pacjenci" -?nie potrafiłam przestać o nich myśleć w ten sposób z powodu
tajemnej kruchości, która zdawała się sprawiać, że czasowo tracili
zdolność, by się samodzielnie nakarmić. Po kilku dniach w Hearthside
czuję, że kelnerska etyka zaczyna na mnie działać jak łyk oksytocyny,
hormonu opiekuńczości. Większość moich klientów to ciężko pracujący
miejscowi -?kierowcy ciężarówek, robotnicy budowlani, nawet pokojówki z przyległego hotelu -?a ja chcę im zapewnić doświadczenie tak bliskie
"porządnego posiłku", na ile pozwalają niechlujne warunki. Nie ma u mnie
mowy o żadnym "hej, chłopaki", każda osoba powyżej dwunastego roku życia
jest dla mnie "panem" albo "panią". Raczę ich dolewkami mrożonej herbaty
i kawy, wracam w połowie posiłku, żeby spytać, czy wszystko w porządku,
przyozdabiam ich sałatki posiekanymi surowymi pieczarkami, plastrami
kabaczka albo kawałkami dowolnych produktów, jakie jestem w stanie
znaleźć, które przetrwały bez pleśni pobyt w chłodni.
Jest na przykład Benny, niski, mocno umięśniony monter instalacji
kanalizacyjnych, który nawet nie pomyśli o jedzeniu, póki nie wchłonie
półgodzinnej dawki klimatyzacji i wody z lodem. Gawędzimy o hipertermii
i elektrolitach, aż gotów jest zamówić jakąś finezyjną kombinację, na
przykład zupę dnia, sałatkę warzywną i kaszę jako dodatek. Są niemieccy
turyści, których tak ujmuje moje łamane "Wilkommen" i "Ist alles gut?",
że zostawiają prawdziwy napiwek (Europejczycy, rozpuszczeni przez swoje
państwa dobrobytu, w których związki zawodowe pilnują wysokich płac,
zazwyczaj nie wiedzą, że powinni zostawiać napiwki. Niektóre
restauracje, w tym Hearthside, pozwalają kelnerkom prosić zagranicznych
klientów o "gratyfikację" albo dopisywać napiwek do rachunku. Ponieważ
kwota napiwku dodawana jest, zanim klienci postanowią, czy zostawiać
napiwek, czy nie, ta praktyka zamienia się w rodzaj automatycznej kary
za słabą znajomość angielskiego). Są też dwie pokryte kurzem lesbijki,
prosto ze zmiany na budowie, na których swoboda, z jaką radzę sobie z muchą w pi?a coladzie, robi takie wrażenie, że poświęcają czas, żeby
pochwalić mnie przed Stu, zastępcą kierownika. Jest Sam, uprzejmy
gliniarz na emeryturze, który musi zatykać palcem otwór po tracheotomii,
żeby móc wciągnąć do płuc dym papierosowy.
Czasem zabawiam się fantazjowaniem, że jestem księżniczką, która w ramach kary za jakieś drobne przekroczenie ma za zadanie nakarmić
osobiście każdego ze swoich poddanych. Ale nieksiężniczki, które pracują
razem ze mną, są równie wyrozumiałe, nawet jeśli oznacza to lekceważenie
zasad wprowadzonych przez kierownictwo -?dotyczących, na przykład,
liczby grzanek, które mają prawo znaleźć się w sałatce (sześć). "Daj
tyle, ile chcesz -?szepcze Gail -?o ile Stu nie patrzy". Sięga do
własnych pieniędzy z napiwków, żeby kupić herbatniki i coś ekstra
bezrobotnemu mechanikowi, który wszystkie pieniądze wydał na zabieg
dentystyczny, co inspiruje mnie do tego, żeby pokryć jego rachunek za
mleko i ciasto. Być może podobnie wysoki poziom miłości bliźniego
znaleźć można w całej branży gastronomicznej i hotelarskiej. Pamiętam
plakat dekorujący jeden z apartamentów, które oglądałam, głoszący coś w stylu "Jeśli szukasz szczęścia dla siebie, nigdy go nie znajdziesz.
Tylko jeśli szukasz szczęścia dla innych, przyjdzie do ciebie" -
osobliwe hasło, tak w każdym razie wtedy uznałam, jak na zawilgocone
jednopokojowe mieszkanko w piwnicy boya hotelowego w Best Western. W Hearthside wykorzystujemy każdą odrobinę autonomii, jaką mamy, żeby
uraczyć naszych klientów niedozwolonymi kaloriami, bo one są oznaką
naszej miłości. Naszym zadaniem jako obsługi jest komponowanie sałatek i deserów, polewanie jednych z nich sosem i wyciskanie na drugie bitej
śmietany. Kontrolujemy także liczbę kosteczek masła, które dostają nasi
klienci, i ilość kwaśnej śmietany na ich pieczonych ziemniakach. Jeśli
więc zastanawiasz się, czemu Amerykanie są tak otyli, weź pod uwagę
fakt, że kelnerki wyrażają swoje człowieczeństwo, a jednocześnie
zarabiają na napiwki, za pomocą potajemnego rozdawnictwa tłuszczu.
Po dziesięciu dniach zaczyna to wszystko wyglądać na znośny sposób
życia. Lubię Gail, która "wygląda na pięćdziesiąt", ale porusza się tak
szybko, że potrafi pojawić się w jednym miejscu, a następnie w innym,
najwyraźniej w żadnym momencie nie przemieszczając się między nimi.
Błaznujemy z Lionelem, nastoletnim pomocnikiem kelnerów, Haitańczykiem,
zamieniam też po parę słów z Joan, smukłą hostessą koło czterdziestki,
zagorzałą feministką, jedyną z nas, która ośmiela się mówić Jackowi,
żeby się do cholery zamknął. Rozkrochmalam się nawet przy Jacku, kiedy
pewnego spokojnego wieczoru, chcąc wynagrodzić mi wyjątkowo bezpodstawny
atak na moje umiejętności (tak to sobie w każdym razie tłumaczę),
opowiada mi o czasach swojej świetności, gdy jako młody chłopak
uczęszczał do "szkoły astronomicznej" -?a może mówi się
"gastronomicznej"? -?na Brooklynie, chodził z powalającą laską z Puerto
Rico i uczył się wszystkiego, czego można się nauczyć o jedzeniu. Kończę
o 22.00 albo 22.30, zależnie od tego, ile dodatkowych zadań zdołałam
wykonać w czasie zmiany, i mknę do siebie, słuchając taśm, które
zgarnęłam na chybił trafił, opuszczając mój prawdziwy dom -?Marianne
Faithfull, Tracy Chapman, Enigma, King Sunny Adé, Violent Femmes -
dostatecznie wypluta, żeby muzyka rezonowała mi w czaszce, ale jeszcze
nie zdechła. Na nocną przekąskę składają się pełnoziarniste krakersy i półtwardy ser, w towarzystwie taniego białego wina z lodem oraz to coś,
co aktualnie ma do zaoferowania kanał AMC.
Jestem w łóżku koło 1.30 albo 2.00, wstaję o 9.00 lub 10.00, czytam
przez godzinkę, podczas gdy mój mundurek wiruje w pralce landlorda, po
czym kolejne dziesięć godzin spędzam na wykonywaniu najważniejszego
nakazu Mao, zawartego w Czerwonej książeczce: służ ludowi!
Mogłabym tak płynąć z prądem, niczym w jakiejś wyśnionej proletariackiej
idylli, gdyby nie dwie rzeczy. Po pierwsze, kierownictwo. Jeśli do tej
pory zwlekałam z podjęciem tego tematu, to dlatego, że wciąż wzdrygam
się na myśl, że spędziłam te tygodnie pod nadzorem mężczyzn (a później
kobiet), których zadaniem było obserwowanie mojego zachowania i wyłapywanie oznak lenistwa, złodziejstwa, nadużywania substancji i jeszcze gorszych rzeczy. Nie żeby kierownictwo, a zwłaszcza "zastępca
kierownika" w takich miejscach z kiepską płacą, było uosobieniem wroga
klasowego. W biznesie restauracyjnym są to zazwyczaj byli kucharze albo
byli pracownicy i pracownice obsługi, którzy wciąż umieją zastąpić kogoś
w kuchni albo na sali (podobnie jak w hotelach są to na ogół byli
recepcjoniści), a ich pensje wynoszą jakieś 400 dolarów tygodniowo.
Jednak wszyscy wiedzą, że przeszli na drugą stronę, czyli, ujmując rzecz
dosadnie, na stronę korporacji, w odróżnieniu od tej ludzkiej. Kucharze
chcą przygotowywać smaczne jedzenie, obsługa chce je uprzejmie serwować,
tymczasem kierownicy są tu z jednego tylko powodu: mają zapewnić zyski
jakiemuś teoretycznemu bytowi, egzystującemu gdzieś daleko w Chicago czy
Nowym Jorku -?o ile o korporacjach w ogóle można powiedzieć, że istnieją
fizycznie. Wspominając swoją drogę zawodową, Gail mówi mi ze smutkiem,
że lata temu przysięgła, że nigdy już nie będzie pracować dla
korporacji. "Nie dadzą ci spokoju. Dajesz i dajesz, a oni biorą".
Kierownikom wolno siadać -?choćby na całe godziny, jeśli chcą -?do ich
zadań należy jednak pilnowanie, żeby nikt inny nigdy nie siedział, nawet
kiedy nie ma nic do roboty, i właśnie dlatego dla obsługi swobodniejsze
godziny potrafią być równie wyczerpujące, jak pory, w których trzeba
ganiać. Zaczynasz przeciągać każde drobne zadanie, ponieważ jeśli
dyżurujący kierownik przyłapie cię na chwili lenistwa, zleci ci jakąś o wiele paskudniejszą robotę. Więc wycieram, czyszczę, ustawiam butelki z keczupem i ponownie sprawdzam zapas sernika, a nawet obchodzę stoły,
żeby upewnić się, że ankiety ewaluacyjne dla klientów sterczą zuchwale
na swoich miejscach -?i przez cały czas zastanawiam się, ile kalorii
spalam w ramach tych czysto teatralnych ćwiczeń. Kiedy pewnego
szczególnie niemrawego popołudnia Stu przyłapuje mnie na przeglądaniu
numeru "USA Today", zostawionego przez klienta,
każe mi odkurzać całą salę zepsutym odkurzaczem, którego rączka ma
niewiele ponad pół metra, więc jedynym sposobem na to, żeby go obsłużyć
bez zrujnowania sobie kręgosłupa, jest przesuwanie się z miejsca na
miejsce na kolanach.
W mój pierwszy piątek w Hearthside odbywa się "obowiązkowe zebranie
wszystkich pracowników restauracji", na które przychodzę, chcąc zyskać
wgląd w naszą ogólną strategię marketingową i zrozumieć, w jaką niszę
celujemy (zasadniczo kuchnia z Ohio z tropikalnym twistem?). Tyle że na
tym spotkaniu nie ma żadnego "my". Phillip, nasz główny kierownik (poza
pojawiającym się od czasu do czasu "konsultantem", przysyłanym z korporacyjnej centrali), otwiera zebranie z szyderczym uśmieszkiem:
"pokój socjalny -?jest obrzydliwy. Pety w popielniczkach, wszędzie
porozrzucane gazety, okruchy". Ten pozbawiony okien pokoik, gdzie
znajduje się także zegar kontrolny całego hotelu, jest miejscem, w którym zostawiamy torby i cywilne ubrania i odbywamy nasze półgodzinne
przerwy na posiłek. No ale pokój socjalny nie jest prawem, mówi
kierownik. Może zostać odebrany. Powinniśmy też wiedzieć, że szafki w pokoju socjalnym i wszystko, co się w nich znajduje, mogą zostać w dowolnym momencie przeszukane. Później przychodzi czas na plotki:
pojawiły się plotki, plotkowanie (najwyraźniej chodzi o to, że
pracownicy ze sobą rozmawiają) musi się skończyć. Pracownikom, którzy
mają wolne, zabrania się w związku z tym jeść w restauracji, ponieważ
"inne osoby z obsługi gromadzą się przy nich i plotkują". Kiedy Phillip
wyczerpuje swoją listę upomnień, Joan zaczyna narzekać na stan damskiej
toalety, a ja dorzucam swoje trzy grosze na temat odkurzacza. Nie
dostrzegam jednak żadnego wsparcia ze strony moich koleżanek z Sali,
każda z osobna pogrąża się w marazmie. Gail, która jest dla mnie wzorem,
gapi się ponuro w punkt, piętnaście centymetrów przed swoim nosem.
Zebranie kończy się, kiedy Andy, jeden z kucharzy, wstaje, mrucząc coś o tym, że traci dzień wolny na te przepotężne bzdety.
Zaledwie cztery dni później zostajemy nagle zawezwane do kuchni o 15.30,
mimo że na sali są zajęte stoliki. Wszyscy i wszystkie -?jakieś dziesięć
osób -?stoimy wokół Phillipa, który oznajmia ponuro, że pojawiły się
doniesienia o jakimś "zażywaniu substancji" na nocnej zmianie i że w wyniku tego mamy teraz stać się miejscem pracy "wolnym od narkotyków",
co oznacza, że wszystkie nowo zatrudnione osoby będą losowo poddawane
testom, a obecni pracownicy prawdopodobnie także. Cieszę się, że w tej
części kuchni jest tak ciemno, ponieważ czuję, że czerwienię się tak,
jakbym to ja zajarała trawkę w damskiej toalecie: nie byłam traktowana w ten sposób -?ustawiana w szeregu na korytarzu, straszona przeszukiwaniem
szafki, bombardowana niefrasobliwie rzucanymi oskarżeniami -?od czasów
gimnazjum. Kiedy wracamy na salę, Joan żartuje: "Następnym razem
powiedzą nam, że nie możemy w pracy uprawiać seksu". Kiedy pytam Stu, co
się takiego stało, co wywołało takie represje, mruczy tylko coś na temat
"decyzji kierownictwa" i wykorzystuje okazję, żeby zganić mnie i Gail za
nazbyt hojne szafowanie bułeczkami. Od teraz ma być tylko jedna na
klienta i tylko jako dodatek do kolacji, a nie do sałatki. Przejeżdża
się także po kucharzach, w związku z czym Andy wyłania się z kuchni i zauważa -?ze spokojem człowieka, którego codziennym narzędziem pracy
jest nóż rzeźnicki -?że "Stu dzisiaj jedzie po bandzie i może się
przejechać".
Później, wieczorem, wśród plotek zaczyna krystalizować się teoria,
zgodnie z którą to Stu jest odpowiedzialny za sprawę z dragami, że
wykorzystuje restauracyjny telefon, żeby zamawiać trawkę, i wysyła po
odbiór jedną z kelnerek z wieczornej zmiany. Kelnerka została przyłapana
i mogła wydać Stu albo w każdym razie powiedzieć dość, żeby padło na
niego podejrzenie, dlatego jest taki wkurzony. Kto wie? Lionel,
pomocnik, zabawia nas przez resztę wieczoru, stając tuż za plecami Stu i z rozkoszą zaciągając się wyobrażonym jointem.
Drugi problem, oprócz mało przyjaznego stylu zarządzania, polega na tym,
że nie wygląda na to, żeby z tej pracy dawało się wyżyć. Możesz sobie
wyobrażać, z wygodnego dystansu, że osoby, które utrzymują się, rok po
roku, za 6 do 10 dolarów na godzinę, wynalazły jakieś strategie
przetrwania, nieznane klasie średniej. Ale nie. Nie jest trudno nakłonić
moje współpracownice i współpracowników do opowiadania o sytuacji
życiowej, ponieważ kwestie mieszkaniowe niemal w każdym przypadku
stanowią podstawowe źródło wstrząsów w ich życiu i są pierwszą rzeczą, o której cię informują, kiedy przychodzą na swoją zmianę. W ciągu tygodnia
zebrałam następujące dane:
-?Gail mieszka w dobrze znanym hostelu w centrum miasta, w pokoju
dzielonym ze współlokatorem, za który oboje płacą około 250 dolarów
tygodniowo. Współlokator, jej przyjaciel, zaczyna się do niej
przystawiać, co doprowadza ją do szału, ale nie stać jej na samodzielne
opłacenie czynszu.
-?Claude, kucharz z Haiti, rozpaczliwie chciałby wydostać się z dwupokojowego mieszkania, w którym mieszka razem z dziewczyną i dwójką
innych, niespokrewnionych osób. Na ile jestem w stanie to ustalić,
pozostali Haitańczycy (większość z nich mówi tylko po haitańsku)
mieszkają w podobnych warunkach, w tłoku.
-?Annette, dwudziestoletnia kelnerka, jest w szóstym miesiącu ciąży,
rzucił ją chłopak, więc mieszka z matką, która pracuje na poczcie.
-?Marianne i jej chłopak płacą 170 dolarów tygodniowo za jednoosobową
przyczepę.
-?Jack, który, ze swoimi 10 dolarami za godzinę, jest najbogatszy z nas
wszystkich, mieszka w przyczepie, będącej jego własnością, i płaci
jedynie 400 dolarów miesięcznie za miejsce parkingowe.
-?Drugi biały kucharz, Andy, mieszka w swojej łodzi, zacumowanej w suchym doku, która, na ile mogę to określić na podstawie jego ciepłych
opisów, nie może mieć więcej niż sześć metrów długości. Proponuje, że
zaprosi mnie na przejażdżkę, kiedy łódź będzie już w pełni sprawna, ale
ofercie towarzyszą pytania dotyczące mojego stanu cywilnego, więc jej
nie przyjmuję.
-?Tina i jej mąż płacą 60 dolarów za noc za pokój dla dwojga w Days Inn.
Nie mają samochodu, a Days Inn znajduje się na tyle blisko Hearthside,
że można dojść na piechotę. Kiedy Marianne, jedna z kelnerek podających
śniadania, zostaje wyrzucona z przyczepy za podnajmowanie jej (co jest
sprzeczne z zasadami parku przyczep), rzuca chłopaka i wprowadza się do
Tiny i jej męża.
-?Joan, której liczne i eleganckie stroje mnie zmyliły (hostessy noszą
własne ubrania), mieszka w furgonetce, którą w nocy parkuje za centrum
handlowym, i myje się u Tiny, w jej pokoju w motelu. Ubrania ma z ciucholandów5.
W moim średnioklasowym solipsyzmie jestem zaskoczona rażącą
rozrzutnością niektórych z tych układów. Kiedy razem z Gail owijamy
sztućce serwetkami -?jedyne zadania, przy którym wolno nam usiąść -
opowiada mi, że myśli o tym, żeby uciec od swojego sublokatora i też się
wprowadzić do Days Inn. Jestem zaskoczona: jak w ogóle jest w stanie
myśleć o płaceniu 40 lub 60 dolarów dziennie? Ale chociaż bałam się, że
zabrzmię jak pracownica opieki społecznej, okazało się, że wyszłam po
prostu na głupią. Gail rzuca mi spojrzenie pełne niedowierzania: "A skąd
miałabym wziąć na miesięczny czynsz i na miesięczną kaucję za
mieszkanie?". Byłam całkiem zadowolona ze sprawności, z jaką radzę sobie
za 500 dolarów miesięcznie, tyle że rzecz jasna było to możliwe tylko
dzięki 1300 dolarom, które sobie przydzieliłam na początkowe wydatki,
kiedy zaczynałam moje życie z niską płacą: 1000 na czynsz za pierwszy
miesiąc i za kaucję, 100 dolarów na pierwsze zakupy spożywcze i żeby
mieć trochę gotówki w portfelu, 200 dolarów zachomikowane na sytuacje
awaryjne. W ubóstwie, podobnie jak w przypadku niektórych twierdzeń
fizycznych, warunki początkowe decydują o wszystkim.
Nie istnieją żadne tajemne systemy gospodarowania, dzięki którym biedni
mogą się wyżywić, przeciwnie, istnieje masa ukrytych kosztów. Jeśli nie
jesteś w stanie uzbierać pieniędzy na dwumiesięczny czynsz, potrzebnych,
żeby zapewnić sobie mieszkanie, kończysz, przepłacając za pokój, z rachunkiem raz w tygodniu. Jeśli masz tylko jeden pokój, a w nim w najlepszym razie przenośną kuchenkę, nie masz możliwości, by
zaoszczędzić, gotując gar gulaszu z soczewicy, który można zamrozić na
cały tydzień. Jesz fast foody albo hot dogi i zupki w styropianowych
kubkach, które można podgrzać w mikrofalówce w sklepie spożywczym. Jeśli
nie masz pieniędzy na ubezpieczenie zdrowotne -?a skąpy plan oferowany w Hearthside zaczyna działać dopiero po trzech miesiącach -?funkcjonujesz
bez podstawowej opieki albo bez leków na receptę i w pewnym momencie za
to zapłacisz. Gail, na przykład, radziła sobie, póki nie skończyły się
jej pieniądze na tabletki z estrogenem. Powinno już obejmować ją
ubezpieczenie, ale w firmie twierdzą, że zgubili jej wniosek i muszą
zacząć całą papierkową robotę od początku. Wydaje więc 9 dolarów za
tabletkę na lek przeciwmigrenowy, żeby powstrzymać bóle głowy, których,
jak twierdzi, nie miałaby, gdyby dostawała refundowany estrogen. Chłopak
Marianne z kolei, który pracował jako dekarz, stracił pracę, ponieważ
zniknął na zbyt długo, kiedy rozciął sobie stopę i nie było go stać na
antybiotyk na receptę.
Moja sytuacja, kiedy po dwóch tygodniach pracy zabieram się do jej
oszacowania, nie byłaby o wiele lepsza, gdyby miało to być moje
prawdziwe życie. W kelnerowaniu nęcące jest to, że nie musisz czekać na
dzień wypłaty, żeby mieć w kieszeni kilka banknotów, napiwki zazwyczaj
pozwalają mi zapłacić za jedzenie i benzynę i nawet zostaje jeszcze coś,
co mogę schować do szuflady w kuchni, która mi służy za bank. Kiedy
jednak w czasie letnich upałów biznes turystyczny spowalnia, zdarza się,
że czasem kończę pracę z zaledwie 20 dolarami z napiwków (całkowita suma
jest wyższa, ale kelnerki dzielą się mniej więcej 15 procentami napiwku
z pomocnikami i barmanami). Jeśli dodać do tego pensję, uzyskuje się
płacę minimalną, czyli 5,15 dolara za godzinę. Chociaż pieniędzy w szufladzie przybywa, przy obecnym tempie ich przyrastania, kiedy
nadejdzie koniec miesiąca, będzie mi brakowało ponad stu dolarów do
kwoty na czynsz. Przy czym nie widzę żadnych wydatków, na których
mogłabym zaoszczędzić. To prawda, nie wdrożyłam jeszcze nawyku
przygotowywania gulaszu z soczewicy, ale to dlatego, że nie mam dużego
garnka, rękawic kuchennych ani dużej łyżki do mieszania (wszystko to
kosztuje około 30 dolarów w Kmarcie, mniej w sklepach z rzeczami
używanymi), nie mówiąc już o cebuli, marchewce i niezastąpionych
liściach laurowych. Prawie codziennie przyrządzam sobie lunch -?zwykle
jakiś sycący, wysokobiałkowy zestaw, jak mrożone burgery z kurczaka z topionym serem na wierzchu i fasolką pinto z puszki jako dodatkiem.
Obiad jem w Hearthside, gdzie pracownikom oferuje się do wyboru: kanapkę
z bekonem i pomidorem, kanapkę z rybą albo hamburgera, wszystko za
jedyne 2 dolary. Po burgerze poczucie sytości trwa najdłużej, zwłaszcza,
jeśli jest obłożony wypalającymi jelita jalape?o, ale koło północy znów
burczy mi w brzuchu.
Tak więc jeśli nie chcę zacząć wykorzystywać samochodu jako miejsca
zamieszkania, muszę znaleźć drugą albo lepszą pracę. Obdzwaniam hotele,
w których kilka tygodni temu zostawiałam podanie -?Hyatt, Holiday Inn,
Econo Lodge, HoJo's, Best Western, plus jakieś pół tuzina lokalnych
pensjonatów. Nic. No więc znów zaczynam robić obchód, marnując całe
poranki na czekaniu, aż pojawi się jakiś zastępca kierownika, schodząc
nawet do miejsc tak przerażających jak te, w których recepcjonista przy
wejściu wita cię zza kuloodpornej szyby i prowadzi sprzedaż alkoholu.
Jednak albo ktoś ujawnił moje prawdziwe nawyki, związane ze sprzątaniem
-?które cechuje, jeśli tak można powiedzieć, pewna niefrasobliwość -
albo jestem po złej stronie pewnego niepodważalnego etnicznego równania:
większość, chociaż zdecydowanie nie wszystkie, pracujących pokojówek,
które spotykam, poszukując pracy, to Afroamerykanki, osoby
hiszpańskojęzyczne albo imigrantki ze środkowoeuropejskiego,
postkomunistycznego świata, podczas gdy kelnerki są niemal zawsze białe
i mówią tylko po angielsku. Kiedy wreszcie dostaję pozytywną odpowiedź,
kolejny raz rozpoznają we mnie materiał na kelnerkę. W Jerry's -
stanowiącym część znanej sieci rodzinnych restauracji, tutaj fizycznie
podczepionym pod kolejną tanią sieć hotelową -?gotowi są wykorzystać mnie
od razu. Jest to perspektywa podniecająca i przerażająca jednocześnie,
ponieważ przy mniej więcej tej samej liczbie stolików i miejsc przy
barze Jerry's przyciąga trzy albo cztery razy tyle klientów, co stary,
ponury Hearthside.
Wyobraźcie sobie piekło osoby grubej, przy czym nie mam na myśli
miejsca, w którym nie ma jedzenia. Odwrotnie, jest tu wszystko, co można
by jeść, gdyby jedzenie nie niosło ze sobą konsekwencji dla ciała -
frytki serowe, smażone steki z kurczaka, desery wypełnione karmelem -
tyle tylko, że tutaj za każdy kęs płaci się, w taki czy inny sposób,
czyimś dyskomfortem. Kuchnia jest jamą, żołądkiem wiodącym do jelita
grubego, którym jest śmietnik i zmywalnia, skąd wydostają się dziwaczne
wonie i gdzie mieszają się nuty jedzenia i odpadków: śmietankowa
padlina, pizza z wymiocinami i ten wyjątkowy i tajemniczy zapach Jerry's
-?cytrusowe pierdy. Podłoga jest śliska od porozlewanych płynów, co
zmusza nas do poruszania się po kuchni malutkimi kroczkami, jak Susan
McDougal z kajdankami na nogach. Wszystkie zlewy zatkane są kawałkami
sałaty, gnijącymi ćwiartkami cytryn, nasiąkniętymi wodą grzankami. Połóż
rękę na dowolnym bufecie, a ryzykujesz, że przylepisz się na mur do
warstwy dawno rozlanego syropu, przy czym byłoby to bardzo niefortunne,
gdyż ręce są tu narzędziem wykorzystywanym do wykładania sałaty na
talerze, podnoszenia kawałków ciasta, a nawet przekładania placków z tartych ziemniaków z jednego talerza na drugi. Plakat informacyjny w pojedynczej toalecie, wspólnej dla różnych płci, nakazuje nam dokładnie
myć ręce i nawet oferuje instrukcje, jak to robić, tyle że zawsze
brakuje któregoś z kluczowych materiałów -?mydło, papierowe ręczniki,
papier toaletowy -?nigdy w każdym razie nie widziałam wszystkich trzech
jednocześnie. Uczysz się napychać sobie kieszenie papierowymi
serwetkami, zanim się tam udasz, i tylko szkoda klientów, którzy choć
sobie tego nie uświadamiają, dosłownie jedzą ci z ręki.
Pokój wypoczynkowy najlepiej podsumowuje całą sytuację: nie istnieje,
ponieważ w Jerry's nie ma przerw i odpoczynku. Od sześciu do ośmiu
godzin z rzędu nigdy nie siadasz, chyba że na siusiu. To znaczy, są trzy
składane krzesła przy stoliku bezpośrednio przylegającym do toalety, ale
prawie nikt nie siada tutaj, dokładnie w odbytnicy
gastro-architektonicznego systemu. Okolice toalety pełnią raczej funkcję
pomieszczenia na popielniczki, w których osoby z obsługi i te pracujące
na zmywaku stale zostawiają niedopałki, płonące jak wotywne świece, żeby
nie tracić czasu na zapalanie ich ponownie, kiedy uda się im podskoczyć
na jednego dymka. Palą tu prawie wszyscy i wszystkie, jakby od tego
zależał dobrostan płuc -?wielonarodowa mieszanka kucharzy, czescy
pomywacze, kelnerki, rodowite Amerykanki -?co tworzy atmosferę, w której
tlen pojawia się jedynie jako okazjonalne zanieczyszczenie powietrza.
Mojego pierwszego ranka w Jerry's, kiedy wpadam w hipoglikemiczną
trzęsionkę, skarżę się jednej z koleżanek kelnerek, że nie rozumiem, jak
jest w stanie wytrwać tak długo bez jedzenia. "No wiesz, ja nie
rozumiem, jak ty dajesz radę tyle czasu bez fajki", odpowiada tonem
wyrzutu -?ponieważ praca to coś, co robisz dla innych, ale palenie to
coś, co robisz dla siebie. Nie wiem, czemu wojownicy antynikotynowych
krucjat nigdy nie wychwycili tego elementu prowokacyjnej troski o siebie, która sprawia, że ten nałóg ma dla jego ofiar tyle uroku -?jak
gdyby w amerykańskim miejscu pracy jedyną rzeczą, jaką ludzie mogą
nazywać swoją własnością, były nowotwory, które hodują, i wolne chwile,
które poświęcają na ich dokarmianie.
No więc niełatwo jest przejść rewolucję przemysłową, zwłaszcza kiedy
musisz przemknąć przez nią w ciągu kilku dni. Dokonałam przeskoku od
rzemiosła do fabryki, przeszłam z klimatyzowanej kostnicy Hearthside
prosto w płomienie. Klienci napływają ludzkimi falami, czasem wylewają
się po pięćdziesięcioro naraz ze swoich wycieczkowych autobusów, głodni
i zrzędliwi. Zamiast dwóch "dziewczyn" na sali bywa nas tu nawet sześć
jednocześnie, biegających dookoła w błyszczących różowo-pomarańczowych
hawajskich koszulkach. Rozmowy, czy to z klientami, czy z innymi
pracownicami, rzadko trwają dłużej niż po dwadzieścia sekund. W gruncie
rzeczy pierwszego dnia czuję się zraniona chłodem swoich sióstr
kelnerek. Moją mentorką tego dnia jest dwudziestotrzylatka, emocjonalnie
nieporuszona, a pozostałe, które trochę plotkują między sobą o prawdziwym powodzie, dla którego ktoś jest dzisiaj chory, i o wysokości
poręczenia, które ktoś inny musi zapłacić, ignorują mnie całkowicie.
Drugiego dnia odkrywam dlaczego. "Hej, dobrze cię znowu zobaczyć", mówi
jedna z nich na powitanie. "Prawie nikt tu nie wraca po pierwszym dniu".
Czuję się umocniona, dowiodłam czegoś -?przetrwałam -?ale wiele czasu,
zapewne miesięcy, musiałoby minąć, zanim mogłabym mieć nadzieję, że
zostanę przyjęta do tej siostrzanej paczki.
Zaczynam z piękną, heroiczną wizją utrzymania dwóch prac jednocześnie i przez dwa dni prawie mi się to udaje: śniadaniowo-lunchowa zmiana w Jerry's, która trwa do 14.00, przybycie do Hearthside o 14.10 i próba
wytrzymania aż do 22.00. W ciągu dziesięciu minut między zmianami łapię
pikantną kanapkę z kurczakiem w okienku dla zmotoryzowanych w Wendy's,
pochłaniam ją w samochodzie i przebieram się, zmieniając spodnie khaki
na czarne, a hawajską koszulkę na rdzawe polo. Ale pojawia się pewien
problem. Kiedy w czasie trwającej od 15.00 do 16.00 martwej pory
wreszcie siadam, żeby pakować sztućce, moje ciało zdaje się przywierać
do krzesła. Próbuję dla nabrania paliwa wypić kubek podkradzionej zupy,
tak, jak dziesiątki razy widziałam, że robiły to Gail i Joan, ale
kierownik przyłapuje mnie i syczy "Nie jemy!", chociaż nie ma w pobliżu
żadnego klienta, którego widok jedzenia dotykającego ust kelnerki mógłby
obrazić. Więc mówię Gail, że zamierzam odejść, a ona przytula mnie i mówi, że być może pójdzie za mną do Jerry's.
Ale szanse na to są minimalne. Wyniosła się z hostelu i od denerwującego
współlokatora i znowu mieszka w swojej sfatygowanej starej furgonetce.
Ale wiesz co? Donosi mi podniecona później tego samego popołudnia:
Phillip dał jej pozwolenie, żeby zatrzymywała się na noc na hotelowym
parkingu, o ile nie będzie rzucać się w oczy, a parking powinien być
całkiem bezpieczny, ponieważ jest patrolowany przez ochroniarzy! Skoro
Hearthside oferuje takie świadczenia pracownicze, jak można myśleć o zmianie pracy?
Jestem pewna, że Gail odniosłaby sukces w Jerry's, dla mnie jednak jest
to intensywny kurs z zarządzania wyczerpaniem. Lata temu uprzejmy
kucharz ze smażalni, który szkolił mnie na kelnerkę w zajeździe dla
kierowców ciężarówek w Los Angeles, zwykł był mawiać: Nigdy żadnych
zbędnych kroków, jeśli nie musisz iść szybko, idź wolno, jeśli nie
musisz chodzić, stój. Ale w Jerry's starania, żeby odróżnić konieczne od
zbędnego czy pilne od dowolnego, same w sobie kosztowałyby już zbyt
wiele energii. Jedyne, co można robić, to traktować każdą zmianę jak
jednorazowy nagły wypadek: masz tu pięćdziesiąt wygłodniałych osób, leżą
porozrzucane na polu bitwy, więc idź tam i nakarm je! Zapomnij, że jutro
będziesz musiała zrobić to znowu, zapomnij, że będziesz musiała być
dostatecznie przytomna, żeby jadąc wieczorem do domu, omijać pijaków -
płoń, płoń, płoń! Najlepiej, jeśli w jakimś momencie po prostu wejdziesz
w to, co kelnerki nazywają "rytmem", a psychologowie i psycholożki
określają jako "stan przepływu", w którym sygnały przechodzą z narządów
zmysłu bezpośrednio do mięśni, omijając korę mózgową, i pojawia się
pustka, rodzaj zen. Kelner z porannej zmiany w Hearthside opowiada mi,
jak kiedyś "wyciągnął trójkę" -?trzy zmiany jedna za drugą, przez całą
dobę -?a potem wyszedł z pracy, wypił drinka, poznał dziewczynę i może
nie powinien mi tego mówić, ale był seks, tak od razu na miejscu, i to
było, naprawdę, piękne.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki