Chana
Rok 1941
Chana zmierzała energicznym krokiem w stronę synagogi, żeby sprawdzić, jak idą postępy prac w przybudówce, nad którymi od kilku dni oficjalnie sprawowała pieczę. Chociaż dzieciaki z ochronki miały przeprowadzić się w to miejsce dopiero w przyszłym tygodniu, Chana nie mogła się doczekać, kiedy we wszystkich pokojach staną łóżka i będą mogli opuścić stary budynek. Tamten, jak zwykła mówić, nie nadawał się już do niczego i właśnie dlatego wyprosiła rabina, żeby pozwolił jej przenieść się z dziećmi do tej przybudówki. Duchowny początkowo trochę się opierał i twierdził, że towarzystwo sierot to kiepskie sąsiedztwo dla świątyni, pomimo że już nie odprawiano w niej modlitw, ale gdy Chana nie ustępowała, w końcu się ugiął i postanowił nawet, że pomoże jej w zaadaptowaniu budynku na potrzeby dzieci. Czas wojny utrudniał zbieranie materiałów, jednakże dzięki licznym koneksjom rabina jeszcze w tym samym tygodniu zaczęto wyposażać sale i sprzątać dwie stare łazienki, a w oknach zawisły firanki, które duchowny jakimś cudem otrzymał od pewnej starszej kobiety.
Kiedy Chana weszła do środka, nie mogła się nie uśmiechnąć. Nowy budynek ochronki był już prawie gotowy na przybycie dzieci. Z korytarza zniknęły wszystkie niepotrzebne sprzęty, które zalegały w nim przez lata, a z piętra dobiegały do niej odgłosy krzątaniny kobiet wypełniających sienniki słomą. Dzieciaków w ochronce przybywało, a z powodu wojny naprawdę niełatwo było znaleźć dla nich lepsze posłania. Trudno, pomyślała Chana. Jakoś będą musiały się przemęczyć.
Zwiedziła parter, a potem postanowiła wejść na piętro i zapytać kobiety, czy nie trzeba im pomóc. Chociaż miała dużo pracy przy dzieciach, zrobiłaby wszystko, żeby tylko przeprowadzić się tutaj w przyszłym tygodniu. Nie po to nachodziła i błagała rabina, aby teraz budynek nadal stał pusty.
Zadzierając sukienkę, ruszyła po schodach. Drewniane stopnie zatrzeszczały pod jej stopami, ale wiedziała, że są wykonane solidnie, więc pewnie weszła na piętro i zajrzała do pokoju, w którym pracowały kobiety. Siedziały na drewnianej podłodze i napełniały worki słomą.
- O, pani dyrektorka! - Jedna z nich dostrzegła ją niemal natychmiast i uśmiechnęła się lekko. - Nie spodziewałyśmy się pani.
- Przechodziłam akurat w pobliżu i pomyślałam, że wpadnę. Jak wam idzie? - zapytała po polsku. Chociaż była Żydówką, nie mówiła w jidysz. Zresztą prawie nikt o jej narodowości w tym mieście nie mówił w tym języku. Żydzi mieszkali tu od pokoleń i wielu z nich miało już żydowsko-polskie korzenie, przez co czuło się Polakami. Tak jak Chana i jej bliscy.
- Dobrze - odparła kobieta. - Właściwie to zaraz kończymy.
Chana nie kryła radości.
- Naprawdę?
- Zostało do napełnienia raptem pięć worków.
- A ja myślałam, że będziecie potrzebowały pomocy.
- Gdzie tam! - Druga z kobiet machnęła ręką. - Roboty wcale nie było dużo. Ja się zwykle w domu bardziej spracuję niż tutaj. Można powiedzieć, że odpoczywam - zachichotała.
- To może ja tutaj z wami zostanę - odparła Chana. - Nawet nie zliczę, ile mam w ochronce paznokci do obcięcia i dziecięcych skarpet do cerowania.
- Pani dyrektor sama to robi?
- A kto ma się tym zająć? - odparła swobodnie. - Ostatnio znowu wpadli do nas Niemcy i postraszyli moje dziewczyny. Jedna odeszła jeszcze tego samego dnia, a dzieciaków przybywa.
- Ja to panią podziwiam - stwierdziła pierwsza z kobiet. - Wiadomo, wszystkim w czasie wojny jest ciężko, ale trzeba mieć naprawdę silny kręgosłup, żeby nieść taki ciężar.
Zamiast jej odpowiedzieć, Chana tylko rozciągnęła usta w grzecznym uśmiechu.
- No dobrze, pogaduszki pogaduszkami, ale skoro nie potrzeba wam pomocy, to wracam do dzieci. Gdy skończycie z tymi siennikami, to zamknijcie budynek i oddajcie klucz rabinowi. Dzisiaj już chyba nic nie będzie się tutaj działo.
- Oczywiście. Dobrego dnia, pani dyrektorko.
- Dobrego dnia. Jeszcze raz dzięki za pomoc - odparła Chana, po czym wyszła z pokoju i zeszła po schodach, ponownie unosząc suknię. Potem typowym dla siebie energicznym krokiem opuściła budynek.
Zanim jednak wróciła do dzieci, jeszcze na moment zerknęła na synagogę. Kiedy Niemcy zajęli miasto, zdewastowali ją w środku i przekształcili na magazyn zboża. Podobno postraszyli rabina, że jeżeli będzie stawiał opór, to z jego domem, który stał po sąsiedzku, zrobią to samo, ale na szczęście potem dali mu spokój. Mężczyzna nadal mieszkał samotnie tuż obok i hitlerowcy wykorzystywali go do pomocy przy zbożu. Chana właściwie do tej pory nie wiedziała, dlaczego zostawili go przy życiu, ponieważ rabinów z dwóch sąsiednich miast rozstrzelano od razu. Widocznie ten nie wydawał się za bardzo szkodliwy, tak jak ona sama. Właściwie to mogła powiedzieć, że jechali na tym samym wózku. Chociaż esesmani notorycznie odwiedzali ochronkę i straszyli dzieci oraz personel, jak na razie nic więcej się nie wydarzyło.
Na razie, powtórzyła w myślach z goryczą i przesunęła dłonią po gładkich włosach związanych ciasno w kok. Złe myśli szybko ustąpiły jednak nadziei na lepsze czasy. Właściwie tylko ona napędzała ją do działania. Nadzieja i miłość do tych niewinnych dzieciaków.
Wyprostowana ruszyła w stronę rynku. Za jej plecami znajdował się most i płynęła rzeka, która skrzyła się w słońcu, ale Chana od dawna nie zachwycała się jej pięknem. W przeszłości Abram, mężczyzna, którego kochała, wielokrotnie zabierał ją tam na romantyczne spacery, lecz odkąd zaczęła się wojna, oboje mieli na głowie ważniejsze rzeczy niż oddawanie się amorom. Abram dwoił się i troił, żeby sklep jego ojca funkcjonował pomimo wojny, a ona poświęciła się w pełni opiece nad dziećmi. Z wykształcenia pielęgniarka, założyła ochronkę i ku niezadowoleniu Abrama pielęgnowała w niej sieroty wojenne. Obecnie w przytułku mieszkało prawie trzydzieścioro dzieci powyciąganych z ruin budynków czy pustych grobowców. Chana dawała im jeść i zapewniała miejsce do spania, chociaż pokoje były ostatnio przeludnione. Uczyła dzieciaki dobrych manier i taktu, a czasami także podstaw anatomii oraz opieki nad chorymi. A ponieważ jedna z opiekunek mówiła biegle w kilku językach, to dzieci poznawały również obce zwroty, które zdaniem Chany mogły im się przydać w przyszłości.
Dotychczasowy budynek ochronki mieścił się tuż za rynkiem. Chana z kamiennym, wręcz surowym wyrazem twarzy minęła drewniane kramy. Mogła wydawać się zimna i obojętna, ale pod tą maską kryło się ciepłe serce, które chętnie okazywała dzieciom. Była zarówno konsekwentna, wymagająca, jak i ciepła, kochana. Nowe dzieci początkowo patrzyły na nią nieufnie i z niepokojem, ale już po kilku dniach lgnęły do niej, jakby była pluszowym misiem. Może właśnie ta dwoista natura była powodem jej sukcesu?
Kiedy postanowiła założyć przytułek, jej bliscy śmiali się z niej i nikt nie dawał jej szans. Nawet Abram, który zwykle ją wspierał, kręcił nosem, co ku niezadowoleniu Chany nie zmieniło się do dziś. Ileż to razy słyszała z jego ust, że zamiast poświęcać życie sierotom, powinni wyjechać z kraju i zadbać o własną, lepszą przyszłość.
- Mam wielu znajomych na Zachodzie - przekonywał ją już od początku wojny. - Ludzie mówią, że coś bardzo złego czeka wszystkich Żydów. Wyjedźmy, póki czas.
Chana ignorowała to jego gadanie, bo sama jakoś nie mogła uwierzyć w złe intencje Niemców.
- Przecież to cywilizowany naród - mawiała. Może i widziała różne okropne rzeczy, których się dopuszczali, ale jakaś jej część naiwnie wierzyła w ludzi i kazała jej sądzić, że wszyscy w głębi duszy są dobrzy. Może i Niemcy błądzą, ale Żydzi nie zrobili im przecież nic złego i hitlerowcy muszą, po prostu muszą kiedyś się opamiętać. Nie dopuszczała do siebie myśli o zagładzie. Naprawdę wierzyła w sprawiedliwość, dobry świat i w to, że wojna niedługo się skończy. Zresztą inne myślenie raczej nie przystawało dyrektorce ochronki.
Mosiężna klamka zatrzeszczała, gdy Chana ją nacisnęła, a kiedy kobieta pchnęła drzwi do środka, dobiegły do niej głosy dzieci.
- Stój! I tak cię złapię! - wołał nieduży chłopiec, biegnąc po korytarzu za drugim.
- Akurat! - krzyczał do niego tamten. - Jesteś za wolny! Nigdy mnie nie dogonisz.
- Proszę pani, a zaplecie mi pani warkocz? - Zanim Chana zdążyła zamknąć drzwi, zjawiła się obok niej siedmioletnia dziewczynka.
Chana natychmiast porzuciła surowy wyraz twarzy i popatrzyła na nią łagodnie.
- Oczywiście, kochanie, ale daj mi chwilę odsapnąć. - Pogłaskała małą po policzku. - Przyjdź do mnie później, dobrze? Będę w swoim gabinecie.
Dziecko skinęło głową i odeszło, a Chana zaczęła rozglądać się po pokojach w poszukiwaniu Ani, swojej prawej ręki. Zajrzała do jadalni, która mieściła się na końcu korytarza, a potem do sali zabaw wypełnionej dziećmi. Ani nigdzie nie było, więc poszła na górę i znalazła w końcu kobietę w swoim gabinecie.
- Wybacz, że weszłam tutaj pod twoją nieobecność, ale musiałam. - Ania na jej widok podniosła się z krzesła.
Ubrana w szarą, długą sukienkę i z kokiem na głowie przypominała Chanę, ale nie była tak szczupła i wysoka jak dyrektorka. Patrząc na nią, Chana pomyślała, że przyjaciółka jest smutna. Przyjrzała jej się uważniej, a wtedy dostrzegła na policzkach Ani ślady łez.
- Ty płakałaś - bardziej stwierdziła, niż zapytała.
Ania odruchowo dotknęła twarzy. Chana odgadła po wyrazie jej oczu, że Ania jest na siebie zła, iż niedostatecznie ukryła swoje emocje. Znały się nie od dziś, a że Ania nigdy nie była dostatecznie dobra w maskowaniu uczuć, to Chana czytała z niej jak z otwartej księgi.
- Przepraszam. Wiem, że nie powinnam rozklejać się przy dzieciach, ale... Nie wiem, po prostu nie mogłam. Coś we mnie pękło.
Chana zbliżyła się do niej.
- Dlaczego?
- Chodzi o tę małą, którą przywieziono do nas kilka dni temu.
- O Donię, tak? - Przywołała w myślach zaledwie dwuletnią dziewczynkę.
Ania skinęła głową.
- O tę maleńką blondynkę. Cholera. Odkąd tylko do nas trafiła, wiedziałam, że przez ten kolor włosów będą problemy.
- Dzieci nadal nazywają ją Niemką?
- Wyobraź sobie, że jakiś chłopiec omal nie zepchnął jej dzisiaj ze schodów, kiedy chciała mu zabrać zabawkę.
- I to cię tak poruszyło?
- Nazwał ją Niemką i powiedział, że jeszcze raz weźmie coś, co należy do niego, to zatłucze ją na śmierć. Kiedy chciałam go uspokoić, zaczął krzyczeć, że staję w obronie Niemców i mnie też najchętniej by odstrzelił.
Chana pokręciła głową, wyraźnie poruszona.
- Który to powiedział? Już ja sobie z nim porozmawiam.
- Daj spokój, nie warto...
- Nie warto? Co ty mówisz, Aniu! Zwrócenie mu uwagi jest moim obowiązkiem. Nie będę tolerowała w naszym domu podobnych zachowań i wypowiedzi. Nie zgadzam się na dyskryminację rasową. Wystarczy, że na zewnątrz rozrasta się jak chwast.
Ania spojrzała jej w oczy.
- Chciałabym być taka stanowcza i konsekwentna jak ty. Czasami się zastanawiam, czy nie jestem za miękka do tej roboty.
- Zwariowałaś - mruknęła Chana. - Dzieci cię kochają. Zresztą każdy zły policjant powinien mieć swój dobry odpowiednik.
- Że niby ty jesteś tym złym? Wiesz, jakoś mi się nie wydaje.
Chana posłała jej uśmiech.
- No dobrze. Uznajmy, że ja mam rozdwojenie jaźni i łączę w sobie obie te postaci. Ale to nie zmienia faktu, że jesteś świetną opiekunką. I że muszę sobie poważnie porozmawiać z tym gagatkiem. Który chłopiec to zrobił?
- Ten dziewięcioletni Lejb.
Chana zastanowiła się, o kogo chodzi.
- Ten, który trafił do nas w kamizelce w kratkę?
- Dokładnie o nim mowa.
- W takim razie zaraz go do siebie zawołam.
- A ja w tej sytuacji chyba już pójdę. - Ania wzięła się w garść. - Niedługo kolacja. Może pomogę kucharce.
- Ach, Ania! - Chana zatrzymała ją przed wyjściem.
- Tak?
- Byłam dzisiaj w dobudówce przy synagodze i wygląda na to, że zdążymy ze wszystkimi pracami na czas.
- O, to cudownie! A tak się bałaś, czy przeprowadzka dojdzie do skutku.
- Wygląda na to, że Bóg nad nami czuwa.
- Bóg może i tak, ale ciekawe, co na to Niemcy - odparła Ania enigmatycznie.
Chana odprowadziła ją wzrokiem. Czy oni wszyscy naprawdę musieli widzieć świat w czarnych barwach? Czasami czuła się tak, jakby była ostatnią optymistką na ziemi. No, a przynajmniej w płonącej Europie.