3
Wellingford Hall, 1932 r.
Eve nauczyła się znikać. W ciągu dziewięciu miesięcy, które spędziła już jako pomywaczka w Wellingford Hall, stała się mistrzynią w wychodzeniu przez okna albo niepostrzeżonym wymykaniu się na zewnątrz, by parę minut później pojawić się w miejscu, w którym powinna być, jakby w ogóle go nie opuściła. Tak długo, jak ciężko pracowała i wypełniała wszystkie obowiązki, nikt nie przejmował się zbytnio jej zniknięciami. Tego dnia wyglądała przez małe, oblepione brudem okienko zmywalni na zielony świat, a ciepłe światło wiosennego słońca i błękitne niebo wzywały ją zza falistej szyby. Pospieszyła, by dokończyć szorowanie piaskiem do naczyń najlepszego miedzianego garnka kucharki, wytarła go na błysk, po czym wspięła się na stół, by móc przecisnąć się przez małe okienko i uciec na zewnątrz. Było ciasne. Eve urosła w ciągu kilku ostatnich miesięcy, a jej ramiona zrobiły się szersze. Jeszcze trochę i nie będzie mogła przeciskać się przez otwór, ale tego dnia udało się jej wydostać na wolność.
Po czasie spędzonym na pracy w mrocznej piwnicy oczy Eve zaczęły łzawić w jasnym świetle słońca. Czekała, aż się przyzwyczają, nasłuchując odgłosów nożyc George'a. Znalazła go, gdy przycinał rosnące w rzędzie krzewy bukszpanu w ogrodach formalnych. Uwielbiała stworzony przez George'a przepiękny świat jasnych kwiatów i zielonych krzewów, podzielony na figury geometryczne za pomocą wysypanych żwirem ścieżek. Woda pluskała w fontannie. Za krzewami kryły się marmurowe rzeźby i ławki, czekając, aż ktoś je odkryje. Eve nie mogła już włóczyć się po lesie, ale eksplorowanie ogrodów formalnych Wellingford było prawie tak samo dobrym zajęciem.
George przerwał przycinanie i wyciągnął szmatkę z tylnej kieszeni spodni, żeby otrzeć pot z czoła.
- Jak się miewa moja ulubiona panienka? - zapytał. - Czy świat traktuje cię dziś dobrze?
- Traktuje mnie w porządku, George.
Żwir zachrzęścił pod jej butami, gdy schyliła się, żeby go przytulić. Przez swoją smukłą, zwartą sylwetkę i okrągłą, brązową od słońca, pokrytą szczeciną twarz. George przypominał jej wąsatą wydrę, którą widziała kiedyś w jednej z książek przyrodniczych pana Clarksona. George w każdą niedzielę chodził do kościoła razem z Eve i jej mamą i siadał razem z nimi w ławce. Eve nigdy nie miała dziadka, ale wyobrażała sobie, że gdyby go miała, byłby dokładnie taki jak George.
- Chciałabym móc cały dzień pracować z tobą, na zewnątrz, a nie w środku - powiedziała.
- Też bym tego chciał, panienko. Jesteś przyjemniejsza dla oka niż te niezdarne chłopaki z wioski, które dla mnie pracują. - Wepchnął szmatkę do kieszeni i przybliżył się do niej, zniżając głos, jakby zdradzał jej sekret. - Dasz mi chwilę, Eve? Mam dla ciebie coś specjalnego.
Wziął ją za rękę i poprowadził pośród wypielęgnowanych klombów, zmierzając do ogrodu warzywnego przy stajniach, obecnie przekształconych w garaże na automobile pana Clarksona. Zatrzymał się przy jednej z oświetlonych przez słońce grządek.
- Dojrzały już pierwsze truskawki, tutaj, widzisz? Dalej, zerwij sobie parę.
- Truskawki!
Eve upadła na kolana i zerwała z łodygi jedną, w kolorze głębokiej czerwieni, po czym wrzuciła ją do ust. Zamknęła oczy, rozkoszując się soczystą słodyczą.
- Weź, ile tylko zechcesz, panienko. Tylko nikomu nie mów, zwłaszcza Tildy.
Puścił jej oko. Mama twierdziła, że George i Tildy, kucharka, czuli do siebie miętę, ale Eve nie mogła sobie wyobrazić, żeby ludzie tak starzy jak oni mogli być zakochani.
Zjadła jeszcze kilka truskawek, po czym wypełniła nimi kieszenie fartucha. George pomógł jej wstać.
- Dzięki. Zjem resztę pod oknem kuchni, w razie gdyby pani Smith chciała na mnie nakrzyczeć.
- Nie ma za co, kochanie.
George znał jej tatusia przed wojną, a Eve uwielbiała o niego pytać. "To był świetny młody mężczyzna, ten twój ojciec", mówił jej. "Szkoda, że nigdy go nie poznałaś. Ta wojna to..." Kręcił głową, jakby nie wiedział, jakich słów ma użyć. "To było takie marnotrawstwo... Taki okropny sposób na zmarnowanie życia. Nigdy nie widziałaś młodego mężczyzny równie oczarowanego, jak twój ojciec. Bezwstydnie flirtował z Ellen. Sądzę, że celowo wypuszczał owce z zagrody, żeby wędrowały aż tutaj, tak by miał pretekst do tego, żeby się z nią widzieć. Rzecz jasna, twoja mama była pięknością. Wciąż jest. A ty masz to po niej, panienko".
Eve wróciła z George'em do ogrodów formalnych, po czym z powrotem przecisnęła się między krzewami. Gdy stanęła pod oknem zmywalni, usłyszała nad głową łkanie dochodzące z rezydencji. Dźwięk wydobywał się na zewnątrz przez otwarte okno na drugim piętrze. Czyżby panienka Audrey wróciła ze swojej elitarnej szkoły z internatem? Nie było jej na miejscu przez większość czasu, który Eve spędziła, pracując w Wellingford, i wróciła do domu tylko kilka razy. A teraz z jakiegoś powodu wypłakiwała oczy.
Eve wślizgnęła się przez drzwi do kuchni, po czym na palcach weszła na górę po schodach dla służby. Jej własna sypialnia, podobnie jak pokoje pozostałych służących, znajdowała się na trzecim piętrze, ale zatrzymała się na drugim, przy zakazanych drzwiach, które prowadziły do sypialń Clarksonów. Mama pracowała tam jako osobista służąca lady Rosamunde, ale Eve nigdy jeszcze nie była w części domu zarezerwowanej dla Clarksonów. Nie wolno jej było tam wchodzić. Stojąc na klatce schodowej, usłyszała żałosny płacz i podjęła decyzję, by otworzyć drzwi. Gdy już znalazła się w korytarzu, łatwo było podążać za dźwiękiem. Miękki dywan tłumił jej kroki. Ciągnęła palcami po ścianach pokrytych ładną tapetą w paski. Iskrzące się elektryczne lampy oświetlały jej drogę. Stanąwszy przed pokojem panienki Audrey, Eve zawahała się, zanim zapukała do drzwi.
- Kto tam? - odezwał się głos.
Eve uchyliła drzwi i zajrzała do środka.
- To ja.
- Nie wzywałam służącej - powiedziała panienka Audrey, siedząc na swoim wielkim łóżku. - Czego chcesz?
Eve rozejrzała się dookoła, upewniając się, że Audrey jest sama, po czym wsunęła się do pokoju i zamknęła za sobą drzwi. Przez dłuższą chwilę nie była w stanie wyjaśnić, dlaczego tu przyszła, bo oniemiała na widok pokoju jak z bajki. Był tak duży, jak cały jej wiejski dom, a każdą ścianę pokryto bladoniebieską tapetą w maleńkie białe kwiatki. Olbrzymie łóżko panienki Audrey miało przypominające namiot sklepienie z materiału w kolorze stonowanego błękitu, a po obu stronach wisiały związane zasłony. Na podłodze leżał gęsty, wzorzysty dywan, zaś jedna ze ścian pokoju w całości pokryta była półkami z książkami, lalkami, a nawet małym zabawkowym domem. Eve nie zdążyła jeszcze wszystkiego obejrzeć, gdy odezwała się Audrey:
- Jesteś tą dziewczynką z lasu! Co tutaj robisz?
- Przyniosłam ci coś - powiedziała Eve, ostrożnie wybierając truskawki z kieszeni. Wciąż były ciepłe od słońca. - Dopiero co je zerwałam. - Podeszła bliżej i wysypała je w połę sukienki Audrey. - Spróbuj.
Audrey strzepnęła z jednej truskawki trochę ziemi i włożyła ją do ust.
- Smaczne, prawda? - spytała Eve.
- Tak. Dziękuję. - Audrey lekko zadrżała, jakby próbowała opanować resztki płaczu.
- Planowałam zjeść wszystkie, ale brzmiałaś tak smutno, że pomyślałam, że potrzebujesz ich bardziej niż ja.
- Możemy się nimi podzielić.
Audrey oddała jej dwie truskawki. Przeżuwając, Eve zamknęła oczy, pozwalając, by sok wypełnił jej usta.
- Jak dostałaś się do mojego domu? - spytała Audrey.
- Teraz tutaj mieszkam. Pracuję w zmywalni na dole. Miałaś otwarte okno i usłyszałam, jak płaczesz, więc chciałam cię pocieszyć. Może wyjdziemy razem na zewnątrz? Kiedy jest mi smutno, wyjście zawsze mi pomaga.
- Matka jest na mnie zła. Kazała mi zostać w moim pokoju.
- Cóż, mi kazali szorować garnki, ale nie zawsze robię to, co mi każą. W końcu przestało padać i chociaż przez chwilę świeci słońce. No, dalej.
Audrey zawahała się, po czym zeszła z ogromnego łóżka i podążyła za nią do drzwi.
- Wciąż jesteś mi winna piknik, pamiętasz? - powiedziała Eve, odwracając się w jej stronę. - Ale nie będę się go domagać dzisiaj.
Poprowadziła Audrey korytarzem do drzwi dla służących.
- Zaczekaj. Dokąd idziesz?
- Nie mogę zejść główną klatką schodową. Po pierwsze, zgubiłabym się, jako że nigdy nie byłam w twojej części domu. Po drugie, gdyby Robbins mnie złapał, zastrzeliłby mnie na miejscu. Chodź za mną.
Poprowadziła Audrey po tylnych schodach, a gdy dotarły na sam dół, zatrzymała się, by nasłuchiwać. Cisza. Po południu większość służących odpoczywała przed ogromem przygotowań do wieczornego posiłku.
- Potrafisz biegać? - spytała Eve. - Musimy zwiać przez kuchnię do tylnych drzwi, zanim zobaczy nas Tildy. Gotowa?
Nie dając Audrey czasu na odpowiedź, puściła się sprintem przez środek pomieszczenia i dalej, przez drzwi. Panienka Audrey podążyła za nią lekkim truchtem. Eve poprowadziła ją przez otwór w żywopłocie do ogrodów formalnych, po czym usiadła na porośniętej trawą ziemi przy fontannie.
- Pięknie tu, prawda?
- Nie potrafię biegać tak szybko, jak ty - wysapała Audrey.
- Nikt nie potrafi. Zawsze zostawałam najszybszą osobą w szkole w wyścigach na koniec semestru. Zbierałam wszystkie nagrody.
- Nie odważę się być na zewnątrz zbyt długo - powiedziała Audrey, gdy w końcu odzyskała oddech. - I nie mogę pobrudzić szkolnego mundurka.
- W takim razie po prostu posiedźmy tu kilka minut. Uwielbiam te wszystkie rodzaje kwiatów, a ty? Tyle kolorów! Gdybym była tobą, spędzałabym w tym ogrodzie cały swój czas.
- W ogóle nie powiedziałaś mi, jak masz na imię, kiedy się ostatnio spotkałyśmy.
- W ogóle nie spytałaś. Jestem Eve. Eve Dawson.
Jej oczy napełniły się łzami, gdy przypomniała sobie, co wydarzyło się ostatniego dnia, kiedy się spotkały.
- Co się stało? - spytała Audrey.
- Kiedy tamtego dnia wróciłam do domu z pikniku, znalazłam babcię Maud... myślałam, że śpi, ale była już w niebie. - Eve przerwała, czekając, aż drżenie zniknie z jej głosu. Jej żal był wciąż świeżą raną, choć minęło już tyle miesięcy. - Nie mogłam mieszkać sama, więc mama znalazła tu dla mnie pracę pomywaczki.
- To smutne. Przykro mi z powodu twojej babci.
- Mnie też. - Eve potarła oczy, żeby otrzeć łzy. - Dlaczego przed chwilą płakałaś?
Audrey zaczerpnęła wielki oddech.
- Matka jest na mnie wściekła. Byłam tak nieszczęśliwa i stęskniona za domem w szkole z internatem, że się pochorowałam. Pani dyrektor musiała zadzwonić do matki i poprosić ją, żeby wysłała Williamsa, który przywiózł mnie do domu. Na początku robiłam to, o czym mi mówiłaś. Powiedziałam matce, że nie chcę mieszkać w szkole, i błagałam ją, żeby Williams mógł mnie tam zawozić każdego dnia. Odmówiła. - Audrey brzmiała, jakby zaraz znowu miała się popłakać. - Wszystkie inne dziewczęta śpią na miejscu, a matka powiedziała, że jeśli ja nie będę, nigdy nie nawiążę żadnych przyjaźni. Ale semestr za chwilę się kończy, a ja wciąż nie mam ani jednej przyjaciółki! Wszystkie mają swoje małe grupki i albo mnie ignorują, albo płatają mi złośliwe figle. Ostatniej nocy wrzuciły mi do łóżka zdechłe chrząszcze.
Eve odwróciła twarz, by ukryć uśmiech, podczas gdy Audrey znów załkała. Po zmywalni cały czas biegały chrząszcze i myszy. Eve się ich nie bała.
- Matka mówi, że jestem uparta i dziecinna - ciągnęła dalej Audrey - ale nie zdaje sobie sprawy z tego, jak bardzo jestem samotna. Chcę spać we własnym łóżku w Wellingford Hall, a nie we wspólnym pokoju z tymi wszystkimi okropnymi dziewczynami! - I znowu zaczęła płakać.
Eve próbowała być cierpliwa. Ale przecież w rodzinie Audrey nikt nie umarł. Po prostu użalała się nad sobą. Gdyby była tu babcia Maud, powiedziałaby, że jest na tym świecie mnóstwo ludzi, którzy są usytuowani gorzej niż Audrey. Dodałaby, że Bóg zawsze ma swój powód, żeby umieścić każdego, bogacza czy biedaka, w takim miejscu, w jakim zechciał go umieścić.
Gdy Eve miała już dość jej mazgajenia, odezwała się:
- Panienko Audrey? Wyciągnij rękę. Tym razem wnętrzem do dołu.
Audrey lekko zmarszczyła brwi i otarła łzę, ale zrobiła to, co kazała jej Eve. Jej skóra była gładka i biała jak mleko, delikatna jak płatek lilii. Eve wyciągnęła własną rękę i przytrzymała ją obok ręki Audrey.
- Zobacz, jak różne są nasze dłonie.
- Dlaczego twoja skóra jest cała czerwona i popękana?
- Od czyszczenia garnków, mycia podłóg i szorowania twoich schodów frontowych każdego poranka. - Wstała, po czym pomogła podnieść się Audrey. - Chodź, chcę ci pokazać coś jeszcze.
Wyprowadziła ją z ogrodu z powrotem do kuchni, a potem przez łukowe drzwi do zmywalni. Niski sufit i kamienne ściany pokryte były łuszczącym się gipsem. Nierówną podłogę wyłożono dużymi płytami chodnikowymi. W pomieszczeniu było tylko jedno malutkie okno - to, przez które wcześniej przecisnęła się Eve. Obok chwiejących się gór cynowych balii piętrzyły się stosy powgniatanych wiader służących do noszenia gorącej wody z kuchennego pieca. W nocy całą przestrzeń oświetlała tylko jedna lampa naftowa. Po kątach chowały się myszy, które od czasu do czasu przebiegały koło stóp Eve.
- Czy kiedykolwiek wcześniej byłaś w tej części domu? - spytała.
Audrey cofnęła się o krok.
- Nie. Wygląda jak jaskinia!
- To tutaj pracuję każdego dnia - powiedziała Eve. - Budzę się przed świtem, a ostatni garnek kończę szorować po zmroku. Ale nigdy nie słyszałaś, żebym szlochała, płakała i użalała się nad sobą, prawda? Jest, jak jest. Babcia Maud mawiała: "Nikomu nie pomaga siedzenie w błocie i rozczulanie się nad sobą. Albo wstań i się umyj, albo przyzwyczaj się do kałuży".
Eve usłyszała brzęk kluczy, ostrzeżenie, że zbliża się gospodyni. Chciała wciągnąć Audrey do zmywalni i ukryć się, ale było już za późno. Pani Smith je zauważyła.
- Panienko Audrey! Co, na litość boską, robisz tu na dole?
Audrey wyglądała jak przestraszony jelonek, chociaż przecież to nie ona miała mieć kłopoty.
- Bardzo chciałabym prowadzić twoje okropne życie, panienko Audrey - odezwała się Eve, spiesząc się, by dokończyć to, co chciała powiedzieć. - Cieszyłabym się, mogąc chodzić do twojej szkoły, do jakiejkolwiek szkoły, ale muszę pracować tutaj. Bardzo też chciałabym mieć twoje ładne ubrania, półki pełne książek i twój piękny, wielki dom, ale nigdy nie będę ich miała, choćbym dożyła setki.
Zdawało się, że Audrey zastygła z zaskoczenia. Eve zastanawiała się, czy w ogóle słyszała, co się do niej mówi. Pani Smith zmiażdżyła Eve gniewnym spojrzeniem, po czym położyła dłoń na ramieniu Audrey i delikatnie pokierowała ją za zewnątrz zmywalni.
- Chodź, panienko Audrey. Twoje miejsce jest na górze.
- Staram się nie myśleć o wszystkich tych rzeczach, których nie mam - ciągnęła dalej Eve, mówiąc teraz głośniej, jako że szła za nimi. - Mój tatuś nie żyje, babcia Maud odeszła i nie mogę już nawet mieszkać w naszym małym domku. Ale nie jest tu tak źle. Mama i ja mamy dużo przyjaciół. Oszczędzamy pieniądze, żebym mogła zrobić kurs pisania na maszynie i dostać pracę w wiosce, a może nawet w Londynie.
Pani Smith zatrzymała się, gdy dotarły do schodów wiodących do części domu przeznaczonej dla panienki Audrey, i rzuciła Eve surowe spojrzenie.
- Wystarczy tego, Eve. Wracaj do pracy.
Zamiast tego Eve ruszyła za nimi w górę, aż do obitych suknem drzwi.
- Czy wiesz, dlaczego te drzwi od naszej strony są wyściełane i pokryte suknem? - spytała, gdy pani Smith otworzyła je dla Audrey. - Po to, żebyście ty i twoja rodzina nie słyszeli nas ani nie czuli naszego zapachu. Twoja strona drzwi jest cała w pięknych rzeźbieniach, a nasza jest gładka. Właśnie tak różne jest twoje życie od mojego.
- Cicho bądź, Eve.
- Będę twoją przyjaciółką, panienko Audrey, jeśli zechcesz - zawołała za Audrey.
Drzwi się zatrzasnęły. Eve zbiegła w dół do zmywalni, wiedząc, że będzie miała kłopoty. Opadła na drewniany taboret, z mocnym postanowieniem, żeby się nie rozpłakać, i czekała na ostrzegawczy brzęk kluczy gospodyni. Po chwili go usłyszała.
- Co mam z tobą zrobić, Eve? - spytała pani Smith, krzyżując ręce na piersiach. Nie wyglądała na tak rozzłoszczoną, jak spodziewała się tego Eve.
- Jak sądzę, każe mi pani spakować moje rzeczy.
- Masz rację, powinnam to zrobić. Ale twoja matka jest osobistą służącą lady Rosamunde. Jeśli cię zwolnię, ona również odejdzie, a bez niej pani wpadłaby w rozpacz. - Przyjrzała się jej przez dłuższą chwilę, a Eve wydało się, że dostrzegła w jej oczach współczucie. - Kto by pomyślał, żeby zbesztać panienkę Audrey w taki sposób! Co sobie wyobrażałaś?
Jak mogła jej wyjaśnić, że robiła tylko to, co babcia Maud robiła za każdym razem, gdy Eve pogrążała się w użalaniu się nad sobą?
- Chyba będziemy po prostu musiały poczekać, żeby zobaczyć, jakie kłopoty spotkają nas ze strony góry - powiedziała w końcu pani Smith. - Jestem pewna, że nie minie dużo czasu, a otrzymamy wieści od panny Blake albo i samej lady Rosamunde.
Eve wróciła do swoich obowiązków, czekając, kiedy niebo spadnie jej na głowę. Jeśli choć trochę żałowała tego, co powiedziała, to ze względu na mamę, nie samą siebie. Z jej powodu mama mogła stracić pracę.
Krótko przed kolacją jedna z pokojówek przyniosła Eve kopertę, na której drukowanymi literami napisano jej imię. Wytarła ręce w fartuch i rozerwała ją, chcąc poznać złe wieści tak szybko, jak to możliwe.
Droga Eve,
mam nadzieję, że nie wpadłaś przeze mnie w kłopoty. Miałaś rację. Użalałam się nad sobą. Dziękuję za truskawki i pocieszanie mnie. Jesteś bardzo odważna.
Twoja przyjaciółkaAudrey Clarkson
***
Audrey usłyszała charakterystyczne pukanie do drzwi panny Blake - trzy delikatne, krótkie stuknięcia - zanim ta druga wkroczyła do jej pokoju.
- Już czas, żeby zejść na dół, Audrey. Jesteś gotowa?
Poprawiła kokardę na sukience Audrey i przygładziła luźny loczek, który wpadał jej do oczu. Matka zbeształaby zarówno pannę Blake, jak i Audrey, gdyby jej maniery i wygląd nie były doskonałe. Panna Blake, prawie czterdziestolatka, puszysta, blada i niezbyt ładna, była daleką kuzynką matki w drugiej linii, której nie udało się znaleźć męża, zanim zaczęło jej brakować pieniędzy. Choć jej praca jako guwernantki nie była już dłużej potrzebna, wciąż była jednym z domowników.
- Dość już łez, Audrey - powiedziała stanowczo. - Twojej matce nie spodoba się, jeśli będziesz dalej płakać i rozczulać się nad sobą.
- Tak, proszę pani.
- Chodźmy. I pamiętaj o właściwej postawie.
Każdego wieczoru, kiedy Audrey była w domu, wymagano od niej, by razem z panną Blake zeszła do salonu i parę minut porozmawiała z rodzicami, zanim matka i ojciec przejdą do kolacji. Od momentu, gdy Eve pokazała jej zmywalnię, bez przerwy zastanawiała się, co im powiedzieć. Musiała być odważna. Skoro Eve mogła cały dzień pracować w tej okropnej jamie, Audrey mogła zmierzyć się z rodzicami w salonie. Chciała powiedzieć, co myśli, bez żadnych łez, dokładnie tak jak Eve.
- Ufam, że przestałaś dramatyzować i jesteś gotowa znów zachowywać się tak, jak przystało na młodą damę? - spytała matka, gdy stanęła przed nią Audrey. Wyglądała pięknie: siedziała wygodnie na sofie, a cekiny na jej sukni skrzyły się jak blask słońca na powierzchni wody. Z jej długiej lufki wydobywała się smuga dymu i wznosiła ku sufitowi.
- Tak, matko. Bardzo przepraszam za to, jak się zachowywałam.
- Mam taką nadzieję. Przyniosłaś wstyd samej sobie, nie mówiąc już o ojcu i mnie. Młoda kobieta w twoim wieku nie powinna publicznie płakać i zachowywać się tak, jak to robiłaś, ani żądać, żeby przywieziono ją do domu.
Strząsnęła odrobinę popiołu do stojącego obok naczynia.
- Wiem. Przepraszam, matko. - Szykując się, żeby powiedzieć, co myśli, Audrey wyprostowała się, tak jak zrobiłaby to Eve. - Mam prośbę do ciebie i ojca.
Ojciec, ubrany w ciemny smoking i świeżo wyprasowaną białą koszulę, stał plecami do nich. Wyglądał przez okno, czekając, aż przybędą jego goście. Nie zwracał na Audrey uwagi.
- Prośbę? - Matka wypowiedziała to słowo w taki sposób, jakby było w nim coś dziwnego. Zdawała się rozbawiona.
- Tak. Proszę, weź pod uwagę, jak upokarzający byłby dla mnie powrót do szkoły po tym, jak pozostałe dziewczęta traktowały mnie tak okrutnie, i proszę, pozwól mi zostać w domu. Jestem tam straszliwie nieszczęśliwa i chciałabym kontynuować moją edukację na miejscu, z panną Blake.
- Straszliwie nieszczęśliwa? - powtórzyła za nią matka. Drwiła z Audrey, ale ona stała z uniesioną głową, nie pozwalając popłynąć łzom.
- Tak. Kiedy tam jestem, przez cały czas boli mnie brzuch. Każdego dnia jest coraz gorzej.
- Och, na litość boską, Audrey. - Matka odwróciła wzrok.
- Proszę, nie każ mi tam wracać. - Jej głos drżał, ale się nie rozpłakała.
- Jesteś dziecinna i niepoważna.
Ojciec odwrócił się od okna w ich stronę.
- Nie każ jej jechać, jeśli nie chce, Rosamunde. - Jego głos był szorstki, ale marszczył brwi na matkę, nie na Audrey. - Chcesz, żeby wyrosła z niej kobieta tak chorowita, jak jej ciotka?
- Audrey nie może się tu kryć jak odludek. Potrzebuje towarzystwa innych dziewcząt.
- Nie, jeśli mają ją dręczyć. Możesz zostać w domu, Audrey.
- Dziękuję, ojcze. - Starała się nie rozpłakać, ale dobroć ojca niemal ją rozbroiła. Żałowała, że nie może go przytulić. - Obiecuję, że będę ciężko pracować z panną Blake i że będę robić wszystko, o co poprosi.
- W porządku! - Matka zgasiła papierosa, jakby poczuła do niego niechęć. - Ale po skończeniu szesnastu lat pójdziesz do pensji dla panien1 i nie zniosę wtedy żadnych kłótni.
Audrey z lekkością weszła po schodach, upojona swoim zwycięstwem i uwolnieniem się od szkoły z internatem. Żałowała, że nie może opowiedzieć Eve, jaka była odważna. Myślała o niej, gdy tego wieczoru kładła się do łóżka, i nie przestawała o niej myśleć następnego dnia, gdy panna Blake objaśniała jej poezję lorda Byrona. Gdy nadszedł czas na popołudniową herbatę, Audrey postanowiła podjąć działanie.
- Niech pani uprzejmie poprosi panią Smith, żeby przygotowała dziś herbatę na trzecią - powiedziała do guwernantki. - Chciałabym zaprosić Eve Dawson, żeby się do nas przyłączyła.
- Nie znam żadnej panienki Dawson. Czy jest z twojej szkoły?
- Eve jest jedną ze służących. Pracuje w zmywalni.
- Nie możesz pić herbaty z pomywaczką - obruszyła się panna Blake. - To niespotykane. Twoja matka nigdy by na to nie pozwoliła.
- Matka nie musi o tym wiedzieć. Wczoraj, gdy byłam smutna, Eve była dla mnie bardzo dobra, i żeby jej podziękować, chciałabym ją zaprosić na herbatę.
- Najpierw będę musiała porozmawiać z gospodynią.
- Pójdę z panią.
Audrey podążyła w dół za panną Blake, do wielkiego holu, aby posłać po gospodynię. Cichy brzęk kluczy pani Smith zwiastował jej nadejście.
- Panienka Audrey poprosiła, żeby móc wypić herbatę z Eve Dawson. Czy wie pani, kim ona jest? - spytała panna Blake.
Jeśli prośba zaskoczyła gospodynię, dobrze to ukryła. Zgodnie z panującą w domu hierarchią ona i guwernantka funkcjonowały niezależnie i były sobie prawie równe - choć Audrey uważała, że panna Blake, mająca swój własny pokój na drugim piętrze, stała jeden stopień wyżej niż pani Smith.
- Eve jest córką służącej lady Rosamunde. To dziewczyna Ellen - odpowiedziała pani Smith.
- Nie wiedziałam, że Ellen jest mężatką, a tym bardziej, że ma córkę - powiedziała panna Blake. - Sądziłam, że wszyscy słudzy w Wellingford muszą być stanu wolnego.
- Ojciec Eve zginął w Wielkiej Wojnie.
- Czy sądzi pani, że byłaby odpowiednim... gościem... dla panienki Audrey?
- Eve jest bardzo pracowitą i radosną dziewczyną. Wszyscy na dole ją lubią. Wątpię, by wypicie z nią herbaty wyrządziło panience Audrey jakąkolwiek szkodę.
Audrey bolało, gdy słyszała, że mówią o niej tak, jakby jej tam nie było. Miała już dość bycia traktowaną jak dziecko.
- Wellingford Hall jest moim domem - powiedziała. - Zaproszę na herbatę, kogokolwiek zechcę. - Poczuła się bardzo odważnie, ale obydwie kobiety wciąż ją ignorowały.
- Czy maniery tej pomywaczki są zadowalające? - spytała panna Blake.
- Tak uważam. Jej największą przywarą jest to, że wypowiada swoje zdanie, gdy powinna być cicho.
- Pani Smith! - powiedziała Audrey, przyciągając jej uwagę. - Wczoraj Eve miała rację. Użalałam się nad sobą. Cieszę się, że się odezwała. Nie jest podła jak dziewczęta w szkole. Nalegam, żeby zaprosić ją na herbatę.
Obydwie kobiety wyglądały na zaskoczone, jakby dziwiły się, dlaczego nagle zrobiła się taka szczera w wyrażaniu opinii.
- Dobrze więc - powiedziała panna Blake. - Panienka Dawson może dziś po południu wypić z nami herbatę w pokoju lekcyjnym.
Jakiś czas później Audrey, czekając na Eve, nie mogła usiedzieć z ekscytacji.
Eve nadeszła, niosąc tacę z herbatą, podczas gdy służąca, która zwykle się tym zajmowała, udzielała jej porad.
- Rób małe kroczki, Eve... Nie idź za szybko... Trzymaj tacę w poziomie.
Zdawało się, że Eve odetchnęła z ulgą, gdy w końcu udało jej się położyć tacę na miejscu, niczego nie rozlewając.
- Udało mi się - powiedziała z szerokim uśmiechem. Miała na sobie tę samą workowatą sukienkę i poplamiony fartuch, co wczoraj.
- Teraz spytaj panienkę Audrey, czy życzy sobie czegoś jeszcze - podpowiedziała służąca.
- Czy będzie coś jeszcze? - Eve spytała ze śmiechem w głosie. Jej wyszczerzone zęby wywołały uśmiech Audrey.
- Tak. Chciałabym, żebyś usiadła i napiła się ze mną herbaty. Jesteś mi winna piknik, pamiętasz?
Zaskoczenie Eve trwało tylko chwilę. Po szybkim spojrzeniu na służącą, a potem na pannę Blake, która zajęła już miejsce siedzące, Eve wysunęła krzesło i również usiadła. Audrey usiadła naprzeciwko i zaczekała, aż służąca przygotuje talerzyki, filiżanki, serwetki i sztućce. Po nalaniu herbaty do każdej filiżanki i postawieniu jednego talerza z malutkimi kanapkami, drugiego zaś z biszkoptami i babeczkami, wycofała się o krok.
- Możesz odejść - powiedziała jej Audrey.
Nie mogła się doczekać, aż opowie Eve, jaka była nieustraszona.
- Postanowiłam postąpić tak, jak mi mówiłaś, Eve. Postanowiłam zmyć z siebie błoto i zmienić sytuację zamiast siedzieć w kałuży. Przekonałam matkę i ojca, żeby pozwolili mi od teraz uczyć się tutaj, z panną Blake. Dziękuję, że dałaś mi odwagę, żebym zabrała głos w tej sprawie.
- Nie ma za co. - Eve wyglądała na zadowoloną.
- Poczęstuj się kanapką.
Audrey położyła dwie na własnym talerzyku, ale Eve nie tknęła jeszcze jedzenia ani nie spróbowała herbaty. Wyglądała na zestresowaną.
- Jesteś pewna, że to dla mnie?
- Tak. Te z serem to moje ulubione.
Zobaczyła, że Eve spojrzała na guwernantkę, zanim sięgnęła po kanapkę. Audrey postanowiła, że następnym razem poprosi pannę Blake, żeby mogły napić się herbaty same.
- Czy mówiłaś szczerze, kiedy powiedziałaś, że będziesz moją przyjaciółką? - spytała Audrey.
- Jeśli nam pozwolą. - Eve, jedząc, wpatrywała się we własny talerz.
- Pozwolą. Decyzja już została podjęta. Przeze mnie.
Z jakiegoś powodu Eve nie była tak pełna radości, jak zwykle i atmosfera podwieczorku wkrótce zrobiła się niezręczna. Zdawało się, że nikt nie wie, co właściwie ma mówić. Gdy skończyły się kanapki, Audrey zwróciła się do panny Blake:
- Czy miałaby pani za złe, gdybyśmy wraz z Eve zjadły babeczki same?
Guwernantka nie odpowiedziała. Audrey próbowała odczytać jej wyraz twarzy, ale nie była w stanie stwierdzić, czy była urażona, czy po prostu zaskoczona. Złożyła jednak swoją serwetkę i umieściła za talerzykiem, po czym wstała.
- Jak sobie życzysz, panienko Audrey.
- Kim ona jest? - spytała Eve, gdy panna Blake wyszła z pokoju.
- To moja guwernantka. A teraz, gdy już nie jestem w szkole z internatem, jest moją nauczycielką.
- Nigdy nie widziałam jej w jadalni dla służby. Czy ona tu mieszka?
- Jej pokój znajduje się tutaj, obok naszych.
Audrey nie chciała rozmawiać o pannie Blake ani o innych służących. Pochyliła się nad stołem.
- Skoro jesteś teraz moją najlepszą przyjaciółką, musimy dzielić się sekretami i opowiadać o wszystkim, co kiedyś chciałybyśmy robić.
Na twarzy Eve znów pojawił się szeroki uśmiech.
- Dobrze. Ale czy mogę najpierw zjeść jeszcze jedną babeczkę? Wiem, że dałam ci tylko pół bułeczki, gdy dzieliłam się z tobą lunchem, ale...
- Możesz zjeść cały talerz! - powiedziała Audrey z uśmiechem. Przesunęła talerz w kierunku Eve, po czym nalała więcej herbaty do jej filiżanki. - Gdybyś mogła zażyczyć sobie jednej rzeczy, co by to było?
- Tymi ciastkami już spełniłaś moje życzenie! - powiedziała Eve, biorąc kęsa. - Tildy czasem coś mi przemyca, jeśli zostawisz resztki po podwieczorku, ale nigdy nie jadłam dwóch na raz!
A Audrey traktowała te smakołyki jako coś oczywistego.
- Czego jeszcze byś sobie życzyła?
- Czy te wszystkie książki to twoje podręczniki? - spytała, wskazując na stertę na biurku Audrey, która pokiwała głową. - Chciałabym móc uczyć się ciekawych rzeczy, zamiast szorować przez cały dzień.
- Cieszyłabym się, mogąc pożyczać ci książki. Może mogłabyś codziennie przychodzić na górę na parę minut i panna Blake udzielałaby lekcji również tobie.
Eve wbiła wzrok w swoje kolana, gniotąc w rękach serwetkę.
- Co jest nie tak? - spytała Audrey.
Gdy Eve podniosła głowę, jej uśmiech wydawał się wymuszony.
- Nic. Teraz twoja kolej, żebyś powiedziała mi, czego byś sobie życzyła.
Audrey nie musiała się zastanawiać.
- Chciałabym być tak dzielna, jak ty. Masz tyle odwagi.
Zdawało się, że jej odpowiedź rozbawiła Eve.
- Gdybyś już miała odwagę, co byś z nią zrobiła?
- Cóż... mój brat chce latem nauczyć mnie pływać łodzią ojca. - Na samą myśl po plecach Audrey rozeszły się dreszcze. - Nie chcę go zawieść, ale boję się wypłynąć na otwarte wody, a bez ojca to mogłoby być jeszcze straszniejsze. Nigdy nie mogłabym sama chwycić za ster.
Eve położyła łokieć na stole i podparła głowę ręką, jakby chciała przemyśleć sprawę. Matka by się zbulwersowała. Jeśli chodzi o lęki Audrey, matka wywróciłaby oczami i powiedziała: "Och, na litość boską, Audrey".
- Hmm... Kierowanie łodzią wymagałoby ogromnej odwagi - powiedziała w końcu Eve. - Może zacznij od robienia rzeczy, które są tylko trochę straszne, i stopniowo stawaj się coraz odważniejsza? Mogłabyś zrobić listę takich rzeczy i po kolei je odznaczać.
- Boję się tak wielu rzeczy, że nie wiedziałabym, od czego zacząć.
Eve roześmiała się w tak samo wesoły sposób, jak śmiała się w lesie, gdy po raz pierwszy spotkała ją Audrey.
- Myślę, że mam jeden pomysł! Pamiętasz te chrząszcze, które dziewczyny wrzuciły ci do łóżka? Mogę ci przynieść parę zdechłych ze zmywalni, żebyś się do nich przyzwyczaiła.
Audrey zadrżała i zmusiła się do uśmiechu.
- To byłoby bardzo miłe z twojej strony.
- To będzie nasz sekret. Teraz ja mogę zdradzić ci sekret, jeśli obiecasz, że nikomu nie powiesz.
Audrey spróbowała przypomnieć sobie rytuał, którego nauczyła ją Eve. Położyła rękę na sercu i rzekła:
- Choćby mi tygrys wątrobę wygryzł, choćby mi pchano szpilki w kolano, przysięgam na własne życie, że się nie wygadam.
Eve pochyliła się do niej i powiedziała:
- Uczę się prowadzić automobil! Williams, wasz kierowca, mnie uczy.
- Dlaczego tego chcesz?
- Ponieważ nie chcę, żeby ludzie wszędzie mnie wozili tak jak ciebie, a do tego jest miejsce, do którego chciałabym pojechać.
- Jakie miejsce?
- Londyn. Chcę złożyć kwiaty na Grobie Nieznanego Żołnierza. Wiesz, to może być mój ojciec.
Audrey wątpiła, by to mogła być prawda. Ale widziała, że to było ważne dla Eve, a była jej najlepszą przyjaciółką.
- Mam pomysł - powiedziała. - W sezonie, od kwietnia do czerwca, zawsze zamykamy Wellingford Hall i wyjeżdżamy do naszej rezydencji miejskiej w Londynie, więc...
- Wiem. Moja mama musi jeździć z twoją i nie widzę się z nią przez całe trzy miesiące. Pani Smith mówi, że pod waszą nieobecność wszyscy pozostali muszą wyszorować Wellingford Hall z góry na dół.
Audrey pomachała ręką, jakby chciała wymazać słowa Eve.
- Nie, posłuchaj. Spytam panią Smith, czy możesz pracować w rezydencji miejskiej. Wtedy mogłybyśmy odwiedzić grób razem.
- Myślisz, że mi pozwolą?
- Może... jeśli poproszę... - Audrey nie wiedziała, skąd wzięłaby na to odwagę, ale nadzieja na twarzy jej przyjaciółki przekonała ją, żeby spróbować.
Po tamtym pierwszym podwieczorku Audrey dotrzymywała starań, by Eve była zapraszana na herbatę na górze przynajmniej raz w tygodniu. Krok po kroku rosła odwaga Audrey, zwłaszcza po tym, gdy Eve przyniosła jej do potrzymania dwa zdechłe chrząszcze. Tymczasem Eve, kiedy już wypijały herbatę, przeglądała podręczniki, podczas gdy Audrey wyjaśniała jej lekcje panny Blake. Czasem Eve zabierała na dół książkę, którą chciała poczytać. Spędzanie czasu z Eve czyniło Audrey szczęśliwszą, niż była kiedykolwiek wcześniej. W końcu poznała radość posiadania najlepszej przyjaciółki.
- Nie jestem już pomywaczką - oznajmiła pewnego popołudnia Eve wysokim, podekscytowanym głosem. - Zatrudnili nową, a ze mnie zrobili podkuchenną.
- Brzmi dobrze. Czym zajmuje się podkuchenna?
- Przez cały dzień pomagam Tildy, myję i kroję warzywa, obieram ziemniaki i biegam do spiżarni za każdym razem, gdy czegoś potrzebuje. Kiedy ma zajęte ręce, mieszam też różne rzeczy na kuchence. Często jest tam mnóstwo pracy, zwłaszcza kiedy twoja matka zaprasza gości na kolację. Tildy wydziera się i na mnie, i na wszystkich pozostałych!
- Ale koniec już z zimną, ciemną zmywalnią?
Eve się roześmiała.
- Tak. Teraz pracuję w kuchni, w której jest gorąco jak w piecu. Sama nie wiem, co jest gorsze!
Audrey nie rozumiała, jak Eve może się śmiać z tak okropnych warunków. Poczuła przez to wstyd, że sama na cokolwiek narzeka.
- Mam więcej dobrych wieści - ciągnęła dalej Eve. - Tildy mówi, że będzie potrzebować mojej pomocy w Londynie w czasie sezonu. Może naprawdę uda mi się odwiedzić Grób Nieznanego Żołnierza.
- Uda ci się. Sama cię tam zabiorę. Obiecuję!
Eve zerwała się z krzesła i zaskoczyła Audrey gorącym uściskiem.