Gdybym była tobą - Lynn Austin

Kup ebooka

53.90 zł
44.74 zł (43,70 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Słowa uznania dla Gdybym była tobą

"Lynn Austin jest mistrzynią w odkrywaniu tajemnic relacji międzyludzkich. Opowiedziana z wojną i jej konsekwencjami w tle historia Gdybym była tobą jest lekturą pięknie skomponowaną i wciągającą".

Susan Meissner, autorka bestsellerów Secrets of a Charmed Life i The Last Year of the War

"Od dawna podobają mi się powieści Lynn Austin, ale Gdybym była tobą wybija się ponad wszystkie inne. Austin jest po prostu świetna w snuciu losów bohaterów, a zakończenie... ach, to czysta rozkosz dla serca czytelnika!"

tamera alexander, autorka bestsellerów With This Pledge i A Note Yet Unsung

"Gdybym była tobą to wciągający, emocjonujący, pełen napięcia klejnot pośród opowieści. Lynn Austin po raz kolejny odrobiła swoją lekcję. Każdy szczegół brzmi autentycznie, wciągając nas w tak różne światy Audrey i Eve - światy przywilejów i ubóstwa - gdy patrzymy, jak ich przyjaźń i wiara w Boga walczą o swoje przetrwanie. Cieszyłam się, mogąc towarzyszyć im w tej podróży, ze wszystkimi jej nieoczekiwanymi zwrotami akcji, i odczułam głębokie zadowolenie, gdy dotarłam do ostatniej strony. Ta książka jest tak dobra!"

Liz Curtis Higgs, autorka bestselleru "New York Timesa" Mine Is the Night

"Lynn Austin od dawna jest jednym z moich ulubionych autorów. Gdybym była tobą, dzięki intrygującemu punktowi wyjścia i doskonałemu stylowi pisania, z pewnością zyska uznanie i przemówi do fanów takich powieści jak Sieć Alice czy Słowik".

Julie Klassen, autorka The Bridge to Belle Island

"Gdybym była tobą sprawi, że zanurzysz się nie tylko w niebezpieczeństwach i niedostatkach Anglii z czasu wojny, ale również w psychologicznej złożoności bohaterów walczących o przetrwanie [...]. Dzięki charakterystycznej dla siebie uwadze poświęcanej szczegółom i pozbawionemu upiększeń portretowi ludzkiego serca Lynn Austin snuje opowieść o odkupieniu, która świadczy, że Chrystus ma moc, by uczynić wszystko nowym".

Sharon Garlough Brown, autorka serii Sensible Shoes oraz Shades of Light

"Książka Lynn Austin Gdybym była tobą to poruszająca historia o rozdzierającej serce stracie, naszej desperackiej potrzebie, by być rozumianym, przebaczać i doświadczać przebaczenia, oraz o płynącej z miłości ofiarności, którą można odnaleźć w prawdziwej przyjaźni. To lektura przyciągająca uwagę, przepięknie napisana, wychwalająca siłę wiary i moc kobiecej przyjaźni".

Cathy Gohlke, zwyciężczyni Christy Award, autorkaThe Medallion

"Lynn Austin, po mistrzowsku wciągając czytelników w podróż i porywając ich swą elegancką prozą, po raz kolejny przenosi nas w przeszłość Anglii. Gdybym była tobą to przepiękna opowieść o odwadze, niesłabnącej miłości i przemieniającej mocy przebaczenia".

Melanie Dobson, zdobywczyni wielu nagród, autorka Memories of Glass

"Ciąg mistrzowskich powieści historycznych autorstwa Lynn Austin znajduje swoją kontynuację w Gdybym była tobą, solidnie osadzonym w faktach spojrzeniu na życie dwóch niezwykłych kobiet. Jej niezrównany talent do przywoływania przeszłości [...] przemówi do fanów Ariel Lawhon i Lisy Wingate. Podczas gdy wieloletni fani docenią pełną introspekcji opowieść pisarki mającej głębokie zrozumienie niuansów ludzkiej natury, niewtajemniczeni od razu dostrzegą powód, dla którego jej utalentowane pióro dało jej niemal legendarny status w dziedzinie powieści inspirującej. Niezapomniana lektura".

Rachel McMillan, autorka The London Restoration

"Lynn Austin wie, jak stworzyć konflikt między bohaterami. Par excellence. Jej najnowsza powieść nie jest pod tym względem wyjątkiem. Gdybym była tobą opowiada historię budzącej skojarzenia z Downton Abbey przyjaźni pomiędzy pochodzącą z arystokracji Audrey a Eve, służącą w rezydencji Audrey [...]. Gdybym była tobą, książka odważna, błyskotliwa i pomysłowa, zachwyci rzesze fanów Lynn, jak również przyciągnie wielu nowych".

Elizabeth Musser, autorka When I Close My Eyes

 

Dla Kena, jak zawszeI dla naszej rodziny:Joshuy, Benjamina, Mai i SniraI dla naszych dwóch najnowszych błogosławieństw:Lyli Rose i Ayli RainZ miłością i wdzięcznością

 

Prolog

Londyn, listopad 1945 r.

Eve Dawson gwałtownie usiadła na łóżku. Ktoś łomotał w jej drzwi. Na zewnątrz coraz głośniej wyły syreny. Zbliżały się. Zerwała się na równe nogi, a instynkt nakazywał jej biec do schronu przeciwlotniczego. Ale nie. Wojna już się skończyła.

Łomotanie stawało się coraz bardziej natarczywe. Niezgrabnie ruszając kończynami po gwałtownym przebudzeniu, wsunęła ręce w szlafrok. Jej współlokatorka, Audrey, usiadła na swoim wąskim łóżku, stojącym tuż obok łóżka Eve.

- Co się dzieje?

- Nie mam pojęcia.

Eve przecisnęła się pomiędzy niedopasowanymi meblami, które stały w ich malutkim mieszkaniu, i otworzyła drzwi.

Funkcjonariusz policji. Zdyszany, jakby przed chwilą wziął udział w jakimś biegu.

- Musicie stąd wyjść. Natychmiast! Znaleziono niewybuch w gruzowisku po drugiej stronie ulicy. No już, dalej!

Gorączkowo machał dłonią w powietrzu, nagląc je, by podążyły za nim na korytarz i w dół, po schodach.

- Nie jestem ubrana - powiedziała Audrey zza pleców Eve. Musiała to powiedzieć. Prawdziwa dama, jak zawsze.

- Nie ma na to czasu! - odpowiedział policjant. - Jeśli to coś wybuchnie, wysadzi w powietrze wszystko dookoła. Musicie stąd wyjść, dziewczyny! I to już!

Nie oglądając się na nie, wciąż stojące w progu w piżamach, zaczął łomotać z tym samym pilnym wezwaniem do drzwi ich sąsiadów.

Eve chwyciła swój płaszcz i wsunęła stopy w pierwszą parę butów, którą znalazła. Audrey poruszała się w typowy dla siebie, powolny, pełen namysłu sposób, przebierając w stercie butów przy drzwiach, jakby zastanawiała się, która para pasuje do jej piżamy.

- No dalej! - odezwała się Eve. Wepchnęła w ręce Audrey jej płaszcz. - Ja nie mam zamiaru dzisiaj umierać, a ty?

Pociągnęła ją za sobą w stronę schodów na korytarzu.

Były już prawie na parterze, gdy Audrey nagle się zatrzymała.

- Zaczekaj! Mój portfel! Mam w nim dowód osobisty i kupony żywnościowe.

Odwróciła się. Eve szarpnęła ją w swoim kierunku.

- Zapomnij o nim. Nie warto dla niego umierać. Jeśli o mnie chodzi, wolałabym przeżyć!

Przypomniała sobie o maleńkim dziecku, rosnącym w niej w tajemnicy przed światem, i po raz pierwszy poczuła, że chce, aby przeżyło również ono.

Gdy Eve otworzyła drzwi frontowe, uderzył w nią podmuch chłodnego powietrza, które przewiewało jej odpięty płaszcz i cienkie spodnie od piżamy, sprawiając, że zadrżała z zimna. Wschodzące słońce wyłaniało się poniżej warstwy chmur, nie niosąc żadnego ciepła. Po drugiej stronie ulicy grupa żołnierzy poruszała się po stertach kamieni i cegieł tak, jakby chodzili po skorupkach jajek. Robotnicy oczyszczali teren przez cały poprzedni tydzień, codziennie rozpoczynając pracę wczesnym rankiem. Eve znowu zadrżała. Do wybuchu mogło dojść w każdej chwili.

- Tędy... tędy, proszę - popędzali policjanci. - Szybko, ruszać się.

Spędzali wszystkich na ulicę, jak najdalej od pola rażenia. Oszołomieni ludzie wylewali się z sąsiednich budynków, by uciekać wraz z pozostałymi. Eve przypomniała sobie straszne miesiące Blitzu. Paniczny bieg do schronów przeciwlotniczych przy akompaniamencie wyjących syren. Niepewne kroki w mrokach zaciemnienia. Ale wojna skończyła się trzy miesiące temu.

- Myślałam, że już nigdy nie będziemy musiały uciekać przed bombami - odezwała się Audrey. - Myślałam, że nie musimy już bać się o nasze życie.

Była wyczerpana, zwalniała. Eve również zwolniła, by Audrey mogła dotrzymać jej kroku, mimo że sama miała ochotę pobiec sprintem. Zawsze biegała szybciej niż ona.

- Cóż, najwyraźniej byłyśmy w błędzie.

- Naziści zniszczyli to miejsce rok temu. Nie mogę uwierzyć, że przez cały czas leżała tu bomba, która mogła wybuchnąć w każdej chwili.

- Co pokazuje, jak kruche może być życie.

Była to jedna z wielu lekcji, których Eve nauczyła się w czasie wojny. Bliscy mogli utracić życie w jednej chwili. A czy to malutkie dziecko, które nosiła w sobie, również nie zasługiwało na szansę na życie? Postanowiła, że gdy tylko pozwolą jej wrócić do domu, wyrzuci adres pokątnego lekarza, który był gotowy przeprowadzić zabieg. A może niewybuch spali jego nazwisko na popiół, tak samo jak wszystko inne. Może był to znak od Boga - albo kogokolwiek innego, kto wszystkim kierował - że właśnie to powinna zrobić.

Dotarły do przecznicy. Inny funkcjonariusz wskazał na kościół stojący po drugiej stronie ulicy, który służył jako schron w czasie Blitzu. Powoli zeszły po kamiennych schodach, by dołączyć do setek innych ubranych w piżamy i szlafroki stłoczonych w krypcie ludzi, czekających, aż eksperci rozbroją bombę. Eve miała sporo czasu, by przypomnieć sobie wszystkie rzeczy, które chciałaby uratować. Audrey miała rację odnośnie do portfela. Wyrobienie na nowo wszystkich dokumentów i kuponów żywnościowych mogło nastręczyć sporo trudności.

- Która godzina? - spytała Audrey. - Spóźnimy się do pracy. Myślisz, że pozwolą nam użyć telefonu w kościele, żebyśmy mogły zadzwonić i wszystko wyjaśnić?

Eve spojrzała na zegarek, prezent od Alfiego.

- Jest za wcześnie, żebyśmy dzwoniły. Nawet nie ma siódmej. Naprawdę, Audrey, martwisz się o najgłupsze rzeczy.

Eve nosiła zegarek zawsze i wszędzie, nawet nocą, w łóżku. Gdyby doszło do wybuchu, przynajmniej miałaby coś, dzięki czemu mogłaby pamiętać Alfiego.

Audrey odrobinę się do niej przysunęła, pochyliła się i zniżyła głos.

- Eve, posłuchaj. Muszę zdradzić ci sekret.

Eve powstrzymała uśmiech. Tego rodzaju powaga i dramatyzm były tak bardzo w stylu Audrey.

- Czy powinnam wspomnieć o tygrysie gryzącym wątrobę i przysiąc na własne życie, że się nie wygadam? - spytała.

Audrey nie uśmiechnęła się.

- Chyba jestem w ciąży.

Eve ledwo powstrzymała się, żeby nie powiedzieć: "Ja też". Przez ostatnie sześć lat wszystko inne robiły razem, czemu by razem nie rodzić dzieci? Tyle że Audrey, w przeciwieństwie do Eve, miała męża.

- Gratulacje - udało się jej powiedzieć, gdy objęła Audrey.

- Jeszcze nie napisałam do Roberta. Boję się to zrobić. Nie planowaliśmy tego. Zabezpieczaliśmy się...

- To nieważne, będzie szczęśliwy - powiedziała, ściskając ręce Audrey. - Zwłaszcza jeśli to chłopiec. Czyż każdy mężczyzna nie chciałby syna?

Za późno przypomniała sobie, że ojciec Audrey nie widział świata poza swoim synem, ignorując córkę przez te wszystkie lata. Żałowała, że nie ugryzła się w język. Jednak Audrey ciągnęła dalej, zdając się jej nie słyszeć.

- Dziś rano, przez tę bombę... zdałam sobie sprawę, jak bardzo chcę teraz uważać na siebie. W czasie wojny tak wiele razy ryzykowałyśmy życie i wydawało się, że to nie ma znaczenia, bo nikt nie wiedział, co przyniesie jutro, czy będziemy żyć, czy nie albo czy naziści nie przeprawią się przez kanał, żeby nas wymordować. Ale wojna się skończyła i Robert jest już bezpieczny, i ja też chcę uważać na siebie, dopóki nie przyjdzie czas, żebym przeniosła się do niego, do Ameryki. Chcę, żeby nasze dziecko było bezpieczne.

- Co masz na myśli?

- Wyjeżdżam z Londynu. Wracam do domu, do Wellingford Hall.

Eve potrzebowała chwili, żeby odpowiedzieć.

- Co z twoją pracą? I z naszym mieszkaniem?

- Złożę wypowiedzenie. Choćby dzisiaj. Nie będziesz miała problemu ze znalezieniem nowej współlokatorki.

Prędzej czy później musiało do tego dojść. Eve wiedziała, że kiedy góry dokumentów zostaną już uporządkowane, Audrey opuści Anglię i dołączy do swojego męża z armii amerykańskiej tam, gdzie mieszkał. Ta bomba, która spadła na ich życie, była zapowiedzią zmian. Dla każdej z nich.

- Będę za tobą tęsknić, Eve - powiedziała Audrey.

- Ja za tobą też.

Eve znowu miała być sama. Sama będzie musiała sobie radzić ze wszystkimi decyzjami i zmianami, które przyniesie dziecko wychowujące się bez ojca. Jak ośmieliła się uwierzyć, że Audrey zawsze będzie u jej boku? Że Audrey zawsze będzie jej potrzebować?

Trzy długie godziny później wspięły się po schodach na zewnątrz krypty, gdy niewybuch został już rozbrojony, a teren przeczesywano w poszukiwaniu innych ukrytych zagrożeń.

- Czuję się jak głupia, mając na sobie tylko piżamę - powiedziała Audrey, gdy wydostały się na ulicę.

- Nie jesteśmy jedyne. - Eve wskazała na innych drżących z zimna ludzi, spieszących się do domów pod szarym listopadowym niebem.

Audrey wbiegła do ich budynku, gdy tylko dotarły do drzwi frontowych, ale Eve zatrzymała się na chwilę, by utkwić spojrzenie w znajomej stercie gruzu po drugiej stronie ulicy. Policjanci i żołnierze już się zbierali, zaś robotnicy z łopatami i taczkami znów poruszali się wśród cegieł. Wzdrygnęła się na myśl o tym, że coś tak śmiercionośnego pozostawało w ukryciu, podczas gdy ona zajmowała się codziennymi sprawami. Niewybuch mógł eksplodować w każdej chwili, unicestwiając zarówno ją samą, jak i wszystko, co miała. Jak wiele ukrytych niebezpieczeństw leżało jeszcze na jej drodze?

Audrey miała wrócić do domu w Wellingford Hall, by następnie wraz z mężem i dzieckiem zbudować nowy dom w Ameryce. Ale gdzie Eve mogła znaleźć sobie dom? Jeśli zachowa dziecko, gdzie będą mieszkać? Jak zdołają przetrwać? Eve wiedziała, jak to jest dorastać bez ojca.

Jeden dzień naraz, powiedziała do siebie. Właśnie tak przetrwała wojnę. Jeden dzień naraz.

 

1

Stany Zjednoczone, 1950 r.

Siedziała w fotelu wypoczynkowym przy basenie swojej teściowej, sycąc się ciepłem letniego słońca. W czystej wodzie odbijało się błękitne niebo i puszyste chmury... dopóki czteroletni Robbie nie wskoczył do niej z krzykiem na ustach, rozbijając spokojną powierzchnię i opryskując ją zimnymi kropelkami.

- Chodź, mamusiu. Woda jest ciepła!

- Nie teraz, kochanie. Może później.

Przetarła okulary przeciwsłoneczne i otworzyła magazyn "Life", ciesząc się, że może relaksować się w usypiającym cieple słońca.

Ktoś zawołał ją po imieniu.

- Pani Audrey?

Obróciła się, by zobaczyć wybiegającą z domu służącą teściowej.

- Pani Audrey? Przepraszam, że pani przeszkadzam, ale lepiej niech wróci pani do środka.

- Co się stało, Nell?

Robbie znów wskoczył do basenu, głośno chlapiąc i opryskując obydwie kobiety. Służąca zdawała się nie czuć zimnego deszczu.

- U drzwi stoi jakaś kobieta, mówi, że jest panią. Nawet mówi jak pani. Ma z sobą małego chłopca i całą stertę walizek.

- Co takiego? - Wygramoliła się z fotela, owijając się ręcznikiem, jakby mógł jej służyć za osłonę.

- Tak, proszę pani. Mówi, że nazywa się Audrey Barrett i że chłopiec jest wnukiem pani Barrett. Mówi, że się jej spodziewamy.

O nie! Nie, nie, nie! Strach sprawił, że poczuła ciarki wzdłuż kręgosłupa, a włosy stanęły jej na rękach. Uczucie ogłuszenia, takie samo jak to, które ogarnęło ją kilka sekund po wybuchu bomby. Otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.

- Nie wiedziałam, co mam zrobić - powiedziała Nell - więc powiedziałam jej i chłopcu, żeby weszli do środka i zaczekali.

Serce waliło jej o żebra. Przełknęła ślinę i w końcu odzyskała mowę.

- Porozmawiam z nią, Nell. Wyciągniesz Robbiego z basenu i zabierzesz go do środka?

- Dobrze, proszę pani.

Wbiegła do domu na boso, czując, jak pięść przerażenia uderza ją w brzuch. To niemożliwe. Błagam, Boże... to nie może się dziać naprawdę. Zatrzymała się w korytarzu i spojrzała w stronę przedpokoju... i tam oto stała. Jej najlepsza przyjaciółka. Jej największy lęk. Trzymała za rękę małego, ciemnowłosego chłopca. Zaglądała właśnie do salonu, którego odkurzaniem Nell była zajęta chwilę temu, ale obróciła się i ją dostrzegła. Zszokowana, szeroko otworzyła oczy.

- Eve! Co do licha robisz w Ameryce? - Zrobiła krok naprzód, jakby miały się objąć ramionami, po czym się zatrzymała.

Eve wzdrygnęła się, znów słysząc swoje prawdziwe imię. Jej serce łomotało. Tak bardzo chciałaby móc wypchnąć nieproszonego gościa za drzwi i wrócić do spokojnego popołudnia przy basenie, do życia, które prowadziła od prawie czterech lat. Lecz zamiast tego oparła ręce na biodrach, chcąc sprawić wrażenie odważnej, jak robiła to już wiele razy.

- A co ty tu robisz?

- Przywiozłam syna do Ameryki, żeby poznał rodzinę swojego ojca... Mieszkają tutaj, prawda? - Spojrzała na trzymaną w ręku kopertę, jakby chciała się upewnić. - To... to jest ich adres...

Usłyszały trzask tylnych drzwi domu. Chwilę później służąca weszła z Robbiem, wciąż ubranym w gumowe koło dmuchane, z którego na parkiet kapała woda.

- Wszystko w porządku, proszę pani? - spytała Nell, patrząc to na jedną, to na drugą.

- Wszystko gra.

Poprowadziła Nell w kierunku salonu i zniżyła głos:

- Mieszkałyśmy razem w czasie wojny.

- Dlaczego mówi, że jest panią?

- Sądzę, że źle ją zrozumiałaś. Przygotuję przyjaciółce szklankę mrożonej herbaty, a potem będzie się zbierać.

- A co z tymi walizkami? Chce pani, żeby Ollie wniósł je do środka?

- Nie przejmuj się bagażem. Proszę, Nell, możesz wrócić do odkurzania.

Poczekała, aż służąca się oddali, po czym zwróciła się do syna:

- Robbie, proszę, zabierz tego chłopca na kilka minut do swojego pokoju.

- Ale chciałem jeszcze popływać.

- Wrócimy do basenu, kiedy ci ludzie już pójdą.

Musieli sobie pójść. Próbując opanować panikę, patrzyła, jak Robbie gramoli się do pokoju zabaw na piętrze, po czym gestem zaprosiła swoją dawną przyjaciółkę do kuchni. Chłopiec mocno trzymał się matki, jakby był z nią sklejony. Eve wyciągnęła z szafki dwie szklanki, po czym wyjęła z zamrażarki aluminiowy pojemnik na lód i pociągnęła za dźwignię, żeby ze środka wypadły kostki. Jej wilgotne palce przywarły do zimnego metalu. Przypomniała sobie tamten dzień, gdy robotnicy znaleźli niewybuch po drugiej stronie londyńskiej ulicy, przy której mieszkały, i to, że bomba leżała tam w ukryciu przez wiele miesięcy, czekając. Taka właśnie była moc tajemnic. Nawet te najstaranniej ukryte mogły wybuchnąć, gdy człowiek najmniej się tego spodziewał, burząc mur kłamstw, który został wokół nich zbudowany. Ale Eve zamierzała znaleźć sposób na rozbrojenie tej bomby. Nie miała zamiaru pozwolić jej na zburzenie życia, które odbudowała, i domu, który znalazła dla swojego syna.

Nalała herbaty do szklanek i usiadła przy kuchennym stole, poświęcając chwilę na uważne przyjrzenie się przyjaciółce. W wieku trzydziestu jeden lat wciąż była ładną kobietą o porcelanowej cerze i włosach w kolorze bursztynu, tak samo szczupłą i zgrabną. Jak to mówią, była w czepku urodzona, ale wojna porwała wszystkie czepki na strzępy. To, co było teraz najważniejsze, to znaleźć sposób, żeby się jej pozbyć. Eve nie zdążyła jeszcze wziąć łyka mrożonej herbaty ani uspokoić swoich lęków na tyle, by wymyślić jakiś plan, gdy Rob-bie z powrotem przywędrował do kuchni, wciąż w swoim luźnym, mokrym stroju do pływania.

- Jest mi gorąco, mamusiu. Możemy już wrócić do basenu?

- Chciałabym, żebyś pobawił się trochę ze swoim nowym kolegą.

- Ale on nie chce się ze mną bawić.

Eve uważnie przyjrzała się gęstym, ciemnym włosom chłopca, jego czarnym jak heban oczom i malutkiemu dołkowi na jego podbródku, i serce zabiło jej szybciej. Tylko ślepy nie zauważyłby, jak bardzo przypominał swojego ojca. Musiała pozbyć się go i jego matki z domu przed powrotem pani Barrett. Odsunęła krzesło i wstała.

- W domu mam lody w zamrażarce. Chłopcy, mielibyście na nie ochotę?

- Nie, chcę pływać w basenie babci! - Robbie tupnął bosą stópką, żeby podkreślić swoje słowa.

- Później. Popływamy później. Najpierw zjemy lody. Dalej, pojedziemy wszyscy do naszego domu.

Może gdy Audrey zobaczy, jak szczęśliwi i zadomowieni byli w Ameryce, wróci do Anglii i zostawi ich w spokoju.

- Załóż koszulkę, Robbie. I buty. Mnie też dajcie chwilę, żebym mogła się ubrać.

Skoczyła do damskiej łazienki, gdzie wisiały jej ubrania, i z trudem wciągnęła je na siebie, co utrudniało jej spocone ciało. Gdy się już ubrała, otworzyła drzwi frontowe, by wyprowadzić wszystkich na zewnątrz, i prawie przewróciła się o stertę walizek ustawionych na schodach frontowych.

- Wszystkie są twoje? - spytała.

Jak długo Audrey zamierzała tu zostać? Patrząc na ilość bagażu, można by stwierdzić, że na zawsze. Eve dźwignęła dwie walizki i wciągnęła je do samochodu.

- Miejmy nadzieję, że wszystko zmieści się w bagażniku. Wsiadaj do samochodu, Robbie.

- Czekaj... dlaczego...? Co ty robisz? - wyjąkała Audrey. - Przyjechałam tu, żeby zobaczyć się z państwem Barrettami.

Eve, nie odpowiadając, wpakowała do samochodu resztę walizek. Musieli odjechać, zanim pani Barrett wróci z meczu tenisa w country clubie, a świat Eve zacząłby się walić.

- Audrey, po prostu wsiądź do samochodu. Wyjaśnię później.

- Ale oni się mnie spodziewają.

Eve wyprostowała się i spróbowała przemówić w taki sposób, by nie było słychać jej lęku.

- Nie. Nie spodziewają się. Wsiądź do samochodu.

Otworzyła drzwi od strony pasażera.

- Ale... wciąż nie rozumiem, co robisz w Ameryce. Kiedy wyjechałaś z Wellingford Hall, rozpłynęłaś się w powietrzu. Nie miałam pojęcia, dokąd pojechałaś albo co się z tobą stało. A teraz jesteś tutaj, w domu mojej teściowej? Jesteś mi winna wyjaśnienie, Eve.

- Nie pamiętasz, że ocaliłam ci życie? Gdyby nie ja, byłabyś teraz martwa, więc proszę, po prostu wsiądź. Wyjaśnię po drodze.

Widziała wyraźnie, że jej słowa wstrząsnęły Audrey.

Audrey wspięła się na przednie siedzenie i posadziła synka na kolanach. Łzy zaczęły spływać jej po twarzy.

- Kiedyś byłyśmy przyjaciółkami, pamiętasz? Dbałyśmy o siebie nawzajem. Co się stało?

- Stała się wojna, Audrey. Zmieniła nas. I już nigdy nie będziemy takie same.

Eve wycofała samochód na ulicę, po czym szybko ruszyła z miejsca. Przez kilka dobrych minut jechały w milczeniu, aż w końcu Audrey znowu się odezwała.

- Co się dzieje, Eve? Chcę wiedzieć, co robisz u rodziny Roberta.

Eve szybciej załomotało serce.

- Postanowiłaś nie przyjeżdżać do Ameryki, pamiętasz? Podjęłaś decyzję, żeby zostać w Anglii. Powiedziałaś, że twój dom jest w Wellingford Hall i nie chcesz stamtąd wyjeżdżać. Nigdy.

- Cóż... pewne sprawy uległy zmianie... Ale to nie wyjaśnia, dlaczego...

- Jak się tu dostałaś? Statkiem, samolotem?

Eve wcisnęła gaz do dechy, jakby znów pędziła przez Londyn, prowadząc karetkę, którą dowoziła poszkodowanych do szpitala. Popędzana przez wypełniającą ją panikę, ledwo zwracała uwagę na ruch uliczny i prawie przejechała znak stopu. Nacisnęła hamulec tak gwałtownie, że Robbie przewrócił się na podłogę przed tylnym siedzeniem. Audrey, wciąż trzymająca Bobby'ego na kolanach, musiała oprzeć się o deskę rozdzielczą.

- Przepraszam... - wymamrotała Eve. - Mówiłaś, że...?

- Przypłynęliśmy statkiem do Nowego Jorku, potem pojechaliśmy pociągiem, potem taksówką... pewnie tak samo jak ty. Jakie ma to znaczenie, w jaki sposób...?

- Jak tam Wellingford Hall? Chcę usłyszeć wszystko o pani Smith, Tildy, Robbinsie i George'u...

- Nie ma ich. Nie ma już żadnych służących. Ojciec sprzedał Wellingford Hall. Już nie jest naszym domem.

Wellingford Hall... sprzedane? Eve zwolniła samochód. Potrzebowała chwili, by przyswoić tę szokującą wiadomość. Zawsze wyobrażała sobie, że razem z Robbiem pewnego dnia przyjadą tam w odwiedziny i że wszystko będzie dokładnie tak, jak to zapamiętała. Razem z innymi służącymi zbiorą się wokół stołu w piwnicy i porozmawiają o przeszłości. I o mamie.

Sprzedane.

Miejskiej rezydencji w Londynie też już nie było, więc gdzie Audrey mogłaby mieszkać? Nie tutaj. Błagam, tylko nie tutaj! Eve wrzuciła niższy bieg, zerkając na to, co działo się na drodze, ledwo świadoma, co właściwie robi.

- Więc postanowiłaś przyjechać do Ameryki? Ale przecież na pewno... No wiesz, tu jest zupełnie inaczej. Nie tak jak w domu...

- Barrettowie to jedyna rodzina, jaka mi pozostała. Przeprowadzam się tu razem z Bobbym.

To nie może się dziać naprawdę.

- Napisałam do nich z informacją, że przyjeżdżam. Nie rozumiem, dlaczego się mnie nie spodziewali.

List. Eve miesiąc wcześniej przechwyciła list od Audrey. Często odbierała pocztę dla pani Barrett, kiedy była u niej w odwiedzinach, ponieważ Robbie lubił gawędzić z listonoszem. Kiedy zobaczyła adres nadawcy, wsunęła list do portfela. Niespecjalnie przejęła się tym, żeby go przeczytać, zanim wrzuciła go do kosza na śmieci w domu. Teraz żałowała, że tego nie zrobiła. Mogłaby powiedzieć Audrey, żeby nie przyjeżdżała, że Barrettowie mieli swoje własne życie i nie chcieli, żeby wtrącała się w nie wojenna panna młoda, której nigdy nie poznali.

Panika Eve trochę zmalała, kiedy przyjechała w swoją okolicę, mijając kolejne rzędy identycznych domów parterowych. Kiedy po raz pierwszy zobaczyła to osiedle, pomyślała, że wygląda bardzo amerykańsko ze swoimi schludnymi zielonymi trawnikami i białymi parkanami. Teraz okolica wydawała się jej surowa i nudna. Cały teren przed wojną służył jako pastwisko dla krów i ulice wciąż wyglądały na gołe, ponieważ rosło przy nich tylko kilka rachitycznych drzew, niemal niewykazujących oznak wzrostu. Eve przypomniał się na chwilę widok bujnie porośniętych ogrodów formalnych w Wellingford Hall - feeria barw, wysypane żwirem ścieżki, relaksujące ciach-ciach nożyc ogrodowych George'a.

To było przed wojną. Zanim wszystko uległo zmianie.

Audrey pochyliła się do przodu, żeby wyjrzeć przez szybę samochodu, gdy wjechali na podjazd Eve.

- Ten dom... wygląda jak ten, który chciał dla mnie zbudować Robert.

Eve nie mogła się odezwać. Pamiętała plan i broszury, które przysłał Robert, pamiętała też niepokój i niepewność Audrey: "Ten dom wydaje się taki mały... tylko dwie sypialnie!". "Mniej pokojów do sprzątania" - odpowiedziała jej wtedy Eve.

Zaparkowała pod zadaszeniem. Kiedy już otwierała drzwi kuchenne, żeby wszyscy mogli wejść do środka, przy domu zatrzymała się znajoma furgonetka i zatrąbiła klaksonem. Tom. Zawołał do Eve zza opuszczonej szyby:

- Hej, Audrey!

Eve i Audrey obróciły się i odpowiedziały w tej samej chwili:

- Tak?

Czy to mogło skomplikować się jeszcze bardziej? Eve podbiegła do pojazdu, w którym siedział Tom z ręką wystawioną za okno.

- Cześć, Tom. Co cię sprowadza?

- Zatrzymałem się, żeby spytać, czy ty i Robbie chcielibyście pojechać ze mną na farmę. Karmimy z butelki małego baranka.

- Dzięki, ale mamy gości - powiedziała, wskazując na resztę. - Może innym razem...

- Wujek Tom! Wujek Tom! - zawołał Robbie, biegnąc po podjeździe. - Mogę pojechać z wujkiem na farmę?

- Nie dzisiaj - powiedziała Eve, łapiąc go, zanim dobiegł do samochodu. - Mamy zjeść lody, pamiętasz?

Wzięła Robbiego na ręce i odwróciła się, żeby pożegnać się z Tomem, ale tamten nie patrzył w jej stronę. Zamiast tego uważnie wpatrywał się w Audrey i jej syna.

- Moja dawna przyjaciółka z Londynu przyjechała w odwiedziny - powiedziała Eve, oddalając się od niego i powoli zmierzając w stronę domu. - Mamy bardzo dużo do nadrobienia. Trzymaj się, Tom! Pa, pa!

- Pewnie, do zobaczenia. - Nie ruszył furgonetki z miejsca. Wciąż wpatrywał się w Bobby'ego i Audrey.

Eve biegiem wróciła pod zadaszenie i zagoniła wszystkich do domu. Wyciągnęła z zamrażarki lody na patyku i próbowała odesłać chłopców do ogrodu na tyłach domu, żeby zjedli je tam, ale synek Audrey nie zamierzał odrywać się od matki.

- Masz ochotę? - skierowała pytanie do Audrey. - Wszyscy w Ameryce jedzą je, kiedy na zewnątrz jest gorąco. W każdym jest tyle cukru, co w przydziale miesięcznym.

Audrey zdawała się jej nie słyszeć.

- Chwila! Czy to był Tom? - wypaliła nagle. - Tom, przyjaciel Roberta? Ten z Wielkiej Czwórki?

Eve mogłaby skłamać, mówiąc "nie", ale kolejne fragmenty jej życia uciekały jak piasek przez palce i nie była w stanie ich zatrzymać. Pokiwała głową.

- Bardzo chciałabym go poznać. - Audrey wyjrzała przez okno w drzwiach kuchennych, jakby zaraz miała wybiec na podjazd, żeby go zatrzymać. Na szczęście Tom zdążył już odjechać. - Ostatnie, co o nim słyszałam, to że został ranny... gdzieś we Włoszech, prawda? - spytała.

- Tak. Ale przeżył.

- Czterej przyjaciele... - Audrey się zamyśliła. - Robert, Louis, Tom i... kto był czwarty?

- Arnie.

- Racja. Robert był zrozpaczony, gdy dowiedział się, że Arnie miał załamanie nerwowe. Zawsze opowiadał mi historie o tym, jak wszyscy czterej dorastali razem i grali w tych samych drużynach sportowych.

- Głównie w koszykówkę. Jest tutaj bardzo popularna. Chcesz loda?

- Skąd Tom wiedział, kim jestem? A może... czy on mówił do ciebie? Czy do ciebie zwracał się moim imieniem?

- Cóż, ja... On...

- Co się dzieje, Eve? - Wyglądała na zdezorientowaną, ale Eve wiedziała, że powoli składa w całość elementy układanki. - Nazwał cię Audrey i zareagowałaś!

Eve nie była w stanie zaczerpnąć powietrza, żeby móc się odezwać.

- Ukradłaś moje miejsce, prawda? Dlatego byłaś w domu Barrettów!

- Posłuchaj, Audrey...

- Udajesz mnie i mówisz, że Harry jest synem Roberta. Nazywasz go Robbie, ale ma na imię Harry.

- Mogę to wyjaśnić...

- Nawet żyjesz w moim domu... w domu Roberta!

Eve wbiła wzrok w podłogę. Nie odzywała się.

- Eve, jak mogłaś oszukać tych wszystkich ludzi? Dlaczego zrobiłaś coś tak okropnego?

Audrey wyglądała, jakby była w szoku, tak jak po uderzeniu rakiety V-1. Po dłuższej chwili przerażenie Eve przerodziło się w wybuch gniewu.

- Nie chciałaś tego życia, Audrey! Byłaś zbyt przestraszona i zbyt głupia, żeby przyjąć je po śmierci Roberta. Wyrzuciłaś je do kosza na śmieci, więc wzięłam je ja! To jedyny dom, jaki kiedykolwiek znał mój syn. Nie pozwolę ci tu teraz wmaszerować i wszystko mu ukraść!

- Wszystko mu ukraść? To ty ukradłaś rodzinę mojemu synowi! Bobby ma prawo do wsparcia ze strony dziadków. Ma prawo, żeby znać rodzinę swojego ojca.

- Już za późno, żeby zmienić zdanie. Teraz są moją rodziną. To mój dom, dom mojego syna - nie twój. Nie możesz wziąć go z powrotem. - Eve nie obchodziło, jak zszokowana albo zła była Audrey. Teraz było już za późno, żeby wszystko zmienić.

- Ale nie mamy się gdzie podziać! - krzyknęła Audrey.

- My też nie!

Wpatrywały się w siebie nawzajem w ciszy, a Eve nie mogła złapać oddechu. Ich synowie z szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami oglądali dziejące się przed nimi widowisko, całkiem zapomniawszy o lodach na patyku.

- Posłuchaj, Audrey. Odkąd tylko się poznałyśmy, miałaś wszystkie możliwe przywileje, podczas gdy ja nie miałam żadnych. Jesteś Audrey Clarkson. Tą rozpieszczoną, bogatą dziewczyną, tą arystokratką! Poszłaś do elitarnej szkoły, żeby nauczyć się, jak znaleźć zamożnego męża, więc z pewnością dasz radę znaleźć w Londynie mężczyznę, który zechce poślubić bogatą córeczkę Alfreda Clarksona. Mężczyznę, który kupi ci dom dwa razy większy od tego. Dwa razy większy od Wellingford Hall!

Audrey zamknęła oczy, jakby próbowała nie dopuścić do siebie słów Eve. Następnie pochyliła się do przodu i zaczęła szlochać, chowając twarz w dłoniach. Głośne, rozdzierające serce łkanie wstrząsało jej szczupłym ciałem. Eve przypominała sobie, jak pewnego razu ten płacz wzbudził w niej litość, gdy były jeszcze dziećmi. Zakradła się na górę, do zakazanej części Wellingford Hall, by ofiarować Audrey truskawki i zrozumienie. I przyjaźń. Ale nie tym razem. Nie, nie tym razem.

 

 

2

Wellingford Hall, Anglia, 1931 r.

- Nie możesz odesłać Alfiego!

W olbrzymim salonie głos Audrey brzmiał bardzo cicho. Ojciec zerknął na nią, po czym kontynuował, jakby w ogóle się nie odezwała.

- To najlepsza szkoła dla chłopców w Anglii - powiedział. - Jestem pewny, że przyniesiesz mi chlubę, synu.

Wstał, trzymając dłoń na ramieniu jej brata jakby w geście błogosławieństwa, z surowym, ale pełnym dumy wyrazem twarzy. Jego ciemne włosy były już rzadkie, a na skroniach widać było siwe kępki. Zignorował wybuch Audrey. Była dla niego niewidzialna. Jak zawsze.

Alfie uniósł brodę, prostując ramiona.

- Tak jest, proszę pana.

Był już prawie tak wysoki jak ojciec. Jeśli wiadomość, że miał zostać wysłany do szkoły z internatem, wzbudziła w nim niepokój, nie dał tego po sobie poznać. Lecz z drugiej strony brat Audrey zawsze był odważniejszy od niej. Był jej najlepszym przyjacielem. Jej jedynym przyjacielem. Jedyną osobą, która czyniła jej życie znośnym.

- Zaprzyjaźnisz się z młodzieńcami z najlepszych rodzin, synu. Żałuję, że ja nie miałem takiej szansy.

Z gardła Audrey wydobyło się łkanie. Matka wywróciła oczami i pochyliła się, by strząsnąć popiół z papierosa. Jej ciemnoczerwona szminka poplamiła koniec długiej lufki.

- Panno Blake, bądź łaskawa zabrać stąd Audrey, dopóki się nie uspokoi - powiedziała, zwracając się do guwernantki.

Audrey przełknęła ślinę i pospiesznie otarła łzy.

- Ja... proszę, chciałabym zostać.

- Żadnych ekscesów?

Audrey pokiwała głową, po czym się zreflektowała. Matka nie znosiła bezmyślnego kiwania i kręcenia głową.

- Nie, proszę pani.

Ojciec wciąż mówił do Alfiego, jakby pozostali nie istnieli.

- Przyjedziemy tam kilka dni przed rozpoczęciem semestru jesiennego, żebyś mógł się zadomowić. Williams może nas zawieźć. To dobra szkoła, naprawdę dobra szkoła.

- Czy ja też mogę pojechać? - spytała Audrey. Matka prychnęła.

- To szkoła dla chłopców, Audrey.

- Chodzi mi o czas, kiedy ojciec zabierze tam Alfiego.

Matka zaciągnęła się papierosem, po czym przemówiła przez wydychaną przez siebie chmurę dymu:

- Będziesz się wtedy szykować na wyjazd do swojej własnej szkoły. To inna wiadomość, którą chcieliśmy się z tobą podzielić, zanim zrobiłaś zamieszanie.

- Do jakiej szkoły?

Audrey spojrzała na pannę Blake, która do tej pory udzielała lekcji jej i Alfiemu. Guwernantka odwróciła wzrok i zaczęła uważnie przyglądać się zawartości swojej filiżanki.

- Zaplanowałam, że jesienią przeprowadzisz się do tej samej szkoły dla dziewcząt, do której sama uczęszczałam - powiedziała matka. - Spodoba ci się tam.

Ani ojciec, ani matka nie patrzyli na Audrey. Alfie skierował do niej krzywy uśmiech. W Audrey wrzały emocje, jakby była wstrząśniętym napojem gazowanym. Wiedząc, z jaką reakcją spotkałyby się jej łzy, poprosiła o wybaczenie i uciekła do swojego pokoju, by płakać w samotności.

Nie wiedziała, jak długo już płakała, kiedy usłyszała ciche pukanie do drzwi. Jej poduszka była mokra od łez, a oczy spuchnięte i podrażnione.

- Kto tam?

Z pewnością nie byli to matka ani ojciec. Modliła się, by nie była to też panna Blake. Drzwi otworzyły się i ukazała się głowa Alfiego.

- Mogę wejść?

Wygramoliła się z łóżka i podbiegła, żeby się do niego przytulić.

- Czy to nie okropne, że nas odsyłają? - spytała.

Uścisnął ją przez chwilę, po czym wydobył się z jej objęć.

- Nie przejmuj się tym aż tak, siostrzyczko. Wiedzieliśmy, że ten dzień kiedyś nadejdzie.

- Ja nie wiedziałam!

- Mam prawie czternaście lat, Audrey. To już trochę za dużo, żeby pobierać lekcje u guwernantki jak małe dziecko, nie sądzisz?

- Ale jesteś moim najlepszym przyjacielem!

- Słuchaj, zanim się obejrzysz, poznasz mnóstwo nowych przyjaciół.

Idea nawiązywania przyjaźni wzbudzała w niej lęk. Nie miała pojęcia, jak to robić. Ojciec niedawno skończył sześćdziesiąt lat i żaden spośród mężczyzn, którzy przyjeżdżali do Wellingford Hall na organizowane przez niego polowania, nie miał dzieci w jej wieku. Przyjaciółki matki, wszystkie lekko po czterdziestce, nigdy nie zabierały ze sobą dzieci, gdy przyjeżdżały do niej z Londynu.

- Nie chcę wyjeżdżać stąd do jakiejś szkoły - powiedziała Audrey. - Nie mam zamiaru jechać.

- Ja też tak naprawdę nie chcę - odrzekł Alfie. - Ale ojciec jest całkiem zdecydowany. Chce, żebym miał wszystkie możliwości, których sam nigdy nie miał. Wszyscy chłopcy z wyższych sfer chodzą do tej szkoły. A on przekazał bardzo dużo pieniędzy, żebym został przyjęty.

Audrey usiadła na krawędzi łóżka, wyczerpana tak intensywnym płaczem.

- Będę za tobą tęsknić, Alfie. Bez ciebie będzie tu tak cicho.

- Będę wracał do domu na wakacje. Dalej każdego lata będziemy wyjeżdżać nad morze i pływać łodzią ojca. Mam już dość lat, żeby samemu nią kierować. Zabiorę cię. Tylko ty i ja. Nawet nauczę cię, jak nią pływać. Co ty na to?

- O tak! - Pomysł ją przerażał, ale chciała, by myślał, że jest odważna.

- Dobrze - powiedział i uśmiechnął się szeroko. - To coś, na co warto zaczekać, prawda?

Alfie wyjechał do szkoły z internatem miesiąc później. Dla Audrey był to najgorszy dzień jej życia. Patrzyła, jak wchodzi do zawalonego kuframi i walizkami automobilu ojca, a potem nie była w stanie obserwować, jak odjeżdża w dal. Nie oglądając się za siebie, wbiegła po wachlarzowych schodach na górę, do swojego pokoju.

W szkole, do której miała się udać Audrey, semestr rozpoczynał się tydzień później. Miała cały miesiąc, żeby pogodzić się z planem, ale wciąż nie chciała tam jechać. Z drugiej strony nie dałoby się znieść Wellingford, gdyby przez cały dzień jedyną osobą, z którą mogła porozmawiać, była drętwa panna Blake. Audrey wyglądała przez okno swojej sypialni i patrzyła na opadającą chmurę kurzu, którą wzbił automobil. Wabił ją widok lasu ciągnącego się za odległą granicą trawnika. Postanowiła uciec.

Zeszła po schodach na paluszkach i wemknęła się do salonu, uważnie nasłuchując i się rozglądając. Przeszklone drzwi stały otworem, by wpuścić do środka powiew późnego lata, więc Audrey wybiegła na zewnątrz, unikając chrzęszczących żwirowych ścieżek w ogrodach formalnych, i pospieszyła przez trawnik w kierunku lasu, jakby goniła uciekającą piłkę. Szybko by ją znaleźli, gdyby obrała drogę do miasta, więc postanowiła po prostu rozpłynąć się wśród drzew. Z początku gniew i ból dodawały jej energii, ale im głębiej wchodziła w las, tym większym wyzwaniem było dla niej przeciskanie się przez splątane poszycie. Drzewa rosły coraz bliżej siebie, a ich gałęzie rwały jej ubrania i zostawiały zadrapania na gołych rękach i nogach. Zaprzestała walki, gdy dotarła do strumienia, którego wody bulgotały jak w fontannie, obmywając kamienie i martwe konary. Nie miała pojęcia, jak przedostać się na drugi brzeg. Łzy frustracji zebrały się w jej oczach i popłynęły po twarzy.

- Hej, tam na dole!

Audrey wydała z siebie okrzyk przerażenia. Chwyciła się za serce, jakby chciała zatrzymać je w klatce piersiowej, i spojrzała w górę. Na gałęzi drzewa nad jej głową, machając bosymi nogami, siedziała dziewczynka w wyblakłej bawełnianej spódniczce i bluzce.

- Przestraszyłaś mnie! - powiedziała Audrey.

- Wiem! - odpowiedziała dziewczynka, śmiejąc się. - Powinnaś była zobaczyć swoją minę. Podskoczyłaś pionowo w powietrze jak przestraszony królik. - Audrey patrzyła, jak schodzi z drzewa, silna i zwinna jak chłopak. Wylądowała tuż przed nią i wyszczerzyła zęby w uśmiechu, otrzepując ubrania z mchu i kawałków kory. W jej szarych oczach tańczyło rozbawienie. Jej nos i policzki były pokryte piegami przypominającymi złoty pył. - Jesteś Audrey Clarkson, prawda?

- Skąd wiedziałaś?

- Wiem o tobie wszystko.

- Nieprawda.

- Masz dwanaście lat, tak samo jak ja, i mieszkasz w Wellingford Hall ze swoim ojcem Alfredem, matką Rosamunde i starszym bratem Alfiem. - Wyliczała każdy szczegół na palcach. - Twój ojciec nie musiał walczyć w Wielkiej Wojnie jak inni ojcowie, bo jest bogaty, więc...

- Nie, chodzi o to, że jego praca jest zbyt ważna. Jest właścicielem kopalni węgla, linii kolejowych i różnych takich. To dlatego nie walczył.

- Ach, no tak. - Jej drwiący ton sugerował Audrey, że dziewczynka jej nie wierzy. - Twój "ważny" ojciec został w domu, podczas gdy mój walczył i zginął w bitwie pod Amiens. Nigdy nie miałam nawet okazji go poznać.

Jej złotobrązowe włosy, w których tu i ówdzie tkwiły fragmenty liści i igły sosnowe, wypadały z warkoczy. Gdy świeciło na nie słońce, mieniły się rudawym połyskiem.

- Przykro mi z powodu twojego ojca - powiedziała Audrey. Nie mogła sobie wyobrazić czegoś tak strasznego. - Ja ledwo widuję się z moim... - zaczęła mówić w ramach przeprosin.

- Ale przynajmniej go masz. - Dziewczynka skrzyżowała nogi i opadła na ziemię, wdzięcznie jak nimfa leśna. Zdjęła buty i skarpetki. Audrey nigdy jeszcze nie widziała tak znoszonych butów ani skarpetek połatanych i zacerowanych w tak wielu miejscach. - Twoja matka jest córką jakiegoś księcia, hrabiego albo kogoś w tym rodzaju - kontynuowała - ale wyszła za twojego ojca dla pieniędzy, mimo że jest od niej starszy o całe wieki. Teraz należy do śmietanki towarzyskiej, większość czasu spędza w Londynie i uwielbia przyjęcia i tańce.

Słysząc tak nieuprzejme podsumowanie, Audrey czuła ciepło na policzkach, choć nie mogła zaprzeczyć, że, co do sedna, wszystko było prawdą.

- Kto ci to wszystko powiedział?

- Moja mama. Pracuje dla twojej rodziny w Wellingford Hall. Kiedy się urodziłam, chciała zostać w domu i się mną opiekować, ale musiała iść do pracy, bo mój tatuś nie żyje. Zajmuje się mną babcia Maud. A z mamą widzę się tylko wtedy, kiedy ma dzień wolny.

- Gdzie mieszkasz?

- W małym domu w miasteczku. Należy do twojego ojca, podobnie jak wszystko inne w miasteczku. Przychodzi od niego człowiek, żebyśmy płaciły mu czynsz, czy słońce, czy deszcz. Widziałam twoją rodzinę w kościele w ostatnie Boże Narodzenie. Chodzę tam z babcią Maud w każdą niedzielę. Założę się, że nigdy mnie nawet nie zauważyłaś, prawda?

Zawstydzona Audrey pokręciła głową. Chciała zmienić temat.

- Co robisz tak daleko w lesie?

- Chcę urządzić piknik. - Znów wstała, zostawiając buty i skarpetki pod drzewem. - To wspaniały dzień na piknik, nie sądzisz? Ale nie będzie wyglądał jak jeden z twoich pikników.

- Co masz na myśli?

- Twoi służący wleką na trawnik stoły, krzesła, piękne białe obrusy i porcelanę, żeby twoje służące mogły podawać herbatę. - Złożyła drwiący ukłon i pokręciła głową. - To nie jest prawdziwy piknik!

- A jak wygląda prawdziwy?

- Chodź, to ci pokażę. Zdejmij buty, żebyś mogła przejść przez wodę do tej małej wysepki na środku strumienia. To doskonałe miejsce na piknik.

Audrey zawahała się, po czym strzepnęła ziemię z dużego kamienia i usiadła na nim, żeby zdjąć buty i skarpetki.

- Myślę, że równie dobrze mogę przyjąć twoje zaproszenie. Widzisz, wyprowadzam się z domu.

- Serio? - Dziewczynka ironicznie się uśmiechnęła. - Dokąd się wybierasz?

- Nie jestem jeszcze pewna. Ale wysłali mojego brata do szkoły z internatem, a teraz chcą wysłać również mnie. Nie mam zamiaru jechać! Po prostu wiem, że będę okropnie tęsknić za domem.

- A nie będziesz tęsknić za domem, jeśli uciekniesz?

Audrey o tym nie pomyślała. Poczuła, że do oczu znów napływają jej łzy.

- Po prostu nie wiem, co jeszcze mogłabym zrobić, żeby zaczęli mnie słuchać.

- Cóż, podczas gdy będziesz się nad tym zastanawiać, możemy urządzić piknik. No, dalej. - Zaczęła przeskakiwać przez strumień, odbijając się od kolejnych kamieni, jakby miała u stóp skrzydełka, po czym obróciła się i skinęła na Audrey z malutkiej wysepki w połowie odległości do przeciwnego brzegu. - No, dalej!

Audrey nie była w stanie zrobić tego samego co ona. Kamienie wyglądały na śliskie, poza tym niektóre z nich chwiały się, gdy dziewczynka stawiała na nich kroki. Woda nie wyglądała na zbyt głęboką, więc Audrey postanowiła przebrodzić do wysepki. Szok, który poczuła, wchodząc do lodowatej wody, sprawił, że gwałtownie wciągnęła powietrze. Dziewczynka się zaśmiała.

- Zimna, prawda?

Po dwóch krokach Audrey miała ochotę się cofnąć. Prąd strumienia szarpał ją za kostki, a malutkie kamienie leżące na dnie wbijały się w jej stopy. Ale szła dalej. Z jakiegoś powodu chciała zaimponować tamtej dziewczynce. Postawiła jeszcze kilka drżących kroków w zimnej wodzie i po chwili była już na miejscu.

- Udało ci się! Usiądź. - Dziewczynka wskazała na kopiec z gleby i chwastów, po czym usiadła na ziemi ze skrzyżowanymi nogami. Odczepiła chustkę, która była przypięta do jej paska, i rozwinęła ją, ukazując pasztecik z kiełbaską i słodką bułeczkę. Ostrożnie rozłamała obydwa skarby na pół swoimi brudnymi rękami i położyła je na chustce. - Częstuj się - powiedziała. Jej poobgryzane paznokcie również były brudne od ziemi.

Audrey nie chciała wyjść na nieuprzejmą. A jedzenie wyglądało na smaczne: pasztecik z kiełbaską był złocisty i chrupiący, a bułeczka usiana okrąglutkimi porzeczkami.

- To miał być mój lunch, ale nie poszłam dziś do szkoły.

- Nie poszłaś? Dlaczego?

- Dlatego że po raz pierwszy od wielu dni wyszło słońce i musiałam wyjść na zewnątrz.

Audrey wgryzła się w pasztecik. Nie potrafiła rozpoznać przypraw, ale smakował wspaniale.

- Nie będziesz miała przez to kłopotów?

- Nie obchodzi mnie to - powiedziała, wzruszając ramieniem. - I tak wiem już tyle co nauczyciel.

- Niemożliwe.

- To prawda! - Zaśmiała się i zbliżyła do Audrey. - Jeśli zdradzę ci sekret, złożysz mi uroczystą przysięgę, że nikomu się nie wygadasz?

Audrey zawahała się, ale pokiwała głową.

- Nie, nie, nie - powiedziała dziewczynka, znowu się śmiejąc. - Nie możesz składać uroczystych przysiąg w taki sposób! Nie wiesz nic o dzieleniu się sekretami? - Audrey pokręciła głową. - Musisz położyć prawą rękę na sercu, o tak, i powiedzieć: "Choćby mi tygrys wątrobę wygryzł, choćby mi pchano szpilki w kolano, przysięgam na własne życie, że się nie wygadam". - Podniosła garść liści i rozkruszyła je w pięści, pozwalając, by ich kawałki powoli opadły na ziemię.

Audrey przełknęła ślinę. Jej serce biło bardzo szybko. Gdy położyła rękę na sercu, poczuła dreszcz strachu biegnący jej wzdłuż kręgosłupa.

- Choćby mi tygrys wątrobę wygryzł, choćby mi pchano szpilki w kolano - powiedziała. - Przysięgam na własne życie, że się nie wygadam.

Dziewczynka lekko przysunęła się do Audrey.

- Moja mama pożycza książki z biblioteki twojego ojca. Za każdym razem, kiedy pojawia się w domu, przynosi mi nowe, a potem je zwraca. Bardzo o nie dbam. Ale to właśnie stąd wiem tyle co mój nauczyciel.

- Nie masz żadnych książek w domu?

- Ha! Nie mamy nawet żadnych w naszej szkole.

- Nie potrafię wyobrazić sobie szkoły bez książek. - Audrey przełknęła ostatni kęs kiełbaski, żałując, że nie ma serwetki, w którą mogłaby wytrzeć ręce. Kiełbaska była przepyszna, choć odrobinę zbyt tłusta. Dziewczynka wytarła palce w spódniczkę.

- Cóż, jestem pewna, że w elitarnej szkole, do której masz wyjechać, jest mnóstwo różnych książek.

Wzmianka o szkole przyćmiła radość, jaką Audrey czerpała z pikniku, jakby słońce schowało się za chmurą.

- Nie chcę wyjeżdżać i opuszczać Wellingford Hall. Tęsknię do domu nawet wtedy, gdy Alfie i ja jesteśmy na wakacjach nad morzem.

- To dlaczego uciekasz?

Audrey się nie odezwała. Nie znała odpowiedzi.

- Wiesz, że będą cię szukać.

- Wiem.

- Masz, zjedz swoją bułeczkę. - Dziewczynka podała ją Audrey, która wzięła kęs. Była tak smaczna jak bułeczki ich kucharki. Może nawet smaczniejsza. Żałowała, że nie miała filiżanki herbaty, którą mogłaby ją popić.

- A dlaczego nie pójdziesz do szkoły dziennej, tak jak ja - spytała dziewczynka - żeby móc wracać na noc do domu? Ja chodzę do szkoły pieszo, ale ty mogłabyś jeździć automobilem swojego ojca.

Audrey przestała jeść.

- To bardzo dobry pomysł.

- Czemu wyglądasz na zaskoczoną? Jestem tak samo mądra jak ty. Po prostu nie jestem tak bogata. - Strzepnęła okruchy z chustki i z powrotem przypięła ją do paska spódniczki.

- Czuję się winna, że zjadłam ci pół lunchu.

- Cóż, następnym razem, kiedy postanowisz uciec, możesz zabrać ze sobą swój lunch, żeby się ze mną podzielić.

- Następnym razem?

Dziewczynka, śmiejąc się, poturlała się po ziemi.

- Jesteś taka tępa! To był żart, Audrey Clarkson. Tym razem tak naprawdę nie masz zamiaru uciekać, więc w rzeczywistości nie będzie następnego razu. I raczej nie zostanę zaproszona na piknik na waszym trawniku, prawda?

- Przykro mi. Bardzo chciałabym cię zaprosić.

Dziewczynka wstała płynnym ruchem i otrzepała swoją spódniczkę.

- Chodź, przejdziemy na drugą stronę i odprowadzę cię aż do twojego trawnika. Potem będziesz mogła im oświadczyć, co postanowiłaś w związku ze szkołą.

Audrey z powrotem zaczęła brodzić w lodowatej wodzie, a prąd strumienia stawiał opór jej krokom. Tył jej sukienki był wilgotny od podłoża, na którym siedziała. Wiedziała, że będzie miała kłopoty z panną Blake, ale nie obchodziło jej to. Obydwie założyły buty i dziewczynka poprowadziła ją ścieżką, której Audrey wcześniej nie zauważyła. Zatrzymała się na samej krawędzi lasu, jakby czuła opór przed postawieniem kroku na gęstej, wypielęgnowanej trawie.

- Do zobaczenia, Audrey Clarkson. Powodzenia!

- Dziękuję. I bardzo dziękuję za piknik.

Zwróciła się w stronę domu. Słońce rozświetlało okna w zachodnim skrzydle Wellingford Hall, jakby stały w ogniu. Audrey postawiła kilkanaście kroków, po czym odwróciła się z powrotem.

- Zaczekaj! W ogóle nie powiedziałaś mi, jak masz na imię.

Ale dziewczynka zniknęła już pośród drzew.

***

Eve szła wąską ścieżką pośrodku lasu, a jej ekscytacja rosła coraz bardziej. Niech tylko babcia Maud usłyszy o jej pikniku z dziewczynką z Wellingford Hall! Głupiutka uciekała z domu. To ci pomysł! Kto chciałby uciec z tak baśniowego miejsca jak Wellingford Hall, z zastępami służących gotowych, by spełnić każde jej życzenie?

Babcia będzie czekała na nią z czajnikiem herbaty zaparzającej się pod ocieplaczem i kawałkiem ciasta prosto z piekarnika. Utuli Eve swoimi miękkimi rękami, jakby ostatnio widziała ją nie tego samego dnia rano, ale całe wieki temu. Wyrazi dezaprobatę z powodu pomiętego ubrania Eve, wyciągając jej z włosów kawałki liści, i spyta, jak jej minął dzień. Nie przejmie się tym, że nie poszła do szkoły, ale będzie bardzo zaskoczona, słysząc, że spotkała bogatą dziewczynkę z Wellingford Hall. Każdego wieczoru przed snem babcia czytała Eve Biblię i wyglądało na to, że Jezus miał do powiedzenia sporo złych rzeczy o bogatych ludziach, którzy nie dzielili się swoim dobytkiem z biednymi.

Kiedy wychodziła z lasu, by przejść przez środek cmentarza, Eve została skarcona przez sójkę skaczącą po czubkach drzew. Babcia uczyła ją nazw wszystkich ptaków i dźwięków, które wydawały. Rozmawiała nawet z małymi strzyżykami, które zbudowały gniazdo na tyłach jej ogrodu, jakby były jej dziećmi.

Eve przebiegła kilka ostatnich metrów dzielących ją od domu i wpadła do środka, wołając:

- Babciu Maud! Poznałam dzisiaj nową koleżankę i nie zgadniesz, kto nią jest. Nawet za milion lat!

Babcia spała w fotelu przy kuchence, a na jej kolanach leżały druty i luźna włóczka. Nie poruszyła się, nie reagując nawet wtedy, gdy wiatr zatrzasnął drzwi za Eve. Słuch babci, podobnie jak jej wzrok, pogarszał się coraz bardziej. Eve podeszła do kuchenki, żeby nastawić czajnik na herbatę, ale ogień ledwo się tlił.

- Babciu! - powiedziała, mówiąc wystarczająco głośno, żeby ją obudzić. - Zgasł ci ogień.

Wciąż się nie ruszała. Eve uklękła przy jej fotelu i potrząsnęła jej ramię, najpierw delikatnie, potem coraz mocniej, wołając jej imię.

- Babciu Maud! Obudź się!

Jej druty i w połowie uszyta skarpeta wypadły jej z palców. Coś było naprawdę nie tak.

Eve podniosła się i puściła się biegiem do domu sąsiadów, czując, jakby jej nogi były niezdarnymi kłodami. Nie zapukała do drzwi.

- Pani Ramsay! Proszę szybko przyjść! Z babcią jest coś nie tak. Nie chce się obudzić.

Pani Ramsay pospieszyła za Eve, wycierając ręce w fartuch.

- Poczekaj tu, dziecko - powiedziała, gdy dobiegły do drzwi domu. Eve pokręciła głową i podążyła za nią do środka. Pani Ramsay kucnęła przy fotelu i położyła dłonie na pomarszczonych dłoniach babci Maud. Delikatnie klepnęła babcię w policzek, a jej oczy napełniły się łzami.

- Ona odeszła, Eve. Tak mi przykro.

- Nie! Ona... to niemożliwe! Nawet nie była chora! - Serce podeszło Eve do gardła, niemal ją dusząc.

- Odeszła w pokoju, kochanie.

- Ale czuła się dobrze, gdy rano wychodziłam z domu! - Myśli Eve wirowały jak liście rozwiane przez wiatr. Pragnęła rozpocząć dzień na nowo i wszystko zrobić inaczej, tak by jego zakończenie było inne. Była jej to winna. - Powinnam... powinnam była szybciej przyjść do domu! Nie powinnam była zostawiać jej samej!

- Nie sądzę, żeby to coś zmieniło. Nadszedł jej czas, Eve.

Pani Ramsay chwyciła ją za rękę, ale Eve się wyrwała. Padła na kolana przed fotelem, kładąc głowę na kolanach babci tak, jak uwielbiała to robić. Ale tym razem nie poczuła miękkości i ciepła. Schowała twarz w spódnicy babci i zaczęła łkać.

Pani Ramsay pogłaskała ją po włosach.

- Wyślę Charliego do Wellingford, żeby sprowadził twoją mamę. Chodź ze mną do domu, zrobię herbatę.

Eve pokręciła głową.

- Muszę zostać z babcią Maud. Ogień zgasł. Muszę się tym zająć.

Pani Ramsay otworzyła usta, jakby chciała się sprzeciwić, ale zamknęła je z powrotem.

- Wrócę tak szybko, jak tylko zdołam.

Wszystko wydawało się nierzeczywiste. Mama wróciła do domu, choć nie było to niedzielne popołudnie. Płakała razem z córką i kołysała ją w ramionach. Odkąd Eve tylko pamiętała, babcia Maud opiekowała się nią, podczas gdy mama pracowała w Wellingford Hall. To babcia zajmowała się domem, przygotowywała Eve posiłki, cerowała jej skarpetki, łatała jej ubrania, zabierała ją do kościoła i dbała o to, by w domu było ciepło przez całą zimę. To babcia każdego dnia życia Eve mówiła jej, jak bardzo ją kocha. Jak Eve mogłaby żyć bez niej?

Na pogrzeb babci Maud w wiejskim kościele przyszli wszyscy. Kochali ją tak mocno jak Eve i rozmawiali o tym, jak chętna była do pomocy każdemu, kto znalazł się w potrzebie, nawet jeśli oznaczało to, że musiała się obyć bez zaspokojenia własnych potrzeb. Świeciło słońce, gdy grzebali ją na cmentarzu, i wydawało się, że to nie w porządku, że niebo nie płacze deszczem. Została pochowana obok swojego męża, dziadka, którego Eve nigdy nie poznała. Mama podniosła garść ziemi i rzuciła ją na trumnę, ale Eve nie była w stanie tego zrobić.

Mieszkańcy wioski zebrali się potem w domu babci, dzieląc się jedzeniem i opowieściami. "Zawsze będziemy twoją rodziną", mówił pastor. Ale nikt nie przytulał tak cudownie jak babcia Maud. Kiedy wyszła już ostatnia osoba i Eve została sama z mamą, dom wydawał się mroczny i pusty, jakby to babcia była źródłem światła i ciepła.

- Mamo, czy sądzisz, że babcia jest w niebie? - spytała Eve.

- Oczywiście, że jest w niebie. Kochała Jezusa, dobrze o tym wiesz.

- Więc jest teraz z moim tatusiem?

Mama pokiwała głową.

- Tak. I na pewno bardzo się cieszą, że mogą... - Zanim zdołała skończyć, płacz odebrał jej głos. Zapadła się w fotelu babci Maud, jakby nie miała siły, żeby stać.

Eve podniosła z kredensu oprawioną fotografię mamy i taty i usiadła na podłodze obok fotela, w którym siedziała mama. Na zdjęciu wyglądała młodo i ładnie; tatuś był przystojny w swoim mundurze.

- Swoją miłość do przebywania poza domem masz po ojcu - powiedziała mama. - Jesteś do niego tak podobna. Masz taki sam kolor włosów i piegi dokładnie takie jak on.

Musnęła twarz Eve, jakby mogła wyczuć je palcami. Babcia Maud mówiła, że każdy pieg oznaczał miejsce, w którym pocałował ją anioł. Wnętrze Eve przeszył ból. Babcia Maud odeszła. Odeszła! Dokładnie jak jej tatuś.

Eve często snuła marzenia, jak mogłoby wyglądać jej życie, gdyby nie umarł. Mieszkałaby na farmie razem z nim, mamą i babcią Maud. Tatuś zajmowałby się owcami i krowami, a mama mogłaby być w domu razem z Eve, a nie pracować w Wellingford Hall. Śpiewałaby, pracując w kuchni, tak jak robiła to babcia Maud.

- Musimy podjąć decyzję, co robić dalej - powiedziała mama. - Nie możesz mieszkać tu sama, kiedy będę pracować w Wellingford albo towarzyszyć lady Rosamunde w Londynie.

Eve wiedziała, że jej dzieciństwo w tym małym domu dobiegło końca. I choć nie mogła wyobrazić sobie opuszczenia jedynego domu, jaki kiedykolwiek miała, nie chciała też mieszkać sama w miejscu, które z każdej strony i każdym zapachem przypominało jej o babci.

- Chcę pracować w rezydencji razem z tobą.

- Ach, Eve. Nie. - Mama wzięła ją w ramiona i mocno uścisnęła. - Nie chciałam, żebyś kiedykolwiek poszła na służbę. Nigdy. Po wojnie wiele się zmieniło i dla mądrych małych dziewczynek jak ty są teraz o wiele lepsze zajęcia niż bycie służącą. Marzyłam, żebyś pewnego dnia zrobiła kurs pisania na maszynie albo pracowała w sklepie. Ale masz tylko dwanaście lat - wciąż za mało na jedno albo drugie. - Wypuściła Eve z objęć i pogładziła ją po włosach. - Miałam nadzieję, że sama kiedyś opuszczę Wellingford Hall, ale po zapłaceniu czynszu nigdy nie miałam wystarczająco dużo pieniędzy.

- Teraz, kiedy już tu nie mieszkamy, będziemy miały więcej pieniędzy. Możemy oszczędzać.

- To prawda, ale...

- Poza tym nie mam nic przeciwko pójściu na służbę. Skoro zajmowałaś się tym tyle lat, ja też mogę.

- Może tylko przez kilka lat. I całe nasze pieniądze będziemy oszczędzać na twoją przyszłość.

Pomimo starań mamy, żeby wywołać na twarzy uśmiech, Eve widziała smutek w jej oczach.

- Będę mogła częściej się z tobą widzieć - powiedziała. - I nie będziesz już musiała walczyć z tą starą, rozklekotaną kuchenką. - Obdarzyła piec kopniakiem.

- W Wellingford będą ci kazali pracować bardzo ciężko, dopóki się nie sprawdzisz. I będziesz musiała słuchać poleceń gospodyni, pani Smith.

- Wiem. Dopóki nie skończę szesnastu lat, racja? Tylko do momentu, aż zaoszczędzimy wystarczająco dużo pieniędzy.

Oczy mamy znów wypełniły się łzami.

- Przez te wszystkie lata, które spędzałam w przeznaczonej dla służby ciemnej sali na dole, mogłam sobie wyobrażać, jak biegasz na zewnątrz, wspinasz się na drzewa i bawisz się w lesie. Jesteś wolnym duchem, Eve, i nie chciałam, żebyś kiedykolwiek pracowała w tej zimnej, ciemnej rezydencji. Teraz nie będziesz nawet mogła chodzić do szkoły... - Nie była w stanie dokończyć.

- Nie szkodzi, mamo. Naprawdę. Babcia Maud powtarzała: "Czy słońce, czy deszcz, po prostu przyjmij dzień, który daje ci Pan". Pamiętasz?

Mama pokiwała głową. Otarła łzy.

- Chyba lepiej zacznijmy się pakować. Nie mamy zbyt wiele, nieprawdaż?

- Pójdzie nam szybko.

Eve powstrzymała łzy i zdjęła z gwoździa w ścianie oprawiony obrazek Jezusa. Trzymał w ramionach baranka, a na dole złotymi literami wypisane były słowa: "Pan jest pasterzem moim". Babcia uwielbiała opowiadać historie o tym, jak tatuś Eve zajmował się swoim stadem owiec. Zdarzało się, że któraś przeciskała się pod ogrodzeniem i oddalała się od farmy. A tatuś ruszał na poszukiwania i sprowadzał ją do domu, dokładnie jak pasterz w opowieści Jezusa.

"Pamiętaj te słowa, Eve", mówiła babcia, wskazując na obrazek. "Choć nie masz ojca tu, na ziemi, to masz Ojca niebieskiego. A Pan zawsze będzie twoim wiernym pasterzem". Eve zawinęła obrazek w jeden z kolorowych koców babci, by zabrać go ze sobą do Wellingford Hall.

Następnego ranka po raz ostatni obudziła się w łóżku we własnym domu. Za oknem widziała szare chmury wiszące tak nisko, że niemal mogła ich dotknąć, jakby mglistymi łzami okazywały jej współczucie. Zamknęła drzwi domu, żegnając się z nim w myślach, po czym razem z mamą rozpoczęły długą drogę do Wellingford Hall, niosąc ze sobą wszystko, co miały.

Gdy tylko wielka rezydencja pojawiła się w zasięgu ich wzroku, zatrzymało je stado owiec, które zablokowały drogę, przechodząc z jednej strony na drugą, by wejść przez bramę pastwiska. Pasterz pozdrowił je, uchylając kapelusza.

Eve wiedziała wtedy, że Dobry Pasterz będzie nad nią czuwał w jej nowym domu.

 

 

3

Wellingford Hall, 1932 r.

Eve nauczyła się znikać. W ciągu dziewięciu miesięcy, które spędziła już jako pomywaczka w Wellingford Hall, stała się mistrzynią w wychodzeniu przez okna albo niepostrzeżonym wymykaniu się na zewnątrz, by parę minut później pojawić się w miejscu, w którym powinna być, jakby w ogóle go nie opuściła. Tak długo, jak ciężko pracowała i wypełniała wszystkie obowiązki, nikt nie przejmował się zbytnio jej zniknięciami. Tego dnia wyglądała przez małe, oblepione brudem okienko zmywalni na zielony świat, a ciepłe światło wiosennego słońca i błękitne niebo wzywały ją zza falistej szyby. Pospieszyła, by dokończyć szorowanie piaskiem do naczyń najlepszego miedzianego garnka kucharki, wytarła go na błysk, po czym wspięła się na stół, by móc przecisnąć się przez małe okienko i uciec na zewnątrz. Było ciasne. Eve urosła w ciągu kilku ostatnich miesięcy, a jej ramiona zrobiły się szersze. Jeszcze trochę i nie będzie mogła przeciskać się przez otwór, ale tego dnia udało się jej wydostać na wolność.

Po czasie spędzonym na pracy w mrocznej piwnicy oczy Eve zaczęły łzawić w jasnym świetle słońca. Czekała, aż się przyzwyczają, nasłuchując odgłosów nożyc George'a. Znalazła go, gdy przycinał rosnące w rzędzie krzewy bukszpanu w ogrodach formalnych. Uwielbiała stworzony przez George'a przepiękny świat jasnych kwiatów i zielonych krzewów, podzielony na figury geometryczne za pomocą wysypanych żwirem ścieżek. Woda pluskała w fontannie. Za krzewami kryły się marmurowe rzeźby i ławki, czekając, aż ktoś je odkryje. Eve nie mogła już włóczyć się po lesie, ale eksplorowanie ogrodów formalnych Wellingford było prawie tak samo dobrym zajęciem.

George przerwał przycinanie i wyciągnął szmatkę z tylnej kieszeni spodni, żeby otrzeć pot z czoła.

- Jak się miewa moja ulubiona panienka? - zapytał. - Czy świat traktuje cię dziś dobrze?

- Traktuje mnie w porządku, George.

Żwir zachrzęścił pod jej butami, gdy schyliła się, żeby go przytulić. Przez swoją smukłą, zwartą sylwetkę i okrągłą, brązową od słońca, pokrytą szczeciną twarz. George przypominał jej wąsatą wydrę, którą widziała kiedyś w jednej z książek przyrodniczych pana Clarksona. George w każdą niedzielę chodził do kościoła razem z Eve i jej mamą i siadał razem z nimi w ławce. Eve nigdy nie miała dziadka, ale wyobrażała sobie, że gdyby go miała, byłby dokładnie taki jak George.

- Chciałabym móc cały dzień pracować z tobą, na zewnątrz, a nie w środku - powiedziała.

- Też bym tego chciał, panienko. Jesteś przyjemniejsza dla oka niż te niezdarne chłopaki z wioski, które dla mnie pracują. - Wepchnął szmatkę do kieszeni i przybliżył się do niej, zniżając głos, jakby zdradzał jej sekret. - Dasz mi chwilę, Eve? Mam dla ciebie coś specjalnego.

Wziął ją za rękę i poprowadził pośród wypielęgnowanych klombów, zmierzając do ogrodu warzywnego przy stajniach, obecnie przekształconych w garaże na automobile pana Clarksona. Zatrzymał się przy jednej z oświetlonych przez słońce grządek.

- Dojrzały już pierwsze truskawki, tutaj, widzisz? Dalej, zerwij sobie parę.

- Truskawki!

Eve upadła na kolana i zerwała z łodygi jedną, w kolorze głębokiej czerwieni, po czym wrzuciła ją do ust. Zamknęła oczy, rozkoszując się soczystą słodyczą.

- Weź, ile tylko zechcesz, panienko. Tylko nikomu nie mów, zwłaszcza Tildy.

Puścił jej oko. Mama twierdziła, że George i Tildy, kucharka, czuli do siebie miętę, ale Eve nie mogła sobie wyobrazić, żeby ludzie tak starzy jak oni mogli być zakochani.

Zjadła jeszcze kilka truskawek, po czym wypełniła nimi kieszenie fartucha. George pomógł jej wstać.

- Dzięki. Zjem resztę pod oknem kuchni, w razie gdyby pani Smith chciała na mnie nakrzyczeć.

- Nie ma za co, kochanie.

George znał jej tatusia przed wojną, a Eve uwielbiała o niego pytać. "To był świetny młody mężczyzna, ten twój ojciec", mówił jej. "Szkoda, że nigdy go nie poznałaś. Ta wojna to..." Kręcił głową, jakby nie wiedział, jakich słów ma użyć. "To było takie marnotrawstwo... Taki okropny sposób na zmarnowanie życia. Nigdy nie widziałaś młodego mężczyzny równie oczarowanego, jak twój ojciec. Bezwstydnie flirtował z Ellen. Sądzę, że celowo wypuszczał owce z zagrody, żeby wędrowały aż tutaj, tak by miał pretekst do tego, żeby się z nią widzieć. Rzecz jasna, twoja mama była pięknością. Wciąż jest. A ty masz to po niej, panienko".

Eve wróciła z George'em do ogrodów formalnych, po czym z powrotem przecisnęła się między krzewami. Gdy stanęła pod oknem zmywalni, usłyszała nad głową łkanie dochodzące z rezydencji. Dźwięk wydobywał się na zewnątrz przez otwarte okno na drugim piętrze. Czyżby panienka Audrey wróciła ze swojej elitarnej szkoły z internatem? Nie było jej na miejscu przez większość czasu, który Eve spędziła, pracując w Wellingford, i wróciła do domu tylko kilka razy. A teraz z jakiegoś powodu wypłakiwała oczy.

Eve wślizgnęła się przez drzwi do kuchni, po czym na palcach weszła na górę po schodach dla służby. Jej własna sypialnia, podobnie jak pokoje pozostałych służących, znajdowała się na trzecim piętrze, ale zatrzymała się na drugim, przy zakazanych drzwiach, które prowadziły do sypialń Clarksonów. Mama pracowała tam jako osobista służąca lady Rosamunde, ale Eve nigdy jeszcze nie była w części domu zarezerwowanej dla Clarksonów. Nie wolno jej było tam wchodzić. Stojąc na klatce schodowej, usłyszała żałosny płacz i podjęła decyzję, by otworzyć drzwi. Gdy już znalazła się w korytarzu, łatwo było podążać za dźwiękiem. Miękki dywan tłumił jej kroki. Ciągnęła palcami po ścianach pokrytych ładną tapetą w paski. Iskrzące się elektryczne lampy oświetlały jej drogę. Stanąwszy przed pokojem panienki Audrey, Eve zawahała się, zanim zapukała do drzwi.

- Kto tam? - odezwał się głos.

Eve uchyliła drzwi i zajrzała do środka.

- To ja.

- Nie wzywałam służącej - powiedziała panienka Audrey, siedząc na swoim wielkim łóżku. - Czego chcesz?

Eve rozejrzała się dookoła, upewniając się, że Audrey jest sama, po czym wsunęła się do pokoju i zamknęła za sobą drzwi. Przez dłuższą chwilę nie była w stanie wyjaśnić, dlaczego tu przyszła, bo oniemiała na widok pokoju jak z bajki. Był tak duży, jak cały jej wiejski dom, a każdą ścianę pokryto bladoniebieską tapetą w maleńkie białe kwiatki. Olbrzymie łóżko panienki Audrey miało przypominające namiot sklepienie z materiału w kolorze stonowanego błękitu, a po obu stronach wisiały związane zasłony. Na podłodze leżał gęsty, wzorzysty dywan, zaś jedna ze ścian pokoju w całości pokryta była półkami z książkami, lalkami, a nawet małym zabawkowym domem. Eve nie zdążyła jeszcze wszystkiego obejrzeć, gdy odezwała się Audrey:

- Jesteś tą dziewczynką z lasu! Co tutaj robisz?

- Przyniosłam ci coś - powiedziała Eve, ostrożnie wybierając truskawki z kieszeni. Wciąż były ciepłe od słońca. - Dopiero co je zerwałam. - Podeszła bliżej i wysypała je w połę sukienki Audrey. - Spróbuj.

Audrey strzepnęła z jednej truskawki trochę ziemi i włożyła ją do ust.

- Smaczne, prawda? - spytała Eve.

- Tak. Dziękuję. - Audrey lekko zadrżała, jakby próbowała opanować resztki płaczu.

- Planowałam zjeść wszystkie, ale brzmiałaś tak smutno, że pomyślałam, że potrzebujesz ich bardziej niż ja.

- Możemy się nimi podzielić.

Audrey oddała jej dwie truskawki. Przeżuwając, Eve zamknęła oczy, pozwalając, by sok wypełnił jej usta.

- Jak dostałaś się do mojego domu? - spytała Audrey.

- Teraz tutaj mieszkam. Pracuję w zmywalni na dole. Miałaś otwarte okno i usłyszałam, jak płaczesz, więc chciałam cię pocieszyć. Może wyjdziemy razem na zewnątrz? Kiedy jest mi smutno, wyjście zawsze mi pomaga.

- Matka jest na mnie zła. Kazała mi zostać w moim pokoju.

- Cóż, mi kazali szorować garnki, ale nie zawsze robię to, co mi każą. W końcu przestało padać i chociaż przez chwilę świeci słońce. No, dalej.

Audrey zawahała się, po czym zeszła z ogromnego łóżka i podążyła za nią do drzwi.

- Wciąż jesteś mi winna piknik, pamiętasz? - powiedziała Eve, odwracając się w jej stronę. - Ale nie będę się go domagać dzisiaj.

Poprowadziła Audrey korytarzem do drzwi dla służących.

- Zaczekaj. Dokąd idziesz?

- Nie mogę zejść główną klatką schodową. Po pierwsze, zgubiłabym się, jako że nigdy nie byłam w twojej części domu. Po drugie, gdyby Robbins mnie złapał, zastrzeliłby mnie na miejscu. Chodź za mną.

Poprowadziła Audrey po tylnych schodach, a gdy dotarły na sam dół, zatrzymała się, by nasłuchiwać. Cisza. Po południu większość służących odpoczywała przed ogromem przygotowań do wieczornego posiłku.

- Potrafisz biegać? - spytała Eve. - Musimy zwiać przez kuchnię do tylnych drzwi, zanim zobaczy nas Tildy. Gotowa?

Nie dając Audrey czasu na odpowiedź, puściła się sprintem przez środek pomieszczenia i dalej, przez drzwi. Panienka Audrey podążyła za nią lekkim truchtem. Eve poprowadziła ją przez otwór w żywopłocie do ogrodów formalnych, po czym usiadła na porośniętej trawą ziemi przy fontannie.

- Pięknie tu, prawda?

- Nie potrafię biegać tak szybko, jak ty - wysapała Audrey.

- Nikt nie potrafi. Zawsze zostawałam najszybszą osobą w szkole w wyścigach na koniec semestru. Zbierałam wszystkie nagrody.

- Nie odważę się być na zewnątrz zbyt długo - powiedziała Audrey, gdy w końcu odzyskała oddech. - I nie mogę pobrudzić szkolnego mundurka.

- W takim razie po prostu posiedźmy tu kilka minut. Uwielbiam te wszystkie rodzaje kwiatów, a ty? Tyle kolorów! Gdybym była tobą, spędzałabym w tym ogrodzie cały swój czas.

- W ogóle nie powiedziałaś mi, jak masz na imię, kiedy się ostatnio spotkałyśmy.

- W ogóle nie spytałaś. Jestem Eve. Eve Dawson.

Jej oczy napełniły się łzami, gdy przypomniała sobie, co wydarzyło się ostatniego dnia, kiedy się spotkały.

- Co się stało? - spytała Audrey.

- Kiedy tamtego dnia wróciłam do domu z pikniku, znalazłam babcię Maud... myślałam, że śpi, ale była już w niebie. - Eve przerwała, czekając, aż drżenie zniknie z jej głosu. Jej żal był wciąż świeżą raną, choć minęło już tyle miesięcy. - Nie mogłam mieszkać sama, więc mama znalazła tu dla mnie pracę pomywaczki.

- To smutne. Przykro mi z powodu twojej babci.

- Mnie też. - Eve potarła oczy, żeby otrzeć łzy. - Dlaczego przed chwilą płakałaś?

Audrey zaczerpnęła wielki oddech.

- Matka jest na mnie wściekła. Byłam tak nieszczęśliwa i stęskniona za domem w szkole z internatem, że się pochorowałam. Pani dyrektor musiała zadzwonić do matki i poprosić ją, żeby wysłała Williamsa, który przywiózł mnie do domu. Na początku robiłam to, o czym mi mówiłaś. Powiedziałam matce, że nie chcę mieszkać w szkole, i błagałam ją, żeby Williams mógł mnie tam zawozić każdego dnia. Odmówiła. - Audrey brzmiała, jakby zaraz znowu miała się popłakać. - Wszystkie inne dziewczęta śpią na miejscu, a matka powiedziała, że jeśli ja nie będę, nigdy nie nawiążę żadnych przyjaźni. Ale semestr za chwilę się kończy, a ja wciąż nie mam ani jednej przyjaciółki! Wszystkie mają swoje małe grupki i albo mnie ignorują, albo płatają mi złośliwe figle. Ostatniej nocy wrzuciły mi do łóżka zdechłe chrząszcze.

Eve odwróciła twarz, by ukryć uśmiech, podczas gdy Audrey znów załkała. Po zmywalni cały czas biegały chrząszcze i myszy. Eve się ich nie bała.

- Matka mówi, że jestem uparta i dziecinna - ciągnęła dalej Audrey - ale nie zdaje sobie sprawy z tego, jak bardzo jestem samotna. Chcę spać we własnym łóżku w Wellingford Hall, a nie we wspólnym pokoju z tymi wszystkimi okropnymi dziewczynami! - I znowu zaczęła płakać.

Eve próbowała być cierpliwa. Ale przecież w rodzinie Audrey nikt nie umarł. Po prostu użalała się nad sobą. Gdyby była tu babcia Maud, powiedziałaby, że jest na tym świecie mnóstwo ludzi, którzy są usytuowani gorzej niż Audrey. Dodałaby, że Bóg zawsze ma swój powód, żeby umieścić każdego, bogacza czy biedaka, w takim miejscu, w jakim zechciał go umieścić.

Gdy Eve miała już dość jej mazgajenia, odezwała się:

- Panienko Audrey? Wyciągnij rękę. Tym razem wnętrzem do dołu.

Audrey lekko zmarszczyła brwi i otarła łzę, ale zrobiła to, co kazała jej Eve. Jej skóra była gładka i biała jak mleko, delikatna jak płatek lilii. Eve wyciągnęła własną rękę i przytrzymała ją obok ręki Audrey.

- Zobacz, jak różne są nasze dłonie.

- Dlaczego twoja skóra jest cała czerwona i popękana?

- Od czyszczenia garnków, mycia podłóg i szorowania twoich schodów frontowych każdego poranka. - Wstała, po czym pomogła podnieść się Audrey. - Chodź, chcę ci pokazać coś jeszcze.

Wyprowadziła ją z ogrodu z powrotem do kuchni, a potem przez łukowe drzwi do zmywalni. Niski sufit i kamienne ściany pokryte były łuszczącym się gipsem. Nierówną podłogę wyłożono dużymi płytami chodnikowymi. W pomieszczeniu było tylko jedno malutkie okno - to, przez które wcześniej przecisnęła się Eve. Obok chwiejących się gór cynowych balii piętrzyły się stosy powgniatanych wiader służących do noszenia gorącej wody z kuchennego pieca. W nocy całą przestrzeń oświetlała tylko jedna lampa naftowa. Po kątach chowały się myszy, które od czasu do czasu przebiegały koło stóp Eve.

- Czy kiedykolwiek wcześniej byłaś w tej części domu? - spytała.

Audrey cofnęła się o krok.

- Nie. Wygląda jak jaskinia!

- To tutaj pracuję każdego dnia - powiedziała Eve. - Budzę się przed świtem, a ostatni garnek kończę szorować po zmroku. Ale nigdy nie słyszałaś, żebym szlochała, płakała i użalała się nad sobą, prawda? Jest, jak jest. Babcia Maud mawiała: "Nikomu nie pomaga siedzenie w błocie i rozczulanie się nad sobą. Albo wstań i się umyj, albo przyzwyczaj się do kałuży".

Eve usłyszała brzęk kluczy, ostrzeżenie, że zbliża się gospodyni. Chciała wciągnąć Audrey do zmywalni i ukryć się, ale było już za późno. Pani Smith je zauważyła.

- Panienko Audrey! Co, na litość boską, robisz tu na dole?

Audrey wyglądała jak przestraszony jelonek, chociaż przecież to nie ona miała mieć kłopoty.

- Bardzo chciałabym prowadzić twoje okropne życie, panienko Audrey - odezwała się Eve, spiesząc się, by dokończyć to, co chciała powiedzieć. - Cieszyłabym się, mogąc chodzić do twojej szkoły, do jakiejkolwiek szkoły, ale muszę pracować tutaj. Bardzo też chciałabym mieć twoje ładne ubrania, półki pełne książek i twój piękny, wielki dom, ale nigdy nie będę ich miała, choćbym dożyła setki.

Zdawało się, że Audrey zastygła z zaskoczenia. Eve zastanawiała się, czy w ogóle słyszała, co się do niej mówi. Pani Smith zmiażdżyła Eve gniewnym spojrzeniem, po czym położyła dłoń na ramieniu Audrey i delikatnie pokierowała ją za zewnątrz zmywalni.

- Chodź, panienko Audrey. Twoje miejsce jest na górze.

- Staram się nie myśleć o wszystkich tych rzeczach, których nie mam - ciągnęła dalej Eve, mówiąc teraz głośniej, jako że szła za nimi. - Mój tatuś nie żyje, babcia Maud odeszła i nie mogę już nawet mieszkać w naszym małym domku. Ale nie jest tu tak źle. Mama i ja mamy dużo przyjaciół. Oszczędzamy pieniądze, żebym mogła zrobić kurs pisania na maszynie i dostać pracę w wiosce, a może nawet w Londynie.

Pani Smith zatrzymała się, gdy dotarły do schodów wiodących do części domu przeznaczonej dla panienki Audrey, i rzuciła Eve surowe spojrzenie.

- Wystarczy tego, Eve. Wracaj do pracy.

Zamiast tego Eve ruszyła za nimi w górę, aż do obitych suknem drzwi.

- Czy wiesz, dlaczego te drzwi od naszej strony są wyściełane i pokryte suknem? - spytała, gdy pani Smith otworzyła je dla Audrey. - Po to, żebyście ty i twoja rodzina nie słyszeli nas ani nie czuli naszego zapachu. Twoja strona drzwi jest cała w pięknych rzeźbieniach, a nasza jest gładka. Właśnie tak różne jest twoje życie od mojego.

- Cicho bądź, Eve.

- Będę twoją przyjaciółką, panienko Audrey, jeśli zechcesz - zawołała za Audrey.

Drzwi się zatrzasnęły. Eve zbiegła w dół do zmywalni, wiedząc, że będzie miała kłopoty. Opadła na drewniany taboret, z mocnym postanowieniem, żeby się nie rozpłakać, i czekała na ostrzegawczy brzęk kluczy gospodyni. Po chwili go usłyszała.

- Co mam z tobą zrobić, Eve? - spytała pani Smith, krzyżując ręce na piersiach. Nie wyglądała na tak rozzłoszczoną, jak spodziewała się tego Eve.

- Jak sądzę, każe mi pani spakować moje rzeczy.

- Masz rację, powinnam to zrobić. Ale twoja matka jest osobistą służącą lady Rosamunde. Jeśli cię zwolnię, ona również odejdzie, a bez niej pani wpadłaby w rozpacz. - Przyjrzała się jej przez dłuższą chwilę, a Eve wydało się, że dostrzegła w jej oczach współczucie. - Kto by pomyślał, żeby zbesztać panienkę Audrey w taki sposób! Co sobie wyobrażałaś?

Jak mogła jej wyjaśnić, że robiła tylko to, co babcia Maud robiła za każdym razem, gdy Eve pogrążała się w użalaniu się nad sobą?

- Chyba będziemy po prostu musiały poczekać, żeby zobaczyć, jakie kłopoty spotkają nas ze strony góry - powiedziała w końcu pani Smith. - Jestem pewna, że nie minie dużo czasu, a otrzymamy wieści od panny Blake albo i samej lady Rosamunde.

Eve wróciła do swoich obowiązków, czekając, kiedy niebo spadnie jej na głowę. Jeśli choć trochę żałowała tego, co powiedziała, to ze względu na mamę, nie samą siebie. Z jej powodu mama mogła stracić pracę.

Krótko przed kolacją jedna z pokojówek przyniosła Eve kopertę, na której drukowanymi literami napisano jej imię. Wytarła ręce w fartuch i rozerwała ją, chcąc poznać złe wieści tak szybko, jak to możliwe.

Droga Eve,

mam nadzieję, że nie wpadłaś przeze mnie w kłopoty. Miałaś rację. Użalałam się nad sobą. Dziękuję za truskawki i pocieszanie mnie. Jesteś bardzo odważna.

Twoja przyjaciółkaAudrey Clarkson

***

Audrey usłyszała charakterystyczne pukanie do drzwi panny Blake - trzy delikatne, krótkie stuknięcia - zanim ta druga wkroczyła do jej pokoju.

- Już czas, żeby zejść na dół, Audrey. Jesteś gotowa?

Poprawiła kokardę na sukience Audrey i przygładziła luźny loczek, który wpadał jej do oczu. Matka zbeształaby zarówno pannę Blake, jak i Audrey, gdyby jej maniery i wygląd nie były doskonałe. Panna Blake, prawie czterdziestolatka, puszysta, blada i niezbyt ładna, była daleką kuzynką matki w drugiej linii, której nie udało się znaleźć męża, zanim zaczęło jej brakować pieniędzy. Choć jej praca jako guwernantki nie była już dłużej potrzebna, wciąż była jednym z domowników.

- Dość już łez, Audrey - powiedziała stanowczo. - Twojej matce nie spodoba się, jeśli będziesz dalej płakać i rozczulać się nad sobą.

- Tak, proszę pani.

- Chodźmy. I pamiętaj o właściwej postawie.

Każdego wieczoru, kiedy Audrey była w domu, wymagano od niej, by razem z panną Blake zeszła do salonu i parę minut porozmawiała z rodzicami, zanim matka i ojciec przejdą do kolacji. Od momentu, gdy Eve pokazała jej zmywalnię, bez przerwy zastanawiała się, co im powiedzieć. Musiała być odważna. Skoro Eve mogła cały dzień pracować w tej okropnej jamie, Audrey mogła zmierzyć się z rodzicami w salonie. Chciała powiedzieć, co myśli, bez żadnych łez, dokładnie tak jak Eve.

- Ufam, że przestałaś dramatyzować i jesteś gotowa znów zachowywać się tak, jak przystało na młodą damę? - spytała matka, gdy stanęła przed nią Audrey. Wyglądała pięknie: siedziała wygodnie na sofie, a cekiny na jej sukni skrzyły się jak blask słońca na powierzchni wody. Z jej długiej lufki wydobywała się smuga dymu i wznosiła ku sufitowi.

- Tak, matko. Bardzo przepraszam za to, jak się zachowywałam.

- Mam taką nadzieję. Przyniosłaś wstyd samej sobie, nie mówiąc już o ojcu i mnie. Młoda kobieta w twoim wieku nie powinna publicznie płakać i zachowywać się tak, jak to robiłaś, ani żądać, żeby przywieziono ją do domu.

Strząsnęła odrobinę popiołu do stojącego obok naczynia.

- Wiem. Przepraszam, matko. - Szykując się, żeby powiedzieć, co myśli, Audrey wyprostowała się, tak jak zrobiłaby to Eve. - Mam prośbę do ciebie i ojca.

Ojciec, ubrany w ciemny smoking i świeżo wyprasowaną białą koszulę, stał plecami do nich. Wyglądał przez okno, czekając, aż przybędą jego goście. Nie zwracał na Audrey uwagi.

- Prośbę? - Matka wypowiedziała to słowo w taki sposób, jakby było w nim coś dziwnego. Zdawała się rozbawiona.

- Tak. Proszę, weź pod uwagę, jak upokarzający byłby dla mnie powrót do szkoły po tym, jak pozostałe dziewczęta traktowały mnie tak okrutnie, i proszę, pozwól mi zostać w domu. Jestem tam straszliwie nieszczęśliwa i chciałabym kontynuować moją edukację na miejscu, z panną Blake.

- Straszliwie nieszczęśliwa? - powtórzyła za nią matka. Drwiła z Audrey, ale ona stała z uniesioną głową, nie pozwalając popłynąć łzom.

- Tak. Kiedy tam jestem, przez cały czas boli mnie brzuch. Każdego dnia jest coraz gorzej.

- Och, na litość boską, Audrey. - Matka odwróciła wzrok.

- Proszę, nie każ mi tam wracać. - Jej głos drżał, ale się nie rozpłakała.

- Jesteś dziecinna i niepoważna.

Ojciec odwrócił się od okna w ich stronę.

- Nie każ jej jechać, jeśli nie chce, Rosamunde. - Jego głos był szorstki, ale marszczył brwi na matkę, nie na Audrey. - Chcesz, żeby wyrosła z niej kobieta tak chorowita, jak jej ciotka?

- Audrey nie może się tu kryć jak odludek. Potrzebuje towarzystwa innych dziewcząt.

- Nie, jeśli mają ją dręczyć. Możesz zostać w domu, Audrey.

- Dziękuję, ojcze. - Starała się nie rozpłakać, ale dobroć ojca niemal ją rozbroiła. Żałowała, że nie może go przytulić. - Obiecuję, że będę ciężko pracować z panną Blake i że będę robić wszystko, o co poprosi.

- W porządku! - Matka zgasiła papierosa, jakby poczuła do niego niechęć. - Ale po skończeniu szesnastu lat pójdziesz do pensji dla panien1 i nie zniosę wtedy żadnych kłótni.

Audrey z lekkością weszła po schodach, upojona swoim zwycięstwem i uwolnieniem się od szkoły z internatem. Żałowała, że nie może opowiedzieć Eve, jaka była odważna. Myślała o niej, gdy tego wieczoru kładła się do łóżka, i nie przestawała o niej myśleć następnego dnia, gdy panna Blake objaśniała jej poezję lorda Byrona. Gdy nadszedł czas na popołudniową herbatę, Audrey postanowiła podjąć działanie.

- Niech pani uprzejmie poprosi panią Smith, żeby przygotowała dziś herbatę na trzecią - powiedziała do guwernantki. - Chciałabym zaprosić Eve Dawson, żeby się do nas przyłączyła.

- Nie znam żadnej panienki Dawson. Czy jest z twojej szkoły?

- Eve jest jedną ze służących. Pracuje w zmywalni.

- Nie możesz pić herbaty z pomywaczką - obruszyła się panna Blake. - To niespotykane. Twoja matka nigdy by na to nie pozwoliła.

- Matka nie musi o tym wiedzieć. Wczoraj, gdy byłam smutna, Eve była dla mnie bardzo dobra, i żeby jej podziękować, chciałabym ją zaprosić na herbatę.

- Najpierw będę musiała porozmawiać z gospodynią.

- Pójdę z panią.

Audrey podążyła w dół za panną Blake, do wielkiego holu, aby posłać po gospodynię. Cichy brzęk kluczy pani Smith zwiastował jej nadejście.

- Panienka Audrey poprosiła, żeby móc wypić herbatę z Eve Dawson. Czy wie pani, kim ona jest? - spytała panna Blake.

Jeśli prośba zaskoczyła gospodynię, dobrze to ukryła. Zgodnie z panującą w domu hierarchią ona i guwernantka funkcjonowały niezależnie i były sobie prawie równe - choć Audrey uważała, że panna Blake, mająca swój własny pokój na drugim piętrze, stała jeden stopień wyżej niż pani Smith.

- Eve jest córką służącej lady Rosamunde. To dziewczyna Ellen - odpowiedziała pani Smith.

- Nie wiedziałam, że Ellen jest mężatką, a tym bardziej, że ma córkę - powiedziała panna Blake. - Sądziłam, że wszyscy słudzy w Wellingford muszą być stanu wolnego.

- Ojciec Eve zginął w Wielkiej Wojnie.

- Czy sądzi pani, że byłaby odpowiednim... gościem... dla panienki Audrey?

- Eve jest bardzo pracowitą i radosną dziewczyną. Wszyscy na dole ją lubią. Wątpię, by wypicie z nią herbaty wyrządziło panience Audrey jakąkolwiek szkodę.

Audrey bolało, gdy słyszała, że mówią o niej tak, jakby jej tam nie było. Miała już dość bycia traktowaną jak dziecko.

- Wellingford Hall jest moim domem - powiedziała. - Zaproszę na herbatę, kogokolwiek zechcę. - Poczuła się bardzo odważnie, ale obydwie kobiety wciąż ją ignorowały.

- Czy maniery tej pomywaczki są zadowalające? - spytała panna Blake.

- Tak uważam. Jej największą przywarą jest to, że wypowiada swoje zdanie, gdy powinna być cicho.

- Pani Smith! - powiedziała Audrey, przyciągając jej uwagę. - Wczoraj Eve miała rację. Użalałam się nad sobą. Cieszę się, że się odezwała. Nie jest podła jak dziewczęta w szkole. Nalegam, żeby zaprosić ją na herbatę.

Obydwie kobiety wyglądały na zaskoczone, jakby dziwiły się, dlaczego nagle zrobiła się taka szczera w wyrażaniu opinii.

- Dobrze więc - powiedziała panna Blake. - Panienka Dawson może dziś po południu wypić z nami herbatę w pokoju lekcyjnym.

Jakiś czas później Audrey, czekając na Eve, nie mogła usiedzieć z ekscytacji.

Eve nadeszła, niosąc tacę z herbatą, podczas gdy służąca, która zwykle się tym zajmowała, udzielała jej porad.

- Rób małe kroczki, Eve... Nie idź za szybko... Trzymaj tacę w poziomie.

Zdawało się, że Eve odetchnęła z ulgą, gdy w końcu udało jej się położyć tacę na miejscu, niczego nie rozlewając.

- Udało mi się - powiedziała z szerokim uśmiechem. Miała na sobie tę samą workowatą sukienkę i poplamiony fartuch, co wczoraj.

- Teraz spytaj panienkę Audrey, czy życzy sobie czegoś jeszcze - podpowiedziała służąca.

- Czy będzie coś jeszcze? - Eve spytała ze śmiechem w głosie. Jej wyszczerzone zęby wywołały uśmiech Audrey.

- Tak. Chciałabym, żebyś usiadła i napiła się ze mną herbaty. Jesteś mi winna piknik, pamiętasz?

Zaskoczenie Eve trwało tylko chwilę. Po szybkim spojrzeniu na służącą, a potem na pannę Blake, która zajęła już miejsce siedzące, Eve wysunęła krzesło i również usiadła. Audrey usiadła naprzeciwko i zaczekała, aż służąca przygotuje talerzyki, filiżanki, serwetki i sztućce. Po nalaniu herbaty do każdej filiżanki i postawieniu jednego talerza z malutkimi kanapkami, drugiego zaś z biszkoptami i babeczkami, wycofała się o krok.

- Możesz odejść - powiedziała jej Audrey.

Nie mogła się doczekać, aż opowie Eve, jaka była nieustraszona.

- Postanowiłam postąpić tak, jak mi mówiłaś, Eve. Postanowiłam zmyć z siebie błoto i zmienić sytuację zamiast siedzieć w kałuży. Przekonałam matkę i ojca, żeby pozwolili mi od teraz uczyć się tutaj, z panną Blake. Dziękuję, że dałaś mi odwagę, żebym zabrała głos w tej sprawie.

- Nie ma za co. - Eve wyglądała na zadowoloną.

- Poczęstuj się kanapką.

Audrey położyła dwie na własnym talerzyku, ale Eve nie tknęła jeszcze jedzenia ani nie spróbowała herbaty. Wyglądała na zestresowaną.

- Jesteś pewna, że to dla mnie?

- Tak. Te z serem to moje ulubione.

Zobaczyła, że Eve spojrzała na guwernantkę, zanim sięgnęła po kanapkę. Audrey postanowiła, że następnym razem poprosi pannę Blake, żeby mogły napić się herbaty same.

- Czy mówiłaś szczerze, kiedy powiedziałaś, że będziesz moją przyjaciółką? - spytała Audrey.

- Jeśli nam pozwolą. - Eve, jedząc, wpatrywała się we własny talerz.

- Pozwolą. Decyzja już została podjęta. Przeze mnie.

Z jakiegoś powodu Eve nie była tak pełna radości, jak zwykle i atmosfera podwieczorku wkrótce zrobiła się niezręczna. Zdawało się, że nikt nie wie, co właściwie ma mówić. Gdy skończyły się kanapki, Audrey zwróciła się do panny Blake:

- Czy miałaby pani za złe, gdybyśmy wraz z Eve zjadły babeczki same?

Guwernantka nie odpowiedziała. Audrey próbowała odczytać jej wyraz twarzy, ale nie była w stanie stwierdzić, czy była urażona, czy po prostu zaskoczona. Złożyła jednak swoją serwetkę i umieściła za talerzykiem, po czym wstała.

- Jak sobie życzysz, panienko Audrey.

- Kim ona jest? - spytała Eve, gdy panna Blake wyszła z pokoju.

- To moja guwernantka. A teraz, gdy już nie jestem w szkole z internatem, jest moją nauczycielką.

- Nigdy nie widziałam jej w jadalni dla służby. Czy ona tu mieszka?

- Jej pokój znajduje się tutaj, obok naszych.

Audrey nie chciała rozmawiać o pannie Blake ani o innych służących. Pochyliła się nad stołem.

- Skoro jesteś teraz moją najlepszą przyjaciółką, musimy dzielić się sekretami i opowiadać o wszystkim, co kiedyś chciałybyśmy robić.

Na twarzy Eve znów pojawił się szeroki uśmiech.

- Dobrze. Ale czy mogę najpierw zjeść jeszcze jedną babeczkę? Wiem, że dałam ci tylko pół bułeczki, gdy dzieliłam się z tobą lunchem, ale...

- Możesz zjeść cały talerz! - powiedziała Audrey z uśmiechem. Przesunęła talerz w kierunku Eve, po czym nalała więcej herbaty do jej filiżanki. - Gdybyś mogła zażyczyć sobie jednej rzeczy, co by to było?

- Tymi ciastkami już spełniłaś moje życzenie! - powiedziała Eve, biorąc kęsa. - Tildy czasem coś mi przemyca, jeśli zostawisz resztki po podwieczorku, ale nigdy nie jadłam dwóch na raz!

A Audrey traktowała te smakołyki jako coś oczywistego.

- Czego jeszcze byś sobie życzyła?

- Czy te wszystkie książki to twoje podręczniki? - spytała, wskazując na stertę na biurku Audrey, która pokiwała głową. - Chciałabym móc uczyć się ciekawych rzeczy, zamiast szorować przez cały dzień.

- Cieszyłabym się, mogąc pożyczać ci książki. Może mogłabyś codziennie przychodzić na górę na parę minut i panna Blake udzielałaby lekcji również tobie.

Eve wbiła wzrok w swoje kolana, gniotąc w rękach serwetkę.

- Co jest nie tak? - spytała Audrey.

Gdy Eve podniosła głowę, jej uśmiech wydawał się wymuszony.

- Nic. Teraz twoja kolej, żebyś powiedziała mi, czego byś sobie życzyła.

Audrey nie musiała się zastanawiać.

- Chciałabym być tak dzielna, jak ty. Masz tyle odwagi.

Zdawało się, że jej odpowiedź rozbawiła Eve.

- Gdybyś już miała odwagę, co byś z nią zrobiła?

- Cóż... mój brat chce latem nauczyć mnie pływać łodzią ojca. - Na samą myśl po plecach Audrey rozeszły się dreszcze. - Nie chcę go zawieść, ale boję się wypłynąć na otwarte wody, a bez ojca to mogłoby być jeszcze straszniejsze. Nigdy nie mogłabym sama chwycić za ster.

Eve położyła łokieć na stole i podparła głowę ręką, jakby chciała przemyśleć sprawę. Matka by się zbulwersowała. Jeśli chodzi o lęki Audrey, matka wywróciłaby oczami i powiedziała: "Och, na litość boską, Audrey".

- Hmm... Kierowanie łodzią wymagałoby ogromnej odwagi - powiedziała w końcu Eve. - Może zacznij od robienia rzeczy, które są tylko trochę straszne, i stopniowo stawaj się coraz odważniejsza? Mogłabyś zrobić listę takich rzeczy i po kolei je odznaczać.

- Boję się tak wielu rzeczy, że nie wiedziałabym, od czego zacząć.

Eve roześmiała się w tak samo wesoły sposób, jak śmiała się w lesie, gdy po raz pierwszy spotkała ją Audrey.

- Myślę, że mam jeden pomysł! Pamiętasz te chrząszcze, które dziewczyny wrzuciły ci do łóżka? Mogę ci przynieść parę zdechłych ze zmywalni, żebyś się do nich przyzwyczaiła.

Audrey zadrżała i zmusiła się do uśmiechu.

- To byłoby bardzo miłe z twojej strony.

- To będzie nasz sekret. Teraz ja mogę zdradzić ci sekret, jeśli obiecasz, że nikomu nie powiesz.

Audrey spróbowała przypomnieć sobie rytuał, którego nauczyła ją Eve. Położyła rękę na sercu i rzekła:

- Choćby mi tygrys wątrobę wygryzł, choćby mi pchano szpilki w kolano, przysięgam na własne życie, że się nie wygadam.

Eve pochyliła się do niej i powiedziała:

- Uczę się prowadzić automobil! Williams, wasz kierowca, mnie uczy.

- Dlaczego tego chcesz?

- Ponieważ nie chcę, żeby ludzie wszędzie mnie wozili tak jak ciebie, a do tego jest miejsce, do którego chciałabym pojechać.

- Jakie miejsce?

- Londyn. Chcę złożyć kwiaty na Grobie Nieznanego Żołnierza. Wiesz, to może być mój ojciec.

Audrey wątpiła, by to mogła być prawda. Ale widziała, że to było ważne dla Eve, a była jej najlepszą przyjaciółką.

- Mam pomysł - powiedziała. - W sezonie, od kwietnia do czerwca, zawsze zamykamy Wellingford Hall i wyjeżdżamy do naszej rezydencji miejskiej w Londynie, więc...

- Wiem. Moja mama musi jeździć z twoją i nie widzę się z nią przez całe trzy miesiące. Pani Smith mówi, że pod waszą nieobecność wszyscy pozostali muszą wyszorować Wellingford Hall z góry na dół.

Audrey pomachała ręką, jakby chciała wymazać słowa Eve.

- Nie, posłuchaj. Spytam panią Smith, czy możesz pracować w rezydencji miejskiej. Wtedy mogłybyśmy odwiedzić grób razem.

- Myślisz, że mi pozwolą?

- Może... jeśli poproszę... - Audrey nie wiedziała, skąd wzięłaby na to odwagę, ale nadzieja na twarzy jej przyjaciółki przekonała ją, żeby spróbować.

Po tamtym pierwszym podwieczorku Audrey dotrzymywała starań, by Eve była zapraszana na herbatę na górze przynajmniej raz w tygodniu. Krok po kroku rosła odwaga Audrey, zwłaszcza po tym, gdy Eve przyniosła jej do potrzymania dwa zdechłe chrząszcze. Tymczasem Eve, kiedy już wypijały herbatę, przeglądała podręczniki, podczas gdy Audrey wyjaśniała jej lekcje panny Blake. Czasem Eve zabierała na dół książkę, którą chciała poczytać. Spędzanie czasu z Eve czyniło Audrey szczęśliwszą, niż była kiedykolwiek wcześniej. W końcu poznała radość posiadania najlepszej przyjaciółki.

- Nie jestem już pomywaczką - oznajmiła pewnego popołudnia Eve wysokim, podekscytowanym głosem. - Zatrudnili nową, a ze mnie zrobili podkuchenną.

- Brzmi dobrze. Czym zajmuje się podkuchenna?

- Przez cały dzień pomagam Tildy, myję i kroję warzywa, obieram ziemniaki i biegam do spiżarni za każdym razem, gdy czegoś potrzebuje. Kiedy ma zajęte ręce, mieszam też różne rzeczy na kuchence. Często jest tam mnóstwo pracy, zwłaszcza kiedy twoja matka zaprasza gości na kolację. Tildy wydziera się i na mnie, i na wszystkich pozostałych!

- Ale koniec już z zimną, ciemną zmywalnią?

Eve się roześmiała.

- Tak. Teraz pracuję w kuchni, w której jest gorąco jak w piecu. Sama nie wiem, co jest gorsze!

Audrey nie rozumiała, jak Eve może się śmiać z tak okropnych warunków. Poczuła przez to wstyd, że sama na cokolwiek narzeka.

- Mam więcej dobrych wieści - ciągnęła dalej Eve. - Tildy mówi, że będzie potrzebować mojej pomocy w Londynie w czasie sezonu. Może naprawdę uda mi się odwiedzić Grób Nieznanego Żołnierza.

- Uda ci się. Sama cię tam zabiorę. Obiecuję!

Eve zerwała się z krzesła i zaskoczyła Audrey gorącym uściskiem.

 

 

4

Londyn, 1932 r.

Audrey ledwo zdążyła przyjechać do Londynu z Wellingford Hall, a już została wezwana przez matkę do znajdującego się w rezydencji miejskiej pokoju porannego. Okna były zamknięte z powodu bębniącego w nie deszczu, a dym z papierosa matki wisiał w powietrzu ciasnego pomieszczenia, szczypiąc Audrey w oczy i sprawiając, że zaczęły łzawić. Matka wypoczywała w fotelu przy oknie, piękna jak gwiazda filmowa, z modną ostatnio fryzurą na boba. Wyglądała olśniewająco, bez dwóch zdań. A jednak Audrey często żałowała, że nie ma zwyczajnej mamy, w znoszonej sukience i z ciepłymi, serdecznymi ramionami. Takiej jak mama Eve.

- Mam nadzieję, że panna Blake wyszkoliła cię, jak powinnaś się zachowywać w sytuacjach towarzyskich podczas naszego pobytu w Londynie? - spytała matka.

- Tak, matko. Jestem przygotowana.

- Wyrosłaś już ze swoich dziecinnych histerii?

- Tak, matko.

Z każdym pytaniem serce Audrey biło coraz szybciej, kiedy zdawała sobie sprawę zarówno z nowych sytuacji, w jakich się wkrótce znajdzie, jak i z własnej kłopotliwej nieśmiałości. A jednak, z powodu Eve, była pełna wdzięczności. Jej przyjaciółka miała przyjechać pociągiem później tego samego dnia, wraz z pozostałymi służącymi. Audrey nie mogła się doczekać, aż usłyszy, jak Eve podobała się jej pierwsza podróż pociągiem.

- W czasie naszego pobytu w Londynie będziesz uczestniczką rozmaitych podwieczorków i przyjęć towarzyskich - ciągnęła dalej mat-ka. -Będziesz musiała sprawiać przy tych okazjach dobre pierwsze wrażenie i robić to, czego oczekuje się od młodych dam w twoim wieku.

- Sądzę, że jestem gotowa, matko. Panna Blake mówi, że jestem.

Nie mogła jednak pozbyć się śliskiego, nieprzyjemnego odczucia rozlewającego się po jej brzuchu, gdy myślała o poznawaniu obcych i tym, że będzie sprawdzana, osądzana.

Pokój rozświetliła błyskawica, ale pomruk burzy dochodził z daleka. Chmury sprawiały, że pokój poranny wydawał się mroczny i posępny. Ich rezydencja miejska była wąskim, wysokim na pięć pięter budynkiem, sklejonym po obu stronach z innymi kamienicami. Ponieważ okna znajdowały się tylko z przodu i z tyłu, pokoje zawsze wydawały się Audrey ponure - zwłaszcza dzisiaj, gdy deszcz zamazał widok na mały park po drugiej stronie ulicy. Wszystkie pokoje były urządzone ze smakiem, a nawet wystawnie, ale Audrey nigdy nie potrafiła zrozumieć, dlaczego matka wolała mieszkać tutaj zamiast w majestatycznym Wellingford Hall, z jego przestronnymi pokojami, licznymi oknami oraz widokami na drzewa i faliste wzgórza.

Matka zaczerpnęła oddech przez nieodłączną lufkę, zieloną, dopasowaną do jej szmaragdowej sukni i żakietu.

- Jesteś jeszcze zbyt młoda, by myśleć o szukaniu męża, ale oczekuję, że będziesz obserwować starsze dziewczęta i uczyć się od nich na przyszłość. W sezonie chodzi przede wszystkim o budowanie właściwych koneksji. Dołączysz do pewnego rodzaju stowarzyszenia dla panien i chcę, żebyś od samego początku została przyjęta do najlepszej koterii. Wtedy otworzą się przed tobą wszystkie stosowne drzwi.

Gawędząc o sensie sezonu i interakcjach towarzyskich, które ostatecznie miały prowadzić do małżeństw zawieranych w gronie londyńskiej śmietanki, matka nagle zrobiła się rozmowna, jakby przestała wiecznie się gdzieś spieszyć. Nie zaryzykowałaby wyjścia na zewnątrz przed ustąpieniem deszczu, więc Audrey usiadła w krześle skrzydłowym naprzeciwko niej, by posłuchać, świadoma, że okazje, by spędzić z nią czas, były rzadkie jak rubiny. Znalazła w sobie odwagę, by spytać:

- Czy poznałaś ojca tutaj, w czasie sezonu w Londynie?

Matka zaśmiała się sztucznie, gasząc papierosa.

- Oczywiście, że nie! Twój ojciec nie należał do londyńskiego towarzystwa, zanim się nie pobraliśmy.

- Jak go poznałaś?

Matka zmrużyła oczy, jakby zastanawiała się, ile powinna zdradzić.

- Starał się o mnie z pomocą naszego wspólnego znajomego.

- I zakochałaś się w nim?

Matka zmarszczyła brwi.

- Po co te wszystkie pytania, Audrey?

- Czytałam poezję Elizabeth Barrett Browning, która opisuje zakochanie się jako coś cudownego. - Nawet w tej chwili słowa poetki odbijały się echem w głowie Audrey i rozgrzewały jej serce: Jak ja cię kocham? Pozwól, sposoby wyliczę. Do głębi i, hen, w przestrzeń i w taką wyżynę, dokąd tylko dosięga duch mój...2.

- Czego spodziewałabyś się po poetce? - powiedziała matka, poirytowana. - Za jakiś czas zrozumiesz, że miłość nie jest jedynym powodem, dla którego ludzie się pobierają.

- Dlaczego ty wyszłaś za ojca?

Na jej twarzy pojawił się wątły uśmiech.

- Podobało mi się życie, które mógł mi zaoferować. A jemu podobał się tytuł mojego ojca.

To, jak oziębła była jej odpowiedź, wzbudziło w Audrey niepokój. Miała zamiar zapytać, jakie to było uczucie "zakochać się", gdy do pokoju weszła panna Blake, przerywając ich rozmowę.

- Wzywała mnie pani, lady Rosamunde?

- W czwartek po południu Audrey weźmie udział w podwieczorku. Proszę się upewnić, że jej ubiór i zachowanie będą odpowiednie.

Audrey poczuła pełzający strach. Zupełnie jakby w jej brzuchu jeździła ciężka, tłusta piłka. Pomyślała o błyszczących, czarnych chrząszczach, które Eve nauczyła ją trzymać, i spróbowała przywołać wszelką możliwą odwagę, by stawić czoła temu nowemu wyzwaniu.

- Oczywiście, proszę pani - odpowiedziała panna Blake. - Czy na jutro są zaplanowane jakieś spotkania towarzyskie?

- Pan Clarkson i ja udajemy się wieczorem na kolację, ale Audrey się tam nie wybiera.

- Jeśli tak, zastanawiałam się, czy panienka Audrey i ja mogłybyśmy po południu pozwiedzać Londyn.

- Nie w tak paskudnej pogodzie!

- Tylko jeśli przestanie padać - powiedziała panna Blake.

Audrey starała się nie podskoczyć na krześle z ekscytacji na myśl o zwiedzaniu miasta razem z Eve. Mogłaby spełnić obietnicę, że zabierze ją do Grobu Nieznanego Żołnierza.

- Nie wymęcz jej - powiedziała matka. - Nie chciałabym, żeby Audrey opadła z sił jak zwiędnięty kwiat na swoim pierwszym podwieczorku albo, jeszcze gorzej, wpadła w histerię. To będzie wszystko.

Audrey i panna Blake mogły odejść. Zmierzając na górę, Audrey poprosiła kamerdynera, by wysłał do jej pokoju Eve Dawson, gdy tylko zjawi się wraz z pozostałymi służącymi.

Kilka godzin później Eve w podskokach wpadła do pokoju Audrey; prawie nie robiąc przerw, żeby wziąć oddech, zaczęła opowiadać o swojej podróży pociągiem, o tym, jak wielki był dworzec w Londynie i jak zatłoczone były ulice.

- Nigdy w życiu nie widziałam tak wielu ogromnych budynków!

Audrey nie mogła się doczekać, by podzielić się z nią wieściami.

- Jutro zobaczysz jeszcze więcej. Zabieram cię do opactwa westminsterskiego i do Grobu Nieznanego Żołnierza.

Eve cofnęła się o krok i usiadła na krawędzi łóżka Audrey.

- Naprawdę? Czy rzeczywiście go zobaczę?

- Tak! Moi rodzice są wieczorem umówieni na kolację, więc po południu będziesz miała wolne od gotowania. Panna Blake nas zabierze.

- Nie mogę w to uwierzyć!

Audrey wpatrzyła się w workowaty szary strój Eve i jej poplamiony fartuch.

- Czy masz coś ładniejszego, co mogłabyś ubrać? - spytała.

- Cóż... mam niedzielną sukienkę...

- Już wiem! Możesz pożyczyć jedną z moich sukienek! - Audrey zerwała się na nogi i gwałtownie otworzyła drzwi szafy, w której w równych rzędach wisiały jej sukienki i żakiety.

- Jeśli myślisz, że powinnam... To znaczy... jeśli moja nie jest wystarczająco dobra...

Audrey odwróciła się do Eve. Jej piegi wyróżniały się na tle różowych policzków.

- Tak bardzo przepraszam, Eve. Nie chciałam zranić twoich uczuć. Pomyślałam tylko...

Co sobie myślała? Robienie zamieszania wokół ubioru Eve byłoby w stylu matki, a Audrey nie chciała być jak ona.

- Pomyślałam, że jeśli ubierzemy się identycznie, będziemy wyglądać jak siostry. A strojenie się na szczególne okazje to świetna zabawa. Po Westminsterze panna Blake zabierze nas do pałacu Buckingham, a potem na herbatę do domu towarowego Fortnum & Mason.

Eve zdobyła się na słaby uśmiech.

- Chciałabym wyglądać tak ładnie, jak tylko mogę, gdy będę odwiedzać Grób Nieznanego Żołnierza.

- Dobrze. W takim razie sprawdźmy, co na ciebie pasuje. Myślę, że mamy prawie ten sam rozmiar.

Pociągnęła Eve, żeby wstała, i skierowała ją do otwartej szafy.

- Tyle sukienek! Do czego ich wszystkich potrzebujesz? - Eve wyciągnęła rękę, żeby dotknąć ubrań, po czym szybko ją cofnęła. Audrey zdążyła jednak zauważyć jej popękaną skórę i połamane paznokcie.

- Będę brała udział w przyjęciach i podwieczorkach, na których będą mnie oglądać i, miejmy nadzieję, zwracać na mnie uwagę najlepsze rodziny w Londynie - powiedziała Audrey. - W taki sposób ludzie szukają dla swoich synów kandydatek na żony. Mój brat Alfie mówi, że już krąży wokół niego cały tłum dziewczyn.

- A więc będziesz jakby na wystawie, żeby przyciągnąć męża? Masz tylko trzynaście lat!

- Wiem. To rzeczywiście brzmi głupio.

- Czułabym się jak owoce na wózku ulicznego sprzedawcy.

Teraz to Audrey poczuła wstyd. Spuściła na chwilę głowę, po czym zaczerpnęła oddech.

- Rzecz w tym, że mam więcej sukienek, niż kiedykolwiek będę potrzebowała, i chciałabym się którąś z tobą podzielić. Proszę, do wyboru, do koloru.

Wspólnie przeglądały ubrania Audrey, dopóki Eve nie wybrała prostej, błękitnej sukienki i pasującego do niej żakietu. Była tego samego wzrostu co Audrey, ale lepiej zbudowana, z ramionami silnymi od pracy w kuchni i nogami mocnymi od biegania na posyłki. Audrey była lekko poirytowana, widząc, że jej sukienka wygląda lepiej na Eve niż na jej własnym, wiotkim ciele.

Następnego popołudnia, gdy wchodziły do samochodu z Williamsem i panną Blake, słońce świeciło na niemal bezchmurnym niebie. Audrey, oglądając Londyn oczyma Eve, czuła się, jakby widziała go po raz pierwszy - domy parlamentu i Big Ben, powolne czerwone autobusy, ruch na Tamizie. Entuzjazm jej przyjaciółki był zaraźliwy. Audrey czuła szczerą radość, gdy Eve ściskała jej rękę i w zachwycie wyglądała przez szyby samochodu.

- Williams, zatrzymaj się! - powiedziała nagle Eve. - Muszę kupić kwiaty na Grób Nieznanego Żołnierza.

Williams zatrzymał się przy krawężniku, a Eve wyskoczyła z samochodu, by po chwili wrócić z kolorowym bukietem od jednego ze sprzedawców. Kilka minut później wysiadły z samochodu przy małym parku naprzeciwko opactwa westminsterskiego. Eve zastygła, wpatrując się w dwie ogromne wieże.

- Jest przepiękne! - wyszeptała. - Jakby było zrobione z koronki!

Wnętrze było jeszcze wspanialsze. Las filarów wspierał wysokie sklepienie, a cała przestrzeń zalana była wpadającym z góry światłem. Strzeliste okno z witrażem rozsypywało klejnoty pod ich stopami.

- Czuję się taka mała - szepnęła Audrey.

- Wiem. Dokładnie tak musi być w niebie.

Podążając za panną Blake, wędrowały wśród kaplic i nisz, mijając grobowce królów i królowych, którzy spoczywali tam od wieków. Eve sposępniała, gdy przechadzały się po ogromnej, cichej przestrzeni; zatrzymały się, by popatrzeć na prezbiterium i ołtarz główny, po czym skręciły w szeroką nawę główną, kierując się do miejsca spoczynku Nieznanego Żołnierza. Pośrodku nawy, równo z poziomem posadzki, leżał ciemny, kamienny prostokąt, znacząc miejsce, gdzie znajdował się prosty grób. Po twarzy Eve popłynęły łzy, gdy uklękła, by złożyć na nim kwiaty. Zanim to zrobiła, Audrey zdążyła przeczytać część słów wyrytych na płycie:

POD TYM KAMIENIEM SPOCZYWA CIAŁOBRYTYJSKIEGO ŻOŁNIERZANIEZNANEGO NAZWISKA I STOPNIA...W TEN SPOSÓB UPAMIĘTNIONOLICZNE RZESZE TYCH, KTÓRZYW CZASIE WIELKIEJ WOJNY LAT 1914-1918ZŁOŻYLI NAJWIĘKSZĄ OFIARĘ,JAKĄ MOŻE ZŁOŻYĆ CZŁOWIEK -WŁASNE ŻYCIE...POCHOWANO GO WŚRÓD KRÓLÓW,PONIEWAŻ PRZYSŁUŻYŁ SIĘ BOGUORAZ SWOJEJ OJCZYŹNIE.

W milczeniu ogromnej przestrzeni Audrey usłyszała, że Eve coś cicho mówi, więc zbliżyła się, żeby jej posłuchać.

- Nigdy cię nie poznałam, tatusiu, ale twoi przyjaciele wszystko mi o tobie opowiedzieli. Mama bardzo cię kocha i ja też cię kocham. - Położyła dłoń na czarnym kamieniu. - Mama bardzo ciężko pracuje. I wciąż cię kocha, tatusiu. William zaprosił ją do kina, ale mama mówi, że nigdy nie pokocha nikogo innego.

Audrey przypomniała sobie inny wers z Elizabeth Barrett Browning: ...wyroku jeśli Bóg dokona, kochać cię lepiej mogę li po śmierci, w niebie3. Poczuła pustkę w środku, wiedząc, że jej rodzice nigdy nie kochali się tak jak rodzice Eve. Zdawało się nawet, że nieszczególnie się lubią.

- Mam nadzieję, że jesteś szczęśliwy tam w niebie, tatusiu... - Głos Eve się załamał. - Wytul ode mnie babcię Maud...

Szlochając, pochyliła głowę i schowała twarz w dłoniach.

Audrey chciała się zbliżyć, żeby pocieszyć Eve, ale powstrzymała ją panna Blake. Pojawiło się w niej nieznane dotąd uczucie, i ze zdumieniem stwierdziła, że jest to zazdrość. Jak bardzo zazdrościła Eve Dawson! Pomimo ciężkiego życia służącej Eve prawdopodobnie nigdy nie czuła tej bolesnej samotności, która wypełniała większość dni Audrey. Rodzice Eve darzyli miłością zarówno ją, jak i siebie nawzajem. Oczy Audrey wypełniły się łzami żalu - nie żalu nad Eve, ale żalu nad nią samą. Z radością oddałaby wszystko, co miała, za to, by stać się Eve.

W końcu Eve wstała i otarła łzy. Wyglądała na smutną, rozbitą i pozbawioną sił. Audrey przypomniała sobie tamte truskawki i żałowała, że nie ma ze sobą garści, którą mogłaby ją pocieszyć.

- Dziękuję, że mnie tu przyprowadziłaś - powiedziała Eve. - Chciałam tu przyjechać przez całe swoje życie.

- Nie ma za co. Jesteś już gotowa, żeby wyjść?

Eve pokiwała głową. Lecz zanim wyszły na zewnątrz, w światło słońca, po raz ostatni obróciła się, żeby spojrzeć na grób przez ramię.

- Chodźmy teraz zobaczyć pałac Buckingham - powiedziała Audrey.

Musiała mrużyć oczy w jasnym świetle słońca, gdy, przechodząc przez kilka tętniących życiem ulic, udały się do parku Świętego Jakuba. Ścieżka prowadziła je wzdłuż stawu, w którym dzieci brodziły przy brzegu, a kaczki unosiły się na spokojnej powierzchni wody. Choć drzewa częściowo tłumiły miejski harmider, Audrey poczuła tęsknotę za cichymi terenami wokół Wellingford Hall. W milczeniu przemierzyły całą długość parku, by następnie wyjść na szeroki plac przed pałacem Buckingham i pomnikiem królowej Wiktorii.

- Pałac króla jest ogromny, prawda? - spytała Audrey. - W środku mogłyby mieszkać dziesiątki ludzi, którzy nigdy by na siebie nie wpadli.

- Pewnie król potrzebuje setek służących - powiedziała Eve.

Spoglądając pomiędzy złotymi herbami na żelaznych bramach, zobaczyły strażników królewskich w charakterystycznych czerwonych mundurach i bermycach z niedźwiedziej skóry. Eve wciąż wyglądała na przygnębioną. Audrey pragnęła ją pocieszyć, ale nie miała pojęcia jak.

- Jesteś gotowa na herbatę w Fortnum & Mason? - spytała.

Eve pokręciła głową.

- Jeśli nie masz nic przeciwko, wolałabym wrócić do rezydencji.

W Audrey przez cały dzień kotłowały się różne emocje, a teraz górę wziął gniew. Nie była w stanie go ukryć, gdy odezwała się:

- Ale ja nie chcę wracać do domu. Wciąż mamy całe popołudnie na zwiedzanie.

- Idź beze mnie. Wrócę taksówką. Mam pieniądze.

Ale panna Blake nalegała, żeby obydwie towarzyszyły Eve w drodze powrotnej. Wymyślony przez Audrey plan pięknego dnia legł w gruzach.

Gdy dotarły do rezydencji, Audrey zdążyła się już uspokoić.

- Możemy zrobić jutro wszystkie pozostałe rzeczy, które zaplanowałam - zwróciła się do Eve, która pokiwała głową, nie patrząc na Audrey.

Wyszły z taksówki i Audrey wraz z panną Blake pospieszyły do drzwi frontowych. Gdy taksówka odjechała, Eve odłączyła się od nich i poszła naokoło do znajdujących się na tyłach domu drzwi dla służących.

***

Eve czekała całe popołudnie i wieczór, by móc opowiedzieć mamie o Grobie Nieznanego Żołnierza. Mieszkając w Londynie, współdzieliły sypialnię na samej górze rezydencji, na poddaszu, i po raz pierwszy w życiu Eve mogła każdego dnia rozmawiać z mamą przed snem. Ale gdy nadeszła noc, mamy wciąż nie było. Pozostali służący wspinali się po trzeszczących schodach i udawali się na spoczynek w swoich pokojach po długim dniu pracy. W rezydencji robiło się coraz ciszej. Łóżko mamy dalej było puste.

Gdy Eve nie była już w stanie dłużej czekać, zdjęła z haczyka na drzwiach flanelowy szlafrok mamy, założyła go i zeszła na dół, stąpając cicho po schodach bosymi stopami. Wślizgnęła się przez drzwi do zakazanej części rezydencji z nadzieją, że nie natknie się na Audrey. W drodze powrotnej z pałacu Buckingham nie zamieniły ani słowa, a Eve wiedziała, że Audrey jest na nią zła za to, że nie poszły na herbatę. Czuła jednak, że byłoby coś niewłaściwego w cieszeniu się eleganckim podwieczorkiem po płakaniu nad grobem tatusia po raz pierwszy w życiu.

Spod drzwi jednej z sypialń wydobywał się wąski strumień światła. Były uchylone. Eve zbliżyła się cicho, nasłuchując głosów, po czym zatrzymała się i zajrzała do środka. Mama drzemała w stojącym przy zapalonej lampie fotelu w kwiaty, z ręką podłożoną pod głowę. Wchodząc, Eve musiała ją obudzić, bo spojrzała przed siebie.

- Eve! Podejdź tu, kochanie. Dlaczego nie śpisz o takiej godzinie?

Eve wbiegła do środka, czując pod stopami miękkość gęstego dywanu, i kucnęła przed fotelem mamy. Pogrążony w półcieniu pokój wypełniał zapach perfum - ten sam, który podążał za mamą Audrey, gdziekolwiek poszła.

- Przyszłam cię szukać, mamo. Chciałam ci powiedzieć, że byłam dzisiaj przy Grobie Nieznanego Żołnierza. Kupiłam kwiaty za pieniądze, które mi dałaś, i złożyłam je na grobie.

Mama wzięła Eve za ręce.

- Co o nim sądzisz?

- Opactwo jest tak ogromne i przepiękne. Jakby naprawdę mógł w nim mieszkać Bóg. A Grób Nieznanego Żołnierza to najważniejsze miejsce ze wszystkich. Można chodzić po innych grobach, ale po nim nie. Jest pochowany razem z królami i królowymi, mamusiu!

- To wspaniale, prawda?

- Myślę, że naprawdę tym żołnierzem jest tatuś, bo kiedy do niego mówiłam, czułam, jakby mnie słuchał. Jakby słyszał moje słowa.

Mama pochyliła się, żeby mocno ją przytulić, i przez dłuższą chwilę trzymała ją w ramionach.

- Tak bardzo się cieszę, że mogłaś tam pojechać.

- Żałuję, że nie mogłaś pojechać ze mną - powiedziała Eve, gdy mama wypuściła ją z objęć.

- Wiem. Ja również. Kiedy jestem w Londynie, zawsze staram się choć raz odwiedzić Westminster. Może będziemy jeszcze miały szansę, żeby pójść tam razem.

Eve sądziła, że ciężar, który czuła przez cały dzień, zniknie, gdy porozmawia z mamą, ale tak się nie stało.

- Nie rozumiem, dlaczego tatuś musiał umrzeć. Przecież ty i babcia Maud chodziłyście do kościoła i modliłyście się za niego, prawda?

- Zadawałam babci to samo pytanie. Była osobą głęboko wierzącą, ale wiedziałam, że sama zadawała sobie pytania, na które nie znała odpowiedzi. Zwłaszcza gdy jej mąż zmarł tak krótko po tym, jak straciliśmy Harry'ego. Ale potem urodziłaś się ty i wiedzieliśmy, że jesteś dla nas wyjątkowym darem niebios. Żyje w tobie mała cząstka twojego tatusia. - Przejechała palcem po piegach Eve. Pocałunki aniołów.

- Opowiedz mi o tatusiu jeszcze raz - powiedziała, opierając się o nogi mamy.

- Harry był szczery, dobry i pracowity. I taki kochający. Lubił wypić kufel albo dwa i pośmiać się z kolegami, ale nigdy nie był awanturnikiem. Kiedy wybuchła wojna, był bardzo odważny i zaciągnął się, żeby spełnić swój obowiązek. Zawsze chciał dostrzegać w życiu to, co dobre, pomimo całego zła. Kiedy nadejdzie dla ciebie czas, żeby wyjść za mąż, nie gódź się na związek z jakimkolwiek mężczyzną, którego życie nie będzie pełne odwagi, dobroci i śmiechu.

- Audrey powiedziała mi, że przyjechali do Londynu na czas sezonu po to, by mogła zacząć rozglądać się za mężem.

- Żal mi jej. Naprawdę. I cieszę się, że możesz się zakochać w kimkolwiek, kogo wybierzesz. Jesteś taka ładna i pełna życia, Eve. Młodzi mężczyźni będą za tobą latać jak pszczoły. Ale nie daj się nabrać pierwszemu lepszemu, który zwróci na ciebie uwagę.

- Ty nigdy nie umawiałaś się z nikim poza tatusiem.

- To było co innego. Znałam Harry'ego i jego rodzinę z wioski. Byli dobrymi ludźmi, a Harry był zrównoważony, solidny, twardo stąpający po ziemi. Chciał żony na całe życie, nie przelotnego romansu. Nie pozwól żadnemu mężczyźnie cię wykorzystać, Eve. Jeśli będzie honorowy, weźmie z tobą ślub.

Eve wstała i chwyciła mamę za rękę, żeby pociągnąć ją za sobą.

- Chodź już do łóżka, mamusiu.

Jej powieki opadały ze zmęczenia, ale pokręciła głową.

- Lady Rosamunde będzie dzisiaj do późna poza domem, ma w planach kolację, a potem przyjęcie. Muszę na nią czekać, dopóki nie wróci do domu.

- Dlaczego?

- Ponieważ muszę jej pomóc przygotować się do snu, a potem zająć się jej ubraniem, butami, wyszczotkować włosy...

- Nie potrafi zrobić tych rzeczy sama?

- To nie ma znaczenia, czy potrafi. Tak żyją bogate damy. Kobiety takie jak lady Rosamunde oczekują od swoich służących pomocy we wszystkim.

- Myślę, że to nie w porządku, że musisz do późna być na nogach, kiedy ona świetnie się bawi. Nie jesteś śpiąca?

- Czekając, mogę się trochę zdrzemnąć. Ale taką mam pracę.

Eve z powrotem opadła na podłogę przed mamą, ciesząc się dotykiem jej palców, którymi odgarniała jej włosy z twarzy.

- Co jeszcze widziałaś dzisiaj w Londynie?

- Przeszłyśmy się przez park Świętego Jakuba i widziałyśmy pałac Buckingham, w którym mieszka król. Miałyśmy się napić herbaty, ale byłam zbyt smutna. Możemy to nadrobić jutro.

- Nie sądzę, Eve. Miałaś wolne popołudnie, ponieważ Clarksonowie jedli kolację poza domem. Ale jutro Tildy będzie potrzebowała twojej pomocy w kuchni. I pojutrze też. Jesteś w Londynie po to, żeby pracować.

- Ale Audrey powiedziała...

- Panienka Audrey - poprawiła ją mama.

- Powiedziała, że podczas pobytu w Londynie będziemy robić razem mnóstwo rzeczy. Pozwoliła mi pożyczyć na dzisiaj jedną ze swoich sukienek.

Mama pochyliła się i ujęła twarz Eve w swoje miękkie dłonie.

- Eve. Bardzo się cieszę, że podobał ci się dzisiejszy dzień. Ale posłuchaj mnie uważnie. Panienka Audrey będzie twoją przyjaciółką tylko przez pewien czas. Nie sądzę, by jej matka wiedziała już o waszej przyjaźni, ale zaufaj mi, gdy o niej usłyszy, na pewno nie pozwoli jej trwać.

- Audrey mówi, że może robić, cokolwiek zechce.

- To nie potrwa zbyt długo. Teraz możesz cieszyć się jej towarzystwem, ale nigdy nie zapominaj, że jesteś jej służącą. To się nigdy nie zmieni. Młode damy, takie jak panienka Audrey, nie spoufalają się ze swoimi służącymi, zwłaszcza po tym, jak dorosną.

- Ale ty i lady Rosamunde jesteście przyjaciółkami.

- Nie. Nie jesteśmy przyjaciółkami. Zwierza mi się, opowiada o sprawach osobistych, bo nie ma żadnej innej osoby, której mogłaby zaufać. Ale nigdy nie będę jej przyjaciółką, Eve. Zawsze pozostanę jej służącą. To samo dotyczy ciebie i panienki Audrey. Nawet jeśli pewnego dnia zostaniesz jej osobistą służącą, zawsze będzie między wami przepaść, której nigdy nie zdołasz pokonać.

- Ale...

- Eve, posłuchaj mnie. - Mama chwyciła ją za ręce. - Ciesz się czasem z panienką Audrey, póki trwa. Ale proszę, pamiętaj, że nie będzie trwał bez końca. Nie chcę, żebyś cierpiała, kiedy cię odsunie. A pewnego dnia to zrobi.

Eve bolał brzuch, jakby za dużo zjadła. Nie chciała wierzyć, że Audrey przestanie być jej przyjaciółką, ale w głębi serca wiedziała, że mama ma rację. Koniec końców, nie bawiła się na przyjęciu z matką Audrey. Była tutaj, nie idąc do łóżka i czekając, aż ta druga wróci do domu. Gdyby Eve została osobistą służącą Audrey, miałaby taką samą rolę. Musiała to zaakceptować. Zacisnęła oczy, czując, że wzbiera w niej gniew, rozpalany i podsycany przez nieprzyjemną prawdę. Nie chciała spędzić całej reszty życia jako podkuchenna, osobista służąca lub jakakolwiek inna służąca.

- Nie będę służącą całe życie - powiedziała. - A zwłaszcza nie służącą Audrey.

- Zgadza się, kochanie. Gdy tylko skończysz szesnaście lat, pójdziesz na kurs pisania na maszynie i na dobre rozstaniesz się z rezydencją i szlachtą.

- Ty też mogłabyś z tego zrezygnować, mamo. Mogłybyśmy pójść na kurs razem.

Mama powoli smutno się uśmiechnęła.

- Masz całkowitą rację. Może dokładnie to zrobię.

Ale Eve wiedziała, że nigdy się to nie stanie.

 

 

 

O autorce

Lynn Austin sprzedała ponad półtora miliona egzemplarzy swoich książek na całym świecie. Dawniej nauczycielka, obecnie pełnoetatowa pisarka i mówczyni, zdobyła osiem nagród Christy Awards za swoje powieści historyczne oraz była jedną z pierwszych osób umieszczonych w Galerii Sław Christy Award. Jedna z jej powieści, Ukryte miejsca, została zekranizowana przez Hallmark Channel. Lynn i jej mąż, którzy wychowali troje dorosłych już dzieci, mieszkają w zachodnim Michigan. Można znaleźć ją w internecie na lynnaustin.org.

 

 

 

1 Org. finishing school - prywatna szkoła dla panien, której celem było głównie nauczenie ich dobrych manier i zwyczajów klasy wyższej (przyp. tłum.).

2 Sonet XLIII, w: E. Barrett Browning, Sonety, tłum. Z. Reutt-Witkowska, Warszawa 1924, s. 51.

3 Sonet XLIII, w: E. Barrett Browning, Sonety, dz. cyt.

4 W oryginale mamy do czynienia z grą słów. Eve mówi, że ukończyła [finished] szkołę, podczas gdy pensja dla panien, do której uczęszczała m.in. Audrey, to finishing school (przyp. tłum.).

5 Tłumaczenie fragmentu przemówienia Winstona Churchilla za: Wikicytaty, dostęp: 3.08.2021 (przyp. tłum.).

6 Oryg. "overpaid, oversexed, and over here" - dosł. "płaci się wam za dużo, jesteście niewyżyci i jesteście tutaj".

7 2 List do Koryntian 5,17, Biblia warszawska.

8 Fragment Ewangelii Mateusza 10,37-38 za: Biblia, to jest Pismo Święte Starego i Nowego Przymierza, Ewangeliczny Instytut Biblijny, Poznań 2016.

9 Za: Biblia, to jest Pismo Święte Starego i Nowego Przymierza, Ewangeliczny Instytut Biblijny.