Gdyby tak pogrzebać w ludzkiej pamięci, gdyby tak móc odtworzyć uczucia, emocje złe i dobre, to każde życie człowieka złożyłoby się w fascynującą opowieść. Bo nawet zwykła codzienność może mieć setki barw i odcieni. Wystarczy tylko umieć to wydobyć. Od lat zresztą powtarzam, że każde życie człowiecze jest jak książka. I że każdego z nas choć raz spotkała jakaś dziwna historia. Taka historia niekiedy staje się nigdy niewyjawioną tajemnicą.
Jedną taką usłyszałam od Grześka z naszej ulicy. Zwierzył mi się, że matka nocą w tajemnicy przed ojcem, który ich bił, zaszywała pieniądze w kieszeni kuchennego fartucha, żeby nie wydał wszystkiego na wódkę!
Strasznie się tym przejęłam. Bo u moich rodziców coś takiego było nie do pomyślenia. Kochali się i nigdy nie widziałam, żeby pili alkohol.
Z tego przejęcia spisałam historię Grześka w zeszycie do matematyki na trzech ostatnich stronach i zapomniałam o tym. Miałam wtedy piętnaście lat.
Tata sprawdzał nam zeszyty szkolne i znalazł to opowiadanie. Myślałam, że czeka mnie bura! Nie czekała. Powiedział tylko:
- Załóż specjalny zeszyt i spisuj inne opowieści. Ta jest bardzo ciekawa. Tylko nie przesadzałbym ze słowami "robiąc, "szyjąc", "uciekając", bo twoje opowieści będą się "jąkać". Pisz prosto z serca, nie kombinuj, bo prostota w pisaniu to skarb.
Mimo zachęty taty nic już nie zapisałam. Byłam zbyt zajęta miłością do naszego fizyka i tym, że nawet gdy wypychałam piersi watą, w ogóle mnie nie zauważał!
Ale tata zapamiętał sobie to opowiadanie i gdy wygrałam SOPOT '68, wziął mnie do kuchni akurat, gdy reszta rodziny zajadała smaczne kanapki. Położył na stole stos brulionów i powiedział:
- Dostałaś zaproszenie do Szwajcarii, a potem na festiwal do Belgii. Coś mi mówi, że będziesz nie tylko studiować. Przed wojną zacząłem pisać podobne opowiadania, jak to twoje o Grześku, tyle że tyczyły dorosłych. Mam tu taki jeden pusty brulion dla ciebie. Na pewno będziesz poznawać bardzo różnych ludzi. Gdzieś tam w świecie i tu w Polsce. Masz siłę przyciągania. To widać po publiczności. Miej otwarty, życzliwy umysł, naucz się słuchać, nie tylko słyszeć, a ludzie zaczną ci opowiadać rzeczy, "o których filozofom się nie śniło". Ciebie też będą spotykać różne niezwykłe przypadki, choćby przez wzgląd na popularność, bo ludzie będą cię chcieli sobą zainteresować. Zobaczysz! Spisuj tyle, ile spamiętasz. Nie zmarnuj okazji, bo może kiedyś, gdy mnie tu już nie będzie, uzbierasz tyle historii, że wydasz książkę.
- Tato, ja nie mam pojęcia o pisaniu! Dlaczego ty nie napisałeś takiej książki?
- Wojna, moje dziecko, wojna! Pozmieniała plany całej ludzkości, a co dopiero moje.
- Chciałeś być pisarzem?
- Próbowałem, ale po wojnie trzeba było z czegoś żyć. Z samego pisania nie utrzymałbym rodziny. Proszę - podsunął mi swoje bruliony - poczytaj, jeśli chcesz.
Wzięłam je do poduszki. Opowiadania były fascynujące. Ale tata pisał też inne, dużo krótsze formy. Tytuł jednej z nich aż kazał mi wstać z łóżka.
Poszłam do kuchni, nalałam sobie mleka i zaczęłam czytać... "Dziwny jest ten świat"! Z 1938 roku. Trudno było nie skojarzyć tego z Cześkiem Niemenem i OPOLEM '67. Ale to, co napisał ojciec, było przesłaniem z zupełnie innej rzeczywistości:
Dziwny jest ten świat
Na dnie wszystkich poczynań ludzkich kryje się zawsze marny, niski egoizm! Ludzie nawet w ten czas, kiedy mówią o ideałach, uczuciach, miłości czy nienawiści, kierują się, jeśli nie doraźnym, to na dalszym planie leżącym, własnym dobrem!
Łudzę się mimo wszystko i chcę się łudzić, że jest inaczej.
Czyż naprawdę nie ma na świecie uczuć jasnych, czystych, oderwanych od naszych szarych ziemskich potrzeb? Czyż zawsze materia albo żądza ma być istotnym władcą naszych myśli i czynów?
Ludzie powiązali się rozmaitymi przesądami. Zbyt mocno wbito i wbija się w ich mózgi takie niby to wielkie pojęcia, jak stany, klasy, rodziny, pochodzenia, potrzeby takiego czy innego wykształcenia...
Szkoda, że kiedy kierujemy się realnym, trzeźwym, materialnym życiem, stale musimy czuwać, aby nie dopuścić do siebie myśli jaśniejszych; szkoda, że nie zastanawiamy się nad wartością naszych pobudek, bo wtedy cały gmach naszych poczynań i planów chwieje się i staje się zimny, szary, sztywny, bez ducha. Gdyby ludziom wydarto serca, zamienią się w bestie i staną się automatami.
Dziwny jest ten świat... Widocznie tak już musi być, że ludzie gnani uczuciami miłości i nienawiści, gnieceni bezwzględnością potrzeb codziennych pędzą, walczą i giną, myśląc, że zbliżają się do szczęścia.
Być może najwięcej racji mają takie stare narody, jak Chińczycy, którzy płaczą nad noworodkiem wchodzącym w życie, a cieszą się nad umarłym, którego może czeka lepsze istnienie.
Franciszek Zdzisław Sipiński, 1938
Nie mogłam zasnąć do rana. Bo moje myśli krążyły wokół myśli taty. A o Chińczykach, co to płaczą nad noworodkiem, a nad umarłym się cieszą... w ogóle nie wiedziałam.
5 marca 2010
Zaczęłam pisać opowieść o pewnym człowieku. Kalendarz z 1991 roku, z kwietnia zawierał trzy stronice zapisków z tytułem "Obłędny wielbiciel". Na szczęście zajrzałam jeszcze do kroniki z tego samego roku i znalazłam nie tylko wyciętą winietę "Expressu Poznańskiego" z datą, komiczną ceną za gazetę i pierwszym ogłoszeniem o moim studiu architektury wnętrz "U.S. Style" - ale i pewien list! Bez niego dokładna relacja o tym, co naprawdę się zdarzyło, w ogóle nie byłaby możliwa.
Te niezwykłe kroniki zaczął prowadzić tata zaraz po tym, jak w OPOLU zaśpiewałam swój pierwszy przebój Zapomniałam w 1967.
Wklejał w nie bardzo różne rzeczy; pierwszy bilet samolotowy, japońską wróżbę pisaną przy mnie i własnoręcznie przez mnicha w świątyni w Tokio czy zasuszony egzotyczny kwiat ze szpilką i perełką na czubku. Ten kwiat zdobił najbardziej egzotyczny drink, jaki piłam... w chicagowskiej restauracji "Kon-Tiki" z małą rzeką, oczkiem wodnym, skałami i mnóstwem roślinności; taka palmiarnia z odległego kontynentu.
Gdyby nie ten kwiat, nigdy bym sobie nie przypomniała, że w ogóle tam byłam.
Kroniki aż kipiały od faktów. Wywiady, złe i dobre recenzje, setki zdjęć, jakieś dziwaczne dyplomy, okładki wszystkich płyt, jakie wydałam, i Bóg wie, co jeszcze. Ale przede wszystkim był w nim duch podróży, miejsc, czasów...
Przy okazji zajrzałam do któregoś z tych wcześniejszych tomów i znalazłam kluczyk honorowego członka klubu "Playboya" w Chicago, rok 1970, z moim nazwiskiem i imieniem. Obok wspólne zdjęcie z "króliczkiem". Tego oczywiście nie zapomniałam.
Gdy tata odszedł, sama prowadziłam te kroniki. I dobrze. Znalazłam w nich tyle ciekawostek, że z każdego tomu dałoby się napisać nową książkę. Tym bardziej że i "Kalendarzy zapisków" uzbierało się już grubo ponad czterdzieści.
Nagle, nie wiem czemu, przyszło mi do głowy, co by było, gdybym próbowała napisać historię życia mojego taty? Co bym o nim napisała? Jak bym ją zaczęła? Może tak:
Nie musiał mieć szafy ani dwóch garniturów. Wystarczył jeden. Gdy się zniszczył, ojciec po prostu szedł do sklepu i kupował nowy; pierwszy lepszy...
To było dziwne, bo mama mówiła, że przed wojną uwielbiał bale, miał kilkanaście garniturów, białe szale i długie płaszcze. Był szarmancki, otoczony pięknymi kobietami. Z przedwojennego balu charytatywnego pozostało nam nawet jego zdjęcie z "Miss Polonią". Wtedy jeszcze nie znał mamy - jedynej miłości swojego życia, z którą był do końca.
Ja zapamiętałam go inaczej; zawsze nad jakąś historyczną książką i przeważnie zamyślonego. Nie pytał, co na obiad. Po prostu go zjadał i wracał do swojej książki. Dopiero po kolacji żył życiem rodzinnym.
Gdy byłam mała, wbiegałam do dużego pokoju. Brał mnie na kolana, zamykał swoją książkę i kładł przede mną encyklopedię sprzed wojny. Zawsze na mnie czekała. Otwierał na mojej ulubionej stronie z mapą Polski od morza do morza. Lubiłam jego opowieści o tym, jak wielka i potężna była Polska przed wiekami i jak mała i nieszczęsna jest teraz. Ale, powiadał, mogło być gorzej. Ciesz się, że nie urodziłaś się w biedzie Afryki.
Kochałam ojca. Od dzieciństwa do dziś nikt nie poznał mnie tak dobrze, jak on. Nikt nie był dla mnie tak dobry, jak on. I... nikt, naprawdę nikt, nie rozumiał mnie tak, jak on...
...na koniec dnia
Właśnie o czymś pomyślałam. Każdy, kto korzystał z kalendarzy w formie książki, oprawnych w coś twardego, wie, że prócz terminów i zapisków zawierają one różne gryzmoły.
Moje kalendarze też. Tyle że ja nie zaludniałam ich wężykami, strzałkami, ptaszkami i innym serduszkami przebitymi dzidą. Rysowałam figury geometryczne oraz bardzo dziwne kształty, do których dopisywałam, co mi po głowie chodziło.
Zwłaszcza po '89, gdy wróciłam do zawodu architekta wnętrz. Nigdy przedtem nie musiałam siedzieć przy jajowatych stołach konferencyjnych z wodą sodową i ciasteczkami, na tak zwanych spotkaniach intencyjnych. Wlokły się jak sfatygowana drezyna i gdy jeden mówił, pozostali z nudów gryzmolili.
Niedawno przejrzałam moje kalendarze. Chyba wpadłam w szpony dziwactwa, bo z tych ponad czterdziestu lat wyłowiłam setki rysowanych dziwadeł. I wpadło mi do głowy, że może kilkanaście z nich warto zamieścić w książce. Idealny czas na piernika do herbaty...
"Wewnętrzne dziecko I"