Rozdział 1
W końcu nadeszła ta chwila. Moment, na który czekała od trzech lat.
Dwudziestopięcioletnia Farra Lin wygładziła ręką spódniczkę i udała się do biura swojej przełożonej. Czuła, że się spociła, ale na szczęście ubrała się dzisiaj na czarno. Plamy potu były ostatnią rzeczą, którą chciałaby się przejmować podczas rozmowy w sprawie awansu.
- Ładny top. - Matt dołączył do Farry.
W swojej czarnej marynarce od Helmuta Langa i dżinsach marki Diesel wyglądał, jakby szykował się na sesję zdjęciową z "GQ". Z jego przystojnej twarzy nawet na chwilę nie schodził ironiczny uśmiech.
Farra ściągnęła usta w cienką kreskę i też się uśmiechnęła.
- Dzięki.
Matt, tak jak Farra, był projektantem w Kelly Burke Interiors, jednak, w przeciwieństwie do niej, od początku pracował na tym stanowisku. Nie musiał harować najpierw w roli młodszego projektanta wnętrz. Wszystko za sprawą jego matki chrzestnej, samej Kelly Burke.
Farra nie przejmowałaby się tym za bardzo, gdyby Matt ciężko pracował. Był utalentowany, ale traktował pracę jak hobby, którym zajmował się tylko wtedy, gdy mu się nudziło. Biorąc pod uwagę, ile miał pieniędzy w funduszu powierniczym, może naprawdę miał takie podejście do tematu.
Na przykład: w firmie panowała zasada, że przerwa na lunch może trwać m a k s y m a l n i e godzinę. Matt miał to gdzieś i nagminnie znikał z biura w okolicach południa na dwie, a czasem nawet trzy godziny. Nikt mu nigdy nie zwrócił w związku z tym uwagi, bo był oczkiem w głowie Kelly, a do tego synem jej najlepszej przyjaciółki. Jego rażąca pogarda wobec zasad doprowadzała Farrę do szału.
A jednak wraz z wiekiem człowiek uczy się, że czasem trzeba zamknąć buzię na kłódkę. I to właśnie zrobiła.
W końcu dotarli na miejsce. Farra zapukała do drzwi i wstrzymała oddech, po części z nerwów, a po części po to, żeby nie musieć wdychać mdłej wody kolońskiej Matta. Gość śmierdział, jakby wylał na siebie wszystkie perfumy z wystawy sklepowej.
- Proszę. - Przez grube dębowe drzwi ledwie było słychać głos Jane Sanchez.
Gdy Farra i Matt weszli do środka, Jane wskazała ręką na dwa skórzane krzesła w kolorze kości słoniowej, z mosiężną ramą, stojące naprzeciwko jej biurka.
- Usiądźcie.
Jane była prawą ręką Kelly, a to oznaczało, że musiała być wymagająca. Nadzorowała wszystkie szczegóły dotyczące projektów, dbała o relacje z klientami i pełniła funkcję bezpośredniej przełożonej dla dwunastu pracowników firmy. Mimo natłoku obowiązków w każdy piątek przynosiła do biura pączki, żeby świętować sukcesy z całego tygodnia. Jak na menedżerkę była naprawdę super.
Farra czuła, że zaczyna się jeszcze bardziej pocić. Nic nie stresowało jej bardziej niż piątkowe spotkania z szefostwem.
- Na początek chciałabym wam podziękować za to, ile pracy i serca włożyliście w projekt dla Zinterhoferów. To było nie lada wyzwanie i wszyscy musieliśmy zostawać po godzinach, żeby skończyć na czas. Tym bardziej miło mi słyszeć, że Z Hotels są z a c h w y c e n i efektem. - Jane promieniała ze szczęścia.
Farra i Matt odwzajemnili jej uśmiech. Przez ostatnich dziesięć miesięcy pracowali w pocie czoła nad flagowym hotelem Zinterhoferów z widokiem na Central Park. Landon Zinterhofer, dziedzic luksusowego imperium hotelarskiego, w zeszłym roku przejął pieczę nad wszystkimi hotelami firmy w stanach środkowoatlantyckich. Jego pierwszym zarządzeniem była modernizacja placówki w Nowym Jorku i zwiększenie jej atrakcyjności dla młodych, zamożnych turystów, bo do tej pory większość ich klientów stanowiła stara gwardia osób z klasy wyższej.
KBI rzadko przydzielało aż dwóch pomocniczych projektantów do jednego projektu, tym bardziej gdy główną projektantką była Kelly, ale Z Hotel było ich największym klientem.
- Super!
Farra poczuła rozpierającą ją dumę. Może i nie prowadziła tego projektu, ale włożyła w niego mnóstwo czasu, wysiłku i kreatywności. Całkowita zmiana wystroju hotelu - dwustu pięćdziesięciu trzech pokojów i tuzina przestrzeni wspólnych - w dziesięć miesięcy stanowiła ogromne wyzwanie.
Dobrze, że Farra tym żyła. Poza tym będzie się to fantastycznie prezentowało w jej CV i zagwarantuje jej awans na starszą projektantkę w KBI pięć lat wcześniej, niż początkowo zakładała.
No, powiedzmy, że zagwarantuje.
- W każdym razie dobrze wiecie, po co was tutaj wezwałam. - Jane spojrzała na nich z powagą przez swoje okulary w czerwonych oprawkach. - W zeszłym roku wspomniałam, że jedno z was dostanie awans pod warunkiem przykładnego wykonania projektu dla Z Hotels. Zazwyczaj osoby na stanowisku starszych projektantów mają co najmniej osiem lat doświadczenia, ale Kelly i ja uznałyśmy, że oboje jesteście na tyle utalentowani, by powierzyć wam większą odpowiedzialność. Tym bardziej że wolałybyśmy mieć na tym stanowisku kogoś, kogo już dobrze znamy, a nie zatrudniać ludzi z zewnątrz. Projekt Zinterhoferów był dla was swoistym testem.
Farra powstrzymała się od chwycenia naszyjnika. Zamiast tego zacisnęła dłonie na podłokietnikach, a jej knykcie aż pobielały. Siedzący obok niej Matt rozsiadł się wygodnie i ociekał pewnością siebie.
- Spisaliście się na medal i zaimponowaliście nam sumiennością, kreatywnością i oddaniem. Żałujemy, że oboje nie możecie dostać awansu, ale jesteśmy małą firmą i nie mamy na ten moment takiej możliwości.
Skończ już to przeciągać. Farra doceniała pochwały, ale czuła, że zemdleje, jeśli Jane nie przejdzie zaraz do konkretów.
- Chciałabym pogratulować...
O mój Boże, to się dzieje. Farra nareszcie dostanie to, na co tak ciężko pracowała przez tych ostatnich kilka lat. W końcu zostanę...
- ...Mattowi. Będziesz najnowszym starszym projektantem w Kelly Burke Interiors. Brawo - powiedziała bez większego entuzjazmu Jane i poprawiła okulary na nosie.
...starszą projektantką, mając zaledwie dwadzieścia... Co?
W żyłach Farry zamiast krwi płynęła teraz lodowata woda. Musiała się przesłyszeć.
Niemożliwe, żeby Matt, który nie był w stanie zapamiętać imion klientów i który za każdym razem narzekał, że boli go głowa od czytania planów, dostał awans zamiast Farry.
To jest jakaś kpina.
- Rany, strasznie dziękuję. - Matt wyszczerzył zęby, nawet nie próbując udawać zdziwionego. - To dla mnie ogromny zaszczyt.
Jane uśmiechnęła się krótko.
- Powinieneś podziękować Kelly. To była jej decyzja. Czy mogłabym cię teraz poprosić, żebyś dał mi i Farze trochę prywatności? Chciałabym z nią pomówić w cztery oczy.
- Oczywiście. - Matt poklepał Farrę po ramieniu i wyszedł z biura. - Powodzenia następnym razem - rzucił bezczelnie na odchodne.
Farra była rozdarta między potrzebą zwymiotowania a trzepnięcia Matta w tę jego zarozumiałą twarz.
Nie. Przemoc nie jest rozwiązaniem. Weź głęboki wdech. Raz, dwa, trzy. I wydech... Aaaaa!
Jane przyjrzała się Farze i zmarszczyła brwi.
- Jak się czujesz?
A jak myślisz, że się czuję? Ugryzła się w język i zmusiła do uśmiechu.
- W porządku. Cieszę się z sukcesu Matta.
Menedżerka westchnęła.
- Farro, obie wiemy, że jesteś wyjątkowo utalentowana. Właśnie dlatego tak szybko dostałaś poprzedni awans. Twoja pomoc przy projekcie Zinterhoferów była nieoceniona. N i e o c e n i o n a. - Potrząsnęła głową. - Proszę, nie traktuj tego jako negatywną ocenę twojej pracy. Naprawdę doceniamy cały twój wysiłek włożony w rozwój KBI. Jesteś cennym członkiem naszego zespołu.
- Najwyraźniej nie na tyle cennym, żeby otrzymać awans.
Jane się zawahała.
- Ostatnie słowo w tej sprawie nie należało do mnie.
- Wiem, należało do Kelly. - Farra spojrzała Jane prosto w oczy. - Powiedz mi prawdę. Czy to, że Matt jest chrześniakiem Kelly, miało wpływ na jej decyzję?
Jane nie odpowiedziała, ale jej mina powiedziała wszystko.
Farra poczuła ogromny zawód. Odkąd była nastolatką, Kelly była jej idolką, a gdy dostała się na staż w KBI po wygranej w konkursie zorganizowanym przez Narodowe Stowarzyszenie Architektów Wnętrz, była wniebowzięta. Jasne, okazało się, że Kelly była bardziej zdystansowana i wymagająca niż w jej wyobrażeniach, a do tego uwielbiała współzawodnictwo, ale i tak była jedną z najwspanialszych projektantek wnętrz w Ameryce. Musiała taka być.
A jednak Farze zawsze się zdawało, że Kelly ponad wszystko ceni sobie talent. Ciężką pracę. Merytokrację. Na to, że podarowała Mattowi stanowisko na średnim szczeblu, można było przymknąć jeszcze oko. Nie mieli limitu miejsc dla projektantów. Ale na to, że dała awans Mattowi zamiast komuś, kto oddawał tej firmie wszystko przez ostatnie trzy lata, już nie.
Matt miał w dupie projekt Z Hotels. Dla niego stanowił jedynie wymówkę do pogaduszek z dziedzicem hotelarskiego imperium i kolejny wpis do CV, zdobyty bez większego wysiłku. To Farra zarywała noce, żeby wszystko dopiąć na ostatni guzik. To ona wisiała godzinami na telefonie z kontrahentami, dogadywała szczegóły i wyjaśniała nieporozumienia. To ona dopilnowała, żeby wyrobili się ze wszystkim na czas, mimo że wszelkie zasługi przypisano później Kelly.
Farra nie uważała, by tak po prostu należał jej się awans, ale cholera, z a s ł u ż y ł a na niego.
- Za dwa lata znowu będziemy potrzebowali kogoś na stanowisko starszego projektanta wnętrz - powiedziała Jane. - Bądź cierpliwa. Obiecuję, że na ciebie również przyjdzie czas.
Może i mówiła prawdę, ale Farra wiedziała, że nigdy nie wygra z nepotyzmem. Rzadko podejmowała ryzyko, dlatego nie tylko jej przełożona, ale też ona sama zdziwiła się kolejnymi słowami, które padły z jej ust:
- Odchodzę.
Rozdział 2
- To mieszkanie jest odjechane. - Blake Ryan przyglądał się matowej drewnianej podłodze, wysokiemu sufitowi oraz rządkowi okien z niesamowitym widokiem na rzekę Hudson i panoramę miasta. - Dzięki za ogarnięcie go.
- Nie ma sprawy. Dobrze będzie mieć cię w tym samym mieście. - Najstarszy i najlepszy przyjaciel Blake'a, Landon Zinterhofer, poklepał go po plecach. - Poza tym to nie ja za nie zapłaciłem.
Blake się zaśmiał. Jego nowy trzypokojowy apartament w West Village kosztował majątek, ale był wart każdego dolara. Blake zbyt długo podróżował dookoła świata. Nigdzie nie zagrzewał miejsca dłużej niż na kilka miesięcy. Początkowo mu to odpowiadało, ale teraz chciał się ustatkować, a gdzie lepiej zarzucić kotwicę jak nie w jednym z jego ulubionych miast na świecie: w Nowym Jorku.
- Jak wyszła renowacja hotelu? - zapytał.
Landon od dawna próbował wywalczyć zgodę na odświeżenie cennego nowojorskiego hotelu jego matki i w końcu mu się udało. Przez ostatni rok żył w nieustannym biegu. On był zaaferowany remontem, a Blake swoimi podróżami. To był pierwszy raz od pół roku, kiedy w końcu spotkali się na żywo.
- Wspaniale. - Landon przeczesał ręką swoje czarne włosy. - Wnętrza wyglądają wyśmienicie i tak samo opisała je prasa. Jest lepiej, niż się spodziewałem. Mogę dać ci kontakt do firmy, którą wynajęliśmy. Odwalili kawał dobrej roboty.
- Przecież wystrój baru mamy już dopracowany - przypomniał przyjacielowi Blake. Jego przyjazd do Nowego Jorku był podyktowany nie tylko zmianą stylu życia i zakupem nowego mieszkania, ale także tym, że miał otworzyć na Manhattanie kolejny lokal.
Cztery lata temu jego pierwszy bar sportowy w Austin zyskał taką popularność, że Legendy w mgnieniu oka stały się międzynarodową sieciówką. Nieważne, czy ktoś mieszkał w Londynie, czy w Los Angeles, w dniu meczu musiał być w Legendach. Nawet gdy żadna drużyna nie grała, klientów nigdy nie brakowało, bo urządzali olimpiady barowe, wieczory tematyczne i quizy, a do tego od czasu do czasu zapraszali znanych sportowców do wcielenia się w rolę barmanów. Po jakimś czasie dla zawodników NFL, NBA i MLB stało się to pewnego rodzaju chrztem.
W zeszłym roku Blake odkupił od Landona jego udziały w firmie. Wcześniej byli równymi sobie partnerami. Nazwisko Zinterhofer i znajomości Landona odegrały ważną rolę w rozwoju Legend, ale od początku umawiali się na to, że Blake kiedyś przejmie nad firmą pełną kontrolę. Landon pomógł mu zgromadzić kapitał potrzebny do otwarcia biznesu i wsparł go w jego rozkręcaniu, ale zrobił to ze względu na ich przyjaźń, a nie na potencjalne zarobki. Im więcej potrzebował jednak czasu na pomoc przy hotelach matki, tym mniej czasu miał dla barów sportowych, dlatego decyzja o rozwiązaniu relacji biznesowych była korzystna dla obu stron.
Tak, Legendy miały się dobrze, ale wizja Blake'a dla nowojorskiego baru wykraczała poza to, co osiągnął dotychczas. To nie miał być zwykły bar sportowy. On miał być wyjątkowy. Wzniesiony na nowe wyżyny. Nie mógł się doczekać, żeby przedstawić światu swój pomysł już w październiku.
Sześć miesięcy do startu.
Blake odniósł na tyle duży sukces, że miał teraz zespół zajmujący się wszystkimi szczegółami i brudną robotą, którą musiał znosić na samym początku sam. Mimo to lubił być obecny i nadzorować postęp prac przed otwarciem każdego z lokali.
Otwarcie baru w Nowym Jorku miało być największym w historii Legend, więc chciał brać udział w każdym etapie prac.
- Nie chodziło mi o bar. - Landon otworzył lodówkę i podał Blake'owi piwo, jakby był w swoim mieszkaniu. To on dał mu namiary na sprzedawczynię, znaną projektantkę mody, która wyprowadziła się na południe Francji, bo była już zmęczona miejskim życiem, więc nie mógł za bardzo narzekać. - Tylko o mieszkanie.
- A co jest z nim nie tak?
- Nic. Jest genialne. Tylko wystrój jest do dupy.
Blake zmarszczył czoło i otworzył piwo.
- Czepiasz się. Nie minął nawet tydzień od mojej przeprowadzki.
Landon uniósł sceptycznie brew.
- Czyli mam rozumieć, że sam je sobie urządzisz?
Blake wykrzywił usta w grymas. Potrafił docenić piękny wystrój, ale nie miał ochoty, cierpliwości ani czasu, żeby zająć się nim samemu. Poza tym kanapa, stolik kawowy i telewizor były wszystkim, co uważał za n i e z b ę d n e w salonie. Co nie?
- Słuchaj, pozwól, że umówię cię z projektantami wnętrz, którzy pracowali nad moim hotelem. Zajmują się też projektami dla klientów indywidualnych. Jedna z ich pracownic była wyjątkowo dobra i znacznie milsza od pozostałych dwóch.
Na samą wzmiankę o projektantach wnętrz Blake poczuł ucisk w klatce piersiowej. Niewiarygodne, że nawet po pół dekady taka błahostka potrafiła mu o niej przypomnieć.
Często zastanawiał się nad tym, jak wyglądało jej życie. Nie byli znajomymi na mediach społecznościowych, a jej profile były prywatne. Od czasu do czasu udawało mu się wyciągnąć jakiś strzępek informacji o niej od Sammy'ego. Z tego, co wiedział, mieszkała w Nowym Jorku.
Skręciło go w żołądku, gdy zdał sobie sprawę, że dzieliło ich od siebie nie więcej niż dwadzieścia pięć kilometrów. Nie skontaktował się z Farrą po tym, jak rozstał się z Cleo, dlatego że przez pierwszych parę lat był załamany i uważał, że nie zasługuje na jej współczucie i przebaczenie. Ale teraz byli w tym samym mieście...
Blake'owi zaschło w gardle. Nie powinien tego robić. Nie chciał pakować się z butami w jej życie i wywracać go do góry nogami po pięciu latach, ale tak potwornie za nią tęsknił. Pewnie był samolubny, po prostu chciał ją znowu zobaczyć. Być może po tak długim czasie spojrzy na niego przychylniej.
- Blake? - odezwał się ponownie Landon. - Co ty na to?
- W porządku. - Był teraz zbyt pogrążony we wspomnieniach ciepłych czekoladowych oczu i złotej skóry, by spierać się z Landonem. - Zatrudnię jakąś cholerną projektantkę.
Mentalna notka: napisz do Sammy'ego i poproś go o numer do Farry.
- Świetnie. - Landon uśmiechnął się szeroko. - Umówię was na spotkanie. W mgnieniu oka to miejsce będzie wyglądało tak, jak powinien wyglądać dom.
Dom.
Blake od dawna nie nazywał tak żadnego miejsca. Już nie pamiętał, jak to było mieć dom. Za rzadko odwiedzał rodziców w Austin, żeby mógł myśleć o tym mieście w tych kategoriach.
Gdy wypili piwo, wymienili puste butelki na nowe i wyszli na balkon, żeby obejrzeć zachód. Dumne linie drapaczy chmur majaczyły w oddali. Szarości i brązy setek budynków skąpane były w miękkim, ciepłym świetle. W pojedynczych oknach zaczęły zapalać się światła. Przypominały tycie gwiazdy i napawały Blake'a nadzieją. Ostra, kultowa iglica Empire State Building przeszywała niebo z do bólu nowojorską arogancją.
Blake cieszył się tym widokiem, aż poczuł kolejne ukłucie w sercu. Istny las drapaczy chmur na Manhattanie, jego pulsująca energia i migoczące światła przypominały mu o innym, odległym mieście, które pokochał dawno, dawno temu.
Rozdział 3
Farra rozesłała w tydzień aż osiemdziesiąt cefałek.
A ile dostała na nie odpowiedzi? Zero.
Jasne, nie minęło jeszcze zbyt wiele czasu, ale rynek pracy w Nowym Jorku potrafił być brutalny. Może potrwać kilka tygodni albo nawet miesięcy, zanim ktoś zaprosi ją na rozmowę.
Taka była brutalna prawda. Nie podzieliła się nią ze swoją mamą podczas ich cotygodniowej rozmowy, a po rozłączeniu się czuła, jak skręca ją w żołądku.
Tak będzie lepiej.
Cheryl Lau zawsze ceniła sobie stabilność. Wpadłaby w panikę, gdyby się dowiedziała, że jej córka rzuciła pracę, nie mając żadnej innej oferty na horyzoncie.
- Napij się. - Jej współlokatorka i najlepsza przyjaciółka, Olivia Tang, posłała jej dużą bubble tea z mlekiem wzdłuż blatu. - Od razu poczujesz się lepiej.
- Dzięki - wymamrotała Farra.
Wzięła łyk przeładowanego cukrem napoju, próbując nie myśleć o tym, jaki wielki popełniła błąd. Poczuła, że ma sprawczość, gdy z marszu oznajmiła, że odchodzi z pracy, a do tego schlebiało jej, jak bardzo Jane próbowała przekonać ją do zmiany zdania. Jej przełożona zadzwoniła nawet do Kelly, która miała wrócić z Hamptons dopiero po święcie pracy. Szefowa, jak na nią przystało, wpadła w szał i dała Farze wyraźnie znać, że uważa ją za samolubną, niewdzięczną i rozwydrzoną. Nie omieszkała dodać, że pewnie kserowałaby dokumentację budowlaną w jakiejś małej, zapyziałej firemce, gdyby nie otrzymała oferty pracy od KBI.
Jej reakcja wcale nie zachęciła Farry do zostania.
Teraz jednak zaczynała wątpić, czy podjęła dobrą decyzję. Jasne, miała odłożone trochę oszczędności, więc w teorii mogłaby utrzymać się przez następnych kilka miesięcy, ale Nowy Jork był jednym z najdroższych miast na świecie. Nawet gdyby ograniczyła wszystkie wydatki do tych niezbędnych, sam czynsz i opłaty szybko opróżniłyby jej konto i zostałaby jej poduszka finansowa na zaledwie miesiąc czy dwa.
- Jesteś megautalentowana, a poza tym minął dopiero tydzień. Na pewno niedługo dostaniesz jakąś propozycję. - Olivia wydawała się w stu procentach pewna swoich słów. - Nie stresuj się, kochana.
- Masz rację.
Farra spojrzała na swoje CV otwarte na laptopie: średnia cztery dziewięć na California Coast University. Laureatka konkursu Narodowego Stowarzyszenia Architektów Wnętrz. Trzy staże z najwyższej półki. Trzyletnia kariera w Kelly Burke Interiors, gdzie otrzymywała coraz więcej obowiązków i pracowała nad kilkoma bardzo dużymi projektami z branży hotelarskiej, między innymi dla Z Hotels. Powinna być rozchwytywana. Gdyby tylko ktoś złapał przynętę...
- Masz rację - powtórzyła. - Niepotrzebnie się przejmuję. Muszę być cierpliwa.
- Właśnie tak. A skoro na razie masz sporo czasu wolnego, to może umówisz się wreszcie z Kenem? - Olivia uniosła sugestywnie brwi.
Farra jęknęła. Olivia od kilku miesięcy nalegała, żeby wyskoczyła gdzieś z jej kolegą z pracy.
- Wiesz, że nie znoszę randek w ciemno.
- Wiem, ale nie uprawiałaś seksu od... Hmm, ile to już minęło? - Postukała palcem o podbródek.
Farra posłała jej gniewne spojrzenie. Obie dobrze wiedziały, że nie uprawiała seksu już od roku. I to nie tak, że n i e c h c i a ł a. Po prostu była zajęta pracą, a randkowanie w Nowym Jorku było megatrudne. Od dawna nie znalazła faceta, który byłby atrakcyjny, a do tego nie byłby skończonym dupkiem.
Gdyby miała być ze sobą szczera, to ostatnim mężczyzną, który n a p r a w d ę ją pociągał, był...
Nie. Nie wracajmy do tego.
Farra przełknęła gulę w gardle i oplotła wokół palca swój naszyjnik. Nie miała zamiaru rozmyślać o blondynie i jego diabelsko niebieskich oczach. Ból w sercu nie był już tak silny jak kiedyś, ale nadal jej towarzyszył. Przypominał jej o chłopaku, którego i tak nigdy nie zapomni.
Może to właśnie przez niego miała takie wygórowane standardy. Doświadczyła tak wybuchowej chemii, że wszystko inne przy niej bladło.
- A, już wiem. M i n ą ł r o k. - Olivia pstryknęła palcami. - Dwanaście miesięcy bez przyjemności i nie, twój przyjaciel na baterie się nie liczy. Jeśli za chwilę nie przerwiesz posuchy, to eksplodujesz milionem straconych orgazmów, a to nie skończy się dobrze. Tym bardziej że dopiero co sprzątałam w mieszkaniu.
- Sprzątasz każdy zakamarek raz w tygodniu.
Miały jasny podział obowiązków: Olivia sprzątała i opłacała rachunki (nic nie sprawiało jej takiej radości jak zapach środków czystości i brak zaległości w opłatach), a Farra robiła zakupy i dbała o to, żeby w domu niczego nie brakowało.
- No właśnie.
Farra westchnęła.
- Niech ci będzie. Umów nas.
Wiedziała, że pożałuje tej decyzji, ale jak Olivia się na coś nastawiła, to nie potrafiła odpuścić. Była nieustępliwa niczym pitbull goniący listonosza.
Poza tym może rzeczywiście przyszła pora na to, żeby Farra przestała czekać na księcia z bajki i wzięła sprawy w swoje ręce. Już nigdy nie doświadczy wybuchowej chemii, jeśli nie będzie szukać odpowiedniej osoby, co nie?
- Tak! - Olivia wyrzuciła pusty kubek po bubble tea do kosza i zaklaskała. - Nie mogę się doczekać. Najwyższy czas, żeby ktoś obdarzył twoją cipkę miłością.
Farra poczuła, że napój wpadł jej do złej dziurki. Kaszlała przez dobrą minutę, po czym wzięła ostry wdech i powiedziała:
- Zostaw moją cipkę w spokoju.
- Słonko, wszyscy zostawili ją w spokoju na rok. I to z twojej winy, gdybyś się zastanawiała.
- Zwalniam cię z posady najlepszej przyjaciółki.
- Nie zgadzam się na to - odpowiedziała radośnie Olivia. - Jeszcze nigdy nie zostałam przez nikogo zwolniona i dzisiaj się to nie zmieni.
Dlaczego uznałam, że mieszkanie z najlepszą kumpelą to dobry pomysł?
Dzieliła z Olivią to samo tycie mieszkanie, odkąd przeprowadziły się do Nowego Jorku po skończeniu studiów. Było absurdalnie drogie jak na tak mały metraż, ale nie znalazły niczego lepszego w tak dobrej lokalizacji. Poza tym miały coś, za co niejeden nowojorczyk byłby skłonny kogoś zabić: swoją własną, prywatną pralkę z suszarką.
Olivia, która była o rok starsza od Farry, mieszkała tu przez rok z jakąś metalówą, której nie mogła znieść, ale na szczęście przeniosła się na Brooklyn, zwalniając miejsce Farze. Już w Szanghaju Farra i Olivia były ze sobą blisko, ale przez ostatnich kilka lat ich więź stała się nierozerwalna. Większość znajomych Farry została po studiach w Kalifornii i choć utrzymywała z nimi kontakt, to nie byli już do siebie aż tak przywiązani. Olivia skoczyłaby za nią w ogień, a ona zrobiłaby to samo dla niej.
Teraz kusiło ją nawet, żeby skoczyć w ogień bez Olivii.
Ktoś zadzwonił do Farry. Dzwonek wyrwał ją z zamyślenia i musiała odłożyć na bok fantazję o uduszeniu swojej współlokatorki. Wiedziała, że Olivia ma rację, ale przez to jeszcze bardziej ją to irytowało.
Nie znała tego numeru. Pewnie to jakiś telemarketer, ale wolała posłuchać, jak próbuje jej coś wcisnąć, niż rozmawiać dalej o tym, jak długo trwa już jej posucha.
- Halo?
- Czy dodzwoniłem się do Farry?
Zdezorientowana zmarszczyła brwi.
- Tak, a z kim rozmawiam? - Głęboki baryton brzmiał jakoś znajomo.
- Z tej strony Landon Zinterhofer.
Gdy usłyszała jego odpowiedź, myślała, że znowu złapie ją napad kaszlu.
- Kto to? - wyczytała z ust Olivii.
Farra pokręciła głową. Miała nagłą gonitwę myśli. Dlaczego L a n d o n Z i n t e r h o f e r dzwonił do niej na prywatny numer? Czy coś było nie tak z wystrojem hotelu? Ale przecież skończyli już ten projekt, a Jane powiedziała, że Zinterhoferowie byli zadowoleni z rezultatów.
- Halo?
Farra zorientowała się, że nie odpowiedziała.
- Tak. Znaczy nie. Znaczy dzień dobry. - Machnęła ręką na Olivię, która nie była już zaintrygowana, a zdawała się raczej rozbawiona. - Skąd ma pan mój numer? - Wzdrygnęła się. Nie chciała wyjść na nieuprzejmą.
- Dzwoniłem do KBI, ale powiedzieli mi, że już dla nich nie pracujesz. Poprosiłem, żeby w takim razie dali mi twój prywatny numer. - Głos Landona wyrażał skruchę. - Zdaję sobie sprawę, że mogłem naruszyć pewne granice. Przepraszam, że dzwonię tak późno, i to w piątkowy wieczór.
- Nic się nie stało. Ja... postanowiłam rozwinąć skrzydła przy projektach spoza KBI. - Nieistniejących projektach. Ale on nie musiał o tym wiedzieć. - Czy coś nie tak z hotelem?
- Nie, wszystko świetnie. Tak dobrze się spisałaś, że chciałem zapytać, czy nie pomogłabyś mojemu znajomemu. Przeprowadził się właśnie do Nowego Jorku, a jego mieszkanie wygląda trochę smutno. Gość nie będzie w stanie fajnie go udekorować, nawet gdyby trzymano go na muszce. - Landon się zaśmiał. - W każdym razie szuka specjalistki od wystroju wnętrz i pomyślałem o tobie. Oczywiście, jeżeli znalazłabyś czas.
Farra tak mocno ścisnęła telefon, że usłyszała, jak pęka w nim szybka. Z każdym kolejnym słowem Landona była coraz bardziej zdziwiona, zszokowana i podekscytowana.
- Chcielibyście zatrudnić m n i e ? Zamiast kogoś z KBI?
Co ty wyprawiasz? - krzyczał głos w jej głowie. Przestań się sabotować!
Nie mogła pojąć, dlaczego dziedzic jednej z największych firm hotelarskich miałby prosić ją o pomoc. W KBI było wielu świetnych architektów wnętrz, a Farra nie specjalizowała się nawet w prywatnych mieszkaniach.
- To dosyć niekonwencjonalna oferta - przyznał Landon. - Ale, tak jak mówiłem, wyróżniałaś się na tle innych podczas prac nad naszym hotelem, a do tego twój charakter, eee, czyni cię lepszą kandydatką od twoich byłych współpracowników.
W końcu powiedział coś, w co mogła bez problemu uwierzyć. Ani Kelly, ani Matt nie wygraliby w konkursie na sympatyczność.
- Zdaję sobie sprawę z tego, że kontaktuję się z tobą z bardzo krótkim wyprzedzeniem, ale mój przyjaciel jest skłonny zapłacić o dwadzieścia procent więcej, niż wynosiła twoja stawka w KBI i...
- Zgadzam się!
Olivia, usłyszawszy krzyk Farry, wychynęła zza kanapy, na której leżała i czytała najnowszy erotyk ze swojej biblioteczki.
Farra odchrząknęła.
- To znaczy myślę, że uda mi się to upchnąć w kalendarzu.
- Super. Czy moglibyśmy spotkać się w poniedziałek na lunch? O pierwszej w Aviary? Przedstawiłbym cię swojemu przyjacielowi i moglibyście omówić pierwsze szczegóły. Oczywiście wszystko na mój koszt.
Aviary było słynną restauracją na szczycie hotelu Zinterhoferów obok Central Parku. Tego samego hotelu, który Farra pomogła odświeżyć. Lunch w takim miejscu kosztował kilkaset dolarów.
- Jasne, chętnie.
Farra rozłączyła się i się uszczypnęła.
Ała. Ja cię kręcę.
To nie był sen. Zadzwonił do niej Landon Zinterhofer i zaproponował jej pracę. Za dwadzieścia procent więcej niż w jej poprzedniej firmie.
Nie wiedziała, ile dokładnie zarobi na tym zleceniu, ale pomyślała, że później to sobie wyliczy. Co prawda nie zamierzała być freelancerką na pełny etat, ale ten projekt wydawał się idealny na przeczekanie.
Nie zbankrutuję i nie będę musiała wracać do domu!
Farra nie mogła się już dłużej powstrzymywać. Pisnęła głośno i odstawiła mały taniec radości. Olivia patrzyła na nią co najmniej tak, jakby wyrosła jej druga głowa i rogi.
- Kto to był? Wszystko w porządku?
- Tak. - Wyszczerzyła zęby w szerokim uśmiechu. Była tak podekscytowana, że aż się zapowietrzyła. - Wyszło idealnie.
Farra poświęciła cały weekend na ogarnięcie wszelkich szczegółów dotyczących pracy freelancerki. Dowiedziała się, jakie są stawki godzinowe w branży i jak sporządzić umowę z klientem. Przygotowała portfolio i zabrała je ze sobą na lunch. Mimo że Landon praktycznie zagwarantował jej pracę, chciała zrobić dobre wrażenie na jego przyjacielu. W końcu to on będzie jej płacił.
Weszła do Aviary. Do środka restauracji wpadało naturalne światło przez przeszklony sufit w kształcie kopuły, a ze wszystkich okien rozpościerał się wspaniały widok na Central Park. To było jej ulubione pomieszczenie w całym hotelu i to nad nim pracowała najdłużej.
Gdy przyglądała się eleganckim szarym krzesłom, ręcznie rzeźbionym stolikom i strategicznie umiejscowionym roślinom, poczuła nagły przypływ pewności siebie. Woda z fontanny przypominającej wodospad spadała kaskadą na czarny łupek. Jej kojące dźwięki służyły za idealne tło dla negocjacji prowadzonych przez biznesmenów i plotek rozpowiadanych przez zamożnych gości w każdym kącie restauracji. Central Park wyglądał stąd naprawdę niesamowicie. Jak bezkresny, zielony dywan, urozmaicony kilkoma jeziorkami i otoczony lasem skąpanych w słońcu drapaczy chmur.
Da sobie radę. Co z tego, że nigdy nie poprowadziła żadnego projektu od początku do końca sama? Na pewno to ogarnie. Znała się na wystroju wnętrz, a to liczyło się najbardziej.
Farra odnalazła wzrokiem Landona. Siedział przy najlepszym stoliku, znajdującym się w samym rogu lokalu.
Gdy ją dostrzegł, na jego twarzy zawitał szczery, szeroki uśmiech.
- Farra! Dziękuję, że przyszłaś.
- Przyjemność po mojej stronie, panie Zinterhofer. - Uścisnęła mu dłoń.
Dzięki swoim falowanym czarnym włosom, głęboko brązowym oczom i opalonej skórze (nie wspominając już o wzroście i umięśnionej sylwetce) Landon mógł uchodzić za modela. Farra była tego świadoma, a mimo to nie czuła do niego żadnego pociągu. Może powinna sprawdzić, czy wszystko dobrze z jej libido?
- Dziękuję, że pan o mnie pomyślał.
- Przestań. Jaki znowu pan? Mów mi Landon. I nie dziw się tak. Jesteś najlepszą architektką, z jaką miałem okazję współpracować. - Puścił jej oczko. - Tylko nie mów tego Kelly. Nie lubi być tą drugą.
Uważał, że jest lepsza od samej Kelly Burke?
Farra ścisnęła mocniej portfolio, które trzymała w dłoniach, żeby powstrzymać się od krzyknięcia z radości jak jakaś idiotka.
Dzięki bogu, że Landon był bezpośrednio zaangażowany w remont hotelu. Mógł zlecić nadzorowanie któremuś ze swoich podwładnych, ale chciał osobiście czuwać nad projektem. Poznał imiona każdego z wykonawców i wysłuchał wszystkich ich pomysłów. Bez względu na to, czy padały z ust osób na stanowiskach kierowniczych, czy świeżaków.
Landon Zinterhofer, taki kierownik jest wart tysiąca innych.
- Rozumiem, że czekamy jeszcze na twojego przyjaciela?
Farra rozłożyła serwetkę na kolanach. Miała nadzieję, że jego kumpel okaże się równie przyjacielski i wyluzowany co Landon. W KBI nie raz musiała użerać się z koszmarnymi klientami. Czasami budziła się w środku nocy, zlana potem, słysząc w głowie ich krzyki: "Mówiłam kość słoniowa, a nie écru!".
- Już tu jest. Poszedł do łazie... O! Właśnie wraca. - Landon skinął głową na kogoś za Farrą.
Przykleiła do ust profesjonalny uśmiech i obróciła się, gotowa na zrobienie piorunującego pierwszego wrażenia na kliencie.
Jej plany szybko spaliły na panewce, gdy zobaczyła wysokiego, nieziemsko przystojnego blondyna zmierzającego w ich stronę.
Nie.
Poczuła ciarki na plecach i mogłaby przysiąc, że temperatura nagle spadła poniżej zera. Musiało jej się przywidzieć. To na pewno nie on. Wszechświat nie byłby tak okrutny.
Mogła się oszukiwać, ale nikt inny nie miał takich lodowato niebieskich oczu. Wydatnych kości policzkowych. I głębokich dołeczków. Dołeczków, które zniknęły z jego twarzy, gdy radość zastąpiło niedowierzanie. Wyglądał, jakby był równie oszołomiony co ona.
Ukłucie w sercu Farry potwierdziło to, czego jej mózg nie chciał przyznać.
To był on.
Pierwszy i jedyny chłopak, którego pokochała. Ten, który złamał jej serce.
Ten, o którym myślała, że już go nigdy nie zobaczy.
Blake Ryan.
Rozdział 4
Dudnienie w uszach Blake'a całkiem zagłuszyło gwar restauracji. Ścisnęło go w żołądku i... całkiem osłupiał. Wpatrywał się w brunetkę siedzącą naprzeciwko jego najlepszego przyjaciela.
Mam halucynacje.
Najwyraźniej jego mózg tak bardzo kojarzył słowa "architektka wnętrz" z Farrą, że umysł płatał mu figle. Torturował go jej iluzją. Głęboko czekoladowe oczy, miękkie czerwone usta i delikatny zapach kwiatu pomarańczy i wanilii... To okrutne, że wydawała się tak prawdziwa.
Blake nie był w stanie zliczyć, ile razy o niej śnił, po czym budził się w pustym łóżku, ubolewając nad tym, co mogli razem dzielić.
Miał wrażenie, że wokół jego klatki piersiowej owinął się zabójczy wąż, z którego kłów sączył się jad. Blake nie mógł oderwać stóp od ziemi. Jedynym, co słyszał, było ogłuszające bicie jego własnego serca.
Oszalałem.
- Blake, to Farra. Farro, to mój przyjaciel, Blake.
Słowa Landona sprowadziły go z powrotem na ziemię. Mimo to głos jego kumpla wydawał mu się odległy, jakby mówił do niego przez szybę. Czuł się tak, jakby ktoś za wszelką cenę usiłował go obudzić, kiedy on chciał śnić dalej i żyć ułudą.
Landon zmarszczył brwi, a jego mina mówiła: "Co ty odpierdalasz? Czemu zachowujesz się jak dziwak?". Tymczasem Farra zszokowana siedziała na swoim miejscu i z całych sił zaciskała dłonie na skórzanej teczce z portfolio, które spoczywało na jej kolanach. Twarz miała tak bladą, że kolorem przypominała biały obrus.
Blake wydał z siebie zduszony okrzyk. To naprawdę się dzieje.
Marzył o ich ponownym spotkaniu jakieś milion razy, ale teraz, gdy w końcu do niego doszło, nie miał pojęcia, co powiedzieć.
Więc po prostu dalej stał i wbijał w nią wzrok, jakby był niespełna rozumu.
Powiedz coś. Cokolwiek.
- W ogóle się nie zmieniłaś.
Cokolwiek, tylko nie to.
Landon zakrztusił się wodą, a policzki Blake'a poczerwieniały. Nie pamiętał, kiedy ostatnio czuł się tak zagubiony. Miał wrażenie, że znowu jest zakochanym po uszy licealistą, który od pięciu lat czeka, żeby ponownie zobaczyć się z dziewczyną swoich marzeń, a później wita ją słowami... "w ogóle się nie zmieniłaś".
Chciał zapaść się pod ziemię.
Landon z trudem powstrzymywał śmiech, a jego ramiona drżały. Z kolei wyraz twarzy Farry nie zdradzał żadnych emocji, jakby miała na niej marmurową maskę.
- Dzięki - odpowiedziała w końcu beznamiętnie. W tonie jej głosu nie było nawet nutki sarkazmu.
Farra, którą Blake znał, wygarnęłaby mu, że jego przywitanie było godne pożałowania szybciej, niż nastolatka zdążyłaby napisać komuś esemesa. Ale to nie była ta sama Farra. Już nie patrzyła na niego tak, jakby zawiesił gwiazdy na niebie specjalnie dla niej, bo przecież wszystko spierdolił.
- Rozumiem, że się znacie? - zapytał Landon, który wreszcie się opanował i zdobył na zadanie pytania, mimo że odpowiedź i tak była oczywista.
Blake zmusił się do podejścia do stolika. Opadł na krzesło obok Landona i starał się zbytnio nie trząść, gdy unosił do ust szklankę z wodą.
- Studiowaliśmy razem w Szanghaju.
Usłyszał, jak Landon wciąga ostro powietrze. Opowiedział mu kiedyś po pijaku o Farze, po tym jak raz na zawsze rozstał się z Cleo. Blake się wtedy załamał. Topił swoje smutki w alkoholu i zwyczajnie stracił hamulce. Tak się bez nich rozpędził, że opowiedział przyjacielowi o wszystkim, co wydarzyło się w Chinach. Co prawda nie zdradził mu imienia Farry, ale Landon do głupich nie należał. Blake widział po jego spojrzeniu, że zdążył już dodać dwa do dwóch.
Nagle zjawił się kelner, żeby przyjąć od nich zamówienia. Blake zapomniał, co wybrał, od razu po tym, jak to zrobił. Nie obchodziło go jedzenie. Cała jego uwaga była skupiona na Farze.
Minęło pięć lat i, cholera, była jeszcze piękniejsza, niż ją zapamiętał. Bardziej wyrafinowana i pewna siebie. Powiedzieć, że czas był dla niej łagodny, to tak, jakby nie powiedzieć nic. Jej rysy twarzy stały się prawdziwym arcydziełem, a smukła figura nabrała krągłości. Nie była już dziewczyną, tylko kobietą. Mimo bólu serca przepełniało go pożądanie.
Niestety, odkąd usiadł, nie spojrzała na niego nawet na chwilę.
- To... - przerwał ciszę Landon. - Farro, tak jak wspominałem podczas naszej rozmowy, Blake szuka architektki wnętrz, która pomogłaby mu zaprojektować jego nowe mieszkanie w West Village. Dwie sypialnie i dwie łazienki. Blake ma zamiar tutaj zostać, więc potrzebuje kogoś, kto nada jego apartamentowi kolorów. Kogoś, dzięki komu poczuje się tu jak w domu. - Szturchnął łokciem Blake'a. - Dobrze mówię?
- Co? O, eee, tak.
Weź się w końcu w garść.
- Dobrze. - Wzrok Landona przeskakiwał między Blakiem a Farrą. - Jeśli chodzi o kwestie wynagrodzenia: wiemy, że odzywamy się na ostatnią chwilę, dlatego Blake zapłaci o dwadzieścia procent więcej...
- Nie mogę się tego podjąć. - Cichy protest Farry raptownie zakończył jakiekolwiek negocjacje. Skupiła się na Landonie i dodała: - Przepraszam, że zmarnowałam twój czas. Naprawdę mi miło, że o mnie pomyślałeś, i oczywiście zwrócę ci pieniądze za ten posiłek. Po prostu uświadomiłam sobie, że nie dam rady pogodzić tego z innym projektem, nad którym aktualnie pracuję. Nie będę miała czasu. Właściwie to powinnam już...
- Zapłacę dwa razy więcej.
Farra zastygła, gdy usłyszała ofertę Blake'a.
- Co?
- Jeśli przyjmiesz to zlecenie, zapłacę podwójną stawkę.
- To nie zmienia faktu...
- Potrójną.
Farra wbiła w niego wzrok. W jej oczach malowało się niedowierzanie, a na twarzy Blake'a pojawił się szeroki uśmiech zwycięstwa.
Nareszcie. Jakaś reakcja.
- Nie wiesz nawet, jakie mam stawki.
- Jakie?
Na chwilę się zawahała, ale w końcu powiedziała:
- Trzysta dolarów za godzinę.
- W takim razie u mnie będziesz zarabiać dziewięćset dolarów za godzinę. Ale wymagam wyłączności. Do czasu ukończenia prac nad moim mieszkaniem nie podejmiesz się żadnego innego projektu.
- Rany, Blake - rzucił nagle Landon.
Farra z niedowierzaniem rozdziawiła usta.
Dziewięćset dolarów za godzinę to masa pieniędzy, ale Blake'a było na to stać. Nie był taki bogaty jak Landon, ale dzięki sieci swoich barów i różnym udanym inwestycjom z ostatnich kilku lat miał wystarczająco dużą poduszkę finansową, żeby pozwolić sobie na takie zagranie. Poza tym nie zależało mu na kasie. Zależało mu na Farze.
Chwycił byka za rogi i poprosił Sammy'ego o jej numer w zeszły weekend. Sammy podszedł do jego nagłej prośby z rezerwą, ale jako że był dobrym kumplem (i jedyną osobą z wymiany, która wiedziała, dlaczego Blake i Farra ze sobą zerwali, mimo że ten nadal ją kochał), ostatecznie dał się namówić.
Blake wpatrywał się w dziesięć cyfr cały weekend, próbując zebrać się na odwagę, żeby do niej zadzwonić. Za każdym razem, gdy już miał to zrobić, tchórzył, ale teraz była tutaj i siedziała naprzeciwko niego.
Zupełnie jakby wszechświat miał dosyć jego biadolenia i zafundował mu kopa w dupę, którego ewidentnie potrzebował.
To był znak.
Ze wszystkich architektów wnętrz na świecie Landon zaprosił akurat ją.
Dwoje ludzi w mieście, którego populacja wynosiła osiem milionów. Spotkanie, do którego nie miało prawa dojść. Przypadek? Zdecydowanie nie.
To Farra sprawiła, że Blake uwierzył w przeznaczenie, i tak jak każdą inną cenną lekcję z ich związku wziął to sobie na zawsze do serca.
- Umowa stoi? - Blake nie dawał po sobie poznać, że w jego głowie szalała istna burza potrzeb i emocji.
Powiedz "tak". Boże, jeśli powie "tak", to już nigdy więcej cię o nic nie poproszę. No, może jeszcze o to, żeby Patriotsi nie wygrali Super Bowl, ale o tym możemy jeszcze podyskutować.
Farra bawiła się naszyjnikiem, a na jej twarzy widać było brak zdecydowania. Po chwili trwającej całą wieczność wyrzuciła z siebie jedynie:
- Tak.
Blake westchnął ciężko i posłał szybkie podziękowania ku niebu.
- No i klepnięte. - Wyszczerzył zęby w uśmiechu, a w jego policzkach pojawiły się dołeczki.
Wyciągnął dłoń do Farry.
Po paru sekundach ją uścisnęła.
Gdy się dotknęli, poczuł się tak, jakby poraził go prąd, a sądząc po tym, że Farra wciągnęła gwałtownie powietrze, nie był w tym odosobniony.
Uśmiech na jego twarzy był teraz jeszcze szerszy.
Wszechświat zaserwował mu drugą szansę na srebrnej tacy i Blake postanowił, że tym razem tego nie spieprzy.
Rozdział 5
Farra przeszła dwie przecznice, zanim się rozkleiła.
Przez cały lunch siedziała tam z kamienną twarzą, a gdy tylko dobiegł końca, rzuciła się biegiem w stronę galerii handlowej niedaleko hotelu Zinterhoferów, wparowała do łazienki i rozpadła się na miliony kawałeczków.
Cholerny Blake Ryan.
Było tyle dogodnych momentów, w których mógł wrócić do jej życia, ale wybrał akurat ten. Nie dość, że była bezrobotna, a co za tym idzie, nie mogła odmówić, gdy złożył jej taką hojną propozycję, to jeszcze była tak sfrustrowana seksualnie, że podniecił ją sam uścisk jego dłoni.
Farra zadrżała, gdy przypomniała sobie silną, ciepłą dłoń Blake'a wokół jej dłoni i ładunek elektryczny, który powędrował wzdłuż jej ramienia i do klatki piersiowej. Serce zabiło jej w sposób, którego myślała, że nigdy już nie doświadczy.
Odkąd wróciła z Szanghaju, umawiała się z innymi chłopakami. Niektórych wspominała ciepło, innych zdecydowanie nie. Tak czy inaczej, żaden z nich nie potrafił obudzić w niej emocji, które rozbudzał Blake.
Pamiętała jak przez mgłę ich wspólne długie noce, pełne pasji pocałunki i tajemnice, które zdradzali sobie szeptem. Tonęła we wspomnieniach.
Myślę, że jesteś mądralą, a do tego straszną uparciuchą. Nikt inny nie doprowadza mnie do szału tak jak ty. Myślę też, że jeżeli nie będziesz chciała ze mną być, to umrę przez złamane serce.
Powiedziałaś, że liczy się każda sekunda, a ja nie chcę, żebyś choć sekundę dłużej nie była świadoma tego, że kompletnie, bez reszty, straciłem dla ciebie głowę. Kocham cię.
Z jej gardła wydobył się cichy szloch. Przycisnęła pięść do ust, próbując się uspokoić i nie zostać stereotypową dziewczyną, która płacze w publicznej toalecie z powodu chłopaka. W oczach Farry zdążyły wezbrać już łzy, a jej serce piekło tak mocno, że chciała zwinąć się w kulkę na podłodze, nie bacząc na zarazki i bakterie, od których musiało się tu roić.
Nie kochała już Blake'a. Nie mogła kochać kogoś, komu nie ufała, a on stracił jej zaufanie dawno temu. Skłamałaby jednak, gdyby powiedziała, że jej serce nie przyspieszyło, gdy się uśmiechnął, albo że jej mięśnie się nie napięły, gdy jej dotknął. Zawsze była między nimi wybuchowa chemia. Mimo upływu lat płomienie nadal nie przygasły.
Ekran telefonu się podświetlił i Farra zobaczyła, że dzwoni do niej Olivia, co od razu odciągnęło jej myśli od niebezpiecznej ścieżki, na którą dzisiaj wkroczyła.
Przełknęła ślinę, uspokoiła się i odebrała połączenie.
- Halo? - zapytała delikatnie drżącym głosem.
Brzmiała nie najgorzej, biorąc pod uwagę zakatarzony nos i zaschnięte łzy. Farra oderwała kilka tak cienkich, że wręcz niewidocznych listków papieru, i przetarła nimi twarz. Czuła, jakby ścierała martwy naskórek papierem ściernym.
- Hej! Jak tam lunch? - zapytała Olivia.
- W porządku. Dzwonisz do mnie z biura? - Farra grała na czas, bo nie zdecydowała jeszcze, czy powiedzieć Olivii o Blake'u, czy poczekać, aż zobaczą się na żywo.
Powiem jej teraz - zadecydowała. Olivia będzie wściekła. Znienawidziła Blake'a po tym, jak się zachował, więc Farra przygotowywała się mentalnie na to, że zrobi jej z dupy jesień średniowiecza, jak tylko usłyszy, że przyjęła od niego ofertę pracy.
- Zrobiłam sobie przerwę na kawę - odpowiedziała Olivia, co zaskoczyło Farrę prawie tak mocno, jak spotkanie Blake'a w Aviary. Olivia harowała od rana do wieczora jako analityczka w jednej z najbardziej prestiżowych firm na Wall Street i rzadko pozwalała sobie na oderwanie się od pracy. - Mam jeszcze sześć minut i dwadzieścia siedem sekund, więc lepiej zdradź mi szybko wszystkie szczegóły.
- Dobra. - Farra wzięła głęboki wdech. - Tak w dużym skrócie: dostałam pracę i będę zarabiała dziewięćset dolarów za godzinę.
Zawsze najlepiej zacząć od dobrej wiadomości.
- O mój Boże! - krzyknęła szeptem Olivia. - Genialnie! Dziewięćset dolarów za g o d z i n ę? Musimy to uczcić! Nie wyrobię się dzisiaj na happy hour. Przysięgam, że umowa, nad którą pracujemy, wpędzi mnie do grobu. Ale kupię lody i wino po drodze do domu, a w weekend wyskoczymy razem do restauracji.
- No i fajnie.
Krótka cisza.
- Dlaczego nie wydajesz się w o g ó l e podekscytowana? Chodzi o klienta? To jakiś dupek, tak? Może jakiś obleśny, stary zbok? Pamiętaj, gdyby przekroczył jakiekolwiek granice, ściągnij szpilki i wbij mu je prosto w...
- To Blake.
- Jaki Blake?
- Blake Ryan.
Znowu cisza, a później:
- Twoim nowym klientem jest B l a k e R y a n? !
Od krzyku Olivii Farze niemal pękły bębenki. Wzdrygnęła się i odsunęła telefon od ucha. Jej przyjaciółka zapuściła barwną wiązankę przekleństw pod adresem Blake'a, po czym przedstawiła fantazyjne sposoby, na jakie posłałaby go do piachu. Mogłaby śmiało dorabiać jako autorka horrorów.
Kiedy zamilkła, żeby wziąć oddech, Farra skorzystała z okazji i się wtrąciła:
- Słuchaj, wiem, że to nie jest idealny układ. - Ujęła to bardzo delikatnie, ale nie chciała dolewać oliwy do ognia. - Ale nie wiem, kiedy znajdę pracę, a potrzebuję kasy. Zapłaci mi naprawdę d u ż o, Liv. Tyle, że... mogłabym nie pracować nawet przez kolejne pół roku, gdybym oszczędnie wydawała pieniądze.
Ponownie zapadła cisza. Farra słyszała pracujące trybiki w głowie Olivii.
- Zastanawiałaś się może, dlaczego jest skłonny tyle zapłacić?
Farra zmarszczyła brwi. Nagły powrót Blake'a do jej życia tak ją zaskoczył, że nawet przez chwilę nie myślała o tym, co mogło nim kierować.
- Nie...
Olivia zasiała w niej ziarno niepewności. Dlaczego Blake t a k n a l e g a ł, żeby to ona podjęła się tego projektu? Rzucił ją dla swojej byłej i nie rozmawiali ze sobą od pół dekady. Poza tym za takie pieniądze mógłby zatrudnić dosłownie każdego innego architekta wnętrz.
Nie byli znajomymi w mediach społecznościowych, ale kilkukrotnie wyskakiwały jej artykuły o nim. Jego bary sportowe świetnie sobie radziły. Nawet lepiej niż świetnie. I choć tego nie chciała, to czuła w sercu iskierkę dumy.
Gdy wybierała się na dzisiejsze spotkanie, planowała podać stawkę sto pięćdziesiąt dolarów za godzinę, bo miał to być jej pierwszy projekt w roli freelancerki. Kiedy jednak okazało się, że klientem jest Blake, rzuciła dwukrotność tej sumy, licząc na to, że odstraszy go tak zaporowa cena i nie będzie musiała się już z nim nigdy widzieć. Ale nie dość, że się nie zniechęcił, to p o t r o i ł tę stawkę, przyprawiając Farrę o zawał serca. Nawet Kelly Burke nie mogła liczyć na takie wynagrodzenie.
- On coś knuje. Bądź czujna - ostrzegła Olivia. - Ten chłopak działa na ciebie jak kryptonit. Nie zrób niczego głupiego.
Nie nazwałabym go już chłopakiem.
Na samą myśl o tym, jak teraz wyglądał, Farze ciekła ślinka. Pięć lat temu był niezłym ciachem, ale nadal był to raczej chłopięcy urok. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę fakt, że miał wtedy dwadzieścia dwa lata. Dorosły Blake miał kilkudniowy zarost, umięśnioną sylwetkę i pewny siebie, wręcz koci chód. Był silniejszy, bardziej szorstki i emanował prawdziwą męskością, od której Farze miękły kolana.
- A co miałabym zrobić? Urządzę mu mieszkanie. To zajmie kilka miesięcy i tyle. - Jakoś sama w to nie wierzyła.
- Mhmm. - Olivia nie kryła się ze swoim sceptycyzmem. - Mówię poważnie. Trzymaj się od niego z daleka. Widziałam jego zdjęcia w różnych czasopismach. Nadal jest niezłym przystojniakiem, a to znaczy, że jest niebezpieczny. Nie wchodź mu do łóżka i na miłość boską, n i e zakochuj się w nim.
Farra się zaśmiała.
- Nie zakocham się w nim ponownie. - Może i była napalona, ale nie była idiotką. Jej ciało pragnęło Blake'a, ale serce było obwarowane murami, które nie dopuściłyby go tak blisko.
- I dobrze. - Olivia wydawała się usatysfakcjonowana. - Czyli kumpluje się z Landonem? Ale ten świat jest mały.
- Cóż, Landon też jest z Austin.
Dopiero teraz uświadomiła sobie, że Blake wspominał kiedyś w Szanghaju, że jego najlepszy przyjaciel jest dziedzicem imperium hotelarskiego. To on pomógł mu zgromadzić kapitał na otwarcie pierwszego baru. Blake może nawet jej wspomniał, jak się nazywa. Nie mogła uwierzyć, że dopiero teraz połączyła kropki.
- Tak jak miliony innych ludzi. Rany, ale zrządzenie losu. - Olivia westchnęła. - Kurde. Muszę wracać do pracy. Pogadamy później, dobrze? Kup sobie coś ładnego i może dużą butelkę wódki. Przyda ci się.
Farra prychnęła.
- Dzięki.
Rozłączyła się, wzięła głęboki wdech i wyszła z kabiny. Całe szczęście w łazience nie było nikogo oprócz niej, więc to, że wyglądała jak wrak, nie miało żadnego znaczenia.
Obmyła twarz chłodną wodą, próbując dodać sobie energii.
Projekt mieszkania Blake'a zajmie jej co najwyżej kilka miesięcy. Da radę tyle wytrzymać bez ulegania pożądaniu, co nie?
Przed oczami znowu zobaczyła jego dołeczki i szerokie barki. Poczuła, jak robi jej się gorąco.
Cholera.
Może to i dobrze, że zgodziła się pójść na randkę w ciemno ze współpracownikiem Olivii. Może pomoże jej rozładować emocje.
Farra spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Była niepewna i niespokojna.
- Farro Lin, w co ty się wpakowałaś?
Rozdział 6
- Dostałam twój kwestionariusz. - Farra zmarszczyła brwi, patrząc na kartkę, którą trzymała w rękach. - Nie odpowiedziałeś na połowę pytań.
- Bo nie wiedziałem, jak na nie odpowiedzieć. - Mówił prawdę. Nie wymieniłby żadnego stylu wystroju, nawet gdyby zależało od tego jego życie, nie mówiąc już o tym, by był w stanie stwierdzić, które mu się podobają albo nie podobają. - Poza tym uznałem, że łatwiej będzie nam to przedyskutować na żywo.
Kąciki jego ust powędrowały do góry, a Farra gniewnie na niego spojrzała.
Jasne. Mógł się bardziej postarać przy wypełnianiu kwestionariusza, ale wiedział, że im mniej odpowiedzi udzieli, tym więcej czasu poświęcą na rozmowę w cztery oczy.
Czasu. Wiecznie im go brakowało. W Szanghaju. A już na pewno na tym króciutkim lunchu parę dni temu. Ale teraz, gdy był klientem Farry, miał zamiar wykraść dla nich tyle sekund, ile tylko będzie w stanie.
Pomagało to, że wcale nie uwłaczało mu posuwanie się do takich nieczystych zagrywek jak zostawianie kwestionariusza w połowie pustego.
Farra przeszła się po mieszkaniu Blake'a, zapoznając się z układem i obecnymi dekoracjami.
- Landon nie kłamał, gdy mówił, że nie masz zbyt wielu mebli.
- Dopiero co się tu wprowadziłem. Stwierdziłem, że nie ma sensu niczego kupować, skoro zatrudnię do tego profesjonalistkę.
Blake wcale nie miał zamiaru zatrudniać architektki wnętrz, dopóki Landon go do tego nie zmusił, ale postanowił zachować to dla siebie.
- Współpracowałeś już kiedyś z architektem?
- Tak, przy otwieraniu barów, ale one były bardziej skomplikowane i pozwoliłem swojemu zespołowi zająć się szczegółami. To ma być mój dom, więc zamierzam się b a r d z o zaangażować w cały proces. - Na jego policzkach znowu pojawiły się dołeczki. - Będziemy się często widywać w najbliższych miesiącach.
Farra wyglądała jak mysz zamknięta w klatce z wężem.
- W takim razie omówię z tobą różne etapy współpracy, żebyś wiedział, czego się spodziewać. Zaczniemy od planowania. Właśnie to teraz robimy. Próbuję poznać ciebie, twój gust, budżet i twoje potrzeby.
Potrzebuję ciebie.
Blake powstrzymał się od powiedzenia tego na głos. Po pierwsze, bo byłoby to megakiczowate, a po drugie, dlatego że nie chciał jej odstraszyć. Dopiero co spotkali się na nowo, a Farra nie należała do osób, które łatwo opuszczały gardę. Minęło parę miesięcy, zanim otworzyła się przed nim w Szanghaju, a biorąc pod uwagę, jak skończył się ich związek... Cóż, Blake nie miał wątpliwości, że kartka i pudełko czekoladek niczego by nie zmieniły.
Farra mówiła dalej, nieświadoma jego wewnętrznego monologu:
- Kolejny etap to projektowanie. Przygotuję kilka szkiców i wizualizacji, z których będziesz mógł wybrać, co ci się najbardziej podoba. Gdy stworzymy finałową wersję projektu, zatrudnię wykonawców, zamówię meble i dekoracje, no i sprowadzę potrzebne materiały budowlane. Ten etap zwykle zajmuje najwięcej czasu ze względu na to, że musimy liczyć się z innymi zobowiązaniami kontrahentów, opóźnieniami w wysyłkach i innymi nieprzewidzianymi okolicznościami. Postaram się zminimalizować ryzyko ich wystąpienia, ale nie da się ich całkiem uniknąć. Ostatni etap to prace. Wykonawcy zrobią swoje, zawiesimy obrazy, ustawimy meble i tak dalej, i tak dalej, aż w końcu twoje mieszkanie będzie jak ze snu. Masz jakieś pytania?
Blake wyciągnął z tego tyle, że zajmie to sporo czasu. Świetnie.
- Nie, wszystko jasne.
Przeszli do sypialni i próbował, naprawdę próbował, ale nie mógł powstrzymać brudnych myśli na widok Farry stojącej obok jego łóżka. Wyobrażał sobie, jak podciąga jej obcisłą, szarą spódniczkę i robi jej minetę, aż zaczyna wykrzykiwać jego imię. Później go ujeżdża, a on ssie jej sutki. Na koniec sześć dziewięć i dojście w jej ustach.
Krew odpłynęła Blake'owi w dół i stał się twardy jak stal. W tym samym momencie zorientował się, że jego plan odzyskania Farry ma jedną wielką wadę: zanim tego dokona, będzie musiał zmierzyć się z niewyobrażalną frustracją seksualną.
- Co to jest?
Zdziwiony głos Farry wyrwał go z jego fantazji, a raczej horroru.
- Hmm? - Blake miał nadzieję, że nie mówiła o erekcji, która próbowała rozerwać jego dżinsy, bo zrobiłoby się strasznie niezręcznie.
- To. - Skinęła podbródkiem w kierunku szafki nocnej.
Blake podążył za jej wzrokiem i zatrzymał spojrzenie na małej figurce słonia, która stała obok budzika. Słonik był jego wiernym kompanem w Londynie, Peru, Australii i wszystkich innych miejscach, które odwiedził w ostatnich latach. Zawsze pakował go jako pierwszego, gdy miał gdzieś wyjechać.
- Blake Junior. - Uśmiechnął się na wspomnienie dnia, w którym Farra obdarowała go pamiątką z Tajlandii. Tego samego wieczoru wybrali się razem na pierwszą kolację we dwoje. Już wtedy ją kochał, mimo że jeszcze nie był tego świadomy. - Ten przystojniak w ogóle się nie starzeje, zupełnie jak jego właściciel.
Farra przewróciła oczami.
- Biedaczysko, nadal nosi imię po jakimś narcyzie. - Jej mina wyrażała emocję, której nie potrafił odczytać. - Czemu nadal go trzymasz? To tania pamiątka. Nie pasuje za bardzo do twojego nowego życia. - Objęła gestem całe mieszkanie, w którym nie było prawie żadnych innych dekoracji.
Bo przypomina mi o tobie.
- Bo jest dla mnie ważny.
Jego odpowiedź zawisła w powietrzu i zbudowała napięcie. Czuł zmianę atmosfery na skórze i w pulsujących żyłach.
Farra spąsowiała. Otworzyła usta, zamknęła je, potrząsnęła głową i odpowiedziała Blake'owi profesjonalnym tonem, który nijak się miał do tańczących wokół nich iskier:
- Chyba już wszystko wiem. - Schowała zeszyt do torby, a Blake zauważył, że jej ręce delikatnie drżą. - Zabiorę się do pracy nad szkicami i zadzwonię, gdybym miała więcej pytań. W międzyczasie...
- Farro...
- ...wyślij mi zdjęcia wnętrz, które ci się podobają - dodała pospiesznie. - Możesz wysłać je mailem albo mogę zrobić nam współdzieloną tablicę na Pintereście. Będzie wygodniej.
- Dobrze cię znowu widzieć.
Zapadła ogłuszająca cisza.
Farra założyła torbę na ramię i spoważniała.
- Łączą nas relacje zawodowe.
- Jestem tego świadomy.
- To nie patrz tak na mnie.
- W sensie jak?
- Dobrze wiesz... - Zamilkła. - Po prostu przestań. Nie udawaj, że nie wiesz, do czego piję. Jeśli spróbujesz przekroczyć granice, które powinny dzielić klientów i ich konsultantów, to porzucę ten projekt. I nie będzie miało żadnego znaczenia, ile mi płacisz. "Każda ze stron może rozwiązać niniejszą umowę, zachowując okres wypowiedzenia wynoszący dziesięć dni". To zapis z naszej umowy. Wszystko jasne?
Blake uniósł ręce w geście poddania.
- Jak słońce. Ale... wysłuchaj mnie. Będziemy ze sobą współpracować przez kilka miesięcy i nie da się ukryć, że coś nas kiedyś łączyło. Nasze relacje nie są czysto zawodowe. Obiecuję, że nie zrobię niczego, przez co poczułabyś się niekomfortowo. Nie będę próbował cię pocałować - mimo że tego pragnę - ani zaplatać ci włosów w warkoczyki, gdy będziemy jeść wspólnie chińszczyznę na wynos. - Wyszczerzył zęby, a kąciki ust Farry mimowolnie się uniosły. - Ale chyba możemy czasem porozmawiać o czymś innym niż na przykład skórzane wzory, prawda?
Uniosła brwi.
- Skórzane wzory?
- Nie ma czegoś takiego? Nieważne. Chodzi mi o to, że jest jeszcze spora przestrzeń między pełnym profesjonalizmem a przesadną prywatą. - Głos Blake'a stał się łagodniejszy. - Wiem, że nie rozstaliśmy się w najlepszych okolicznościach w Szanghaju, ale to było dawno temu. Nie jestem już takim dupkiem jak kiedyś. Moglibyśmy zacząć od nowa.
Farra zacisnęła usta.
- Niech ci będzie, ale pamiętaj o granicach.
- Już je sobie wszystkie zapisałem i utrwaliłem w pamięci.
- Świetnie.
Gdy wychodzili z sypialni, telefon Farry zawibrował. Odczytała wiadomość. W jej oczach zatańczyły iskierki radości, a na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
Blake poczuł, jak przepełnia go zazdrość. Pojawiła się nagle, ale uderzyła w niego z ogromną siłą. Kiedyś obdarzała takim uśmiechem tylko jego.
Ciekawe, co za kutas do niej napisał.
Może jej chłopak? Na pewno nie była zamężna, bo zwrócił uwagę na to, czy nie nosi czasem obrączki, gdy zobaczyli się na lunchu w Aviary. Ale mogła się z kimś spotykać. Była piękna, mądra, błyskotliwa i miła. Mężczyźni pewnie dobijali się do jej drzwi.
Blake zzieleniał z zazdrości i czuł się tak, jakby się dusił. Nie mógł oczekiwać od Farry, że pozostanie singielką i będzie utrzymywała celibat po tym, jak się rozstali (w końcu sam tego nie robił), ale i tak mógłby urwać głowę komukolwiek, kto śmiałby jej dotknąć albo choćby spojrzeć w jej stronę.
Czy zachowywał się nieracjonalnie? Tak.
Czy go to obchodziło? Wcale.
Ale nie mógł wypytywać o jej życie miłosne, bo z pewnością uznałaby to za naruszenie prywatności, a przecież dopiero co o tym rozmawiali. Gotował się ze złości w ciszy, a Farra właśnie odpisywała jakiemuś frajerowi.
- Muszę spadać. - Uniosła głowę. Nadal się uśmiechała, co tylko podsyciło ogień płonący w Blake'u.
Nie pytaj jej, idioto. Nie. Pytaj. Jej.
- Randka z chłopakiem? - Jego pytanie było równie subtelne, co dostanie w głowę cegłą.
Farra spiorunowała Blake'a spojrzeniem, ale nie uraczyła go odpowiedzią na te oczywiste podchody.
- Tak jak mówiłam, zadzwonię, jak będę miała gotowy szkic.
Nie zaprzeczyła.
Drzwi wejściowe się za nią zamknęły, a Blake został sam. Stał w ciszy i wciąż zżerała go zazdrość.
Rozdział 7
Gdy tylko weszła do Tavern 14, uderzył ją zapach alkoholu i frytek. To był ulubiony zestaw mieszkańców East Village podczas happy hour. Jak zwykle roiło się tu od ludzi, którzy chcieli napić się za pół ceny i załapać się na burgery za dwa dolary.
Farra przepchnęła się przez tłum w poszukiwaniu chłopaka, z którym się umówiła. Już miała do niego napisać, żeby zapytać, czy jest na miejscu, ale hipsterzy stojący przed nią w grupce rozeszli się i zobaczyła, że siedzi na krześle barowym w rogu, popijając piwo i wpatrując się w ekran telefonu.
Nie mogła powstrzymać się od uśmiechu. Minęło zdecydowanie za dużo czasu od ich ostatniego spotkania.
- Sammy! - Farra podniosła głos, żeby usłyszał ją mimo panującego w środku gwaru.
Na twarzy Sammy'ego Yu malowała się radość.
- Farra! - Wstał, obszedł stolik i ją przytulił. Pachniał mydłem i świeżym praniem. Ten zapach był jej tak znajomy, że aż się zakrztusiła. Ostatnio dawała się ponieść nostalgii. - Dobrze cię widzieć.
- Wyjąłeś mi to z ust. Rany, dasz wiarę, że minęły już dwa lata?
Farra utrzymywała kontakt z Sammym przez media społecznościowe i esemesy, ale odkąd przeniósł się do San Francisco, nie było im łatwo spotkać się na żywo. Ostatnim razem widzieli się, gdy poleciała do Kalifornii, żeby zaprojektować hotel butikowy dla jednego z klientów KBI. Sammy był od wtedy kilkukrotnie w Nowym Jorku, ale oboje mieli tyle pracy, że nie udało im się zgrać w czasie.
- O dwa za dużo. Co słychać?
- Wszystko dobrze, a u ciebie? Nadal robisz furorę w San Francisco? - zażartowała.
Sammy się zarumienił. Dzięki swoim głęboko brązowym oczom, uwydatnionym rysom twarzy, wzrostowi i umięśnionej sylwetce nadal był bardzo przystojny, ale teraz dysponował czymś, co czyniło go jeszcze atrakcyjniejszym: swoją własną piekarnią, Crumble and Bake, która stała się megapopularna i zdobyła uznanie zarówno krytyków kulinarnych, jak i celebrytów. Była tak rozpoznawalna, że niedawno otworzył nowy punkt w Los Angeles. W dniu otwarcia była do niego taka kolejka, że nie było widać jej końca. Farra widziała zdjęcia w internecie.
Sammy sam stał się kimś w rodzaju gwiazdy w świecie gastronomii. Miał ponad milion obserwujących na Instagramie i bardzo znany kanał na YouTubie, na którym dzielił się przepisami.
Farra wiedziała, że jego rodzina nie była zadowolona, gdy zrezygnował ze studiów i kariery w NASA, ale Sammy pokazał, że jest do tego stworzony.
- Nie ująłbym tak tego. Jestem piekarzem, a nie Markiem Zuckerbergiem.
- Mark Z. może pocałować mnie w dupę. Jesteś od niego znacznie lepszy.
Sammy się rozpromienił.
- Dzięki. Hej, napijesz się czegoś? Ja stawiam.
- Spokojnie, ja nam coś kupię. I nie kłóć się - ostrzegła go Farra. - Ty jesteś tu gościem.
Zaśmiał się.
- Dobrze, ale ja stawiam następną kolejkę.
- Umowa stoi.
Kiedy oboje mieli już drinki, zajęli jedną z loży, gdy tylko się zwolniła, i zaczęli nadrabiać zaległości. Farra opowiedziała Sammy'emu o tym, jak rzuciła pracę, o swojej podróży urodzinowej na Jamajkę i o tym, jak przez przypadek dostała się na afterparty Met Gali. Sammy opowiedział jej z kolei, co porabiał w San Francisco, o wzlotach i upadkach w prowadzeniu słynnej piekarni. Dowiedziała się między innymi o tym, że dostaje setki propozycji i nagich zdjęć od szalonych fanek jego wypieków.
- To rzeczywiście musi ci być trudno - wyśmiała Sammy'ego, na co klepnął ją w ramię.
- Wszystko jest super do czasu, aż otworzysz przez przypadek jedno z takich zdjęć na oczach swojej trzyletniej siostrzenicy - burknął Sammy. - Siostra niemal wbiła mi w żebra swój pilniczek. Poza tym nie lubię być w centrum uwagi. Chciałbym piec swoje croissanty w spokoju. Nie wiem, jak Kris sobie radzi z tym całym gównem.
- Na to za późno. Jesteś gwiazdą - oznajmiła śpiewnym głosem Farra. - A Kris daje radę, bo to Kris. Jeśli któryś paparazzi podejdzie do niej za blisko, nie zawaha się go uderzyć.
- Prawda.
Kris Carrera, ich przyjaciółka z wymiany w Szanghaju, zaręczyła się z Nate'em Reynoldsem, jedną z największych gwiazd Hollywood, paparazzi nie odstępowali ich nawet na krok.
- Utrzymujesz kontakt jeszcze z kimś z FEA? - Farra zamieszała rozwodnionego od lodu drinka.
- W sumie ze wszystkimi z naszej grupki oprócz... - Sammy przerwał w pół zdania.
Olivii.
Jej imię, choć niewypowiedziane, zawisło w powietrzu niczym ostrze gilotyny, które lada moment miało spaść.
Farrę zakłuło w sercu. Pamiętała jeszcze czasy, gdy Sammy i Olivia byli parą jak z obrazka. Ich związek jako jedyny w całej grupce ich przyjaciół przetrwał wyjazd z Szanghaju. Tyle że rozpadł się dosłownie kilka miesięcy później. Farra była wtedy z nimi w Nowym Jorku, ale nadal nie rozumiała, jak do tego doszło, a Sammy i Olivia nie chcieli o tym rozmawiać.
Jak dwoje ludzi, którzy byli w sobie zakochani po uszy, tak szybko się znienawidziło?
Z drugiej strony Farra jak nikt powinna rozumieć, że sytuacja może zmienić się w kilka minut o sto osiemdziesiąt stopni.
- To znaczy, że utrzymujesz też kontakt z Blakiem? - Pytanie samo wyrwało jej się z ust.
W oczach Sammy'ego zatańczyło zdziwienie.
- Tak, piszemy czasem. Dlaczego pytasz?
- Cóż... - Farra zastanawiała się, czy powiedzieć mu o swoim nowym projekcie. Nie chciała, żeby ten temat zdominował dzisiejszy wieczór, ale potrzebowała zasięgnąć dodatkowej rady od kogoś innego niż Olivia, a nie było zbyt wielu osób, które wiedziały o tym, co zaszło między Farrą a Blakiem w Szanghaju. - Tak jakby, eee, pracuję dla niego.
- C o?
Farra wtajemniczyła Sammy'ego we wszystkie szczegóły.
- Łał. - Przetarł dłońmi twarz. - Kto by pomyślał.
- Co nie? Ale jakby co, to już nic do niego nie czuję - dodała pospiesznie Farra. - Minęło pięć lat. Dziwna sytuacja.
- Mm-hmm. - Sammy przyglądał się jej przenikliwym wzrokiem. - Jesteś tego pewna?
W miarę.
To, jak jej serce przyspieszyło na widok figurki słonika, uznała za skutek zdziwienia. A jeśli chodziło o to, że zrobiło jej się gorąco, gdy pomyślała, co mogłaby zrobić z Blakiem w tym jego wielkim łóżku... Cóż, mógł ją z tego bardzo szybko wyleczyć jej wibrator.
- Na sto procent.
Sammy nie wyglądał na przekonanego.
- Może to znak - stwierdził. - Że powinniście zakopać topór wojenny i ruszyć do przodu. Może znowu się zaprzyjaźnicie.
Farra prychnęła.
- Ta, jasne.
Mogli być wobec siebie kulturalni, ale przyjaźń? Nie ma szans. Trudno przyjaźnić się z kimś, kto złamał ci serce.
- Hej, nie mam zamiaru tłumaczyć Blake'a, bo zachował się beznadziejnie w Szanghaju, ale wszyscy popełniamy błędy. Niektóre są większe od innych. Myślę, że w głębi serca jest dobrym człowiekiem. Zresztą sama powiedziałaś, że minęło pięć lat. Nie musisz za niego wychodzić, ale daj mu szansę pokazać, że się zmienił. Ułatwisz sobie tym życie, skoro i tak będziecie ze sobą pracować.
Farra zastanowiła się nad radą Sammy'ego. Blake powiedział jej coś podobnego.
Nie była już zła za to, co wydarzyło się w Szanghaju. Trochę jej to zajęło. Rany, wcześniej była taka wściekła. Ale wraz z upływem czasu jej gniew odszedł w niepamięć. Zostały po nim jedynie mury, których nie udało się dotąd pokonać żadnemu innemu mężczyźnie. Związek z Blakiem udowodnił jej, że miłość z bajek istnieje naprawdę, ale pokazał też, że nie każda historia ma szczęśliwe zakończenie. Czasami epilog wcale nie jest radosny, a miłość twojego życia miażdży twoje serce z taką samą łatwością, z jaką je zdobyła.
W każdym razie nie groziło jej ponowne zakochanie się w Blake'u. A pożądanie? To już inna sprawa.
- Jak zawsze jesteś zbyt wyrozumiały. Wiesz o tym?
Sammy rozczochrał Farze włosy, za co obdarzyła go gniewnym spojrzeniem.
- Musiałem podzielić się z tobą moją złotą myślą na dziś. Oko za oko, a cały świat oślepnie, i tego typu frazesy.
- Rozumiem, że masz takie samo podejście w kwestii Olivii? - zapytała pełna nadziei, przywołując swoją fryzurę do porządku.
Wiedziała, że otworzy puszkę Pandory, wymawiając imię swojej współlokatorki, ale miała dosyć cichej wojny, którą toczyli jej przyjaciele. Sammy uważał, że Farra powinna pogodzić się z Blakiem? W takim razie on powinien pogodzić się z Olivią. I to prędko.
Sammy spochmurniał. Cały się spiął, a jego ton stał się chłodny.
- To co innego.
Przez większość czasu był tym samym dobrodusznym, wyluzowanym Sammym, którego poznała lata temu. Ale czas odcisnął na nim piętno, tak jak na każdym. Miał więcej tajemnic, było w nim więcej goryczy i bywał cyniczny, szczególnie gdy chodziło o jego dawne związki.
- Dlaczego?
Sammy zacisnął szczękę.
- Po prostu to nie to samo.
Farra wiedziała, że to przegrana sprawa, dlatego zmieniła temat. Obawiała się, że ten popsuje ich spotkanie.
- Jak długo będziesz w Nowym Jorku?
Była zaskoczona, kiedy dostała od niego wiadomość, gdy wychodziła od Blake'a. Nie miała pojęcia, że wybiera się w te strony, ale cieszyła się, że się zobaczą, bo potrzebowała odciągnąć myśli od niepokojącej chemii, którą wciąż miała z Blakiem.
Chemia, podobnie jak zbiegi okoliczności, czasem miewa chujowe wyczucie czasu.
Sammy się rozluźnił.
- Wylatuję z samego rana. W ogóle to przepraszam, że odezwałem się tak późno. Jestem tu ze względu na pracę i nie wiedziałem, czy dam radę się zobaczyć, ale spotkanie, na którym miałem być, się nie odbyło.
- Nie masz za co mnie przepraszać. Cieszę się, że się widzimy.
Siedzieli w barze i rozmawiali tak długo, aż wszyscy ludzie, którzy przyszli na happy hour, wyszli i zastąpiły ich nocne marki. Farra czuła, że oboje nie mają weny. Odkąd ich rozmowa otworzyła stare rany, które już dawno powinny się zabliźnić, co jakiś czas zapadała między nimi niezręczna cisza. Wpatrywali się wtedy w swoje drinki, tonąc we wspomnieniach tego, co już nigdy nie wróci.
Rozdział 8
- Nie wstawimy tu akwarium z rekinem.
- Dlaczego nie? Ice-T takie ma - zaprotestował Blake. - Widziałem to w MTV Cribs. Poza tym, co z dewizą "nasz klient, nasz pan"?
Farra westchnęła z irytacji.
- Po pierwsze, myślę, że nie powinieneś czerpać inspiracji od Ice'a-T. Po drugie, masz rację. Jesteś klientem i jeśli zażyczysz sobie akwarium z rekinem, to ci je załatwię. Problem w tym, że w ogóle nie pasuje do motywu przewodniego. Nie widzisz tego?
Blake wzruszył ramionami.
- Tym bardziej byłoby to intrygujące. - Próbował ukryć uśmiech, gdy zobaczył, że Farze powoli kończy się cierpliwość.
Irytacja była w porządku. Na pewno była lepsza od obojętności.
- Tylko żartuję - powiedział, litując się nad nią. - Możemy wyrzucić ten pomysł do kosza.
Siedzieli razem na ławce w Central Parku, obok fontanny z aniołem, i przeglądali szkice, która przygotowała Farra. To Blake zaproponował, żeby spotkali się w parku zamiast w kawiarni czy u niego w mieszkaniu. Była piękna pogoda i liczył na to, że niezobowiązująca atmosfera przekona ją do otworzenia się na niego.
Miał rację. Powiedzmy. Farra wydawała się bardziej zrelaksowana niż ostatnim razem, ale Blake'owi nie udało się nawiązać z nią rozmowy na żaden temat niezwiązany z pracą. Jeszcze mu się nie udało, ale godzina była młoda.
- Dzięki Bogu. - Farra skreśliła coś w swoim zeszycie. - Czyli szkic numer dwa, ale bez akwarium z rekinem?
- Tak jest. - Szczerze mówiąc, Blake'owi podobały się wszystkie szkice Farry, więc losowo wybrał jeden z nich. Ufał, że zna się na rzeczy. - Dobra, to tyle na dzisiaj. Co powiesz na mały spacer?
Farra posłała mu gniewne spojrzenie.
- Muszę zacząć przygotowania do następnego etapu.
- Od razu? Bez chwili przerwy? Nie daj się prosić, jest piątkowe popołudnie - przymilał się Blake. - Widzisz tę pogodę? Słońce świeci, ptaszki ćwierkają, a...
- Joshuo, Peterze, jeśli natychmiast się nie uspokoicie, to dostaniecie szlaban na dwa tygodnie! - krzyknęła jakaś kobieta, gdy czarnowłosy chłopczyk walnął z byka swojego brata bliźniaka. Ten nie pozostał mu dłużny i chwilę potem tarzali się po ziemi, wojując ze sobą, na co matka pospieszyła w ich stronę z płomieniami w oczach. - Mówili: "Urodź dziecko, zobaczysz, jakie macierzyństwo jest satysfakcjonujące" - rzuciła wystarczająco głośno, by Blake i Farra słyszeli każde jej słowo.
- Dzieci robią niezłe zamieszanie . - Farra dokończyła zdanie za Blake'a z widocznym rozbawieniem.
- Tak.
Poczuł ucisk w sercu na widok siłujących się ze sobą braci. Kiedyś, gdy widział dzieci, czuł przeszywający ból, a teraz tylko od czasu do czasu zastanawiał się nad tym, jak by wyglądało jego życie, gdyby sprawy z Cleo potoczyły się inaczej. Czy byliby szczęśliwi? Czy podobałoby mu się ojcostwo, czy może byłoby dla niego niczym dusząca go pętla na szyi?
Już nigdy się o tym nie przekona.
Blake zagłuszył natrętne myśli i uśmiechnął się czarująco.
- To co z tym spacerem? Wydaje mi się, że nie narusza granic, które wytyczyliśmy.
- Rzeczywiście, spacer mi nie zaszkodzi - powiedziała niechętnie Farra. - Jest piękna pogoda.
Sukces.
Farra była niczym bryła lodu, a Blake niczym ogień, który ją roztapiał centymetr po centymetrze. Było wiele rzeczy, za które musiał odpokutować. Nadal uważała, że Blake zwodził ją w Szanghaju, a on nie zamierzał wyprowadzać jej z błędu. Uważał, że to łatwiejsze do przełknięcia od prawdy. A prawda była taka, że był okropnym człowiekiem. Jakaś jego część zastanawiała się, czy powinien w ogóle znowu zabiegać o jej względy.
Wydawała się taka niewinna, a on był emocjonalnym wrakiem. Świat postrzegał go jako biznesmena z idealnym uśmiechem i idealnym życiem, ale w rzeczywistości taki nie był. Dręczyły go wyrzuty sumienia. Postanowił, że nigdy nie pokaże się jej od tej strony. Nie chciał wciągać jej we własne problemy ani obarczać wstydem i żalem. A do tego bał się, że gdyby zobaczyła, w jakiej jest rozsypce, to od razu zwiałaby w siną dal.
Gdyby Blake był dobrą osobą, to dałby jej spokój i pozwoliłby, żeby znalazła sobie kogoś lepszego. Ale był samolubnym gnojkiem, który nie mógł jej puścić po tym, jak wróciła do jego życia. Była światłem, które odganiało jego mrok. Aniołem, który mógł ocalić go przed własnymi demonami. A jedyną wymówką, jaką miał na powrót do jej serca, było to, że wciąż ją kochał.
Mimo że minęło tyle lat.
Mimo że tak wiele się wydarzyło.
Gdy wychodzili z Bethesda Terrace, przez przypadek otarli się o siebie łokciami. Blake poczuł delikatne mrowienie na całej ręce, które przynajmniej na razie skutecznie odgoniło jego wątpliwości.
- Znasz Ravine i Loch? - zapytał.
Central Park był jednym z jego ulubionych miejsc w całym mieście. Zajmował ponad osiemset akrów, ale większość ludzi i tak odwiedzała jedynie jego najpopularniejsze części, takie jak Bethesda, Sheep's Meadow czy Bow Bridge. Blake wolał mniej znane zakamarki i ciche zakątki, które zaskakiwały swoim pięknem, gdy przez przypadek się je odnalazło.
- Nie. - Farra zwilżyła dolną wargę. - Rzadko tu przychodzę. Zwykle jestem na dolnym Manhattanie.
- Hmm. Czyli jesteś jedną z tych osób.
Spojrzała na niego z ukosa.
- Co ma znaczyć " j e d n ą z t y c h o s ó b" ?
- No wiesz, tych osób, które uważają, że to jedyna część Manhattanu warta odwiedzenia.
- Eee, tak, bo to najlepsza dzielnica tego miasta. Środkowa część Manhattanu jest najgorsza, a górna jest zwyczajnie nudna.
- Ale z ciebie snobka.
- Sam mieszkasz w West Village!
- Prawda, ale często zapuszczam się za Dwudziestą Trzecią Ulicę. Dolny Manhattan jest super, ale tutaj też jest mnóstwo ciekawych miejsc.
- Taki z ciebie ekspert? Jesteś tu dopiero od kilku tygodni - żachnęła się Farra. - Ja mieszkam tu od lat.
- Ale ja widziałem Ravine i Loch, a ty nie - przekomarzał się z nią Blake.
Za każdym razem, gdy odwiedzał Nowy Jork, próbował odkryć choć jedno nowe miejsce. To była prawdziwa magia tego miasta: zawsze było coś nowego do zobaczenia lub zrobienia.
- Zaczynam p o w a ż n i e żałować, że zgodziłam się na ten spacer.
Dołeczki Blake'a pojawiły się w samą porę.
- Zaufaj mi. Jak zobaczysz to miejsce, to przestaniesz żałować.
Dotarcie do celu zajęło im kolejne pół godziny. W tym czasie Blake zdążył wyciągnąć z Farry trochę informacji na temat jej życia prywatnego, na przykład to, co robiła w ostatnie urodziny (w środku marca, czyli miesiąc temu) i czy nadal przyjaźni się z Olivią, Kris i Courtney. W Szanghaju nie odstępowała ich na krok.
Farra poleciała w swoje urodziny na Jamajkę i tak, nadal kumplowała się z dziewczynami z wymiany. Co więcej, Olivia była jej współlokatorką.
Nie dowiedział się za dużo, ale to był dobry początek. Przynajmniej podzieliła się z nim czymś, co nie dotyczyło pracy.
Blake w zamian uraczył ją opowieściami o swoich podróżach, między innymi o tym, jak odwiedził jednego ze swoich najlepszych kumpli z Szanghaju, Luke'a Petersona, w Wisconsin, gdzie kupił tony sera dla rodziny i bliskich. Część była niedokładnie zapakowana, więc gdy otworzył walizkę, śmierdziała tak, że musiał wyrzucić ją razem z całą zawartością na śmietnik.
Od tamtej pory nadal nie tknął żadnego sera.
Farra się zaśmiała, a on poczuł w klatce piersiowej znajome ciepło. Potwornie mu tego brakowało.
W północnej części Central Parku nie było zbyt wielu osób, więc Blake usłyszał kojący dźwięk wodospadów, jeszcze zanim je zobaczyli.
- Nie wierzę, że nadal jesteśmy w sercu miasta. - Farra podążała za Blakiem wzdłuż leśnej ścieżki w kierunku strumyka. - Mam wrażenie, że jestem w północnej części stanu.
- Nie bez powodu. Ta część została zaprojektowana na modłę pasm górskich Catskill i Adirondack. - Szum wodospadu stał się głośniejszy. Blake ruszył do przodu, rozpościerając ramiona. - Witaj w Loch.
- Łał - skomentowała Farra.
Strumyk wił się przez bujne zielone runo leśne, tworząc idylliczną scenę rodem z obrazu. Odgłos wodospadu zagłuszał dźwięki miasta w oddali, przenosząc ich do ukrytego raju, w którym istnieli tylko oni. Farra poczuła świeży zapach roślin oraz wilgotnej gleby i ochoczo wzięła głęboki wdech.
Blake przysiadł na jednym z większych głazów nieopodal strumyka i poklepał go, zachęcając Farrę, by się dosiadła.
Po krótkiej chwili zawahania zajęła miejsce obok.
- Czuję się jak turystka w swoim własnym mieście. - Uniosła głowę, a jej włosy zalśniły w słońcu przeróżnymi odcieniami czerni i brązu. W Nowym Jorku było wyjątkowo ciepło jak na środek kwietnia. Nie żeby Blake miał na to narzekać. - To miejsce jest megarelaksujące.
- Jest lepsze niż terapia. - Blake przesunął dłonią po rozgrzanym kamieniu, ciesząc się jego solidną fakturą. - Staram się tu przychodzić za każdym razem, gdy jestem w Nowym Jorku. A skoro się tu przeprowadziłem, to w sumie mogę je odwiedzać, kiedy tylko chcę.
- Czemu wybrałeś akurat to miasto? - Jej ciekawość wydawała się szczera.
- Bo je uwielbiam. A poza tym otwieram tu nowy bar i uznałem, że najwyższa pora się ustatkować. - Wzruszył ramionami. - Wszystko jakoś tak się ułożyło.
Farra zmarszczyła brwi.
- Ustatkować? A nie mieszkałeś przypadkiem w Teksasie?
- Nie. - Blake zacisnął dłoń na ostrej krawędzi kamienia, aż wbiła mu się w skórę. - Moja rodzina tam mieszka. Odwiedzam ich od czasu do czasu, ale przez ostatnie lata byłem prawie ciągle w rozjazdach ze względu na pracę. Kilka miesięcy tu, kilka tam. Było fajnie, ale po czasie staje się to męczące. - Zauważył, że Farra się uśmiechnęła. - Co cię tak bawi?
- Po prostu pamiętam czasy, gdy Szanghaj był jedynym miastem poza granicami Stanów Zjednoczonych, w którym byłeś. A teraz jesteś prawdziwym globtroterem.
Lekko się zaśmiał.
- Chciałbym nim być. Ale większość moich podróży była służbowa.
Starał się oczywiście zawsze coś zobaczyć, ale mimo to głównym celem była praca. Studia za granicą otworzyły mu oczy na możliwości, które czekały na niego z dala od białych płotków i niedzielnych meczy futbolu amerykańskiego na teksańskich przedmieściach. Odkąd odkrył, jak wielki jest świat, trudno było mu wrócić w rodzinne strony na dłużej niż kilka dni.
Złe wspomnienia i nadszarpnięte relacje z ojcem też odgrywały tu znaczącą rolę, ale postanowił zachować to dla siebie.
- Jakie było najciekawsze miejsce, które odwiedziłeś?
Blake zaczął się zastanawiać.
- To zależy. Jeśli chodzi o jedzenie, Tokio. Naturę? Norwegia. Cuda świata? Machu Picchu.
- Poleciałeś do Machu Picchu służbowo? - W tonie głosu Farry było czuć wyraźny sceptycyzm.
- Nie wiedziałaś, że lamy uwielbiają piwo i futbol amerykański? Moja sieć barów nie dyskryminuje innych gatunków niż ludzie - zażartował, czym ponownie wywołał u Farry śmiech. Wyszczerzył zęby. W końcu zrobili jakieś postępy. - A tak serio, to chcę rozszerzyć działalność i umocnić Legendy, tworząc z nich międzynarodową markę. Dużo podróżuję, żeby zrobić rozeznanie na różnych rynkach, poznać się z osobami, które byłyby zainteresowane franczyzą i tego typu sprawami. Ale racja, Machu Picchu nie było w żaden sposób związane z pracą. Byłaś tam?
- Jeszcze nie. - Farra narysowała palcem kształt gwiazdy na głazie. - Byłam zajęta karierą i nie miałam za dużo czasu na podróże. Wyjątek stanowił urodzinowy wyjazd. Ale teraz powinnam mieć więcej swobody, jako że nie pracuję już w biurze. Nie żebym zamierzała zrobić sobie wakacje w środku prac nad twoim projektem - dodała pospiesznie.
Blake nie miałby nic przeciwko, pod warunkiem że mógłby się z nią zabrać.
- Landon mówił, że odeszłaś ze swojej starej pracy tuż przed tym, jak się z tobą skontaktował. - Wspaniałe wyczucie czasu. - Planujesz otworzyć własną firmę?
- Może kiedyś. Ale jeszcze nie teraz. Pracuję dla ciebie jako freelancerka, a nie jednoosobowa pracownia architektoniczna. - Ponownie wytyczyła kształt gwiazdy palcem. - W każdym razie nie odeszłam po to, żeby rozkręcić własny biznes.
Nie rozwinęła myśli, więc Blake sam ją o to dopytał:
- To dlaczego to zrobiłaś?
- To długa historia.
- Mamy dużo czasu.
- Nieprawda, zaczyna się ściemniać.
Miała rację. Jasne popołudniowe słońce zaczynało powolną wędrówkę w dół nieba, a cała okolica skąpana była w jego złotej poświacie. Zachód słońca był tuż za rogiem, a z każdą minutą niebo nabierało coraz delikatniejszej pastelowej barwy.
- Moglibyśmy dokończyć naszą rozmowę podczas kolacji? Nie chodzi mi o randkę - dodał Blake, gdy zobaczył zmarszczone czoło Farry. - Zwyczajny posiłek dzielony przez dwoje starych przyjaciół. - Jego definicja " p r z y j a c i ó ł" była trochę naciągana, ale nie poprawiła go. - W okolicy jest kilka świetnych restauracji.
- Nie wątpię, ale niestety nie mogę. - Farra wstała z kamienia. - Jestem już umówiona.
Zazdrość znowu pokazała swoje paskudne oblicze.
- O. Z chłopakiem czy ze znajomym? - zapytał beztroskim tonem, ale czuł, jak rośnie w nim napięcie.
Zawahała się.
- Znajomym.
Poczuł ogromną ulgę. Przynajmniej nie miała chłopaka. Mimo to nadal był spięty. Ciekawe, czy to ten sam palant, który pisał do niej ostatnio. Ciekawe, gdzie niby zamierzał zabrać Farrę. Pewnie do jakiejś oklepanej włoskiej knajpki, gdzie próbowałby upić ją czerwonym winem, mając nadzieję na to, że zaliczy już na pierwszej randce.
Farra nawet nie lubi czerwonego wina, idioto.
Niektórzy powiedzieliby, że mu odbiło, skoro prowadzi w głowie rozmowę z kimś, kogo nawet nie zna, ale tacy ludzie mogą spierdalać.
Gdy wychodzili z parku, Blake schował ręce w kieszeniach kurtki. Czuł na skórze energię tętniącego życiem miasta, która trochę rozładowała jego negatywne emocje.
Nie zaskarbiłby sobie niczego, zachowując się jak zazdrosny dupek, więc zmienił nastawienie.
- Gdybyś zmieniła zdanie albo gdyby twoja randka okazała się niewypałem, to znajdziesz mnie w Egret na Upper West Side. Nigdzie nie zjesz lepszych burgerów w Nowym Jorku. Przynajmniej dopóki nie otworzę tu Legend. - Blake uśmiechnął się tak szeroko, że aż zabolały go policzki. - Mają zniżki na drinki aż do jedenastej, więc pewnie trochę tam posiedzę.
Farra nie chwyciła przynęty.
- Dobranoc.
- Dobranoc, baw się dobrze.
Wcale tego nie chciał.
Może i był małostkowy, ale gdy patrzył, jak Farra odchodzi, modlił się w duchu, by jej randka była naprawdę okropna.
Rozdział 9
Farra chciała wydłubać sobie oczy, a nie zdążyli nawet zjeść głównego dania.
Współpracownik Olivii był uroczy, ale na tym kończyły się jego zalety. Ken był brunetem o zielonych oczach i ładnym uśmiechu. Nie mogła narzekać na jego wygląd. Szkoda tylko, że miał tyle charakteru co gąbka do naczyń i był bez reszty pochłonięty swoją osobą. Nie wspominając już o tym, że był dziecinny jak osiemnastolatek z uniwersyteckiego bractwa.
- W każdym razie gadam z tym gościem przez telefon i mówi mi: "Stary, musisz koniecznie przyjechać w wakacje do Hamptons. Organizują tu z a j e b i s t e imprezy". A ja na to: "Jestem w Hamptons co roku. Pojedźmy w jakieś w y j ą t k o w e miejsce, dobra? Co powiesz na Martha's Vineyard?". A on wtedy...
Wzrok Farry bezwiednie uciekł gdzieś indziej. Ken dalej kontynuował swój wywód, a ona popijała czerwone wino i próbowała nie wpatrywać się w sztućce, bo jeszcze naszłaby ją ochota, żeby wbić sobie nóż w serce albo dźgnąć nim Kena, byle tylko zakończyć ich męki. Nie znosiła czerwonego wina. Zawsze miała po nim migrenę i już po pierwszym łyku stawała się bardziej czerwona niż rozwścieczony homar. Ken zamówił je, nie pytając jej o preferencje, a ona potrzebowała teraz procentów.
Nawet restauracja nie była w stanie wynagrodzić jej tej beznadziejnej randki. Poszli do małej, uroczej włoskiej knajpki o nazwie NoMad, którą Farra od dawna chciała odwiedzić. Bez wątpienia Olivia podpowiedziała Kenowi, dokąd zabrać Farrę, ale to nie uratuje jej przed rychłą zemstą.
Zabiję ją. Jakim cudem uznała, że ten gość mi się spodoba?
- To... - Farra podjęła próbę zmiany tematu z wakacyjnych przygód Kena na coś ciekawszego. - Lubisz podróżować?
- Tak. Wszyscy w rodzinie są członkami NetJet - pochwalił się, próbując zaimponować Farze firmą, która wynajmowała prywatne odrzutowce śmietance towarzyskiej.
- Jakie było najciekawsze miejsce, które odwiedziłeś?
- Bez dwóch zdań Ibiza.
Farra zmarszczyła brwi.
- Ibiza?
- No, w Hiszpanii. Espa?aaaaa. - Ken bardzo przeciągnął ostatnią samogłoskę.
- Wiem, gdzie leży Ibiza. - Walczyła z ochotą "przypadkowego" wylania wina na jego drogocennego rolexa, który okropnie połyskiwał od świateł.
Po spotkaniu z Blakiem w Central Parku Farra wróciła do domu, żeby wziąć prysznic i się przebrać. Przez opóźnienia metra spóźniła się na randkę. Ken na dzień dobry powiedział jej, że czekał na nią od siedmiu minut, jak podpowiadał mu jego zjawiskowy, niezawodny rolex wart siedem i pół tysiąca. Ale później dodał, że jej wybacza, bo ma "świetne nogi".
Zastanawiała się nad natychmiastowym opuszczeniem lokalu, ale postanowiła dać mu drugą szansę przez wzgląd na Olivię.
Liv, jeszcze tego nie wiesz, ale jesteś martwa.
- Nigdzie nie ma takiego życia nocnego. - Ken zachichotał, jakby myślał o czymś, czego nie powinien mówić publicznie. - Tam po raz pierwszy brałem udział w orgii.
Najwyraźniej nie uznał, że n i e p o w i n i e n o tym mówić publicznie.
- Fajnie. - Farra z trudem przykleiła uśmiech do ust. Jak, do cholery, miała na to odpowiedzieć? - A byłeś, eee, w jakichś innych miejscach? Takich, gdzie nie urządza się orgii?
- Eee. - Ken wzruszył ramionami. - W Londynie, Paryżu, Rzymie. I innych tego typu miejscach.
- A poza Europą?
- Nie. Dokąd miałbym niby polecieć?
Matko Boska. Jakim cudem ten gość pracował na Wall Street? Farra myślała, że to tylko dla inteligentnych ludzi.
- Nie wiem, na którykolwiek z innych kontynentów? - powiedziała, nie mogąc powstrzymać się od sarkazmu. - Do Azji, Afryki...
- Ta, jasne. Nie chcę złapać malarii, a w Azji mają dziwne żarcie. Gdybym chciał wcinać świerszcze... Ała!
- Przepraszam. - Wcale nie miała wyrzutów sumienia. - Czyżbym nadepnęła ci na stopę?
Szkoda, że nie założyła dziesięciocentymetrowych szpilek zamiast ośmiocentymetrowych. Zabolałoby go jeszcze bardziej.
- Tak - zawył Ken.
- Sorki.
Farra wzięła ogromny łyk wina. To była kara za to, że przystała na randkę w ciemno tylko po to, żeby oderwać myśli od Blake'a. Dostała za swoje. Nawet z nawiązką. Blake na tle Kena wyglądał na aniołka wychowanego przez Matkę Teresę i dalajlamę.
Kelner przyniósł właśnie przystawki: medaliony z cielęciny podsmażane na średnim ogniu z cytryną i kaparami dla Kena i pappardelle al ragu dla Farry. Na sam zapach dania pociekła jej ślinka, ale aż skręcało ją w żołądku na myśl o tym, że będzie musiała wytrzymać jeszcze jedno danie z królem palantów siedzącym naprzeciwko.
Ken trącił cielęcinę widelcem.
- Jest średnio krwista? - zapytał roszczeniowo. - Nie przełknę cielęciny, która nie jest średnio krwista.
- Tak, przygotowaliśmy ją zgodnie z pańskim zamówieniem. - Kelner się uśmiechał i próbował zachować profesjonalizm, ale w jego oczach widać było irytację. Gdyby miał szansę, pewnie naplułby Kenowi na talerz.
Farra liczyła na to, że zrobił to już wcześniej.
- Dobrze. Ale jak się okaże, że nie jest, to będę bardzo zły. Możesz już odejść - odprawił go Ken, dosłownie o d p ę d z a - j ą c g o r ę k a m i.
To była kropla, która przelała czarę goryczy.
Farra płonęła ze wstydu. Nigdy wcześniej nie spotkała się z takim buractwem. Sposób, w jaki ktoś traktuje obsługę, mówi naprawdę wiele o tym, jakim jest się człowiekiem. Widziała już wystarczająco dużo ekscesów tego wieczoru.
- Ale z ciebie dupek.
Ken zatrzymał widelec w połowie drogi do ust.
- Słucham?
- Mam nadzieję, że słuchasz, bo nazwałam cię właśnie dupkiem. Ale to nic, bo jesteś też nudny, nie do zniesienia i odrobinę rasistowski. Powinnam była ci to powiedzieć już jakieś dwadzieścia minut temu.
Farra nie lubiła urządzać scen. Mama zawsze jej powtarzała, żeby trzymała swoje brudy w domu, bo nikt z sąsiadów nie chce ich oglądać. Skłamałaby jednak, gdyby powiedziała, że nie ucieszył jej widok bełkoczącego Kena, kiedy chlusnęła mu winem w twarz. Głęboko czerwony alkohol spływał po jego podbródku i wsiąkał w jego białą koszulę od Brooks Brothers, na zawsze ją niszcząc.
Wszyscy w restauracji wciągnęli ostro powietrze.
- Ty suko! - wyrzucił z siebie Ken, ale w tym samym momencie zobaczył krople wina na tarczy swojego zegarka i całkiem zapomniał o Farze. - Mój rolex!
Farra nie zamierzała czekać na to, co zrobi. Ruszyła w stronę wyjścia, wręczając po drodze kelnerowi dwadzieścia dolarów. Nie miała wątpliwości, że Ken był typem chłopaka, który przechwalał się swoim luksusowym zegarkiem, ale skąpił na napiwkach.
- Przepraszam, że narobiłam takiego bałaganu - wyszeptała, przenosząc na chwilę wzrok na Kena, który użalał się nad swoim rolexem.
- Nic się nie stało. - Na twarzy kelnera pojawił się uśmiech od ucha do ucha. - Ktoś musiał to zrobić.
Farra wyszła na zewnątrz. Poczuła na twarzy chłodny wiatr i ulżyło jej, że nie musi już słuchać farmazonów Kena. Nie wzięła nawet gryza makaronu. Ogromna szkoda, bo pachniał obłędnie. Ale wiedziała, że jeszcze jedno spojrzenie na tego pajaca i zwymiotuje.
Miała lekką głowę od czerwonego wina, a jej brzuch burczał, jakby się na nią gniewał. Szła mozolnym krokiem w stronę metra, zastanawiając się nad tym, gdzie się udać. Mogłaby kupić coś do jedzenia w drodze do domu. W Chelsea było sporo całkiem niezłych knajpek. Farra zwykle lubiła mieć czas tylko dla siebie, ale Olivia też była dzisiaj z kimś umówiona i czułaby się okropnie, jedząc kolację w pojedynkę po takiej katastrofalnej randce.
Miała jeszcze jedną opcję... Taką, której do tej pory nawet nie brała pod uwagę.
Gdybyś zmieniła zdanie albo gdyby twoja randka okazała się niewypałem, to znajdziesz mnie w Egret na Upper West Side. Nigdzie nie zjesz lepszych burgerów w Nowym Jorku.
To był zły pomysł, a Farra popełniła tego wieczoru już wystarczająco dużo błędów. Z drugiej strony miała ochotę na burgera, a Blake wspominał, że drinki w Egret są tańsze aż do jedenastej. Potrzebowała czegoś mocniejszego niż wino, a przy okazji jedzenia i normalnego towarzystwa.
Chyba nie zaszkodzi spotkać się z Blakiem na jednego burgera? Przecież nie zamierzała się z nim całować. Chociaż mógłby to źle odczytać. Wciąż nie wiedziała, do czego dążył, ale wątpiła, że zaprasza wszystkich swoich kontrahentów na drinki w piątkowy wieczór.
Jak dotąd nie próbował się do niej przystawiać. Był przyjacielski, ale zachowywał profesjonalizm. Może z nią pozwalał sobie na więcej niż z innymi, ale w końcu nie mogła zaprzeczyć, że kiedyś łączyło ich uczucie.
Jej mózg toczył batalię sam ze sobą. Tymczasem jej żołądek znowu dał o sobie znać i zaczynał brzmieć coraz groźniej.
Farra dotarła na stację metra. Miała dwie opcje: północ albo południe. Zrobiła krok w lewo, ale zmieniła zdanie, jęknęła i poszła w prawo, do linii metra, która zabierze ją na północny Manhattan.
Rozdział 10
Zegar wskazywał, że było już prawie wpół do ósmej, a to oznaczało, że zaraz będzie już za późno na kolację.
Jadł właśnie ostatnią frytkę, nawet na moment nie odrywając wzroku od wejścia do lokalu. Z każdą sekundą nadzieja Blake'a na to, że w drzwiach stanie Farra, stawała się coraz mniejsza.
- Kogo tak wypatrujesz? Margot Robbie? - zażartował Justin, tutejszy barman. Blake odwiedzał Egret za każdym razem, gdy był w Nowym Jorku, więc zdążył się z nim zakumplować. - Cały wieczór gapisz się na drzwi.
- Nie twoja sprawa. - Przesunął pusty talerz wzdłuż blatu. - Mogę poprosić o stellę1?
Powinien pogodzić się z tym, że Farra się nie pojawi. Nie zostawiłaby kogoś w połowie kolacji, a nawet gdyby f a k t y c z n i e to zrobiła, to po co miałaby przychodzić tutaj? Mógł sobie wmawiać, że znowu są przyjaciółmi, ale w głębi serca wiedział, że to nieprawda.
Mimo to zastanawiał się, co Farra robiła z chłopakiem, z którym była na randce. Raczej skończyli już kolację. Może wyskoczyli po niej na drinki? A może poszli na romantyczny spacer wzdłuż rzeki? Albo pojechali do mieszkania tajemniczego dupka, żeby uprawiać dziki seks?
Blake zazgrzytał zębami tak mocno, że aż rozbolała go szczęka.
- Rany, trzymaj, przyda ci się. - Justin postawił przed nim butelkę piwa i obdarzył go zaniepokojonym spojrzeniem. - Nie patrz na mnie tak, jakbyś chciał mnie zabić za to, że zajęło mi to trochę dłużej niż zwykle. Mam tu dzisiaj tłumy.
- Wcale nie... Nieważne. Dzięki - wymamrotał Blake. Wziął łyk piwa, ale zimny trunek wcale go nie uspokoił.
- Wypatrzyłem kogoś, kto rozweseli tę twoją skwaszoną minę - powiedział przyciszonym głosem Justin. - Blondynka. Na trzeciej. Patrzy na ciebie.
Blake odwrócił się w jej stronę. Jego spojrzenie napotkało drobną dziewczynę na końcu baru. Miała falowane złote włosy, jasnoniebieskie oczy i pełne różowe usta. Była piękna, ale mimo to nie wzbudziła w nim żadnego zainteresowania.
Niestety ona tak tego nie odczytała. Uznała, że nawiązanie kontaktu wzrokowego oznacza, że j e s t zainteresowany.
- Nie spierdol tego - doradził mu z krzywym uśmieszkiem Justin. Ulotnił się, jeszcze zanim blondynka zdążyła przysiąść się do Blake'a z flirciarską miną.
- Hej, nie masz nic przeciwko, żebym się do ciebie dosiadła?
Odważna. Choć w sumie nie powinno go to dziwić, bo nie wyglądała na kogoś, komu często odmawiano.
Blake miał coś przeciwko. Wolałby pogrążać się dalej w rozpaczy, ale nie wiedział, jak jej to powiedzieć, żeby nie wyjść na kompletnego dupka, więc tylko wzruszył ramionami.
Przycupnęła na krześle barowym obok, nie zniechęcając się brakiem entuzjazmu u Blake'a.
- Jestem Cathy.
- Blake.
- Miło cię poznać, Blake. - Pochyliła się do przodu, dając mu widok na swój pokaźny dekolt. - Co taki przystojniak jak ty robi sam w piątkowy wieczór?
Blake n a p r a w d ę nie miał dzisiaj ochoty na flirtowanie. Mógłby po prostu stąd wyjść, ale nadal się łudził, że może pojawi się tu Farra. Najłatwiej będzie, jeśli wyplącze się od dalszej rozmowy, opowiadając Cathy historię, która bez wątpienia ją spłoszy.
Hmm. Mógłbym jej powiedzieć, że mam opryszczkę. To powinno załatwić sprawę. Chociaż, znając moje szczęście...
- Nie jest sam. Jest tu ze mną.
Blake myślał, że umysł płata mu figle, ale potem poczuł delikatną woń kwiatu pomarańczy i wanilii. Obrócił się, a gdy ją zobaczył, na jego twarzy zawitał szeroki uśmiech.
Przyszła.
I ot tak, jego samopoczucie zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni.
- Przepraszam za spóźnienie. - Farra musnęła go w rękę, posyłając ładunek elektryczny w górę jego ramienia. Blake poczuł mrowienie, które nie mogło być zdrową reakcją. Po chwili Farra obróciła się w stronę Cathy. - Dzięki, że dotrzymałaś mu towarzystwa pod moją nieobecność. - Jej ton dawał blondynce wyraźny sygnał, żeby spadała. I to szybko.
Cathy westchnęła.
- Czemu ci przystojni zawsze są zajęci? - Ześlizgnęła się z krzesła i odeszła dumnym krokiem.
Kelner, widząc ją, niemal potknął się o własne stopy.
Farra zabrała dłoń, ale krzywy uśmieszek Blake'a nie zniknął.
- Przyszłaś.
- Tak, ale nie emocjonuj się za bardzo - ostrzegła. - Jestem głodna, a powiedziałeś, że mają tu dobre burgery. Ot, cała historia.
- Myślałem, że byłaś z kimś umówiona na kolację. Randka nie wypaliła? - zapytał jak gdyby nigdy nic.
- Nie chcę o tym rozmawiać. - Farra zajęła miejsce, na którym siedziała przed chwilą Cathy. - Chcę burgera, frytki i mocnego drinka.
- Już zamawiam. - Blake przywołał gestem Justina. - Jeden zestaw burger plus frytki i vodka soda. Byle mocna.
- Robi się. - Justin rzucił Farze ukradkowe spojrzenie pełne wdzięczności, a gdy zobaczył gniewny wzrok Blake'a, lekko się zaśmiał. Chwilę później zniknął za drzwiami kuchni.
- To mój ulubiony drink. - Farra wydawała się zaskoczona. - Pamiętasz.
- Jasne, że pamiętam. - Blake przyglądał się bacznym wzrokiem jej zaróżowionym policzkom. Zawsze, gdy piła wino, strasznie się czerwieniła, ale uważał, że to urocze. - Piłaś czerwone wino?
Zakryła twarz dłońmi.
- Strasznie po mnie widać? Pewnie wyglądam jak pomidor.
- Wyglądasz pięknie.
Mało powiedziane. Farra zawsze wyglądała pięknie, ale dzisiaj wręcz promieniała. Jej włosy spływały błyszczącymi falami wzdłuż pleców, a jej usta pomalowane czerwoną szminką wydawały się jeszcze pełniejsze i bardziej ponętne niż zwykle. Miała na sobie czarną sukienkę, która opinała się na każdej jej krzywiźnie, a na stopach zabójcze szpilki podkreślające jej długie, zgrabne nogi.
Blake poczuł, jak przepełniają go płomienie żądzy.
Tak. Pora na zmianę tematu, bo w przeciwnym razie jego myśli powędrują w kierunku, w którym nie powinny.
Granice. Nie naruszaj ich (przynajmniej na razie).
- W każdym razie dzięki, że uratowałaś mnie przed tamtą dziewczyną. Gdybyś się nie zjawiła, powiedziałbym jej, że mam opryszczkę. Nie żebym miał! - dodał pospiesznie, gdy Farra zachłysnęła się własną śliną. Kurwa. - Szukałem sposobu na wykręcenie się od dalszej rozmowy.
- I najlepszym pomysłem, na jaki wpadłeś, było powiedzenie jej, że masz o p r y s z c z k ę? - Jej oczy lśniły z rozbawienia i niedowierzania. - Wiesz, że mogłeś jej po prostu wyjaśnić, że nie masz ochoty z nikim rozmawiać?
Blake zmarszczył brwi.
Kurde. Ma rację.
Justin przyniósł Farze jedzenie i drinka.
- Daj znać, gdybyś potrzebowała czegoś jeszcze - powiedział, przeciągając samogłoski.
Puścił jej oczko, na co Blake znowu spojrzał na niego wilkiem.
- Wszystko już ma - naskoczył na niego.
- Nieładnie wypowiadać się za kogoś innego. - Po oczach Justina widać było, że ewidentnie jest w nastroju do przekomarzanek. Ponownie przeniósł spojrzenie na Farrę. - Gdybyś miała ochotę na jeszcze jednego burgera lub piwo albo gdybyś szukała kogoś, kto oprowadziłby cię po mieście... wiesz, gdzie mnie szukać. Jestem Justin.
Farra się zaśmiała, a Blake zacisnął dłonie w pięści.
- A ja Farra. Będę o tobie pamiętała w razie czego - odpowiedziała, spoglądając na barmana spod rzęs.
Czy ona z nim f l i r t o w a ł a?
Blake warknął.
- Nie lubi piwa i mieszka w Nowym Jorku od lat, więc za przewodnika też podziękuje.
- Czy ja wiem - skwitowała pełnym zamyślenia głosem. - Sam powiedziałeś, że powinnam częściej wybierać się poza swoją dzielnicę. - Przekrzywiła głowę, spoglądając na Justina. - Dobrze znasz tę okolicę?
Na jego twarzy pojawił się ogromny uśmiech.
- Jak własną kieszeń. Mógłbym zabrać cię...
- Nigdzie nie mógłbyś jej zabrać. - Blake przeszył go zabójczym wzrokiem, a Justin próbował się nie roześmiać. - Nie powinieneś zająć się pozostałymi klientami?
- Powinienem, ale drugiej takiej ładnej dziewczyny już nie znajdę. - Znowu puścił Farze oczko, a ona się zarumieniła. - Dobra, wracam do pracy, zanim ktoś się pogniewa. Chodzi mi oczywiście o mojego szefa.
Menedżer Egret był najbardziej wyluzowanym gościem na świecie i miał w dupie, co robili jego pracownicy, pod warunkiem że żaden klient się nie skarżył.
Justin posłał przebiegłe spojrzenie w stronę rozwścieczonego Blake'a, po czym na nowo skupił się na Farze.
- Tak jak mówiłem, dawaj znać, gdybyś czegoś potrzebowała, piękna. - Odszedł, zanim Blake zdążył go udusić.
Farra się uśmiechnęła.
- Jest megamiły.
- Miły? To największy ruchacz w całym Nowym Jorku. - Blake się zagotował. - Uwierz mi, że nie zamierzał zabrać cię na spacer po High Line, gdy zaproponował, że oprowadzi cię po mieście.
Farra nie robiła sobie nic z jego komentarzy.
- To był niewinny flirt. Jest czarujący i całkiem przystojny. Nie dziwię się, że ma powodzenie u dziewczyn. - Jej spojrzenie podążało za Justinem przygotowującym drinki grupce starszych kobiet, które pożerały go wzrokiem. - Nie jestem fanką tatuaży, ale na nim wyglądają dobrze.
Blake nie planował nikogo mordować, ale była coraz większa szansa, że tak właśnie skończy się ten wieczór.
- Zrobił je sobie tylko po to, żeby wyrywać laski - warknął, mimo że nie miał pojęcia, czy to prawda. - Szkoda tylko, że przy okazji złapał kilka rzeczy.
Jasne, sugerowanie, że Justin miał jakieś choroby przenoszone drogą płciową, było małostkowe, ale Blake miał to w dupie.
- Uwierzę ci na słowo - powiedziała Farra z wyraźnym zaniepokojeniem. Wgryzła się w burgera, a jej oczy zrobiły się wielkie jak spodki. - O mój Boże, ale to jest pyszne.
- Mówiłem, że mają tu najlepsze burgery w mieście. - Blake uspokoił się trochę na widok błogiej miny Farry. - Spróbuj frytek. Kucharze używają do nich specjalnej mieszanki przypraw własnego autorstwa.
- Mmm. Mm-hmm. - Farra ugryzła kilka frytek naraz i potaknęła.
Blake się zaśmiał.
- Myślę, że w zamian za pyszne jedzenie powinnaś podzielić się ze mną wrażeniami z dzisiejszej randki. Coś musiało pójść nie tak, skoro piłaś czerwone wino.
Blake musiał za wszelką cenę odciągnąć ją od tematów, które były choć trochę związane z tatuażami i barmanami. Rozmowa o beznadziejnej randce wydawała się strzałem w dziesiątkę.
Jedynym innym wyjściem było uderzenie Justina w twarz, ale to był plan B, który wszedłby w życie, tylko jeśli byłby na tyle głupi, że znowu zacząłby flirtować z Farrą.
Przełknęła ślinę i otarła usta.
- Dobra, ale masz się nie śmiać. Obiecaj.
- Przysięgam z ręką na sercu.
Farra zaczęła mu opowiadać o swoim wieczorze, a on z całych sił próbował nie wybuchnąć śmiechem. Rany boskie, jej randka była wyjęta żywcem z jakiejś głupkowatej komedii romantycznej.
- Nie wierzę, że oblałaś go winem - powiedział rozbawionym głosem.
- Ja też nie mogę w to uwierzyć, ale był strasznym dupkiem. - Farra spojrzała podejrzliwie na Blake'a. - Czemu wyglądasz na zadowolonego?
- Nie jestem - odparł z wyszczerzonymi zębami.
Jego złość na Justina zdążyła już dawno wyparować... chociaż nadal nie zawahałby się strzelić mu w pysk za to, że próbował dobrać się Farze do majtek.
- Fajnie, że moje nieszczęście cię bawi. - Szturchnęła go stopą i poczuł, jakby jego żołądek zrobił salto.
- Hej, wszystko dobre, co się dobrze kończy. Dzięki temu przyszłaś tutaj i już nie jesteś nieszczęśliwa, co nie?
- Nie - odpowiedziała z lekką dozą niechęci. - Nie jestem.
Ich spojrzenia się spotkały. Puls Blake'a przyspieszył. Jej oczy zawsze go hipnotyzowały. Tonął w ich bezkresnej głębi i wcale nie próbował z tym walczyć.
Przez chwilę wyobraził sobie, że są na prawdziwej randce. Droczyli się ze sobą, śmiali się i przede wszystkim świetnie się rozumieli... Było jak za dawnych czasów.
Czy czas naprawdę leczy wszystkie rany? Gówno prawda.
W sercu Blake'a nadal była dziura. Odkąd zerwał z Farrą, minęło wiele lat, a mimo to wcale się nie zasklepiła. Czuł taką samą pustkę jak na początku.
Do teraz.
Farra próbowała ukryć iskierkę uczuć w swoich oczach, ale Blake ją dostrzegł. To nie była miłość, która napełniała go takim ciepłem, że mógłby już nigdy nie potrzebować słońca. Ale na lodowej masce Farry pojawiło się w końcu pierwsze pęknięcie, które dało Blake'owi nadzieję. I to właśnie ona wypełniła dziurę w jego sercu.
Rozdział 11
Sześć godzin później (około)
To był Zły Pomysł. Przez wielkie Z i wielkie P.
Farra nie do końca wiedziała, jak doszło do tego, że siedziała w ciemnej loży o pierwszej w nocy ze swoim byłym chłopakiem, ale nie wróżyło to dobrze jej stabilności emocjonalnej.
Możliwe, że jej propozycja obczajenia nowego klubu w Chelsea miała coś wspólnego z tym, że była c i u t wstawiona. Czerwone wino, kilka drinków i szot tequili zrobiły swoje.
Na szczęście (albo nieszczęście) Farra była zbyt pijana, żeby przejmować się konsekwencjami swoich czynów.
Postukała palcem wskazującym o podbródek, próbując wymyślić coś ciekawego.
- Nigdy, przenigdy... nie googlowałam swojego imienia.
To była już trzecia runda gry, w którą kiedyś często grali w Szanghaju. Farra ostatnim razem brała w niej udział na studiach, ale to był miły powrót do jej szalonych młodych lat.
- Kłamiesz. K a ż d y chociaż raz to robił. - Blake zmrużył oczy, widząc szelmowski uśmieszek na twarzy Farry. - Serio? Kim ty jesteś? - Wziął łyk whisky.
- Kimś, kogo nie obchodzi, co wypisują o nim w Internecie. Powiedz mi, tylko szczerze: ile razy dziennie się googlujesz? Dwa? Trzy?
Podwinął rękawy.
- Za kogo ty mnie masz? Pięć. Co najmniej.
Farra niespodziewanie wybuchła szczerym śmiechem. Blake dołączył do niej dosłownie chwilę później.
Gwar, oświetlenie, muzyka... brały nad nią kontrolę. Traciła hamulce i zapominała o złych wspomnieniach. Nadal czaiły się gdzieś w odmętach jej podświadomości, ale nie sprawiały już takiego bólu jak wcześniej, i właśnie dlatego Farra zapytała Blake'a o coś, o co chciała go zapytać, odkąd wpadli na siebie w Aviary.
- Nadal z nią jesteś?
Wątpiła w to. W jego mieszkaniu nie było niczego, co sugerowałoby, że mieszka w nim ktoś jeszcze. A raczej nie mieszkałby w innym mieście niż jego dziewczyna. Tym bardziej że raczej bez problemu mógł zdecydować, gdzie osiądzie na stałe.
Mimo to Farra chciała się upewnić.
- Z kim?
- Ze swoją dziewczyną? - Dopiła swoją wódkę z sokiem żurawinowym. Już dawno powinna była przestać pić, ale po randce z koszmarnym Kenem potrzebowała procentów. Poza tym tylko dzięki nim udawało jej się nie myśleć o tym, jak bardzo była napalona na Blake'a. - Tą, dla której mnie rzuciłeś.
Ich wspólny śmiech odszedł w niepamięć. Blake zbladł.
- Nie chcesz o tym rozmawiać.
- Chcę. - Może to przez alkohol, a może przez jakieś dziwne uśpione zapędy masochistyczne, ale Farra chciała wiedzieć wszystko o tej dziewczynie. Kim była? Jak Blake ją poznał? Jak wyglądał ich związek? - Minęło pięć lat. Już nic do ciebie nie czuję. Jestem po prostu ciekawa.
Nozdrza Blake'a się rozszerzyły, gdy usłyszał "nic". Odchylił się, uciekając od światła. Jego twarz i klatka piersiowa były teraz skryte w cieniu.
- Już nie jesteśmy razem.
- A dlaczego zerwaliście?
Cisza trwała tak długo, że Farra zaczęła się zastanawiać, czy może nie dosłyszał jej pytania. Nagle się odezwał:
- Bo nam nie wyszło.
- No nieźle. Otrzymujesz nagrodę za najbardziej wymijającą odpowiedź na świecie.
Blake znów pochylił się do przodu. Zaciskał szczęki, a jego spojrzenie mroziło krew w żyłach. Wyglądał, jakby był wściekły, a Farra nie rozumiała dlaczego.
- Po co o tym rozmawiamy, Farro? Tu i teraz?
Ich niezobowiązująca dyskusja przerodziła się w napiętą i niebezpieczną wymianę zdań. Farra przełknęła gulę w gardle i przeszły ją ciarki po plecach.
- Bo to wisi nad nami niczym ciemna chmura, a nie uwzględniałam w planach twojego mieszkania żadnych chmur. - Jej słaby żart ani trochę nie polepszył sytuacji. Uniosła podbródek. - Słuchaj, kiedyś coś nas łączyło, ale to było k i e d y ś. Minęło sporo czasu i nie chcę, żeby wszystkie nasze rozmowy i spotkania były obarczone ciężarem tego, co wydarzyło się w Szanghaju. Więc oczyśćmy atmosferę raz a dobrze.
- Uważasz, że jak ci powiem, dlaczego nie jestem ze swoją byłą, to oczyścimy atmosferę. - To nie było pytanie.
Wzruszyła ramionami.
- Może. Rzuciłeś mnie dla niej, więc nie możesz mnie winić za to, że jestem ciekawa.
- Przestań używać tego słowa. - Blake podniósł głos.
- To znaczy? Mam nie mówić, że mnie "rzuciłeś"? - Farra uniosła brew. - Ale przecież to właśnie zrobiłeś.
Tyle że tak nie było. To zbyt kolokwialne określenie, zbyt pospolite. W ogóle nie oddawało bólu, który Farra czuła, gdy Blake jej oznajmił, że wraca do swojej eks i że już nie jest nią zainteresowany. "Sory, dzięki i nara". Rzeczywiście jej nie rzucił. Wyrwał jej serce z piersi, potłukł je na kawałki, cisnął nim o ziemię, a potem je zdeptał. Farra myślała, że tego nie przeżyje.
Czuła się oszukana, obnażona i skrzywdzona, a on miał to gdzieś. Wspomnienie tego wieczoru stało się tak wyraźne, że Farra musiała wyzerować drinka, żeby uśmierzyć ból w klatce piersiowej.
Co ona tutaj robiła?
Blake nie był klientem. Nie był jej przyjacielem. Był kłamcą i oszustem. Gdyby miała choć trochę oleju w głowie, wyszłaby i już nigdy więcej się z nim nie spotkała. Ale jej tyłek wydawał się teraz przyklejony do siedzenia.
Jestem głupia.
- Teoretycznie. - W jego błękitnych oczach był teraz tylko żal. - Jestem świadomy tego, że zachowałem się jak dupek w Szanghaju i bardzo, ale to bardzo przepraszam cię za to, co wtedy zrobiłem. Ale nie jestem już tym samym chłopakiem. Zmieniłem się.
- Wybacz, ale ci nie uwierzę. - Farra bawiła się pustą szklanką. - Kiedy ze sobą zerwaliście?
Pełna napięcia cisza.
- Pięć lat temu. Kilka miesięcy po tym, jak wróciłem do domu.
- Chyba sobie ze mnie kpisz? - Słowa same uciekły Farze z ust. - Zerwałeś ze mną dla dziewczyny, w której podobno byłeś po uszy zakochany, a potem ją zostawiłeś po niespełna roku?
Blake był jeszcze większym dupkiem, niż myślała.
Widziała, jak poruszył się mięsień w jego szczęce.
- Nie mówiłem, że byłem w niej zakochany.
- Owszem, mówiłeś. Powiedziałeś, cytuję: "Kocham ją".
- Powiedziałem, że jestem zakochany, a nie, że ją kocham. To dwie różne rzeczy.
- Skoro tak mówisz - powiedziała sarkastycznie Farra. - Mamy tu prawdziwego króla semantyki.
Powietrze uleciało jej z płuc, gdy Blake ujął jedną ręką jej podbródek, po czym nachylił się tak blisko, że widziała i czuła, że to jej dawna miłość. Zdradzieckie nogi Farry były jak z galarety, mimo że jej umysł krzyczał, by kopnęła go w jaja.
Oczy Blake'a błysnęły, choć były teraz ciemne i bezdenne jak morze nocą.
- Byłem zakochany tylko raz w całym swoim życiu. W dziewczynie, o której śnię każdej cholernej nocy. Potrafi złamać mnie jednym spojrzeniem. Skoczyłbym dla niej z mostu i wiesz co? Na sto procent nie nazywa się Cleo.
Cleo. Czyli jego była miała jakieś imię. Farra zrobiła sobie mentalną notkę. Ta informacja może jej się kiedyś przydać. Do czego? Nie miała pojęcia, bo jej umysł był zamroczony i miała wrażenie, że jej płuca nie nadążają z pobieraniem wystarczającej ilości powietrza. Była rozpalona. Płonęła od samego spojrzenia Blake'a. Od tego, co sugerował swoimi słowami. Nie było tu nikogo, kto by ją uratował przed podjęciem złej decyzji.
- Nie zapytasz, o kim mówię? - Jego pytanie było niebezpiecznym wyzwaniem, jedwabnym szeptem na jej ustach. Chciał, żeby grała w jego grę. Chciał, żeby powiedziała "tak".
- Nie. - Zebrała w sobie tyle siły, ile była w stanie, żeby uciec od jego dotyku. Była na siebie zła za to, że prawie dała się omotać jego wyglądowi i charyzmie. Kiedyś już mu uległa i nie skończyło się to dobrze. - Mam to gdzieś.
- Kłamiesz. - Ton jego głosu się nie zmienił, ale oczy mu zapłonęły.
- Nie kłamię. - Oddychaj. - Mówiłam ci, że już nic do ciebie nie czuję. Mam gdzieś twoje życie miłosne.
- Dobrze. - Blake zamilkł i zaczął bębnić palcami o stół, jakby obmyślał swój kolejny ruch. Jakąś minutę później zerwał się na nogi i wyciągnął do niej dłoń. - Zatańczmy.
Chyba całkiem mu odbiło.
- Żartujesz sobie?
- A czy wyglądam, jakbym żartował?
Nie. Stał przed nią z poważną i posępną miną.
Oczy Farry zwęziły się w szparki, chwyciła go za rękę i udała się z nim na parkiet. Nie wiedziała, w co Blake sobie pogrywał, ale nie chciała być pierwszą, która się wycofa.
DJ jak na złość wybrał akurat tę chwilę, żeby zamiast kolejnej skocznej elektronicznej piosenki puścić zmysłowy kawałek R&B, który przywodził na myśl splecione ze sobą ciała na jedwabnych prześcieradłach.
Ale przecież nie chodziło o muzykę ani o taniec. Tylko... No właśnie, o co chodziło? O udowodnienie Blake'owi albo sobie, że już nic do niego nie czuje? O pokazanie mu, że już jej nie pociąga?
Jeśli tak, to zawiodła na całej linii, bo gdy tylko przyciągnął ją do swojego ciepłego ciała i poczuła jego znajomy męski zapach, chciała rzucić się do ucieczki. Czuła się tak, jakby wpadła w ruchome piaski, ale była na tyle uparta, że nie wyciągnęłaby się z nich, nawet gdyby było to łatwe. Stali naprzeciwko siebie, a ich serca biły w jednym rytmie. Utrzymywała wzrok Blake'a w niemym wyzwaniu.
- Zabawne, że nasze ścieżki znowu się po tylu latach przecięły - wyszeptał.
Poczuła jego ciepły oddech na swoich ustach. Dostała gęsiej skórki i aż się wzdrygnęła.
- Nie przecięły się same z siebie. To Landon umówił nas na wspólny lunch.
Farra próbowała nie myśleć o tym, jaki Blake był postawny i twardy. Boleśnie odczuwała, że minęło mnóstwo czasu, od kiedy ostatnio uprawiała z kimś seks. Cały rok. A jej ostatni raz nie był jakoś szczególnie udany. Udawała orgazm, pojękując parę razy, i to bez wkładania w to serca. Gość i tak się nie zorientował.
Starała się też nie wracać myślami do chwili, w której ujrzała zazdrość w oczach Blake'a, a jej serce przyspieszyło. Tak, umyślnie flirtowała z Justinem, żeby zaleźć Blake'owi za skórę. Ale nie kłamała, gdy mówiła, że barman jest p r z y s t o j n i a k i e m. Tylko po co to robiła? Była na siebie zła za to, że chciała wzbudzić w Blake'u zazdrość, choć przecież na dłuższą metę ona i tak nic nie znaczyła. Niektórzy ludzie potrafią być zazdrośni nawet o to, że ich partner poświęca za dużo uwagi kotu.
Tak czy inaczej, ucieszyła się, gdy skomplementowała Justina, a oczy Blake'a pociemniały. Jak to o niej świadczyło? Wolała nie znać odpowiedzi na to pytanie.
- Tak, ale ze wszystkich projektantów wnętrz wybrał akurat ciebie. - Znowu poczuła na sobie jego przyjemny głos. Był niczym wąż gotowy do ataku. - Można by powiedzieć, że to przeznaczenie.
- Raczej zbieg okoliczności. Nie wierzę w przeznaczenie - skłamała Farra.
Z głośników poleciał kolejny kawałek rodem z sypialnianej playlisty. Farra zazgrzytała zębami. Czy ten DJ chciał w pojedynkę zwalczyć niż demograficzny? Blake przyciągnął ją jeszcze bliżej. Poczuła jego męskość na swoim udzie, była gruba i potężna. Farze zaschło w ustach, a jej umysł stał się zamroczony przez wspomnienia i fantazje: dłonie Blake'a wplątane w jej włosy, jego usta na jej brzuchu, jej ciało zginające się wpół od uderzającej w nie fali przyjemności.
Poczuła, że robi jej się mokro, i w duchu modliła się o to, by nie zmiękły jej kolana.
- Jeżeli czujesz się niekomfortowo, możemy przestać.
Tego się spodziewała. Rzucił jej wyzwanie. Słyszała je w jego głosie i widziała w jego oczach.
- Nic podobnego. - Byli tak blisko siebie, że ich usta p r a w i e się o siebie otarły, gdy to powiedziała.
- To dobrze. - Blake zacisnął dłonie na biodrach Farry, a jej puls od razu przyspieszył. - Pytałem, bo się trzęsiesz.
Farra przycisnęła miednicę do jego ciała i uśmiechnęła się, gdy ujrzała, że przełyka ślinę.
- Przyganiał kocioł garnkowi.
To nie byli oni. Ani Blake, ani Farra nie byli tacy jak kiedyś. Upływ czasu, złamane serca i tajemnice zmieniły ich w mroczniejsze wersje siebie. Zamiast szczerze ze sobą porozmawiać, pogrywali sobie w jakieś gierki. Farra miała wrażenie, że ich słowne potyczki w Egret miały miejsce lata temu. Straciła rachubę czasu i nie wiedziała, jak się tu znaleźli ani co chcieli osiągnąć. Jedyne, czego była pewna, to że wcale nie tańczyli.
Blake schylił głowę i poczuła delikatny dotyk jego warg na swoich. Nie otarł się o nie, nawet ich nie musnął. To było coś w rodzaju szeptu czy obietnicy.
Farra poczuła ucisk w klatce piersiowej ze strachu, ale też ze zniecierpliwienia. Jej ciało tego pragnęło. Jej mózg wręcz przeciwnie. A jej serce... Ono wciąż było niezdecydowane.
To mój klient.
To mój były chłopak.
Złamał mi serce.
Roztapiam się pod jego spojrzeniem.
To zbyt ryzykowne.
Co to za życie bez odrobiny ryzyka?
Tak łatwo byłoby dać się ponieść emocjom. Mieszkanie Farry było dosłownie pięć minut stąd, a Olivia na pewno już dawno udała się do krainy snów. Mogłaby przemycić Blake'a do swojego pokoju i współlokatorka o niczym by się nie dowiedziała.
Ich serca wciąż biły w tym samym rytmie.
Bum. Bum. Bum.
Ich usta były o kolejny milimetr bliżej siebie.
W głowie Farry wyły syreny ostrzegawcze, a w jej ciele szalała pożoga.
Miała dwie sekundy na decyzję.
Ulec pokusie... czy ochronić swoje serce? Blake rozchylił usta, ale go odepchnęła. I to mocno.
Ona wyrwała się z jego uścisku, a jej serce próbowało wyrwać się z jej piersi. Oprzytomniała i zdała sobie sprawę z tego, że przekroczyli granice, których obiecali, że będą pilnować.
Później zastanowi się, co zrobić z tym faktem. Teraz musi wrócić do domu.
- Spadam. - Wydawało jej się, jakby jej własny głos dobiegał z daleka. - Jest już późno.
Blake skinął głową. Wygrał. Pierwsza się wycofała. Ale jak na zwycięzcę wyglądał wyjątkowo ponuro.
Farra zgarnęła swoje rzeczy i pospieszyła w stronę drzwi. Gdy znalazła się na popękanym chodniku, ruszyła biegiem, nie zwalniając nawet na chwilę tempa, dopóki nie zobaczyła budynku z czerwonej cegły.
Głupia. Głupia. Głupia.
Uciekając, odkryła przed Blakiem swoje karty. Teraz wiedział, że nadal darzy go jakimiś uczuciami, mimo że zarzekała się, że nie. Jakaś nieracjonalna, pierwotna część Farry nadal go pragnęła i teraz oboje byli tego świadomi.
Farra mogła zostać i grać w ich grę do samego końca. Chociaż z drugiej strony to było jedyne wyjście z tej sytuacji.
Bo miała zbyt dużo do stracenia.
Rozdział 12
- Twój kalendarz na ostatnie dwa tygodnie przed wielkim otwarciem jest już całkiem zapełniony spotkaniami. "Mode de Vie" chcą uwzględnić w październikowym wydaniu długi lifestylowy artykuł o tobie. Przeprowadzą z tobą wywiad już w czerwcu i chcieliby, żeby sesja zdjęciowa odbyła się w twoim mieszkaniu. Czy będzie już wtedy gotowe?
- Tak, ten rodzaj wołowiny będzie w sam raz - odparł Blake.
Patrzył, jak dwójka kontrahentów składa siedzenia przypominające trybuny do części baru, w której mają odbywać się specjalne wydarzenia. Dookoła słychać było uderzenia młotków i piskliwy warkot wiertarek. Uwielbiał te dźwięki, bo oznaczały, że coś się dzieje i że jego ciężka praca nie idzie na marne. Tylko w zawodowej sferze życia nie poniósł sromotnej porażki.
Jego kierowniczka zespołu podniosła wzrok znad podkładki do pisania i zmarszczyła brwi. O Patricii Hart można było powiedzieć wiele dobrego: była kompetentna, asertywna i bardzo zdyscyplinowana, ale n i e tolerowała, gdy ktoś nie przykładał się do swojej pracy. Nawet jeżeli tym kimś był jej szef.
- Skończyliśmy omawiać jedzenie jakieś dziesięć minut temu. Teraz dyskutujemy o twoich zobowiązaniach medialnych. Weź się w garść, Blake.
Skrzyżował ręce na klatce piersiowej, w połowie rozbawiony, w połowie poirytowany.
- Przypomnij mi: ile ci płacę za to, żebyś tak się do mnie zwracała?
- Sporo. - Patricia słodko się do niego uśmiechnęła. - Wracając do kwestii twojego mieszkania: czy będzie gotowe na sesję zdjęciową dla "Mode de Vie"? Czyli w trzecim tygodniu czerwca?
- Tak mi się wydaje.
- W y d a j e ci się czy w i e s z?
Blake spojrzał na nią wilkiem. Patricia była jego najlepszą pracowniczką i niezastąpioną częścią zespołu. On obmyślał plany i strategię rozwoju, a ona je wdrażała. I to za naprawdę pokaźną sumkę. Dodatkowo pilnowała, żeby nie tracił koncentracji, i nie pozwalała nikomu dmuchać sobie w kaszę.
Czasami jednak żałował, że nie zatrudnił kogoś troszkę bardziej wyrozumiałego.
- Wiem, że tak.
- O b y ś miał rację.
Farra mówiła, że biorąc pod uwagę potencjalne problemy z dostępnością wykonawców i dostawami materiałów, mieszkanie będzie gotowe w lipcu, ale pewnie całość remontu zakończy się wcześniej, jeśli nie wystąpią żadne problemy.
- Świetnie. - Patricia odhaczyła coś na swojej liście. - To tyle na dzisiaj.
Dzięki swoim kasztanowym falowanym włosom i niewiarygodnie długim nogom mogłaby śmiało uchodzić za modelkę. Blake dostrzegał jej piękno, ale nawet gdyby nie była jego podwładną, nie byłby nią zainteresowany. Kręciły go dziewczyny z czarnymi włosami, brązowymi oczami i niewyparzoną buzią.
- Super. Daj znać, jak dostaniemy informację o kosztach alkoholu. Nie chcę powtórki z Nowego Orleanu.
Oboje się skrzywili na wspomnienie cholernego cwaniaka, który skasował ich trzy razy drożej, niż powinien za dwa tuziny skrzyń jakiegoś sikacza. Ich menedżer z Nowego Orleanu podpisał z nim umowę zamroczony smutkiem po ogromnej przegranej w Vegas poprzedniego weekendu. Gdy Blake i Patricia dowiedzieli się o tym, było już za późno.
- Oczywiście. To się już więcej nie powtórzy. - Patricia otaksowała go wzrokiem. - Ostatnimi czasy jesteś jakiś rozkojarzony. Wszystko dobrze?
Brwi Blake'a wystrzeliły do góry. Nie rozmawiał z Patricią na temat swojego życia prywatnego. Nigdy. Ich relacje miały czysto profesjonalny charakter. Świetnie się dogadywali, ale byli jedynie znajomymi z pracy. Ona wykonywała swoją robotę, a on jej za to płacił i ten układ pasował obu stronom.
- Tak. Po prostu mam dużo na głowie.
Sprostowanie: chodziło dokładnie o jedną osobę. Nawet na chwilę nie mógł przestać o niej myśleć. Odtwarzał w głowie ich niedoszły pocałunek tak wiele razy, jak niegdyś odtwarzał nagrania ze swoich meczy futbolu. Oglądał je, analizował i rozbierał na części pierwsze. Sprawdzał klatkę po klatce, żeby dostrzec każdy swój błąd, nieświadomy tik czy zły nawyk, a do tego mocne i słabe strony pozostałych zawodników.
Po dwóch tygodniach zapętlonego "prawie pocałunku" Blake był pewny trzech rzeczy: po pierwsze, jej ciało go pragnęło, po drugie, jej mózg się go wystrzegał, po trzecie, jej serce się go obawiało.
Czuł gorąc jej skóry na swojej, widział błysk w jej oczach i słyszał dudnienie w jej klatce piersiowej.
W walce o odzyskanie serca Farry jej umysł był jego wrogiem, a jej ciało - sojusznikiem. A jak traktuje się sojuszników? Kadzi się im, daje się to, czego chcą, i trzyma się ich blisko.
Byłoby znacznie łatwiej, gdyby go do siebie dopuszczała, ale nie odzywała się do niego od czasu ich nocy w klubie. Nie mógł się do niej dodzwonić i musiał zostawiać jej wiadomości na poczcie głosowej. A Farra, zamiast do niego oddzwonić, wysyłała mu jedynie zdawkowe esemesy. Nie chciała się z nim spotkać na żywo, bo podobno nadal czekała na wycenę prac od kontrahentów i nie miała dla niego żadnych nowych informacji.
Blake pluł sobie w brodę za to, że posunął się tak daleko, i to tak wcześnie. Nie chciał tego robić, ale bał się, że Farra nie kłamała i naprawdę już nic do niego nie czuła. Zniósłby jej nienawiść, ale nie mógł znieść myśli, że jest tylko losowym gościem, z którym kiedyś się umawiała. Przeciwieństwem miłości wcale nie jest nienawiść, tylko obojętność.
I dlatego na nią naciskał. Zmusił ją do odkrycia kart i przyznania, przynajmniej przed samą sobą, że nawet jeżeli już go nie kocha, to nadal coś do niego czuje. Na krótszą metę ogień w jej oczach dał Blake'owi satysfakcję. Na dłuższą jednak okazało się, że to była w chuj nietrafiona strategia. Im bardziej Farra zdawała sobie sprawę z tego, że wciąż ją pociągał, tym bardziej próbowała go unikać.
Dowód: ostatnie dwa tygodnie.
- Nic dziwnego. Ten lokal będzie przełomowy dla Legend. - Patricia bez problemu wróciła do roli jego prawej ręki. - Czy jest jeszcze jakaś kwestia, którą chciałbyś dzisiaj przedyskutować?
- Nie, to wszystko. Dzięki.
Patricia odeszła, żeby nadzorować prace wykonawców, a Blake przeniósł spojrzenie na przyszły klejnot koronny swojego imperium. Nowojorski lokal nie będzie tylko barem sportowym. Będzie prawdziwym celem. I to nie jakimkolwiek punktem na tarczy nocnego życia, a samym środkiem. Istną sportową mekką. Trzypiętrowym molochem, w którym znajdzie się kręgielnia, nowoczesny salon gier i oczywiście bar / klub nocny z prawdziwego zdarzenia.
W świecie usług stagnacja oznaczała powolną, bolesną śmierć. Jeżeli nie chciał zostać zdetronizowany przez karierowiczów, którzy ostrzyli sobie zęby na jego koronę, to musiał wprowadzać innowacje.
Blake nie zamierzał dzielić się z nikim tortem.
I właśnie dlatego chciał rozszerzyć swoją działalność. Niektóre bary pod szyldem Legend miały pozostać skromne - w miejscach, w których taki model miał sens. Jednak w Nowym Jorku, Dubaju, Miami czy Vegas? Tam ludzie chcieli ogromnych, efekciarskich miejscówek nie z tego świata. A Blake zamierzał wysłuchać ich próśb.
Szkoda tylko, że nie był równie zaradny w swoim życiu prywatnym.
Trochę później tego wieczoru Blake popełnił błąd i zapytał swoich przyjaciół o zdanie.
- Gościu, wszystko robisz źle. - Justin otworzył dla niego piwo. - Musisz zgrywać niedostępnego, żeby to o n a próbowała cię zdobyć.
Blake przewrócił oczami.
- Sorry, nie zorientowałem się, że znowu jesteśmy w liceum.
- Śmiej się, ile chcesz, ale to się sprawdza. Dziewczyny lubią wyzwania.
- Nie ta dziewczyna. Nie po tym, co jej zrobiłem.
Blake już zdążył pożałować, że wspomniał o Farze Justinowi, który był świetnym barmanem i spoko gościem, ale w sprawach związanych z płcią piękną potrafił być prawdziwym pajacem. Jego porady w kwestiach miłosnych były o kant dupy potłuc.
Justin, podobnie jak Blake, nie musiał się szczególnie wysilać, żeby zaciągnąć kobiety do łóżka. Pewnie oczarowywał je tatuażami i swoim beztroskim usposobieniem. W przeciwieństwie jednak do Blake'a nigdy nie było mu mało. Kobiety były dla niego jak narkotyk i nieustannie szukał nowych wrażeń. Jego pogląd na randkowanie był wypaczony, bo on z nikim się nie umawiał. Życie miłosne Justina było pasmem przygód na jedną noc i szybkich numerków.
- A co takiego z r o b i ł e ś? - W oczach barmana zatańczyła ciekawość. - Zapomniałeś o jej urodzinach? Przeleciałeś jej najlepszą przyjaciółkę? Powiedziałeś, co naprawdę myślisz o jej stylówce?
- Nie, debilu. Takie rzeczy mógłby zrobić ktoś taki jak, hmm... ty.
- Nieprawda. Nigdy nie zapomniałem o urodzinach żadnej laski, bo nigdy żadnej nie pytałem o jej datę urodzin.
- Ale jesteś czarujący. - Landon wszedł właśnie do pokoju z miską popcornu i sześciopakiem piwa. - Powinieneś dostać nagrodę barmana roku.
- Hej, nie muszę wiedzieć, kiedy klientki mają urodziny, żeby być dobrym barmanem. - Justin sięgnął po popcorn, jeszcze zanim Landon zdążył postawić miskę na stole. - Słucham, jak ludzie płaczą, daję im bezcenne porady życiowe i serwuję alkohol, który uśmierza ich ból. Mogliby mnie ogłosić cholernym świętym.
- Już dzwonię do kościoła - powiedział cierpko Landon, po czym zerknął na Blake'a. - Nadal użalasz się nad sobą z powodu Farry?
Blake spojrzał gniewnie na przyjaciela.
- Wcale się nie użalam.
Oglądali właśnie w trójkę playoffy NBA w odjechanym mieszkaniu Landona. Boston Celtics kontra Golden State Warriors. To był naprawdę wyrównany i trzymający w napięciu mecz, a Blake potrzebował właśnie takiego wieczoru po długim dniu pracy.
Oczywiście byłoby jeszcze lepiej, gdyby jego kumple nie zachowywali się jak skończone dupki.
- Jasne, że nie - wyśmiał go Landon. - Tracisz dla niej głowę bardziej niż Ned Stark w Grze o tron. Szkoda, że nie widziałeś jego miny, gdy zobaczył ją po raz pierwszy od pięciu lat - zwrócił się do Justina. - Stał wryty w ziemię jak idiota i po prostu się na nią gapił.
Justin się donośnie zaśmiał.
- Ta? To posłuchaj tego: myślałem, że urwie mi łeb za to, że śmiałem się do niej o d e z w a ć w Egret kilka tygodni temu.
- Spierdalajcie. - Blake rzucił w swoich kumpli popcornem. - Poza tym to nie tak, że tylko się do niej odezwałeś. - Łypnął na Justina, gotując się znowu ze złości na myśl o tym, jak przelatywał wzrokiem Farrę w barze. - Próbowałeś zaciągnąć ją do łóżka.
- To prawda, ale próbuję z każdą. Nie wiem, o co tyle krzyku. -Justin złapał ziarnko popcornu w locie i wrzucił je sobie do ust, zupełnie niewzruszony całą rozmową. - I to tego samego wieczoru prawie się z nią pocałowałeś, tak? I od tamtej pory się nie widzieliście? Mówię ci, stary, musisz trochę wyhamować. Daj jej za sobą zatęsknić.
- Minęły dwa tygodnie.
- Nie chodzi mi o to, żebyś w ogóle się z nią nie widział, ale musisz na jakiś czas przestać do niej uderzać.
- Trudno mi przyznać, że zgadzam się w jakiejś sprawie z Justinem, ale tym razem ma rację. - Landon położył nogi na swoim zrobionym na zamówienie, w chuj drogim stoliku kawowym. - Spłoszyłeś ją.
- To nie tak, że nieustannie próbuję ją poderwać - wymamrotał Blake. - Tamtego dnia mnie poniosło.
- Może nie uderzasz do niej często słowami, ale na pewno w y c z u w a, jakie masz zamiary. - Justin zaczął mocno gestykulować. - Mówię ci, kobiety mają szósty zmysł i... O kurwa! Celtics właśnie zdobyli dwa punkty. Elegancko!
Landon i Justin skoncentrowali się na meczu i łączącej ich pogardzie wobec Golden State Warriors, a Blake pogrążył się w myślach.
Czemu nie. Mogę ich posłuchać. Nie zaszkodzi spróbować czegoś innego? Prawda?
Rozdział 13
Gdyby ktoś powiedział Farze jeszcze tydzień temu, że z własnej, nieprzymuszonej woli pojedzie z Blakiem na wycieczkę za miasto, toby go wyśmiała.
A jednak właśnie siedziała wygodnie w wypożyczonym range roverze ze swoim byłym chłopakiem. Przejeżdżali przez Syracuse i szukali jakiegoś fajnego miejsca na lunch.
Na swoją obronę miała to, że była zdesperowana.
Sparaliżowało ją, gdy dostała esemesa od Blake'a, że mieszkanie musi być skończone jeszcze w czerwcu ze względu na zaplanowaną sesję zdjęciową dla "Mode de Vie". Doznała takiego szoku, że niemal zapomniała o niepoprawnym zachowaniu Blake'a dwa i pół tygodnia temu w klubie.
"Mode de Vie". Najbardziej wpływowy magazyn lifestylowy w całym kraju. Zawsze podawali imię architekta wnętrz, jeżeli robili sesję w czyimś domu, a to oznaczało, że nazwisko Farry również widniałoby na otoczonych czcią stronach ich czasopisma przez ładnych kilka miesięcy. To tak, jakby była autorką książek, a jej najnowsza powieść pojawiła się w Klubie Książki Oprah. Jedna wzmianka na jej temat w tak prestiżowym magazynie mogła stać się prawdziwą trampoliną do jej dalszej kariery. Z nieznanej architektki stałaby się wschodzącą gwiazdą... pod warunkiem, że jej projekt będzie udany. W przeciwnym razie będzie skończona w tej branży.
Na szczęście Blake nie chciał znacząco zmieniać rozkładu mieszkania, a to oznaczało, że zaoszczędzą kilka tygodni albo nawet jeszcze więcej czasu. Mimo wszystko siedem tygodni na remont apartamentu o takim metrażu to nie lada wyzwanie.
Gdy tylko Farra dowiedziała się o nowym deadlinie, rzuciła się w wir pracy: wydzwaniała do kontrahentów, pospieszała ich z wyceną i ustaleniem terminu rozpoczęcia prac, wyszukiwała materiały budowlane i przeczesywała strony internetowe oraz sklepy stacjonarne, żeby znaleźć idealne dekoracje, dzięki którym mieszkanie Blake'a stanie się domem jego marzeń.
Prawie wszystko szło po jej myśli.
Jedyny problem stanowił antyk: stara skrzynia, którą znalazła w małym sklepie w Syracuse, oddalonym o jakieś cztery godziny jazdy od Nowego Jorku. Farra wpadła na nią podczas swoich poszukiwań w internecie, ale gdy zadzwoniła do właściciela sklepu, powiedział jej, że nie wysyłają takich dużych przedmiotów i że musiałaby odebrać ją osobiście.
Niestety Farra nie prowadziła samochodu, odkąd przeprowadziła się do Nowego Jorku, i za nic nie miała zamiaru mierzyć się z tutejszymi drogami w pojedynkę. Jej znajomi też nie byli zmotoryzowani, więc zaczęła brać pod uwagę wynajęcie ubera na ośmiogodzinną podróż w tę i z powrotem. Ale wtedy zadzwonił do niej Blake z prośbą o informację na temat postępu prac.
Napomknęła mu o dylemacie ze skrzynią, a on zaoferował, że wynajmie samochód i podwiezie ją do sklepu, na co oczywiście przystała.
I tak właśnie znaleźli się razem w samochodzie. Skrzynia była już z nimi, ułożona wygodnie na tylnym siedzeniu.
- To wygląda całkiem obiecująco. - Blake zwolnił przed knajpką na skraju centrum Syracuse. Były wakacje, więc roiło się tu od turystów zamiast studentów miejscowego uniwersytetu.
Farra zauważyła na parkingu kilkanaście samochodów z tablicami rejestracyjnymi spoza miasta: byli tu ludzie z Vermont, New Hampshire i Pensylwanii. Na szczęście zostało kilka wolnych miejsc. Wszystkie restauracje, które mijali wcześniej, były wypełnione po brzegi.
- Mnie pasuje. Mogłabym zjeść konia z kopytami. - Brzuch Farry zaburczał tak głośno, że bez problemu odstraszyłby stado lwów. - Pospieszmy się, zanim ktoś nas ubiegnie.
Blake uśmiechnął się szelmowsko. Gdy kręcił kierownicą, żeby zaparkować na jednym z wolnych miejsc, widziała, jak pod jego krótkimi rękawami naprężają się mięśnie. Nawet w zwykłym białym T-shircie i dżinsach mógłby pozbawić majtek zakonnicę.
- Zapomniałem, jaka jesteś drażliwa, gdy robisz się głodna.
- Wcale nie robię się drażliwa.
A nawet jeśli, to co z tego? Zjadła dzisiaj tylko jednego bajgla i wypiła kawę. Ale od śniadania minęło już kilka godzin. Kiedy nie miała jedzenia pod ręką, robiła się... cóż, drażliwa.
Poza tym Blake zachowywał się dziwnie. Choć w nieoczywisty sposób. Cały dzień był prawdziwym dżentelmenem. Odebrał ją, pozwolił jej wybrać muzykę i ani razu nie narzekał na playlistę, mimo że w pewnym momencie poleciało pięć piosenek Taylor Swift z rzędu. Nie przejął się nawet wtedy, gdy przez przypadek wylała wodę na swoją bluzkę.
Wodę. Na swoją białą bluzkę. Nie skomentował tego, nawet na nią nie zerknął. Po prostu podał jej chusteczkę i dalej nucił Blank Space, nie zwracając uwagi na to, jak osuszała swój prześwitujący top.
Ale to dobrze - upomniała się w myślach Farra. Przecież nie chciała jego uwagi. Ich relacje miały pozostać w pełni profesjonalne.
Poczuła, jak się rumieni, gdy przypomniała sobie ich niedoszły pocałunek. Następnego dnia obudziła się przerażona, a do tego na potwornym kacu. Co prawda do niczego między nimi nie doszło, ale całe to doświadczenie wydawało się tak intymne, jakby uprawiali seks.
Przynajmniej Farra miała takie odczucia. Sadząc po zachowaniu Blake'a, nie podzielał jej zdania.
Udali się do środka restauracji w kompletnej ciszy. Piękne poranne błękitne niebo było teraz złowrogo szare. Farra wyczuwała w powietrzu ziemisty zapach zwiastujący deszcz. Mimo paru wolnych miejsc parkingowych w środku knajpki był prawdziwy tłok. Blake i Farra czekali dobre pół godziny, zanim kelnerka zaprowadziła ich do stolika. Nim dostali jedzenie, minęło kolejne trzydzieści minut i Farra była gotowa urwać komuś głowę.
- Rany boskie. - Blake'owi opadła szczęka, gdy zobaczył, jak Farra wgryza się w swoją kanapkę z kurczakiem. Zrobiła to z entuzjazmem zwykle zarezerwowanym wyłącznie dla wyprzedaży w Anthropologie2 i Henry'ego Cavilla. - Mogłabyś śmiało rywalizować z moimi dawnymi znajomymi z drużyny, a część z nich była ponad stukilogramowymi bestiami.
Farra wzięła potężny łyk czekoladowego szejka, po czym odpowiedziała:
- Jestem głodna.
- Widać. - W jednym z policzków Blake'a na moment pojawił się dołeczek, ale zniknął równie szybko, jak się ukazał.
Farra poczuła ucisk w brzuchu, który nie miał nic wspólnego z głodem.
Zapadła cisza.
Farra zaczynała podejrzewać, że prawdziwego Blake'a porwali kosmici i że w jego miejsce podstawili jakiegoś robota. Nigdy nie był taki cichy. Czuła się tak, jakby jechała na tylnym siedzeniu ubera z kierowcą, który nie był skory do rozmów z klientami.
- Nie zrobiłam tego dla pieniędzy - spróbowała przerwać ciszę.
Blake uniósł pytająco brew.
- Chodzi mi o tę wycieczkę - wyjaśniła. - Znalazłam tę skrzynię w internecie i uznałam, że będzie idealnie pasowała do twojego salonu. Wszystkie inne były gorsze: albo miały dziwny kolor, albo zły rozmiar, albo brzydkie zdobienia. Nie wybrałam tej skrzyni specjalnie po to, żebyśmy musieli po nią pojechać i żebym mogła naliczyć ci więcej godzin.
Roześmiał się gromko.
- W porządku. Nie pomyślałem, że próbujesz mnie wykorzystać.
I tyle. Zero przekomarzanek. Żadnego droczenia się z nią. Zwyczajne "w porządku".
Farra była coraz bardziej sfrustrowana. Dlaczego? Nie miała zielonego pojęcia. Przecież dostała to, czego chciała. Relację, w której ona była projektantką, a on klientem. Tylko tyle i aż tyle.
Więc czemu czuła się tak dziwnie?
- Cóż, dzięki za podwózkę. Na pewno masz dużo spraw na głowie, więc tym bardziej doceniam.
- Nie ma za co.
Farra zazgrzytała zębami. Chciała potrząsnąć Blakiem i nie przestawać, dopóki nie wyrzuci z siebie więcej słów, bo zaczynał doprowadzać ją do szału. Nagle zjawiła się ich szczerząca się kelnerka, do bólu przypominająca Rachel Bilson.
- Smakuje państwu jedzenie? Czy mogę w czymś jeszcze pomóc? - Skierowała swoje pytania do Blake'a, jakby Farra była dla niej niewidzialna.
Tym razem na jego policzkach zawitały oba dołeczki, i to na dłuższą chwilę.
- Macie tu pyszne jedzenie. - Zerknął na Farrę. - Chcesz zamówić coś jeszcze?
- Nie.
Nie ruszyła go jej zdawkowa odpowiedź.
- W takim razie podziękujemy. - Uśmiechnął się jeszcze szerzej, a Farra mogłaby przysiąc, że kelnerka zaraz roztopi się jak bałwan w upalny dzień.
Odmaszerowała na swoich roztrzęsionych nogach, a Farra dokończyła szejka, biorąc jeden wielki łyk. Słomka uderzyła gniewnie o dno pustej szklanki.
- Na pewno nie chcesz jeszcze jednego? Mogę ją zawołać - zaproponował Blake, który nadal był irytująco, upierdliwie m i ł y.
- Nie, dzięki.
Rachel Bilson 2.0 pożerała Blake'a wzrokiem, jakby od miesięcy głodowała, a on był soczystym stekiem. Dręczyło to Farrę zdecydowanie bardziej, niż powinno.
Wzięła głęboki wdech. Wyjaśnili sobie z Blakiem sprawę jego byłej dziewczyny, ale teraz nadeszła pora na drugą nurtującą Farrę kwestię.
- Słuchaj, jeśli chodzi o nasz wieczór w klubie... Byłam pijana i trochę mnie poniosło. Co prawda d o n i c z e g o między nami nie doszło, ale... - Urwała w pół zdania, próbując ubrać swoją myśl w odpowiednie słowa. - Chodzi mi o to, że wyszłam, bo, eee, następnego poranka musiałam wcześnie wstać. - Porażka. - Nie chciałabym robić ci fałszywych nadziei, jeśli chodzi o uczucia, którymi cię darzę. A raczej, którymi cię nie darzę.
Ech. Dlaczego tak trudno jej to szło?
- Luzik. Nie przejmuj się tym. Tak jak mówisz, byłaś pijana. Nie pomyślałem nawet przez chwilę, że nadal ci się podobam ani nic w tym stylu. - Blake zaczął na nowo zajadać się swoim burgerem, biorąc trochę agresywniejsze kęsy niż wcześniej.
Farra patrzyła na niego z rozdziawionymi ustami. Od trzech tygodni zadręczała się tamtym wieczorem, a on najwyraźniej miał go za nic. Zachowywał się tak, jakby wcale prawie się nie pocałowali i jakby jego męskość nie naciskała na nią z taką siłą, że myślała, że zaraz przedziurawi Blake'owi spodnie.
Na samo wspomnienie poczuła wzbierającą w niej potrzebę. Powstrzymała się nawet od rzucenia byłemu chłopakowi resztką jedzenia w twarz.
- Powinniśmy się powoli zbierać. - Chwyciła za naszyjnik, który stanowił jej kotwicę, gdy w jej głowie szalał sztorm. Potrzebowała niezwłocznie umówić się na randkę ze swoim wibrującym kompanem z szafki nocnej. - Czeka nas długa droga powrotna do miasta.
Ich kelnerka znowu się zjawiła.
- Są państwo z Nowego Jorku?
Rany, czy nie powinna przypadkiem zadbać o innych klientów?
- Tak. - Farra starała się nie mieć drugiej kobiecie za złe tego, jak patrzyła na Blake'a, ale przecież nie wiedziała, że Farra nie jest jego dziewczyną. Gdyby nią była, to czy kelnerka nadal patrzyłaby na niego tak pożądliwie? Nie byłoby to mądre. - Możemy poprosić o rachunek?
- Oczywiście, ale odradzałabym powrót w taką złą pogodę. - Cmoknęła językiem, nie odrywając oczu od Blake'a. - Zapowiada się istne szaleństwo.
Farra wyjrzała przez okno. Była tak zaaferowana hałasem w środku lokalu i walką ze samą sobą, że nie zauważyła prawdziwego armagedonu, który rozpętał się na zewnątrz. Szarówka przerodziła się w potężną ulewę. Złowieszcze błyskawice przecinały niebo, a tuż za nimi podążał donośny ryk grzmotów. Deszcz lał się takimi strugami, że nie widzieli nawet swojego samochodu, który zostawili tuż przed knajpą.
- Władze zalecają nieopuszczanie domów aż do jutra. Będą państwo musieli znaleźć jakiś hotel - powiedziała śpiewnym głosem kelnerka, jakby planowała piknik, a nie ostrzegała ich przed burzą. - Kawałek stąd jest ładny pensjonat. Dosłownie parę godzin temu był u nas jego właściciel i wspominał, że jeden z gości anulował swoją rezerwację na ostatnią chwilę, więc nie powinno być problemu ze znalezieniem pokoju. Mogę tam przedzwonić w państwa imieniu. - Zgarnęła ich puste talerze ze stołu.
Farra poczuła, jak w jej sercu zagnieżdża się strach. Spędzenie nocy w jednym pokoju z Blakiem było ostatnią rzeczą, którą chciałaby dzisiaj zrobić. Nie dość, że on zachowywał się dziwnie, to ona była jak tykająca bomba zegarowa. Blake przypominał w pewnym sensie czekoladowego szejka, którego przed chwilą wypiła - był apetyczny i przyjemny dla oka, ale bardzo, bardzo zły dla zdrowia.
Niestety kelnerka miała rację. Powrót do Nowego Jorku byłby teraz zbyt niebezpieczny.
Kolejny grzmot wprawił całą knajpę w wibracje, jakby chciał podkreślić, że Blake i Farra nie mają wyboru.
Farra zmusiła się do uśmiechu.
- Dziękujemy, bylibyśmy wdzięczni.
Blake cały zbladł.
- Nie mogę prowadzić w taką pogodę.
- To nic. Zatrzymamy się w tym pensjonacie. - Ten dzień nie potoczył się tak, jak myślała. - Miejmy nadzieję, że do rana się rozpogodzi.
- Nie rozumiesz. - Blake zacisnął dłonie na krawędziach stołu tak mocno, że jego knykcie stały się bielsze od jego twarzy. - N i e m o g ę prowadzić w taką pogodę. Będziemy musieli przeczekać tę ulewę tutaj.
- Co? - Farra się zaśmiała. - Przecież nie możemy tu zostać, a nie wygląda na to, by ta burza prędko miała się skończyć.
- Farro, nie żartuję - powiedział to z grobową powagą. - Nie wsiądę za kierownicę.
Nigdy nie widziała, żeby był tak roztrzęsiony. Na widok jego rozbieganych oczu i drżących ramion obudziła się jakaś jej część, która była milion razy bardziej niebezpieczna od jej napalonego ciała. To była część, która chciała odkryć jego najmroczniejsze tajemnice, wyciągnąć z jego klatki piersiowej zakrwawione kule i dopilnować, by zaleczył swoje rany. Nawet jeżeli pomoc mu oznaczała zatracenie samej siebie.
To nie ty powinnaś składać go do kupy.
- Więc ja poprowadzę - powiedziała łagodnym głosem Farra. Deszcz nie był jej straszny. A poza tym nie jechali daleko. - Dobrze?
Blake zacisnął szczęki, ale po kilku sekundach skinął głową.
Rachel Bilson 2.0 wróciła z rachunkiem i poinformowała ich, że znajdzie się dla nich ostatni wolny pokój w pensjonacie. Wręczyła też Blake'owi zwiniętą kartkę, na której zapewne zapisała swój numer telefonu.
Nie zauważył tego. Siedział ze spuszczoną głową, a po pogodnym, wyluzowanym Blake'u nie było ani śladu. Zastąpiła go mroczniejsza, posępniejsza wersja. Farrę zabolało serce na ten widok i zaczęła się zastanawiać, jak bardzo doświadczyło go życie przez ostatnich pięć lat, gdy się nie widzieli.
Rozdział 14
- Na miłość boską, Joy, powiedziałem, że spróbuję. Słuchaj, muszę kończyć. Nie jestem sam. - Chwila ciszy, a potem: - Też cię kocham, do usłyszenia.
Farra próbowała skupić się na swoim ebooku i nie podsłuchiwać rozmowy Blake'a.
Poniosła porażkę. Sromotną.
Sekundę później Blake wyłonił się z łazienki. Miał na sobie spodnie dresowe i... nic więcej. Trzymał w ręce pomarańczowy T-shirt z Syracuse zwinięty w kulkę, zamiast założyć go na siebie, by zakryć swoją wyrzeźbioną klatkę piersiową i sześciopak. Na domiar złego spodnie odsłaniały częściowo jego biodra, a Farra nie mogła opędzić się od myśli o tym, co ujrzałaby, gdyby opadły jeszcze o d r o b i n ę niżej. Przełknęła ślinę. Zasłoniła klatkę piersiową kołdrą, czując, jak jej stwardniałe sutki ocierają się o cienki materiał T-shirtu, który był tak wielki, że mógłby być sukienką.
Dotarli do pensjonatu bez żadnych przygód, ale po drodze z samochodu do środka przemokli do suchej nitki. Żadne z nich nie planowało zatrzymywać się nigdzie na noc, więc nie mieli ze sobą ubrań na zmianę. Na szczęście właściciele byli bardzo mili i zaproponowali, że pożyczą im coś na noc. Na nieszczęście biustonosz Farry właśnie wirował sobie w pralce razem z resztą jej ubrań, zamiast ukrywać jej oczywistą i niechcianą reakcję na stojącego przed nią mężczyznę.
- Wszystko dobrze? - Nie chciała powiedzieć tego takim chrypliwym głosem. Odchrząknęła. - Wyglądasz na zdenerwowanego.
- Wszystko gra. Rodzinne sprawy. - Blake cisnął koszulkę na krzesło w rogu. - Jest za mała - wyjaśnił. - Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza.
Wyglądał teraz na skruszonego, ale też odrobinę psotnego. Jego mina mówiła, że był w pełni świadomy tego, jak widok jego nagiej klatki piersiowej na nią działał i co by ujrzał, gdyby ją odkrył i ściągnął jej bieliznę.
Farra zacisnęła uda. Jej myśli uciekały we wszystkie strony świata. Nie służyły ani jej zdrowiu psychicznemu, ani fizycznemu. To nie tak, że tylko mężczyźni mogą cierpieć na posuchę. To był istny dramat.
- Chodzi o twojego ojca? - Pogratulowała sobie w duchu za podjęcie próby podtrzymania normalnej rozmowy, mimo że pragnęła pobiec do łazienki i zrobić sobie dobrze.
Blake potarł swój podbródek.
- Powiedzmy. Rozmawiałem z siostrą. Tata obchodzi w sierpniu pięćdziesiąte urodziny i chcą, żebym poleciał do Austin na przyjęcie.
- To nie brzmi jakoś źle. - Farra zmarszczyła czoło. Wiedziała, że relacja Blake'a z jego ojcem nie należała do najlepszych, ale... - Chyba nie jest nadal na ciebie zły za to, że rzuciłeś futbol?
- Kto go tam wie. - Blake oparł się plecami o komodę i skrzyżował ręce na piersi. - Wyjaśniłem mu, dlaczego odszedłem z drużyny. Tuż po tym, jak wróciłem z Szanghaju. Niemal zwyzywał mnie od cipy za to, że boję się encefalopatii. Powiedział, że lepiej ryzykować wstrząśnieniem mózgu niż ponieść porażkę jako przedsiębiorca. Był przekonany, że mój bar sportowy okaże się niewypałem.
Farra poczuła przeszywający ból serca, gdy usłyszała rozgoryczenie w głosie Blake'a. Też nie miała najłatwiejszych relacji ze swoim tatą, gdy jeszcze żył, ale mimo swoich wad nigdy nie podkopywał jej poczucia własnej wartości.
- Ale się mylił. To jedna z najpopularniejszych sieciówek w całym kraju. W zaledwie kilka lat udało ci się zbudować prawdziwe imperium.
Blake posłał w jej stronę sardoniczny uśmiech.
- Tak. A wiesz, na ilu otwarciach widziałem mojego ojca? Na żadnym. Nie pojawił się nawet na pierwszym w Austin. Moja mama i siostra przyszły mnie wesprzeć, ale on nie. Powiedział, że źle się czuje, a gdy wróciliśmy do domu, okazało się, że siedział w fotelu, żłopiąc piwo i oglądając mecz.
Przez chwilę Farra nie widziała w Blake'u chłopaka, który złamał jej serce, lecz chłopaka, któremu najbliżsi złamali serce więcej razy, niż potrafił zliczyć.
- Współczuję - wyszeptała.
Zacisnęła palce wokół kołdry, walcząc ze sobą, żeby nie wstać i go nie przytulić, mimo że chciała napełnić go ciepłem, które uciekało z niego za każdym razem, gdy tylko wspominał o swoim ojcu.
Jest tyle powodów, dla których nie powinnam tego robić.
- A wiesz, co jest w tym najbardziej pojebane? - W oczach Blake'a szalała burza, przy której pogoda na zewnątrz przypominała delikatną letnią mżawkę. - Zawsze zależało mi jedynie na tym, by był ze mnie dumny. Nawet gdy go znienawidziłem, przysyłałem mu numery "Forbesa" i "New York Timesa", w których o mnie pisali. Robiłem to na złość. Chciałem go zdenerwować. Chciałem, żeby spojrzał mi prosto w oczy i powiedział: "Synu, jestem z ciebie dumny". Nigdy tego nie zrobił i pewnie już nie zrobi, a mimo to nadal się łudzę. - Jego gorzki śmiech był nie do zniesienia. - Jestem żałosny, prawda?
Pieprzyć logikę.
Farra przerzuciła nogę na bok łóżka i podeszła do Blake'a. Zatrzymała się dopiero w momencie, gdy był zaledwie kilka centymetrów od niej. Położyła mu dłoń na ramieniu, bo bała się go objąć, ale chciała zaoferować mu choć mały gest pocieszenia.
- Nie jesteś żałosny. Jesteś człowiekiem. Może twój tata j e s t z ciebie dumny, tylko nie wie, jak to wyrazić.
- Wystarczyłoby kilka słów. Nie ma w tym nic trudnego.
- Czasami to najprostsze słowa najtrudniej wypowiedzieć.
Na twarz Blake'a zakradł się mały uśmiech. Tym razem szczery.
- Zawsze dostrzegałaś w ludziach to, co najlepsze. Nawet w tych, którzy byli załamani.
Włoski na skórze Farry stanęły dęba. Coś zawisło między nimi w powietrzu. Atmosfera stała się gęsta i ciężka. Czuła jej słodko-gorzki smak na języku.
Tak naprawdę każdy był w jakiś sposób skrzywdzony. Ludzie nie byli twardzi jak antyczne pomniki, które można znaleźć w muzeum. Przypominali raczej chaotyczne mozaiki, na które składały się połyskujące fragmenty miłości i postrzępione odłamki cierpienia. Szczęśliwcy odnajdywali kogoś, kogo nierówne krawędzie mozaiki zgrywały się idealnie z ich własnymi, niczym elementy jednej wielkiej układanki. Dwoje nieidealnych ludzi, którzy razem stawiali czoła burzy. Zdobywali poczucie bezpieczeństwa i uzależniali się od iluzji, jaką było to, że są teraz kompletni. Zapominali całkiem o tym, że wystarczy jeden fałszywy ruch, by ich mozaika się rozpadła, a jej ostre krawędzie zadały im tak głębokie rany, by wykrwawili się od środka.
- Lepiej patrzeć na świat przez różowe okulary niż doszukiwać się w ludziach zła.
Grzmot wprawił okna w drżenie, zagłuszając słowa Farry, ale Blake chyba usłyszał je bez problemu.
- To cała ty.
Przesunął palcami po jej policzku. Jego delikatny dotyk znowu przyprawił ją o gęsią skórkę, a do tego poczuła między udami, że robi się mokra.
Blake spuścił wzrok i zawiesił go na koszulce Farry, w miejscu, gdzie jej obolałe sutki napierały na materiał. Obojętny, robotyczny Blake zniknął. Widziała w jego oczach czystą, niepohamowaną żądzę. Wyglądał, jakby mógł zaraz zerwać z niej ubrania, rzucić ją na łóżko i pieprzyć tak długo, aż zaleje ją fala ekstazy.
Farra nieudolnie powstrzymała się od delikatnego jęku.
Spodnie Blake'a ukrywały jego podniecenie mniej więcej tak samo dobrze, jak koszulka Farry ukrywała jej sutki, czyli wcale. Dostrzegała jego długą, grubą, twardą męskość przez szary materiał. Czuła, jak jej ciało pulsuje. Pragnęła, żeby ją wypełnił. Zdała sobie sprawę, że nie może dłużej z tym walczyć.
Tak długo wzbraniała się przed Blakiem, bojąc się, że jedno ustępstwo poprowadzi do kolejnego, a to do jeszcze następnego, że domino z jej obaw przewróciło się i stworzyło ścieżkę prowadzącą z powrotem w jego objęcia. Nie chciała, żeby ją zostawiał. Tak to już czasem jest z przyciąganiem: im bardziej z nim walczymy, tym mocniej na nas oddziałuje. To było zderzenie się ze sobą dwóch silnych charakterów, ale osoba, która była skłonna przegrać bitwę, często wygrywała całą wojnę.
Farra zrobiła kolejny tyci krok w stronę Blake'a. I jeszcze jeden, aż jej sutki otarły się o jego nagą klatkę piersiową.
Blake się wzdrygnął. Zacisnął szczękę, oczy mu pociemniały. Farra widziała na jego szyi, że puls mu przyspieszył. Chciała położyć na nim swoje usta. Sprawdzić, czy serce Blake'a bije w tym samym rytmie co jej, czy jego krew jest równie gorąca co płynny ogień płynący w jej żyłach.
Wziął głęboki, drżący wdech. Musnął palcami jej biodra, a gdy już myślała, że ją pocałuje, oderwał się od niej z warknięciem.
- Idę wziąć prysznic.
Zatrzasnął za sobą drzwi od łazienki i czar prysł.
Farra osunęła się na ziemię pod komodą. Kręciło jej się w głowie od pożądania i zmieszania. Kłamała, gdy mówiła, że patrzy na świat przez różowe okulary. Widziała wyraźnie, na co patrzyła. Czarno na białym.
Blake Ryan był brakującym elementem jej układanki. Drugą połówką, którą straciła. Był jej narkotykiem, jej uzależnieniem i jej upadkiem. Jeśli chce przeżyć, to musi pozbyć się go z krwiobiegu. Nawet jeżeli jej serce oberwie rykoszetem.
Rozdział 15
Blake spędził pod prysznicem godzinę. Tak, robił sobie dobrze, i to dwa razy. I nie, nic mu to nie dało, bo gdy tylko wyszedł z łazienki i zobaczył na łóżku Farrę w jej opinającym się przydługim T-shircie, cała krew odpłynęła mu z powrotem w dół. Czuł się jak nastolatek na plaży nudystów.
Na szczęście była tak zaaferowana czymś w swoim telefonie, że nie zauważyła jego erekcji wielkości Teksasu.
Wcześniejsze napięcie między nimi zniknęło, ale nie do końca. Jakaś jego część wisiała w powietrzu niczym przestroga, przypominając Blake'owi o tym, że był największym idiotą pod słońcem, bo odmówił seksu jedynej kobiecie, która potrafiła rzucić go na kolana.
Widział to w jej oczach. Pragnęła go równie mocno co on jej. Jej jednak chodziło o fizyczność, a jemu o nią całą: o jej serce, umysł, ciało i duszę.
Jego wcześniejszy pomysł, żeby przekonać jej ciało, a dopiero później jej serce poleciał prosto do kosza. Gdyby Blake teraz się złamał, to tylko utwierdziłby Farrę w przekonaniu, że chodzi mu wyłącznie o seks. Cholera, gdy byli w klubie, praktycznie wyznał jej, że wciąż ją kocha, a ona nic sobie z tego nie robiła.
Z pewnością myślała, że kłamał. Ale on wiedział, że to była niepodważalna prawda.
Zacisnął szczęki i usiadł na drugim krańcu łóżka. Oczywiście, że trafił im się pokój z tylko jednym łóżkiem. Wszechświat uwielbiał torturować Blake'a. Spojrzał na swoje krocze. Miał wrażenie, że ono też na niego spogląda. Pierdol się, jak mogłeś jej odmówić - powiedział jego kutas.
Powiedziałbym ci, żebyś sam się pierdolił, ale tobie właśnie na tym zależy.
Blake skłamałby, gdyby twierdził, że po raz pierwszy rozmawia w myślach ze swoim penisem. Jednak po raz pierwszy się ze sobą nie zgadzali.
Odbija mi.
Blake odchrząknął.
- Przepraszam, że tyle mi to zajęło. Łazienka jest cała twoja. - Uznał, że zwykła rozmowa odciągnie jego myśli od niepohamowanej żądzy w jego spodniach, ale teraz zaczął wyobrażać sobie nagie ciało Farry pod prysznicem, więc nic to, k u r w a , nie dało.
- Dzięki, ale chcę najpierw dokończyć ten rozdział.
Minęło kilka minut, zanim Farra podniosła wzrok znad telefonu.
Blake usadowił się w taki sposób, żeby jak najlepiej ukryć swoje podniecenie, ale mały uśmieszek czający się w kącikach ust Farry podpowiadał mu, że jest w pełni świadoma tego, jak na niego działa.
Poszedł za radą Justina i Landona i cały dzień zgrywał niezainteresowanego. Wymagało to od niego ogromnego wysiłku. Szczególnie kiedy oblała się wodą i kątem oka dostrzegł zarys jej stanika prześwitujący przez mokry materiał topu.
S t a n i e w korku na Manhattanie nabrało nowego znaczenia. Zaczął nucić jakąś cholerną piosenkę Taylor Swift, żeby zagłuszyć brudne myśli z Farrą w roli głównej.
Nigdy wcześniej nie doświadczył czegoś tak absurdalnego.
Udawanie niedostępnego zadziałało... Nawet trochę za dobrze. Widział, jak Farra się wkurzyła, gdy kelnerka wręczyła mu swój numer telefonu, i zdecydowanie widział też, jak ciało Farry zareagowało na jego nagi tors. To było pęknięcie w lodowym murze, którym się otoczyła- od dawna na nie czekał. Szkoda tylko, że naruszył nie tę część muru, którą chciał.
Topniał na prawie całej długości, ale jej serce nadal skrywało się pod jego grubą taflą.
- A co czytasz? - Umościł się pod kołdrą zarówno po to, by się ogrzać, jak i po to, żeby schować pogrążające go dowody. Mimo rozkręconego na maksa kaloryfera w kącie, do pokoju wkradał się chłodny przeciąg, przyprawiający Blake'a o gęsią skórkę.
- Najnowszą książkę Leo. Zawsze podejrzewałam, że kiedyś zostanie pisarzem. - Farra się uśmiechnęła, a Blake poczuł nieodpartą chęć uduszenia Leo Agnelliego gołymi rękami.
Nie utrzymywał z nim kontaktu. Tak właściwie to nie utrzymywał kontaktu z nikim z Szanghaju oprócz Sammy'ego i Luke'a, który został trenerem rugby na University of Wisconsin Madison. Kiedyś kumplował się z Leo, ale nie z wyboru. Po prostu trzymali się w tej samej paczce znajomych. Nie mieli ze sobą zbyt wiele wspólnego, a poza tym Leo podobał się Farze, zanim Blake ją do siebie przekonał. Mimo że to nie wina tego chłopaka, Blake nadal miał mu to za złe.
W każdym razie Blake nie urwał się z choinki. Wiedział, że Leo podbijał świat literatury. Pisał chwytające za serce opowieści o rodzinie i miłości, które sprzedawały się jak ciepłe bułeczki na całym świecie. Jego książki wpasowywały się idealnie między literaturę wysoką a niską. Kto by pomyślał, że ludzie rzucą się na nie jak stado wygłodniałych hien na swoją ofiarę.
- I co? Fajna? - Nie żeby go to obchodziło. Nie czytał żadnej książki Leo i całkiem szczerze? Nie zamierzał.
- Świetna. - Odłożyła telefon na bok i wygrzebała się spod kołdry. - Idę w końcu wziąć prysznic. Zaraz wracam.
Chwilę potem drzwi od łazienki zamknęły się za Farrą.
Blake założył dłonie za głowę i wbił wzrok w sufit. Dźwięki bieżącej wody zgrywały się idealnie z ulewą wciąż szalejącą na zewnątrz. Co jakiś czas rozlegał się kolejny grzmot. Krople deszczu dudniły o szyby, a demony, które nie wychylały głowy, gdy Farra była w pobliżu, nagle zaczęły Blake'a nękać. Początkowo pojawiały się pojedynczo, a potem zaatakowały go całą hordą.
Pisk opon. Powyginany metal. Krew.
Wspomnienia uderzyły go niczym rozpędzona ciężarówka na autostradzie.
Pokłócił się o coś z ojcem. Pewnie o jakąś pierdołę, ale teraz nie pamiętał, o co dokładnie poszło. Był zmęczony, spanikowany i próbował nie ugiąć się pod ciężarem zostania ojcem i otworzenia swojego własnego biznesu. Wybiegł z domu rodziców razem z Cleo, mimo że na zewnątrz szalała burza i że na drodze panowały niebezpieczne warunki.
Dostrzegł jelenia wybiegającego mu przed maskę, gdy było już za późno.
Samochód wpadł w poślizg i zawinął się wokół drzewa.
Krew. Ratownicy. Załamanie. A do tego przygniatające, duszące, zżerające od środka poczucie winy.
Klatka piersiowa Blake'a unosiła się i opadała w zastraszającym tempie. Czoło zrosił mu pot, a jedzenie z knajpki, w której był z Farrą, przewracało mu się teraz w żołądku. Miał wrażenie, że zaraz zwymiotuje. Chciał pozbyć się wszystkiego, co było w nim złe, niegodziwe i brzydkie, ale nie mógł. Miał na sumieniu zbyt wiele. Poczucie winy zagnieździło się głęboko w jego brzuchu i zaczęło rozprzestrzeniać się na całe ciało niczym przerzuty choroby. Splamiło zarówno jego serce, jak i duszę.
- Blake?
Uniósł głowę.
Farra stała w progu zaparowanej łazienki, a na jej twarzy malowało się przerażenie.
- Wołam cię od pięciu minut. Wszystko w porządku?
- Tak - powiedział zachrypłym głosem. Odchrząknął, po czym dodał: - Przepraszam, zamyśliłem się.
Wdrapała się na łóżko obok niego. Było ogromne, więc dzieliło ich sporo wolnego miejsca, ale mimo to, gdy poczuł jej ciężar po drugiej stronie, oddech Blake'a się uspokoił, a część demonów uciekła w popłochu.
- Chodzi o deszcz? - Wbiła w niego wzrok. Jej oczy były ciepłe jak roztopiona czekolada, ale cięły niczym skalpel.
- Skąd taki pomysł? - Blake próbował blefować, ale od razu go przejrzała.
- Stąd, że za nic nie chciałeś wsiąść do samochodu, gdy się rozpadało, i że byłeś potwornie spięty przez całą drogę do pensjonatu. - Farra zmarszczyła brwi. - W Szanghaju nigdy nie przeszkadzał ci deszcz. Co się stało?
- Nie chodzi o sam deszcz. Nie do końca.
Blake nie miał nic do deszczu. Nie miał też problemu z prowadzeniem samochodu, mimo że musiały minąć dwa lata od wypadku, zanim odważył się wrócić za kółko. Problem pojawiał się tylko wtedy, gdy miał gdzieś jechać podczas ulewy. I wtedy, gdy siedział sam podczas burzy, pogrążony w myślach. Wtedy zawsze wracały do niego złe wspomnienia. Gdy nie miał obok nikogo, kto mógłby odciągnąć od niego złe myśli, zaczynała przepełniać go nienawiść do samego siebie. Zwykle zwalczenie natrętnych wspomnień zajmowało mu nawet kilka dni.
- Kilka lat temu podczas burzy miałem wypadek. I od tamtej pory nie mam odwagi wsiąść za kółko, gdy pada.
Twarz Farry wyrażała współczucie.
- Tak mi przykro, a czy nikomu... - zawahała się - nic się nie stało?
Stało.
- Powiedzmy, ale wolałbym o tym nie mówić. - Blake przesunął ręką przez włosy i zmienił temat: - Opowiedz mi o czymś wesołym. Czymś, co bardzo cię uszczęśliwiło. - Potrzebował dawki pozytywnej energii.
Farra przygryzła dolną wargę, zastanawiając się nad odpowiedzią.
- Gdy skończyłam studia, mama zabrała mnie do Paryża. W ramach prezentu. Cała wycieczka była bardzo udana, ale jeden moment szczególnie zapadł mi w pamięć. Siedziałyśmy na ławce i oglądałyśmy zachód słońca w Jardin du Luxembourg, jedząc i d e a l n e croissanty. Pomyślałam sobie wtedy, że... ż y c i e j e s t p i ę k n e. - Farra się zarumieniła. - Wiem, że to brzmi tandetnie i że to nic takiego, ale zawsze, gdy robi mi się smutno, wracam myślami do tamtego wieczoru.
- To wcale nie brzmi tandetnie.
Blake żałował, że nie miał takich dobrych relacji ze swoimi rodzicami. Z ojcem? Szkoda gadać. A mamę kochał, ale zawsze, gdy przychodziło co do czego, Helen Ryan uginała się pod wolą męża, zamiast stanąć po stronie syna. Nie chodziło o to, żeby zawsze wspierała w kłótniach Blake'a, ale gdyby zrobiła to chociaż raz, byłoby mu miło.
- Fajnie, że tak dobrze dogadujesz się ze swoją mamą - dodał.
- Jest moją najbliższą rodziną. - Farra zaczęła bawić się dolną częścią swojej koszulki. - Ale ostatnio trochę się na mnie wkurzyła, bo w końcu jej powiedziałam, że rzuciłam pracę w KBI.
Blake się wzdrygnął.
- Krzyczała?
- Myślałam, że pękną mi bębenki - potwierdziła.
Blake przeprowadził w głowie szybkie obliczenia. Zatrudnił Farrę jakiś miesiąc temu, tuż po tym, jak odeszła z poprzedniej pracy, a to oznaczało, że ukrywała to przed swoją mamą przez ładnych kilka tygodni.
- Na pewno nie jest na ciebie aż tak zła. Przecież nie jesteś bezrobotna i zarabiasz naprawdę dobre pieniądze. - Księgowa zamorduje Blake'a, gdy zobaczy, ile płaci Farze. Ale to problem na inny dzień.
- Wiem, ale praca freelancera nie gwarantuje stałych, stabilnych dochodów. A mojej mamie na tym zależy najbardziej. Trudno było ją w ogóle przekonać, że projektowanie wnętrz to dobra ścieżka kariery. Pogodziła się z tym, ale gdy pierwszy raz poruszyłam ten temat, prawie dostała zawału serca.
- Stabilność nie zawsze oznacza sukces czy szczęście. Znam mnóstwo ludzi, którzy mają ciepłą posadkę, a są nieszczęśliwi.
- Zapominasz, że moja mama jest Azjatką, więc ma na to inny pogląd. - Na twarzy Farry zawitał krzywy uśmieszek, a żołądek Blake'a zrobił salto godne złotego medalu na olimpiadzie. - Imigranci myślą o pracy trochę inaczej. Ale wiem, że w końcu z tym też się pogodzi. Jest dosyć liberalna, szczególnie jak na Chinkę. Mimo wszystko źle się czuję z myślą, że ją zawiodłam.
- Nie zawiodłaś jej. Świetnie sobie radzisz. I myślę, że powinnaś otworzyć własną firmę. - Blake się zaśmiał, gdy zobaczył szok w oczach Farry. - Mówię serio. Bez problemu wszystko ogarniasz, i to mimo skróconego deadline'u. Nie powinnaś harować w jakimś biurze i czekać, aż inni ludzie powiedzą ci, że jesteś wystarczająco dobra.
- Nie jestem na to gotowa. - Farra zadarła podbródek. Blake znał tę jej upartą minę aż za dobrze. - Kiedyś się na to zdecyduję, ale jestem w tej branży dopiero od kilku lat. Nie mam pojęcia, jak rozkręcić własny interes.
- Ja też nie miałem, ale zobacz, jak mi poszło. - Blake się uśmiechnął. - Pamiętam, że ktoś kiedyś powiedział mi, że nikt nie ma doświadczenia w prowadzeniu interesu, dopóki nie zrobi tego po raz pierwszy, i że jeśli włoży się w swój pomysł całe serce, to na pewno odniesie się sukces.
Wyciągnął ten cytat z głębokiego zakamarka swojego umysłu.
Farra otworzyła szeroko oczy.
- Pamiętasz dokładnie, co ci powiedziałam?
- Jak mógłbym zapomnieć.
To ona popchnęła go w dobrym kierunku i to dzięki niej rzucił się w pogoń za swoimi marzeniami. Gdyby nie Farra, Legendy by nie istniały.
To, co wydarzyło się później, działo się jak w zwolnionym tempie.
Farra zbliżyła się do Blake'a tak blisko, że omiótł go zapach kwiatu pomarańczy i wanilii.
Jego oddech stał się płytki. Musiał się stąd wyrwać. Już wcześniej ledwo się powstrzymał od pocałowania jej. Nie miał w sobie wystarczająco silnej woli, żeby zrobić to ponownie.
Nie ruszył się. Nie mógł.
Czuł się tak, jakby śnił. Jakaś jego część zaczęła się nawet zastanawiać, czy to n i e b y ł przypadkiem sen.
Nagle usta Farry dotknęły jego ust i przestał przejmować się tym, co było prawdą, a co nie.
Niezależnie od tego, co ich łączyło. Blake zamierzał się tym cieszyć, dopóki mógł.
Rozdział 16
Instynkt samozachowawczy Blake'a przepadł.
Ich pocałunek był niczym trzęsienie ziemi, od którego rozpadł się na kawałeczki. Pięć lat napięcia i utęsknienia osiągnęło swój punkt kulminacyjny. Stracił nad sobą panowanie i ryzykował tym, że jego życie na zawsze się zmieni.
Pięć lat nadziei i marzeń zaprowadziło go tutaj. Niepewny uścisk przerodził się w prawdziwą bitwę zmysłów, w której nie było hamulców. Ich usta się spotkały, a ręce wędrowały do akompaniamentu kakofonii deszczu i grzmotów na zewnątrz. Puls Blake'a szalał równie mocno co burza za oknem, gdy napawał się każdym skrawkiem bogini o czekoladowych oczach, którą trzymał w objęciach.
Farra smakowała jak promienie słońca i odkupienie. Pojękiwała, gdy Blake ją całował i za wszelką cenę chciał wypełnić ją całym sobą.
- Boże, minęło tyle czasu - wyszeptała, ocierając się o niego. Dzieliły ich jedynie dwie cienkie warstwy materiału, więc czuł, jaka była mokra.
Cielesne pożądanie zagłuszyło racjonalne myśli Blake'a, a raczej to, co po nich pozostało. Położył ją na plecy, uniósł jej ręce za głowę i przygwoździł jej nadgarstki. Nie mógł napatrzeć się na jej zlane rumieńcem policzki i napuchnięte usta.
- Za dużo czasu - zgodził się. - Ale cieszę się, że nadal pamiętasz moje imię.
- Widzę, że nadal masz tak samo wielkie ego.
Śmiech Farry zamienił się w jęk, gdy wargi Blake'a musnęły czułe miejsce tuż pod jej uchem.
- Znowu się nie mylisz - odparł.
Przycisnął twardą męskość do jej ciała na wypadek, gdyby nie zrozumiała dwuznaczności swoich słów. Delikatne drżenie Farry sprawiało mu przyjemność. Chwycił jej pierś przez koszulkę i potarł kciukiem sutek, patrząc, jak twardnieje i wręcz błaga, by go ssać.
Blake był tak napalony, że aż go to bolało. Jakaś bestia w jego wnętrzu domagała się, aby wziął Farrę, zahaczył jej nogi o swoje ramiona i zanurzył się w niej tak głęboko, by już nigdy nic nie było w stanie ich rozłączyć. Ale chciał się cieszyć każdą sekundą dzisiejszej nocy. Czekał na to spotkanie od lat. Nie zamierzał kończyć w kilka minut.
Jasne, Blake był wytrzymały, ale dzisiaj byłby zdziwiony, gdyby nie doszedł po kilku pchnięciach.
- No dalej, zrób coś - domagała się Farra, a każde jej słowo było podszyte pożądaniem i zniecierpliwieniem.
Zaśmiał się lekko, a w jego oczach pojawiła się obietnica.
- Jak sobie życzysz.
Blake zaczął pieścić wewnętrzną część jej ud. Delektował się przez chwilę jedwabną skórą Farry, po czym odgarnął jej majtki na bok i potarł kciukiem po jej najwrażliwszym kłębku nerwów. Odrzuciła głowę do tyłu, gdy wsunął w nią dwa palce, a gdy poczuł, jaka jest ciasna i mokra, zazgrzytał zębami. Zaraz dojdzie, a dopiero zaczynają.
Blake zacisnął drugą dłoń w pięść, próbując odzyskać nad sobą kontrolę. Odnalazł rytm, od którego Farra zawyła z przyjemności.
- Właśnie tego potrzebujemy - wydyszała mu w usta. - Więcej. Proszę.
Rozszerzyła nogi, dając mu niesubtelną wskazówkę, o co go błaga. A wtedy Blake poczuł nagle, jak przeszywa go chłód, i musiał się od niej oderwać.
Farra jęknęła w akcie protestu.
- Co ma znaczyć, że m y tego potrzebujemy? - Głos w głowie Blake'a podpowiadał mu, że wcale nie chce znać odpowiedzi na to pytanie, ale było już za późno. Zdążył je zadać.
Zamrugała.
- Tego. My. Seksu. - Jej rzeczowa, wręcz prozaiczna odpowiedź kłóciła się z ogniem, który płonął w jej oczach.
Blake poczuł, jak kolejny sopel lodu przeszywa jego serce. Czuł się żałośnie z tym, że tak się przejmował jej doborem słów. Gdyby miał więcej oleju w głowie i dał się ponieść namiętności, po prostu kontynuowałby to, co robił, i doprowadził Farrę do tylu orgazmów, że jeszcze jutro oboje słanialiby się na nogach.
Jednak wszelka ochota na dalsze igraszki umarła wraz z kolejnymi słowami, które padły z jej ust:
- Jednej nocy, żeby pozbyć się siebie nawzajem z krwiobiegu. Tego nam trzeba.
Lód się roztopił i zaczął parować. Jego miejsce w brzuchu Blake'a zastąpiła lawa. Odsunął się od Farry i zszedł z łóżka.
Pozbyć się siebie nawzajem z krwiobiegu.
Jakby ich relacja była chorobą. Albo narkotykiem. Nałogiem, który za wszelką cenę trzeba rzucić.
- Nie.
Farze opadła szczęka. Podniosła się, a jej policzki zaróżowiły się z zupełnie innego powodu niż z pragnienia.
- Nie? - zapytała z niedowierzaniem. - Dlaczego nie? Pragnę cię. A ty pragniesz mnie. Czy nie chodzi ci o to od samego początku, gdy mnie zatrudniłeś?
Lawa wrzała od jego gniewu.
- Naprawdę myślisz, że zatrudniłem cię, bo chciałem się z tobą przespać. - To nie było pytanie. - Wyjaśnijmy coś sobie: nigdy nie płaciłem nikomu za seks i nigdy, ale to przenigdy tego nie zrobię. Ani bezpośrednio, ani pośrednio. Nie myśl sobie, że muszę uciekać się do takich złożonych i drogich podstępów, żeby dostać to, czego, jak sama przed chwilą zauważyłaś, oboje chcemy. Nie dlatego płacę ci potrójną stawkę.
Farra przytuliła kołdrę do piersi. Na jej twarzy tańczyły niepewność i opór.
- To co my tak właściwie robimy, Blake? Znam cię. Minęły lata, ale wciąż cię z n a m. Na pewno nie chodziło tylko o to, że potrzebowałeś architektki wnętrz. Mogłeś zatrudnić kogokolwiek innego i zapłacić mu znacznie mniej. Skoro nie chcesz seksu, to czego, do cholery, chcesz?
Odkąd ich spojrzenia spotkały się w Aviary, pogrywali sobie ze sobą. Bawili się w kotka i myszkę. W prawdę lub wyzwanie. Gdy jedno się zbliżało, drugie się oddalało.
Blake miał już tego dosyć. Dlatego tym razem wybrał prawdę.
- Chcę ciebie.
- A ja właśnie to oferuję.
- Nie twojego ciała. - Ponownie skrócił między nimi dystans. Dywan wygłuszał jego kroki, więc słychać było jedynie płytki, szybki oddech Farry. - Chcę c i e b i e. Pragnę całej ciebie. Twojego serca, ciała, umysłu i duszy. Chcę odzyskać to, co straciliśmy. - Jego głos nabrał siły. - Spieprzyłem sprawy w Szanghaju i bardzo cię za to przepraszam. Byłem młody i głupi. Gdybym mógł cofnąć się w czasie i to zmienić, tobym to zrobił. Ale nie mogę. Mogę jedynie prosić cię o drugą szansę. Wiem, że złamałem ci serce, ale jeżeli mi pozwolisz, poświęcę resztę życia na to, żeby je posklejać.
Chwila prawdy. Odkrył przed nią wszystkie swoje karty.
Wcześniej brakowało mu odwagi, żeby wymówić te słowa, ale były tam. Czekały na końcu języka na odpowiednią chwilę przez ostatnich pięć lat.
A teraz zawisły w powietrzu i czekały na wyrok.
Farra była sędzią, ławą przysięgłych i katem. Gdy Blake mówił, jej oddech przyspieszył, a klatka piersiowa zaczęła coraz wyraźniej opadać i się unosić. Mina Farry nie wyrażała emocji. Była gładka i nieruchoma jak szklana tafla. Jednak w jej oczach szalał sztorm. Wyrażała nimi tyle emocji, że Blake nie był w stanie ich w pełni odczytać.
Sekundy rozciągały się do granic możliwości. Miał wrażenie, że ta tortura trwa całą wieczność.
Blake nie mógł przełknąć do końca śliny. Każdy jego nerw czekał w gotowości, a jego serce gnało szybciej i szybciej, aż zrobiło mu się niedobrze od tego całego wyczekiwania.
- Tego akurat nie mogę ci dać.
Farra go odrzuciła. Pocięła jego wyznanie na drobne kawałeczki, które opadły na podłogę niczym konfetti. Promyk naiwnej nadziei zgasł, a serce Blake'a obróciło się w proch, który wypełnił jego drogi oddechowe i zaczął go dusić.
- Mogę dać ci tę jedną noc. Nic więcej. Twój wybór.
Rozdział 17
Miesiąc później
Słońce nieubłaganie świeciło na niebie, przypiekając skórę Farry i sprawiając, że po jej twarzy spływały strużki potu. Upał był niemiłosierny. Miała wrażenie, że natura gniewa się na nią za jej bezduszne zachowanie i że próbuje się na niej w ten sposób odegrać.
Nie bezduszne, mądre - poprawiła samą siebie w myślach. Jej zachowanie w Syracuse miesiąc temu było rozsądne, bezpieczne i logiczne. Jak mawia stara ludowa mądrość: "Każdego można nabrać raz, ale za drugim razem to już jego wina, że znowu dał się wrobić".
Farra nie zamierzała dać się zwodzić pięknym słowom i obietnicom Blake'a. Raz popełniła ten błąd i ledwo się po tym pozbierała.
Ale skoro dobrze postąpiła, to dlaczego czuła się tak podle?
- Jak dobrze, myślałam, że zaraz umrę od tego upału - powiedziała Olivia, gdy kelnerka zaprosiła je do środka restauracji.
Leyla była najnowszą i najbardziej rozchwytywaną miejscówką na brunch w całym mieście. Nie przyjmowano tu rezerwacji, więc trzeba było stać w kolejce co najmniej godzinę, żeby dostać się do środka w weekend. Olivia nie znosiła kolejek bardziej niż niewyprasowanych koszul, ale Farra wiedziała, że dla takiego jedzenia zrobi wyjątek.
- Matko, ale dzisiaj jest patelnia - dodała.
Farra zgodziła się pod nosem z przyjaciółką, idąc dalej za kelnerką, która prowadziła je do stolika.
- Kim jest ten twój tajemniczy znajomy, z którym mamy się tu spotkać? - Olivia zaczęła przeglądać jednostronicowe menu. - Lepiej, żeby to był ktoś super, bo już jest spóźniony.
- Eee, w sumie to go znasz.
Olivia uniosła brwi.
- Serio?
- Właśnie wszedł.
Farra pomachała do przyjaciela i przygotowała się na potężny opieprz. Olivia spojrzała za siebie, a potem gwałtownie odwróciła głowę z powrotem w stronę przyjaciółki. Dosłownie kipiała ze złości.
- Czy. Ty. Sobie. Ż a r t u j e s z?
- Pamiętasz randkę w ciemno z Kenem? - przypomniała jej Farra. - Wybaczyłam ci ją.
- To co innego! To był niewinny błąd z mojej strony. W pracy zachowuje się normalnie. Skąd mogłam wiedzieć, że jest takim palantem poza biurem? Ale to... To jest zwyczajna zdrada...
- Hej. - Obok ich stolika stanął Sammy. W swojej bladoniebieskiej koszuli kontrastującej z opalenizną i ciemnymi dżinsami wyglądał na jeszcze większego przystojniaka niż zwykle.
Gdy dostrzegł Olivię, na jego twarzy zawitały zaskoczenie i gniew. Był dżentelmenem, więc nawet tego nie skomentował. Mimo to emanował niezadowoleniem.
- Siemka! - zaświergotała Farra. - Cieszę się, że znalazłeś czas. Siadaj.
Sammy obszedł puste krzesło obok Olivii i usiadł obok Farry.
Oboje wbijali w Farrę mordercze spojrzenia.
Hmm. Może jednak umówienie ich na wspólny brunch bez ich wiedzy nie było najlepszym pomysłem.
Ale Farra miała dosyć tego, że chowali do siebie urazę. Chciała, żeby w końcu się pogodzili. Od ich zerwania minęło przecież wiele lat.
Oczywiście była świadoma własnej hipokryzji. Odmówiła Blake'owi drugiej szansy, ale to nie to samo. Sammy i Olivia rozstali się za obopólną zgodą i żadne z nich nie wyznało drugiemu, że nadal darzy go uczuciem.
Blake też rzekomo wciąż darzy mnie uczuciem - pomyślała, ale nie zamierzała wierzyć mu na słowo.
- Nawet nie wiecie, jak się cieszę, że znowu widzimy się w tym gronie. - Pierwsza próba zachęcenia ich do rozmowy. - Jak za dawnych czasów. - Jeśli przymknąć oko na to, że ich grupa była o wiele większa, ale kto by się przejmował szczegółami.
- Tak, jak za dawnych czasów - powtórzyła Olivia, nie kryjąc się z sarkazmem.
Farra kopnęła ją pod stołem i wzdrygnęła się, gdy ta odpowiedziała jej tym samym. Popatrzyły na siebie wilkiem.
W końcu Farra postanowiła spróbować swojego szczęścia z n a j r o z s ą d n i e j s z ą osobą przy ich stoliku:
- Jak spotkanie, Sammy?
Przyjaciel napisał jej esemesa, że znowu jest w Nowym Jorku. Miała nadzieję, że tym razem na dłużej niż tylko trzy dni. Był umówiony dzisiaj rano na "niezobowiązującą kawę" z potencjalnym partnerem biznesowym i dlatego nie mógł czekać z nimi w kolejce.
Co prawda była niedziela, ale Farra mogłaby przysiąc, że połowa interesów była załatwiana na "niezobowiązujących" spotkaniach w weekendy.
- Dobrze. - Nadal był spięty, ale jego ton sugerował, że jeszcze chwila i wybaczy Farze jej mały podstęp. - Podpisaliśmy umowę.
- Super! - Farra tak się podekscytowała, że niemal przewróciła swoją kawę. - Sammy otwiera tymczasową piekarnię w Convention - wyjaśniła Olivii.
Convention było popularnym sklepem na Soho, znanym z tego, że co cztery miesiące pojawiała się u nich nowa restauracja, piekarnia czy kawiarnia, której głową był nagrodzony gwiazdką Michelin szef kuchni albo inny celebryta ze świata gastronomii. Znane nazwiska i różnorodność były prawdziwą kocimiętką na kapryśnych entuzjastów kulinarnych z Manhattanu.
- Nowy Jork w końcu doczekał się własnego Crumble & Bake! Nawet jeśli będzie otwarte tylko cztery miesiące - dodała.
- Świetnie. - Olivia wyzerowała swoją mimozę. - Gratulacje.
- Dzięki - odpowiedział Sammy.
Nadal byli wobec siebie potwornie chłodni, a nad ich głowami, niczym miecz Damoklesa, wisiały niewidzialne sople lodu.
Gdy kelnerka wróciła z ich zamówieniem, na moment przyszła odwilż, ale gdy tylko zabrali się za jedzenie, znowu zapadła niezręczna cisza.
- Gdzie się zatrzymujesz? - Farra zamierzała za wszelką cenę ożywić towarzystwo, mimo że ani Olivia, ani Sammy jej tego nie ułatwiali.
- Na Williamsburg. Koleżanka mojej siostry ma tam domek i zgodziła mi się go wynająć po atrakcyjnej cenie. - Sammy zaczął rozkrajać swoje jajka po benedyktyńsku. - Piekarnia otworzy się dopiero w przyszłym miesiącu, ale muszę wszystko przygotować.
- Dlaczego wszyscy otwierają nagle lokale w Nowym Jorku? - Olivia sączyła drugi koktajl z soku pomarańczowego i szampana. - Najpierw Blake, a teraz ty.
- Nowy Jork to ogromny rynek - powiedział z kamienną twarzą Sammy.
Farra ledwo powstrzymała się od wybuchnięcia śmiechem.
Olivia zignorowała jego odpowiedź i zwróciła się do przyjaciółki:
- A skoro mowa o Blake'u, jak tam projekt?
I to by było na tyle z jej radości.
- W porządku.
W kwestii samych prac Farra naprawdę nie mogła narzekać. Wynajęła powierzchnię magazynową na meble, które powoli do nich spływały, i na skrzynię, którą zakupili w Syracuse. Potrzebowała je gdzieś przechować co najmniej do czasu, aż kontrahenci położą płytki. Jeśli nie będzie żadnych opóźnień ani wpadek, mieszkanie Blake'a powinno być gotowe na sesję zdjęciową dla "Mode de Vie".
W kwestii jej relacji z Blakiem, jeśli w ogóle można było to nazwać relacją, nie było już tak kolorowo. Po tym, jak postawiła mu ultimatum w pensjonacie, wyszedł bez słowa z pokoju. Nie miała pojęcia, dokąd poszedł, i udawała, że śpi, gdy usłyszała po północy skrzypienie drzwi.
Nazajutrz wymeldowali się i wrócili do Nowego Jorku. Blake podrzucił ją pod samo mieszkanie i to było tyle. Nie odezwali się do siebie ani słowem podczas czterogodzinnej podróży powrotnej i od tamtego czasu nie mieli ze sobą żadnego kontaktu.
Farra poczuła, jak w jej żołądku wszystko się przewraca. Może była dla niego zbyt ostra? Z perspektywy czasu jej słowa były oziębłe, ale to nie ona go okłamała i oszukała. Nie zasługiwał na drugą szansę.
Przygryzła tak mocno dolną wargę, że aż poleciała jej krew.
- Widziałaś się z nim od waszej wyprawy do Syracuse? - zapytała Olivia.
- Nie.
Farra wzięła ogromny gryz tosta francuskiego, żeby nie musieć udzielać dłuższej odpowiedzi. Olivia wiedziała, że Blake i Farra zatrzymali się w jednym pokoju w Syracuse. Nie wiedziała za to, że prawie się ze sobą przespali i że Blake wyznał jej miłość. Farra spodziewała się po Blake'u wielu rzeczy, ale nie tego, że poprosi ją o drugą szansę. Była pewna, że zależy mu na uprawianiu dzikiego seksu. Może na przelotnym romansie. Ale nie na powtórce z ich z góry skazanego na porażkę związku.
Farra z trudem przełknęła ślinę. Tosty były gorzkie.
- I dobrze. Niedługo będzie po wszystkim i już nigdy nie będziesz musiała się z nim widzieć. - Olivia przeniosła spojrzenie na Sammy'ego. - Ten gość zawsze zwiastuje kłopoty.
- Wcale nie - obruszył się. - Popełnił błąd, ale ma dobre serce.
Cały Sammy. Lojalny aż po grób. Wobec k a ż d e g o.
- Błagam. - Olivia prychnęła. - Oszukiwał i okłamywał Farrę. Ja mam inną definicję d o b r e g o s e r c a.
- Nie zrobił... To znaczy tak, ale nie znasz całej historii. - Sammy pożałował, że tak się zagalopował, gdy tylko te słowa opuściły jego usta.
Farra i Olivia obróciły głowy w jego stronę.
- Co masz przez to na myśli? - Ciekawość rozświetliła ciemne oczy Olivii. - Wiesz coś, czego my nie wiemy?
- Nie, tak tylko mi się powiedziało. - Jego twarz stała się równie różowa co smoothie ze smoczego owocu, które piła Farra.
- Ale kłamiesz. Wiem, kiedy ktoś udaje. - Sammy nie ugiął się pod naciskiem, więc Olivia szybko zamiast łyżki dziegciu zaoferowała mu beczkę miodu. - No weź, jesteś w gronie przyjaciół - zaczęła się przymilać. Najwyraźniej dobra tajemnica wystarczyła, żeby odłożyła na bok negatywne uczucia, które żywiła do swojego byłego chłopaka.
Tymczasem serce Farry próbowało wyrwać jej się z piersi. Nie powinno ją obchodzić, co Sammy wie, a jednak część niej, będąca beznadziejną romantyczką, potrzebowała jakiegokolwiek dowodu na to, że Blake mówił prawdę.
Żałosne.
Sammy odwrócił wzrok od słodkiego uśmiechu Olivii.
- Nie mnie zdradzać tajemnice Blake'a.
- Masz moralny obowiązek nam powiedzieć. Szczególnie Farze. Jest jedną z twoich najstarszych przyjaciółek. - Olivia objęła Farrę gestem, jakby była jakimś kucykiem na pokazie. - Blake wrócił do jej życia i jeśli wiesz coś, dzięki czemu nie skrzywdzi jej ponownie, to lepiej, żebyś się tym podzielił.
Sammy wymamrotał pod nosem coś w stylu: "To nie o nią bym się martwił".
Olivia zmarszczyła brwi.
- Co?
- Nic.
- Sammy. - Farra położyła mu rękę na ramieniu. - Proszę.
Nie miała zamiaru rozdrapywać starych ran, ale już i tak zostały naruszone. Może warto zobaczyć, czy nie wdała się infekcja, zanim na nowo je zaszyje.
Sammy westchnął.
- Jak już mówiłem, to nie ja powinienem wyjawić tę tajemnicę. Po prostu nie bądź zbyt ostra dla Blake'a, dobrze? Powiedzmy po prostu, że przeszedł swoje. Jak będzie chciał ci powiedzieć, to... - Zabębnił palcami o stolik. - Następnym razem, gdy się z nim zobaczysz, zapytaj go o wieczór, w który zgubiłaś naszyjnik.
Ręka Farry bezwiednie powędrowała do wisiorka na jej szyi. To był ostatni prezent, który podarował jej tata, zanim zmarł. Tylko Blake wiedział, jak wiele dla niej znaczył. No, chyba że powiedział Sammy'emu, ale raczej nie miał ku temu powodów.
- Co mój naszyjnik ma z tym wspólnego?
Sammy widocznie posmutniał.
- Więcej niż myślisz.
Rozdział 18
Nieszczęścia chodzą parami.
Po miesiącu niewiarygodnych sukcesów życie zawodowe Blake'a postanowiło pójść w ślady jego życia prywatnego i kompletnie się zepsuć.
Menedżer jego restauracji poleciał do Grecji w pogoni za dziewczyną, w której się zakochał podczas degustacji win. Wysłał Blake'owi maila z Santorini, przepraszając go za zaistniałą sytuację i dając mu wyraźnie do zrozumienia, że nie zamierza w najbliższym czasie wrócić do Nowego Jorku.
W łazience na drugim piętrze baru doszło do jakiejś usterki związanej z kanalizacją, za której usunięcie Blake zapłacił jak za zboże.
A do tego "Mode de Vie" zrezygnowało z artykułu o Blake'u, bo w ostatniej chwili udało im się umówić na ekskluzywny wywiad ze stroniącym od blasku reflektorów następcą tronu Eldorry i jego narzeczoną - stewardesą z Ameryki, a także najnowszą ikoną mody, której rodzina królewska rzekomo nienawidziła.
Blake'owi nie zależało jakoś szczególnie na sesji zdjęciowej dla "Mode de Vie", mimo że byłaby świetną promocją dla jego barów sportowych. Bardzo zależało mu natomiast na Farze, która pracowała w pocie czoła, żeby wyrobić się z remontem jego mieszkania. Choć nigdy otwarcie tego nie przyznała, Blake wiedział, że była podekscytowana swoim debiutem w tym magazynie. Przyłapał ją raz na tym, jak googlowała listę projektantów wnętrz, którzy znaleźli się na łamach "Mode de Vie".
A teraz to on musiał jej powiedzieć, że nie dołączy do ich grona.
- Jak stoimy z poszukiwaniami nowego menedżera restauracji? - zapytał Patricię, która w zastraszającym tempie wystukiwała coś na klawiaturze telefonu.
- Będziemy wybierać spośród trzech wyłonionych kandydatów. Umówiłam cię na spotkania z nimi w przyszłym tygodniu - odpowiedziała, nie unosząc ani na chwilę wzroku. - Załatwiłam ci też wywiad z "City Style". To nie ten sam kaliber co "Mode de Vie", ale i tak są dosyć poczytni wśród naszej grupy docelowej.
- Sesja odbędzie się u mnie?
- Nie. W ich studiu fotograficznym. Nigdy nie robią sesji zdjęciowych w innych miejscach. A przynajmniej nie w przypadku wywiadów.
Blake westchnął.
- Jasne, dzięki.
Spojrzał na zegarek. Dochodziła ósma wieczorem. Był na nogach od piątej, a obudził się już o trzeciej. Czuł, jak ogarnia go zmęczenie, ale obiecał Landonowi, że wyskoczą razem do Egret na kilka drinków. Blake tak bardzo użalał się nad sobą i do tego stopnia brodził po kolana w gównie, że od kilku tygodni nie widział się ze swoim najlepszym przyjacielem.
- Skończmy na dzisiaj. Odpocznij - dodał.
- Wyślę jeszcze tylko kilka maili.
- Patricia.
- Blake - odpowiedziała z przekorą, po czym przewróciła oczami, widząc jego gniewne spojrzenie. - Dobrze. Wyślę tylko j e d n ą wiadomość i uciekam. Co ty na to?
- Masz szczęście, że jestem takim wyrozumiałym szefem - burknął Blake. - W przeciwnym razie już dawno wyleciałabyś za niesubordynację.
- Nie zwolniłbyś mnie, bo wiesz, że nigdzie nie znajdziesz lepszej kierowniczki zespołu.
Cholera. Miała rację.
Po kolejnym przypomnieniu, żeby nie pracowała do późna, co zresztą Patricia całkowicie zlała, Blake wyszedł z baru i ruszył w stronę metra. Był wtorek, więc w Egret nie było strasznych tłumów. Od razu po wejściu do środka zauważył, że Landon stoi przy barze i gada z Justinem.
- Co tam? - Blake klapnął dupskiem na krześle obok Landona, uniósł podbródek na przywitanie, po czym zwrócił się do Justina: - Dlaczego za każdym razem, gdy tu jestem, nie widzę, żebyś pracował?
- A czy widzisz, żeby ktoś próbował złożyć zamówienie, cwaniaczku? - Justin strzelił w Blake'a szmatką niczym z bicza. - A tak poza tym, to ostatnim razem, jak tu byłeś, c i ę ż k o p r a c o w a ł e m. Tak ciężko, że chciałeś ukatrupić mnie wzrokiem, bo śmiałem przynieść ci piwo trochę wolniej niż zwykle.
- To nie miało nic wspólnego z piwem.
- A z czym? - Justin obdarzył Blake'a krzywym uśmieszkiem. - Czekaj. Niech zgadnę. Może chodziło o tę Azjatkę z długimi, ciemnymi włosami i ustami, które wyglądały na stworzone do o...
- Dokończ to zdanie, a obiecuję, że wpakuję ci pięść w zęby - warknął Blake.
Barman wyglądał na niewzruszonego jego groźbą.
- Powinieneś się z kimś przespać, bo jesteś bardziej sztywny od brytyjskiego lorda z kijem w dupie.
Miał rację. Po nocy spędzonej z Farrą w Syracuse Blake skończył ze złamanym sercem i ekstremalną frustracją seksualną. Jego jądra były niebieskie jak Smerfy. Co jakiś czas leciał na ręcznym, ale nie dawało mu to zbyt wiele. Mógłby wyskoczyć na miasto i znaleźć jakąś dziewczynę chętną na przelotną przygodę, ale za każdym razem, gdy brał to pod uwagę, stwierdzał, że ten pomysł jest dla niego równie nieatrakcyjny co wsadzanie kutasa w mrowisko.
Przez Farrę nie miał w ogóle ochoty na żadne inne kobiety.
- Pewnego dnia ktoś spuści ci porządny i zasłużony wpierdol, Justin. - Landon poklepał Blake'a po plecach. - A teraz przynieś sztywniakowi burgera i whisky. Ja stawiam.
Nie minęła godzina, a bar zaczął pękać w szwach. Blake'owi to nie przeszkadzało, bo to oznaczało, że Justin miał ręce pełne roboty i nie wcinał się co chwilę w jego rozmowę z Landonem.
- Wszystko się wali. - Blake'owi aż zaczął się rozmazywać wzrok, gdy wpatrywał się w bursztynowy alkohol w szklance. - Mówię ci, dopadła mnie karma.
- Za co?
Wzruszył ramionami.
Landon jak zawsze czytał mu w myślach.
- To nie była twoja wina. To był zwykły wypadek. Ani Cleo, ani policja, ani twoja rodzina... Nikt cię nie obwinia.
Ja siebie obwiniam.
- Jej ojciec mnie obwinia.
- Jej ojciec to kutas.
Brwi Blake'a wystrzeliły w górę. Landon prawie nigdy nikogo nie wyzywał. Kto by pomyślał, że usłyszy takie słowa od dziedzica sieci hoteli wartej pół miliarda dolarów.
Blake skrzywił się na kolejną swoją myśl. To ja jestem kutasem. Landon może i był bogaty, ale z pewnością nie należał do zarozumiałych snobów, którzy udawali, że ich kupa pachnie jak fiołki. Poznali się, kiedy Blake przez przypadek posłał piłkę prosto w jego twarz, gdy obaj mieli siedem lat. Mama Blake'a strasznie przepraszała Landona, a jego niania wpadła w panikę. Z kolei Landon wybuchł śmiechem i powiedział, że Blake nigdy nie wygrałby z nim w meczu jeden na jednego. A jednak to zrobił, przynajmniej raz, bo za drugim Landon rzeczywiście go rozgromił. I tak zostali przyjaciółmi.
- Nie patrz tak na mnie - powiedział Landon. - Ty wiesz najlepiej, że ojciec Cleo potrafi być nieznośny
Prawda. Przy ojcu Cleo tata Blake'a wyglądał jak mały, zaspany golden retriever w koszyczku wielkanocnym. Gdy jej ojciec się dowiedział, że Blake zapłodnił jego jedyną córkę, i to przed ślubem, chciał poszczuć go swoim rottweilerem.
- Nie chcę o nim rozmawiać, w ogóle o czymkolwiek związanym z Austin - oznajmił Blake, choć przecież wiedział, że w skrzynce pocztowej czeka na niego potwierdzenie zakupu biletu lotniczego do Teksasu. Ustąpił i postanowił polecieć na urodziny taty. Nie miał zbytniej ochoty się z nim widzieć, ale był to winien mamie i siostrze. - Mam wystarczająco dużo bieżących problemów na głowie. Wolałbym zostawić problemy z przeszłości na kiedy indziej.
- W porządku. - Landon okręcił swoją szklankę na barze. - To w takim razie powiedz mi, jak się mają sprawy z Farrą.
Blake obdarzył przyjaciela nieprzekonującym uśmiechem.
- Do dupy.
- Opowiadaj.
Wolał nie wchodzić w szczegóły poniżającego wieczoru w Syracuse, ale alkohol poluzował mu język i nim się obejrzał, Landon już wszystko wiedział.
Na twarzy Landona pojawił się prawdziwy kalejdoskop zdziwienia i niedowierzania. Nie odezwał się ani słowem, dopóki Blake nie skończył swojej opowieści. A później też tego nie zrobił, bo pewien barman znowu wepchnął się między wódkę a zakąskę.
- O d m ó w i ł e ś jej seksu? - zapytał gromkim głosem Justin. - Czy ciebie do reszty pojebało?
Blake odwrócił się w stronę baru i ujrzał swojego kumpla - a raczej wrzód na tyłku - gapiącego się na niego z rozdziawionymi ustami. Justin cały czas przecierał blat w jednym miejscu. Najwyraźniej nie potrafił przetworzyć tego, jak Blake mógł podjąć tak złą decyzję, bo nawet nie zauważył lepkiego śladu po kuflu kilka centymetrów obok.
- Jakim cudem znowu tu jesteś? - zapytał Blake. - Przecież roi się tu od klientów.
- Skończyłem zmianę dziesięć minut temu. Zostałem tu dla podśmiechujków.
Blake wykrzywił usta w grymas.
- Błagam, nigdy więcej nie używaj słowa "podśmiechujki". Jesteś dorosły.
- Tak, jestem dorosły, więc mogę używać, jakich słów chcę.
Justin odrzucił szmatkę na bok i puścił oczko do atrakcyjnej, rudowłosej barmanki z kolczykiem w ustach i miną, która mówiła, że nie da sobie w kaszę dmuchać. Nie minęły dwie minuty, a Justin znowu męczył Blake'owi bułę, tyle że tym razem po drugiej stronie baru.
- Musimy znaleźć sobie jakąś inną knajpę, zanim nie otworzą się Legendy - powiedział Blake do Landona, który uśmiechnął się w odpowiedzi. - Proponuję jakiś lokal, w którym barmani nie wtykają nosa w nie swoje sprawy.
- Nie t w o j a sprawa, w czyje sprawy wtykam swój nos. - Justin ziewnął. - W każdym razie, skoro skończyłem na dzisiaj pracę, to mogę powiedzieć ci coś jako kumpel, a nie jako barman. Jesteś idiotą i powinieneś był ją przelecieć.
- Nie chcę być jej przyjacielem z korzyściami. Zresztą nawet nie zaproponowała takiego układu. Powiedziała, że może dać mi co najwyżej jedną noc.
Blake czuł, że znowu zbiera mu się na nudności. Nie raczył nawet odpowiedzieć na ultimatum, które postawiła mu Farra. Nie potrafił. Zamiast tego założył na siebie śmiesznie małą koszulkę, którą pożyczył mu syn właściciela pensjonatu, i zszedł na dół, żeby utopić swoje smutki w winie. Nie był to jego ulubiony alkohol, ale nie mieli żadnego innego, a on w tamtym momencie mógłby wypić nawet denaturat, byle tylko zapomnieć o tym, co zaszło między nimi w pokoju. Wrócił dopiero po północy, gdy Farra już smacznie spała.
- Eee, słuchaj, to mógł być twój bilet do raju - rzucił Justin, widząc zbolałą minę Blake'a, po czym zwrócił się do Landona: - Ty to widzisz, nie? Wesprzyj mnie, bo nasz kolega jest mniej kumaty od żaby. Nie mogę uwierzyć, że ktoś taki jest sławnym biznesmenem.
Landon przynajmniej próbował powstrzymać się od śmiechu, ale niestety mu się nie udało.
- Na moje to Justin pije do tego, że Farra nie powiedziała, że nie chce mieć z tobą nic wspólnego. Powiedziała, że chce t y l k o uprawiać z tobą seks. A to duża różnica.
Blake zmarszczył brwi.
- Chyba nadal nie łapię.
Landon i Justin równocześnie się skrzywili ze zrezygnowania.
- Jak myślisz: dlaczego ludziom nigdy nie udaje się pozostać przyjaciółmi z korzyściami? Bo któraś osoba prędzej czy później zaczyna czuć coś więcej. I właśnie dlatego ja się w coś takiego nie bawię. - Justin uśmiechnął się do przechodzącej obok zniewalającej blondynki, która odwdzięczyła mu się tym samym. - Ja piszę się jedynie na jednorazowy przygodny seks. Ale zszedłem z tematu. Możesz powiedzieć Farze, że tobie też chodzi tylko o seks, i spróbować przekuć to w coś więcej. Za to nic nie zrobisz, jeżeli zaprzepaścisz swoją jedyną szansę na regularne spotkania z nią.
- Dobrze mówi. - Landon wystawił kciuk do góry.
- Miałbym ją namówić na więcej po jednej nocy? - Blake pozostawał mocno sceptyczny.
- Dokładnie tak. A jeśli nie potrafisz, to na to już nic nie zaradzimy - odpowiedział Justin pełnym współczucia głosem. - Jeśli idzie ci do dupy w łóżku, metaforycznie, nie dosłownie, to się nie przejmuj. Około dziewięćdziesięciu pięciu procent mężczyzn cierpi na tę przypadłość. Ale oczywiście nie ja. Podarowałem ci już plan działania, ale sztuczek sam musisz się nauczyć. Chociaż albo rodzisz się z talentem do tego, albo... Kurwa! - zaklął, gdy Blake uderzył go w ramię.
- Pierdol się - powiedział. - Założę się, że jestem od ciebie dziesięć razy lepszy w te klocki.
- Chciałbyś, Ryan. Mam na koncie dziewczyny ze wszystkich ulic Manhattanu i z większości na Brooklynie. Żadna się nie skarżyła.
- Nie no, prawdziwa klasa - powiedział oschłym głosem Landon. - Co dalej? Wyciągnięcie kutasy i zaczniecie mierzyć, kto ma większego? Może wrócimy do tematu? Blake, Justin ma rację. Łatwiej ukręcić coś z czegoś niż wyczarować coś z niczego. - Zmarszczył czoło. - Rozumiesz?
Rozumiał i na swój własny, pokrętny sposób miało to sens.
Kumple Blake'a raczej nie sprawdziliby się w roli doradców życiowych, ale mieli całkiem niezłe argumenty. Poza tym posłuchał ich w kwestii zgrywania niedostępnego, mimo że wydawało mu się to dziecinne, i wyszło mu to na dobre. Powiedzmy. W każdym razie dzięki temu Farra przyznała, że wciąż go pragnie.
W głowie kłębiło mu się od niewyraźnych wspomnień. Pamiętał pożądanie, pasję i jęki Farry, gdy była w jego ramionach. Cholera, nawet podczas ich zbliżenia w Syracuse oboje stali w ogniu, a dotarli jedynie do drugiej bazy.
Tyle lat tajemnic i niezrozumienia, a mimo to była między nimi tak potężna chemia, że mogłaby wysadzić reaktor jądrowy.
Przekuć jedną noc w coś więcej.
Blake był w stanie to zrobić.
A przynajmniej miał taką nadzieję.
Rozdział 19
Obcasy Farry wystukiwały jednostajny rytm o marmurową posadzkę, gdy kierowała się do windy w budynku, w którym mieszkał Blake.
Robotnicy zdążyli już położyć płytki i podłogi w zeszłym tygodniu, więc zatrudniła firmę przewozową, która miała zabrać meble z magazynu i wnieść je do mieszkania. Wkrótce miał się rozpocząć ulubiony etap prac Farry: ustawianie mebli, dekorowanie i urzeczywistnianie jej wizji.
Rozległ się krótki dzwonek i drzwi windy otworzyły się na dwudziestym siódmym piętrze. Wcześniej tego dnia nadzorowała składanie i ustawianie większych mebli: kanapy, łóżka, stołu i tym podobnych. Później zrobiła sobie przerwę na szybki obiad, ale wróciła, żeby się upewnić, że wszystko, co było na dzisiaj zaplanowane, zostało ukończone, żeby nazajutrz mogła bez problemu rzucić się w wir pracy.
Farra wyłowiła z torby zapasowy klucz, który Blake dał jej na czas trwania prac, i otworzyła drzwi wejściowe. Mieszkanie pachniało nowymi meblami i cytrusowym środkiem do pielęgnacji drewna.
Blake tymczasowo przeniósł się do pobliskiego hotelu, więc Farra w ogóle się z nim nie widziała.
Odrzuciła na bok delikatne rozczarowanie, które poczuła, i skupiła się na pracy.
Była taka zaaferowana sprawdzaniem stanu mebli, że nie usłyszała, jak drzwi do sypialni Blake'a się otworzyły.
- Wygląda świetnie.
Farra krzyknęła, obróciła się i chwyciła najbliższy przedmiot, który mógłby posłużyć jej za broń. Jej ręka natrafiła na białą ceramiczną wazę z granatowymi wzorami przywodzącymi na myśl rafę koralową. Zalała ją fala paniki, a jej serce uderzało z całej siły o mostek.
Mieszkała w Nowym Jorku od trzech lat i jak dotąd nikt nigdy jej nie okradł, nawet jej nie zaczepiał. Najgorsze, co ją spotkało, to dostanie od kogoś z łokcia pod żebra, gdy ludzie przepychali się przez tłum w metrze w godzinach szczytu. W każdym razie nie zamierzała poddać się bez walki.
- Spokojnie, nie strzelaj - zażartował ktoś, kogo wzięła za napastnika, a gdy strach, który przesłaniał jej oczy, ustąpił, Farra skupiła wzrok na znajomej czuprynie blond włosów i ostrych jak brzytwa kościach policzkowych.
Opuściła wazę, poczekała, aż jej tętno wróci do normy, po czym wysyczała:
- Jezu, ale mnie wystraszyłeś. Co ty tutaj robisz?
Farra dostrzegła cień dołeczków Blake'a, zanim zniknęły.
- To moje mieszkanie.
- Myślałam, że zatrzymujesz się w hotelu.
- To dobrze myślałaś, ale zaczyna mi brakować ubrań. - Blake wskazał na czarną torbę podróżną u swoich stóp. - Okazuje się, że nie jestem mistrzem w pakowaniu.
- Blake Ryan przyznaje, że nie jest w czymś świetny? Pierwsze słyszę.
- Spokojnie, to tylko drobna wada skryta pośród niesamowitego wachlarza zalet.
Mimowolnie się uśmiechnęła.
Ale już chwilę później sobie przypomniała, jak skończyło się ich ostatnie spotkanie, i jej uśmiech zniknął.
Blake przyglądał jej się ostrożnym wzrokiem.
- Mieszkanie naprawdę wygląda dobrze. Szkoda, że sesja dla "Mode de Vie" nie wypaliła, bo chciałbym, żeby świat zobaczył, jaka jesteś zdolna.
Farra przełknęła gulę w gardle. Blake zadzwonił do niej i przekazał jej złe wieści kilka dni temu. To była ich pierwsza rozmowa od pobytu w Syracuse i nie należała do najdłuższych. To jasne, że przejmowała się tym, jak jej projekt zostanie odebrany przez czytelników tak wielkiego i znaczącego czasopisma jak "Mode de Vie", i teraz było jej przykro, że nie będzie miała szansy się o tym przekonać. Tym bardziej że nadal żadna firma nie zaprosiła jej na rozmowę o pracę.
Wysłała setki zgłoszeń, a nie otrzymała ani jednej odpowiedzi. Nawet od małych firm. W pewnym momencie postanowiła się nawet upewnić, czy jej mail na pewno dobrze działa. To wszystko nie miało sensu. W Nowym Jorku było mnóstwo konkurencji, ale CV Farry było doskonałe. Powinna była dostać przynajmniej jeden telefon.
Przychód z projektu Blake'a miał jej zapewnić spokój na jakiś czas, ale jeśli nie znajdzie niebawem stałego zatrudnienia, to za kilka miesięcy będzie zmuszona pożegnać się z Nowym Jorkiem i zaprzyjaźnić się ze smogiem w Los Angeles.
- Dzięki. - Farra schowała wzbierającą w niej panikę do szufladki z napisem "na później". - A jeszcze nie jest gotowe. Będzie za jakiś tydzień. Przyszłam się tylko upewnić, że wszystko poszło dzisiaj zgodnie z planem, zanim wrócę do domu.
- Nie musisz się spieszyć, skoro sesja została odwołana.
- Nie spieszę się. Po prostu jesteśmy blisko końca.
Zapadła cisza. Farra potarła kciukiem wisiorek, szukając otuchy w jego znajomej, chłodnej fakturze. Słowa Sammy'ego odbijały się echem w jej umyśle.
Następnym razem, gdy się z nim zobaczysz, zapytaj go o wieczór, w który zgubiłaś naszyjnik.
Mogłaby to zrobić. Zżerała ją ciekawość, a nie miała przecież nic do stracenia. I tak między nią a Blakiem panowała niezręczna atmosfera. Z drugiej strony obawiała się jego odpowiedzi. Jaka by nie była, czuła, że postawi jej świat na głowie. Farra doświadczyła już wystarczająco wielu zmian przez tych ostatnich kilka miesięcy.
Jak to się mówi? Nie pytaj, jeśli nie chcesz znać odpowiedzi.
- Powinniśmy porozmawiać o tym, co wydarzyło się w Syracuse. - Blake podszedł bliżej.
Wiej - ostrzegł Farrę jej rozsądek, ale z jakiegoś powodu nie mogła oderwać nóg od ziemi.
Zresztą ucieczka nic by jej nie dała. Blake był niczym czarna dziura, potężna siła natury, która wciągnęłaby ją niezależnie od tego, czy byłaby parę metrów od niego, czy na drugim końcu świata.
- Nie mamy o czym rozmawiać.
Farra skupiła wzrok na szczęce Blake'a zamiast na jego intensywnie niebieskich oczach. Była uwydatniona i kwadratowa, pokryta delikatnym zarostem, dzięki któremu jeszcze bardziej przypominał modela spod szyldu Calvina Kleina.
Mężczyźni, którzy złamali kobiecie serce, nie powinni wyglądać tak dobrze. To powinno być zakazane.
Gdyby na świecie istniała jakakolwiek sprawiedliwość, za każde złamane serce chłopak dostawałby jedną znaczącą fizyczną wadę. Na przykład wielką ropiejącą brodawkę na czole lub coś podobnego. Byłaby to zarówno kara dla winnego, jak i ostrzeżenie dla innych.
Niestety tak nie było. W przeciwnym razie Farra nie znalazłaby się w obecnej sytuacji.
- Nie zgadzam się z tym - powiedział jak gdyby nigdy nic.
- Trudno.
Kąciki ust Blake'a powędrowały do góry, a motyle w brzuchu Farry zerwały się do lotu.
Motyle - pomyślała Farra - to Judasze królestwa zwierząt.
- Mam dla ciebie propozycję. Cóż... - Zamilkł na chwilę. - Raczej odpowiedź na twoją propozycję.
- Nie składałam ci żadnej propozycji.
- Całowałaś mnie jak szalona i błagałaś o więcej. Odebrałem to jako propozycję.
Policzki Farry zalały się rumieńcem.
- Koniec rozmowy - oświadczyła, próbując zachować godność, mimo że na same słowa Blake'a w jej głowie pojawiły się brudne myśli i robiła się mokra.
Obróciła się w stronę wyjścia, ale zdążyła zrobić tylko dwa kroki, zanim Blake stanął bezpośrednio za nią. Poczuła jego woń, a chwilę później oddech na swoim uchu.
- Czy twoja oferta nadal jest aktualna? - zapytał powoli i zmysłowo. Jego głos był jak aksamit.
Farra dostała gęsiej skórki i ścisnęła uda, czując nagłe podniecenie.
Blake nawet jej nie dotknął, ale czuła go na sobie. Jego palce na skórze, jego smak na ustach i jego mięśnie pod dłońmi, gdy w nią wchodził. Jej fantazja była tak realistyczna, że granice między snem a jawą się rozmyły.
Walczyła ze sobą i udało jej się powstrzymać od jęku.
- Tak.
Oboje wiedzieli, o co jej chodziło. Nie było sensu udawać, że nie.
Farra ledwo zdążyła to powiedzieć, gdy Blake obrócił ją w swoją stronę i zamknął ich usta w pocałunku. Zareagowała instynktownie. Objęła go za szyję i przycisnęła się do jego ciała. Jej delikatne krągłości natarły na twarde, ostre krawędzie ciała Blake'a. Pasowali do siebie jak dwie połowy układanki. Jakby byli dla siebie stworzeni. A mimo to Farra nadal się zastanawiała, czy podjęła dobrą decyzję.
Ostatecznie miała to gdzieś, bo nie mogła dłużej znieść tego napięcia. Czuła, jak wzbierała w niej frustracja, i musiała dać jej w końcu ujście, zanim eksploduje. Splotły ich ze sobą nici pożądania. Myślała o Blake'u nawet wtedy, gdy nie miała go obok, bo jego dotyk był jak niewypowiedziana obietnica. Jej ciało reagowało na byłego chłopaka inaczej niż na wszystkich innych mężczyzn i nie zamierzała dłużej odmawiać sobie przyjemności, którą mógł jej zapewnić.
To tylko seks.
Blake chwycił ją pod uda i oplótł sobie jej nogi wokół pasa. Zabrał ją do sypialni, nawet na chwilę nie odrywając ust od jej pełnych warg. Farra byłaby nawet pod wrażeniem jego wielozadaniowości, ale nie mogła skupić się na niczym innym niż na swojej pulsującej kobiecości i twardych sutkach napierających na stanik.
Rany, minęło zdecydowanie za dużo czasu od mojego ostatniego razu.
Farra praktycznie nie pamiętała już czasów, kiedy nie mogła dojść w obecności mężczyzny, nawet Blake'a, bo teraz była dosłownie o k r o k od euforii, a jeszcze nawet nie ściągnęli z siebie ubrań.
- Czekaj - wydyszała, gdy Blake położył ją na łóżku. - Nie ma prześcieradła.
Wykonawcy składali łóżko dopiero dzisiaj rano, a Farra nie zdążyła go jeszcze ogarnąć.
- Walić prześcieradło. - Blake skubnął jej szyję, po czym przejechał językiem po jej rozgrzanej skórze, na co tym razem jęknęła. - Zajmiemy się tym później.
Farrę kusiło, żeby go usłuchać, ale...
- Ten materac kosztował dziesięć tysięcy dolarów.
- Dziesięć koła? - Doznał prawdziwego szoku. - To kosmiczna kwota za materac.
- Dałeś mi zielone światło. - Dostarczyła mu dokładną listę proponowanego wyposażenia r a z e m z cennikiem, zanim cokolwiek zamówiła.
- Nie zrozum mnie źle. - Blake przesunął palcem po krawędzi jej majtek, które były już całe mokre. - Ale nie chcę teraz rozmawiać o meblach.
Farra wtuliła twarz w jego klatkę i się zaśmiała.
- Łazienka - zarządziła.
Może i była tak napalona, że brakowało jej tchu, ale nie postradała jeszcze zmysłów. Nie pozwoliłaby im zrujnować nowiusieńkiego materaca od Hästens.
Dwa razy nie musiała prosić.
Blake ponownie ją podniósł i przenieśli się do łazienki. Jego palce ciągnęły niecierpliwie za zamek od sukienki. Poczekał, aż jej czarna jedwabna suknia spadła na podłogę, po czym usadził Farrę na blacie szafki i ściągnął swoją koszulę i dżinsy.
Jego była dziewczyna wzięła głęboki, ostry wdech. Boże, był piękny. Widziała go nago tak wiele razy, a i tak każdorazowo zachwycała się na nowo. Uwielbiała jego szerokie barki, płaski brzuch, wąską talię, smukłe biodra, długie, silne nogi i wyraźne mięśnie pod złocistą skórą. Nie wspominając już o pokaźnym wybrzuszeniu w jego czarnych bokserkach od Calvina Kleina. Nawet Michał Anioł nie wyrzeźbiłby tak idealnego dzieła sztuki.
Gdy Farra upajała się widokiem Blake'a, na jego twarzy pojawił się leniwy uśmiech.
- Podoba ci się to, co widzisz? - zapytał.
Emanował pewnością siebie, czystym erotyzmem i prawdziwą męskością. To była wybuchowa mieszanka, której Farra nie była się w stanie oprzeć.
- Bardzo. - Przejechała dłonią po klatce piersiowej Blake'a, ciesząc się ciepłem jego skóry. Pod koniuszkami palców wyczuwała nierówne bicie serca. - Ale jeszcze bardziej spodobałbyś mi się bez tych bokserek.
Kiedyś bałaby się powiedzieć coś takiego na głos, ale teraz już nie była tamtą dziewczyną. Była kobietą, która wiedziała, czego chce, a teraz chciała całego Blake'a.
Delikatnie się zaśmiał.
- Niedługo, bo najpierw chcę skosztować ciebie.
Rozpiął jej stanik i odrzucił go na bok, w ogóle na niego nie zerkając. Położył dłoń na jej piersi i potarł kciukiem sutek. Poczuła nagłe uderzenie gorąca. Spuścił głowę i chwycił ustami jej drugi sutek. Ssał, lizał i pieścił jej piersi i wrażliwą, rozgrzaną skórę.
Farra wygięła ciało w łuk, ponownie owinęła nogi wokół pasa Blake'a i przyciągnęła go bliżej, tak żeby jego długość naciskała na jej najczulszy punkt. Zaparła się o blat i zapamiętale natarła na Blake'a. Desperacko łaknęła jedynej rzeczy, której nie mógł podarować jej nikt inny, podczas gdy on dalej ucztował na jej piersiach. Jej ciało było jak tykająca bomba, a tysiące zakończeń nerwowych było gotowych na eksplozję.
Blake wyznaczył ścieżkę pocałunków w dół jej brzucha, po czym zahaczył palcami o gumkę majtek. Nogi Farry drżały z napięcia, ale musiała mu coś wyjaśnić, zanim całkiem postrada zmysły.
- Blake - wyszeptała, na co podniósł głowę i spojrzał na nią pełnymi żądzy oczami. - To tylko seks. - Chciała postawić sprawę jasno.
To była ich jedna noc. Da mu tyle i nic więcej.
W jego szafirowych oczach zatańczyła jakaś druga emocja, ale gdy Farra zamrugała, już jej nie było.
- Wiem.
Blake ściągnął jej majtki i obniżył z powrotem głowę. Farra odchodziła od zmysłów z przyjemności.
Rozdział 20
Blake nie potrafił ukryć zadowolenia z siebie. Wyszczerzył zęby w uśmiechu, gdy Farra naparła biodrami na jego twarz, a jej jęki stały się tak głośne, że nowe okna w łazience aż zadrżały.
Wsunął język między jej wargi i rozkoszował się jej słodyczą. Była niczym afrodyzjak stworzony tylko dla niego i nigdy nie miał jej dość. Zatoczył językiem kółko, chwycił ją delikatnie zębami, po czym przesunął końcówką języka w górę. Farra reagowała na wszystkie jego pieszczoty kolejnymi pojękiwaniami, od których cały stawał w płomieniach pożądania.
Jedną ręką chwyciła mocniej blat, a drugą pociągnęła Blake'a za włosy, tak mocno, że aż go to zabolało. Ból jednak tylko sprawiał, że łaknął jej jeszcze bardziej. Dyszała ciężko, a jej okrzyki przyjemności stawały się coraz dłuższe i coraz bardziej intensywne. Mięśnie w jej udach zesztywniały i Blake wiedział, że Farra lada moment eksploduje rozkoszą. Zastanawiał się, czy nie kazać jej czekać dłużej na orgazm. Mógłby odsunąć usta, po chwili ponownie doprowadzić ją na skraj wytrzymałości i znowu się zatrzymać, żeby błagała go, by pozwolił jej dojść. Ale Blake był tak twardy, że nie przeżyłby tej zabawy. Musiał jak najszybciej w nią wejść.
Kolejny raz wziął jej łechtaczkę do ust i zaczął ją mocno ssać, od czasu do czasu przejeżdżając po niej językiem. Nie przestawając, wsunął palce głęboko do wilgotnego wnętrza Farry, aż odnalazł jej czuły punkt. Z jej ust wydobył się dziki, pełen uniesienia okrzyk, który poniósł się echem po łazience. Dla uszu Blake'a brzmiało to jak cudowna, erotyczna symfonia. Farra napierała biodrami raz po raz na jego twarz, a jej ciałem wstrząsał orgazm. Drżała tak mocno, że musiał chwycić ją w pasie obiema dłońmi, żeby nie ześlizgnęła się z blatu. Nadal ucztował na niej swoimi wygłodniałymi ustami i spijał jej soki do ostatniej kropli. Zdziwił się, bo Farra chwilę później doszła drugi raz, i to jeszcze mocniej.
Poczekał, aż ochłonie, a gdy opadła i oparła się głową o ścianę, wstał z ziemi i spojrzał jej prosto w oczy. Cholera, była zjawiskowa. Włosy spływały jej na ramiona niczym potargany jedwab w kolorze północnego nieba. Jej zlane rumieńcem policzki i czerwone usta sprawiały, że Blake pulsował z pożądania. Spoglądała na niego błogim wzrokiem spod niemal całkiem opuszczonych powiek i gęstych, ciemnych rzęs.
- Czas, żebym ci się odwdzięczyła.
Wypowiedziana gardłowym głosem obietnica Farry podsyciła szalejące w nim płomienie. Nie opierał się, gdy Farra zeskoczyła z blatu i zwinnym ruchem ściągnęła mu bokserki, ale kiedy uklękła, złapał ją za ramię i podniósł z podłogi.
Farra zmarszczyła brwi.
- Nie dzisiaj - powiedział. - Muszę cię posiąść. Teraz.
Co prawda nic nie powiedziała, ale wyczytał to z jej twarzy: jeśli nie dzisiaj, to nigdy.
Poczuł, jak niespodziewanie wzbiera w nim gniew. Żołądek zacisnął mu się w bolesny supeł. Czuł desperację. Chciał złapać Farrę za ramiona i nią potrząsnąć. Sprawić, by ujrzała to, co miała przed sobą. Ale nie mógł tego zrobić, więc zamiast tego skrócił dzielący ich dystans. Farra była teraz przygwożdżona plecami do szafki, a jego twarda długość naciskała na jej delikatną kobiecość.
- Jak chcesz, żebym cię wziął? - warknął. - Powoli i delikatnie czy szybko i ostro?
W oczach Farry zatańczyły iskierki ekscytacji. Jej klatka piersiowa unosiła się i opadała w rytmicznych odstępach.
- Szybko i ostro - wyszeptała.
Na ustach Blake'a zagościł zwierzęcy uśmiech.
- Liczyłem, że to powiesz.
Gdy ją obrócił i oparł jej ciało o zlew, jęknęła. Wyłowił z kieszeni dżinsów portfel i wyciągnął z niego prezerwatywę. Zawsze miał przy sobie chociaż jedną, tak na wszelki wypadek. Założył ją i przeniósł spojrzenie z powrotem na kuszącą, lśniącą z wilgoci kobiecość Farry.
- Rozszerz nogi - rozkazał Blake.
Usłuchała go bez zawahania. Blake chwycił ją za biodra, pochylił się i wyszeptał jej do ucha:
- Jesteś pewna, że tego chcesz?
- Tak - odpowiedziała zdyszanym głosem.
Jęknęła głośno, gdy Blake wszedł w nią z impetem i zanurzył się w niej aż po nasadę.
- Rany boskie - wysyczał. - Ale jesteś ciasna.
Zaciskała się wokół niego niczym pięść, była gorętsza niż piekielne płomienie i tak cholernie mokra, że prawie doszedł od jednego pchnięcia, jak jakiś nastolatek.
Blake zacisnął szczęki, próbując odzyskać kontrolę, zanim znów będzie się ruszać.
Farra jęknęła zniecierpliwiona i zaczęła się wiercić.
- Komuś tu się spieszy - zaczął się z nią droczyć.
Przesunął dłonią w górę jej uda, żeby potrzeć jej nabrzmiałą łechtaczkę. Gdy tylko to zrobił, cała zadrżała, co przyniosło mu ogromną satysfakcję.
- Pieprz mnie. - Tym razem to Farra zażądała, a Blake posłusznie wykonał jej polecenie.
Nawet gdyby chciał, to nie mógł już dłużej czekać. Wysunął się z niej na tyle, by tylko końcówka jego kutasa nadal była w wilgotnym wnętrzu Farry, po czym zanurzył się z powrotem jednym, bezwzględnym pchnięciem, od którego poleciała do przodu.
Blake rżnął ją bez opamiętania, a jej jęki i gardłowe okrzyki tylko jeszcze bardziej go napędzały.
Nie kochali się. Zresztą Farra tego nie chciała i, szczerze mówiąc, on też nie. Chciał wejść w nią tak głęboko, by nigdy go nie zapomniała. Przelecieć ją tak mocno, by zapamiętała każdą sekundę. Doprowadzić ją do takiego obłędu, by zdała sobie sprawę, że jedna noc to za mało. Blake ustawił się pod takim kątem, że jego kutas ocierał się o jej najczulszy punkt z każdym pchnięciem. Patrzył na nich w lustrze. Farra miała zamknięte oczy i rozchylone od podniecenia wargi. Na jego twarzy malowała się determinacja. Wchodził w nią całą swoją długością, raz za razem, aż oboje zrozumieli, że Farra jest jego. Przynajmniej na tę jedną noc.
Chwycił ją za włosy i pociągnął jej głowę do tyłu w tym samym momencie, w którym wszedł w nią z dziką siłą. Farra otworzyła raptownie oczy. Z jej gardła wydobył się zduszony okrzyk. To było jego imię. Jej ciałem wstrząsnął już trzeci orgazm tego wieczoru, a Blake czuł się tak, jakby znalazł się w epicentrum trzęsienia ziemi. Drżała i cała się wiła, ale Blake bezlitośnie zmusił ją do pozostania w bezruchu i wytrzymania fali doznań do samego końca.
Gdy jej ciało się uspokoiło, wszedł w nią ze zdwojoną siłą. I znowu. I znowu. I kolejny raz. Nie miał pojęcia, ile czasu spędzili w łazience, ale opamiętał się dopiero wtedy, gdy Farra szczytowała po raz szósty czy siódmy i błagała go o wytchnienie.
Blake obrócił ją, by spojrzeć jej w twarz. Zbliżył usta do jej warg. Wciąż był spragniony i zdesperowany. Odwzajemniła jego pocałunek z żarliwością. Wbiła mu paznokcie w plecy i odszukała swoim językiem jego. Znów jęknęła. Blake przyjął jej białą flagę.
Podkręcił tempo, aż słodki smak ust Farry i jej wilgotne ciepło doprowadziły go na skraj wytrzymałości. Powstrzymywał się od orgazmu całą noc, ale wreszcie doszedł, i to tak mocno, że przed oczami zatańczyły mu mroczki. Farra mówiła, że nie ma już siły, a mimo to zaskoczyła go kolejną eksplozją. Jej zduszone okrzyki zlały się z jego dźwiękami przyjemności. Gdy opadli wreszcie w swoje ramiona, ich umysły dryfowały gdzieś daleko.
Blake zamknął oczy, ciesząc się jej gorącem i próbując wyryć tę chwilę w swoim umyśle. Wyszedł z niej, ściągnął prezerwatywę i wyrzucił ją do kosza.
Przesunął ostrożnym wzrokiem po twarzy Farry, próbując ocenić jej uczucia po tym, jak emocje już trochę opadły. Wyglądała na zadowoloną i nasyconą, ale niczego innego z niej nie wyczytał.
- Jak się czujesz? - Odgarnął spocony kosmyk włosów z jej twarzy.
Poczuł ból w klatce piersiowej. Kiedyś potrafili nie przesypiać całej nocy. Rozmawiali o swoich marzeniach, obawach i nadziejach na przyszłość. Ile by dał za to, by znowu spędzić z nią taką noc.
- Genialnie. - Farra szeroko się uśmiechnęła, a jej oczy zabłyszczały. - Było cudownie. Właśnie tego potrzebowałam.
Dłoń Blake'a zamarła. Przyjemne mrowienie po orgazmie ustąpiło, a w jego miejsce pojawił się strach. Blake skamieniał, a w jego sercu pojawiła się ziejąca dziura.
Właśnie tego potrzebujemy.
Jedna noc, żeby pozbyć się siebie nawzajem z krwiobiegu.
To tylko seks.
Wiedział to. Cholera, przecież sam się na to zgodził niespełna godzinę temu. A mimo to łudził się, że...
Blake zacisnął szczęki.
- Cieszę się. - Zabrał dłoń z twarzy Farry, a gdy zakładał z powrotem bokserki i dżinsy, unikał jej wzroku. - Czyli się udało.
Chwila ciszy.
- To znaczy?
Blake zmusił się do spojrzenia na nią, mimo że widok jej twarzy był niczym kolejne pchnięcie nożem w pierś i okręcenie ostrza.
- W końcu pozbyłaś się mnie ze swojego krwiobiegu.
Farra wzięła ostry wdech. Patrzyła na niego swoimi błyszczącymi oczami z rezerwą, ale w tym spojrzeniu było coś jeszcze, czego nie potrafił rozszyfrować.
- Blake...
- Cieszę się, że mogłem ci pomóc. - Uśmiechnął się tak mocno, że aż zabolały go policzki. - Umawialiśmy się na jedną noc, nie?
Jakaś jego część - głupia, naiwna - liczyła, że zaprzeczy i powie mu, że chce więcej, niż była skłonna mu wcześniej zaoferować.
Ale nadzieja Blake'a była niczym balonik, który zaraz miał zostać przebity.
- Tak - wyszeptała.
Powietrze uciekło z balona powoli, ale równomiernie, aż stał się jedynie swoim marnym cieniem.
Farra zebrała porozrzucane ciuchy z podłogi i ubrała się. Zatrzymała się w progu i obejrzała się za siebie. Jej mina wyrażała niezdecydowanie. Mimo to chwilę później wyszła, zabierając ze sobą pokruszone odłamki serca Blake'a.
Stał jak wryty. Nie ruszył się, dopóki nie usłyszał, jak drzwi wejściowe od mieszkania się zamykają. Rozluźnił barki, spuścił głowę i oparł się na przedramionach o blat. Nie mógł ustać na nogach.
Wciąż czuł jej zapach i smak. Słyszał ją. A gdy spojrzał na swoje odbicie w lustrze, wydawało mu się, że się postarzał. Może to złamane serce wyostrzyło linie jego twarzy.
Chciał przekuć jedną noc w coś więcej.
Zaryzykował.
I przegrał.
Rozdział 21
Tydzień później
- Nie mogłam wymarzyć sobie lepszego wieczoru. - Farra ugryzła kostkę czekolady i westchnęła z przyjemności. Wszystko wydawało się piękniejsze, gdy jadło się czekoladę. - Nie wiecie, jak się cieszę, że was widzę.
- To pomyśl, jak j a się cieszę. - Courtney Taylor ścisnęła ją za ramię, a w jej niebieskich oczach pojawił się zachwyt. - Spokane jest spoko, ale potwornie mi się tam nudzi.
- To dlaczego nie wrócisz do Seattle?
Farra nie rozumiała, jak ktoś tak przebojowy i otwarty jak Courtney mógł mieszkać gdzieś indziej niż w wielkim mieście. A jednak jej przyjaciółka podjęła decyzję o przeprowadzce do Spokane w stanie Waszyngton, żeby podjąć pracę na stanowisku dyrektorki sprzedaży w małej manufakturze.
Courtney wzruszyła ramionami, odgarnęła brązowe włosy na bok, a na jej twarzy pojawił się cień skrępowania.
- Mam dosyć Seattle.
Nim zdążyła rozwinąć tę myśl, zjawiła się Olivia w towarzystwie Kris Carrery. Pierwsza miała w dłoni lampkę merlota, a druga cabernet sauvignona.
- Wróciłyśmy! Co nas ominęło?
- W sumie nic. Nadrabiałyśmy zaległości. - Farra wyszczerzyła zęby na widok okularów od Prady na nosie Kris. Nie znała nikogo oprócz swojej brązowowłosej, bogatej przyjaciółki, kto nosiłby okulary przeciwsłoneczne nocą, i to w pomieszczeniu.
Podejrzewała, że Kris miała dobry powód, by ukrywać twarz, biorąc pod uwagę, że zaręczyła się z Nate'em Reynoldsem, jedną z największych gwiazd Hollywood. Paparazzi nie odstępowali ich nawet na krok. Nate przyleciał do Nowego Jorku na plan nowego filmu, a Kris zdecydowała zabrać się z nim i zrobić Farze i Olivii niespodziankę. Namówiła Courtney, żeby też przyjechała i żeby urządziły sobie mały zlot osób z FEA.
Czwórka dziewczyn poznała się jak łyse konie podczas wymiany w Szanghaju. Teraz nie były ze sobą już tak blisko, jako że Farra i Olivia mieszkały w Nowym Jorku, a Courtney i Kris na zachodnim wybrzeżu, ale zawsze, gdy się spotykały, miały wrażenie, że nie minął nawet dzień od ich wspólnego pobytu w Chinach.
Kris ściągnęła okulary i rozejrzała się po przytulnym barze.
- To miejsce jest w porządku.
Nikt ich nie zaczepiał. Chociaż kilka osób co jakiś czas spoglądało ukradkiem w stronę Kris. To właśnie było piękne w Nowym Jorku. Miejscowi dawali gwiazdom spokój. I właśnie dlatego winiarnio-kawiarnia Elysian, znajdująca się w samym sercu West Village, była idealnym wyborem na to spotkanie.
- Mają niezłe wino i spoko klimat - dodała.
Taka pochwała z ust Kris była niczym gwiazdka Michelin.
- No ba. - Olivia przerzuciła włosy przez ramię. To ona wybrała tę knajpkę. - Czy kiedykolwiek zawiodłyście się na moich polecajkach?
- Nigdy. - Courtney uśmiechnęła się szeroko i z powrotem się rozluźniła. - A co będzie kolejnym punktem wieczoru? Jakiś klub? Pub? Impreza? A może jakaś domóweczka?
Farra się wzdrygnęła. Uwielbiała imprezować z Courtney w Szanghaju i nadal chętnie wyskakiwała od czasu do czasu na miasto, ale była w takim punkcie swojego życia, że wolałaby zawinąć się w kocyk, odpalić Netfliksa i pałaszować lody, zamiast przeciskać się przez tłum spoconych ciał w jakimś pretensjonalnym klubie.
- Sorki, kochana. - Na twarzy Kris pojawił się przebiegły uśmiech. - Nate niedługo kończy zdjęcia na dzisiaj i mam zamiar wynagrodzić mu trudny dzień pracy.
Nie trzeba być filozofem, żeby się domyślić, w jaki sposób zamierzała "wynagrodzić" mu ten wysiłek.
- A ja muszę wstać wcześnie do pracy. - Olivia ziewnęła.
- Przecież jutro jest sobota - oburzyła się Courtney.
- Świat finansów nigdy się nie zatrzymuje.
Courtney zrobiła kwaśną minę.
- A ty, Farro?
- Eee. - Farra bardzo lubiła Courtney, ale miała dzisiaj mniej więcej taką samą ochotę na dziką imprezę, jak na kanałowe bez znieczulenia. Nie mogła wymyślić żadnej dobrej wymówki, więc po prostu wyznała jej prawdę: - Nie mam dzisiaj na to ochoty. Sorki.
- Słabo. - Courtney zgarbiła się, ale po chwili na nowo się wyprostowała. - Chwila, Sammy też jest w mieście, co nie? On na pewno się ze mną zabierze.
Olivia prychnęła, co nie uszło uwadze pozostałych dziewczyn.
- Tylko mi nie mów, że nadal ze sobą nie rozmawiacie - powiedziała Kris. - Jak możesz się na niego gniewać. To Sammy!
- I?
- I to najmilszy gość pod słońcem.
- Nie umawiałaś się z nim - burknęła Olivia. - Nie wiesz, co mi powiedział.
Farra, Courtney i Kris wymieniły zdziwione spojrzenia.
"A ty wiesz?" - powiedziała bezgłośnie Courtney w stronę Farry, która była w Nowym Jorku w lato, gdy Olivia i Sammy ze sobą zerwali. To były pierwsze wakacje po powrocie z Szanghaju.
Farra potrząsnęła przecząco głową. Była wtedy zaaferowana stażem i zerwaniem z Blakiem, ale z tego, co pamiętała, wszystko układało się Olivii i Sammy'emu aż do samej końcówki sierpnia. Wielokrotnie pytała przyjaciółkę, co się stało, ale jej dociekliwość spotykała się tylko z gniewnymi spojrzeniami i zbywającymi odpowiedziami.
Po jakimś czasie zwyczajnie przestała drążyć.
- Sammy nie jest taki idealny, jak wam się wydaje. Nie chciał nawet powiedzieć Farze prawdy o Blake'u. - Olivia zaczęła pić wino w tempie, w którym nie powinno się tego robić.
Farra tak się przeraziła na widok upijającej się Olivii, że nie zauważyła, że Courtney i Kris skupiły na niej swoje przeszywające spojrzenia. Dopiero po chwili wyczuła je na swojej skórze.
- Jakiej prawdy o Blake'u? - Oczy Courtney zrobiły się wielkie jak spodki na myśl o soczystych ploteczkach.
Farra opowiedziała Kris i Courtney o projekcie zleconym jej przez Blake'a, ale przemilczała tajemniczą radę Sammy'ego, którą dał jej podczas brunchu.
- Nie wiem. - Farra dotknęła wisiorka spoczywającego na jej szyi. - Tak jak mówiła Liv, Sammy nic mi nie zdradził.
- Ale poinstruował cię, żebyś przy najbliższym spotkaniu zapytała go o swój naszyjnik - sprostowała Olivia. - Co było strasznie pomocne.
Kris uniosła swoją smukłą, idealnie wymuskaną brew.
- I zrobiłaś to? Zapytałaś go o to?
Nie do końca.
Farra dziękowała w duchu za przygaszone światło i azjatycki rumieniec3 - już dawno zrobiła się czerwona na buzi od chardonnay - bo nie była w stanie powstrzymać fali gorąca, która zalała ją od stóp do głów. Za każdym razem, gdy wracała myślami do zeszłego tygodnia i łazienki Blake'a, zaciskała mimowolnie uda i robiła się mokra.
Nigdy wcześniej nie widziała go w takim stanie. Jasne, uprawiali ostry seks w Szanghaju, ale ostatnim razem jej były chłopak zamienił się w zwierzę. Bestię. Był bezlitosny.
A jej podobała się każda sekunda w jego objęciach.
Nie była pewna, czy chodziło o Blake'a, czy o frustrację spowodowaną rokiem bez seksu (zapewne jedno i drugie odegrało tu znaczącą rolę), ale doświadczyła pięciu najwspanialszych orgazmów swojego życia, i to jednej nocy.
Czyli się udało. W końcu pozbyłaś się mnie ze swojego krwiobiegu.
- Farra? - ponagliła ją Kris.
Czy rzeczywiście pozbyła się go z krwiobiegu? Nie była tego taka pewna.
Wcześniej wydawało jej się, że jedna, ostatnia noc z byłym załatwi sprawę, ale jej ciało pragnęło go teraz bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Wyczekiwało jego powrotu. Chciało, by znowu je wypełnił. A kiedy Blake'a nie było w pobliżu, odgrywało się na Farze. Torturowało ją niemożliwą do zaspokojenia żądzą, aż chciało jej się płakać z frustracji.
Jej plan na pozbycie się go z krwiobiegu odbił jej się czkawką.
I nie chodziło tylko o hormony. Farra nie mogła przestać myśleć o wyrazie twarzy Blake'a, gdy wychodziła z jego mieszkania. Próbował to ukryć, ale nie był w stanie: złamała mu serce. Mimo że on pierwszy potraktował ją źle, to gdy zobaczyła ból w jego oczach, zaczęło przewracać jej się w żołądku.
- Farra!
Głos Kris oderwał ją od wewnętrznych rozterek i zaskoczona aż podskoczyła. Na domiar złego strąciła łokciem na wpół pełną lampkę, stojącą najbliżej niej. Patrzyła z przerażeniem, jak pędzi ku podłodze. Już miała rozbić się na miliony kawałeczków, gdy Courtney wyciągnęła rękę w jej stronę i złapała ją jednym, zwinnym ruchem.
- Mam ją. - Odłożyła szkło z powrotem na stół. - Tylko trochę się rozlało.
- Przepraszam. - Farra jeszcze mocniej spąsowiała. Chwyciła serwetkę, ale dziewczyna z obsługi ubiegła ją w sprzątaniu.
- Zajmę się tym - zapewniła stolik.
- Przepraszam - powtórzyła Farra.
- Lepiej odpowiedz w końcu na moje pytanie. - Kącik ust Kris drgał, jakby powstrzymywała się od śmiechu.
- A o co pytałaś?
- Czy zapytałaś Blake'a o naszyjnik.
- Eee, nie.
Nie zapytała go ostatnim razem, bo nie wiedziała, czy chce znać odpowiedź, ale teraz, gdy siedziała w gronie znajomych z Szanghaju, ciekawość zżerała ją od środka.
Czy tak źle byłoby poznać prawdę? Może to nie było nic wielkiego i niepotrzebnie nastawiła się na coś strasznego?
Farra przeprowadziła w głowie szybkie obliczenia. Siedzieli w knajpce w West Village. Mieszkanie Blake'a było jakieś dziesięć minut stąd, i to pieszo.
Skończyła projekt kilka dni temu. Blake odpisał jej tylko, że nie potrzebuje ostatniej prezentacji mieszkania, a Farra nie chciała naciskać. Najprawdopodobniej już zdążył się tam na nowo wprowadzić.
T e o r e t y c z n i e powiedziała, że da mu tylko jedną noc. Ale chodziło o seks. To przecież nie znaczyło, że nie mogą się już widywać. Poza tym przyszłaby do niego z bardzo sensownym pytaniem.
- O nie - powiedziała Olivia. - Znam tę minę. Nie wiąże cię już z nim umowa. To koniec. Nie musisz z nim już nigdy rozmawiać. Zapomnij o sprawie z naszyjnikiem. Sammy pewnie gadał głupoty.
- Sammy na pewno mówił prawdę. Poza tym to ty poruszyłaś sprawę naszyjnika - zauważyła Farra.
- Oj tam, oj tam. Po prostu daj już sobie spokój z Blakiem.
- Za późno - rzuciła pod nosem Farra.
- Co? - Olivia zmarszczyła brwi, po czym wydała z siebie zduszony okrzyk. - Nie. Powiedz, że nie.
Tak to już bywa z najlepszymi przyjaciółkami i współlokatorkami, szczególnie tymi równie spostrzegawczymi co Olivia: potrafią czytać z ciebie jak z otwartej księgi.
- O co chodzi? - Courtney przekrzywiła głowę. Jej gęste, brązowe loki spływały teraz kaskadą za jej ramiona i wzdłuż jej ręki.
- Sądząc po rumieńcu Farry i gniewnym spojrzeniu Olivii, nasza najdroższa koleżanka przeleciała niedawno Blake'a Ryana. - Kris ziewnęła i spojrzała na swoje idealnie zrobione paznokcie.
- Kurde. - Courtney zastanowiła się nad ich nowym odkryciem. - Prawie jakbyśmy znowu byli w Szanghaju.
- Wcale nie. - Policzki Farry były równie czerwone co wino w lampce jej przyjaciółki. - Uprawialiśmy seks tylko r a z. To nie tak, że znowu się w nim zakochałam.
Olivia i Courtney wciągnęły ostro powietrze, gdy Farra przyznała się do tego, co zrobiła. Tymczasem Kris popijała jak gdyby nigdy nic wino, z szelmowskim uśmiechem na twarzy.
- Nie oceniam cię. Widziałam go w "Forbesie". - Kris znowu ziewnęła. - Nadal jest zabójczo przystojny.
- Sorry, czy my już wszystkie zapomniałyśmy, jak potraktował Farrę na wymianie? - żachnęła się Olivia.
Kris w odpowiedzi tylko machnęła ręką, a jej pierścionek zaręczynowy z niewiarygodnie wielkim diamentem zamigotał w przygaszonym świetle lamp.
- To było wieki temu - dodała.
- Zmiękłaś od miłości do Nate'a - zażartowała Courtney. - Kiedyś ustawiłabyś się pierwsza w kolejce, żeby przyszyć Blake'owi jaja do ściany.
Kris wzruszyła ramionami, nie próbując zaprzeczać.
Wszystkie dziewczyny z ich paczki były zszokowane, gdy Kris oznajmiła światu, że jest zaręczona z Nate'em. Żadna z nich nie spodziewała się bowiem, że to ona jako pierwsza stanie na ślubnym kobiercu. Kris uważała, że większość mężczyzn jest nieciekawa, pozbawiona skrupułów i niewarta jej czasu. Nie umówiła się ani nawet nie pocałowała z kimkolwiek podczas ich pobytu w Szanghaju.
Z drugiej strony na jej miejscu Farra też zmieniłaby zdanie o mężczyznach. Nate Reynolds był wyższą, przystojniejszą hybrydą Liama Hemswortha i Theo Jamesa i podobno traktował Kris jak księżniczkę. To dobrze, bo Kris też postrzegała samą siebie jako księżniczkę, i to nie taką nowoczesną i wyzwoloną. Raczej w klasycznym znaczeniu tego słowa. Najchętniej założyłaby na głowę koronę i kazała innym dygać i klękać.
Poza tym Kris i Nate poznali się w pierwsze wakacje po tym, jak wróciła z Chin. Byli parą już od pięciu lat i zwiedzili razem pół świata. Ich zbliżający się wielkimi krokami ślub był właściwie tylko formalnością.
- To... - Niebieskie oczy Courtney zdradzały jej psotliwy nastrój. - Jaki Blake jest w łóżku? Nauczył się jakichś nowych sztuczek przez te lata?
Na twarzy i piersi Farry wykwitły czerwone rumieńce wielkości Australii.
Teraz albo nigdy.
- Chętnie obgadałabym z wami moje życie seksualne, ale obawiam się, że muszę już lecieć. Mam coś do załatwienia - oznajmiła. - Będziecie tu do przyszłego weekendu, prawda?
- Tak - odpowiedziała Kris.
W tej samej chwili Courtney zapytała:
- Musisz g d z i e ś lecieć czy k o g o ś przelecieć?
- To zobaczymy się w tygodniu. - Farra zignorowała zaczepkę Courtney i pełne dezaprobaty spojrzenie Olivii. - A my widzimy się później w domu, Liv. Mam nadzieję, że do tego czasu nie wykipisz ze złości.
- Może być trudno, biorąc pod uwagę fakt, że moja najlepsza przyjaciółka postanowiła tańczyć z diabłem. - Olivia ściągnęła brwi. - Bądź ostrożna, dobrze?
- Będę. - Farra zarzuciła torebkę na ramię. - Kocham was. Napiszcie mi później, ile wam przelać.
- Jak nic idzie przelecieć Blake'a - powiedziała Courtney, gdy Farra była jeszcze w zasięgu słuchu. - A skoro już mówimy o chłopakach, którzy aż proszą się o to, żeby ich zaliczyć, może zaprosimy Sammy'ego? Stęskniłam się za nim.
Olivia syknęła.
- Po moim trupie.
- Hej, da się to załatwić...
Głosy przyjaciółek Farry ucichły. Drzwi Elysian się za nią zamknęły, a jej skórę skąpały gorące promienie słońca. To był naprawdę upalny czerwiec w Nowym Jorku. Gdy dotarła na miejsce, cała była pokryta cienką warstwą potu, a jej pomarańczowa sukienka lepiła się do jej piersi i ud.
Konsjerż rozpoznał ją i puścił ją na górę bez informowania o tym Blake'a, mimo że zdecydowanie było już po godzinach pracy.
Farra cieszyła się, że otrzymała dodatkowe parę minut na ewentualną zmianę zdania, ale pomyślała, że to nie świadczyło zbyt dobrze o ochronie budynku.
Skoro już tu jesteś, to nie zaszkodzi spróbować.
Gdy wyszła z windy, jej serce waliło jak oszalałe. Zapukała do drzwi Blake'a, zanim straciłaby całą odwagę.
Cisza.
Może gdzieś wyszedł? W końcu był piątek wieczór.
Farra poczuła zarówno ulgę, jak i rozczarowanie. Co za głupota. Powinna była...
Usłyszała przyciszone głosy, a potem odgłos kroków. Sekundę później Blake otworzył drzwi. Gdy się zorientował, kto przed nim stoi, jego oczy rozjaśniły się z zaskoczenia. Miał wilgotne włosy i miękki szary T-shirt, który idealnie podkreślał jego potężne barki i umięśnione ręce.
- Farra? Co ty tutaj robisz?
Odpowiedź ugrzęzła jej w gardle, gdy usłyszała odgłos kolejnych kroków, a u boku Blake'a pojawiła się smukła, kasztanowłosa piękność. Miała na sobie przydużą czarną bluzę z Texas Southern University.
Bluzę Blake'a.
Jedną z jego ulubionych, jeżeli Farry nie myliła pamięć.
- Kto to? - Dziewczyna przechyliła głowę na bok i przyjrzała się Farze.
Z takimi wydatnymi kośćmi policzkowymi, kremową skórą i złotobrązowymi oczami mogłaby reklamować najnowsze markowe perfumy albo jakąś drogą linię bielizny na jednym z bilbordów na Times Square.
Powiedz coś.
Ale Farra nie mogła wyrzucić z siebie ani słowa. Stała bez ruchu i próbowała nie utonąć od zalewającej ją zazdrości.
Rozdział 22
- Może na tym dzisiaj skończymy? - zaproponował Blake swojej kierowniczce zespołu. - Zadzwonię do ciebie jutro.
- Jasne. - Patricia założyła kosmyk włosów za ucho. - Dobrej nocy.
- Tobie również.
Patricia rzuciła jeszcze jedno zdziwione spojrzenie Farze, która nadal stała w bezruchu w drzwiach wejściowych, po czym przeszła obok niej i ruszyła w dół klatki schodowej.
Spędziła cały wieczór, pomagając Blake'owi w przygotowaniach do otwarcia baru, które jak dotąd były jednym, wielkim festynem żenady. Wybrali wspólnie nowego menedżera restauracji, ale nadal nie rozwiązali problemu z kanalizacją, a dystrybutor alkoholu poinformował ich, że będzie opóźnienie w dostawie, spowodowane połączeniem dwóch magazynów w jeden i wcześniejszymi oczekującymi zamówieniami od innych klientów.
Blake byłby może bardziej wyrozumiały, gdyby cała ta sytuacja tak bardzo go nie irytowała.
Bez alkoholu nie ma baru. Koniec kropka. Ludzie przychodzą do baru przede wszystkim po to, żeby się napić.
Całe popołudnie próbował razem z Patricią znaleźć innego dystrybutora, który byłby w stanie dostarczyć potrzebne ilości alkoholu na czas i po rozsądnej cenie. Zrobili sobie przerwę na szybką kolację, podczas której Blake rozlał wino na jej białą koszulę. Pożyczył jej więc pierwszą lepszą bluzę, którą znalazł w swojej szafie (trafił akurat na swoją ulubioną z TSU), żeby zakryła plamę, zanim nie wróci do domu i się nie przebierze.
Właśnie kończyli pracę na dziś, gdy usłyszeli pukanie do drzwi.
Blake nie wiedział, kogo się spodziewać po drugiej stronie, a już na pewno nie wpadłby na to, że postanowiła go odwiedzić Farra.
Oparł się o framugę i napawał się jej widokiem. Miała na sobie krótką pomarańczową sukienkę, która eksponowała jej zgrabne nogi. Wyglądała w niej na bardziej opaloną niż zazwyczaj. Jej policzki były różowiutkie, co z pewnością oznaczało, że piła alkohol. Chyba że ich kolor miał coś wspólnego z gniewem płonącym w jej oczach.
- Przepraszam za najście - powiedziała chłodno. - Nie wiedziałam, że masz towarzystwo.
- I tak już się zbierała. Wejdź do środka. - Blake przyglądał się jej ściągniętym w wąską kreskę ustom i spiętym ramionom. - Wszystko w porządku?
- Tak.
Farra rozejrzała się po mieszkaniu. Jej wzrok zatrzymał się na dwóch do połowy pustych lampkach wina na blacie kuchennym. Zmarszczyła brwi.
- Wyglądasz, jakbyś była zła.
- A nie jestem.
- Skoro tak mówisz - odpowiedział, przeciągając samogłoski. Nie wierzył jej. - To co właściwie cię tu sprowadza?
Przestał się oszukiwać. Nie miał co liczyć na wyznanie miłosne. Znając jego szczęście, coś poszło nie tak z ostatnim przelewem za projekt mieszkania i przyszła go o tym poinformować.
Blake zacisnął szczęki i przepłukał lampki po winie w oczekiwaniu na odpowiedź Farry.
- Ja, eee, byłam w pobliżu i przyszłam sprawdzić, jak ci się podoba mieszkanie po remoncie. - Okręciła łańcuszek od naszyjnika wokół palca, aż pobielała jej na nim skóra.
Blake przetarł szklanki i postawił je do góry nogami na ręczniczku, po czym z uniesionymi brwiami zwrócił się w stronę Farry:
- Przyszłaś tu w piątek wieczór, żeby sprawdzić, jak mi się podoba mieszkanie, które zaprojektowałaś?
- Tak - powiedziała obronnym głosem. - To co o nim powiesz?
- Moja opinia nie zmieniła się od czasu, gdy wszystko zatwierdziłem - odparł beznamiętnie. - Jest wspaniałe.
Wszystkie dekoracje były w eleganckich, męskich odcieniach granatu, szarości i bieli, ze sporadycznymi złotymi detalami. Apartament Blake'a wyglądał tak, jakby został wyjęty żywcem z okładki czasopisma. Jednak dzięki osobistym akcentom, takim jak zdjęcia ze wszystkich otwarć jego barów w przygotowanych na zamówienie ramkach z wygrawerowanymi nazwami miast oraz dzięki półce drobiazgów z jego licznych podróży czuł się tu jak w domu, a nie jak w muzeum.
- Pat też była zachwycona - dodał.
- Pat?
- Dziewczyna, z którą się minęłaś.
- Aaa. - Farra zacisnęła usta. - A więc ma na imię Pat?
- Patricia. - Blake zachichotał. - Nie znosi, gdy zdrabniam jej imię, więc robię to tylko wtedy, gdy nie ma jej w pobliżu.
Czego uszy nie słyszą, tego sercu nie żal.
- Jasne. - Ton Farry był tak lodowaty, że mógłby oszronić okno. - Gdzie się poznaliście?
Przekrzywił głowę. Czyżby... Farra była o niego zazdrosna?
Przyglądał się uważnie jej twarzy, gdy odpowiedział:
- Poznaliśmy się w barze i od razu odkryliśmy, że nadajemy na tych samych falach.
Teoretycznie nie kłamał. Poznał Patricię w barze w Austin, gdy przyszła na rozmowę o pracę, i po zaledwie pięciu minutach wiedział, że jest idealną kandydatką na oferowane stanowisko.
Farra skrzyżowała ręce na piersi. Jej mina się nie zmieniła, ale w jej oczach gorzał ogień.
O tak. Bez wątpienia zżerała ją zazdrość.
Blake z trudem powstrzymał się od uśmiechu, a w jego sercu na nowo pojawił się promyk nadziei.
- Super. Cieszę się, że nasza ostatnia noc tobie też pomogła i że tak szybko ruszyłeś naprzód. - Farra odwróciła się na pięcie, żeby wyjść. - Tyle była warta ta twoja wielka przemowa, w której prosiłeś mnie o drugą szansę. - Ostatnie słowa dosłownie wymamrotała pod nosem, ale Blake bez problemu je usłyszał i strasznie go rozsierdziły.
Rozbawienie całkiem zniknęło. Skrócił dzielący ich dystans dwoma długimi krokami, złapał Farrę za nadgarstek, obrócił w swoją stronę i przygwoździł ją do ściany. Znalazła się w potrzasku między jego umięśnionymi ramionami. Jego oczy płonęły teraz równie mocno jak jej.
Farra wzięła ostry wdech, ale poza tym nie uraczyła go żadną reakcją. W jej czekoladowych oczach dostrzegł opór i żal.
Emocje tłumione przez nich od tak dawna były gotowe wybuchnąć niczym czynny wulkan.
- Chodzi ci o noc, w którą ofiarowałem ci swoje serce na tacy, a ty je odrzuciłaś? - zapytał przez zęby. - To t y odrzuciłaś m n i e. Powiedziałaś, że nie dasz mi drugiej szansy i że możesz podarować mi co najwyżej jedną noc, a potem odeszłaś z mojego życia bez pożegnania. Dlatego powiedz mi: jakim, kurwa, prawem jesteś teraz o mnie zazdrosna?
- Nie jestem zazdrosna!
- Cholera! - Blake uderzył w ścianę obok niej, emanując frustracją, na co Farra zszokowana otworzyła szeroko oczy. - Nie możesz choć raz powiedzieć mi, co naprawdę czujesz?
- Powiedziałam ci - skwitowała. - W Szanghaju. I zobacz, jak na tym wyszłam! Pokochałam cię. Zaufałam ci. Straciłam z tobą d z i e w i c t w o. A ty po prostu mnie zostawiłeś. - Na rzęsach Farry zgromadziły się łzy przypominające drobne gwiazdy na niebie. - Naprawdę liczyłeś na to, że dam ci drugą szansę, jak powiesz, że popełniłeś błąd? Świat tak nie działa. Złamałeś mi serce.
Gwiazdy spadły. Spłynęły po policzkach Farry niczym rzeka rozpaczy. Każda kolejna uderzała Blake'a coraz mocniej, aż w końcu pajęczyna pęknięć się rozpadła i zniszczyła go od środka.
Starł jej łzy kciukiem, a jego wcześniejszy gniew zastąpił ból.
- Nie widzisz tego? - Głos Blake'a się załamywał. - Złamałem też swoje serce. Wszystko, co powiedziałem ci w noc, w którą się rozstaliśmy, było kłamstwem. Nigdy nie przestałem cię kochać. Nigdy, rozumiesz?
Rozdział 23
Nigdy nie przestałem cię kochać. Nigdy, rozumiesz?
Farra nie mogła oddychać. Nie mogła myśleć. Nie mogła przetworzyć żadnej informacji.
Stała roztrzęsiona na krawędzi klifu, za wszelką cenę chcąc uniknąć kolejnego upadku w przepaść. Wątpiła, by udało jej się go przeżyć.
Każda dziewczyna jest w stanie znieść tylko kilka upadków, zanim coś w środku niej bezpowrotnie pęknie. Pierwszy upadek Farry podzielił jej życie na połowy: przed Blakiem i po nim.
Nie chciała wiedzieć, jak skończyłby się kolejny.
- Kłamiesz. - Głos Farry drżał. Może z nadziei, może ze strachu. Sama do końca nie wiedziała.
Blake zaśmiał się tak gorzko, że aż poczuła gorycz na języku. Odsunął się od niej i zrobił krok w tył. Poczuła, że brakuje jej ciepła, które roztaczał, gdy tylko jej zamglony umysł zaczął na nowo rejestrować, co się dzieje.
- Rany, Farro. Byliśmy ze sobą wiele miesięcy. Kochałem cię najlepiej, jak tylko potrafiłem, przez cały ten czas. Naprawdę wystarczyło kilka słów, żebyś uwierzyła, że cały nasz związek był kłamstwem? - Cierpienie w jego oczach rozrywało jej serce na kawałki. Minęło tyle lat, przez które dzieliły ich tak wielkie odległości, a jednak jego ból wciąż był jej bólem. - Jak mogłaś mi uwierzyć? Jak mogłaś spojrzeć mi w oczy i uwierzyć, że nie jesteś całym moim światem?
Łzy powróciły, ale tym razem z taką siłą, że niczego przez nie nie widziała. Farra nie próbowała ich nawet ścierać.
- Bo wszyscy mnie opuszczają - wyrzuciła z siebie. - Mój tata mnie opuścił. Ty mnie opuściłeś. I zostałam sama, z bliznami, które nie chciały się zagoić.
Osunęła się na podłogę, a jej ciałem wstrząsnął kolejny szloch. Owinęła ramiona wokół nóg i schowała twarz w kolanach, tonąc w morzu smutku. Farze łatwo przychodziło duszenie w sobie emocji, ale okazuje się, że prędzej czy później kończy się to utratą tchu. Walczyła o powietrze, podczas gdy wszystkie skrywane emocje wydostawały się na powierzchnię.
To musiało się stać.
Przez lata zadręczała się ostatnimi słowami, które wypowiedziała do swojego taty: "Dla mnie mógłbyś nie żyć". Ale nie chodziło tylko o nie. Jakaś część Farry, ukryta głęboko na dnie, miała żal do swojego ojca za to, że nie dbał o siebie lepiej po tym, jak wziął rozwód z jej mamą. Miała mu za złe to, że nie przejmował się swoim zdrowiem i zachowywał się tak, jakby nie miał dla kogo żyć, choć miał córeczkę, która go potrzebowała. Farra zastanawiała się czasami, czy to nie jej słowa wpędziły go do grobu. Co prawda nie myślała, że popełnił samobójstwo - zmagał się z marskością wątroby przez wiele lat - ale może jej nastoletni bunt sprawił, że całkiem stracił chęć do życia. Może gdyby była lepszą córką, to walczyłby mocniej.
Farra zacisnęła powieki i spróbowała się uspokoić. Nie znosiła płakania na oczach innych. Potrafiła zliczyć przypadki, w których to zrobiła, na palcach jednej ręki, a cztery z pięciu razy były zasługą mężczyzny, który stał obok niej.
Blake usiadł przy Farze i objął ją mocno ramionami. Jego nierównomierne bicie serca zgrywało się z jej. Był zarówno burzą, jak i schronieniem przed nią.
- Jestem z tobą. - Pogładził ją po plecach. Jego dotyk był bezpieczny i znajomy, na co zapłakała jeszcze mocniej, bo nie mogła znieść myśli, że znowu go straci. - Nigdzie się nie wybieram. Jestem przy tobie.
Farra uniosła głowę i przetarła policzki grzbietem dłoni. Pewnie wyglądała koszmarnie, cała zapłakana, a do tego z czerwonym nosem, ale miała to gdzieś.
- Co się stało z moim naszyjnikiem?
Blake zrobił zdziwioną minę.
- Sammy powiedział, żebym zapytała cię o wieczór, w który go zgubiłam. Powiedział, że to wszystko wyjaśni - czknęła.
Blake zaklął delikatnie pod nosem.
- A pamiętasz, jak go odzyskałaś?
- Sammy go znalazł i mi go zwrócił.
- No więc to wcale nie on go znalazł. Ja to zrobiłem.
Wydała z siebie zduszony okrzyk.
- Jak...
Blake z trudem przełknął ślinę.
- Wiedziałem, ile dla ciebie znaczy, więc poszedłem go szukać, gdy wszyscy inni przygotowywali się na bal. Leżał pod stertą liści, niedaleko głównej ścieżki. Pewnie ci spadł i porwał go deszcz. Sammy wpadł na mnie, gdy szedł na salę wykładową znaleźć swój telefon. Przekazałem mu twój naszyjnik i poprosiłem, żeby udawał, że sam go znalazł.
Szalała wtedy największa burza, jaką Szanghaj widział tamtego roku. Gdy Farra wyobraziła sobie, jak Blake przeszukuje krzaki w ulewie, poczuła ucisk w klatce piersiowej i zabrakło jej tchu.
- Czemu to zrobiłeś?
Blake uśmiechnął się smutno.
- Już ci mówiłem. Nigdy nie przestałem cię kochać. Ale nie chciałem, żebyś była tego świadoma.
Cholera. Do końca wieczoru Farra nie będzie miała już czym płakać. Zamrugała szybko, próbując odgonić kolejny napływ łez, i zadała Blake'owi najważniejsze pytanie:
- Dlaczego? Skoro nadal mnie kochałeś, to dlaczego mnie rzuciłeś?
Oczy Blake'a pociemniały od wyrzutów sumienia.
- Zanim na to odpowiem, chcę, żebyś wiedziała, że nie jestem dobrą osobą. Staram się nią być, ale popełniam błędy. - Wziął głęboki wdech. - Gdy z tobą zrywałem, powiedziałem ci, że to dlatego, że podczas ferii zimowych zszedłem się ze swoją byłą dziewczyną i że wciąż ją kocham. To też nie była prawda. Nie do końca. Wpadłem na nią podczas imprezy sylwestrowej u naszego wspólnego znajomego, zresztą znasz Landona. Dorastałem razem z Cleo i moi rodzice naciskali na mnie, żebym się z nią zszedł, mimo że w moich oczach zawsze była jedynie przyjaciółką. W końcu, gdy byłem na studiach, uległem i byliśmy parą przez jakiś rok. Zerwałem z nią tuż przed wylotem do Szanghaju. Gdy zobaczyłem ją na imprezie, chciałem wyjaśnić z nią kilka spraw. Żałowałem, że nasza znajomość skończyła się w taki sposób po wielu latach przyjaźni. Powiedziała, że też chciałaby znowu być przyjaciółmi, ale ja wiedziałem, że nadal coś do mnie czuje. Wypiliśmy kilka drinków i... - Jego głos się załamał. - Cóż, nawaliłem się.
Farra poczuła kwas w żołądku. Przeczuwała, dokąd zmierza historia Blake'a.
- Nazajutrz obudziłem się w jednym z pokoi hotelowych Landona. Nie pamiętałem nic z poprzedniego wieczoru, no, może poza pojedynczymi przebłyskami. Rzadko urywa mi się film po alkoholu, ale tamtego dnia nic nie jadłem, a wypiłem naprawdę s p o r o. Pomyślałem sobie, że to nic takiego. Miałem potężnego kaca, ale to nie był mój pierwszy raz. Tyle że potem z łazienki wyszła Cleo i... - Znowu przełknął gulę w gardle. - Powiedziała, że uprawialiśmy seks.
Blake przyglądał się Farze, jakby się spodziewał, że lada chwila wybiegnie z jego mieszkania.
Powinna to zrobić. Wiedziała, że zdradził ją tej zimy - sam to przyznał - ale nawet jeśli tego nie chciał, to jego słowa, kiedy ze szczegółami opowiadał o tym, jak do tego doszło, rozdzierały ją od środka.
Mimo to Farra nie ruszyła się z miejsca.
- Kontynuuj - powiedziała beznamiętnie.
- Wróciłem do Szanghaju i czułem się jak ostatni śmieć, że cię zdradziłem i okłamałem. Chciałem wyjawić ci prawdę, ale tak bardzo cię kochałem, że bałem się, że cię stracę. - Głos Blake'a zadrżał. - Wiem, że to żadna wymówka, ale naprawdę nie pamiętam nocy z Cleo. Nie mam pojęcia, co się wydarzyło i jakim cudem wylądowałem z nią w łóżku. Wiem tylko, że zjadało mnie to od środka. To dlatego zachowywałem się tak dziwnie przez kilka tygodni po powrocie z ferii. Nie jestem z siebie dumny, ale myślałem, że to przed tobą ukryję. A potem Cleo zadzwoniła do mnie i... - Blake zacisnął szczękę.
Puls Farry niebezpiecznie przyspieszył.
- I?
- Powiedziała mi, że jest w ciąży. I że to ja jestem ojcem.
Przeszył ją przeraźliwy mróz. Jej klatka piersiowa gwałtownie unosiła się i opadała, gdy Farra próbowała przetworzyć nowe informacje. Blake zapłodnił swoją byłą, gdy nadal umawiał się z Farrą, i n i g d y jej o tym nie powiedział.
Zerwała się na nogi. Musiała dać ujście złości, która płynęła w jej żyłach.
- Dlaczego nie powiedziałeś mi prawdy, tylko mydliłeś mi oczy tym, że nadal kochasz swoją byłą?
Na twarzy Blake'a zagościł wyraz przytłaczającego bólu.
- Bo nie chciałem usłyszeć, jak bardzo spierdoliłem sprawę. Za to chciałem, żeby było ci łatwo ruszyć do przodu. Byłem w rozsypce, Farro. Lada moment miałem skończyć studia, a nie miałem żadnych perspektyw. Tylko szalone marzenie o otworzeniu baru sportowego. A później się dowiedziałem, że będę miał dziecko z kobietą, której nie kocham. Nie chciałem wciągać cię w to szambo. Byłem młody i głupi. Myślałem, że postępuję dobrze. Gdybym ci powiedział prawdę, to pewnie i tak byś ze mną zerwała, ale masz złote serce, więc nie chciałem ryzykować, że będziesz próbowała mnie ratować. Nie zasługiwałem na to.
Farra przycisnęła pięści do blatu i zamknęła oczy, próbując wyobrazić sobie, jak postąpiłaby jej dwudziestoletnia wersja. Nienawidziła chłopaków, którzy zdradzali swoje dziewczyny. Gdyby powiedział jej wtedy prawdę, możliwe, że sprzedałaby mu kopa w jaja i uciekła. Z drugiej strony wiedziała, że rozsądek schodził u niej na drugi plan, gdy chodziło o Blake'a Ryana. Tak bardzo go kochała, że nie byłoby jej łatwo go zostawić, gdyby wiedziała, że nadal darzy ją uczuciem.
- A co z dzieckiem? - zapytała.
Odkąd spotkali się w Aviary, Blake ani razu nie wspomniał o swoim potomstwie. Nie widziała żadnych zdjęć ani innych dowodów na istnienie dziecka.
Poczuła wzbierający w niej niepokój.
- Straciliśmy je - powiedział bez emocji. - Cleo poroniła w ostatnich miesiącach ciąży.
Farra poderwała głowę i spojrzała na Blake'a, który wciąż siedział na podłodze. Jego mina zdradzała, że męczą go wyrzuty sumienia.
- Współczuję - wyszeptała.
Tym razem to Farra dołączyła do Blake'a i to ona mocno go objęła. Pewnie ludzie oceniliby ją za to, że pociesza swojego byłego chłopaka po stracie dziecka, które było wynikiem zdrady, ale nic nie mogła poradzić na ten ludzki odruch. Nawet swojemu najgorszemu wrogowi nie życzyłaby bólu związanego z utratą dziecka.
- To zabiło nasz związek. - Blake spiął się pod dotykiem Farry. - Poza tym zeszliśmy się ze sobą na nowo tylko ze względu na ciążę. Ostatecznie nie mogliśmy na siebie patrzeć, bo to przypominało nam o tym, co straciliśmy. Cleo przeprowadziła się do Atlanty, a ja rzuciłem się w wir pracy i próbowałem o tym wszystkim zapomnieć. Wracało to do mnie jedynie wieczorami, gdy... - Urwał w pół zdania. - W każdym razie teraz znasz prawdę. Popełniłem jeden błąd, którego nawet nie pamiętam, i spieprzyłem w ten sposób życie wszystkim, na których mi zależało. Przede wszystkim tobie. - Blake spuścił głowę. - Jeśli chcesz wyjść, to śmiało, możesz to zrobić.
Tajemnice, które przed nią odkrył, zawisły w powietrzu. Przesiąkły nimi ściany, podłoga i skóra Farry. Blake zarzucił ją taką dawką informacji, że potrzebowałaby w głowie superkomputera, żeby je wszystkie przeanalizować.
- Pocałuj mnie.
Poderwał głowę do góry. Był skołowany.
- Co?
Farra, zamiast się powtarzać, chwyciła twarz Blake'a w dłonie i przycisnęła swoje usta do jego. To wyznanie ją zszokowało, zdenerwowało i tak, powinna go znienawidzić za to, że zataił przed nią coś tak poważnego jak ciąża. Ale czuła jego ból. Przez lata żywiła do niego wiele uczuć, ale nienawiść nigdy nie była jednym z nich.
Nie potrafiła nienawidzić kogoś, kto odcisnął takie piętno w jej umyśle, sercu i duszy. Kogoś, kto był częścią niej samej.
- Jesteś pewna, że tego chcesz? - zapytał chrypliwym głosem, od którego przeszły ją ciarki po plecach.
Farra skinęła głową. Doznała zwarcia w mózgu od wszystkiego, co się dzisiaj wydarzyło. Nie myślała trzeźwo.
I dobrze.
Nie chciała myśleć. Nie chciała czuć. Chciała zapomnieć.
Stawi czoła konsekwencjom swoich dzisiejszych decyzji jutro, a teraz chce wyłącznie tego, co tylko Blake może jej podarować.
Zapomnienia.
Przeszli do sypialni, nie przerywając pocałunku. Ich ubrania poleciały na ziemię, podczas gdy usta obojga odkrywały się na nowo, głodne i zdesperowane, by uciec przed demonami z przeszłości.
Nie chodziło o miłość ani o pożądanie, tylko o to, by zatracić się w miejscu, w którym nie mogło spotkać ich nic złego. Choć na chwilę.
Blake wszedł w nią, a z jej gardła wydobył się jęk przyjemności.
Ekstaza wypełniła całe jej ciało, obracając wszystkie decyzje, które musiała podjąć, i wszystkie wspomnienia, o których chciała zapomnieć, w popiół.
- Obiecaj mi jedno - powiedział nagle Blake. - Obiecaj, że gdy rano się obudzę, nadal będziesz obok.
Farra przyciągnęła jego usta z powrotem do swoich spragnionych warg i zacisnęła się dookoła jego długości, aż warknął i zaczął się znowu poruszać.
Nie odpowiedziała na jego prośbę.
Bo nie lubiła składać obietnic, których nie potrafiła dotrzymać.
Rozdział 24
Promienie słońca. Ciepłe i delikatne. Zapach kwiatu pomarańczy i wanilii.
Blake czułby się jak w niebie, gdyby nie jego cholerny budzik, którzy zawodził jak zakonnica przez przypadek natrafiająca na orgię. Ustawiał go na siódmą rano w weekendy. W tygodniu wstawał trochę wcześniej, bo najlepiej pracowało mu się skoro świt. Blake uwielbiał załatwiać sprawy, zanim inni zdążyli przewrócić się na drugi bok. Nic go wtedy nie rozpraszało i mógł się w pełni skupić. Choć akurat dzisiaj chętnie leżałby w łóżku cały dzień.
Wczoraj zmęczył się bardziej niż na pięciogodzinnych treningach w deszczu, które zdarzały mu się nieraz, gdy grał jeszcze w futbol amerykański. Niepohamowane emocje potrafiły człowiekowi porządnie dosrać. Sprowadzały do parteru szybciej i mocniej niż nokaut przez profesjonalnego boksera.
Blake otworzył jedno oko i pacnął ręką w wyłącznik budzika.
Nareszcie. Błoga cisza.
Przygotował się na najgorsze, po czym obrócił głowę w drugą stronę. Poduszka obok była pusta.
Spodziewał się tego. W końcu Farra nic nie odpowiedziała, gdy poprosił ją, żeby została z nim do rana. Mimo to czuł się zawiedziony. Już miał rzucić pod nosem jakimś przekleństwem, za które matka wyszorowałaby mu usta mydłem, ale wtedy drzwi od sypialni się uchyliły. Farra weszła do środka, trzymając dwie filiżanki bajecznie aromatycznej kawy.
Obiecaj, że gdy rano się obudzę, nadal będziesz obok.
I była. Wyglądała, jakby urwała się z jednego ze snów Blake'a ze swoimi rozczochranymi od seksu włosami, a do tego ubrana była w jedną z jego białych koszul, które ledwo zakrywały jej uda.
Przewróciło mu się w żołądku. Negatywne uczucia zniknęły, a w ich miejsce pojawiła się potrzeba, by chwycić Farrę w ramiona i już nigdy jej nie wypuszczać.
- O, już nie śpisz. - Farra wręczyła mu jedną z filiżanek, a on skinął głową w podziękowaniu.
- Zostałaś.
Wzruszyła ramionami, jakby była równie zdziwiona co Blake.
- Uznałam, że mamy parę spraw do obgadania.
- Delikatnie to ujęłaś - odpowiedział beznamiętnie. Wziął łyk swojego porannego eliksiru, mocnej czarnej kawy bez mleka i bez cukru, po czym odstawił filiżankę na stolik nocny. - No to pogadajmy.
Ich ostatnia rozmowa zakończyła się znakiem zapytania. Blake zakładał - albo przynajmniej na to liczył - że obecność Farry w mieszkaniu oznacza, że postanowiła dać mu drugą szansę. Pomimo że za pierwszym razem spierdolił sprawy na całej linii.
Jasne, nie zdradził jej całej prawdy. Nadal nie wiedziała, jak doszło do poronienia Cleo ani jak bardzo czuł się samolubny, gdy na nowo wtargnął do życia Farry, choć dobrze wiedział, że zasługuje ona na kogoś lepszego. Najważniejsze, że znała wszystkie szczegóły historii, które dotyczyły bezpośrednio jej samej. Blake zrobiłby wszystko, by chronić ją przed swoją najmroczniejszą stroną.
- Szczerze mówiąc - Farra zacisnęła dłonie wokół filiżanki, jakby była jej tarczą i zbawieniem - wierzę, że popełniłeś po prostu błąd i że nie zamierzałeś mnie skrzywdzić. Ale to nie zmienia faktu, że to zrobiłeś. Jestem wściekła, że mnie okłamywałeś i nie powiedziałeś mi o czymś tak ważnym, jak ciąża twojej byłej. - Przełknęła ślinę. - Bardzo ci współczuję tego, co stało się z dzieckiem, i doceniam, że wyznałeś mi w końcu prawdę. Ale skłamałabym, gdybym powiedziała, że znowu ci ufam.
Blake poczuł ukłucie w sercu.
- Z drugiej strony... - Zdmuchnęła z twarzy zbłąkany kosmyk włosów, a na jej pięknej twarzy pojawiło się niezdecydowanie. - Mam dosyć życia przeszłością. Coś nie pozwala mi się od ciebie oderwać, nieważne, jak mocno próbuję to zrobić.
Serce Blake'a na nowo się uspokoiło.
Coś nie pozwala mi się od ciebie oderwać, nieważne, jak mocno próbuję to zrobić. Tego się nie spodziewał.
- Więc.... - Farra przyglądała mu się z zagadkową miną. - Wygląda na to, że mamy dylemat.
- Mam na to rozwiązanie. - Zrzucił z siebie kołdrę i wstał z łóżka. Tak, był całkiem nagi. I nie, nie obchodziło go to.
Blake nie lubił udawać skromnego. Dobrze wiedział, że Dawid Michała Anioła mógł się przy nim schować. Tym bardziej że włoski artysta wyrzeźbił mu dosyć małego kutasa. A Blake miał czym się pochwalić.
Farra wzięła drżący oddech.
- Doprawdy? A jakie?
- Nie będziemy się spieszyć. Poznamy się na nowo. Zaprzyjaźnimy się na nowo. - Blake zabrał jej filiżankę kawy z roztrzęsionej dłoni i odstawił na stolik nocny obok swojej. Pogładził Farrę kciukiem po policzku, a ona zatrzepotała rzęsami i zamknęła oczy. - Nie musimy umawiać się na randki ani robić tego, czego nie chcesz. Ale gdyby znowu naszła cię ochota na seks, to doprowadzę cię do takiego orgazmu, że przez kolejny tydzień będziesz słaniać się na nogach. A jeśli będziesz potrzebowała pożalić się komuś na koniec kiepskiego dnia, to zamienię się w słuch. Gdybyś z kolei chciała, żeby ktoś przygotował ci pyszny posiłek... to coś ci zamówię. Bo w tym jestem dobry, w przeciwieństwie do gotowania. - Uśmiechnął się, a Farra lekko się zaśmiała. - Rzecz w tym, że dopasuję się do twoich potrzeb. Będę twoim przyjacielem z takimi korzyściami, na jakich ci zależy. A w zamian proszę jedynie o to, żebyś mnie nie przekreślała.
- Naprawdę przystałbyś na coś takiego? - Jej głos zdradzał, że jest nieco sceptyczna.
- Myślałem, że postawiłem sprawę jasno. Zrobię dla ciebie wszystko. - Blake pochylił się i zostawił ścieżkę pocałunków na szyi Farry. Poczuł, że jej serce trzepocze jak skrzydła motyla. - Będę czekał tak długo, jak będzie trzeba, na to, aż znowu mi zaufasz.
- A co, jeśli już nigdy ci nie zaufam?
- To umrę, czekając.
Wydała z siebie cichy pomruk.
- Zawsze byłeś złotoustym diabłem.
- Też zawsze uważałem, że mam bardzo sprawne usta. - Blake powędrował nimi z powrotem w górę szyi Farry, aż do jej szczęki, policzka i nosa... Ominął jedynie jej wargi, które rozchyliły się ze zniecierpliwienia. - Umowa stoi?
Farra zamrugała, a potem bardzo powoli skinęła głową.
- Czego sobie życzysz w pierwszej kolejności?
- Ciebie.
- A konkretniej?
Wsunął rękę pod koszulę Farry i przesunął dłonią po wewnętrznej stronie jej uda. Farra naparła na niego biodrami, ale nie zareagował. Zamiast tego dalej rysował leniwie okręgi na jej udach.
Łypnęła na niego, a on odpowiedział jej niewinnym uśmieszkiem. Jasne, że jego serce i dusza należały do niej. Ale to nie oznaczało, że nie mógł się z nią podroczyć.
- Chcę, żebyś doprowadził mnie do orgazmu. W pięć minut - dodała, najprawdopodobniej w ramach zemsty.
Blake poczuł się urażony.
- W pięć minut? Nie doceniasz moich umiejętności.
Zadowolił ją w dwie.
A nawet trochę mniej według zegarka stojącego na stoliku nocnym, ale zaokrąglił do góry, żeby dla odmiany być bardziej skromnym.
Farra nadal drżała z przyjemności, ale Blake podniósł ją i rzucił na łóżko, gotowy na drugą rundę. Tym razem zamierzał użyć czegoś więcej niż tylko palców.
Na samą myśl o tym jego kutas się poruszył.
- Przy okazji - powiedziała z na wpół przymkniętymi oczami, gdy Blake założył prezerwatywę. - Dodaję nowy zapis do naszej umowy. Nie możesz umawiać się z dziewczyną, która była tu zeszłej nocy.
- Chodzi ci o Pat.
Zacisnęła mocno usta.
- Tak, właśnie o nią.
Blake wyszczerzył zęby w cwanym uśmieszku.
- Jesteś urocza, gdy zżera cię zazdrość.
- Nic mnie nie zżera - zaprotestowała, ale jej różowe policzki mówiły co innego.
- Nie? - Blake pochylił się nad nią. - Czyli nie przeszkadza ci to, że spędziłem cały wczorajszy dzień z Pat?
Oczy Farry pociemniały.
- Nie wierzę, że myślisz teraz o innej kobiecie. - Na próżno próbowała go od siebie odepchnąć.
- Wydawało mi się, że mówiłaś, że nie jesteś zazdrosna.
- Bo nie jestem. Ale to nie jest odpowiedni moment na rozmyślanie o czasie spędzonym z kimś innym. - Zrobiła kwaśną minę, ale potem w jej oczach pojawiły się rozbawione iskierki. - Chociaż z drugiej strony możesz się z nią umówić, a ja umówię się z kimś innym. Może z tym przystojnym barmanem z Egret? Jak on miał na imię? Justin?
Blake niebezpiecznie warknął.
- Nawet o tym nie myśl - uniósł głos. - Chyba że chcesz złapać opryszczkę albo jakieś inne cholerstwo.
Na twarzy Farry pojawił się chytry uśmieszek.
- I kto tu jest teraz zazdrosny?
- Ja się z tym nie kryję. - Blake uniósł ręce Farry nad jej głowę i przygwoździł je do łóżka. Pochylił głowę tak, by ich twarze znalazły się kilka centymetrów od siebie. - Nie zamierzam się z nikim dzielić. Nie tobą. To umowa na wyłączność, a jeśli Justin choćby spojrzy na ciebie w sposób, który mi się nie spodoba, to rozerwę go na strzępy gołymi rękami.
Oczy Farry zabłysły.
- Dobra, ale w takim razie ty też nie możesz widywać się z Pat.
- To będzie trudne.
Farra ponownie się zdenerwowała. Otworzyła usta, gotowa na kłótnię, ale odezwał się, zanim ona zdążyła to zrobić:
- To moja kierowniczka zespołu. Pociąga mnie mniej więcej tak samo jak dziewięćdziesięcioletnia zakonnica i wiem, że ona ma podobne odczucia w stosunku do mnie.
Farra przełknęła głośno ślinę.
- O...
- Ale cieszę się, że aż tak ci na mnie zależy. Skoro już to sobie wyjaśniliśmy ... - Blake uśmiechnął się szeroko i rozchylił Farze nogi kolanem. - Przejdźmy do przyjemniejszych spraw.
Farra zarumieniła się jeszcze bardziej.
- Wiesz co, jesteś strasznym, zarozumiałym... - Urwała w pół zdania, bo wszedł w nią jednym, mocnym pchnięciem.
- Co chciałaś powiedzieć? - Blake uniósł jej nogę i oparł ją o swój bark, żeby móc wejść głębiej.
Farra nic nie odpowiedziała. Zacisnęła dłonie na prześcieradle tak mocno, że aż pobielały jej knykcie, i jęknęła pełnym uniesienia głosem, gdy ponownie się w niej zanurzył. Nadal miała na sobie jego koszulę, co było piekielnie seksowne.
Blake pochylił się i chwycił rozchylone usta Farry w swoje. Jego język delektował się słodyczą byłej dziewczyny. Wzdychała z przyjemności, aż w końcu rozpadła się w jego ramionach.
Ona jeszcze o tym nie wiedziała, ale zamierzał odzyskać ją kawałek po kawałku. Jej przyjaźń. Jej zaufanie. Jej miłość. Jej serce.
Pragnął jej całej i tym razem nie zamierzał tego spieprzyć. A dopóki nie osiągnie celu, zadowoli się tym, co Farra mu zaoferuje. Bo nawet najmniejsza jej cząstka była lepsza od wszystkich części kogoś innego.
Rozdział 25
- Zupełnie jak za dawnych czasów. - Courtney oparła podbródek na ręce, przepełniona nostalgią. - Szkoda, że nie ma z nami Leo i Luke'a, ale siedem na dziewięć to i tak niezły wynik. No i jest jeszcze Nate. - Puściła oczko do aktora, który emanował charyzmą nawet w spranym zielonym T-shircie i dżinsach.
- Dzięki za wspomnienie o mnie, bo zaczynałem czuć się jak ósme koło u wozu - zażartował Nate, obejmując Kris w pasie. Siedziała na jego kolanach, wystrojona jak na galę w plisowanej białej sukience, butach na ogromnych koturnach i z kilkoma czternastokaratowymi złotymi naszyjnikami.
Farra uważała, że suknia od znanego projektanta warta jakieś pół tysiąca dolarów nie była odpowiednim strojem na grilla, ale nie było sensu kłócić się o to z Kris. Taki miała styl. Nosiła diamenty nawet na siłowni. Co prawda tylko diamentowe ćwieki, ale to i tak była przesada. Kris by się pochorowała, gdyby ktoś zobaczył ją w luźnych ciuchach.
- Jak tam praca na planie? - Opalenizna Sammy'ego odcinała się od jego białej koszuli, a jego mięśnie rąk napinały się pod podwiniętymi rękawami, gdy obracał kotlety na grillu.
Farra spojrzała ukradkiem na Olivię, która przyglądała się swojemu byłemu chłopakowi i sączyła arbuzowy sok, jakby dopiero co wróciła z Sahary i umierała z pragnienia.
Na twarzy Farry zagościł szeroki uśmiech.
Och, Liv.
- Mieliśmy kilka problemów z resztą obsady, ale udało nam się je rozwiązać - odpowiedział Nate. - Wczoraj skończyliśmy kręcić sceny w Nowym Jorku. Reszta zdjęć odbędzie się w LA.
- No i ekstra. - Sammy skinął z uznaniem głową.
- Hej, Liv, pomogłabyś Sammy'emu przy grillu? - zasugerowała Farra. - Wyglądasz na znudzoną, a biedny sam stoi i szykuje nam jedzenie.
Zarówno Sammy, jak i Olivia zlali się rumieńcem.
- Dam sobie radę. Grillowanie nie wymaga dwóch par rąk - odgryzł się Sammy.
Posłał Farze ostrzegawcze spojrzenie, a ta je zwyczajnie zignorowała. Uznała, że to będzie jej słodka zemsta za to, że przez lata ukrywał tajemnicę Blake'a. Dobra, jasne. Zachował się jak dobry kumpel i to nie on powinien był wyjawić jej prawdę. Ale małostkowa część Farry podpowiadała jej, że to bez znaczenia.
- Może ci chociaż pomóc podawać innym burgery - zaproponowała. - Tak będzie wydajniej, a Liv uwielbia, gdy wszystko jest dopięte na ostatni guzik.
"Zamorduję cię we śnie", mówiło spojrzenie Olivii.
"Po prostu zamknę swój pokój na klucz", odpowiedziała mina Farry.
Jej współlokatorka odstawiła napój na stolik i podeszła do grilla. Gdy stanęła obok Sammy'ego, oboje mieli identyczny dyskomfort na twarzach.
Nardo Crescas cmoknął językiem.
- Farro, daj im spokój.
- Próbuję tylko pomóc - szepnęła. - Najwyższy czas, żeby zakończyli tę swoją małą wojnę, nie sądzisz?
- Wojna to "zorganizowana walka prowadzona na szeroką skalę i przez dłuższy czas". A to znaczy, że m a ł a w o j n a to oksymoron.
Courtney parsknęła, a Farra potarła dłońmi skronie. Niektóre rzeczy się nie zmieniają.
Nardo, najlepszy przyjaciel Sammy'ego ze studiów, którego reszta poznała na wymianie w Szanghaju, nie był już aż takim chucherkiem jak kiedyś. Wydawał się też ciut mniej sztywny. Ale nadal gadał, jakby był chodzącą encyklopedią. Farra zastanawiała się, czy wszyscy w jego pracy wypowiadali się w taki sposób. Nardo pracował w Departamencie Skarbu Stanów Zjednoczonych i był ubrany w nieoficjalny mundur mężczyzny hetero z Waszyngtonu: spodenki khaki i koszulę w drobną kratę. Otrzymał dodatkowe punkty za jakże intelektualne okulary w czarnej oprawce.
Pozostali byli już od jakiegoś czasu w Nowym Jorku, a Nardo przyjechał dopiero wczoraj, żeby świętować z Sammym otwarcie jego piekarni, która okazała się ogromnym hitem. Crumble & Bake było najpopularniejszą nową miejscówką w mieście, a Farra wręcz pękała z dumy, gdy myślała o sukcesie swojego przyjaciela.
Los chciał, że otwarcie piekarni Sammy'ego zgrało się w czasie z wizytą Kris i Courtney. Wymyślił, że urządzi zlot FEA / przedwczesne obchody Dnia Niepodległości w formie grilla w ogródku wynajmowanego przez niego domku na Brooklynie. Luke był w Wisconsin, a Leo promował swoją książkę w Europie. Wszyscy inni z ich paczki przyjaciół z Szanghaju byli na miejscu.
Włącznie z Blakiem.
Farze zaschło w gardle, gdy wszedł na podwórko za domem. Był niczym grecki bóg stąpający po tej samej ziemi co śmiertelnicy. Olśniewał swoimi złotymi włosami i grzesznym ciałem. Uderzyła w nią fala wspomnień z poranka. Widziała przed oczami, co z nim robiła, zanim przyjechali do Sammy'ego, a jej twarz przypominała teraz barwą sok arbuzowy Olivii.
- Sam, lód jest już w kuchni - powiedział Blake, poklepując przyjaciela po plecach. Jakiś czas temu zgłosił się na ochotnika, by odbyć wyprawę po więcej lodu do sklepu na rogu.
- Dzięki, stary. - Sammy skinął głową.
Blake zajął wolne miejsce przy stoliku piknikowym, zaraz obok Farry.
- Hej. - W jego policzkach pojawiły się dołeczki.
- Hej. - Farra poczuła aksamitne skrzydła motyli wzbierających się do lotu w jej sercu.
Grała w niebezpieczną grę. Nie mogła zrobić nic głupszego niż zgodzić się na układ, który jej zaproponował. W końcu dał jej jasno do zrozumienia, czego pragnął: jej. Jej całej.
Jeżeli nie będzie ostrożna, to Blake dostanie to, na co liczy.
Seks z nim był genialny, ale Farra zdążyła już zapomnieć, jakim był świetnym towarzyszem rozmów. Czuła się przy nim bezpiecznie. Śmiała się do rozpuku. Nagle dostrzegła wszystkie rzeczy, dzięki którym kiedyś się w nim zakochała. Może znowu to zrobi. Może straci dla niego głowę jeszcze mocniej niż za pierwszym razem? Zdała sobie sprawę, że uczucia, które do niego żywiła, były wyjątkiem, a nie zasadą. Był jedynym mężczyzną, który potrafił postawić jej świat na głowie jednym uśmiechem.
Nie ufała mu. A przynajmniej nie do końca. Ale bez problemu pokonywał kolejne mury obronne, które przed nim wzniosła. Farra pewnego dnia będzie musiała zdecydować, czy unieść białą flagę, czy stanąć do walki na śmierć i życie z własnymi uczuciami.
Pewnego dnia. Ale nie dzisiaj.
- Co masz zamiar później robić? - Blake przesunął ciepłą, szorstką dłonią po jej udzie.
Jej kobiecość w odpowiedzi aż zapłakała. Kochali się tak wiele razy w zeszłym tygodniu, że mogłaby urodzić małą armię. Może powinna mieć już dosyć, ale nie miała. Była cała mokra na grillu ze znajomymi.
- Mam nadzieję, że nie liczysz na odpowiedź "tobie dobrze" - wyszeptała, ściągając wodze samokontroli.
Blake aż się zaśmiał, a w jego oczach można było dostrzec satysfakcję.
- Widzę, że komuś chodzi po głowie seks - powiedział, przeciągając samogłoski. - Chciałem zabrać cię do ogrodu botanicznego na Brooklynie. Do końca miesiąca mają tam specjalną nocną wystawę. Ale jasne, też mam ochotę na coś nieprzyzwoitego. - Zamilkł na chwilę. - Moglibyśmy połączyć o b a te pomysły. Podkręcić atmosferę. - Jego palce, błądzące pod stołem, dosięgły krawędzi jej bielizny.
Farra przełknęła ślinę i rozejrzała się dookoła, żeby upewnić się, że nikt tego nie widzi. Kris i Nate śmiali się z czegoś, co oglądali na telefonie, Courtney i Nardo prowadzili kłótnię na temat Black Mirror, a Sammy i Olivia byli bez reszty pochłonięci ignorowaniem siebie nawzajem.
- Nie będziemy robić nieprzyzwoitych rzeczy w ogrodzie. - Chwyciła Blake'a za dłoń i odłożyła ją na jego kolana. Przypadkowo musnęła jego imponującą erekcję i poczuła, jakby jej podbrzusze zalała rozżarzona lawa. - Poza tym, co miałeś na myśli przez "podkręcenie atmosfery"? Znudziło ci się już to, co robimy?
Oczy Blake'a błyszczały w słońcu niczym nieskazitelne, zamarznięte jeziora.
- Nigdy mi się nie znudzi.
Niewypowiedziane słowa zawisły między nimi niczym gęsta mgła.
Farra udała, że kaszle, by przerwać napięcie.
- Od kiedy interesują cię ogrody botaniczne? Poza tym to mi śmierdzi randką. - Randki nie były częścią umowy. Nie były też wyraźnie przez nią w y k l u c z o n e, ale Farra na razie bała się otworzyć na taką ewentualność.
Blake wzruszył ramionami.
- Polecił mi je Landon. Uznałem, że to ciekawa propozycja na spędzenie wolnego czasu. Poza tym wiem, że ty lubisz ogrody, i nie byłaby to randka.
- Nie byłaby.- Blake mógłby uznać to za pytanie, ale ton Farry wyraźnie wskazywał na to, że było to stwierdzenie faktu.
- No właśnie. Gdybyśmy szli na randkę, to przyniósłbym ci kwiaty, zamiast zabierać c i e b i e do nich.
Wybuchła śmiechem, na co Blake wyszczerzył zęby jeszcze mocniej.
- Proszę. - Olivia rzuciła niedbale talerzyk z burgerem przed Farrę, przerywając jej chwilę rozbawienia. - Ciesz się, że ci do niego nie naplułam. - Spojrzała wilkiem na chłopaka obok. - Blake.
- Liv.
Farra powiedziała przyjaciołom o jej układzie z Blakiem, bo nie potrzebowała dodatkowego stresu, związanego z trzymaniem tego w tajemnicy. Sammy był podekscytowany, Kris obojętna, Courtney zadowolona, a Olivia rozsierdzona. Była najlepszą przyjaciółką Farry, a co za tym idzie, najbardziej się o nią martwiła. Poza tym miała pamięć jak słoń. Minęło tyle czasu, że Kris i Courtney przestały być wrogo nastawione wobec Blake'a, ale Olivia miała wrażenie, jakby ich podróż do Szanghaju miała miejsce wczoraj. Była nieufna, mimo że Farra wyjaśniła jej, dlaczego Blake z nią zerwał.
Nardo uniósł brwi, gdy zobaczył ich razem na otwarciu piekarni Sammy'ego, ale nie skomentował tego, więc Farra uznała, że on też jest obojętny.
Rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi.
- Pójdę sprawdzić, kto to - powiedział Sammy. - Nardo, możesz mnie na chwilę zastąpić?
- Jasne. - Rzucił dziwne spojrzenie w stronę Olivii, a jego przyjaciel popędził do środka domu.
- Słuchaj - odezwała się Olivia do Blake'a - jeżeli znowu zranisz Farrę, to powieszę cię za jaja na sali do rzucania siekierami.
Uśmiech na jego ustach nie zniknął.
- Będę o tym pamiętał. Przyznaję ci dodatkowe punkty za kreatywność. Po skończeniu Yale powinnaś była zostać scenarzystką, a nie zatrudniać się na Wall Street.
Farra nie mogła się powstrzymać i znowu się zaśmiała. Z kolei Olivia tylko prychnęła w odpowiedzi na nonszalancję Blake'a.
- Nie żartuję. - Szturchnęła go palcem w klatkę piersiową. - Masz pozwolenie na jej zaspokajanie, ale nie na łamanie serca.
Tym razem to Blake się zaśmiał, a Farra spojrzała na przyjaciółkę z przerażeniem.
- Liv!
- O to się nie martw - oznajmił Blake, zarzucając rękę na ramię Farry. - Gwarantuję wiele orgazmów, a złamane serce nie znalazło się w karcie dań.
- Kto gwarantuje orgazmy? - wcięła się do ich rozmowy Courtney.
Zanim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć, Kris rzuciła:
- Kto to, kurwa, jest?
Wszyscy obrócili głowy w stronę domu. Sammy wrócił do ogrodu... ze zjawiskową, długonogą blondynką. Tajemnicza dziewczyna mogłaby śmiało konkurować urodą z Charlize Theron. Była ubrana w stylowy czerwony kombinezon jednoczęściowy, który Farra widziała w ostatnim numerze "Mode de Vie".
- Hej, Nardo - powiedziała śpiewnym głosem blondynka.
- Hej, Jess. - Nardo znowu rzucił nieufne spojrzenie Olivii, która wykrzywiła usta w grymasie.
Sammy odchrząknął.
- Chciałbym przedstawić wam moją dziewczynę. To Jessica. Jess, to moi przyjaciele. - Przedstawił każdego z osobna, ale zaplątał się, gdy nadeszła kolej na Olivię.
Jego ogłoszenie spotkało się z ciszą.
Farra była w szoku. Dziewczynę? Sammy nawet słowem nie wspomniał jej o tym, że się z kimś spotyka.
Nate odezwał się jako pierwszy:
- Miło cię poznać, Jessico. Jestem Nate - przedstawił się ponownie, mimo że był ostatnią osobą, która musiałaby to zrobić.
Jessica się uśmiechnęła.
- Wiem, kim jesteś. - Nie zachowywała się jak psychofanka, nawet się nie zarumieniła. - Mnie również bardzo miło.
- Dopiero co przyleciała do Nowego Jorku. Nie udało jej się być na otwarciu piekarni, bo miała rozprawę w sądzie - wyjaśnił Sammy.
- O, jesteś prawniczką? - Ton Kris sugerował, że pyta jedynie z uprzejmości i że wcale jej to nie obchodzi.
- Specjalizuję się w sprawach związanych z nową technologią, dlatego pracuję nad zatoką w San Francisco. Można powiedzieć wiele złego o Dolinie Krzemowej, ale na pewno nie to, że jest nudna. - Jessica się uśmiechnęła.
Kris ziewnęła.
- Fascynujące.
Farra spojrzała ukradkiem na Olivię. Przybrała kamienną twarz, ale Farra dostrzegła, że ma spięte ramiona i że bawi się bransoletką zegarka. Ewidentnie była wściekła.
Nate odchrząknął.
- Może zjemy, zanim wszystko wystygnie, co? Hot dogi jeszcze nie są gotowe, ale burgery jak najbardziej. Śmiało, wcinajcie.
Gwar rozmów i stukot plastikowych sztućców rozładowały nieco napięcie, ale gdzieś w powietrzu nadal wisiało skrępowanie.
- Wygląda na to, że Olivia nie tylko mnie wykorzystałaby jako cel do rzucania siekierami - wymamrotał Blake. - Myślałem, że już dawno rozstała się z Sammym.
- To skomplikowane.
Olivia nie lubiła mówić o swoich uczuciach przy innych, więc Farra nie próbowała nawet jej maglować.
Muszę pamiętać, żeby kupić lody Ben & Jerry, zanim wrócę do domu.
- Czaję. A wiesz, co jest proste? - Blake kilkukrotnie uniósł i opuścił brwi. - Wieczorny spacer po ogrodzie botanicznym. Nie randka. Obiecuję. Po prostu dwójka przyjaciół chce nacieszyć się kwiatami, powąchać róże i zrobić inne tego typu bzdety.
Może to była kwestia pięknej pogody, może obecności starych przyjaciół, a może chłopięcego uśmiechu Blake'a. W każdym razie Farra zupełnie zapomniała o rozwadze.
Co jej szkodzi się zgodzić?
- Dobrze - powiedziała. - Pójdźmy do tego ogrodu.
Rozdział 26
Nim Farra się obejrzała, minął kolejny miesiąc. Nadal nie została zaproszona na żadną rozmowę o pracę, mimo że do części firm zaniosła swoje CV i list polecający osobiście i że dzwoniła, aby zapytać, czy rekrutacja nadal trwa.
Nie miała wyjścia. Zaczęła rozglądać się za klientami indywidualnymi, licząc na podobny projekt jak ten Blake'a. To nie było idealne rozwiązanie, bo nie była gotowa zostać na stałe freelancerką, ale dodawało jej to otuchy. Dzięki temu nie wpadła jeszcze w panikę.
Tymczasem Blake robił, co mógł, żeby odciągnąć jej myśli od zmartwień. Ich wieczorny wyskok do ogrodu botanicznego po grillu u Sammy'ego był pierwszą z wielu nieseksualnych rzeczy, na które ją namówił. Farra nie miała pojęcia, jak tego dokonał, ale przekonał ją do pikniku w Central Parku, wycieczek na Coney Island i spacerów po moście Brooklyńskim o północy. A przecież jeszcze nie tak dawno temu zarzekała się, że nie otworzy się na niego po raz drugi.
Najgorsze było to, że Farze podobały się ich wspólnie nierandki. I to bardzo. Po każdej z nich motyle w jej brzuchu zdawały się przechodzić jakąś mutację i stawać się coraz większe, aż w końcu zaczęła się bać, że zacznie je czuć w całym ciele.
- Jak długo będziesz w Miami? - zapytała i zadrżała od nocnego chłodu na skórze.
Co prawda sierpień jest zwykle najgorętszym miesiącem w Nowym Jorku, ale była jedenasta wieczorem, a do tego znajdowali się na sto którymś piętrze. Farra żałowała, że oprócz sukienki i sandałów nie założyła też jakiejś kurtki. Z drugiej strony, gdy wychodziła z domu, nie wiedziała jeszcze, że randka z Blakiem - to znaczy nierandka - zacznie się w porze lunchu, a skończy późną nocą.
- Przez tydzień. Mam zaplanowane mnóstwo spotkań.
Blake przyciągnął Farrę do swojej klatki piersiowej i zaczął energicznie pocierać jej ramiona, skutecznie pozbawiając ją gęsiej skórki. Poczuła, jak w brzuchu rozlewa jej się ciepło i znowu zadrżała, ale tym razem nie przez wiatr.
- Tylko nie stęsknij się za bardzo - dodał, a w jego głosie wybrzmiewała typowa dla niego zarozumiałość, gdy się z nią droczył.
- Chciałbyś, żebym się stęskniła. - Farra wtuliła twarz w jego klatkę i poczuła świeżą cytrusową woń. - Lepiej, żebyś przywiózł mi pastelitos4, inaczej będę zła.
Poczuła wibracje, gdy Blake w odpowiedzi na jej żądanie delikatnie się zaśmiał.
- Będę o nich pamiętał. Przy okazji, jak tam poszukiwania pracy? Liv wspominała, że zaniosłaś swoje CV osobiście do paru firm.
Blake i Olivia zawarli w zeszłym miesiącu rozejm. Najwyraźniej wykroczył poza początkowe założenie, jakim było niezabicie Blake'a przy pierwszej okazji, która się nadarzy, skoro Olivia zdradzała mu teraz rozterki Farry związane z pracą.
Nie chciała ukrywać swoich problemów przed Blakiem. Po prostu było jej trochę wstyd. Zapłacił jej bardzo dużo za remont swojego mieszkania, a teraz żadna szanująca się firma nie chciała do niej zadzwonić z propozycją pracy.
- Nie jest za dobrze, ale dalej szukam. - Cofnęła się i założyła kosmyk za ucho. - A w międzyczasie próbuję nawiązać współpracę z klientami indywidualnymi, więc jeżeli znasz kogoś, kogo dom potrzebuje renowacji...
- Dam ci znać. - Blake przyjrzał jej się trzeźwym spojrzeniem. - Swoją drogą, nie żartowałem, kiedy powiedziałem, że dałabyś radę rozkręcić swój własny biznes. Jebać te wszystkie firmy, które są zbyt głupie, żeby dać ci chociaż szansę. Myślę, że brak im więcej niż tylko piątej klepki i że samej będzie ci lepiej. Zamiast uganiać się za aprobatą tych idiotów, możesz poświęcić ten czas na założenie własnej firmy. Masz talent i znajomości. Pomyśl, jak genialnie wyszło ci moje mieszkanie. Wszyscy, którzy je odwiedzają, są zachwyceni.
Farra uniosła brew.
- A jak wiele osób je odwiedza?
Blake zaczął liczyć na palcach.
- Ty, Landon, Justin, Pat, Sammy i... - Zmarszczył brwi. - Nie w tym rzecz. Chodzi mi o to, że nigdy nie jest idealny moment na to, żeby zacząć spełniać swoje marzenia. Nie będzie tak, że się obudzisz i zobaczysz wielki neon z napisem: "To dziś. Zacznij teraz". Musisz wziąć sprawy w swoje ręce.
Farra wiedziała, że Blake próbuje ją po prostu wspierać, ale i tak trochę się poirytowała.
- Mówiłam ci już, że nie jestem na to gotowa. Przestań na mnie naciskać.
Odwróciła się i ruszyła w stronę szklanego ogrodzenia. Byli na Edge, na zewnętrznym tarasie wiszącym nad ulicami Manhattanu. W cenie biletu otrzymywało się zapierający dech w piersiach widok na całe miasto i porządną dawkę zawrotów głowy, jeżeli miało się lęk wysokości. A Farra się z niego nie wyleczyła.
Jej kiepski humor nie odstraszył Blake'a. Podążył za nią, złapał ją za podbródek i zmusił, by spojrzała mu w oczy.
- Wiesz, ile lokali otworzyłem na całym świecie? - zapytał. - Dwanaście. W Austin, Los Angeles, Chicago, Nowym Orleanie, Seattle, Houston, Dallas, Londynie, Bostonie, Dublinie, Barcelonie i Madrycie. Czternaście, jeśli liczyć Nowy Jork i Miami. A mam zamiar otworzyć ich jeszcze więcej.
- Brawo ty. - Farra na próżno próbowała się wyrwać. Palce Blake'a paliły jej skórę, a jego intensywne spojrzenie wypalało duszę.
- A wiesz, ile ich było pięć lat temu? Zero. I nadal nie byłoby ani jednego, gdyby nie dziewczyna, która powiedziała mi, żebym pieprzył hejterów i gonił za marzeniami. Wierzyła we mnie, kiedy ja w siebie wątpiłem. Gdyby nie ona, nie odniósłbym sukcesu. Jestem tym, kim jestem, dzięki niej, i to jej wszystko zawdzięczam.
Puls Farry niebezpiecznie przyspieszył. Miała wrażenie, jakby ich serca były splecione ze sobą niewidzialną nicią, która zaciskała się za każdym razem, gdy patrzył na nią w taki sposób jak teraz. Jakby była centrum jego wszechświata, jego słońcem. Była pewna, że Blake czuje jej drżenie, bo sam był teraz roztrzęsiony, a jego oczy były równie ciemne co nocne niebo.
- Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek użyła stwierdzenia "pieprzyć hejterów" - wychrypiała.
Blake wyszczerzył białe zęby, ale chwilę później znowu spoważniał.
- To nie miał być dosłowny cytat, ale mniej więcej to chciałaś mi wtedy przekazać. Możesz wszystko. Uwierz w to.
Szczerość w jego głosie sprawiła, że jej serce przestało stać nad klifem i runęło prosto w przepaść, gdzie myślała, że już nigdy się nie znajdzie.
- Wiem, że się boisz, bo ja też się bałem. Czasami wstaję z łóżka i nadal mi się wydaje, że nie mam zielonego pojęcia, co robię, i że wszystko się zaraz zawali. Każdy czuje się czasem oszustem. Ale tylko ci, którzy przezwyciężają strach, odnoszą sukces. - Blake wypuścił Farrę z uścisku i obrócił ją, żeby znów spojrzała na panoramę miasta. Położył ręce na jej biodrach, a podbródek na ramieniu. - Pamiętasz, jak ostatnim razem staliśmy na szczycie świata? - wyszeptał. - To było w Makau. W urodziny Courtney. Skakaliśmy na bungee i tak się bałaś, że kilkukrotnie próbowałaś się wycofać. Myślałem, że gość z obsługi nas zamorduje.
Delikatny śmiech Farry poniósł się na nocnej bryzie.
- Pamiętam. Zagrzewałeś mnie do walki niczym Tony Robbins5.
- Błagam... Jestem lepszy od Tony'ego Robbinsa - oburzył się Blake. - W każdym razie stawiłaś czoła swoim lękom. Sprzedałaś wtedy kopniaka demonom i możesz zrobić to ponownie. Nieważne, jak bardzo się teraz boisz. Przetrwasz każdy upadek, bo ja zawsze będę czekał na dole, żeby cię złapać.
Farra poczuła, jak ucieka jej powietrze z płuc. Manhattan leżał u jej stóp niczym mieniąca się sieć wyniosłych marzeń i obietnic. Niektóre zostały złamane, a innych dotrzymano. Wszyscy mieszkańcy szukali celu w tej bezlitosnej betonowej dżungli. Przed runięciem ponad trzysta metrów w dół powstrzymywała ją jedynie szyba.
Mimo niej i kurczowego uścisku Blake'a Farra była przerażona. Bo tak naprawdę już spadała: leciała prosto w objęcia miłości. I mimo zapewnień Blake'a nie była pewna, czy przetrwa spotkanie z ziemią.
Blake poleciał do Miami następnego popołudnia, zostawiwszy Farrę samą ze swoim myślami.
Głosy w jej głowie były niczym chwasty. Spodziewała się ich i nie stanowiły problemu, gdy nie było ich zbyt wiele. W przeciwnym razie doznawała paraliżu decyzyjnego.
Olivia znowu była na randce, więc Farra postanowiła zadzwonić do swojej mamy, zamiast przesiadywać w ciszy, rozmyślać nad dalszymi losami swojej kariery i przejmować się uczuciami, którymi darzyła Blake'a.
- Przedzwoń do tych firm jeszcze raz, jeżeli nie dostaniesz odpowiedzi do piątku. - Głos Cheryl Lau był wyraźny mimo trzasków na linii. - Niektórzy ludzie są naprawdę leniwi. Pewnie jeszcze nawet nie widzieli twojego CV. Jesteś zwyciężczynią konkursu Narodowego Stowarzyszenia Architektów Wnętrz. Miałaś najlepsze oceny na roku i ukończyłaś studia na California Coast University z wyróżnieniem. Powinni się do ciebie dobijać.
- Wiem, wiem.
Farra nakładała właśnie świeżą warstwę czerwonego lakieru na paznokieć dużego palca u stopy. Wolała nie wydawać pieniędzy na profesjonalny pedicure, dopóki nie znajdzie stałego zatrudnienia. Mogłabyś też otworzyć własną pracownię architektury wnętrz - podpowiedział jej jeden z głosów w głowie, ale Farra prędko go uciszyła.
- Gdzie jesteś? - zapytała, bo ledwo słyszała swoją mamę przez szum fal i gwar ludzi rozmawiających po kantońsku w tle.
- Jestem w San Diego na corocznym wyjeździe naszej grupy tanecznej. - Cheryl pociągnęła nosem. - Nie uwierzyłabyś w to, co się tutaj wyprawia. Żona przewodniczącego złożyła wniosek o rozwód tuż przed wycieczką. Wypił wczoraj tyle, że zemdlał na plaży. Głupi. Mogli go obrabować.
- Nieźle, żyjecie tam na krawędzi - zażartowała Farra.
- Hmm. Powinnam była zostać w domu. Ludzie tu tylko plotkują, plotkują i plotkują.
- Powtarzasz to co roku, a potem i tak jedziesz.
Mama Farry miała mieszane odczucia co do miejscowego kółka tanecznego, do którego dołączyła tuż po tym, jak Farra skończyła liceum. Uwielbiała mówić, że ma go dosyć, ale Farra wiedziała, że to tylko na pokaz. Dzięki znajomym z tańców Cheryl miała nie tylko rozrywkę, ale i towarzystwo, którego bardzo potrzebowała, bo mieszkała sama, odkąd jej córka przeprowadziła się do Nowego Jorku trzy lata temu.
Farra miała wyrzuty sumienia. Powinna dzwonić do mamy i odwiedzać ją częściej. Co prawda miała naprawdę bujne życie towarzyskie, ale jako wzorowa córka i tak przejmowała się tym, że doskwiera jej samotność. Cheryl nie spotykała się z nikim od czasu rozwodu z tatą Farry, a miała dopiero pięćdziesiąt parę lat. Nadal miała szansę na drugą miłość.
- Jeżdżę dla dobrego jedzenia i tańców. - Cheryl krzyknęła do kogoś w tle: - Bądźże cicho, rozmawiam z córką!
Farra się zaśmiała.
- Nie przejmuj się mną. Baw się dobrze. Zdzwonimy się później.
- Nie, pogadajmy teraz. - Cheryl się zawahała. - Wracasz do domu na Gwiazdkę, prawda?
- Jasne, że tak. Zawsze wracam do domu na święta.
- To dobrze, dobrze.
Pajęczy zmysł Farry wyczuł coś niepokojącego w tonie jej mamy.
- Mamo, czego mi nie mówisz?
- Niczego, po prostu się zamyśliłam. - Odchrząknęła. - Zabierzesz ze sobą chłopaka? Zięć byłby najwspanialszym prezentem pod choinkę, ale najpierw muszę go poznać. Matki zawsze wiedzą, czy ktoś jest dobrym materiałem na męża dla ich córki, czy złym.
Podchody mamy Farry były mniej więcej tak subtelne jak uderzenie kogoś obuchem w głowę. Niegdyś delikatne sugestie na temat ustatkowania się, ślubu i wnuków przerodziły się w bezpośrednie ponaglania, a przecież Farra miała dopiero dwadzieścia pięć lat.
- Nie ma żadnego materiału, ani dobrego, ani złego. Bo z nikim się nie umawiam. - Teoretycznie nie kłamała. Co nie?
- Naprawdę? - Głos Cheryl wyraźnie posmutniał. - Nie chodzisz na randki? Przecież jesteś młoda i atrakcyjna. Może powinnaś częściej odwiedzać sklepy?
Materiał mogłaby wtedy znaleźć co najwyżej w pasmanterii.
- Chodzę na r a n d k i. - Farra przygryzła dolną wargę, rozważając, czy powiedzieć mamie o niby-randkach z Blakiem. - Ostatnio widuję się z, eee, Blakiem.
- Tym samym, który złamał ci serce w Szanghaju?
Cheryl dobrze pamiętała, jak pocieszała córkę z chusteczkami w jednej ręce, a miską lodów w drugiej. Po powrocie z wymiany Farra zalewała się płaczem, gdy tylko widziała lub słyszała coś, co przypominało jej o Blake'u: film, który razem oglądali; piosenkę, do której tańczyli; zestaw markerów Pantone z kolekcji Kelly Burke, który Blake sprezentował jej na dwudzieste urodziny. Nie była w stanie ich wyrzucić, dopóki całkiem się nie wypisały.
- Tak. - Farra streściła mamie wszystko, co się wydarzyło, omijając jedynie ich życie łóżkowe. Wcześniej opowiadała już o projekcie mieszkania, ale przemilczała wtedy imię klienta. - Zanim cokolwiek powiesz, posłuchaj mnie. Wiem, że jestem lekkomyślna i że biorąc pod uwagę to, jak mnie potraktował, nie powinnam się do niego w ogóle odzywać. Dobrze myślę?
- Czy ja wiem. - Farra znała swoją mamę tak dobrze, że wiedziała, że wzruszyła ramionami. - Wygląda na to, że się zmienił i chciałby naprawić swoje błędy. Poza tym pamiętam, jaka byłaś nim oczarowana. Może to wasza druga szansa. - Do głosu Cheryl zakradła się nutka melancholii. - Nie warto chować do nikogo urazy. Nieważne, jak mocno ktoś cię zranił, nie wyleczysz ran, dopóki mu nie wybaczysz. Czasem trzeba ruszyć naprzód. A czasem warto zaryzykować raz jeszcze.
Farra zacisnęła dłoń na telefonie jeszcze mocniej.
- I myślisz, że Blake zasługuje na drugą szansę?
Jeszcze dwa miesiące temu prychnęłaby w odpowiedzi na taką sugestię, ale teraz poczuła ciepło w klatce piersiowej.
- Myślę, że powinnaś posłuchać, co podpowiada ci serce. Czasami tak bardzo się boimy, że ktoś nas zrani, że odgradzamy się od niego murami. Ale serce potrzebuje swobody. Musisz wypuścić je na zewnątrz i dać mu odnaleźć to, czego szuka. Na pewno zaprowadzi cię tam, gdzie powinnaś się znaleźć.
Rozdział 27
Po kilku tygodniach bólów głowy interes Blake'a znowu działał jak w zegarku. Problem z kanalizacją został rozwiązany, znalazł się nowy dystrybutor alkoholu, który był w stanie zaopatrzyć bar na czas, a do tego wizyta w Miami przebiegła lepiej, niż Blake się tego spodziewał. Nie dość, że władze miasta jadły mu z ręki, to jeszcze znalazł idealne miejsce na nowy lokal Legend w modnej okolicy, jaką jest Wynwood.
Bar w Nowym Jorku jeszcze nie został otwarty, ale Blake, będąc właścicielem tak dużej marki, nie mógł sobie pozwalać na czekanie z kolejnymi projektami do czasu ukończenia poprzednich. Musiał działać na pełnych obrotach.
Mimo że podobały mu się plaże w Miami i był podekscytowany kolejną zawartą umową, to wolał być tutaj: stać w kuchni, opierając się o blat, i patrzeć, jak Farra robi mu dobrze ustami. Ssała tak mocno, że odchodził od zmysłów.
- Kurwa. - Jęk Blake'a odbił się echem od marmurowej podłogi.
Farra nie dawała mu wytchnienia. Pracowała językiem. Rękami. I zębami. Doprowadzała go raz po raz na skraj wytrzymałości, aż w końcu wzięła go głęboko do gardła, tak że przytknęła usta aż do jego krocza.
Jego ciałem wstrząsnął potężny, brutalny orgazm. Ugięły się pod nim kolana i poleciałby na ziemię, gdyby nie trzymał się kurczowo blatu. Blake był pewny, że krzyknął, i to głośno, ale tak mu dzwoniło w uszach, że niczego nie słyszał.
Gdy oprzytomniał, przeniósł spojrzenie na Farrę i jej pełen zadowolenia uśmieszek.
- Powinienem częściej wyjeżdżać. - Podniósł ją i posadził na blacie. Nie była jeszcze naga, ale mógł coś na to zaradzić, i to w parę sekund.
- Hmm. Może warto. A może to tylko podziękowanie za pastelitos. - Skinęła głową na pudełko wypieków z ciasta francuskiego z farszem z gujawy, które Blake przywiózł z Miami. - Swoją drogą, to adekwatny sposób na przeprosiny za to, że poleciałeś sobie i zostawiłeś mnie z BOB-em.
Blake ściągnął brwi.
- Kim, kurwa, jest Bob? Jak ma na nazwisko? Chciałbym z nim tylko pomówić. - A potem zabiję gościa. To będzie powolna i bolesna śmierć.
Oczy Farry rozbłysły i zatańczyły w nich psotliwe iskierki.
- Bardzo Odprężającym Bajerem. Jego nazwisko to: Wibrator. Ale chyba ma mnie już dosyć, więc dobrze, że wróciłeś.
Owinęła nogi wokół talii Blake'a i przesunęła czubkiem języka po jego dolnej wardze. Od razu zrobił się twardszy niż marmurowy blat, na którym siedziała.
Tak, tak szybko. Gdy chodziło o Farrę, jego kutas był bardziej wytrzymały niż maratończyk biorący udział w triatlonie.
- Nie mów mi, że to ja robię za zastępstwo dla Boba, a nie na odwrót? Kpina. - Ramiona Blake'a się rozluźniły, gdy się dowiedział, że nie będzie musiał sprać żadnego dupka. - Ja nigdy nie będę miał cię dosyć.
- Mhmm. Zobaczymy.
- Niczego nie zobaczymy. Już to wiemy. A przynajmniej ja to wiem. - Przesunął dłońmi po wnętrzu ud Farry. - Udowodnię ci to.
- Kuszące - mruknęła. - Ale najpierw... - Odepchnęła go i zeskoczyła z blatu. - Kawusia.
Blake rozdziawił usta z zaskoczenia, a Farra wybuchła śmiechem, od którego zrobiło mu się ciepło na sercu.
- Kawa może poczekać. Jeszcze ci się nie odwdzięczyłem. - Nie wspominając już o tym, że wolałby nie wychodzić z domu z erekcją wielkości Statui Wolności.
- Odwdzięczyłeś się, zresztą nie raz, i właśnie dlatego potrzebuję kofeiny - oburzyła się. - Nie spaliśmy całą noc, a jest już... - Sprawdziła godzinę na mikrofali. - Dziewiąta trzydzieści.
Okej, być może Blake aż za bardzo chciał wczoraj nadrobić stracony czas. Farra nie narzekała, wręcz przeciwnie, ale rzeczywiście wydawała się teraz zmęczona. Mimo usilnych prób nie potrafiła powstrzymać się przed ziewnięciem.
- Zaraz skołuję ci kawę - powiedział z lekkimi wyrzutami sumienia. - Skończyła mi się, ale na dole jest kawiarnia.
- Cudnie.
Blake poszedł się ubrać. Trochę mu zajęło upchnięcie swojego penisa do bokserek i spodni w taki sposób, żeby nie wyglądał, jakby chciał kogoś zaatakować kijem bejsbolowym, ale niedługo potem byli już z Farrą w windzie. Wysiedli w lobby, z którego było bezpośrednie wejście do kawiarni, biblioteki, kina studyjnego i kilkunastu sal konferencyjnych.
Była niedziela rano, więc nie było dużego ruchu. Zajęli najlepszy stolik przy oknie, a Blake zapłacił za zamówienie.
- Mam dobre wieści. - Farra mieszała swoją latte tak długo, aż serduszko na wierzchu całkiem zniknęło. - Znalazłam kolejnego klienta.
- To wspaniałe wieści! - Blake pękał z dumy. - Kogo?
- Modelkę. Jest na początku swojej kariery, ale podpisała właśnie dużą umowę z koncernem kosmetycznym i szuka kogoś, kto nada charakter jej mieszkaniu. Nie oferuje wysokiej stawki, ale lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu.
- Lepiej bym tego nie ujął. - Blake ścisnął dłoń Farry. - Wiedziałem, że ci się uda.
Jej spojrzenie złagodniało.
- Dzięki. Ja... - Urwała w pół zdania. - O mój Boże.
Blake podążył za wzrokiem Farry i dostrzegł parę, która właśnie weszła do lokalu, obejmując się nawzajem. Chłopak był mniej więcej w ich wieku. Miał pewnie koło dwudziestu pięciu czy dwudziestu ośmiu lat. Wyglądał całkiem nieźle, chociaż roztaczał aurę metroseksualnego frajera. Z kolei kobieta była idealnie wymuskana i starsza od niego o co najmniej dwadzieścia lat. Blake miał wrażenie, że skądś ją zna, ale nie wiedział skąd.
Farra ścisnęła jego dłoń jeszcze mocniej, odcinając mu dopływ krwi.
- To Kelly Burke - powiedziała, a jej słowa ociekały szokiem. - Moja była szefowa. A to jej c h r z e ś n i a k, Matt. Ten, który dostał awans po skończeniu projektu dla Z Hotels.
To dlatego Blake'owi wydawało się, że zna Kelly. Farra miała kiedyś hopla na jej punkcie i pokazała mu jej zdjęcie - i zdjęcia wszystkich hoteli, które zaprojektowała - gdy byli w Szanghaju.
Matt wyszeptał coś na ucho Kelly, która zachichotała jak nastolatka. Nadal nie dostrzegli Farry.
- Eee, jest po prostu jego chrzestną, tak? Ale nie mają wspólnych krewnych? Bo jeśli tak, to jest to w chuj niepokojące.
- Nie mają, ale to i tak dziwne. - Głos jej zadrżał. - Jest jej pracownikiem i synem najlepszej przyjaciółki.
Blake się skrzywił.
- No to już wiemy, dlaczego dostał ten awans.
Matt jako pierwszy zauważył Farrę. Otworzył szeroko oczy, ale szybko się opamiętał i zrobił nonszalancką minę. Zabrał rękę z talii Kelly i wyszeptał coś kobiecie na ucho, a ta chwilę później wbiła spojrzenie w swoją byłą pracownicę.
Kelly była całkiem ponętna jak na kobietę w średnim wieku. Miała lśniące brązowe włosy, kobiece kształty i bardzo delikatny botoks na twarzy, dzięki któremu jej skóra była gładka i wolna od zmarszczek. Za to jej oczy wyglądały niczym ślepia węża, ciemne i pozbawione ciepła.
Blake'owi wystarczyło jedno spojrzenie, żeby ją znienawidzić.
- Farra. - Kelly podeszła do ich stolika razem z Mattem. - Nie spodziewałam się ciebie tutaj.
- A ja nie spodziewałam się tu c i e b i e. I to z Mattem. - Farra rzuciła byłemu współpracownikowi gniewne spojrzenie, od którego jego uszy aż się zaróżowiły.
- To mój chrześniak. Mieszka u góry. Pomagałam mu z... taką jedną sprawą - oznajmiła tonem równie chłodnym co powietrze lecące z klimatyzacji.
Blake nigdy wcześniej nie wpadł na Matta, ale wszyscy dobrze wiedzieli, czym była ta "jedna sprawa", o której wspomniała Kelly.
- Brakuje nam cię w biurze. - Kelly kłamała jak z nut. - Gdzie teraz pracujesz?
Farra zabrała rękę i wzięła duży łyk kawy.
- Aktualnie jestem freelancerką. Po pracy w KBI uznałam, że kariera w korpo nie jest dla mnie.
- Rozumiem. - Szeroko się uśmiechnęła. - A od jakich firm dostałaś propozycje? Przyjaźnię się z wieloma projektantami w mieście. Może szepnę im o tobie na ucho i zaproponują ci takie stawki, że zmienisz zdanie. Jesteś naprawdę utalentowana.
Mimo słów otuchy Kelly i tak przypominała kobrę gotową do ataku.
Stojący obok Matt przeczesał włosy dłonią. On czuł przynajmniej choć trochę wstydu.
Farra zbladła. Właśnie coś pojęła. Olśniło ją. Blake dostrzegł błysk w jej oku, ale nie wiedział, o co chodzi.
- Dzięki, ale nie trzeba. - Wstała z krzesła. - Mamy coś do załatwienia na mieście, więc zostawimy was w spokoju. W każdym razie fajnie było na was wpaść.
Blake ruszył za Farrą w stronę windy. Wcisnęła przycisk z numerem jego piętra tak mocno, że aż się zdziwił, że się nie popsuł.
- Byłaś dla nich o wiele milsza, niż ja bym był na twoim miejscu - stwierdził. - Co za dupki. Znam kogoś, kto zna kogoś innego. Jeśli wiesz, o co mi chodzi. Mógłby załatwić to szybko i po cichu.
Jego żart ewidentnie nie siadł.
Farra wpatrywała się w przestrzeń z kamienną twarzą.
- To jej sprawka.
- Co?
- To przez Kelly żadna firma nie odpowiedziała na moje CV. - Blake zauważył, że Farra jest lekko roztrzęsiona, ale nie z nerwów, a ze złości. - Robi mi koło pióra. Rany, nie wierzę, że wcześniej na to nie wpadłam. Oczywiście, że Kelly jest wystarczająco mściwa i małostkowa, żeby posunąć się do czegoś takiego. Kiedy zatrudniłam się w KBI, pracowała tam taka starsza architektka. Julie. Załapała się na listę pięćdziesięciu najbardziej obiecujących nowych architektów w mieście. Kelly nie mogła tego znieść, mimo że sama i tak nie mogłaby znaleźć się na tej liście, bo jest w tej branży już od dawna. Zwolniła Julie, obgadała ją z przedstawicielami różnych firm, zasugerowała między innymi, że Julie kradnie pomysły innych, i zmusiła ją tym samym do przeprowadzki z powrotem do Michigan. Wtedy byłam jeszcze świeżakiem i nadal wpatrywałam się w Kelly jak w obrazek. Myślałam, że mówi prawdę. Ale z perspektywy czasu... - Potrząsnęła głową.
Dzwonek windy.
- To serio możliwe?
Blake nie znał się za bardzo na architektonicznym półświatku, ale reality show, które widział, podpowiadało mu, że takie rzeczy naprawdę miały miejsce. Niektórzy ludzie to kompletni odklejeńcy.
- Jest najbardziej wpływową i najbardziej szanowaną projektantką wnętrz w Nowym Jorku - odparła beznamiętnie Farra. -Siedzi w zarządzie Narodowego Stowarzyszenia Architektów Wnętrz. Ludzie wierzą we wszystko, co im mówi.
- A do tego pieprzy się ze swoim chrześniakiem i pracownikiem.
- Nie mamy na to dowodów, a znając Kelly, zatrze po sobie ślady. - Farra jęknęła z frustracji. - Ludzie mają rację. Lepiej nie poznawać osobiście swoich idoli, bo to zawsze kończy się zawodem. Wiedziałam, że nie należy do najmilszych ludzi na świecie, ale nie pomyślałabym, że... - Przetarła oczy, a Blake otworzył drzwi do swojego mieszkania. - Ciekawe, co nawymyślała na mnie.
- Bardzo ci współczuję. - Blake był zły w obliczu własnej bezradności. - Mogę zagadać do Landona. Jest jednym z większych klientów KBI.
Ale to się niedługo zmieni. Blake mógł się założyć, że wyrzuci ich na zbity pysk, i to bez zbędnych pytań. Miał przeczucie, że Landon sam nie jest największym fanem Kelly Burke.
- Nie. - Farra wzięła głęboki wdech. - Nie chcę zawracać mu głowy takimi głupotami. Już i tak ma dużo spraw, zresztą tak jak i ty. Niedługo otwierasz bar w Nowym Jorku, a potem w Miami... Nie przejmuj się tą sprawą. To moje życie. Coś wymyślę.
- Hej. - Blake ujął jej twarz w dłonie. - To nie są żadne głupoty. Tak jak mówisz, to twoje życie. Twoja kariera. Zrobię wszystko, żeby ci jakoś pomóc. Powiedz tylko słowo.
- Dziękuję. - Farra przetarła dłonią oko. - Możemy na razie zostawić ten temat? Chcę zjeść pastelitos i obejrzeć jakieś tragiczne reality show. Z Kelly policzę się później.
- Jak sobie życzysz.
Blake i Farra spędzili resztę niedzieli na pałaszowaniu pysznych wypieków oraz chińszczyzny i oglądaniu Miłość jest ślepa na Netfliksie. Blake miał strasznie dużo roboty. Nie pamiętał, kiedy ostatnio pozwolił sobie na tak nieproduktywny dzień. Nagle Farra oplotła jego rękę swoją. Zrobiła to po raz pierwszy od pięciu lat. Wtedy zrozumiał, że było warto.
Rozdział 28
Gdyby Farra włożyła w to trochę wysiłku, to mogłaby wykorzystać wiedzę o tym, że Kelly pieprzy się ze swoim chrześniakiem (a zarazem pracownikiem) przeciwko niej i zrujnować jej karierę. Co prawda Kelly nie była zamężna, ale gdyby jej romans wyszedł na jaw, dotychczas nieskazitelna reputacja kobiety zostałaby zszargana.
Farra była gotowa się do tego posunąć. Napisała nawet wersje robocze anonimowych maili do różnych serwisów plotkarskich i konkurencji Kelly, w których dzieliła się swoim odkryciem. Usunęła je jednak tuż przed kliknięciem "Wyślij".
Nie była taką osobą. Nie lubiła robić scen ani się mścić. Nie zamierzała zniżać się do poziomu swojej byłej szefowej. Poza tym Farze brakowało niezbitych dowodów na to, że Kelly faktycznie spiskowała przeciwko niej, mimo że było to najprostsze wyjaśnienie jej obecnej sytuacji na rynku pracy.
Farra wierzyła w karmę. Jeżeli jej była pracodawczyni rzeczywiście robiła jej koło pióra, to z pewnością wszechświat ją ukarze.
Po popołudniu spędzonym na pogrążaniu się w smutku Farra postanowiła włożyć całą swoją energię w nowy projekt. Skończyła obmyślać złowieszczy plan, jak pogrążyć Kelly, jakby była jakimś złolem z filmu. Całe szczęście jej byłej szefowej nie udało się oczernić Farry przed wszystkimi na Manhattanie i nadal była w stanie znaleźć wystarczająco wielu klientów, żeby przeczekać ten trudny okres. Wystarczyło tylko, by mocno przyłożyła się do poszukiwań.
Świetnie współpracowało jej się z Yuliyą (modelką). Jej apartament był mały i tak naprawdę potrzebowała raczej dekoratorki, a nie projektantki wnętrz. Dekoratorzy skupiali się wyłącznie na estetyce wnętrza. Projektanci dodatkowo troszczyli się o planowanie przestrzenne i kwestie budowlane. Farra nie musiała poświęcić zbyt dużo czasu, żeby przygotować dla Yuliyi wizualizację, na której widok radośnie wykrzyknęła coś po rosyjsku.
- Szybko wróciłaś. - Farra uniosła głowę znad laptopa, gdy usłyszała trzaśnięcie drzwi wejściowych, a zaraz potem Olivia wmaszerowała do mieszkania w zielonej sukience kopertowej i czarnych szpilkach z paseczkami. - Randka się nie udała?
Olivia zaliczyła rekordową liczbę randek po Święcie Niepodległości. Żaden nieszczęśnik nie dotrwał do czwartego spotkania.
- Było w porządku. - Zrzuciła szpilki i postawiła je pomiędzy swoimi czarnymi botkami i czarnymi sandałami. Obuwie na stojaku na buty przy wejściu, podobnie jak reszta rzeczy w ich mieszkaniu, było ułożone według kolorów, zgodnie z dokładnymi wytycznymi Olivii. - Ale faceci pracujący w finansach są nudziarzami. Lubię swoją pracę, ale to nie znaczy, że chcę rozmawiać o arkuszach kalkulacyjnych nad talerzem bucatini alla carbonara.
Usta Farry zadrgały.
- To może powinnaś wyjść poza finansowy półświatek w kwestiach randkowania.
- Nie znoszę hipsterów. - Olivia machnęła dłonią. - W Nowym Jorku można wybierać tylko spośród maklerów, hipsterów i próżnych modelów czy trenerów fitnessu.
- Generalizujesz.
- Ale to nie znaczy, że nie mam racji. - Klapnęła na kanapę obok Farry. - A jak tobie minął wieczór? Gdzie twój kochaś?
- B l a k e leci właśnie do Austin na urodziny swojego taty.
- Ale z niego dobry syn. - Olivia chwyciła chipsa z otwartej paczki laysów o smaku soli i octu leżącej na stoliku kawowym. - Ale nie wierzę, że nie zabrał cię ze sobą.
- To jeszcze nie ten etap naszego związku.
- Związku? - Na twarzy Olivii pojawił się złośliwy uśmieszek. - Nie wiedziałam, że jesteś z Blakiem w z w i ą z k u.
Farra oblała się rumieńcem.
- Nie jestem. Tak mi się tylko powiedziało.
Nie wiedziała, jak określić ich relację. Dwa tygodnie temu, gdy wpadli na Kelly i Matta, coś się między nimi zmieniło. Oficjalnie byli przyjaciółmi z korzyściami. Farra w pełni zdawała sobie jednak sprawę z ciepła, które rozchodziło się w jej sercu, gdy Blake był w pobliżu.
Czuła się tak, jak pięć lat temu. Wiedziała, co to oznacza, ale nie chciała powiedzieć tego na głos.
Rozległ się dźwięk dzwonka jej telefonu, a na ekranie pojawiło się imię Blake'a. I ot tak, znowu poczuła ciepło w klatce piersiowej.
Niedobrze.
- Hej. - Farra modliła się w duchu, żeby Blake nie usłyszał jej trzepoczącego serca.
- Hej, właśnie wylądowałem w Austin i pomyślałem, że zadzwonię i zapytam, co u ciebie słychać - powiedział głębokim, aksamitnym głosem, który wyraźnie odcinał się na tle lotniskowego gwaru i ogłoszeń planowanych odlotów.
Farra przygryzła wargę i powstrzymała się od uśmiechu.
- Nie zmieniło się zbyt wiele, odkąd rano wyleciałeś.
- Nie usychasz z tęsknoty? Nie pomstujesz do nieba, że nie ma mnie obok? - Rozczarowany cmoknął językiem. - Czuję się urażony.
Przewróciła oczami.
- Oj tak, straszliwie usycham z tęsknoty. Nie masz pojęcia, jak bardzo. Właśnie wpatruję się w twoje zdjęcie i zastanawiam się, jak ktoś może być tak idealny jak ty.
- I to rozumiem - powiedział Blake, przeciągając samogłoski. - Co powiesz na seks przez telefon wieczorem? Zamiast zadowalać się, patrząc na moje zdjęcie, możesz też posłuchać mojego głosu.
Farra nie była do końca przekonana, czy Blake wie, że tylko żartowała, a tym bardziej nie wiedziała, czy o n teraz żartował.
- Czyli tak naprawdę zadzwoniłeś, żeby złożyć mi tę jakże kuszącą propozycję? - Machnęła ręką na Olivię, która wykonała właśnie palcami gest nieprzystojący żadnej damie.
"Ile ty masz lat", powiedziała bezgłośnie.
Olivia wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się szelmowsko.
- Nie planowałem tego, ale teraz już się na to nastawiłem. - Głos Blake'a na chwilę osłabł. Pewnie jego telefon miał kiepski zasięg. -Tak naprawdę to chciałem zapytać, czy przywieźć ci coś z Austin. Z tego, co wiem, nie ma tu pastelitos, ale znam kawiarnię, w której sprzedają przepyszną ziarnistą kawę własnej roboty.
Farra się rozpłynęła.
- Nie musisz mi nic kupować.
- Ale chciałbym. To co, kawę? Mógłbym zrobić ci niespodziankę, ale w kwestiach jedzenia i picia... lepiej dmuchać na zimne.
- Kawa to świetny pomysł - odpowiedziała mimo guli w gardle.
- Ekstra. Dobra, uciekam, bo siostra już mierzy mnie wzrokiem za to, że ją ignoruję. - Blake obniżył głos. - Pamiętaj o naszych planach na wieczór. Napisz, jak będziesz już miała na sobie to czarne koronkowe body.
- Do usłyszenia, Blake.
Zaśmiał się.
Farra się rozłączyła i z głupawym uśmieszkiem na twarzy wbiła wzrok w sufit.
- O, kochanie. - Olivia westchnęła. - Wpadłaś po uszy.
Nie próbowała nawet zaprzeczać. Obie wiedziały, że ma rację.
Rozdział 29
Zalety wyjazdu Blake'a do Austin: zobaczenie się z mamą i siostrą, epicki grill i genialny, wieczorny seks przez telefon.
Wady: wszystko inne.
Problemy zaczęły się na przyjęciu urodzinowym Joe Ryana z okazji jego pięćdziesiątki. To była dosyć standardowa impreza na ich małych przedmieściach na Cedar Hills: były hamburgery, chipsy, dzbanki z lemoniadą na chybotliwym stoliku piknikowym, goście z zaróżowioną od prażącego słońca skórą, ubrani w koszule polo i szorty, plotki o miejscowych skandalach i muzyka na żywo w wykonaniu syna sąsiadów, który chciał zostać gwiazdą country.
Po niezmiernie nudnej rozmowie z Harperami o najlepszych modelach kosiarek Blake uciekł do kuchni, gdzie jego mama i siostra przygotowywały świeżą porcję przekąsek. No dobra, całą robotę odwalała jego mama, bo Joy była zajęta scrollowaniem telefonu i pałaszowaniem nachosów.
Blake uniósł brew.
- Widzę, że jesteś megapomocna.
- Spadaj. - Joy wystawiła język. - Ty też nie jesteś szczególnie skory do pomocy.
- Mamo, mogę coś dla ciebie zrobić po tym, jak doniosę więcej chipsów na stół? - zapytał z szerokim uśmiechem na twarzy. - Przesunął miskę z nachosami poza zasięg Joy, ignorując jej jęk oburzenia.
Helen Ryan gromko się zaśmiała.
- Och, nie trzeba, słonko. Ale doceniam, że się zaoferowałeś. Wciąż pamiętam, jak ostatnim razem skończyła się twoja pomoc w kuchni. - Poklepała go po policzku. - Słodziak z ciebie, ale wiem, że robisz to tylko po to, by utrzeć siostrze nosa.
Pomoc to pomoc.
A tak poza tym, skąd Blake miał wiedzieć, czym różni się proszek do pieczenia od sody oczyszczonej? Miał wtedy zaledwie siedemnaście lat.
- Ech, nie mów mu tak, bo tylko go jeszcze bardziej zachęcisz, mamo. - Joy wyciągnęła się wzdłuż stołu, próbując dostać się do nachosów, ale Blake przesunął je jeszcze dalej, za co otrzymał kolejne gniewne spojrzenie. - To, że wrócił do domu po raz pierwszy od wielu miesięcy, nie znaczy, że musisz go rozpieszczać. To drań.
- Chyba ty.
- Wcale, że nie.
- Właśnie, że tak.
- Dzieci! Proszę was... - zrugała ich Helen. - Jesteście dorośli. Zachowujcie się, jak na wasz wiek przystało.
- To ona zaczęła - powiedział Blake.
- To on zaczął - powiedziała Joy w tym samym momencie.
Ich mama pokręciła głową ze zrezygnowaniem.
- A podobno dzieci tak szybko dorastają - burknęła pod nosem. - Joy, zanieś na zewnątrz lemoniadę. A ty, Blake, daj to Joe. To jego ulubiony przysmak. - Podała mu talerz kulek serowych w kształcie piłek futbolowych z chrupiącym boczkiem.
Blake wykrzywił twarz w grymas. Zamienił z ojcem raptem trzy słowa, odkąd wczoraj przyleciał: "Cześć" i "Wszystkiego najlepszego". Joe nie miał ochoty rozmawiać ze swoim jedynym synem, a Blake w pełni odwzajemniał to uczucie.
Helen wyczuła jego niechęć.
- Ma dzisiaj urodziny - przypomniała synowi. - Spróbuj się z nim dogadać, dobrze?
- Dobrze - bąknął.
- Super. Kocham cię, słonko. - Uścisnęła jego wolną dłoń. - Dobrze mieć cię znowu w domu.
Blake złagodniał.
- Ja ciebie też kocham.
Miał wyrzuty sumienia, że nie przyjeżdża częściej do domu. Szczerze mówiąc, poza napiętą atmosferą między nim a jego tatą, było całkiem fajnie. Spędził wczorajszy dzień, pomagając rodzinie wysprzątać dom i opróżnić garaż. To była prosta, niewymagająca myślenia robota, ale działała na Blake'a wręcz kojąco. A potem bindżował z Joy serial randkowy Too Hot to Handle na Netfliksie. Był taki beznadziejny, że nawet dobrze się to oglądało. Poza tym mama Blake'a pichciła tak dobre rzeczy, że od przejścia przez próg co chwilę zajadał się jakimiś specjałami.
- Ale z ciebie dupowłaz - rzuciła Joy, gdy wyszli z przyjemnie chłodnej kuchni z klimą na skąpane w słońcu podwórko.
- Po prostu jesteś zazdrosna, że jestem ulubieńcem mamy. - Blake wrzucił do ust kulkę serową. Było ich tak dużo, że jego tata na pewno nie będzie płakał po stracie tej jednej.
- Dobre sobie. Wszyscy wiedzą, że ja jestem oczkiem w głowie rodziców. Powodzenia z tatą. - Głos Joy był słodszy od lemoniady, którą odstawiła na stolik piknikowy.
Blake zwęził oczy w szparki.
- Gdybym mógł cię wydziedziczyć, to już dawno bym to zrobił. Wiesz co? Zaraz ogarnę formalności.
Joy chwyciła się teatralnie za serce, udając przerażenie.
- Ale twoje życie byłoby beze mnie strasznie nudne.
- Nieprawda.
- Idź już. - Popchnęła go w stronę Joe, który rozmawiał ze swoimi kumplami od pokera pod dębem na rogu. - Mama mówi, że zachowujemy się jak dzieci, ale tak naprawdę to ty i tata się tak zachowujecie. - Postukała się palcem po podbródku. - Hmm. Przynajmniej macie jakiś wspólny mianownik.
- Wydziedziczona! - krzyknął przez ramię. - I nawet nie pytaj, czy możesz u mnie nocować, jeśli kiedyś przylecisz do Nowego Jorku.
Joy w odpowiedzi jedynie się zaśmiała.
Blake stracił cały humor i ściągnął usta w wąską kreskę, gdy podszedł do swojego taty. Czy to normalne, że synowie nie chcą rozmawiać z ojcami? Pewnie nie.
Ale obiecał mamie, że chociaż spróbuje.
- Cześć, tato - zaczął, przerywając mu rozmowę o ostatnim sezonie futbolowych rozgrywek. - To dla ciebie.
Joe przejął talerz, nawet na chwilę nie spoglądając na Blake'a.
- Dzięki. - W powietrzu zawisła ciężka, gęsta atmosfera.
- Blakey! Dawno cię nie widziałem. - Max, niski, przysadzisty mężczyzna z wielkim piwnym brzuszkiem i jeszcze większym tupetem położył swoje łapsko na ramieniu Blake'a. Ze wszystkich kumpli ojca Blake nie znosił Maxa najbardziej. - Austin to za niskie progi na królewicza nogi?
Blake zacisnął szczęki, ale po chwili je rozluźnił i uśmiechnął się fałszywie.
- Otwieram niedługo bar w Nowym Jorku, więc nie miałem ostatnio zbyt dużo czasu na wpadanie w odwiedziny.
- W Nowym Jorku, ta? - Na twarzy Maxa pojawił się paskudny uśmieszek. - W prawdziwej metropolii. Nasze skromne przedmieścia pewnie wydają ci się nudne w porównaniu do Times Square i innych tego typu miejsc.
Żaden szanujący się nowojorczyk nie wybrałby się sam z siebie na Times Square, czyli do turystycznego centrum miasta, ale Blake nie zamierzał marnować siły na tłumaczenie tego Maxowi.
- Austin też nie jest małym miastem.
- A czy ja mówiłem coś o Austin? Chodzi mi o Cedar Hills. Miasto i obrzeża to dwa różne światy. - Max ssał kostkę lodu. - Co tam w ogóle sprezentowałeś ojcu na jego pięćdziesiątkę, co? To okrągła rocznica. Nowy dom? Nowy samochód? Przecież cię na to stać.
- Zobaczysz niedługo. Nie chcę zepsuć niespodzianki - powiedział beznamiętnie Blake.
Kupił tacie zegarek ze specjalnym grawerem, wart pięć tysięcy dolarów. Na pewno i tak skończy zakurzony na dnie jednej z szuflad. Joe nigdy nie używał prezentów od syna.
Prawdę mówiąc, Blake chętnie kupiłby rodzicom nowe lokum. Mieszkali w ładnym, ale dosyć starym domu z garażem, który praktycznie co roku wymagał napraw. Joe i Helen mieszkali tu jednak od paru dekad i za nic nie chcieli się przeprowadzić, więc Blake w końcu przestał ich namawiać.
Ale to nie była w ogóle sprawa Maxa. Blake nie zamierzał marnować na niego czasu.
- Dobra, dobra. - Mężczyzna się zaśmiał. - Hej, załatwiłbyś mi zniżkę w tych swoich Legendach? W końcu jestem przyjacielem twojej rodziny, co nie?
- Jasne. - Po moim trupie.
- A skoro mowa o Legendach, powinniśmy się tam wybrać na pierwszy mecz NFL tego sezonu - zaproponował Phil, kolejny z kumpli Joe. - Uwielbiam ten bar.
Tym razem uśmiech Blake'a był szczery.
- Miło to słyszeć.
- Po co? - Joe zajadał się kulkami serowymi. - Po jakiego grzyba jechać aż do centrum, skoro możemy obejrzeć mecz u ciebie w domu? Tak jak zawsze. Tym bardziej że dopiero co kupiłeś nowy telewizor.
Krew w żyłach Blake'a zaczęła się gotować, bliźniąc jego wnętrzności.
Czy ty sobie ze mnie, kurwa, kpisz?
Ojciec Blake'a nie chciał uczestniczyć w otwarciach kolejnych barów? W porządku. Nie chciał do nich w ogóle chodzić? Trudno. Ale czy musiał zniechęcać swoich kumpli do wspierania interesu własnego syna i to jeszcze n a j e g o o c z a c h? Przegięcie pały.
- To jakieś dwadzieścia minut drogi i jest tam więcej niż jeden telewizor - żachnął się Blake. - Wiedziałbyś o tym, gdybyś choć raz postawił tam swoją nogę.
Wszyscy zamilkli. Nawet wiatr przestał wiać.
- Eee, to ja może... skoczę po kolejne piwko. - Phil powoli się wycofał.
- A ja skoczę się wysrać - obwieścił bezceremonialnie Max.
Jeden po drugim znajomi ojca Blake'a uciekli z ogrodu.
- Co to miało znaczyć? - Powieka w lewym oku Joe zadrgała, co świadczyło o tym, że porządnie się wkurzył.
- Powinienem zadać ci to samo pytanie. - Blake czuł wzbierający w nim gniew, ale wciąż nad nim panował. - Możesz mnie obsmarowywać za moimi plecami, ale mógłbyś przynajmniej przed swoimi kolegami udawać, że mnie wspierasz.
- Nie bądź taki delikatny - zbył go Joe. - Poza tym nie potrzebuję twoich pieniędzy.
- Nie chodzi o kasę.
- To o co chodzi?
Blake powinien odpuścić. Jego tata obchodził urodziny, a on nie chciał zepsuć wszystkim zabawy. Kiedy jednak tak długo chowa się do kogoś urazę i ten ktoś wyprowadzi cię z równowagi, trudno jest przejść nad tym do porządku dziennego.
- O to, że nigdy nie jesteś po mojej stronie - wysyczał Blake. - Nie wspierałeś mnie, gdy rzucałem futbol ani kiedy próbowałem rozkręcić interes, i teraz też mnie nie wspierasz. Jesteś zgorzkniały, bo nie spełniłem twoich marzeń o zostaniu gwiazdą NFL. Marzeń, których sam nie mogłeś spełnić. Nie możesz znieść tego, że odniosłem sukces na innej ścieżce kariery. Spójrzmy prawdzie w oczy: chciałeś, by mój bar sportowy okazał się porażką, żebyś mógł mi to potem wytknąć i powiedzieć, że miałeś rację. Ale przede wszystkim boli mnie to, że jesteś takim gównianym ojcem.
Joe zbladł, a chwilę potem zrobił się cały czerwony. Wyglądał, jakby dostał zawału serca. Wyszła mu pulsująca żyła na czole, ale ani nie przyznał się do winy, ani nie zaprzeczył. Nie odezwał się słowem.
Zrobił to za niego ktoś inny.
- Blake.
Od chłodnego tonu matki Blake'a przeszły ciarki po plecach. Przełknął z trudem ślinę i się odwrócił. Jego mama i siostra stały w drzwiach z przerażeniem wymalowanym na ich twarzach. Joy opadła szczęka, a Helen miała łzy w oczach.
Raczej nie to miała na myśli, gdy powiedziała, żeby s p r ó b o w a ł się dogadać z ojcem.
Kurwa.
Joy wysłała Blake'a do supermarketu, żeby "ochłonął i wyciągnął głowę z własnej dupy". Zgodził się bez zająknięcia. Zrobiłby wszystko, żeby znaleźć się jak najdalej od kamiennego oblicza ojca i zapłakanej mamy.
Gdyby jeszcze istniał jakiś magiczny sposób na to, by pozbyć się zżerającego go poczucia winy.
Powinien był trzymać dziób na kłódkę. Z jednej strony fajnie było w końcu wygarnąć ojcu, ale z drugiej to były jego urodziny, a on w dodatku zrobił to na oczach całego sąsiedztwa. Będą plotkowali o tym przez kolejnych kilka miesięcy. A najgorsze jest to, że Blake zepsuł weekend mamie i siostrze.
- Kurwa.
Blake oglądał produkty w zamrażarkach. W koszyku miał już tyle jedzenia i przekąsek, że mógłby nimi wyżywić czteroosobowe gospodarstwo domowe przez rok, ale i tak dorzucił jeszcze lody wodne o smaku truskawek i kiwi (ulubione siostry) i miętowe z kawałkami czekolady (ulubione mamy).
Potem zajrzał na chwilę do alejki z piwem i wrzucił do koszyka sześciopak budweisera. Wmawiał sobie, że robi to zarówno dla swojego zdrowia psychicznego, jak i ojca, ale osobiście wolałby kupić stellę.
Zadowolony z tego, że znalazł wszystko, po co przyszedł, skręcił w kolejną alejkę i wpadł na kogoś.
- Przeprasz... - Słowo zamarło mu w gardle.
Znacie powiedzenie "z deszczu pod rynnę"? Tutaj pasowało jak ulał.
Nawet tak potężnie zjebany dzień nie był w stanie przygotować go na spotkanie z dziewczyną, która przed nim stała.
Nadal był w szoku, ale wypowiedział szeptem jej imię:
- Cleo.
Rozdział 30
Spoglądała na niego swoimi zielonymi oczami. Chyba też była oszołomiona.
- Blake?
Cleo Bowden.
Jego była dziewczyna. Była narzeczona. I była matka jego dziecka.
Minęły cztery lata, odkąd ostatnio się widzieli, a ich ostatnia rozmowa była tak wymuszona i niezręczna, że sprawiała mu fizyczny ból. To było tuż przed tym, jak Cleo przeniosła się do innej szkoły i zamieszkała w Atlancie, gdzie mieszkali też jej dziadkowie. Rodzice Cleo uznali, że wyjazd dobrze jej zrobi i pomoże jej zapomnieć o tym, co się stało. Była cieniem dawnej siebie. Ból spowodował, że stała się wycofana, a Blake uderzył wtedy o dno. Wyrzuty sumienia i nienawiść do samego siebie nie dawały mu spokoju.
Byli dwoma wrakami połączonymi przez tragedię. Nigdy nie powinni byli się ze sobą schodzić.
- Nie wiedziałem, że jesteś w Austin - wykrztusił z siebie z trudem Blake.
Czy jego rodzina o tym wiedziała? Na pewno nie. Gdyby wiedzieli, toby go o tym poinformowali. Poza tym oni też stracili kontakt z Cleo, i to dawno temu. Ich rodziny nie mogły spojrzeć sobie w oczy po tym, jak straciły jednego ze swoich członków.
I to przeze mnie.
- Przeprowadziłam się tu z powrotem kilka miesięcy temu. - Cleo wyglądała dobrze. Wręcz promieniała. Jej figura i twarz były teraz bardziej kobiece niż za czasów studiów, za to jej kocie oczy i ciemne loki nic się nie zmieniły. - Po tym, jak... - Wskazała na siebie i się zarumieniła.
Blake potrzebował chwili, żeby pojąć, o co chodzi, a gdy to zrobił, jego serce na chwilę się zatrzymało.
Cleo była ubrana w długą, zwiewną sukienkę, która dobrze to maskowała, ale gdy lepiej się przyjrzał, wyzbył się wszelkich wątpliwości. Miała ciążowy brzuszek.
- Przykro mi. - Z oczu lekarza dało się wyczytać współczucie, a Cleo ścisnęła Blake'a za dłoń tak mocno, że ten aż się wzdrygnął. - Obawiam się, że nie może mieć pani dzieci.
- Jak?
Blake nie wierzył w cuda, a przecież na własne uszy słyszał, co powiedział jej wtedy lekarz. Po wypadku samochodowym Cleo stała się bezpłodna. Jej jajowody zostały zbyt poważnie uszkodzone. A jednak właśnie roztaczała aurę, którą roztaczały jedynie kobiety przy nadziei.
Cała ta sytuacja była surrealna.
- IVF. In vitro. Za pierwszym razem się nie udało. A za drugim, na przekór wszystkiemu, już tak. - W jej oczach wezbrały łzy. - To prawdziwy cud, co?
- Tak - odpowiedział z trudem Blake mimo guli w gardle. - Gratulacje, cieszę się, że ci się udało. - Mówił prawdę. Największe wyrzuty sumienia miał właśnie dlatego, że wiedział, że spieprzył przyszłość Cleo i zrujnował jej marzenia o założeniu rodziny. Teraz poczucie winy trochę ustąpiło. Nadal gnieździło się w jego brzuchu, ale mimo wszystko zrobiło mu się nieco lżej. - Kto jest ojcem?
Uszy Cleo się zaróżowiły.
- Mój księgowy. Wiem, co sobie pewnie myślisz - dodała. - Ale jest naprawdę uroczy. I ustatkowany. A ja potrzebuję teraz stabilizacji w życiu. - Założyła kosmyk włosów za ucho, a jej diamentowy pierścionek zabłyszczał w świetle lamp sklepowych. - Wzięliśmy ślub w zeszłe wakacje - wyjaśniła, gdy dostrzegła pytający wyraz twarzy Blake'a. - Przeprowadziliśmy się do Austin, gdy zaszłam w ciążę, bo moi rodzice chcieli mnie mieć blisko siebie, a ze względu na pracę taty nie mogli przenieść się do Georgii. No i dlatego tutaj jestem.
- No i fajnie.
Na moment zapadła między nimi niezręczna cisza, ale później oboje nerwowo się zaśmiali.
- Rany, co za obłęd. - Blake przejechał dłonią po swojej twarzy. - Cieszę się, że wszystko ci się układa. Wiesz... nieraz zastanawiałem się, jak się trzymasz.
Krew. Metal. Krzyki.
W głowie Blake'a znowu pojawiły się niewyraźne wspomnienia tego wieczoru.
- Przez jakiś czas było ze mną bardzo źle - przyznała Cleo. - Musiałam zrobić sobie nawet przerwę od nauki. Jakaś cząstka mnie zawsze będzie pogrążona w żałobie... - Przełknęła ślinę. - Utrata dziecka nie jest czymś, z czym można się kiedykolwiek pogodzić, ale odnalazłam spokój. - Przyjrzała się bacznie swojemu byłemu chłopakowi. - A ty? Jak się czujesz?
- W porządku.
- Podobno zostałeś prawdziwym królem barów sportowych. - Uniosła kąciki ust w delikatnym uśmiechu.
- Czy ja wiem - odpowiedział, mimo że był w pełni świadomy, że Legendy nie miały obecnie żadnej poważnej konkurencji.
- Już nie bądź taki skromny. Nigdy nie byłeś w tym dobry - zażartowała, po czym zaczęła bawić się swoim koszykiem z zakupami. - Słuchaj, Blake. Przez ostatnie lata miałam dużo czasu, żeby przemyśleć sobie różne sprawy, i jest coś, co chciałabym ci powiedzieć. Coś, o czym powinnam była ci powiedzieć już dawno temu.
W jej oczach pojawiła się skrucha. To nie miało żadnego sensu. Dlaczego miałaby się czuć w jakiejkolwiek kwestii winna? To Blake siedział za kółkiem. To on nalegał, żeby wrócili do domu Cleo po tym, jak wdał się w jakąś głupią kłótnię ze swoim ojcem. Widział, że szalała burza, a deszcz tak zacinał, że nie słyszał własnych myśli. Zjechał z drogi, żeby nie zderzyć się z jeleniem, i wpadł prosto w drzewo, przez co zabił swojego nienarodzonego syna i swój związek za jednym zamachem.
Oczywiście nie zrobił tego specjalnie, ale był winny. Jego sumienie nie dawało mu spokoju od czasu wypadku. Tym bardziej że wciąż pamiętał, o co się modlił. Obudził się raz o trzeciej w nocy zlany potem i wpadł w panikę, że zostanie ojcem w wieku dwudziestu dwóch lat. Skierował wtedy niemą prośbę do niebios.
Proszę, niech ktoś mnie uratuje przed tym losem.
Tydzień później doszło do wypadku.
Blake nie pomyślał, że może dojść do poronienia. W ogóle nie mógł o niczym myśleć. Był przerażony i wymęczony. Nie należał do szczególnie religijnych osób, a mimo to się zastanawiał, czy Bóg nie ukarał go w taki pokrętny sposób za jego samolubną, zarozumiałą i niedopuszczalną modlitwę.
- Mógłbyś odwiedzić mnie dzisiaj wieczorem w moim starym domu? - Cleo rozejrzała się dookoła. - Nie chcę rozmawiać o tym tutaj.
Dawny dom Cleo. Podwórko, na którym przesiadywali, gdy byli nastolatkami. Stare dobre czasy, gdy łączyła ich jedynie przyjaźń. Nieraz huśtali się całą noc, wpatrując się w gwiazdy i rozmawiając o tym, jak będzie wyglądała ich przyszłość.
Żadne z nich nie spodziewało się wtedy, jak potoczą się ich losy.
- Jasne.
Ciekawość zżerała go od środka. Zanim zdążył jednak dopytać o więcej informacji, poczuł intensywną woń old spice'a. Blake aż się na to wzdrygnął. Znał tylko jedną osobę, która tak pachniała.
- Blake Ryan. - Daniel Bowden patrzył na niego tak gniewnym wzrokiem, że Blake mógłby od niego spłonąć. - Nie wiedziałem, że znowu cię tu przywiało.
- Tato - wysyczała Cleo.
- Skarbie, idź i pomóż mamie z pakowaniem zakupów przy kasie.
- Tato, zostaw go w spokoju. Wpadliśmy na siebie przez przypadek.
- Idź, Cleo.
Zazgrzytała zębami, ale usłuchała ojca. "Plac zabaw, ósma wieczorem", powiedziała bezgłośnie za jego plecami.
Blake zamrugał na znak, że ją zrozumiał.
Gdy Cleo znalazła się poza zasięgiem słuchu, Daniel wbił palec wskazujący w klatkę piersiową Blake'a. Większość ludzi uważała go za onieśmielającego. Miał niemal dwa metry wzrostu, był umięśniony i płonął w nim ogień. Skierował całą swoją negatywną energię na eks swojej córki.
Lubił Blake'a, gdy był jeszcze z Cleo. Kiedy jednak złamał jej serce, znienawidził go. Po wypadku zaczął nim dosłownie g a r d z i ć. Ich relacje poleciały na łeb, na szyję. A jeśli Daniel Bowden miał do czegoś w życiu smykałkę, to do chowania urazy.
- Dzień dobry...
- Zamknij się - warknął Daniel. - I trzymaj się z daleka od mojej córki. Nie chcę, żebyś z nią rozmawiał. Nie chcę nawet, żebyś s p o g l ą d a ł w jej stronę. Już wystarczająco mocno ją skrzywdziłeś. Nareszcie znalazła sobie kogoś, kto traktuje ją tak, jak na to zasługuje. Nie pozwolę ci tego zepsuć.
- Nie zamierza...
Daniel mówił dalej, jakby w ogóle go nie słyszał, a jego kolejne słowa zmroziły Blake'owi krew w żyłach:
- Bawiłeś się jej uczuciami, odkąd skończyłeś osiemnaście lat. Nie pozwolę, żebyś znowu zniszczył jej życie. Bo właśnie to robisz. Niszczysz innym życia. Świat widzi w tobie złotego chłopaka, przystojnego biznesmena, ale ja dostrzegam twoją prawdziwą naturę: zgrywasz gwiazdę, łamiesz serca i jesteś samolubnym gnojkiem. Ranisz wszystkich dookoła siebie, a najgorsze jest to, że nie potrafisz się powstrzymać. Masz to we krwi.
Była pełnia księżyca. Gdzieś w oddali rozległo się wycie psa, a gdy ucichło, słychać było jedynie skrzypienie huśtawek. Pusty plac zabaw przypominał teraz scenerię horroru.
Choć nie był tak do końca pusty. Bo na huśtawkach siedzieli Blake i Cleo.
Powrócili na stare śmieci.
Kiedyś ich życie było o wiele prostsze. Musieli się martwić jedynie tym, na jakie studia się zapisać i kogo zaprosić na studniówkę.
- Przepraszam za mojego tatę - powiedziała. - Nie wiem, co ci powiedział, ale mam swoje podejrzenia. Jest trochę nadopiekuńczy.
- Nie dziwię mu się. - Blake uśmiechnął się smutno na wspomnienie słów Daniela Bowdena, które zatopiły się w jego sercu niczym zatrute ostrze.
To nie kłamstwa są zabójcze. Nieważne, jak bardzo są skandaliczne, nie potrafią przebić się przez zbroję sprawiedliwości. Bo nawet gdy jest się jedyną osobą, która wie, że nijak się mają do rzeczywistości, tyle wystarczy, by je znieść. To mroczne prawdy są tak naprawdę niebezpieczne. Rzeczy, których sami nie chcemy przed sobą przyznać, dopóki ktoś nie wypowie ich na głos. Bo gdy ktoś to zrobi, trzeba zmierzyć się z demonami, które miały już nigdy nie ujrzeć światła dziennego. A nie da się ich tak łatwo przepędzić.
Będą cię nawiedzać aż do śmierci.
- Zaczął przesadzać po tym, jak... sam wiesz. - Cleo wbiła wzrok w ziemię. - Dzięki Bogu, że mamy z Peterem, moim mężem, swój własny dom, bo postradałabym chyba zmysły. W każdym razie - zaśmiała się nerwowo - już dosyć o moim tacie. Nie po to cię tu zaprosiłam. - W oczach Cleo znowu pojawiło się poczucie winy i widoczne zdenerwowanie. - Tak jak wspominałam w sklepie, muszę ci coś wyznać.
- Ja tobie też.
Zamrugała.
- Co?
- Zanim powiesz to, co masz mi do powiedzenia, ja też chciałbym ci coś wyznać. - Blake wziął ostry wdech. Tlen wypełnił jego płuca i zmusił słowa, by uciekły razem z powietrzem z jego ust przy wydechu. - To, co wydarzyło się tamtej nocy, w burzę...
Na twarzy Cleo malował się ból.
- Blake, nie rób tego.
Mimo jej prośby kontynuował. Musiał w końcu to z siebie wyrzucić. W przeciwnym razie wyrzuty sumienia dalej będą go zżerały. Kawałek po kawałku. Aż w końcu nie zostałoby już nic.
- To była moja wina. Cały wypadek. Wiem, że mówiłaś, że mnie nie winisz, ale modliłem się o to, żeby coś takiego się wydarzyło. To znaczy nie o wypadek. Nie chciałem, żeby stała ci się krzywda. Ale poprosiłem Boga o to, żebym nie miał dziecka w tak młodym wieku, i... - Jego gardło się zacisnęło. - Przepraszam, że przez te wszystkie lata cię unikałem, ale nie mogłem spojrzeć ci w twarz. Nie mogłem spojrzeć sobie samemu w twarz po tym, co zrobiłem. To przeze mnie poroniłaś. To ja zabiłem naszego syna.
Ciałem Cleo szarpnął szloch. Przycisnęła pięść do ust i potrząsnęła głową.
- I właśnie dlatego powinnam była ci to już dawno powiedzieć. - W jej głosie słychać było istną agonię. - To nie był twój syn.
Rozdział 31
Coś było nie tak. Farra czuła to w kościach. Niepokój przytłaczał ją coraz bardziej, aż w końcu zamieniła się w chodzący kłębek nerwów.
Blake wrócił z Teksasu tydzień temu. Napisał jej esemesa, żeby odwołać randkę, na którą byli umówieni tego samego wieczoru. I od tamtej pory już się nie odzywał.
Farra próbowała to sobie jakoś wytłumaczyć, ale odczuwała ziejącą pustkę w sercu. Tęskniła za Blakiem. Za błyskiem w jego oczach, za jego głębokim śmiechem i za ciepłem jego dotyku.
Gdyby chodziło o kogokolwiek innego, taka cisza w eterze nie byłaby niczym strasznym, ale Blake nigdy nie znikał na tak długo. A jeśli miał dużo spraw na głowie, to zawsze dzwonił do niej albo pisał jej esemesa na dobranoc.
Ostatni raz zachował się tak, gdy byli jeszcze w Szanghaju... Tuż przed tym, jak z nią zerwał.
Wpadasz w paranoję.
Farra wgryzła się w pizzę, która miała mniej więcej tyle samo smaku co karton, w którym leżała. Być może jej kubki smakowe zrobiły sobie dzień przerwy, bo już też miały dosyć złożonych teorii, które wysnuwała na temat tego, dlaczego Blake się do niej nie odzywa. Każda z nich była niczym nić, a razem tworzyły pajęczą sieć paranoi, skutecznie przechwytującą każdą myśl o czymkolwiek innym.
Nie znosiła tego uczucia. Nie znosiła tego, że to znowu Blake doprowadził ją do takiego stanu. Ostatnim razem popełniła błąd i długo czekała, zanim zebrała się na odwagę, żeby się z nim skonfrontować. Tym razem nie zamierzała znowu się zadręczać.
- Nalać ci więcej wina? - Olivia uniosła na wpół pustą butelkę sauvignon blanc.
Farra potrząsnęła głową.
- Nie, ty dokończ. Tobie przyda się bardziej.
Olivia od niedawna miała nowego menedżera w pracy i nie dogadywała się z nim. Delikatnie to ujmując. Codziennie wracała do domu i narzekała na to, jaki jest niekompetentny, mizoginistyczny i seksistowski. Przez ostatnie cztery lata bez problemu radziła sobie z zatwardziałymi facetami z Wall Street, więc skoro ten gość wyprowadzał ją tak bardzo z równowagi, to musiał mieć naprawdę dużo za uszami.
To Olivia wpadła na pomysł, żeby odstresować się przy filmie w kinie plenerowym. Siedziały na kocu pośrodku Brooklyn Bridge Park i oglądały, jak Patrick Swayze i Jennifer Grey tańczą mambo. Między współlokatorkami leżały winogrona, ser, butelka wina i pokryte tłustymi plamami pudełko po pizzy. Panorama Manhattanu, która sama w sobie była arcydziełem, wyglądała zza projektora, skąpana w złocie zachodzącego słońca.
- Dzięki. - Olivia nalała sobie wina aż po brzegi plastikowego kubeczka. - Daj znać, gdybyś zmieniła zdanie. Czy Blake nadal bawi się w "gdzie jest Nemo"?
- Jestem pewna, że nie unika mnie specjalnie.
Farra wzięła kolejny gryz pizzy, po czym wrzuciła swój kawałek z powrotem do pustego opakowania. Zastanawiała się, czy nie napisać do Blake'a, ale czekało na niego już pięć wiadomości i jeszcze parę nieodebranych połączeń. Jeszcze jeden esemes i zostanie wpisana do narodowej bazy stalkerów, jeżeli coś takiego w ogóle istnieje.
- Nowojorskie Legendy otwierają się już za dwa tygodnie. Jest zajęty. - A przynajmniej tak sobie wmawiała.
Martwiłaby się, że Blake się rozchorował albo został porwany, albo spotkało go coś złego, ale widziała filmiki zza kulis na oficjalnym koncie instagramowym Legend, promujące zbliżające się otwarcie nowego lokalu.
Był cały i zdrowy. I chyba jednak jej unikał. Ale Farra nie chciała wyciągać pochopnych wniosków. Wolała najpierw się dowiedzieć, jak to wygląda z jego strony.
- Pewnie masz rację. - Olivia wrzuciła do ust winogrono.
Farra uniosła brew ze zdziwieniem. Mimo że jej przyjaciółka zawarła rozejm z Blakiem, to i tak nie była jego największą fanką.
- Myślałam, że go nie znosisz - powiedziała bez ogródek.
- Nie przesadzajmy. Nie znosiłam go przez jakiś czas. Po tym, jak cię potraktował - sprostowała Olivia. - Ale kiedyś też się z nim kumplowałam. Poza tym ludzie się czasem zmieniają. Widzę, jak za tobą szaleje i jak na ciebie patrzy.
Serce Farry zabiło szybciej.
- Nie wiesz, czy jego uczucia do mnie są prawdziwe.
- Wiem i wiem też, że je odwzajemniasz. Nie próbuj zaprzeczać - ostrzegła Olivia, zanim Farra zdążyła zaprotestować. - Byłam przy tobie, gdy zakochałaś się w nim po raz pierwszy. Byłam obok, kiedy spotykałaś się ze wszystkimi innymi facetami po nim. Na świecie jest tylko jeden chłopak, na którego patrzysz tak, jakby własnoręcznie udekorował dla ciebie niebo gwiazdami.
Ból, który Farra poczuła w klatce piersiowej, nie miał nic wspólnego z zimną, tłustą pizzą, którą przed chwilą jadła.
- W końcu się z niego wyleczyłam - wyszeptała. - A on tuż po tym wrócił do mojego życia.
- Gówno prawda. - Olivia cisnęła pustym kubeczkiem na koc. - Wcale nie przestałaś go kochać. Pierwsza miłość jest jak wzburzone fale. Czasem udaje nam się unieść głowę ponad wodę, może nawet dotrzeć na brzeg, ale wystarczy jedna większa fala, żebyśmy z powrotem znalazły się w głębinach. Może nie każdy tak ma, ale ty na pewno. On jest twoim oceanem, a ty jego.
Jeżeli Olivia miała rację, to brzeg Farry był wyjątkowo kamienisty. Fale uderzały w jej pewność siebie, powoli ją podmywając. Kruszyły ją tak długo, że teraz dryfowała w morzu niepewności. Czy robiła z igły widły i cisza Blake'a tak naprawdę nie była powodem do zmartwień?
- Liv, ale z ciebie poetka. - Farra rzuciła w przyjaciółkę winogronem, żeby rozluźnić atmosferę i oderwać myśli od głębokich przemyśleń. - Zamiast na zarządzanie powinnaś była pójść na studia pisarskie.
Udało się. Rozmowa o Blake'u została przerwana. Olivia prychnęła i odwdzięczyła się Farze pięknym za nadobne:
- Ha! Nie żartuj sobie. Nie znoszę tej twojej ckliwej literatury miłosnej. Właśnie dlatego czytam erotyki. Tam pomijają wszystkie farmazony i przechodzą od razu do najlepszej części: seksu.
- Hmm. - Na usta Farry zakradł się psotliwy uśmieszek. - Ciekawe, bo pamiętam, jak ty też byłaś zakochana po uszy.
- Lepiej, żeby nie chodziło ci o Sammy'ego. - Olivia nalała sobie kolejny kubeczek wina i wypiła je duszkiem. - To skończyło się katastrofą.
Farra uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
- Ja nic nie mówiłam o Sammym. To ty o nim wspomniałaś. Powinnaś go odwiedzić. Jego piekarnia robi furorę, ale na pewno znalazłby dla ciebie chwilę.
Oczy Olivii zwęziły się w szparki.
Na szczęście ktoś jej przeszkodził, zanim zdążyła udusić Farrę.
- Farra?
Znajomy, gardłowy głos zawisł w wilgotnym, letnim powietrzu, a chwilę potem w nozdrza dziewczyn uderzył zapach Chanel No. 5.
Oczy Farry były wielkie jak spodki, gdy ujrzała Jane, swoją byłą przełożoną z KBI, przepychającą się przez tłum, żeby się do niej dostać. Od razu zerwała się na nogi.
- Jane! Co ty tutaj robisz?
- To samo co ty. Cieszę się widokiem Swayze'ego na ekranie, ale niestety chyba przegapiłam połowę filmu. Właśnie przyszłam, a gdy cię zauważyłam, pomyślałam, że się przywitam. Minęło już trochę czasu. - Przyjrzała się badawczym wzrokiem Farze. - Wszystko u ciebie dobrze? Gdzie obecnie pracujesz?
Najwyraźniej Jane nie wiedziała o tym, że Kelly sabotuje Farrę. Pewnie jej pracodawczyni nic jej o tym nie powiedziała. Rozsiała plotki po różnych pracowniach architektonicznych i pozwoliła, żeby to inni zniszczyli karierę Farry. Poza tym Jane nadal postrzegała Kelly tak, jak niegdyś postrzegała ją też Farra: jako bezwzględną ikonę, której można było wybaczyć wady charakteru ze względu na jej niesamowity talent.
Jane na sto procent nie wiedziała również o związku Kelly i Matta, bo wydawała się spokojna, a Farra wiedziała, że ze wszystkich rzeczy na świecie najbardziej gardziła romansami w biurze. Szczególnie pomiędzy zarządem a podwładnymi.
- Próbuję swoich sił w roli freelancerki - odpowiedziała krótko Farra, bo uznała, że nie ma sensu zdradzać Jane mrocznych sekretów Kelly. Nawet gdyby jej uwierzyła, to co najwyżej wybuchłaby afera.
- O. - Jane uniosła wysoko brew. - Myślisz, że wrócisz jeszcze kiedyś w nasze szeregi? Brakuje nam ciebie. Byłaś, to znaczy jesteś naprawdę fenomenalną architektką wnętrz.
Jasne, wrócę i w pierwszy dzień pracy Kelly i Matt wsypią mi do kawy jakąś truciznę.
- Raczej nie, ale dziękuję za propozycję. - Uśmiechnęła się. Jane była jej mentorką, odkąd zaczęła staż w KBI. Brakowało jej czasami tych wszystkich porad i żarcików. - Za to mogłybyśmy kiedyś umówić się na kawę. Pod warunkiem, że pogadamy o czymś innym niż praca.
Jane się rozpromieniła.
- Z przyjemnością.
Farra przedstawiła jej Olivię i pogadały jeszcze chwilę, zanim Jane wróciła do swoich znajomych, a Farra opadła z powrotem na koc. Dobrze, że siedziały razem z Olivią na tyłach tłumu, bo w przeciwnym razie już dawno zostałyby obrzucone popcornem za zasłanianie finałowej sceny tańca Johnny'ego i Baby.
- Wydaje się sympatyczna - stwierdziła Olivia. - Szkoda, że KBI nie jest jej firmą.
- Ano szkoda. - Farra bawiła się swoją spódniczką.
Gdy odeszła z KBI, miała zamiar zatrudnić się w innej firmie. Lubiła stabilność, jaką gwarantowała praca biurowa, a poza tym było jeszcze wiele rzeczy, których musiała się nauczyć. Po projektach mieszkań dla Blake'a i Yuliyi doszła jednak do wniosku, że fajnie jest decydować o swoim czasie pracy i mieć pełną kontrolę nad podejmowanymi działaniami (no, prawie pełną, w końcu nasz klient, nasz pan). Jasne, formalności przyprawiały ją o zawroty głowy - podatki i księgowość zostały chyba stworzone przez samego diabła - ale poza tym całkiem nieźle sobie radziła. Yuliya poleciła ją nawet jednej ze swoich przyjaciółek, redaktorce czasopisma. Farra była właśnie w trakcie dogadywania z nią szczegółów współpracy.
To dlaczego nie rzuciła się jeszcze na głębszą wodę? Czego się obawiała?
Nieważne, jak bardzo się teraz boisz. Przetrwasz każdy upadek, bo ja zawsze będę czekał na dole, żeby cię złapać.
Może to szalone, ale naprawdę w to wierzyła. Mimo że nie odezwał się do niej od tygodnia. Mimo ciągłej gonitwy myśli i konspiracyjnych teorii na temat jego nieobecności.
Nie wiedziała, kiedy dokładnie to się stało, ale odzyskał jej zaufanie. Wierzyła nie tylko w jego słowa na temat jej umiejętności zawodowych, ale też... we wszystko inne. Blake był niebezpieczny, jak każda osoba, która może złamać komuś serce. Ale był również jej poduszką bezpieczeństwa. Był osobą, do której się zwracała, gdy potrzebowała pocieszenia i wsparcia.
Może chodziło o szczerość w jego oczach, którą dostrzegła, kiedy obiecał, że zrobi wszystko, by jej pomóc, gdy wpadli wtedy na Kelly i Matta w kawiarni? A może o to, że pchał ją do przodu, żeby stała się najsilniejszą wersją siebie? A może po prostu o niego samego - o to, jak dopełniał jej duszę. O to, że sprawił, że uwierzyła w miłość. W przeznaczenie. Nie jako abstrakcyjne pojęcie, ale coś prawdziwego. Namacalnego.
Tak czy inaczej, Blake po raz kolejny przedarł się przez jej mury obronne. Powinna przecież wiedzieć, że to było jedynie kwestią czasu. Gdy Blake Ryan czegoś chciał, to dążył do celu tak długo, aż go osiągnął.
Znów była jego.
Zarzucił wędkę, a ona chwyciła przynętę.
Rozdział 32
Nazajutrz Farra poszła zobaczyć się z Blakiem.
Miała dosyć czekania, aż to on zrobi pierwszy krok, bo potrzebowała wyjaśnić z nim wszystkie kwestie, zanim paranoja doprowadzi ją do obłędu. Świadomość tego, z jaką łatwością Blake wrócił do jej serca, wcale nie ułatwiała sprawy.
Choć w sumie to nie tak, że wrócił. Po prostu nigdy go nie opuścił.
Gdy Blake otworzył drzwi wejściowe, Farra zwątpiła, czy podjęła dobrą decyzję.
Nie rozpoznawała stojącego przed nią mężczyzny.
Miał te same złociste włosy, kryształowe oczy i wydatne mięśnie, ale jego figlarny, zarozumiały uśmieszek zaginął gdzieś w akcji. Wpatrywał się w Farrę, jakby była kimś obcym.
Blake, normalny Blake, nigdy tak na nią nie patrzył.
Nie wyciągaj pochopnych wniosków.
- Cześć. - Farra delikatnie się uśmiechnęła, mimo że jej serce zaczynało wariować. - Długo się nie odzywałeś, więc pomyślałam, że zajrzę do ciebie i sprawdzę, czy wszystko gra.
- Przepraszam. - Odsunął się, żeby wpuścić ją do środka. - Byłem zajęty.
- Tak podejrzewałam.
Zapach alkoholu uderzył w nozdrza Farry, gdy tylko przeszła przez próg. Zmarszczyła nos. Co, do...
Otworzyła szeroko oczy na widok sterty pustych butelek po piwie i whisky na kuchennym blacie. Gwałtownie obróciła głowę w stronę Blake'a, który patrzył na jej reakcję z apatią.
Nie wyglądał na pijanego. Nie plątał mu się język, nie słaniał się na nogach ani nie czerwienił się na twarzy. Z drugiej strony Blake należał do ludzi, którzy potrafili być nawaleni jak szpadel, a i tak nie było tego po nich widać, dopóki nie zaczęli wymiotować albo nie zaliczyli zgona.
- Co się dzieje? - Farrę zaczynało coraz bardziej ściskać w żołądku. - Coś nie tak?
Blake zachowywał się normalnie przed wylotem do Teksasu. Coś musiało się wydarzyć podczas jego wizyty u rodziny. Może chodziło o jego bar, a może o relacje z ojcem, które nie należały do najlepszych.
W oczach Blake'a pojawiła się jakaś emocja.
- Wszystko u mnie dobrze, ale wolałbym zostać sam. Mam ochotę posiedzieć z własnymi myślami i z butelką whisky. Dla wszystkich innych wstęp wzbroniony.
Chłodny, beznamiętny sposób, w jaki wypowiedział te słowa, sprawił, że zabolały Farrę jeszcze bardziej.
- Upijesz się na śmierć.
Blake wzruszył ramionami.
Farra poczuła, jak ogarnia ją frustracja.
- Co się stało w Teksasie?
- A skąd pomysł, że coś się wtedy stało?
- Gdy wyjeżdżałeś, wszystko było okej, a kiedy wróciłeś... - Urwała w pół zdania, nie chcąc powiedzieć czegoś, przez co Blake przeszedłby do defensywy. - Chodzi o twojego tatę? Znowu coś ci powiedział?
- Nie chodzi o mojego pieprzonego ojca. - W oczach Blake'a zatańczyły płomienie. W końcu jakaś oznaka życia. - On akurat stanowi najmniejszy problem.
- To w czym rzecz? - zapytała łagodnie.
- Nie twoja sprawa. - Zacisnął szczęki. - Nie żartuję. Wyjdź z mojego mieszkania.
Farra uniosła brodę w geście oporu.
- Nie wyjdę, dopóki mi nie powiesz, co się dzieje.
- Cholera, Farra. - W tonie głosu Blake'a czuć było gorejący gniew, który stopił lodową fasadę, za którą się ukrywał. - Nie bądź taka uparta. Robię to dla twojego dobra.
Farra się oburzyła.
- Przestań traktować mnie jak dziecko. Powiedz mi, co się dzieje, i pozwól mi samej decydować o tym, co jest dla mnie dobre, a co nie. Jestem dorosła.
- Dobrze. Naprawdę chcesz wiedzieć, co się wydarzyło w Teksasie? - Blake skrócił dzielący ich dystans, a Farra przełknęła ślinę, czując ból, którym wręcz emanował. Chciała objąć Blake'a, przytulić go mocno do piersi i nigdy nie puszczać, a przynajmniej do czasu, aż jego udręka nie minie. - Zdałem sobie sprawę z tego, że mądrze postąpiłaś, nie chcąc mnie obdarzyć ponownie zaufaniem. - Przesunął kciukiem po swojej dolnej wardze. - Wiem, że nalegałem, ale nie powinnaś była przyjmować mojej oferty pracy. Po jednym spojrzeniu na mnie w Aviary powinnaś była wziąć nogi za pas.
Farra miała wrażenie, jakby wokół jej gardła zacisnęła się metalowa obręcz. Ta rozmowa nie mogła się skończyć dobrze. Czuła to w kościach. Ale nie mogła się teraz wycofać. Musiała przeć dalej do przodu, nawet jeżeli na końcu ścieżki czekała na nią przepaść.
- Dlaczego?
- Bo nie jestem dobrą osobą. Jestem samolubnym gnojkiem, Farro, i gdy czegoś chcę, to posunę się do wszystkiego, by to dostać. - W oczach Blake'a pojawił się nagle żal. - Pragnąłem cię najbardziej na świecie i uganiałem się za tobą, mimo że wiedziałem, że zasługujesz na kogoś lepszego. Mimo że wiedziałem, że kiedyś cię zranię. Masz szansę, żeby odejść, zanim to zrobię.
Za późno. Już ją zranił. Ciął ją swoimi słowami, swoją goryczą i swoim przekonaniem, że nie jest wystarczająco dobry.
Większość ludzi nie poznała Blake'a od tej strony. Na pierwszy rzut oka był pewny siebie, ale gdzieś za tą fasadą ukrywał się zwykły chłopak, pełen wątpliwości i kompleksów, który bał się, że nigdy nie sprosta oczekiwaniom stawianym mu przez świat.
Farra kochała oba jego oblicza i zamierzała kochać je dalej, jeżeli jej na to pozwoli.
- Wobec mnie jesteś dobrym człowiekiem - wyszeptała.
- Na ten moment. - Blake oparł czoło o jej. Jego twarz wykrzywiał grymas udręki. - Nie masz pojęcia, co siedzi w mojej głowie. Co zrobiłem. Zawsze ranię tych, których kocham najbardziej, a najstraszniejsze jest to, że prawie nigdy nie robię tego umyślnie. Tak się po prostu dzieje. Zostaw mnie, Farro, zanim poczujesz do mnie zbyt wiele. Nie chcę znowu złamać ci serca.
Farrę zapiekły oczy.
- Mówisz, że nie wiem, co ci siedzi w głowie. Więc mi powiedz. Mówisz, że nie wiem, co zrobiłeś. Więc mi pokaż. Otwórz się na mnie, Blake, zamiast mnie od siebie odpychać.
W odpowiedzi jęknął z frustracji i cofnął się gwałtownie. Ciepło Blake'a zniknęło, a w jego miejsce pojawił się bezlitosny chłód. Mroźne sople lodu napierały na skórę Farry, aż w końcu ją przebiły i dosięgnęły serca.
- Nie mogę. - Ponownie przywdział pozbawioną emocji maskę.
- Mówiłeś, że mnie kochasz. - Farra postanowiła spróbować przemówić mu do rozsądku po raz ostatni. - Poprosiłeś mnie o drugą szansę, a ja ci ją dałam. Mówiłeś, że się zmieniłeś, i ci uwierzyłam. Chcesz, żebym ci ufała, ale jak mam to zrobić, skoro sam nie ufasz mi na tyle, żeby się przede mną otworzyć? - Utkwiła wzrok w Blake'u, próbując siłą woli przekonać go do swoich racji. Pragnęła, żeby jej posłuchał albo żeby przynajmniej przestał patrzeć na nią tymi pustymi oczami. - Blake, to ja. Możesz mi powiedzieć wszystko.
Czas płynął nieubłaganie.
Farra nie mogła oddychać, czuła coraz większe obawy, a atmosfera robiła się gęsta.
- Naprawdę cię kocham - powiedział załamującym się głosem. - Właśnie dlatego pozwalam ci odejść.
Farra wydała z siebie cichy szloch.
Głupia. Głupia. Głupia.
Mogła przewidzieć, że tak to się skończy, a i tak zaryzykowała.
Ponownie zakochała się w Blake'u, a on znów złamał jej serce.
Tym razem nie chodziło jednak o okrutne słowa czy bezlitosne odrzucenie. Wierzyła mu, gdy powiedział, że ją kocha i że w jego mniemaniu zasługuje na kogoś lepszego.
Bolało ją jednak, że nie kochał jej wystarczająco mocno, żeby się na nią otworzyć i żeby o nią walczyć. Niby darzył ją miłością, a jednocześnie tak łatwo chciał z niej zrezygnować i odpuścić.
Myślał, że zachowuje się szlachetnie? Cóż, ona uważała, że jest pieprzonym tchórzem.
Wolał uciec, bo to było łatwiejsze od pokazania jej swojej mrocznej strony. A przecież ona c h c i a ł a ją poznać. Nie bała się mroku. Jakaś część Farry czerpała wręcz przyjemność z obcowania z ciemnością, bo często jedynie pod jej płaszczem ludzie pokazywali swoje prawdziwe kolory. W nocy na wierzch wychodziło wszystko: to, co dobre; to, co złe; i to, co brzydkie. Jednak wbrew powszechnej opinii brzydka prawda nie ujmuje przecież osobie, która się nią dzieli. Gdy człowiek wyjawia swoje najmroczniejsze sekrety, staje się kompletny, a nie ma na świecie nic piękniejszego niż ułożona układanka. Nic nie zapiera tchu w piersi tak, jak świadomość, że ktoś kocha wszystkie twoje elementy, włącznie z tymi, których ty nienawidzisz.
Gdyby słońce nie zachodziło, to gwiazdy nie mogłyby błyszczeć na niebie.
A jednak Farra nie była w stanie pokazać Blake'owi piękna kryjącego się w mroku. Pragnął jej całej, a jednocześnie nie chciał podarować jej całego siebie. Widziała po jego zaciśniętych szczękach i twardym spojrzeniu, że bez względu na to, co Farra powie, nie uda jej się zmienić jego zdania.
Gdyby powiedziała mu teraz, że go kocha, to on wycofałby się tylko jeszcze bardziej.
Oprócz przenikliwego bólu Farra czuła coś jeszcze: złość.
- Rozumiem, że to twoja ostateczna odpowiedź? - Jej głos był niczym magma, którą podsycały płomienie furii, aż w końcu ochłonęła i pokryła się grubą warstwą kamienia. - Pozwalasz mi odejść, bo, cytuję: "nie chcesz mnie zranić"? I nie zamierzasz mi nawet powiedzieć, skąd ta nagła zmiana podejścia? Nie spróbujesz o mnie zawalczyć?
Blake nie odpowiedział. Przełknął gulę w gardle, ale poza tym ani drgnął. Stał przed nią niczym piękna rzeźba z marmuru, pozbawiona emocji i chłodna w dotyku.
Nie miała mu już nic więcej do powiedzenia.
Obeszła go i przekręciła gałkę od drzwi.
Zatrzymaj mnie.
Miękki dywan na korytarzu wygłuszał odgłos jej kroków, gdy szła w stronę windy.
Zaufaj mi.
Wcisnęła przycisk. Jej oczy piekły tak, jakby całe jej ciało spowijały płomienie. Poczuła popiół na podniebieniu.
Walcz o mnie.
Ale Blake tego nie zrobił.
Rozdział 33
Kolejny miesiąc był pasmem pochmurnych poranków i bezgwiezdnych nocy.
Blake śledził upływ czasu nie przy pomocy kalendarza, a odłamków własnego serca. Kolejny dzień oznaczał kolejny odłamek wrzucony do najbardziej popapranej klepsydry na świecie. Miał zamiar dorzucać kolejne, dopóki nie zostanie mu już ani jeden.
Jego życie ponownie legło w gruzach, a bez światła Farry w jego życiu zapanował kompletny mrok. Reprezentował wszystko to, czego Blake w sobie nienawidził: jego najskrytsze lęki, najgorsze wspomnienia, najbardziej samolubne zachowania i najniegodziwsze myśli. Po powrocie z Teksasu miał dwie opcje: albo wyznać prawdę na temat ciąży Cleo i tego, że tak naprawdę nigdy nie zdradził Farry, albo dać jej odejść.
Pierwsza opcja wydawała mu się kusząca, ale była samolubna. Co z tego, że wcale nie przespał się z Cleo, skoro i tak nie zasługiwał na Farrę?
Ojciec Cleo miał rację. Blake spieprzył życie zbyt wielu osobom. Krzywdził ludzi, których kochał, mimo że nie robił tego umyślnie. Ranił matkę. Siostrę. Cleo. Nawet ojca, choć nie był pewny, czy akurat on odczuwa w ogóle ból.
Gdyby został z Farrą, ją z pewnością też by zranił. To byłoby nieuniknione. Był przeklęty.
Właśnie dlatego puścił ją wolno, nie bacząc na to, że sam się zatraci.
- Siema, gratuluję otwarcia. - Landon podszedł do Blake'a, ubrany w czarną marynarkę od Hugo Bossa i dżinsy. Na otwarciu nowojorskich Legend obowiązywał swobodny, ale elegancki strój. Wszyscy goście się do niego zastosowali. - Odwaliłeś kawał dobrej roboty.
- Dzięki.
Blake przykleił sobie uśmiech do ust, bo wszyscy oczekiwali, że będzie dzisiaj zadowolony. Tego wieczoru nie było miejsca na mrok. Bar rozświetlały nie tylko światła lamp, ale również gwiazdy biorące udział w wydarzeniu. Przez lokal przewijali się influencerzy, celebryci i potentaci biznesowi. Sądząc po gwarze rozmów i wesołej atmosferze, bar zrobił na nich wrażenie. Składał się aż z trzech pięter, a każde z nich było pełne atrakcji. Wokół nowych Legend zrobił się taki szum medialny, że ekipa Blake'a nie nadążała odpowiadać na wiadomości.
Pierwsze piętro przypominało wyglądem pozostałe bary sportowe Blake'a. Były tu te same tradycyjne, południowoamerykańskie dekoracje, z których słynęła jego marka. Żyrandole z poroża zwisały nad dębowymi stołami i skórzanymi lożami. Na ścianach znajdowały się wielkie płaskie telewizory i można było na nich śledzić rozgrywki dosłownie każdego sportu drużynowego. Gigantyczny ekran projektora, do tego osiem rzędów krzesełek przypominających trybuny były zarezerwowane na największe wydarzenia: play-offy w NBA, Super Bowl, mistrzostwa świata i olimpiadę.
Dla osób, które wolały grać niż oglądać, zaprojektowane zostało drugie piętro, gdzie znajdowały się stoły do bilardu i ping-ponga, rzutki, air hockey, piłkarzyki, beer pong, shuffleboard, gry planszowe, a nawet miniaturowa kręgielnia.
Trzecie piętro było na jeszcze wyższym poziomie, dosłownie i w przenośni. Był tam luksusowy bar z kraftowymi koktajlami, który po jedenastej zamieniał się w klub nocny. Występowali w nim najpopularniejsi DJ-e, to tutaj lał się najlepszy alkohol, a do tego stała tu niemal pięciometrowa wieża z lampek szampana.
Nowojorskie Legendy były spełnieniem marzeń Blake'a. Dzięki nim marka miała rozszerzyć swoją działalność i ewoluować z sieci barów sportowych w coś więcej. Wznieść całą firmę na nowy poziom.
Dzisiejsze VIP-owskie otwarcie poprzedzało zaplanowane na jutro oficjalne otwarcie, które zostało zorganizowane z jeszcze większą pompą. A jednak Blake nie czuł zastrzyku adrenaliny, który zwykle towarzyszył mu podczas realizacji swoich pomysłów.
Ciągle słyszał w głowie głos Cleo. Był niczym koszmar niosący się echem po jego myślach:
- Nie uprawialiśmy seksu. Byłeś pijany, więc zabrałam cię do jednego z pokojów, żeby odstawić cię do łóżka. Tyle że ja też byłam pijana. Nie mogłam prowadzić samochodu, a wszystkie inne pokoje były już zajęte, dlatego położyłam się obok ciebie. Do niczego między nami nie doszło. Gdy się obudziłeś, nie pamiętałeś zeszłej nocy, a ja wciąż byłam na ciebie tak bardzo zła, że skłamałam. Byłeś jednym z moich najstarszych przyjaciół. Kochałam cię, odkąd skończyłam piętnaście lat, a ty złamałeś mi serce. Uciekłeś do Szanghaju i mnie zostawiłeś. P o n i ż y ł e ś mnie! A najgorsze było to, że podczas wymiany poznałeś jakąś dziewczynę i obdarzyłeś ją miłością. Wybrałeś ją zamiast mnie. Mnie. Osoby, która wspierała cię całe życie. Czekałam na ciebie. Czekałam i czekałam, aż w końcu zostałeś moim chłopakiem. Zrobiłeś coś, czego nie mogę ci wybaczyć: dałeś mi nadzieję. Niepotrzebnie się ze mną umówiłeś, Blake. Prędzej czy później bym się z ciebie wyleczyła. Ale przyniosłeś mi bukiet kwiatów, pocałowałeś mnie i powiedziałeś, że mnie kochasz. Utonęłam w twoich oczach i nie mogłam się wynurzyć nawet wtedy, gdy mnie zostawiłeś. Całkiem samą. Właśnie dlatego byłam wściekła. Powiedziałam, że możemy wrócić do bycia przyjaciółmi, ale kłamałam. Zrobiłam to, bo nie chciałam cię stracić.
Blake'owi szumiało w uszach. Jego żyły wypełniła znajoma mieszanka emocji: furii, poczucia winy, wstydu, szoku i skruchy. Wszystkie były w nim obecne. Nie mogły przepuścić okazji, by go nie nawiedzić.
- Wszystko dobrze? - Landon zmarszczył brwi. - Odkąd wróciłeś z Teksasu, dziwnie się zachowujesz.
- Wszystko gra. - Blake wypił duszkiem resztę whisky i wyszczerzył zęby w uśmiechu w odpowiedzi na gratulacje, które złożyła mu przechodząca obok aktorka z telewizji. - Po prostu jestem zmęczony.
Może Blake też powinien zostać aktorem? Zrobiłby konkurencję Nate'owi Reynoldsowi.
- Poszłam do baru. Nadal byłam na ciebie zła, a po tym, jak się zobaczyliśmy... Nieważne. Chodzi o to, że znowu za dużo wypiłam i przespałam się z gościem, którego poznałam tamtego wieczoru. Nie pamiętam, czy użyliśmy prezerwatywy, a ja nie brałam już tabletek antykoncepcyjnych. W każdym razie jakiś czas później dowiedziałam się, że jestem w ciąży. - Dolna warga Cleo zadrżała. - Dziecko musiało być jego. Po twoim wyjeździe do Szanghaju nie spałam z nikim innym. Nie znałam nawet jego imienia. Nie mogłam powiedzieć o tym rodzicom. Samo to, że uprawiałam z kimś seks przed ślubem, wpędziłoby ich do grobu. A co dopiero wiadomość o tym, że miałam przelotną przygodę i zaszłam w ciążę z nieznajomym. Wydziedziczy-liby mnie.
Blake zacisnął mocniej dłoń wokół pustej szklanki.
Chciał znienawidzić Cleo. Pałał do niej nienawiścią przez cały weekend, gdy nadal dochodził do siebie po aferze na urodzinach ojca. Zamknął się wtedy w sobie, zamiast próbować naprawić złą atmosferę panującą w jego domu rodzinnym. Znowu opłakiwał syna, tyle że tym razem wiedział już, że to wcale nie był jego syn. Coś, co tak długo było w jego oczach prawdą; coś, co wywróciło jego świat do góry nogami, okazało się ostatecznie kłamstwem.
Czy Cleo wyznałaby mu prawdę, gdyby dziecko przyszło na świat? Czy miało to teraz w ogóle znaczenie?
- Pomyślałam o tobie. Znamy się, dorastaliśmy razem i przez jakiś czas byliśmy parą. Wszyscy i tak myśleli, że zejdziemy się ze sobą na stałe. - Po policzkach Cleo spłynęły łzy. - Przepraszam. Byłam młoda i głupia. Spanikowałam. Ta tajemnica nie dawała mi spokoju przez ostatnich pięć lat, ale nie wiedziałam, jak powiedzieć ci prawdę. Nie chciałam robić tego przez telefon. Choć może była to jedynie wymówka. Kiedy jednak wpadliśmy na siebie w sklepie, pomyślałam, że to znak. Mam nadzieję, że kiedyś mi wybaczysz i że będziemy mogli zostawić cały ten ból za sobą. Już raz ci to powiedziałam, ale powiem to ponownie: nie winię cię za to, że poroniłam. Byłam załamana, o b o j e byliśmy załamani, ale to nie twoja wina. To był wypadek. I nie mówię tego tylko po to, żebyś mi wybaczył. Mam po prostu nadzieję, że zaznasz w końcu spokoju. Przeszliśmy tak wiele, ale wydaje mi się, że pora ruszyć naprzód.
Blake chciał dalej chować urazę do Cleo, ale nie był w stanie. Po pierwsze, oboje byli winni. Ona go okłamała, a on doprowadził do wypadku. A po drugie, poczuł po raz pierwszy od dawna ulgę. Szala sprawiedliwości trochę się wyrównała (choć po stronie Blake'a nadal był większy ciężar), no i okazało się, że wcale nie zdradził Farry. Może to tylko drobny szczegół w ogólnym rozrachunku, ale dla niego był bardzo ważny.
A jednak Farra nigdy się o tym nie dowie, bo musiał ją ratować przed samym sobą.
- Gdzie jest Farra? - zapytał Landon
Blake poczuł się przez chwilę tak, jakby ten czytał mu w myślach, ale gdyby tak było, to z pewnością wiedziałby też o tym, że znów się rozstali, i o tym, co zaszło w Teksasie. Blake był zbyt zajęty i zbyt załamany, żeby podzielić się swoimi troskami z najlepszym przyjacielem albo kimkolwiek innym.
- Nie widziałem jej cały wieczór - dodał.
- Coś jej wypadło. - Blake się uśmiechnął. Udawana radość miała to do siebie, że poprawiała humor wszystkim dookoła, ale ciebie zżerała od środka.
- Ale wszystko u niej dobrze? - Twarz Landona nadal wyrażała zmartwienie. - Nie ominęłaby tak ważnego wieczoru z byle powodu.
Co prawda, to prawda.
Ale nie miała wyboru.
- Chyba tak. - Blake potrzebował kolejnego drinka.
Podjął dobrą decyzję. Rozstał się z Farrą, zanim sprawy zaszły za daleko. Nieważne, że go to zniszczyło. Liczyło się jedynie to, że po raz pierwszy w życiu nie postąpił samolubnie.
- Wydaje mi się czy jest tu piekielnie gorąco? - Czoło Blake'a było zroszone potem. Powietrze zrobiło się gęste i zaczęło go dusić. Musiał stąd wyjść, ale przecież to jego impreza. Nie mógł ot tak jej opuścić.
Dudnienie w głowie dopasowało się do bicia jego serca.
Bum. Bum. Bum.
- To pewnie przez te tłumy.
Teraz Landon zaczął się już naprawdę martwić
- Może powinieneś... - Urwał w pół zdania. - Łał, czy to naprawdę...?
- Tak, Pat rozmawiała z jej PR-owczynią i zgodziła się...
- Nie chodzi mi o żadną gwiazdę. Blake. Spójrz. - W oczach Landona tańczyły iskierki dziwnej ekscytacji.
Blake się obejrzał.
A potem zrobił to ponownie.
Opadła mu szczęka.
Co oni tutaj robili?
- Blake! - Joy pomachała mu na przywitanie i przepchnęła się przez tłum. Za sprawą zielonej sukienki i blond fal wyglądała niczym Dzwoneczek z Piotrusia Pana. - Niespodzianka!
Krok za nią szła mama Blake'a, która ewidentnie była oszołomiona otaczającymi ją celebrytami. A jeszcze kawałek dalej był ktoś, kto zarzekał się, że nigdy nie postawi stopy w Legendach: Joe Ryan. Ojciec Blake'a.
Rozdział 34
Blake miał wrażenie, że przeniósł się do równoległego wymiaru.
Bo jak inaczej miałby wytłumaczyć obecną sytuację? Siedział w swoim biurze w nowojorskich Legendach w dniu ich otwarcia, a po drugiej stronie biurka stał jego ojciec.
Jego tata. Tutaj. W Nowym Jorku. A do tego ubrany w garniak. Joe można było zobaczyć w garniturze jedynie na pogrzebach.
A może dzisiaj był pogrzeb Blake'a? Chociaż świat trochę się z nim spóźnił, bo chłopak od miesiąca tkwił już w istnym piekle.
- Trzeba przyznać, że masz rozmach. - Joe wyglądał, jakby nie czuł się komfortowo w swoim odświętnym stroju. Bez wątpienia mama Blake'a musiała go na to namówić. Ojciec z własnej woli na pewno nie założyłby krawata.
Blake oparł podbródek na dłoniach złożonych jak do modlitwy. Nie rozmawiał z tatą od czasu jego urodzin i ich wielkiej kłótni.
- Co ty tutaj, do cholery, robisz?
Może i mógł zadać to pytanie w milszy sposób, ale ostatnimi czasy nie silił się na zbędną uprzejmość, bo brakowało mu cierpliwości.
Joe wbił w niego wzrok.
- Nie mów do mnie takim tonem.
- Bo co? Posadzisz mnie na ławce rezerwowych? - Blake pochylił się do przodu i oparł się o biurko. - Jestem dorosły. Mam własną firmę i własne pieniądze. Już się ciebie nie boję i nie możesz mi mówić, j a k m a m s i ę z a c h o w y w a ć.
- A czy zrobiłem cokolwiek takiego? - warknął Joe. - Liczyłem na to, że będziesz choć odrobinę bardziej wdzięczny za to, że ja, twoja mama i twoja siostra przylecieliśmy na wielkie otwarcie twojego nowego baru. Wiesz, że nie znoszę latać!
- Pojawiłeś się na jednym otwarciu z jak wielu? Tuzina? - zapytał z pogardą Blake. - A przecież zapraszałem cię na wszystkie. Nie byłeś nawet na tym w Austin, mimo że przecież tam mieszkasz. Wybacz, że nie skaczę z radości tylko dlatego, że raz postanowiłeś zachować się w porządku.
Mroczna strona Blake'a ukazała swoje paskudne oblicze. Cieszył się, że znalazł sobie cel, na którym mógł wyładować swoje frustracje.
Jego życie prywatne już i tak było w rozsypce. Co mu szkodzi spalić kolejny most, tym bardziej że i tak się ledwo trzyma?
Spali je wszystkie. Zmierzy się z całym tym bólem za jednym zamachem i będzie miał go z głowy.
- Nie mogę z tobą rozmawiać, gdy się tak zachowujesz. - Joe wstał i poluzował krawat, gwałtownie szarpiąc nim na boki. - Twoja mama będzie zawiedziona. Trudno.
Blake zauważył błysk na nadgarstku ojca.
- Co to?
Joe spojrzał na niego wilkiem.
- Co znowu?
Blake wskazał podbródkiem na miejsce, które przykuło jego uwagę. Zadał pytanie, ale tak naprawdę dobrze wiedział, na co patrzy. To był złoty zegarek Patek Philippe z brązowym paskiem ze skóry aligatora. Na deklu znajdował się grawer na zamówienie: liczba p i ę ć d z i e s i ą t.
Tata Blake'a miał na nadgarstku prezent urodzinowy od syna.
Mina Joe wyrażała dyskomfort.
- To zegarek.
- Który podarowałem ci na pięćdziesiątkę. Założyłeś go.
- Oczywiście, że tak - burknął Joe. - To zegarek. Co innego miałem z nim zrobić? Zjeść go?
- Nigdy wcześniej nie używałeś prezentów, które ci kupowałem.
Kije golfowe sprezentowane tacie na czterdzieste ósme urodziny nadal zbierały tylko kurz. Droga whisky podarowana dwa lata wcześniej? Nadal nieotwarta. Kartki urodzinowe, które Blake rysował dla taty, gdy był jeszcze za mały, żeby mu coś kupić? Wylądowały w koszu.
- A skąd niby to wiesz? Tak rzadko przyjeżdżasz do domu, że nie masz zielonego pojęcia, czego używam.
Nozdrza Blake'a się rozszerzyły.
- Nie waż się robić mi wyrzutów sumienia. Butelka whisky, którą ode mnie dostałeś, nadal stała nieotwarta, gdy do was przyleciałem dwa miesiące temu. Minęły c z t e r y l a t a, odkąd ją dostałeś.
- To dobra whisky. Czekam z jej otwarciem na wyjątkową okazję.
- A co z kijami golfowymi?
- Używałem ich, zanim Rick nie wyjechał. Nie mam żadnego innego znajomego, który gra w golfa. - Joe wykrzywił usta w grymas. - Ale dlaczego mnie w ogóle tak maglujesz, co?
- Bo mogę. - Blake zacisnął dłonie na krawędzi biurka. Gładki dąb wbił mu się w skórę tak mocno, że był pewny, że na palcach odbiją mu się słoje drewna. - Nieważne, co ci daję ani co dla ciebie robię. Dla ciebie to i tak nigdy nie jest wystarczająco dobre.
Joe był w szoku. Przestał walczyć z krawatem i opadł z powrotem na siedzenie.
- Naprawdę tak myślisz? Że w moich oczach nie jesteś wystarczająco dobry?
- Nigdy nie dałeś mi powodów, bym myślał inaczej - rzucił oschle Blake. - Jedyne, na czym się znam, to futbol. Pamiętasz, jak mi to powiedziałeś?
Reakcja ojca na wieść o tym, że jego syn chce otworzyć bar sportowy, wryła się w pamięć Blake'a na stałe.
- Nie masz zielonego pojęcia o prowadzeniu działalności. Bar sportowy? Błagam. Jest ich już z milion. Posłuchaj kogoś, kto jest od ciebie starszy i ma więcej doświadczenia, synu: trzymaj się tego, w czym jesteś dobry. A jesteś dobry w futbol. Koniec tematu.
Joe się skrzywił.
- Najwyraźniej byłbyś ze mnie dumny, tylko jeżeli zostałbym gwiazdą NFL. To wszystko - Blake objął gestem swoje wielkie biuro - nic dla ciebie nie znaczy. Zawsze będziesz mnie nienawidził za to, że nie spełniłem marzeń, których ty sam nie mogłeś spełnić.
Joe też kiedyś grał w uniwersyteckiej drużynie, ale pewnego dnia zerwał więzadło krzyżowe przednie, przez co musiał porzucić futbol i nadzieje na zostanie sławnym zawodnikiem. Mimo to postanowił nie odchodzić tak całkiem ze świata sportu i został trenerem osobistym, a gdy Blake skończył siedem lat i po raz pierwszy wprawił piłkę w idealną rotację, jego tata zaczął mieć wobec niego ogromne oczekiwania. Chłopak w końcu ugiął się pod ich ciężarem. Dzięki temu Joe przeżywał na nowo swoją młodość, trenując syna i obserwując rozwój jego kariery, aż w końcu Blake stanął u progu NFL. Niestety odszedł z drużyny tuż przed naborem, a tym samym zniweczył plan ojca.
- Nie nienawidzę cię - wycedził przez zęby Joe. - Jesteś moim synem.
- Łączą nas jedynie więzy krwi. - Na twarzy Blake'a pojawił się sardoniczny uśmiech. - Czasami nie potrafisz mi nawet spojrzeć w twarz. Chociażby na twoich pięćdziesiątych urodzinach.
- Bo jest mi wstyd. Rozumiesz? - wybuchnął Joe. - Dlatego nie potrafię spojrzeć ci w twarz!
Dobrze, że Blake siedział, bo w przeciwnym razie z pewnością upadłby na ziemię. Był w takim szoku, że nie mógł zaczerpnąć powietrza.
Joe ściągnął usta w wąską kreskę.
- Tak, przyznaję, nieźle mnie wkurzyłeś, gdy powiedziałeś, że rzucasz futbol. Masz wyjątkowy talent, Blake. Taki zawodnik jak ty zdarza się raz na milion. Byłem przekonany, że zaprzepaszczasz karierę, bo chcesz gonić za jakimiś mrzonkami. Nie nienawidziłem cię za to, ale martwiłem się o ciebie. Uznałem, że potrzebujesz porządnego kopniaka w dupę, żeby odzyskać zdrowy rozsądek. Nie chciałem czekać, aż utkniesz w pracy, której nie znosisz. Aż będziesz nieszczęśliwy i zadłużony. - Na twarzy Joe pojawił się cierpki uśmiech. - Na szczęście pokazałeś mi, że się myliłem. Kiedy zaprosiłeś mnie na pierwsze otwarcie... - Zaczął stukać palcami po swojej nodze. Rzadko wyglądał na tak podenerwowanego. - Nie chciałem z tobą świętować i zgrywać dumnego ojca, skoro wcześniej... cóż, było mi daleko do ideału. Na każdym kroku próbowałem cię zniechęcić, a ty odniosłeś sukces nie dzięki mnie, a pomimo mnie. Nie zamierzałem spijać tej śmietanki, bo nie miałem nic wspólnego z twoim wielkim osiągnięciem. Dlatego nie przyszedłem. Wyłącznie dlatego. Jesteś moim synem i nigdy bym cię nie znienawidził.
Blake całkowicie osłupiał. Prędzej podejrzewałby, że Joe ściągnie maskę i okaże się, że jest tak naprawdę kałamarnicopodobnym kosmitą z Dnia niepodległości, niż że wyzna mu coś takiego. Przed oczami przeleciały mu wszystkie jego interakcje z ojcem z ostatnich pięciu lat. Nie było ich zbyt wiele. Jakaś cząstka Blake'a nie chciała zaakceptować tłumaczeń taty. Łatwiej byłoby dalej żywić do niego urazę, bo robił to już od dawna. Ostatni raz mieli "normalne" relacje, gdy Blake był jeszcze tak młody, że bawiła go zabawa w "podaj dalej, bo skiśniesz".
Teraz jednak patrzył ojcu prosto w oczy i widział, że mówi prawdę. Blake był świadomy, jak wiele musiało kosztować go zdobycie się na to wyznanie. Joe Ryan był dumnym człowiekiem i prawie nigdy nie przyznawał się do winy. Jego tok myślenia może i był pokrętny, a nawet powalony, ale najwyraźniej w jego głowie to wszystko miało sens.
- W takim razie, dlaczego tu przyleciałeś? Co się zmieniło?
Blake spojrzał z utęsknieniem na butelkę szkockiej stojącą na jednej z półek. Przydałoby mu się coś mocnego do picia. Chociażby po to, żeby nie zemdlał z szoku. Nigdy nie jest łatwo pogodzić się z informacją, która wywraca twój świat do góry nogami.
Najpierw Cleo, a teraz mój tata. Dwa przewrotne wyznania w jeden miesiąc. To ci, kurwa, rekord.
Joe podrapał się po brodzie i wykrzywił twarz.
- Myślałem o tym, co powiedziałeś mi na przyjęciu. O tym, że nazwałeś mnie gównianym ojcem.
Blake'a skręciło w żołądku na wspomnienie własnych słów.
- Nie chciałem na ciebie naskakiwać w twoje urodziny.
- Chyba długo to w sobie trzymałeś - powiedział oschle Joe. - Szczerze mówiąc, nie wiedziałem, że tak cię wkurzy moja sugestia, żeby obejrzeć pierwsze rozgrywki sezonu u Pete'a zamiast w twoim barze. Zawsze spotykaliśmy się na mecze u niego. Ale wiem, że czasami nie mam nosa do tego typu spraw. - Znowu podrapał się po podbródku. - Przyznaję, że nie byłem... najlepszym tatą przez ostatnie lata. I wiesz co? Nie chciałem przylatywać na to otwarcie. Chciałem dalej unikać problemu, ale twoja mama i siostra na mnie naskoczyły. Stanęły po twojej stronie.
Mama postawiła się tacie? Ile jeszcze szokujących informacji czeka dzisiaj Blake'a?
- W każdym razie... - Joe zrobił zbolałą minę. - Uznałem, że najwyższy czas przestać uciekać i po prostu z tobą porozmawiać. Jak facet z facetem. Tym bardziej że wiem, że to twoje największe dotychczasowe otwarcie. Odwaliłeś kawał dobrej roboty - dodał szorstkim tonem. - Mało powiedziane, jestem z ciebie dumny.
Jest ze mnie dumny.
Blake całe życie pragnął usłyszeć te kilka słów z ust ojca. A teraz, gdy Joe w końcu je wypowiedział, chłopak nie mógł ich objąć umysłem. To mogły być równie dobrze fragmenty Ulissesa po łacinie.
Fala ciepła zalała serce i brzuch Blake'a. Czuł dumę i niedowierzanie.
- Nie wszystkie zasługi mogę przypisać sobie. - Blake odchrząknął. - Cały mój zespół spisał się na medal.
Co prawda był pomysłodawcą i nadzorował wszystkie działania, ale to jego pracownicy wprowadzali w życie jego plany. To oni byli fundamentem, bez którego Legendy nie mogłyby powstać, i traktował ich z należytym szacunkiem. Bez swojego zespołu nic by nie osiągnął.
- Oj, spisał. No, to fajnie, że pogadaliśmy, ale wracam już na dół. - Joe wstał z fotela. Ewidentnie wystarczyło mu już zacieśniania więzi na ten wieczór. - Kto wie, co strzeli do głowy twojej mamie i siostrze po kilku margaritach.
Zanim Blake udał się do biura, widział, jak Helen i Joy zachwycały się Zanem, znanym modelem, który dzisiaj występował gościnnie w Legendach w roli barmana.
- Czekaj.
Jego ojciec się zatrzymał.
Blake zwilżył wargi.
- Dostałem wczoraj nową butelkę szkockiej. - Obrócił głowę w stronę butelki na półce. - Prawdziwej szkockiej. Chciałbyś się ze mną napić?
Niepewnie wyciągnął do taty gałązkę oliwną. Joe przeskakiwał wzrokiem ze szkockiej na syna i w drugą stronę. Z powrotem usiadł w fotelu, a na jego twarz zakradł się cień uśmiechu.
- Jasne, że tak.
Rozdział 35
- Nie wierzę, że już północ. - Farra z trudem powstrzymała się od ziewnięcia. - Pewnie powiesz, że bierze mnie na wspominki jak jakąś babcię, ale ostatni raz byłam na nogach o tej porze, gdy...
Gdy byłam jeszcze z Blakiem.
Wzdrygnęła się.
Farra włożyła dużo wysiłku w zamknięcie wszystkich wspomnień o nim w szufladce ukrytej gdzieś w ciemnym kącie swojego umysłu i nie miała zamiaru pozwolić, by jej praca poszła na marne. Tym bardziej że była na randce z innym mężczyzną.
- W sumie to nie pamiętam - wymamrotała.
Paul uśmiechnął się oczami i splótł dłonie z Farrą.
- To prawdziwy zaszczyt, że złamałaś dla mnie swoje zasady.
- Nie traktowałabym jako zasadę tego, że nie wychodzę na miasto o tej porze. Tak już po prostu mam - sprostowała. - Codziennie koło dziesiątej odpływam do krainy snów.
Paul się zaśmiał.
- Tak czy inaczej, cieszę się, że posiedzieliśmy dłużej. Świetnie się z tobą bawiłem.
Paul był słodki aż do bólu. To było ich trzecie spotkanie. Poznała go przez aplikację randkową, do której pobrania zmusiła ją Olivia. Przyjaciółka powiedziała, że w ten sposób "zapomni o Blake'u". Paul okazał się idealnym materiałem na partnera. Był przystojny, uprzejmy, mądry i na sto procent nie złamałby jej nigdy serca. Farra lubiła spędzać z nim czas, ale było między nimi mniej więcej tyle samo chemii co w wodzie źródlanej. Gdy się całowali, niczego nie czuła. Nie było fajerwerków, motyli w brzuchu ani szalejącego tętna.
- Masz ochotę coś zjeść? - zapytał Paul. - Niedaleko stąd jest całodobowa knajpka, podobno jest całkiem niezła.
Zmęczenie toczyło bitwę z głodem. Ostatecznie jednak wygrał głód.
- Czemu nie. - Nic nie było w stanie bardziej ukoić jej zszarganych nerwów od dobrego burgera i szejka.
Gdy tak szli spokojnym tempem po chodniku, umysł Farry pędził jak kierowca Formuły 1. Zastanawiała się nad swoim następnym krokiem.
Czy powinna zerwać z Paulem, czy brnąć w to dalej, licząc na to, że z czasem obudzą się w niej głębsze uczucia? Właściwie to nie tak, że byli p r a w d z i w ą parą, ale nie dało się ukryć, że ich relacja zmierzała w tym kierunku. Nie chciała dawać mu złudnych nadziei i zabierać mu czasu, który mógłby poświęcić komuś, kto obdarzy go miłością i troską, na jakie zasługuje.
Jednak jakaś samolubna część Farry bała się tego, co się stanie, jeżeli zostawi Paula. Zostanie po nim ziejąca pustka. A pustki mają to do siebie, że trzeba je wypełnić. Czymś dobrym albo czymś złym. To nie ma większego znaczenia, bo liczy się tylko to, by się ich pozbyć.
Farra miała złe przeczucia odnośnie do tego, kto wypełniłby pustkę po Paulu, i nie była na to gotowa. Przynajmniej na razie.
Jestem okropną osobą.
- O, kurde. - Paul wydawał się podekscytowany. - Myślisz, że to naprawdę on?
Farra podążyła za jego wzrokiem i dostrzegła Zane'a. Nieziemsko przystojny model wsiadał właśnie do taksówki z aktorką o urodzie wróżki, znaną ze swoich ekscentrycznych, niekonwencjonalnych ról w filmach niezależnych. Ale to nie oni przykuli uwagę Farry.
Nie, skupiła całą swoją uwagę na szyldzie lokalu, z którego wyszli: Legendy.
Bar Blake'a.
Wiedziała, że Legendy są gdzieś niedaleko miejscówki, w której oglądała z Paulem stand-up, ale i tak była bardzo skołowana. Budynek mógłby mieć równie dobrze wielką podobiznę Blake'a, która uśmiechałaby się z wyższością w jej kierunku.
Farra mocniej ścisnęła dłoń Paula. Dzisiaj było wielkie otwarcie Legend. Czytała o tym w ostatnim wydaniu "City Style", które poświęciło aż kilka stron na markę cieszącego się powodzeniem nowojorskiego biznesmena i kawalera.
Było jej wstyd, że czytała o Blake'u nocą, gdy Olivia poszła już spać. Serce kłuło ją z bólu, kiedy patrzyła na jego uśmiechniętą twarz i pewną siebie, zrelaksowaną postawę na zdjęciach. Większość osób widziała tylko tyle. Ale Farra dostrzegała, że jego ramiona były spięte, a uśmiech nie sięgał oczu.
Odnosił takie sukcesy, a mimo to cierpiał.
To nie moja sprawa.
Skoro Blake wolał uciec i walczyć ze swoimi demonami w pojedynkę, to Farra nie zamierzała go powstrzymywać.
- Chodźmy. - Pociągnęła Paula za rękę. - Konam z głodu.
Zrobili dosłownie pięć kroków, zanim zatrzymał ją głęboki, znajomy głos:
- Farra.
Jej imię pomknęło po nocnej bryzie. Było niczym pełen uwielbienia szept utraconej miłości.
Kusiło ją, żeby go zignorować i ruszyć w dalszą drogę, ale wtedy Paul delikatnie szturchnął Farrę.
- Wydaje mi się, że ktoś cię woła.
Czemu to mnie zawsze przytrafiają się takie zbiegi okoliczności?
Farra przygotowała się mentalnie na stanięcie twarzą w twarz z Blakiem, po czym się obróciła. Gdy go ujrzała, z płuc uciekło jej całe powietrze. Był taki przystojny, że jej świat zadrżał w posadach. Gdyby miała przy sobie pędzel i farby, uwieczniłaby go dla przyszłych pokoleń.
Był ubrany w ciemnoniebieskie dżinsy i idealnie skrojony czarny blezer. Śnieżnobiała koszula uwydatniała jego szerokie barki i wąską talię. Jego zmierzwione blond włosy lśniły w świetle lamp niczym aureola, a oczy były warte grzechu. Krystalicznie niebieskie tęczówki wprowadzały Farrę w trans. Rzucały na nią zaklęcie, spod którego nie potrafiła się uwolnić.
Był niczym bóg zstępujący z niebios. Apollo we własnej osobie. Nie miało znaczenia, jak długo się nie widzieli, ciało Farry reagowało na niego zawsze w ten sam sposób: pojękiwało, mruczało i spinało się niczym kot zdesperowany, by wrócić w ramiona swojego opiekuna.
Całe szczęście Farze udało się opanować, zanim ugięłyby się pod nią nogi i upadłaby na chodnik, przytłoczona pożądaniem i bólem spowodowanym złamanym sercem.
- Cześć. - Jej chłodny, formalny ton nie wyrażał żadnych emocji. Farra pogratulowała sobie w duchu, że udało jej się powiedzieć to tak beznamiętnie. - Nie spodziewałam się, że wpadnę tutaj na ciebie.
- Przecież to mój bar - odpowiedział Blake, przeciągając samogłoski. Jego wzrok mimowolnie powędrował w stronę splecionych ze sobą dłoni Paula i Farry. Zacisnął szczęki. - Myślałem, że pojawisz się na otwarciu.
Zaprosił ją wiele miesięcy temu, jeszcze zanim wszystko się między nimi popsuło. Olivia i Sammy też byli zaproszeni. Farra nie przyszła, więc jej najlepsza przyjaciółka też tego nie zrobiła. Z kolei Sammy musiał polecieć do San Francisco, żeby ogarnąć jakąś sprawę związaną z piekarnią. Farze udało się wyciągnąć od Olivii tylko tyle informacji na temat jego obecnego miejsca pobytu.
- Miałam inne plany na ten wieczór.
Farra czerpała perwersyjną przyjemność z przyglądania się burzy szalejącej w oczach Blake'a. Kryształy zamieniły się w szafiry, ciemne i wściekle niebieskie. Nadal były piękne, ale płonęły teraz z czystej zazdrości. Poczuła smak zwycięstwa na języku i ciarki na plecach.
Jej mroczna, małostkowa, mściwa część chciała go złamać za to, jak on złamał jej serce. Chciała, by pojął, co stracił, i pogrążył się w rozpaczy.
- Byłam na randce z Paulem. - Oparła głowę o ramię chłopaka, który wyglądał, jakby czuł się meganiekomfortowo. Farra nie mogła go za to winić. Atmosfera była tak gęsta, że można było ciąć ją nożem. - Chyba się nie znacie? Paul, to jest Blake, jeden z moich byłych klientów. Blake, to jest Paul, mój chłopak.
Paul wcale nie był jej chłopakiem. Byli dopiero na trzech randkach. Poczuła, jak lekko podskoczył, zaskoczony jej słowami. Na szczęście nie próbował niczego prostować.
Farra czuła się winna, że tak go wykorzystuje, ale zamierzała zająć się tym problemem później. Teraz mogła skupić się jedynie na niezadowolonej minie Blake'a. Emanował gniewem. Nie wiedziała, czym bardziej go rozsierdziła. Tym, że bezceremonialnie nazwała go b y ł y m k l i e n t e m, czy tym, że przedstawiła Paula jako s w o j e g o c h ł o p a k a.
Nie miał prawa się na nią złościć. To on ją od siebie odepchnął bez żadnego ostrzeżenia, bo stwierdził, że "zasługuje na kogoś lepszego". No to posłuchała jego rady.
I co ty na to?
Tak, zachowywała się dziecinnie, ale wcale jej to nie obchodziło.
- Miło cię poznać. - Na twarzy Paula zagościł przyjazny uśmiech. Puścił dłoń Farry, żeby przywitać się z "jej byłym klientem". - Blake Ryan, co nie? Czytałem o tobie parę dni temu. Gratuluję otwarcia baru.
- Dzięki. - Blake obnażył zęby w udawanym uśmiechu, ale nie odrywał oczu od Farry. Ścisnął dłoń Paula tak mocno, że chłopak aż się wzdrygnął. - Wiesz, kto przyleciał? - Jego głos obniżył się o oktawę. Był teraz tak łagodny i intymny, że poczuła ciepło na całej skórze. - Mój ojciec. Jest w środku.
Farra była w szoku.
- Nie masz pojęcia, jak się cieszę.
Mówiła prawdę. Od dawna chciała, żeby Blake zakopał topór wojenny z ojcem. Za to nie chciała, żeby jej serce dalej tak wariowało.
- Skąd się znacie? - wtrącił się Paul, a Farra oderwała wzrok od Blake'a.
Na chwilę całkiem zapomniała o Paulu.
Oczy Blake'a ponownie pociemniały.
- Byliśmy parą. - Nadal trzymał jego dłoń w miażdżącym uścisku.
Paul zaczerwienił się, a Farra posłała Blake'owi gniewne spojrzenie. Uśmiechnął się złośliwie.
- Od jak dawna się spotykacie? - zapytał jak gdyby nigdy nic. W jego głosie nie było już ani nutki intymności. Zastąpił ją ostry chłód.
- Od miesiąca. - Tym razem to Farra spojrzała na Blake'a z wyższością.
Zadrgała mu powieka, gdy zrozumiał, co to oznacza. Nie potrzebowała nawet chwili, by ruszyć naprzód.
Oczywiście kłamała. Poszła z Paulem na pierwszą randkę jakieś dwa tygodnie temu, ale Blake nie musiał o tym wiedzieć. Poza tym piętnaście dni zaokrąglone w górę dawało miesiąc.
- No i fajnie. Większość ludzi potrzebuje trochę więcej czasu, żeby znaleźć sobie porządną odskocznię. - Słowa Blake'a przeszywały niczym sople lodu.
Paul w końcu wyrwał rękę z uścisku.
Gniew Farry nie przybierał na sile powoli. Wręcz przeciwnie, dziewczyna od razu się zagotowała.
- Odskocznia przydaje się osobom, które były w udanym związku.
Blake rzucił jej wyzwanie swoim spojrzeniem.
- A nasz nie był udany? Miałem inne wrażenie, gdy co noc wykrzykiwałaś moje imię.
P l a s k!
Farra uderzyła go tak mocno, że aż zabolała ją ręka.
Spojrzała najpierw na nią, a później na twarz Blake'a, którą teraz zdobiło piękne jasnoczerwone odbicie dłoni.
Zaczął ciężko dyszeć i zacisnął szczęki tak mocno, że jego zęby trzonowe krzyknęłyby w proteście, gdyby mogły. Jednak poza tym nie zareagował w żaden sposób na spoliczkowanie.
Farra nigdy wcześniej nie podniosła na nikogo ręki.
- Co, do chuja? - Paul popchnął Blake'a. - Co jest z tobą nie tak?
On nigdy nie przeklinał.
Najwyraźniej dzisiejszego wieczoru wszyscy zamierzali pokazać się od jak najgorszej strony.
- Paul, chodźmy stąd. - Farra była tak zmęczona, że ledwo trzymała się na nogach. - On nie jest wart naszego czasu.
Po chwili zawahania Paul odpuścił. Spojrzał wilkiem na Blake'a, ale on pozostał w bezruchu. Wpatrywał się pustym spojrzeniem w nowego chłopaka Farry, jakby nie wiedział, w jaki sposób doszło do eskalacji.
Farra i Paul się oddalili, zostawiając go samego wśród jasnych świateł baru. Był niczym samotny król u bram swojego imperium.
Kiedy znaleźli się poza zasięgiem jego wzroku, mściwość, która zatopiła pazury w Farze, zniknęła, a w jej miejsce pojawił się wstyd.
- Paul...
- Nic nie mów. - Szedł na krańcu chodnika, jakby chciał się znaleźć jak najdalej od niej. - Pogadamy na spokojnie, jak odpoczniemy.
Oboje dobrze wiedzieli, jak będzie wyglądała ta rozmowa.
Farra rozważała zerwanie z Paulem, ale i tak czuła się okropnie z tym, jak potoczyły się sprawy między nimi. Był uroczym facetem, który nie zrobił jej nic złego. Nie zasługiwał na to, żeby czuć się jak nagroda pocieszenia.
Wbiła wzrok w ziemię, a oczy zapiekły ją od łez. Blake Ryan po raz kolejny wszystko zniszczył.
Rozdział 36
- Rzuca iiiiii trafia! - krzyknął Justin. Udawał, że rzuca piłkę, gdy przelatywała przez siatkę, podnosząc wynik jego i Sammy'ego o dwa punkty.
- Świetny rzut, stary. - Zbił piątkę z Sammym i wyszczerzył zęby w stronę Blake'a. - Za to ty nie jesteś dzisiaj w najlepszej formie, Ryan.
- I co z tego? - Blake patrzył z kompletnym brakiem zainteresowania, jak Landon przyjmuje od niego piłkę. Zazwyczaj uwielbiał rywalizować z innymi, ale dzisiaj miał gdzieś, kto wygra ich mecz dwóch na dwóch.
- I co z tego? - Justin uniósł wysoko brwi. - Co cię znowu ugryzło w dupę? Cały dzień zachowujesz się jak humorzasty nastolatek.
Blake spojrzał na kumpla spode łba. Żałował, że go dzisiaj zaprosił, a jeszcze bardziej, że zatrudnił go w Legendach. Justin był dobrym barmanem, ale był też zajebiście upierdliwy. Blake musiał teraz znosić jego niewyparzoną gębę każdego dnia.
- Chyba nie powinieneś zwracać się tak do swojego szefa?
- Taki z ciebie szef, jak ze mnie baletnica - zażartował Justin. - Możesz mnie zwolnić, ale wiesz, że mam rację. Zachowujesz się jak gówniarz w okresie dojrzewania. Dobrze mówię? - Spojrzał na Sammy'ego i Landona, szukając u nich wsparcia.
Obaj wzruszyli ramionami, niechętnie się z nim zgadzając.
Zdrajcy.
- Jak tam otwarcie? - Sammy uniósł spód koszulki, żeby zetrzeć pot z czoła. - Jeszcze raz przepraszam, że mnie nie było. Musiałem załatwić coś w piekarni w San Francisco.
Przechodząca obok grupa dziewczyn podziwiała jego obnażony kaloryfer przez ogrodzenie na Tompkins Square Park.
- Nic się nie stało.
- Na pewno? - Sammy przyglądał się podejrzliwie Blake'owi. -Bo wyglądasz, jakbyś chciał urwać mi głowę i nakarmić nią tamte bezpańskie kundle.
- Nie chodzi o ciebie.
Chodziło o t a m t e g o g o ś c i a. Paula Jakiegośtam z durną niebieską kurtką i jeszcze durniejszą twarzą. Kto w ogóle wpadł na pomysł, żeby nazwać swojego syna Paul? Żyją w Stanach w dwudziestym pierwszym wieku, a nie w dwudziestowiecznej Anglii.
Blake miał cały wieczór na to, żeby wyjść na zewnątrz i się przewietrzyć, ale oczywiście musiał wybrać akurat ten moment. Zepsuł sobie tym całą noc, cały miesiąc i pewnie cały kolejny pieprzony rok. Oczywiście, że musiał na nią wpaść. Gdy szła z nim. Trzymając się za ręce. Ze swoim c h ł o p a k i e m.
Powinien był wybrać się dzisiaj na boks, a nie na boisko do kosza. Okładałby worek treningowy, wyobrażając sobie, że to twarz tego pięknisia. Cóż za cudowna wizja.
Rozsądek podpowiadał Blake'owi, że nie ma prawa być zazdrosny. W końcu to on zostawił Farrę i powiedział jej, że zasługuje na kogoś lepszego.
Ale jego rozsądek mógł iść się jebać.
- Nie przejmuj się. - Landon odkręcił nakrętkę izotonika. - Jest wkurzony na Farrę.
Blake szeroko otworzył usta.
A ten skąd to, kurwa, wie?
- Widziałem was przed Legendami. - Landon wziął łyk napoju. - Patrzyłem, jak piorunujesz wzrokiem gościa, który trzymał ją za rękę. Byłeś taki zajęty oznaczaniem swojego terytorium, że nawet mnie nie zauważyłeś. Sądząc po scenie, którą urządziliście, zakładam, że nadal jesteście pokłóceni.
- Serio? - jęknął z frustracji Sammy. - Co tym razem odwaliłeś? Ile razy masz zamiar jeszcze spierdolić sprawę?
- Zamknij się. - Blake'owi skoczyło ciśnienie. Miał wrażenie, że zaraz eksploduje od wzbierającej w nim złości. Jeżeli serio tak się stanie, to będzie nawiedzał Paula Jakiegośtam przez całą wieczność.
Z n i k i m się już nie umówi, bo cały czas będzie miał na ogonie ducha.
- Spoliczkowała go - dodał Landon ku uciesze Sammy'ego i Justina.
- No co ty? - Sammy był chyba równie przerażony co rozbawiony. - To nie w jej stylu. Co zrobiłeś?
- Dlaczego od razu zakładasz, że to moja wina?
- A nie mam racji?
Blake się skrzywił. No dobra, rzeczywiście zachował się jak palant. I to nie tylko pod Legendami, ale też tego wieczoru, kiedy z nią zerwał. Jego zachowanie ostatnimi czasy ogólnie pozostawiało wiele do życzenia.
Nie spodziewał się, że Farra tak szybko znajdzie sobie kogoś nowego. Jego serce nie skończyło nawet jeszcze pękać. Jasne, mógł winić jedynie samego siebie za katusze, które przeżywał, ale czy nie mogła odczekać chociaż kilku miesięcy, nim ruszyła naprzód? Albo kilka wieków...
Zasługujesz na kogoś lepszego.
Najwyraźniej wzięła sobie te słowa do serca.
Gdyby Blake nie był samolubny, to cieszyłby się, że pogodziła się z ich rozstaniem. Ale był samolubny i nie mógł przestać myśleć o kupieniu laleczki voodoo z podobizną Paula i spaleniu jej na stosie.
- Oczywiście, że to jego wina. - Justin ziewnął, po czym skierował kolejne słowa bezpośrednio do Blake'a: - Rozumiem, że twój genialny plan odzyskania jej serca przez łóżko nie wypalił?
Barman nie zdążył nawet mrugnąć, zanim Blake wziął go za fraki i przygwoździł do ogrodzenia. Metalowa siatka złowieszczo zagrzechotała.
- To był t w ó j pomysł - warknął.
- Ktoś tu ma krótki loncik. - Justin wydawał się niewzruszony fizyczną groźbą przyjaciela. - Jakbyś miał więcej oleju w głowie, to nie słuchałbyś moich rad. A teraz zluzuj gacie i zapisz się na zajęcia z kontroli gniewu. Najlepiej od razu.
- P r o s i s z s i ę o limo.
- Nie wyżywaj się na mnie za to, że Farra wyrzuciła cię na zbity pysk.
W oczach Blake'a tańczyły czerwone iskry. Uniósł rękę, gotowy zmazać ten zarozumiały uśmieszek z twarzy Justina, ale Landon w porę go powstrzymał.
- Uspokójcie się - powiedział stanowczym głosem. - Porozmawiajmy jak dorośli, a nie jak banda rozwydrzonych dzieciaków.
- Dobrze, że mnie nie uderzyłeś. - Justin strzepał kurz z ramion. - Jestem twoim pracownikiem. Mógłbym oskarżyć cię o przemoc w miejscu pracy.
Blake znowu się na niego rzucił. Tym razem, żeby go oderwać, Landonowi musiał pomóc Sammy.
- Zwalniam cię - wysyczał Blake.
- W porządku. - Justin uśmiechnął się tak, jakby nic się nie wydarzyło.
Chory pojeb. Blake zaczynał się zastanawiać, czy nie zatrudnił (i nie zwolnił) prawdziwego psychopaty.
- Uspokójcie się - zarządził Sammy. W tej chwili nie przypominał w ogóle wyluzowanego, poczciwego chłopaka, którego Blake poznał w Szanghaju. - Może zamiast wybuchać jak małe dziecko, powiesz nam, co się wydarzyło, żebyśmy mogli zastanowić się nad rozwiązaniem twojego problemu?
Blake policzył w myślach do trzech i wypuścił powietrze nosem.
- Puśćcie mnie.
- Najpierw obiecaj, że nie przetrącisz Justinowi nosa.
- Obiecuję. No już - wycedził przez zęby.
Gdy uwolnił się z uścisku Landona i Sammy'ego, Blake wygładził koszulkę i streścił przyjaciołom wszystko, co się wydarzyło, z wyjątkiem rozmowy z Cleo. Nie chciał tego robić, ale wiedział, że nie dadzą mu spokoju, dopóki nie ulegnie.
Gdy skończył swoją opowieść, wszystkim opadły kopary.
- Czekaj, czy ja dobrze rozumiem? - Justin uniósł dłoń. - Zerwałeś z dziewczyną, którą n a d a l k o c h a s z, bo... bałeś się, że pewnego dnia ją zranisz? Czy ty sobie, kurwa, kpisz?
Przeżywanie na nowo nocy, w którą rozstał się z Farrą, pozbawiło Blake'a całej energii, przez co nie miał już siły, żeby znowu naskoczyć na Justina.
- To skomplikowane.
- Wcale nie. Nie ma na świecie nic prostszego. Jesteś. Skończonym. Idiotą. I to do kwadratu. - Justin potrząsnął głową z obrzydzeniem. - Gratulacje, geniuszu, otrzymujesz tegoroczną nagrodę za najpokrętniejszą logikę.
- Dziękuję, to prawdziwy zaszczyt odebrać ją z rąk kogoś, kto ma kiłę.
- Nie mam kiły. Robię badania raz na dwa tygodnie.
Blake się skrzywił. Nie chciał wiedzieć, z iloma kobietami Justin musiał spać, żeby konieczne było robienie sobie badań tak często.
- Zgadzam się z Justinem - powiedział Sammy. - Weź się w garść i wyznaj Farze, co cię zżera od środka. Nie możesz jej odpychać zawczasu, na wypadek gdybyś w przyszłości popełnił jakiś błąd. To głupota. Sama powinna zdecydować, czy chce z tobą być, czy nie.
Tyle że już odeszła. I wpadła w ramiona gościa, który wyglądał jak wyrzutek z One Direction.
- Beze mnie będzie jej lepiej - rzucił pod nosem Blake.
- Czy ty się w ogóle słyszysz? - Sammy wyrzucił ręce w górę. - Przestań za nią decydować! Ona cię kocha, ty matole. A ty kochasz ją. Nie rzucaj sobie kłód pod nogi. P o g a d a j z n i ą.
- Ona mnie nie kocha, a ja nie chcę jej skrzywdzić.
Sammy, Landon i Justin równocześnie zawyli z frustracji.
- Głąb - powiedział Justin. - Mój szef to głąb.
- Zwolniłem cię - przypomniał mu Blake.
- Dzięki Bogu, bo codziennie bałbym się, że twoja głupota jest zaraźliwa.
- Blake. - Sammy złapał kumpla za ramiona i nim potrząsnął. I to porządnie. - Jak myślisz, co zrobiłeś, rzucając Farrę? Z r a n i ł e ś j ą. Obaj wiemy, jaka potrafi być uparta. Nie próbowałaby cię przekonać do otworzenia się, gdyby jej na tobie nie zależało. Dała ci drugą szansę. Zaufała ci, mimo że już raz złamałeś jej serce. I jak się jej odwdzięczyłeś? Zamiast się przed nią otworzyć, zamknąłeś za nią drzwi. Nie pozwoliłeś jej nawet spróbować ci pomóc.
Blake otworzył usta, ale nic nie powiedział.
- Tym razem spierdoliłeś po całej linii. - Justin znowu ziewnął. - Powodzenia w znalezieniu drugiej takiej laski, która będzie znosiła te twoje wszystkie humorki.
- Zamknij się, Justin - przywołał go do porządku Landon.
W żyłach Blake'a płynął teraz niepokój. Przemieszczał się powoli i złowieszczo po jego krwiobiegu, aż w końcu wypełnił go całego.
- Rzeczywiście jestem idiotą - zdał sobie sprawę.
Jego kumple ponownie wydali z siebie zduszone jęki.
Landon chwycił się za nasadę nosa, jakby dostał potwornej migreny.
Justin dryblował piłką do kosza, którą zabrał chwilę wcześniej Landonowi, i wyglądał tak, jakby chciał rzucić nią Blake'owi w twarz.
Sammy opadł na ziemię i przetarł oczy zmęczoną dłonią.
- Muszę się napić.
Blake zobaczył przed oczami, jak Farra wychodzi z jego mieszkania.
KURWA.
Rozdział 37
Rozległ się dzwonek do drzwi. Farra podskoczyła na głośny, niespodziewany dźwięk, przez co wypadł jej z ręki ceramiczny kubek z kawą i poleciał prosto na dywan.
Puściła wiązankę przekleństw, której nie powstydziłby się nawet szewc.
- Już idę! - Upewniła się jeszcze, że nie zalała żadnego ze swoich szkiców. Na całe szczęście nie. Chybaby się zabiła, gdyby musiała zacząć całą pracę od początku.
Farra skończyła projekt dla Yuliyi i przeszła do kolejnego. Przygotowywała wizualizację mieszkania na Soho dla redaktorki czasopisma. Francuzka była tak olśniewająca, że mogłaby przyćmić samą Brigitte Bardot. Przeprowadziła się tu z Paryża, żeby objąć stanowisko redaktorki naczelnej w... Cóż, Farra nie wiedziała w jakim czasopiśmie. Nie zdążyła jej o to zapytać. Ale to musiał być jakiś prestiżowy magazyn, skoro było ją stać na mieszkanie na Soho. Większość czasopism nie oferowała zbyt atrakcyjnego wynagrodzenia.
Kolejny dzwonek.
- Przecież mówiłam, że już idę!
Farra rzuciła się biegiem do drzwi, niemal wpadając w poślizg na zakręcie. Nie miała pojęcia, kto mógł czekać po drugiej stronie. Olivia była w pracy. Kurierzy zostawiali paczki w lobby, a sąsiedzi nigdy jej nie nachodzili. Nie wiedziała nawet, jak połowa z nich wygląda.
Spojrzała przez wizjer. Jej serce zabiło szybciej, gdy dostrzegła błysk znajomych złotych włosów i... pluszowego misia? Nie była pewna, czy to maskotka, bo zajmowała połowę pola widzenia. Widziała jedynie brązową futrzaną łapę trzymającą czerwony balonik.
Tak czy inaczej, nie miała wątpliwości, do kogo należy blond grzywa. Znała tylko jedną osobę o takich włosach.
Spocona dłoń Farry ześlizgnęła się z gałki drzwi. Teoretycznie mogłaby udawać, że jej nie ma, ale było na to trochę za późno, bo zdążyła już dwa razy krzyknąć, żeby poczekał.
Cholera.
Olivia zawsze opieprzała ją za to, że się odzywa, zanim sprawdzi, kto czeka pod drzwiami. Wcześniej Farra myślała, że jej przyjaciółka jest przewrażliwiona, ale teraz zaczynała ją rozumieć.
Wzięła głęboki wdech, przywdziała maskę obojętności i otworzyła drzwi.
Jej plan szybko spalił na panewce, bo od razu opadła jej szczęka z wrażenia. Blake r z e c z y w i ś c i e trzymał pluszowego misia: ogromnego, uroczego niedźwiadka, który ledwo mieścił się w dwumetrowej framudze. Pluszak się do niej uśmiechał. W łapkach miał święcący czerwony balon w kształcie serca, a na jego białej koszulce widniał napis "Przepraszam, Farro" z małym serduszkiem tuż pod spodem. Blake w drugiej dłoni trzymał największy bukiet kwiatów, jaki Farra kiedykolwiek widziała. Składały się na niego fioletowe hortensje, lawendowe róże, lawendowe orchidee (jej ulubione) i ogromne zielone eszewerie.
Blake wychynął zza futra i kwiatów.
W jego policzkach pojawiły się dołeczki, ale widać było, że jest zestresowany.
- Cześć.
Farra zatrzasnęła mu drzwi tuż przed nosem.
- Farro. - Jego błagalny ton pokonał drzwi i owinął się wokół jej zdradzieckiego serca, które podskoczyło z radości, gdy tylko poczuło bliskość swojej drugiej połówki. - Chcę porozmawiać.
- Nie mam ci nic do powiedzenia.
Farra za żadne skarby nie otworzy ponownie tych drzwi. Jej serce i ciało były po stronie wroga. Tylko jej umysł zachował zdrowy rozsądek, chociaż wiedziała, że jest na przegranej pozycji. Nie potrafiła nad sobą zapanować w obecności Blake'a. Złamał jej serce tak wiele razy, a i tak topiła się jak świeczka pod gorącym płomieniem.
Farra zaczynała podejrzewać się o lekki masochizm.
- Za to ja mam dużo do powiedzenia tobie. - Blake nie dawał za wygraną. - Nie chcę robić tego przez drzwi. Właśnie minął mnie jeden z twoich sąsiadów i jestem przekonany, że ma mnie za jakiegoś walniętego stalkera. Pewnie zadzwoni na policję.
- I dobrze.
Usłyszała jakiś łoskot, a gdy już myślała, że Blake sobie poszedł, odezwał się ponownie:
- Przepraszam za to, że zachowałem się jak skończony idiota pod Legendami, i za to, że cię od siebie odsunąłem. Naprawdę nie chciałem po raz kolejny wszystkiego spieprzyć. Ja... - Jego ton się zmienił. - Na co się gapisz? Nigdy nie widziałeś, jak ktoś przeprasza drugą osobę? - warknął.
Farra mimowolnie się uśmiechnęła, ale niezwłocznie przywołała się do porządku. Ktoś odpowiedział coś Blake'owi w oddali, a potem zatrzasnął za sobą drzwi. Ten sapnął głośno, po czym wrócił do swojej przemowy:
- Przepraszam za wszystko. Proszę, wybacz mi.
Najwyraźniej Farra była tanią świeczką kupioną na tort urodzinowy, bo płomień Blake'a w zaledwie kilka sekund zamienił ją w kałużę wosku.
"Nie rób tego", ostrzegł ją mózg. "Gość ma gadane, ale nie można mu ufać".
"No dalej", nalegało jej serce. "On na ciebie czeka! Otwórz mu. Wiesz, że tego chcesz".
Tymczasem jej ciało tylko mruczało. Farra dostała gęsiej skórki i poczuła, jak jej brzuch zostaje zalany przyjemnym ciepłem.
Zazgrzytała zębami. Wydawało jej się, że minęła cała wieczność, aż w końcu podjęła decyzję i otworzyła drzwi.
- Co tutaj robisz?
- Już ci mówiłem. Chcę pogadać.
- Nie byłeś skory do rozmowy, gdy wyrzucałeś mnie ze swojego mieszkania. Mówiłeś, żebym cię zostawiła i znalazła sobie kogoś lepszego. Co się zmieniło od tamtej pory? - Jeszcze mocniej zacisnęła dłoń na gałce. - Uznałeś, że jednak nie zasługuję na takiego kogoś?
Blake przełknął ślinę.
- Dałem ciała. Przepraszam, że tyle mi zajęło zrozumienie, że zawaliłem sprawę, ale...
- Zachowałeś się jak skończony dupek wobec mnie i Paula.
Blake ściągnął usta w cienką kreskę na wspomnienie mężczyzny.
- Zasłużył sobie na to.
Wcisnął stopę między framugę a drzwi, zanim Farra zdążyła je ponownie zatrzasnąć.
- Okej, okej, przepraszam - zreflektował się. - Masz rację. Potraktowałem go jak dupek, ale... - Zacisnął szczęki. - To naprawdę twój chłopak?
Nie. Farra i Paul nigdy nie odbyli kolejnej rozmowy. Po tym, jak wpadli na Blake'a, Paul po prostu więcej się do niej nie odezwał. I nie winiła go za to. Na jego miejscu postąpiłaby tak samo, bo zachowała się samolubnie i wykorzystała go do swoich własnych małostkowych celów.
Ale nie zamierzała mówić tego Blake'owi. Nie zasługiwał na to.
- To nie twoja sprawa. - Każde jej słowo było niczym okruch lodu. - Rzuciłeś mnie, pamiętasz? Mogę umawiać się, z kim tylko chcę.
Blake opuścił ramiona.
- Wiem. - Przypominał teraz szczeniaczka, który został wyrzucony na zimny, chłodny dwór.
Farra poczuła ucisk w klatce piersiowej. Przycisnęła mocniej drzwi, ale w końcu zabrakło jej sił, więc je otworzyła.
- Dobra, wejdź. Nie chcę, żeby przez cały następny miesiąc plotkowali o mnie sąsiedzi - wymamrotała. - I tak już zrobiłeś straszną scenę.
Blake się rozchmurzył, widząc, że choć trochę ustąpiła. Odzyskał pewność siebie i obdarzył Farrę czarującym uśmiechem. Wszedł do środka, po czym zostawił pluszowego misia i kwiaty w salonie. Przytulanka była tak ogromna, że stojący obok niej fotel wyglądał jak miniaturka z domku dla lalek.
Farra pogładziła miękkie futerko.
- Jak go tu przytaszczyłeś? Jest prawie taki wysoki jak ty.
Blake oblał się rumieńcem.
- Zamówiłem ubera XL. Niestety nie mógł podjechać pod sam blok ze względu na roboty drogowe, ale z ostatnim odcinkiem poradziłem sobie na piechotę. O mały włos wywróciłbym jakąś starszą panią, ale na szczęście w porę ją dostrzegłem. Mam szczęście, że nie zginąłem. Jak na kogoś, kto pewnie urodził się jeszcze przed drugą wojną światową, ta babcia wymachiwała swoją laską naprawdę agresywnie.
Farra nie potrafiła powstrzymać uśmiechu cisnącego się jej na usta. Wyobraziła sobie, jak Blake unika ataków słodkiej, starszej pani, próbując nie wypuścić z rąk wielkiego pluszowego misia i bukietu kwiatów.
Dostrzegł radość malującą się na twarzy Farry i postanowił przejść do dalszej ofensywy:
- Widzisz, jak mi głupio? Niemal dałem się zabić, próbując cię przeprosić. - Spojrzał na nią z zawadiackim uśmiechem, a po chwili zrobił oczy skruszonego szczeniaczka. - Dałabyś mi...
- Nie.
I to by było na tyle z radości Farry. Zrobiła krok w tył. Czuła, jak jej puls zaczyna szaleć, mimo że nawet nie zdążył dokończyć swojej prośby.
Wiedziała, o co chce ją zapytać.
Za to nie była pewna, czy byłaby w stanie mu odmówić.
Mimo wszystkiego, co się wydarzyło, wciąż go kochała. Mogłaby wznieść mury dookoła swojego serca, które sięgałyby nieba, obwarować je tysiącami żołnierzy z łukami i płonącymi strzałami, zbudować fosę i wpuścić do niej krokodyle, ale wystarczyłoby, że Blake byłby zdeterminowany, a wszystkie jej zabezpieczenia i fortyfikacje runęłyby szybciej niż zamek z piasku podczas przypływu.
Kiedyś był jej zbawieniem, a teraz stał się zgubą.
Farra mogła się przed nim bronić tylko w jeden sposób. Musiała trzymać go z daleka od tych murów i pilnować, by nie znalazły się w zasięgu jego ręki.
- Nie kończ tego pytania. - Jej słowa były niczym kule wystrzelone w sam środek klatki piersiowej Blake'a. - Wydawało mi się, że wyraziłam się jasno. Zaprzepaściłeś swoją drugą szansę. Jeżeli myślisz, że wkupisz się z powrotem w moje łaski prezentami, to grubo się mylisz.
- Wcale tak nie myślę. I nie chciałem prosić cię o kolejną szansę - odparł ze spokojem. - Zamierzałem zapytać, czy pozwolisz mi się chociaż wytłumaczyć ze swojego zachowania. Wyznam ci wszystko. Powiem ci, co wydarzyło się w Teksasie i dlaczego cię od siebie odepchnąłem. Odpowiem też na każde twoje pytanie.
- Za późno.
Mówi się, że prawdziwe szaleństwo to robić w kółko to samo i oczekiwać innych rezultatów. Jeżeli Farra nie chciała wylądować w psychiatryku, to musiała przestać wierzyć w puste obietnice Blake'a. Ile razy musi dać się jeszcze zranić, żeby wyciągnąć odpowiednie wnioski?
Jego oczy pociemniały.
- Chodzi o Paula, tak? - Wymówił jego imię z taką odrazą, jakby właśnie ugryzł nadgnity owoc. - Zakochałaś się w nim?
Niech ktoś mnie trzyma.
Teraz to ją wkurzył. Zaśmiała się, ale nie z rozbawienia, a z niedowierzania.
- Wynoś się z mojego domu.
Zamiast jej posłuchać, podszedł jeszcze bliżej. Farra się cofnęła, a on zrobił kolejny krok w przód. W końcu uderzyła plecami o ścianę. Nie miała dokąd uciec. Przesłonił jej cały widok, a jego obecność zdawała się potężna i wszechogarniająca. Przez moment myślała, że utonie w jego oczach.
- Co on takiego w sobie ma? - zapytał Blake. - Jak mogłaś tak szybko pozbierać się po naszym zerwaniu? Zapomnieć o mnie. Zapomnieć o n a s.
Farze zagotowała się krew w żyłach.
- Nie żartowałam. Wynoś się!
- Muszę wiedzieć!
- Nie kocham go, idioto! - krzyknęła. - Nawet się z nim nie umawiam! Matko, jak można być takim imbecylem?
Blake'a zamurowało.
- Naprawdę?
- No. - Farra odepchnęła go od siebie. - Poznaliśmy się na portalu randkowym. Znamy się od jakichś dwóch tygodni. Wpadliśmy na ciebie akurat na naszej trzeciej randce. Naprawdę myślisz, że jestem tak zmienna w uczuciach, że mogłabym się tak szybko zakochać w kimś innym? - Pstryknęła palcami, żeby nadać swoim słowom odpowiedni wydźwięk.
Blake zrobił się bledszy od Edwarda Cullena.
- Czekaj, czy to znaczy... że znowu się we mnie zakochałaś?
Farra poważnie rozważała uderzenie głową w ścianę z frustracji.
- Nigdy nie przestałam cię kochać. Nawet wtedy, gdy myślałam, że o tobie zapomniałam. Nawet wtedy, gdy wydawało mi się, że pogodziłam się z naszym rozstaniem. - Głos jej zadrżał. - Od dnia, w którym się poznaliśmy, odkruszałeś kawałki mojego serca, jeden po drugim, aż w końcu skradłeś je całe. I nigdy mi go nie zwróciłeś, dupku.
Blake chwycił ją za podbródek i uniósł go tak, by spojrzała mu prosto w oczy.
- Nie oddam ci go. Nigdy - oznajmił stanowczo. - Należy do mnie, a moje serce do ciebie. Serce za serce. To uczciwa wymiana.
Gdyby tylko tak było.
Farrę przeszył chłód. Z trudem utrzymywała się na nogach, ale wzmocniła mury obronne w umyśle.
- Wiesz, jaka jest między nami różnica? - wyszeptała. - Widziałam, jak zabierasz moje serce, i ci na to pozwoliłam. Oddałam ci je bezwarunkowo. Ty podarowałeś mi swoje w zamkniętej na klucz szklanej szkatułce. Było piękne, ale za każdym razem, gdy chciałam go dotknąć, uderzałam palcami w szybę. Nie dałeś mi kluczyka, bo nie ufałeś mi wystarczająco mocno albo dlatego, że myślałeś, że nie poradzę sobie z twoją mroczną stroną. Kto wie. Teraz to i tak bez znaczenia. Liczy się tylko to, że uciekłeś. Powiedziałeś, że mnie kochasz, a jednak mnie zostawiłeś. Miałeś moje serce na dłoni przez cały ten czas.
Blake poczuł, jak uginają się pod nim kolana. Cały drżał, zdradzając, że jego kamienna twarz jest jedynie fasadą. Zabrał rękę spod jej podbródka, chwycił Farrę za dłoń i przyłożył ją sobie do piersi.
- Nie ma żadnej szkatułki - powiedział, a w jego oczach rozpętał się huragan emocji. - T o moje serce. Czujesz je? Bije dla ciebie. Tylko dla ciebie.
Cisza.
- Możemy jeszcze wszystko naprawić. - W głosie Blake'a pojawiła się nutka desperacji. - Wiem, że spieprzyłem sprawy więcej razy, niż jestem w stanie zliczyć, ale obiecuję, że ci to wynagrodzę. Chcesz klucz? Dam ci ich dziesięć. Dam ci nawet cały cholerny dom! Powiedz mi, czego chcesz, a ja to załatwię.
- Niczego nie chcę. - Farra zabrała dłoń z jego klatki piersiowej z taką gracją, jakby siedziała na werandzie na plaży w Hamptons i popijała herbatkę. - Gdy odepchniesz kogoś tak wiele razy, powinieneś się spodziewać, że za którymś już nigdy nie wróci.
- Farro...
- Nie potrzebuję klucza, bo już się poddałam i nie obchodzi mnie zawartość szkatułki.
- Nie rób mi tego.
- Możesz zatrzymać moje serce. - Zamrugała, żeby poczuć cokolwiek oprócz ogarniającego ją odrętwienia. Nic to jednak nie dało. - Ale ja twojego nie chcę.
Farra dotychczas myślała, że nie da się poznać, gdy ktoś umiera od środka. A jednak teraz zobaczyła to na własne oczy, i to w zwolnionym tempie. Światło w oczach Blake'a zgasło. Krystaliczna żywa woda zamieniła się w grubą taflę lodu. Jego postawna sylwetka zapadła się pod ciężarem słów Farry, a na jego twarzy pojawiło się załamanie. Już nie przypominał Apolla, tylko upadłego boga. Stał się zwykłym śmiertelnikiem. Krwawił, a ona nie mogła dłużej na to patrzeć.
Zamknęła oczy. Najwyraźniej nie stała się całkowicie obojętna.
Śmiech, który wyrwał się z ust Blake'a, był krótki, smutny i podszyty bólem.
- Ciekawe, że twierdzisz, że nigdy nie dotknęłaś mojego serca, skoro właśnie wyrwałaś mi je z piersi i rozerwałaś na strzępy.
Ruszył w stronę wyjścia. Zatrzymał się dopiero przy samych drzwiach. Nie patrzyła na niego, ale czuła jego spojrzenie na sobie.
- Nadal bije dla ciebie. Nigdy nie oddam go nikomu innemu. Nie w tym życiu ani w żadnym następnym. Moje serce należy do ciebie tak długo, jak Ziemia się kręci, a gwiazdy świecą na niebie. Możesz je pokochać, możesz znienawidzić albo po prostu o nim zapomnieć. Ale ono i tak jest twoje.
Rozdział 38
Farra myślała, że pozbyła się Blake'a.
Od tygodnia nie próbował nawiązać z nią kontaktu. No chyba że zliczy się wszystkie esemesy, nieodebrane telefony i wiadomości zostawione na poczcie głosowej, których nie odsłuchała. Z jakiegoś powodu nie potrafiła się przemóc i zablokować jego numeru... Przynajmniej na razie.
Potem zaczął pojawiać się pod jej drzwiami. Dosłownie codziennie. Błagał ją, by dała mu choć pięć minut. Nawet gdyby chciała, nie byłaby w stanie o nim zapomnieć. Zadbał o to.
Farra ściągnęła usta w wąską kreskę, gdy zauważyła, że Blake siedzi pod wejściem do jej budynku. Przesiadywał tam już od trzech tygodni. Próbowała ignorować ostry ból w klatce piersiowej, który czuła na jego widok, ale nie było łatwo.
Myślała, że któryś z jej sąsiadów prędzej czy później zadzwoni na policję, ale jakimś cudem Blake ich do siebie przekonał. Nawet zrzędliwą staruszkę z drugiego piętra.
Farra nie wiedziała, jakie odprawiał czary, ale nie chciała mieć z nimi nic wspólnego. Nie zamierzała znowu słuchać swojego zdradzieckiego, uskrzydlonego serca.
Im bliżej była Blake'a, tym większy czuła ból.
Nie patrz na niego. Nie patrz na niego. Nie rób tego.
Gdy tylko ją dostrzegł, zerwał się na nogi.
- Dasz mi szansę wszystko wytłumaczyć?
Farra wsadziła rękę do torebki, żeby wyłowić z niej klucze. Chciała zignorować Blake'a, ale słowa same wyrwały jej się z ust:
- Nie masz nic lepszego do roboty?
Siedział w wejściu każdego wieczoru jak porzucony szczeniaczek czekający na powrót swojego opiekuna. Zakładała, że przyjeżdża tu od razu po pracy. Nie wiedziała, ile czasu mijało, zanim odpuszczał, ale Olivia wróciła raz do domu około ósmej i powiedziała, że widziała go z tą jego zbolałą miną. Farra wytrzymała dwie minuty, zanim uznała, że nie chce dłużej rozmawiać o Blake'u ze swoją przyjaciółką, i zamknęła się w pokoju. Na zmianę płakała i przeklinała go w swojej głowie. Z trudem powstrzymywała się od wybiegnięcia na zewnątrz i rzucenia mu się w ramiona.
- Nie. To jest najważniejsze. - Blake wyszczerzył zęby w zniewalającym uśmiechu, ale chwilę później z powrotem spoważniał. - Farro, proszę, daj mi tych parę minut.
- Myślałam, że ostatnim razem wyraziłam się jasno. - Zacisnęła dłonie na pęku kluczy tak mocno, że metal wbił się boleśnie w jej skórę. Dzwoniło jej w uszach, a serce uderzało o żebra w szaleńczym, niejednostajnym rytmie. - Nie obchodzi mnie, co masz mi do powiedzenia. Miałeś swoją szansę. Właściwie nawet d w i e. W obu przypadkach odepchnąłeś mnie od siebie. Tak że gratulacje: w końcu udało ci się zrobić to na stałe. Mam zamiar trzymać się od ciebie z daleka i tobie radzę to samo zrobić ze mną.
Chciała spojrzeć mu prosto w oczy, żeby podkreślić powagę swoich słów, ale zamiast tego wbiła wzrok w jego czoło.
Blake zacisnął szczęki.
- Tak łatwo nie odpuszczę.
Farra wydała z siebie jęk frustracji.
Dlaczego musi mi to tak utrudniać?
- Przestań. Oboje dobrze wiemy, że prędzej czy później to się musi skończyć. - Wskazała gestem na siebie i na niego. - Pewnego dnia się nie zjawisz. Odejdziesz. Bo zawsze tak robisz, gdy przestaje być łatwo.
- Nie tym razem. - Spojrzenie Blake'a paliło jej skórę. Poczuła, jak przechodzą ją ciarki po plecach. - Kocham cię, a ty kochasz mnie. Nie zrezygnuję z nas.
- Tyle że już to zrobiłeś. - Farra wzięła głęboki, drżący wdech i odwróciła twarz od Blake'a w obawie przed tym, że wyczyta z niej emocje, które kłębiły jej się w głowie. Musiała wrócić do mieszkania, zanim całkiem się załamie. - Zawsze byłeś mocny w gębie, ale czyny znaczą więcej niż słowa. Twoje mi już pokazały, jakim jesteś człowiekiem.
Uciekła do budynku, zanim Blake zdążył ją znowu zatrzymać. Po jej policzku popłynęła łza. A potem druga. A później było ich już tyle, że nie wiedziała, jak je zatamować.
Cholerny dupek - pomyślała gorzko.
Blake miał rację. Kochała go mimo wszystkiego, co jej zrobił. Był w pełni świadomy tego, co robi, pokazując się tu każdego dnia.
Ale w końcu na pewno przestanie przychodzić. Nie miała co do tego żadnych wątpliwości.
Tyle że... nie przestał.
Czas płynął nieubłaganie, aż w końcu nadszedł grudzień. Liście zdążyły już dawno opaść z drzew, a Nowy Jork ogarnęła bożonarodzeniowa gorączka zakupów. Blake pozostał nieugięty. Uparcie przychodził pod klatkę Farry. W pewnym momencie już nawet Olivia zaczęła mu współczuć.
- Może chociaż z nim pogadaj - zaproponowała niepewnie pewnego wieczoru, gdy Farra pakowała się na świąteczny wyjazd w rodzinne strony. Co prawda miała lot dopiero za cztery dni, ale najwyraźniej po wielu latach mieszkania pod jednym dachem z Olivią udzieliła jej się część jej dziwactw. Pakowanie się znacznie wcześniej, niż było to konieczne, stało się jej chlebem powszednim. - Wiem, że cię zranił i że jesteś na niego zła. Masz do tego pełne prawo, ale widzisz, że się stara. Nie znam innego gościa, który tak długo...
- Liv, odpuść. - Farra wepchnęła sukienkę w kąt walizki. Ogólnie całkiem nieźle szło jej niemyślenie o Blake'u. Choć oczywiście nie wtedy, gdy widziała go pod drzwiami, a jej serce pękało na miliony kawałeczków. - Nie chcę znowu o tym rozmawiać.
Jak dotąd udawało jej się unikać dyskusji na temat swojego byłego chłopaka. Nie dała się wciągnąć w rozmowę o nim, nawet gdy Olivia się wkurzyła, że pluszowy miś w salonie zasłania pół telewizora. Farra powiedziała jej wtedy, że nie może go wyrzucić, bo jest za duży i nie zmieści się w koszu na zewnątrz, ale obie wiedziały, że to było zwyczajne kłamstwo. Całe szczęście Olivia jej go nie wytknęła.
Jesienią wydarzyło się tak wiele rzeczy, że Farze było trochę łatwiej pozostać przy zdrowych zmysłach, niż początkowo zakładała. Tuż przed Świętem Dziękczynienia wybuchł skandal, którego twarzami byli Kelly i Matt. Wieść o ich romansie wstrząsnęła całym Manhattanem. Najlepsza przyjaciółka słynnej architektki wnętrz, mama Matta i lwica salonowa w jednej osobie, wróciła z Chicago i chciała zrobić niespodziankę swojemu synowi. Koniec końców to on zrobił niespodziankę jej, gdy nakryła go w łóżku z Kelly.
Reputacja byłej pracodawczyni Farry legła w gruzach. Nowojorskie elity całkiem ją przekreśliły, a serwisy plotkarskie przez kilka tygodni pisały niezliczone artykuły o jej ohydnym romansie. Ikona designu przyłapana w łóżku z pracownikiem (swoim chrześniakiem)! Bogaty dziedzic omotany przez napaloną szefową! - głosiły nagłówki. Matt, próbując ratować swój własny tyłek, obwieścił światu, że Kelly przymusiła go do tej relacji. Wyjawił też jej wszystkie mroczne sekrety. Zdradził nawet, jak mściła się na ludziach z branży, którzy w jakikolwiek sposób jej podpadli. Wspomniał między innymi o tym, że skontaktowała się ze wszystkimi firmami architektonicznymi w Nowym Jorku i obsmarowała Farrę. Powiedziała im, że trudno się z nią współpracowało i że miała zostać zwolniona za niesubordynację, ale ostatecznie Farra zachowała się jak rozwydrzone dziecko i sama odeszła, gdy nie dostała awansu.
Oskarżenia Matta okazały się fałszywe, gdy ktoś dociekliwy wywlekł jego brudy na światło dzienne. W sieci pojawiły się sprośne esemesy, które wysyłał Kelly przez cały zeszły rok. Chłopak uciekł wówczas do Chicago z podkulonym ogonem, a Kelly wzięła długi urlop i rzekomo ukryła się gdzieś w północnej części stanu.
Tymczasem Farra została zasypana wiadomościami od byłych współpracowników i zaproszeniami na rozmowę o pracę od firm, które nie odpowiadały na jej zgłoszenia, dopóki świat nie poznał prawdziwych działań Kelly. Cieszyła się, że wreszcie się dowiedziała, dlaczego nikt nie chciał jej zatrudnić, i że jej dobre imię zostało przywrócone. Z drugiej strony współczuła osobom, które nadal pracowały w KBI. Firma przestała dostawać nowe zlecenia, więc byli zmuszeni szukać pracy gdzie indziej.
Farra nadal nie odpowiedziała na zaproszenia od rekruterów. Jeszcze kilka miesięcy temu rzuciłaby się na oferty w mgnieniu oka, ale teraz nie była już taka pewna, czy chciałaby znowu pracować dla kogoś innego. Lubiła być swoją własną szefową. Zaczęła sobie nawet nieźle radzić ze wszystkimi formalnościami. No, powiedzmy.
- W porządku, ale posłuchaj. - Olivia wyrwała współlokatorkę z transu. - Za oknem szaleje śnieżyca. Blake pewnie zamarznie tam na śmierć.
Farra poczuła ucisk w klatce piersiowej, gdy wyobraziła sobie Blake'a stojącego pod blokiem i drżącego z zimna.
- Na pewno wrócił już do domu.
- Jest siódma. Wiesz, że zazwyczaj nie rusza się stąd aż do ósmej, a czasem nawet dziewiątej.
- Ale powiedziałaś, że za oknem szaleje śnieżyca. Nikt normalny nie stałby teraz na dworze.
- Nikt normalny nie przesiadywałby też pod mieszkaniem swojej byłej dziewczyny przez dwa miesiące - skwitowała Olivia.
Farra wróciła do pakowania, ale nie mogła się skupić.
- Od kiedy wstawiasz się za Blakiem?
- Odkąd widzę, jaka jesteś zmarnowana. Możesz go ignorować do woli, ale gdybyś naprawdę chciała się go pozbyć, to już dawno zadzwoniłabyś na policję.
- Nie łamie w żaden sposób prawa - wymamrotała Farra.
- Spokojnie mogłabyś go oskarżyć o jakieś prześladowanie czy coś podobnego. A już na pewno mogłabyś spróbować to zrobić. Ale tego nie zrobiłaś. - Ton Olivii złagodniał. - Kochanie, nie możesz tak dalej funkcjonować.
- Masz rację i właśnie dlatego za kilka dni lecę na miesiąc do LA. Gdy wrócę, Blake'a już tu nie będzie. - Farra złożyła dżinsową kurtkę w kosteczkę i ułożyła ją w walizce obok sukienki.
- Skoro tak mówisz... - Olivia wydęła usta. - Skoczę pod prysznic, zanim od tej zamieci wywali nam korki.
- Wcale nie pada aż tak mocno! - krzyknęła Farra i jak na złość w tej samej chwili wiatr głośno i przeciągle zawył.
Blake na pewno nie siedział pod drzwiami od klatki. Co nie?
Nie rób tego. Nie waż się tego robić, Farro Lin.
Jęknęła z frustracji, założyła buty, opatuliła się płaszczem, chwyciła klucze i pomaszerowała na dół. Była wściekła na Blake'a za to, że był taki nieustępliwy; na Olivię za to, że zasiała w niej ziarno niepewności; a na siebie za to, że wciąż ją obchodziło, co się z nim dzieje.
Otworzyła drzwi wyjściowe i aż się wzdrygnęła, gdy uderzył w nią potężny podmuch mroźnego wiatru. Był taki silny, że prawie ją przewrócił. Ziemię pokrywała gruba warstwa świeżego śniegu. Farra czuła, jak chłód przedziera się przez wszystkie warstwy jej ubrania i wbija swoje lodowate szpony w jej skórę.
Mimo to wcale się tym nie przejęła. Była zbyt zajęta wpatrywaniem się w roztrzęsioną postać w rogu. Blake stał pod daszkiem, który był zdecydowanie za mały, żeby ochronić go przed sypiącym z nieba śniegiem. Drobne śnieżynki pokrywały zarówno włosy jej byłego chłopaka, jak i płaszcz, a jego cera przybrała niezdrowy, niebieskawy odcień.
Farra wydała z siebie zduszony okrzyk. Była zszokowana i wściekła.
- Co ty, do cholery, wyprawiasz? - zapytała. - Chcesz wylądować w szpitalu?
W jego oczach pojawiły się płomyki nadziei.
- Wyszłaś do mnie - powiedział, po czym zmarszczył brwi, bo zauważył, że ma na sobie cienki płaszcz (to miała być szybka akcja, więc nie chciało jej się zakładać ciepłej zimowej kurtki), a do tego letnie buty. - Pewnie zamarzasz.
Farra chciała krzyknąć z frustracji.
- J a pewnie zamarzam?
Chwyciła go za ramię i zaciągnęła na klatkę schodową. Próbowała zignorować iskry, które poleciały, gdy tylko poczuła ciepło jego ciała. Drzwi zamknęły się za nimi z łoskotem, zapewniając im schronienie przed mrozem. Mimo to Blake nadal się trząsł. Nic dziwnego, w końcu był cały przemoczony. Farra z trudem przełknęła gulę w gardle.
- Co robiłeś na zewnątrz w śnieżycę? Oszalałeś?
Blake wzruszył ramionami i nieznacznie zmarszczył brwi.
- Mówiłem ci, że nigdzie się stąd nie ruszę, dopóki nie pozwolisz mi wszystkiego wyjaśnić.
Farra znowu poczuła nieodpartą chęć, żeby krzyknąć.
- Mogłeś doznać hipotermii!
- Było warto. - Kąciki jego ust delikatnie się uniosły. - W końcu ze mną rozmawiasz.
Chyba już całkiem mu odbiło.
Mogliby się tak kłócić przez całą noc, ale Blake wyglądał jak chodzący sopel lodu. Jeżeli zaraz się nie ogrzeje, naprawdę może się to skończyć hipotermią.
- Musisz wyskoczyć z tych ubrań, bo inaczej się pochorujesz - stwierdziła. - I ani mi się waż robić z tego jakichś podtekstów seksualnych - dodała, gdy otworzył usta, żeby coś powiedzieć.
- Dobrze. - Psotliwy błysk w oczach Blake'a zdradził jej, że słusznie go ostrzegła.
Delikatnie się uśmiechnęła, ale szybko się opamiętała.
- Możesz wziąć u mnie prysznic i się przebrać, ale nie rób sobie żadnych nadziei. Okazuję ci tylko zwyczajną ludzką dobroć.
Blake nic nie odpowiedział i podążył za Farrą do jej mieszkania. Olivia zdążyła wyjść już spod prysznica. Leżała teraz na kanapie i czytała jeden ze swoich erotyków. Uniosła na chwilę brew, ale w sumie wcale nie wydawała się zdziwiona widokiem przemoczonego do suchej nitki Blake'a w ich salonie.
- Blake.
- Liv.
- Idę do pokoju. Jakby co, dzisiaj już z niego nie wychodzę - oznajmiła Olivia, po czym zamknęła książkę, wstała z kanapy i wyszła z salonu. Po drodze zdążyła jeszcze obdarzyć przyjaciółkę miną z serii: "a nie mówiłam?", ale Farra miała to gdzieś.
Gdy Blake brał prysznic, Farra wrzuciła jego mokre ubrania do pralki i przygotowała mu filiżankę gorącej herbaty. Nadal biła się z myślami. Od jak dawna stał na dworze? Rozpadało się wiele godzin temu. Jasne, przytulił się do murka, ale dlaczego nie poszedł po rozum do głowy i nie wrócił do domu, gdy pogoda pogorszyła się jeszcze bardziej? Ciekawe, jak długo by tam stał, gdyby Farra nie wyszła z mieszkania.
Poczuła, jak pieką ją oczy. Tak ją bolało serce, że trzęsły jej się dłonie i prawie wylała na siebie całą herbatę.
Usłyszała, że Blake zakręcił kurek od prysznica, a dosłownie chwilę później wyszedł z łazienki, ubrany w męskie spodnie dresowe i fioletowy T-shirt z Thayer University. Na szczęście jego skóra nie była już w niezdrowym niebieskim odcieniu, choć on sam miał teraz niemrawą minę.
- Napij się - poinstruowała go Farra, wciskając mu w dłonie filiżankę. - To cię rozgrzeje.
- Dzięki. - Blake przyjął herbatę, ale nie wziął nawet łyka. Zamiast tego wbił w nią wzrok, jakby szukał odpowiedzi na pytanie, którego nie zdążył jeszcze zadać. - Do kogo należą te ubrania?
- Słucham?
- Mój strój. - Mięsień w jego żuchwie zadrgał. - Raczej nie trzymasz u siebie męskich ciuchów tak na wszelki wypadek.
Wzruszyła ramionami.
- Może to mojego byłego chłopaka. A może obecnego? Nie pamiętam.
Blake wydał z siebie gardłowy warkot.
- Z nikim się nie umawiasz. Gdybyś miała chłopaka, to któregoś razu bym go zobaczył i zabił.
- A może umiejętnie go tutaj przemycam? - Uśmiech Farry był słodszy niż czekolada.
Oboje wiedzieli, że tylne wejście do budynku było strasznie podejrzane i że za nic by z niego nie skorzystała, ale i tak osiągnęła swoimi słowami zamierzony cel. Blake patrzył na nią wilkiem, a ona napawała się każdą chwilą jego udręki, mimo że czuła się trochę winna poddawania go torturom po tym, jak niemal zamarzł na śmierć.
Gdy jej sumienie w końcu z nią wygrało, ciężko westchnęła i wyznała Blake'owi prawdę:
- To ubrania mojego kuzyna. Od czasu do czasu mnie odwiedza i zawsze zapomina czegoś zabrać. W każdym razie i tak nie miałbyś prawa być o mnie zazdrosny - dodała, wbijając mu palec w klatkę piersiową. Był twardy jak ściana. - No i nadal nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Co, do cholery, robiłeś na dworze?
- Czekałem na ciebie. - Zazdrość na twarzy Blake'a ustąpiła miejsca iskierce satysfakcji. - Udało mi się. Wyszłaś po mnie.
Farra nie mogła uwierzyć własnym uszom. Zakochała się w pieprzonym idiocie.
- Nie masz żadnego instynktu samozachowawczego - wytknęła Blake'owi. - Mogłeś umrzeć. - Po raz kolejny zapiekły ją oczy.
- Ale nie umarłem. Poza tym dobrze wiedzieć, że byś się tym przejęła - zażartował.
Farra uroniła łzę, którą od razu starła z twarzy jednym gwałtownym ruchem.
- Oczywiście, że bym się przejęła - odpowiedziała zezłoszczona. - Wolałabym, żeby nikt z mojego powodu nie umarł.
Gdy kolejne łzy popłynęły po policzkach Farry, na twarz Blake'a zakradła się troska.
- Hej, nie płacz. Jestem z tobą i nic mi się nie stało. - Przyciągnął ją do siebie i przytulił do piersi. Pozwoliła mu na to. Schowała twarz w jego ramieniu, a on zaczął gładzić ją po głowie powolnymi, kojącymi ruchami. - Ciii. Już dobrze.
Ciałem Farry wstrząsnął szloch. To było upokarzające. Chciała dalej być zła na Blake'a, ale gdy zobaczyła go na zewnątrz, zmarzniętego, roztrzęsionego i przemoczonego do suchej nitki, lód otaczający jej serce pękł. Przez sekundę zastanawiała się, jak wyglądałby jej świat bez niego. Była tak zdruzgotana tą wizją, że nie mogła złapać oddechu.
Mimo że Blake miał swoje za uszami, zawsze był jej latarnią morską, jej bezpieczną przystanią i jej stałym lądem. Gdyby zniknął, Ziemia z pewnością wyleciałaby z orbity i pomknęła prosto do czarnej dziury.
Ponownie zaszlochała, ale w końcu odnalazła siłę, by odepchnąć Blake'a od siebie i spiorunować go wzrokiem.
- Nigdy więcej tego nie rób! Rozumiesz? - czknęła. - Nie mam pojęcia, co próbowałeś mi w ten sposób udowodnić, ale to była kompletna głupota.
- Dobrze, już dobrze. - Uniósł ręce w geście poddania. - Obiecuję, że to się nie powtórzy. Ale niczego nie żałuję.
Był niereformowalny.
- Blake...
- Mówię serio - ostawał przy swoim. - Posłuchaj mnie. Powiedziałaś, że czyny znaczą więcej niż słowa, i miałaś rację. Zrujnowałem nasz związek, odpychając cię od siebie i nie obdarzając cię takim zaufaniem, jakim ty obdarzałaś mnie. Ale ja się zmieniłem. Nie mam zamiaru więcej uciekać. - Przełknął ślinę. - Wiem, że trudno będzie ci mi wybaczyć, ale czy istnieje choć cień szansy, że ponownie się na mnie otworzysz? Chciałbym udowodnić ci, że dorosłem i że będę przy tobie na dobre i na złe. Nieważne, jaka rozpęta się zamieć.
Farra poczuła jeszcze większy ból w sercu.
- Chciałabym odpowiedzieć, że tak - wyszeptała. - Naprawdę. Ale za każdym razem, gdy na ciebie patrzę, wracam myślami do Szanghaju. Do tego, jak mnie zostawiłeś. A potem przypominam sobie, jak zrobiłeś to ponownie. Całkowicie się ode mnie odciąłeś. Nie pozwoliłeś mi nawet spróbować pomóc ci w walce z twoimi demonami. Dwukrotnie. Nie mogę o tym zapomnieć. Jeszcze nie.
Najtrudniejsze w miłości do drugiej osoby jest uświadomienie sobie, że nie można bez niej żyć, ale z nią również.
Gardło Blake'a zadrgało. Spuścił głowę i przytaknął.
- Rozumiem. W takim razie poczekam, aż będziesz gotowa.
Wyglądał na tak załamanego, że Farra niemal uległa i rzuciła mu się w ramiona. Ale pamiętała, że musi być stanowcza. Nawet jeżeli niszczyło ją to od środka.
Rozdział 39
Blake nie wrócił tego wieczoru do domu. Spał na kanapie, bo za oknem wciąż szalała śnieżyca, a Farra bała się, że się rozchoruje, jeżeli puści go na zewnątrz.
Minusem tej sytuacji było to, że całą noc nie zmrużyła oka. Gapiła się w sufit, walcząc z chęcią umoszczenia się obok Blake'a i zamknięcia go w swoich objęciach już na zawsze.
Tak, kochała go. I to strasznie. Ale nadal czuła się zraniona i nie była jeszcze gotowa dać mu kolejnej szansy.
Kilka dni później poleciała do Los Angeles. Liczyła na to, że gdy znajdzie się po drugiej stronie Stanów, łatwiej będzie jej zająć swój umysł czymś innym niż rozterkami związanymi z Blakiem. Spędzała większość czasu, bindżując seriale na Netfliksie, stołując się w In-N-Out Burgers lub przeprowadzając niefortunne eksperymenty cukiernicze. Jej próba odtworzenia popisowych tartaletek Sammy'ego zakończyła się potwornym fiaskiem. Zamiast delikatnych ciasteczek ze złocistym sosem angielskim wyszły jej nieforemne brązowe ciastopodobne wyroby. Wystarczył jeden gryz, by się upewnić, że smakowały równie źle, jak wyglądały. Razem z mamą wyrzuciły wszystkie do kosza, podjechały do najbliższej chińskiej cukierni i postanowiły, że nigdy nie będą nikomu wspominać o tym incydencie.
Farra poznała też jej nowego partnera.
Zgadza się, partnera.
Prawie udławiła się cheetosami, gdy Cheryl wspomniała, że się z kimś spotyka. Była zestresowana jak nastolatka pytająca rodziców o to, czy może umówić się na swoją pierwszą randkę w życiu. To by wyjaśniało, dlaczego dopytywała tak Farrę, czy na pewno wróci do domu na święta.
W każdym razie nie musiała obawiać się reakcji córki - była wniebowzięta. Nie miała rodzeństwa, a nikt z ich dalszej rodziny nie mieszkał w LA. Od dawna się martwiła, że jej mama jest samotna. Jasne, miała znajomych z grupy tanecznej, ale przyjaźń to nie to samo co miłość. Cheryl była za młoda na to, by spędzić resztę życia bez partnera. Zasługiwała na szczęście. Szczególnie po tym, jak trudny był dla niej rozwód z ojcem Farry.
Poza tym Kevin, jej nowy chłopak, wydawał się naprawdę miłym gościem. Chodził z Cheryl do tej samej klasy w szkole. Wpadli na siebie po latach na konkursie tańca towarzyskiego. Gdy patrzył na jej matkę, Farra widziała w jego oczach jedynie uwielbienie. Też był po rozwodzie, tyle że bez dzieci. Miał łagodny głos i zaskakująco sarkastyczne poczucie humoru, a do tego stabilną, choć trochę nudną pracę - był administratorem baz danych. Jak na mężczyznę w wieku średnim wydawał się naprawdę spoko materiałem na partnera.
Farra pewnie zapomniałaby c h o ć n a m o m e n t o Blake'u, gdyby nie pisał do niej listów.
Nie wiedziała, skąd wytrzasnął adres, pod którym przebywała w LA, ale domyślała się, kto mógł mu go zdradzić. Olivię czekała nieprzyjemna pogadanka, gdy Farra wróci do Nowego Jorku.
Pierwszy list dosyć jasno pokazał, czego Farra mogła się spodziewać po kolejnych. Przyszedł w najzwyklejszej kopercie. Był napisany odręcznie, ale niepodpisany.
Wiem, że potrzebujesz więcej czasu, i mam zamiar to uszanować. Moje drzwi stoją otworem, kiedy będziesz już gotowa. Przeczytaj następny list, gdy poczujesz, że mogłabyś dać mi kolejną szansę.
Drugi list był prostą kartką. Farra zastanawiała się, czy ją otwierać, ale w końcu ciekawość wzięła nad nią górę.
Gdy miałem sześć lat, moja rodzina odwołała wyjazd do Disneylandu, bo moja siostra strasznie się rozchorowała. Pamiętam, że przeszło mi wtedy przez głowę, że wolałbym być jedynakiem.
Następnego dnia Farra otrzymała wielką bombonierkę jej ulubionych czekoladek i kolejną wiadomość:
Gdy miałem czternaście lat, ukradłem tacie kartę kredytową i użyłem jej, żeby wykupić dostęp do filmu porno w internecie. Mama zobaczyła rachunek na koncie i zrobiła tacie wielką awanturę. Ojciec myślał, że ktoś go zhackował. Nigdy nie powiedziałem mu prawdy.
Podarunkom i listom nie było końca. Były dostarczane Farze do rąk własnych przez kurierów. Kolejna była paczka wyśmienitej kawy z kawiarni w Austin. Tej kawy, którą Blake miał jej przywieźć po powrocie z urodzin taty.
Gdy miałem szesnaście lat, widziałem, jak dwóch moich "kumpli" zamyka jakiegoś świeżaka w szkolnej szafce. Zresztą to nie był pierwszy raz. Dokuczali mu cały rok i robili mu z życia istne piekło. Nie znęcałem się nad nim razem z nimi, ale też mu nie pomogłem, bo chciałem, żeby mnie lubili. Byłem o krok od zostania królem na studniówce i wolałem tego nie spieprzyć. Żałosne, wiem, ale byłem młody i głupi. Zależało mi wyłącznie na popularności. Cóż, w końcu dostałem tę koronę, ale moja radość trwała co najwyżej dwa tygodnie. A wyrzuty sumienia przez to, że nic nie powiedziałem i że nie postawiłem się tym dupkom? Prześladują mnie po dziś dzień.
Piękna kula śnieżna i kolejny list:
Gdy miałem dwadzieścia lat, zaprosiłem moją przyjaciółkę z dzieciństwa na randkę, mimo że wcale nie chciałem tego robić. Moja rodzina tego oczekiwała, a poza tym wszyscy dookoła mówili, że idealnie do siebie pasujemy. Pomyślałem, że nie zaszkodzi spróbować. Może jak minie trochę czasu, to rzeczywiście ją pokocham? Bardzo szybko przekonałem się jednak o tym, że byłem w ogromnym błędzie, a i tak zostałem z nią cały rok. Widziałem, jak się we mnie zakochuje i nie powstrzymałem jej. Złamałem jej serce, porzuciłem ją, a potem karma zrobiła swoje...
Czarno-białe zdjęcie panoramy Szanghaju oprawione w ramkę i następna wiadomość:
Gdy miałem dwadzieścia jeden lat, po raz pierwszy w życiu się zakochałem. Nie szukałem miłości i się jej nie spodziewałem, ale ona znalazła mnie. Dziewczyna, którą poznałem, była piękna, miła, mądra, zabawna, pyskata, utalentowana... Była spełnieniem moich marzeń. Od samego początku bałem się, że ją stracę. A potem pewnego dnia złamałem jej serce... I tym samym złamałem również swoje. Rozerwałem je na strzępy. Tyle że ona o tym nie wiedziała, bo ją okłamałem. Powiedziałem, że w Teksasie czeka na mnie inna dziewczyna, mimo że tak nie było. A przynajmniej nie do końca. Obawiałem się, co miłość mojego życia sobie o mnie pomyśli, jeżeli prawda wyjdzie na jaw. Chociaż nie wiem dlaczego, bo przecież i tak ją straciłem.
Piękna bransoletka z symbolem nieskończoności i ostatni list:
Gdy miałem dwadzieścia siedem lat, po raz kolejny spotkałem dziewczynę, którą kiedyś pokochałem. Moje uczucie do niej nigdy nie zniknęło, ale bałem się do niej odezwać po tym, jak zerwaliśmy, bo... może tego nie wiesz, ale mam problem z prowadzeniem trudnych rozmów. Nie lubię ich. Uciekam przed nimi. W każdym razie ta dziewczyna jest prawdziwym aniołem, więc dała mi drugą szansę, a ja po raz kolejny wszystko spieprzyłem. Odepchnąłem ją od siebie i wziąłem nogi za pas. Przez jakiś czas pogrążałem się w smutku, aż w końcu wyciągnąłem głowę ze swojej własnej dupy i zrozumiałem coś, co powinienem był zrozumieć już dawno temu: mogę próbować od niej uciekać do woli, ale to tak, jakbym próbował zawrócić kijem rzekę. Wszystko, co robię, i wszystkie moje myśli prowadzą mnie z powrotem w jej objęcia. Jest na mnie wściekła i nie mam jej tego za złe. Ale skończyłem uciekać. Po raz pierwszy w życiu mam zamiar stawić czoła problemom i walczyć. Walczyć o nią. Walczyć o nas.
Nie podpisał żadnego z nich. Ale nie musiał.
- Na pewno nie chcesz zostać jednak w domu? - Cheryl przyglądała się córce z niepokojem. - Możemy pooglądać razem jakieś głupawe programy w telewizji.
- Nie, dam sobie radę. - Farra wzięła głęboki wdech.
Listy Blake'a i ta szalona, głupia akcja, którą odstawił podczas śnieżycy, naruszyły jej mury obronne, a mimo to zmusiła się do uśmiechu. Cheryl spędziła mnóstwo czasu podczas tej przerwy świątecznej na patrzeniu, jak jej córka czyta listy, wrzuca je do pudełka po butach, chowa pod łóżko i walczy z napływającymi do oczu łzami. Farra wiedziała, że mama się o nią martwi. Ale był sylwester i nie zamierzała jej go zepsuć przez to, że sama jest chodzącym kłębkiem nerwów.
- Baw się dobrze z Kevinem. I tak nie mogłabym odpuścić imprezy u Kris, boby mnie zabiła.
Kris i Nate co roku organizowali ogromne przyjęcie w swojej posiadłości w Beverly Hills. Farra nie przegapiłaby go za żadne skarby. Tym bardziej że naprawdę się obawiała, jak jej przyjaciółka by się na niej za to zemściła.
Zakochana Kris może i jest łagodniejsza od Kris z Szanghaju, ale i tak potrafiłaby urwać jej głowę jednym zwinnym ruchem.
- No, dobrze. - Cheryl nadal wyglądała na zatroskaną. - Masz za sobą kilka trudnych miesięcy, ale już niedługo nowy rok. Pamiętaj, co ci powiedziałam: nieważne, jak mocno ktoś cię zranił, nie wyleczysz ran, dopóki mu nie wybaczysz. Tym bardziej że widzę, że chcesz to zrobić. I nie waż się zaprzeczać - dodała, widząc, jak jej córka otwiera usta. - Jestem twoją matką. Wiem, jaka potrafisz być uparta i jak trudno jest ci komuś zaufać. Ale wiem też, że nie zatrzymałabyś tych wszystkich listów i prezentów, gdybyś nie kochała tego chłopaka. Skoro chcesz dać mu drugą szansę, to co cię przed tym powstrzymuje? Czego się obawiasz?
Farra spuściła głowę i wbiła wzrok w swoje buty. Były nowiusieńkie, kupione specjalnie z myślą o sylwestrze.
- Nie chcę znowu cierpieć.
- A czy teraz przypadkiem nie cierpisz? - zapytała łagodnie Cheryl.
Farra nie musiała nic mówić, bo obie znały odpowiedź na to pytanie.
Impreza u Kris i Nate'a była niesamowita. Jak zawsze. Pięćset najatrakcyjniejszych, najbogatszych i najsłynniejszych osób z Los Angeles bawiło się na sylwestrze zorganizowanym w gigantycznej posiadłości. Były występy na żywo najpopularniejszych gwiazd popu, a do tego gospodarze zadbali o wyśmienity catering, za który odpowiedzialny był najdroższy i najbardziej rozchwytywany szef kuchni w Stanach Zjednoczonych.
Farra popijała szampana i próbowała nie zachowywać się jak psychofanka, gdy mijało ją dwóch głównych aktorów z ostatniego hitowego filmu o superbohaterach. Jeden z nich dostrzegł ją kątem oka i posłał w jej stronę uśmiech, od którego jej jajniki stanęły w ogniu.
Nadal nie mogła objąć rozumem tego, że Kris znała większość jej ulubionych celebrytów. Pragnęła strzelić sobie z nimi selfie albo poprosić ich o autograf, ale wiedziała, że przyjaciółka skopałaby jej tyłek za to, że zachowuje się jak stalkerka, i to na jej imprezie.
- Hej! - Kris podeszła do niej w błyszczącej złotej sukni, która zapewne kosztowała więcej niż przeciętny miesięczny czynsz za mieszkanie w Ameryce. - Jak się bawisz?
- Świetnie, jak zawsze. Dzięki za zaproszenie. - Przytuliła ją.
Odkąd przyleciała do LA, widziała się z Kris kilkukrotnie, ale jej przyjaciółka była tak zaaferowana organizacją bożonarodzeniowej gali, imprezy sylwestrowej i ślubu, że nie miały czasu na głębsze rozmowy.
W sumie to Farze i tak nie zależało na poznaniu opinii Kris na temat jej rozterek sercowych. Znając ją, powiedziałaby pewnie, by Farra stworzyła laleczkę voodoo z podobizną Blake'a, a potem wrzuciła ją do ognia razem z listami i prezentami od niego.
Kris Carrera nie była sentymentalna.
Tymczasem słowa Cheryl nadal odbijały się echem w głowie Farry, jeszcze bardziej utrudniając jej oczyszczenie umysłu i skupienie się na zabawie.
A czy teraz przypadkiem nie cierpisz?
Cierpiała. Ale czy cierpienie nie miało różnych stopni natężenia? Może trzymanie Blake'a na odległość było lepsze od dopuszczenia go do siebie i ryzykowania tym, że znowu ją zostawi? Czy tępy, nieustanny ból był lepszy od wspięcia się na najwyższy szczyt i upadku na samo dno?
Pękała jej głowa, lecz wciąż nie potrafiła podjąć żadnej decyzji.
- Wiadomo, to było pytanie retoryczne. - Kris przewróciła oczami. - Sorry, że dopiero teraz podeszłam pogadać, ale wcześniej byłam zajęta. Nate... - Zarumieniła się. - Mieliśmy ręce pełne roboty.
Farra tylko się porozumiewawczo uśmiechnęła. Gdyby miała jakiekolwiek wątpliwości w kwestii tego, co robili gospodarze, to zmierzwione włosy Nate'a i jego uśmiech godny kota, który upolował właśnie kanarka, całkiem je rozwiewały.
- Hejka. - Puścił jej oczko, gdy przechodził obok. Nie zmarnował też okazji, by złożyć krótki pocałunek na ustach narzeczonej.
Kris zachowała spokój, ale jej oczy błyszczały z ogromnej miłości.
Zazdrość zatopiła swoje podłe pazury w sercu Farry. Cieszyła się szczęściem przyjaciółki, ale patrzenie na ich miłosne gesty było jak posypywanie świeżych ran solą.
Nate poszedł przywitać się z piosenkarzem R&B i jego żoną, która była znaną supermodelką, a Kris przekrzywiła głowę i przyjrzała się badawczo Farze.
- Liv powiedziała mi o tym, co zrobił Blake.
Mieszkały po dwóch stronach Stanów Zjednoczonych, a mimo to przyjaciółki Farry nadal plotkowały ze sobą tak, jakby były licealistkami.
W odpowiedzi wzruszyła jedynie ramionami. Nie chciała spędzać ostatnich godzin roku na rozmowach o swoim nieistniejącym życiu miłosnym.
- Wyglądasz na smutną.
- A nie jestem. - Farra chciała wziąć kolejny łyk szampana, ale okazało się, że jej lampka jest pusta.
Kris wydęła usta.
- Nie lubię smutnych ludzi. Szczególnie na swoich imprezach. Nie wpisują się w klimat.
- Ale przecież mówię, że nie jestem smutna. - Przykleiła sobie uśmiech.
- Kłamiesz. Zresztą podejrzewałam, że tak zrobisz. W każdym razie postanowiłam być milsza, więc... - zawahała się. Kris rzadko wyglądała na taką podenerwowaną. - Zrobiłam coś, do czego być może, ale niekoniecznie, podpuściła mnie Olivia.
W głowie Farry zapalił się szereg czerwonych lampek.
- Co wymyśliłyście?
Kris nic nie powiedziała. Uniosła tylko podbródek i wskazała na coś za plecami Farry.
Wiedziała, kogo ujrzy, gdy się obróci.
Poczuła mrowienie na skórze, a jej serce przeszło w galop... Ciało Farry zareagowało na niego, jeszcze zanim oczy potwierdziły jej podejrzenia.
Blake Ryan. Był tutaj. W Los Angeles. W domu Kris. Jakieś dwa metry od swojej byłej dziewczyny.
Miał na sobie idealnie skrojony blezer i elegancką białą koszulę. Do tego muchę i opinające się czarne spodnie, które podkreślały jego smukłą, umięśnioną sylwetkę. Włosy miał delikatnie zmierzwione, w przeciwnym razie byłyby aż zbyt doskonałe. Gdy kąciki jego ust nieznacznie się uniosły, żołądek Farry zrobił fikołka. Blake trzymał w ręce małe pudełko owinięte w papier prezentowy.
- Cześć - powiedział łagodnym głosem. - Pogadamy?
Rozdział 40
Serce podeszło Blake'owi do gardła, gdy czekał na reakcję Farry. Zamrugał szybko, ale nie potrafił niczego wyczytać z jej wielkich brązowych oczu. Miała na sobie czerwony jednoczęściowy kombinezon, który opinał się na jej ciele i podkreślał jej krągłości, a do tego zgrywał się idealnie z kolorem ust. Przypominała boginię ognia. Jej płomienie paliły skórę i kości Blake'a, rzucając światło na tajemnice, które skrywał w najmroczniejszych odmętach swojego umysłu. Jedna po drugiej wychodziły na zewnątrz i trafiały w ręce Farry razem z kawałkami jego duszy.
Napisanie poprzednich listów kosztowało go dużo stresu, ale to był pikuś w porównaniu z tym, który miał jej wręczyć dzisiaj.
Kris odchrząknęła.
- Pójdę sprawdzić, co słychać u pozostałych gości. Gdybyście potrzebowali trochę prywatności, to możecie pójść do biblioteki. - Wskazała głową na drzwi po prawej od Blake'a, a później odeszła.
Przepełniała go wdzięczność. Nie spodziewał się, że Kris zgodzi się mu pomóc. Nie rozmawiali ze sobą od lat i raczej nie miała o nim zbyt wysokiego mniemania po wymianie w Szanghaju. Podejrzewał, że początkowo sceptycznie podeszła do jego pomysłu i że to Olivia przekonała ją do udzielenia mu wsparcia.
Współlokatorka Farry zlitowała się nad nim po tym, jak przesiadywał pod ich blokiem przez parę miesięcy, i zaoferowała Blake'owi pomoc. Powiedziała mu, że Farra ma zamiar spędzić sylwestra u Kris, a on poprosił ją, by dopisała go do listy gości.
Według Olivii Farra miała wrócić do Nowego Jorku dopiero w połowie stycznia, ale on nie mógł czekać tak długo. Czuł, jak z każdym dniem umiera w nim jakaś kolejna jego cząstka. Poleciał na święta do Austin, gdzie odbył z rodzicami długą i trudną rozmowę o Cleo. Gdy wyznał im prawdę o jej kłamstwach, byli w szoku, ale przyjęli to lepiej, niż się spodziewał. Przede wszystkim martwili się jego obecnym samopoczuciem, co uderzyło w czułą strunę, o której istnieniu wcześniej nawet nie wiedział.
Blake raz na zawsze zamknął tamten rozdział swojego życia i był gotowy ruszyć naprzód. Pozostała tylko jedna rzecz, którą musiał naprawić.
- Porozmawiajmy tutaj. - Farra wyminęła go i weszła do biblioteki, na co Blake podążył za nią, a wszystkie jego mięśnie spięły się od narastającego napięcia.
Wylądował w LA zeszłej nocy. Większość dzisiejszego dnia poświęcił na chodzenie w tę i z powrotem po pokoju, ćwiczenia na hotelowej siłowni w celu pozbycia się nadmiaru energii i pracę. Był sylwester, czyli jeden z najważniejszych wieczorów w przemyśle rozrywkowym. Przez ostatnich kilka miesięcy Blake zarządzał firmą zdalnie. Pisał maile, dzwonił i organizował calle, ale nie pojawiał się bezpośrednio w barach. Nawet na otwarcie w Miami oddelegował Patricię. Tylko w taki sposób mógł uganiać się za Farrą bez ciągłego znikania.
Oparła się o marmurowy kominek i założyła ręce na piersi.
- Co ty tutaj robisz? - Trzęsła się, a może tylko mu się wydawało, bo miał nadzieję, że wciąż ma na nią taki wpływ.
Nadal jej na nim zależało. Najlepszym dowodem na to była panika, w którą wpadła, gdy znalazła go na zewnątrz podczas zamieci. Szczerze mówiąc, Blake sam nie wiedział, czemu czekał na nią tak długo tamtego dnia. Chyba po prostu był zdesperowany. Za wszelką cenę chciał wrócić w łaski miłości swojego życia, a jeżeli to oznaczało, że musi najpierw porządnie odmrozić sobie dupę... to był skłonny zaryzykować.
No i się opłaciło.
Gdyby tylko udało mu się zburzyć jej ostatni mur...
- Przyszedłem tu ze względu na ciebie - powiedział bez ogródek. - Chciałem podarować ci to. - Wyciągnął rękę z prezentem przed siebie.
Farra spojrzała na niego jak na kobrę szykującą się do ataku. Przez sekundę Blake nawet myślał, że go od niego nie weźmie, ale w końcu podeszła i chwyciła pudełeczko w dłoń. Blake'a uderzyła cudowna woń kwiatu pomarańczy i wanilii. Zacisnął ręce w pięści i schował je do kieszeni. Gdyby tego nie zrobił, z pewnością by się nie powstrzymał - chwyciłby ją w ramiona i całował aż do utraty tchu.
Ciszę wypełnił szelest papieru prezentowego, ale Blake nie odrywał wzroku od twarzy Farry. Wzięła ostry wdech, gdy zobaczyła, co kryło się pod matowozłotą folią.
Sekretnik w kształcie serca, zamknięty w tyciej szklanej szkatułce.
- W środku też coś jest. - Blake wyłowił kluczyk z kieszeni i wcisnął go do jej dłoni, ciesząc się przez krótką chwilę ciepłem skóry Farry. - To ostatni list. Nie musisz go czytać teraz. Po prostu... - Urwał w pół zdania. - Ten chciałem wręczyć ci osobiście. - Dalej się jej przyglądał, a jego puls nie przestawał wariować. - Przeczytałaś któryś z poprzednich?
Nozdrza Farry się rozszerzyły.
- Tak - przyznała.
Ciekawe, że jedno słowo potrafi mieć taką moc. Serce Blake'a dostało skrzydeł i z trudem powstrzymał się od wyszczerzenia zębów w uśmiechu.
Przeczytaj kolejny list, gdy poczujesz, że mogłabyś dać mi kolejną szansę.
Może po prostu zżerała ją ciekawość, ale Blake i tak zamierzał cieszyć się każdym, nawet najmniejszym zwycięstwem.
Patrzył, jak otwiera szkatułkę drżącymi dłońmi, i przez chwilę nie mógł oddychać. Wyciągnęła z sekretnika kartkę zwiniętą w malutki kwadracik.
Blake opisał w tym liście wszystko: prawdę o ciąży Cleo, szczegóły dotyczące wypadku samochodowego, przypadkowe spotkanie z Cleo i jej ojcem w supermarkecie, a także jego słowa, które nadal go nawiedzały. Wciąż się bał, że Daniel Bowden miał rację i że jako jedyny dostrzegł jego prawdziwą naturę.
Blake podzielił się z Farrą wszystkimi najmroczniejszymi tajemnicami i myślami, które skrywał przez ostatnich kilka lat. Tymi, które utwierdzały go w przekonaniu, że jest beznadziejną osobą. Napisał o tym, jaki był podekscytowany i przerażony na wieść o zostaniu ojcem. Jaki czuł żal do świata za to, że spotkało go to w tak młodym wieku. Wyznał, jak bardzo czuł się winny z powodu wypadku i jak się wstydził, gdy poczuł ulgę, że jednak nie zostanie rodzicem. Co z tego, że trwała mniej niż milisekundę. Tyle wystarczyło, by Blake zadręczał się tym jeszcze na długo po rozstaniu z dziewczyną, której nigdy nie kochał. Z Cleo.
Był przekonany, że skończy za to w piekle, bo jaki potwór mógłby czuć ulgę w obliczu tak ogromnej straty? To, że ulga była niczym w porównaniu do bólu i smutku, które zagnieździły się w jego sercu, nie miało żadnego znaczenia. Nie mógł pogodzić się z tym, że w ogóle ją poczuł.
Serce Blake'a biło w rytm zegara na kominku.
T i k. Jedna wieczność. T a k. Druga.
Tymczasem przez twarz Farry przemknął cały wszechświat emocji, zaczynając od szoku, przerażenia i współczucia, a kończąc na bólu i smutku. Do prawdziwej kulminacji doszło jednak dopiero w momencie, gdy uniosła wzrok znad listu i spojrzała Blake'owi w oczy.
- To wszystko prawda? - wyszeptała.
- Tak - powiedział ochrypłym głosem. - Możesz zapytać innych, jeżeli mi nie wierzysz. Landon wie, co się wydarzyło. Moja rodzina też. Jedyną częścią, której nie możesz potwierdzić z kimś innym, są moje uczucia... - Blake przełknął gulę w gardle. - Też są prawdziwe, ale nigdy nie podzieliłem się nimi z nikim oprócz ciebie. Spędziłem tak dużą część życia w promieniach słońca, jako król studniówki, gwiazda futbolu i biznesmen, że bałem się, co się stanie, gdy w końcu słońce zajdzie i zapadnie noc. I dałem nogę. Uciekałem za każdym razem, kiedy robiło się ciemno. Zawsze, gdy czułem, że zbliża się trudna rozmowa, w której będę musiał zmierzyć się z konsekwencjami własnych czynów. Kiedy rzuciłem futbol, uciekłem do Szanghaju, bo nie chciałem się nikomu tłumaczyć ze swojej decyzji. Gdy dowiedziałem się, że Cleo jest w ciąży, bałem się, jak zareagujesz, więc ukryłem przed tobą prawdę. Uznałem, że będzie ci łatwiej, jeżeli pomyślisz, że nigdy mi na tobie nie zależało. Wmawiałem sobie, że robię to tylko po to, żebyś bez problemu mogła ruszyć do przodu. Ale prawda jest taka, że byłem samolubnym draniem i że nie chciałem komplikować sobie życia.
Blake wykrzywił usta w gorzkim uśmiechu, a po chwili milczenia kontynuował:
- Gdy straciliśmy dziecko, mogłem się do ciebie odezwać. Tym bardziej że bez przerwy o tobie myślałem. Każdej cholernej nocy. Ale byłem pogrążony w takim smutku, że nawet gdybym zebrał się na odwagę, by zadzwonić, to i tak nic by z tego nie wyszło. Nie, kiedy zżerało mnie poczucie winy i myślałem, że na ciebie nie zasługuję. Nie mógłbym wrócić do twojego życia po tylu latach i ponownie wywrócić go do góry nogami. Ale potem wpadliśmy na siebie przez przypadek. Poczułem, jakby ktoś zesłał mi cię z niebios, i pomyślałem: "To znak. Najwyraźniej wszechświat dał mi drugą szansę". I tak było. No, może nie dał mi jej wszechświat, ale t y tak. Mimo że wcale nie musiałaś. Niestety, gdy zrobiło się gorąco, znowu cię od siebie odepchnąłem i zwiałem, bo nie chciałem, żebyś odkryła, jakim jestem popapranym wrakiem człowieka. Mówiłem, że nie chciałem cię zranić, ale tak naprawdę nie wierzyłem, że mnie nie zostawisz, gdy odkryjesz, jakim człowiekiem jestem naprawdę. Strasznie cię przepraszam. Zaufałaś mi, a ja tobie nie. Puściłem cię, kiedy powinienem był o ciebie walczyć.
Głos Blake'a stał się mocniejszy.
- W każdym razie coś zrozumiałem. Mam już dość uciekania. Wiem, że pewnie trudno w to uwierzyć, ale właśnie dlatego czekałem na ciebie przez te wszystkie miesiące i właśnie dlatego będę czekał dalej. Tyle czasu, ile będziesz potrzebowała. Rozumiem, że musisz to wszystko przemyśleć. A te listy... miały ci pokazać prawdziwego mnie. Pozwolę ci zadecydować. Powinienem był to zrobić już dawno temu. Możesz ze mną zostać albo ode mnie odejść, ale wiedz jedno: gdy nie ma cię obok mnie, słońce nie ma żadnego znaczenia. Wolałbym żyć w wiecznym mroku z tobą, niż w promieniach słońca, ale bez ciebie. Dlatego proszę cię o kolejną szansę. Tym razem oferuję ci całego siebie. Każde moje marzenie, każda moja blizna, wada czy pojebana myśl... wszystkie należą do ciebie. Nie chcę popełniać znowu tych samych błędów. Zniknę tylko wtedy, jeżeli spojrzysz mi prosto w oczy i powiesz, że mnie nie kochasz. W przeciwnym razie będę gonił za twoim sercem do dnia, w którym słońce eksploduje, a ziemia przestanie się kręcić. Jesteś miłością mojego życia, Farro Lin. Zawsze nią byłaś. I zawsze nią będziesz.
List wyleciał jej z dłoni i pofrunął na podłogę. Skróciła dzielący ich dystans. Byli teraz tak blisko, że Blake widział tyci pieprzyk nad jej górną wargą i był w stanie policzyć każdą jej rzęsę. Zaciągnął się nią. Upajał się zapachem Farry, mimo że obawiał się jej odpowiedzi.
- Nie jesteś złą osobą, Blake - wyszeptała i objęła jego policzek dłonią. - Te mroczne, samolubne myśli, które miewasz... Wszyscy ich doświadczają. Nie czynią z ciebie potwora, tylko człowieka.
Chciał się z nią kłócić. Jakaś jego chora część chciała udowodnić jej, że n a p r a w d ę jest podłym człowiekiem i że nie zasługuje na szczęście, które go w życiu spotkało. Zdał sobie jednak sprawę, że zbyt często pozwalał, by poczucie winy i kompleksy brały nad nim górę. Jeśli chciał rozpocząć nowy rozdział w życiu, musiał wybaczyć jedynej osobie, której wciąż nie wybaczył - samemu sobie.
Farra zrobiła mały krok w tył, a on powstrzymał się od przyciągnięcia jej z powrotem bliżej siebie.
Utrzymała jego wzrok i założyła naszyjnik z sekretnikiem, który jej podarował.
- Wiesz o mnie naprawdę wiele, Blake'u Ryanie, ale nie wiesz wszystkiego. Nigdy nie przestałam cię kochać. Nawet gdy zerwałeś ze mną w Szanghaju. Udawałam przed samą sobą, że mi przeszło, ale to było zwykłe kłamstwo. Chcesz znać prawdę? Ty też jesteś miłością mojego życia, moim księciem z bajki i moim hollywoodzkim romansem. Pragnę całego ciebie tak, jak ty pragniesz całej mnie. Każdej twojej blizny, każdego twojego uśmiechu, każdego twojego snu i koszmaru. Od dawna spadałam w objęcia tej miłości. Po prostu musiałeś przestać uciekać, żeby móc mnie złapać. A tak poza tym... - Farra nachyliła się, a jej szept zaczął łaskotać go w usta. - Uważam, że ciemność jest piękna, i uwielbiam zachody słońca.
Blake nie zdążył jej nic na to odpowiedzieć, bo zamknęła ich usta w pocałunku. Wszystkie jego myśli gdzieś uciekły, a kontrolę przejął instynkt.
Ich ręce błądziły, ciała ocierały się o siebie, a języki spotykały w zmysłowym tańcu, który mógłby trwać wiecznie.
- Czy to znaczy, że dasz mi kolejną szansę? - wydyszał, chcąc się upewnić.
- Ostatnią. Nie spieprz tego - ostrzegła go.
Jej policzki były różowe, a oczy błyszczały od pożądania. Mimo wszystko oboje zachowali powagę.
- Uwierz mi: prędzej dałbym sobie odciąć rękę, niż ponownie to spieprzył. - Blake przygryzł czuły punkt za jej uchem. Wzdrygnęła się z przyjemności, a on zrobił się tak twardy, że aż go to bolało. - Już nigdy się ode mnie nie uwolnisz, kochanie. Jestem jak superseksowna, superutalentowana tubka superglue.
Farra wybuchła śmiechem.
- Utalentowana? - Kąciki jej ust uniosły się w nikczemnym uśmieszku, od czego Blake prawie doszedł. - Udowodnij mi to.
Pół minuty później ich ubrania były już na podłodze. Blake założył prezerwatywę, którą zawsze miał w portfelu, i rzucił Farrę na ścianę.
- Kris nas zabije, jeśli się dowie, że zbezcześciliśmy jej bibliotekę - ostrzegł.
Farra wzruszyła ramionami.
- Wkurzy się, ale jej minie.
- Lepiej, żebyś miała rację.
Blake chwycił ją mocno w talii i w nią wszedł. Ich usta ponownie zamknęły się pocałunku. Farra wydała z siebie zduszony jęk zaskoczenia i przyjemności. Ich ciała szybko pokryła cienka warstewka potu. Blake modlił się w duchu, by ściany w posiadłości Kris były dźwiękoszczelne. W przeciwnym razie wszystkie największe gwiazdy Hollywood właśnie słyszały coś, czego pewnie wolałyby nie słyszeć.
Nie żeby jakoś szczególnie się tym przejmował. Obchodziła go jedynie kobieta w jego objęciach.
Pięć lat, dwa kontynenty i wielokrotnie złamane serca.
Doświadczyli już naprawdę wiele, ale nie miał najmniejszych wątpliwości, że w końcu znaleźli się w odpowiednim miejscu.
W swoich ramionach.
Ponownie wszedł w Farrę, zatapiając palce w jej udach i powstrzymując się od orgazmu.
Jeszcze nie.
Jego ciało było zroszone potem, a oddech miał szybki i urywany.
Farra zacisnęła się wokół jego długości i krzyknęła. Pełen uniesienia jęk przyjemności uderzył w Blake'a niczym fala gorącej lawy. Wszystkie jego zakończenia nerwowe stanęły w ogniu i nie mógł już dłużej wytrzymać.
Wszedł w nią po raz ostatni i eksplodował. Orgazm wstrząsnął całym jego ciałem. Był tak potężny, że gdyby Farra nie była opleciona wokół niego, to z pewnością ugięłyby się pod nim kolana i upadłby na ziemię. Przed oczami zatańczyły mu mroczki. Kilkukrotnie nim szarpnęło, aż w końcu odzyskał wszystkie utracone zmysły.
Nagle usłyszał wściekły głos Kris, dobiegający zza drzwi do biblioteki.
- Zamorduję ich. N i e o t o m i c h o d z i ł o, gdy powiedziałam, że mogą tam pójść, jeśli potrzebują trochę prywatności. Teraz będę musiała zatrudnić jakichś speców od dezynfekcji.
Blake i Farra wymienili się spojrzeniami i parsknęli śmiechem.
- Ups. Chyba Kris jest na nas zła. - W oczach Farry tańczyły iskierki rozbawienia. Nie czuła ani krztyny zażenowania.
- Było warto.
- Zdecydowanie tak - przytaknęła.
Jej włosy były potargane, usta spuchnięte, a skóra śliska od potu. Mimo to była najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek Blake widział, i nie mógł uwierzyć, że znowu jest jego.
W końcu.
Całkowicie.
- Kocham cię, Farro Lin.
W jej oczach stanęły łzy.
- A ja ciebie, Blake'u Ryanie.
Ich kolejny pocałunek był długi, słodki i pełen utęsknienia. Blake wiedział, że biegł całe życie tylko po to, żeby dotrzeć tutaj. Była jego domem.
Rozdział 41
Pół roku później
- Nie pozabijały się, więc uważam to za sukces. - Farra wrzuciła talerze do zmywarki, a Blake przetarł stół. - W sumie trochę mnie to nawet martwi, jak dobrze nasze mamy się ze sobą dogadują.
- Tak, mnie też. Dobrze, że już poszły, bo miałem już dosyć tego, że naskakiwały na mnie we dwie. - Blake zaczął mówić piskliwym głosem, udając ich mamy: - Blake, czy należycie dbasz o Farrę? Blake, czy ta pieczeń nie jest za sucha? Blake, dlaczego tylko Farra dostała drinka na swoją cześć?
Farra - martini z wódką o smaku kwiatu pomarańczy z dodatkiem ekstraktu z wanilii - zadebiutowała w nowojorskich Legendach dwa miesiące temu i okazała się ogromnym hitem.
Farra nie była egoistką, ale skłamałaby, gdyby powiedziała, że zamawiała jakiekolwiek inne drinki, gdy odwiedzała bar Blake'a.
Zachichotała.
- Wszystkie te pytania były bardzo zasadne. - Pisnęła, gdy uniósł ją i przerzucił sobie przez ramię. - Co robisz? Odstaw mnie!
- Ukarzę cię za to, że stajesz po ich stronie.
Rzucił ją na kanapę i nad nią zawisł. Przygwoździł ją silnymi ramionami, a jego twarda niczym stal męskość naparła na jej brzuch. Farra była taka podniecona, że czuła, jak jej przemoczone majtki przyklejają się do skóry.
- To ty zaprosiłeś je na kolację - wydyszała.
- Prawda. Co ja sobie myślałem? - Jednodniowy zarost Blake'a ocierał się o jej delikatną skórę, gdy lizał i ssał szyję Farry.
Jej sutki stwardniały, a z gardła wydobył się zduszony jęk.
- Nie mam pojęcia - powiedziała z trudem, zatracając się w ramionach chłopaka.
Blake kupił bilety lotnicze mamie Farry i swojej rodzinie. Gdy Joy skończyła magisterkę w maju i otrzymała dyplom z psychologii wychowawczej, poprosiła Blake'a o wycieczkę do Nowego Jorku w ramach prezentu. Zgodził się, ale nalegał, żeby dołączyli do niej rodzice. W ten sposób mogli umówić się na wielkie wspólne świętowanie.
Farra poznała ich kilka miesięcy wcześniej, gdy poleciała z Blakiem do Austin. Miał tam spotkanie w sprawie remontu pierwszych Legend. Uznał, że po czterech latach wypadałoby odświeżyć bar, a Farra oficjalnie została projektantką wnętrz całej marki. Początkowo nie była przekonana do świadczenia usług na rzecz swojego chłopaka, ale koniec końców w pracy dogadywali się równie dobrze, co w życiu osobistym.
Firma Farry radziła sobie świetnie, nawet gdyby nie brać pod uwagę Legend, więc to nie tak, że musiała polegać na Blake'u w kwestiach finansowych. Kulturalnie odmówiła rozmów o pracę firmom, które odezwały się do niej po skandalu z Kelly. A ta redaktorka, dla której projektowała mieszkanie zeszłej jesieni? Okazało się, że pracuje dla "Mode de Vie", i tak spodobał jej się projekt Farry, że poświęciła jej cały artykuł w jednym z numerów czasopisma. Później było już z górki, bo otrzymywała tyle propozycji współpracy, że z trudem nadążała z odpisywaniem.
Wracając do Legend, umówiła się z Blakiem, że może w każdej chwili zrezygnować, gdyby ich współpraca kolidowała z jej planami rozwoju. Ale na ten moment się na to nie zanosiło. Farze podobało się projektowanie mieszkań, ale jej prawdziwą pasją była branża hotelarska i rozrywkowa. Świetnie odnajdywała się w tworzeniu innowacyjnych pomysłów dla sieci barów sportowych i dopasowywaniu ich do lokalnych kultur.
Blake odwdzięczał się jej, pomagając w praktycznych aspektach rozwoju firmy. W skład trzyosobowego zespołu F&J Creative wchodziły Farra, Jane (jej była przełożona z KBI) i ich asystentka. Jane odeszła z firmy Kelly na początku nowego roku. Zadzwoniła do Farry i zapytała, czy byłaby zainteresowana wejściem w spółkę.
Od razu się zgodziła, bo jej była przełożona miała coś, czego Farze brakowało: lata doświadczenia w branży. Z kolei ona sama miała świeże spojrzenie na architekturę wnętrz i łatwiej docierała do młodszych klientów na rynku. Tworzyły idealny duet.
Blake i Farra często latali w weekendy do Austin. Ojciec chłopaka był trochę chłodny, ale widziała, że próbuje się zmienić na lepsze. Wciąż dochodziło między nim a synem do spięć, jednak nie było w tym nic dziwnego. Nie da się zapomnieć o latach niechęci i chowania urazy z dnia na dzień. Najważniejsze, że robili postępy w swojej relacji. Mama Blake'a i jego siostra przyjęły Farrę z otwartymi ramionami. Joy wzięła ją na stronę po kolacji pierwszego wieczoru i podziękowała jej za to, że przynosi uśmiech na twarz Blake'a. Powiedziała, że jej brat od dawna nie był taki szczęśliwy, a Farra w odpowiedzi zalała się wodospadem łez w jednym z korytarzy domostwa Ryanów.
Od tamtej pory były przyjaciółkami, ku rozgoryczeniu Blake'a, który zawsze marudził, że zmawiają się przeciwko niemu. Czasem rzeczywiście tak było.
- Myślisz, że twoja mama mnie lubi? - Blake przejechał językiem po delikatnej skórze za uchem Farry, wydobywając z niej kolejny cichy jęk.
- Pewnie tak.
Jej mama go u w i e l b i a ł a. Był wysoki, odnosił sukcesy i miał "twarz bogacza", cokolwiek miałoby to oznaczać. W oczach Cheryl jego jedyną wadą było to, że nie rozumiał chińskich zwyczajów. Kupił jej na urodziny zestaw świeczek Diptyque, bo Farra wspominała mu kiedyś, że jej mama uwielbia, gdy w domu pięknie pachnie. Cheryl wpadła w panikę, bo według chińskiej kultury świeczki jako prezent przynoszą pecha. Całe szczęście wybaczyła mu tę wpadkę, gdy kolejnym razem podarował jej parę dwudziestoczterokaratowych kolczyków z jadeitem. Farra wybrała je za niego, tak na wszelki wypadek. No i nawet gdyby kolczyki okazały się niewypałem, to bez wątpienia kupienie jej biletów lotniczych do Nowego Jorku, żeby mogła spędzić trochę czasu z córką, załatwiłoby sprawę.
- Ale może nie rozmawiajmy o niej teraz. Czuję się z tym dziwnie - dodała.
Blake się zaśmiał, posyłając wibracje przez całe ciało Farry.
- Dlaczego?
- Bo mam zamiar robić z tobą naprawdę niegodziwe rzeczy. - Chwyciła za klamrę jego paska, ale złapał ją za nadgarstek i cofnął jej dłoń.
- Jeszcze nie. Chciałbym ci coś najpierw pokazać.
- A ja właśnie chciałam t o zobaczyć. - Ponownie podjęła próbę ściągnięcia mu spodni, na co ponownie odtrącił jej rękę.
- Nie-e. Na to przyjdzie czas później. - Oczy Blake'a błyszczały z rozbawienia, choć Farra widziała w nich również ukrywane pożądanie.
Zrobiła kwaśną minę.
Lepiej, żeby to było coś naprawdę fajnego.
Poszła za nim na balkon, choć nie było to wcale łatwe, bo wciąż czuła wilgoć i pulsowanie między udami.
- Co takiego chcesz mi pokazać? - Jasne, Farra wolałaby uprawiać teraz seks, ale mimo wszystko była zaintrygowana.
- Wybrałem na to dobry dzień. - Blake tylko się uśmiechnął, ignorując jej pytanie. - Spójrz na ten zachód słońca.
Było wpół do ósmej, ale latem o tej porze wielka ognista kula dopiero zaczynała swoją wędrówkę za linię horyzontu. Podczas jej powolnej podróży niebo przybierało piękne barwy. Blady fiolet mieszał się z delikatną pomarańczą i cukierkowym różem niczym farby na palecie malarza. W oddali widać było włączające się światła drapaczy chmur na Manhattanie. Było ich tak wiele, że odnosiło się wrażenie, że kultowa panorama miasta została odziana w gwiezdny szal.
To był ulubiony widok Farry, i to podczas jej ulubionej pory dnia.
Zapierał jej dech w piersi, ale nie rozumiała, dlaczego miałby być aż tak ważny, że Blake zrezygnował z seksu. Przecież codziennie oglądali razem zachody słońca.
Zwróciła się w jego stronę.
- Jest piękny, ale nie... - Słowa ugrzęzły jej w gardle.
Blake za nią nie stał. Klęczał na jednym kolanie, a w dłoni trzymał pierścionek z diamentem. To był najpiękniejszy i najbardziej nieskazitelny żółty diament, który świecił tak jasno, że słońce mogło się przy nim schować.
Świat stanął na głowie. Farra zakryła rozdziawione usta dłonią, a jej żołądek zrobił fikołka. Nie mogła uwierzyć w to, co się dzieje.
Ręka Blake'a drżała. W końcu się odezwał:
- Pięć lat temu powiedziałem ci, że nie wierzę w miłość i że to szalone, zwariowane uczucie, które pokazują w filmach, to jedna wielka ściema. Z każdym dniem i z każdą minutą spędzoną razem udowadniałaś mi jednak, że się myliłem. Aż w końcu pewnego dnia się obudziłem i pojąłem, że utonąłem w morzu uczuć i że już nigdy nie wrócę na brzeg. I wiesz co? Nie chcę na niego wracać. Ale nie myliłem się tak do końca. Bo szalona, wielka miłość, którą pokazują w filmach, nie może równać się temu, co do ciebie czuję. Jesteś moimi gwiazdami na nocnym niebie, moim słońcem i każdego dnia dziękuję Bogu za to, że ze wszystkich miast na świecie, które mogłem wybrać na wymianę, wybrałem akurat Szanghaj. W przeciwnym razie nigdy bym cię nie poznał. Jesteś. Całym. Moim. Światem. Ale pragnę, żebyś została kimś jeszcze. Moją żoną. - Głos Blake'a stał się ochrypły. - Farro Lin, wyjdziesz za mnie?
Z oczu Farry popłynął potok łez. Patrzyła na piękną twarz Blake'a. Widziała, jak bardzo się stresuje, oczekując na jej odpowiedź.
Od dziecka zawsze miała problem z podejmowaniem decyzji. Rozkładała je na czynniki pierwsze, nawet gdy chodziło o coś tak prostego, jak wybór tego, co zjeść na śniadanie. Rozważała tysiące możliwości, wpadała w błędne koło i nie wiedziała, czego tak naprawdę chce.
Ale tym razem nie musiała się zastanawiać. Nie było powodu. Odpowiedź padła z jej ust wręcz automatycznie. Jakby znała ją już od dawna.
- Tak - wyrzuciła z siebie. - Tak, tak, tak! Oczywiście, że za ciebie wyjdę!
Blake'owi spadł kamień z serca. Wsunął pierścionek na palec serdeczny Farry i ją pocałował. Zawiesiła się na jego szyi i poczuła się tak błogo, że myślała, że umarła i trafiła do nieba.
- Przyszła pani Ryan - wyszeptał, a ona poczuła dreszczyk emocji na myśl o ich ślubie. - Tak strasznie cię kocham.
- A ja ciebie. - Kochała go aż do bólu. Jej ton stał się nagle zmysłowy. - To może zabierzesz mnie do sypialni i pokażesz mi, jak bardzo?
Poświęciła mnóstwo czasu na zaprojektowanie tej sypialni i zamierzała ją w pełni wykorzystać.
W oczach Blake'a pojawiły się diabelskie ogniki, a na jego ustach zniewalający, zawadiacki uśmieszek. Farze zmiękły kolana.
- Jak sobie życzysz.
Znowu pisnęła, gdy Blake ją podniósł i przeniósł przez próg balkonu jak pannę młodą.
Tego wieczoru wielokrotnie jej pokazywał, jak bardzo ją kocha. Robił to tak długo, aż ciemną noc zastąpiły złote promienie porannego słońca.
Epilog
- Nie wierzę, że udało ci się to załatwić. - Farra pokręciła głową, nie mogąc wyjść z szoku. - Niesamowite.
- Prawie wszystko da się załatwić, gdy ma się wystarczająco dużo pieniędzy - odpowiedziała Kris. - Potraktuj to jako prezent z okazji ślubu. Mimo że zaręczyłaś się po mnie, a wyszłaś za mąż przede mną, suko.
- To twoja wina, że przeciągasz zaręczyny, żeby wyprawić wesele stulecia. - Courtney szturchnęła Kris. - Jakby co, tylko cię cytuję.
Farra się zaśmiała, ale była trochę zaskoczona użyciem stwierdzenia "prawie wszystko" przez Kris. Czego właściwie nie mogła kupić za swoją fortunę? W każdym razie była zbyt szczęśliwa, żeby dłużej się nad tym zastanawiać.
Była już oficjalnie Farrą Lin Ryan.
Wyszła za mąż za mężczyznę, który doprowadzał ją do szału, ale też uszczęśliwiał jak nikt inny.
Wyszczerzyła zęby w ogromnym uśmiechu, gdy rozejrzała się po barze U Gina i napotkała oczy Blake'a. Właśnie kupował kolejną kolejkę dla siebie i chłopaków. Puścił jej oczko i tyle wystarczyło, żeby jej oddech przyspieszył. Przez ostatnich kilka tygodni bez przerwy uprawiali seks (w końcu od tego jest miesiąc miodowy, co nie?), a mimo to nadal potrafił rozpalić w niej płomienie pożądania jednym spojrzeniem.
Pobrali się miesiąc temu w cudownym ogrodzie na dachu jednego z drapaczy chmur w Nowym Jorku. Mama Farry chciała, żeby ceremonia odbyła się w Kalifornii. Jego mama z kolei chciała, żeby zorganizowali ślub w Austin. Koniec końców wybrali miasto, w którym ich ścieżki ponownie się przecięły. Miasto, które nazywali domem.
Ich ślub był mały i kameralny. Obmyślony i dopracowany do perfekcji przez świadkową Farry. Olivia Tang ogarnęła dosłownie wszystko. Zadbała o gości i dopilnowała, żeby całe wydarzenie przebiegło bez żadnych wpadek. Na szczęście dopisała im pogoda - trafili na słoneczny dzień z czystym, bezchmurnym niebem - więc Olivia nie musiała wprowadzać w życie żadnego z pięciu planów awaryjnych.
Wszyscy, którzy byli dla nich ważni, przyjechali, by świętować z nimi ten ważny dzień: ich rodziny, najbliżsi przyjaciele, znajomi z pracy (nawet Justin, chociaż Blake groził, że wyrzuci go z listy gości za to, że oszukiwał w pokera na wieczorze kawalerskim), no i oczywiście członkowie ich szanghajskiej paczki, z którymi Farra nie widziała się już od dawna.
Zaprosiła Leo, Luke'a i Narda, mimo że od dawna nie utrzymywała z nimi kontaktu. Była zaskoczona, ale szczęśliwa, gdy potwierdzili, że przylecą. Jeszcze bardziej zdziwiło ją, gdy zgodzili się zabrać z nimi w tę podróż.
Blake i Farra szykowali się na powrót z miesiąca miodowego, który spędzili na Malediwach i Sri Lance, gdy napisała do nich Kris z informacją, że ma dla nich niespodziankę. "Zostańcie w Azji, bo widzimy się w Szanghaju, szmaty". Wysłała im dwa bilety do Chin. Oczywiście lecieli pierwszą klasą. Gdy dotarli na miejsce, odebrał ich prywatny szofer i zabrał do penthouse'u Kris niedaleko rzeki Bund. Okazało się, że czekali tam na nich wszyscy przyjaciele z wymiany.
Kris. Courtney. Olivia. Sammy. Leo. Nardo. Luke. Dosłownie wszyscy.
Pomysłodawczyni oznajmiła, że już dawno powinni byli zorganizować ten zlot i że to była idealna pora, jako że Blake i Farra poznali się właśnie tutaj. Byli rodziną, a z rodziną tak już jest, że można się nie widzieć całe lata, a to i tak nic nie zmienia.
Farra pewnie dokuczałaby Kris w związku z tym, że zrobiła się sentymentalna, ale przytłoczyła ją nostalgia.
Otaczali ją dawni przyjaciele. Była w mieście, w którym wszystko się zaczęło. Szanghaj przestał być odległym wspomnieniem i fantazją, która równie dobrze mogła być jedynie pięknym snem. Teraz jednak znów stał się rzeczywisty.
Chłopaki wróciły z piwami, frytkami i dwoma ogromniastymi mojito w kieliszkach wielkości małych akwariów.
Blake usiadł obok Farry i objął ją ramieniem. Wtuliła się w niego i uśmiechnęła, a jej przyjaciele zaczęli walkę o frytki.
- Ja je kupiłem, więc nie pchajcie się z łapami. - Luke chwycił garść frytek i wrzucił je sobie do ust.
- Fuj. - Kris zmarszczyła nos. - Dzięki, że w ogóle postanowiłeś się z nami p o d z i e l i ć, ty neandertalczyku. Tak mi obrzydziłeś tę porcję, że aż kupię sobie własną.
- Rób, co chcesz - odezwał się Luke, dalej się opychając. - Jesteś bogata, możesz sobie na to pozwolić.
- Fajnie, że pracujesz na uczelni, a mimo to nie masz klasy.
- Fajnie, że masz miliony na koncie, a i tak nie zrobiłaś sobie operacji na ten kij, który masz w dupie.
- Przegiąłeś. Cofam zaproszenie na mój ślub - zagrzmiała Kris.
- No i spoko. Zaoszczędzę na biletach lotniczych, hotelu, no i prezencie.
- Ale z was dzieciaki. - Courtney uderzyła pięściami o stół, ledwo powstrzymując się od śmiechu. - Matko, czuję się tak, jakbym znowu była na studiach.
- Skoro już i tak cofnęliśmy się w czasie, to może w coś zagramy? - Sammy wyszczerzył zęby. - "Nigdy, przenigdy"?
Courtney była wyraźnie podekscytowana.
- Genialny pomysł. Zawsze lubiłam cię najbardziej.
Siedząca obok Olivia przewróciła oczami.
- Czuję się urażony - oznajmił Leo tonem, który wcale na to nie wskazywał. Rozstał się z Courtney na długo przed końcem ich wymiany w Szanghaju. Przez lata pozostali w kontakcie i łączyły ich koleżeńskie stosunki.
Brunetka nonszalancko wzruszyła ramionami.
- Wybacz, Leo. Na pocieszenie powiem ci, że świetnie całowałeś.
- Wiem.
Wszyscy się zaśmiali.
- Ale do mnie nie ma podjazdu - wyszeptał Blake na ucho Farze. Objął ją jeszcze mocniej, jakby chciał pokazać, że należy do niego, a ona prawie wybuchła śmiechem.
Bez wątpienia pamiętał, że na początku wymiany miała crusha na Leo. Minęło wiele lat, Blake był teraz mężem Farry, a mimo to podejrzliwie na niego spoglądał.
- Nikt nie ma do ciebie podjazdu. - Poklepała go po kolanie.
- No raczej. - napuszył się.
- A może zagramy w coś innego? - Nardo poprawił okulary na nosie. - Coś bardziej stymulującego intelektualnie?
Sammy poklepał kumpla po plecach.
- Stary, siedzimy w barze, wycziluj.
- No właśnie, więc nie wyskakuj z takimi głupimi propozycjami. - Ton Courtney sugerował, że nie przyjmie żadnego sprzeciwu. - Ja zacznę. Nigdy, przenigdy nie zrobiłam sobie kolczyka poniżej szyi.
Nardo ciężko westchnął.
Siedzieli u Gina aż do zamknięcia. To była długa, hedonistyczna noc. Farra poczuła się tak, jakby znów miała dziewiętnaście lat. Jakby była młoda, dzika i wolna. A nawet lepiej, bo teraz wiedziała, jak potoczyła się jej historia miłosna z Blakiem, i nie mogła wymarzyć sobie lepszego zakończenia.
Jej mąż skoczył jeszcze szybko do łazienki przed wyjściem, a ona postanowiła poczekać na niego na zewnątrz. Próbowała zrozumieć, co dzieje się między Olivią i Sammym, którzy stali na dwóch przeciwległych końcach chodnika. Cały wieczór nie zamienili ze sobą ani jednego słowa, ale spojrzenia, które sobie rzucali, mogłyby obrócić całe miasto w popiół.
Farra zastanawiała się, jak do tego doszło, że najsłodsza para z FEA skończyła właśnie w ten sposób. Nikt poza nimi samymi nie wiedział, czy się nienawidzą, czy może wciąż coś do siebie czują.
Ciekawe, jak będzie teraz wyglądało życie Olivii, jako że niedługo przeprowadzi się do Kalifornii, żeby zrobić MBA na Stanford.
Farze będzie brakowało jej najlepszej przyjaciółki, ale wiedziała, że nie może próbować jej zatrzymać w Nowym Jorku. To byłoby samolubne. Tym bardziej że po zaręczynach przeprowadziła się do Blake'a, zmuszając Olivię do podnajęcia jej starego pokoju.
- Hej. - Leo podszedł do Farry z typowym dla siebie zrelaksowanym uśmiechem. - Przyzwyczaiłaś się już do życia małżeńskiego?
- Minął dopiero miesiąc od ślubu, ale jak na razie nie mam się na co skarżyć. - Odwzajemniła uśmiech. - Dzięki jeszcze raz za to, że byłeś z nami.
- Nie dziękuj. Za żadne skarby bym tego nie przegapił. - Leo przeczesał dłonią ciemne, kręcone włosy. - Tak właściwie to chciałbym ci coś podarować. Jeszcze jeden prezent ślubny. Choć nie umywa się do całotygodniowej wycieczki do Szanghaju.
- To nic. Myślę, że nikt nie jest w stanie przebić ekstrawaganckich prezentów od Kris. - Farra była zaintrygowana. Nie spodziewała się kolejnej niespodzianki, szczególnie od Leo.
Chłopak wyciągnął gruby plik kartek ze swojej znoszonej brązowej torby na ramię.
- To pierwsza wersja robocza mojej następnej powieści, napisanej pod pseudonimem literackim. - Uśmiechnął się ponownie, ale teraz był trochę speszony. - Ta historia chodziła mi po głowie już od dawna, ale brakowało mi weny, żeby ją dokończyć. Gdy kilka miesięcy temu dostałem zaproszenie na wasz ślub, magicznie powróciła. Chciałbym, żebyś przeczytała ten tekst jako pierwsza.
Farra zmarszczyła brwi.
- Dlaczego akurat ja?
- Po prostu ją przeczytaj - odpowiedział.
Następnego dnia Farra umościła się wygodnie w fotelu przy oknie i przeczytała manuskrypt Leo od deski do deski. Nim skończyła lekturę, słońce zdążyło schować się za linię horyzontu, a pokój rozświetliło światło księżyca. Farra uroniła łzy nad stronami powieści o dziewczynie i chłopaku, którzy dawno temu zakochali się w sobie na drugim końcu świata.
Blake lubił swoich przyjaciół. Byli najlepsi. Jednak po całym tygodniu spędzonym w ich towarzystwie miał ich już dosyć. Chciał trochę czasu tylko dla siebie i dla swojej żony. Pragnął ją całować w spokoju, doprowadzać do krzyku w nocy i nie musieć znosić sugestywnych spojrzeń i cholernych uśmieszków następnego ranka.
Kris serio powinna zainwestować w wygłuszenie pokojów.
Ostatniego dnia w Szanghaju Blake przeniósł się z penthouse'u Kris do apartamentu w Z Hotels. Miał szalone pomysły na to, co zrobią w ogromnym hotelowym łóżku, ale najpierw musiał dokończyć nostalgiczny spacer, na który zabrała go Farra. Nalegała, żeby odwiedzili wszystkie miejsca, w których umawiali się kiedyś na randki. Wybrali się między innymi do Moller Villa (mimo że nie byli tam oficjalnie na randce, ale była to ich pierwsza kolacja we dwoje), na M50, czyli dzielnicę sztuki współczesnej (tu też nie byli na randce, ale czymś w tym stylu), i na lodowisko, na którym spędzili walentynki. Blake nie miał serca jej odmówić. Początkowo zgodził się tylko przez wzgląd na nią, ale szybko okazało się, że sam cudownie się bawił, wracając do starych miejsc i wspominając początki ich związku. Uświadomił sobie, jak daleko zaszli.
Zakończyli noc nad Bund. Minęło pięć lat, ale panorama Szanghaju nic się nie zmieniła. Nadal była piękna, ponadczasowa i zapierała dech w piersi.
Blake pamiętał, jak podziwiał strzeliste wieże w wieku dwudziestu dwóch lat i jaki czuł się wtedy malutki i nic nieznaczący. Teraz, gdy obejmował wzrokiem rozświetlone budynki nad rzeką, czuł, jakby cały świat leżał u jego stóp.
Miał ogromny biznes, wspaniałych przyjaciół, kochającą rodzinę i kobietę marzeń w swoich ramionach. Miał wszystko.
- Prawie jakbyśmy nigdy stąd nie wyjechali. - Farra westchnęła, splotła z Blakiem palce i ruszyli dalej wzdłuż promenady. - Tęskniłam za tym miejscem.
- To miasto było świadkiem wielu ważnych chwil. - Dołeczki Blake'a pokazały się w swojej pełnej krasie. - Pamiętasz, o co cię zapytałem ostatnim razem, gdy byliśmy tu we dwoje? Po naszym pierwszym pocałunku?
Farra szeroko się uśmiechnęła.
- Zapytałeś, czy zostanę twoją dziewczyną. Dodam, że wyszło ci to bardzo niezdarnie.
- Nie niezdarnie, tylko uroczo.
- Tak, tak, oczywiście. - Poklepała go po policzku.
Chwycił jej dłoń w swoją i przesunął ją na swoje usta.
- Pięć lat temu zapytałem cię dokładnie w tym miejscu, czy zostaniesz moją dziewczyną. A teraz jesteś moją żoną. - Blake zatrzymał się i oparł swoje czoło o jej. - Zatoczyliśmy niezłe koło, co?
Oczy Farry lśniły piękniej niż symfonia świateł za jej plecami.
- Oj, tak.
- Jesteś szczęśliwa. - Gdy to powiedział, jego usta otarły się o jej wargi. Ze wszystkich rzeczy na świecie ta była dla niego najważniejsza.
- Tak - odpowiedziała bez wahania i z pełnym przekonaniem.
Nie musiała niczego dodawać. Blake ujął jej twarz w dłonie i zamknął ich usta w długim, powolnym, namiętnym pocałunku. Zatracili się w sobie w blasku miasta, które na zawsze odmieniło ich życie.
Całowali się już wiele razy, ale ten pocałunek był inny. Ten pocałunek był obietnicą wiecznej miłości.