Rozdział 3
Maggie Fisher nie miała własnych dzieci, ale pełniła rolę zwariowanej ciotki dla Louisy i Cody'ego, kiedy byli młodsi. Teraz Louisa miała z nią bliższe relacje niż z kimkolwiek ze swojej prawdziwej rodziny.
Louisa zastanawiała się, czy nawet gdyby jej rodzice mieszkali w Nantucket przez cały rok, to czułaby, że Maggie nadal jest dla niej jak jedyna rodzina, jaką posiada. W domu Chambersów nie działo się zbyt dobrze już od dłuższego czasu. Najlepsze, co Louisa mogła zrobić dla swoich rodziców, to się wyprowadzić. I nieważne, że zastąpili ją psem.
To nie miało znaczenia. Teraz liczyło się to, że lokalne media podchwyciły informację o jej wypadku na oceanie, i o ile jej rodzice mogli się o tym nie dowiedzieć, Maggie na pewno by o tym usłyszała. Prawdę mówiąc, Louisa była zaskoczona, że Maggie nie pojawiła się w szpitalu.
Po tym, jak zrobiło jej się słabo, Cody zaczął się rządzić i kazał jej się położyć. Oczywiście go zignorowała, a mogła mu powiedzieć, że nie ma prawa mówić jej, co ma robić, i "dziękuję bardzo".
Czy było istotne, że w pewnym sensie podobało jej się, że chyba się przejmował? Tak jakby mieli szansę ponownie stać się przyjaciółmi.
Teraz Louisa leżała na kanapie, a Maggie kręciła się po domu i coś mamrotała. Louisa próbowała nie zwracać na nią uwagi, ale Maggie wyraźniej mówiła niektóre słowa: "kamizelka ratunkowa", "radar pogodowy", zdrowy rozsądek".
Wychodząc ze szpitala, Louisa nie miała zamiaru leżeć przez resztę dnia, jednak młody lekarz, zgodnie z obietnicą, zadzwonił do Maggie i powiedział jej, co się stało. Kolejny zdrajca.
Kobieta przyniosła jej kubek gorącej herbaty. Louisa nie lubiła herbaty, ale wzięła ją z obawy, że szalona ciotka dorzuci słowo "niewdzięczna" do swojego bełkotu.
- Dzięki - powiedziała, nie podnosząc wzroku.
Maggie usiadła w fotelu, który Louisa znalazła na wyprzedaży garażowej u Ryersonów dwa lata temu. Był zrobiony z bielonej wikliny i raczej nadawał się na zewnątrz, ale Ryersonowie mieli drogie rzeczy, a to cudo idealnie pasowało do stylu shabby chic, w którym Louisa urządziła swój dom.
Louisa wzięła łyk herbaty (głównie po to, żeby udobruchać Maggie), po czym odstawiła kubek na stolik.
Zajmowała się tym domem z zamiłowaniem. Kupiła go trzy lata temu chyba nieco impulsywnie. Maggie twierdziła, że kierowała nią nostalgia, ale Louisa naprawdę chciała zmienić ten dom w coś pięknego. Był zaniedbywany przez tyle lat.
Jednak nie liczyła na to, że Cody wróci na wyspę. W pewnym momencie dowiedziałby się przecież, że kupiła ten dom, prawda? Tak jak Maggie miała się dowiedzieć, że to Cody wyciągnął ją z wody.
Myśli zaprowadziły ją prosto do chwili, kiedy była wciągana w głębinę przez tak silną i bezlitosną falę, że myślała, iż jej jedynym celem jest odebranie jej życia.
Jej klatka piersiowa skurczyła się, a wyobraźnia kazała ponownie przeżyć całą tę mękę z barwnymi szczegółami, tak jakby potrzebowała przypomnienia. Tak jakby kiedykolwiek miała o tym zapomnieć.
- Chyba powinnam spytać, czy wszystko w porządku - odezwała się Maggie.
Louisa otworzyła szeroko oczy i zmusiła się do uśmiechu.
- Oczywiście, Mags. To naprawdę nie było nic takiego.
Mina Maggie jasno wyrażała to, że nie wierzyła Louisie. I słusznie. Zawsze potrafiła ją dogłębnie przejrzeć.
- Czuję się dobrze - zapewniała Louisa. - Mam mnóstwo pracy.
- Zadzwoniłam do Alyssy - oznajmiła Maggie. - Wszystkim się zajmuje.
Alyssa Martin miała ku temu wszelkie kompetencje. Jako najbliższa przyjaciółka i wspólniczka mogła się zająć wszystkim, co było do zrobienia przed nadchodzącym przyjęciem rocznicowym, chociaż nie miałoby to wyjątkowego elementu, który wnosiła Louisa.
Tego nie dało się przekazać czy powielić. To było "to coś", które starała się stworzyć dla każdego klienta. To było coś, o czym ludzie mówili jej po imprezach: "Potrafi pani w jakiś sposób sprawić, że wszystko jest wyjątkowe".
Był to dla niej prawdopodobnie powód do dumy, z którym się liczyła.
- Muszę tam być - jęknęła.
- Możesz sobie wziąć dzień wolnego.
- To moja firma - podkreśliła Louisa. - I moja odpowiedzialność.
- Masz świetną wspólniczkę, która jest chętna do pomocy, szczególnie że prawie utonęłaś dzisiaj rano. - Maggie nawet nie ukrywała poirytowania.
Louisa założyła działalność jako organizatorka imprez rok temu, po tym, jak przepracowała pięć lat jako konsjerżka w jednym z prestiżowych hoteli w Nantucket. Ta praca dała jej wiele kontaktów, ale pewnego dnia Louisa uświadomiła sobie, że nie chce spędzać czasu, spełniając jedynie zachcianki bogatych ludzi. Chciała sprawić, żeby wyspa i wszystko, co miała do zaoferowania, było dostępne dla każdego.
Chciała tworzyć wyjątkowe chwile dla tak wielu ludzi, jak to tylko możliwe.
Wtedy właśnie powstała firma Dobre Życie.
Pomysł przyszedł jej do głowy tak jak wszystkie inne - szybko i gwałtownie.
Spędziła wieczór na gorączkowym robieniu notatek, próbując nadążyć za napływem różnych możliwości. Następnego ranka poszła do pracy wykończona, ale pełna werwy, i gotowa, żeby złożyć wypowiedzenie.
Oczywiście pierwszą osobą, której to powiedziała, był Eric. Nie tylko pełnił funkcję kierownika hotelu, był również jej chłopakiem, i jak sądziła - najlepszym przyjacielem. Myślała, że będzie mu jej brakowało, kiedy odejdzie z hotelu, ale przede wszystkim ucieszy się, bo uzmysłowi sobie, że nigdy nie widział, żeby się czymś do tego stopnia ekscytowała.
Louisa stanęła w drzwiach jego gabinetu uśmiechnięta jak Kot z Cheshire, ale Eric nawet nie zauważył, że tam była.
W końcu, po tym, jak dwa razy chrząknęła, podniósł na nią wzrok.
- Jesteś dziś spóźniona.
Zlekceważyła to.
- Muszę z tobą porozmawiać.
Zmarszczył czoło.
- Louiso, masz dziś ten swój dzień wspaniałych pomysłów?
Nie znosiła, kiedy tak robił - sprawiał, że czuła się gorzej tylko dlatego, że była podekscytowana. Czasem mówił jej, że nie zachowywała się profesjonalnie albo tak, jak powinien się zachować dorosły człowiek. Zwykle w chwilach, gdy była spontaniczna albo żądna przygód, Eric w ogóle taki nie był.
Zazwyczaj udawało jej się ukrywać tę część siebie, ale w tamtym momencie trudno było udawać, że nowy plan nie dodawał jej skrzydeł. Była pełna entuzjazmu. Zamierzała właśnie zrobić coś śmiałego i niesamowitego!
- Faktycznie, mam pewien pomysł - oznajmiła, próbując nie dopuścić, żeby jego podejście stłumiło jej entuzjazm. Usiadła naprzeciw niego, po drugiej stronie biurka, a przy okazji zauważyła, że było czyste i uporządkowane. Wszystko na swoim miejscu. Dla kontrastu jej biurko wyglądało jak coś, co określała jako "zorganizowany chaos".
To sprawiło, że pomyślała, jak by to było mieszkać z Erikiem w jednym domu. Byłby prawdopodobnie przerażony sportowymi stanikami wiszącymi na klamce jej garderoby.
- Za pięć minut mam spotkanie, czy to może zaczekać?
Musiała wyglądać na zasmuconą, bo sięgnął przez biurko i chwycił jej dłoń.
- Przepraszam - powiedział. - Mam po prostu dużo na głowie. Jaki to pomysł?
- Jesteś pewien?
Skupił na niej całą swoją uwagę.
- Tak. Jak najbardziej.
Uśmiechnęła się, po czym opowiedziała mu o planach Dobrego Życia. Miała nawet wstępny szkic logo. Porozkładała luźne kartki ze wszystkimi pomysłami, jakie wylała z siebie poprzedniego wieczora, tak jakby przełamała się w niej twórcza tama.
Od dawna nie miała takiego wybuchu kreatywności. Czuła się z tym świetnie. Jednak po tym wszystkim nabrała przekonania, że praca w hotelu nie jest dla niej.
- Myślę, że powinnam na twoje ręce złożyć wypowiedzenie z dwutygodniowym terminem.
Eric odchylił się w fotelu i przez krótką chwilę mierzył ją wzrokiem.
- Nie uważasz, że to trochę pochopne?
- Nie - odparła rzeczowym tonem.
- Louiso, nie możesz rzucić pracy, żeby zacząć własną działalność. A co z twoim kredytem? Dopiero co kupiłaś ten dom.
- Wiem - odpowiedziała. - Ogarnę to. Nie chcę zabezpieczeń. Chcę, żeby to zadziałało. A my nadal będziemy współpracować. Będę tu odsyłać ludzi.
Jego śmiech zabrzmiał niemal protekcjonalnie.
- Co?
Potrząsnął głową.
- Nic, nic.
- Eric...
- To kolejny z tych twoich pomysłów - stwierdził. - A ja nie uważam, że zakładanie działalności to coś, co się robi z dnia na dzień.
- Tyle że to nie jest tak, że nie wiem, co robię - odparła. - Wykonuję tutaj taką pracę od pięciu lat.
- Prawda - powiedział. - Jesteś w tym bardzo dobra. Ale kwoty, marketing, szukanie klientów i płacenie podatków - jak sobie poradzisz z tym wszystkim?
Posmutniała. Nie myślała o tym.
- Może po prostu popracuj nad tym w wolnym czasie, a kiedy będziesz mieć solidny plan biznesowy, możesz ruszyć do przodu. No wiesz, kiedy będziesz wiedzieć, że nie zrobisz głupiego błędu.
Poczuła się jak latawiec, który właśnie przestał być niesiony przez wiatr.
- Racja - szepnęła. Łzy napłynęły jej do oczu, gdy zostało jej przypomniane, kim była - kobietą, której ludzie nie traktowali poważnie. "Och, ta Louisa. Jest dziwaczna".
Była. I wiedziała o tym. Ale to nie znaczyło, że jest niekompetentna.
Eric najwyraźniej się z tym nie zgadzał.
- To dobry pomysł, Lou - powiedział. - Porozmawiajmy o tym później. Może pomogę ci z biznesplanem.
Ona jednak słyszała jedynie: "Beze mnie nie potrafisz tego zrobić - ani zresztą niczego innego".
Opuściła jego gabinet jakby zamroczona, bez wiatru w żaglach. Nie załamała się zupełnie, co było sporym postępem, ale jej pomysł utracił blask.
Myślenie o tym nadal było bolesne. Odprawił ją tak bezceremonialnie. Jakoś znalazła odwagę, by zrealizować swój pomysł. Minęło kilka tygodni, nim uświadomiła sobie, że Dobre Życie jej nie porzuci. Potem parę rozmów z Ally i mocny kopniak od Maggie, ale w końcu zaczęła w siebie wierzyć.
Kiedy zaniosła wypowiedzenie do hotelu, powiedziała Erikowi, że z nimi już koniec.
- Nie mogę być z kimś, kto we mnie nie wierzy.
Zaprzeczył, oczywiście, bo przecież nie chciał wyjść na tego złego. Ona jednak wiedziała, że to była dobra decyzja.
Potrzebowała znaleźć kogoś, kto wspierał ją w marzeniach, kto uważał, że jej przygody są ciekawe i intrygujące, kto nie doszukiwał się niedociągnięć w każdym z jej pomysłów. Być może taka osoba nie istniała, więc obecnie miłość nie stanowiła priorytetu. Świadomość tego, że ktoś nie okazał się tym, za kogo go uważała, była zbyt bolesna. Poza tym sama radziła sobie całkiem dobrze.
Najczęściej. Sama najczęściej radziła sobie całkiem dobrze.
Firma zupełnie ją pochłaniała, a ona postawiła sobie za cel, że się jej powiedzie. Nie tylko, żeby udowodnić Erikowi, że się mylił, ale żeby udowodnić sama sobie, że ma do tego potencjał. Pracowała ciężko, znacznie bardziej intensywnie niż kiedykolwiek, gdy była zatrudniona w hotelu, ale nie zamieniłaby tego na nic innego.
Miała rację. Tworzenie przeżyć dla klientów, takich, których mieli nigdy nie zapomnieć, takich, które uważaliby za najlepsze w życiu, dawało jej satysfakcję, jakiej nie przynosiła jej żadna dotychczasowa praca.
Kto by się przejmował, że nie miała żadnego mężczyzny, który by ją uwielbiał? Była prawdziwą bizneswoman. Można nawet powiedzieć, że odnoszącą sukcesy. Jednak cały czas potrzebowała coś udowadniać, i zdawała sobie z tego sprawę.
Właśnie dlatego to przyjęcie rocznicowe było takie ważne. Pięćdziesiąt lat to długi staż małżeński, szczególnie w dzisiejszych czasach. Rodzina Timmonsów liczyła na nią i Maggie na pewno by to rozumiała.
Jednak jedno spojrzenie na twarz starszej kobiety utwierdziło ją, że ma oficjalny zakaz wychodzenia.
- Chcesz o tym porozmawiać? - spytała Maggie.
- Nie. - Louisa spuściła wzrok, żeby nie widzieć jej dezaprobaty.
- Zadzwonisz do rodziców?
- Nie.
- Mogą się dowiedzieć. Twój ojciec nadal czytuje wiadomości z Nantucket, a wiesz, że to się pojawi online.
Louisa znowu jęknęła.
- Zrobić ci coś do jedzenia?
- Wypiłam tyle wody morskiej, że nic już dzisiaj nie zjem. Ale dziękuję. - Louisa zerknęła na niechcianego gościa.
- Możesz sobie żartować, ale sama wiesz, że to nie jest zabawne.
- Wiem. - A gdyby zapomniała, na pewno znalazłby się ktoś, kto by jej o tym przypomniał. Nie wiedziała, jak odpowiadać tym wszystkim ludziom, którym naprawdę zależało na jej dobru. Nie lubiła uczuć. Przyznawanie się do tego, że pod jej beztroską warstwą zewnętrzną jest cała skrzynia zakopanych emocji, po prostu nie było dla niej korzystne.
- Gdybym cię straciła... no nie mogłoby tak być, prawda?
Maggie miała krótkie siwe włosy, nie było w niej wymyślności czy elegancji. Twardo stąpała po ziemi i była prawdziwa. Może to dlatego Louisa lubiła ją tak bardzo i to przyciągnęło ją do tej kobiety, kiedy ponownie tu zamieszkała.
Obecnie było trudno o prawdziwość. Maggie chlubiła się tym, że mówiła to, co myślała.
To trochę przeszło na Louisę, która cieszyła się, że tak się stało. Czasem przydawało się, że potrafiła powiedzieć dokładnie to, co sądziła na dany temat. Chociaż przyszło jej do głowy, że raczej nie powinna wyrażać słowami tego, co myślała o wydarzeniach dzisiejszego ranka. Zbyt wiele uczuć.
- Chcesz porozmawiać o swojej imprezie urodzinowej? - Louisa chciała pomówić o czymkolwiek, byle nie o swoim otarciu się o śmierć.
Maggie zamilkła.
W tej ciszy Louisa usłyszała słowa, których kobieta nie wypowiedziała. To prawdopodobnie miały być jej ostatnie urodziny i właśnie z tego powodu Louisa zaproponowała wielką imprezę. Smażenie ryb na plaży, może pieczenie małży. Przyjęcie na zakończenie wszystkich przyjęć - uczczenie życia Maggie Fisher.
- Nie myślałam o tym zbyt wiele - powiedziała Maggie. - I nie sądzę, że teraz jest czas na pracę. Powinnaś odpocząć, a to oznacza wyłączenie mózgu.
Louisa westchnęła. Czasem obawiała się, że gdyby wyłączyła mózg, nie zdołałaby go ponownie uruchomić.
Rozległo się pukanie do drzwi, ale odwiedzający nigdy nie czekali, aż ktoś ich wpuści. Kilka sekund później w salonie stanęła Alyssa.
- To prawda? - spytała bez tchu.
- Że prawie dziś zginęła? Tak, to prawda. - Siedząca w wiklinowym fotelu Maggie głośno odchrząknęła, a Louisie przyszło do głowy, że powinna kupić nowe poduszki, żeby trochę odświeżyć wygląd pokoju. Od co najmniej dwóch lat nie zmieniła nic w wystroju wnętrza.
Ally machnęła do Maggie, żeby nic więcej nie mówiła, przesunęła stopy Louisy i usiadła na kanapie, po czym odłożyła swoją schludną czarną torebkę na białą podłogę z desek.
- Czy to on?
Louisa szerzej otworzyła oczy, próbując powiedzieć w ten sposób przyjaciółce: "proszę cię, natychmiast się zamknij", ale Ally nie była zbyt biegła w odczytywaniu sygnałów niewerbalnych. Ani w zamykaniu się.
- Jaki on? - spytała Maggie.
Alyssa wzięła do ręki torebkę i zaczęła w niej grzebać. Zawsze była świetnie zorganizowana i dlatego właśnie ich współpraca tak idealnie się układała. To był powód, dla którego Louisa zadzwoniła do niej, zanim złożyła wypowiedzenie w hotelu, i przedstawiła jej pomysł na Dobre Życie. Kiedy Eric wypunktował wszystko, o czym Louisa nie pomyślała, ona uświadomiła sobie, że nie da rady zrobić tego wszystkiego sama, jednak nie zamierzała prosić go o pomoc.
Przyjaciółka była zdecydowanie lepszym wyborem. Louisa uwielbiała wszystko, co twórcze, a Ally fantastycznie wychodziło porządkowanie. Była dziewczyną od cyferek i umieszczania wszystkiego na właściwym miejscu.
Ta świadomość nie powstrzymała Louisy przed pomodleniem się w myślach, rzutem na taśmę, żeby torebka przyjaciółki pochłonęła cokolwiek, co właśnie zamierzała wyciągnąć. To coś najprawdopodobniej zawierało więcej informacji dla Maggie na temat wypadku i mężczyzny, który uratował Louisę, niż ona była gotowa odsłonić.
Jej słowa chyba nie zostały wysłuchane, ponieważ chwilę później Ally wyciągnęła kartkę.
- "Strażnik wybrzeża z Brant Point uratował miejscową kobietę podczas gwałtownej burzy dzisiejszego ranka" - przeczytała na głos.
Louisa próbowała jej wyrwać kartkę, ale Maggie ją w tym wyprzedziła. Jak na kogoś w takim wieku miała niesamowicie szybki refleks.
- To on, prawda? - spytała Alyssa jak gdyby nigdy nic. Nie uchodziła za romantyczkę, ale Louisa mogłaby przysiąc, że jej pytanie było zakończone czymś w rodzaju westchnienia, zwykle zarezerwowanego dla starszych kobiet, którym już na niczym nie zależy?
Louisa rozpoznała je, ponieważ ten sam odgłos towarzyszył jej w myślach za każdym razem, gdy wspominała bycie uratowaną przez Cody'ego Boggsa o niesamowicie silnych ramionach.
- Nadal wygląda tak jak na tych zdjęciach, które ukrywasz w szufladzie biurka. - Alyssa zerknęła na Maggie. - Ona myśli, że nikt nie wie, że tam są.
Maggie jedynie zmarszczyła czoło.
- Znasz mnie, Lou. Jestem pragmatyczką, ale nawet ja mogę przyznać, że to romantyczne - powiedziała Ally. - Ten sam facet, z którym lata temu zawarłaś tamten pakt. Zapewne twoja pierwsza miłość. Ta, która jakoś się wymknęła. A teraz wraca, na parę miesięcy przed waszymi trzydziestymi urodzinami. On nie tylko jest tutaj, ale stał się bohaterem. - Wypowiadała te zdania jak prezenterka wiadomości, wymieniająca fakty.
To nie były fakty. Nie było nic romantycznego w wymiotowaniu słoną wodą na kolana wspomnianego przed chwilą mężczyzny.
Louisa wstała, wzięła kubek z herbatą i poszła do kuchni, mając świadomość, że Maggie czytała właśnie post, który wydrukowała Ally. Zdawała sobie również sprawę z tego, że nadgorliwi blogerzy zazwyczaj dodawali istotne szczegóły, takie jak nazwiska bohaterskich strażników, którzy ratowali tonące w oceanie kobiety.
Westchnęła.
- Louiso Elizabeth Chambers?
Louisa skrzywiła twarz.
- Mary Margaret Fisher?
Jednak kobieta nie była w nastroju do żartów. Stała teraz w drzwiach, a Louisa pohamowała chęć przypomnienia jej, że przyszła tu, żeby się nią opiekować, a nie grozić.
- Wiedziałam, że to on. - Alyssa stanęła obok Maggie. - Na dodatek wrócił zaledwie parę miesięcy przed waszymi trzydziestymi urodzinami.
- Już to mówiłaś - powiedziała Louisa i spiorunowała przyjaciółkę wzrokiem.
- Warto to powtórzyć. - Ally nie zważała na sygnały niewerbalne, jakie dawała przyjaciółka.
- Nie wystarczyło ci? - spytała Louisa.
Zadbane brwi Ally złączyły się w prostą linię, jakby naprawdę była zdezorientowana po reakcji przyjaciółki.
Maggie się nie poruszyła.
- Wyjaśnisz?
Louisa poczuła się jak zwierzę uwięzione w klatce, gdyż obie blokowały wyjście.
- Co tu jest do powiedzenia? Powinnam była założyć kamizelkę ratunkową. Nie zrobiłam tego. To się więcej nie powtórzy.
- Pomijasz ważne szczegóły - stwierdziła Maggie.
- Jak to? - Alyssa wzięła kartkę i podniosła ją w kierunku przyjaciółki. - Lou, to jest Cody Boggs. Wystarczająco się o nim od ciebie nasłuchałam - znam go.
Louisa nie mówiła o Codym aż tak dużo. I nigdy do Maggie. Powędrowała wzrokiem w stronę kartki, na której widoczny był jego profil. Ale z niego był przystojniak.
- To przecież on - stwierdziła Maggie. - Mogłaś mi powiedzieć, że wrócił i że to on cię dziś rano uratował od twojej własnej głupoty.
- Czy rozważałaś kiedyś karierę mówczyni motywacyjnej? - spytała oschle Louisa.
Maggie nawet nie mrugnęła okiem.
Louisa odwróciła się, po czym rozłożyła i złożyła ponownie ścierkę.
- Wątpię, że on w ogóle pamięta o pakcie. Sama ledwo sobie o nim przypomniałam. - Ale kłamczucha. Przecież myśli o tym świtały jej w głowie, gdy rano tworzyła listę rzeczy do zrobienia przed śmiercią, próbując się utrzymać w wodzie.
Na tej liście znalazły się również punkty: "Szkoda, że nie przeprosiłam. Szkoda, że nie wysłałam listów". Czy to był jakiś sposób Boga, żeby zyskać jej uwagę? Zastanawiała się, czy mu nie powiedzieć, że mógłby być w tych staraniach nieco mniej przerażający.
- Ale co, jeśli on pamięta? - spytała Ally. - Myślisz, że to jedynie zbieg okoliczności, że pojawił się tu właśnie teraz? Myślisz, że to przypadek, że był twoim rycerzem w lśniącej zbroi z pianki do nurkowania?
Louisa nawet się nie wysiliła, żeby ją poprawiać. Cody nie miał na sobie stroju do nurkowania, ale pomarańczowy kombinezon Straży Wybrzeża. I mimo że nie była tego do końca pewna, wydawało jej się, że miał wokół głowy lśniącą, białą aureolę.
- Czy zamierzałaś mi w ogóle powiedzieć, że Cody wrócił na wyspę? - spytała Maggie.
Dla Louisy pozostało tylko jedno miejsce, gdzie mogła się udać. Na zewnątrz. Zwróciła się w kierunku drzwi i popychając je, wyszła na werandę, skąd roztaczał się wspaniały widok na Brant Point, miejsce, gdzie stacjonował Cody, a przynajmniej tak przypuszczała.
Ośmieliłaby się nawet stwierdzić, że miała nadzieję, że on tam stacjonował.
Gdyby musiał codziennie patrzeć na latarnię morską Brant Point, nie było mowy, że nie pomyślałby o pakcie, który zawarli, będąc dziećmi. W końcu rozmawiali o tym co roku w dniu swoich wspólnych urodzin.
A co, jeśli ten wypadek był jakimś sposobem, w który Bóg chciał jej przypomnieć, czego chciała - możliwości, żeby wszystko naprawić? Co, jeśli to była dla niej szansa, żeby przeprosić i zrzucić z siebie lata poczucia winy, które w sobie nosiła?
Nadal była wściekła, że jeden szczeniacki błąd zniszczył tyle relacji, a może nawet życie różnych osób.
Nie wiedziała tego ostatniego, ponieważ straciła kontakt z rodziną Boggsów, a poszukiwanie ich było zbyt bolesne. Była pewna, że matka nadal jej nie wybaczyła, co oznaczało, że Marissa Boggs również, a to równało się z tym, że Cody też jej tego nie zapomniał.
- Wiedziałaś, że on tu stacjonuje? - zwróciła się do Maggie, nie patrząc na nią.
- Kochanie, wiem, że nie mówi się o Codym Boggsie, ale on nie utrzymuje ze mną kontaktu - odparła kobieta. - Domyślam się, że Nantucket to część życia, o której chętnie by zapomniał.
- W takim razie co on tu robi?
- Wygląda na to, że został tu przysłany w samą porę - wtrąciła Ally. - Jakiś inny strażnik być może by cię nie zauważył. - Ally robiła wszystko, co się dało, żeby nie wyjść na pragmatyczkę, ale Louisa nie była z tego powodu zadowolona. Liczyła na to, że przyjaciółka ściągnie ją na ziemię.
Potrząsnęła głową.
- Gdyby wiedział, że to ja, pewnie zostawiłby mnie, żebym utonęła.
- Lou, nie możesz zmienić przeszłości - zauważyła Maggie. - Możesz jedynie uczyć się na błędach i iść dalej.
- Wiem - odparła. - Właśnie tak zrobiłam.
- Myślisz, że tak zrobiłaś - odcięła się kobieta.
- Ale nadal trzymasz jego zdjęcia w szufladzie biurka - stwierdziła Ally.
- Mnóstwo ludzi zachowuje stare zdjęcia - broniła się Louisa, ale nawet ona znała prawdę. Strzeliła kostkami dłoni - czasem tak robiła, kiedy się denerwowała. - Po prostu chcę wszystko naprawić.
Skąd to się wzięło? Nie chciała niczego naprawiać. Chciała, żeby to zniknęło.
- Może lepiej to zostawić w spokoju - stwierdziła Maggie.
- Dlaczego? - spytała Louisa, wcale nie chcąc poznać odpowiedzi.
- Nie lubisz, gdy ktokolwiek się na ciebie gniewa. Chcesz zadowalać ludzi. Ale Cody stracił kogoś bardzo ważnego. Musisz pozwolić mu czuć to, co czuje wobec ciebie i wobec przeszłości.
- Albo możesz przemóc go swoim urokiem - zaproponowała Alyssa.
- Jakim urokiem? - Maggie się zaśmiała.
Louisa nie chciała o tym myśleć. Nie chciała przyznać, że kobieta miała rację - nie znosiła, gdy ktoś był na nią zdenerwowany. Stanęłaby na głowie, byle tylko nikt nie mógł powiedzieć o niej niczego złego, albo żeby Cody nie musiał być wściekły.
- To było już dawno - odezwała się Louisa. - Może już zostawił to za sobą.
- Jestem pewna, że tak jest - stwierdziła Maggie, a Louisa na tę myśl poczuła lekkie ukłucie. - Ale to nie oznacza, że chce się z tobą przyjaźnić.
- Oj, Mags - powiedziała Ally.
- Ona ma rację - zauważyła Louisa. - Ale może mogę go do siebie przekonać?
- Niech tak będzie. - Maggie najwidoczniej nie przejmowała się tym, żeby swoje zdanie zachowywać dla siebie.
- A co z twoimi urodzinami? - spytała Louisa.
- Jak to co? - Maggie zmarszczyła brwi.
- Zasługujesz na to, żeby zgromadzić wszystkich.
- Dlaczego? Bo jestem schorowaną, umierającą starą babą?
- Nie mów tak - protestowała Louisa.
- Mam nie mówić prawdy? - szydziła Maggie. - Wiem to, podobnie jak ty. Inaczej nie mówiłabyś tyle o wielkiej imprezie urodzinowej, która jest bardziej jak impreza pożegnalna.
Ally sprawiała wrażenie zdezorientowanej.
- Myślałam, że to duża impreza, w końcu świętujesz jakieś okrągłe urodziny, czy coś takiego?
- Tak? - Maggie popatrzyła na nią. - A które okrągłe urodziny by to miały być?
Ally zerknęła na Louisę, która jedynie wzruszyła ramionami. Prawdę mówiąc, nie wiedziała, ile lat miała Maggie. Ta kobieta sprawiała wrażenie znacznie bardziej energicznej niż większość ludzi w wieku Louisy, ale jej włosy były siwe, a skórę wokół ust i oczu pokrywały głębokie zmarszczki. Nie dało się przyporządkować konkretnej liczby.
- Nie odpowiadaj - powiedziała Maggie.
W głowie Louisy zaświtał pomysł, i tak jak zwykle wiedziała, że nie da jej to spokoju, dopóki nie doprowadzi go do końca.
- Maggie, a co gdybym na twoje przyjęcie zaprosiła moich rodziców i rodzinę Cody'ego? Kiedy się zobaczą, uświadomią sobie, jacy głupi byli, i wszystko będzie tak, jak powinno.
Maggie popatrzyła na nią z niedowierzaniem.
- Ot tak?
- Wiesz, że Daniel i Marissa byli dla mnie jak rodzice. Moja mama i ojciec kochali ich jak własną rodzinę. To, że przestali ze sobą rozmawiać, naprawdę wymknęło się spod kontroli, nie sądzisz? Już dość tego.
- Zapomniałaś, co się stało, Lou?
Louisa zamilkła.
- Oczywiście, że nie.
- Dużo się wydarzyło. Nie dasz rady sprawić, żeby to zniknęło.
- Wiem. Chcę tylko spróbować to naprawić.
Maggie zmarszczyła czoło.
- To naiwne. Wiem, jaka jesteś, i nie chcę, żebyś robiła sobie nadzieję.
Przez chwilę było cicho, po czym Alyssa klasnęła w dłonie.
- Zróbmy to. Co masz do stracenia? Maggie, twoje urodziny są przed urodzinami Louisy, więc jeśli to zadziała, dałoby się urzeczywistnić tamten pakt z Brant Point.
- To się nie stanie, Ally - odparła Louisa. - I godzę się z tym. Chciałabym tylko mieć okazję do powiedzenia, że mi przykro.
- I chcesz, żeby wszyscy żyli długo i szczęśliwie - powiedziała Maggie.
- Nie, chciałabym, żeby była impreza ze smażeniem ryb na plaży, tak jak za dawnych czasów. - To były jej najlepsze wspomnienia. Przez wiele lat celowo ich nie przywoływała. - Zaprosimy wszystkich, którzy cię kochają.
- Krótka lista - szydziła Maggie.
- Przestań. Wiesz, że to nieprawda. - Louisa nagle poczuła się zmęczona, mimo przypływu adrenaliny w związku z nowym pomysłem.
- Wiem, że nie dam rady wpłynąć na ciebie, żebyś zmieniła zdanie - odparła Maggie. - Ale tak jak mówiłam, nie rób sobie nadziei.
Wzruszyła ramionami.
- Tak jak mówiła Ally, co masz do stracenia?
Jednak gdy wypowiadała te słowa, przyszły jej do głowy co najmniej trzy rzeczy, które mogłyby się nie powieść. Świadomość tego, że była powodem tego wszystkiego, sprawiła, że poczuła w brzuchu zawirowanie, jakby jakaś olimpijska gimnastyczka wykonywała salta. Zrobiło jej się słabo.