Gdyby się nie wydarzyło - Courtney Walsh

Kup ebooka

44.90 zł
36.99 zł (36,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

SIE­DEM LAT PÓŹ­NIEJ

To nie miao się wy­da­rzyć.

Nie żeby te­raz był czas na za­sta­na­wia­nie się nad tym. Nie przy na­ra­sta­ją­cych fa­lach, wie­ją­cym wie­trze i od­pły­wa­ją­cym wio­śle, po­py­cha­nym co­raz da­lej przez sztorm, któ­rego nie prze­wi­działa.

Lo­uisa Cham­bers wzięła gwał­towny od­dech, a fala wez­brała i roz­biła się na jej gło­wie. Wierz­gała no­gami w wo­dach cie­śniny Nan­tuc­ket, wdra­pu­jąc się z wy­sił­kiem na de­skę.

To miał być spo­kojny po­ra­nek na wo­dzie.

Wes­tchnęła. Oj­ciec byłby na nią wście­kły, gdyby zgi­nęła, pły­wa­jąc na de­sce. Po­wie­działby: "Ile razy ci mó­wi­łem, że­byś za­kła­dała ka­mi­zelkę ra­tun­kową? Nie igra się ze śmier­cią, Ki­ciu".

Na­dal mó­wił do niej "Ki­ciu". Chyba by jej tego bra­ko­wało, gdyby umarła.

Sama aż za do­brze zda­wała so­bie sprawę z praw­dzi­wo­ści śmierci i nie po­trze­bo­wała, żeby jej o tym przy­po­mi­nać. Ale może śmierć mu­siała się do­wie­dzieć, że Lo­uisa się jej nie boi.

Nie boję się. Je­stem silna. Je­stem sil­niej­sza, niż wy­glą­dam.

Po­now­nie zmu­siła się do za­cho­wa­nia spo­koju. Wio­sło ofi­cjal­nie prze­pa­dło.

Nie była da­leko od plaży Ma­da­ket. Za­mie­rzała trzy­mać się de­ski i do­pły­nąć tam, po­ru­sza­jąc no­gami. Było wcze­śnie, tuż po wscho­dzie słońca, ale ktoś pew­nie za­raz wsta­nie. Może pan Dal­las ze swoim gol­den re­trie­ve­rem. Albo ktoś z McGu­ire'ów.

Jed­nak wiatr na­si­lił się i spy­chał ją w prze­ciw­nym kie­runku, na głęb­szą, bar­dziej wzbu­rzoną wodę. Brzeg sta­wał się co­raz od­le­glej­szy, a fale zno­siły ją jesz­cze da­lej.

Ręka ze­śli­zgnęła się jej z de­ski. Z tru­dem wzięła od­dech, kiedy fala chlu­snęła jej w twarz.

"Ile razy ci mó­wi­łem, że­byś za­kła­dała ka­mi­zelkę ra­tun­kową?"

Głos ojca za­brzmiał jej w uchu, tym ra­zem gło­śniej - i słusz­nie. Po­winna go była po­słu­chać. Po­winna...

Chlust. Ko­lejna fala. Tym ra­zem wy­peł­niła jej usta wodą. Lo­uisa ją wy­pluła i wdra­pała się na de­skę, le­d­wie się jej trzy­ma­jąc, a woda znowu w nią ude­rzyła.

Za­kasz­lała, chwy­ta­jąc się de­ski z ca­łych sił i roz­glą­da­jąc się wo­kół. Brzeg, ho­ry­zont, otwarte mo­rze.

Nic.

Wła­śnie wtedy za­częła so­bie uświa­da­miać, że tak na­prawdę może być w nie­bez­pie­czeń­stwie. To wtedy po­my­ślała: Mogę tu zgi­nąć.

Kto za­jąłby się przy­ję­ciem rocz­ni­co­wym Tim­mon­sów, gdyby umarła? Jak udo­wod­ni­łaby Eri­cowi, że mię­dzy nimi już nic nie było, na­wet je­śli w rze­czy­wi­sto­ści nie miała do końca pew­no­ści? Kto by pod­le­wał ten głupi kwia­tek do­nicz­kowy, który za­mó­wiła jej matka z firmy Va­lero and Sons, "bo je­śli kie­dy­kol­wiek chcia­ła­byś mieć dzieci, mu­sisz ćwi­czyć utrzy­ma­nie cze­goś przy ży­ciu"?

Chciała mieć dzieci, więc za­le­żało jej, żeby ro­ślina prze­żyła.

Uło­żyła się tu­ło­wiem na de­sce i pró­bo­wała nie my­śleć o re­ki­nach. Sta­rała się przy­wo­łać w my­ślach coś we­sel­szego.

"Plaże na wy­spie Nan­tuc­ket zo­staną za­mknięte po co naj­mniej kil­ku­na­stu przy­pad­kach za­uwa­że­nia re­ki­nów". Był to na­głó­wek ar­ty­kułu, na jaki na­tknęła się w sieci za­le­d­wie dwa ty­go­dnie temu. Czy re­kiny znik­nęły? Czy wła­śnie te­raz ją ota­czały?

Po­tem, na­gle, w jej gło­wie za­świ­tał ob­raz uśmiech­nię­tego Da­niela Bog­gsa.

Czy to tak się pan czuł, pa­nie Boggs?

Ten ob­raz nie miał jej wy­stra­szyć. Nie te­raz, kiedy tak do­brze so­bie ra­dziła. Jed­nak fala rzu­ciła ją do przodu. Le­dwo utrzy­mała de­skę. Za­mknęła oczy i za­częła się mo­dlić.

W tej chwili po­trze­bo­wała cudu.

Pan Boggs praw­do­po­dob­nie mo­dlił się o to samo, a wiemy, jak to się skoń­czyło.

Może wła­śnie na to za­słu­gi­wała. Może to była za­płata za to, co zro­biła. Może w ten spo­sób Bóg przy­po­mi­nał jej, że dzia­ła­nia niosą za sobą kon­se­kwen­cje.

Dzia­ła­nia ta­kie jak nie­za­ło­że­nie ka­mi­zelki ra­tun­ko­wej. Albo zła­ma­nie ko­muś serca.

Od ilu już lat pró­bo­wała na­pra­wić swoje błędy? Czy kie­dy­kol­wiek by się to udało? Czy uzy­ska­łaby prze­ba­cze­nie?

Uświa­do­miła so­bie, że w zwy­kłe dni świet­nie jej wy­cho­dziło od­su­wa­nie od sie­bie tych my­śli. Prawdę mó­wiąc, za­zwy­czaj na­wet nie mu­siała się o to sta­rać.

Naj­wi­docz­niej zmie­rze­nie się z koń­cem ży­cia przy­no­siło coś ta­kiego. Głę­bo­kie za­nu­rze­nie się w sprawy, któ­rych sku­tecz­nie uni­kała. Tak jakby nie było waż­niej­szych rze­czy, o któ­rych trzeba my­śleć. Na przy­kład prze­ży­cie.

Gdyby tylko wie­działa, jak to zro­bić.

Pa­nie, je­stem nie­mal pewna, że nie za­słu­guję na ra­tu­nek, i nie mam w zwy­czaju pro­sić o po­moc, o czym chyba wiesz. By­łoby jed­nak wspa­niale, gdy­byś zmie­nił kie­ru­nek wia­tru i po­pchnął mnie w stronę brzegu.

Fale po­ry­wały ją jed­nak co­raz da­lej.

Miała po­dej­rze­nie, że na cuda był obec­nie duży po­pyt i może po pro­stu nie na­de­szła jej ko­lej. Kur­czowo trzy­mała się de­ski; wzma­gał się w niej strach. Gdzieś w głębi przy­bie­rała na sile pa­nika, a ona pró­bo­wała nie po­zwo­lić, żeby ją ogar­nęła.

Chciała zro­bić w my­ślach li­stę, tak jak za­wsze, kiedy usi­ło­wała ła­go­dzić lęk.

Wez­brała ko­lejna fala, a ona krzyk­nęła (cho­ciaż nie na­le­żała do osób, które to zwy­kle ro­biły, więc sama była za­sko­czona), ale woda usta­bi­li­zo­wała ją i po­zwo­liła ja­koś utrzy­mać de­skę.

Li­sta. Do­brze... jaka li­sta? "Rze­czy do zro­bie­nia" wy­da­wały się w obec­nej sy­tu­acji do­syć bez­ce­lowe.

Ko­lejna fala i Lo­uisa po­łknęła wodę. Za­kasz­lała mocno, po czym wzięła od­dech.

Rze­czy, któ­rych ża­łuję, że nie zro­bi­łam w ży­ciu. Li­sta spo­rzą­dzona na chwilę przed nie­uchron­nie zbli­ża­jącą się śmier­cią.

Szkoda, że nie za­ło­ży­łam ka­mi­zelki ra­tun­ko­wej.

Szkoda, że nie spraw­dzi­łam pro­gnozy po­gody.

Szkoda, że nie uży­łam wo­do­od­por­nego tu­szu do rzęs (bo kiedy znajdą moje ciało, miło by było nie wy­glą­dać tak tru­pio).

Szkoda, że zmar­no­wa­łam tyle czasu na Erica An­der­sona.

Szkoda, że nie prze­pro­si­łam.

Szkoda, że nie wy­sła­łam li­stów.

Szkoda, że nie do­ży­łam do trzy­dzie­stych uro­dzin.

Prze­cież przez dwa­na­ście lat za­sta­na­wiała się, czy on się tam zjawi. A może tam­ten pakt po­szedł dawno w za­po­mnie­nie, zo­stał odło­żony gdzieś na samo dno.

Ko­lejna fala zu­peł­nie przy­kryła Lo­uisę i wcią­gnęła na tak długo, że ko­bieta była pewna, że już zgu­biła drogę na po­wierzch­nię, do po­wie­trza. Ale nie. Jesz­cze jedno szarp­nię­cie i znowu można było na­brać tego cu­dow­nego tlenu.

Wzięła gwał­towny od­dech, po czym za­kasz­lała.

Szkoda, że się nie za­ko­cha­łam.

Spoj­rzała na niebo, które stało się szare i po­chmurne. Nie zda­wała so­bie sprawy, że ża­łuje aż tylu rze­czy. Szczę­kały jej zęby i za­częła od­czu­wać zmę­cze­nie. Fale da­wały jej w kość. Pra­wie się już pod­dała, kiedy za­uwa­żyła świa­tło - gdzieś tam w cie­śni­nie była łódź.

Pró­bo­wała pod­nieść rękę, ale była ona bar­dzo ciężka. Sta­rała się wcią­gnąć na de­skę, ale nie miała siły. Może jed­nak wcale nie szło jej aż tak do­brze. Może już pra­wie umarła. Zer­k­nęła w po­szu­ki­wa­niu bia­łego świa­tła, ale nic nie zo­ba­czyła.

Może białe świa­tła były je­dy­nie dla lu­dzi, któ­rzy nie mieli na su­mie­niu czy­jejś śmierci.

Nie upo­rała się z tym aż do tego mo­mentu ży­cia, cho­ciaż wy­da­wało się, że nie bę­dzie ono trwać dużo dłu­żej. Chyba że ktoś w tam­tej ło­dzi był od­po­wie­dzią na jej mo­dli­twę.

Mu­siała po­zo­stać przy­tomna. Mu­siała się trzy­mać. Mu­sieli ją zo­ba­czyć.

Pro­szę, za­uważ­cie mnie.

Łódź prze­ci­nała fale, wal­czyła z wia­trem, a Lo­uisa jesz­cze raz spró­bo­wała po­ma­chać.

Szkoda, że się nie za­ko­cha­łam.

To miała być zwy­kła pro­ce­dura. Lato na Nan­tuc­ket na­wet się nie za­częło, ale kiedy Cody Boggs zo­ba­czył żółte wio­sło uno­szące się na wo­dzie, po­czuł ści­śnię­cie w brzu­chu.

Chwilę wcze­śniej do­stali zgło­sze­nie od ko­goś z plaży, że w wo­dzie praw­do­po­dob­nie ktoś jest.

- Trudno do­kład­nie stwier­dzić - po­wie­dział roz­mówca. - Ale po­my­śla­łem, że po­wi­nie­nem za­dzwo­nić. Je­śli to ja­kiś czło­wiek, jest w nie­bez­pie­czeń­stwie.

Cody wła­śnie pły­nął, po raz pierw­szy na ło­dzi ra­tow­ni­czej ra­zem z za­łogą, więc szybko ru­szyli w kie­runku zgło­szo­nej osoby. Mieli już zre­zy­gno­wać, kiedy Cody za­uwa­żył to coś. Wio­sło, ale bez ka­jaka. Żad­nej de­ski czy ka­noe, żad­nej osoby.

Dziwne.

- Zwol­nij - po­wie­dział do ster­nika. Zer­k­nął na jed­nego z bos­ma­nów. - Wi­dzisz to?

Na czole męż­czy­zny po­ja­wiła się zmarszczka.

- Wio­sło? Tak.

- Ro­zej­rzę się. - Prze­pchnął drzwi wa­ha­dłowe i ru­szył na po­kład, gdzie stało po­zo­sta­łych dwóch męż­czyzn.

- Wi­dzisz coś?

- Nie je­stem pewny. - Cody przy­glą­dał się wo­dzie przez lor­netkę, wy­pa­tru­jąc ja­kie­go­kol­wiek znaku. Za­trzy­mał wzrok na brzegu Nan­tuc­ket.

Je­dy­nego miej­sca, co do któ­rego przy­się­gał so­bie, że nie bę­dzie tam sta­cjo­no­wał. Je­dy­nego miej­sca, w któ­rym był po­trzebny.

Wio­sło pod­sko­czyło w wo­dzie. Wiatr się wzmógł, tak jak to się zda­rzało, kiedy po­goda zmie­niała się bez ostrze­że­nia.

Można było po­my­śleć, że dzi­siaj na wo­dzie bę­dzie przy­zwo­icie. Sam by tak uznał w pierw­szym od­ru­chu, wie­dział jed­nak, że oceanowi nie wolno ni­gdy ufać.

Ster­nik skrę­cił i pro­wa­dził łódź rów­no­le­gle do wy­spy, mi­ja­jąc plażę Ma­da­ket. Nie było wi­dać ni­kogo w nie­bez­pie­czeń­stwie. Jed­nak nikt z za­łogi nie chciał wró­cić do bazy, nie ma­jąc naj­pierw ab­so­lut­nej pew­no­ści, że zro­bili wszystko, żeby upew­nić się, że ni­kogo tu­taj nie było.

Cody prze­niósł wzrok z plaży na ocean i przy­glą­dał się nie­prze­bra­nym wo­dom, do­szu­ku­jąc się wszel­kich oznak ży­cia.

Nic.

Jego in­tu­icja za­zwy­czaj nie za­wo­dziła. Był za­wsze go­towy na to, że wiatr się może zmie­nić - za­równo na wo­dzie, jak i w ży­ciu.

Ster­nik otwo­rzył drzwi do ka­biny.

- Wra­camy do bazy?

- Wy­płyń jesz­cze tro­chę da­lej - od­krzyk­nął Cody.

Męż­czy­zna wy­ko­nał po­le­ce­nie, a Cody wy­szep­tał mo­dli­twę. Tę, z ja­kiej zwy­kle ko­rzy­stał w ta­kich sy­tu­acjach.

Pa­nie, je­śli mogę ko­goś ura­to­wać, po­pro­wadź mnie do tej osoby.

Pły­nęli, a wiatr po­py­chał czter­dzie­sto­sied­mio­sto­pową łódź jak ja­kąś szma­cianą lalkę. Od­da­lili się od brzegu, a Cody odło­żył lor­netkę i zdał się na wła­sny wzrok, żeby zna­leźć ko­goś, kto mógł być w nie­bez­pie­czeń­stwie.

Oczy, in­tu­icja i Bóg. Im za­wsze ufał naj­bar­dziej.

Może fak­tycz­nie ni­kogo nie było. Może tym ra­zem in­tu­icja go za­wio­dła.

- Nie ma tu ni­kogo, sze­fie - za­wo­łał je­den z człon­ków za­łogi, Jes­sup. - Wiatr robi się co­raz okrop­niej­szy. Po­win­ni­śmy za­wró­cić.

Cody sta­nął mocno na po­kła­dzie, a przez burtę wlała się woda. Tak, okropny dla nich, ale śmier­tel­nie nie­bez­pieczny dla ko­goś, kto był w oce­anie bez wio­sła.

Może wio­sło zo­stało zmyte z czy­je­goś po­mo­stu. A może ktoś już zgi­nął, a oni zna­leźli się tam za późno.

Kiedy ko­lejna fala za­chwiała ło­dzią, sto­jący obok niego męż­czyźni stra­cili rów­no­wagę i zła­pali się re­lingu. Cody nie po­ru­szył się na­wet o cen­ty­metr.

Łódź znów się prze­chy­liła, a on wy­pa­trzył przed nimi coś czer­wo­nego. Pod­niósł rękę, po czym zwró­cił się do ster­nika, który za­uwa­żył to samo i te­raz pę­dził w tam­tym kie­runku.

To mo­gło nie być nic. Ale co, je­śli było ina­czej?

Czer­wony obiekt znik­nął, a Cody po­now­nie wziął lor­netkę i przyj­rzał się uważ­nie wo­dzie. Fale po­kryte białą pianą roz­pro­szyły się, a on znów zo­ba­czył obiekt. Tym ra­zem miał już pew­ność, że nie był to ka­wa­łek wy­rzu­co­nego pla­stiku, tylko de­ska, któ­rej ucze­piony był czło­wiek.

Tam­ten męż­czy­zna z plaży miał ra­cję. Ktoś był w wo­dzie.

Ster­nik po­woli po­pro­wa­dził łódź bli­żej ko­biety, a Cody sku­pił na niej wzrok. Kiedy byli wy­star­cza­jąco bli­sko, je­den z człon­ków za­łogi rzu­cił jej koło ra­tun­kowe. Ko­bieta się­gnęła po nie, ale fala ode­pchnęła je poza jej za­sięg.

- Wy­gląda na zmę­czoną - po­wie­dział Cody, bar­dziej chyba do sie­bie. Jak długo już tu była?

Serce za­biło mu szyb­ciej. Miał od­po­wied­nie prze­szko­le­nie, ale za­wsze była w nim ja­kaś część, która mu­siała uspo­koić jego my­śli, kiedy w grę wcho­dził ocean.

Była też część pełna wście­kło­ści wo­bec mor­skich od­mę­tów. Taka, która nie chciała po­zwo­lić, żeby wy­grały.

Jego ko­lega przy­cią­gnął koło ra­tun­kowe i spró­bo­wał jesz­cze raz, ale bru­talne fale za­lały głowę ko­biety i wcią­gnęły ją pod po­wierzch­nię. Ręka ze­śli­zgnęła jej się z de­ski. Wal­czyła te­raz, żeby ją utrzy­mać.

Fale po­now­nie ją za­lały, a po ko­lej­nym ude­rze­niu wy­nu­rzyła się je­dy­nie de­ska.

Cody nie zo­stał mia­no­wany do­wódcą z po­wodu swo­jej im­pul­syw­no­ści. Wręcz prze­ciw­nie. Był bar­dzo opa­no­wany. Za­cho­wy­wał spo­kój w ob­li­czu nie­bez­pie­czeń­stwa i był z tego dumny.

Może wy­spa Nan­tuc­ket go za­uro­czyła i po­zba­wiła owo­ców pracy, jaką wy­ko­nał przez dwa­na­ście lat, żeby po­ra­dzić so­bie z tym, co za­brał mu ocean. Jak ina­czej można wy­tłu­ma­czyć to, że chwy­cił oku­lary ochronne i wsko­czył do roz­sza­la­łej wody, żeby ko­bieta nie uto­nęła?

Zde­ter­mi­no­wany, żeby nie po­zwo­lić wy­grać dzi­siaj oce­anowi.

Su­nął przez wodę, nie da­jąc się spo­wol­nić sil­nemu sztor­mowi. Był przy­go­to­wany do cze­goś ta­kiego. Dla cze­goś ta­kiego żył. Aby po­wstrzy­my­wać ocean przed po­chła­nia­niem lu­dzi. To był jego cel, a on nie lu­bił prze­gry­wać.

Woda nie miała prawa za­szko­dzić tej ko­bie­cie, na­wet je­śli była ona na tyle nie­roz­sądna, że wy­pły­nęła, nie spraw­dza­jąc wcze­śniej pro­gnozy po­gody.

Nie dzi­siaj, oce­anie. Je­śli ją chcesz, naj­pierw bę­dziesz mu­siał upo­rać się ze mną.

Uchwy­cił się koła ra­tun­ko­wego, które było przy­cze­pione do ło­dzi, a ko­bieta wy­nu­rzyła się kilka me­trów da­lej, wy­pchnięta przez roz­gnie­wane fale. Wy­glą­dało na to, że już nie pły­wała. Cody rzu­cił się w jej stronę i zła­pał ją pod ręce, a tym­cza­sem fala ude­rzyła w nich oboje.

Trzy­mał się koła ra­tun­ko­wego, a dwóch człon­ków za­łogi cią­gnęło ich do sie­bie. Do­tarli do ło­dzi i męż­czyźni po­mo­gli im się do­stać na po­kład.

Na­tych­miast przy­stą­pili do ak­cji. Cody szybko zdjął oku­lary i za­czął spraw­dzać, czy ko­bieta od­dy­cha. Jej ciało było bez­władne, a puls le­dwo wy­czu­walny.

- Niech pan po­zwoli so­bie po­móc - ode­zwał się je­den z męż­czyzn, a do­piero wtedy Cody uświa­do­mił so­bie, że wy­ko­ny­wał te­raz za­da­nia, które po­winny na­le­żeć do ca­łej za­łogi, i pew­nie bę­dzie mu­siał za to póź­niej od­po­wie­dzieć.

Nie zwa­żał na to. Może miał coś do udo­wod­nie­nia. Może to wła­śnie temu oce­anowi i tej wy­spie trzeba było przy­po­mnieć, że go już nie po­ko­nają.

Raz, dwa, trzy - li­czył w my­ślach, wy­ko­nu­jąc sztuczne od­dy­cha­nie. Żad­nej re­ak­cji.

Nie był to naj­lep­szy po­czą­tek służby w Nan­tuc­ket. Wró­cić po tylu la­tach tylko po to, żeby prze­grać pierw­szego dnia? To się nie mo­gło stać.

Po­now­nie przy­ło­żył usta do jej ust. Raz, dwa, trzy.

- Spóź­ni­li­śmy się - ode­zwał się ktoś z za­łogi.

Cody po­trzą­snął głową, a wła­śnie wtedy ko­bieta otwo­rzyła oczy, po czym kasz­ląc, wy­pluła sporo wody. Od­wró­cił ją.

Pod­pły­nęła do nich jesz­cze jedna łódź ra­tow­ni­cza, a Cody aż wes­tchnął z ulgą. Dzięki Ci, Pa­nie.

Ko­bieta po­now­nie za­kasz­lała, po czym spró­bo­wała usiąść. Nie była drobna i wą­tła, ale umię­śniona i wy­spor­to­wana - osoba, dla któ­rej ak­tyw­ność fi­zyczna była czę­ścią co­dzien­nego ży­cia. Czy bę­dzie wście­kła, kiedy się zo­rien­tuje, że trzeba ją było ra­to­wać? Wiele ko­biet tak miało.

Jed­nak kiedy się po­ru­szyła i skie­ro­wała na niego spoj­rze­nie błę­kit­nych oczu, nie zna­lazł w nim gniewu ani iry­ta­cji. Roz­po­znała go.

- Cody?

Od­chy­lił się i przy­siadł na pię­tach, po czym za­czął się jej uważ­nie przy­glą­dać. Pie­gom na no­sie, wło­som po­ciem­nia­łym od wody mor­skiej i zna­jo­mym oczom ja­snym jak niebo.

- Lo­uisa? - Jej imię le­dwo wy­do­było mu się z ust, nie­mal jak szept.

- Zna­cie się? - Jes­sup przy­klęk­nął obok.

Nie ode­rwała od niego oczu, od­kąd wy­po­wie­działa jego imię.

Czy w jej gło­wie też prze­la­ty­wała te­raz cała ich hi­sto­ria? Czy za­sta­na­wiała się, co się z nim działo? Kogo ko­chał? Dla­czego wró­cił? Dla­czego ni­gdy nie za­dzwo­nił? Czy chciała wie­dzieć, jak on i jego ro­dzina po­ra­dzili so­bie po tym, jak wy­je­chali z wy­spy? A może my­ślała o tam­tym głu­pim pak­cie, jaki za­warli lata temu? Kiedy jesz­cze wszystko było pro­ste i wy­da­wało się, że nie bę­dzie dnia, gdy nie będą ra­zem?

Oczy­wi­ście, moż­liwe, że nie za­sta­na­wiała się nad żadną z tych rze­czy. Może po pro­stu my­ślała, że był idiotą, bo po­wie­dział to, co wtedy po­wie­dział.

Mia­łaby ra­cję.

Ale ist­niał też cały świat, któ­rego nie ro­zu­miała, a on nie za­mie­rzał go jej ob­ja­śniać. Wstał.

Jej wzrok po­dą­żył za nim.

Nie po­do­bało mu się to. Nie lu­bił, kiedy na niego pa­trzono. Kiedy był za­uwa­żany. A na pewno nie przez Lo­uisę Cham­bers.

Za­łoga dru­giej ło­dzi we­szła na ich po­kład i wzięła się do pracy. Wkrótce Lo­uisa miała zo­stać za­brana do szpi­tala.

A kiedy już jej nie bę­dzie, Cody może znowu za­cznie od­dy­chać.

Roz­dział 2

Lo­uisa sie­działa w cie­płym szpi­tal­nym łóżku i za­sta­na­wiała się, czy mo­głaby opa­ten­to­wać nowy mo­del szpi­tal­nej ko­szuli, w któ­rej można by wy­glą­dać nieco le­piej niż w na­mio­cie, w który była w tej chwili przy­odziana.

Nie żeby jej strój miał ja­kieś zna­cze­nie, po­nie­waż, bądźmy szcze­rzy, praw­dzi­wym ce­lem było przy­wró­ce­nie jej zdro­wia. Jed­nak, na­prawdę, to chyba nie prze­sada, żeby dziew­czyna mo­gła do­stać ubra­nie, które mia­łoby cho­ciaż odro­binę kształtu? Przy dłu­gich wło­sach, splą­ta­nych od sło­nej wody mor­skiej, i na­dal bla­dej twa­rzy, po­nie­waż do­piero co otarła się o śmierć, sko­rzy­sta­łaby z wszyst­kiego, co mo­głoby jej po­móc.

Uświa­do­miła so­bie, że te my­śli były zu­peł­nie nie w jej stylu. Zrzu­cała to na fakt, że nie­mal uto­nęła. Prawdę mó­wiąc, ob­wi­niała Cody'ego Bog­gsa. Męż­czy­znę, który ura­to­wał jej ży­cie.

Po przy­by­ciu do szpi­tala zo­stała zba­dana, a jej stan oce­niono jako "do­bry". W re­zul­ta­cie cze­kała te­raz na wy­pi­sa­nie z od­działu ra­tun­ko­wego przez mło­dego le­ka­rza, który wy­glą­dał jak dwu­na­sto­letni Do­ogie How­ser, i oznajmił, że chciałby ją po­ob­ser­wo­wać jesz­cze przez kilka go­dzin, za­nim wypuści ją do domu.

- Chcemy się upew­nić, że wszystko z pa­nią w po­rządku - po­wie­dział, kiedy umie­ścili ją w sali.

Za­sta­na­wiała się, czy po­winna mu dać li­zaka, bo dzie­ciaki zwy­kle je lu­biły.

Kiedy się tak ze­sta­rzała? A może nie była stara. Może je­dy­nie czuła się staro, po­nie­waż zbli­żała się już do trzy­dziestki, a na­dal była sama, jak w dniu, kiedy się uro­dziła. I miała na so­bie nie­wiele wię­cej ubrań niż wtedy.

Do sali we­szła pie­lę­gniarka, a Lo­uisa za­uwa­żyła nie­wiel­kie zgro­ma­dze­nie w ko­ry­ta­rzu.

- Wia­do­mo­ści do­wie­działy się o śmia­łej ak­cji ra­tun­ko­wej - po­wie­działa ko­bieta z wes­tchnie­niem. Miała pla­kietkę z imie­niem "Kiki", krót­kie włosy i sze­roki, pro­mienny uśmiech. - Taki przy­stojny ra­tow­nik. Ale z pani szczę­ściara. - Za­ło­żyła Lo­uisie man­kiet na ra­mię i za­częła jej mie­rzyć ci­śnie­nie.

- Tak. Szczę­ściara.

Kiki unio­sła brwi.

- Wi­działa go pani bez tych wszyst­kich sprzę­tów? My­śla­łam, że wy­cią­gnął pa­nią z wody ja­kiś grecki bóg - stwier­dziła.

Lo­uisa do­strze­gła Cody'ego przez szybkę w drzwiach i wtedy na­po­tkała jego wzrok. Oczy męż­czy­zny nie­mal się w nią wwier­ciły, więc zo­stało jej pra­wie tyle tlenu, ile miała, kiedy była pod wodą.

Od­wró­cił wzrok, ale miał po­ważną minę.

Cody nie za­wsze był po­ważny. Po­dej­rze­wała, że to ona miała z tym coś wspól­nego. A może nie. (Cóż za aro­gan­cja, żeby tak po­my­śleć!) Może po pro­stu do­rósł i jej po­czy­na­nia nie sta­no­wiły dla niego żad­nej róż­nicy.

Jed­nak wie­działa, że to nie­prawda. Wie­działa, po­nie­waż na­dal czuła mocne ukłu­cia wy­rzu­tów su­mie­nia. Wie­działa, bo to ona była tym, kto wszystko znisz­czył.

Kiki roz­wo­dziła się nad mię­śniami Cody'ego (które, szcze­rze mó­wiąc, były im­po­nu­jące) oraz jego ciem­nymi wło­sami i oczami.

- On ma w so­bie ja­kąś ta­jem­ni­czość. Chcia­łaby pani, że­bym go tu przy­pro­wa­dziła? Prze­cież ura­to­wał pani ży­cie.

- Nie - ucięła Lo­uisa. Kiki za­trzy­mała się przy tym, co wła­śnie ro­biła (co ona tak na­prawdę ro­biła?) i wpa­try­wała się w nią. Lo­uisa gwał­tow­nie się po­ru­szyła. - Dzię­kuję, ale po­roz­ma­wiam z nim za ja­kiś czas.

Kiki wzru­szyła ra­mio­nami.

- Jak pani chce. Gdyby cho­dziło o mnie, szu­ka­ła­bym każ­dej moż­li­wej oka­zji, żeby po­ga­dać z tym fa­ce­tem. Może na­wet dać mu mój nu­mer. - Za­śmiała się. - To zna­czy, gdy­bym była nie­za­mężna. Ale nie je­stem. Je­stem szczę­śliwą mę­żatką. Ale pani nie ma ob­rączki, więc my­ślę, że po­winna pani spró­bo­wać.

Lo­uisa za­mknęła oczy. Żeby ze wszyst­kich lu­dzi to wła­śnie on po­ja­wił się jako od­po­wiedź na jej mo­dli­twę. Czy Bóg pró­bo­wał ro­bić so­bie z niej ja­kieś zło­śliwe żarty? Czy rzu­casz mi tym wszyst­kim w twarz? Jęk­nęła.

- Do­brze się pani czuje? - spy­tała Kiki.

Jesz­cze stąd nie po­szła?

- Prze­pra­szam, tak. Jak długo mu­szę cze­kać, za­nim będę mo­gła iść do domu?

- Nie po­tra­fię od­po­wie­dzieć, ale po­szu­kam le­ka­rza.

Lo­uisa po­now­nie po­ło­żyła głowę na po­duszce. Jej ro­dziny nie było jesz­cze na wy­spie i wcale nie cie­szyła się na to, że mia­łaby do nich za­dzwo­nić i po­wie­dzieć, że dziś rano pra­wie utonęła. Jej matka po­cho­ruje się ze zmar­twie­nia. Lo­uisa już wi­działa, jak prze­żywa ten dra­mat, ni­czym kró­lowa pięk­no­ści z Po­łu­dnia.

"Lo­uiso Eli­za­beth Cham­bers, nie mogę uwie­rzyć, że po­stą­pi­łaś tak nie­roz­waż­nie" - po­wie­dzia­łaby. "Czy pró­bu­jesz mnie przed­wcze­śnie wpę­dzić do grobu?"

"Tak, matko" - od­po­wie­dzia­łaby Lo­uisa. "Po­nie­waż po­ta­jem­nie ma­rzę o two­jej ko­lek­cji fi­gu­rek i prze­ję­ciu opieki nad Ted­dym".

Przez całe dzie­ciń­stwo ma­rzyła o pie­sku, więc kiedy matka ob­wie­ściła, że ku­piła ber­neń­czyka, aby mieć to­wa­rzy­stwo, od­kąd jej córka się wy­pro­wa­dziła, Lo­uisa bar­dzo się pil­no­wała, żeby się nie wściec. Oj­ciec rów­nież się sta­rał, cho­ciaż cza­sem Lo­uisa za­sta­na­wiała się, czy jej ro­dzice pew­nego dnia będą mu­sieli po­dać "gi­gan­tycz­nego miś­ko­wa­tego psa" jako po­wód roz­wodu.

Na ra­zie się trzy­mali, ale Lo­uisa nie wie­działa, jak długo jesz­cze. Może mi­łość tak na­prawdę nie miała być czymś sta­łym.

Nie ro­zu­miała, dla­czego o tym po­my­ślała. Po­dob­nie jak nie miała po­ję­cia, dla­czego jej li­sta rze­czy do zro­bie­nia przed śmier­cią przy­brała pod ko­niec taką dra­ma­tyczną po­stać.

Chcia­ła­bym się za­ko­chać? Kim była? Noni Rose, słynną swatką z Nan­tuc­ket, która upa­jała się mi­ło­ścią i ro­man­sami, jakby były waż­niej­sze od po­wie­trza? Lo­uisa prze­ko­nała się jed­nak na wła­snej skó­rze, że było to dość da­le­kie od prawdy.

Po­tarła so­bie twarz. Może w ogóle nie po­winna dzwo­nić do ro­dzi­ców.

Matka uzna­łaby ten nie­bez­pieczny wy­pa­dek za oso­bi­sty afront, tak jakby Lo­uisa zde­cy­dowała, że za­bawne by­łoby pra­wie uto­nąć tylko po to, żeby wy­trą­cić ro­dzi­cielkę z rów­no­wagi. W ostat­nich la­tach Jo­El­len Cham­bers wzięła się za upra­wia­nie jogi, po­ukła­dała wszystko w domu zgod­nie z za­sa­dami feng shui i kil­ka­krot­nie stwier­dziła, że jej córka - je­dy­naczka od­nio­słaby ko­rzy­ści z bar­dziej mi­ni­ma­li­stycz­nego stylu ży­cia.

- Za bar­dzo wszystko kom­pli­ku­jesz - oznaj­miła Lo­uisie pod­czas ostat­niego po­bytu na wy­spie.

Ta wy­wró­ciła oczami, jed­nak wie­działa, że matka do­brze mówi. Matki za­wsze do­brze mó­wią. Tak jak wtedy, kiedy ileś lat temu ra­dziła jej, żeby nie szła na randkę z Co­dym Bog­g­sem.

- Stawka jest zbyt wy­soka, Lou - po­wie­działa. - Danny i Ma­rissa są na­szymi naj­bliż­szymi przy­ja­ciółmi. Je­śli zła­miesz serce ich sy­nowi, zrobi się bar­dzo nie­miło.

Lo­uisa oczy­wi­ście zi­gno­ro­wała tę radę, po­nie­waż matka się prze­cież nie znała. Czy wi­działa w ogóle, jak Cody wy­przy­stoj­niał w ciągu ostat­niego roku? Był umię­śniony, miał let­nią opa­le­ni­znę, nie mó­wiąc na­wet o oczach w głę­bo­kim ko­lo­rze cia­sta cze­ko­la­do­wego i po­dob­nych wło­sach.

Co, gdyby jej po­słu­chała? Co, gdyby sko­rzy­stała z rady matki? Nie­stety, czę­sto się nad tym za­sta­na­wiała. Po­nie­waż gdyby była mą­drzej­sza, cał­kiem moż­liwe, że pan Boggs na­dal by żył, a ich ro­dziny nie stra­ci­łyby kon­taktu.

Tym­cza­sem matka była za­uro­czona Eri­kiem An­der­so­nem, je­dy­nym praw­dzi­wie do­ro­słym chło­pa­kiem Lo­uisy. (Jej uwa­dze nie umknęło to, że te dwa po­ję­cia so­bie za­prze­czały. W końcu sama idea "chło­paka" nie brzmiała zbyt do­ro­śle).

Wszy­scy byli za­uro­czeni Eri­kiem - po­nie­waż był uro­czy. Nikt ni­gdy nie wi­dział go ta­kim, jaki był w rze­czy­wi­sto­ści. Ostat­nim ra­zem, kiedy Lo­uisa roz­ma­wiała z matką, ta spy­tała, czy jest ja­kaś szansa, że jesz­cze się zej­dzie z "tym prze­mi­łym Eri­kiem z ho­telu". Tak jakby w tym związku po­kła­dała wszyst­kie swoje na­dzieje i ma­rze­nia. Tak jakby roz­sta­nie tej pary było je­dy­nie ko­lej­nym głu­pim błę­dem jej córki.

Może matki nie wie­działy wszyst­kiego.

Tak, być może nie za­mie­rzała po­wie­dzieć ro­dzi­com. Może ni­gdy nie do­wie­dzie­liby się, że ich córka by­łaby mar­twa, gdyby nie silne, jędrne, mu­sku­larne ra­miona daw­nego zna­jo­mego, Cody'ego Bog­gsa.

Tak, a może świ­nie po­tra­fią la­tać.

- Czy mam wró­cić za chwilę?

Na­tych­miast otwo­rzyła oczy i uj­rzała przed sobą wy­do­ro­śla­łego i nie­sa­mo­wi­cie przy­stoj­nego Cody'ego Bog­gsa. Po­my­ślała, że to nie­spra­wie­dliwe, bo po po­rażce dzi­siej­szego ranka po­ja­wił się te­raz, jakby wła­śnie wy­szedł z se­sji zdję­cio­wej pro­gramu Ka­wa­ler do wzię­cia, a ona wy­glą­dała, jakby pró­bo­wała ży­cia pod­to­pio­nego szczura ka­na­ło­wego. Co wię­cej, z ru­dymi wło­sami.

Na szczę­ście nikt nie dał jej lu­sterka. Choć te­raz ża­ło­wała, że nie zdą­żyła so­bie na­wet szybko po­pra­wić wło­sów.

- Lo­uisa?

- Prze­pra­szam - od­po­wie­działa. Prze­je­chała so­bie ręką po lo­kach i wy­czuła koł­tun, po czym stłu­miła jęk­nię­cie. - Nie, jest w po­rządku.

- Przy­sze­dłem tylko zo­ba­czyć, jak się czu­jesz - stwier­dził. - I po­wie­dzieć ci, jaka by­łaś głu­pia, że wy­pły­nę­łaś bez ka­mi­zelki ra­tun­ko­wej.

- Nie mu­sisz się cze­piać - od­parła. - Nie za­mie­rza­łam wy­pły­wać tak da­leko.

Była ostrożna i trzy­mała się wy­zna­czo­nej strefy, ale czy to jej wina, że po­rwał ją prąd i za­cią­gnął na taką od­le­głość? Może opu­sto­szała plaża po­winna być ja­kimś zna­kiem. Wszy­scy byli mą­drzejsi. Ona chciała się ukryć - to fak­tycz­nie była jej wina!

- Lou... - za­czął Cody, jed­nak szybko się po­ha­mo­wał. Praw­do­po­dob­nie uświa­do­mił so­bie, że nie byli już przy­ja­ciółmi, a uży­wa­nie daw­nego zdrob­nie­nia było może nie­sto­sowne w przy­padku osób, które roz­stały się dwa­na­ście lat temu i od tam­tej pory nie roz­ma­wiały ze sobą.

Wziął głę­boki od­dech.

- Prze­pra­szam - po­wie­dział, tym ra­zem w znacz­nie bar­dziej opa­no­wany spo­sób. - Do­brze się czu­jesz?

- Tak - od­parła.

- Wiesz, że mo­głaś zgi­nąć.

Znie­ru­cho­miała.

- Wiem.

Wpa­try­wał się w nią. Nie pa­trzyła na niego, ale czuła jego wzrok. Za­czer­wie­niła się.

- W ta­kim ra­zie chyba dzięki, że mi ura­to­wa­łeś ży­cie.

- Chyba?

Zmu­siła się, żeby na niego po­pa­trzeć.

- Dzięki, że ura­to­wa­łeś mi ży­cie. Nie znio­sła­bym po­in­for­mo­wa­nia ro­dziców, że uto­nę­łam. Szcze­gól­nie że nie mia­łam na so­bie ka­mi­zelki ra­tun­ko­wej. Oj­ciec by mnie za­bił.

Wpa­try­wał się w nią przez kilka se­kund, po czym od­wró­cił wzrok.

- To nie jest za­bawne.

- Wiem - od­parła. - Prze­pra­szam. - Znowu na nią po­pa­trzył, a kiedy tylko zdała so­bie z tego sprawę, po­czuła mro­wie­nie w pal­cach u nóg. Zdrajcy! - To było do­syć straszne.

Znowu miał tę po­ważną minę, jak roz­gnie­wany dy­rek­tor szkoły, który wła­śnie się do­wie­dział, że to ona po­nisz­czyła szafki w dziew­czę­cej szatni.

Co po­winna po­wie­dzieć? Że była prze­ra­żona? Że spa­ni­ko­wała i od­li­czała tylko mi­nuty, aż wielka fala ude­rzy i wcią­gnie ją już cał­kiem? Że nie była pewna, czy za­słu­guje na to, by być ura­to­wana, i czy to nie iro­niczne, że wła­śnie on wy­cią­gnął ją z wody, a jej dzia­ła­nia do­pro­wa­dziły kie­dyś do śmierci jego ojca?

Czy ża­ło­wał, że nie mógł jej tam wrzu­cić z po­wro­tem?

- Czyli te­raz je­steś w Straży Wy­brzeża - bąk­nęła.

Za­ci­snął usta, jakby pró­bo­wał zde­cy­do­wać, czy od­po­wie­dzieć na jej oczy­wi­ste stwier­dze­nie. Osta­tecz­nie nie miał do tego oka­zji, bo drzwi się otwo­rzyły i sta­nął w nich młody le­karz.

- Jak się dziś czu­jemy? - Uka­zał swój chło­pięcy uśmiech, a Louisa spoj­rzała na Cody'ego, który nie po­ka­zał żad­nych emo­cji. Czy tego uczono te­raz w szkole straż­ni­ków wy­brzeża? "Dzień do­bry, pa­no­wie. Dzi­siaj bę­dziemy się uczyć, jak utrzy­mać groźne spoj­rze­nie i być jak ro­bot".

- Go­towa, żeby iść do domu, dok­to­rze - od­parła.

- Sły­sza­łem, że to panu za­wdzię­czamy ura­to­wa­nie tej pani - le­karz zwró­cił się do Cody'ego, który po­ru­szył się nie­zręcz­nie, ale pew­nie kiw­nął głową.

Przy­naj­mniej nie za­prze­czał, że to on był tym, który tego do­ko­nał. To już coś.

- Je­ste­śmy wdzięczni, prawda, pani Lo­uiso?

Spoj­rzała na Cody'ego.

- Tak, je­ste­śmy.

Nie była do końca pewna, ale wy­da­wało jej się, że za­uwa­żyła de­li­katny cień uśmie­chu w ką­ciku jego ust, jed­nak szko­le­nie ro­bo­tów oka­zało się sku­teczne i szybko wró­cił do usta­wień fa­brycz­nych.

- Chyba na­wet nie mu­szę mó­wić, ja­kie pani miała dziś szczę­ście, pani Cham­bers - ode­zwał się le­karz.

- Nie musi pan. - Czy Cody już tego nie po­wie­dział?

- I tak to pani po­wiem. Gdyby ten czło­wiek pani nie za­uwa­żył, pew­nie by tam pani uto­nęła.

Wpa­try­wała się w swoje ręce, które spo­czy­wały na ko­la­nach przy­kry­tych prze­ście­ra­dłem.

- Zdaję so­bie z tego sprawę.

A oso­bie, która we­zwała Straż Wy­brzeża, po­winna wy­słać pu­dełko cze­ko­la­dek.

- Świet­nie - po­wie­dział. - Pani ba­da­nia wy­szły w nor­mie, ale czy ma pani w domu ko­goś, kto może się pa­nią za­opie­ko­wać?

- Po­ra­dzę so­bie - od­parła.

- Nie o to py­tał dok­tor - ode­zwał się Cody i spio­ru­no­wał ją wzro­kiem.

Spoj­rzała na niego i ża­ło­wała, że nie ma ko­goś, kogo mo­głaby uznać za "swo­jego", żeby nie wy­dać się aż tak ża­ło­sna.

- Tak, mam ko­goś, kto może się mną za­opie­ko­wać.

Le­karz miał za­ska­ku­jąco do­bre krzywe spoj­rze­nie jak na ko­goś tak mło­dego.

- Po­ra­dzę so­bie - po­wtó­rzyła, tym ra­zem wol­niej.

- Trzeba zwra­cać uwagę na wszel­kie dziwne czy nie­ty­powe za­cho­wa­nia.

- Ma pan na my­śli dziw­niej­sze i bar­dziej nie­zwy­kłe niż moje nor­malne za­cho­wa­nie?

Wpa­try­wał się w nią przez kilka se­kund, po czym od­chrząk­nął, naj­wy­raź­niej nie bę­dąc pewny, jak na to od­po­wie­dzieć, co, jak po­my­ślała, nie było aż tak nie­zwy­kłe.

- Kto się pa­nią za­opie­kuje? Czy jest ktoś, do kogo można za­dzwo­nić?

- Przy­ja­ciółka ro­dziny. Mag­gie Fi­sher? Pew­nie ją pan zna.

Le­karz za­milkł.

- Tak. Przy­kro mi z po­wodu...

- Do­pil­nuje, że­bym nie umarła we śnie - wtrą­ciła, uni­ka­jąc za­cie­ka­wio­nego wzroku Cody'ego.

- Bar­dzo do­brze - od­po­wie­dział le­karz. - Przy­go­to­wa­łem pani wy­pis. Sły­sza­łem, że jest z pani nie­zła pra­co­ho­liczka. Naj­le­piej jakby po­je­chała pani do domu i do końca dnia po­le­żała z no­gami w gó­rze. Niech pani po­zwoli swo­jemu ciału dojść do sie­bie po tym po­ranku. A ja oso­bi­ście do­pil­nuję, żeby Mag­gie wie­działa, że to po­ważne.

- Pro­szę, nie.

- Niech mi pani da słowo, że weź­mie kilka dni wol­nego i na­tych­miast się skon­tak­tuje z Mag­gie.

Ski­nęła głową, wie­dząc, że nic ta­kiego nie zrobi. W ten week­end miała przy­ję­cie Tim­mon­sów z oka­zji rocz­nicy i nie było mowy, żeby z tego zre­zy­gno­wała. Mu­siała dbać o do­bre imię. Miała firmę. By­łego chło­paka, na któ­rym chciała zro­bić wra­że­nie. I ra­chunki do za­pła­ce­nia.

Pró­bo­wała nie jęk­nąć na myśl o wszyst­kich wy­dat­kach me­dycz­nych.

Le­karz uści­snął rękę Cody'emu, uśmiech­nął się na po­że­gna­nie do Lo­uisy, po czym wy­szedł.

- Zro­bisz to, co po­wie­dział? - spy­tał su­rowo Cody, cho­ciaż za­brzmiało to bar­dziej jak roz­kaz.

- Spró­buj wy­glą­dać na mniej zło­śli­wego, kiedy mó­wisz - od­cięła się.

Chyba na­wet wark­nął, a w gło­wie Lo­uisy za­świ­tała myśl: Stą­pasz po kru­chym lo­dzie - co było, jak po­dej­rze­wała, pew­nym ostrze­że­niem, cho­ciaż nie miała w zwy­czaju wsłu­chi­wać się w głos zdro­wego roz­sądku.

Zwie­siła nogi z łóżka i spró­bo­wała prze­cze­sać so­bie włosy pal­cami, były jed­nak zbyt splą­tane.

- Od­po­wiesz mi?

- Ach, czyli to nie było py­ta­nie re­to­ryczne?

- Lo­uisa.

- Po­sta­ram się od­po­cząć - stwier­dziła, na­wet się nie wy­si­la­jąc, żeby ukryć po­iry­to­wa­nie.

- Dla­czego ci nie wie­rzę?

- Bo kła­mię? - Sta­nęła nie­pew­nie, pró­bu­jąc się utrzy­mać, ale za­krę­ciło jej się w gło­wie. Może na­wet zro­biła krok, nie była pewna, i tak, po­le­ciała w dół.

W jed­nej chwili ra­miona Cody'ego zna­la­zły się wo­kół niej, i mimo że pra­wie ze­mdlała, była na tyle przy­tomna, żeby za­uwa­żyć, że bar­dzo ład­nie pach­niał, ale jed­nak nie po­tra­fiła za­cho­wać tego spo­strze­że­nia dla sie­bie.

Zo­rien­to­wała się tylko, że zna­la­zła się znowu w szpi­tal­nym łóżku, a wo­kół niej zro­biło się ciemno.

Roz­dział 3

Mag­gie Fi­sher nie miała wła­snych dzieci, ale peł­niła rolę zwa­rio­wa­nej ciotki dla Lo­uisy i Cody'ego, kiedy byli młodsi. Te­raz Lo­uisa miała z nią bliż­sze re­la­cje niż z kim­kol­wiek ze swo­jej praw­dzi­wej ro­dziny.

Lo­uisa za­sta­na­wiała się, czy na­wet gdyby jej ro­dzice miesz­kali w Nan­tuc­ket przez cały rok, to czu­łaby, że Mag­gie na­dal jest dla niej jak je­dyna ro­dzina, jaką po­siada. W domu Cham­ber­sów nie działo się zbyt do­brze już od dłuż­szego czasu. Naj­lep­sze, co Lo­uisa mo­gła zro­bić dla swo­ich ro­dzi­ców, to się wy­pro­wa­dzić. I nie­ważne, że za­stą­pili ją psem.

To nie miało zna­cze­nia. Te­raz li­czyło się to, że lo­kalne me­dia pod­chwy­ciły in­for­ma­cję o jej wy­padku na oce­anie, i o ile jej ro­dzice mo­gli się o tym nie do­wie­dzieć, Mag­gie na pewno by o tym usły­szała. Prawdę mó­wiąc, Lo­uisa była za­sko­czona, że Mag­gie nie po­ja­wiła się w szpi­talu.

Po tym, jak zro­biło jej się słabo, Cody za­czął się rzą­dzić i ka­zał jej się po­ło­żyć. Oczy­wi­ście go zi­gno­ro­wała, a mo­gła mu po­wie­dzieć, że nie ma prawa mó­wić jej, co ma ro­bić, i "dzię­kuję bar­dzo".

Czy było istotne, że w pew­nym sen­sie po­do­bało jej się, że chyba się przej­mo­wał? Tak jakby mieli szansę po­now­nie stać się przy­ja­ciółmi.

Te­raz Lo­uisa le­żała na ka­na­pie, a Mag­gie krę­ciła się po domu i coś mam­ro­tała. Lo­uisa pró­bo­wała nie zwra­cać na nią uwagi, ale Mag­gie wy­raź­niej mó­wiła nie­które słowa: "ka­mi­zelka ra­tun­kowa", "ra­dar po­go­dowy", zdrowy roz­są­dek".

Wy­cho­dząc ze szpi­tala, Lo­uisa nie miała za­miaru le­żeć przez resztę dnia, jed­nak młody le­karz, zgod­nie z obiet­nicą, za­dzwo­nił do Mag­gie i po­wie­dział jej, co się stało. Ko­lejny zdrajca.

Ko­bieta przy­nio­sła jej ku­bek go­rą­cej her­baty. Lo­uisa nie lu­biła her­baty, ale wzięła ją z obawy, że sza­lona ciotka do­rzuci słowo "nie­wdzięczna" do swo­jego beł­kotu.

- Dzięki - po­wie­działa, nie pod­no­sząc wzroku.

Mag­gie usia­dła w fo­telu, który Lo­uisa zna­la­zła na wy­prze­daży ga­ra­żo­wej u Ry­er­so­nów dwa lata temu. Był zro­biony z bie­lo­nej wi­kliny i ra­czej nada­wał się na ze­wnątrz, ale Ry­er­so­no­wie mieli dro­gie rze­czy, a to cudo ide­al­nie pa­so­wało do stylu shabby chic, w któ­rym Lo­uisa urzą­dziła swój dom.

Lo­uisa wzięła łyk her­baty (głów­nie po to, żeby udo­bru­chać Mag­gie), po czym od­sta­wiła ku­bek na sto­lik.

Zaj­mo­wała się tym do­mem z za­mi­ło­wa­niem. Ku­piła go trzy lata temu chyba nieco im­pul­syw­nie. Mag­gie twier­dziła, że kie­ro­wała nią no­stal­gia, ale Lo­uisa na­prawdę chciała zmie­nić ten dom w coś pięk­nego. Był za­nie­dby­wany przez tyle lat.

Jed­nak nie li­czyła na to, że Cody wróci na wy­spę. W pew­nym mo­men­cie do­wie­działby się prze­cież, że ku­piła ten dom, prawda? Tak jak Mag­gie miała się do­wie­dzieć, że to Cody wy­cią­gnął ją z wody.

My­śli za­pro­wa­dziły ją pro­sto do chwili, kiedy była wcią­gana w głę­binę przez tak silną i bez­li­to­sną falę, że my­ślała, iż jej je­dy­nym ce­lem jest ode­bra­nie jej ży­cia.

Jej klatka pier­siowa skur­czyła się, a wy­obraź­nia ka­zała po­now­nie prze­żyć całą tę mękę z barw­nymi szcze­gó­łami, tak jakby po­trze­bo­wała przy­po­mnie­nia. Tak jakby kie­dy­kol­wiek miała o tym za­po­mnieć.

- Chyba po­win­nam spy­tać, czy wszystko w po­rządku - ode­zwała się Mag­gie.

Lo­uisa otwo­rzyła sze­roko oczy i zmu­siła się do uśmie­chu.

- Oczy­wi­ście, Mags. To na­prawdę nie było nic ta­kiego.

Mina Mag­gie ja­sno wy­ra­żała to, że nie wie­rzyła Lo­uisie. I słusz­nie. Za­wsze po­tra­fiła ją do­głęb­nie przej­rzeć.

- Czuję się do­brze - za­pew­niała Lo­uisa. - Mam mnó­stwo pracy.

- Za­dzwo­ni­łam do Alyssy - oznaj­miła Mag­gie. - Wszyst­kim się zaj­muje.

Alyssa Mar­tin miała ku temu wszel­kie kom­pe­ten­cje. Jako naj­bliż­sza przy­ja­ciółka i wspól­niczka mo­gła się za­jąć wszyst­kim, co było do zro­bie­nia przed nad­cho­dzą­cym przy­ję­ciem rocz­ni­co­wym, cho­ciaż nie mia­łoby to wy­jąt­ko­wego ele­mentu, który wno­siła Lo­uisa.

Tego nie dało się prze­ka­zać czy po­wie­lić. To było "to coś", które sta­rała się stwo­rzyć dla każ­dego klienta. To było coś, o czym lu­dzie mó­wili jej po im­pre­zach: "Po­trafi pani w ja­kiś spo­sób spra­wić, że wszystko jest wy­jąt­kowe".

Był to dla niej praw­do­po­dob­nie po­wód do dumy, z któ­rym się li­czyła.

- Mu­szę tam być - jęk­nęła.

- Mo­żesz so­bie wziąć dzień wol­nego.

- To moja firma - pod­kre­śliła Lo­uisa. - I moja od­po­wie­dzial­ność.

- Masz świetną wspól­niczkę, która jest chętna do po­mocy, szcze­gól­nie że pra­wie uto­nę­łaś dzi­siaj rano. - Mag­gie na­wet nie ukry­wała po­iry­to­wa­nia.

Lo­uisa za­ło­żyła dzia­łal­ność jako or­ga­ni­za­torka im­prez rok temu, po tym, jak prze­pra­co­wała pięć lat jako kon­sjerżka w jed­nym z pre­sti­żo­wych ho­teli w Nan­tuc­ket. Ta praca dała jej wiele kon­tak­tów, ale pew­nego dnia Lo­uisa uświa­do­miła so­bie, że nie chce spę­dzać czasu, speł­nia­jąc je­dy­nie za­chcianki bo­ga­tych lu­dzi. Chciała spra­wić, żeby wy­spa i wszystko, co miała do za­ofe­ro­wa­nia, było do­stępne dla każ­dego.

Chciała two­rzyć wy­jąt­kowe chwile dla tak wielu lu­dzi, jak to tylko moż­liwe.

Wtedy wła­śnie po­wstała firma Do­bre Ży­cie.

Po­mysł przy­szedł jej do głowy tak jak wszyst­kie inne - szybko i gwał­tow­nie.

Spę­dziła wie­czór na go­rącz­ko­wym ro­bie­niu no­ta­tek, pró­bu­jąc na­dą­żyć za na­pły­wem róż­nych moż­li­wo­ści. Na­stęp­nego ranka po­szła do pracy wy­koń­czona, ale pełna we­rwy, i go­towa, żeby zło­żyć wy­po­wie­dze­nie.

Oczy­wi­ście pierw­szą osobą, któ­rej to po­wie­działa, był Eric. Nie tylko peł­nił funk­cję kie­row­nika ho­telu, był rów­nież jej chło­pa­kiem, i jak są­dziła - naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. My­ślała, że bę­dzie mu jej bra­ko­wało, kiedy odej­dzie z ho­telu, ale przede wszyst­kim ucie­szy się, bo uzmy­słowi so­bie, że ni­gdy nie wi­dział, żeby się czymś do tego stop­nia eks­cy­to­wała.

Lo­uisa sta­nęła w drzwiach jego ga­bi­netu uśmiech­nięta jak Kot z Che­shire, ale Eric na­wet nie za­uwa­żył, że tam była.

W końcu, po tym, jak dwa razy chrząk­nęła, pod­niósł na nią wzrok.

- Je­steś dziś spóź­niona.

Zlek­ce­wa­żyła to.

- Mu­szę z tobą po­roz­ma­wiać.

Zmarsz­czył czoło.

- Lo­uiso, masz dziś ten swój dzień wspa­nia­łych po­my­słów?

Nie zno­siła, kiedy tak ro­bił - spra­wiał, że czuła się go­rzej tylko dla­tego, że była pod­eks­cy­to­wana. Cza­sem mó­wił jej, że nie za­cho­wy­wała się pro­fe­sjo­nal­nie albo tak, jak po­wi­nien się za­cho­wać do­ro­sły czło­wiek. Zwy­kle w chwi­lach, gdy była spon­ta­niczna albo żądna przy­gód, Eric w ogóle taki nie był.

Za­zwy­czaj uda­wało jej się ukry­wać tę część sie­bie, ale w tam­tym mo­men­cie trudno było uda­wać, że nowy plan nie do­da­wał jej skrzy­deł. Była pełna en­tu­zja­zmu. Za­mie­rzała wła­śnie zro­bić coś śmia­łego i nie­sa­mo­wi­tego!

- Fak­tycz­nie, mam pe­wien po­mysł - oznaj­miła, pró­bu­jąc nie do­pu­ścić, żeby jego po­dej­ście stłu­miło jej en­tu­zjazm. Usia­dła na­prze­ciw niego, po dru­giej stro­nie biurka, a przy oka­zji za­uwa­żyła, że było czy­ste i upo­rząd­ko­wane. Wszystko na swoim miej­scu. Dla kon­tra­stu jej biurko wy­glą­dało jak coś, co okre­ślała jako "zor­ga­ni­zo­wany chaos".

To spra­wiło, że po­my­ślała, jak by to było miesz­kać z Eri­kiem w jed­nym domu. Byłby praw­do­po­dob­nie prze­ra­żony spor­to­wymi sta­ni­kami wi­szą­cymi na klamce jej gar­de­roby.

- Za pięć mi­nut mam spo­tka­nie, czy to może za­cze­kać?

Mu­siała wy­glą­dać na za­smu­coną, bo się­gnął przez biurko i chwy­cił jej dłoń.

- Prze­pra­szam - po­wie­dział. - Mam po pro­stu dużo na gło­wie. Jaki to po­mysł?

- Je­steś pe­wien?

Sku­pił na niej całą swoją uwagę.

- Tak. Jak naj­bar­dziej.

Uśmiech­nęła się, po czym opo­wie­działa mu o pla­nach Do­brego Życia. Miała na­wet wstępny szkic logo. Po­roz­kła­dała luźne kartki ze wszyst­kimi po­my­słami, ja­kie wy­lała z sie­bie po­przed­niego wie­czora, tak jakby prze­ła­mała się w niej twór­cza tama.

Od dawna nie miała ta­kiego wy­bu­chu kre­atyw­no­ści. Czuła się z tym świet­nie. Jed­nak po tym wszyst­kim na­brała prze­ko­na­nia, że praca w ho­telu nie jest dla niej.

- My­ślę, że po­win­nam na twoje ręce zło­żyć wy­po­wie­dze­nie z dwu­ty­go­dnio­wym ter­mi­nem.

Eric od­chy­lił się w fo­telu i przez krótką chwilę mie­rzył ją wzro­kiem.

- Nie uwa­żasz, że to tro­chę po­chopne?

- Nie - od­parła rze­czo­wym to­nem.

- Lo­uiso, nie mo­żesz rzu­cić pracy, żeby za­cząć wła­sną dzia­łal­ność. A co z twoim kre­dy­tem? Do­piero co ku­pi­łaś ten dom.

- Wiem - od­po­wie­działa. - Ogarnę to. Nie chcę za­bez­pie­czeń. Chcę, żeby to za­dzia­łało. A my na­dal bę­dziemy współ­pra­co­wać. Będę tu od­sy­łać lu­dzi.

Jego śmiech za­brzmiał nie­mal pro­tek­cjo­nal­nie.

- Co?

Po­trzą­snął głową.

- Nic, nic.

- Eric...

- To ko­lejny z tych two­ich po­my­słów - stwier­dził. - A ja nie uwa­żam, że za­kła­da­nie dzia­łal­no­ści to coś, co się robi z dnia na dzień.

- Tyle że to nie jest tak, że nie wiem, co ro­bię - od­parła. - Wy­ko­nuję tu­taj taką pracę od pię­ciu lat.

- Prawda - po­wie­dział. - Je­steś w tym bar­dzo do­bra. Ale kwoty, mar­ke­ting, szu­ka­nie klien­tów i pła­ce­nie po­dat­ków - jak so­bie po­ra­dzisz z tym wszyst­kim?

Po­smut­niała. Nie my­ślała o tym.

- Może po pro­stu po­pra­cuj nad tym w wol­nym cza­sie, a kiedy bę­dziesz mieć so­lidny plan biz­ne­sowy, mo­żesz ru­szyć do przodu. No wiesz, kiedy bę­dziesz wie­dzieć, że nie zro­bisz głu­piego błędu.

Po­czuła się jak la­ta­wiec, który wła­śnie prze­stał być nie­siony przez wiatr.

- Ra­cja - szep­nęła. Łzy na­pły­nęły jej do oczu, gdy zo­stało jej przy­po­mniane, kim była - ko­bietą, któ­rej lu­dzie nie trak­to­wali po­waż­nie. "Och, ta Lo­uisa. Jest dzi­waczna".

Była. I wie­działa o tym. Ale to nie zna­czyło, że jest nie­kom­pe­tentna.

Eric naj­wy­raź­niej się z tym nie zga­dzał.

- To do­bry po­mysł, Lou - po­wie­dział. - Po­roz­ma­wiajmy o tym póź­niej. Może po­mogę ci z biz­ne­spla­nem.

Ona jed­nak sły­szała je­dy­nie: "Beze mnie nie po­tra­fisz tego zro­bić - ani zresztą ni­czego in­nego".

Opu­ściła jego ga­bi­net jakby za­mro­czona, bez wia­tru w ża­glach. Nie za­ła­mała się zu­peł­nie, co było spo­rym po­stę­pem, ale jej po­mysł utra­cił blask.

My­śle­nie o tym na­dal było bo­le­sne. Od­pra­wił ją tak bez­ce­re­mo­nial­nie. Ja­koś zna­la­zła od­wagę, by zre­ali­zo­wać swój po­mysł. Mi­nęło kilka ty­go­dni, nim uświa­do­miła so­bie, że Do­bre Życie jej nie po­rzuci. Po­tem parę roz­mów z Ally i mocny kop­niak od Mag­gie, ale w końcu za­częła w sie­bie wie­rzyć.

Kiedy za­nio­sła wy­po­wie­dze­nie do ho­telu, po­wie­działa Eri­kowi, że z nimi już ko­niec.

- Nie mogę być z kimś, kto we mnie nie wie­rzy.

Za­prze­czył, oczy­wi­ście, bo prze­cież nie chciał wyjść na tego złego. Ona jed­nak wie­działa, że to była do­bra de­cy­zja.

Po­trze­bo­wała zna­leźć ko­goś, kto wspie­rał ją w ma­rze­niach, kto uwa­żał, że jej przy­gody są cie­kawe i in­try­gu­jące, kto nie do­szu­ki­wał się nie­do­cią­gnięć w każ­dym z jej po­my­słów. Być może taka osoba nie ist­niała, więc obec­nie mi­łość nie sta­no­wiła prio­ry­tetu. Świa­do­mość tego, że ktoś nie oka­zał się tym, za kogo go uwa­żała, była zbyt bo­le­sna. Poza tym sama ra­dziła so­bie cał­kiem do­brze.

Naj­czę­ściej. Sama naj­czę­ściej ra­dziła so­bie cał­kiem do­brze.

Firma zu­peł­nie ją po­chła­niała, a ona po­sta­wiła so­bie za cel, że się jej po­wie­dzie. Nie tylko, żeby udo­wod­nić Eri­kowi, że się my­lił, ale żeby udo­wod­nić sama so­bie, że ma do tego po­ten­cjał. Pra­co­wała ciężko, znacz­nie bar­dziej in­ten­syw­nie niż kie­dy­kol­wiek, gdy była za­trud­niona w ho­telu, ale nie za­mie­ni­łaby tego na nic in­nego.

Miała ra­cję. Two­rze­nie prze­żyć dla klien­tów, ta­kich, któ­rych mieli ni­gdy nie za­po­mnieć, ta­kich, które uwa­ża­liby za naj­lep­sze w ży­ciu, da­wało jej sa­tys­fak­cję, ja­kiej nie przy­no­siła jej żadna do­tych­cza­sowa praca.

Kto by się przej­mo­wał, że nie miała żad­nego męż­czy­zny, który by ją uwiel­biał? Była praw­dziwą biz­ne­swo­man. Można na­wet po­wie­dzieć, że od­no­szącą suk­cesy. Jed­nak cały czas po­trze­bo­wała coś udo­wad­niać, i zda­wała so­bie z tego sprawę.

Wła­śnie dla­tego to przy­ję­cie rocz­ni­cowe było ta­kie ważne. Pięć­dzie­siąt lat to długi staż mał­żeń­ski, szcze­gól­nie w dzi­siej­szych cza­sach. Ro­dzina Tim­monsów li­czyła na nią i Mag­gie na pewno by to ro­zu­miała.

Jed­nak jedno spoj­rze­nie na twarz star­szej ko­biety utwier­dziło ją, że ma ofi­cjalny za­kaz wy­cho­dze­nia.

- Chcesz o tym po­roz­ma­wiać? - spy­tała Mag­gie.

- Nie. - Lo­uisa spu­ściła wzrok, żeby nie wi­dzieć jej dez­apro­baty.

- Za­dzwo­nisz do ro­dzi­ców?

- Nie.

- Mogą się do­wie­dzieć. Twój oj­ciec na­dal czy­tuje wia­do­mo­ści z Nan­tuc­ket, a wiesz, że to się po­jawi on­line.

Lo­uisa znowu jęk­nęła.

- Zro­bić ci coś do je­dze­nia?

- Wy­pi­łam tyle wody mor­skiej, że nic już dzi­siaj nie zjem. Ale dzię­kuję. - Lo­uisa zer­k­nęła na nie­chcia­nego go­ścia.

- Mo­żesz so­bie żar­to­wać, ale sama wiesz, że to nie jest za­bawne.

- Wiem. - A gdyby za­po­mniała, na pewno zna­la­złby się ktoś, kto by jej o tym przy­po­mniał. Nie wie­działa, jak od­po­wia­dać tym wszyst­kim lu­dziom, któ­rym na­prawdę za­le­żało na jej do­bru. Nie lu­biła uczuć. Przy­zna­wa­nie się do tego, że pod jej bez­tro­ską war­stwą ze­wnętrzną jest cała skrzy­nia za­ko­pa­nych emo­cji, po pro­stu nie było dla niej ko­rzystne.

- Gdy­bym cię stra­ciła... no nie mo­głoby tak być, prawda?

Mag­gie miała krót­kie siwe włosy, nie było w niej wy­myśl­no­ści czy ele­gan­cji. Twardo stą­pała po ziemi i była praw­dziwa. Może to dla­tego Lo­uisa lu­biła ją tak bar­dzo i to przy­cią­gnęło ją do tej ko­biety, kiedy po­now­nie tu za­miesz­kała.

Obec­nie było trudno o praw­dzi­wość. Mag­gie chlu­biła się tym, że mó­wiła to, co my­ślała.

To tro­chę prze­szło na Lo­uisę, która cie­szyła się, że tak się stało. Cza­sem przy­da­wało się, że po­tra­fiła po­wie­dzieć do­kład­nie to, co są­dziła na dany te­mat. Cho­ciaż przy­szło jej do głowy, że ra­czej nie po­winna wy­ra­żać sło­wami tego, co my­ślała o wy­da­rze­niach dzi­siej­szego ranka. Zbyt wiele uczuć.

- Chcesz po­roz­ma­wiać o swo­jej im­pre­zie uro­dzi­no­wej? - Lo­uisa chciała po­mó­wić o czym­kol­wiek, byle nie o swoim otar­ciu się o śmierć.

Mag­gie za­mil­kła.

W tej ci­szy Lo­uisa usły­szała słowa, któ­rych ko­bieta nie wy­po­wie­działa. To praw­do­po­dob­nie miały być jej ostat­nie uro­dziny i wła­śnie z tego po­wodu Lo­uisa za­pro­po­no­wała wielką im­prezę. Sma­że­nie ryb na plaży, może pie­cze­nie małży. Przy­ję­cie na za­koń­cze­nie wszyst­kich przy­jęć - uczcze­nie ży­cia Mag­gie Fi­sher.

- Nie my­śla­łam o tym zbyt wiele - po­wie­działa Mag­gie. - I nie są­dzę, że te­raz jest czas na pracę. Po­win­naś od­po­cząć, a to ozna­cza wy­łą­cze­nie mó­zgu.

Lo­uisa wes­tchnęła. Cza­sem oba­wiała się, że gdyby wy­łą­czyła mózg, nie zdo­ła­łaby go po­now­nie uru­cho­mić.

Roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi, ale od­wie­dza­jący ni­gdy nie cze­kali, aż ktoś ich wpu­ści. Kilka se­kund póź­niej w sa­lo­nie sta­nęła Alyssa.

- To prawda? - spy­tała bez tchu.

- Że pra­wie dziś zgi­nęła? Tak, to prawda. - Sie­dząca w wi­kli­no­wym fo­telu Mag­gie gło­śno od­chrząk­nęła, a Lo­uisie przy­szło do głowy, że po­winna ku­pić nowe po­duszki, żeby tro­chę od­świe­żyć wy­gląd po­koju. Od co naj­mniej dwóch lat nie zmie­niła nic w wy­stroju wnę­trza.

Ally mach­nęła do Mag­gie, żeby nic wię­cej nie mó­wiła, prze­su­nęła stopy Lo­uisy i usia­dła na ka­na­pie, po czym odło­żyła swoją schludną czarną to­rebkę na białą pod­łogę z de­sek.

- Czy to on?

Lo­uisa sze­rzej otwo­rzyła oczy, pró­bu­jąc po­wie­dzieć w ten spo­sób przy­ja­ciółce: "pro­szę cię, na­tych­miast się za­mknij", ale Ally nie była zbyt bie­gła w od­czy­ty­wa­niu sy­gna­łów nie­wer­bal­nych. Ani w za­my­ka­niu się.

- Jaki on? - spy­tała Mag­gie.

Alyssa wzięła do ręki to­rebkę i za­częła w niej grze­bać. Za­wsze była świet­nie zor­ga­ni­zo­wana i dla­tego wła­śnie ich współ­praca tak ide­al­nie się ukła­dała. To był po­wód, dla któ­rego Lo­uisa za­dzwo­niła do niej, za­nim zło­żyła wy­po­wie­dze­nie w ho­telu, i przed­sta­wiła jej po­mysł na Do­bre Ży­cie. Kiedy Eric wy­punk­to­wał wszystko, o czym Lo­uisa nie po­my­ślała, ona uświa­do­miła so­bie, że nie da rady zro­bić tego wszyst­kiego sama, jed­nak nie za­mie­rzała pro­sić go o po­moc.

Przy­ja­ciółka była zde­cy­do­wa­nie lep­szym wy­bo­rem. Lo­uisa uwiel­biała wszystko, co twór­cze, a Ally fan­ta­stycz­nie wy­cho­dziło po­rząd­ko­wa­nie. Była dziew­czyną od cy­fe­rek i umiesz­cza­nia wszyst­kiego na wła­ści­wym miej­scu.

Ta świa­do­mość nie po­wstrzy­mała Lo­uisy przed po­mo­dle­niem się w my­ślach, rzu­tem na ta­śmę, żeby to­rebka przy­ja­ciółki po­chło­nęła co­kol­wiek, co wła­śnie za­mie­rzała wy­cią­gnąć. To coś naj­praw­do­po­dob­niej za­wie­rało wię­cej in­for­ma­cji dla Mag­gie na te­mat wy­padku i męż­czy­zny, który ura­to­wał Lo­uisę, niż ona była go­towa od­sło­nić.

Jej słowa chyba nie zo­stały wy­słu­chane, po­nie­waż chwilę póź­niej Ally wy­cią­gnęła kartkę.

- "Straż­nik wy­brzeża z Brant Po­int ura­to­wał miej­scową ko­bietę pod­czas gwał­tow­nej bu­rzy dzi­siej­szego ranka" - prze­czy­tała na głos.

Lo­uisa pró­bo­wała jej wy­rwać kartkę, ale Mag­gie ją w tym wy­prze­dziła. Jak na ko­goś w ta­kim wieku miała nie­sa­mo­wi­cie szybki re­fleks.

- To on, prawda? - spy­tała Alyssa jak gdyby ni­gdy nic. Nie ucho­dziła za ro­man­tyczkę, ale Lo­uisa mo­głaby przy­siąc, że jej py­ta­nie było za­koń­czone czymś w ro­dzaju wes­tchnie­nia, zwy­kle za­re­zer­wo­wa­nego dla star­szych ko­biet, któ­rym już na ni­czym nie za­leży?

Lo­uisa roz­po­znała je, po­nie­waż ten sam od­głos to­wa­rzy­szył jej w my­ślach za każ­dym ra­zem, gdy wspo­mi­nała by­cie ura­to­waną przez Cody'ego Bog­gsa o nie­sa­mo­wi­cie sil­nych ra­mio­nach.

- Na­dal wy­gląda tak jak na tych zdję­ciach, które ukry­wasz w szu­fla­dzie biurka. - Alyssa zer­k­nęła na Mag­gie. - Ona my­śli, że nikt nie wie, że tam są.

Mag­gie je­dy­nie zmarsz­czyła czoło.

- Znasz mnie, Lou. Je­stem prag­ma­tyczką, ale na­wet ja mogę przy­znać, że to ro­man­tyczne - po­wie­działa Ally. - Ten sam fa­cet, z któ­rym lata temu za­war­łaś tam­ten pakt. Za­pewne twoja pierw­sza mi­łość. Ta, która ja­koś się wy­mknęła. A te­raz wraca, na parę mie­sięcy przed wa­szymi trzy­dzie­stymi uro­dzi­nami. On nie tylko jest tu­taj, ale stał się bo­ha­te­rem. - Wy­po­wia­dała te zda­nia jak pre­zen­terka wia­do­mo­ści, wy­mie­nia­jąca fakty.

To nie były fakty. Nie było nic ro­man­tycz­nego w wy­mio­to­wa­niu słoną wodą na ko­lana wspo­mnia­nego przed chwilą męż­czy­zny.

Lo­uisa wstała, wzięła ku­bek z her­batą i po­szła do kuchni, ma­jąc świa­do­mość, że Mag­gie czy­tała wła­śnie post, który wy­dru­ko­wała Ally. Zda­wała so­bie rów­nież sprawę z tego, że nad­gor­liwi blo­ge­rzy za­zwy­czaj do­da­wali istotne szcze­góły, ta­kie jak na­zwi­ska bo­ha­ter­skich straż­ni­ków, któ­rzy ra­to­wali to­nące w oce­anie ko­biety.

Wes­tchnęła.

- Lo­uiso Eli­za­beth Cham­bers?

Lo­uisa skrzy­wiła twarz.

- Mary Mar­ga­ret Fi­sher?

Jed­nak ko­bieta nie była w na­stroju do żar­tów. Stała te­raz w drzwiach, a Lo­uisa po­ha­mo­wała chęć przy­po­mnie­nia jej, że przy­szła tu, żeby się nią opie­ko­wać, a nie gro­zić.

- Wie­dzia­łam, że to on. - Alyssa sta­nęła obok Mag­gie. - Na do­da­tek wró­cił za­le­d­wie parę mie­sięcy przed wa­szymi trzy­dzie­stymi uro­dzi­nami.

- Już to mó­wi­łaś - po­wie­działa Lo­uisa i spio­ru­no­wała przy­ja­ciółkę wzro­kiem.

- Warto to po­wtó­rzyć. - Ally nie zwa­żała na sy­gnały nie­wer­balne, ja­kie da­wała przy­ja­ciółka.

- Nie wy­star­czyło ci? - spy­tała Lo­uisa.

Za­dbane brwi Ally złą­czyły się w pro­stą li­nię, jakby na­prawdę była zdez­o­rien­to­wana po re­ak­cji przy­ja­ciółki.

Mag­gie się nie po­ru­szyła.

- Wy­ja­śnisz?

Lo­uisa po­czuła się jak zwie­rzę uwię­zione w klatce, gdyż obie blo­ko­wały wyj­ście.

- Co tu jest do po­wie­dze­nia? Po­win­nam była za­ło­żyć ka­mi­zelkę ra­tun­kową. Nie zro­bi­łam tego. To się wię­cej nie po­wtó­rzy.

- Po­mi­jasz ważne szcze­góły - stwier­dziła Mag­gie.

- Jak to? - Alyssa wzięła kartkę i pod­nio­sła ją w kie­runku przy­ja­ciółki. - Lou, to jest Cody Boggs. Wy­star­cza­jąco się o nim od cie­bie na­słu­cha­łam - znam go.

Lo­uisa nie mó­wiła o Co­dym aż tak dużo. I ni­gdy do Mag­gie. Po­wę­dro­wała wzro­kiem w stronę kartki, na któ­rej wi­doczny był jego pro­fil. Ale z niego był przy­stoj­niak.

- To prze­cież on - stwier­dziła Mag­gie. - Mo­głaś mi po­wie­dzieć, że wró­cił i że to on cię dziś rano ura­to­wał od two­jej wła­snej głu­poty.

- Czy roz­wa­ża­łaś kie­dyś ka­rierę mów­czyni mo­ty­wa­cyjnej? - spy­tała oschle Lo­uisa.

Mag­gie na­wet nie mru­gnęła okiem.

Lo­uisa od­wró­ciła się, po czym roz­ło­żyła i zło­żyła po­now­nie ścierkę.

- Wąt­pię, że on w ogóle pa­mięta o pak­cie. Sama le­dwo so­bie o nim przy­po­mnia­łam. - Ale kłam­czu­cha. Prze­cież my­śli o tym świ­tały jej w gło­wie, gdy rano two­rzyła li­stę rze­czy do zro­bie­nia przed śmier­cią, pró­bu­jąc się utrzy­mać w wo­dzie.

Na tej li­ście zna­la­zły się rów­nież punkty: "Szkoda, że nie prze­pro­si­łam. Szkoda, że nie wy­sła­łam li­stów". Czy to był ja­kiś spo­sób Boga, żeby zy­skać jej uwagę? Za­sta­na­wiała się, czy mu nie po­wie­dzieć, że mógłby być w tych sta­ra­niach nieco mniej prze­ra­ża­jący.

- Ale co, je­śli on pa­mięta? - spy­tała Ally. - My­ślisz, że to je­dy­nie zbieg oko­licz­no­ści, że po­ja­wił się tu wła­śnie te­raz? My­ślisz, że to przy­pa­dek, że był twoim ry­ce­rzem w lśnią­cej zbroi z pianki do nur­ko­wa­nia?

Lo­uisa na­wet się nie wy­si­liła, żeby ją po­pra­wiać. Cody nie miał na so­bie stroju do nur­ko­wa­nia, ale po­ma­rań­czowy kom­bi­ne­zon Straży Wy­brzeża. I mimo że nie była tego do końca pewna, wy­da­wało jej się, że miał wo­kół głowy lśniącą, białą au­re­olę.

- Czy za­mie­rza­łaś mi w ogóle po­wie­dzieć, że Cody wró­cił na wy­spę? - spy­tała Mag­gie.

Dla Lo­uisy po­zo­stało tylko jedno miej­sce, gdzie mo­gła się udać. Na ze­wnątrz. Zwró­ciła się w kie­runku drzwi i po­py­cha­jąc je, wy­szła na we­randę, skąd roz­ta­czał się wspa­niały wi­dok na Brant Po­int, miej­sce, gdzie sta­cjo­no­wał Cody, a przy­naj­mniej tak przy­pusz­czała.

Ośmie­li­łaby się na­wet stwier­dzić, że miała na­dzieję, że on tam sta­cjo­no­wał.

Gdyby mu­siał co­dzien­nie pa­trzeć na la­tar­nię mor­ską Brant Po­int, nie było mowy, że nie po­my­ślałby o pak­cie, który za­warli, bę­dąc dziećmi. W końcu roz­ma­wiali o tym co roku w dniu swo­ich wspól­nych uro­dzin.

A co, je­śli ten wy­pa­dek był ja­kimś spo­so­bem, w który Bóg chciał jej przy­po­mnieć, czego chciała - moż­li­wo­ści, żeby wszystko na­pra­wić? Co, je­śli to była dla niej szansa, żeby prze­pro­sić i zrzu­cić z sie­bie lata po­czu­cia winy, które w so­bie no­siła?

Na­dal była wście­kła, że je­den szcze­niacki błąd znisz­czył tyle re­la­cji, a może na­wet ży­cie róż­nych osób.

Nie wie­działa tego ostat­niego, po­nie­waż stra­ciła kon­takt z ro­dziną Bog­g­sów, a po­szu­ki­wa­nie ich było zbyt bo­le­sne. Była pewna, że matka na­dal jej nie wy­ba­czyła, co ozna­czało, że Ma­rissa Boggs rów­nież, a to rów­nało się z tym, że Cody też jej tego nie za­po­mniał.

- Wie­dzia­łaś, że on tu sta­cjo­nuje? - zwró­ciła się do Mag­gie, nie pa­trząc na nią.

- Ko­cha­nie, wiem, że nie mówi się o Co­dym Bog­g­sie, ale on nie utrzy­muje ze mną kon­taktu - od­parła ko­bieta. - Do­my­ślam się, że Nan­tuc­ket to część ży­cia, o któ­rej chęt­nie by za­po­mniał.

- W ta­kim ra­zie co on tu robi?

- Wy­gląda na to, że zo­stał tu przy­słany w samą porę - wtrą­ciła Ally. - Ja­kiś inny straż­nik być może by cię nie za­uwa­żył. - Ally ro­biła wszystko, co się dało, żeby nie wyjść na prag­ma­tyczkę, ale Lo­uisa nie była z tego po­wodu za­do­wo­lona. Li­czyła na to, że przy­ja­ciółka ścią­gnie ją na zie­mię.

Po­trzą­snęła głową.

- Gdyby wie­dział, że to ja, pew­nie zo­sta­wiłby mnie, że­bym uto­nęła.

- Lou, nie mo­żesz zmie­nić prze­szło­ści - za­uwa­żyła Mag­gie. - Mo­żesz je­dy­nie uczyć się na błę­dach i iść da­lej.

- Wiem - od­parła. - Wła­śnie tak zro­bi­łam.

- My­ślisz, że tak zro­bi­łaś - od­cięła się ko­bieta.

- Ale na­dal trzy­masz jego zdję­cia w szu­fla­dzie biurka - stwier­dziła Ally.

- Mnó­stwo lu­dzi za­cho­wuje stare zdję­cia - bro­niła się Lo­uisa, ale na­wet ona znała prawdę. Strze­liła kost­kami dłoni - cza­sem tak ro­biła, kiedy się de­ner­wo­wała. - Po pro­stu chcę wszystko na­pra­wić.

Skąd to się wzięło? Nie chciała ni­czego na­pra­wiać. Chciała, żeby to znik­nęło.

- Może le­piej to zo­sta­wić w spo­koju - stwier­dziła Mag­gie.

- Dla­czego? - spy­tała Lo­uisa, wcale nie chcąc po­znać od­po­wie­dzi.

- Nie lu­bisz, gdy kto­kol­wiek się na cie­bie gniewa. Chcesz za­do­wa­lać lu­dzi. Ale Cody stra­cił ko­goś bar­dzo waż­nego. Mu­sisz po­zwo­lić mu czuć to, co czuje wo­bec cie­bie i wo­bec prze­szło­ści.

- Albo mo­żesz prze­móc go swoim uro­kiem - za­pro­po­no­wała Alyssa.

- Ja­kim uro­kiem? - Mag­gie się za­śmiała.

Lo­uisa nie chciała o tym my­śleć. Nie chciała przy­znać, że ko­bieta miała ra­cję - nie zno­siła, gdy ktoś był na nią zde­ner­wo­wany. Sta­nę­łaby na gło­wie, byle tylko nikt nie mógł po­wie­dzieć o niej ni­czego złego, albo żeby Cody nie mu­siał być wście­kły.

- To było już dawno - ode­zwała się Lo­uisa. - Może już zo­sta­wił to za sobą.

- Je­stem pewna, że tak jest - stwier­dziła Mag­gie, a Lo­uisa na tę myśl po­czuła lek­kie ukłu­cie. - Ale to nie ozna­cza, że chce się z tobą przy­jaź­nić.

- Oj, Mags - po­wie­działa Ally.

- Ona ma ra­cję - za­uwa­żyła Lo­uisa. - Ale może mogę go do sie­bie prze­ko­nać?

- Niech tak bę­dzie. - Mag­gie naj­wi­docz­niej nie przej­mo­wała się tym, żeby swoje zda­nie za­cho­wy­wać dla sie­bie.

- A co z two­imi uro­dzi­nami? - spy­tała Lo­uisa.

- Jak to co? - Mag­gie zmarsz­czyła brwi.

- Za­słu­gu­jesz na to, żeby zgro­ma­dzić wszyst­kich.

- Dla­czego? Bo je­stem scho­ro­waną, umie­ra­jącą starą babą?

- Nie mów tak - pro­te­sto­wała Lo­uisa.

- Mam nie mó­wić prawdy? - szy­dziła Mag­gie. - Wiem to, po­dob­nie jak ty. Ina­czej nie mó­wi­ła­byś tyle o wiel­kiej im­pre­zie uro­dzi­no­wej, która jest bar­dziej jak im­preza po­że­gnalna.

Ally spra­wiała wra­że­nie zdez­o­rien­to­wa­nej.

- My­śla­łam, że to duża im­preza, w końcu świę­tu­jesz ja­kieś okrą­głe uro­dziny, czy coś ta­kiego?

- Tak? - Mag­gie po­pa­trzyła na nią. - A które okrą­głe uro­dziny by to miały być?

Ally zer­k­nęła na Lo­uisę, która je­dy­nie wzru­szyła ra­mio­nami. Prawdę mó­wiąc, nie wie­działa, ile lat miała Mag­gie. Ta ko­bieta spra­wiała wra­że­nie znacz­nie bar­dziej ener­gicz­nej niż więk­szość lu­dzi w wieku Lo­uisy, ale jej włosy były siwe, a skórę wo­kół ust i oczu po­kry­wały głę­bo­kie zmarszczki. Nie dało się przy­po­rząd­ko­wać kon­kret­nej liczby.

- Nie od­po­wia­daj - po­wie­działa Mag­gie.

W gło­wie Lo­uisy za­świ­tał po­mysł, i tak jak zwy­kle wie­działa, że nie da jej to spo­koju, do­póki nie do­pro­wa­dzi go do końca.

- Mag­gie, a co gdy­bym na twoje przy­ję­cie za­pro­siła mo­ich ro­dzi­ców i ro­dzinę Cody'ego? Kiedy się zo­ba­czą, uświa­do­mią so­bie, jacy głupi byli, i wszystko bę­dzie tak, jak po­winno.

Mag­gie po­pa­trzyła na nią z nie­do­wie­rza­niem.

- Ot tak?

- Wiesz, że Da­niel i Ma­rissa byli dla mnie jak ro­dzice. Moja mama i oj­ciec ko­chali ich jak wła­sną ro­dzinę. To, że prze­stali ze sobą roz­ma­wiać, na­prawdę wy­mknęło się spod kon­troli, nie są­dzisz? Już dość tego.

- Za­po­mnia­łaś, co się stało, Lou?

Lo­uisa za­mil­kła.

- Oczy­wi­ście, że nie.

- Dużo się wy­da­rzyło. Nie dasz rady spra­wić, żeby to znik­nęło.

- Wiem. Chcę tylko spró­bo­wać to na­pra­wić.

Mag­gie zmarsz­czyła czoło.

- To na­iwne. Wiem, jaka je­steś, i nie chcę, że­byś ro­biła so­bie na­dzieję.

Przez chwilę było ci­cho, po czym Alyssa kla­snęła w dło­nie.

- Zróbmy to. Co masz do stra­ce­nia? Mag­gie, twoje uro­dziny są przed uro­dzi­nami Lo­uisy, więc je­śli to za­działa, da­łoby się urze­czy­wist­nić tam­ten pakt z Brant Po­int.

- To się nie sta­nie, Ally - od­parła Lo­uisa. - I go­dzę się z tym. Chcia­ła­bym tylko mieć oka­zję do po­wie­dze­nia, że mi przy­kro.

- I chcesz, żeby wszy­scy żyli długo i szczę­śli­wie - po­wie­działa Mag­gie.

- Nie, chcia­ła­bym, żeby była im­preza ze sma­że­niem ryb na plaży, tak jak za daw­nych cza­sów. - To były jej naj­lep­sze wspo­mnie­nia. Przez wiele lat ce­lowo ich nie przy­wo­ły­wała. - Za­pro­simy wszyst­kich, któ­rzy cię ko­chają.

- Krótka li­sta - szy­dziła Mag­gie.

- Prze­stań. Wiesz, że to nie­prawda. - Lo­uisa na­gle po­czuła się zmę­czona, mimo przy­pływu ad­re­na­liny w związku z no­wym po­my­słem.

- Wiem, że nie dam rady wpły­nąć na cie­bie, że­byś zmie­niła zda­nie - od­parła Mag­gie. - Ale tak jak mó­wi­łam, nie rób so­bie na­dziei.

Wzru­szyła ra­mio­nami.

- Tak jak mó­wiła Ally, co masz do stra­ce­nia?

Jed­nak gdy wy­po­wia­dała te słowa, przy­szły jej do głowy co naj­mniej trzy rze­czy, które mo­głyby się nie po­wieść. Świa­do­mość tego, że była po­wo­dem tego wszyst­kiego, spra­wiła, że po­czuła w brzu­chu za­wi­ro­wa­nie, jakby ja­kaś olim­pij­ska gim­na­styczka wy­ko­ny­wała salta. Zro­biło jej się słabo.

Pro­log

Sza­nowny Pa­nie Boggs!

Mi­nęło już pięć lat od Pań­skiej śmierci, a ja od tam­tej pory co­dzien­nie o Panu my­ślę. Kiedy za­my­kam oczy, mogę so­bie wy­obra­zić, że mam dzie­sięć lat, a Pan jest na plaży i bu­duje zamki z pia­sku ze mną i z Co­dym.

Inni ro­dzice ni­gdy nie mieli ochoty się z nami ba­wić, a Pan za­wsze był chętny. Pew­nie nie lu­bił Pan za­ko­py­wa­nia w pia­sku aż po szyję... ale po­zwa­lał Pan nam to ro­bić. Na­wet uśmie­chał się Pan wtedy do zdjęć.

Nie mogę prze­stać my­śleć, że to, co się stało, to moja wina. Przy­naj­mniej po­śred­nio. To zna­czy, pro­szę mnie nie zro­zu­mieć źle. Nie zno­szę, kiedy na fil­mach lu­dzie wy­dają się za­ła­mani, bo mają po­czu­cie winy z po­wodu cze­goś, co ewi­dent­nie nie jest ich winą. Ale to, co się stało z Pa­nem, było w ja­kiś spo­sób z mo­jej winy, prawda?

To chyba nic dziw­nego, że chcia­ła­bym to cof­nąć? Chcia­ła­bym po­wie­dzieć, że jest mi przy­kro. Chcia­ła­bym jakby przewi­nąć film i zmie­nić cały tam­ten wieczór. Zra­ni­łam Pana. Zra­ni­łam Cody'ego. Zra­ni­łam pa­nią Boggs i Mar­ley. Zra­ni­łam na­wet mo­ich ro­dzi­ców, po­nie­waż w chwili, kiedy po­wie­dzieli nam, że Pan nie żyje, wszystko się zmie­niło. Było tak, jak­by­śmy wpa­dli do słoja z me­lasą, jak­by­śmy się po­ru­szali w zwol­nio­nym tem­pie i prze­dzie­rali się przez gę­stą chmurę smutku.

Czy ta chmura kie­dyś znik­nie? Czy bę­dzie za­wsze smut­nym przy­po­mnie­niem tego, że de­cy­zja głu­piej dziew­czyny mo­gła mieć wpływ na ży­cie tylu lu­dzi i znisz­czyć tyle przy­jaźni?

Nie wiem. Nie wiem też, dla­czego to pi­szę. Nie prze­czyta Pan prze­cież tych słów. Jed­nak to po­maga, przy­naj­mniej tro­chę. Czuję się le­piej, kiedy mogę to wy­ra­zić. Kiedy mogę po­wie­dzieć, jak bar­dzo mi przy­kro z po­wodu tego, co zro­bi­łam.

Mam na­dzieję, że pew­nego dnia wy­ba­czy mi Pan. Że wszy­scy mi wy­ba­czy­cie.

Z wy­ra­zami sza­cunku

Lo­uisa