Hitler nie zapomniał historii Napoleona, kiedy postanowił zaatakować Rosję. On po prostu ją zignorował. Führer nie miał zamiaru tolerować jakichkolwiek rozmów swoich generałów i doradców o Napoleonie. Operacja "Barbarossa" nie będzie w ogóle przypominała niefortunnej wyprawy francuskiego cesarza, dowodził. Niemieckie zwycięstwo nad ZSRR było gwarantowane. Rosja należała niegdyś do mocarstw, z którymi należało się liczyć, ale Hitler doskonale wiedział o czystkach wśród generałów radzieckich i obserwował skutki radzieckiej wojny z Finlandią. Co więcej, Stalin czuł się uspokojony paktem o nieagresji między dwoma państwami oraz powszechnym przekonaniem, że Hitler nie jest aż tak szalony, żeby zaczynać drugą wojnę, zanim skończy pierwszą. Blitzkrieg - wojna błyskawiczna, taktyka tak skuteczna w innych częściach Europy - miała z pewnością powalić również Stalina. Wszystko, czego potrzebował niemiecki wódz, to jedna, krótka kampania. Rosyjska zima nie grała tu roli. Niemcy nie zostaną tam aż tak długo. Naród radziecki, ofiary komunistycznego uścisku, z pewnością powita Hitlera jako wyzwoliciela. "Trzeba tylko kopnąć w drzwi, a cała ta zgniła budowla rozpadnie się na kawałki"- powiedział Hitler. Nie docenił jednak zarówno woli radzieckiego narodu, jak i okrucieństwa rosyjskiej pogody.
Zima przełomu lat 1941 i 1942 miała być łagodna. Franz Bauer, znany niemiecki synoptyk, który jako jeden z pierwszych eksperymentował z długoterminowymi prognozami pogody, jeszcze bardziej umacniał Hitlera w jego decyzji. Poprzednie trzy zimy były ostre, ta musi być cieplejsza. Cztery tak surowe zimy pod rząd nie zostały odnotowane w stupięćdziesięcioletnich rosyjskich zapisach pogodowych.
Osiemnastego grudnia 1940 roku Hitler wydał rozkaz, że "główny trzon radzieckiej armii stacjonującej na zachodzie ZSRR ma zostać zniszczony w serii śmiałych ataków. Należy zapobiegać cofaniu się nietkniętych jednostek w bezkresne serce Rosji".
Wyznaczona początkowo na 15 maja 1941 roku operacja "Barbarossa" została zaplanowana jako atak z trzech stron. Pierwsza dywizja miała zaatakować od strony państw bałtyckich i wkroczyć do Leningradu; druga dostała rozkaz uderzenia na wschód w stronę Moskwy; trzeciej przypadło zadanie zdobycia Kijowa i zorganizowania okupacji Ukrainy.
Operacja opóźniła się o sześć tygodni, ponieważ Niemcy musiały zabezpieczyć najpierw front na Bałkanach. Ofensywa ruszyła dopiero 22 czerwca 1941 roku na hasło "Dortmund".
Była to największa i najlepiej dopracowana operacja w historii. Związek Radziecki był największym państwem na świecie, rozciągał się przez dwa kontynenty i zajmował niemal jedną szóstą powierzchni Ziemi. Miał trzecią co do wielkości populację na świecie i, co dla Hitlera najważniejsze, olbrzymie zasoby naturalne. Nawet jeśli trzymać się z daleka od "bezkresnego serca Rosji", obszar operacyjny obejmował terytorium kilkakrotnie większe niż to w Europie Zachodniej. Rozciągał się na przestrzeni 3200 kilometrów, przez góry, lasy, pustynie, rzeki i bagna. Zanosiło się na wojnę o skali godnej eposu.
Lato 1941 roku było suche, z nieznośnymi upałami sięgającymi 40 stopni Celsjusza. W owym czasie tylko nieliczne rosyjskie drogi były utwardzone. Słońce wypalało ziemię, a niemieckie czołgi wzbijały tumany kurzu. Zapychały się chłodnice i filtry. Zlani potem, spaleni słońcem żołnierze, cierpiący z pragnienia, zdejmowali z siebie odzież i porzucali ją.
Mimo to pierwsza faza "Barbarossy" okazała się wielkim sukcesem Rzeszy. Niemcy, wbrew wszelkim przeciwnościom, zaatakowali Rosję z zaskoczenia. Szybko wdarli się w głąb terytorium radzieckiego, do lipca pokonali dwie trzecie drogi do Moskwy i wzięli do niewoli 3 miliony Rosjan. W pierwszych dwóch dniach walk Związek Radziecki stracił ponad 2000 samolotów, a w ciągu dwóch tygodni zginęło 747 850 żołnierzy Armii Czerwonej. W niektórych miejscach Niemcy poruszali się z prędkością ponad 80 kilometrów dziennie.
Niemcy mieli powody, by wierzyć, że naród radziecki nie mówi jednym głosem ze swoim przywódcą, i że powita niemieckie wojska jak wyzwolicieli. Z pewnością nie wszyscy obywatele radzieccy kochali Stalina i komunistyczno-radziecki styl życia. Ukraińcy, Białorusini i wielokulturowe ludy Zakaukazia mieli własne historię, kulturę, religię i język. Niedawno anektowane państwa bałtyckie - Estonia, Łotwa, Litwa oraz Mołdawia - podobnie jak Republika Karelsko- -Fińska, wydarta Finlandii podczas konfliktu radziecko-fińskiego, mogły stanąć po stronie Rzeszy, aby uniezależnić się od Moskwy (tak właśnie postąpili Finowie).
Niemcy przybyli jako wyzwoliciele, zaopatrzeni w plakaty ogłaszające koniec znienawidzonych kołchozów. "Wolni rolnicy na swojej własnej ziemi! Pomóżcie nam skrócić wojnę!". Najwyraźniej na początku część radzieckich obywateli patrzyła w ten sposób na niemieckich żołnierzy. W pewnej wsi oddział generała Heinza Guderiana - tego, który szedł na Moskwę - powitały kobiety. Przyniosły "drewniane tace z chlebem, masłem i jajkami i oświadczyły, że nie pójdę dalej, dopóki wszystko nie zostanie zjedzone".
Jednak jeśli ktoś chce zyskać życzliwość ludzi, nie może ich traktować jak przedstawicieli gorszej rasy i kultury. Niemieccy okupanci, gorliwi wyznawcy faszystowskiej ideologii, często brutalnie traktowali "gorszych" Słowian. Była to walka o oczyszczenie świata z "żydowsko-bolszewickiej zarazy". Każdy, kto stanął na ich drodze, musiał zostać zlikwidowany. Słowianie może i byli lepsi niż Żydzi, ale wciąż pozostawali Untermenschen (podludźmi), a nie przedstawicielami rasy aryjskiej.
Niemcy nie mieli żywności dla jeńców. Głodzili ich więc, do momentu aż wyglądali "bardziej jak szkielety zwierząt niż ludzi". W ciągu sześciu miesięcy w niemieckiej niewoli zmarło z głodu ponad 2 miliony jeńców radzieckich. Według niektórych relacji, ich ciał używano do wypełniania dziur w drogach. Za żołnierzami maszerowały szwadrony śmierci, które wyłapywały i mordowały Żydów oraz komunistów.
Jeśli nawet istniała szansa na bunt jakichś antykomunistycznych stronnictw lub radzieckich republik przeciwko ZSRR, została bezpowrotnie stracona. Stalin z kolei spoglądał na masy po ojcowsku. Potrafił zjednoczyć wolę narodu i zmobilizować ojczyznę do walki z brutalną obcą siłą. Radzieccy żołnierze i cywile ruszali na spotkanie z wrogiem z fanatyczną determinacją. Uzbrojona ludność cywilna organizowała ataki na mosty i składy żywności, oraz, zgodnie z rosyjską tradycją wojskową, kiedy konieczny był odwrót, zatruwała studnie, skazując Niemców na odwodnienie i choroby.
Dwudziestego ósmego lipca radzieckie Najwyższe Dowództwo wydało osławiony rozkaz nr 227. "Ani kroku w tył!". Radzieccy żołnierze mieli odpierać Niemców albo ginąć w walce. Na wypadek gdyby nie mogli wykrzesać z siebie dość odwagi, Armia Czerwona stworzyła bataliony karne złożone z tych, którzy okazali się tchórzami. Wysyłano je w najbardziej niebezpieczne miejsca na froncie. Była to armia ludzi, którzy nie mieli nic do stracenia.
Pod koniec sierpnia 1941 roku armia niemiecka odnosiła tak wielkie sukcesy, że Hitler rozkazał generałom przerwać marsz na Moskwę i skręcić na Ukrainę, żeby zdobyć bogate w zboża ziemie. Opóźnienie to miało mieć dla Niemców poważne konsekwencje.
Tajna broń Rosjan, pogoda, znowu miała odwrócić losy wojny. Hitler nie wziął pod uwagę jednej z charakterystycznych cech tamtejszego klimatu, w okresie nazywanym rasputicą, kiedy to ziemia zmienia się w zupę. Chociaż wiedział co nieco na temat nieszczęśliwych przygód Karola XII i Napoleona i spodziewał się wiosennego błota, ale wierzył, że do tego czasu nad Moskwą będzie już powiewała flaga ze swastyką i problem nie będzie go dotyczył. Nie słuchał rad meteorologów, którzy ostrzegali go przed błotnistą jesienią.
Hitler nakazał wznowić marsz na Moskwę 2 października 1941 roku, więc miasto ogłosiło stan pogotowia. Dzień w dzień mieszkańcy Moskwy, w tym starcy i dzieci, kopali długie na 98 kilometrów rowy przeciwpancerne, a nad Teatrem Wielkim i placem Czerwonym zawisły balony zaporowe. "Elementy społecznie ważne" zostały ewakuowane, a trumnę Lenina przewieziono na prowincję. Tymczasem na przedmieściach miasta pojawiły się nowe bataliony z Syberii. Potem Niemcy poznali, czym jest rasputica.
Czołgi zapadły się po osie. Każdy krok kosztował wiele wysiłku. Gruntowe drogi stały się grzęzawiskiem nie do przebrnięcia, potem poddały się nawet żwirówki. Ciężarówki z zaopatrzeniem jakoś się przez błoto przedzierały, ale zostawiały głębokie koleiny. Pojazdy ciągnięte przez konie, ważny element wysiłku wojennego, zatrzymywały się wpół drogi, gdy konie padały wycieńczone, zapadnięte po brzuchy w bagnie.
Siły radzieckie oczywiście również musiały zmagać się z błotem, ale były do tego o wiele lepiej przygotowane. Ich czołgi miały szersze gąsienice i wyższe zawieszenie. Oprócz tego toczyły wojnę defensywną, co oznaczało, że nie zależy im tak bardzo na szybkim przemieszczaniu się.
Rozmiękła ziemia była niemieckim przekleństwem aż do chwili, gdy w listopadzie nastał mróz. Dopiero wtedy najeźdźcy mogli znowu ruszyć na Moskwę. 1 grudnia 6. Dywizja Pancerna znalazła się 24 kilometry od Kremla, ale nocą słupek rtęci spadł do -40 stopni Celsjusza. W tym czasie żołnierze z frontu skontaktowali się z synoptykiem Hitlera, Franzem Bauerem, i powiedzieli mu o skali mrozu. Spytali, czy dalej upiera się przy prognozie, że zima ma być łagodna. "Obserwacje musiały być błędne"- stwierdził Bauer.
Jednak dla żołnierzy sytuacja była bardzo trudna. Takie warunki atmosferyczne powodują pękanie iglic, zamarzanie karabinów maszynowych, śnieg tłumił wybuchy pocisków. Niemieccy żołnierze w letnich mundurach cierpieli z powodu odmrożeń. Drogi, wcześniej nieprzejezdne z powodu błota, teraz zasypał śnieg.
Rosjanie nie byli odporni na mróz, ale mieli o wiele lepsze wyposażenie. Rezerwy zmierzające teraz na front szły prosto z Syberii. Tamtejsi ludzie dorastali w zimnie; co ważniejsze, byli też odpowiednio ubrani. Większość czerwonoarmistów nosiła watowane kurtki i białe stroje maskujące. Wyposażeni byli w czapki z nausznikami i walonki. Natomiast buty żołnierzy piechoty niemieckiej podbijano żelaznymi gwoźdźmi, co jeszcze szybciej prowadziło do odmrożeń.
Hitler musiał nakazać odwrót. Do końca 1941 roku Niemcy cofnęli się o 150 kilometrów od Moskwy. Wtedy stało się jasne, że Blitzkrieg nie sprawdza się w Rosji i Hitler stanął w obliczu długiej wojny pozycyjnej. Aby przetrwać, musiałby zapanować nad polami naftowymi Baku, co zapewniłoby paliwo Niemcom, a armię ZSRR odcięło od źródła surowców. Po drodze wojsko Hitlera miało zagarnąć strategicznie położone nad Wołgą miasto Stalingrad (obecnie Wołgograd). Zajęcie tego miasta stanowiłoby wielki efekt psychologiczny.
W czerwcu 1942 roku wojska niemieckie skierowały się na południe. Podczas łagodnych, letnich miesięcy Niemcy ponownie znaleźli się w swoim żywiole. Z wielkim zapałem zaatakowali Stalingrad. Po bombardowaniach z powietrza w przeważającej części drewniane miasto spłonęło do cna, a z pozostałych zabudowań zostały ruiny. Potem do miasta wkroczyło 100 tysięcy Niemców - dwukrotnie więcej, niż liczył kontyngent radziecki.
"Rosjanie są skończeni!", ogłosił nieco przedwcześnie Hitler. Jeszcze raz nie docenił zawziętości i uporu narodu walczącego o przetrwanie własnego państwa i kultury, znów zlekceważył też rosyjską zimę.
Dwudziestego siódmego sierpnia generał Gieorgij Żukow awansował na zastępcę głównodowodzącego, podległego bezpośrednio Stalinowi. Planował uśpić czujność Niemców fałszywym poczuciem bezpieczeństwa, osłabiać ich "czynną obroną", a zyskany czas wykorzystać na potajemne przygotowanie się do ogromnego kontrataku. Czas i tajemnica miały tu decydujące znaczenie. Przez następne dwa miesiące Żukow ukradkiem przerzucał wielkie masy ludzi i sprzętu na pozycje na wschód od Stalingradu. Niemałą rolę odegrała tu pogoda, która nie pozwalała na regularne loty rozpoznawcze.