Rozdział 1
Emily Ackerman nuciła, kiedy była zdenerwowana. Nie jakąś konkretną piosenkę, po prostu pierwszą lepszą melodię, jaka wpadła jej do głowy. Tym razem była to It Had to Be You w interpretacji Harry'ego Connicka Juniora ze starego filmu Kiedy Harry poznał Sally. Ulubionego filmu mamy.
Skoczna melodia tańczyła w jej myślach, gdy Emily zamknęła oczy i udawała, że jest gdziekolwiek, byle nie na promie z Hyannis do Nantucket. Udawała przez całe życie, a od dziesięciu lat podróżowała po świecie - dlaczego to takie trudne?
Odchyliła w tył głowę, myśląc tylko o tej piosence - o aksamitnym, zmysłowym głosie Harry'ego - lecz zamiast się wyciszyć, jej umysł skupił się wokół pewnego wspomnienia. Matka tańcząca na "ich" plaży, śpiewająca na całe gardło It Had to Be You, podczas gdy Emily zanurzała stopy w chłodnym piasku i śmiała się z tych wygłupów.
Emily otworzyła oczy i ujrzała przed sobą wpatrzonego w nią ciemnowłosego chłopca o wielkich brązowych oczach.
- Hałasujesz - oznajmił.
- Andrew, to niegrzeczne. - Matka otoczyła chłopca ramieniem i przyciągnęła go do siebie. - Najmocniej przepraszam. Pracujemy nad manierami.
Emily uśmiechnęła się do dziecka.
- Przepraszam. Czasem pogrążam się we własnym świecie.
- Ja też - zawtórował Andrew. - Mam zmyślonego przyjaciela, na imię ma Kenton.
Emily wytrzeszczyła oczy.
- Ja też miałam w dzieciństwie zmyśloną przyjaciółkę! - Starała się sprawiać wrażenie bardziej podekscytowanej, niż była w rzeczywistości. Jest aktorką. To nie takie trudne.
A jednak z jakiegoś powodu poczuła wewnętrzną pustkę.
- Mama mówi, że ludzie pomyślą, że brak mi piątej klepki, jeśli nie przestanę do siebie gadać.
Matka chłopca ścisnęła go za ramię.
- Andrew, zostawmy tę miłą panią w spokoju.
Panią? Emily wiedziała, że po przekroczeniu trzydziestki zaczyna się równia pochyła, ale gdy ludzie zaczynają zwracać się do ciebie per pani, możesz równie dobrze zapisać się do klubu emeryta.
- Jestem Andrew - ciągnął chłopiec. Spojrzał na matkę i mrugnął. - Widzisz? Znam maniery. - Po czym zwrócił się ponownie do Emily. - A teraz ty powiedz, jak się nazywasz.
- Emily.
- Mama mówi, że nie powinienem zwracać się do dorosłych po imieniu.
- Aha. - Emily zerknęła na matkę chłopca, której mina wyrażała mieszaninę rozbawienia i skruchy. - W takim razie możesz mówić mi pani Ackerman.
- Pani Ackerman - rzekł Andrew. - Miło mi panią poznać.
Emily uznała, że lubi tego chłopca. Miała nadzieję, że wraz z wiekiem nie straci on swojego wdzięku, a jeszcze bardziej liczyła na to, że zachowa naturalność i szczerość. Tylu znanych jej mężczyzn było zaprzeczeniem tych cech. Nie spotkała ani jednego, przy którym warto byłoby zostać na dłużej.
Zwłaszcza nie przy Maxie, który - i była o tym głęboko przekonana - przez cały czas trwania ich związku nie powiedział ani jednej szczerej rzeczy. Nie żeby miało to jakieś znaczenie. Przestrzegane przez Emily zasady zostały ustanowione po to, żeby chronić ją przed nadmiernym zaangażowaniem. Nigdy nie tkwiła w związku na tyle długo, by dowiedzieć się, czy motywy mężczyzny były nieczyste - po trzech miesiącach brała nogi za pas. Max przeżył ich rozstanie bardziej, niż się spodziewała. Nawet płakał.
Eh... Na samo wspomnienie czuła się jak kawał drania.
Westchnęła. A już szło jej tak dobrze. Dlaczego musiała zacząć myśleć o Maxie?
Żal powrócił, czuła, jak na wspomnienie o nim rumienią się jej policzki. Może naprawdę ją kochał? Może powinna była dać mu szansę?
Nie. Wzięła sobie do serca radę mamy, jak to robiła we wszystkich sprawach, ale zwłaszcza w sercowych. W końcu mama wiedziała co nieco o miłosnych zawodach.
Angażuj się z pasją na różnych polach, ale w sprawach serca pamiętaj o rozwadze. Twoje serce to nie przedmiot, którym szafuje się swobodnie i bez namysłu. Należy chronić je za wszelką cenę, by mieć pewność, że nie zawali Ci się nagle cały świat. Posłuchaj mnie, Emily. Wiem, co mówię.
Emily bezwiednie wsunęła rękę do swojej torebki i dotknęła miękkiej, sfatygowanej okładki książeczki z listami. Była jedyną rzeczą, z którą nigdy nie rozstawała się podczas podróży.
Choć nie znała szczegółów, wiedziała, że Isabelle Ackerman zaznała w życiu wielkiego miłosnego zawodu. Żałowała, że mama nie zdołała pogodzić się z tym przed śmiercią.
W wielu kwestiach listy ograniczały się do ogólników, ale nie w tej. Tu nie musiała zachodzić w głowę, co powiedziałaby matka - Isabelle znalazła sposób na przekazanie swojej jedynej córce tego przesłania, zaś Emily skwapliwie z niego skorzystała.
Jej serce było bezpieczne. Gdy ktoś za bardzo się zbliżał - a czasem tak bywało - wiedziała, że pora wiać. Należało uciekać także wtedy, gdy czuła, że zaczyna za bardzo kogoś lubić, a tak właśnie stało się z Maxem. Był czarujący, przystojny, zamożny i Emily zdawała sobie sprawę, że gdyby nie zachowała ostrożności, przekonałaby samą siebie, że warto złamać dla niego zasady.
Na szczęście zmądrzała, nim jej serce doznało trwałego uszczerbku.
W jej życiu było dość zniszczeń, z którymi musiała się zmagać, i niestety za żadne z nich nie ponosił winy ani Max, ani ktokolwiek inny. Znalazła się w takiej, a nie innej sytuacji przez własne głupie błędy - bez grosza przy duszy i w rozsypce. Nienawidziła tego uczucia.
Kompletna porażka. Oto, czym jest jej życie.
Kiedy skończyła pisać sztukę, wierzyła w jej powodzenie. Dostrzegała w niej ogromny potencjał i nic nie mogło odwieść jej od tego zamiaru - nawet odrzucenie scenariusza przez kilku znanych reżyserów, którzy nie chcieli mieć z tym projektem nic wspólnego. Nie pozostawili jej innego wyboru, jak tylko wyprodukować i wyreżyserować spektakl własnymi siłami.
Powinna była posłuchać. Nie powinna była się porywać na tak duże przedsięwzięcie. Ale nie posłuchała. Utopiła w tym spektaklu wszystko, co miała.
Włożyła weń krew, pot i łzy - a także, i owszem, większość pieniędzy, które pozostały jej z funduszu powierniczego. Kiedy więc po premierze dostała koszmarne recenzje ("Chaotyczna katastrofa, w której nie wiadomo, o co chodzi") i sztuka zeszła z afisza po dwóch tygodniach, nie zostało jej nic prócz niezapłaconych honorariów oraz upokarzającej zawodowej porażki.
Postawiła, można by rzec, na niewłaściwego konia. Spektakl zapowiadał się znakomicie - była absolutnie pewna, że okaże się wielkim sukcesem. Jakże się myliła.
Co gorsza, cały teatralny świat wiedział o jej klęsce. W magazynie Backstage ukazał się długi artykuł. Coś w rodzaju opowieści ku przestrodze.
Reżyserski debiut dawnej dziecięcej gwiazdy najgorszym debiutem roku.
Mogła jedynie pocieszać się faktem, że jej dziadkowie nie czytali Backstage.
Pomyślała sobie, że śmierć dziadka pod jednym względem okazała się błogosławieństwem: nigdy się nie dowiedział, że straciła wszystko przez kiepskie decyzje zawodowe czy też twórcze przedsięwzięcia o krótkim żywocie. Nigdy się nie dowiedział, jak niekompetentna jest jego wnuczka, choć przecież przez długie lata obserwowała, jak dzięki smykałce do interesów zarabia się miliony.
Ale to już przeszłość.
Siedząc na promie obok Andrew, swojego nowego przyjaciela, zacisnęła powieki i próbowała nie myśleć o Maxie, porażkach, dziadkach oraz pustym koncie bankowym.
Nie wiedziała, o której z tych rzeczy najtrudniej będzie jej zapomnieć. Wszystkie nieustannie absorbowały jej uwagę o każdej porze dnia. Przypuszczała, że tak się dzieje, kiedy człowiek sięgnie dna. Zmarnowała mnóstwo czasu na ponowne przeżywanie własnych błędów, na próby ustalenia, czy można było jakoś je odkręcić, by wrócić na właściwy kurs.
Jak dotąd nie trafiła na żadne wskazówki, jakoby takie rozwiązanie istniało. Wiedziała jedynie, że kiedy znajdziesz się na dnie, byłoby miło, gdyby ktoś podał ci rękę i wyciągnął cię na powierzchnię.
Nikt nie zaoferował jej pomocnej dłoni i może właśnie to było najgorsze.
- Znów pani nuci - odezwał się Andrew. Szczery Andrew o wielkich brązowych oczach.
- Andrew, tylko nie wyrośnij na palanta, dobrze? - rzuciła w roztargnieniu Emily.
Matka chłopca zmarszczyła czoło.
- Przepraszam - powiedziała Emily. - Czasem mówię niestosowne rzeczy.
- Kenton też tak robi. Kiedyś przez cały dzień opowiadał o kupie. - Chłopiec miał śmiertelnie poważną minę, tak że Emily nie mogła się nie roześmiać. - Jak ma na imię pani wymyślona przyjaciółka? - zapytał z uśmiechem.
- Prawie jej już nie widuję. Ale miała na imię Kellen.
- Kellen - powtórzył Andrew. - Kellen i Kenton. Założę się, że się przyjaźnią.
- Zapytaj go o to przy najbliższej okazji, dobrze? - poprosiła, odwzajemniając uśmiech.
Tak cudownie gawędziło się jej z Andrew, że nawet nie zauważyła, jak prom zwalnia i przybija do portu.
Gdyby wystarczająco mocno zamknęła oczy, mogłaby sobie niemal wyobrazić, że przyjechała na Nantucket jako turystka. Gdyby powstrzymała błądzące myśli, mogłaby niemal uwierzyć, że to jej pierwsza wizyta w tym miejscu, że po raz pierwszy widzi na własne oczy to, co dotychczas widywała tylko na zdjęciach: brukowane uliczki, szare domy w stylu shaker, przed którymi rosną bujne krzewy fioletowoniebieskich hortensji, rzędy kolorowych vesp do wynajęcia, latarnie morskie wabiące znużonych podróżnych, by odpoczęli na wyspie.
Wyspa obiecywała wiele, lecz nie dotrzymywała obietnic.
Ileż Emily by dała, żeby była to jej pierwsza wizyta.
Ale tak nie jest, prawda?
Zajrzała do dużej torby, w której upychała wszystkie potrzebne rzeczy, łącznie z książeczką listów zebranych na chybił trafił, sfatygowaną po latach wertowania. Czasem wystarczyło jej dotknąć, by poczuć bliskość matki.
Jednak gdy położyła dłoń na podniszczonej, ręcznie zdobionej okładce, nawet mama wydawała się daleko. Jak gdyby wyrwano ją z książeczki w chwili, gdy na horyzoncie ukazała się wyspa. Jak gdyby nawet matka chciała zapomnieć.
Wszędzie wokół pasażerowie promu zbierali swoje bagaże, nie mogąc się doczekać rozpoczęcia sezonu na wyspie. Emily nie ruszyła się z miejsca, oszołomiona i jakby lekko chora po morskiej podróży. A może nudności nie miały nic wspólnego z kołysaniem statku.
Gdyby była sprytna, potraktowałaby przyjazd na wyspę Nantucket jak oderwanie plastra z rany. Jedno błyskawiczne szarpnięcie i po płaczu.
Gdyby...
- Wysiada pani, co nie? - Andrew wyrósł tuż przed nią, z czerwono-żółtym dziecięcym plecaczkiem na ramionach i w czerwonej czapce z daszkiem, która miała ujarzmić niesforne włosy w kolorze czekolady.
- Właśnie się zastanawiam - odparła Emily z uśmiechem.
- Lubi pani to miejsce, co nie?
Oj. Podchwytliwe pytanie. Cóż ma odpowiedzieć dzieciakowi? Że wyspa okradła ją ze wszystkiego i że wróciła tu wyłącznie z braku innego wyboru? Matka chłopca prawdopodobnie wezwałaby policję.
- Tak, jest cudowne - przyznała wreszcie. Nie skłamała, ani trochę. Nantucket naprawdę było cudowne. Przynajmniej dla innych.
- Uwielbiam tu przyjeżdżać - oznajmił Andrew. - Proszę. - Wyciągnął piąstkę i nią potrząsnął.
Podstawiła dłoń, na którą wypadł gładki biały kamyk.
- Znalazłem go latem na plaży. - Andrew wyszczerzył zęby. Zauważyła wtedy, że lada chwila wypadnie mu jeden przedni. - Niech go pani weźmie.
Nim zdążyła zaprotestować, mama pociągnęła chłopca za rękę. Obejrzał się i pomachał jej na pożegnanie. Przez ułamek sekundy Emily poczuła ból w sercu. Mama Andrew była prawdopodobnie młodsza od niej. Miała ślicznego synka i zapewne oddanego męża, który gdzieś tam na nią czeka. Takie życie nigdy nie pociągało Emily, w tej jednak chwili - przelotnej - ścisnął się jej żołądek.
Ale nie ma czasu na smutki, trzeba wysiadać z promu. Chwyciła walizkę, torebkę oraz dużą torbę wypchaną kosmetykami, zdrowymi batonami (żeby nie jeść byle czego), jagodami oblanymi gorzką czekoladą (ponieważ od czasu do czasu można zjeść coś niezdrowego), dwiema książkami i całą resztą, która nie zmieściła się do walizki.
Ruszyła do wyjścia i głęboko zaczerpnęła powietrza.
Dam radę.
Powtarzała sobie tę mantrę przez tyle miesięcy, że słowa utraciły już znaczenie. W zasadzie utraciły je już dawno, ponieważ kiedy zwrot się przyjmuje i zdobywa popularność, traci na wartości. Pewnie każdy trener fitnessu w Ameryce wykrzykiwał te słowa przy czternastym powtórzeniu szczególnie wymagającego ćwiczenia.
Ale ona naprawdę dawała radę. Od jedenastego roku życia.
Emily stała na nabrzeżu i ponownie wciągnęła w nozdrza słonawe powietrze, a lekki zapach ryb przypomniał jej, że nie wszystko nad oceanem jest cudowne. Z pewnością nie.
Uszczypnęła się w nos i zmusiła do ruszenia naprzód. Nie po to przejechała taki szmat drogi, by teraz stchórzyć, a poza tym jaki miała wybór?
Czasem żałowała, że Nantucket było dla niej stracone. Kolejna skarga, którą mogłaby dołożyć do sterty innych. Gdyby się nie pilnowała, uzbierałaby ich tak wiele, że zamieniłaby się w jedną z tych zrzędliwych, wiecznie skrzywionych starych kobiet, jak kreskówkowa Maxine z kartek Hallmarku.
Albo jak jej własna babcia.
Nie, ona się taka nie stanie. Nie Emily Ackerman. Nie dziewczyna, która szukała wszędzie rozrywki (i zwykle ją znajdowała). Nie ona, ten wolny duch, wędrowiec, który występował w teatrach całego świata, który ma więcej znajomych, niż jest w stanie zliczyć, i doskonale wie, jak obrócić każdą podróż w przygodę.
Bo to przecież tylko kolejna podróż, zgadza się? Mniejsza o to, że tym razem celem nie jest rozrywka. Ta podróż to dla niej druga szansa - i nie może jej zaprzepaścić. Postawienie sprawy w ten sposób z pewnością psuje wszelkie plany zabawy.
Ciągnęła za sobą walizkę, świadoma, jakie to żałosne, że w wieku trzydziestu jeden lat może zmieścić niemal wszystko, co dla niej ważne, do jednej walizki - i to wcale nie tej największej z kompletu, który przysłała jej babcia dziewięć lat temu, kiedy Emily kończyła college.
Westchnęła i popłynęła dalej ze strumieniem pieszych turystów wylewających się z promu na ulicę. Kiedy była mała, czekała na tę chwilę przez cały rok - na ten moment, gdy jej klapki dotkną bruku, na moment, gdy wysiądą z mamą w Nantucket.
Tak wiele się zmieniło.
Obserwując, jak czerwono-żółty plecak Andrew znika w tłumie, szybko pomodliła się w duchu, by dni na wyspie upływały mu na samych przyjemnościach - pałaszowaniu homarów i smażonych ryb oraz gigantycznych lodów w rożkach z Juice Baru, na pławieniu się w słońcu na plaży Jetties.
Życzyła mu tych wszystkich przyjemności, których oddawałaby się sama, gdyby wiele lat temu Nantucket nie zostało dla niej stracone.
I nagle nie była już taka pewna, czy rzeczywiście da radę.
W każdym razie miała zamiar się przekonać.