Wielkie szanse otworzyły się przed Armią Północnej Wirginii, kiedy 4 września 1862 roku ruszyła przez bród na Potomaku, 55 kilometrów w górę rzeki od Waszyngtonu. Odkąd trzy miesiące wcześniej generał Robert E. Lee przejął dowodzenie tą armią, zatrzymał impet zwycięstwa Unii, które w maju wydawało się nieuniknione. W tamtym czasie Armia Potomaku stała zaledwie 8 kilometrów od Richmond, szykując się do zajęcia stolicy Konfederacji. Po serii trwających od czterech miesięcy militarnych sukcesów Północy, które pozwoliły jej opanować 160 tysięcy kilometrów kwadratowych terytorium Konfederacji w Wirginii, Tennessee, dolinie Missisipi i w innych miejscach, upadek Richmond mógł doprowadzić do końca Konfederacji. Jednak Lee wszczął serię kontrofensyw, zmieniając przebieg wojny. Jego wojsko odepchnęło siły Unii od Richmond w bitwie siedmiodniowej (25 czerwca - 1 lipca), a następnie przeniosło działania do północnej Wirginii, gdzie wygrało bitwy pod Cedar Mountain (9 sierpnia), drugą bitwę pod Manassas (29-30 sierpnia) i Chantilly (1 września). Zniechęcone wojsko Unii wycofało się za umocnienia Waszyngtonu, liżąc rany.
Niespodziewany odwrót wywołał upadek morale na Północy. "Poczucie przygnębienia jest wszechogarniające", zanotował czołowy demokrata z Nowego Jorku po bitwie siedmiodniowej. Jego słowa powtórzył nowojorski republikanin, który napisał w swoim dzienniku o "najgorszym dniu od czasu [pierwszej] bitwy nad Bull Run [...]. Sytuacja wygląda katastrofalnie [...]. Trudno zachować mi gorącą wiarę w triumf państwa i prawa". W reakcji na ten upadek ducha na Północy prezydent Abraham Lincoln ubolewał w prywatnej korespondencji: "To wręcz nieprawdopodobne, że seria sukcesów ciągnąca się przez pół roku oraz zdobycie ponad stu tysięcy mil kwadratowych terytorium tak niewiele nam pomogły, tymczasem jedno połowiczne zwycięstwo [bitwa siedmiodniowa] uderzyło w nas tak mocno".
Nieprawdopodobne czy nie, stało się faktem. Pokojowe skrzydło Partii Demokratycznej nasiliło ataki na politykę Lincolna zmierzającą do przywrócenia Unii przez wojnę. Nazywani przez republikanów nielojalnymi "mokasynami"2, pokojowi demokraci upierali się, że armie Północy nigdy nie podbiją Południa i że rząd powinien dążyć do rozejmu oraz negocjacji pokojowych. Sukcesy militarne Konfederacji z lata 1862 roku wspierały te argumenty. A jeszcze gorsze dla administracji Lincolna dopiero miało nadejść. Zachodnie armie Konfederacji, które zostały pokonane w każdej kampanii i bitwie od stycznia do czerwca 1862 roku, w lipcu przegrupowały się i przeprowadziły w sierpniu oraz we wrześniu serię rajdów kawalerii i ofensywy piechoty, które również na swoim terenie działań doprowadziły do szokującego odwrócenia sytuacji. Gdy Armia Północnej Wirginii przeszła przez Potomak do Marylandu, armie konfederatów w Tennessee wszczęły kontrofensywę z dwóch stron, odzyskały wschodnią połowę stanu, przeniosły walki do Kentucky, gdzie zajęły stolicę, Frankfort, i przygotowały się do wprowadzenia tam gubernatora Konfederacji.
Jednak zamiast poddać się i negocjować pokój, Lincoln oraz Kongres Republikański dramatycznie zintensyfikowali wojnę. Lincoln powołał 300 tysięcy dodatkowych ochotników na trzy lata. Kongres wydał ustawę, która wymagała od stanów utworzenia określonej liczby oddziałów milicji na dziewięć miesięcy, i nakreślił plan wyrównania braków w kontyngentach stanowych. Tego samego dnia (17 lipca) Lincoln podpisał akt konfiskaty, który uwalniał niewolników będących własnością nielojalnych panów (czyli konfederatów).
Południowe stany oddzieliły się i ruszyły na wojnę, by bronić niewolnictwa. Niewolnicy stanowili podstawową siłę roboczą w gospodarce Południa. Tysiące niewolników budowały fortyfikacje, przewoziły zapasy i wykonywały prace fizyczne dla armii konfederatów. Od początku radykalni republikanie naciskali na wprowadzenie polityki emancypacji, żeby uderzyć w serce rebelii oraz doprowadzić do przeciągnięcia niewolników i robotników konfederatów na stronę Unii.
Latem 1862 roku Lincoln przychylił się do tego stanowiska. Ale dopóki tylko było to możliwe, prezydent pragnął samodzielnie kontrolować emancypację. 22 lipca poinformował gabinet, że postanowił wykorzystać swoje kompetencje naczelnego dowódcy i przechwycić własność wroga, by wydać deklarację emancypacji. Lincoln powiedział, że emancypacja stała się "militarną koniecznością, absolutnie zasadniczą dla zachowania Unii. Musimy uwolnić niewolników, albo sami popaść w zniewolenie [...]. Należy podjąć zdecydowane i zakrojone na szeroką skalę środki [...]. Niewolnicy [są] niewątpliwie elementem siły dla tych, którzy korzystają z ich usług, i musimy zdecydować, czy element ten znajdzie się po naszej stronie, czy wystąpi przeciwko nam". Większość członków gabinetu zgodziła się, ale sekretarz stanu William H. Seward radził odłożyć deklarację "do czasu, kiedy będziecie mogli dać ją krajowi z poparciem sukcesu wojskowego". W przeciwnym wypadku świat może to uznać za "ostatnią deskę ratunku wyczerpanego rządu, wołanie o pomoc [...], nasz ostatni okrzyk, odwrót".
Lincoln zgodził się schować deklarację do szuflady, żeby poczekała tam na korzystniejszą sytuację na polu bitwy. Niestety, ta ciągle się pogarszała, a armie wroga kontynuowały operacje w Marylandzie i Kentucky, dwóch nadgranicznych stanach, które najwyraźniej dojrzały do przejścia na stronę Konfederacji. Morale na Północy dalej spadało. "Państwo właśnie gwałtownie tonie - napisał pamiętnikarz z Nowego Jorku. Stonewall Jackson3 (nasz narodowy postrach) zamierza zaatakować Maryland siłą 40 tysięcy. Przebieg linii walk grozi naszym posiadłościom w Missouri i Kentucky [...]. Rozczarowanie obecnym rządem jest niemal powszechne".
Demokraci mieli nadzieję wykorzystać nadchodzące wybory do Kongresu. Republikanie obawiali się tej perspektywy. "Po półtora roku walk - napisał jeden z nich - trwonienia krwi i pieniędzy, okaleczeń i śmierci tysięcy nie poczyniliśmy żadnych widocznych postępów w tłumieniu rebelii [...], a ludzie pragną jakiejś zmiany". Republikańska większość w izbie była bezradna. Nawet strata miejsc w przyszłorocznych wyborach mogła wyeliminować tę większość. A rok 1862 nie był zwyczajnym rokiem. Z najeźdźcami Konfederacji w stanach granicznych, demokraci wydawali się pewni przejęcia kontroli nad izbą dzięki swojemu programowi dążenia do rozejmu i negocjacji pokojowych.
Robert E. Lee miał pełną świadomość tej możliwości. Był to jeden z czynników, który przyśpieszył jego decyzję o ataku na Maryland, pomimo słabej kondycji fizycznej i logistycznej armii po dziesięciu tygodniach nieprzerwanego marszu i walki, która kosztowała Konfederację 35 tysięcy ofiar i tysiące dezercji. "Obecna sytuacja - napisał Lee do Jeffersona Davisa 8 września ze swojej kwatery koło Frederick w stanie Maryland - stawia nas w odpowiedniej pozycji [...], by zaproponować [rządowi amerykańskiemu] uznanie naszej niezależności". Taka "propozycja pokojowa - podkreślił Lee - umożliwi obywatelom Stanów Zjednoczonych w nadchodzących wyborach decyzję, czy poprą tych, którzy dążą do przedłużenia wojny, czy tych, którzy chcą ją zakończyć".
Lee nie wspomniał w tym liście o konsekwencjach swojej inwazji dla polityki zagranicznej. Ale on i Davis byli ich świadomi. Przewidywany "głód bawełniany" wreszcie się zaczął i poważnie nadszarpnął brytyjski i francuski przemysł tekstylny. Koniec wojny uruchomiłby na nowo wymianę z zagranicą i przyniósł świeże dostawy bawełny z Południa. Potężni przywódcy i większe części społeczeństw obu tych krajów sympatyzowały z Konfederacją. Francuski cesarz Napoleon III rozważał dyplomatyczne uznanie dla Konfederacji, ale nie chciał podjąć tej inicjatywy bez współpracy ze stroną brytyjską.
Kiedy w pierwszej połowie 1862 roku wojna zdawała się przechylić szalę na korzyść Północy, zagraniczne rządy odcięły się od wszystkich jawnych kontaktów z Konfederacją. Ale gdy do Paryża dotarły wieści o bitwie siedmiodniowej, Napoleon poinstruował swojego ministra spraw zagranicznych: "demandez au gouvernement anglais s'il ne croît pas le moment venu de reconnaître le Sud" ("proszę spytać angielski rząd, czy nie uważa, że nadszedł czas uznać Południe").
[...]