Gdy życie zsyła hipopotama - Annette Bjergfeldt

Kup ebooka

45.00 zł
37.35 zł (31,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Epoka cudów

Epoka cudów

Kiedy Filippa umarła po raz pierw­szy, Olga i ja wła­śnie skoń­czy­ły­śmy sie­dem lat.

Nasza star­sza sio­stra nagle stra­ciła przy­tom­ność, wpa­dła w dziurę w cza­sie i cichutko, na palusz­kach, wkro­czyła w jasne świa­tło po dru­giej stro­nie. Wokół niej kłę­biły się nie­skoń­czone rzędy dusz, a ona była jedną z nich.

Moja matka wezwała księ­dza z cer­kwi Alek­san­dra New­skiego przy ulicy Bred­gade. Różańce, tra­dy­cyjne śpiewy i resztę rodziny - wszystko to wci­śnięto do pokoju Filippy w domu przy ulicy Paler­mo­vej. Olga, moja sio­stra bliź­niaczka, usia­dła na łóżku; pła­kała. Jej oczy zro­biły się jesz­cze bar­dziej zie­lone niż zwy­kle. U wez­gło­wia, w szla­froku zala­tu­ją­cym piklami, stała nasza rosyj­ska bab­cia Warinka.

Ni­gdy nie doświad­czy­łam niczego nad­przy­ro­dzo­nego, więc waha­łam się mię­dzy uczu­ciem głę­bo­kiej zazdro­ści, że Bóg woli towa­rzy­stwo Filippy, a stra­chem, że utra­ci­łam sio­strę na zawsze.

Nie wiem, co ją przy­wró­ciło do życia - czy był to zapach pikli, reli­gijne zaśpiewy, czy może ręce Papy, ale kiedy ponow­nie otwo­rzyła oczy, leżała w jego ramio­nach.

- To cud! - zawo­łała Olga.

- Tak... - szep­nęła moja matka. - Otwórz okno! Twoja sio­stra potrze­buje świe­żego powie­trza!

Po czym padła na kolana i dzię­ko­wała batiuszce. A on jesz­cze raz pobło­go­sła­wił Filippę, scho­wał róża­niec i wyszedł z pokoju. Zer­k­nę­łam z ukosa na bab­cię, która przez cały czas nie zaszczy­ciła swo­jego rodaka ani jed­nym spoj­rze­niem. Cała ta gadka o Bogu, uwa­żała Warinka, była bez­sen­sowna, banalna i miałka. Stek bzdur, nic wię­cej.

- Kakaja łoż! Co za bred­nie! - rzu­ciła.

Jeśli w ogóle poja­wiały się jakieś duchy, igno­ro­wała je. Nawet nasze nocne sny uwa­żała za mętne popłu­czyny aktyw­no­ści mózgu.

- Śnisz tylko wtedy, gdy poprzed­niej nocy zjesz kro­kieta z kiszoną kapu­stą! - mówiła.

Więk­szość krew­nych babci znik­nęła gdzieś za rzą­dów cara, Lenina i Sta­lina. Epokę cudów Warinka zde­cy­do­wa­nie zali­czała do prze­szło­ści.

*

Moja bab­cia Warinka Sowal­ska uro­dziła się w 1900 roku w pod­upa­dłym rodzin­nym cyrku na błot­ni­stym polu na wschód od Sankt Peters­burga.

Na wła­sne oczy prze­ko­nała się, że magia jest ilu­zją, lecz szko­liła się w niej nie­stru­dze­nie, aby prze­trwać jesz­cze jeden dzień i jesz­cze jeden... Konie cyr­kowe poty­kały się o wła­sne kopyta, gdy kłu­so­wały wokół zim­nej areny, a od kon­fe­ran­sjera, mojego pra­dziadka Igora, zala­ty­wało wódką i kobie­tami o podej­rza­nej repu­ta­cji. Arty­ści z chę­cią roz­po­czę­liby strajk gło­dowy, ale jaki to miało sens, skoro i tak pra­wie nie mieli co jeść.

Jedyną nadzieją na przy­cią­gnię­cie tłu­mów do inte­resu był hipo­po­tam, któ­rego w przy­pły­wie mega­lo­ma­nii ojciec Warinki spro­wa­dził do Peters­burga stat­kiem w 1914 roku. Cyrk Sowal­skiego jak zwy­kle tra­fił w nie­wła­ściwy moment, więc hipo­po­tam poja­wił się w trak­cie strajku gene­ral­nego.

*

Tak naprawdę to mój pra­dzia­dek zamó­wił sło­nia. Z pol­skiego zoo, które - jak mawiała Warinka - wyprze­da­wało swe zwie­rzęta szyb­ciej niż szcza kobyła. Wszystko zostało zapla­no­wane. W Gdań­sku słoń miał być zapa­ko­wany na sta­tek, a gdy cały towar znaj­dzie się w ładow­niach, miał popły­nąć do portu cargo w Sankt Peters­burgu i tam zostać ode­brany przy kei numer 26.

Od mie­sięcy Igor nie mówił o niczym innym, tylko o zbli­ża­ją­cym się Sło­niu. Sło­niu przez wiel­kie S. O tym, że gdy tylko się pojawi, wszystko będzie wspa­niałe. O gro­ma­dzą­cych tłumy sztucz­kach, które oso­bi­ście wykona z tym nie­zwy­kłym stwo­rze­niem. Kasa będzie pękać w szwach. Już ni­gdy wię­cej nie pójdą spać głodni. To była ich wielka szansa.

Wresz­cie nad­szedł ten dzień, gdy sta­tek wio­zący Sło­nia miał przy­być do portu. Mój pra­dzia­dek zabrał ze sobą Warinkę i bar­czy­stą Swie­tłanę. Swie­tłanę, która miała siłę atlety i potra­fiła pro­wa­dzić cię­ża­rówkę. Igor stał pełen ocze­ki­wań, mru­żąc w słońcu oczy, gdy sta­tek cumo­wał pod bez­chmur­nym nie­bem. Drew­nianą skrzy­nię powoli unie­siono z ładowni i opusz­czono z gór­nego pokładu.

- My żdiom Słona! Cze­kamy na Sło­nia! Widzi­cie? - Igor puszył się przed gapiami, wszel­kiej maści dniów­ka­rzami i węszą­cymi za pracą mary­na­rzami.

Skrzy­nia wciąż wisiała w powie­trzu, a napię­cie rosło.

Wkrótce stało się jasne, że coś jest nie w porządku.

Skrzy­nia wyglą­dała na mniej­szą i... mniej­szą, im bli­żej była ziemi.

- Słoń skur­czył się w pra­niu - sar­kała Warinka za każ­dym razem, gdy pro­si­ły­śmy ją z Olgą, aby opo­wie­działa tę histo­rię.

Gdy wresz­cie Swie­tłana otwo­rzyła o wiele, wiele za małą skrzy­nię, oczom zebra­nych uka­zał się sza­ro­bury hipo­po­tam z małymi różo­wymi uszkami, otwartą pasz­czą o gigan­tycz­nych zębach i nie­zwy­kle śmier­dzą­cym kwa­śnym odde­chu.

Igor splu­nął, zaklął i kop­nął w skrzy­nię, prze­kli­na­jąc całą Pol­skę, a gdań­skie zoo w szcze­gól­no­ści. Po czym padł wyczer­pany i przy­glą­dał się hipo­po­ta­mowi, który z nadzieją wysta­wił łeb ze skrzyni.

Mój pra­dzia­dek się­gnął do kie­szeni mary­narki po pier­siówkę, lecz była pusta. Kapi­tana portu, który wcze­śniej wysłu­chał wszyst­kich super­la­ty­wów o zbli­ża­ją­cym się Sło­niu, zdjęła litość. Wyjął wła­sną flaszkę wódki i dał się napić wła­ści­cie­lowi cyrku.

Po pięt­na­stu minu­tach trwogi Igor odzy­skał rezon.

- Warinko! Swie­tłano! Sło­nie są prze­ce­niane. Tri­wial­nyje! Zaur­jad­nyje! Banalne! Zwy­czajne! Wszę­dzie je można zna­leźć. Cyrk Cini­sel­lego ma ich po dziurki w nosie. Lecz hipo­po­tam! Tego nie ma nikt.

Warinka i Swie­tłana patrzyły na niego w mil­cze­niu.

Cię­ża­rówka, która miała zabrać hipo­po­tama z nad­brzeża, nie zapa­liła. I tak sło­neczny dzień, który pięk­nie roz­po­czął się marze­niami o Sło­niu przez wiel­kie S, koń­czył się, gdy Igor, Warinka i Swie­tłana, porzu­ciw­szy cię­ża­rówkę, drep­tali długą drogą przez Sankt Peters­burg z cuch­ną­cym hipo­po­ta­mem na holu. Całą drogę do Cyrku Sowal­skiego.

- Tak się przy­ciąga uwagę, moje damy. Dosko­nała reklama! - powta­rzał Igor, gdy wszy­scy się na nich gapili.

Prze­chod­nie śmiali się, krę­cili z nie­do­wie­rza­niem gło­wami lub iro­nicz­nie przy­ty­kali palce do cza­pek.

- Pocze­kaj­cie tylko. Publika będzie się do nas ści­gać! Sta­niemy się więksi niż Cini­selli!

Oczy­wi­ście nie stali się; musi­cie jed­nak przy­znać mojemu pra­dziad­kowi, że miał dar uka­zy­wa­nia pora­żek jako darów losu spa­da­ją­cych z nieba. Ten mega­lo­man doma­gał się płasz­cze­nia i podziwu zawsze, gdy powi­nęła mu się noga.

W następ­nym tygo­dniu Warinka obe­szła sąsied­nie ulice, nakle­ja­jąc pla­katy z hipo­po­ta­mem w tłu­mie anar­chi­stów, wci­ska­ją­cych pra­cow­ni­kom fabryki pro­pa­gandę i krwi­sto­czer­wone sztan­dary.

W tym samym roku wybu­chła pierw­sza wojna świa­towa. Car stłu­mił bunt pod­da­nych i zmie­nił nazwę sto­licy na brzmiącą bar­dziej nacjo­na­li­stycz­nie - Pio­tro­gród.

Warinka jed­nak pra­wie nie zauwa­żyła żad­nego z tych wyda­rzeń, gdyż pod koniec sezonu poja­wił się w jej życiu młody karzeł Wadim, który dołą­czył do ich trupy. We dwoje zaczęli wspól­nie tre­so­wać hipo­po­tama. Wadim, eks­pert od salt i sko­ków na tram­po­li­nie, z łatwo­ścią wyko­rzy­stał zwie­rzę w swoim poka­zie. Gdy wojna pusto­szyła Europę, ta trójka stała się nie­roz­łączna. Wadim, Warinka i hipo­po­tam.

Z początku moja bab­cia nie była pewna, któ­rego z nich bar­dziej podzi­wia, wir­tu­oza Wadima czy hipo­po­tama, który wyda­wał się zupeł­nie nie­po­ru­szony fak­tem, że nie jest sło­niem zamó­wio­nym przez pra­dziadka Igora. Lecz gdy mijały mie­siące, wąt­pli­wo­ści w sercu Warinki roz­pro­szyły się i Wadim wpro­wa­dził się do jej poobi­ja­nego wozu cyr­ko­wego. Był pierw­szą osobą, któ­rej zaufała, od kiedy w wieku dzie­wię­ciu lat stra­ciła matkę.

Moja bab­cia miała swój bra­wu­rowy numer, który dzięki latom prak­tyki dopra­co­wała do per­fek­cji. Drobna i musku­larna, mie­rzyła led­wie metr pięć­dzie­siąt. Jej ciało było tak gib­kie, że skła­dało się na zupeł­nie nie­wia­ry­godne spo­soby, zni­ka­jąc w sekret­nych pudłach i komo­rach magika.

Gra­jąc prze­ci­naną na pół kobietę, szybko nauczyła się, gdzie jest czego miej­sce w życiu. Nauczyła się też, że jeśli naprawdę roz­pad­niesz się na kawałki, żadna magiczna różdżka nie poskłada cię w całość. A los bywa pod­stępny.

W 1917 roku bol­sze­wicy sztur­mo­wali Pałac Zimowy, a rok póź­niej osiem­na­sto­let­nia Warinka była świad­kiem fatal­nego lądo­wa­nia swo­jego uko­cha­nego Wadima. Karzeł jak zawsze pofru­nął, odbiw­szy się od tram­po­liny, wyko­nał w powie­trzu swoje słynne podwójne salto, lecz tej nocy, zamiast jak zwy­kle wylą­do­wać na grzbie­cie hipo­po­tama, skoń­czył w jego otwar­tej pasz­czy. Publicz­ność nie rozu­miała, że obser­wuje tra­giczną w skut­kach nie­pra­wi­dło­wość. Powstała z krze­seł, ocza­ro­wana, krzy­cząc "bis, bis", pod­czas gdy Wadim znik­nął w gar­dzieli hipo­po­tama i zosta­wił Warinkę samą na świe­cie.

*

Tym­cza­sem mój dzia­dek tań­czył lan­sjera w Kopen­ha­dze. Był dru­gim z kolei synem hur­tow­nika, który, podob­nie jak cała jego rodzina, żył na cał­kiem wyso­kiej sto­pie, nawet pod­czas pierw­szej wojny świa­to­wej. Sprze­da­wali pusz­ko­wane pro­dukty wszyst­kim wal­czą­cym w Euro­pie siłom, ich łopatka wie­przowa tra­fiała zarówno do oko­pów nie­miec­kich, jak i fran­cu­skich. Pie­nię­dzy więc nie bra­ko­wało. Mimo to Han­ni­bal Seve­rin Mol­ler był nie­spo­koj­nym duchem.

Pierw­sza wojna świa­towa to czas, gdy por­trety Picassa miały oczy z tyłu szyi, a w Paryżu Pro­ust poszu­ki­wał stra­co­nego czasu w mag­da­lence. Schönberg wyna­lazł dode­ka­fo­nię, gor­set wyszedł z mody, a kobiety uzy­skały prawo do gło­so­wa­nia. Lecz żadna z tych rze­czy nie miała więk­szego zna­cze­nia w domu Dziadka przy Ama­lie­gade. Obcią­żone frędz­lami meble pozo­sta­wały tam, gdzie stały już w latach dzie­więć­dzie­sią­tych XIX wieku. Sztu­ka­te­rie, bibe­loty, dra­pe­rie i welu­rowe aba­żury roz­peł­zły się po dzie­wię­ciu poko­jach jak grzy­bi­cza zaraza.

Ow­szem, cha­dzali do teatru i urzą­dzali wie­czorki dla tych wiel­kich i tych w sam raz, lecz głów­nie po to, aby się poka­zać bądź robić inte­resy w antrak­tach. Te spo­tka­nia zwięk­szały szanse sióstr Han­ni­bala na dobrą par­tię, a Hur­tow­ni­kowi umoż­li­wiały zdo­by­cie nowych zamó­wień. Rzadko dys­ku­to­wali o przed­sta­wie­niach, chyba że któ­raś z akto­rek uwi­kłała się w kolejny skandal!

Natu­ral­nie dzieci Hur­tow­nika musiały uczyć się gry na pia­ni­nie, lecz miały się sku­piać na umie­jęt­no­ści spraw­nego odtwa­rza­nia gam i przede wszyst­kim na bez­błęd­nym gra­niu sonat.

W dzie­ciń­stwie Dziadka jego rodzice zaj­mo­wali oddzielne, skrajne pokoje luk­su­so­wego trzy­stu­me­tro­wego miesz­ka­nia, pod­czas gdy dzieci bie­gały od jed­nego do dru­giego, prze­ka­zu­jąc im ich wza­jemne kąśliwe docinki. Ani jedno czułe słowo nie padło mię­dzy spo­witą cyga­ro­wym dymem gar­so­nierą na tyłach budynku a budu­arem matki, gdzie kró­lo­wał szez­long i dys­kretny zapach róża­nego mydła.

Matka Han­ni­bala na próżno sta­rała się utrzy­mać cie­pło w rodzin­nym gnieź­dzie. Sia­dy­wała więc w wyku­szu okien­nym nad ulicą, prze­waż­nie póź­nym popo­łu­dniem, gdy słońce chy­liło się ku zacho­dowi, i przez godzinę na poma­lo­wa­nym na biało para­pe­cie cze­kała na to, co nie nad­cho­dziło.

Gdy bez żad­nych wyja­śnień Hur­tow­nik posta­no­wił, że noce będzie spę­dzał w mie­ście, w apar­ta­men­cie powiało jesz­cze więk­szym chło­dem. Chłód ten zamiesz­kał w kościach matki na stałe, gdy dyfte­ryt zabrał Alfreda, o cztery lata star­szego brata Han­ni­bala. Młody czło­wiek przez jedną nie­skoń­cze­nie długą noc wal­czył z kru­pem i wysoką gorączką, lecz prze­grał. Nad ranem był już bez­władny, jego twarz zasi­niała. Nie oddy­chał.

A śmierć poszła dalej, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

*

Matka Han­ni­bala, biała jak ściana, wpa­try­wała się tępo w prze­strzeń, ści­ska­jąc pióro i mały notes. Gdy na chwilę opu­ściła wykusz, aby poroz­ma­wiać z pod­ku­chenną, Han­ni­bal zakradł się do jej pokoju, aby podej­rzeć, co pisała. Prze­kart­ko­wał strony, lecz były puste, poza jedną linijką. Smu­tek to żywa istota, odczy­tał, trzy­ma­jąc notes w drżą­cych dło­niach. Poni­żej bie­gła w dół strony zaschnięta nie­bie­ska­wo­czarna plama atra­mentu, dopo­wia­da­jąc resztę histo­rii.

Dzia­dek noc w noc śnił o Alfre­dzie. O pąkach kwiatu, który się ni­gdy nie roz­wi­nął, led­wie zło­żyw­szy się w pierw­szy kształt. Ziarno, w któ­rym pokła­dał nadzieję, choć wykieł­ko­wało i wypu­ściło liście, uschło, wszystko z wolna osu­nęło się na wypo­le­ro­wany par­kiet tylko po to, by zmio­tła je słu­żąca. Odkry­cie, że ludzka istota stoi na tak mar­nych fun­da­men­tach, że życie od śmierci dzieli led­wie jedno pęk­nię­cie naczy­nia krwio­no­śnego, wstrzą­snęło nim do głębi. Dzia­dek przy­siągł nad gro­bem swego brata, że on, Han­ni­bal Seve­rin Mol­ler, będzie żył z pasją. Ani sekundy nie zmar­nuje na sprawy pomniej­sze czy zbędne. Nie zagraci swo­jego życia try­wial­no­ścią frędzli ani krzy­kli­wymi sofami, na któ­rych nota bene jego rodzice pra­wie ni­gdy razem nie sia­dali.

Han­ni­bal miał marze­nie: był nim dom pełen świa­tła, o otwar­tych na oścież oknach. Śmiech dzieci, sztuka i miłość. Poeci recy­to­wa­liby piękne wer­sety pod pła­czącą wierzbą w ogro­dzie, a bohema urzą­dza­łaby pod jego dachem przy­ję­cia. Wspa­niała muzyka pły­nę­łaby z otwar­tych okien i spra­wiała, że cały dom by w niej tonął. Miał ten obraz przed oczami: dom dry­fu­jący w morzu muzyki.

Wła­ści­wie tylko pod­czas kon­cer­tów Czaj­kow­skiego bądź gdy czy­tał biblijną Pieśń nad Pie­śniami, Dzia­dek czuł, że jego serce bije we wła­ści­wym tem­pie. Puls przy­śpie­szał, a krew krą­żyła tak dziko, że nie­mal czuł jej posmak.

Biblię prze­słała mu z oka­zji bierz­mo­wa­nia Cio­cia Thea, która miesz­kała w Johan­nes­burgu z męż­czy­zną czar­niej­szym od hebanu. Cio­cia, którą z tego wła­śnie powodu rodzina skre­śliła z listy osób god­nych sza­cunku. Pre­zent prze­ka­zano chłopcu tylko dla­tego, że była to stara, dobra, godna zaufa­nia Biblia. Na kar­cie tytu­ło­wej znaj­do­wała się dedy­ka­cja z zachętą: "Drogi bra­tanku. Prze­czy­taj Pierw­szy List Świę­tego Pawła do Koryn­tian. I Pieśń nad Pie­śniami. Wszystko inne przyj­dzie samo. Twoja cio­cia Thea".

Z kart uno­sił się zapach mirry, doj­rza­łych gra­na­tów i słod­kiego cyna­monu z dziw­nego lądu. Bo miłość twa przed­niej­sza od wina. Woń twych pach­ni­deł słodka, ole­jek roz­lany (...)1. - pisał król Salo­mon, który żył trzy tysiące lat temu w Jero­zo­li­mie. Pijany miło­ścią.

To tam, w tych, a nie innych wer­sach, mój Dzia­dek chciał żyć!

Pew­nego razu przed hote­lem D'Angle­terre uchwy­cił prze­lotne spoj­rze­nie Sarah Bern­hardt, gdy aktorka przy­je­chała do Danii. Ta wizyta wywo­łała sen­sa­cję. Podob­nie jak wypieki stwo­rzone z oka­zji wizyty Fran­cuzki na bazie chrup­kich maka­ro­ni­ków, słodko-gorz­kiej cze­ko­lady, z eks­plo­zją dzi­kich fioł­ków na szczy­cie, tak i ona sama spra­wiła, że Han­ni­ba­lowi ślinka napły­nęła do ust. Nie­zrów­no­wa­żona pięk­ność gry­wała Ham­leta oraz inne męskie role i było coś w tym typie kobiety, co go pocią­gało. Nie­po­ko­jące - takie wła­śnie były. Prze­kli­nał sam sie­bie, że nie miał odwagi wyjść z tłumu i się do niej zbli­żyć.

Urok Sarah Bern­hardt spra­wił, że Dzia­dek odrzu­cił wię­cej niż kilka pro­po­zy­cji wie­czor­ków tanecz­nych z pan­nami z klasy śred­niej. Zamiast tego zakra­dał się do małych obskur­nych klu­bów, naj­chęt­niej tych w piw­ni­cach plu­ga­wych doków Nyhavn, choć wcze­snym ran­kiem cze­kała na niego hur­tow­nia. UWAGA, SCHO­DEK, ostrze­gała tabliczka na obła­żą­cych z farby drzwiach, więc dawał ten krok w dół. Ściany aż spły­wały pożą­da­niem. Toa­lety roz­brzmie­wały wrza­skami zarówno mary­na­rzy, jak i ele­ganc­kich dżen­tel­me­nów upra­wia­ją­cych miłość bar­dzo cie­le­snego rodzaju. Bo dziew­czyny z Nyhavn znane były z naj­bar­dziej nie­okrze­sa­nych sztu­czek, z bie­gło­ści dłoni skry­tych w ręka­wach z buf­kami. Tym­cza­sem Dzia­dek sie­dział w prze­stron­nej sali i słu­chał, jak wyga­dani mala­rze z aka­de­mii sztuk pięk­nych, pijąc, całymi nocami roz­pra­wiali o swych dzie­łach.

Z początku nikt nie zwra­cał na niego uwagi, lecz z cza­sem kel­ner i paru mala­rzy zaczęło go witać, kiedy się poja­wiał. Z wolna, cen­ty­metr po cen­ty­metrze, zbli­żał się też Han­ni­bal do pia­nina, gdzie muzyk bez opa­mię­ta­nia walił w kla­wi­sze. Ame­ry­kań­ski rag­time mie­szał się z pio­sen­kami ze zna­nych waka­cyj­nych rewii. Pew­nej nocy wdali się w poga­wędkę i Dziad­kowi pozwo­lono zagrać jeden numer. Wybrał tango argen­tyń­skie, które wła­śnie wcho­dziło w modę w Euro­pie. La Belle Créole uci­szyło nawet naj­bar­dziej zala­nych gości. Plecy się pro­sto­wały, obcasy stu­kały do rytmu. Poda­wano sobie dło­nie, pary tań­czyły bli­sko, lecz z sza­cun­kiem, któ­rego nie znali bywalcy tego klubu ani dziew­czyny z Nyhavn. Po tych roze­dr­ga­nych nocach Han­ni­bal budził się z zaczer­wie­nio­nymi oczami i wyru­szał na obchód biur hur­towni, przez cały następny dzień wędru­jąc w opa­rach tanga.

W maju wyświe­tlono film niemy Anna Kare­nina. Główną rolę grała legen­darna Betty Nan­sen, a Dzia­dek zdo­był bilet na pre­mierę. Poszedł sam, tak aby nikt z rodziny nie zepsuł mu spo­tka­nia z diwą.

Przed fil­mem panna Nan­sen poja­wiła się na sce­nie, a publicz­ność kla­skała przez kilka minut. Póź­niej błysz­czała na ekra­nie w kla­sycz­nym dziele Toł­stoja, w któ­rym piękna ary­sto­kratka świa­do­mie ulega pożą­da­niu i ponosi tego kon­se­kwen­cje. Daleko idące kon­se­kwen­cje.

Po fil­mie wła­ści­ciel kina wydał ban­kiet w foyer, aby widzo­wie mogli poznać aktorkę. Dzia­dek stał na środku pomiesz­cze­nia i sącząc szam­pana, wypa­try­wał nadej­ścia Betty Nan­sen. Wresz­cie się poja­wiła, witana kolejną falą owa­cji. Cał­kiem przy­pad­kiem zatrzy­mała się przy Han­ni­balu. Mroczna, piękna, wypeł­niła całą prze­strzeń nie­zwy­kłym zapa­chem.

- Panno Nan­sen... - zagaił ku wła­snemu zdu­mie­niu.

Serce waliło mu jak mło­tem; swój wła­sny głos sły­szał jak głos kogoś obcego.

- Tak? - odrze­kła artystka uprzej­mie, co było jesz­cze więk­szym zasko­cze­niem.

Przez krótką chwilę roz­e­mo­cjo­no­wane orze­chowe oczy aktorki patrzyły pro­sto w jego oczy. Prze­chy­liła głowę. Cze­kała.

Dzia­dek był mło­dym, jasno­wło­sym męż­czy­zną o nie­złej pre­zen­cji, więc w kąci­kach jej ust igrał cień uśmie­chu.

Han­ni­bal odchrząk­nął. Lecz potem wydo­był z sie­bie tylko beł­ko­tliwą papkę słów, które nie miały sensu. Widział, jak przez twarz panny Nan­sen prze­mknęło roz­cza­ro­wa­nie, po czym aktorka odwró­ciła się do grupki bar­dziej doj­rza­łych wiel­bi­cieli. Han­ni­bal musiał umy­kać z pod­ku­lo­nym ogo­nem.

- Ni­gdy wię­cej! - krzy­czał, brnąc do domu przez kałuże. - Ni­gdy wię­cej nie będę ster­czał jak jakiś beł­ko­czący zaścian­kowy imbe­cyl! Muszę się stąd wynieść i zoba­czyć świat. Wiem o nim tyle co nic.

*

Śmierć Alfreda spra­wiła, że to Han­ni­bal prze­jął w rodzi­nie rolę naj­star­szego syna, więc natu­ral­nie ocze­ki­wano, że pew­nego dnia przej­mie też inte­res. Nie żeby taka per­spek­tywa cie­szyła ojca, który już wtedy uwa­żał, że jego młod­szy syn ma w sobie zbyt wiele z marzy­ciela, aby kie­dy­kol­wiek odnieść suk­ces w biz­ne­sie. Alfred - tak, on był sil­nym, mło­dym męż­czy­zną, który miał głowę do liczb i obo­wiąz­ków.

W dodatku pew­nego dnia Hur­tow­nik, po dobrym posiłku w A Porta, wpadł na Han­ni­bala w Nyhavn. Lecz, zro­zum­cie, głowa rodziny pozwa­la­jąca sobie na pewne swo­bodne zacho­wa­nia w por­to­wych zauł­kach to jedno. Gdyby syn miał podobne przy­wary, mogłoby to nawet być zaletą. Można by wymie­niać kon­spi­ra­cyjne mru­gnię­cia. Lecz Hur­tow­nik poczuł się upo­ko­rzony na widok swo­jego jedy­nego już syna sie­dzą­cego w tej norze jak pierw­szy lep­szy nie­chlujny gra­jek i bęb­nią­cego na pia­ni­nie pio­senki argen­tyń­skich robot­ni­ków. Nie. Nie. Śmierć zabrała nie tego syna, co powinna.

Han­ni­bal dosko­nale wie­dział, że sta­nowi dla ojca roz­cza­ro­wa­nie, nie­wiele bra­ko­wało, aby to wła­śnie w tym punk­cie życia Dzia­dek spa­ko­wał się i ruszył w świat. Pew­nie jed­nak szybko zdał sobie sprawę, że jeśli nie chce skoń­czyć jako tra­wiony szkor­bu­tem mary­narz bądź pia­ni­sta suchot­nik z Nyhavn, musi pójść z samym sobą na pewien kom­pro­mis. Kiedy uro­dzi­łeś się ze srebrną łyżeczką w ustach, patrze­nie pro­sto w cuch­nącą otchłań ubó­stwa z nadzieją, że spo­tkasz tam wiel­kie oso­bo­wo­ści, bywa trudne. Nie, Han­ni­bal musiał wytrwać w przed­się­bior­stwie ojca. Wspi­nać się po szcze­blach kariery i zna­leźć obie­cu­jące rynki, któ­rymi mógłby się zająć. Dopiero wtedy, z odpo­wied­nimi środ­kami i doświad­cze­niem, mógłby porzu­cić odstrę­cza­jące prak­tyki han­dlowe i dać susa w przy­szłość z anar­chi­stami i arty­stami.

I tak nade­szły czasy, gdy Han­ni­bal uni­kał Nyhavn, za to sumien­nie wsta­wał codzien­nie rano. Golił się i ubie­rał do pracy, wkła­dał muszkę, kami­zelkę i robił prze­dzia­łek na środku głowy. Dłu­gie dni pracy, biz­ne­sowe lun­che, nie­ustanne papla­nie o wysyłce towa­rów, dywi­den­dach i zyskach dopro­wa­dzały go do szału. Lecz robił to, co ludzie robili od poko­leń. Palił cygara i przy­go­to­wy­wał sobie pole do dzia­ła­nia.

Za to w week­endy wciąż pozwa­lał sobie na marze­nia. Jeź­dził rowe­rem i poszu­ki­wał swo­jego domu dry­fu­ją­cego w morzu muzyki. Pew­nej czerw­co­wej nie­dzieli dotarł aż na wyspę Ama­ger i tam nagle sta­nął jak wryty na środku ulicy Paler­mo­vej na widok zbu­twia­łej tabliczki z napi­sem "Na sprze­daż". Duży biały dom, który ledwo można było dostrzec zza gło­go­wego żywo­płotu, wyda­wał się pusty.

Han­ni­bal zesko­czył z roweru, pod­kradł się przez wysoką na metr trawę i gdy tylko ujrzał dziki ogród na tyłach domu i bal­kon na pierw­szym pię­trze, prze­padł z kre­te­sem. Willa była zruj­no­wana, rynny popę­kały, a strza­skane szyby mamiły bły­skami. Lecz Dzia­dek zako­chał się w pną­czach, które wdzie­rały się do wnę­trza przez okna, i w jaskra­wych makach, które zawłasz­czyły sobie tę zie­mię w naj­pięk­niej­szy moż­liwy spo­sób.

W tym cza­sie przy ulicy Paler­mo­vej stało tylko kilka domów. Zapu­kał do wszyst­kich drzwi w sąsiedz­twie, lecz nikt nawet nie pamię­tał, aby kie­dy­kol­wiek widział wła­ści­ciela. Ludzie z naprze­ciwka twier­dzili, że dom nale­żał do pew­nego eks­cen­tryka, który zmarł bez­po­tom­nie. Willa popa­dała w ruinę od dekad. Na drzwiach nie było nazwi­ska.

Czy to mógłby być dom Han­ni­bala? Czy w tym miej­scu uwol­niłby się od piętna rodziny z Ama­lia­gade?

I Dzia­dek znów musiał uzbroić się w cier­pli­wość. Wciąż nie miał pie­nię­dzy na taki zakup, dopiero co zaczął poka­zy­wać ojcu w fir­mie swoją war­tość. Jesz­cze nie było go stać, więc aby nie kusić innych nabyw­ców, scho­wał tabliczkę z napi­sem "Na sprze­daż" do szopy na narzę­dzia.

Od tej pory w każdą nie­dzielę jeź­dził rowe­rem na ulicę Paler­mo­vej. Nie­wi­doczny od strony drogi, sia­dał pod wierzbą pła­czącą i zja­dał lunch. Gdy tak sie­dział bądź drze­mał w popo­łu­dnio­wym słońcu, marzył o egzo­tycz­nych kobie­tach, rosyj­skiej lite­ra­tu­rze i świe­cie złak­nio­nym muzyki Czaj­kow­skiego. Film niemy o namięt­nej Annie Kare­ni­nie odci­snął na nim głę­bo­kie piętno. Dzia­dek pra­gnął tylko jed­nego - aby ktoś lub coś, jakaś iskra magii, wybu­dziła go i wypchnęła z sen­nego biura.

Lite­ra­tur­noje Kafe

Moja sio­stra Olga i ja zawsze chcemy wie­dzieć, jak ludzie się poznali.

- A jak to było z tobą i Dziad­kiem, Warinko? Czy to była Miłość Stu­le­cia? Była?

- Boże­du­rie! - wzdy­cha bab­cia, bo ni­gdy nie udziela wła­ści­wych odpo­wie­dzi.

Musimy z niej wyłu­dzać każdą dro­binkę fan­ta­zji. Jak mar­mo­zety nakła­nia­jące mrówki do wyj­ścia z drzewa baobabu za pomocą witek limonki. Naj­wy­żej jedno oporne zda­nie za każ­dym razem.

Wiem jed­nak, że w końcu, w 1920 roku, Dzia­dek wyru­szył frach­tow­cem do Pio­tro­grodu. Gnała go tęsk­nota serca, lecz ofi­cjal­nie pły­nął pod pre­tek­stem wpro­wa­dze­nia rodzin­nego biz­nesu na nowe rynki.

Przy­byw­szy na miej­sce mniej wię­cej w jed­nym kawałku, naj­pierw przez cały dzień docho­dził do sie­bie w hotelu po wyczer­pu­ją­cej podróży przez burz­liwe morza, aż w końcu był gotów chło­nąć mia­sto. Zjadł bliny z kawio­rem, poże­glo­wał Newą, a widok jade­ito­wo­zie­lo­nego Pałacu Zimo­wego zaparł mu dech w pier­siach. W pew­nym momen­cie musiał dostrzec pla­kat cyr­kowy i kupić bilet na pokaz z hipo­po­ta­mem. Lecz to nie zwierz prze­mó­wił mu do serca, lecz zawzięta twarz Warinki. Jej oczy żarzyły się jak węgle, a kędzie­rzawe włosy wymy­kały się ze skrzyni magika. Ze skrzyni, w któ­rej leżała moja mło­dziutka bab­cia, przed­sta­wia­jąc swoją sztuczkę. Dosko­nale wie­działa, że przy­ciąga męskie spoj­rze­nia z widowni. Nie­je­den mary­narz i nie­je­den swa­wolny kobie­ciarz zauwa­żył jej gore­jący wzrok i się roz­ma­rzył. Z nie­któ­rymi nawet łaska­wie spo­ty­kała się po przed­sta­wie­niu, skoro Wadima i tak już z nią nie było. Wszy­scy oni nie­śli jej w darze słowa o miło­ści, owi­nięte kusząco w ozdobny papier, lecz Warinka szybko zdała sobie sprawę, że gdy roz­pa­ko­wuje pre­zent, w środku są tylko docinki, ogra­ni­cze­nia i żąda­nia. I koniecz­nie chcieli mieć ją dla sie­bie całą, bez reszty. "O czym myślisz? Kiedy wró­cisz? Dla­czego jesteś taka ozię­bła?", rzu­cali, kipiąc z gniewu, ponie­waż nie mogli jej kon­tro­lo­wać. Maleń­kaja gria­znaja szlu­cha. Mała brudna suka!

Wadim taki nie był. Mając sto dwa­dzie­ścia pięć cen­ty­me­trów wzro­stu, szybko się nauczył, że nikt od niego niczego nie ocze­kuje, więc mógł po pro­stu być sobą - i dawał innym być sobą. Ni­gdy nie pytał Warinki, o czym myśli ani czy go kocha. Po pro­stu był bli­sko, pozwa­la­jąc jej zacho­wać wła­sną prze­strzeń; przy nim nie musiała uda­wać.

Gdy leżeli w cyr­ko­wym wozie pod kocem, patrząc na sie­bie i pró­bu­jąc się roz­grzać, wie­działa, że są ule­pieni z tej samej gliny. Nie­wiele osób potrafi być razem bez zbęd­nych słów, lecz tym dwojgu wznio­słe języ­kowe akro­ba­cje nie były pisane. A że Igor żon­glo­wał sło­wami szybko i swo­bod­nie, Warinka nie darzyła obiet­nic wiel­kim zaufa­niem. Wadim, choć mie­rzył tylko te sto dwa­dzie­ścia pięć cen­ty­me­trów, był naj­wspa­nial­szym męż­czy­zną, jakiego kie­dy­kol­wiek poznała. Lecz odszedł, a od tego czasu minęły już dwa lata.

*

Tego wie­czora, gdy Dzia­dek posta­no­wił udać się do cyrku, Warinka jak zwy­kle leżała w skrzyni i obser­wo­wała publicz­ność. Wyobraź to sobie. Rosyj­ski film niemy: ukra­iń­scy klauni na szczu­dłach migo­czą w przy­śpie­szo­nym tem­pie, lino­sko­czek chy­boce się na linie pod wynio­słą kopułą, ormiań­scy akro­baci chwy­tają się w locie mię­dzy roz­bu­ja­nymi tra­pe­zami. Fan­fary eks­plo­dują roze­dr­ga­nym hała­sem ponad rzędy widzów. Zamarłe w zachwy­cie twa­rze publicz­no­ści migo­czą w bla­sku pło­mieni poły­ka­cza ognia Olega. Ani śladu hipo­po­tama. Lecz na środku pyli­stej areny pręży się Warinka; Han­ni­bal w pierw­szym rzę­dzie gromko bije brawo, a dokoła nich tań­czą dro­biny świa­tła.

W tej chwili Dzia­dek uwie­rzył, że sens jego życia kryje się w kraju cebu­la­stych kopuł. Twarz Warinki wyryła się w jego umy­śle i nic już nie mogło jej wyprzeć. Zacho­wał się tak jak dopiero co wyklute kaczęta, które ocho­czo ruszą na koniec świata nawet za kocu­rem, jeśli tylko będzie on pierw­szą istotą, którą ujrzą. Choć ten koniec może czy­hać tuż za rogiem.

- I to jest praw­dziwy skarb - wyszep­tał Han­ni­bal do sie­bie. - Nie jakaś roz­piesz­czona akto­reczka z Kopen­hagi, lecz rosyj­ska artystka o dzie­wi­czej sile i oczach jak węgle.

Nie ukry­wał swo­jej fascy­na­cji, dla­tego Warinki nie zdzi­wiło, że blond męż­czy­zna pozo­stał po spek­ta­klu, aby przed­sta­wić się jej nie­zro­zu­mia­łym rosyj­skim, nie­śmiało się przy tym uśmie­cha­jąc.

Han­ni­bal róż­nił się od innych zalot­ni­ków. Choć sypał jak z rękawa różami i zapro­sze­niami na spa­cery, inkwi­zy­tor­skie pyta­nia nie nad­cho­dziły. Był zbyt uprzejmy i za dobrze wycho­wany, aby szcze­rze zapy­tać, czy ona lubi jego towa­rzy­stwo, mimo że paliła go cie­ka­wość, jak brzmia­łaby odpo­wiedź. Zamiast tego gotów był pokor­nie cze­kać i cier­pieć w mil­cze­niu. Na co ona z zado­wo­le­niem przy­stała.

Gdyby tylko udało mi się troszkę skru­szyć jej opór. Przy­trzy­mać nie­do­mknięte drzwi, pocze­kać, aż wysu­nie dłoń, potem stópkę, aż wresz­cie z wolna będzie musiała otwo­rzyć cał­kiem, będzie musiała pod­dać się miło­ści.

Nie­stety, cze­ka­nie na dłoń i stópkę Warinki było naj­gor­szym z moż­li­wych spo­so­bem dotar­cia do jej serca. Ona miała mię­śnie ze stali i poko­na­łaby każ­dego zalot­nika na rękę, wolała więc sze­roko otwo­rzyć drzwi, niż zwo­dzić, uda­jąc, że potrze­buje sil­nego ramie­nia, bądź odgry­wać rumie­niący się kwia­tu­szek. W swym życiu artystki uwiel­biała chwile, gdy prze­rzy­nano ją na pół. Czę­ści ciała odjeż­dżały w róż­nych kie­run­kach. Publicz­ność tru­chlała ze stra­chu.

- Mamo! Ona się roz­pa­dła na tysiąc kawał­ków.

- O Boże. Stra­ciła nogę!

I wtedy wyła­niała się ze skrzyni przy ryt­mie wer­bli: Ta... dam! Nie, do cho­lery, nie stra­ci­łam!

Lecz tego Dzia­dek nie wie­dział. Ani jak bar­dzo Warinka prze­klina.

- Swo­łocz! Skur­wy­syny! - śmiała się za każ­dym razem, gdy prze­cho­dzili obok kon­ku­ren­cyj­nego Cyrku Cini­sel­lego. To piękne, jak nie­zna­jo­mość języka czyni z nas ślep­ców, gdyż wszyst­kie luki w wie­dzy możemy wypeł­nić dowol­nymi sło­wami. Dzia­dek uśmie­chał się więc zachę­ca­jąco, gdy Warinka ciskała swo­ło­czami, zasłu­chany w burz­liwe nuty jej mowy, i wpa­try­wał się w nią jak w obra­zek. W te białe noce jego Pio­tro­gród lśnił, nie­ważne jak późno Han­ni­bal odpro­wa­dzał ją do domu.

Za dnia poka­zy­wała mu swoją część mia­sta. Tatar­ski bazar, mro­wie mon­gol­skich czap, spę­ta­nych niedź­wie­dzi tań­czą­cych jak w luna­tycz­nym tran­sie, sza­bel sza­szek z Kau­kazu i bud, w któ­rych sprze­da­wano słod­kie morele, pie­czone kasz­tany i wielki wybór mięs. W bocz­nych ulicz­kach przy hała­śli­wych wal­kach kogu­tów roz­brzmie­wały wykrzy­ki­wane zakłady. Atmos­fera była gęsta od agre­sji, krwi i piór. Hazard - Warinka miała na jego punk­cie obse­sję. Dzia­dek stał za nią, kiwa­jąc głową, mimo że tak naprawdę walki kogu­tów go żeno­wały.

Dzień mijał, a oni ruszali dalej, tym razem do jego świata: wędro­wali po New­skim Pro­spek­cie, zamoż­nej, jasnej ulicy, gdzie Warinka ni­gdy nie bywała.

Han­ni­bal chciał jej kupić jedwabną suk­nię w kolo­rze koniaku, lecz powie­działa "nie". Moja bab­cia była bajeczną kraw­cową: każdy, naprawdę każdy kostium dla Cyrku Sowal­skiego two­rzyła sama.

Coś jest nie tak z moim stro­jem? - pomy­ślała ziry­to­wana. Lecz nic nie powie­działa. Dzia­dek, wyczu­wa­jąc zmianę jej humoru, źle zin­ter­pre­to­wał to mil­cze­nie. Może sądzi, że chcę, aby sama zapła­ciła za sukienkę?

- Darmo, darmo - pró­bo­wał, szu­ka­jąc odpo­wied­niego słowa okre­śla­ją­cego pre­zent.

- Za darmo to jest ser w pułapce na myszy! - wymam­ro­tała Warinka.

- Słu­cham?

- Nic.

Czyż­bym popeł­nił gafę? Pamię­taj, jest dumna. Dumna, z Rosji i bez gro­sza przy duszy.

Wresz­cie zaświ­tało mu w gło­wie, o co cho­dzi. Czym prę­dzej pochwa­lił jej suk­nię i ruszyli dalej w mil­cze­niu.

Po dro­dze Warinka z wolna mię­kła, a gdy prze­cho­dzili obok zakładu modystki, Han­ni­bal przy­sta­nął. Ten mały kape­lu­sik z łabę­dziem wysta­wiony w witry­nie - może pozwo­li­łaby mu dać sobie choć tyle? Spoj­rzała na mięk­kie skrzy­dła i przy­stała na pro­po­zy­cję ski­nie­niem głowy. Białe powłó­czy­ste pióra i poma­rań­czowy dziób były wręcz stwo­rzone dla Warinki. Kon­trast spra­wiał, że jej oczy jak z filmu nie­mego sta­wały się jesz­cze ciem­niej­sze i błysz­czały moc­niej, a cera wyda­wała się nie­mal oliw­kowa. Dzia­dek pło­nął żądzą uwiecz­nie­nia tej chwili, jakby to miała być ostat­nia rzecz, która ją z nim łączyła.

Porwał foto­grafa z ate­lier i otrzy­mał odeń upra­gnione zdję­cie, zro­bione przed Sobo­rem Zmar­twych­wsta­nia Pań­skiego i jego cukier­ko­wymi cebu­la­stymi kopu­łami. To zdję­cie wciąż stoi na sto­liku przy łóżku mojej matki, jedyny dowód przy­gód Dziadka w mie­ście Warinki. Można na nim zoba­czyć moją bab­cię. Drobną, ciemną i wyzy­wa­jącą, z Han­ni­ba­lem. Wiecz­nie młodą w kape­lu­szu z łabę­dziem.

Po dzie­się­ciu dniach spę­dzo­nych w Pio­tro­gro­dzie Han­ni­bal nie miał wyj­ścia, musiał wra­cać do domu. Pró­bo­wał zapo­mnieć o Warince, lecz to było nie­moż­liwe. Tego lata obie jego sio­stry wyszły za mąż za sto­sow­nie pro­mi­nent­nych praw­ni­ków, pod­czas gdy ich matka na­dal tkwiła bez ruchu w pro­mie­niach słońca przy oknie.

Dopiero w grud­niu Han­ni­bal zdo­łał prze­ko­nać ojca, że musi poje­chać w kolejną służ­bową podróż do Pio­tro­grodu. Hur­tow­nik był mile zasko­czony nagłą eks­plo­zją przed­się­bior­czo­ści syna. Odma­lo­wał mu on wizję nowego rynku i zakupu sybe­ryj­skich futer dla kopen­ha­skiej bur­żu­azji. Następ­nie poli­czył, ile duń­skich świń można będzie wysłać w odwrot­nym kie­runku.

Han­ni­bal ponow­nie wsiadł na pokład frach­towca. Udał się w długi rejs do zło­tego mia­sta, choć wie­dział, że całą podróż prze­cho­ruje.

*

Gdy wresz­cie przy­był do Pio­tro­grodu, było dwa­dzie­ścia stopni poni­żej zera. Na szczę­ście Cyrk Sowal­skiego ni­gdy nie miał wol­nego. Nawet zimą. Han­ni­bal poszedł pro­sto do cyrku i ku swo­jej ogrom­nej rado­ści stwier­dził, że dama wciąż znaj­do­wała się w skrzyni, gotowa, by prze­ciąć ją na pół.

Szcze­rze mówiąc, publicz­ność nie dopi­sała. Przy­chody top­niały, lino­skoczka doznała kon­tu­zji, a Warinka miała na sobie tę samą sukienkę co ostat­nio. Strój z wypa­loną na ple­cach dziurą, bo poły­kacz ognia Oleg pod­szedł odro­binę za bli­sko.

Natych­miast dostrze­gła Han­ni­bala. Tycz­ko­waty męż­czy­zna mówiący w śmiesz­nym języku znów był w mie­ście i sie­dział w pierw­szym rzę­dzie. Tak naprawdę nie­mal go zapo­mniała, bo w jej sercu bra­ko­wało miej­sca na marze­nia będące kon­se­kwen­cją przy­god­nych spo­tkań. Nawet jeśli po spo­tka­niu z Dziad­kiem pozo­stał kape­lusz z łabę­dziem. Jej zalot­nicy zni­kali po tygo­dniu i ni­gdy nie wra­cali. Lecz on wró­cił. Czy naprawdę prze­był całą tę drogę, aby ją zoba­czyć?

- Da!

Od ostat­niej jego wizyty Pio­tro­gród zmie­nił swoje obli­cze. Teraz nowych przy­by­szów witała piękna lodowa kró­lowa. Rzeka Newa wiła się jak prze­szklona pomię­dzy wspa­nia­łymi żół­tymi pała­cami, a całe mia­sto ską­pane było w poświa­cie jak kuszący suflet ude­ko­ro­wany sza­dzią. Wzdłuż jej brze­gów męż­czyźni o krza­cza­stych bro­dach i w futrza­nych cza­pach ogrze­wali się nad paru­jącą zupą. Ich odde­chy uno­siły się ku lodo­wa­to­błę­kit­nemu niebu, jakby z małych fabryk chmur, gdy mówili zawile i bez końca, wygła­sza­jąc kwie­ci­ste zda­nia, któ­rych Han­ni­bal nie potra­fił roz­szy­fro­wać. Na rogach ulic pie­kar­nie i her­ba­ciar­nie ofe­ro­wały przez zamglone szyby witryn nie­zwy­kłe pokusy, pod­czas gdy konie cią­gnęły sanie po zaśnie­żo­nych uli­cach, rżąc, dzwo­niąc dzwo­necz­kami i roz­dy­ma­jąc noz­drza. U boku Han­ni­bala szła drobna Warinka. Pio­tro­gród oddy­chał złoto na tle błę­kitu nieba, a on czuł głę­bo­kie, roz­cho­dzące się po ciele poczu­cie szczę­ścia. Czy zabra­łem z hotelu samo­uczek? A tak, mam go w kie­szeni płasz­cza.

- Katat­sia na kon'kach... zawtra? Jeź­dzić na łyż­wach... jutro? - spy­tał, sunąc pal­cem po stro­nie.

Warinka przy­tak­nęła.

Była zado­wo­lona, że pogoda wyma­gała wło­że­nia płasz­cza. Ten jej, choć zje­dzony przez mole, ukry­wał dziury wypa­lone na ple­cach sukni.

Następ­nego dnia, gdy wią­zali łyżwy, z pała­co­wego dzie­dzińca dobie­gła ich woj­skowa muzyka. Straż­nicy rewo­lu­cji z goto­wymi do strzału strzel­bami i czer­wo­nymi gwiaz­dami na futrza­nych cza­pach byli dosłow­nie wszę­dzie. Żoł­nie­rze zbi­jali się w nie­wiel­kie grupki i palili papie­rosy, przy­tu­pu­jąc, by zgro­ma­dzić w mun­du­rach nieco cie­pła.

Warinka szy­bo­wała zwin­nie po lodzie, mknęła po błysz­czą­cej jak lustro rzece, a Han­ni­bal podą­żał za nią chwiej­nym kro­kiem. Dwie ele­ganc­kie damy w błysz­czą­cych futrach, z dłońmi ukry­tymi w muf­kach spoj­rzały na nich i wybu­chły śmie­chem. Poma­lo­wane na czer­wono usta kobiet igrały z zimo­wym słoń­cem, lecz Han­ni­bal był tam tylko dla Warinki.

- Czort mie­nia pobieri, kak ja cho­ro­sza! Niech mnie dia­bli. Jestem w tym cho­ler­nie dobra! - wołała dziew­czyna, pew­nie sta­wia­jąc łyżwy na lodzie.

Wszystko to brzmiało w uszach mojego Dziadka jak słodka muzyka, choć nie mógł zna­leźć w swoim samo­uczku zasły­sza­nych słów.

Gdzieś w pobliżu roz­po­czął próbę chór męski, fala gło­sów nio­sła się ponad pała­cami. Mia­sto bogów. Co za maje­stat. Mogli­by­śmy się cze­goś od niego nauczyć w naszej Kopen­ha­dze.

*

Dzia­dek musiał poświę­cić jedno ze swo­ich cen­nych popo­łu­dni z Warinką, by zacho­wać się jak na wia­ry­god­nego przed­sta­wi­ciela hur­towni przy­stało. Pod­pi­sał kilka lukra­tyw­nych kon­trak­tów z dostaw­cami sybe­ryj­skich futer, któ­rzy teraz, gdy wła­dzę prze­jęli bol­sze­wicy, jesz­cze chęt­niej robili z nim inte­resy.

Lecz każ­dego wie­czoru Han­ni­bal kupo­wał miej­sce w pierw­szym rzę­dzie i każ­dego wie­czoru patrzył zauro­czony, jak Warinkę prze­ci­nają na pół. Choć wie­dział, że nic się jej nie sta­nie, jego puls sza­lał, gdy orkie­stra imi­to­wała trzask pęka­ją­cych kości i dźwięk roz­dzie­ra­nej skóry. Masa­kra roz­pi­sana na bała­łajkę, piłę, tubę, altówkę, har­mo­nijkę ustną i per­ku­sję.

Publicz­ność drżała.

Han­ni­bal zaczął się poważ­nie mar­twić o zdro­wie Warinki. Może i Pio­tro­gród był sie­dzibą bogów, lecz sza­cu­nek dla ludzi zani­kał w nim w zastra­sza­ją­cym tem­pie.

- Spójrz - rzu­cił z lękiem pew­nego popo­łu­dnia.

Mar­twe ciało leżało zamar­z­nięte na lodzie Newy, lecz nikt się nie zatrzy­my­wał ani nie zwra­cał na nie uwagi. Ludzie omi­jali je obo­jęt­nie.

- Słu­cza­jet­sia - odpo­wie­działa po pro­stu Warinka. - Zda­rza się.

Gdy w końcu rzeka odtaje, ciało spły­nie do Zatoki Bot­nic­kiej i życie poto­czy się dalej.

Nagle wąt­pli­wo­ści Han­ni­bala się ulot­niły.

Ona musi popły­nąć ze mną do Danii!

Pomysł, który dotych­czas wyda­wał się fan­ta­zją nie­moż­liwą do urze­czy­wist­nie­nia, natych­miast stał się realny.

Tam­tej ostat­niej nocy, nim następ­nego ranka sta­tek zabrał go do domu ze sto­sami sybe­ryj­skich futer, Dzia­dek przy­niósł Warince poże­gnalny pre­zent. Dużą, miękką paczkę. Roz­pa­ko­wała ją, odwi­ja­jąc jasno­brą­zowy płaszcz z soboli.

Wpa­try­wała się w futro. Cisza trwała długo. Han­ni­bal oba­wiał się, że znowu prze­sa­dził z hoj­no­ścią, czym zra­ził dziew­czynę.

Wszystko zruj­no­wa­łem?

- Spa­siba - rze­kła w końcu Warinka, patrząc mu głę­boko w oczy.

To słowo znał.

Chwila triumfu dała mu przed­smak tego, co mogłoby się wyda­rzyć, zapro­po­no­wał więc, by usie­dli w kawiarni Lite­ra­tur­noje Kafe.

Warinka uświa­do­miła sobie, że pole­ciały jej oczka w poń­czo­chach, lecz teraz nic nie mogła na to pora­dzić. Nie zapo­mniała też o dziu­rach wypa­lo­nych w sukience.

Prze­cież nie zabiera mnie tu dla moich poń­czoch!

Zarzu­ciła sobie futro na ramiona. Ważyło tyle co nic i Warinka pierw­szy raz w życiu poczuła, jak lek­kie i nie­skom­pli­ko­wane mogą być rze­czy. Jak miękko otula poczu­cie bez­pie­czeń­stwa. Nie­mal jak obję­cia matki. Oddała swój stary płaszcz żebraczce na ulicy.

W kawiarni Han­ni­bal zamó­wił łama­nym rosyj­skim ormiań­ską brandy. Lubił sia­dy­wać w miej­scach, gdzie bywali tacy auto­rzy jak Pusz­kin czy Dosto­jew­ski. Na ścia­nach wisiały zdję­cia naj­wspa­nial­szych rosyj­skich arty­stów.

- Toł­stoj! - powie­dział Dzia­dek, wska­zu­jąc jedno z nich.

- Anna Kare­nina - odpo­wie­działa Warinka, nagle bar­dzo uważ­nie mu się przy­glą­da­jąc. - Hra­bia Wroń­ski - dodała, opróż­nia­jąc szklankę.

Naj­wy­raź­niej brandy roz­wią­zała jej język.

- Da! - Han­ni­bal uśmiech­nął się rado­śnie.

To kobieta dosko­nała. Nie jakaś kopen­ha­ska roz­chi­cho­tana gąska, lecz dama, która mówi, gdy ma coś do powie­dze­nia. Pomy­śleć tylko, że ta drobna, led­wie pół­to­ra­me­tro­wego wzro­stu kobietka zna Annę Kare­ninę, ba, zako­twi­czyła się w niej cała rosyj­ska dusza.

Mocny alko­hol i cie­pło soboli zabar­wiło policzki Warinki czer­wie­nią, co nagle dodało Han­ni­ba­lowi odwagi.

- Warinko! Kra­si­waja, diw­naja Warinko! Piękna, cudowna Warinko! Zdaję sobie sprawę, że led­wie mnie znasz, lecz moje serce już ni­gdy nie zazna spo­koju, jeśli mnie nie poślu­bisz. Ujedi so mnoj w Daniju! Pojedź ze mną do Danii! - Dzia­dek led­wie śmiał na nią spoj­rzeć.

Ćwi­czył to zda­nie przez cały dzień, a teraz wstrzy­mał oddech, aby niczego nie popsuć.

Ulica Paler­mo­vej

Gdy Dzia­dek wstrzy­muje oddech w Pio­tro­gro­dzie, ja znów jestem w pokoju z Filippą, moją sio­strą, która wła­śnie zmar­twych­wstała.

I choć Warinka zawsze nas ostrze­gała przed cudami i bożą miło­ścią, zazdrosz­czę Filip­pie wycieczki na drugą stronę. Wyobra­żam sobie, jak wyśli­zguję się ze swego nie­udol­nego ciała i spo­ty­kam morze świe­tli­stych dusz uno­szą­cych się w sta­nie nie­waż­ko­ści, wbrew gra­wi­ta­cji.

Tego samego dnia, lecz póź­niej, gdy wresz­cie zosta­jemy same z Filippą, wydu­szamy z niej z Olgą naj­drob­niej­sze szcze­góły.

- Co czu­jesz, kiedy jesteś mar­twa? - docieka Olga.

- Jest w porządku...

- No dobrze, a był tam ktoś, kogo zna­łaś?

- Zna­łam wszyst­kich, nawet jeśli ich wcze­śniej nie widzia­łam.

Zdo­ła­ły­śmy jedy­nie wywnio­sko­wać to, że było bez wysiłku osza­ła­mia­jąco pięk­nie i że obo­wią­zy­wał jakiś nie­wi­doczny kod, który Filippa natych­miast zro­zu­miała. Lecz nic wię­cej nie mogły­śmy z niej wycią­gnąć.

Naj­wy­raź­niej nie­biań­skie drzwi nie otwie­rają się dla byle kogo. Gdy­bym miała uni­wer­salną prze­pustkę, jak moja star­sza sio­stra, spy­ta­ła­bym Boga o miłość. Jak wygląda? Czy naprawdę jest jej dość dla wszyst­kich? Czy też kto pierw­szy ten lep­szy?

Za każ­dym razem, gdy w Ama­ger­bro mijam Kościół pod wezwa­niem Nata­na­ela, zer­kam na ozdobne złote litery wyma­lo­wane nad wej­ściem do kościoła. Wia­do­mość pro­sto od Pana: JEG GIVER EDER IKKE SOM VER­DEN GIVER. NIE TAK JAK DAJE ŚWIAT, JA WAM DAJĘ.

Nie­stety litera V w GIVER jest tak zaokrą­glona, że nie­mal wygląda jak D.

I nagle dosta­jesz przy­gnę­bia­jące prze­sła­nie, autor­skie graf­fiti Boga:

JEG GIDER EDER IKKE SOM VER­DEN GIDER. NIE ZAWRA­CAM SOBIE TOBĄ GŁOWY, JAK ROBI TO ŚWIAT.

Czy to koniec miło­sier­dzia? Czy w ogóle obcho­dzimy Boga? Czy misterny plan, który obie­cuje nam żar­liwą miłość w zamian za wiarę, naprawdę ist­nieje? Czy tylko sma­gani wia­trem, chwie­jemy się na boki, wycią­ga­jąc ręce i drep­cząc wkoło na palusz­kach?

Lecz już na zbyt długo zosta­wi­łam Dziadka tra­wio­nego wąt­pli­wo­ściami.

*

Wyda­wało się, że minęła wiecz­ność, nim Warinka odpo­wie­działa. Była nie­po­ko­jąco cicha i czuj­nie obser­wo­wała Han­ni­bala.

Co mia­ła­bym robić w obcym kraju? Prawi mi mnó­stwo kom­ple­men­tów, lecz one ni­gdy nie miały war­to­ści. Kom­ple­menty osła­biają kobiecą wolę. Na mięk­kich nogach, bez jasnego celu, nie ma jak uciec. Mogła­bym się udła­wić tą całą sło­dy­czą...

Dzia­dek gorącz­kowo wer­to­wał swoje roz­mówki.

- DOM! - zawo­łał po rosyj­sku, naj­le­piej jak potra­fił.

- PIA­NINO!

- MUZYKA!

- CIE­PŁO!

- SZTUKA!

- WOL­NOŚĆ!

- I... dzieci. - Uśmiech­nął się nie­śmiało. - I... dieti.

W uszach Warinki obiet­nica wol­no­ści i praw­dzi­wego domu brzmiała naprawdę kusząco. W cyrku wio­dła surowe życie. Każ­dej nocy człon­ko­wie trupy wrzesz­czeli w sztok pijani, no i sypiała z nożem pod poduszką na wypa­dek, gdyby poły­kacz ognia Oleg znów pró­bo­wał zakraść się pod jej koc. Nawet Igor, jej wła­sny ojciec, led­wie się do niej przy­zna­wał; wiecz­nie tylko czmy­chał do obskur­nych bur­deli. Spo­sób, w jaki dobie­rał arty­styczne bez­ta­len­cia, też był upo­ka­rza­jący, a w dodatku skut­ko­wał stop­niową utratą publicz­no­ści. Cyrk Sowal­skiego ni­gdy nie przy­no­sił wiel­kich docho­dów, ale teraz stał na skraju ban­kruc­twa, zaś Warince cią­gle bra­ko­wało jedze­nia. Nie miała nawet całej sukienki.

Może i rze­czy­wi­ście zdo­ła­ła­bym poko­chać tego dobrze uło­żo­nego męż­czy­znę z dziw­nego kraju?

Jako że magia i gwiezdny pył nie znaj­do­wały się na szy­cie listy jej marzeń, a Han­ni­bal ofe­ro­wał w Danii cie­pły dom z pia­ni­nem, może warto pozwo­lić mu się tym zająć? Był uprzejmy i ewi­dent­nie nie­wy­ma­ga­jący. Moja bab­cia miała już dość spa­nia z nożem, no i musiała przy­znać, że od kiedy Wadim znik­nął w gar­dzieli hipo­po­tama, nic jej w cyrku nie trzy­mało.

- Da! - odpo­wie­działa.

- Tak? - powtó­rzył Dzia­dek, nie dowie­rza­jąc.

- Da! - potwier­dziła gor­li­wie, chwy­ta­jąc jego dłoń. Jesz­cze ni­gdy nie był tak bli­sko niej.

I wtedy odpo­wiedź Warinki dotarła do niego z całą mocą.

Pod­sko­czył z rado­ści, aż ludzie w kawiarni uśmiech­nęli się do niego.

- W takim razie zróbmy to teraz! - zawo­łał roz­en­tu­zja­zmo­wany.

- Dawaj, poże­nim­sia sie­god­nia wie­cze­rom! Pobierzmy się dziś wie­czo­rem! - Teraz już wszy­scy w kawiarni bili brawo, żar­to­wali i ude­rzali w stoły.

Alko­hol dodał Han­ni­ba­lowi odwagi. Dzia­dek zagrał o dużą stawkę, lecz tym razem zapa­no­wał nad mową i zdo­był wspa­niałą nagrodę. Nagle zaczął się oba­wiać, że jeśli pocze­kają choć sekundę, ona się roz­my­śli. Po tylu latach wresz­cie tu dotarł, to był wła­śnie ten moment, któ­rego pra­gnął. Lepiej być synem mar­no­traw­nym niż umrzeć, ni­gdy nie zasma­ko­waw­szy praw­dzi­wego, peł­nego życia.

Zachwy­cony spo­strzegł, że Warinka sta­now­czo ski­nęła głową i wstała, gotowa do wyj­ścia.

Skoro decy­zja została pod­jęta...

Han­ni­bal wie­dział, że kopen­ha­ska rodzina ni­gdy nie zaak­cep­tuje jego wyboru narze­czo­nej i nie pojawi się w Danii na ślu­bie, posta­no­wił zatem, że gdy dotrą do domu, rosyj­ska cyr­kowa księż­niczka będzie już jego żoną. W rela­cjach z rodziną trzeba posta­wić wszystko na jedną kartę. Był odu­rzony wła­snym bun­tem i rado­ścią.

Warinka zdo­łała obu­dzić duchow­nego w Cer­kwi Zna­mień­skiej. W zamian za otwar­cie świą­tyni i popro­wa­dze­nie cere­mo­nii Han­ni­bal obsy­pał batiuszkę desz­czem monet. Jesz­cze tej nocy zostali mał­żeń­stwem, a jedy­nym ich świad­kiem była zawo­dowa płaczka.

Co się wyda­rzyło w noc poślubną, tego ni­gdy z Warinki nie wydu­si­ły­śmy. Mam nadzieję, że Dzia­dek nie szczę­dził jej czu­ło­ści i pasji, lecz tro­chę w to wąt­pię. Pobrali się w naj­mrocz­niej­szy dzień roku, a następ­nego ranka powró­ciło świa­tło. Dzień był dłuż­szy o jedną minutę. Wnio­ski pozo­sta­wiam wam.

Warinka upie­rała się, że sama zała­twi doku­menty nie­zbędne do podróży i poże­gna się z Cyr­kiem Sowal­skiego oraz ojcem, zanim odpły­nie do Danii. Naj­le­piej niech Han­ni­bal popły­nie pierw­szy, sam. Dzia­dek bła­gał żar­li­wie, by pozwo­liła mu zostać, lecz decy­zje Warinki nie pod­le­gały dys­ku­sji. Zanim sta­tek opu­ścił port, Han­ni­bal nary­so­wał na ser­wetce mapę Europy i poka­zał jej, gdzie znaj­duje się Ama­ger.

- Ulica Paler­mo­vej. Zamie­rzam kupić tam dom!

- Pa-ler-mo-vej?

- Da!

Han­ni­bal dał jej mnó­stwo pie­nię­dzy i sta­ran­nie zapi­sał adres swo­jej rodziny przy Ama­lie­gade. Dzięki temu Warinka mogła przy­słać tele­gram z wia­do­mo­ścią, kiedy przy­bę­dzie.

- Da! - potwier­dziła, że rozu­mie.

I chwilę póź­niej już jej nie było.

Po powro­cie do Danii Dzia­dek nie próż­no­wał. Kupił roz­mówki z dłuż­szą listą rosyj­skich wyra­żeń i wresz­cie skon­tak­to­wał się z praw­ni­kiem repre­zen­tu­ją­cym wła­ści­ciela domu przy ulicy Paler­mo­vej. Z ulgą stwier­dził, że budy­nek wciąż jest na sprze­daż.

Musiał dzia­łać szybko. W końcu był żonaty - w sekre­cie, ow­szem, ale jed­nak. Przy­szłość stała przed nim otwo­rem. To miał być barwny dom. Dom pełen dzieci. Naj­le­piej, by był ich tuzin. Chłopcy i dziew­częta. Muzyka i dzie­cięcy śmiech wypeł­nią wszyst­kie pomiesz­cze­nia. Dom dry­fu­jący w morzu muzyki, a w jego sercu Warinka.

Jedyną rze­czą, któ­rej teraz potrze­bo­wał Han­ni­bal, była finan­sowa pomoc ojca, i miał w tej spra­wie dobre prze­czu­cie. Od kiedy sybe­ryj­skie futra opu­ściły frach­to­wiec i tra­fiły na Kró­lew­ski Nowy Targ, Hur­tow­nik cał­kiem ina­czej postrze­gał syna. Wyglą­dało na to, że z Han­ni­bala będą jed­nak ludzie, a poza tym i tak już naj­wyż­szy czas, aby młody czło­wiek opu­ścił rodzinne gniazdo. Ojciec zgo­dził się prze­ka­zać mu pokaźną zaliczkę z jego czę­ści dzie­dzic­twa.

Dzia­dek nabył willę za oka­zyjną cenę i natych­miast przy­stą­pił do jej odna­wia­nia. Wybrał prze­śliczne meble, bez żad­nych frędzli, i szu­kał dobrej jako­ści pia­nina. Wresz­cie zde­cy­do­wał się na nie­miec­kiego heide­manna, instru­ment z krzy­żo­wym ukła­dem strun, o deli­kat­nych, fine­zyj­nych dźwię­kach, zaku­piony u miej­sco­wego han­dla­rza rze­czami z dru­giej ręki, który - szcze­rze mówiąc - wcale nie chciał się z nim roz­sta­wać. Front pia­nina ozdo­biony był dwoma srebr­nymi, sple­cio­nymi łabę­dziami ręcz­nej roboty.

- Na świe­cie jest tylko jedno takie pia­nino.

Han­ni­bal lubił sym­bo­lizm, więc je kupił.

Wydało mu się rów­nież dobrym pomy­słem doku­pie­nie gra­mo­fonu z mosiężną tubą i oczy­wi­ście wyboru płyt - Czaj­kow­skiego, Szo­sta­ko­wi­cza i Rach­ma­ni­nowa. Zanim opu­ścił sklep, nabył rów­nież krą­żek z naj­pięk­niej­szymi ariami śpie­wa­nymi przez nowe gwiazdy opery: tenora Enrica Carusa i sopran Rosę Pon­selle.

Dzia­dek, który w dzie­ciń­stwie gry­wał sonaty, nie mógł się docze­kać, kiedy będzie mógł śpie­wać uko­cha­nej sere­nady przy wła­snym akom­pa­nia­men­cie.

Lecz mie­siące mijały, a tele­gram od Warinki nie nad­cho­dził. Han­ni­bal, ćwi­cząc na heide­man­nie, coraz bar­dziej się nie­po­koił, że i ona sama ni­gdy nie przy­bę­dzie do Kopen­hagi. Pisał do niej dzi­wacz­nym rosyj­skim, adre­su­jąc listy do Cyrku Sowal­skiego. Lecz nie dosta­wał odpo­wie­dzi. Każ­dego popo­łu­dnia po pracy spa­ce­ro­wał por­to­wym nabrze­żem, wypa­tru­jąc oczy za Warinką. I każ­dego wie­czora mówił szep­tem "dobra­noc" czar­no­okiej dziew­czy­nie w kape­lu­szu z łabę­dziem sto­ją­cej przed cebu­la­stymi kopu­łami.

*

Aż tu nagle się poja­wiła - cztery mie­siące i trzy dni po ich roz­sta­niu w Pio­tro­gro­dzie. Sie­działa na żela­znym pole­rze na dzio­bie wiel­kiego rosyj­skiego frach­towca, macha­jąc nogami. Tkwiła tam od wcze­snego ranka, pewna, że Han­ni­bal ją zoba­czy.

- Warinko! Warinko! - wołał, bie­gnąc i macha­jąc do niej.

Wstała i ruszyła mu na spo­tka­nie. Poń­czo­chy rolo­wały jej się na nogach, a w ręku trzy­mała podartą płó­cienną torbę, lecz w jej oczach wid­niał zapał. Wyda­wała się jesz­cze mniej­sza, niż pamię­tał, lecz powi­tała go, patrząc mu pro­sto w oczy, i wyglą­dała tak, jak nikt inny w świe­cie nie wyglą­dał i wyglą­dać nie będzie. Nie miała kape­lu­sza ani futra, lecz Dzia­dek nie zada­wał żad­nych pytań. Był tak nie­zmier­nie zado­wo­lony z jej przy­by­cia, że aż uniósł ją w powie­trze i już miał się wraz z nią okrę­cić, dając upust rado­ści, gdy jej słowa spra­wiły, że odsta­wił ją na zie­mię.

Pra­dzia­dek Igor nie żył. Cyrk Sowal­skiego upadł. Tyle Dzia­dek zdo­łał wywnio­sko­wać z jej gesty­ku­la­cji i jed­no­sy­la­bo­wych słów. Wyda­wała się nie­zwy­kle spo­kojna i nie chciała o tym roz­ma­wiać. Stała tam tylko w tej samej co zawsze sukni z osma­lo­nym tyłem i nie­wiele mówiła.

Otu­liw­szy jej ramiona swoim płasz­czem, Han­ni­bal wziął od niej torbę, mach­nął na tak­sówkę i powiózł żonę do domu peł­nego cie­pła. Do domu przy ulicy Paler­mo­vej.

- Jeste­śmy na miej­scu - oznaj­mił z uśmie­chem, sze­roko roz­kła­da­jąc ramiona.

Tak, byli na miej­scu.

Warinka zmie­rzyła wzro­kiem biały pałac - willę ozdo­bioną błysz­czą­cymi czar­nymi kafel­kami. Naprze­ciwko roz­kwi­tało pole tuli­pa­nów. Ski­nęła głową.

Dom miał trzy kon­dy­gna­cje i piw­nicę. Główny salon, zwró­cony ku sta­remu ogro­dowi, był sło­neczny; w rogu, za heide­man­nem, wzno­sił się komi­nek wyso­ko­ści czło­wieka, ozdo­biony kaflami ręcz­nie malo­wa­nymi w żura­wie. Perłą tego domu był usy­tu­owany na pierw­szym pię­trze bal­kon; spra­wiał wra­że­nie, jakby został zapro­jek­to­wany spe­cjal­nie dla Warinki i Han­ni­bala, by mogli nań wycho­dzić w cie­płe let­nie noce i pro­wa­dzić pod gwiaz­dami filo­zo­ficzne dys­puty. Oko­lony gło­go­wym żywo­pło­tem ogród wyda­wał się olbrzymi. Pięło się w nim dzi­kie wino, rosły krzaki agre­stu oraz jabłoń o sied­miu kona­rach, a na samym końcu - grande finale - wspa­niała wierzba pła­cząca.

Warinka dostała wła­sny pokój. Usy­tu­owany w spo­koj­nym zakątku par­teru, z bez­po­śred­nim wyj­ściem do ogrodu. Spoj­rzała na męża z wdzięcz­no­ścią.

No, no, patrz­cie tylko - pomy­ślał Dzia­dek - świet­nie ją odczy­ta­łem. We dwoje pora­dzimy sobie ze wszyst­kim.

Gdy roz­pa­ko­wy­wała torbę, oka­zało się, że przy­wio­zła tylko jedną rzecz. Rosyj­skie wyda­nie Anny Kare­niny.

Wyobraź­cie to sobie! Ze wszyst­kich ksią­żek świata zabrała ze sobą tę jedną. To znak z nie­bios.

- Moja mama! - powie­działa Warinka. - Czy­tała mi ją, kiedy byłam mała.

Han­ni­bal ski­nął głową. Cudow­nie! Moja żona kocha rosyj­ską lite­ra­turę. Jesz­cze nie raz mnie zasko­czy.

Warinka rze­czy­wi­ście zaska­ki­wała mojego Dziadka, lecz nie do końca w spo­sób, jakiego ocze­ki­wał. Lata mijały, a jej misją stało się trzy­ma­nie wszel­kich prze­ja­wów muzyki i magii na dystans. Han­ni­bal raz po raz zasia­dał przy pia­ni­nie i grał dla żony Arię Leń­skiego, lecz ona ni­gdy się nawet nie zmu­siła, by posie­dzieć z zamknię­tymi oczami i wyglą­dać na ocza­ro­waną. Heide­mann lojal­nie odpo­wia­dał na dotyk Dziadka, lecz led­wie tole­ro­wał Warinkę. W końcu dzia­łały już tylko czarne kla­wi­sze. Muzyka zle­wała się w dźwięki z wieży Babel, lecz mojej babci było to obo­jętne, nie miała za grosz słu­chu.

Sprawy pogma­twały się osta­tecz­nie, gdy Warinka odkryła wyścigi psów ze sko­wy­tem gna­ją­cych po torze w Tarnby. Bar­dzo szybko została ich stałą bywal­czy­nią, i to z wyjąt­ko­wym talen­tem do zakła­dów. Dom wypeł­niły cza­so­pi­sma o goni­twach i kupony.

Han­ni­bal pra­gnął obu­dzić jakiś instynkt w tej magicz­nej dziew­czy­nie, w któ­rej się zako­chał. Był spra­gniony fine­zyj­nego życia, do jakiego Warinki wcale nie cią­gnęło. W tym cza­sie doty­kała pia­nina spo­ra­dycz­nie, gdy prze­cie­rała szmatą kla­wi­sze z kurzu. Roz­le­gało się rap­towne for­tis­simo z topor­nymi, cha­otycz­nymi prze­sko­kami. Wtedy szybko zatrza­ski­wała wieko.

Nie było też barw­nego gangu dzie­cia­ków. Może i oczy Warinki gorzały jak węgle, lecz na tym fron­cie miała Han­ni­ba­lowi do zaofe­ro­wa­nia tylko jedną córkę. Drzwi do serca mojej babci były zamknięte na sta­lowy rygiel - no bo w co można wie­rzyć, gdy twoją pierw­szą miłość pożarł hipo­po­tam?

No ale. Ich mała córeczka, moja mama Eva o zło­tych blond lokach, stała się nowym źró­dłem szczę­ścia Dziadka. Całą swą miłość prze­kie­ro­wał na nią, bo miłość potrze­buje odbiorcy. Ina­czej wysysa z dawcy całą ener­gię. W tym cza­sie sere­nady Han­ni­bala już uci­chły, jak chór męski z Pio­tro­grodu - to dziwne, stłu­mione marze­nie, któ­rym żył w 1920 roku.

W dniu śmierci Dziadka zroz­pa­czone pną­cza osu­nęły się na zie­mię. Krwi­sto­czer­wone maki stra­ciły swoją nie­win­ność i zrzu­ciły płatki. Zmarł kilka lat przed naszym naro­dze­niem. Zapewne z roz­cza­ro­wa­nia. Na długo zanim Olga i ja przy­szły­śmy na świat, a heide­mann znik­nął z salonu bez śladu.

*

Lecz teraz moja sio­stra Filippa unosi się w kaska­dach świa­tła, a ja doszu­kuję się w tym sza­leń­stwie metody. Po co tyle pasji w sercu Dziadka, skoro tuż obok żyło serce na pasję zamknięte? Niebo mil­czy w odpo­wie­dzi.

Tej nocy śnię o Filip­pie. Bie­gnie do domu przez roz­świe­tlone wszyst­kimi kolo­rami tęczy sale balowe Stwórcy. Przez niu­anse wszyst­kich sta­nów umy­słu. Potem budzę się i nie jestem ani o krok bli­żej raju. Nie, utknę­łam na ulicy Paler­mo­vej, na pry­czy za kra­tami swo­ich żeber. A moja wielka, nie­śmiała głowa i nie­zdarne stopy nic nie mogą na to pora­dzić.

By zapro­te­sto­wać, maluję. Kopię w drzwi tych jasnych, kolo­ro­wych sal i wykrę­cam zawiasy z oścież­nic. Przez kilka bło­gich sekund pła­wię się w smu­dze nie­biań­skiego świa­tła. Tur­kus spo­tyka szkar­łat, sły­chać błogą muzykę.

Mam led­wie sie­dem lat i moje policzki też zabar­wił szkar­łat, aż muszę otwo­rzyć okno. Ojciec się uśmie­cha; dostrzega moją eks­cy­ta­cję kolo­rami, więc przy­nosi do domu tubki farb i pastele.

Malo­wa­łam, od kiedy otwo­rzy­łam oczy. Twa­rze, miej­sca, liczby, litery i stany umy­słu - wszystko ma swoją barwę. Cyfra 4 to mar­sjań­ski fio­let, poświata R ma odcień cyjanu nie­bie­skiego, melan­cho­lia osa­dza się w głę­bo­kiej fran­cu­skiej sje­nie, a roz­cza­ro­wa­nia są wyra­zi­ście żółte, jak cytryna. Mój Papa wszystko to we mnie dostrzegł.

Gołę­bie oczy

Papa spo­tkał moją matkę w nie­bie. Na wyso­ko­ści trzech kilo­me­trów, gdzieś nad Morzem Pół­noc­nym. Skoń­czyła się druga wojna świa­towa, a Jan Gustav, któ­rego znano pod takimi imio­nami, zanim stał się moim Papą, wyru­szył w nie­zwy­kłą podróż.

Matylda, jego naj­lep­szy gołąb pocz­towy, miała zostać odzna­czona pod­czas cere­mo­nii w Lon­dy­nie za przy­ło­że­nie skrzy­dła do szyb­szego zakoń­cze­nia wojny. Gołę­bicy przy­znano spe­cjalny Medal Dic­kin, któ­rym nagra­dzano wybit­nie odważne zwie­rzęta.

Wła­ści­wie ojciec był cał­kiem zwy­czaj­nym czło­wie­kiem miesz­ka­ją­cym na ska­li­stej szwedz­kiej wysepce, miał jed­nak wyjąt­kowy dar szko­le­nia gołębi pocz­to­wych, szcze­gól­nie tych lata­ją­cych na dłu­gich dystan­sach. Jan Gustav hodo­wał ptaki od wcze­snego dzie­ciń­stwa. Lecz choć miał już trzy­dzie­ści sześć lat, sam leciał pierw­szy raz w życiu.

Wolał swoją wysepkę i archi­pe­lag, ciśnięte hen daleko na Bał­tyk; to był raj Papy. Wyspa miała led­wie stu miesz­kań­ców i można było z łatwo­ścią obejść ją dokoła, nikogo nie spo­ty­ka­jąc, naj­wy­żej owce Lun­de­manna. Let­nicy ze Sztok­holmu woleli inne wysepki, poło­żone bli­żej sta­łego lądu, więc więk­szość prze­strzeni zaj­mo­wało kró­le­stwo morza i nieba, a każdy pora­nek przy­no­sił nowe kolory. Wszy­scy znali się tu od poko­leń. A Jan Gustav i jego przy­ja­ciel Sven od dzie­ciń­stwa byli sobie szcze­gól­nie bli­scy. Brzozy roz­świe­tlały nawet naj­smut­niej­sze pochmurne dni. Spo­wite w biel pnie przy­po­mi­nały Janowi Gusta­vowi rzędy mło­dych dziew­cząt i spra­wiały, że budziły się w nim pra­gnie­nia i tęsk­noty. Zew, by poczuć coś nad­zwy­czaj­nego. By poczuć, jak świat w jego gło­wie wiruje.

Wysoka i sze­roka syl­wetka mojego ojca spra­wiała, że wiele ład­nych dziew­cząt z wyspy odwra­cało za nim głowy, lecz choć on odwza­jem­niał ich uśmie­chy, ni­gdy nie poczuł tego wyjąt­ko­wego odu­rze­nia, o któ­rym ludzie tyle gadają. Uzbroił się jed­nak w cier­pli­wość, budo­wał drew­niane domy, rąbał drewno do kominka, łapał tro­cie, szko­lił ze Sve­nem gołę­bie i słu­chał śpiewu hum­ba­ków, które cza­sem zabłą­dziły w oko­liczne wody.

Dwa lata przed wybu­chem wojny Sven oznaj­mił, że prze­pro­wa­dza się do Sztok­holmu. Zasko­czył tym Papę.

- Do Sztok­holmu?

- Tak, ze względu na Lil - odparł przy­ja­ciel.

Lil była wnuczką sta­rego Lun­de­manna. W tym roku spę­dziła waka­cje na wyspie. Gdy Papa się nad tym zasta­no­wił, zdał sobie sprawę, że trudno było prze­oczyć szcze­gólne zado­wo­le­nie, które ema­no­wało ze Svena i Lil za każ­dym razem, gdy znaj­do­wali się w tym samym pomiesz­cze­niu. I znów Papa poczuł za czymś tęsk­notę, choć nie wie­dział, co to jest.

Obie­cali sobie, że pozo­staną w kon­tak­cie, i nie minęło dużo czasu, jak Sven zbu­do­wał gołęb­nik na dachu bloku w Södermalmie, do któ­rego wpro­wa­dzili się z Lil. Roz­po­częli two­rze­nie nowej tra­dy­cji. Za każ­dym razem, gdy mój ojciec i Sven się spo­ty­kali, przy­wo­zili w klat­kach po pięć gołębi i wymie­niali się nimi. Potem wysy­łali je do sie­bie nawza­jem, w tę i z powro­tem, i tak aż do końca życia, jak na dwóch przy­ja­ciół z dzie­ciń­stwa przy­stało. Zawsze pierw­szego dnia mie­siąca, zawsze z małą notatką przy­wią­zaną do pta­siej łapki zawie­ra­jącą rela­cję, co u nich sły­chać. Aż do kolej­nego spo­tka­nia. Gołę­bie nie były chyba zachwy­cone miej­skim życiem u Svena, ponie­waż zawsze włą­czały naj­wyż­szy bieg i naj­szyb­ciej, jak się dało, mknęły do nad­mor­skiego domku Papy.

Choć ojcu bra­ko­wało towa­rzy­stwa Svena, miej­skie życie go nie kusiło. Zamiast wspól­nego spę­dza­nia czasu dwóch przy­ja­ciół zna­la­zło sobie nową zabawę, mimo że obaj byli prze­cież doro­słymi męż­czy­znami - Sven o buj­nej bro­dzie i mój ojciec ze swym tubal­nym gło­sem.

Papa stra­cił oboje rodzi­ców w mło­dym wieku i przy­wykł do tego, że musi sobie radzić sam. Towa­rzy­stwo przy­rody i gołębi spra­wiało mu przy­jem­ność i ojciec naj­wy­raź­niej nie życzył sobie, aby cokol­wiek zakłó­ciło ten stan, aby - jak to się stało ze Sve­nem - coś wystrze­liło jego życie jak z procy w zupeł­nie innym kie­runku.

Jedy­nym grze­chem współ­cze­sno­ści, na który mój ojciec sobie pozwa­lał, był jazz. Gdy tylko w eter pły­nęły dźwięki sak­so­fonu alto­wego Char­liego Par­kera, Papa pod­krę­cał radio i wybi­jał rytm wiel­kimi sto­pami. Jego uwagę zwró­cił pseu­do­nim "Bird", ponie­waż dźwięki brzmiały jak trele kosa, który usiadł na szczy­cie sosny i śpie­wał bia­łym nocom do snu. Jan Gustav chciał zoba­czyć taką orkie­strę na żywo. Lecz z dru­giej strony nie widział powodu, żeby opusz­czać swój raj.

Aż do pew­nego zimo­wego poranka 1943 roku, gdy na wyspie poja­wił się męż­czy­zna w pro­chowcu. Zszedł z przy­wo­żą­cej pocztę łodzi i zapu­kał do drzwi mojego ojca.

- Sven prze­syła pozdro­wie­nia.

Potem pro­cho­wiec, który przed­sta­wił się jako Bengt, od razu prze­szedł do rze­czy. Współ­pra­co­wał w Sztok­hol­mie z pewną grupą, która pozo­sta­wała w kon­tak­cie z bry­tyj­skimi siłami zbroj­nymi. Czy Jan Gustav mógłby udać się do Anglii i pomóc mło­dym rekru­tom jed­nostki gołębi pocz­to­wych szko­lić pta­sie potom­stwo na połu­dnio­wym krańcu Wiel­kiej Bry­ta­nii?

- Prze­gry­wamy tę wojnę. Łamią nasze kody, prze­chwy­tują trans­mi­sje radiowe, wysa­dzają maszty tele­gra­ficzne - cią­gnął gość. - Lecz gdyby pana ptaki mogły wejść do gry... Dziś ludzie uwa­żają gołę­bie pocz­towe za relikt prze­szło­ści, ale ich sto­so­wa­nie wciąż ma sens. Szcze­gól­nie teraz.

Papa się zgo­dził. Gołę­bia nie namie­rzą sys­temy rada­rowe ani nie powstrzy­mają deszy­franci, no i gołąb ni­gdy nie przej­dzie na stronę wroga.

Mój ojciec poka­zał Beng­towi gołęb­nik za chatą.

- Wie­dzia­łem, że w końcu przyj­dzie­cie - powie­dział.

Nie bez pew­nej dumy zapre­zen­to­wał Beng­towi pełną gra­cji brą­zowo-biało-nakra­pianą gołę­bicę rasy Liege oraz odczy­tał mu krótką wia­do­mość, która dotarła ze sta­łego lądu przy­wią­zana do nogi ptaka.

- To Matylda. Z ostat­niego wio­sen­nego lęgu. Sven wysłał ją ze Sztok­holmu dziś rano, a ona dotarła tu w ciągu czter­dzie­stu minut.

Ojciec pod­niósł Matyldę, która natych­miast zaczęła gru­chać. Jeśli Bengt był jesz­cze nasta­wiony scep­tycz­nie, Papa wła­śnie roz­wiał jego wąt­pli­wo­ści.

- Robi wra­że­nie, muszę przy­znać! Szu­ka­li­śmy naj­szyb­szych gołębi pocz­to­wych, jakie można zna­leźć. Posłań­ców, któ­rzy tra­fią do domu w suro­wym tere­nie pod cięż­kim ostrza­łem. Co prawda pana ptaki nie brały udziału w zawo­dach ani nie zdo­by­wały medali, lecz Sven się zarzeka, że ni­gdy nie widział tak szybko lata­ją­cych gołębi. I, Chry­ste, myślę, że może mieć rację.

Papa uśmiech­nął się i przy­tak­nął.

Bengt popro­sił mojego ojca, aby przy pierw­szej spo­sob­no­ści udał się do Dover. Papa nieco się wahał, ale zgo­dził się i wstą­pił w sze­regi bry­tyj­skich służb, choć Szwe­cja zacho­wała neu­tral­ność. Sven i Lil obie­cali, że pod nie­obec­ność Jana Gustava zaopie­kują się gołę­biami.

Trzy dni póź­niej, szczel­nie oku­tany, w rybac­kim kape­lu­szu na gło­wie mój ojciec chył­kiem wszedł na pokład kutra do połowu dor­szy. Matyldę scho­wał na dnie w kabi­nie. Gdy łódź dotarła do połu­dnio­wego wybrzeża Anglii, wysie­dli i zostali powi­tani przez żoł­nie­rzy jed­nostki gołębi pocz­to­wych.

Papa wie­dział to i owo o gołę­biach, a one wie­działy to i owo o nim. Od chwili przy­by­cia do obozu sta­rał się nauczyć rekru­tów takiego podej­ścia.

Cały sekret tkwił w tym, aby wypusz­czać ptaka na wol­ność, zara­zem jed­nak oka­zy­wać mu tak wiele bez­wa­run­ko­wej miło­ści, żeby mknął z powro­tem do domu, do swo­jego gołęb­nika, naj­szyb­ciej jak się da. Naj­pierw trzeba było stwo­rzyć gołę­biowi wygodne miej­sce do życia. Następ­nie, w noc przed wyru­sze­niem gołę­bia na misję, nale­żało go zosta­wić z naj­bar­dziej pożą­da­nym osob­ni­kiem płci prze­ciw­nej, jakiego dało się zna­leźć. Noc kipiąca namięt­no­ścią doda­wała gołę­bim skrzy­dłom chy­żo­ści, śpie­szyło im się, by wró­cić.

Lecz rekru­tami byli prze­waż­nie mło­dzieńcy o cia­łach buzu­ją­cych testo­ste­ro­nem i, szcze­rze mówiąc, trudno się było po nich spo­dzie­wać, by mieli chęć na pie­lę­gno­wa­nie wśród pta­ków całej tej bez­wa­run­ko­wej miło­ści - zamiast tego rwali się na plaże Calais, by wal­czyć. Męż­czy­zna prze­ciwko męż­czyź­nie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki