ROZDZIAŁ 2
Godzina 4:00 rano
2 września 1942 r.
Johnnie Nowak z kokpitu swojego wellingtona spojrzał w dół, w ciemność spowijającą Holandię. Choć nie było widać świateł, wiedział, że poniżej znajdują się zabudowania. Nakaz zaciemnień miał na celu zdezorientować przelatujących pilotów. Bez wzrokowego punktu odniesienia Johnnie musiał polegać na swoim nawigatorze Tubbym Edwardsie. Wciśnięty w malutkie stanowisko w dolnej części kadłuba nawigator wytyczał kurs za pomocą map, kompasu oraz gwiazd. Lada moment miną holenderskie wybrzeże i przelecą nad Zuiderzee ku Morzu Północnemu. Upłynęło dziewięć godzin misji, a Nowak już prawie dowiózł swoją załogę, złożoną z trzech Brytyjczyków i Jankesa, bezpiecznie z powrotem do bazy.
Prawie.
Niewielu załogom udałoby się to, czego dokonali cztery godziny wcześniej, zapuściwszy się daleko za linię wroga. Było to pierwsze zadanie Nowaka powierzone mu przez Zarząd Operacji Specjalnych - brytyjską agencję powołaną w celu niesienia pomocy podziemnemu ruchowi oporu. Księżycową nocą wystartowali dwusilnikowym bombowcem z tajnego lotniska RAF w angielskim Tempsford, które zakonspirowano tak, by wyglądało jak stara farma. Przebyli dwa tysiące mil tam i z powrotem. Współrzędne strefy zrzutu były tak tajne, że znali je tylko Nowak i jego nawigator, na wypadek gdyby zostali zestrzeleni i pojmani.
Diabelną satysfakcję dawało dostarczanie skrzyń broni i amunicji Armii Krajowej - zbrojnemu ramieniu Polskiego Państwa Podziemnego. Armia Krajowa, w skrócie AK - mężczyźni, kobiety i dzieci za wszelką cenę chcący bronić się przed nazistowskimi łajdakami niszczącymi kraj, w którym dwadzieścia lat temu Johnnie przyszedł na świat. Po śmierci ojca razem z mamą i siostrą wyjechał w dzieciństwie z Polski i zaczął nowe życie w Kanadzie. Dziadkowie jednak nadal mieszkali w Warszawie.
Czuł więź z ludźmi, którzy z narażeniem życia pokierowali go do strefy zrzutu. Ruchy latarni przestrzegły go przed gałęziami sosen. Poderwał samolot w ostatniej chwili, ocierając się o korony drzew.
Po udanym zrzucie czterech członków załogi wpadło w radość, lecz teraz od kilku godzin milczeli. Nowak wiedział, że podobnie jak on odliczali minuty do chwili, gdy miną Linię Kammhubera - łańcuch wrogich posterunków, wyposażonych w radary, reflektory i działa przeciwlotnicze 88 mm Flak - i powita ich z powrotem widok ujścia Tamizy na angielskim wybrzeżu. Poruszył szerokimi barkami i wyciągnął szyję, by rozluźnić napięcie, czekając, aż nawigator poinformuje go, że dotarli na wybrzeże.
- Pilot do załogi. - Nowak mówił do interkomu, bo wśród grzmiącego ryku silników tylko tak się dało komunikować. - Kto stawia, kiedy już wylądujemy?
- Tu bombardier - odezwał się Freddie Yates, który obecnie miał za zadanie kierować zasobniki wypadające z komory bombowej. - Ty, szefie. Już ci wczorajszy poker wyleciał z głowy?
- Liczyłem, że zapomnicie - odparł Nowak. - Mamy co oblewać. To twój ostatni wieczór wolności. - Po powrocie do bazy Nowak planował zjeść śniadanie - zgodnie z tradycją po operacjach serwował sobie jajka z bekonem - przespać się parę godzin, a potem udać się do miejscowego pubu. Od miesiąca planował przyjęcie-niespodziankę na wieczór kawalerski Freddiego.
- Nawigator do pilota - wtrącił się Tubby. - Mijamy wybrzeże nieprzyjaciela.
- Roger Wilco. - Nowak popatrzył na tablicę przyrządów. Dzięki zainstalowaniu dodatkowego zbiornika wystarczy mu paliwa, żeby przelecieć nad morzem. Poklepał się po kieszeni kamizelki, gdzie znajdowała się królicza łapka. Siostra wcisnęła mu ją do torby na szczęście, kiedy wybierał się za ocean, by wstąpić do czynnej służby.
Tuż przed nim prosto z ziemi wystrzeliły olśniewające słupy światła, które rozjaśniły nocne niebo. Oślepił go intensywny snop światła reflektora padający na bombowiec.
- Cholera! - Nowak zrobił unik w prawo, wychylając drążek sterowy do przodu i zmuszając nos bombowca do stromego nurkowania. Smugi białych pocisków zapalających i eksplodujących otaczały ich ze wszystkich stron.
Działa na ziemi pluły czerwono-żółto-pomarańczowym ogniem, tworząc zasłonę ostrzału przeciwlotniczego, wybuchającego tysiącami metalowych odłamków. Z całej siły pociągnął za drążek i zaczął gwałtownie wznosić się w lewo.
Przyszły mu na myśl słowa, które Freddie wymalował czerwoną farbą na drzwiczkach ich wellingtona: Nil bano panico. "Przede wszystkim bez paniki". W tej chwili liczyło się tylko to, by dowieźć załogę do bazy. Musiał wznieść się wyżej, spróbować wydostać się poza zasięg śmiercionośnych armat. Wzbijali się tak mocno, że pęd wbił go w siedzenie. Wpatrywał się w wysokościomierz, zaciskając palce na dźwigni. Dwanaście tysięcy stóp. Dwanaście i pół. Trzynaście. Trzynaście i pół.
Trach.
W samolot wbił się pocisk odłamkowy. Maszyna poderwała się, a bark i klatkę piersiową Nowaka przeszył ból. Fala lodowatego powietrza wdarła się do kokpitu. Na lewym skrzydle rozgorzał ogień, który objął farbę na impregnowanym pokryciu z tkaniny. Płomienie sunęły do tylnej części samolotu.
- Zawory paliwa! - krzyknął Nowak do mikrofonu, rozkazując załodze odciąć dopływ do płonącego silnika. - Lewy silnik się pali.
- Tu bombardier - odkrzyknął Freddie. - Trzymaj kurs, szefie. Zajmę się tym.
Nowak szarpnął za dźwignię uruchamiającą gaśnicę, cofnął przepustnicę płonącego lewego silnika, a drugi ustawił na pełen gaz. Wykonali ostry skręt w prawo. Wychylił ster kierunku i mocował się z drążkiem sterowym, by utrzymać poziom.
Freddie wcisnął się z dziobu samolotu do kokpitu. Bombowcem wstrząsnęła kolejna eksplozja i bombardier osunął się na podłogę.
- Freddie? Freddie?
Brak odpowiedzi.
- Zawory! Zawory! - powtórzył Nowak. W żyłach krążyła mu adrenalina. - Niech ktoś odetnie dopływ paliwa. Prędko, do diabła.
- Tu tylny strzelec. Ja to zrobię, szefie - włączył się Edwin Branch. Chłopak zwany Badylkiem miał ledwie osiemnaście lat i raptem dwa tygodnie wcześniej skończył szkolenie. Musiał teraz obrócić wieżę i w ciemności przeczołgać się wąskim przesmykiem wiodącym do kadłuba, aby zakręcić przewody paliwowe.
- Pilot do nawigatora: jak daleko do lądu?
Cisza.
Nowak odezwał się drugi raz:
- Tubby, jesteś tam?
Bez odpowiedzi.
- Radiooperator, co się tam dzieje? Zobacz, co u Tubby'ego. Sprawdź, czy jest podpięty.
- Tubby oberwał - odparł Raymond Taylor, przeciągając po wschodnioteksańsku. Dobre dwa lata przed tym, jak Stany Zjednoczone zaangażowały się w wojnę, razem z rodziną przeprowadził się do Kanady, żeby wstąpić do RCAF. Stół nawigatora znajdował się bezpośrednio za jego stanowiskiem. Ray miał dwadzieścia trzy lata, był więc najstarszym członkiem załogi. - Mamy pożar.
W słuchawce Nowak słyszał, jak Ray na radiostacji alfabetem Morse'a wystukuje sygnał SOS. Kropka, kropka, kropka, kreska, kreska, kreska, kropka, kropka, kropka.
- Zapnij Tubby'ego - zalecił pilot.
Mierzący prawie dwa metry wzrostu, szczupły, acz muskularny Ray bez trudu przeniesie masywnego Tubby'ego zza stołu na składane nosze. Zapnie mocowania i zabezpieczy kolegę, potem uruchomi butlę z powietrzem w kamizelce ratunkowej, a w końcu zapełni ją, dmuchając w ustnik. Nowak liczył, że się mu to uda.
W powietrzu unosił się dym i przenikliwy smród materiałów wybuchowych. Od podłogi bił intensywny żar. Kątem oka pilot spostrzegł ruch. Freddie dźwignął się na nogi, z czoła broczył krwią.
- Wyrwij kable. Przerwij obwód. Zgaś płomienie! - krzyknął Nowak.
Freddie wyjął gaśnicę zza fotela pilota i odbezpieczył ją. Pompował prędko, w drodze do kokpitu rozlewając środek gaśniczy.
Ostrzał przeciwlotniczy ustał gdzieś nad Morzem Północnym. Bez nawigatora Nowak nie był pewien ich położenia, ale wiedział, że stracą co najmniej godzinę, nim dolecą do najbliższego punktu na angielskim wybrzeżu. W życiu tam nie dotrą. Jego ludzie nie mogą skakać ze spadochronem do zimnej wody tak daleko od brzegu. Zakrawałoby to na samobójstwo. Wszyscy poumierają z wyziębienia.
Jako pilot i dowódca statku Nowak ponosił odpowiedzialność za bezpieczeństwo załogi. Nazywali go "szefem" - szczycił się tym mianem - i mu ufali. Nie zamierzał ich zawieść. Ani teraz, ani wcale. Mógł ich ratować tylko w jeden sposób: wylądować awaryjnie na wodzie z żarliwą nadzieją, że gumowy ponton napełni się wówczas powietrzem.
- Szykujcie się na wodowanie, panowie. Lądujemy - rzekł Nowak najspokojniej, jak tylko umiał.
Członkowie załogi znali procedurę wodowania. Przed ewakuacją usunąć astrowieżyczkę. Zabezpieczyć pasy naramienne pilota. Wyrzucić luźny sprzęt. Zniszczyć tajne dokumenty. Spakować zapasy awaryjne. Nadać współrzędne ich pozycji do bazy. Przyjąć pozycję do wodowania: skulić się, przywrzeć plecami do dźwigara skrzydła, ręce spleść za głową.
Wysokościomierz zawirował w lewo, więc Nowak skierował samolot ku wzburzonemu morzu bez dokładnego odczytu wysokości. Musiał wylądować na grzbiecie fali, równolegle do jej dolin. Włączył światła lądowania, żeby ocenić wysokość. Nie zadziałały. Jeśli uderzy dziobem we wzbierające fale, wellington rozpadnie się na miejscu.
Zdarł skórzane rękawiczki, by wytrzeć spocone dłonie o spodnie, po czym zrzucił paliwo, opuścił klapy i zmniejszył przepustowość. Siłował się z drążkiem, by kontrolować dziób i skrzydła dygocącego bombowca. Za przewodnika miał tylko odbicie księżyca na wodzie. Jeżeli końcówka skrzydła dotknie powierzchni oceanu jako pierwsza, samolot przekoziołkuje jak listek na wietrze.
- Na rany Chrystusa, chłopaki, trzymajcie się - ryknął Nowak wśród ogłuszającego huku. Bombowiec pikował. Pilot przeżegnał się w myślach. Przez głowę przemknęły mu matka i siostra czekające w Kanadzie, zaplanowane na sobotę wesele Freddiego, dzieci Raya.
Najpierw uderzył w morze ogon maszyny. Potem brzuch. Sekundę później dziób grzmotnął w fale z impetem. Do kokpitu wdarła się woda i samolot zatrzymał się gwałtownie.
Mieli minutę, może dwie, nim uszkodzony samolot zatonie. Nowak pociągnął zawleczkę zabezpieczającą uprząż i wyskoczył z fotela, zdzierając gogle oraz skórzany kask. Freddie i Badylek wparowali do kokpitu i przeleźli lukiem ewakuacyjnym nad siedzeniem pilota. Ray spieszył tuż za nimi, dźwigając przez ramię Tubby'ego. Przepchnął nawigatora przez luk, a Freddie i Badylek go wyciągnęli. Ray przecisnął się jako następny.
Nowak wypełzł za Rayem. Gdy tylko znalazł się na zewnątrz, pociągnął za sznurek, by uruchomić kamizelkę ratunkową. Z ulgą zauważył, że Freddie i Badylek kucają już na zanurzonym częściowo skrzydle, starając się utrzymać równowagę wśród bijących wokół fal. Ray zsuwał się pomału z Tubbym w ramionach.
Nowak, gramoląc się na szczyt bombowca, poślizgnął się na mokrej powierzchni. Odzyskał równowagę, z całej siły przebijając materiał stopą. Dzięki przeplatanej konstrukcji geodetycznej kratownicy kadłuba, która dawała oparcie butom, cofał się stopniowo, odliczając w głowie sekundy. Upłynęło już pół minuty.
Zsunął się na skrzydło. Dwa rozgrzane silniki trzeszczały, zalewane morską wodą, wzbijając tumany syczącej pary.
Gumowy ponton napełnił się powietrzem w chwili uderzenia, lecz unosił się na wodzie do góry dnem, przytwierdzony liną do prawej burty. Musieli jakimś cudem ułożyć go jak trzeba, wejść do środka i odciąć linę, która mocowała ich do samolotu oraz niechybnej śmierci.
Nowak głęboko zaczerpnął tchu i dał nura do słonej wody. Z zimna zachłysnął się i łyknął parę haustów. Freddie w ślad za nim wczołgał się na przewrócony ponton i pociągnął za uchwyt, podczas gdy Nowak pchał od spodu. Ponton opadł gwałtownie i wepchnął go pod wodę. Wychynął na powierzchnię ponownie, krztusząc się. Choć piekły go oczy, widział, że ponton szarpie za linę mocującą go do samolotu, którego roztrzaskany dziób zatapiał się pod powierzchnią. Za parę sekund bombowiec pociągnie na dno morza ich jedyny środek ratunku.
Razem z Freddiem ponowili próbę i tym razem udało im się odwrócić ponton. Ustabilizowali go, by Ray i Badylek mogli ściągnąć Tubby'ego ze skrzydła.
- Gdzie ten cholerny nóż?! - ryknął Freddie. - Nie ma go w kaburze.
- Kto ma nóż? - krzyknął Nowak.
Ray wyjął z kieszeni nóż sprężynowy, rozłożył go, wychylił się za burtę i przeciął linę.
Nowak przypatrywał się z ulgą i żalem, jak jego wellington tonie w ciemnej wodzie. Przylgnął do krawędzi pontonu i walcząc z naporem fal, usiłował się unieść, lecz uchodziły z niego siły. Ręce ślizgały mu się po śliskiej gumie, ale Ray złapał za uchwyty w jego kamizelce ratunkowej i wciągnął go na pokład.
Załoga skupiła się przy sobie. Tubby leżał między nimi z głową na kolanach Edwina.
- Tubby jest w złym stanie. - Ray odwiązał jedwabny szalik i otarł nim krew z twarzy nawigatora. - Prawie odstrzelili mu nos.
- Jasny szlag - skwitował Freddie.
- Uciskaj. Spróbuj zahamować krwotok - zalecił Nowak. - Freddie, znajdź apteczkę.
Freddie przetrząsnął zawartość znajdującej się w pontonie metalowej apteczki. Wyjął strzykawkę i ampułkę morfiny, zakasał Tubby'emu rękaw, dziabnął go igłą i nacisnął tłok. Nowak przeniósł uwagę na resztę załogi.
- Ray, jesteś ranny?
- To nic poważnego.
- Badylek?
- Oberwałem trochę w rękę.
- Freddie?
- Tylko to skaleczenie. - Freddie dotknął czoła. - A ty, szefie?
- Nic mi nie jest - odparł Nowak, po czym spytał Raya: - Wysłałeś do bazy nasze współrzędne?
- W przybliżeniu. Tyle mogłem bez Tubby'ego.
Nowak musiał wystrzelić racę, by oznaczyć ich położenie, potrzebował więc pistoletu sygnałowego i pocisków.
- Gdzie rakietnica?
Ray zawahał się, potem przyznał:
- Miałem ją w torbie. Zmyła ją fala. Musiałem wybierać, szefie, czy ratować Tubby'ego, czy rakietnicę.
- Nie przejmujcie się. Służba morska nas zgarnie - zapewnił swoich ludzi Nowak. Nie chciał tego przyznać, ale sam się martwił. Drżał, podciągając mokrą kurtkę pod brodę. Krew brocząca z ran na jego piersi była ciepła w dotyku.
Ponton kołysał się pod wpływem zawodzącego wiatru, a szalejące fale chlustały do środka wodą. Freddie wylewał ją, gdy tylko się wdzierała. Badylek wychylił się przez burtę i wymiotował, a Ray trzymał go za kark, żeby nie wypadł. Nowak nie spuszczał oczu z horyzontu na zachodzie i zaciskał palce na króliczej łapce z nadzieją na ratunek. Tubby nie odzyskiwał przytomności.
O świcie pojawił się statek. Badylek dmuchał w gwizdek i wymachiwał rękami, a reszta załogi wiwatowała.
Dopóki ich oczom nie ukazała się czarna swastyka na czerwono-białej nazistowskiej fladze.