Rozdział 2
Zupełnie inaczej spędzała ostatni dzień przed Wigilią Janina. W przeciwieństwie do wnuczki uwielbiała świąteczne szaleństwo i już z samego rana poszła na targ, żeby pooglądać karpie - chociaż przygotowywanie wieczerzy od kilku lat brała na siebie jej córka - a także nabyć żywą choinkę, którą wspaniałomyślnie przyniósł jej potem do mieszkania wnuk sąsiadki, spotkany przypadkiem na rynku. Janina dała mu w podziękowaniu czekoladowego mikołaja, których jak co roku kupowała na święta cały karton, żeby obdarować sąsiadów, a potem włączyła radio, w którym leciała nastrojowa muzyka, i wyjęła z szafy w przedpokoju pudło z ozdobami.
Tradycja to tradycja - pomyślała, ostrożnie schodząc z krzesła. Zaniosła karton z bombkami, łańcuchami i światełkami do dużego pokoju, w którym stała choinka, i z sentymentem zaczęła przeglądać ozdoby. Większość z nich miała już swoje lata, ale dla Janiny ważniejsza od mody była wartość sentymentalna czerwonych jabłuszek, błyszczących gwiazdek oraz szklanych kul. Mimo upływu lat kobieta dobrze pamiętała, które ozdoby kupili z Hektorem - świeć Panie nad jego duszą - gdy Anetka była malutka, albo które dostała w prezencie jeszcze od mamy. I absolutnie jej nie przeszkadzało, że co roku dokładnie to samo wisiało na jej choince.
Z radia nadal płynęła muzyka, gdy starsza pani zaczęła wieszać na choince pierwsze lampki. Jak zwykle były splątane, choć dałaby sobie rękę uciąć, że rok temu zwinęła je nader starannie. Gdy już oplotła nimi gałęzie drzewka, wyciągnęła z kartonu pierwsze jabłuszko na złotym sznureczku i wtedy zadzwonił telefon. Odłożyła więc ozdobę do pudła i wzięła do ręki komórkę, którą jakiś czas temu sprezentował jej zięć. Wcześniej Janina była dość sceptyczna w kwestii nowoczesnych telefonów, lecz smartfon szybko zrewolucjonizował jej życie. Zawsze uwielbiała plotkować z koleżankami i kuzynkami porozrzucanymi po Polsce, a dzięki komórce nie była ograniczona przez kabel - mogła rozmawiać wszędzie. I jeszcze ta możliwość konwersowania bez limitu!
Teraz przysiadła na kanapie i odebrała połączenie.
- Janina Bartnicka. Kto mówi?
- Jadzia? To ja! Staszka! - rozległ się na linii znajomy głos.
Janina uśmiechnęła się, słysząc córkę siostry ojca, która mieszkała w Malborku. Były w podobnym wieku i kiedyś spędziły razem kilka tygodni wakacji, gdy rodzice Staszki przysłali córkę do ciotki. I choć od tamtej pory spotykały się głównie na pogrzebach lub ślubach w rodzinie, to regularnie dzwoniły do siebie na ploteczki i zawsze składały sobie życzenia świąteczne, tak przez telefon, jak i na kartkach.
- Staszka! Jak miło cię słyszeć! - Janina założyła nogę na nogę i rozsiadła się wygodniej na wiekowej kanapie. - Jak tam przygotowania do świąt? Ja właśnie zaczęłam stroić choinkę!
- Mnie w tym roku wyręczyły w tym wnuki! Wpadły wczoraj wieczorem, więc pozwoliłam im zająć się drzewkiem, choć w poprzednich latach zwykle pilnowałam tradycji i robiliśmy to dopiero w Wigilię. Ale widzę, że ty też postanowiłaś w tym roku działać szybciej.
- Jutro mam sporo spraw do załatwienia, więc bałam się, że nie zdążę.
- A co takiego można załatwiać w Wigilię?
- Ho, ho! Jeszcze się zdziwisz! Rano idę na występ dzieciaków, który zaprzyjaźniona szkoła przygotowała dla uniwersytetu trzeciego wieku, do którego należę, a o czternastej pomagam w wydawaniu wigilijnych potraw bezdomnym!
- No, no. Rzeczywiście zapowiada się u ciebie pracowity dzień.
- A na siedemnastą jestem umówiona z Anetą i Jankiem. Odkąd Hektor umarł - świeć Panie nad jego duszą - rok w rok zapraszają mnie do siebie, co właściwie jest całkiem wygodne. Nie muszę stać przy garach i idę na gotowe.
- Zawsze mówiłam, że dobrze mieć dzieci. Marta też będzie?
- Chyba tak. Jeśli nic nie zatrzyma jej w pracy.
- Nadal ma tyle obowiązków w związku z tą swoją firmą?
- Tak, ale wiesz, jacy są młodzi. Marta zawsze powtarza, że praca nie jest dla niej tak męcząca jak odpoczynek.
- A co ma mówić, skoro ma trzydziestkę na karku i jest sama jak palec? Ja na jej miejscu też pewnie uciekałabym w pracę, żeby nie siedzieć samotnie w domu. Inaczej by śpiewała, gdyby miała rodzinę.
- Na razie to nie ma u jej boku żadnego kawalera. Ale wiesz co? Kiedyś trułam jej głowę, żeby sobie kogoś znalazła, a teraz uważam, że ma na to jeszcze czas.
- No, no. Nie wiedziałam, że jesteś taka postępowa!
- Po prostu chyba przyjęłam do wiadomości, że teraz młodzi nie wiążą się w pary już tak szybko jak za naszych czasów. No, ale dość już o tym. Mów lepiej, jak ty spędzasz święta - zarządziła Janina. - Chyba nie sama?
- Mając czwórkę dzieci? - prychnęła kuzynka. - Daj spokój. To nierealne.
- Do kogo jedziesz w tym roku?
- Łukaszek, syn Jaśka, ma po mnie przyjechać jutro z samego rana. A wczoraj wpadły dzieciaki Lidki.
- Zostajesz u Janka przez całe święta?
- Chyba tak, on ma taki duży i ładny dom. Zawsze mi dobrze u niego.
- Ja w drugi dzień świąt umówiłam się z sąsiadką, też wdową, na kawę i ciasto. A po świętach... Nie zgadniesz!
- Mów, co planujesz, a nie... Trzymasz mnie w niepewności!
- Po świętach wyjeżdżam - oznajmiła z dumą Janina.
- Wyjeżdżasz? Nie gadaj! Dokąd?
- Do takiego pensjonatu pod Zakopanem.
- Żartujesz.
- Nie. Słowo daję, że nie. Ostatnio, gdy wracałam z zajęć na uniwersytecie, przechodziłam obok biura podróży i rzuciła mi się w oczy ciekawa oferta. Dwutygodniowy odpoczynek noworoczny czy coś takiego. Nie pamiętam już nazwy.
- Dwutygodniowy? To pewnie sporo kosztował!
- Co miesiąc coś odkładam, więc mnie stać. Zresztą ten wyjazd to poniekąd forma prezentu.
- Dla kogo? Tylko nie mów, że się zakochałaś i wyjeżdżasz z jakimś dżentelmenem, a ja nic o nim nie wiem!
Janina zaśmiała się rozbawiona.
- Nie. To prezent dla Marty.
- Dla Marty? Córki Anety?
- Ona tyle pracuje, więc pomyślałam, że ucieszy ją wizja urlopu. Sama pewnie nie wpadnie na to, żeby zrobić sobie wolne.
- Nie ma co, kochana z ciebie babcia.
- Stwierdziłam, że raz się żyje i obie powinnyśmy się trochę rozerwać.
- Ucieszyła się, gdy jej powiedziałaś?
- Nic jej jeszcze nie mówiłam, przecież to prezent. Dostanie swój bilet, czy jak to się teraz nazywa, takie karnety, jutro.
- Ja bym była zachwycona, gdyby ktoś sprawił mi taki wyjazd.
- No to na co czekasz? Zacznij rzucać aluzje dzieciakom!
Staszka się zaśmiała.
- Myślisz, że zrozumieją?
- Nawet jeśli nie, to zawsze warto próbować.
- Tylko czy ja nie jestem już za stara na takie wyjazdy?
- Staszka, co ty za bzdury wygadujesz! Toż my mamy dopiero po sześćdziesiąt osiem lat.
- Dopiero - zachichotała kuzynka. - Jeszcze niedawno uważałyśmy osoby w tym wieku za dinozaury.
- Tylko krowa nie zmienia poglądów - odcięła się Janina. - Moim zdaniem, gdy człowiek czegoś chce i jest to w zasięgu jego ręki, to nie powinien sobie tego odmawiać. No, chyba że w grę wchodziłaby krzywda innych osób, ale przecież nie rozmawiamy o takich przypadkach.
Staszka westchnęła.
- Ech. Tak czy siak, zazdroszczę ci tego wyjazdu. Daj mi po świętach koniecznie znać, jak Marta zareagowała na prezent.
- Już teraz mogę ci powiedzieć, że się ucieszy. Nie ma innej możliwości.
- Obyś miała rację. A teraz wybacz, muszę już kończyć.
- Nie ma sprawy. Ach, i jeszcze jedno, Staszka.
- Tak?
- Wesołych świąt.
- Och, dla ciebie również, Janinko. Trzymaj się zdrowo i szczęśliwie.
- Ty też. Pa, kochana. Pa! - odrzekła Janina, po czym wcisnęła czerwoną słuchawkę i odłożyła telefon.
Cóż, w przeciwieństwie do Staszki wcale nie czuła się stara i całkiem podobało jej się na emeryturze. Była energiczną, towarzyską i przebojową kobietą. Jako emerytowana nauczycielka nadal utrzymywała kontakt z wieloma koleżankami z pracy, choć większość z nich również była na emeryturze, a część, choć to przykre, nie żyła. I to właśnie z jedną z tych dziewczyn, też wdową, kilka miesięcy temu zapisała się na Uniwersytet Trzeciego Wieku. W przeszłości co chwila jeździła na jakieś kursy albo studia podyplomowe i teraz najzwyczajniej w świecie brakowało jej szkoły oraz nauki. A przy okazji nawiązywała kolejne kontakty towarzyskie, co zawsze było dla niej na wagę złota.
Gdy dwa lata temu Hektor zmarł na zawał (a z nich dwojga to on zawsze bardziej dbał o zdrowie) i niespodziewanie straciła męża, opłakiwała go i tęskniła, ale nie zamierzała żyć zupełnie samotnie. Mieszkała już od kilkudziesięciu lat w tym samym mieszkaniu na jednym z blokowisk nieopodal centrum miasta. Hektor kupił je dla nich tuż po ślubie i wydał na nie wszystkie oszczędności. Mieszkanie nie było bardzo duże, miało sześćdziesiąt metrów, ale nawet gdy dzielili je z dziećmi, Janina zawsze uważała, że jest dla nich wystarczające. A teraz, gdy mieszkała tu sama, to zwykła nawet mawiać, że za duży dla niej ten metraż.
- Gdybym miała kawalerkę, nie musiałabym tyle sprzątać - śmiała się do koleżanek, do córki i wnuczki.
Sprzedać tego mieszkania jednak nie planowała. Było z nim tak jak z tymi ozdobami, które co roku wieszała na choince. Za dużo wiązało się z nim wspomnień.
Po rozmowie ze Staszką zabrała się znowu do dekorowania drzewka, ale nie zdążyła powiesić łańcuchów, gdy usłyszała dzwonek do drzwi.
- Kogo to diabli nadali? - mruknęła sama do siebie.
Ruszyła przez korytarz, którego ściany zdobiła drewniana boazeria, a gdy otworzyła drzwi, na progu stał zaprzyjaźniony sąsiad.
- Witaj, Janinko. Wyjeżdżam wieczorem na święta do bliskich i tak chodzę od drzwi do drzwi, żeby podzielić się z sąsiadami opłatkiem. - Uniósł do góry rękę. - Zechcesz się ze mną przełamać i przyjąć świąteczne życzenia?
- Ależ oczywiście, Romku! Tylko muszę odszukać opłatek.
- Nie kłopocz się, połammy się moim. Mam w domu spory zapas.
Janina uśmiechnęła się i zaprosiła sąsiada do środka.
- Ciepłych, rodzinnych i przede wszystkim wesołych świąt, Romku. Obyś dobrze spędził ten nadchodzący, piękny czas - powiedziała, po czym pocałowała go w policzek.
- Tobie życzę dokładnie tego samego, Janinko. Niech to będzie nie tylko czas zadumy, ale i radości. No i oczywiście spędź go z bliskimi. W święta nikt nie powinien być samotny.
- Dziękuję. Tak się składa, że jadę na wigilię do córki.
- O, popatrz. Ja też!
- Do której?
- Do Ani.
- To ta, co mieszka na wsi?
Starszy mężczyzna pokiwał głową.
- Dokładnie tak. Gdyby było biało, to zabrałbym może wnuki na sanki, ale chyba nie ma co liczyć w tym roku na śnieg.
- Niestety, muszę się z tobą zgodzić.
- Za czasów naszej młodości to dopiero były Wigilie, co? Człowiek szedł do sąsiedniej wioski na pasterkę, tonąc po pachy w białym puchu. A raz to nawet nikt z mojej rodziny się nie wybrał, bo taka była śnieżyca!
Janina uśmiechnęła się na wspomnienie białych zim.
- O tak, też pamiętam te zaspy. I to, jak w pierwszy dzień świąt wychodziliśmy z kuzynami na podwórko, żeby ulepić bałwana. To zawsze w pewnym momencie niekontrolowanie przeobrażało się w bitwę na śnieżki.
- Piękne czasy. Oj, piękne.
- Napijesz się ze mną herbaty, Romanie? Moglibyśmy powspominać, siedząc przy stole.
- Chciałbym, ale muszę odwiedzić jeszcze kilka osób, zanim ruszę, a nie jestem jeszcze spakowany.
- Rozumiem. A ja ubieram właśnie choinkę.
- Co ty powiesz? Żywą?
Janina wskazała ręką na salon i poprowadziła go do pokoju, gdzie w rogu przy oknie stało pachnące drzewko.
Roman odetchnął głęboko i aż otworzył usta z zachwytu.
- Piękna.
- Dziękuję.
- A te ozdoby... - Pokręcił głową z niedowierzaniem i podszedł do choinki. - Prawdziwe dzieła sztuki. Teraz już takich ładnych nie produkują. A przynajmniej moim zdaniem.
- To w większości pamiątki rodzinne. Tę bombkę - Janina leciutko dotknęła pękatej ozdoby - dostałam od mamy.
- Niesamowite...
Pogawędzili jeszcze chwilę, głównie wspominając minione lata, aż Romek oznajmił, że naprawdę musi się zbierać, więc Janina odprowadziła go do drzwi. Potem dokończyła strojenie choinki i po kolacji, gdy za oknami panował już mrok, włączyła lampki na świątecznym, pachnącym drzewku. Usadowiła się na kanapie z kubkiem gorącej herbaty i z radością popatrzyła na świerk. Lubiła święta i w ogóle nie przeszkadzało jej świąteczne zamieszanie, na które często uskarżały się zaprzyjaźnione gospodynie domowe. Ona kochała, gdy tyle się działo, i uwielbiała ciągle być w ruchu. No i wyczekiwała tych wszystkich spotkań rodzinnych, gwaru i śmiechu.