ROZDZIAŁ 2
Zegarek w moim smartfonie wskazuje trzecią w nocy. W sumie nie wiem, dlaczego liczyłam, że zmiana otoczenia pomoże mi zwalczyć bezsenność. W trakcie ostatnich czterech lat przespałam może kilka nocy. Nauczyłam się z tym żyć, choć nigdy tego nie zaakceptowałam. Próbowałam już chyba wszystkiego, w tym: leków nasennych, melisy i medytacji. Na dłuższą metę nic nie pomogło. Wspomnienia tamtego wieczoru wracają do mnie za każdym razem, gdy zamykam oczy. Nie wiem, jak długo jeszcze będę w stanie żyć z poczuciem winy. Chwilami jestem tym już bardzo zmęczona. Wiem jednak, że jeśli odpuszczę, stoczę się na samo dno. A Mia na pewno by tego nie chciała.
Gdy wydaje mi się, że właśnie zaczynam śnić, pisk opon za oknem przywraca mnie do realnego świata. Niechętnie wstaję z łóżka, zakładam kapcie i wychodzę na korytarz.
- Myślałem, że tylko ja nie mogę spać - odzywa się spotkany przy automacie z gorącą kawą chłopak. Ubrany jest w bokserki i ciasny podkoszulek, dzięki czemu mogę podziwiać jego niezłe ciało i niesamowicie umięśnione łydki. - Jestem Ethan. Ethan Cooper.
- A ja Beverly Lowe. Miło mi cię poznać w środku nocy, Ethanie.
- Nie sądziłem, że tu będzie tak gorąco. Świat wariuje.
- Mówisz, że ci gorąco, a pijesz gorącą kawę. Nie uważasz, że to nie trzyma się kupy? - Szczerość. To cecha, której najbardziej w sobie nie lubię. Na szczęście Ethan reaguje śmiechem.
- Słyszałem, że ciepłe napoje lepiej schładzają organizm w czasie upałów niż coca-cola z lodówki. A jeśli chodzi o kawę... cóż, i tak już pewnie nie zasnę - odpowiada nieogolony, wyluzowany chłopak z chaotyczną fryzurą. Nie krępuje go nawet to, że stoi przed całkiem ładną dziewczyną w samych bokserkach. - Usiądziemy gdzieś? Przyda mi się towarzystwo.
- Czemu nie...
Rozmawiamy ze sobą przez trzy kwadranse, a może i dłużej.
- Studiuję literaturę angielską. Zawsze mnie ciągnęło w tym kierunku - wyjawia w pewnym momencie Ethan. - Wiem, że nie wyglądam na kogoś, kto zajmuje się tak poważnymi rzeczami.
- Ty to powiedziałeś. - Unoszę żartobliwie ręce w geście kapitulacji.
- Dobra, dobra - prycha, przeczesując swoją bujną czuprynę. - Dlaczego nie możesz zasnąć, Beverly?
- Wierz mi, długo by mówić. Mam wrażenie, że mój organizm nie potrzebuje snu. Jeśli już uda mi się zasnąć, co zdarza się ekstremalnie rzadko, to na drugi dzień jestem w euforii.
- Nie sądzisz, że powinnaś udać się z tym do lekarza?
- Wierz mi, że byłam u niejednego. Nie mogę zasnąć i już. - Postanawiam nie wyjawiać mu prawdziwych powodów. - Może za dużo myślę? A ty? Dlaczego nie możesz zasnąć?
- Moi rodzice rozwiedli się tydzień temu.
- Och, bardzo mi przykro.
- Zawsze było między nimi źle, ale ostatnio było tak źle, że aż nie do zniesienia.
- Dlaczego więc się smucisz? Powinieneś się cieszyć, że nareszcie zdecydowali się zakończyć tę farsę - sugeruję.
- Masz rację, ale martwię się o mojego ośmioletniego brata. Nie będzie mnie przy nim podczas jego cotygodniowych przeprowadzek od ojca do matki i od matki do ojca... Może, gdybym nie zaczął studiować już teraz...
- Przestań się tym zadręczać - odpowiadam i zabieram mu kubek z kawą. - Która to już? Trzecia? Po tym na pewno nie zaśniesz.
- Idź już spać, Beverly. Tylko zanudzam cię moimi problemami. Musisz się wyspać przed pierwszym dniem zajęć.
- Pójdę, ale nie dlatego, że mnie zanudzasz, a dlatego, że naprawdę zachciało mi się spać.
- Sama widzisz, zanudzam cię.
- Nie łap mnie za słówka, Ethan. - Grożę mu palcem na odchodne.
*
Gdyby ktoś mi powiedział, że już pierwszego dnia będę głowić się nad tym, w jaki sposób wykonać bardzo poważny projekt, pewnie bym mu nie uwierzyła. Profesor Gordon Clarke z początku wydawał się całkiem miły i ugodowy. No właśnie, z początku... przez pierwsze pół godziny, nim zadał nam projekt badawczy na jakże ważny temat: Wpływ trybu życia na samopoczucie.
- Temat jest prosty, dlatego nie powinniście mieć z nim żadnych kłopotów. Oczywiście, jeśli takowe jednak się pojawią, możecie natychmiast poradzić się mnie o każdej porze dnia i nocy - mówi puszysty czterdziestoparolatek z dużymi zakolami i gęstymi brwiami.
- Naprawdę, panie profesorze? - odzywa się jakiś chłopak z końca sali.
- Skądże, panie...
- Chapman.
- Skądże, panie Chapman. Jestem do waszej dyspozycji we wtorki i w czwartki między pierwszą a trzecią po południu. No, chyba że postanowicie uganiać się za mną po korytarzu. Może czasem znajdę dla was chwilkę.
- Co za nieprzyjemny typ - szepcze siedząca obok mnie Samantha, a ja potakuję jej głową.
Gdy zajęcia dobiegają końca, oddycham z ulgą. Temat niby prosty, ale kompletnie nie wiem, jak się za niego zabrać. Główkuję, co profesor Clarke miał na myśli, jednocześnie próbując znaleźć jakiś ciekawy przykład. Nie mogę się zdecydować: Zła dieta a pogorszenie nastroju, Alkohol i jego szkodliwy wpływ na psychikę człowieka, Narkotyki a ich destrukcyjny wpływ na ludzkie wybory czy Problemy w małżeństwie i ich oddziaływanie na samopoczucie dzieci. Ten ostatni temat przychodzi mi do głowy dzięki Ethanowi i jego historii o rozwodzie rodziców. Męczę się tak niemal przez kwadrans, gdy wreszcie doznaję olśnienia. Moje problemy ze snem!
- Naprawdę cierpisz na bezsenność? - pyta leżąca na łóżku Sam. - Przecież spałaś dłużej ode mnie.
- Niby w którym alternatywnym wszechświecie? - Przyglądam jej się litościwie. - Nie masz pojęcia, jakie to wkurzające. Właśnie o tym chcę napisać. O gniewie i frustracji, które odczuwam, gdy desperacko próbuję zasnąć, a milion myśli mi to uniemożliwia.
- Powinnaś skontaktować się z jakimś specjalistą. Moja mama jest hipochondryczką i zna najlepszych lekarzy. Mogę ją poprosić, by kogoś ci poleciła.
- Sam, naprawdę nie trzeba. Poradzę sobie. Zresztą, próbowałam już wszystkiego i na dłuższą metę nic nie pomaga.
- Jak wolisz. Beverly, mam złe wieści...
- W sensie? Niech zgadnę: nie masz tematu?
- Nie o to mi chodzi. To znaczy, nie mam... jeszcze. Chodzi o to, że dzisiaj też raczej sobie nie pośpisz.
- Jak to?
- To ty nic nie wiesz? Idziemy na imprezę!
Drugi dzień na uczelni i od razu impreza? I to w tygodniu?
- Nie przywykłam do imprez we wtorki... A poza tym, nie mogę pić alkoholu.
- Daj spokój. Większość osób, które tam będą, nie mają skończonych dwudziestu jeden lat. To zamknięta impreza, jeden z kolesi zna właściciela klubu. Będziemy bezpieczne.
- Ledwo zaczęłam prestiżowe studia, a już złamię prawo. Zarąbiście - rzucam.
- Nie bądź taka sztywna. Ludzie robią dużo gorsze rzeczy. - Sam nie odpuszcza. Ewidentnie nie rozumie, jak długą drogę przeszłam, by się tu dostać. Gdyby nie tamten wypadek, pewnie byłabym już co najmniej na drugim roku studiów. Depresja spowodowana stratą siostry wszystko opóźniła. Nie chcę teraz wszystkiego zrujnować. Z drugiej strony - należy mi się trochę rozrywki.
- Ech, no dobra. Ale i tak nie wiem w co się ubrać.
- Na szczęście mam jeszcze dwie szałowe kiecki. - Zeskakuje z łóżka i podchodzi do szafy, z której wyjmuje dwie różne sukienki. - Seksowna różowa czy klasyczna mała czarna?
- Naprawdę nie musisz pożyczać mi sukienki. Poza tym jesteś dużo wyższa.
- Nie przesadzaj. Bierz obie i przymierzaj.
Parę minut później staję przed nią ubrana w różową sukienkę.
- Wyglądasz bosko! - woła zaskoczona Samantha. Chyba sama nie spodziewała się, że będzie na mnie tak dobrze leżała. Ja zresztą też się tego nie spodziewałam. - Nawet nie przymierzaj drugiej. Konkurs rozstrzygnięty. Bierzesz tę.
Wracam do łazienki i podziwiam swój dekolt, który dzięki sukience tylko się uwydatnia, a sam fakt, iż Sam jest ode mnie dużo wyższa, sprawia, że kiecka idealnie zakrywa moje uda.
- Ty i grube uda? Zrobił ci już ktoś pranie mózgu?
No tak, mogłam się spodziewać, że tak zareaguje.
*
Przed dziewiątą jesteśmy już ubrane, umalowane i gotowe do wyjścia.
- Nieustannie towarzyszy mi przeświadczenie, że powinnam zostać w pokoju - mówię, naprawdę nie mając wielkiej ochoty na imprezowanie w środku tygodnia.
- Żartujesz? Przecież tam będą wszyscy! Jeśli chcesz poznać ludzi i jakoś zaistnieć, musisz się pokazywać. - Jej słowa sprawiają, że czuję się jak nudziara. A może nią jestem?
Wkrótce na korytarzu spotykamy Ethana i jego współlokatora. Odnoszę wrażenie, że porozumiewam się telepatycznie ze wszystkimi facetami na kampusie. Najpierw Randy zjawia się przy moim boku niczym książę z bajki i pomaga mi taszczyć ciężkie torby, potem Ethan dotrzymuje mi towarzystwa w środku nocy, jakby wiedział, że ktoś jeszcze nie będzie mógł zasnąć, a teraz wychodzimy jednocześnie z pokojów. Przypadek?
- Ethan, poznaj moją współlokatorkę. Sam, to jest Ethan.
Przez chwilę oboje wpatrują się w siebie w milczeniu. "Chyba już zdążyli się poznać" - myślę.
- Hej, Ethan. - Sam oblewa się ciemnoróżowym rumieńcem.
- Siema, Sam - odpowiada nasz nowy kolega, po czym ściska jej dłoń i obejmuje nas obie wzrokiem. - Czyżbyśmy wybierali się na tę samą imprezę?
- Na to wygląda - odpowiada Sam.
Wtedy Ethan przedstawia nam swojego współlokatora.
- Jeremy Simoms - mówi ciemnoskóry chudzielec o poważnym wyrazie twarzy.
- Poznaliście już jakichś ciekawych ludzi? - pytam po wyjściu z budynku.
- Szczerze mówiąc, nie zaznajomiłem się jeszcze z nikim poza tobą i Jeremym - wyjawia Ethan.
- Niech zgadnę... Opuściłeś wykłady, bo odsypiałeś nockę? - pytam pół żartem, pół serio.
Ethan opuszcza głowę. Nie musi odpowiadać.
- Mam nadzieję, że chociaż ty się wyspałaś - odpowiada po chwili.
- O dziwo całkiem nieźle.
Wkrótce docieramy na miejsce. Przed wejściem do klubu stoi już tłum młodych ludzi. Dziewczyny ubrane są elegancko, jak na studentki prestiżowej uczelni przystało, a jednocześnie każda pozwoliła sobie na odsłonięcie nieco ciała.
- Jeśli mam być szczery, wyglądasz tu najładniej - szepcze mi do ucha Ethan, a następnie żartobliwie mnie szturcha. Tymczasem na twarzy Jeremy'ego wreszcie pojawia się szeroki uśmiech.
- I to mi się podoba - mówi, przeskakując wzrokiem z dziewczyny na dziewczynę.
Po wejściu do środka uderzają mnie głośne dźwięki muzyki, która dosłownie uniemożliwia mi usłyszenie własnych myśli. "Może to właśnie jest sposób na wyleczenie mojej bezsenności?" - pytam samą siebie. "Założę się, że szybciej zasnęłabym w głośnym klubie. Przynajmniej nie musiałabym o niczym myśleć".
Schodzimy po wąskich kamiennych schodach, trzymając się razem. Sam kilka razy potyka się na swoich wysokich szpilkach, lecz za każdym razem ratuję ją z opresji. Jakby nie była wystarczająco wysoka...
Dwie minuty później stajemy przy okupowanym przez studentów barze. Ludzie wymachują do przygotowującego w pośpiechu drinki barmana i próbują przekrzyczeć muzykę. Czuję się trochę jak na giełdzie, gdzie pracuje tata. Kiedyś mnie tam ze sobą zabrał i muszę przyznać, że nie dziwię się, dlaczego zawsze po powrocie do domu upomina nas, gdy zbyt głośno rozmawiamy. Po dniu spędzonym w takim gwarze ja też robiłabym wszystko, by się wyciszyć.
Gdy wreszcie udaje nam się dopchać do baru i zwrócić uwagę barmana, zamawiamy lekkie drinki. Chłopcy od razu biorą po dużym piwie. Nie wierzę, że to się dzieje naprawdę. Rodzice by mnie udusili, gdyby się dowiedzieli, że łamię prawo.
W klubie aż roi się od ludzi. Wszystkie miejsca są zajęte. Niektórzy sprawiają wrażenie kompletnie pijanych, choć nie wybiła jeszcze dziesiąta. Inni robią sobie selfie lub nagrywają coś na TikToka, wykonując dziwne choreografie na tle bawiącego się tłumu. Na szczęście udaje nam się znaleźć wolną lożę tuż przy parkiecie.
- Pewnie ktoś tu siedzi, ale trudno! - krzyczy mi do ucha Ethan, zagłuszany przez We Found Love Rihanny. Wieki nie słyszałam tej piosenki. Przysuwam się do niego, by mu odpowiedzieć, że najwyżej zwolnimy miejsce, gdy ktoś się upomni. Nagle czuję, że ktoś szarpie mnie za rękę.
- We found love in a hopeless place! - wydziera się Sam tak głośno, że udaje jej się przekrzyczeć piosenkę, po czym zaciąga mnie na parkiet. Z początku sceptyczna, szybko zarażam się klubową atmosferą. W domu nie zawsze mogłam wyjść poimprezować...
Przez następny kwadrans całkowicie oddaję się muzyce i nie zauważam braku Sam przy moim boku. Dostrzegam ją chwilę później. Tańczy z jakimś wysokim brodaczem. Przyglądam im się chwilę, gdy nagle ktoś łapie mnie za biodra.
- Pomyślałem, że przyda ci się towarzystwo! - krzyczy Ethan i porywa mnie do tańca, od razu prezentując swoje umiejętności.
- Nie wiedziałam, że tak świetnie tańczysz! - odkrzykuję, a wtedy on unosi kąciki ust i pomaga wejść na podwyższony parkiet.
- Dopiero zobaczysz, na co mnie stać.
Chwilę później tańczymy zmysłowo do przeboju Die For You The Weeknd. Jest mi tak dobrze w objęciach Ethana, że wyobrażam sobie, iż wzrok wszystkich klubowiczów spoczywa teraz na nas. Zresztą, wcale bym się nie zdziwiła, gdyby tak było. Jesteśmy jedynymi, którzy tańczą na podwyższonym parkiecie. Po chwili w nasze ślady idą jeszcze jedna para oraz mocno pijane dziewczyny, z których jedna wyraźnie ma problem z uniesieniem nogi. Na pomoc rusza jej Ethan, a ja, korzystając z chwili jego nieuwagi, napotykam wzrokiem Samantę. Ta dostrzega mnie i unosi kciuk do góry. Cholerna spryciara. Wiedziała, że Ethan na mnie leci!
Pół godziny później, spocona i zdyszana, schodzę z parkietu, a Ethan robi to samo. Gdy docieram do naszej loży, zastaję Julie Brown i Sally Thorne, moje sąsiadki.
- Rozniosłaś parkiet! - wychwala mnie Julie, a Sally jej potakuje. - Wszyscy będą mówili tylko o tobie!
- Nie przesadzaj, to tylko kilka piosenek. Pewnie już nikt o mnie nie pamięta.
- Beverly! - odzywa się głos za moimi plecami. To Randy, chłopak, którego poznałam tuż po przyjeździe na uczelnię.
- Cześć, Randy! - odpowiadam. - Nie wiedziałam, że tu będziesz.
- Jak ci upłynął pierwszy dzień zajęć? - pyta, posyłając mi szeroki uśmiech.
- Technicznie rzecz biorąc, wciąż jeszcze trwa - przekomarzam się z nim i zerkam kątem oka na Ethana. - Poznałeś już mojego... sąsiada?
Gdy chłopaki przedstawiają się sobie, Sally zaciąga nas wszystkich do sąsiedniej loży, by przedstawić mnie swoim nowym koleżankom.
- Beverly, poznaj Estelle Curtis. Estelle, to są moi nowi znajomi - mówi, próbując objąć nas wszystkich wzrokiem.
Brunetka o falistych, opadających na ramiona włosach uśmiecha się do nas zdawkowo, po czym wraca wzrokiem do mnie. Z jej miny wyczytuję, że niespecjalnie podobał jej się mój "wyskok" na parkiecie.
"Chyba nie lubi, gdy nie jest w centrum zainteresowania" - myślę.
Annabell Blessing wygląda jak jej lustrzane odbicie. Z tą różnicą, że jest blondynką i ma nieco mniej odpychające spojrzenie.
- Wydaje się w porządku - szepcze mi do ucha Sam.
- Też tak sądzę - odpowiadam, po czym daję się porwać na parkiet chłopakowi, z którym chodzę na zajęcia.
- Shane Chapman - przedstawia się, tańcząc ze mną nieporadnie do kawałka Pink Venom Blackpink.
- Ach, pamiętam cię. To ty jako jedyny odezwałeś się do profesora Clarke'a.
- Tak, to ja - mówi tak, jakby jego wyczyn był czymś godnym pochwały. Chociaż... może i był...
Nagle Shane chwieje się i wpada na mnie. Mało brakuje, a wylądowalibyśmy na parkiecie. Że też od razu nie zorientowałam się, że jest kompletnie pijany...
- Muszę iść do toalety - mówię w nadziei, że uda mi się go pozbyć.
- Nie idź, Beverly... Potańcz jeszcze ze mną...
- Sorry, ale następnym razem. Znajdź sobie inną dziewczynę.
- Nie lubię zagadywać obcych dziewczyn - odpowiada, przystępując z nogi na nogę do hitu Flowers Miley Cyrus.
- Mnie też na dobrą sprawę nie znasz - zauważam.
- Hm... Nie sądzę. Przy tobie czuję się tak, jakbyśmy znali się całe życie. - Przygryza wymownie dolną wargę, co wygląda komicznie.
- Tym bardziej po tak długim czasie zasługuję na chwilę prywatności. - Poklepuję go po ramieniu i oddalam się.
- Wszystko w porządku? - pyta Sam, gdy wracam do znajomych ze skwaszoną miną.
- Tak... Słuchaj, chyba będę się zbierać.
Sam unosi brwi.
- Żartujesz? Dopiero co przyszliśmy.
- Wiem, ale...
- Nie ma żadnego ale, Beverly. Napij się, wyluzuj i unikaj dziwnych typów. - Sam chwyta mnie za ramiona i sadza obok Ethana. - Godzina, okej? Jeśli po tym czasie nadal będzie słabo, to wyjdziemy.
- Okej, niech będzie - odpowiadam niechętnie.