Gdy wracam - Alina Winiarczyk

Reflow text when sidebars are open.
Za oknem powoli budził się nowy dzień. Słońce leniwie wyłaniało się zza drzew. W oddali widać było budzące się do życia miasto. Wszystko kipiało zielenią, pachniało drzewami i kwiatami, słychać było śpiew i ćwierkanie ptaków. Nic nie zapowiadało deszczu - a jakże byłby teraz potrzebny. Nie padało już od kilku dobrych tygodni; wszyscy narzekali, począwszy od rolników, a skończywszy na zwykłych działkowiczach. Brak wody mocno dawał się we znaki. "Susza" - tak podali w telewizji.
Była ósma rano, początek sierpnia. Widok za oknem napawał chęcią do działania. Kolejny przepiękny, słoneczny letni dzień, czegóż oczekiwać więcej? Magda stała przy oknie i nie mogła oderwać oczu. To była jej ulubiona pora dnia. Wszechobecna cisza. Jaką niezwykłą przewagę nad nami ma natura. Wciąga nas swoją zmiennością, otacza paletą barw, daje możliwość wytchnienia.
Mimo wczesnych godzin porannych było już bardzo ciepło. Lato tego roku było niezwykle łaskawe, gorące i urokliwe: rano było około dwudziestu stopni.
Świeżo zaparzona mocna czarna kawa w białej filiżance smakowała wyśmienicie. Piła kawę każdego ranka. Koniecznie z białej filiżanki. Usiadła w ogrodzie, na tarasie pełnym kwiatów.
Mieszkała w tym domu od dobrych paru lat - kupiła go na kredyt jeszcze przed wyjazdem, zaraz po studiach. Drzewa i krzewy już wtedy tam były. Zasadzone przez poprzedniego właściciela, dawały sporo cienia i intymności. Wokół rosło mnóstwo kwiatów, które tworzyły piękny, kolorowy dywan. Blisko jeziora.
Magda z wielką przyjemnością pracowała w ogrodzie: grabiła, przycinała krzewy i drzewa. To właśnie ogród stanowił jej azyl, pozwalał na ucieczkę od dnia codziennego i coraz bardziej doskwierającej jej samotności. W ocienionym kącie ogrodu stał ogromny kojec dla Lorda. Dwuletni owczarek niemiecki przebywał w nim rzadko, nie lubił tego miejsca. Nie ma się co dziwić: mało który pies to lubi. Magda kupiła Lorda jako trzymiesięcznego szczeniaczka. To była tak zwana miłość od pierwszego wejrzenia. Szkoliła go sama, w ogrodzie. Wielki worek przysmaków przypięty do paska spodni Magdy działał cuda: pies wykonywał posłusznie każde polecenie swojej pani.
Będąc jeszcze na studiach, marzyła o praktycznym domu, takim z tarasem i ogrodem, nowoczesnym, z użytecznym wnętrzem. Taki właśnie teraz miała, kupiony na kredyt, ale swój. Dość daleko od tego wielkomiejskiego zgiełku, w ciszy i spokoju. W miastach budowało się teraz domy na potęgę, rosły jak grzyby po deszczu. Ludzie uciekali stamtąd, szukając własnego azylu daleko od huku tramwajów i pisku opon.
Magda wiedziała, że ma przed sobą niełatwy dzień. Dziś zaczynała nowy kurs, jedno z trudniejszych zajęć praktycznych.
Prowadziła własną firmę. Od dobrych dziesięciu lat pracowała z sukcesem jako treser psów. Uwielbiała to, co robi. Pogodziła pasję z pracą, zdobywając wielu zadowolonych klientów.
Zaraz po studiach ukończyła stosowny kurs - psychologię zwierząt. Posiadała odpowiednie kompetencje do pracy z psami, także z tymi problemowymi, oraz ich opiekunami. Zachowania agresywne, lękowe, problemy separacyjne, nadpobudliwość czy reaktywność zwierząt to tematy, w których czuła się naprawdę dobrze. Była specjalistką, nie tylko treserką, ale także behawiorystką. Ukończony kurs dał jej rozległą wiedzę na temat potrzeb, naturalnych zachowań, metod uczenia się i emocji zwierząt. Studia psychologiczne dały przy tym odpowiednie przygotowanie do pracy z ludźmi.
To wiele lat temu, będąc jeszcze w liceum, zdecydowała się robić to, co robi. Zawsze miała w domu jakiegoś czworonoga. Zwierzęta ją uspokajały, dawały radość życia, wyciszały. Już wtedy wiedziała, że ta pasja to jej cel i tę pasję musi zamienić na swój zawód. To niezwykłe szczęście i sukces osobisty robić to co się kocha.
Tresura psów stanowiła niezwykłą formę samorealizacji, wypełniała jej świat i czas po wielu przeżyciach, które były jej udziałem, a które mocno ukształtowały jej charakter i podejście do ludzi.
Promyki słońca przeciskały się przez drzewa. Nowy dzień stawał się faktem.
- Tak, już zaraz pójdziemy na spacer. - Magda lubiła monologi kierowane do swojego owczarka.
Duży długowłosy, podpalany owczarek niemiecki stał, machając ogonem. Nie musiał nic robić, stał tylko i patrzył swoimi wielkimi wiernymi oczyma. Wszystko rozumiał, znał każdy nastrój i gest swojej pani, czuwał przy niej.
Stała ubrana w niebieski szlafrok i z wielkim spokojem piła swoją poranną kawkę, co było już pewnego rodzaju rytuałem. Wypiła ostatni łyk i odnosząc filiżankę do kuchni, zakomunikowała swojemu psu, że teraz musi się ubrać, a on ma grzecznie poczekać. Lord siedział i czekał, jego wielkie wierne oczy wypatrywały swojej pani, aż ta wyłoni się z pokoju.
- No to chodź, idziemy, poczekaj, założę tylko buty - mówiła do Lorda, tak jakby on rozumiał. Nie czekała na odpowiedź.
Ale on faktycznie rozumiał. Rozumiał wszystko bardzo dokładnie, znał jej nastroje aż nader dobrze, wiedział, kiedy jest smutna, a kiedy miała bardzo dobry dzień. Kładł jej wtedy swój wielki łeb na kolanach i czekał niecierpliwie na serię pieszczot. Spacery z pańcią należały do najwspanialszych momentów na ziemi.
Szli alejkami pełnymi zielonych drzew. Lord zatrzymywał się co jakiś czas zainteresowany dziwnymi zapachami. Nie spuszczał Magdy z oczu.
Magda myślami była przy dzisiejszych zajęciach: nowym kursie z obrony. Miała zgłoszonych czworo uczestników ze swoimi psami: dwoma owczarkami niemieckimi i dwoma dobermanami. To trudne psy, wiedziała o tym. W myślach układała sobie cały plan działania. Lecz o wiele trudniejsi okazują się ludzie, którzy nie wiadomo dlaczego zdecydowali się na posiadanie trudnych i groźnych ras, nie mając tak naprawdę bladego pojęcia o układaniu takiego psa. Już wielokrotnie doświadczyła takiego stanu rzeczy, że na początku tresurze należałoby poddać właścicieli czworonogów, a potem dopiero je same. "Ale może tym razem będzie okej"? - pomyślała, rzucając Lordowi wielki patyk.
- Przynieś! - krzyknęła. Ten jednak zwrócił się w innym kierunku. Jak szalony zaczął biec skuszony zapachem zwierzyny.
- Lord, noga! - krzyknęła.
W oddali zobaczyła uciekającą sarnę.
Pies przystanął i odwrócił się. Dokładnie wiedział, co znaczy noga, i znał ton swojej pani, ton nieznoszący sprzeciwu. Cofnął się gwałtownie, pobiegł w kierunku Magdy, obszedł ją wokoło i usiadł przy lewej nodze.
- Dobry pies, wiesz, że nie wolno ci się oddalać. Musisz mnie pilnować. Dobry pies - mówiła Magda. Monolog, który ją uspokajał, dodawał siły, był także świadectwem jej umiejętności i panowania nad psem. Wystraszyła się tym razem, a co by było, gdyby coś mu się stało? - Lordziu, Lordziu. - Przytuliła go mocno. - Chodź, idziemy stąd, tu, widzę, za bardzo ci sarnami pachnie - śmiała się do swojego psa.
Każdy spacer z Lordem był też okazją do ćwiczeń. Ćwiczyli razem różne komendy, czasami kilka powtórzeń. Ale nagrodą był wielce kuszący kawałek kiełbasy. Jak wtedy odmówić własnej pani na przykład komendy "waruj"?
Rozkoszując się urokami lasu, Magda poczuła, że w kieszeni spodni wibruje jej telefon. Zawsze brała go ze sobą, tak na wszelki wypadek, a nuż mama zadzwoni albo Ulka. A poza tym była sama w tym lesie. No, oprócz psa, jej obrońcy.
- Słucham, tu Magda Wolska - powiedziała na powitanie.
- Dzień dobry. Dostałem ten numer telefonu od znajomej - odparł głos w słuchawce. - Chciałbym przyjść z psem na dzisiejszy kurs obrony, mam dwuletniego owczarka niemieckiego. Jestem bardzo zainteresowany kursem u pani - mówił jednym tchem, tak jakby wyuczył się tekstu na pamięć.
Magda zawahała się przez chwilę. Głos wydał się jej jakby znajomy. Taki charakterystyczny, bardzo niski, męski, ciepły. Ale to przecież nie mógł być on, mężczyzna z dawnych lat. Myślami zawędrowała do minionego czasu, tych dobrych i tych smutnych dni. Jakże dawno to wszystko się zdarzyło, ale nadal gdzieś tkwiło i raniło przy każdym wspomnieniu.
- Przykro mi, ale mam już komplet kursantów. Może pan dołączyć do innej grupy w innym dniu - odparła krótko bez dłuższego zastanowienia.
Szkolenie psów obronnych wymaga od tresera wyjątkowego skupienia, dlatego też nie lubiła takich sytuacji. Każdy klient był dla niej ważny, ale nadkomplet w grupie to tylko problem, także dla innych psów i ich właścicieli. Była profesjonalistką, nie znosiła bylejakości, robienia czegoś bez skupienia.
Głos w słuchawce nie dawał za wygraną.
- Proszę, może jednak znalazłoby się jeszcze jedno miejsce w grupie, bardzo mi zależy - prosił jeszcze cieplej, jeszcze bardziej męsko.
Jakże walczyć z taką pokusą? Sam dźwięk tego głosu pobudzał jej wyobraźnię, oby tylko gość nie okazał się gruby i brzydki. Magda lubiła wysokich i szczupłych mężczyzn o lekkiej wysportowanej sylwetce. Nie jakichś wielkich osiłków, ale takich, jak to się mówi, dobrze zbudowanych.
- Wie pan, nasze grupy liczą najwyżej czterech uczestników. Ale dobrze, proszę przyjechać, sprawdzę, jak się pana pies zachowuje, i na miejscu zadecydujemy - odparła Magda, rzucając patyk swojemu psu. Ten wiernie i posłusznie przynosił go swojej pani i kładł na ziemi, czekając na kolejny rzut. - Zaczynamy dziś o dwunastej - dodała. - Proszę być punktualnie. Formalności omówimy na miejscu. Proszę mieć przy sobie kartę szczepień psa. To bardzo ważne, w przeciwnym razie nie może pan brać udziału w zajęciach. Proszę o tym koniecznie pamiętać - rzuciła na sam koniec rozmowy.
- Będę. Do widzenia, pani Magdo, dziękuję.
Głos zniknął. "Jaki piękny" - pomyślała Magda.
Zapanowała cisza, pozostały szum drzew i przepiękny śpiew ptaków. Tylko w takiej atmosferze można się skupić, zebrać myśli, przygotować plan zajęć. Lord jechał zawsze z nią, nie miałaby sumienia zostawiać go samego w domu. Zresztą dlaczego miałaby go zostawiać? Ten wyszkolony owczarek cierpliwie czekał na swoją kolej, na kolejny spacer, na uwagę swojej pani.
Spacer powoli dobiegał końca. Magda była już myślami przy organizowaniu kursu, jak ustawić psy, jakie będą charakterologicznie. Każdy jest inny, każdy przeszedł swoją drogę, każdy ma swoją historię, siłę, duszę. Trzeba było umieć nad nimi zapanować.
Na chwilę znów myślami wróciła do głosu tamtego mężczyzny. Zorientowała się, że nawet nie poprosiła go o nazwisko.
"Okej, zobaczymy, kto to jest i dlaczego tak pilnie potrzebuje tego kursu dla swojego psa" - pomyślała, otwierając drzwi domu. Lord natychmiast grzecznie udał się do swojej miski z jedzeniem. Magda nasypała mu suchej karmy i dolała wody.
- Jedz, piesku, zasłużyłeś.
Miała jeszcze sporo czasu do zajęć. Posprzątała kuchnię i duży pokój. Lubiła porządek, każda rzecz miała swoje miejsce. Była pedantką jakich mało, do tego uwielbiała styl glamour. Musiało się błyszczeć, wszędzie czerń zmieszana z szarością i bielą.
Mieszkała sama. Tak się złożyło, że nigdy nie założyła rodziny.
Chyba nie spotkała jeszcze tego właściwego. A może kiedyś spotkała? Przynajmniej wtedy tak czuła, tak myślała.
"Może jeszcze kiedyś... kto wie" - myślała czasami. Nie chciała żadnego księcia, ale dobrego, uczciwego, pracowitego mężczyzny. Takiego, który by ją wspierał i był dla niej... wszystkim.
Czasami wracały wspomnienia, ale to już przeszłość, nie wróci. Zamykała wtedy oczy i oddawała się marzeniom, układała sobie plany na przyszłość, widziała siebie z gromadką krzyczących dzieci. Zawsze marzyła o trójce: dwie dziewczynki i chłopiec, i on, dobry człowiek. Mieszkaliby w małym domku na skraju lasu, daleko od miejskiego zgiełku, z pięknym ogrodem pełnym kwiatów i krzewów. Takie miała marzenia, nic wielkiego.
Znów stanęła przy oknie. Łyk kawy, zimnej. Słońce operowało już w całej swojej okazałości, było bardzo gorąco.
Założyła długie granatowe spodnie i obcisły T-shirt mocno podkreślający jej duży biust. Włosy spięła w kucyk. Miała trzydzieści sześć lat, ale wyglądała na dużo mniej.
- Lord, szykuj się, zaraz wychodzimy - krzyknęła do psa, który próbował uciąć sobie drzemkę po tak męczącym poranku. Ten nie potrzebował jednak dużo... Chwilę później stał już w drzwiach. On się nie musiał szykować.
Droga do pracy zajmowała Madzi około piętnastu minut samochodem. Była dobrym, wytrawnym kierowcą, śmiała się często, że to faceci jeżdżą jak sieroty, zwłaszcza ci w beretach, z nosem przyklejonym do szyby. Na nich trzeba było szczególnie uważać. A kobiety? Jeździły dużo ostrożniej, czasami gapowato, co strasznie ją denerwowało, ale to i tak lepsze aniżeli zbyteczna brawura.
Wynajmowała duży, porośnięty trawą plac za miastem, na którym ustawione były różne urządzenia do ćwiczeń. Plac otoczony był płotem, tak aby z jednej strony nikt nieproszony nie mógł tam wejść, a z drugiej, aby psy mogły spokojnie i bez ograniczeń biegać wokoło.
Na samym końcu po lewej stronie stał mały domek, w którym klienci mogli odpocząć, schronić się przed deszczem, napić wody lub zaparzyć sobie herbaty. Na placu stał też stolik z dużym parasolem chroniącym przed słońcem. Domek już dawno wymagał remontu, Magda planowała te prace na następny rok. Zwłaszcza toaleta pozostawiała wiele do życzenia. Magda miała już upatrzone nowe płytki, nową toaletę i szafki. Tylko z czasem i majstrami był zawsze największy problem. "Ale wszystko w swoim czasie, na pewno się uda, kiedyś..." - myślała sobie. Ale wiedziała, że to "kiedyś" musi szybko nastąpić, bo to w końcu była także i jej wizytówka. Przy okazji planowała pomalowanie ścian.
Małe biurko z fotelem i kilka krzeseł to główne wyposażenie. Nic wielkiego. Magda celowo nie chciała inwestować w plac za dużo pieniędzy, w zupełności starczyło jej to, co miała. Odkładała pieniądze na odnowienie wewnątrz, a klienci wydawali się póki co zadowoleni. Zakres jej usług pozwalał na stworzenie wielu grup, począwszy od przedszkola dla psiaków po kursy obrony. Każda z grup wymagała innych umiejętności i cierpliwości. Bardzo lubiła prace ze szczeniakami; były takie zabawne, takie czasami nieporadne, ale za to najbardziej karne i uczyły się w mig.
Przy płocie zorganizowane były cztery kojce. Zdarzało się i tak, że jakiś niegrzeczny "egzemplarz" musiał w nim wylądować, a czasami i dwa "egzemplarze".
Przyjechała jako pierwsza, Lord mógł spokojnie obwąchać teren, sprawdzić, czy nic się nie zmieniło. Jeździła dużym samochodem typu SUV.
Chwilkę po niej podjechał pierwszy kursant ze swoim dobermanem. Pan Karol ubrany był stosownie do sytuacji, w długie spodnie typu bojówki i żółty T-shirt.
Magda zawsze telefonicznie tłumaczyła:
- Tylko proszę założyć wygodne sportowe obuwie, pełne oczywiście, i takie rzeczy, których państwu nie szkoda, bo to praca z psem. - Mówiła to nie bez powodu. W swojej pracy doświadczyła różnych klientów, nawet panie w szpileczkach, które przychodziły na zajęcia ze swoim pupilem. - To tak jakby wybrać się w góry w szpilkach - tłumaczyła.
Pan Karol był wysokim, przystojnym mężczyzną, zawsze punktualny ze swoim dobermanem Maxem. Miły, uśmiechnięty, przystojny pan, strasznie gadatliwy. Widać było po nim, że jest stałym bywalcem siłowni. Pani trenerka bardzo mu się podobała, szczególnie się z tym nie krył, zawsze blisko niej, zawsze pomocny i obecny na wszystkich zajęciach. Chyba przeczuwał, że nie miał u niej najmniejszej szansy, bowiem Magda zdawała się nie reagować na jego wyraźne zaloty. Raz nawet był bliski zaproszenia jej na kolację, ale wycofał się, bojąc się odmowy.
Jego pies Max zaliczył w szkole Magdy już dwa kursy posłuszeństwa. Miał przeszło dwa lata, posłuszny, ułożony pies. To Magda zaproponowała panu Karolowi kurs obrony.
- Niech pan przyjedzie, spróbujemy. To są bardzo wymagające zajęcia, ale dają dużo satysfakcji - tłumaczyła swojemu klientowi.
Max lubił się z Lordem, psy biegały swobodnie, nie robiąc sobie krzywdy.
Takie wybieganie się psów przed zajęciami to bardzo ważny element tresury. Eliminuje u psów element stresu i agresji. Znają się między sobą, znają teren. Nie są spięte. Takie wybieganie trwa około dziesięciu minut.
Potem Magda rozpoczynała zajęcia właściwe. To zawsze ona wydawała polecenia, była stanowcza i wymagająca. Zdawała sobie sprawę z dużej odpowiedzialności, jaka na niej spoczywała. To tylko psy, zawsze może pójść coś nie tak, pies musi być odwoływalny.
Klienci powolutku zaczęli przyjeżdżać, do rozpoczęcia kursu zostało jeszcze piętnaście minut. Pani Kasia, niska, korpulentna trzydziestolatka ze swoim pięknym, długowłosym owczarkiem o cechach przywódczych. Dolar lubił dominować, w przeciwieństwie do swojej pani. Pewnie dlatego przychodziła do Magdy na szkolenia. Nie dawała sobie z nim rady, pies robił sobie ze swoją panią, co chciał. Na kursach nabył ogłady i zrozumiał, gdzie jest jego miejsce w szeregu i że to na pewno nie było miejsce numer jeden.
Pan Grzegorz, około czterdziestki, niski i szczupły z burzą czarnych loków, z kolejnym dobermanem Majorem i jego małżonka Zosia z owczarkiem niemieckim, suczką Stellą. Niezła drużyna. Psy mieli od zawsze, wszystkie dobrze wytresowane. Poświęcali im sporo czasu i wszędzie ze sobą zabierali. Dlatego też musiały być dobrze wyszkolone.
- Dzień dobry, pani Zosiu, dzień dobry, panie Grzegorzu - przywitała się Magda.
Znali się z poprzednich zajęć z posłuszeństwa.
Tresowanie psów to trudne zajęcie, wymagające skupienia, zaangażowania i sporo wolnego czasu. Daje jednak spektakularne efekty.
Byli już prawie wszyscy... I wtedy zobaczyła go, głos ze słuchawki. Wysiadł z wielkiego samochodu, którym podjechał z piskiem opon, spóźniony i wystraszony. Magdy oczom ukazał się wysoki, przystojny mężczyzna o sportowej sylwetce. Czuła, jak serce silniej zaczęło jej bić. Patrzyła na niego, zapominając przez chwilę, gdzie i po co tu przyjechał. Poznała go od razu: dawna miłość, Krzysztof.
Otworzył klapę bagażnika, z którego wyskoczył piękny, długowłosy owczarek. Cel jego przybycia.
Krzysztof mocno chwycił smycz, przyciągnął psa do siebie, tak jakby chciał pokazać, że zna się na prawidłowym trzymaniu i prowadzeniu psów. Szli teraz razem w kierunku Magdy swobodnie, on nie odrywał od niej wzroku. Niebieskie obcisłe dżinsy i biały T-shirt... Cały on, jej dawny mężczyzna... uśmiechnięty, cudowny... on... dawny on.
Magda zamarła. Czy to był przypadek, że zadzwonił?
Przez chwilę nie czuła nic, pełno obrazów z dawnych lat przed oczami, miejsca, spotkania, emocje. Gdzie to się podziało, zapomniała? Nie, to była przeszłość, która teraz szła w jej kierunku. Dlaczego teraz? Dlaczego?
Kadr z przeszłości: ten lot samolotem, łzy, które spływały jej po policzkach. Wiedziała, że to koniec, że nigdy więcej go nie zobaczy, że nigdy więcej nie powie mu, że go kocha, że nigdy więcej on jej nie przytuli... Wracała wtedy do domu, od niego... A teraz proszę, szedł w jej kierunku, taki sam.
Nie czuła wtedy gniewu, nie czuła smutku; wtedy tam nie czuła już nic. Tak dużo się zdarzyło, tak dużo niechcianych słów. Nie można było ich cofnąć. Odeszła. Odleciała, rozpoczęła nowe życie bez niego. To była cezura, zresztą kolejna.
Tak wtedy zadecydowała. Czy słusznie, czy dobrze? Jak potoczyłoby się jej życie, gdyby zadecydowała inaczej?
Jordan, wielki owczarek niemiecki długowłosy, stał posłusznie przy jego lewej nodze.
Lubili nawet tę samą rasę psów... Mieli wiele wspólnych cech, nawet teraz, wiele podobieństw, wtedy też.
- Dzień dobry, Magdo - przywitał się serdecznie. - Miło cię widzieć, jak zwykle piękna - dodał, nie spuszczając z niej wzroku. Jego głos czynił cuda, działał jak balsam na smutne, stęsknione serce. Taki męski, taki niski. Jego głos. Nie zapomniała.
Zbliżył się do treserki, musiał bowiem obowiązkowo pokazać kartę szczepień. Faktycznie wszystko było w należytym porządku. Wszystkie szczepienia, które stanowiły warunek uczestnictwa w kursie, zostały sumiennie odnotowane. Pies był zdrowy i w bardzo dobrej kondycji.
Magda spojrzała w stronę Krzysztofa, nie była w stanie nic powiedzieć, oprócz zwykłego "dziękuję bardzo, wszystko się zgadza". Targana emocjami uśmiechnęła się serdecznie.
- Witam państwa - zebrała się w sobie i zaczęła. - Proszę stanąć z psami w jednej linii. - Wskazała kursantom, gdzie dokładnie mają stać, jaką pozycję przyjąć i czego dokładnie oczekiwała od psów. Wyjaśniła sens zajęć, ich strukturę i przebieg. Wytłumaczyła, na czym polega praca z pozorantem.
Pierwszy dzień to miał być tylko wstęp. Pies nie może atakować bez wyraźnego sygnału, a każdy dokładnie ma wiedzieć, co ma robić. Tu nie było miejsca na błędy, nie przy tak ostrych psach. Maksymalne skupienie i zaangażowanie: tego oczekiwała najbardziej.
Przedstawiła zakres komend, których miała używać. Dopiero wyraźny sygnał "bierz" jest informacją dla psa o ataku. Ważny jest tembr głosu, krótkie, zdecydowanie wypowiedziane komendy.
Magda obserwowała bacznie każdego psa, umiała po pierwszych zajęciach ocenić, z jakim psem ma do czynienia, któremu będzie musiała poświęcić więcej uwagi, który jest wyraźnie nadpobudliwy, a u którego agresję trzeba wspomóc.
- Jeżeli pozorant zaatakuje przewodnika nagle, to pies musi działać automatycznie bez wydawania poleceń.
Psy uczestniczące w zajęciach z obrony ukończyły kurs psa towarzyszącego, co było również warunkiem dalszych zajęć. Czy pies Krzysztofa też? Tego Magda nie wiedziała, w natłoku emocji zapomniała zapytać. Popełniła błąd i dlatego czuła, że dzisiejsze zajęcia będą wymagały od niej wyjątkowej mobilizacji. Mnóstwo emocji, mocno bijące serce...
Ale emocje nie mogą w żadnym wypadku przejąć kontroli.
Na wyraźne polecenie trenerki każdy z kursantów stał ze swoim psem w dość dużej odległości od innych. Trzy owczarki niemieckie i dwa dobermany. Jej Lord siedział posłusznie zamknięty w kojcu.
- Musisz tu posiedzieć, wiem, nie lubisz - tłumaczyła swojemu pupilowi. - Ale potem pójdziemy na długi spacer. Obiecuję! - Lord słuchał, wiedział, że jego pani zaraz wróci, teraz musi popracować. Był bardzo zazdrosny, od czasu do czasu dawał znak, że czeka.
Krzysztof zachowywał się bardzo profesjonalnie, tak jakby nie chciał jej denerwować. Czuła jego wzrok na sobie, no ale przecież wszyscy na nią patrzyli. Umiał czytać w jej myślach, znał jej nastroje, mimikę twarzy, wyczuwał gigantyczne napięcie między jej sercem a mózgiem. Walczyła ze sobą, jak tylko potrafiła, sytuacja była wielce napięta.
Tresura rozpoczęła się od lekkiego pobudzania psów. Magda trzymała w ręku rodzaj pejczyka, podchodziła do każdego psa i próbowała go zaczepiać.
- No, pokaż swoje kły, atakuj - powtarzała do każdego czworonożnego kursanta. Psy podskakiwały, wyrywały się, były chętne do pracy, do ataku.
Dobermany były bardzo groźne, ale posłuszne. Chwila braku koncentracji ze strony ich właścicieli mogłaby się skończyć źle. Podskakiwały i warczały groźnie, były faktycznie gotowe.
Magda najbardziej lubiła ten rodzaj zajęć, najwyższa klasa.
Na sam koniec podeszła do Jordana, patrzyła tylko na niego. Unikała kontaktu wzrokowego z jego panem, czuła, że nie podoła, że się rozsypie, a na to na pewno nie mogła sobie pozwolić. Przyjrzała się dokładnie temu, jak Krzysiek trzyma swojego psa, nie miała uwag. Ciekawe, skąd on wiedział, jak trzymać psa? "Przecież nigdy tak naprawdę o tym nie rozmawialiśmy, musiał pewnie poczytać w Internecie" - zaśmiała się w myślach.
- Atak... - zaczepiała go. Jordan nie ruszył się z miejsca, po chwili schował się za swojego pana, tak jakby chciał, aby to jego trzeba było obronić. Wyglądało to komicznie, uśmiechnęła się, robiąc przy tym dziwną minę, ale należało zachować się profesjonalnie.
- Atak - zaczepiała go dalej. Bez efektu. Pies tkwił schowany za Krzysztofem. Była bliska palnięcia jakiegoś głupstwa, ale powstrzymała się ze swoimi uwagami.
Magda powtórzyła ćwiczenia kilka razy. Jordan nie ruszył się z miejsca. Stał za swoim panem, patrząc bojaźliwie. Częściowo była zła na samą siebie, że nie potrafiła skłonić tej pięknej bestii do ataku. Zastanawiała się, co z tym psem jest nie tak.
- Proszę teraz odpiąć smycze, pies ma siedzieć przy nodze, proszę być bardzo skupionym na swoim psie - wydała polecenie. Ćwiczenie, jakie teraz chciała wykonać, było o stopień trudniejsze, bo wymagało sporego zaangażowania właścicieli i skupienia psów, które aż rwały się do tego, aby zaatakować nacierającą na nie witkę.
Magda przeszła się wzdłuż psów, żaden z nich nie drgnął.
- Okej, super. Dobre psy. Należy im się smakołyk. - Każdy z właścicieli miał przy sobie pakunek ze smakołykami, którymi obdarowywał swojego pupila.
Dawanie smakołyków było nieodzownym elementem tresury, pies musiał być chwalony, karcenie nie wchodziło w ogóle w rachubę.
Chodzenie wzdłuż czekających psów, lekkie ich zaczepianie było sprawdzeniem ich psychiki, odporności na stres, szybkości ich reakcji, ale również posłuszeństwa wobec własnego pana.
- Robimy przerwę, można puścić psy, niech się swobodnie wybiegają.
Odwróciła się, aby samej udać się na krótki wypoczynek, i nagle poczuła gigantyczny ucisk na swojej ręce. Jordan, owczarek Krzysztofa, z impetem wyrwał się i wbił swoje kły w rękę Magdy, w której trzymała pejczyk. Szarpnął mocno i trzymał w uścisku, sprawiając tym coraz to większy ból. Magda krzyknęła ...
Ręka Magdy zabarwiła się na czerwono, Krzysztof wrzasnął na psa i oderwał go od treserki. Ale było już za późno, rana była głęboka i wymagała natychmiastowej reakcji.
- Szybko, trzeba dzwonić na pogotowie - krzyczała pani Zosia. - Pani Madziu, niech się pani trzyma, proszę nie mdleć, proszę do mnie mówić! - Była przerażona.
Ale Magda czuła, jak traci na chwilę świadomość, po chwili znów ją odzyskała, a ręka została szybko przewiązana bandażem.
- Odsuńcie się! - krzyczał Grzegorz. - Mam bandaż.
Krzysztof był w szoku, nie umiał wykrztusić z siebie żadnego słowa. Czuł się fatalnie, nie zapanował nad swoim psem, a teraz kobieta, którą kiedyś tak bardzo kochał, leżała i cierpiała przez jego nieuwagę. Znów przez niego...
Karetka przyjechała po niespełna piętnastu minutach, do jej przyjazdu kursanci nie spuszczali swojej trenerki z oka. Psy zostały natychmiast zapięte na smycze i przywiązane do płotu.
Gdy ambulans odjechał, zrobiło się dziwnie pusto. Krzysztof stał przez chwilę, mocno trzymając na smyczy głównego winowajcę całego zdarzenia.
- Cześć, Aniu, zaraz przywiozę Jordana do domu - mówił do słuchawki jednym tchem. - Wiesz, zdarzył się wypadek. Ale nie denerwuj się, wszystko ci opowiem, jak przyjadę.
- Krzysztof, poczekaj, nie rozłączaj się. - Głos kuzynki wyrażał głębokie zaniepokojenie. - Czy z Jordanem coś nie tak?
- Nie, nie z Jordanem, ale zaraz jestem u ciebie.
Pobiegł do samochodu, ciągnąc za sobą psa, który tak naprawdę nie miał ochoty opuszczać placu, na którym spotkał inne psy.
Anka czekała już na niego w bramie, było po niej widać ogromne zmartwienie i niepokój. Nie wiedziała, co mogło się wydarzyć na kursie. I dopiero teraz, widząc podjeżdżającego kuzyna z jej ukochanym owczarkiem, uświadomiła sobie, że wypadek nie mógł dotyczyć żadnego z nich.
Psa kupiła dwa lata temu jako szczeniaczka, miał wtedy tylko cztery miesiące.
- Chodź, piesku, chodź do kojca - wydała komendę swojemu pupilowi. - Krzysiu, opowiadaj, o co chodzi? - zwróciła się po krótkiej chwili do kuzyna.
Krzysztof opisał całe zdarzenie, czuł się strasznie winny, jego zdenerwowanie wyczuwalne było w każdym jego słowie.
- Czyli naprawdę nic się nie udało? - zapytała Ania. - A tak chciałam, abyście się pogodzili. Krzysiu, tak mi przykro.
Anka była wtajemniczona w całą tę małą intrygę, a jakże by inaczej, w końcu Jordan to był jej pies. W gruncie rzeczy nie miała nic przeciwko temu. Jeżeli mogłaby pomóc, to dlaczego nie.
- Muszę zaraz jechać do szpitala, dzwoniono do mnie. Lekarz chce osobiście widzieć kartę szczepień. Muszę tam być najszybciej jak to możliwe - oznajmił.
- Może najpierw chociaż coś zjesz lub się napijesz - zaproponowała Ania.
- Nie, muszę jechać. Strasznie mi głupio. Źle go trzymałem. To moja wina. To wszystko moja wina.
- Przestań, wszystko będzie dobrze, ale faktycznie jedź jak najszybciej. Przecież lekarze potrzebują tych dokumentów. Zadzwoń, proszę, jak tylko coś będziesz wiedział, i oczywiście pozdrów Magdę ode mnie.
Do szpitala Magda trafiła po niespełna pół godzinie od wypadku. Lekarz dyżurny bardzo starannie obejrzał głęboką i niezbyt dobrze wyglądającą ranę.
- Pani Jolu, proszę zastrzyk przeciwtężcowy - wydał pierwszą dyspozycję do dyżurującej pielęgniarki. Zadał przy tym miliony pytań związanych z wypadkiem. Magda czuła się bardzo słabo, tak jakby cała energia nagle z niej wyparowała. Ręka bolała ją niemiłosiernie, była przy tym strasznie zła na siebie. "Co za brak profesjonalizmu" - myślała.
Szpitalny Oddział Ratunkowy był pełen ludzi. Krzyk, hałas, biegające pielęgniarki, kroplówki, parawany, każdy był czymś lub kimś zajęty: taki obraz jawił się na pierwszy rzut oka. Pacjenci z karetek byli obsługiwani w pierwszej kolejności.
- Musieliśmy pani zszyć ranę, jest niestety dość spora. Ma pani dziesięć szwów. Czy pies był szczepiony przeciwko wściekliźnie? - pytał dalej lekarz.
Magda była w szoku. Jeszcze nigdy nic takiego jej się nie przytrafiło, oczywiście małe przetarcia, stłuczenia, ale coś takiego i to jeszcze przez... Jak mogła do tego w ogóle dopuścić? W którym miejscu popełniła błąd?
- Tak, był szczepiony. Widziałam książeczkę - odparła wyraźnie zmęczona. - Tam wszystko było jak należy, wszystkie szczepienia.
- Mimo wszystko proszę dać mi numer telefonu do właściciela psa, o ile pani go oczywiście posiada - poprosił lekarz. - Musimy się z nim skontaktować, aby wszystko potwierdzić. Pani niech odpoczywa. Chcemy uniknąć sytuacji, aby musiała pani przejść serię bolesnych zastrzyków.
Magda była jednak co do tego spokojna. Musiała jednak zostać na jedną dobę w szpitalu na obserwacji. "Super, jeszcze tego mi potrzeba".
- Mamo, Lord siedzi w kojcu na placu, mogłabyś go dziś zabrać do siebie? - spytała, gdy resztkami sił zadzwoniła do mamy. - Muszę niestety tu zostać. - Łzy płynęły jej po policzku, ręka bolała dotkliwie, chyba leki przeciwbólowe przestały działać. "Zaraz przyjdzie pielęgniarka i coś mi znów poda, bo nie wytrzymam. Jak to okropnie boli" - myślała.
- Córciu, nic się nie martw o Lorda, pojedziemy po niego z Tadeuszem, ty odpoczywaj.
Pani Basia tak naprawdę umierała ze strachu o swoje jedyne dziecko. Już sama informacja, że jest w szpitalu, działała na nią osłabiająco. Na szczęście w pobliżu był Tadeusz, który wszystko potrafił logicznie wytłumaczyć i w razie konieczności uspokoić.
Od dawna nie mieszkały razem, Magda wyprowadziła się z domu jeszcze w trakcie studiów, najpierw akademik, potem już własne lokum na kredyt. A mama została w "starym" mieszkaniu w wielkim blokowisku.
Pokój szpitalny był dwuosobowy, ale leżała w nim sama, w jakiejś dziwnej koszuli w drobne kwiatuszki. "Ale tu jest okropnie, co ja tu robię?". Potrzebowała teraz ciszy i spokoju, chciała odpocząć, leki zaczynały działać.
W tym momencie otworzyły się drzwi i do pokoju wsunęła się głowa Krzysztofa.
- Mogę wejść?
Stał w tych drzwiach blady ze strachu.
- Przepraszam cię, Magda, sam nie wiem, jak do tego doszło, on nigdy nikogo jeszcze nie ugryzł, to taki łagodny, spokojny pies. Jest mi strasznie głupio. Jak ty się czujesz? - usprawiedliwiał się jednym tchem, nie wiedząc, co zrobić ze swoim strachem. - Czy mogę coś dla ciebie zrobić?
- Chcę zostać sama, chce mi się bardzo spać. - Czuła, że leki ją usypiają. Nie miała ochoty na żaden rodzaj konwersacji, a już tym bardziej nie z nim, nie teraz i nie w takich okolicznościach. Samolot odlatywał... znowu.
- Czy mogę jutro po ciebie przyjechać? Odwiozę cię do domu - króciutko zapytał, widząc, że kobieta zasypia. Ale Magda nic nie odpowiedziała, odwróciła głowę w drugą stronę i czuła, jak odlatuje. A miała mieć taki cudowny dzień, tak jak wtedy... i to znowu on wszystko zepsuł.
Krzysztof wrócił do mieszkania, które wynajmował od dobrego miesiąca, kolejna dłuższa delegacja, kolejny ważny projekt w firmie stanowiły wspaniałą okazję do powrotu do dawnych cudownych chwil... Chciał przeprosić, naprawić swój gigantyczny błąd. "Ale czy dostanę kolejną szansę?" - często zadawał sobie to pytanie. Wiedział, że musi spróbować. Teraz, cały rok po rozwodzie, miał już czystą kartę, teraz nikt już nie będzie manipulować, nikt nie będzie stać im na drodze do szczęścia.
Zadzwonił jeszcze do Anny, tak jak obiecał.
- Jutro będę coś więcej wiedzieć, dziś Magda chciała już tylko spać. Dam ci znać.
Noc przebiegła spokojnie, Magda dostała tak silne leki, że nie czuła bólu. Pielęgniarka zaglądała do niej co dwie godziny.
- Boli? - pytała. Ale ta miała się teraz całkiem dobrze. Leki działały.
Rano wybudził ją hałas chodzących lekarzy i pielęgniarek, którzy jak zwykle mieli swój poranny obchód. Ból powrócił.
- Zaraz pani coś dostanie, proszę leżeć spokojnie, a do domu przepiszę pani leki przeciwbólowe. Proszę nie nadwyrężać ręki i za dziesięć dni przyjść do zdjęcia szwów. Niestety rana była poważna, na szczęście właściciel psa dostarczył niezbędne zaświadczenia o szczepieniu - oświadczył lekarz, doktor Kotowski.
Magda patrzyła na niego, przez głowę przelatywało jej tysiące obrazów: jak to się mogło zdarzyć, co ona tu robi, kiedy znów wróci do swoich zajęć?
Krzysztof czekał na nią w holu z bukietem herbacianych róż.
- Przepraszam, nie wiem, co mam jeszcze powiedzieć, głupio mi strasznie, odwiozę cię do domu, pogadajmy, proszę - nalegał, zachodząc jej przejście. Otworzył jej drzwi wyjściowe, przytrzymał, aby Magda mogła spokojnie opuścić budynek szpitala. "Jak dobrze być na świeżym powietrzu" - pomyślała, mocno wciągając powietrze do swoich piersi.
- Mieszkasz tam, gdzie wtedy? - zapytał, zapalając samochód.
Droga do domu ciągnęła się niemiłosiernie, jechali w milczeniu, ból był tym razem do zniesienia.
- Zaraz muszę coś wziąć.
Ale Magda nie myślała tym razem o ręce... Obok niej siedziała przeszłość, człowiek, z którym łączyło ją tyle cudownych wspomnień, które na zawsze zamknęła w swojej pamięci, wspomnień dobrych i tych złych. A on wrócił. Po co właściwie, dlaczego on tu znowu jest? Leżąc w szpitalnym łóżku, miała czas na analizę całego zdarzenia. "Chyba jednak nie popełniłam błędu" - usprawiedliwiała się.
Krzysztof otworzył drzwi domu, zapalił światło, małą lampkę stojącą na stoliku, odsłonił zasłony wpuszczając promienie słońca do pokoju.
- Otwórz jeszcze, proszę, okno - poprosiła Magda. - Potrzebuję świeżego powietrza.
- Madzia, ja ci zaparzę herbaty, połóż się, poczekaj, poprawię ci poduszkę. Zostaw, ty nic nie rób, ja się wszystkim zajmę. Chcesz coś zjeść? Ja przygotuję - mówił.
- Nie musisz, zaraz przyjedzie moja mama, możesz już sobie jechać. Naprawdę, jedź już. Chcę być sama. Dziękuję, że mnie odwiozłeś, ale teraz już jedź.
Leżała na kanapie w dużym pokoju, przykryta dużym żółtym kocem. Słyszała, jak Krzysiek krzątał się po kuchni, gotując dla niej herbatę. Malinową, oczywiście w białej filiżance.
- Nadal lubisz białe filiżanki. - Uśmiechnął się, poprawił koc i poduszki.
Krzysztof nie dawał za wygraną, prosił, czy jednak może poczekać, w czymś pomóc. Magda patrzyła na niego. "Niech on sobie już idzie" - myślała. W drzwiach stanęła mama z Lordem.
- Dzień dobry, Krzysiu, co cię tu sprowadza? Jak miło ciebie znów zobaczyć, no, tyle lat minęło, ale wyśmienicie wyglądasz. - Mówiła do Krzyśka na ty, tak już zostało. - Ale niespodzianka! Magda nic mi nie mówiła, że jesteś w Poznaniu i że będzie miała tak miłego gościa - dodała wyraźnie ucieszona.
Mama była uroczą, ciepłą kobietą i mimo wszystko bardzo lubiła Krzysztofa.
- Krzysztof, zostań, proszę, z nami na obiedzie, zrobiłam przepyszne gołąbki, trzeba je tylko podgrzać, przecież tak je zawsze lubiłeś. Lord, idź na miejsce - krzyknęła na psa, pokazując mu jego posłanie. Pies posłusznie wykonał polecenie.
Krzysztof nie mógł odmówić, mama przecież tak nalegała.
Pani Basia krzątała się po kuchni, obiad był prawie gotowy. Tadeusz tym razem nie mógł przyjechać, zatrzymały go sprawy urzędowe. Obiecał zajrzeć do Magdy, jak tylko upora się z "upiornymi" papierami. Tadeusz traktował Magdę jak własne dziecko, sam, nie mając swojego, mógł choć w ten sposób wczuwać się w rolę ojca, wprawdzie już dorosłej osoby, ale zawsze.
Krzysztof nie odstępował Magdy na krok.
- Proszę, powiedz coś, odezwij się do mnie. Przecież wiesz, że nie chciałem, abyś cierpiała.
- Wtedy też? - odparła złośliwie. Nie czekała jednak na odpowiedź, nie chciała jej usłyszeć.
- Zapraszam na obiad, chodźcie, kochani - zapraszała serdecznie pani Basia. - Wszystko już podane, tak jak lubicie.
Pięknie nakryty stół, białe talerze i szklaneczki. Pierwszy przy stole był Lord, ale natychmiast został odesłany ponownie na swoje miejsce. Pachniało znakomicie.
- Lord, na swoje! - wydała komendę Magda.
Obiad przebiegł w ciszy, Magda nie patrzyła w stronę gościa, wcale nie miała ochoty na jego towarzystwo. Tak niespodziewanie znów pojawił się w jej życiu, w jej domu. Przecież go tu nie zapraszała.
- Pójdę się przejść, wezmę Lorda na spacer.
Wstała od stołu i zdecydowanym krokiem wyszła. Tak naprawdę nie chciało jej się jeść. Nie miała apetytu. Ręka dawała jej się we znaki. Narzuciła lekki sweterek i japonki i zdecydowanym krokiem wyszła z domu.
Krzysztof, nie zważając na nic, wybiegł za nią.
- Proszę cię, porozmawiajmy - nalegał.
"Czy on, do jasnej cholery, nie rozumie, że nie chcę z nim rozmawiać?" - pomyślała w duchu.
- Uszanuj to, że teraz chcę być sama - odparła. - Wszystko mnie boli, muszę odpocząć, nie obchodzi mnie w tym momencie to, co ty chcesz. Odezwę się, obiecuję, ale teraz jedź już sobie.
Mężczyzna w końcu pojechał, nie chciał się więcej narzucać. Skoro Magda nie miała ochoty na jego towarzystwo teraz, to może później się zgodzi.
Spotkanie zakończyło się jeszcze szybciej, aniżeli się tak naprawdę zaczęło. Pani Basia była wielce niezadowolona, bo przygotowała jeszcze wspaniały deser: ciepły budyń waniliowy z gałką lodów czekoladowych.
- Jak mogłaś być tak niegościnna - zarzucała córce, patrząc na nią z wielkim zdziwieniem. - Przecież przygotowałam jeszcze małe co nieco do kawki, ale jesteś niemiła - kontynuowała.
Magda potrzebowała spokoju. Resztę dnia spędziła na kanapie z misą pełną popcornu, włączyła film, oczywiście o miłości, leżała i płakała. Taki babski wieczór. "Niech ten dzień już się skończy" - pomyślała. Ból ustąpił po drugiej tabletce. Zasnęła na kanapie przykryta swoim żółtym kocem.
Do czasu zdjęcia szwów głównie leżała i odpoczywała. Spacery z psem stanowiły jedyne urozmaicenie nudnych dni, nic ciekawego się nie działo, dni wyglądały, tak jakby ktoś jeden tydzień wrzucił do jednego wielkiego, nudnego worka i zrobił z tego jeden wielki, nudny dzień.
Zdjęcie szwów przebiegło sprawnie i bez żadnych niespodzianek, lekarz był bardzo delikatny. Ale o powrocie do pełnej sprawności i pracy nie było póki co mowy. Wszystkie kursy musiały zostać zawieszone, klienci poinformowani o przerwie w treningach.
- Fatalnie, stracę wszystkich klientów, jak wytłumaczyć psom, że nie mogą ćwiczyć? - żaliła się mamie.
Wszystkich przeprosiła w osobnym mailu, że ze względu na wypadek musi zawiesić kursy. "Wpłacone pieniądze zwrócę państwu oczywiście na konto" - pisała, dołączając wyrazy szacunku.
Magda nie należała do tych osób, które w takiej sytuacji by się załamały. Myślała o tym, jak wyjść z tej sytuacji, co robić, aby zapełnić dzień, aby zarobić na życie, aby nie siedzieć bezczynnie. Wiedziała, że zawsze może liczyć na mamę, ale w żaden sposób nie chciała tego faktu wykorzystywać. Nie mogła tylko leżeć na kanapie i w przerwach biegać z psem do lasu. Teraz miała się już całkiem dobrze, wykonywanie pojedynczych czynności domowych nie było już tak bardzo utrudnione i skomplikowane.
Mama z Tadeuszem odwiedzali ją regularnie, pomagali, jak tylko mogli. Na stole za każdym razem lądował ciepły obiad, dwudaniowy.
- Obiad musi być porządny, a to znaczy dwa dania i kompot - oznajmiała zawsze stanowczo mama.
Krzysztof wrócił do pracy, do swoich obowiązków, ale z tyłu głowy cały czas jego myśli krążyły wokół jednego zdarzenia. Miał czekać, więc czekał, praca pozwoliła przetrwać ten czas w oczekiwaniu na telefon ukochanej. Kolejne ciekawe projekty wyrwały go z Warszawy, znów był w Poznaniu, znów w mieście pełnym wspomnień.
Napisał tylko raz zwykłego esemesa, zapytał o zdrowie, tak zdawkowo, nie chciał się narzucać. Może ze strachu przed odrzuceniem.
Nie uzyskawszy odpowiedzi, milczał, postanowił czekać.
Magda nie kryła swojego rozgoryczenia:
- Cały on, jak tylko coś się dzieje, to ucieka. Jego styl bycia - żaliła się głośno Uli, swojej przyjaciółce jeszcze z lat szkolnych.
Ula była wysoką, szczupłą blondynką w wieku Magdy, włosy nosiła spięte w kucyk, do tego nienaganny makijaż, elegancki strój. Zawsze z dbałością i estetycznie ubrana mama trójki chłopców, zabiegana, ale z pięknie wystylizowanymi paznokciami. Skończyła pedagogikę, ale obowiązki mamy i pani domu odciągnęły ją całkowicie od życia zawodowego. Musiała z tego zupełnie zrezygnować. Jej mąż Jacek pracował w Niemczech, więc cały ten harmider miała na swojej głowie i barkach. Dzielna wojowniczka. Ale dawała radę, w biegu od rana do wieczora, nigdy się nie skarżyła. To życie bardzo jej odpowiadało, ale ponad wszystko uwielbiała spotykać się z Madzią, której życie stanowiło przeciwieństwo jej własnego.
Przyjaźniły się od lat, mogły zawsze na siebie liczyć.
- Madzia, ugotuję ci jutro rosół i przyjadę. Na krótko, ale będę - tłumaczyła się Ula.
- Ulka, dziękuję bardzo, jesteś kochana, przyjeżdżaj, kiedy tylko możesz. Mama i Tadeusz są wprawdzie codziennie, pomagają mi we wszystkim, ale przyjeżdżaj, kiedy chcesz. Wiesz co, Krzysztof znów tu był - rzuciła zdawkowo i wyczuła ciszę w telefonie.
- Który? Ten?
- Tak. On. Ale myślę, że więcej już tu nie przyjedzie. Kazałam mu się wynosić, nie chcę go więcej, nie chcę nic więcej z nim omawiać. Rozumiesz, było, minęło.
Ula tym razem nie skomentowała tych słów, nie chciała zbytnio się denerwować, ale w powietrzu wyczuwała kłopoty. On jej zdaniem oznaczał całe pasmo kłopotów.
Kawałek serniczka i kawka z najlepszą przyjaciółką to zawsze dobry początek dnia. A potem wspólny spacer do lasu, oczywiście z najważniejszym członkiem rodziny, owczarkiem, który stał jak zwykle w blokach startowych, gotowy do wyjścia, zawsze zadowolony, zawsze w dobrym humorze. I ten rosół od Uli, palce lizać! Z Ulką można było rozmawiać o wszystkim, ona opowiadała o swoich dzieciach i o kolejnym przyjeździe męża, jak było cudownie, jak kochali się szczerze i mocno. Do pełni szczęścia brakowało tylko domku, na który to właśnie teraz odkładane były pieniądze.
- Jak będziesz coś potrzebowała, dzwoń, nawet w nocy. Zresztą ty wiesz.
- Tak, tak, jakoś sobie radzimy, tylko ta nuda, muszę czymś się zająć. Mam już nawet pomysł: chyba wrócę do pisania mojego bloga o wychowaniu i tresurze psów, muszę przestać myśleć o tym wszystkim... - Magda wiedziała dokładnie, co ma na myśli: przestać myśleć o Wielkim Nieobecnym, o Krzysztofie.
Jej autorski blog Cztery Łapy MW powstawał powoli, ale konsekwentnie, i stanowił formę kontaktu z ludźmi, którzy tak jak ona nie potrafili sobie wyobrazić życia bez zwierzaka. Takie tematy jak: kiedy zacząć tresurę, podstawowe komendy i jak "rozmawiać" ze swoim pupilem były najchętniej komentowane przez jej wiernych obserwatorów. Lista osób, z którymi korespondowała, była także świadectwem tego, że jej praca i wiedza są komuś potrzebne. Powrót do pisania oderwał ją choć przez chwilę od zamartwiania się, stanowił jednocześnie dobry sposób na zapełnienie całego dnia.
Magda myślała nawet przez chwilę, aby wrócić na plac treningowy.
- Absolutnie nie - zabroniła jej matka. - To jest zdecydowanie za wcześnie. Musisz jeszcze poczekać, zresztą, z tego, co mówiłaś, to lekarz też ci zabronił.
"Dlaczego on milczy? Żeby ani razu nie zadzwonić?" - znów zadręczała się myślami Magda. Nagle uzmysłowiła sobie bezsporny fakt, że sama mu tego zabroniła. "Racja, przecież to ja miałam się odezwać - prowadziła monolog sama ze sobą, usprawiedliwiając jego milczenie. - Ale właściwie po co? Co mam mu powiedzieć?"
Tego lata było bardzo gorąco. Zieleń buchała z całą energią, pachniało drzewami i kwiatami. Czerwonoróżowe kwiaty zaglądały do okien.
Tak jak wtedy.