Gdy prawda milczy - Jacek Piekiełko

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRO­LOG II

2024 rok

Ra­nek po­woli nad­cho­dził, kiedy Petr z mo­zo­łem wta­czał się po scho­dach ka­mie­nicy do swo­jego miesz­ka­nia. Noc nie mo­gła się skoń­czyć, bo sprawa, którą się za­jął, była jak nie­prze­nik­niona czerń, wśród któ­rej trudno do­pa­trzeć się od­cieni sza­ro­ści. Droga była długa i wy­bo­ista, nie­bez­pieczna; czuł, że jak wpad­nie w dziurę wy­peł­nioną czer­nią, ni­gdy już nie uda mu się wy­do­stać na po­wierzch­nię. Jak można przejść obok tego wszyst­kiego obo­jęt­nie?

Pierw­sze, co zro­bił, gdy zna­lazł się w miesz­ka­niu, to wszedł do ła­zienki, na­pu­ścił wody do pla­sti­ko­wej mi­ski, po czym prze­niósł na­czy­nie do sa­lonu i po­sta­wił je przed sofą. Opadł ciężko na sie­dzi­sko, zdjął buty, za­cze­pia­jąc je­den o drugi, a na­stęp­nie z tru­dem na­chy­lił się do stóp. Tę czyn­ność utrud­niał mu wy­datny brzuch. Udało mu się zdjąć skar­pety, co spra­wiło, że na mo­ment wpadł nie­mal w bez­dech; od razu po­ja­wiła się myśl, by w końcu zrzu­cić tro­chę tu­szy. Ale jak miał to zro­bić, kiedy obo­wiąz­ko­wym punk­tem każ­dego dnia były uto­pence na­szpi­ko­wane sło­niną, za­ja­dane do ciem­nego piwa? Mu­siał mieć coś z tego par­szy­wego ży­cia, a gdy przy­dzie­lono go do sprawy, którą żył cały kraj, Petr szybko zro­zu­miał, że jego nie­zbyt zdrowe na­wyki się na­si­liły, a na­pę­dzane stre­sem, dały o so­bie znać ze zdwo­joną siłą. Za­mo­czył obo­lałe stopy w go­rą­cej wo­dzie i wy­cią­gnął się na opar­ciu ka­napy. Czerń nocy po­woli ustę­po­wała po­ran­kowi, ale za oknami na­dal pa­no­wały ciem­no­ści. Petr otwo­rzył teczkę le­żącą obok i wy­jął kilka służ­bo­wych pism. Po­wi­nien już dać so­bie spo­kój, iść w końcu spać, cho­ciaż na te kilka go­dzin, ale sta­rał się zro­zu­mieć in­ten­cje, okieł­znać chaos, a im głę­biej w to wcho­dził, tym wię­cej po­ja­wiało się nie­wia­do­mych.

Przez to śledz­two, przez ko­lejne re­we­la­cje do­ty­czące ku­řim­ské kauzy ukształ­to­wał się pe­wien sys­tem ran, który do­się­gnął nie tylko ofiary, ale także po­stron­nych lu­dzi, zwy­kłych oby­wa­teli, któ­rzy śle­dzili ko­lejne me­dialne do­nie­sie­nia o po­stę­pach w spra­wie przy­po­mi­na­ją­cej ki­nowy thril­ler. Jedna z naj­bar­dziej zna­nych cze­skich te­le­wi­zji TV Nova we wrze­śniu 2006 roku wy­emi­to­wała pierw­szy od­ci­nek nie­zwy­kle po­pu­lar­nego se­rialu Za­tra­ceni. By do­wie­dzieć się, jaka ta­jem­nica kryje się za lo­tem Oce­anic 815 i bez­ludną wy­spą, na któ­rej zna­leźli się oca­leni z ka­ta­strofy, wi­dzo­wie mu­sieli cze­kać ko­lejne ty­go­dnie, i tak przez dwa­dzie­ścia cztery od­cinki se­zonu. Petr rów­nież wcią­gnął się w tę nie­sa­mo­witą hi­sto­rię, na tyle, że za­czął szu­kać w in­ter­ne­cie in­for­ma­cji, jak za­koń­czą się losy roz­bit­ków; do­wie­dział się je­dy­nie, że po­wstaje ko­lejny se­zon, z czego wy­wnio­sko­wał, że twórcy filmu chyba sami nie wie­dzą, jak go za­koń­czyć, krę­cąc ko­lejne se­rie i od­ci­na­jąc ku­pony od po­pu­lar­no­ści.

Któż by wtedy przy­pusz­czał, że w kraju, do­kład­nie po kilku mie­sią­cach od za­koń­cze­nia emi­sji pierw­szego se­zonu Za­tra­co­nych, po­jawi się nowy se­rial, tym ra­zem oparty na fak­tach, do­ty­czący re­al­nie ist­nie­ją­cych po­staci, a śle­dzący wie­czorne wia­do­mo­ści wi­dzo­wie, kon­su­mu­jący co­raz to nowe re­we­la­cje ku­řim­ské kauzy, będą rów­nie za­gu­bieni jak bo­ha­te­ro­wie te­le­wi­zyj­nej opo­wie­ści. Petr wi­dział w tym wiele ana­lo­gii, zwłasz­cza w tej nie­zdro­wej fa­scy­na­cji wy­my­śla­niem ko­lej­nych wer­sji wy­da­rzeń i ich prze­róż­nych in­ter­pre­ta­cji. Sprawą "Dzieci z Ku­řim" żyły całe Cze­chy i nie tylko, a śled­czy w za­sa­dzie po pew­nym cza­sie prze­stał już się temu dzi­wić. Dla­czego tak się działo? Po­twor­ność, okru­cień­stwo i pię­trzące się ta­jem­nice. To wy­star­czyło, by praw­dziwa sprawa kry­mi­nalna stała się ni­czym se­rial ze stale roz­wi­ja­jącą się ak­cją, emi­to­wany przez główne wy­da­nia wia­do­mo­ści w każ­dej z cze­skich te­le­wi­zji.

Był ni­kim. Tak o so­bie my­ślał. Ale chciał być kimś; znał tylko je­den spo­sób, by to zmie­nić. Dla­tego gdy po­ja­wiła się oka­zja, mu­siał z niej sko­rzy­stać. Naj­pierw jed­nak z tej pierw­szej.

Petr nie był śled­czym, nie pra­co­wał w po­li­cji jako do­cho­dze­nio­wiec, nie mógł więc my­śleć o so­bie jak o twar­dzielu, który roz­wią­zuje skom­pli­ko­wane sprawy, o czym za­wsze ma­rzył. Cza­sami czuł się jak czło­nek grupy, gdy inni po­li­cjanci, w za­sa­dzie dzięki jego zna­jo­mo­ści z Ireną, która wpły­wała na ich de­cy­zję, za­bie­rali go na piąt­kowe piwo po pracy. Wtedy wsłu­chi­wał się w ich opo­wie­ści, żar­gon, rzu­cane żarty, ob­ser­wo­wał spo­sób ich by­cia w ba­rze, gdzie nad sto­li­kami oprócz opa­rów al­ko­holu uno­sił się nie­mal wy­czu­walny te­sto­ste­ron.

- Dzięki za za­pro­sze­nie - rzu­cał czę­sto do Ireny, która jako je­dyna spo­śród pra­cow­ni­ków jed­nostki kry­mi­nal­nej trak­to­wała go nor­mal­nie.

- Za­wsze czuj się za­pro­szony. - Po­czo­chrała go pew­nego razu po buj­nych wło­sach i stuk­nęła ku­flem w jego szkło. Po­my­ślał na­wet wtedy, że mógłby za­cząć się z nią spo­ty­kać, zwłasz­cza że była sin­gielką, ale ona dla każ­dego z pracy była nie­do­stępna. Ni­komu nie po­zwa­lała prze­kra­czać gra­nic. Była na­to­miast do­brą kum­pelą. I niech tak po­zo­sta­nie, my­ślał.

Petr pra­co­wał w brneń­skiej po­li­cji jako ar­chi­wi­sta. Zaj­mo­wał się do­ku­men­ta­cją zwią­zaną z pro­wa­dzo­nymi śledz­twami. Wła­śnie dzięki do­stę­powi do akt miał na­dzieję, że sta­nie się kimś wię­cej niż - jak to mó­wili nie­któ­rzy pra­cow­nicy - chło­pa­kiem od po­da­wa­nia pa­pie­rów. Chciał do­ko­nać rze­czy wiel­kiej, roz­wią­zać za­gadkę, któ­rej nie po­tra­fili roz­wi­kłać śled­czy, dzien­ni­ka­rze ani sa­mo­zwań­czy de­tek­tywi.

W tym celu ku­pił na­wet wielką kse­ro­ko­piarkę, którą wsta­wił do swo­jego miesz­ka­nia - wszystko po to, aby za­trzeć za sobą wszel­kie ślady, by nikt nie po­dej­rze­wał go o spo­rzą­dze­nie ko­pii wszyst­kich moż­li­wych do­ku­men­tów do­ty­czą­cych sprawy z Ku­řim.

Tak... Petr miał wśród pry­wat­nych rze­czy akta do­ty­czące śledz­twa w spra­wie mal­tre­to­wa­nych dzieci z Ku­řim, którą żył cały kraj. Sprawy, która na­dal po­ru­szała za­równo słu­cha­czy pod­ca­stów, jak i twór­ców opo­wie­ści kry­mi­nal­nych true crime. Żad­nej oso­bie do dzi­siaj nie udało się jed­nak wy­ja­śnić jej do końca. Co wy­daje się szo­ku­jące, nie zro­bili tego na­wet pro­ku­ra­to­rzy, a sąd, wy­da­jąc wy­roki oso­bom uwi­kła­nym w zbrod­nię prze­ciw nie­win­nym dzie­ciom, za­mknął pe­wien roz­dział, po­zo­sta­wia­jąc wię­cej py­tań ani­żeli od­po­wie­dzi.

Petr miał jed­nak ob­se­sję na te­mat tej sprawy, fik­sa­cję, która nie sła­bła po­mimo upływu lat. Wie­dział, że tylko w ten spo­sób mógłby zmie­nić swoje nudne ży­cie, wy­dać książkę o Ku­řim, nad którą pra­co­wał już po­nad dzie­sięć lat. Ujaw­nić prawdę. Na to cze­kają wszy­scy.

Nie udało się tego do­ko­nać dzien­ni­ka­rzom naj­więk­szego por­talu w kraju - Ble­sků. Po­ka­zali sprawę, do­cie­ra­jąc do kilku eks­per­tów, któ­rzy tak na­prawdę nie wnie­śli nic no­wego. Trudno po­wie­dzieć, by piękne re­por­terki, Pe­tra i Te­reza, po­ra­ziły od­bior­ców in­for­ma­cjami jak gro­mem z ja­snego nieba.

Po­le­gli twórcy ko­miksu: Ma­rek Šin­delka, Voj­těch Ma­šek i Ma­rek Po­korný, któ­rzy w 2018 roku zdo­byli na­grodę za naj­lep­szy cze­ski ko­miks roku. Ar­ty­stycz­nie od­nie­śli suk­ces, jed­nak sami przy­znali, że nie da­dzą rady dojść do sedna te­matu. Za­ło­żyli so­bie, że zro­bią wszystko, aby do­wie­dzieć się prawdy o Ku­řim, ale mi­jały mie­siące, a oni mieli po­dobne od­czu­cie jak Petr - że im głę­biej wcho­dzą w ba­gno, tym ich ru­chy stają się wol­niej­sze, bar­dziej bez­ce­lowe, że nie wi­dać już ani dna, ani po­wierzchni. Nie mo­gli do­trzeć do an­ty­bo­ha­te­rów ca­łej in­trygi, po­nie­waż ci lu­dzie są już nie­osią­galni, chro­nieni przez pań­stwo i przez sa­mych sie­bie, pró­bu­jący cał­ko­wi­cie od­ciąć się od par­szy­wej prze­szło­ści, jakby mi­nione zda­rze­nia wcale nie miały miej­sca. W końcu au­to­rzy sce­na­riu­sza i ry­sow­nik do­szli do wnio­sku, że nie uda im się dojść do prawdy, zmie­nią więc ak­centy hi­sto­rii i po­trak­tują ją jako opartą na fak­tach opo­wieść do­ku­men­tu­jącą oprócz wy­rzą­dzo­nego zła także na­stroje spo­łeczne i za­cho­wa­nie od­bior­ców, złak­nio­nych ko­lej­nej od­słony sprawy z Ku­řim ni­czym te­le­wi­zyj­nego show.

Cho­ciaż Petr spę­dził nie­zli­czone go­dziny nad każdą moż­liwą in­ter­pre­ta­cją ku­řim­ské kauzy, wciąż nie po­tra­fił przy­chy­lić się do jed­nego, naj­bar­dziej praw­do­po­dob­nego wy­ja­śnie­nia. Nikt ze ska­za­nych, któ­rzy od­sie­dzieli już wy­roki i wy­szli na wol­ność, nie po­wie prawdy, tym bar­dziej te­raz, po wielu la­tach; mieli do tego do­sko­nałą oka­zję przed są­dem, ale zmowa mil­cze­nia na nie­które te­maty wy­da­wała się wręcz na­ma­calna.

Petr na­to­miast nie miał wąt­pli­wo­ści, kto zna prawdę, co wię­cej - kto za tym wszyst­kim stoi i kto po­cią­gał za sznurki. Wielki nie­obecny. Po­tężny Čan. Czło­wiek, któ­rego udało mu się spo­tkać.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

PRO­LOG I

7 maja 2007 roku, Ku­řim

Przez ostat­nie dni żył jak w tran­sie, ni­czym w in­nym wy­mia­rze, a jego my­śli wę­dro­wały do tego, co miało się wy­da­rzyć na dniach. A może jesz­cze dzi­siaj? A je­śli to dzieje się w tej chwili? Gdyby tak było, na pewno by mnie po­wia­do­mili, po­my­ślał.

Edu­ard Trdý cały czas się za­sta­na­wiał, kiedy zo­sta­nie oj­cem. Od­kąd jego żona tra­fiła do szpi­tala, cze­ka­jąc na po­ród, męż­czy­zna każdą chwilę wy­ko­rzy­sty­wał na przy­go­to­wa­nia do tego szcze­gól­nego dnia. Wtedy nic nie sta­no­wiło dla niego pro­blemu - za­kupy, co­dzienne obo­wiązki, praca. Cały czas czuł się tak, jakby miał skrzy­dła i uno­sił się nad zie­mią. Me­ta­fi­zycz­nie już był w in­nym świe­cie, my­ślami przy swoim dziecku; wi­zu­ali­zo­wał so­bie pierw­sze wspólne chwile - jak pod­nosi lek­kie za­wi­niątko, a w nim kwili ma­lutka istota, nowe ży­cie, cud, do­wód na ist­nie­nie tego świata. Miał oczy­wi­ście obawy, cza­sami mu się wy­da­wało, że ta sy­tu­acja go prze­ra­sta. Wtedy jed­nak pró­bo­wał spoj­rzeć na wszystko oczami żony. Co ona ma po­wie­dzieć? - py­tał się w my­ślach i na­gle na­bie­rał od­wagi. Po­wta­rzał so­bie w du­chu, że to wła­śnie on po­wi­nien sta­no­wić te­raz dla uko­cha­nej naj­więk­sze wspar­cie.

Do­pił w po­śpie­chu kawę. Od­sta­wia­jąc fi­li­żankę, o mało co jej nie stłukł o blat sto­lika. Do­strze­gał mo­menty, w któ­rych za bar­dzo się de­ner­wo­wał obecną sy­tu­acją, a działo się to wła­śnie wtedy, gdy my­ślał o naj­bliż­szej przy­szło­ści. Spoj­rzał jesz­cze na no­tatkę spo­rzą­dzoną przez żonę - ostat­nie punkty wy­prawki. Edu­ard za­mie­rzał skom­ple­to­wać wska­zane rze­czy, aby być go­to­wym na przy­ję­cie pod dach no­wego członka ro­dziny. Po­skła­dał już łó­żeczko, ku­pił do­dat­kowe ręcz­niczki oraz wa­nienkę. Te­raz wziął dłu­go­pis i za­zna­czył kilka drob­nych przed­mio­tów, które mu­siał jesz­cze do­ku­pić.

Na­raz przy­po­mniał so­bie, że prze­cież wczo­raj za­ku­pił nia­nię elek­tro­niczną, a jak do­tąd nie prze­te­sto­wał urzą­dze­nia. Na po­czątku nie był prze­ko­nany do tego sprzętu. "Do­bra, Edu­ard, ro­zu­miem cię - oznaj­miła jego przy­ja­ciółka pod­czas ich ostat­niej wspól­nej ko­la­cji, za­nim Ma­tylda udała się do szpi­tala. - Na po­czątku bę­dzie­cie nie­mal non stop prze­by­wać przy tym ma­łym szkra­bie, aż oczy same się za­mkną i wy­bu­dzi was płacz. To bę­dzie tak wielka... nie wiem... ad­re­na­lina? Tak wielka, że świata poza dziec­kiem nie bę­dzie­cie wi­dzieć. Ale z cza­sem... - Uśmiech­nęła się, pod­no­sząc kie­li­szek z wi­nem. - Z cza­sem wam przej­dzie". Na te słowa za­śmiali się wszy­scy zgro­ma­dzeni przy sto­liku ka­wo­wym, sie­dzący na fo­te­lach i ka­na­pach. "I wła­śnie wtedy - kon­ty­nu­owała - nia­nia elek­tro­niczna bę­dzie ide­al­nym roz­wią­za­niem. Chcesz w końcu coś zjeść, na­pić się, umyć, co­kol­wiek? Albo po pro­stu w spo­koju po­ga­dać, sie­dząc w sa­lo­nie? Włą­czysz so­bie pod­gląd na bo­basa i jak tylko trzeba bę­dzie, za­raz zja­wisz się przy łó­żeczku. A w do­datku ma dźwięk. Ge­nialna rzecz! Jesz­cze ją do­ce­ni­cie, zo­ba­czysz, Edu­ar­dzie".

Zde­cy­do­wał się ku­pić ka­merkę z od­bior­ni­kiem. Roz­pa­ko­wał za­war­tość pu­dełka, na­stęp­nie w po­ko­iku dzie­cię­cym usta­wił na półce ka­merkę i pod­łą­czył ją do sieci. Z tej per­spek­tywy ob­raz po­wi­nien obej­mo­wać łó­żeczko. Mu­siał jed­nak spraw­dzić, czy rze­czy­wi­ście, je­śli po­łoży na ma­te­ra­cyku no­wo­rodka, ka­mera bę­dzie na tyle bli­sko, by uchwy­cić jego główkę.

Prze­szedł do sa­lonu, gdzie stała me­blo­ścianka - w niej usta­wił mały te­le­wi­zo­rek, który miał od­bie­rać ob­raz. Pod­łą­czył an­tenę, po czym prze­sko­czył kilka ka­na­łów w po­szu­ki­wa­niu wi­deo z niani elek­tro­nicz­nej.

Naj­pierw usły­szał szum, nie­okre­ślone szu­ra­nie, które przy­pra­wiło go o ciarki na ple­cach, po­nie­waż było nie­spo­dzie­wane i bar­dzo gło­śne, głów­nie z tego po­wodu, że Edu­ard za­po­mniał zre­du­ko­wać wcze­śniej głos po me­czu pił­kar­skim, który oglą­dał z ko­legą. Te­raz dźwięki wręcz wy­bu­chły z od­bior­nika. Ob­raz był ciemny, nieco zie­lon­kawy, jak z ka­mery nok­to­wi­zyj­nej.

Męż­czy­zna zmarsz­czył brwi.

Na ekra­nie te­le­wi­zora zo­ba­czył ob­cego chłopca. Dziecko było usta­wione tak bli­sko obiek­tywu ka­mery, że na­raz ob­raz zro­bił się ja­śniej­szy i trudno było co­kol­wiek doj­rzeć. Edu­ard od­niósł jed­nak wra­że­nie, że chłop­czyk jest nagi, co naj­mniej od pasa w górę, bo na wi­zji mi­gnęła ja­sna skóra jego torsu.

Za­sko­czony, prze­łą­czył od­bior­nik na inny ka­nał. Spoj­rzał na ze­ga­rek i aż po­de­rwał się z fo­tela. Mu­siał je­chać do szpi­tala. Obie­cał żo­nie, że przy­wie­zie jej nową bie­li­znę, a za­raz mocno się spóźni.

Wy­łą­czył te­le­wi­zor. Szu­ka­jąc klu­czy do sa­mo­chodu, za­sta­na­wiał się nad tym, co zo­ba­czył na ekra­nie - i dla­czego nie był to po­kój jego przy­szłego dziecka. To aku­rat szybko so­bie wy­tłu­ma­czył. Pew­nie nie­po­praw­nie pod­piął ka­merkę, a an­tena mu­siała ścią­gnąć fale z in­nej niani elek­tro­nicz­nej z naj­bliż­szego są­siedz­twa. Stąd nieco nie­wy­raźny ob­raz. A co ro­bił tam ten nagi chło­piec? Ten nie­spo­dzie­wany wi­dok Edu­ard rów­nież ła­two so­bie zra­cjo­na­li­zo­wał - pew­nie ja­kieś dzie­ciaki z są­siedz­twa urzą­dzają so­bie wy­głupy przed ka­merką.

Po­sta­no­wił, że jak tylko wróci ze szpi­tala, jesz­cze raz spraw­dzi nowy sprzęt, a przede wszyst­kim zaj­rzy do in­struk­cji, by upew­nić się, czy po­praw­nie za­in­sta­lo­wał ka­merkę. Uśmiech­nął się do sie­bie, mó­wiąc w du­chu, że prze­cież praw­dziwy fa­cet nie po­trze­buje in­struk­cji. Ma­tylda mia­łaby sa­tys­fak­cję, wi­dząc, że ko­lejny sprzęt, który jej mąż pró­bo­wał skon­fi­gu­ro­wać, nie działa jak trzeba. Za­wsze zwra­cała mu uwagę, by naj­pierw po­czy­tał, jak to się robi, a on na­wet do skła­da­nia me­bli za­bie­rał się bez in­struk­cji.

Wkrótce do­tarł do szpi­tala. Udał się pro­sto na salę, gdzie le­żała Ma­tylda. Jesz­cze za­nim przy­wi­tał się z żoną, spoj­rzał na jej wy­datny brzuch, który aku­rat miała od­sło­nięty. Skry­wał naj­więk­szy skarb, jaki mógł so­bie w ży­ciu wy­ma­rzyć. Gdy w końcu ode­rwał od niego wzrok, pod­szedł do łóżka, schy­lił się i uca­ło­wał żonę w po­li­czek.

- Jak się czu­jesz? - za­py­tał.

Usiadł na nie­wy­so­kim sto­łeczku i chwy­cił Ma­tyldę za rękę. Roz­ma­wiali przez bli­sko kwa­drans o tym, jak ją trak­tują w szpi­talu, czy wszystko w po­rządku i o pla­nach na naj­bliż­sze dni. Na­stęp­nie wy­jął z torby ka­napki, które przy­go­to­wał w domu, ale Ma­tylda odło­żyła je na szafkę, na póź­niej; nie miała ape­tytu.

Na­gle ich roz­mowę prze­rwał krzyk ko­biety do­cho­dzący z są­sied­niej sali. Edu­ard po­czuł się nie­swojo, tro­chę jak słoń w skła­dzie por­ce­lany. Czuł na so­bie wzrok dwóch in­nych pa­cjen­tek, współ­lo­ka­to­rek Ma­tyldy. Naj­chęt­niej stałby się prze­źro­czy­sty, po­nie­waż nie wie­dzieć czemu, wy­da­wało mu się, że ich spoj­rze­nia są oce­nia­jące. Sam rów­nież ukrad­kowo rzu­cił na nie okiem, za­sta­na­wia­jąc się, czy są te­raz szczę­śliwe, za­tro­skane, czy mają wspar­cie part­ne­rów, czy może same będę mu­siały wy­cho­wy­wać swoje dzieci.

- Za­mon­to­wa­łeś już wszystko? Halo? Tu zie­mia. - Głos żony wy­rwał go z za­my­śle­nia.

Edu­ard miał wra­że­nie, że w ostat­nich dniach jego mózg działa w zwol­nio­nym tem­pie, jakby ktoś za­lał go smołą, ogra­ni­czył prze­wo­dze­nie sy­naps lub wgrał prze­sta­rzałe opro­gra­mo­wa­nie. Nie po­tra­fił się skon­cen­tro­wać, a mno­gość za­dań, które mu­siał zre­ali­zo­wać, zda­wała się po­głę­biać ten stan.

- Mu­sisz się sku­pić - sztor­co­wała go Ma­tylda. - Po­za­ła­twia­łeś wszystko?

- Chyba tak.

- Za­mon­to­wa­łeś fo­te­lik w sa­mo­cho­dzie?

- Je­stem w trak­cie...

Prze­wró­ciła oczami, ale z ser­decz­nym uśmie­chem.

Po­roz­ma­wiali jesz­cze chwilę, po czym Edu­ard po­że­gnał się z żoną, mocno ści­ska­jąc ją za rękę. Po­zo­sta­łym ko­bie­tom ski­nął lekko głową, a na­stęp­nie znik­nął za drzwiami. Ru­szył w lewo, otwo­rzył pierw­sze drzwi, nad któ­rymi wi­siała ta­bliczka z ry­sun­kiem scho­dów, i zna­lazł się w bocz­nej klatce scho­do­wej. Pod­eks­cy­to­wany zbli­ża­ją­cymi się na­ro­dzi­nami dziecka, kro­czył w dół. Spo­glą­da­jąc pod nogi, na­gle za­uwa­żył nie­duży pla­ster opa­trun­kowy, przy­kle­jony do jed­nego ze stopni, w szcze­li­nie. Po­czuł się tak, jakby do­znał déja vu. Ile­kroć przez ostat­nie dni od­wie­dzał żonę w szpi­talu i ko­rzy­stał z tej klatki scho­do­wej, wi­dział ten pla­ster tkwiący w tym sa­mym miej­scu. Za­sta­na­wiało go, że przez tyle czasu nikt tu­taj nie sprzą­tał. Może ta klatka scho­dowa jest rzadko uczęsz­czana? - po­my­ślał. Myśl, że jego pierw­sze dziecko ma przyjść na świat w miej­scu, w któ­rym per­so­nel nie dba o hi­gienę, spra­wiła, że po­czuł się nieco zde­gu­sto­wany.

W dro­dze do domu wstą­pił jesz­cze do sklepu prze­my­sło­wego. Ku­pił rę­ka­wiczki ogro­dowe i worki. Za­mie­rzał nieco ogar­nąć traw­nik i krzewy przed do­mem. Na­rzu­cał so­bie różne za­ję­cia, które miały od­cią­gnąć go od na­tręt­nych my­śli, czy z Ma­tyldą i dziec­kiem wszystko w po­rządku, a także przy­śpie­szyć czas ocze­ki­wa­nia na po­ród.

Gdy wszedł do domu, ogar­nęła go doj­mu­jąca ci­sza. Po­czuł się nie­swojo. Już nie­długo wnę­trze tego bu­dynku wy­pełni się pła­czem dziecka, które póź­niej zmieni się w śmiech, a z cza­sem z pierw­szymi sło­wami. W du­chu stwier­dził, że pew­nie jesz­cze za­tę­skni za tą ci­szą, ale na ra­zie nie po­tra­fił do­cze­kać się no­wego członka ro­dziny. Nie lu­bił tego ty­po­wego na­rze­ka­nia ro­dzi­ców kil­ku­lat­ków: "Jesz­cze zo­ba­czysz, jaki bę­dziesz zmę­czony"; "Póź­niej to do­piero się za­cznie"; "Za­cze­kaj, aż za­cznie cho­dzić"; "Małe dzieci - mały kło­pot, duże dzieci - duży kło­pot"... Albo te idio­tyczne po­rady i wnio­ski: "Wy­śpij się na za­pas"; "Gdy­by­śmy wie­dzieli, co nas czeka, ra­czej by­śmy się nie zde­cy­do­wali"; "Póź­niej bę­dzie bunt dwu­latka, bunt trzy­latka i tak do osiem­nastki".

Edu­ard obie­cał so­bie, że on bę­dzie inny. W to­wa­rzy­stwie ni­gdy nie bę­dzie po­dej­mo­wał te­ma­tów dzieci, ich wy­cho­wa­nia, chyba że ktoś fak­tycz­nie o to za­pyta. Nie chciał, by to szczę­ście, na które tak cze­kał, ja­koś dia­me­tral­nie go zmie­niło. Nie za­mie­rzał stać się mo­no­te­ma­tyczny, a w me­tryce wpi­sać "za­wód: oj­ciec". Pra­gnął cie­szyć się z tego, co na­tu­ralne, być dum­nym ro­dzi­cem, ale za­cho­wać swoją pry­watną prze­strzeń. Gdy tak o tym roz­my­ślał, pa­rząc kawę, do­szedł do wnio­sku, że swoje uko­chane wy­prawy na ryby bę­dzie jed­nak mu­siał nieco ogra­ni­czyć, a może na­wet za­wie­sić w cza­sie.

Spoj­rzał przez okno na zie­le­nie­jące się drzewa, roz­kwi­ta­jące ro­śliny. Cie­szył się, że za­miesz­kali w tym miej­scu - przy spo­koj­nej ulicy na obrze­żach Ku­řim, ale bar­dzo bli­sko cen­trum. W końcu mieszka tu­taj rap­tem dzie­sięć ty­sięcy lu­dzi, co spra­wia, że wszę­dzie jest bli­sko. Kie­dyś my­ślał o Brnie, Oło­muńcu, ale jed­nak ta­kie nie­wiel­kie mia­steczka mają swój nie­po­wta­rzalny urok.

W tam­tym bło­gim cza­sie, peł­nym ra­do­snego ocze­ki­wa­nia na no­wego członka ro­dziny, Edu­ard Trdý nie przy­pusz­czał na­wet, że bę­dzie mu­siał się wy­pro­wa­dzić, a siel­skie miej­sce wkrótce sta­nie się prze­klęte...

Udał się do sa­lonu, a na­stęp­nie prze­szedł do po­koju dziecka. Jesz­cze raz spraw­dził usta­wie­nie ka­merki i prze­wód za­si­la­jący, po czym wró­cił do sa­lonu, włą­czył te­le­wi­zo­rek i prze­łą­czył na ka­nał, który miał po­ka­zać ob­raz z po­miesz­cze­nia obok: dzie­cięce łó­żeczko, ko­lo­rowy dy­wa­nik i ko­modę, na któ­rej stały przy­bory do pie­lę­gna­cji no­wo­rodka. Za­miast tego uj­rzał jed­nak inny wi­dok...

Do­znał toż­sa­mego uczu­cia z tym w szpi­talu, gdy ko­lejny raz w tym sa­mym miej­scu, na scho­dach, do­strzegł za­bru­dzony pla­ster. Wtedy też ogar­nęło go lek­kie obrzy­dze­nie.

Gdy spoj­rzał uważ­niej na ekran, czuł już tylko wiel­kie za­in­try­go­wa­nie wy­mie­szane z na­ra­sta­ją­cym prze­ra­że­niem. Prze­cze­sał dło­nią włosy. Miał wra­że­nie, jakby ktoś wsu­nął do jego od­twa­rza­cza ka­setę wi­deo z hor­ro­rem.

Ob­raz przed­sta­wiał pół­na­giego chłopca. Mógł mieć sześć, może sie­dem lat. Jego ręce były skrę­po­wane, tak samo nogi w oko­li­cach ko­stek. Tkwił w po­zy­cji klę­czą­cej. Po­ru­szał się na boki, ale nie mógł wy­ko­nać żad­nych bar­dziej zde­cy­do­wa­nych ru­chów. Wo­kół pa­no­wała ciem­ność, a na jej tle, pod­kre­ślone przez nok­to­wi­zję, lśniły oczy chłopca.

Ten wi­dok przy­po­mniał Edu­ar­dowi sy­tu­ację sprzed lat, gdy za­błą­dził w le­sie. Zro­biło się bar­dzo późno, a gę­sto ro­snące drzewa do­dat­kowo po­tę­go­wały mrok. Na szczę­ście miał ze sobą la­tarkę, którą wrzu­cił do ple­caka, tak jak inne przed­mioty nie­zbędne pod­czas dłu­gich le­śnych wę­dró­wek. Gdy na­raz coś gło­śno za­sze­le­ściło po jego pra­wej stro­nie, od razu skie­ro­wał tam snop świa­tła. Uj­rzał sarnę. Wga­piała się w świa­tło la­tarki błysz­czą­cymi śle­piami. Edu­ard doj­rzał w nich lęk i ja­kiś nie­wy­po­wie­dziany smu­tek.

Po­dob­nie jak te­raz w oczach tego dziecka.

Z tru­dem prze­łknął ślinę. Co do dia­bła...?

Wzmoc­nił dźwięk. Dało się sły­szeć lek­kie szu­ra­nie, po­stę­ki­wa­nie chłopca i od­le­głą, przy­tłu­mioną mu­zykę.

I na­gle wszystko się zmie­niło. Roz­legł się szczęk, jakby otwie­ra­nych drzwi, zgrzyt za­wia­sów, a ob­raz zro­bił się zde­cy­do­wa­nie ja­śniej­szy. Mu­zyka rów­nież stała się le­piej sły­szalna. Szu­ra­nie się wzmo­gło. A na ekra­nie wy­ro­sła dłoń trzy­ma­jąca bla­szaną mi­skę.

Kiedy ręka rzu­ciła mi­skę, która z trza­skiem ude­rzyła o be­to­nową pod­łogę, Edu­ard od­ru­chowo od­su­nął się od te­le­wi­zora, w któ­rego ekran wga­piał się tak, jakby chciał prze­nik­nąć do środka. Ale nie to było naj­gor­sze. Słowa, które nie­spo­dzie­wa­nie wy­brzmiały, głos nie­na­le­żący do chłopca, były jak ra­że­nie pio­ru­nem:

- Żryj!

Zo­ba­czył, jak ktoś wpy­cha dziecku je­dze­nie do ust.

- Je­śli bę­dziesz się za­cho­wy­wał wzo­rowo przez cały dzień i zjesz to szybko, do­sta­niesz plus dwa punkty. Je­śli nie, do­sta­niesz mi­nus dwa punkty. Wiesz, co to ozna­cza?

A po­tem naj­praw­do­po­dob­niej za­mknęły się drzwi, bo świa­tło znowu stało się bar­dziej sto­no­wane. Chło­piec tkwił przez mo­ment w bez­ru­chu, ze spusz­czoną głową. Zda­wało się, że roz­waża swój ko­lejny ruch. W końcu nie­mal rzu­cił się na pod­łogę, z któ­rej za­czął zbie­rać je­dze­nie i wpy­chać łap­czy­wie do buzi. Trudno było roz­po­znać, co tak na­prawdę spo­żywa, ale ro­bił to w taki spo­sób, jakby nie jadł od bar­dzo dawna. Na­stęp­nie po­ło­żył się na boku, ple­cami do ka­mery, roz­trzę­siony.

Edu­ard drżącą ręką wy­łą­czył od­bior­nik. Przy­ło­żył dłoń do ust. Pró­bo­wał się skon­cen­tro­wać, po­ukła­dać so­bie w gło­wie to, czego wła­śnie był świad­kiem.

Jesz­cze rano my­ślał, że to tylko dzie­ciaki ba­wią się ka­merką. Zresztą wtedy nie wi­dział za do­brze. Chłop­czyk znaj­do­wał się bar­dzo bli­sko obiek­tywu i w za­sa­dzie za­sła­niał cały ob­raz. Nie wie­dzieć czemu, jego an­tena wciąż zbie­rała sy­gnał z in­nej ka­mery, wciąż po­wta­rzał się ten sam błąd, "glitch", jak na­zwał w my­ślach tę sy­tu­ację sło­wem czę­sto uży­wa­nym przez niego w pracy, gdy coś nie dzia­łało. To jed­nak nie wy­glą­dało na grę, nie spra­wiało wra­że­nia, żeby chło­piec do­brze się ba­wił. Ktoś, kto przy­niósł mu je­dze­nie i po­dał je w taki, a nie inny spo­sób - z pełną po­gardą, zło­ścią i gnie­wem - za­cho­wy­wał się jak po­twór.

Czego wła­śnie by­łem świad­kiem? - za­py­tał się w my­ślach. Gdzieś tu­taj, w naj­bliż­szej oko­licy, pod osłoną czte­rech ścian, roz­grywa się dra­mat, który bez­po­śred­nio do­tyka naj­bar­dziej nie­win­nej, bez­bron­nej osoby - dziecka.

Edu­ard znał się tro­chę na spra­wach tech­nicz­nych, wie­dział więc, że an­tena ma okre­ślony, nie­wielki za­sięg; sy­gnał z ka­mery, który prze­ka­zy­wał ob­raz do jego te­le­wi­zora, mu­siał po­cho­dzić ze źró­dła znaj­du­ją­cego się w naj­bliż­szej oko­licy. Ina­czej nie po­tra­fił tego wy­tłu­ma­czyć.

Pod­szedł do za­wie­szo­nego na ścia­nie w ko­ry­ta­rzu te­le­fonu, pod­niósł słu­chawkę i wy­brał nu­mer po­li­cji.

Nie wie­dział wtedy, że ten te­le­fon, włą­cze­nie niani elek­tro­nicz­nej i przy­pad­kowe za­re­je­stro­wa­nie ob­razu z in­nego urzą­dze­nia, spra­wią, iż w kraju roz­pęta się praw­dziwa bu­rza. To zgło­sze­nie było jak dy­na­mit z pod­pa­lo­nym lon­tem.

Edu­ard Trdý stał się przy­pad­ko­wym bo­ha­te­rem.

Jego zgło­sze­nie przy­nio­sło wy­ba­wie­nie.

Uru­cho­miło la­winę.

Ujaw­niło coś, co za­truło małe mia­steczko na dłu­gie lata - a być może już na za­wsze.

WSTĘP

"Dzieci z Ku­řim", ku­řim­ská kauza - to bez­pre­ce­den­sowa sprawa, która w 2007 roku po­ru­szyła cze­skie i za­gra­niczne me­dia. Nasi są­sie­dzi z po­łu­dnia żyli ko­lej­nymi do­nie­sie­niami na te­mat śledz­twa, tak jakby oglą­dali se­rial, na któ­rego na­stępne od­cinki trzeba cze­kać z nie­cier­pli­wo­ścią.

Czy ten nie­sa­mo­wi­cie po­gma­twany te­mat cze­kał wła­śnie na mnie?

Gdy roz­ma­wia­łem przez te­le­fon z pew­nym tłu­ma­czem li­te­ra­tury cze­skiej i za­py­ta­łem o Ku­řim, usły­sza­łem w jego gło­sie wa­ha­nie. Pa­mię­tał te wy­da­rze­nia, wał­ko­wane przez me­dia po­nad pięt­na­ście lat temu, to sza­leń­stwo, kiedy wi­dzo­wie czy też czy­tel­nicy prasy byli za­ska­ki­wani ko­lej­nymi zwro­tami ak­cji w roz­wi­ja­ją­cym się śledz­twie. Oczy­wi­ście nie spo­dzie­wa­łem się, aby znał ko­goś, kto był uwi­kłany w ten kosz­mar, bar­dziej chcia­łem po­znać re­ak­cję oby­wa­tela Czech na jedną z naj­gło­śniej­szych hi­sto­rii kry­mi­nal­nych, jaka wy­da­rzyła się w jego kraju. W końcu przy­znał, że ta sprawa po pro­stu go prze­raża.

Po­dob­nie jak w przy­padku in­nych mo­ich po­wie­ści opar­tych na praw­dzi­wych wy­da­rze­niach (Do­ber­man, Czer­wo­niec), długo wzbra­nia­łem się przed tym pro­jek­tem. Ta­kie po­dej­ście po­czy­tuję jako do­bry znak, bo za­wsze czu­łem sa­tys­fak­cję, że jed­nak zde­cy­do­wa­łem się po­świę­cić swój czas na wska­zane po­wy­żej opo­wie­ści. Sprawa "Dzieci z Ku­řim" nie da­wała mi spo­koju. Ta hi­sto­ria jest tak za­gma­twana i nie­praw­do­po­dobna, że gdyby któ­ry­kol­wiek pi­sarz wy­my­ślił po­dobną fa­bułę, my­ślę, iż nie­je­den czy­tel­nik stwier­dziłby, że au­tor prze­sa­dza, że opi­sy­wane zda­rze­nia są wręcz nie­praw­do­po­dobne. Ale nie o to mi cho­dzi. Po­mimo wy­da­nych wy­ro­ków wciąż wiele wąt­ków osnu­tych jest ta­jem­nicą i nie­do­po­wie­dze­niem. Przy­stę­pu­jąc do pi­sa­nia, oba­wia­łem się, czy osoby, które znają tę sprawę i wciąż za­dają so­bie wiele py­tań, nie będą za­wie­dzione po lek­tu­rze, ocze­ku­jąc kon­kret­nych od­po­wie­dzi. Wie­dzia­łem bo­wiem, że nie roz­wi­kłam pew­nych kwe­stii, za­ga­dek, któ­rych na­wet śled­czy nie byli w sta­nie roz­wią­zać. Wtedy spoj­rza­łem na moje true crime nieco z boku, z in­nej per­spek­tywy, by oce­nić je bar­dziej obiek­tyw­nie. Bo czym tak na­prawdę zaj­mo­wa­łem się w Do­ber­ma­nie i Czer­wońcu, je­śli nie zbie­ra­niem fak­tów, ukła­da­niem ich w od­po­wiedni spo­sób, tak aby czy­tel­nik sam mógł dojść do wła­snej in­ter­pre­ta­cji?

I kiedy w taki spo­sób pod­sze­dłem do pi­sa­nia hi­sto­rii opar­tych na praw­dzi­wych wy­da­rze­niach, nie­jako da­łem so­bie przy­zwo­le­nie na pracę nad ni­niej­szą książką. W true crime, które upra­wiam, po­cią­ga­jące jest two­rze­nie emo­cji, ewo­ko­wa­nie ob­ra­zów, za­bawa w de­tek­tywa od­kry­wa­ją­cego ko­lejne sensy opo­wia­da­nej fa­buły. Dla­tego do na­pi­sa­nia Gdy prawda mil­czy za­bra­łem się z wielką fa­scy­na­cją i cie­ka­wo­ścią, chcąc się do­wie­dzieć, do czego do­pro­wa­dzi mnie wła­sna in­ter­pre­ta­cja jed­nej z naj­bar­dziej prze­ra­ża­ją­cych i za­wi­łych spraw współ­cze­snych Czech i nie tylko.

Od razu chcę za­zna­czyć, że jest to hi­sto­ria in­spi­ro­wana praw­dzi­wymi wy­da­rze­niami; nie­które po­staci zo­stały wy­my­ślone, tak aby le­piej po­ka­zać pewne me­cha­ni­zmy za­ist­niałe pod­czas wy­da­rzeń zwią­za­nych ze sprawą z Ku­řim, nie­wi­doczne dla zwy­kłego świadka, śle­dzą­cego ko­lejne etapy po­stę­po­wa­nia kar­nego, czy też mo­men­tów, gdy cała in­tryga była jesz­cze bar­dzo nie­ja­sna. Dane in­nych osób za­an­ga­żo­wa­nych bez­po­śred­nio w ten dra­mat zmie­ni­łem, cho­ciaż na to nie za­słu­żyły.

Je­śli je­ste­ście go­towi po­dą­żyć ze mną do kra­iny mroku, do - jak na­zwał to je­den z bry­tyj­skich pod­ca­ste­rów - Cra­zy­landu, mo­że­cie prze­wró­cić tę stronę i za­cząć lek­turę. Ale może jesz­cze za­cze­kaj­cie... Może jed­nak warto do­czy­tać wstęp do końca.

Ryan Green w przed­mo­wie do swo­jej książki The Ku­řim Case, opi­su­ją­cej tę samą sprawę kry­mi­nalną, na­pi­sał: If you are espe­cially sen­si­tive to ac­co­unts of the suf­fe­ring of chil­dren, you may find it ad­vi­sa­ble not to read any far­ther - "Je­żeli je­steś szcze­gól­nie wy­czu­lony na hi­sto­rie cier­pie­nia dzieci, być może nie po­wi­nie­neś czy­tać da­lej".

Wy­daje mi się, że sam je­stem wy­jąt­kowo wraż­liwy w tej kwe­stii, a bę­dąc oj­cem, zro­zu­mia­łem, że żadne ir­ra­cjo­nalne, wy­da­wać by się mo­gło, nad­przy­ro­dzone sy­tu­acje nie są straszne, żadne po­twory miesz­ka­jące pod łóż­kiem nie mogą mnie prze­ra­zić tak bar­dzo jak strach o wła­sne dzieci.

Dla­tego wła­śnie pi­szę tę hi­sto­rię.