PROLOG I
7 maja 2007 roku, Kuřim
Przez ostatnie dni żył jak w transie, niczym w innym wymiarze, a jego myśli wędrowały do tego, co miało się wydarzyć na dniach. A może jeszcze dzisiaj? A jeśli to dzieje się w tej chwili? Gdyby tak było, na pewno by mnie powiadomili, pomyślał.
Eduard Trdý cały czas się zastanawiał, kiedy zostanie ojcem. Odkąd jego żona trafiła do szpitala, czekając na poród, mężczyzna każdą chwilę wykorzystywał na przygotowania do tego szczególnego dnia. Wtedy nic nie stanowiło dla niego problemu - zakupy, codzienne obowiązki, praca. Cały czas czuł się tak, jakby miał skrzydła i unosił się nad ziemią. Metafizycznie już był w innym świecie, myślami przy swoim dziecku; wizualizował sobie pierwsze wspólne chwile - jak podnosi lekkie zawiniątko, a w nim kwili malutka istota, nowe życie, cud, dowód na istnienie tego świata. Miał oczywiście obawy, czasami mu się wydawało, że ta sytuacja go przerasta. Wtedy jednak próbował spojrzeć na wszystko oczami żony. Co ona ma powiedzieć? - pytał się w myślach i nagle nabierał odwagi. Powtarzał sobie w duchu, że to właśnie on powinien stanowić teraz dla ukochanej największe wsparcie.
Dopił w pośpiechu kawę. Odstawiając filiżankę, o mało co jej nie stłukł o blat stolika. Dostrzegał momenty, w których za bardzo się denerwował obecną sytuacją, a działo się to właśnie wtedy, gdy myślał o najbliższej przyszłości. Spojrzał jeszcze na notatkę sporządzoną przez żonę - ostatnie punkty wyprawki. Eduard zamierzał skompletować wskazane rzeczy, aby być gotowym na przyjęcie pod dach nowego członka rodziny. Poskładał już łóżeczko, kupił dodatkowe ręczniczki oraz wanienkę. Teraz wziął długopis i zaznaczył kilka drobnych przedmiotów, które musiał jeszcze dokupić.
Naraz przypomniał sobie, że przecież wczoraj zakupił nianię elektroniczną, a jak dotąd nie przetestował urządzenia. Na początku nie był przekonany do tego sprzętu. "Dobra, Eduard, rozumiem cię - oznajmiła jego przyjaciółka podczas ich ostatniej wspólnej kolacji, zanim Matylda udała się do szpitala. - Na początku będziecie niemal non stop przebywać przy tym małym szkrabie, aż oczy same się zamkną i wybudzi was płacz. To będzie tak wielka... nie wiem... adrenalina? Tak wielka, że świata poza dzieckiem nie będziecie widzieć. Ale z czasem... - Uśmiechnęła się, podnosząc kieliszek z winem. - Z czasem wam przejdzie". Na te słowa zaśmiali się wszyscy zgromadzeni przy stoliku kawowym, siedzący na fotelach i kanapach. "I właśnie wtedy - kontynuowała - niania elektroniczna będzie idealnym rozwiązaniem. Chcesz w końcu coś zjeść, napić się, umyć, cokolwiek? Albo po prostu w spokoju pogadać, siedząc w salonie? Włączysz sobie podgląd na bobasa i jak tylko trzeba będzie, zaraz zjawisz się przy łóżeczku. A w dodatku ma dźwięk. Genialna rzecz! Jeszcze ją docenicie, zobaczysz, Eduardzie".
Zdecydował się kupić kamerkę z odbiornikiem. Rozpakował zawartość pudełka, następnie w pokoiku dziecięcym ustawił na półce kamerkę i podłączył ją do sieci. Z tej perspektywy obraz powinien obejmować łóżeczko. Musiał jednak sprawdzić, czy rzeczywiście, jeśli położy na materacyku noworodka, kamera będzie na tyle blisko, by uchwycić jego główkę.
Przeszedł do salonu, gdzie stała meblościanka - w niej ustawił mały telewizorek, który miał odbierać obraz. Podłączył antenę, po czym przeskoczył kilka kanałów w poszukiwaniu wideo z niani elektronicznej.
Najpierw usłyszał szum, nieokreślone szuranie, które przyprawiło go o ciarki na plecach, ponieważ było niespodziewane i bardzo głośne, głównie z tego powodu, że Eduard zapomniał zredukować wcześniej głos po meczu piłkarskim, który oglądał z kolegą. Teraz dźwięki wręcz wybuchły z odbiornika. Obraz był ciemny, nieco zielonkawy, jak z kamery noktowizyjnej.
Mężczyzna zmarszczył brwi.
Na ekranie telewizora zobaczył obcego chłopca. Dziecko było ustawione tak blisko obiektywu kamery, że naraz obraz zrobił się jaśniejszy i trudno było cokolwiek dojrzeć. Eduard odniósł jednak wrażenie, że chłopczyk jest nagi, co najmniej od pasa w górę, bo na wizji mignęła jasna skóra jego torsu.
Zaskoczony, przełączył odbiornik na inny kanał. Spojrzał na zegarek i aż poderwał się z fotela. Musiał jechać do szpitala. Obiecał żonie, że przywiezie jej nową bieliznę, a zaraz mocno się spóźni.
Wyłączył telewizor. Szukając kluczy do samochodu, zastanawiał się nad tym, co zobaczył na ekranie - i dlaczego nie był to pokój jego przyszłego dziecka. To akurat szybko sobie wytłumaczył. Pewnie niepoprawnie podpiął kamerkę, a antena musiała ściągnąć fale z innej niani elektronicznej z najbliższego sąsiedztwa. Stąd nieco niewyraźny obraz. A co robił tam ten nagi chłopiec? Ten niespodziewany widok Eduard również łatwo sobie zracjonalizował - pewnie jakieś dzieciaki z sąsiedztwa urządzają sobie wygłupy przed kamerką.
Postanowił, że jak tylko wróci ze szpitala, jeszcze raz sprawdzi nowy sprzęt, a przede wszystkim zajrzy do instrukcji, by upewnić się, czy poprawnie zainstalował kamerkę. Uśmiechnął się do siebie, mówiąc w duchu, że przecież prawdziwy facet nie potrzebuje instrukcji. Matylda miałaby satysfakcję, widząc, że kolejny sprzęt, który jej mąż próbował skonfigurować, nie działa jak trzeba. Zawsze zwracała mu uwagę, by najpierw poczytał, jak to się robi, a on nawet do składania mebli zabierał się bez instrukcji.
Wkrótce dotarł do szpitala. Udał się prosto na salę, gdzie leżała Matylda. Jeszcze zanim przywitał się z żoną, spojrzał na jej wydatny brzuch, który akurat miała odsłonięty. Skrywał największy skarb, jaki mógł sobie w życiu wymarzyć. Gdy w końcu oderwał od niego wzrok, podszedł do łóżka, schylił się i ucałował żonę w policzek.
- Jak się czujesz? - zapytał.
Usiadł na niewysokim stołeczku i chwycił Matyldę za rękę. Rozmawiali przez blisko kwadrans o tym, jak ją traktują w szpitalu, czy wszystko w porządku i o planach na najbliższe dni. Następnie wyjął z torby kanapki, które przygotował w domu, ale Matylda odłożyła je na szafkę, na później; nie miała apetytu.
Nagle ich rozmowę przerwał krzyk kobiety dochodzący z sąsiedniej sali. Eduard poczuł się nieswojo, trochę jak słoń w składzie porcelany. Czuł na sobie wzrok dwóch innych pacjentek, współlokatorek Matyldy. Najchętniej stałby się przeźroczysty, ponieważ nie wiedzieć czemu, wydawało mu się, że ich spojrzenia są oceniające. Sam również ukradkowo rzucił na nie okiem, zastanawiając się, czy są teraz szczęśliwe, zatroskane, czy mają wsparcie partnerów, czy może same będę musiały wychowywać swoje dzieci.
- Zamontowałeś już wszystko? Halo? Tu ziemia. - Głos żony wyrwał go z zamyślenia.
Eduard miał wrażenie, że w ostatnich dniach jego mózg działa w zwolnionym tempie, jakby ktoś zalał go smołą, ograniczył przewodzenie synaps lub wgrał przestarzałe oprogramowanie. Nie potrafił się skoncentrować, a mnogość zadań, które musiał zrealizować, zdawała się pogłębiać ten stan.
- Musisz się skupić - sztorcowała go Matylda. - Pozałatwiałeś wszystko?
- Chyba tak.
- Zamontowałeś fotelik w samochodzie?
- Jestem w trakcie...
Przewróciła oczami, ale z serdecznym uśmiechem.
Porozmawiali jeszcze chwilę, po czym Eduard pożegnał się z żoną, mocno ściskając ją za rękę. Pozostałym kobietom skinął lekko głową, a następnie zniknął za drzwiami. Ruszył w lewo, otworzył pierwsze drzwi, nad którymi wisiała tabliczka z rysunkiem schodów, i znalazł się w bocznej klatce schodowej. Podekscytowany zbliżającymi się narodzinami dziecka, kroczył w dół. Spoglądając pod nogi, nagle zauważył nieduży plaster opatrunkowy, przyklejony do jednego ze stopni, w szczelinie. Poczuł się tak, jakby doznał déja vu. Ilekroć przez ostatnie dni odwiedzał żonę w szpitalu i korzystał z tej klatki schodowej, widział ten plaster tkwiący w tym samym miejscu. Zastanawiało go, że przez tyle czasu nikt tutaj nie sprzątał. Może ta klatka schodowa jest rzadko uczęszczana? - pomyślał. Myśl, że jego pierwsze dziecko ma przyjść na świat w miejscu, w którym personel nie dba o higienę, sprawiła, że poczuł się nieco zdegustowany.
W drodze do domu wstąpił jeszcze do sklepu przemysłowego. Kupił rękawiczki ogrodowe i worki. Zamierzał nieco ogarnąć trawnik i krzewy przed domem. Narzucał sobie różne zajęcia, które miały odciągnąć go od natrętnych myśli, czy z Matyldą i dzieckiem wszystko w porządku, a także przyśpieszyć czas oczekiwania na poród.
Gdy wszedł do domu, ogarnęła go dojmująca cisza. Poczuł się nieswojo. Już niedługo wnętrze tego budynku wypełni się płaczem dziecka, które później zmieni się w śmiech, a z czasem z pierwszymi słowami. W duchu stwierdził, że pewnie jeszcze zatęskni za tą ciszą, ale na razie nie potrafił doczekać się nowego członka rodziny. Nie lubił tego typowego narzekania rodziców kilkulatków: "Jeszcze zobaczysz, jaki będziesz zmęczony"; "Później to dopiero się zacznie"; "Zaczekaj, aż zacznie chodzić"; "Małe dzieci - mały kłopot, duże dzieci - duży kłopot"... Albo te idiotyczne porady i wnioski: "Wyśpij się na zapas"; "Gdybyśmy wiedzieli, co nas czeka, raczej byśmy się nie zdecydowali"; "Później będzie bunt dwulatka, bunt trzylatka i tak do osiemnastki".
Eduard obiecał sobie, że on będzie inny. W towarzystwie nigdy nie będzie podejmował tematów dzieci, ich wychowania, chyba że ktoś faktycznie o to zapyta. Nie chciał, by to szczęście, na które tak czekał, jakoś diametralnie go zmieniło. Nie zamierzał stać się monotematyczny, a w metryce wpisać "zawód: ojciec". Pragnął cieszyć się z tego, co naturalne, być dumnym rodzicem, ale zachować swoją prywatną przestrzeń. Gdy tak o tym rozmyślał, parząc kawę, doszedł do wniosku, że swoje ukochane wyprawy na ryby będzie jednak musiał nieco ograniczyć, a może nawet zawiesić w czasie.
Spojrzał przez okno na zieleniejące się drzewa, rozkwitające rośliny. Cieszył się, że zamieszkali w tym miejscu - przy spokojnej ulicy na obrzeżach Kuřim, ale bardzo blisko centrum. W końcu mieszka tutaj raptem dziesięć tysięcy ludzi, co sprawia, że wszędzie jest blisko. Kiedyś myślał o Brnie, Ołomuńcu, ale jednak takie niewielkie miasteczka mają swój niepowtarzalny urok.
W tamtym błogim czasie, pełnym radosnego oczekiwania na nowego członka rodziny, Eduard Trdý nie przypuszczał nawet, że będzie musiał się wyprowadzić, a sielskie miejsce wkrótce stanie się przeklęte...
Udał się do salonu, a następnie przeszedł do pokoju dziecka. Jeszcze raz sprawdził ustawienie kamerki i przewód zasilający, po czym wrócił do salonu, włączył telewizorek i przełączył na kanał, który miał pokazać obraz z pomieszczenia obok: dziecięce łóżeczko, kolorowy dywanik i komodę, na której stały przybory do pielęgnacji noworodka. Zamiast tego ujrzał jednak inny widok...
Doznał tożsamego uczucia z tym w szpitalu, gdy kolejny raz w tym samym miejscu, na schodach, dostrzegł zabrudzony plaster. Wtedy też ogarnęło go lekkie obrzydzenie.
Gdy spojrzał uważniej na ekran, czuł już tylko wielkie zaintrygowanie wymieszane z narastającym przerażeniem. Przeczesał dłonią włosy. Miał wrażenie, jakby ktoś wsunął do jego odtwarzacza kasetę wideo z horrorem.
Obraz przedstawiał półnagiego chłopca. Mógł mieć sześć, może siedem lat. Jego ręce były skrępowane, tak samo nogi w okolicach kostek. Tkwił w pozycji klęczącej. Poruszał się na boki, ale nie mógł wykonać żadnych bardziej zdecydowanych ruchów. Wokół panowała ciemność, a na jej tle, podkreślone przez noktowizję, lśniły oczy chłopca.
Ten widok przypomniał Eduardowi sytuację sprzed lat, gdy zabłądził w lesie. Zrobiło się bardzo późno, a gęsto rosnące drzewa dodatkowo potęgowały mrok. Na szczęście miał ze sobą latarkę, którą wrzucił do plecaka, tak jak inne przedmioty niezbędne podczas długich leśnych wędrówek. Gdy naraz coś głośno zaszeleściło po jego prawej stronie, od razu skierował tam snop światła. Ujrzał sarnę. Wgapiała się w światło latarki błyszczącymi ślepiami. Eduard dojrzał w nich lęk i jakiś niewypowiedziany smutek.
Podobnie jak teraz w oczach tego dziecka.
Z trudem przełknął ślinę. Co do diabła...?
Wzmocnił dźwięk. Dało się słyszeć lekkie szuranie, postękiwanie chłopca i odległą, przytłumioną muzykę.
I nagle wszystko się zmieniło. Rozległ się szczęk, jakby otwieranych drzwi, zgrzyt zawiasów, a obraz zrobił się zdecydowanie jaśniejszy. Muzyka również stała się lepiej słyszalna. Szuranie się wzmogło. A na ekranie wyrosła dłoń trzymająca blaszaną miskę.
Kiedy ręka rzuciła miskę, która z trzaskiem uderzyła o betonową podłogę, Eduard odruchowo odsunął się od telewizora, w którego ekran wgapiał się tak, jakby chciał przeniknąć do środka. Ale nie to było najgorsze. Słowa, które niespodziewanie wybrzmiały, głos nienależący do chłopca, były jak rażenie piorunem:
- Żryj!
Zobaczył, jak ktoś wpycha dziecku jedzenie do ust.
- Jeśli będziesz się zachowywał wzorowo przez cały dzień i zjesz to szybko, dostaniesz plus dwa punkty. Jeśli nie, dostaniesz minus dwa punkty. Wiesz, co to oznacza?
A potem najprawdopodobniej zamknęły się drzwi, bo światło znowu stało się bardziej stonowane. Chłopiec tkwił przez moment w bezruchu, ze spuszczoną głową. Zdawało się, że rozważa swój kolejny ruch. W końcu niemal rzucił się na podłogę, z której zaczął zbierać jedzenie i wpychać łapczywie do buzi. Trudno było rozpoznać, co tak naprawdę spożywa, ale robił to w taki sposób, jakby nie jadł od bardzo dawna. Następnie położył się na boku, plecami do kamery, roztrzęsiony.
Eduard drżącą ręką wyłączył odbiornik. Przyłożył dłoń do ust. Próbował się skoncentrować, poukładać sobie w głowie to, czego właśnie był świadkiem.
Jeszcze rano myślał, że to tylko dzieciaki bawią się kamerką. Zresztą wtedy nie widział za dobrze. Chłopczyk znajdował się bardzo blisko obiektywu i w zasadzie zasłaniał cały obraz. Nie wiedzieć czemu, jego antena wciąż zbierała sygnał z innej kamery, wciąż powtarzał się ten sam błąd, "glitch", jak nazwał w myślach tę sytuację słowem często używanym przez niego w pracy, gdy coś nie działało. To jednak nie wyglądało na grę, nie sprawiało wrażenia, żeby chłopiec dobrze się bawił. Ktoś, kto przyniósł mu jedzenie i podał je w taki, a nie inny sposób - z pełną pogardą, złością i gniewem - zachowywał się jak potwór.
Czego właśnie byłem świadkiem? - zapytał się w myślach. Gdzieś tutaj, w najbliższej okolicy, pod osłoną czterech ścian, rozgrywa się dramat, który bezpośrednio dotyka najbardziej niewinnej, bezbronnej osoby - dziecka.
Eduard znał się trochę na sprawach technicznych, wiedział więc, że antena ma określony, niewielki zasięg; sygnał z kamery, który przekazywał obraz do jego telewizora, musiał pochodzić ze źródła znajdującego się w najbliższej okolicy. Inaczej nie potrafił tego wytłumaczyć.
Podszedł do zawieszonego na ścianie w korytarzu telefonu, podniósł słuchawkę i wybrał numer policji.
Nie wiedział wtedy, że ten telefon, włączenie niani elektronicznej i przypadkowe zarejestrowanie obrazu z innego urządzenia, sprawią, iż w kraju rozpęta się prawdziwa burza. To zgłoszenie było jak dynamit z podpalonym lontem.
Eduard Trdý stał się przypadkowym bohaterem.
Jego zgłoszenie przyniosło wybawienie.
Uruchomiło lawinę.
Ujawniło coś, co zatruło małe miasteczko na długie lata - a być może już na zawsze.