Rozdział 1
Maj 1881, Piotrków
Od tygodni spała snem tak lekkim i niespokojnym, że usłyszała ich, kiedy weszli na podwórze. Musiało być bardzo wcześnie. Przez wytarte zasłony do pokoju sączyło się blade światło, wydobywało z półmroku kontury mebli, omiatało ściany i nadawało otoczeniu jednolity, zimnoszary kolor.
Wsłuchiwała się w te głosy, a jej strach rósł. Nie mogła wprawdzie rozróżnić słów, ale to nie był znajomy, chropowaty jidysz porannych handlarzy. Z podwórka kamienicy dochodził język rosyjski, napastliwy, nieznoszący sprzeciwu. Mówiły co najmniej trzy osoby, ich głosy niosły się echem, odbijały od ścian kamienicy i ze zwielokrotnioną siłą docierały nawet tu, na drugie piętro.
Trzasnęły drzwi wejściowe, zadźwięczały szyby.
Ze ściśniętym żołądkiem Zofia wysunęła się z łóżka i na palcach, niemal nie oddychając, podeszła do drzwi. Przez chwilę nasłuchiwała, po czym sięgnęła po peniuar i jedną ręką zapinając guziki, wyjrzała do przedpokoju. Po drugiej stronie, w drzwiach sypialni, stała matka. Na widok Zofii podniosła palec do ust. Słuchały w zupełnym milczeniu, jak tupot nóg staje się głośniejszy, coraz bliższy i nieunikniony. Pierwsze piętro minęli, nawet nie zwalniając i ktoś załomotał pięścią w drzwi.
- Otkrojtie!1
Widziała ich niewyraźnie, na klatce schodowej panował półmrok, ale nawet w tych warunkach rozpoznała mundury żandarmerii.
Nieoczekiwanie przed żandarmów wysunął się człowiek w policyjnym mundurze.
- Jaworskaja Sofia Simieonowna żywiot zdies'?2
Przełknęła ślinę.
- To ja.
Dwa proste słowa, a ledwo je z siebie wydusiła.
- Rewizja - powiedział policjant. - Prystaw3 Marcin Lenartowicz, porucznik żandarmerii Igor Aleksiejewicz Nikitin. Proszę odsunąć się z przejścia.
Nie zdążyła zrobić nawet kroku, bo ledwo przebrzmiał głos prystawa, do mieszkania wtargnęli trzej żandarmi, z hukiem zatrzaskując za sobą drzwi.
Porucznik Nikitin nawet na nią nie spojrzał.
- Zaczynamy od sypialni - rzucił, a potem odwrócił się do Lenartowicza. - A pan, skoro już pan tu przyszedł, zajmie się salonem. I Jaworską.
Zapadła cisza.
- To mój dom.
Matka, do tej pory milcząca, zdołała opanować głos i nie czekając na odpowiedź, podeszła do Nikitina. Musiała unieść głowę, by zajrzeć mu w twarz.
- Gdzie jest nakaz rewizji?
Zofia zagryzła wargi. To był ryzykowny czas na opór.
- Nikitin, nakaz rewizji - powtórzył nieoczekiwanie prystaw.
Żandarm burknął coś pod nosem, mimo to wyciągnął z kieszeni złożony na czworo dokument i podał go Zofii.
- Oczywiście. Może panna Jaworska nie wie, czego u niej szukamy.
Wzięła papier, ale nawet na niego nie spojrzała, bo rozpoznała Nikitina. Wtedy, na lekcji, nazwisko uciekło jej uwadze, ale zapamiętała te oczy bez wyrazu.
Przez koronkę peniuaru poczuła dotyk matczynej ręki.
- Zabieraj ją, Lenartowicz! - warknął Nikitin, po czym odwrócił się do matki. - A pani będzie uprzejma nam towarzyszyć.
Salon tonął jeszcze w szarym półcieniu, a w powietrzu wisiał zimny, ostry zapach dymu palonych poprzedniego wieczora świec.
- Sadities', pożałsta4.
W pierwszym odruchu Zofia nie posłuchała. Niedoczekanie, by miała przyjmować polecenia we własnym domu. Lenartowicz czekał w milczeniu, stojąc obok stołu. Co jakiś czas spoglądał to na nią, to na drzwi.
- Działa pani na swoją niekorzyść - rzekł w końcu. - Proszę usiąść.
Odpuściła. Przycupnęła na brzegu krzesła, a wtedy Lenartowicz, nie czekając na zaproszenie, również usiadł.
- Wam że nie nużno objasniat', poczemu my zdies'?5
- Nie. Ale ja nie mam... niczego nie ukrywam.
Przygryzła wargi. "Babka Ludwika", pomyślała.
- Zobaczymy. Jest pani podejrzana o szerzenie wśród uczennic materiałów wywrotowych. To bardzo poważne podejrzenie, Sofio Simieonowna.
Zofia nie należała do niskich, prystaw był wyższy od niej może o werszek6, ale przy nim, barczystym i ubranym w ciemny mundur z zapinanym tuż pod brodą kołnierzem, czuła się mała i naga. Koronkowy peniuar był strojem odpowiednim dla poranków w rodzinnym gronie, a nie rewizji o świcie. Po raz pierwszy w życiu marzyła, by zakuć się w gorset.
Jej uwagę rozpraszał hałas za ścianą. Żandarmi musieli wyrzucać całą zawartość szaf, kolejne przedmioty głucho uderzały o podłogę.
Również Lenartowicz raz odwrócił głowę ku drzwiom, potem jednak bez słowa wstał z krzesła i rozejrzał się po pokoju.
Salon, pełniący jednocześnie funkcję jadalni, przywodził na myśl stary, pozbawiony połowy ozdób kapelusz, niedbale wepchnięty do za małego pudła. Wszystkiego tu było za dużo: poduszek na pasiastej sofie, suszonych kwiatów w wazonach i wazonikach, bibelotów na półkach etażerek, książek w biblioteczce i tanich oleodruków na ścianach. Nawet poręcze foteli i oparcia krzeseł były zbyt poskręcane, zasłony zbyt ciężkie, a wiszący nad stołem wieloramienny świecznik nadmiernie ozdobny. Całe wyposażenie pochodziło z dużo większego mieszkania i pamiętało czasy, kiedy żył jeszcze ojciec.
Lenartowicz zatrzymał się przed obrazem w ciężkich ramach, wiszącym nad sofą. Obejrzał go dokładnie i przesunął, sprawdzając ścianę pod spodem. Pozostałe obrazy potraktował podobnie, poświęcił im jednak dużo mniej uwagi.
W rogu pod oknem stało pianino, jedyna nowa rzecz w tym pokoju. Przekartkował nuty, uniósł pokrywę klawiatury, uważnie obejrzał też tylną ścianę instrumentu. Potem zaś, nie tracąc czasu, podszedł do narożnej biblioteczki po drugiej stronie salonu.
Zofia spodziewała się, że zacznie wyrzucać książki na podłogę, jak żandarmi w czasie rewizji sal lekcyjnych, ale on wyjmował pojedyncze egzemplarze, kartkował je, porównywał tytuł z treścią i odstawiał na miejsce. Pracował w milczeniu. Niektóre książki na dłużej przykuwały jego uwagę, dokładnie sprawdzał miejsce wydania i szukał ocenzurowanych fragmentów. To jej nie martwiło. W domu miała już tylko wydania dopuszczone do sprzedaży na terenie Królestwa i nawet gdyby odkrył tylną półkę biblioteczki, nie mógł znaleźć tam nic poza kurzem.
Czas płynął i rozluźniła się trochę; o żandarmach za ścianą starała się nie myśleć. Hałas ucichł, najwyraźniej przenieśli się w głąb mieszkania. Czterdzieści minut później Lenartowicz odstawił na miejsce ostatnią książkę z najniższej półki, ale zamiast zamknąć szafkę, wrócił do trzeciej półki od góry i wyjął z niej wszystkie książki.
Zofia zamarła.
Odwrócił się i spojrzał na nią badawczo, a potem wsunął dłoń do środka. Miała wrażenie, że słyszy, jak zwolniony haczyk uderza o drewno.
Fałszywy tył półki ujawnił drugie wnętrze.
Lenartowicz przesunął ręką w środku, przez moment Zofia czuła strach, że coś tam jeszcze leżało, że niechcący nie wszystko wyniosła z domu.
- Zdążyła pani. - Lenartowicz przyglądał się własnej dłoni. - Ale blisko było, prawda?
Milczała.
Oderwał się wreszcie od książek i na kolejne dziesięć minut skoncentrował na szufladach rzeźbionej komody. Porównał ich głębokość, zajrzał między złożone serwety i obrusy, otworzył kilka pamiątkowych pudełek. Kiedy skończył, odłożył wszystko na miejsce i przeszedł ku etażerce, a potem ku okrągłemu stolikowi pod oknem. Sprawdził jeszcze wolne przestrzenie między siedzeniem a bokami sofy i foteli, aż w końcu usiadł z powrotem przy stole.
Nasłuchiwał przez chwilę, ale żandarmi wciąż byli zajęci w dalszej części mieszkania.
- Niczego nie znalazłem - powiedział po polsku. - Oni będą szukać dokładniej. Jeśli w tym pokoju jest coś, czego nie powinni znaleźć, niech pani to wyjmie teraz.
Patrzyła na niego bez słowa i dziękowała Bogu, że nie musi podejmować żadnej decyzji.
Lenartowicz czekał.
- Nic?
- Tu nic nie ma.
Zawahała się, nim zadała pytanie, ale z dwojga złego wolała rozmawiać z polskim policjantem niż z żandarmerią.
- Co teraz będzie?
- Jeśli coś znajdą, zabiorą panią już dziś. Jeśli nie, to w najbliższych dniach zostanie pani wezwana na przesłuchanie. Dwa, trzy razy, może więcej. Lepiej, żeby pani zeznania pozostały spójne. I proszę nie myśleć, że to ostatnia rewizja.
- A pensja pani Zaborowskiej?
- To nie moja decyzja - odparł, ale wyraz jego twarzy nie pozostawiał wątpliwości. Umilkł, a gdy znowu się odezwał, przeszedł na rosyjski. - Sofio Simieonowna, pensji pani Zaborowskiej nic już nie pomoże. Władze szkolne przymykały oko wystarczająco długo, ale w obecnej sytuacji w Warszawskim Okręgu Naukowym... nie.
Pochyliła głowę.
- Pani jest młoda i może mówić o szczęściu. Proszę jednak nie przeciągać struny. Nie ryzykować bez potrzeby. - Ruchem głowy wskazał szafkę z książkami.
Nagle głosy za ścianą zabrzmiały donośniej. Trzask drzwi, szybkie kroki i do salonu wpadł porucznik Nikitin.
- Co to do cholery ma być, wizyta towarzyska?! - huknął, rozglądając się. - Nawet rewizji nie chciało się panu przeprowadzić? To po co pan tu się pchał?!
Lenartowicz wstał od stołu. Był o pół głowy niższy od Nikitina, ale jego niezachwiany spokój kompensował z nawiązką różnicę wzrostu.
- Oczywiście, że sprawdziłem. Salon jest czysty. - Zniżył głos i dorzucił kilka słów, których Zofia już nie zrozumiała. Cokolwiek jednak powiedział, Nikitina to nie uspokoiło. Wściekłym szeptem wykładał coś Lenartowiczowi przez kilkanaście sekund, co prystaw skwitował wzruszeniem ramion.
- ...pan się nadaje do rewizji w ochronkach! - Nikitin podniósł głos. - Teraz tu - rzucił przez ramię do żandarmów czekających w korytarzu. - Ale migiem!
Wzrok Zofii uciekał ku drzwiom.
- Gdzie jest moja matka? Potrzebuje pomocy?
Złapała spojrzenie Nikitina, ale odpowiedział dopiero, gdy powtórzyła pytanie.
- O zdrowiu matki należało myśleć wcześniej.
Na jego polecenie żandarmi zaczęli znów opróżniać półki z książek, wkrótce na stole piętrzył się chwiejny stos. Zbyt wysoki i źle wyważony, zaczął przechylać się przez krawędź blatu.
- Nie ruszać się!
Zofia zastygła z ręką w powietrzu, a pamiątkowe woluminy po ojcu z rozpostartymi okładkami uderzyły o podłogę.
- Dawajtie, bystrieje!7
Nie minęło dziesięć minut i schowek w szafce znów stał otworem.
Nikitin zajrzał do środka, po czym odesłał podwładnych do rewizji szuflad, a sam podszedł do Zofii. Oparł dłonie o blat stołu i spojrzał na nią z góry.
- Tam nawet kurzu nie ma. Gdzie papiery?
Z trudem wytrzymała jego wzrok.
- Nie mam żadnych papierów.
Odczekał chwilę, po czym wyprostował się i zaczął przeglądać rozrzucone na stole książki. Niektóre odkładał na bok. Żadnej jednak nie zakwestionował, a pytania Zofii zbywał milczeniem, nawet na nią nie patrząc. W końcu przesunął cały stos książek ku Lenartowiczowi.
- Niech pan porówna tytuł z treścią.
W pierwszym odruchu miała ochotę roześmiać się z ulgi, ale wtedy Nikitin podszedł do jej krzesła. Stał tak blisko, że mimo woli skuliła ramiona.
- A my pójdziemy teraz do pani pokoju. Porozmawiamy o zagubionych papierach. I o kłopotach z pamięcią.
Palce Zofii wpiły się w koronkę peniuaru. Bała się nawet zamrugać, tak jakby drżenie powiek mogło prowokować.
- Panno Jaworska, proszę wstać.
Po lewej skrzypnęło krzesło.
- Kurzu w schowku nie ma, bo został na moim rękawie - rzekł Lenartowicz. - A te książki to strata czasu. Każdą miałem już w rękach.
Nikitin parsknął śmiechem.
- I co? Pusty schowek pan wycierał?
- Ależ skąd. Wcale nie był pusty.
Lenartowicz podszedł do okna i wyjrzał na zewnątrz. Wydawał się zaabsorbowany ulicą na dole.
- Znalazłem tam pudełko, stoi na komodzie - powiedział w końcu, odwracając się. - Zwykła pamiątka rodzinna. Nie ich szukamy.
Na jego twarzy malowało się znudzenie i to Zofia musiała uważać, by nie zdradzić prawdy.
Chwilę później drewniane pudełko stało na środku stołu, a Nikitin uchylił wieczko. W dwóch palcach uniósł w górę najpierw okulary, a potem męski zegarek w zaśniedziałej kopercie. W salonie zapadła cisza, nawet żandarmi w głębi pokoju zaprzestali rewizji. Cztery pary oczu wpatrywały się w Zofię.
- To... to po moim ojcu.
Sekundy zdawały się przechodzić w minuty, w końcu jednak wieczko opadło z suchym trzaskiem.
- Da, diejstwitielno, nie imiejet znaczenija8.
Zofia zacisnęła dłonie na krawędzi stołu. Jej serce biło nierówno, a za mostkiem narastał tępy ucisk.
- Muszę wyjść - wydusiła z siebie.
Nie czekając na zezwolenie, zerwała się i wybiegła z salonu.
Zatrzymała się w połowie korytarza. Zza ściany dochodziły podniesione głosy, ale nie miała siły, żeby wsłuchać się w słowa. Oparła czoło o drewniany bok szafy.
Drzwi salonu szczęknęły.
- Potrzebuje pani pomocy?
Odwróciła się, a prystaw Lenartowicz podszedł bliżej.
- Niech mi pan nie każe tam wracać.
Machnął ręką ze zniecierpliwieniem.
Zofia zmusiła się, by spojrzeć mu w oczy.
- Dziękuję panu - szepnęła, nie znajdując lepszych słów.
- Nie mogę długo z panią rozmawiać. - Obejrzał się na drzwi. - Niemniej porozmawiać musimy.
Mówił po polsku, co powinno ją uspokoić, ale wychwyciła w jego głosie nową, twardą nutę.
- Proszę przyjść dziś o siódmej do ogrodu pobernardyńskiego.
Patrzyła na niego, nie rozumiejąc, czego od niej oczekuje, tak nieprawdopodobne było to żądanie. Sama? Wieczorem? Jak miała wytłumaczyć to matce?
Zaprotestowała, ale przerwał jej w połowie zdania.
- Wczoraj po południu odwiedziła pani Ludwikę Rakoczy. Miała pani przy sobie szarą torbę w pasy. Czy muszę mówić, co w niej było?
Zofia na moment przestała oddychać.
- Proszę się nie spóźnić.
2 Jaworskaja Sofia Simieonowna mieszka tutaj? (ros.)
3 Prystaw - komisarz policji.
5 Nie trzeba pani wyjaśniać, czemu tu jesteśmy? (ros.)
6 Werszek - dawna rosyjska miara długości, około 4,5 cm.
7 No dalej, pospieszyć się! (ros.)
8 Tak, rzeczywiście, bez znaczenia (ros.)