Gdy powracają cienie - Aleksandra Gehrke

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (27,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Maj 1881, Piotr­ków

Od ty­go­dni spała snem tak lek­kim i nie­spo­koj­nym, że usły­szała ich, kiedy we­szli na po­dwó­rze. Mu­siało być bar­dzo wcze­śnie. Przez wy­tarte za­słony do po­koju są­czyło się blade świa­tło, wy­do­by­wało z pół­mroku kon­tury me­bli, omia­tało ściany i nada­wało oto­cze­niu jed­no­lity, zim­no­szary ko­lor.

Wsłu­chi­wała się w te głosy, a jej strach rósł. Nie mo­gła wpraw­dzie roz­róż­nić słów, ale to nie był zna­jomy, chro­po­waty ji­dysz po­ran­nych han­dla­rzy. Z po­dwórka ka­mie­nicy do­cho­dził ję­zyk ro­syj­ski, na­pa­stliwy, nie­zno­szący sprze­ciwu. Mó­wiły co naj­mniej trzy osoby, ich głosy nio­sły się echem, od­bi­jały od ścian ka­mie­nicy i ze zwie­lo­krot­nioną siłą do­cie­rały na­wet tu, na dru­gie pię­tro.

Trza­snęły drzwi wej­ściowe, za­dźwię­czały szyby.

Ze ści­śnię­tym żo­łąd­kiem Zo­fia wy­su­nęła się z łóżka i na pal­cach, nie­mal nie od­dy­cha­jąc, po­de­szła do drzwi. Przez chwilę na­słu­chi­wała, po czym się­gnęła po pe­niuar i jedną ręką za­pi­na­jąc gu­ziki, wyj­rzała do przed­po­koju. Po dru­giej stro­nie, w drzwiach sy­pialni, stała matka. Na wi­dok Zo­fii pod­nio­sła pa­lec do ust. Słu­chały w zu­peł­nym mil­cze­niu, jak tu­pot nóg staje się gło­śniej­szy, co­raz bliż­szy i nie­unik­niony. Pierw­sze pię­tro mi­nęli, na­wet nie zwal­nia­jąc i ktoś za­ło­mo­tał pię­ścią w drzwi.

- Otkroj­tie!1

Wi­działa ich nie­wy­raź­nie, na klatce scho­do­wej pa­no­wał pół­mrok, ale na­wet w tych wa­run­kach roz­po­znała mun­dury żan­dar­me­rii.

Nie­ocze­ki­wa­nie przed żan­dar­mów wy­su­nął się czło­wiek w po­li­cyj­nym mun­du­rze.

- Ja­wor­skaja So­fia Si­mie­onowna ży­wiot zdies'?2

Prze­łknęła ślinę.

- To ja.

Dwa pro­ste słowa, a le­dwo je z sie­bie wy­du­siła.

- Re­wi­zja - po­wie­dział po­li­cjant. - Pry­staw3 Mar­cin Le­nar­to­wicz, po­rucz­nik żan­dar­me­rii Igor Alek­sie­je­wicz Ni­ki­tin. Pro­szę od­su­nąć się z przej­ścia.

Nie zdą­żyła zro­bić na­wet kroku, bo le­dwo prze­brzmiał głos pry­stawa, do miesz­ka­nia wtar­gnęli trzej żan­darmi, z hu­kiem za­trza­sku­jąc za sobą drzwi.

Po­rucz­nik Ni­ki­tin na­wet na nią nie spoj­rzał.

- Za­czy­namy od sy­pialni - rzu­cił, a po­tem od­wró­cił się do Le­nar­to­wi­cza. - A pan, skoro już pan tu przy­szedł, zaj­mie się sa­lo­nem. I Ja­wor­ską.

Za­pa­dła ci­sza.

- To mój dom.

Matka, do tej pory mil­cząca, zdo­łała opa­no­wać głos i nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, po­de­szła do Ni­ki­tina. Mu­siała unieść głowę, by zaj­rzeć mu w twarz.

- Gdzie jest na­kaz re­wi­zji?

Zo­fia za­gry­zła wargi. To był ry­zy­kowny czas na opór.

- Ni­ki­tin, na­kaz re­wi­zji - po­wtó­rzył nie­ocze­ki­wa­nie pry­staw.

Żan­darm burk­nął coś pod no­sem, mimo to wy­cią­gnął z kie­szeni zło­żony na czworo do­ku­ment i po­dał go Zo­fii.

- Oczy­wi­ście. Może panna Ja­wor­ska nie wie, czego u niej szu­kamy.

Wzięła pa­pier, ale na­wet na niego nie spoj­rzała, bo roz­po­znała Ni­ki­tina. Wtedy, na lek­cji, na­zwi­sko ucie­kło jej uwa­dze, ale za­pa­mię­tała te oczy bez wy­razu.

Przez ko­ronkę pe­niu­aru po­czuła do­tyk mat­czy­nej ręki.

- Za­bie­raj ją, Le­nar­to­wicz! - wark­nął Ni­ki­tin, po czym od­wró­cił się do matki. - A pani bę­dzie uprzejma nam to­wa­rzy­szyć.

Sa­lon to­nął jesz­cze w sza­rym pół­cie­niu, a w po­wie­trzu wi­siał zimny, ostry za­pach dymu pa­lo­nych po­przed­niego wie­czora świec.

- Sa­di­ties', po­żał­sta4.

W pierw­szym od­ru­chu Zo­fia nie po­słu­chała. Nie­do­cze­ka­nie, by miała przyj­mo­wać po­le­ce­nia we wła­snym domu. Le­nar­to­wicz cze­kał w mil­cze­niu, sto­jąc obok stołu. Co ja­kiś czas spo­glą­dał to na nią, to na drzwi.

- Działa pani na swoją nie­ko­rzyść - rzekł w końcu. - Pro­szę usiąść.

Od­pu­ściła. Przy­cup­nęła na brzegu krze­sła, a wtedy Le­nar­to­wicz, nie cze­ka­jąc na za­pro­sze­nie, rów­nież usiadł.

- Wam że nie nużno ob­ja­sniat', po­czemu my zdies'?5

- Nie. Ale ja nie mam... ni­czego nie ukry­wam.

Przy­gry­zła wargi. "Babka Lu­dwika", po­my­ślała.

- Zo­ba­czymy. Jest pani po­dej­rzana o sze­rze­nie wśród uczen­nic ma­te­ria­łów wy­wro­to­wych. To bar­dzo po­ważne po­dej­rze­nie, So­fio Si­mie­onowna.

Zo­fia nie na­le­żała do ni­skich, pry­staw był wyż­szy od niej może o wer­szek6, ale przy nim, bar­czy­stym i ubra­nym w ciemny mun­dur z za­pi­na­nym tuż pod brodą koł­nie­rzem, czuła się mała i naga. Ko­ron­kowy pe­niuar był stro­jem od­po­wied­nim dla po­ran­ków w ro­dzin­nym gro­nie, a nie re­wi­zji o świ­cie. Po raz pierw­szy w ży­ciu ma­rzyła, by za­kuć się w gor­set.

Jej uwagę roz­pra­szał ha­łas za ścianą. Żan­darmi mu­sieli wy­rzu­cać całą za­war­tość szaf, ko­lejne przed­mioty głu­cho ude­rzały o pod­łogę.

Rów­nież Le­nar­to­wicz raz od­wró­cił głowę ku drzwiom, po­tem jed­nak bez słowa wstał z krze­sła i ro­zej­rzał się po po­koju.

Sa­lon, peł­niący jed­no­cze­śnie funk­cję ja­dalni, przy­wo­dził na myśl stary, po­zba­wiony po­łowy ozdób ka­pe­lusz, nie­dbale we­pchnięty do za ma­łego pu­dła. Wszyst­kiego tu było za dużo: po­du­szek na pa­sia­stej so­fie, su­szo­nych kwia­tów w wa­zo­nach i wa­zo­ni­kach, bi­be­lo­tów na pół­kach eta­że­rek, ksią­żek w bi­blio­teczce i ta­nich oleo­dru­ków na ścia­nach. Na­wet po­rę­cze fo­teli i opar­cia krze­seł były zbyt po­skrę­cane, za­słony zbyt cięż­kie, a wi­szący nad sto­łem wie­lo­ra­mienny świecz­nik nad­mier­nie ozdobny. Całe wy­po­sa­że­nie po­cho­dziło z dużo więk­szego miesz­ka­nia i pa­mię­tało czasy, kiedy żył jesz­cze oj­ciec.

Le­nar­to­wicz za­trzy­mał się przed ob­ra­zem w cięż­kich ra­mach, wi­szą­cym nad sofą. Obej­rzał go do­kład­nie i prze­su­nął, spraw­dza­jąc ścianę pod spodem. Po­zo­stałe ob­razy po­trak­to­wał po­dob­nie, po­świę­cił im jed­nak dużo mniej uwagi.

W rogu pod oknem stało pia­nino, je­dyna nowa rzecz w tym po­koju. Prze­kart­ko­wał nuty, uniósł po­krywę kla­wia­tury, uważ­nie obej­rzał też tylną ścianę in­stru­mentu. Po­tem zaś, nie tra­cąc czasu, pod­szedł do na­roż­nej bi­blio­teczki po dru­giej stro­nie sa­lonu.

Zo­fia spo­dzie­wała się, że za­cznie wy­rzu­cać książki na pod­łogę, jak żan­darmi w cza­sie re­wi­zji sal lek­cyj­nych, ale on wyj­mo­wał po­je­dyn­cze eg­zem­pla­rze, kart­ko­wał je, po­rów­ny­wał ty­tuł z tre­ścią i od­sta­wiał na miej­sce. Pra­co­wał w mil­cze­niu. Nie­które książki na dłu­żej przy­ku­wały jego uwagę, do­kład­nie spraw­dzał miej­sce wy­da­nia i szu­kał ocen­zu­ro­wa­nych frag­men­tów. To jej nie mar­twiło. W domu miała już tylko wy­da­nia do­pusz­czone do sprze­daży na te­re­nie Kró­le­stwa i na­wet gdyby od­krył tylną półkę bi­blio­teczki, nie mógł zna­leźć tam nic poza ku­rzem.

Czas pły­nął i roz­luź­niła się tro­chę; o żan­dar­mach za ścianą sta­rała się nie my­śleć. Ha­łas ucichł, naj­wy­raź­niej prze­nie­śli się w głąb miesz­ka­nia. Czter­dzie­ści mi­nut póź­niej Le­nar­to­wicz od­sta­wił na miej­sce ostat­nią książkę z naj­niż­szej półki, ale za­miast za­mknąć szafkę, wró­cił do trze­ciej półki od góry i wy­jął z niej wszyst­kie książki.

Zo­fia za­marła.

Od­wró­cił się i spoj­rzał na nią ba­daw­czo, a po­tem wsu­nął dłoń do środka. Miała wra­że­nie, że sły­szy, jak zwol­niony ha­czyk ude­rza o drewno.

Fał­szywy tył półki ujaw­nił dru­gie wnę­trze.

Le­nar­to­wicz prze­su­nął ręką w środku, przez mo­ment Zo­fia czuła strach, że coś tam jesz­cze le­żało, że nie­chcący nie wszystko wy­nio­sła z domu.

- Zdą­żyła pani. - Le­nar­to­wicz przy­glą­dał się wła­snej dłoni. - Ale bli­sko było, prawda?

Mil­czała.

Ode­rwał się wresz­cie od ksią­żek i na ko­lejne dzie­sięć mi­nut skon­cen­tro­wał na szu­fla­dach rzeź­bio­nej ko­mody. Po­rów­nał ich głę­bo­kość, zaj­rzał mię­dzy zło­żone ser­wety i ob­rusy, otwo­rzył kilka pa­miąt­ko­wych pu­de­łek. Kiedy skoń­czył, odło­żył wszystko na miej­sce i prze­szedł ku eta­żerce, a po­tem ku okrą­głemu sto­li­kowi pod oknem. Spraw­dził jesz­cze wolne prze­strze­nie mię­dzy sie­dze­niem a bo­kami sofy i fo­teli, aż w końcu usiadł z po­wro­tem przy stole.

Na­słu­chi­wał przez chwilę, ale żan­darmi wciąż byli za­jęci w dal­szej czę­ści miesz­ka­nia.

- Ni­czego nie zna­la­złem - po­wie­dział po pol­sku. - Oni będą szu­kać do­kład­niej. Je­śli w tym po­koju jest coś, czego nie po­winni zna­leźć, niech pani to wyj­mie te­raz.

Pa­trzyła na niego bez słowa i dzię­ko­wała Bogu, że nie musi po­dej­mo­wać żad­nej de­cy­zji.

Le­nar­to­wicz cze­kał.

- Nic?

- Tu nic nie ma.

Za­wa­hała się, nim za­dała py­ta­nie, ale z dwojga złego wo­lała roz­ma­wiać z pol­skim po­li­cjan­tem niż z żan­dar­me­rią.

- Co te­raz bę­dzie?

- Je­śli coś znajdą, za­biorą pa­nią już dziś. Je­śli nie, to w naj­bliż­szych dniach zo­sta­nie pani we­zwana na prze­słu­cha­nie. Dwa, trzy razy, może wię­cej. Le­piej, żeby pani ze­zna­nia po­zo­stały spójne. I pro­szę nie my­śleć, że to ostat­nia re­wi­zja.

- A pen­sja pani Za­bo­row­skiej?

- To nie moja de­cy­zja - od­parł, ale wy­raz jego twa­rzy nie po­zo­sta­wiał wąt­pli­wo­ści. Umilkł, a gdy znowu się ode­zwał, prze­szedł na ro­syj­ski. - So­fio Si­mie­onowna, pen­sji pani Za­bo­row­skiej nic już nie po­może. Wła­dze szkolne przy­my­kały oko wy­star­cza­jąco długo, ale w obec­nej sy­tu­acji w War­szaw­skim Okręgu Na­uko­wym... nie.

Po­chy­liła głowę.

- Pani jest młoda i może mó­wić o szczę­ściu. Pro­szę jed­nak nie prze­cią­gać struny. Nie ry­zy­ko­wać bez po­trzeby. - Ru­chem głowy wska­zał szafkę z książ­kami.

Na­gle głosy za ścianą za­brzmiały do­no­śniej. Trzask drzwi, szyb­kie kroki i do sa­lonu wpadł po­rucz­nik Ni­ki­tin.

- Co to do cho­lery ma być, wi­zyta to­wa­rzy­ska?! - huk­nął, roz­glą­da­jąc się. - Na­wet re­wi­zji nie chciało się panu prze­pro­wa­dzić? To po co pan tu się pchał?!

Le­nar­to­wicz wstał od stołu. Był o pół głowy niż­szy od Ni­ki­tina, ale jego nie­za­chwiany spo­kój kom­pen­so­wał z na­wiązką róż­nicę wzro­stu.

- Oczy­wi­ście, że spraw­dzi­łem. Sa­lon jest czy­sty. - Zni­żył głos i do­rzu­cił kilka słów, któ­rych Zo­fia już nie zro­zu­miała. Co­kol­wiek jed­nak po­wie­dział, Ni­ki­tina to nie uspo­ko­iło. Wście­kłym szep­tem wy­kła­dał coś Le­nar­to­wi­czowi przez kil­ka­na­ście se­kund, co pry­staw skwi­to­wał wzru­sze­niem ra­mion.

- ...pan się na­daje do re­wi­zji w ochron­kach! - Ni­ki­tin pod­niósł głos. - Te­raz tu - rzu­cił przez ra­mię do żan­dar­mów cze­ka­ją­cych w ko­ry­ta­rzu. - Ale mi­giem!

Wzrok Zo­fii ucie­kał ku drzwiom.

- Gdzie jest moja matka? Po­trze­buje po­mocy?

Zła­pała spoj­rze­nie Ni­ki­tina, ale od­po­wie­dział do­piero, gdy po­wtó­rzyła py­ta­nie.

- O zdro­wiu matki na­le­żało my­śleć wcze­śniej.

Na jego po­le­ce­nie żan­darmi za­częli znów opróż­niać półki z ksią­żek, wkrótce na stole pię­trzył się chwiejny stos. Zbyt wy­soki i źle wy­wa­żony, za­czął prze­chy­lać się przez kra­wędź blatu.

- Nie ru­szać się!

Zo­fia za­sty­gła z ręką w po­wie­trzu, a pa­miąt­kowe wo­lu­miny po ojcu z roz­po­star­tymi okład­kami ude­rzyły o pod­łogę.

- Da­waj­tie, by­strieje!7

Nie mi­nęło dzie­sięć mi­nut i scho­wek w szafce znów stał otwo­rem.

Ni­ki­tin zaj­rzał do środka, po czym ode­słał pod­wład­nych do re­wi­zji szu­flad, a sam pod­szedł do Zo­fii. Oparł dło­nie o blat stołu i spoj­rzał na nią z góry.

- Tam na­wet ku­rzu nie ma. Gdzie pa­piery?

Z tru­dem wy­trzy­mała jego wzrok.

- Nie mam żad­nych pa­pie­rów.

Od­cze­kał chwilę, po czym wy­pro­sto­wał się i za­czął prze­glą­dać roz­rzu­cone na stole książki. Nie­które od­kła­dał na bok. Żad­nej jed­nak nie za­kwe­stio­no­wał, a py­ta­nia Zo­fii zby­wał mil­cze­niem, na­wet na nią nie pa­trząc. W końcu prze­su­nął cały stos ksią­żek ku Le­nar­to­wi­czowi.

- Niech pan po­równa ty­tuł z tre­ścią.

W pierw­szym od­ru­chu miała ochotę ro­ze­śmiać się z ulgi, ale wtedy Ni­ki­tin pod­szedł do jej krze­sła. Stał tak bli­sko, że mimo woli sku­liła ra­miona.

- A my pój­dziemy te­raz do pani po­koju. Po­roz­ma­wiamy o za­gu­bio­nych pa­pie­rach. I o kło­po­tach z pa­mię­cią.

Palce Zo­fii wpiły się w ko­ronkę pe­niu­aru. Bała się na­wet za­mru­gać, tak jakby drże­nie po­wiek mo­gło pro­wo­ko­wać.

- Panno Ja­wor­ska, pro­szę wstać.

Po le­wej skrzyp­nęło krze­sło.

- Ku­rzu w schowku nie ma, bo zo­stał na moim rę­ka­wie - rzekł Le­nar­to­wicz. - A te książki to strata czasu. Każdą mia­łem już w rę­kach.

Ni­ki­tin par­sk­nął śmie­chem.

- I co? Pu­sty scho­wek pan wy­cie­rał?

- Ależ skąd. Wcale nie był pu­sty.

Le­nar­to­wicz pod­szedł do okna i wyj­rzał na ze­wnątrz. Wy­da­wał się za­ab­sor­bo­wany ulicą na dole.

- Zna­la­złem tam pu­dełko, stoi na ko­mo­dzie - po­wie­dział w końcu, od­wra­ca­jąc się. - Zwy­kła pa­miątka ro­dzinna. Nie ich szu­kamy.

Na jego twa­rzy ma­lo­wało się znu­dze­nie i to Zo­fia mu­siała uwa­żać, by nie zdra­dzić prawdy.

Chwilę póź­niej drew­niane pu­dełko stało na środku stołu, a Ni­ki­tin uchy­lił wieczko. W dwóch pal­cach uniósł w górę naj­pierw oku­lary, a po­tem mę­ski ze­ga­rek w za­śnie­dzia­łej ko­per­cie. W sa­lo­nie za­pa­dła ci­sza, na­wet żan­darmi w głębi po­koju za­prze­stali re­wi­zji. Cztery pary oczu wpa­try­wały się w Zo­fię.

- To... to po moim ojcu.

Se­kundy zda­wały się prze­cho­dzić w mi­nuty, w końcu jed­nak wieczko opa­dło z su­chym trza­skiem.

- Da, diej­stwi­tielno, nie imie­jet zna­cze­nija8.

Zo­fia za­ci­snęła dło­nie na kra­wę­dzi stołu. Jej serce biło nie­równo, a za most­kiem na­ra­stał tępy ucisk.

- Mu­szę wyjść - wy­du­siła z sie­bie.

Nie cze­ka­jąc na ze­zwo­le­nie, ze­rwała się i wy­bie­gła z sa­lonu.

Za­trzy­mała się w po­ło­wie ko­ry­ta­rza. Zza ściany do­cho­dziły pod­nie­sione głosy, ale nie miała siły, żeby wsłu­chać się w słowa. Oparła czoło o drew­niany bok szafy.

Drzwi sa­lonu szczęk­nęły.

- Po­trze­buje pani po­mocy?

Od­wró­ciła się, a pry­staw Le­nar­to­wicz pod­szedł bli­żej.

- Niech mi pan nie każe tam wra­cać.

Mach­nął ręką ze znie­cier­pli­wie­niem.

Zo­fia zmu­siła się, by spoj­rzeć mu w oczy.

- Dzię­kuję panu - szep­nęła, nie znaj­du­jąc lep­szych słów.

- Nie mogę długo z pa­nią roz­ma­wiać. - Obej­rzał się na drzwi. - Nie­mniej po­roz­ma­wiać mu­simy.

Mó­wił po pol­sku, co po­winno ją uspo­koić, ale wy­chwy­ciła w jego gło­sie nową, twardą nutę.

- Pro­szę przyjść dziś o siód­mej do ogrodu po­ber­nar­dyń­skiego.

Pa­trzyła na niego, nie ro­zu­mie­jąc, czego od niej ocze­kuje, tak nie­praw­do­po­do­bne było to żą­da­nie. Sama? Wie­czo­rem? Jak miała wy­tłu­ma­czyć to matce?

Za­pro­te­sto­wała, ale prze­rwał jej w po­ło­wie zda­nia.

- Wczo­raj po po­łu­dniu od­wie­dziła pani Lu­dwikę Ra­ko­czy. Miała pani przy so­bie szarą torbę w pasy. Czy mu­szę mó­wić, co w niej było?

Zo­fia na mo­ment prze­stała od­dy­chać.

- Pro­szę się nie spóź­nić.

1 Otwie­rać! (ros.)

2 Ja­wor­skaja So­fia Si­mie­onowna mieszka tu­taj? (ros.)

3 Pry­staw - ko­mi­sarz po­li­cji.

4 Pro­szę usiąść (ros.)

5 Nie trzeba pani wy­ja­śniać, czemu tu je­ste­śmy? (ros.)

6 Wer­szek - dawna ro­syj­ska miara dłu­go­ści, około 4,5 cm.

7 No da­lej, po­spie­szyć się! (ros.)

8 Tak, rze­czy­wi­ście, bez zna­cze­nia (ros.)

Rozdział 2

Kiedy Zo­fia sta­nęła na rogu Pe­ters­bur­skiej i placu Alek­san­dryj­skiego, za­pa­lano wła­śnie uliczne la­tar­nie. Na­prze­ciwko, czę­ściowo za­sło­nięta drze­wami, wzno­siła się wieża ko­ścioła po­ber­nar­dyń­skiego, ale wzrok Zo­fii po­szy­bo­wał da­lej, ku ogro­dowi i daw­nym za­bu­do­wa­niom klasz­tor­nym.

Areszt. Wy­zna­czył jej spo­tka­nie na ty­łach aresztu.

Za­drżała. Uczu­cie zimna nie zni­kało już od wielu go­dzin.

Ostroż­nie stą­pa­jąc po ko­cich łbach, prze­szła na drugą stronę ulicy, pod sam ko­ściół. Te­raz od ogrodu dzie­liło ją le­d­wie kil­ka­na­ście sążni9. Zwil­got­niałą dło­nią wy­gła­dziła za­gnie­ce­nie na rę­ka­wie płasz­cza. Do­brze, że był wie­czór. Płaszcz od dawna do­ma­gał się krawca, ale za­wsze zna­la­zły się waż­niej­sze wy­datki.

Tak jak te­raz.

- Jaki uczciwy czło­wiek pro­po­nuje pan­nie spo­tka­nie w ta­kim miej­scu? - Matka stęk­nęła i z wi­docz­nym tru­dem pod­nio­sła się z fo­tela. Spę­dziła w nim ostat­nie dwie go­dziny. Za każ­dym ra­zem, kiedy Zo­fia do niej za­glą­dała, sie­działa nie­ru­choma, za­pa­trzona w fo­to­gra­fię ojca, a jej oczy nik­nęły pod za­puch­nię­tymi po­wie­kami. - Nie ufam mu za grosz. I ty też nie po­win­naś.

Zo­fia mil­czała. Jakby sły­szała wła­sne my­śli. Ale im bli­żej było wy­zna­czo­nej go­dziny, tym bar­dziej była pewna, że pój­dzie. I tym bar­dziej się bała.

- Nie mogę na­ra­żać babki Lu­dwiki - po­wie­działa, bar­dziej do sie­bie niż do matki. - A ten po­li­cjant jest Po­la­kiem.

- Po­la­kiem to on prze­stał być, kiedy wło­żył car­ski mun­dur. Pry­staw, tak? Za darmo awan­sów nie dają, zdą­żył lu­dziom na­szko­dzić.

Zo­fia prze­łknęła ślinę.

- Może po pro­stu chce pie­nię­dzy?

Matka nie od­po­wie­działa. Sztyw­nym kro­kiem po­de­szła do szafki w rogu sy­pialni i się­gnęła po fa­jan­sowy po­jem­nik. Zaj­rzała do środka, a po­tem po­dała go Zo­fii.

- W tym mie­siącu zo­stało nam trzy­na­ście ru­bli. Choć­byś wzięła wszystko, nie wy­star­czy. - Jej głos za­drżał. - A te­raz ci jesz­cze szkołę za­mkną.

- Nie o tych pie­nią­dzach my­śla­łam.

Kiedy dwie go­dziny póź­niej Zo­fia wy­cho­dziła z domu, miała w to­rebce trzy­dzie­ści dwa ru­ble. Ma­rze­nia już dawno na­uczyły się cze­kać.

Niebo nad jej głową przy­brało barwę po­sza­rza­łego płótna. Im bli­żej ogro­do­wej furtki, tym wol­niej sta­wiała kroki, a ostat­nie sąż­nie zda­wały się nie mieć końca. W ten po­nie­dział­kowy wie­czór ogród był nie­mal pu­sty. Kilku męż­czyzn w urzę­do­wych mun­du­rach szyb­kim kro­kiem prze­mie­rzało alejki, ale nie przy­szli tu na spa­cer, ra­czej ko­rzy­stali ze skrótu. W żół­tym, mdłym świe­tle la­tarni wy­glą­dali jak ru­chome cie­nie. Zo­fia sta­nęła bli­żej ob­sa­dzo­nych tu­li­pa­nami klom­bów i ro­zej­rzała się. Na gra­nicy świa­tła, przy jed­nej z ła­wek, stali dwaj męż­czyźni. Obaj w ciem­nych płasz­czach i cy­lin­drach, wy­da­wali się po­grą­żeni w roz­mo­wie. Je­den z nich no­sił wąsy i krótką bródkę, ale nie była pewna, czy roz­po­znała w nim pry­stawa Le­nar­to­wi­cza. Poza tym dla­czego dwaj?

Wyż­szy z męż­czyzn od­wró­cił głowę i spoj­rzał pro­sto na nią. Po­wie­dział coś do swo­jego to­wa­rzy­sza, a po­tem do­tknął pal­cami cy­lin­dra w ge­ście po­że­gna­nia i od­szedł w głąb alejki, ku wyj­ściu na Ode­sską.

Drugi ru­szył w jej kie­runku.

- Do­bry wie­czór, panno Ja­wor­ska - po­wie­dział Le­nar­to­wicz, gdy sta­nęli twa­rzą w twarz. - Jak się pani miewa?

Pa­trzyła na niego bez słowa. Ja­kiej od­po­wie­dzi ocze­ki­wał?

Miała mu może opo­wie­dzieć, jak dziś przed po­łu­dniem nie mo­gła wejść do swo­jego po­koju, bo drzwi otwie­rały się le­dwo na pół łok­cia? Wsu­nęła się więc bo­kiem i wów­czas jej oczom uka­zało się po­bo­jo­wi­sko. Dwu­drzwiowa szafa z bie­lo­nego drewna stała sze­roko otwarta i nie­mal pu­sta, wy­su­nięte szu­flady ko­mody przed­sta­wiały taki sam wi­dok, a na środku pod­łogi pię­trzył się stos blu­zek, spód­nic, ha­lek, ko­szul noc­nych i wszyst­kich in­nych czę­ści gar­de­roby. Na sa­mej zaś gó­rze le­żały dwa otwarte pu­dła z ka­pe­lu­szami i blo­ko­wały drzwi.

W pierw­szej chwili rzu­ciła się ra­to­wać ka­pe­lu­sze. Nie miały wielu ozdób, ale już z da­leka wi­działa, że część ko­ro­nek i ba­ty­sto­wych kwia­tów ucier­piała przy re­wi­zji. Wtedy jej wzrok padł na białą halkę z wy­raź­nym od­ci­skiem mę­skiego buta. Pod­nio­sła ją i za­częła trzeć, pró­bu­jąc usu­nąć brud.

Oni do­ty­kali tego wszyst­kiego.

Halka wy­pa­dła jej z rąk.

- Panno Ja­wor­ska?

- Ja przy­nio­słam pie­nią­dze - po­wie­działa pi­skli­wym, nie­swoim gło­sem, ma­jąc świa­do­mość, że da­leko jej do wy­ra­fi­no­wa­nej dy­plo­ma­cji.

Przy­trzy­mał jej dłoń, za­nim się­gnęła po to­rebkę.

- Źle mnie pani zro­zu­miała.

- Jak to? - Za­schło jej w ustach. - Nie... nie da się?

Le­nar­to­wicz po­trzą­snął głową.

- To za­leży w du­żej mie­rze od pani, nie od pie­nię­dzy.

Spoj­rzał w głąb ogrodu za jej ple­cami, a po­tem ru­chem ręki wska­zał boczną alejkę.

- Przejdźmy się - po­wie­dział. - Ufam, że pani za­an­ga­żo­wa­nie to jed­no­ra­zowy brak ro­ze­zna­nia. Niech pani nie po­pełni błędu prze­ło­żo­nej i nie uwie­rzy w bez­kar­ność.

Ru­szyła za nim bez słowa.

- Pro­szę mieć na uwa­dze, że kon­takt z in­nymi na­uczy­cie­lami może oka­zać się nie­bez­piecz­nym. Z ro­dzi­cami uczen­nic... rów­nież.

Do­sły­szała pauzę w jego sło­wach, zbyt wy­raźną, by była przy­pad­kowa.

- Ewa Pa­ku­lanka - wy­szep­tała. - Czy to prawda?

Twarz Le­nar­to­wi­cza wy­krzy­wił gry­mas.

- Zwłasz­cza z tą ro­dziną pro­szę ogra­ni­czyć kon­takt.

Na­gle zła­pał ją za ra­mię. Za­raz zre­flek­to­wał się i prze­pro­sił, ale w jego gło­sie sły­szała groźbę.

- Nikt za pa­nią nie nad­stawi głowy. Wie pani, czym to może się skoń­czyć?

Zimny, śli­ski strach roz­po­ście­rał swoje macki.

- Wy­soka grzywna. Być może tak wy­soka, że nie uda się jej pani za­pła­cić.

Zo­fia spoj­rzała ku za­bu­do­wa­niom po­klasz­tor­nym.

- Za­mie­nią grzywnę na wię­zie­nie. Ceną bę­dzie też świa­dec­two o pra­wo­myśl­no­ści, a bez niego żadna szkoła pani nie za­trudni. Po­rucz­nika Ni­ki­tina zaś czeka awans, je­śli do­pro­wa­dzi sprawę do końca. - Le­nar­to­wicz zni­żył głos. - Awans, a może na­wet me­dal. Pro­szę o tym pa­mię­tać.

Za­pa­dła ci­sza. Sta­nęli tuż przy jed­nym ze sta­rych drzew w ogro­dzie, ale kiedy Zo­fia spoj­rzała w niebo, zo­ba­czyła tylko za­rys ko­na­rów. Gęst­nie­jący mrok spo­wi­jał oko­licę, od­bie­rał kształty i za­cie­rał kon­tury. Przy­ci­snęła dłoń do chro­po­wa­tej kory.

- A tych pa­pie­rów pro­szę się po­zbyć. Znisz­czyć albo ukryć poza do­mem. Nie trzy­mać u krew­nych.

Prze­łknęła ślinę. Drzewo pod jej pal­cami pul­so­wało echem mni­sich mo­dlitw.

- Skąd pan... o tym wie?

Le­nar­to­wicz wzru­szył ra­mio­nami.

- Bała się pani ogona i po­je­chała do­rożką. A kto w tym mie­ście wciąż tra­fia na pierw­szą stronę "Ty­go­dnia", oskar­żany o chci­wość i zdzier­stwo?

Jej wła­sne ciężko za­ro­bione ru­ble.

- Miała pani ko­lo­salne szczę­ście i dla­tego ta in­for­ma­cja tra­fiła do mnie, a nie do po­rucz­nika Ni­ki­tina.

Przy­mknęła oczy, pró­bu­jąc przy­po­mnieć so­bie twarz do­roż­ka­rza, ale przez całą drogę wi­działa tylko jego plecy. Pra­wie nie roz­ma­wiali. Sama prze­cież ka­zała pod­nieść budkę i skryła się w jej cie­niu przed spoj­rze­niami ulicy. Torbę z far­bo­wa­nego na go­łębi ko­lor płótna trzy­mała na ko­la­nach.

- Pan nie może wie­dzieć, co wio­złam. Nie otwie­ra­łam torby w do­rożce.

Ku jej za­sko­cze­niu Le­nar­to­wicz ro­ze­śmiał się.

- Nie wiem. To był blef.

Nie zdą­żyła od­po­wie­dzieć, bo za ich ple­cami za­chrzę­ścił żwir.

- Ja du­maju, pora prier­wat' etu wstrie­czu10.

Z gar­dła Zo­fii wy­do­był się zdu­szony okrzyk. Przy­ci­snęła dłoń do ust i na mięk­kich no­gach od­wró­ciła się.

Ro­sja­nin pod­szedł bli­żej.

- Sztab­ska­pi­tan Mel­cer roz­ma­wia z kimś na Ode­sskiej, za­raz przy wej­ściu.

Na­zwi­sko "Mel­cer" nic jej nie mó­wiło, ale Le­nar­to­wicz wziął głę­boki od­dech.

- Mój przy­ja­ciel zgo­dził się mieć oko­licę na oku.

W końcu oprzy­tom­niała. Przy­ja­ciel czy nie, nic tu po niej.

- Wyj­ście z ogrodu od strony Pe­ters­bur­skiej jest więc... bez­pieczne?

Obaj męż­czyźni po­pa­trzyli po so­bie.

- Panno Ja­wor­ska, pan Ma­ri­now od­pro­wa­dzi pa­nią - rzekł Le­nar­to­wicz. - W moim to­wa­rzy­stwie nikt pani nie po­wi­nien oglą­dać.

Nie za­pro­te­sto­wała.

Nie­przy­zwy­cza­jona do spa­ce­rów po za­cho­dzie słońca, z obawą spo­glą­dała na cie­nie w za­ło­mach klasz­tor­nego muru, a pełna pod­skór­nych szep­tów ci­sza pod­no­siła jej wło­ski na karku. Prze­cięli Pe­ters­bur­ską na wy­so­ko­ści ko­ścioła, mi­nęli roz­świe­tloną re­stau­ra­cję Ski­biń­skiego i za­nu­rzyli się w mrok Or­łow­skiej.

Choć na ulicy nie pa­liła się na­wet jedna la­tar­nia, Zo­fia po­czuła się raź­niej. Od bramy domu dzie­liły ją tylko kroki. Raz czy drugi nie po­wścią­gnęła cie­ka­wo­ści i spod ka­pe­lu­sza zer­k­nęła na Ma­ri­nowa. Szedł obok, na tyle bli­sko, by mo­gła czuć się bez­piecz­nie, ale nie pró­bo­wał skło­nić jej do roz­mowy. Na ta­kie oka­zje ża­den po­rad­nik sa­voir-vi­vre'u nie prze­wi­dy­wał od­po­wied­nich te­ma­tów.

Prze­szli jesz­cze kilka sążni i sta­nęli przed za­mkniętą bramą ka­mie­nicy. Z boku, przy­mo­co­wana dru­tem do muru, pa­liła się lampa naf­towa.

- Może le­piej, by­śmy tu się po­że­gnali. Nie­po­trzebne pani plotki.

Unio­sła głowę, by spoj­rzeć mu w twarz. Mimo ob­ca­sów prze­wyż­szał ją o przy­naj­mniej dwa wer­szki.

- Dzię­kuję za po­moc - po­wie­działa i prze­zwy­cię­ża­jąc opór, po­wtó­rzyła to samo po ro­syj­sku. Za­sko­czyło ją, jak miękko brzmiały te słowa, kiedy były czymś wię­cej niż wy­świech­ta­nym zwro­tem, uży­wa­nym przy oka­zji wi­zyt w urzę­dach.

Ma­ri­now uśmiech­nął się i spoj­rzał na drzwi w bra­mie.

- Ma pani drobne?

Drgnęła, sły­sząc ję­zyk pol­ski za­bar­wiony ro­syj­skim za­śpie­wem, ale nim od­po­wie­działa, się­gnął do kie­szeni. W pal­cach bły­snęła mo­neta.

- Dwor­nik bywa ła­skaw­szy, kiedy dać mu parę ko­pie­jek. Po­cze­kam ka­wa­łek da­lej, aż pani wej­dzie do środka.

Ona na ła­ska­wość dwor­nika nie li­czyła. Spoj­rze­nie, ja­kim ją ob­da­rzył, gdy wy­cho­dziła z domu, nie da­wało na­dziei na ła­twiej­szy po­wrót.

I rze­czy­wi­ście. Naj­pierw stała przed bramą, a zimne po­dmu­chy wia­tru tar­gały jej płasz­czem, a po­tem, kiedy wresz­cie szczęk­nął za­mek i drzwi w skrzy­dle bramy się uchy­liły, przy­wi­tało ją po­nure spoj­rze­nie prze­krwio­nych oczu.

Pięć ko­pie­jek przy­jął, mam­ro­cząc coś pod no­sem, a po­tem splu­nął na zie­mię.

- Wi­dać pan­nie Zo­fii jesz­cze za mało wra­żeń, że ich po nocy szuka.

9 Są­żeń ro­syj­ski - 2,133561 m.

10 My­ślę, że pora prze­rwać to spo­tka­nie (ros.)

Rozdział 3

Czer­wiec 1881, Piotr­ków

Nie zwal­nia­jąc, po­ciąg mi­jał oko­liczne wio­ski, ale do Piotr­kowa zo­stały jesz­cze przy­naj­mniej dwa kwa­dranse. Już z Nowo-Ra­dom­ska wy­je­chali z opóź­nie­niem. Zo­fia wpa­try­wała się kra­jo­braz za oknem, w zie­leń drzew, w żół­cie­jące pola. Był cie­pły, czerw­cowy wie­czór, peł­nia lata, a ona na­wet nie spo­strze­gła, kiedy przy­szło. Rok temu o tej po­rze uczen­nice go­to­wiły się do eg­za­mi­nów koń­co­wych. Dziś że­gnały zmu­szoną do odej­ścia pa­nią Za­bo­row­ską.

"Też po­win­nam tam być", po­my­ślała. Się­gnęła po le­żącą na sie­dze­niu obok ga­zetę. Tylko w tym ty­go­dniu aż cztery gu­wer­nantki szu­kały an­gażu. Ogło­sze­nia na pierw­szej stro­nie, pięć li­ni­jek, po­dwójna stawka... co naj­mniej sześć­dzie­siąt ko­pie­jek. Zo­fia za­ci­snęła pa­pier w dłoni.

Już ta po­dróż, go­dzina po­cią­giem do Nowo-Ra­dom­ska i ko­lejne dwie umó­wioną fur­manką, kosz­to­wała ją pra­wie cztery ru­ble. Pra­wie jedna trze­cia mi­zer­nej pen­sji, na którą mo­gła li­czyć na wsi, po­szła na marne.

Ga­zeta wy­śli­zgnęła się Zo­fii z dłoni i upa­dła na pod­łogę. Nie pod­nio­sła jej.

Przez nie­szczelne okno do środka prze­działu wdzie­rał się kwa­śny dym. Za­pie­kły ją oczy. A może to zmę­cze­nie da­wało o so­bie znać. Let­nie noce były krót­kie i bez­senne.

Mimo otwar­tych okien, w prze­stron­nym sa­lo­nie babki Lu­dwiki pa­no­wała du­chota, a za­stałe po­wie­trze po­ru­szały je­dy­nie wa­chla­rze. Nie­po­jęte, jak babka mo­gła tu wy­trzy­mać, w czar­nej sukni z koł­nie­rzy­kiem za­pię­tym pod brodę.

Babka Lu­dwika - dla Zo­fii wła­ści­wie cio­teczna babka, ale i je­dyna, którą znała - od lat wy­bie­rała czarne ubra­nia. Uwa­żano, że nosi ża­łobę po mężu, a ona tej wer­sji nie ko­ry­go­wała. Zo­fia po­dej­rze­wała jed­nak, że po­waga ubioru miała kom­pen­so­wać sła­bo­ści, które nie znaj­do­wały zro­zu­mie­nia w to­wa­rzy­stwie, zwłasz­cza wiel­kie upodo­ba­nie babki do do­brego al­ko­holu i pa­pie­ro­sów.

Młoda słu­żąca, ta sama, która kilka mi­nut wcze­śniej otwo­rzyła drzwi, przy­nio­sła na tacy fi­li­żanki i dzba­nek ze świeżą her­batą. Usta­wiała ca­łość na stole, po­pra­wia­jąc a to ob­rus, a to na­kry­cia, aż w końcu nie­mal prze­wró­ciła łok­ciem wa­zon z bu­kie­tem bia­łych róż. Za­czer­wie­niła się, prze­pro­siła, po czym zo­sta­wiła wszystko, jak stało i wy­szła z sa­lonu.

Matka obej­rzała się na drzwi.

- Ko­goś ty so­bie do domu spro­wa­dziła? - Unio­sła w górę fi­li­żankę. - Nie bo­isz się, że ci po­roz­bija? Taka stara, kru­cha por­ce­lana!

- Jesz­cze po­sa­gowa. - Babka kiw­nęła głową. - Moja Te­re­ska pra­cuje te­raz u pana Pa­kuły. To była po­jętna dziew­czyna, mo­głam ją szyb­ciej wy­pu­ścić.

Sły­sząc na­zwi­sko, Zo­fia wy­pro­sto­wała się w krze­śle.

- U pana Pa­kuły? A Ewa... była dziś?

- A to jest Ha­nia, mam ją od dwóch ty­go­dni - kon­ty­nu­owała babka, jakby nie do­sły­szała py­ta­nia. - Już i tak się wy­ro­biła.

- Ja py­ta­łam o Ewę. - Zo­fia nie za­mie­rzała ustą­pić. - Na pewno coś sły­sza­ły­ście.

Matka i babka po­pa­trzyły po so­bie.

- Ewa nie czuje się do­brze - po­wie­działa w końcu babka. - Nie wzięła udziału w po­że­gna­niu pani Za­bo­row­skiej.

- Dwa po­ko­le­nia wy­cho­wa­nek, tego Za­bo­row­skiej Mo­skale nie za­biorą. - Matka zło­żyła wa­chlarz. - Je­śli po­trze­bu­jesz ja­kichś pod­ręcz­ni­ków, mo­żesz do niej zaj­rzeć. Jak było? Opo­wiedz.

Na­dzieja w jej oczach była trudna do znie­sie­nia.

- Nie­stety, nic z tego.

W ci­szy, która za­pa­dła, sły­chać było drże­nie od­sta­wio­nej na spodek fi­li­żanki.

- Ale prze­cież mó­wi­łaś, że ta ro­dzina nie chciała pa­pie­rów?

- Oni szu­kali słu­żą­cej do wszyst­kiego, a nie na­uczy­cielki.

Matka nie od­po­wie­działa. Jej dłoń uści­snęła dłoń Zo­fii, a po­tem matka pod­nio­sła się i po­spiesz­nym kro­kiem opu­ściła sa­lon.

- Tak bar­dzo li­czyła, że tym ra­zem się uda - szep­nęła Zo­fia.

Babka spoj­rzała na nią spod oka.

- A ty nie?

Zo­fia prze­łknęła ślinę. Się­gnęła po swoją her­batę, ale jej ręka za­drżała i kilka kro­pel upa­dło na ob­rus. Z tru­dem ode­rwała wzrok od roz­le­wa­ją­cej się po bia­łym ada­maszku plamy.

- Ja nie mogę się za­mknąć na zu­peł­nej pro­win­cji.

Przed oczami sta­nęła jej zgorzk­niała stara panna, któ­rej mło­dość mi­nęła mię­dzy lek­cjami a nudą i sze­re­giem za­ka­zów, wśród któ­rych pierw­szym i naj­waż­niej­szym był za­kaz kon­tak­tów z płcią prze­ciwną.

- Nie mogę, bo już na za­wsze tam zo­stanę. Trzy go­dziny w jedną stronę. Pustka wo­kół. Ja mam do­piero dwa­dzie­ścia lat, może jesz­cze... - urwała.

Babka Lu­dwika wy­jęła z kie­szeni sukni chustkę. Zdjęła oku­lary o okrą­głych, dru­cia­nych opraw­kach i nie­spiesz­nie za­częła prze­cie­rać ich szkła.

- Na po­że­gna­niu pani Za­bo­row­skiej spo­tka­łam moją bli­ską zna­jomą - po­wie­działa, spo­glą­da­jąc na Zo­fię. - Szuka na­uczy­cielki dla swo­jej córki. Do­ce­lowo na wsi, ale nie tak da­leko od Piotr­kowa.

- Kto taki? - Od drzwi do­szedł głos matki. Stała w progu, blada, ale spo­kojna.

- Eu­ge­nia Wil­kow­ska. Sprawa jest dość pilna, bo Eu­ge­nia lada dzień wy­jeż­dża za gra­nicę i wróci do­piero pod ko­niec sierp­nia.

- Nie za­uwa­ży­łam jej. - Matka usia­dła na swoim krze­śle i się­gnęła po dzba­nek z her­batą. - Sły­sza­łam, że wy­cho­dzi za mąż. To prawda, że za Ro­sja­nina? Ja­kiś przed­się­biorca z Mo­skwy?

- Nie. Mi­ko­łaj Sta­ni­sław­ski jest Po­la­kiem. Ma ro­dzinę w Ło­dzi.

- A więc pani Wil­kow­ska szuka na­uczy­cielki? - za­py­tała Zo­fia, ko­rzy­sta­jąc z chwili ci­szy. - Ile lat ma dziew­czynka?

- Je­de­na­ście. Ba­sia to do­bre dziecko...

- Ślub po­do­bno biorą w cer­kwi - we­szła jej w słowo matka. - To też plotka?

Za­dźwię­czała srebrna ły­żeczka.

- Nie. To nie plotka. - W gło­sie babki po­ja­wiło się na­pię­cie. - Ja nie znam bli­żej pana Sta­ni­sław­skiego, ale kim­kol­wiek jest, do­brze ży­czę Eu­ge­nii. Jej pierw­szy mąż to był jed­nak ka­wał ło­tra.

Przez twarz matki prze­mknął cień.

- Zo­sia ma więc miesz­kać pod car­skim nad­zo­rem?

- Swo­jego czasu Eu­ge­nia ukoń­czyła pen­sję Za­bo­row­skiej - po­wie­działa babka. - A oj­ciec Ewy od lat jest jej no­ta­riu­szem.

Li­piec 1881, Piotr­ków

Pa­nu­jącą w sa­lo­nie ci­szę prze­ry­wało tylko skro­ba­nie sta­lówki o pa­pier w akom­pa­nia­men­cie cięż­kich wes­tchnień sie­dzą­cej przy stole Basi Wil­kow­skiej.

- Słu­żąca do­stała na za­kupy dwa złote. Ku­piła trzy funty mąki po cztery ko­piejki za funt i funt mięsa za pięt­na­ście ko­pie­jek. Ile reszty przy­nio­sła do domu, je­śli je­den złoty to pięt­na­ście ko­pie­jek?

Ba­sia pod­nio­sła głowę znad ka­jetu.

- Mama i pan Sta­ni­sław­ski na pewno za­raz wrócą. Nie mo­żemy tak długo zaj­mo­wać sa­lonu.

Zo­fia spoj­rzała na ze­gar. Zbli­żała się pierw­sza po po­łu­dniu.

- Na pewno zdą­żysz.

Ba­sia znowu wes­tchnęła. Za­pi­sała kilka liczb, wy­ko­nała jedno mno­że­nie i wy­cze­ku­jąco spoj­rzała na Zo­fię.

- Jesz­cze nie skoń­czy­łaś - po­wie­działa po raz trzeci w ciągu ostat­nich dwu­dzie­stu mi­nut Zo­fia. - Masz mi po­ka­zać roz­wią­za­nie tego za­da­nia. Pra­wi­dłowe - do­dała, bo próby wpi­sy­wa­nia wy­ni­ków na chy­bił tra­fił też już miały za sobą.

Z ko­lej­nym cięż­kim wes­tchnie­niem Ba­sia po­chy­liła się nad ka­je­tem.

Zo­fia pod­nio­sła się z krze­sła i po­de­szła do okna. Po­pa­trzyła na ko­rony drzew ro­sną­cych wzdłuż Alei Alek­san­dryj­skiej, za­ku­rzone i spło­wiałe od słońca. Od trzech ty­go­dni nie spa­dła ani kro­pla desz­czu. Za mia­stem bę­dzie przy­jem­niej. Tu lip­cowe po­wie­trze dła­wiło, na­brzmiałe od ulicz­nych wy­zie­wów.

- Trzy ko­piejki - ob­wie­ściła wresz­cie z trium­fem Ba­sia. - Mogę już iść?

- Mo­żesz, ale złóż naj­pierw ka­jety - od­parła Zo­fia, na­dal pa­trząc przez okno, bo pod dom pod­je­chała wła­śnie do­rożka. Wy­siadł z niej męż­czy­zna w ciem­no­sza­rym sur­du­cie. Za­pła­cił do­roż­ka­rzowi i wszedł do bramy.

- Pan Sta­ni­sław­ski przy­je­chał.

Ba­sia w trzech su­sach pod­bie­gła do okna.

- A mama?

- Za­pewne wróci póź­niej. Przed taką po­dróżą nie­jedno trzeba ku­pić.

Pan Sta­ni­sław­ski miał w pla­nach dłuż­szą wi­zytę, bo po­ja­wił się w sa­lo­nie je­dy­nie z ga­zetą w dłoni. Cy­lin­dra i la­ski zdą­żył się po­zbyć w przed­po­koju.

- Dzień do­bry, panno Ja­wor­ska, dzień do­bry, Ba­siu. Już po lek­cjach?

- Wła­śnie skoń­czy­ły­śmy - od­parła Zo­fia. - Pro­szę się roz­go­ścić, za­raz za­wo­łam słu­żącą.

- To może po­cze­kać. Chciał­bym za­mie­nić z pa­nią kilka słów.

Zo­fia ski­nęła głową, ma­sku­jąc zdzi­wie­nie. Od­kąd z po­cząt­kiem lipca przy­jęła po­sadę w domu pani Wil­kow­skiej, pana Sta­ni­sław­skiego spo­tkała już kilka razy. Do tej pory jed­nak nie była na­wet pewna, czy pa­mię­tał jej na­zwi­sko.

- Ba­siu... - za­częła, ale nie skoń­czyła, bo nie­które po­le­ce­nia Ba­sia ro­zu­miała bez słów i speł­niała w mgnie­niu oka.

- Oczy­wi­ście, panno Zo­siu - od­parła i ta­necz­nym kro­kiem opu­ściła sa­lon.

Sta­ni­sław­ski wziął do ręki po­zo­sta­wiony na stole ka­jet.

- Ba­sia nie znosi aryt­me­tyki - uśmiech­nął się krzywo. - Wo­la­łaby za­pewne lek­cje ry­sunku. I może hi­sto­rii?

- I tego ją uczę - po­wie­działa Zo­fia, czu­jąc skurcz w żo­łądku.

- Oczy­wi­ście. Pro­gram na­ucza­nia usta­liła pani z matką Basi, po­zo­sta­wiam to jej kon­troli - od­parł, od­kła­da­jąc ka­jet na bok. - Ja w in­nej spra­wie.

Roz­pro­sto­wał zwi­niętą w ru­lon ga­zetę.

- Chcia­łem pani po­ka­zać pewne ogło­sze­nie. To pod wi­nietą.

"4-kla­sowa Pen­syja Żeń­ska z klasą przy­go­to­waw­czą i pen­sy­jo­na­tem... do­tąd Anny Za­bo­row­skiej...", prze­czy­tała Zo­fia, "...za­wia­da­mia ni­niej­szem Sza­now­nych Ro­dzi­ców i Opie­ku­nów, że za­pis uczen­nic tak przy­chod­nich, jak i miej­sco­wych, roz­pocz­nie się dnia 10 sierp­nia...".

Skoń­czył się maj, po­tem na­de­szło lato, ale mimo upły­wa­ją­cych ty­go­dni, sprawa pen­sji pani Za­bo­row­skiej za­miast przy­cich­nąć, za­ta­czała co­raz szer­sze kręgi. Do re­wi­zji do­łą­czyły prze­słu­cha­nia; na po­czątku czerwca Zo­fia sy­piała po cztery go­dziny na dobę, a gor­set sznu­ro­wała o dwa cale cia­śniej niż zimą.

W tym sa­mym cza­sie nikt na­wet nie zaj­rzał do miesz­ka­nia babki.

Jed­nak Zo­fia, po­mna słów Le­nar­to­wi­cza, chciała ode­brać książki. Babka od­mó­wiła.

- Zo­staw je - po­wie­działa, na­le­wa­jąc jej kie­li­szek wi­śnio­wej na­lewki "na nerwy". - Komu je te­raz od­dasz? Ja stara je­stem, to i nie­groźna. Niech cze­kają.

Za­brała więc je­dy­nie li­ryki Sło­wac­kiego, jej wła­sne, z de­dy­ka­cją od ojca.

Te­raz pod­nio­sła wzrok znad ga­zety.

- Dla­czego pan mi to po­ka­zuje?

- Ja­dłem wczo­raj obiad z po­rucz­ni­kiem Ni­ki­ti­nem. Znamy się jesz­cze z cza­sów mo­skiew­skich. Py­tał mnie, czy wró­ciła pani do zdro­wia. Cho­ro­wała pani?

Zo­fia nie­pew­nie po­krę­ciła głową i zło­żyła ga­zetę na pół, wy­gła­dza­jąc zmarsz­czony pa­pier.

- Wy­ra­ził rów­nież obawy, że ma pani jesz­cze ja­kieś wy­daw­nic­twa. I może ze­chce się nimi po­dzie­lić z prze­ło­żoną no­wej pen­sji. Panno Ja­wor­ska - Sta­ni­sław­ski od­cze­kał, aż na niego spoj­rzała - nie in­te­re­sują mnie pani za­szło­ści z wła­dzą, ale jesz­cze mie­siąc i bę­dzie pani miesz­kać w moim domu. - Zmie­rzył ją wzro­kiem. - Tam nie ma miej­sca na nic, co mo­głoby spro­wa­dzić kło­poty. Na nic. I na ni­kogo. Ro­zu­miemy się?

Róg ga­zety cią­gle od­sta­wał.

Rozdział 4

Sier­pień 1881

Sę­dzia śled­czy po­wiatu piotr­kow­skiego Piotr Fio­do­ro­wicz Ma­ri­now do­pi­jał po­ranną her­batę, kiedy skrzyp­nęły drzwi i w progu kuchni sta­nął Mar­cin Le­nar­to­wicz.

- Ty jesz­cze w domu?

- Mógł­bym za­py­tać o to samo - uśmiech­nął się Ma­ri­now.

Le­nar­to­wicz od­wie­sił kurtkę na opar­cie krze­sła i usiadł. Się­gnął po chleb.

- Chłopcy ro­bią swoje, jedna ga­lówka mi­nęła, ko­lejna za ty­dzień, po­zo­staje nad­zór - po­wie­dział, na­kła­da­jąc na ta­lerz kon­fi­turę ze śli­wek. - A od nad­zoru robi mi się nie­do­brze.

- Coś no­wego?

- Wręcz prze­ciw­nie. Znowu re­wi­zja u Za­bo­row­skiej.

Ma­ri­now od­sta­wił szklankę.

- Po­lic­maj­ster? Czy żan­dar­me­ria?

Pod­niósł się z krze­sła, cho­wa­jąc głowę w ra­mio­nach. Po paru ko­li­zjach z klo­szem lampy na­uczył się, że w tej przy­tul­nej, błysz­czą­cej mo­sią­dzem i kre­mo­wymi ka­flami kuchni po­wi­nien ra­czej sie­dzieć, niż stać.

- Dzięki Bogu tylko Mia­so­je­dow. Żan­dar­me­ria chwi­lowo od­pu­ściła.

- No to w czym pro­blem? Weź ze sobą tam­tej­szego re­wi­ro­wego i za­ła­twi­cie sprawę. - Ma­ri­now strzep­nął kurtkę od mun­duru i za­czął się ubie­rać. - Oni tam prze­cież wszy­scy opła­ceni.

Za­nim Le­nar­to­wicz od­po­wie­dział, znowu otwo­rzyły się drzwi. Naj­pierw zo­ba­czyli wi­kli­nowy kosz pe­łen wa­rzyw, a za­raz po­tem dzier­żącą ten kosz, ni­czym zdo­bycz wo­jenną, go­spo­dy­nię Maj­czy­kową.

- Świe­żut­kie! Bę­dzie ro­st­bef na ko­la­cję, jak tylko chło­pak od Szaji Ja­ku­bo­wi­cza mięso przy­nie­sie - oznaj­miła, od­sta­wia­jąc kosz na kre­dens. - A pa­no­wie mło­dzi to co? Do pracy się nie idzie?

- Idzie się, idzie, pani Maj­czy­kowa. - Le­nar­to­wicz otarł wąsy i wró­cił do prze­rwa­nego śnia­da­nia. - Do urzędu mam trzy mi­nuty.

- Pan Le­nar­to­wicz może i tak. - Maj­czy­kowa wzięła się pod boki. - Ale pan Ma­ri­now ma da­lej!

- Ależ ja już idę. Poza tym dzi­siaj późno wrócę, spo­ty­kam się z pro­ku­ra­to­rem. Pro­szę nie cze­kać na mnie z ko­la­cją.

Maj­czy­kowa za­sło­niła sobą drzwi.

- A tak, to nie można! Pan w ogóle o sie­bie nie dba!

Ką­tem oka Ma­ri­now zła­pał kpiący uśmiech Le­nar­to­wi­cza.

- Ja się z pro­ku­ra­to­rem w ho­telu Li­tew­skim spo­ty­kam...

- I pew­nie cy­gara pa­lić będą? - we­szła mu w słowo Maj­czy­kowa. - Pan nie wie, ja­kie to dla zdro­wia szko­dliwe?

- ...a to drewno, co je przed­wczo­raj przy­wieźli, to ja po­rą­bię za­raz ju­tro po pracy.

Burk­nęła coś pod no­sem, ale ku­rze łapki w ką­ci­kach jej oczu po­głę­biły się i twarz roz­ja­śnił uśmiech.

Po raz pierw­szy Ma­ri­now wziął się za rą­ba­nie drewna z przy­czyn re­kre­acyj­nych. Za­wsze lu­bił tę czyn­ność - mę­czyła go fi­zycz­nie, a jed­no­cze­śnie od­prę­żała i po­ma­gała od­go­nić przy­kre my­śli. To­też kiedy pew­nego wrze­śnio­wego dnia 1876 roku, nie­całe dwa mie­siące po przy­jeź­dzie do Piotr­kowa, zo­ba­czył w ogro­dzie stos do­piero co za­ku­pio­nego drewna, nie­wiele my­śląc, chwy­cił za sie­kierę.

Maj­czy­kowa nie­mal ze­mdlała na ten wi­dok.

- Boże ty mój! - Prze­że­gnała się za­ma­szy­ście. - Czego to ja do­ży­łam! Mo­skal mi w ogro­dzie drewno na opał rą­bie! Żeby to mój świę­tej pa­mięci mąż zo­ba­czył!

W tam­tym cza­sie Ma­ri­now pra­wie nie mó­wił po pol­sku, ale "Mo­skal", "ogród" i "drewno rą­bie" zro­zu­miał, na­to­miast resztę prze­tłu­ma­czył mu za­śmie­wa­jący się w ku­łak współ­lo­ka­tor, Mar­cin Le­nar­to­wicz.

Z cza­sem Ma­ri­now na­uczył się do­ce­niać te chwile, w któ­rych ba­riera na po­zór opa­dała. Ba­riera, która nie miała nic wspól­nego z po­cho­dze­niem spo­łecz­nym, za to na każ­dym kroku od­dzie­lała Po­la­ków od Ro­sjan i na­wet po la­tach ży­cia obok sie­bie rzadko do­pusz­czała wię­cej niż roz­mowy o ba­na­łach. Na dziury w chod­ni­kach głów­nych ulic mia­sta, na bez­pań­skie psy włó­czące się po placu Ma­ryj­skim i na brak zie­leni w mie­ście na­rze­kały bez wy­jątku wszyst­kie na­cje za­miesz­ku­jące Piotr­ków.

Do­cho­dziła za dzie­sięć druga, kiedy Ma­ri­now odło­żył pióro. Za­sty­głe po­wie­trze w po­koju za­czy­nało go przy­tła­czać. Ode­tchnął głę­biej i spoj­rzał na wciąż pię­trzący się na biurku stos po­li­cyj­nych pro­to­ko­łów z prze­słu­chań. Na­le­żało to wszystko jesz­cze po­spraw­dzać, pod­su­mo­wać, a wnio­ski wpro­wa­dzić do pro­to­kołu koń­co­wego, nie mó­wiąc już o kil­ku­na­stu ar­ku­szach jego wła­snych no­ta­tek, z każ­dym dniem co­raz trud­niej­szych do od­czy­ta­nia.

Wstał od biurka, roz­pro­sto­wu­jąc plecy. Po chwili wa­ha­nia prze­su­nął na bok roz­ro­śniętą pa­protkę i uchy­lił okno. Sier­pień był cie­pły, ale mo­kry i do­piero co trzy desz­czowe dni oczy­ściły po­wie­trze z ku­rzu i odoru koń­skiego mo­czu. Nie za­my­ka­jąc okna, pod­szedł do sa­mo­wara w rogu po­koju. Spraw­dził tem­pe­ra­turę wę­gli, usta­wił szklankę na spodku i się­gnął po im­bryk. Na chwilę po­zwo­lił so­bie za­po­mnieć o wszel­kich pro­to­ko­łach, ra­por­tach i wnio­skach. Ze szklanką her­baty w ręce od­wró­cił się do biurka i spoj­rzał na wielki por­tret cara Alek­san­dra III, wi­szący na­prze­ciw wej­ścia. Kiedy Ma­ri­now sie­dział przy biurku, nie mógł po­zbyć się wra­że­nia, że czuje wzrok cara na ple­cach.

Z po­przed­nim mo­nar­chą nie było ta­kiego pro­blemu. Spor­tre­to­wany z pro­filu trzy czwarte Alek­san­der II w za­my­śle­niu spo­glą­dał ku ulicy za oknem. Ale po za­ma­chu, w kwiet­niu czy maju, po­wie­szono na ścia­nie nowy ob­raz; od tam­tej pory kto­kol­wiek prze­kra­czał próg kan­ce­la­rii, sta­wał naj­pierw oko w oko z ca­rem, a do­piero po­tem z sę­dzią śled­czym.

Kiedy o pół do pią­tej Ma­ri­now opu­ścił kan­ce­la­rię, ską­pana w słońcu ulica Pe­ters­bur­ska wciąż cza­ro­wała cie­płem i po­zwa­lała za­po­mnieć, że lato 1881 roku po­woli, lecz nie­uchron­nie, zbli­żało się do końca.

Pod Ho­tel Li­tew­ski do­tarł krótko przed piątą. Zaj­rzał do re­stau­ra­cji, ale Or­łowa jesz­cze nie było, wo­bec czego po­sta­no­wił za­cze­kać na ze­wnątrz. Tuż obok ho­telu, w są­sied­niej ka­mie­nicy, mie­ścił się za­kład fo­to­gra­ficzny Dem­bic­kiego. Pod za­da­sze­niem wi­tryny pa­no­wał przy­jemny cień.

Ma­ri­now prze­su­wał wzro­kiem po usta­wio­nych w wi­try­nie zdję­ciach, ale jego my­śli co i raz wra­cały do zbli­ża­ją­cego się spo­tka­nia, a zwłasz­cza nie­ja­snej przy­czyny, dla któ­rej Or­łow przy­spie­szył je o ty­dzień. Za­uwa­żył jed­nak liczne por­trety ślubne na wy­sta­wie, fo­to­gra­fie ro­dzi­ców z dziećmi, żoł­nie­rzy w ga­lo­wych mun­du­rach. Zdą­żył po­my­śleć, że i on po­wi­nien od­wie­dzić ate­lier, kiedy jego uwagę przy­kuła fo­to­gra­fia w sa­mym rogu wi­tryny.

Głę­boki, rdza­wo­bru­na­tny od­cień se­pii.

Przy­stojna ko­bieta w ozdo­bio­nej ko­ronką sukni trzy­mała dłoń na opar­ciu wi­kli­no­wego fo­tela. W fo­telu zaś sie­dział męż­czy­zna, spor­tre­to­wany z le­wego pół­pro­filu.

Ko­biety na fo­to­gra­fii Ma­ri­now nie znał.

Męż­czy­zny miał na­dzieję już ni­gdy w ży­ciu nie oglą­dać.

W no­sie po­czuł dła­wiący za­pach mo­krego od desz­czu ja­śminu.

Tam­ten dzień i wie­czór.

Tamta biała, czerw­cowa noc.

Ktoś po­ło­żył rękę na jego ra­mie­niu i wy­rwał go z prze­szło­ści.

- Pio­trze Fio­do­ro­wi­czu, czy pan mnie w ogóle nie sły­szy?

Ma­ri­now od­wró­cił się od wi­tryny.

- Dzień do­bry - za­ka­słał. - Dzień do­bry.

Pro­ku­ra­tor Or­łow stuk­nął la­ską o bruk, po czym wy­cią­gnął szyję i zer­k­nął za plecy Ma­ri­nowa.

- Kogo pan tam wy­pa­trzył?

- Ni­kogo waż­nego.

Przez cały obiad pro­ku­ra­tor nie wy­da­wał się in­te­re­so­wać czym­kol­wiek in­nym niż przy­no­szo­nymi do stołu ko­lej­nymi da­niami. Le­dwo gdzieś mię­dzy pasz­te­ci­kami a creme de vo­la­ille au truf­fes11 za­dał kilka py­tań o naj­now­sze sprawy - pro forma, bo od­po­wie­dzi znał - po czym sku­pił się znowu na obie­dzie.

- Na­prawdę, wy­śmie­nite - po­wie­dział, od­kła­da­jąc sztućce. - Pan nie jest głodny?

Ma­ri­now spoj­rzał na pół­pełny ta­lerz. Na­wet nie czuł smaku.

Kiedy na stole nie zo­stało już nic poza pu­stymi pu­char­kami po lo­dach a la si­ci­lienne12 i fi­li­żan­kami po ka­wie, a Ma­ri­now uiścił pierw­szą część ra­chunku za ten wie­czór, obaj opu­ścili salę obia­dową i ru­szyli scho­dami ku pa­larni.

Pro­ku­ra­tor wy­brał fo­tele w da­le­kim końcu sali. Od­cze­kał, aż ob­sługa zo­stawi ich sa­mych, po czym za­głę­bił się w kar­cie z al­ko­ho­lami. Stu­dio­wał ją przez dłuż­szą chwilę, za­nim się ode­zwał.

- Reń­skie? A może ko­niak? - za­py­tał. - W nie­dzielę ba­wił u mnie sztab­ska­pi­tan Mel­cer.

Ad­iu­tant na­czel­nika żan­dar­me­rii by­wał u pro­ku­ra­tora re­gu­lar­nie, do tej pory jego wi­zyty nie były ni­czym nad­zwy­czaj­nym. Ma­ri­now zmu­sił się, by słu­chać.

- Dla mnie wę­gier­skie.

- A ja kau­ka­ski ko­nia­czek Smir­nowa - ob­wie­ścił Or­łow i odło­żył kartę na bok. - Bar­dzo ner­wowo u nich.

Po mar­co­wym za­ma­chu na Jego Im­pe­ra­tor­ską Wy­so­kość zmiany w III Od­dziale były kwe­stią czasu.

- Nad­cho­dzi nowe - do­dał. - I nie skoń­czy się na sa­mej żan­dar­me­rii, zwłasz­cza tu u nas.

Ma­ri­now kiw­nął głową. Rów­nież Le­nar­to­wicz ocze­ki­wał zmian i nie miał złu­dzeń, w którą stronę pójdą.

Wró­cił kel­ner z hu­mi­do­rem w rę­kach i po­li­tyczne roz­grywki ze­szły na boczny tor. Po­chy­lili się nad cy­ga­rami.

- Część urzęd­ni­ków chce wra­cać do kraju i za­bez­pie­czyć tyły - rzekł Or­łow, kiedy znów sie­dzieli w fo­te­lach, a po­wie­trze wo­kół nich za­pach­niało mięk­kim, kre­mo­wym orze­chem z do­mieszką ostrzej­szego pie­przu. - A pan?

Ma­ri­now po­woli wy­pu­ścił z ust dym.

- Ni­g­dzie się nie wy­bie­ram.

- Pan jak zwy­kle robi swoje. I to w panu lu­bię.

Dym z cy­gara zdą­żył za­trzeć się w po­wie­trzu. Wraz z nim tra­ciła ostrość fo­to­gra­fia.

Przy dru­giej lampce ko­niaku Or­łow zni­żył głos.

- Sę­dzia Łu­kin. Sły­szał pan już no­wo­ści?

Be­nia­min Kry­stia­no­wicz Łu­kin, sę­dzia śled­czy do po­ru­czeń spe­cjal­nych przy są­dzie okrę­go­wym, nie ukry­wał swo­ich am­bi­cji, przez co z de­fi­ni­cji za­gra­żał po­zy­cji Or­łowa i nie cie­szył się jego sym­pa­tią.

- Za­słu­żył so­bie na awans i od no­wego roku ma wró­cić do kraju. - Or­łow w ostat­niej chwili strzep­nął po­piół do po­piel­niczki. - I do­brze. Idź z Bo­giem, ale idź.

Wolną ręką znów się­gnął po ko­niak i po­pa­trzył na Ma­ri­nowa.

- Pre­zes sądu w ku­lu­arach roz­ma­wia o na­zwi­skach. A ja, za­nim mi tu ko­goś ob­cego spro­wa­dzą, za­pro­po­no­wa­łem pana.

Na tym sa­mym od­de­chu wy­mie­nił trzy­cy­frową kwotę, równą pra­wie po­ło­wie rocz­nej pen­sji sę­dziego śled­czego i wtedy do­piero pod­niósł lampkę z ko­nia­kiem do ust.

- Pół dla mnie, a pół dla na­czel­nika. I je­ste­śmy kwita.

Ma­ri­now słu­chał w mil­cze­niu. Sprawa była ja­sna, każda po­sada kosz­to­wała. Brak ła­pówki ozna­czałby, że stał się pion­kiem w ja­kichś nie­ja­snych roz­gryw­kach, co na dłuż­szą metę mo­gło źle się skoń­czyć. To na­to­miast była trans­ak­cja bez pod­tek­stów.

- Kim ma być na­stępca Łu­kina? - za­py­tał jesz­cze. - Peł­no­praw­nym sę­dzią jak on? Czy je­dy­nie peł­nią­cym obo­wiązki?

Który to już rok z rzędu omi­jano sę­dziow­ską nie­za­wi­słość, po­wo­łu­jąc w ich miej­sce de­le­ga­tów mi­ni­ster­stwa, w każ­dej chwili do od­wo­ła­nia?

- Mówi się o peł­no­praw­nym sę­dzi, choć de­cy­zje jesz­cze nie za­pa­dły.

Ma­ri­now wes­tchnął w du­chu. Nie skoń­czy się na po­ło­wie pen­sji.

- W ta­kim ra­zie da się coś zro­bić?

- Jak się da, to się zrobi - ro­ze­śmiał się Or­łow, a Ma­ri­now mu za­wtó­ro­wał, uda­jąc, że pierw­szy raz w ży­ciu sły­szy ten fra­zes.

- Przy­naj­mniej z jed­nej strony miał­bym spo­kój, na tyle panu ufam. Od in­nego wziął­bym wię­cej, ale inny by so­bie od­bił z na­wiązką. A pan na tym sta­no­wi­sku ma­jątku nie zrobi. Pan jest za uczciwy.

Ma­ri­now za­cią­gnął się cy­ga­rem, da­jąc so­bie czas na roz­wa­że­nie wąt­pli­wo­ści. Po­tem kiw­nął głową.

Droga po­wrotna z placu Ma­ryj­skiego na Ode­sską za­jęła mu pra­wie kwa­drans. Szedł po­woli, wy­bie­ra­jąc boczne uliczki, po­nure i le­dwo oświe­tlone. Kiedy po­czuł na twa­rzy chłodny po­wiew wia­tru, z głowy wy­pa­ro­wały mu resztki wina i cy­gar, a ich miej­sce za­jął na po­wrót Mi­ko­łaj Sta­ni­sław­ski. Lewy pro­fil. Za­wsze lewy. Na pra­wym ma bli­znę.

Do­cho­dziła za kwa­drans dzie­wiąta, kiedy po­pchnął drzwi w drew­nia­nej bra­mie domu Po­po­wskiego i wszedł na pię­tro. Le­nar­to­wi­cza za­stał we wspól­nym sa­lo­nie. Sie­dział w fo­telu z ga­zetą w jed­nej ręce i pa­pie­ro­sem w dru­giej, a przez sze­roko otwarte okno do środka wpa­dał wiatr i wy­wie­wał­za­pach ty­to­niu.

Wy­soka, smu­kła lampa naf­towa roz­świe­tlała pół­mrok let­niej nocy.

Na wi­dok Ma­ri­nowa Le­nar­to­wicz odło­żył ga­zetę.

- Do­bry wie­czór. Wciąż o wła­snych si­łach?

Ma­ri­now nie od­po­wie­dział. Pod­szedł pro­sto do barku i po­szu­kał wzro­kiem przy­ku­rzo­nej bu­telki pio­łu­nówki. Jego ręka za­drżała, gdy na­peł­niał kie­li­szek. Wy­chy­lił go jed­nym hau­stem.

- Pan pro­ku­ra­tor był w złym hu­mo­rze?

- Wręcz prze­ciw­nie. - Ma­ri­now skrzy­wił się i raz jesz­cze się­gnął po pio­łu­nówkę. - Na­lać ci?

- Nie trzeba. Ale nie prze­szka­dzaj so­bie.

Z kie­lisz­kiem w ręce Ma­ri­now usiadł w wol­nym fo­telu.

- No to co ci Or­łow po­wie­dział?

- Mam szanse na awans.

Pod­niósł kie­li­szek do ust, wy­pił i aż wzdry­gnął się od go­ry­czy pio­łunu.

- Chyba gdzieś za Ura­lem - par­sk­nął Le­nar­to­wicz i zdu­sił nie­do­pa­lo­nego pa­pie­rosa. - Wy­bacz. Wi­siel­cowi szu­bie­nica na my­śli. Co się stało?

Uśmie­chał się, ale Ma­ri­now do­sły­szał nie­po­kój w jego gło­sie.

- Po­dej­rze­wam, że Sta­ni­sław­ski mieszka gdzieś w oko­licy.

Le­nar­to­wicz zmru­żył oczy.

- Jak to Sta­ni­sław­ski? Twój szwa­gier?

Ma­ri­now prze­cze­sał dłońmi włosy.

- Ten sam - od­parł i w kilku sło­wach wy­ja­śnił, co wy­da­rzyło się po po­łu­dniu.

- Ale co on robi w Piotr­ko­wie?

- Skąd mam wie­dzieć? W sie­dem­dzie­sią­tym czwar­tym wy­je­chał do Mo­skwy i ślad po nim za­gi­nął.

1846-1874. Osiem cyfr wy­ry­tych w ja­sno­sza­rym ka­mie­niu. Ma­ri­now za­ci­snął po­wieki.

- Wcale nie mu­sisz tego ro­bić - stwier­dził Le­nar­to­wicz.

- Wiem. Nie mu­szę.

Się­gnął po od­rzu­coną przez Le­nar­to­wi­cza ga­zetę i roz­pro­sto­wał ją. Na pierw­szej stro­nie, za­raz pod wi­nietą, "Ty­dzień" anon­so­wał prze­pro­wadzkę do mia­sta dok­tora Ra­taj­skiego, a nieco ni­żej re­kla­mo­wali swoje usługi pe­wien ad­wo­kat z Pe­ters­burga i znana w oko­licy na­uczy­cielka mu­zyki. Sta­ni­sław­ski ani le­ka­rzem, ani ad­wo­ka­tem nie był, śpiewu nie uczył, pen­sji ani stan­cji nie pro­wa­dził...

Le­nar­to­wicz rów­nież pod­szedł do barku.

- Ta ko­bieta na fo­to­gra­fii - po­wie­dział, na­le­wa­jąc kie­li­szek ko­niaku. - Miał tu ja­kąś ro­dzinę? Z obcą so­bie zdję­cia nie ro­bił.

- Ow­szem, miał ciotkę. - Ma­ri­now za­wa­hał się. - Pa­mię­tasz może, kiedy ak­tu­ali­zują ewi­den­cję?

Le­nar­to­wicz pod­niósł kie­li­szek do świa­tła.

- Na te­re­nie mia­sta raz na kwar­tał. Je­śli ktoś spro­wa­dził się do końca czerwca, już po­winno być, ale je­śli w lipcu lub sierp­niu, to naj­wcze­śniej od paź­dzier­nika. Za­nim dane spłyną z po­wiatu, mija jesz­cze parę ty­go­dni.

- Paź­dzier­nik. To za długo.

- Je­śli w mie­ście są za­mel­do­wani ja­cyś Sta­ni­sław­scy, stój­kowi mogą roz­py­tać o szcze­góły dwor­ni­ków, ale to pra­wie lo­te­ria. No i za darmo tego nie zro­bią. Na­prawdę warto?

- Ja wiem, że nie warto.

11 Creme de vo­la­ille au truf­fes (franc.) - krem z kur­czaka z tru­flami.

12 A la si­ci­lienne (franc.) - po sy­cy­lij­sku.

Rozdział 5

Wi­zytę w ma­gi­stra­cie odło­żył do po­nie­działku. Je­śli już miał roz­grze­by­wać prze­szłość, którą z ta­kim za­cię­ciem wy­rzu­cał z pa­mięci przez ostat­nie lata, dwa dni opóź­nie­nia po­winny go je­dy­nie utwier­dzić w tym za­mia­rze.

Nie­dzielne przed­po­łu­dnie spę­dził w cer­kwi. Kiedy prze­stą­pił próg świą­tyni, więk­szą, niż za­zwy­czaj, uwagę po­świę­cił wier­nym; Sta­ni­sław­skiego wśród nich nie było. Może nie tylko jego mał­żeń­stwo, ale i pra­wo­sła­wie na­le­żało do prze­szło­ści. Po po­łu­dniu wy­brali się z Le­nar­to­wi­czem za mia­sto nad je­zioro Bu­gaj i zo­stali tam aż do wie­czora; tym sa­mym Ma­ri­now ko­lejny już raz nie po­ja­wił się u gu­ber­na­tora na co­nie­dziel­nym spo­tka­niu lo­kal­nej spo­łecz­no­ści ro­syj­skiej.

W so­botę zaś więk­szość czasu po­chło­nęły mu obo­wiązki za­wo­dowe. Do domu wró­cił do­piero przed siódmą, a wtedy zgod­nie z obiet­nicą za­ka­sał rę­kawy i za­jął się stertą drewna opa­ło­wego na po­dwó­rzu.

Rą­bał w za­pa­mię­ta­niu; na­ra­sta­jącą nie­cier­pli­wość ogni­sko­wał w sie­kie­rze, raz za ra­zem ude­rza­jąc w brzo­zowe pieńki. Sie­kiera nie­od­mien­nie tra­fiała za dru­gim i trze­cim ra­zem we wła­ściwe miej­sce, czy­sto roz­łu­pane po­lana spa­dały z pnia w rów­nym ryt­mie.

W po­wie­trzu uno­sił się za­pach świeżo rą­ba­nego drewna, przy­jem­nie wier­cił w no­sie i przy­wo­ły­wał ob­razy sprzed nie­mal dwu­dzie­stu lat, bez­tro­skie let­nie wa­ka­cje na da­czy wuja Ku­rowa. Tam pierw­szy raz Ma­ri­now wziął do ręki sie­kierę. Ile mógł mieć lat, trzy­na­ście, czter­na­ście? W każ­dym ra­zie nie mniej niż dwa­na­ście, bo matka już nie żyła. Zresztą nikt roz­sądny młod­szemu chłopcu, wy­cho­wa­nemu w mie­ście, sie­kiery do ręki by nie dał. Na­wet wtedy ciotka opo­no­wała, ale wuj Dy­mitr ufał w roz­są­dek Ma­ri­nowa: "Chło­pak jest w go­rą­cej wo­dzie ką­pany, nosi go, to niech zrobi coś po­ży­tecz­nego. A ka­ta­strofy nie spo­wo­duje, bo my­śli szyb­ciej, niż ma­cha sie­kierą".

Wie­czo­rami wuj za­bie­rał go do bani miesz­czą­cej się w nie­wiel­kim drew­nia­nym bu­dynku na ty­łach domu. Po­wie­trze prze­sy­cone było za­pa­chem ży­wicy i so­sno­wego drewna, cięż­kie, ka­piące od wil­goci. Syk wody wy­le­wa­nej na roz­grzane ka­mie­nie, cię­żar roz­le­ni­wio­nego ciała, sma­ga­nego go­rą­cymi ude­rze­niami pary. To u Ku­ro­wów Ma­ri­now zro­zu­miał, że wy­pa­rzyć można nie tylko ciało, ale i du­szę.

W Pe­ters­burgu kilka razy wy­brał się do bani ze Sta­ni­sław­skim. Krótko po ślu­bie Soni, kiedy jesz­cze od­wie­dzali się bez za­pro­sze­nia, a Sta­ni­sław­ski bu­dził w nim sym­pa­tię i sza­cu­nek.

Ma­ri­now po­ło­żył na pniu ko­lejny ka­wał drewna i uniósł sie­kierę, po czym spu­ścił ją z im­pe­tem. Ostrze wbiło się nie­mal do po­łowy w brzo­zowe bier­wiono. Sza­cu­nek? Sie­kiera znów po­wę­dro­wała w górę. Sym­pa­tia? Z głu­chym ude­rze­niem me­talu o drewno bier­wiono roz­pa­dło się na dwie czę­ści.

Po­wie­trze w biu­rze działu ewi­den­cji było su­che od ku­rzu i prze­siąk­nięte za­pa­chem sta­rego pa­pieru. Ma­ri­now kich­nął. Nie zdą­żył jed­nak ani prze­pro­sić, ani na­wet wy­ja­śnić, w ja­kiej spra­wie przy­cho­dzi, bo urzęd­nik działu już wy­cią­gał ku niemu ar­kusz za­dru­ko­wa­nego pa­pieru.

- Pro­szę wy­peł­nić wnio­sek o kwe­rendę - po­wie­dział, się­ga­jąc jed­no­cze­śnie po pince-nez13, przy­pięte na łań­cuszku do kie­szeni sur­duta. Umie­ścił je na no­sie, po czym spoj­rzał na em­ble­mat mi­ni­ster­stwa spra­wie­dli­wo­ści na mun­du­rze Ma­ri­nowa. - Pan tu jest służ­bowo?

- Pry­wat­nie. Żad­nych pism, żad­nych no­tek.

Wnio­sek nie wy­da­wał się skom­pli­ko­wa­nym, więc Ma­ri­now za­czął szybko pi­sać, ale już po czte­rech li­nij­kach za­wa­hał się. "Cel kwe­rendy", prze­czy­tał i za­pa­trzył się w pa­pier. Pióro za­wi­sło w po­wie­trzu.

- Pro­szę pa­mię­tać, że wnio­ski przyj­mu­jemy tylko w ję­zyku ro­syj­skim - rzekł urzęd­nik.

Ma­ri­now pod­niósł wzrok.

- To chyba oczy­wi­ste?

- Nie dla każ­dego, pa­nie sę­dzio.

W gło­wie Ma­ri­nowa po­ja­wiła się bluź­nier­cza myśl, że rów­nie do­brze mógłby ten wnio­sek wy­peł­nić po chiń­sku, bo i tak nikt go ni­gdy nie prze­czyta. Osta­tecz­nie w ru­brykę "Cel kwe­rendy" wpi­sał "pry­watny", po czym zło­żył pod­pis i od­dał for­mu­larz.

- Bar­dzo do­brze. - Urzęd­nik scho­wał wnio­sek do teczki peł­nej po­dob­nych for­mu­la­rzy, nie po­świę­ca­jąc mu na­wet se­kundy uwagi. - Księgę do wglądu do­sta­nie pan - spoj­rzał na ka­len­darz - w po­nie­dzia­łek za ty­dzień. Od ósmej rano.

- Dla­czego tak długo?

- Bo pana ter­min jest za ty­dzień.

Ma­ri­now się­gnął po pu­gi­la­res. Kto pła­cił, ten i za­ma­wiał mu­zykę.

Za­sko­czyła go wiel­kość i cię­żar wo­lu­minu, który przed nim le­żał. Swo­bod­nie pod­nieść mógł go tylko dwiema rę­kami. Urzęd­nik wy­co­fał się do są­sied­niego po­miesz­cze­nia, skąd za­raz wró­cił, nio­sąc całe na­rę­cze po­je­dyn­czych ar­ku­szy pa­pieru.

- To jest... od któ­rego roku? - za­py­tał Ma­ri­now, do­ty­ka­jąc ostroż­nie pal­cem wy­tar­tej miej­scami oprawy z gę­sto ple­cio­nego płótna. Rogi księgi wzmoc­niono kie­dyś me­ta­lem, te­raz już za­śnie­dzia­łym.

- Od po­czątku.

- Jak od po­czątku?

- Od wpro­wa­dze­nia ksiąg lud­no­ści sta­łej i nie­sta­łej - uści­ślił urzęd­nik. - To zna­czy, od mniej wię­cej dwu­dzie­stu lat, ale znaj­dzie pan tam in­for­ma­cje o oso­bach uro­dzo­nych na­wet z po­czątku wieku.

Ma­ri­now bez słowa otwo­rzył księgę na pierw­szej wy­peł­nio­nej stro­nie. Jego oczom uka­zała się schludna ta­belka z na­głów­kiem. Ulica, nu­mer domu. Na­zwi­sko i imię, data uro­dze­nia. Za­wód. Re­la­cja do głów­nego lo­ka­tora miesz­ka­nia lub domu. Data mel­dunku, wy­mel­do­wa­nie. Po­ni­żej zaś ciąg wpi­sów, li­nijka pod li­nijką, miej­scami dużo mniej schlud­nych niż dru­ko­wany na­głó­wek. Czło­wiek za czło­wie­kiem, dom za do­mem. Ma­ri­now przej­rzał po­bież­nie kil­ka­na­ście ko­lej­nych stron, po­dob­nie za­pi­sa­nych, a z każ­dym za­pi­sem na­ra­stało w nim nie­do­bre prze­czu­cie.

- To jest al­fa­be­tycz­nie, po na­zwi­sku? - Jesz­cze chwy­tał się resz­tek na­dziei, choć wie­dział, jaka jest od­po­wiedź.

Urzęd­nik po­krę­cił głową.

- To jest do­mami. Naj­pierw Piotr­ków, po­tem gminy. A poza tym są jesz­cze osobne księgi dla po­je­dyn­czych do­mów, bar­dziej szcze­gó­łowe.

I tak od dwu­dzie­stu lat? Ma­ri­now stłu­mił prze­kleń­stwo, jed­no­cze­śnie za­sta­na­wia­jąc się, co zro­bić. Nie miał szans, by prze­czy­tać ca­łość w roz­sąd­nym cza­sie.

Za­mknął księgę lud­no­ści sta­łej i przy­su­nął bli­żej luźne ar­ku­sze.

- A to co? Po­wiat za ostatni kwar­tał?

- Nie, nie. Ostatni kwar­tał, to zna­czy do czerwca, jest już w księ­dze. Te ar­ku­sze to li­piec i sier­pień, ale nie wszyst­kie. Tylko te, które do tej pory przy­słano.

W tym mo­men­cie Ma­ri­nowa olśniło.

- Ma pan jesz­cze ar­ku­sze z po­przed­niego kwar­tału? Albo sze­rzej, od stycz­nia? Bo my­ślę, że osoba, któ­rej szu­kam, nie spro­wa­dziła się w te strony wcze­śniej niż w tym roku.

Szu­kał od końca i po­woli, ha­mu­jąc na­ra­sta­jącą nie­cier­pli­wość. Nie mógł ni­czego prze­oczyć. Pierw­szego Sta­ni­sław­skiego zna­lazł po trzech kwa­dran­sach, na ar­ku­szu z końca czerwca. Był to Leon Sta­ni­sław­ski, czter­na­sto­letni chło­piec, który prze­pro­wa­dził się z pro­win­cji do wuja w Piotr­ko­wie z za­mia­rem pod­ję­cia na­uki w tu­tej­szym gim­na­zjum rzą­do­wym. O tym, że bę­dzie to za­ra­zem ostatni Sta­ni­sław­ski, Ma­ri­now do­wie­dział się do­piero pół­to­rej go­dziny póź­niej, kiedy z po­czu­ciem po­rażki odło­żył na bok ostatni ar­kusz ze stycz­nia.

- Nic z tego, nie­stety - po­wie­dział, że­gna­jąc się z urzęd­ni­kiem.

- Będę miał na oku nowo przy­cho­dzące wpisy. - Dłoń urzęd­nika mu­snęła kie­szeń, w któ­rej znik­nęły dwa ru­ble sre­brem. - Gdyby po­ja­wił się ja­kiś Sta­ni­sław­ski w sto­sow­nym wieku, od razu dam panu znać do kan­ce­la­rii.

Ma­ri­now po­że­gnał się i opu­ścił ma­gi­strat.

Scho­dząc po scho­dach, zer­k­nął na ze­ga­rek; mi­nęło wpraw­dzie pół do szó­stej, ale gdyby się po­spie­szył, po­wi­nien zła­pać ko­goś u fo­to­grafa Dem­bic­kiego jesz­cze dzi­siaj.

Kiedy prze­kro­czył próg za­kładu, po­miesz­cze­nie wy­peł­nił me­lo­dyjny dźwięk dzwonka. Roz­brzmie­wał w po­wie­trzu, naj­pierw do­no­śny, z cza­sem co­raz słab­szy, aż wresz­cie roz­pro­szył się i ucichł.

- Chwi­leczkę, pro­szę po­cze­kać! - za­wo­łał ktoś zza ko­tary w głębi po­miesz­cze­nia.

Lampa na biurku przy oknie pa­liła się czy­stym pło­mie­niem i w jej świe­tle Ma­ri­now za­uwa­żył gruby ka­jet. Tam mógłby zna­leźć po­trzebne in­for­ma­cje, wo­lał jed­nak po­roz­ma­wiać z fo­to­gra­fem. Cze­ka­jąc, przyj­rzał się za to zdję­ciom roz­wie­szo­nym na ścia­nach za­kładu, ale nie do­strzegł wśród nich in­nego por­tretu Sta­ni­sław­skiego.

Wresz­cie ko­tara ate­lier od­su­nęła się i do po­miesz­cze­nia wszedł męż­czy­zna z pu­dłem szkla­nych płyt w rę­kach.

- Naj­moc­niej prze­pra­szam, do­bry wie­czór panu - po­wie­dział, od­sta­wia­jąc płyty na biurko. Otrze­pał poły sur­duta i spoj­rzał na Ma­ri­nowa. - Przy­kro mi, że mu­siał pan cze­kać, ale w za­sa­dzie już za­my­kam na dziś i...

- To nie zaj­mie wiele czasu.

Uprzejmy uśmiech fo­to­grafa znikł.

Nie­ty­powa go­dzina wi­zyty, urzę­dowy mun­dur, a do tego ślad ro­syj­skiego ak­centu, któ­rego Ma­ri­now nie po­tra­fił się po­zbyć. Nie­za­wodny spo­sób, by zra­zić czło­wieka.

- Czy mam przy­jem­ność z pa­nem Dem­bic­kim?

Dem­bicki, nie spusz­cza­jąc Ma­ri­nowa z oczu, ski­nął głową.

- Za­uwa­ży­łem w pań­skiej wi­try­nie zdję­cie i mam wra­że­nie, że roz­po­zna­łem mo­jego daw­nego... zna­jo­mego - rzekł Ma­ri­now, sta­ra­jąc się przy tym za­cho­wać rze­czowy ton głosu.

- Pana zna­jomy? Na zdję­ciu?

- Nie wi­dzie­li­śmy się po­nad sześć lat. Chcia­łem się upew­nić, czy to on.

- Prze­cież to pana zna­jomy. Ja mam to panu po­wie­dzieć?

- Ten pan całe lata ba­wił w Mo­skwie. Nie są­dzi­łem, że mógł­bym go spo­tkać w Piotr­ko­wie.

W zu­peł­nej ci­szy mie­rzyli się wzro­kiem.

- Czego pan ode mnie ocze­kuje?

- Chciał­bym wie­dzieć, kiedy wy­ko­nano to zdję­cie. In­te­re­suje mnie rów­nież ad­res, je­śli po­dał.

- Sza­nu­jemy pry­wat­ność na­szych klien­tów. - Dem­bicki po­gła­dził dło­nią brodę. - Mu­szę panu od­mó­wić.

Ma­ri­now wy­czuł wyż­szość w jego gło­sie. Za­ci­snął szczęki.

- Nie chcę od pana na­zwi­ska, bo je do­sko­nale znam.

- Skoro pan wie, kto to jest, to może pan resztę spraw­dzić sam. - Dem­bicki za­wie­sił wzrok na jego mun­du­rze.

- Nie mam w zwy­czaju nad­uży­wać po­zy­cji służ­bo­wej do ce­lów oso­bi­stych - od­parł Ma­ri­now, świa­dom, że nieco mija się z prawdą. - Chwali się, że tak pan dba o pry­wat­ność klien­tów, ale ten pan nie miał nic prze­ciw usta­wie­niu fo­to­gra­fii na wy­sta­wie, prawda?

- Co nie zna­czy, że po­zwo­lił mi in­for­mo­wać każ­dego, kto za­pyta o jego miej­sce po­bytu. A poza tym, skoro to pań­ski zna­jomy, to chyba może pan na­wią­zać z nim kon­takt przez wspól­nych przy­ja­ciół?

Ma­ri­no­wem w środku aż za­trzę­sło.

- Pan Sta­ni­sław­ski był nie­gdyś mę­żem mo­jej sio­stry. Nie za­mie­rzam na­wią­zy­wać z nim kon­taktu - po­wie­dział lo­do­wa­tym to­nem. - Py­tam o datę fo­to­gra­fii. I ad­res. To wszystko.

Ci­sza, która za­pa­dła po jego sło­wach, trwała do­bre pięć se­kund, a po­tem Dem­bicki pod­szedł do wi­tryny i jed­nym ru­chem się­gnął po zdję­cie w rogu.

- O tej pan mówi?

Ma­ri­now bez słowa wy­cią­gnął rękę i za­ci­snął palce na wą­skiej, zło­co­nej ramce.

Sta­ni­sław­ski, je­de­na­ście lat młod­szy. Wy­soki, dumny, jakby cze­kał me­dalu. U jego boku drobna, ciem­no­włosa ko­bieta o wy­so­kich ko­ściach po­licz­ko­wych i czar­nych oczach w kształ­cie mig­da­łów. Tak nie­po­do­bna do Ma­ri­nowa, że aż nie­moż­liwe, by była jego ro­dzoną sio­strą. Sta­ni­sław­ski we fraku, So­nia w błę­kit­nej sukni, w ich dło­niach za­pa­lone świece. Jako je­dyny brat był też świad­kiem. Trzy­mał ko­ronę nad jej głową. To przez niego, to on wła­snymi rę­kami... I ten przej­mu­jący śpiew chóru cer­kiew­nego, za­kli­na­jący przy­szłość sło­wami wiary, na­dziei i mi­ło­ści.

I wszystko na nic.

- Tak, o tej wła­śnie - po­wie­dział bez­barw­nym gło­sem, od­da­jąc zdję­cie. - Ro­zu­miem, że pan Sta­ni­sław­ski nie jest panu obcy.

Dem­bicki za­czerp­nął po­wie­trza, po czym się­gnął po lampę. Wolną ręką wska­zał fo­tele w prze­ciw­le­głym ką­cie po­miesz­cze­nia.

- Po­roz­ma­wiajmy.

- Ja się panu nie przed­sta­wi­łem - rzekł Ma­ri­now, za­nim usiadł. - Na­zy­wam się Piotr Ma­ri­now.

Dem­bicki ski­nął głową.

- An­toni Dem­bicki. - Po­sta­wił lampę na okrą­głym sto­liku, po czym za­jął drugi fo­tel. - Tu cho­dzi o moją sio­strze­nicę.

- Pani na zdję­ciu to pań­ska sio­strze­nica?

Duża róż­nica wieku mię­dzy ro­dzeń­stwem. An­toni Dem­bicki nie mógł być star­szy od ko­biety z fo­to­gra­fii o wię­cej niż dzie­sięć lat.

- Nie, skądże. - Dem­bicki po­krę­cił głową. - Na zdję­ciu jest pani Wil­kow­ska. Moja sio­strze­nica uczy jej córkę.

Wil­kow­ska. To na­zwi­sko Ma­ri­now ko­ja­rzył. Pani Wil­kow­ska już od kilku lat pro­wa­dziła in­te­resy świę­tej pa­mięci męża i ku zgor­sze­niu czę­ści to­wa­rzy­stwa do­brze jej to szło.

- Pani Alek­san­drowa Wil­kow­ska?

- Te­raz już Sta­ni­sław­ska. Zo­sia, ta moja sio­strze­nica, mó­wiła, że w tym ty­go­dniu wra­cają z po­dróży po­ślub­nej.

Pło­mień pod klo­szem lampy drżał.

- Ja naj­moc­niej prze­pra­szam, ale czy do­brze zro­zu­mia­łem? Pan Sta­ni­sław­ski... on roz­wiódł się z pana sio­strą?

- Nie było roz­wodu. Moja sio­stra nie żyje.

- Och. - Dem­bicki po­ru­szył się. - Ogrom­nie mi przy­kro.

Ma­ri­now wziął głę­boki od­dech. Drugi. Jesz­cze je­den.

- Niech mi pan po­wie, gdzie on mieszka.

- Wy­na­jął ma­ją­tek o na­zwie Mi­licz. Dwie wior­sty od Go­mu­lina. Na pewno pan trafi.

- Ja nie za­mie­rzam tam jeź­dzić. Chcia­łem - za­wa­hał się - chcia­łem wie­dzieć. Dzię­kuję.

Dem­bicki utkwił wzrok w swo­ich dło­niach.

- Je­stem w roz­terce. Zo­sia po­trze­buje pie­nię­dzy, po tym jak pen­sja pani Za... - urwał w pół słowa. - Nie chciał­bym jej za­bra­niać tej pracy. Nie­mniej, ho­nor... ro­zu­mie pan?

Ma­ri­now drgnął.

- Mój szwa­gier nie stro­nił od to­wa­rzy­stwa pań. Jed­nak trzy­mał się swo­jej sfery. Gu­wer­nantka... Nie, pro­szę nie prze­ry­wać, pań­skie po­cho­dze­nie nie ma tu nic do rze­czy. Gu­wer­nantka w jego oczach bę­dzie za­wsze na­le­żeć do per­so­nelu.

13 Pince-nez (franc.) - bi­no­kle.

Rozdział 6

Sier­pień 1881, Mi­licz

Kiedy Zo­fia przy­je­chała do Mi­li­cza, wy­na­jęty przez Wil­kow­skich fur­man po­mógł jej zejść z wozu i wniósł ba­gaże do środka, ale po­tem po­pra­wił czapkę na gło­wie, za­ciął ko­nia ba­tem i od­je­chał. Zo­stała sama w nie­mal po­zba­wio­nym dzien­nego świa­tła holu. Stała, spo­glą­da­jąc na przy­mknięte drzwi po­ko­jów i na dwu­bie­gowe schody, a wo­kół niej pa­no­wała ci­sza. Tak jakby dom był pu­sty.

Prze­mo­gła się i po­de­szła do naj­bliż­szych drzwi. Białe, lite drewno. Za­pu­kała, od­cze­kała kilka se­kund, po czym na­ci­snęła klamkę. Drzwi otwo­rzyły się na sa­lon, wciąż nie w pełni ume­blo­wany. Więk­szość sprzę­tów przy­kry­wały po­krowce, na pod­ło­dze nie było dy­wanu, a pod prze­ciw­le­głą ścianą stało rzę­dem kilka ob­ra­zów cze­ka­ją­cych, aż ktoś po­wiesi je na ścia­nach.

Wil­kow­scy wie­dzieli, że miała przy­je­chać. Gdzie więc byli?

Z nie­przy­jem­nym uczu­ciem za­gu­bie­nia wy­co­fała się z sa­lonu.

Wtedy skrzyp­nęły inne drzwi, po­cząt­kowo ich nie za­uwa­żyła. Ukryte czę­ściowo za scho­dami, mu­siały pro­wa­dzić na tyły domu. Na wi­dok czar­nej su­kienki i bia­łego far­tu­cha po­ko­jówki po­czuła ulgę, drobny ele­ment rze­czy­wi­sto­ści był na swoim miej­scu.

- Panna Ja­wor­ska?

Zo­fia ski­nęła głową.

- Spo­dzie­wa­łam się za­stać tu pań­stwa Wil­kow­skich. Nie ma ich?

- Pan Jan po­je­chał do mia­steczka, ra­zem z za­rządcą. A pani Wil­kow­ska wcze­śniej wy­je­chała do Piotr­kowa, skoro dzi­siaj pani zaj­mie się pa­nienką. - Po­ko­jówka po­de­szła do ba­gaży Zo­fii. - Za­niosę na pię­tro.

Gdzieś nad ich gło­wami trza­snęły drzwi i na pię­trze roz­le­gły się kroki. Zo­fia spoj­rzała w górę w chwili, kiedy Ba­sia wy­chy­liła się zza ba­lu­strady scho­dów.

- Panna Zo­sia! - za­wo­łała i prze­ska­ku­jąc po dwa stop­nie, zbie­gła na dół. - To ja po­każę pani cały dom!

Wy­cho­wana w mie­ście Zo­fia prze­my­kała z po­koju do po­koju, onie­śmie­lona prze­strze­nią. Par­ter po le­wej stro­nie holu zaj­mo­wały ja­dal­nia i po­kój kre­den­sowy, po­łą­czony wą­skim przej­ściem z kuch­nią. Tę część domu, a zwłasz­cza za­ka­marki kre­densu, Ba­sia zdą­żyła już po­znać, w prze­ci­wień­stwie do po­ło­żo­nych z dru­giej strony ko­ry­ta­rza sa­lonu i bi­blio­teki.

- W bi­blio­tece mo­żemy się uczyć, ale tam nie ma jesz­cze żad­nych ksią­żek - skrzy­wiła się. - A w sa­lo­nie wie­czo­rem sie­dzi ciotka Pau­lina i trzeba być ci­cho.

Nie po­świę­ca­jąc obu po­miesz­cze­niom wię­cej uwagi, ru­szyła na pię­tro.

Zo­fia za­trzy­mała się przy drzwiach bi­blio­teki, miała ochotę zaj­rzeć do środka, ale Ba­sia była już w po­ło­wie scho­dów.

- Tu­taj jest pani po­kój, panno Zo­siu! Na­prze­ciwko mo­jego!

Po­koik Basi, wci­śnięty mię­dzy sy­pial­nię pań­stwa Sta­ni­sław­skich i mniej­szy z dwóch po­koi go­ścin­nych, miał duże okno, wy­cho­dzące na tyły ma­jątku. Zo­fia wyj­rzała na ze­wnątrz. Po­dwó­rze, ofi­cyna, sze­reg za­bu­do­wań go­spo­dar­czych, a ka­wa­łek da­lej kilka sta­rych drzew o gru­bych ko­na­rach. Wy­obra­ziła so­bie, jak sie­dzi w ich cie­niu i może coś szki­cuje, a może po pro­stu czyta. Po­wie­trze za­pach­niało li­po­wym mio­dem.

Z roz­ma­rze­nia wy­rwał ją głos Basi.

- Coś pani po­każę. - Ukuc­nęła przy łóżku.

Unio­sła się­ga­jącą ziemi na­rzutę, wy­su­nęła spod łóżka drew­nianą skrzynkę z po­krywą i wy­jęła z niej ob­raz wiel­ko­ści szkol­nego ka­jetu.

- Ha­gia So­fia - prze­czy­tała, prze­su­wa­jąc pal­cem po ro­syj­skich li­te­rach. - Co to zna­czy "ha­gia"?

- Święta. - Zo­fia spoj­rzała na ob­raz. Pra­wo­sławna ikona. - Skąd to masz? Za­bra­łaś panu Sta­ni­sław­skiemu?

Ba­sia kiw­nęła głową.

- Jak można tak bez py­ta­nia?

- Nie zdję­łam ze ściany, stał na ko­mo­dzie w sy­pialni. Panno Zo­siu, czy to jest pani pa­tronka?

- Tak - od­parła Zo­fia, my­ślami da­leko od świę­tej mę­czen­nicy.

Nie li­cząc po­rucz­nika Ni­ki­tina, ro­syj­skie po­wią­za­nia pana Sta­ni­sław­skiego do tej pory po­zo­stały da­le­kie i nie­wy­raźne. Zo­fia do­tknęła zło­tego tła ikony. Z pra­wo­sła­wiem sty­kała się cza­sem, kie­dyś w pro­gim­na­zjum, po­tem w do­mach nie­licz­nych ro­syj­skich ko­le­ża­nek. Czy pani Eu­ge­nia za­mie­rzała ochrzcić się w cer­kwi? Ta myśl bu­dziła w Zo­fii nie tyle opór, co bez­radny nie­po­kój. Co bę­dzie z Ba­sią?

- Obok świę­tej Zo­fii są trzy dziew­czynki w au­re­olach. Kto to?

Zo­fia otrzą­snęła się.

- Jej córki. Wiara, Na­dzieja i Mi­łość - od­parła, mo­dląc się w du­chu, by nie pa­dły py­ta­nia o los dziew­czy­nek. - Święta Zo­fia jest pa­tronką lu­dzi mą­drych.

Ba­sia wpa­try­wała się w po­staci świę­tych.

- A Bar­bara chroni od po­żaru i bu­rzy - po­wie­działa, nie pod­no­sząc wzroku. - Ja wolę świę­tego Jó­zefa.

Serce Zo­fii za­biło moc­niej. Prze­czu­wała, do czego Ba­sia zmie­rza.

- On... ma pani oj­czyma, panno Zo­siu?

- Nie. Nie mam.

W ty­go­dniach przed ślu­bem matki Ba­sia nie­wiele słów po­świę­ciła panu Sta­ni­sław­skiemu. Dużo bar­dziej in­te­re­so­wała ją prze­pro­wadzka do Mi­li­cza, obiet­nica na­uki kon­nej jazdy, a po­tem nowa su­kienka, za­mó­wiona u kraw­co­wej spe­cjal­nie na uro­czy­stość. Kiedy zaś Sta­ni­sław­scy wy­je­chali w po­dróż po­ślubną, Ba­sia jesz­cze przez dwa ty­go­dnie opo­wia­dała o ślub­nych ko­ro­nach nad ich gło­wami, spro­wa­dza­jąc na sie­bie gniew ciotki Wil­kow­skiej.

- Jaś mówi, że to le­piej, bo mama bę­dzie mieć wię­cej czasu - cią­gnęła wyż­szym niż zwy­kle gło­sem Ba­sia. - No i mam pa­nią.

Zo­fia za­ci­snęła po­wieki.

Pod nad­zo­rem ro­dziny Wil­kow­skich Mi­licz za­mie­niał się w dom pe­łen dy­wa­nów, ob­ra­zów, sto­łów i szaf. Przy­by­wało ich z dnia na dzień, wy­peł­niały ko­lejne po­koje, ale choć do­brze znane, w ob­cych ścia­nach mu­siały od nowa szu­kać so­bie miej­sca.

Mimo to z per­spek­tywy dni ten pierw­szy wie­czór był naj­ła­twiej­szy, cho­ciaż nie zna­la­zła wów­czas szcze­rych słów otu­chy dla Basi. Pan Sta­ni­sław­ski mógł się oka­zać wy­ro­zu­mia­łym oj­czy­mem, ale z tyłu głowy Zo­fia wciąż sły­szała opo­wieść wuja An­to­niego.

Nie­mniej jed­nak pierw­szego wie­czora mu­siała po­ło­żyć Ba­się spać, a po­tem roz­pa­ko­wać swój do­by­tek. Ubra­nia, książki, farby, kredki. Nie było tego wiele. Ko­sme­tyki scho­wała do szafki pod umy­wal­nią. Sło­iczek kremu, lo­tion z ału­nem, ry­żowy pu­der, szam­pon do wło­sów i ka­wa­łek my­dła z kwia­tów ta­trzań­skich - to wszystko nie za­jęło na­wet jed­nej półki. Dłu­żej trzy­mała w dłoni bu­te­leczkę lau­da­num14. Wciąż w po­ło­wie pełna, po­mimo że w ostat­nich mie­sią­cach nie­raz mu­siała z niej ko­rzy­stać. Po chwili na­my­słu scho­wała bu­te­leczkę w szafce obok lu­stra. Prze­krę­ciła klucz.

Po­tem spoj­rzała na pu­stą ścianę przy łóżku i po­chy­liła się nad wa­lizką. Z bocz­nej kie­szeni wy­jęła cztery ob­razki swo­jego au­tor­stwa; wszyst­kie przed­sta­wiały ulice Piotr­kowa. W wol­nej chwili po­wiesi je na ścia­nie, będą przy­po­mi­nać o ma­rze­niach. Daw­nych, nie­roz­sąd­nych i wciąż nie do końca za­po­mnia­nych.

Znów się­gnęła do kie­szeni wa­lizki.

Cienka książka w ob­wo­lu­cie z sza­rego pa­pieru. Spo­mię­dzy kar­tek wy­su­nęła się fo­to­gra­fia. Oj­ciec, mama i ona, nie­wiele star­sza od Basi. Jej trzy­na­stych uro­dzin tata nie do­żył. Fo­to­gra­fię oparła o por­ce­la­nowy wa­zo­nik, przy książce za­wa­hała się. Stare wy­da­nie li­ry­ków Sło­wac­kiego. Le­piej, by na­wet przy­pad­kiem nie wpa­dły ko­muś w ręce. Z nie­ja­snym po­czu­ciem, że zdra­dza pa­mięć ojca, wsu­nęła to­mik pod ma­te­rac.

W ko­lejne wie­czory, kiedy Ba­sia spała, Zo­fia pró­bo­wała oswoić dom. Scho­dziła na par­ter, za­glą­dała do urzą­dzo­nego już sa­lonu, do bi­blio­teki z pół­kami bez ksią­żek. Sia­dała przy pia­ni­nie i uno­siła po­krywę, ale jej dło­nie nie­ru­cho­miały nad kla­wia­turą. Sły­szała swój od­dech, bi­cie swo­jego serca, echo wła­snych kro­ków i nie mo­gła po­zbyć się wra­że­nia, że spa­ce­ruje po domku dla la­lek.

Z cięż­kim ser­cem szła do po­koju kre­den­so­wego, przy­no­siła so­bie szklankę her­baty i przy lam­pie naf­to­wej do póź­nej nocy ko­lo­ro­wała fo­to­gra­fie. Wuj An­toni pła­cił po sie­dem­dzie­siąt ko­pie­jek od sztuki.

Kiedy przy ostat­nim spo­tka­niu pró­bo­wał uczu­lić ją na za­gro­że­nia czy­ha­jące ze strony pa­nów domu, zro­zu­miała za­wo­alo­wane uwagi, choć wuj klu­czył i pró­bo­wał wię­cej prze­mil­czeć, niż po­wie­dzieć. Dużo bar­dziej jed­nak nie­po­koił ją po­rucz­nik Ni­ki­tin.

Jesz­cze trzy dni do po­wrotu pań­stwa Sta­ni­sław­skich. Jesz­cze dwa. Już dziś.

- Jadą! Panno Zo­siu, jadą! - Ba­sia pu­ściła fi­rankę i od­wró­ciła się do Zo­fii. - Jak wy­glą­dam?

Od pierw­szego dnia za­chwy­cona wol­no­ścią wiej­skiego domu, dzi­siaj, od razu po obie­dzie za­mie­niła luźną su­kienkę na ko­stium z cien­kiej wełny i atłasu.

- Z za­szew­kami i już bez sze­lek przy spód­niczce, od­po­wiedni dla dwu­na­sto­let­niej pa­nienki - pod­kre­śliła. - Ja skoń­czy­łam je­de­na­ście lat. Za­ple­cie mi pani włosy, panno Zo­siu?

Zo­fia spoj­rzała w okno.

Na dro­dze pro­wa­dzą­cej do Mi­li­cza po­ja­wił się za­przę­żony w dwa ko­nie po­wóz. Je­chał po­woli, jakby fur­man pró­bo­wał nie wzbi­jać wody za­le­ga­ją­cej w ka­łu­żach. Po­przed­niej nocy nad oko­licą prze­szła bu­rza, a znie­ru­cho­miałe od upału po­wie­trze za­po­wia­dało ko­lejną nie­spo­kojną noc.

Wy­szły na ga­nek w chwili, gdy po­wóz mi­nął bramę ma­jątku. Po­wo­żący końmi męż­czy­zna po­ma­chał im ręką.

- Jaś ich przy­wiózł!

Zo­fia uśmiech­nęła się. Czas po­dróży po­ślub­nej pań­stwa Sta­ni­sław­skich Ba­sia spę­dziła pod opieką stry­jo­stwa. Od ku­zyna Jana dzie­liło ją je­de­na­ście lat, ale oboje mieli w so­bie tę samą spon­ta­nicz­ność, naj­wy­raź­niej odzie­dzi­czoną po ja­kimś wspól­nym przodku.

- Prze­grał ze mną w oczko i obie­cał nie­spo­dziankę - do­dała Ba­sia. - My­śli pani, że ją przy­wiózł?

Zo­fia unio­sła brwi.

- Pa­nien­kom w twoim wieku nie wy­pada grać w karty!

Ba­sia mil­czała przez chwilę, ale za­raz roz­pro­mie­niła się.

- Przy kar­tach trzeba szybko li­czyć. Mogę już?

- Po­cze­kaj, aż wy­siądą. - Zo­fia po­krę­ciła głową, kry­jąc uśmiech. - I nie za­po­mnij przy­wi­tać księ­dza Nej­mana.

Kiedy po­wóz za­trzy­mał się nie­opo­dal ganku, od strony po­wo­zowni nad­szedł za­rządca ma­jątku. Wil­kow­ski prze­ka­zał mu lejce, a sam ze­sko­czył z ko­zła. Pod­szedł do drzwi po­wozu i otwo­rzył je.

Jako pierw­szy wy­siadł pan Sta­ni­sław­ski. Spoj­rzał na dom, od­gar­nął włosy ze spo­co­nego czoła, a po­tem znów od­wró­cił ku po­wo­zowi, bo na stop­niach po­ja­wiła się pani Eu­ge­nia. Wy­cią­gnął ku niej dłoń, ale nie sko­rzy­stała z po­mocy. Od­su­nęła wo­alkę, jedną ręką unio­sła brzeg spód­nicy i ze­sko­czyła na zie­mię. Nie cze­ka­jąc na męża, ru­szyła ku do­mowi. Na jej twa­rzy ma­lo­wało się znu­że­nie.

Tyle go­dzin w po­dróży.

Na wi­dok matki Ba­sia za­po­mniała o ma­nie­rach, zbie­gła po schod­kach i znik­nęła w jej ob­ję­ciach.

Ksiądz Nej­man jako je­dyny z ca­łej trójki nie wy­da­wał się zmę­czony po­dróżą. Wy­siadł, ro­zej­rzał się po po­dwó­rzu, po czym ski­nął na Jana Wil­kow­skiego i ra­zem prze­szli za po­wóz, gdzie przy­mo­co­wano ba­gaże.

Chwilę póź­niej uwol­niona z ob­jęć Basi pani Eu­ge­nia wy­pro­sto­wała się i spoj­rzała w niebo.

- Bę­dzie bu­rza - po­wie­działa. - Ale przy­naj­mniej ho­ry­zont nie prze­suwa się za oknem. Dzień do­bry, panno Ja­wor­ska.

Po­wie­trze wy­peł­niał za­pach ró­ża­nego krzewu.

14 Lau­da­num - pre­pa­rat opiu­mowy w po­staci na­lewki, za­wiera około 10% opium (co od­po­wiada 1% mor­finy).