Gdy naprawdę się poznamy - Agnieszka Dyniakowska

-
Proszę czekać

Rozdział 1

lipiec

ZUZA

- Ta bluzka ma brzydki kolor. Nie włożę jej! - krzyczy Pola, siedząc na podłodze koło łóżka, a jej broda drży lekko, zdradzając burzę emocji i zwiastując łzy.

Biorę głęboki, uspokajający wdech i daję sobie kilka sekund, zanim jej odpowiem i zareaguję na ten poranny wybuch.

- W porządku - mówię. Staram się przy tym, by mój głos nie zdradzał zdenerwowania, które jedynie wzmocni złość Poli. - Wybierzmy więc inną.

Podchodzę do szafy i otwieram jej drzwi, a następnie zaczynam przeglądać rzeczy ułożone na półkach.

- Nie chcę iść do przedszkola - marudzi Pola za moimi plecami.

Wiem, że jej dzisiejszy bunt ma niewiele wspólnego z samym przedszkolem, za to mnóstwo z wczorajszą wizytą jej ojca. Jak zwykle przyszedł mocno spóźniony, więc obiecane wcześniej wyjście do kina nie wchodziło już w grę, a prezent, który przyniósł, tylko pogorszył całą sytuację. Zabawka do kąpieli, na którą Pola była za duża o co najmniej dwa lata, leżała wciąż nierozpakowana w kącie pokoju i przypominała mi o rozczarowaniu i smutku, jaki rysował się na twarzy mojej córki, gdy wyciągnęła podarunek z torby (zwykłej foliówki, bo Marek jak zawsze załatwił kupno prezentu w ostatniej chwili). Wzdycham cicho, czując, jak wzbiera we mnie wściekłość na mojego eks. Czeka mnie kolejna rozmowa, podczas której usłyszę zapewne, że przesadzam, znowu się czepiam i "wszystko byłoby inaczej, gdybym nie była tak uparta i nie zostawiła go przed laty".

- Czemu ja muszę iść do przedszkola, skoro ty zostajesz w domu? - pyta płaczliwym tonem Pola.

Wyciągam dwie bluzki z szafy, odwracam się i kucam przed nią.

- Rozmawiałyśmy o tym, pamiętasz? - Patrzę na nią ciepło i uśmiecham się lekko. - Nie chodzę teraz do szkoły, bo są wakacje, ale pracuję w domu nad różnymi zleceniami. Zielona czy różowa? - Pokazuję Poli wybrane ubrania w nadziei, że uda mi się zmienić temat.

- Ale dlaczego musisz pracować, skoro są wakacje, mamusiu?

Na to pytanie nie ma prostej odpowiedzi. Bo twój ojciec nie pomaga finansowo, mimo że przy każdej wizycie zarzeka się, że chce mieć swój wkład w opiekę. Bo niespodziewana wizyta u dentysty w zeszłym tygodniu nadwątliła moje oszczędności. Bo za chwilę będziesz potrzebować nowych butów, spodni i wyprawki do zerówki. Bo chcę zabrać cię na obiecany urlop, choćby tylko na kilka dni. Bo mieszkamy w mieszkaniu wujka, ale co, jeśli będzie chciał się tu wprowadzić albo je sprzedać? Choć teraz, gdy oficjalnie jest z Zoją i przeprowadził się do niej, nie powinnam się tym zbytnio martwić. Muszę jednak być przygotowana na każdą ewentualność, dlatego rzadko odmawiam dodatkowych zleceń, tym bardziej tych dobrze płatnych.

- Umówmy się tak, że postaram się szybko skończyć pracę i zrobimy sobie dłuższy weekend, wolny piątek i poniedziałek. Co ty na to? - pytam z nadzieją, że to wystarczy, by odegnać jej smutek.

Pola pociąga nosem i wpatruje się we mnie intensywnie lśniącymi od łez oczami. W tej chwili jestem gotowa obiecać jej lot na Księżyc albo wizytę w Disneylandzie, byle tylko zobaczyć piękny, szeroki uśmiech na twarzy mojego dziecka.

- Kiedy jest piątek? - pyta cicho Pola.

- Za dwa dni. Dzisiaj jest środa, jutro czwartek, a pojutrze piątek. Czyli jeszcze dwa dni w przedszkolu, a potem wolne - wyjaśniam spokojnie.

- Dobrze. Ale obiecujesz? - Nieufność w głosie Poli kłuje mnie prosto w serce i po raz kolejny przeklinam w myślach jej ojca, który tyle razy zawodził jej zaufanie.

- Obiecuję - odpowiadam i przytulam ją mocno. Wiem doskonale, że będę musiała usiąść do tłumaczeń wieczorem, gdy Pola będzie już w łóżku, ale zrobię wszystko, by dać jej choć kilka wolnych dni.

- Poproszę zieloną - mówi cichym głosem Pola, a gdy podaję jej wybraną bluzkę, bez słowa się przebiera. Przytulam ją mocno i wdycham zapach jej dziecięcego szamponu.

- Kocham cię, Polcia - szepczę.

- Kocham cię, mamusiu - odszeptuje moja córeczka, a moje serce nagle rośnie. - Czy możemy dzisiaj iść do cioci Zoi i wujka Maksa?

Uśmiecham się, słysząc, z jaką łatwością Pola przyjęła związek mojego kuzyna i jednej z moich najlepszych przyjaciółek. Odkąd dowiedziała się, że "chodzą ze sobą", zawsze mówi o nich w duecie, jakby jedno bez drugiego już nie istniało. I pewnie ma rację.

- Postaram się coś zorganizować. - Puszczam oko do mojej prawie sześciolatki, a ona w końcu się uśmiecha.

- Może będzie też wujek Grzesiek? - zastanawia się na głos Pola. - Jest bardzo fajny, wiesz? Oglądaliśmy razem Krainę lodu.

Rumienię się na samo wspomnienie nowego wspólnika Maksa. Zaczynam układać leżące na podłodze zabawki i ubrania, żeby Pola tego nie zauważyła. To dziecko ma jakąś magiczną moc wyczuwania mojego zakłopotania i mówienia o tym głośno. Znam Grzegorza od dawna, ale przez kilka ostatnich lat mieszkał w Kanadzie. Odkąd jednak wrócił, nasze drogi przecinają się często - zbyt często, by nie wywoływało to wspomnień z przeszłości, a moje serce nie drgało lekko na myśl o chłopaku, którym kiedyś był i w którym podkochiwałam się jako nastolatka.

- Naprawdę? Kiedy to było? - pytam, udając, że wcale nie interesuje mnie to tak bardzo, że aż coś skręca mnie w środku.

- No ostatnio, jak byłam u cioci, a ty miałaś chory ząb. Przyszedł z wujkiem, bo razem pracują.

- Tak, wiem. - Na moje nieszczęście, dodaję w myślach.

- No to zapytaj o niego, dobrze? - upewnia się moja córka.

Nie chcę odpowiadać wprost, więc zamiast tego popędzam ją do wyjścia.

- Myj zęby i wychodzimy, bo spóźnisz się na śniadanie w przedszkolu.

Pola krzywi się nieco, ale bez marudzenia idzie do łazienki. Po drodze mija nietrafiony prezent, z niechęcią obrzuca go wzrokiem i zatrzymuje się na chwilę.

- Nie będę się tym bawić. Jestem już za duża - stwierdza ze smutkiem w głosie.

- W porządku. Nie musisz tego robić, jeśli nie chcesz - odpowiadam, choć coś gniecie mnie w gardle i ledwo mogę mówić. Moja mała dziewczynka doświadczyła już tyle zawodu w swoim życiu i to tak niesprawiedliwe, że czasami mam ochotę krzyczeć.

- Możesz to gdzieś schować - dodaje Pola, po czym wychodzi.

Schowam, głęboko i daleko, razem ze wszystkimi moimi zmartwieniami, tak żebyś nigdy się o nich nie dowiedziała, odpowiadam jej w myślach.

Rozdział 2

lipiec

GRZEGORZ

Pokój jest niewielki, ale nie na tyle, by czuć się w nim klaustrofobicznie. Na środku stoją dwa masywne biurka, zwrócone do siebie frontami. Siadam przy jednym z nich, a krzesło skrzypi niepokojąco. Przy ścianie stoją dwie szafki na dokumenty, z szufladami zamykanymi na klucz, solidny drewniany regał oraz stolik, na którym kiedyś, sądząc po brązowych plamach, znajdował się ekspres do kawy, nieodłączny element każdego biura.

- Meble zostają - mówi Maks, zajmując miejsce przy biurku naprzeciwko. Jego krzesło także wydaje smętny dźwięk, gdy tylko opada na siedzenie. - Ale potrzebujemy nowych krzeseł. Kuchnia i łazienka są wspólne z biurem obok, ale dogadamy się, byli bardzo mili, gdy z nimi rozmawiałem.

- Przydałoby się też nieco odmalować - odpowiadam, rozglądając się dookoła i zawieszając wzrok na kilku odpryskach i rysach. Nic wielkiego, ale można to poprawić. Lubię remonty; odkąd tylko pamiętam, pomagałem tacie w drobnych naprawach przy domu, a na piąte urodziny rodzice kupili mi mały zestaw narzędzi, które nosiłem wszędzie ze sobą, nie zawsze używając ich tylko wtedy, gdy było to potrzebne.

- Tak, też o tym myślałem. Kilka godzin i będzie jak nowe. - Mój wspólnik uśmiecha się szeroko. - Mam już wprawę, w zeszły weekend malowaliśmy pokój u babci Heli.

- Zawsze możesz się przebranżowić, jeśli coś nam nie wyjdzie - żartuję, choć sama myśl o porażce sprawia, że coś przewraca mi się w żołądku.

- Nie ma szans, mamy kolejkę klientów, więc lepiej decydujmy się szybko i bierzmy do roboty. - Maks wyławia ze swojej torby długopis i szybkim, zamaszystym ruchem podpisuje dokumenty wynajmu, po czym podsuwa mi papiery. Składam podpis tuż obok jego nazwiska i czuję, jak ucisk żołądka nieco słabnie.

- Mamy biuro, wspólniku - mówi Maks i wyciąga w moją stronę dłoń. Na jego twarzy maluje się wyraz ekscytacji i automatycznie uśmiecham się, jakby zaraził mnie swoją radością. Związek z Zoją zmienił go w Pana Pogodnego, co mnie cieszy, ale jednocześnie przez moje myśli przesuwa się cień żalu i zazdrości. Szybko spycham go gdzieś na tył głowy.

- Mamy biuro, wspólniku - powtarzam słowa Maksa i lekko ściskam jego dłoń.

- Zaniosę papiery do właściciela lokalu, piętro wyżej, i możemy zaplanować kolejne kroki. Mam już co nieco spisane.

- Oczywiście, że masz. - Na myśl o słynnych listach Maksa uśmiecham się pod nosem, na co on jedynie macha dłonią i wychodzi.

Opadam mocniej na krzesło, mebel wydaje z siebie kolejny skrzyp i trzask, a następnie oparcie zniża się gwałtownie i nagle znajduję się niemal w pozycji leżącej.

- Cholerne krzesło - mamroczę pod nosem. - Szybko się pożegnamy.

Przez chwilę wpatruję się w lekko popękany sufit i próbuję zwizualizować zmiany, jakie tu wprowadzimy, oraz naszą współpracę, ale usilnie wraca do mnie pytanie o to, co myślałby teraz tata - jak wiele razy w ciągu ostatnich miesięcy od jego śmierci. Przełykam ciężko ślinę i zalewa mnie smutek, żal oraz dobrze znane wyrzuty sumienia, a mój dobry humor znika.

Gwałtownie wstaję i podchodzę do okna, licząc na to, że coś przyciągnie moją uwagę i oderwie od wspomnień i pogrążania się w samokrytyce, ale widzę jedynie spieczony słońcem trawnik, leniwie kołyszące się drzewo i samochód dostawczy, który wolno przejeżdża ulicą. Lipcowy upał sprawił, że kto mógł, schował się w klimatyzowanym pomieszczeniu, wyjechał gdzieś na wakacje lub zaszył w cieniu i ograniczył do minimum konieczność ruchu. Przypominam sobie, jak tata unikał słońca i nawet na plaży chował się pod wielkim parasolem, a potem okazywał się najbardziej opalonym spośród nas, czego mama nigdy nie mogła mu darować i jeszcze długo po powrocie dogryzała mu z tego powodu.

- Kto by pomyślał, że kiedyś będziemy wspólnikami! - woła radośnie Maks, wyrywając mnie ze wspomnień.

- Na pewno nie ja. O wielu rzeczach nie myślałem - odpowiadam cicho. Na mojej twarzy musi rysować się jakiś dziwny wyraz, bo Maks nagle poważnieje.

- Wszystko w porządku? - pyta. - Masz jakieś wątpliwości?

- Czasem odnoszę wrażenie, że mam wyłącznie wątpliwości - rzucam żartobliwie, ale mój przyjaciel nie daje się nabrać na ten udawany humor. - Wszystko w porządku, a przynajmniej jeśli chodzi o naszą współpracę. Zero wahania.

- Nie mieliśmy okazji pogadać o twoim powrocie do Polski, tacie... - zaczyna Maks, ale przerywam mu, kładąc rękę na jego ramieniu.

- Wiem, stary, kiedyś pogadamy.

W odpowiedzi Maks kiwa jedynie głową i cieszę się, że nie naciska i nie dopytuje. I naprawdę wierzę w to, że kiedyś będę potrafił o tym porozmawiać.

- No dobra, to co z tymi planami? - zagajam.

- Lokal jest od teraz nasz, więc możemy go odświeżyć i przewieźć rzeczy. Jutro oddaję projekt, nad którym pracowałem przez ostatni miesiąc, mam spotkanie z klientem o jedenastej. Możemy więc po południu zająć się remontem, a od poniedziałku działać już wspólnie.

- Czyli mamy cztery dni. Wystarczy. - Kiwam głową, kolejny raz rozglądając się po pomieszczeniu. - Chcesz pojechać teraz do budowlanego po farbę?

- Jasne, załatwmy to od razu - zgadza się Maks. - A może wpadniesz do nas na kolację? Zoja na pewno się ucieszy. Może nawet będzie Zuzik z Polą - dodaje z uśmiechem. Odkąd usłyszał, jak zwracam się do jego kuzynki starym zdrobnieniem, co jakiś czas docina mi z tego powodu i uśmiecha się pod nosem. Mam wrażenie, że doszukuje się w tym o wiele więcej, niżbym chciał.

- Innym razem, obiecałem już, że odwiedzę mamę - odpowiadam, ignorując jego zaczepkę.

- Jak się ma?

- Dobrze. Nie może się doczekać zostania babcią.

- A jak Wiki? Nie widziałem jej chyba ze sto lat!

- Cieszy się, że widać już brzuszek i przestały ją męczyć mdłości. Zaczęła kupować ubranka i twierdzi, że nie może się powstrzymać. Jej mąż śmieje się, że do listopada mały będzie mieć garderobę na pierwsze trzy lata życia.

- Czyli to chłopak? - dopytuje z uśmiechem Maks.

- Tak twierdzi Wiki, ale nie mają pewności. Na ostatnim badaniu bobas był wstydliwy i nie chciał się dokładnie pokazać - odpowiadam. - Wiki chce dać mu na imię Antoni, po tacie. Chyba dlatego tak bardzo wierzy, że to chłopak.

- Gdyby jednak to była dziewczynka, zawsze zostaje Antonina. Wasz tata byłby dumny bez względu na płeć pierwszego wnuka lub wnuczki. - Maks lekko ściska moje ramię, a ja odchrząkuję nerwowo i uśmiecham się sztucznie w odpowiedzi.

Jestem pewien, że tata byłby dumny z Wiktorii i swojego wnuka. Nie mam jednak tego samego przekonania, jeśli chodzi o mnie samego. I nigdy się już tego nie dowiem.

Rozdział 3

lipiec

ZUZA

Klikam "Enter" i wysyłam przetłumaczony tekst do klienta, gdy nagle owiewa mnie fala gorącego powietrza, które wdziera się do kawiarni przez otwarte drzwi. Podnoszę głowę znad laptopa i przez chwilę czuję się niczym w filmie - wszystko dookoła zwalnia, dźwięki stają się nieco przytłumione, a oddech zamiera mi gdzieś w płucach. Przemyka mi przez głowę, że to sprawa upału, w końcu stałam niemal kwadrans na przystanku w pełnym słońcu. Potem zrzucam to na karb wypitych dwóch kaw, a trzeba Dużemu Wojtkowi przyznać, że zrobił je wyjątkowo mocne, jakby po znajomości nie żałował mi kofeiny albo wiedział, że ubiegłej nocy spałam niecałe pięć godzin i kawa to jedyne, co trzyma mnie przy życiu. Wiem jednak, że prawdziwym powodem mojego stanu jest mężczyzna, który właśnie wszedł do środka.

Szerokie plecy, włosy w nieładzie i lekko wilgotne na karku, dżinsy i koszulka poplamione farbą, no i szeroki uśmiech, który pojawia się na jego twarzy, gdy jego spojrzenie w końcu pada na mnie.

- Zuzik! - woła radośnie i unosi rękę w powitalnym geście, a w moim brzuchu coś podskakuje i łaskocze mnie od środka. Bezwiednie przykładam rękę do ciała na wysokości pępka, jakbym obawiała się, że to nieuzasadnione wewnętrzne poruszenie będzie dostrzegalne dla innych.

Tymczasem Grzegorz składa szybkie zamówienie przy kasie, a potem w kilku długich krokach przemierza kawiarnię i staje obok mojego stolika. Przez chwilę wygląda na nieco zdezorientowanego, jakby rozważał, czy powinien przywitać mnie uściskiem dłoni, przytuleniem, a może przybiciem wysokiej piątki. Przerywam tę niezręczność, lekko unosząc dłoń i posyłając mu uśmiech.

- Cześć - mówię. - Co za spotkanie!

- Co ty tu robisz? - pyta i niemal od razu kręci lekko głową i mityguje się. - To znaczy, świetnie cię widzieć, po prostu nie spodziewałem się, że cię tu spotkam.

- Umówiłam się z Zoją i Majką na lunch, to ich ulubiona kawiarnia w pobliżu biura - odpowiadam, jednocześnie pakując do torby laptop i notes, co pomaga mi unikać patrzenia Grześkowi w oczy. - Przyszłam trochę wcześniej, żeby dokończyć zlecenie i wypić słynną małą czarną Dużego Wojtka.

- Dużego Wojtka? - pyta Grzegorz, unosząc z zaciekawieniem brew.

- Kawiarnię prowadzi dwóch Wojtków i Majka nazywa ich Dużym i Małym. Szybko zorientujesz się, który jest który - odpowiadam z lekkim uśmiechem i zerkam w stronę lady, przy której kręci się wysoki wytatuowany barista oraz jego dużo niższy i starszy wspólnik.

- Chyba masz rację. - Grzesiek się szczerzy, a jego spojrzenie podąża za moim. - A ja właśnie zacząłem remont - wyjaśnia po chwili. - Wczoraj wynajęliśmy z Maksem małe biuro dwa budynki dalej.

- Czyli to już? Zaczynacie współpracę?

- Zaczynamy współpracę - potwierdza z wyraźnym zadowoleniem.

Na chwilę zapada między nami cisza. Nie mam już niczego do spakowania, a moja filiżanka jest pusta, nie mogę więc skryć się za nią. Ukradkiem zerkam na drzwi w nadziei, że pojawienie się przyjaciółek wybawi nas z zakłopotania. Na ogół nie jestem nieśmiała i potrafię zamienić kilka słów niemal z każdym, ale Grzegorz od zawsze stanowił wyjątek. Czuję się, jakbym znowu miała czternaście lat i Aleks przedstawiał mnie swojemu najlepszemu przyjacielowi w gorący, letni poranek, jeden z pierwszych po zakończeniu roku szkolnego.

- A Pola pewnie w przedszkolu? - zagaja w końcu Grzegorz.

- Tak, dzisiaj mają Dzień Szalonych Tańców, cokolwiek to znaczy - odpowiadam i uśmiecham się na wspomnienie kolorowej spódnicy, którą moja córka przygotowała sobie już wczoraj wieczorem. Podobno ta była najlepsza do kręcenia piruetów. - Pola stwierdziła, że to jej ulubiony dzień w roku, ale jestem prawie pewna, że to jakieś zmyślone święto.

Grzegorz śmieje się szczerze, rysy jego twarzy miękną, a oczy błyszczą jeszcze bardziej niż wcześniej, co podkreśla ich bursztynową barwę. Uwielbiam jego śmiech, od zawsze sprawiał, że czułam się bardziej rozluźniona, a jednocześnie poruszona, jakby za sprawą tego dźwięku coś we mnie budziło się niespodziewanie do życia. I choć minęło jakieś piętnaście lat, odkąd słyszałam go po raz ostatni, nic się nie zmieniło.

- Uwielbiam tę małą - mówi z radością, a w jego głosie pobrzmiewa szczerość. - Kilka dni temu urządziła u Zoi i Maksa koncert. Tematem przewodnim były piosenki z filmów o księżniczkach.

- Przepraszam cię za nią. - Lekko przewracam oczami, ale nie mogę powstrzymać rosnącego uśmiechu. - To dziecko ma niespożyte pokłady energii i odwieczne pragnienia bycia gwiazdą. Naprawdę nie wiem, po kim to odziedziczyła.

- Och, ja chyba wiem. Pamiętam, jak razem z Wiki nagrywałyście teledyski do różnych przebojów. Co to było, ten wasz ulubiony utwór? Chyba Black Eyed Peas?

- O nie - jęczę i zakrywam dłońmi twarz. - Czy możemy udawać, że nigdy tego nie widziałeś?

- Nie ma na to najmniejszych szans. Do tej pory lubię przypominać o tym Wiki. To dobrze robi na jej ego, jak za bardzo prawniczy.

Siostra Grzegorza kiedyś była jedną z moich najbliższych przyjaciółek. Połączyły nas zajęcia taneczne w domu kultury, które dla nas obu okazały się nietrafione - miałyśmy więcej zapału niż talentu i bardziej od słuchania poleceń instruktorki interesowały nas rozmowy o ulubionych zespołach i filmach. Po miesiącu obie zrezygnowałyśmy z zajęć, ale nie z naszej przyjaźni.

Przez całe liceum spotykałyśmy się regularnie, choć chodziłyśmy do różnych szkół, a potem Wiktoria wyjechała na studia, poznała tam swojego obecnego męża i nie wróciła już do rodzinnego domu. Nasz kontakt stopniowo się wygaszał, a po urodzeniu Poli, gdy byłam w macierzyńskim ferworze i dodatkowo przeżywałam rozstanie z Markiem i kiepską sytuację z moimi rodzicami, zwyczajnie nie starczyło mi już sił i czasu na podtrzymanie naszej znajomości. Było mi z tego powodu ogromnie żal, a także wstyd, bo wiedziałam, że za mało się wtedy starałam.

- Pozdrów ją ode mnie i uściskaj serdecznie. Urwał nam się zupełnie kontakt, co kiedyś wydawało mi się niemożliwością. - Wzruszam lekko ramionami i próbuję ukryć smutek pod krzywym uśmiechem.

- Sama ją uściskaj - odpowiada Grzesiek. - Miesiąc temu przeprowadziła się tutaj z mężem. W listopadzie zostaną rodzicami.

- Naprawdę? Wiki wróciła? - Uśmiecham się szeroko i czuję ożywienie większe niż po dwóch espresso Wojtka.

- Tylko mi nie mów, że chcecie odnowić swoją działalność rozrywkową. Przemysł muzyczny wciąż nie jest na to gotowy! - żartuje Grzesiek i mruga do mnie jednym okiem.

Uderzam go lekko w ramię i czuję twarde mięśnie jego bicepsa, a ten przelotny kontakt naszych ciał wytrąca mnie z równowagi. Grzegorz pewnie nawet nie poczuł, że go dotknęłam, za to moją dłoń przeszyła prawdziwa błyskawica. Czym prędzej łapię za pustą filiżankę, by przypadkiem nie próbować ponownie go dotknąć - w żartach lub nie.

- Daj mi swój telefon. - Grzegorz wyciąga w moją stronę otwartą dłoń, a drugą ręką sięga do tylnej kieszeni spodni po swój aparat i sprawnym ruchem kciuka odblokowuje go. Bez słowa podaję mu mój odblokowany smartfon i patrzę, jak w skupieniu wpisuje ciąg cyfr. Jego wzrok przeskakuje z jednego urządzenia na drugie, a gdy na chwilę podnosi go na mnie i posyła mi zadziorny uśmiech, czuję dreszcze na karku.

- Teraz masz jej numer, możesz do niej napisać lub zadzwonić. Ucieszy się, jestem tego pewien. - Wyciąga smartfon w moją stronę, ale nim zdążę go chwycić, zmienia zdanie. Ponownie przysuwa go do siebie, wpisuje coś na klawiaturze, a po paru sekundach jego telefon zaczyna dzwonić.

- Teraz masz też numer do mnie. - Pokazuje mi ekran z połączeniem, po czym kończy je i oddaje mi aparat. - Zapisz sobie, na wszelki wypadek.

- Jaki wypadek? - pytam zdumiona.

- Nie wiem, może będziecie potrzebować kamerzysty albo kogoś do chórków - rzuca zaczepnie, na co parskam śmiechem.

- Dobrze, w takim razie zapiszę cię jako Grzesiek Kamerzysta - odpowiadam.

- Nie, nie. Chcę coś lepszego. Może być... - zamyśla się na chwilę - Przystojny Brat Wiki!

- Może Grzegorz Wielkie Ego? - odpieram, na co szczerzy się jeszcze bardziej. - A ty jak mnie zapisałeś?

- Zuzik, oczywiście - odpowiada bez wahania. Tylko on zwraca się do mnie w ten sposób i to, że jest to dla niego czymś naturalnym, wywołuje we mnie dziwne rozczulenie. Lubię to, że tak do mnie mówi, że to coś tylko naszego. Odchrząkuję lekko, by upewnić się, że mój głos nie zdradzi emocji.

- W takim razie zapisuję cię jako Grzesik. - Pochylam głowę i robię tak, jak powiedziałam. Gdy podnoszę wzrok, Grzesiek wpatruje się we mnie z błyskiem w oku.

- Grzesik - mówi jakby na próbę. - Może być.

Drzwi kawiarni się otwierają i do środka wchodzą moje przyjaciółki.

- Co za upał! - mówi Majka i macha energicznie do Dużego Wojtka. - Powiedz, że masz tę pyszną lemoniadę, bardzo zimną i bardzo orzeźwiającą!

Duży Wojtek patrzy na nią w milczeniu i w ramach odpowiedzi sięga do lodówki i wyciąga z niej karafkę, w której pływają cząstki cytryn, pomarańczy i listki mięty.

- Mogłabym się w tobie teraz zakochać! - Majka posyła mu buziaka, na co Wojtek jedynie kręci głową i mówi, że zaraz poda napój do stolika.

Rozbawione dziewczyny zmierzają w naszą stronę i jeśli są zaskoczone obecnością Grzegorza, to zupełnie tego nie okazują.

- Cześć, przystojny przyjacielu braci Jantos - wita się z nim Majka.

- Ha! Widzisz, jestem przystojny - rzuca w moją stronę Grzegorz, po czym wita się z Zoją lekkim przytuleniem.

- Czyli odświeżanie biura już rozpoczęte - zagaja Zojka.

- Tak, Maks będzie za jakąś godzinę, miał spotkanie z klientem. Zacząłem od rana sam.

- Wciąż lubisz remonty? - pytam, przypominając sobie, jak wiele razy widziałam Grześka i jego tatę malujących pokój, szlifujących stare drzwi lub impregnujących płot wokół domu. Możliwe, że zawsze przyglądałam się temu nieco dłużej, niż wypadało.

- Przez ostatnie lata nie miałem zbyt wielu okazji, ale tak, wciąż lubię się nieco ubrudzić - odpowiada i wskazuje na poplamione w kilku miejscach farbą ubranie.

- Może zrobisz sobie przerwę i do nas dołączysz? - proponuje Majka.

- Dziękuję, ale wezmę coś na wynos i zjem z Maksem.

Grzegorz zamienia jeszcze z Zoją dwa słowa, po czym odbiera swoje zamówienie i żegna się z nami.

- Zuzik, zadzwoń do Wiki - rzuca na odchodne, na co kiwam tylko głową.

- Kim jest Wiki, Zuzik? - pyta Majka, wyraźnie podkreślając zdrobnienie, którego używa Grzesiek.

- Siostra Grześka, z która przyjaźniłam się przed laty, wróciła do miasta. Grzesiek namawiam mnie, żebym się z nią skontaktowała.

- Choć masz już wspaniałe przyjaciółki - Majka wskazuje na siebie i Zoję - to myślę, że znajdziemy miejsce dla jeszcze jednej.

- Chcesz odnowić tę relację? - Zoja wpatruje się we mnie badawczo. - Zerwałyście kontakt z jakiegoś powodu?

- Nie, po prostu każda z nas miała swoje życie. Żałuję, że tak wyszło, kiedyś byłyśmy naprawdę blisko.

- No to dzwoń do niej. Przystojniak ma rację - mówi Majka. Mrużę lekko oczy, słysząc, jak po raz kolejny tak go nazywa, na co moja przyjaciółka wybucha śmiechem. - Nie patrz tak na mnie, wiem, że jest już zarezerwowany. Od teraz będzie tylko Grześkiem, opcjonalnie Grzegorzem.

- Nie wiem, o czym mówisz - odpowiadam, czując wykwitające na policzkach gorąco.

- Możemy udawać, że tak jest, a możesz też wydusić z siebie prawdę.

- Chyba nie nadążam - mówi Zoja i patrzy to na Majkę, to na mnie. - O czymś nie wiem?

Wzdycham głośno. Wiem, że nie odpuszczą tego tematu i będą co chwilę do niego wracać. Lepiej mieć to już za sobą.

- Jesteś okropna, ale dobra, skończmy z tym. - Patrzę na Majkę karcącym wzrokiem, ale ona w ogóle się tym nie przejmuje. - Gdy byłam nastolatką, trochę podkochiwałam się w Grześku. Spędzał sporo czasu z Maksem i Aleksem, ja przyjaźniłam się z Wiktorią, więc się znaliśmy. Czasami robiliśmy coś razem całą paczką. Ale on nigdy nie wydawał się mną zainteresowany, zresztą to było lata temu, w zupełnie innym życiu.

Majka uśmiecha się jak kot na widok złapanej właśnie myszy, a Zoja łapie mnie za rękę i posyła mi ciepłe spojrzenie.

- A czy teraz coś jest na rzeczy? - pyta.

- Absolutnie nie! - rzucam szybko. - Majce przygrzało słońce i wymyśla różne historie.

- Wypraszam sobie, mam krem z SPF pięćdziesiąt - obrusza się Majka i lekko wydyma usta. - Ja tam swoje wiem i widzę.

Nie odpowiadam na to już nic, bo im bardziej zacznę przekonywać o tym, że nie ma tematu mnie i Grześka, tym bardziej zainteresuję tym moje przyjaciółki. Na szczęście Zoja proponuje, żeby coś zamówić, i przez chwilę wszystkie przeglądamy menu. Gdy jednak podnoszę wzrok, przyjaciółka wpatruje się we mnie z lekkim uśmiechem i wiem, że aluzje Majki nie zostaną tak szybko zapomniane.

Redakcja

Bartosz Szpojda

Projekt okładki

Maksym Leki

Redakcja techniczna, skład, łamanie i przygotowanie wersji elektronicznej

Maksym Leki

Fotografia na okładce

? Gemini / gemini.google.com

Korekta

Beata Buko

Marketing

Magda Caboń

promocja.videograf@gmail.com

Wydanie I, Siemianowice Śląskie 2026

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-100 Siemianowice Śląskie, ul. Olimpijska 12

tel. +48 600 472 609, +48 664 330 229

office@videograf.pl

www.videograf.pl

? Wydawnictwa Videograf SA, Mikołów 2026

tekst ? Agnieszka Dyniakowska

ISBN 978-83-8293-410-6