Gdy nadejdzie dzień - Gabrielle Meyer

Kup ebooka

49.90 zł

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Wil­liams­burg, Wir­gi­nia

5 maja 1774

Od­kąd się­gam pa­mię­cią, mama za­wsze po­wta­rzała mi, że moje ży­cie jest da­rem. Jed­nak w wieku dzie­więt­na­stu lat wcale nie ro­zu­mia­łam, jak to moje ży­cie - albo ra­czej ży­cia - mo­głyby być czym­kol­wiek wię­cej niż brze­mie­niem.

- Libby! - Moja młod­sza sio­stra Re­becca z hu­kiem otwo­rzyła drzwi do biura, gdzie ra­zem z mamą pra­co­wa­ły­śmy nad naj­now­szym nu­me­rem ty­go­dnika "Vir­gi­nia Ga­zette". - To ten okropny pan Jen­nings i praw­nik, pan Ran­dolph - wy­dy­szała. Bra­ko­wało jej tchu, a po­liczki miała czer­wone od go­rąca. Wska­zała na okno. - Idą w tę stronę. Będą tu lada chwila.

Zo­sta­wi­łam ar­ty­kuł, który wła­śnie re­da­go­wa­łam, i po­de­szłam do okna. Zo­ba­czy­łam, jak ten ob­mier­zły stary ku­piec kuś­tyka w kie­runku na­szego domu. Miał prze­krzy­wioną, brudną pe­rukę, a la­skę wbi­jał w ubitą zie­mię ulicy Duke of Glo­uce­ster. Za nim szedł bu­dzący grozę John Ran­dolph, me­ce­nas gu­ber­na­tora i je­den z naj­bar­dziej bez­względ­nych lu­dzi w Wil­liams­burgu.

Mama po­pra­wiła biały cze­pek Re­bekki, po czym spo­koj­nie po­ło­żyła dło­nie na jej szczu­płych ra­mio­nach.

- Roz­ma­wia­łaś z nimi?

- Nie. - Re­becca po­krę­ciła głową i do­piero te­raz za­uwa­ży­łam, że się trzę­sła. - Pu­ści­łam się bie­giem, skoro tylko ich do­strze­głam.

Prędko otwo­rzy­łam górną szu­fladę biurka i wy­ję­łam nie­wielką sa­kiewkę prze­wią­zaną sznur­kiem, którą trzy­ma­łam w skrytce. Nie było tam na­wet tylu mo­net, by po­kryć ty­go­dniowe po­trzeby na­szej do­mo­wej ósemki, a co do­piero, żeby spła­cić ten nie­wy­obra­żalny dług. Po śmierci taty by­ły­śmy dłuż­nicz­kami nie tylko pana Jen­ningsa.

- Może uda nam się to od­ro­czyć - zwró­ciła się do mnie mama i choć w jej zie­lo­nych oczach wi­dzia­łam głę­boki nie­po­kój, jej głos był opa­no­wany. - Po­wiemy mu o kontr­ak­cie na ob­sługę dru­kar­ską za­mó­wień pu­blicz­nych, który mamy na­dzieję uzy­skać.

- Od­sy­ła­ły­śmy go już dwa razy. - Prze­li­czy­łam mi­zerną kwotę, mo­dląc się w du­chu, żeby to wy­star­czyło, by udo­bru­chać tego skąpca jesz­cze na ja­kiś czas. - Nie są­dzę, że bę­dzie chciał słu­chać na­szych bła­gań.

- Co on może nam zro­bić, Libby? - za­py­tała Re­becca, za­ci­ska­jąc dło­nie na ma­te­riale swo­jej przy­ma­łej już su­kienki. W jej sze­roko otwar­tych brą­zo­wych oczach wi­dać było nie­po­kój.

Uję­łam ją pod brodę.

- Nie martw się. - Zmu­si­łam się do uśmie­chu, sta­ra­jąc się w ten spo­sób ode­gnać jej obawy. - Ja i mama zaj­miemy się tym.

- Pani Co­nant? - za­wo­łał je­den z męż­czyzn, gdy we­szli do głów­nego holu. - Przy­szli­śmy w spra­wie długu.

Choć mama miała do­piero czter­dzie­ści je­den lat, wi­dać było, że od cho­roby taty znacz­nie się po­sta­rzała. Cię­żar za­dłu­że­nia i od­po­wie­dzial­no­ści za utrzy­ma­nie ro­dziny od­biły na niej swoje piętno, jakby no­siła fi­zyczne brze­mię.

Po­ło­ży­łam dłoń na jej ra­mie­niu, ża­łu­jąc, że nie mogę ulżyć jej tro­skom.

- To także mój dług - oświad­czy­łam. - Po­roz­ma­wiam z pa­nem Jen­ning­sem.

Wy­szłam z ga­bi­netu, za­nim mama zdą­żyła za­pro­te­sto­wać, i przy­wi­ta­łam nie­pro­szo­nych go­ści.

- Dzień do­bry - za­czę­łam. - W czym mogę pa­nom po­móc?

- Chciał­bym roz­ma­wiać z pa­nienki matką - oznaj­mił pan Jen­nings, wy­raź­nie uno­sząc pod­bró­dek.

- Je­śli ta sprawa do­ty­czy na­szego wy­daw­nic­twa, może pan po­mó­wić ze mną. - Wska­za­łam ge­stem dłoni, by męż­czyźni we­szli do du­żego po­koju po dru­giej stro­nie holu.

Mama bez słowa do­łą­czyła do nas i za­mknęła za sobą drzwi, żeby Re­becca nie wi­działa.

- Obie z pa­nami po­roz­ma­wiamy - po­wie­działa ła­god­nym to­nem.

Męż­czyźni we­szli głę­biej do sa­lonu, po czym zdej­mu­jąc z głów trój­rogi, zwró­cili się w na­szą stronę.

- Może po­mi­niemy for­mal­no­ści - ode­zwał się pan Jen­nings. - Przy­pro­wa­dzi­łem swo­jego praw­nika, żeby pa­nie wie­działy, że mó­wię po­waż­nie, gdyż zlek­ce­wa­żyły pa­nie moje dwie po­przed­nie próby ode­bra­nia za­le­głej na­leż­no­ści.

- Nie zlek­ce­wa­ży­ły­śmy pana, pa­nie Jen­nings - od­parła mama cier­pli­wie, bez drże­nia w gło­sie. Zło­żyła przed sobą dło­nie na far­tu­chu. - My po pro­stu nie mamy wy­ma­ga­nej kwoty. Mój mąż cho­ro­wał przez wiele lat i...

- To nie mój pro­blem - prze­rwał jej pan Jen­nings, mie­rząc w jej stronę la­ską. - Przez lata ku­po­wał ode mnie ma­te­riały dru­kar­skie na kre­dyt, za­wsze tłu­ma­cząc się swoim sła­bym zdro­wiem.

- Po­trze­bo­wa­li­śmy tych ma­te­ria­łów do pro­wa­dze­nia dzia­łal­no­ści - wtrą­ci­łam się, sta­jąc w obro­nie zmar­łego pół roku temu ojca.

- Je­śli nie ma­cie tych pie­nię­dzy - oświad­czył pan Jen­nings, naj­wy­raź­niej wcale nie przej­mu­jąc się na­szym lo­sem - w ta­kim ra­zie mogę wam dać dwa roz­wią­za­nia do wy­boru, czego świad­kiem jest dziś mój praw­nik. Albo wię­zie­nie pu­bliczne do czasu, aż zo­sta­nie uzbie­rana od­po­wied­nia kwota, albo... - W jego oczach po­ja­wił się błysk, kiedy opu­ścił la­skę i oparł ją na pod­ło­dze. - Mo­że­cie od­dać na służbę wa­szą słodką kru­szynkę. Tę ciem­no­włosą.

Po­czu­łam od­razę, gdy tylko do­strze­głam jego spoj­rze­nie.

- Ni­gdy - od­par­łam, za­ci­ska­jąc dło­nie. - Ni­gdy nie od­damy Re­bekki panu ani ni­komu in­nemu.

- W ta­kim ra­zie to ozna­cza wię­zie­nie dla pa­nienki matki.

Prze­szył mnie dreszcz na myśl o wię­zie­niu pu­blicz­nym. To było ohydne, pełne szczu­rów miej­sce za bu­dyn­kiem Ka­pi­tolu. Już na­wet nie mó­wiąc o upo­ko­rze­niu, które wią­zało się z tym, że ktoś zo­sta­wał tam za­kuty w kaj­dany.

Mama po­de­szła o krok i po­ło­żyła dłoń na moim ra­mie­niu.

- Jesz­cze dzi­siaj po­win­ny­śmy otrzy­mać de­cy­zję de­pu­to­wa­nych z Rady Miesz­kań­ców Wir­gi­nii. Gdy tylko przy­znają nam kon­trakt na ob­sługę dru­kar­ską za­mó­wień pu­blicz­nych, ry­chło spła­cimy pań­skie zo­bo­wią­za­nie. Ma pan moje słowo.

- Pani słowo? - Pan Jen­nings splu­nął. - A co mi po sło­wie ja­kiejś ko­biety?

Chcia­łam ostro za­pro­te­sto­wać, ale mama moc­niej za­ci­snęła dłoń na moim ra­mie­niu, więc ugry­złam się w ję­zyk. Nie mia­łam więk­szego wpływu ani na niego, ani na ni­kogo in­nego w Wil­liams­burgu z tego pro­stego faktu, że by­łam ko­bietą. Na­wet wtedy, gdy tata był już zbyt chory, by pro­wa­dzić wy­daw­nic­two, i kiedy ja je prze­ję­łam, tylko nie­liczni chcieli pro­wa­dzić ze mną in­te­resy. Od czasu jego śmierci było jesz­cze go­rzej.

- Do­stała pani ostrze­że­nie - ode­zwał się pan Ran­dolph, po­da­jąc nam kartkę pa­pieru. - Je­śli nie spłaci pani za­dłu­że­nia do końca mie­siąca, zo­sta­nie pani wtrą­cona do wię­zie­nia dla dłuż­ni­ków albo bę­dzie pani mu­siała od­dać na służbę jed­nego ze swo­ich do­mow­ni­ków na rzecz pana Jen­ningsa, żeby spła­cić kwotę, którą jest pani winna.

- Chcę dziew­czynę - zwró­cił się pan Jen­nings do pana Ran­dol­pha.

Praw­nik nic nie od­po­wie­dział, tylko za­ło­żył ka­pe­lusz i wy­szedł z sa­lonu.

Pan Jen­nings ru­szył w ślad za nim.

- Mó­wił pan, że będę mógł do­stać dziew­czynę.

Gdy tylko drzwi wej­ściowe się za­mknęły, mama usia­dła na jed­nym z krze­seł wind­sor­skich i skryła twarz w dło­niach no­szą­cych ślady atra­mentu. Przy­po­mi­nała zwię­dły kwiat.

- Nie może zro­bić ani tego, ani tego - po­wie­dzia­łam, pró­bu­jąc uspo­koić na­sze obawy.

- Może i zrobi to. - Mama pod­nio­sła na mnie wzrok. - Gdzie ta in­for­ma­cja o de­cy­zji de­pu­to­wa­nych? Po­winna już przyjść.

Po­de­szłam do okna, czu­jąc te­raz wielką bez­sil­ność w ob­li­czu na­szego długu. Wraz ze śmier­cią taty stra­ci­ły­śmy wielu pre­nu­me­ra­to­rów i re­kla­mo­daw­ców ga­zety. Mimo to wciąż mia­ły­śmy na­dzieję. Mama zło­żyła wnio­sek o to, że­by­śmy do­stały kon­trakt na ob­sługę dru­kar­ską za­mó­wień pu­blicz­nych, dzięki czemu mia­ły­by­śmy za­pew­niony do­chód. Ale zło­żono jesz­cze cztery inne wnio­ski - wszyst­kie przez męż­czyzn.

- Już dłu­żej nie mogę tak cze­kać na te wie­ści - oświad­czy­łam. Wy­szłam z sa­lonu i zdję­łam swój cze­pek z wie­szaka. - Pójdę do Ka­pi­tolu i do­wiem się, co po­sta­no­wiono.

Nie cze­ka­jąc na­wet, co mama po­wie, otwo­rzy­łam drzwi. Pew­nie ra­dzi­łaby mi zo­stać i cze­kać na po­słańca, ale nie po­tra­fi­łam.

Gdy prze­cho­dzi­łam przez próg, roz­legł się dźwięk dzwonka nad drzwiami. Wy­szłam na sło­neczną ulicę. Wio­sna brała w miłe ob­ję­cia cały Wil­liams­burg i rów­nież moją du­szę prze­nik­nęło po­cie­sza­jące cie­pło. Choć tak na­prawdę nie­wiele mnie po­cie­szało - za­równo tu, jak i w tej dru­giej epoce.

Ulicę Duke of Glo­uce­ster prze­mie­rzały w in­te­re­sach setki lu­dzi. W zwy­kle ci­chej sto­licy tło­czyły się po­wozy, fur­manki i po­je­dyn­czy jeźdźcy. Wy­glą­dało to tak, jakby z dnia na dzień Wil­liams­burg zro­bił się dwa razy więk­szy z po­wodu przy­jazdu przed­sta­wi­cieli Rady Miesz­kań­ców. Zwo­łane przez gu­ber­na­tora zgro­ma­dze­nie od­by­wało się rano, dla­tego też wkrótce spo­dzie­wa­ły­śmy się do­stać od­po­wiedź.

Czy w ogóle uda mi się do­strzec gdzieś Henry'ego w tym za­mie­sza­niu? Bo z pew­no­ścią to Henry przy­nie­sie nam wie­ści.

Skie­ro­wa­łam się pro­sto do Ka­pi­tolu, przy­glą­da­jąc się po dro­dze mi­ja­ją­cym mnie oso­bom. Jako że by­łam wy­daw­czy­nią "Vir­gi­nia Ga­zette", moim obo­wiąz­kiem było wie­dzieć jak naj­wię­cej o lu­dziach i wy­da­rze­niach w Wil­liams­burgu i jego oko­li­cach. Mu­sia­łam wal­czyć o to, żeby zdo­być ja­kieś in­for­ma­cje, gdyż rzadko za­pra­szano mnie na spo­tka­nia, w któ­rych uczest­ni­czyli dru­ka­rze bę­dący męż­czy­znami.

Jed­nak bez względu na to, jak wiele wie­dzieli, ja wie­dzia­łam znacz­nie wię­cej na te­mat wy­da­rzeń, które miały wkrótce na­stą­pić. Wię­cej, niż któ­ry­kol­wiek z nich mógł so­bie na­wet wy­obra­żać. Wie­dzia­łam, bo ży­łam jed­no­cze­śnie w dwóch epo­kach - jedno ży­cie pro­wa­dzi­łam w 1774 roku, a dru­gie w 1914. Kiedy za­sy­pia­łam w jed­nym ży­ciu, bu­dzi­łam się w dru­gim, i tak w kółko. A gdy by­łam poza któ­rąś epoką, czas się w niej dla mnie za­trzy­my­wał. Było mi to dane od uro­dze­nia. Ale miało się zmie­nić w dniu mo­ich dwu­dzie­stych pierw­szych uro­dzin, kiedy do­ko­nam wy­boru i zre­zy­gnuję z jed­nej epoki, a w dru­giej zo­stanę już do końca. I ja już zde­cy­do­wa­łam, którą z nich wy­biorę.

Zbli­ża­łam się wła­śnie do Ta­werny Ra­le­igha, która znaj­do­wała się w po­ło­wie drogi mię­dzy moim do­mem a Ka­pi­to­lem. Do­piero wtedy go zo­ba­czy­łam. Henry Mont­go­mery. Szedł pew­nym kro­kiem w dół ulicy, w moim kie­runku, a obok niego dwóch in­nych de­pu­to­wa­nych. Byli po­grą­żeni w roz­mo­wie i nie za­uwa­żyli mnie. Po­zna­łam pana Geo­rge'a Wa­shing­tona, który od wielu lat dzia­łał w Ra­dzie Miesz­kań­ców, i pana Tho­masa Jef­fer­sona, który do­łą­czył do niej pięć lat temu. Obaj byli bar­dzo wpły­wowi i wie­dzia­łam z ży­cia w 1914 roku, że obaj zdo­będą przy­do­mek Oj­ców Za­ło­ży­cieli, zo­staną pre­zy­den­tami Sta­nów Zjed­no­czo­nych i waż­nymi po­sta­ciami w hi­sto­rii tego kraju. Wciąż mnie to za­chwy­cało, że w tej epoce mogę wi­dzieć, jak na mo­ich oczach roz­grywa się hi­sto­ria, i zda­wa­łam so­bie sprawę, ile jesz­cze pracy i po­świę­ce­nia ich czeka.

A jed­nak nie wie­dzia­łam nic na te­mat przy­szło­ści Henry'ego. Z ja­kichś nie­zna­nych mi po­wo­dów nikt nie wy­mie­niał jego na­zwi­ska, gdy w przy­szło­ści mó­wiono o hi­sto­rii, ale nie pró­bo­wa­łam od­kry­wać, czemu tak było. Nie mo­głam. To była jedna z wielu rze­czy, przed któ­rymi ostrze­gała mnie mama od naj­młod­szych lat - ni­gdy nie szu­kaj od­po­wie­dzi w któ­rej­kol­wiek z epok. Je­śli Bóg bę­dzie chciał, że­bym wie­działa, to się do­wiem. A mnie nie wolno, pod żad­nym po­zo­rem, pró­bo­wać zmie­nić ko­lei losu, ko­rzy­sta­jąc z wie­dzy, którą mo­gła­bym zdo­być w in­nej epoce. Gdy­bym to uczy­niła, rów­na­łoby się to z po­rzu­ce­niem tej drogi, którą pró­buję zmie­nić. Tego chyba naj­bar­dziej się ba­łam każ­dego dnia, bo nie chcia­łam re­zy­gno­wać z 1774 roku.

- Panno Co­nant - ode­zwał się pan Jef­fer­son, gdy tylko mnie zo­ba­czył. Spod trój­rogu wy­sta­wały mu brą­zowe włosy pe­ruki. Przy­sta­nął i skło­nił się przede mną, zdej­mu­jąc ka­pe­lusz z głowy. Każdy jego ruch ema­no­wał ele­gan­cją i mę­sko­ścią. Był przy­stojny i po­tra­fił z tego ko­rzy­stać. - Miło pannę znów wi­dzieć.

- Z wza­jem­no­ścią, pa­nie Jef­fer­son.

Obaj, Henry i pan Wa­shing­ton, skło­nili się przede mną i zdjęli ka­pe­lu­sze. Dy­gnę­łam, po czym wy­mie­ni­łam spoj­rze­nie z Hen­rym. Już na sam jego wi­dok serce za­biło mi szyb­ciej.

Stał ra­mię w ra­mię z tymi dwoma wpły­wo­wymi i im­po­nu­ją­cymi ludźmi. Jego umię­śnione nogi i ra­miona od­zna­czały się pod do­pa­so­wa­nymi bry­cze­sami i ka­mi­zelką. Ży­cie na po­kła­dzie szku­ne­rów ku­piec­kich na­le­żą­cych do jego ro­dziny spra­wiło, że wy­glą­dał nie­źle. Jed­nak to jego przy­stojna twarz, czy też ra­czej oczy o ta­kim od­cie­niu błę­kitu, ja­kiego ni­gdy u ni­kogo nie wi­dzia­łam, za­chwy­cały mnie naj­bar­dziej, już od­kąd by­li­śmy dziećmi.

- Wła­śnie sze­dłem, żeby się z tobą zo­ba­czyć - po­wie­dział do mnie, wsu­wa­jąc ka­pe­lusz pod ra­mię.

Kasz­ta­nowe włosy miał spięte na karku. Był jed­nym z nie­wielu męż­czyzn, o któ­rych wie­dzia­łam, że nie no­szą pe­ruki ani nie pu­drują wło­sów.

- Mam na­dzieję, że przy­no­sisz do­bre wie­ści.

Ra­zem z mamą po­trze­bo­wa­ły­śmy te­raz do­brych no­win, choć nie chcia­łam zbyt­nio ży­wić na­dziei.

- Tak.

Uśmiech­nął się, po­dob­nie jak pa­no­wie Jef­fer­son i Wa­shing­ton, i już mia­łam pew­ność, że to rze­czy­wi­ście po­myślne wia­do­mo­ści. Za­lało mnie ta­kie po­czu­cie ulgi, że nogi za­częły mi od­ma­wiać po­słu­szeń­stwa i się trząść.

- Wra­casz może do domu? - za­py­tał Henry. - Czy mógł­bym cię od­pro­wa­dzić?

Po­ki­wa­łam ocho­czo głową, nie mo­gąc się już do­cze­kać, kiedy mi prze­każe te no­winy.

- Spo­tkamy się tu z po­wro­tem - zwró­cił się do Henry'ego pan Wa­shing­ton. - Jest jesz­cze wiele spraw do omó­wie­nia. - Skło­nił się po­now­nie w moją stronę. - Mam na­dzieję, że za­re­zer­wuje pa­nienka dla mnie ta­niec dziś wie­czo­rem na balu gu­ber­na­tora, panno Co­nant.

- Na balu?

- Jako przed­sta­wi­cielka na­szej no­wej dru­karni ob­słu­gu­ją­cej za­mó­wie­nia pu­bliczne - wy­ja­śnił pan Jef­fer­son - wkrótce otrzyma pa­nienka za­pro­sze­nie.

Pa­no­wie Jef­fer­son i Wa­shing­ton skło­nili się i we­szli do ta­werny.

Zwró­ci­łam się do Henry'ego.

- Dru­karni ob­słu­gu­ją­cej za­mó­wie­nia pu­bliczne?

- Tak. - Sze­roki uśmiech, który roz­świe­tlił jego twarz, spra­wił nie­mal, że za­po­mnia­łam o wszyst­kim in­nym. - Wnio­sek two­jej matki zo­stał roz­pa­trzony po­zy­tyw­nie.

Za­mknę­łam na mo­ment oczy, dzię­ku­jąc Bogu, że nad nami czuwa w swo­jej opatrz­no­ści. Ta wia­do­mość nie mo­gła się tra­fić w lep­szym cza­sie.

- Ośmielę się rzec, że Wa­shing­ton w pe­wien spo­sób po­czuł się od­po­wie­dzialny za wa­szą ro­dzinę - mó­wił Henry, gdy ru­szy­li­śmy da­lej. - W końcu to on sam po­pro­sił two­jego ojca, żeby opu­ścił Ma­ry­land i za­ło­żył wy­daw­nic­two pra­sowe w Wil­liams­burgu.

- A ja ośmielę się rzec, że mama po pro­stu za­słu­guje na ten kon­trakt - od­po­wie­dzia­łam, ce­lowo dro­cząc się i ro­biąc przy­tyk swo­jemu sta­remu przy­ja­cie­lowi, bo nie chciało mi się wie­rzyć, że pan Wa­shing­ton miałby się nad nami li­to­wać. - Pra­cuje znacz­nie cię­żej niż kto­kol­wiek inny. Wo­la­ła­bym ży­wić na­dzieję, że otrzy­ma­ły­śmy ten kon­trakt za na­sze za­sługi.

- Obie świet­nie so­bie ra­dzi­cie, bio­rąc pod uwagę wa­szą trudną sy­tu­ację - zgo­dził się Henry. - Ale do­brze wiemy, że twoja matka nie osią­gnę­łaby tego bez cie­bie. Dzięki temu, że po­słu­chała cie­bie, jako współ­wła­ści­cielki wy­daw­nic­twa, wa­sza oferta prze­szła zwy­cię­sko w nie­ła­twym gło­so­wa­niu. Za­skar­bi­łaś so­bie sza­cu­nek kilku de­pu­to­wa­nych, Libby, jed­nak są też tacy, któ­rzy chcie­liby, żeby ci się po­wi­nęła noga.

Wzru­sze­nie ści­snęło mnie za gar­dło, gdy do­tarło do mnie, co się wiąże z tą de­cy­zją. Wszyst­kie te nie­koń­czące się go­dziny, które prze­pra­co­wa­łam w ciągu mi­nio­nych mie­sięcy, ze­brały ogromne żniwo, za­równo pod wzglę­dem psy­chicz­nym, jak i fi­zycz­nym, nie mó­wiąc już o tym, jak wpły­nęło to na moje ży­cie oso­bi­ste. Nie było czasu na spo­tka­nia to­wa­rzy­skie czy szu­ka­nie męża, tak jak to ro­biło wiele z mo­ich przy­ja­ció­łek. A je­dyny męż­czy­zna, z któ­rym mo­gła­bym chcieć się zwią­zać, Henry, był od lat poza moim za­się­giem.

Wy­pro­sto­wa­łam plecy i unio­słam wy­żej pod­bró­dek. Nie mo­głam oka­zać przed nim, ani przed ni­kim in­nym, swo­jego utru­dze­nia. Mu­sia­łam być tak silna i nie­ustę­pliwa jak ota­cza­jący mnie przed­się­biorcy - a może na­wet sil­niej­sza od nich.

- Do­brze cię znów wi­dzieć, Libby.

- Też się cie­szę, że cię wi­dzę, Henry.

- Jak dawno to już?

- Pew­nie od świąt - od­par­łam, choć do­brze wie­dzia­łam, że nie wi­dzie­li­śmy się od dnia Bo­żego Na­ro­dze­nia, gdy spo­tka­li­śmy się w ko­ściele pa­ra­fial­nym Bru­ton.

Na­sze kon­takty były spo­ra­dyczne, ale za­wsze, kiedy go wi­dzia­łam, cały czas roz­łąki prze­sta­wał się li­czyć i znów czu­łam się jak wtedy, gdy prze­by­wa­li­śmy ra­zem w dzie­ciń­stwie.

- Przy­kro mi, że nie mo­głem być na po­grze­bie two­jego ojca - po­wie­dział ci­cho Henry, a w jego gło­sie sły­chać było za­tro­ska­nie. - Gdy­bym tylko co­kol­wiek...

- Dzię­kuję. - Prze­rwa­łam jego wy­po­wiedź, która mo­głaby mnie wpra­wić w za­kło­po­ta­nie. Tata cho­ro­wał od lat i by­ły­śmy go­towe na jego odej­ście, o ile w ogóle można być go­to­wym na coś ta­kiego.

- Sły­sza­łem, że tego sa­mego dnia, gdy zmarł, pu­ści­łaś ma­szyny dru­kar­skie w ruch. - Henry nie ukry­wał po­dziwu ani za­sko­cze­nia. - To nie­sa­mo­wite, zwłasz­cza że na pewno za­mknęło to usta czar­no­wi­dzom.

Sta­ra­łam się nie my­śleć o tych, któ­rzy znie­sła­wiali na­sze do­bre imię, od­kąd tata zmarł. Wy­star­cza­ją­cym cio­sem było to, że go stra­ci­ły­śmy, a lu­dzie, któ­rzy uwa­żali, że nie bę­dziemy w sta­nie pro­wa­dzić wy­daw­nic­twa po jego śmierci, tylko po­gar­szali sy­tu­ację. Ale jaki mia­ły­śmy wy­bór? Je­śli prze­sta­ły­by­śmy dru­ko­wać, zo­sta­ły­by­śmy bez środ­ków do ży­cia. Sama myśl o wię­zie­niu dla dłuż­ni­ków albo, co gor­sza, o mo­ich sio­strach na służ­bie u ta­kich lu­dzi jak pan Jen­nings spę­dzała mi sen z po­wiek. Mu­sia­łam się wy­ka­zać jako wy­dawca i przed­się­biorca, a tym bar­dziej jako sio­stra i córka. Nie mo­głam za­wieść.

- Jak mi­nęło pierw­sze po­sie­dze­nie? - za­py­ta­łam, by zmie­nić te­mat.

Twarz Henry'ego spo­chmur­niała, a jego wzrok spo­waż­niał. Wpa­try­wał się przed sie­bie. Już od pra­wie dzie­się­ciu lat wzra­stało na­pię­cie w re­la­cjach z An­glią i w końcu w grud­niu sy­tu­acja osią­gnęła punkt kry­tyczny pod­czas słyn­nej her­batki bo­stoń­skiej. W ostat­nich ty­go­dniach do­szły nas słu­chy, że par­la­ment bry­tyj­ski uchwa­lił ustawę do­ty­czącą portu w Bo­sto­nie i że pla­no­wano go za­mknąć od po­czątku czerwca. Miało tak być do czasu, aż lo­kalni kupcy spłacą szkody spo­wo­do­wane wrzu­ce­niem dzie­więć­dzie­się­ciu fun­tów her­baty do wody w por­cie bo­stoń­skim.

- Wy­ra­zimy na­szą so­li­dar­ność z Bo­sto­nem - oznaj­mił Henry.

- Jak?

- Nie mogę zdra­dzać na­szego planu, do­póki nie osią­gniemy wy­star­cza­ją­cego po­par­cia, żeby prze­gło­so­wać uchwałę w ra­dzie, ale nic się nie bój. - Uśmiech­nął się w moją stronę. - Jako na­sza dru­kar­nia ob­słu­gu­jąca za­mó­wie­nia pu­bliczne, bę­dziesz wie­działa o wszyst­kim jako pierw­sza.

Zbyt szybko do­tar­li­śmy do wy­daw­nic­twa.

- Do­łą­czysz do nas na obiad? - za­py­ta­łam, choć le­d­wie nam wy­star­czało, żeby wy­ży­wić swoją ro­dzinę, a co do­piero go­ści.

Po­krę­cił głową i za­trzy­mał wzrok nieco dłu­żej na mo­jej twa­rzy. Za­sta­na­wia­łam się, czy cie­szy się z tego, że znów mnie wi­dzi, tak samo jak ja cie­szy­łam się ze spo­tka­nia z nim. Za­wsze był tym chłop­cem, który był dla mnie naj­mil­szy, a te­raz stał się męż­czy­zną cie­szą­cym się do­brą re­pu­ta­cją. Już od mło­do­ści wie­dzia­łam, że po­ślubi ko­goś ze swo­ich sfer, i krą­żyły plotki, że panna młoda zo­stała już wy­ty­po­wana.

- Mu­szę wra­cać do Ta­werny Ra­le­igha. Czy za­re­zer­wu­jesz dla mnie ta­niec na balu gu­ber­na­tora? - za­py­tał.

Bal! Nie­mal zu­peł­nie za­po­mnia­łam! Mama się nie­zmier­nie ucie­szy!

- Tak - od­par­łam.

Henry się skło­nił i od­szedł.

Pa­trząc, jak wraca do Ta­werny Ra­le­igha i wkłada na głowę trój­róg, nie po­tra­fi­łam po­wstrzy­mać ukłu­cia za­zdro­ści, że nie mogę do­łą­czyć do niego i po­zo­sta­łych męż­czyzn, któ­rzy two­rzą hi­sto­rię.

Pa­lace Green, czyli te­reny zie­lone przed Pa­ła­cem Gu­ber­na­tora, roz­świe­tlone były rzę­dami po­chodni. Mi­ja­ły­śmy je z mamą tego wie­czoru z lek­ko­ścią w sercu z po­wodu no­winy o kontr­ak­cie, choć to jesz­cze nie roz­wią­zy­wało wszyst­kich na­szych pro­ble­mów. By­ły­śmy same. Han­nah i Re­becca miały tylko od­po­wied­nio osiem i dzie­więć lat, więc były za młode, żeby by­wać w to­wa­rzy­stwie. Zo­stały w domu z Ma­riah, byłą nie­wol­nicą, którą tata na­był dla mamy w pre­zen­cie ślub­nym dwa­dzie­ścia je­den lat temu. Dwu­dzie­sto­wieczny umysł mamy brzy­dził się wszel­kimi for­mami nie­wol­nic­twa, więc za­bie­gała o to, by tata zwró­cił Ma­riah wol­ność, jed­nak udało się to do­piero po jego śmierci. Mimo tego ko­bieta po­sta­no­wiła zo­stać z nami jako słu­żąca i wy­szła za mąż za Abra­hama, wol­nego czar­no­skó­rego, który pra­co­wał u nas jako po­moc do wszyst­kiego. Byli nam ra­czej jak ro­dzina niż pra­cow­nicy i miesz­kali nad kuch­nią, w po­dwórku za na­szym do­mem.

Na pod­jeź­dzie cią­gnął się rząd ka­ret, w któ­rych przy­byli naj­za­moż­niejsi i naj­bar­dziej pro­mi­nentni miesz­kańcy Wir­gi­nii. Po­nad setka de­pu­to­wa­nych zjeż­dżała do Wil­liams­burga każ­dej wio­sny, a wraz z nimi ich żony, dzieci i słu­żący. W ciągu tego mie­siąca, gdy prze­by­wali w sto­licy, miały miej­sce wszyst­kie naj­lep­sze wy­da­rze­nia to­wa­rzy­skie. Przy­po­mi­nało mi to se­zon to­wa­rzy­ski, który mu­sia­łam obec­nie zno­sić w mo­jej dru­giej epoce w Lon­dy­nie, w 1914 roku. Na samą myśl, że ju­tro rano obu­dzę się i będę się mu­siała zmie­rzyć z wy­kań­cza­ją­cym pla­nem dnia, który matka Wells dla mnie przy­go­to­wała, ro­biło mi się nie­do­brze.

- Wiesz - po­wie­działa mama. - Za­wsze po­znaję, kiedy je­steś my­ślami w tym dru­gim ży­ciu.

Nie po­tra­fi­łam wiele ukryć przed mamą. Znała mnie le­piej niż kto­kol­wiek na świe­cie.

- A to­bie nie było trudno ich roz­dzie­lać? - za­py­ta­łam.

- Było - przy­znała.

- I nie zda­rza ci się my­śleć o la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych dwu­dzie­stego wieku?

Mil­czała przez chwilę i wy­raź­nie po­smut­niała. Mama też była osobą prze­no­szącą się w cza­sie. Jej dru­gie ży­cie za­czy­nało się w 1973 roku. Tak jak ja, mama zmie­niała epoki przez dwa­dzie­ścia je­den lat. W dniu swo­ich dwu­dzie­stych pierw­szych uro­dzin wy­brała, którą z nich po­rzuci, a w któ­rej zo­sta­nie - tak samo, jak zro­bię ja i jak inne osoby prze­no­szące się w cza­sie z na­szej ro­dziny czy­niły przed nami. Wszyst­kie mia­ły­śmy tyle samo czasu na do­ko­na­nie wy­boru.

Już dawno temu po­sta­no­wi­łam, że chcę zo­stać w osiem­na­stym wieku, choć pod­ję­cie tej de­cy­zji za­jęło mi po­nad rok. Mu­szę wy­trzy­mać w 1914 roku jesz­cze trzy­na­ście mie­sięcy. Nie mia­łam wy­boru.

- Mi­nęło pra­wie dwa­dzie­ścia je­den lat, od­kąd pod­ję­łam osta­teczną de­cy­zję - rze­kła mama z wes­tchnie­niem. - Oczy­wi­ście, od czasu do czasu my­ślę o tym. Wiele lat mi za­jęło, żeby nie do­pu­ścić do tego, by ja­kieś słowa czy my­śli z tam­tej epoki wy­rwały mi się w roz­mo­wie tu­taj. Jak by lu­dzie za­re­ago­wali, gdy­bym po­wie­działa im, żeby wrzu­cili na luz albo prze­stali bu­jać? - Za­śmiała się pod no­sem, a po­tem znów wes­tchnęła. - Czę­sto też za­sta­na­wiam się, co się stało z moją drugą mamą, tatą oraz ro­dzeń­stwem, ale te­raz to wszystko wy­daje mi się ni­czym sen. Mu­szę być tu dla cie­bie, żeby cię po­kie­ro­wać i po­móc w re­wo­lu­cji ame­ry­kań­skiej. Cze­ka­łam na to przez całe swoje ży­cie.

Do­kład­nie ro­zu­mia­łam, co czuła. Nie mo­gły­śmy zmie­nić hi­sto­rii, ale wie­dzia­ły­śmy, jak to się ro­ze­gra.

Szły­śmy w mil­cze­niu wzdłuż mi­go­czą­cych po­chodni, rzu­ca­ją­cych cie­nie na zie­mię. Na żwi­ro­wej dro­dze roz­legł się od­głos koń­skich ko­pyt, a nad na­szymi gło­wami, w ko­ro­nach drzew, po­wiał lekki wiatr. Cie­szy­łam się, że mama wie­działa wszystko o moim dru­gim ży­ciu. Była je­dyną osobą, z którą mo­głam po­roz­ma­wiać o swo­ich tro­skach. Ro­zu­miała moją tę­sk­notę za no­wo­cze­snymi udo­god­nie­niami, któ­rymi cie­szy­łam się w 1914 roku - elek­trycz­no­ścią, te­le­fo­nami i sa­mo­cho­dami. Ona zaś opo­wia­dała mi o tych wy­na­laz­kach, które miały na­dejść jesz­cze póź­niej - te­le­wi­zji, kom­pu­te­rach, ku­chen­kach mi­kro­fa­lo­wych i wielu in­nych. Nie mo­głam się na­dzi­wić ludz­kiej po­my­sło­wo­ści, choć chwi­lami trudno mi było to po­jąć.

Je­śli kto­kol­wiek w 1774 usły­szałby na­sze roz­mowy, uznałby nas za obłą­kane, albo go­rzej. Więc nie roz­ma­wia­ły­śmy o na­szych po­dwój­nych ży­ciach z ni­kim in­nym. Na­wet moje młod­sze sio­stry nie znały na­szych se­kre­tów, po­dob­nie jak i tata. Re­becca i Han­nah nie prze­no­siły się w cza­sie, więc nie było po co im o tym mó­wić. Tylko ci, któ­rzy mieli pro­mie­ni­ste zna­mię nad ser­cem, prze­no­sili się w cza­sie. Z tego, co wy­róż­niona zna­mie­niem mama mo­jej mamy jej opo­wia­dała, tak wła­śnie było, od­kąd się­gano pa­mię­cią. Wie­dzia­ły­śmy, że są też inni, poza na­szą ro­dziną, ale rzadko na­sze drogi się krzy­żo­wały. Moja bab­cia spo­tkała taką osobę w swo­jej dru­giej epoce, w 2022 roku. Po­znała ją po zna­mie­niu, ale nie dzie­liły się swoim do­świad­cze­niem, bo bały się zmie­nić bieg hi­sto­rii.

Pew­nego dnia, gdy będę miała córkę, okaże się, czy ona też zo­sta­nie ob­da­rzona zna­mie­niem. Tego ni­gdy nie było wia­domo. To Bóg był au­to­rem na­szego ży­cia i tylko On kon­tro­lo­wał, kto ma ten dar.

Je­śli w ogóle kie­dy­kol­wiek będę miała dziecko. Nie by­łam jesz­cze pewna, czy chcia­łam prze­ka­zać ten dar ko­lej­nemu po­ko­le­niu. Czy by­łoby to w po­rządku obar­czać dziecko ta­kim ży­ciem...

- Głowa do góry, Libby - po­wie­działa mama, uj­mu­jąc moje dło­nie. - Od­suń od sie­bie tro­ski tego wie­czoru. Nie każ­dego dnia do­sta­jemy za­pro­sze­nie do pa­łacu. Zo­stało ci jesz­cze tylko trzy­na­ście mie­sięcy do dwu­dzie­stych pierw­szych uro­dzin. Jak do­tąd uda­wało nam się przejść przez to dru­gie ży­cie. Nie po­winno być po­wo­dów, dla któ­rych nie mia­łoby nam się to po­wieść da­lej.

Jej słowa dały mi na­dzieję i spra­wiły, że szłam już lżej­szym kro­kiem.

Do­tar­ły­śmy do wej­ścia do pa­łacu i po­ka­za­ły­śmy na­sze za­pro­sze­nie lo­ka­jowi w ja­sno­nie­bie­skiej li­be­rii. Na­stęp­nie prze­szły­śmy przez sa­lon i wkro­czy­ły­śmy w długi ko­ry­tarz pro­wa­dzący do sali ba­lo­wej.

W środku za­sta­ły­śmy mnó­stwo ro­ze­śmia­nych i po­grą­żo­nych w roz­mo­wach miesz­kań­ców Wir­gi­nii. Zna­łam wielu z nich po imie­niu, choć za­le­d­wie kil­koro uwa­ża­łam za swo­ich przy­ja­ciół. Więk­szość z nich pre­nu­me­ro­wała na­szą ga­zetę od czasu, gdy tata za­czął ją wy­da­wać, choć po jego śmierci stra­ci­li­śmy wię­cej czy­tel­ni­ków, niż­bym chciała przy­znać. Do­strze­głam Geo­rge'a Wa­shing­tona, a także Tho­masa Jef­fer­sona, Pa­tricka Henry'ego, Pey­tona Ran­dol­pha i kilku in­nych męż­czyzn, któ­rych na­zwi­ska miały się za­pi­sać w hi­sto­rii... Na szczę­ście nie było tego okrop­nego pana Jen­ningsa.

- Pani Co­nant i panna Co­nant - za­anon­so­wał nas lo­kaj, kiedy we­szły­śmy do ogrom­nej, nie­bie­skiej sali ba­lo­wej. Kilka osób spoj­rzało w na­szą stronę, jed­nak więk­szość na­wet nie prze­jęła się na­szym wej­ściem.

- Tam jest pan Wa­shing­ton - za­uwa­żyła mama. - Mu­szę mu po­dzię­ko­wać za to, że po­parł nasz kon­trakt.

Mo­głam pójść z nią, ale wy­pa­trzy­łam ko­goś in­nego, z kim wo­la­łam po­roz­ma­wiać. Henry. Stał przy jed­nym z ogrom­nych okien z lampką w dłoni, ra­zem z gu­ber­na­to­rem lor­dem Dun­more oraz jego żoną, lady Char­lotte. W tej nie­wiel­kiej gru­pie byli rów­nież oj­ciec Henry'ego, lord Ash­bury, oraz jego matka, lady Gwen­do­lyn. Są­dząc po mi­nie Henry'ego, o czym­kol­wiek roz­ma­wiała ta piątka, wy­glą­dało to na po­nury te­mat.

- Sły­sza­łaś naj­now­sze plotki? - roz­legł się koło mnie ko­biecy głos.

Od­wró­ci­łam się i uj­rza­łam swoją przy­ja­ciółkę, So­phię Charl­ton, która spo­glą­dała w tym sa­mym kie­runku co ja.

- Nie wie­rzę w nic, o czym nie pi­sano w ga­ze­tach - od­par­łam z za­wa­diac­kim uśmie­chem, choć tak na­prawdę czu­łam się roz­darta po­mię­dzy pra­gnie­niem, żeby się do­wie­dzieć, co sły­szała, a tym, żeby nie roz­po­wszech­niać plo­tek. Jed­nak by­łam wy­daw­czy­nią ga­zety i moja praca po­le­gała na tym, by wie­dzieć wszystko. - Co ta­kiego sły­sza­łaś?

- Że gu­ber­na­tor Dun­more wy­brał już męża dla swo­jej naj­star­szej córki, lady Ca­the­rine. - Ciem­no­brą­zowe oczy So­phii błysz­czały, gdy ocze­ki­wała na moją re­ak­cję.

- Ale ona ma do­piero czter­na­ście lat.

- Nie je­steś cie­kawa, kim bę­dzie przy­szły pan młody?

- A ja­kie to ma zna­cze­nie? - Sta­ra­łam się spra­wiać wra­że­nie nie­za­in­te­re­so­wa­nej, ale już sły­sza­łam po­gło­ski i wie­dzia­łam, że jej od­po­wiedź bę­dzie mieć ogromne zna­cze­nie.

- To Henry Mont­go­mery.

Przez chwilę nic nie od­po­wia­da­łam, ma­rząc, żeby te plotki oka­zały się nie­prawdą, a jed­nak nie mo­głam mó­wić, że się tego nie spo­dzie­wa­łam.

- Ale on ma dwa­dzie­ścia trzy lata - od­par­łam, by za­ma­sko­wać swoje praw­dziwe uczu­cia.

- A cóż to jest dzie­więć lat? - za­py­tała So­phia, uno­sząc od­sło­nięte ra­miona. - Henry jest jed­nym z naj­młod­szych de­pu­to­wa­nych, któ­rzy zo­stali tu­taj za­pro­szeni, nie wspo­mi­na­jąc już o tym, że jest też nowo wy­bra­nym człon­kiem zgro­ma­dze­nia i gu­ber­na­tor Dun­more wiąże z nim ogromne na­dzieje. Ich ro­dziny łą­czą mocne więzi, któ­rym nie prze­szka­dza róż­nica wieku.

- Ona jest jesz­cze dziec­kiem.

Ale w mo­men­cie, gdy to po­wie­dzia­łam, zda­łam so­bie sprawę, że dla So­phii to bez zna­cze­nia. Obie wie­dzia­ły­śmy o dziew­czę­tach, które znacz­nie mło­dziej wy­cho­dziły za mąż. W wieku dzie­więt­na­stu, pra­wie dwu­dzie­stu lat mo­głam już ucho­dzić za starą pannę. Choć nie mia­łam za wiele czasu, żeby się tym za­mar­twiać, bo by­łam zbyt za­jęta pro­wa­dze­niem wy­daw­nic­twa.

- Sły­sza­łam, że za­mie­rzają po­cze­kać - do­dała So­phia - rok albo dłu­żej, aż sy­tu­acja z re­be­lian­tami tro­chę się uspo­koi.

Rok? Mia­łam ogromną ochotę po­wie­dzieć jej, że re­wo­lu­cja nie za­koń­czy się przez pra­wie dzie­sięć lat, ale oczy­wi­ście nie mo­głam tego zro­bić.

- My­ślisz, że oma­wiają te­raz kwe­stie ugody? - za­py­tała, prze­chy­la­jąc głowę na bok w za­my­śle­niu. - Je­śli tak, to on nie wy­gląda na za­do­wo­lo­nego.

Nie, Henry nie wy­glą­dał na za­do­wo­lo­nego. Miał po­nure spoj­rze­nie i marsz­czył czoło. Ża­ło­wa­łam, że nie mogę go za­py­tać, czy to prawda. To mia­łoby sens i by­łoby w in­te­re­sie obu ro­dzin, ale wy­kra­czało poza wszystko, co było sen­sowne dla mnie.

Henry skrzy­żo­wał spoj­rze­nie ze mną i wy­raz jego twa­rzy zła­god­niał. Chcia­łam mu po­wie­dzieć, że nie musi ro­bić cze­goś, czego nie chce, ale nie by­łam głu­pia. Ilu z nas mo­gło ro­bić rze­czy, któ­rych na­prawdę pra­gnę­li­śmy? Na­wet w swoim ży­ciu w 1914 roku rzadko mia­łam taką moż­li­wość, żeby ro­bić, co mi się po­doba. Mama twier­dziła, że w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych dwu­dzie­stego wieku już było ina­czej. Ko­biety zo­sta­wały le­ka­rzami, praw­ni­kami i pro­fe­so­rami. Nie­które na­le­żały na­wet do du­cho­wień­stwa albo le­ciały w ko­smos, choć aku­rat trudno mi było w to uwie­rzyć. W przy­szło­ści lu­dzie nie za­le­żeli od sie­bie tak, jak było to w 1774 albo na­wet 1914. Tu­taj mał­żeń­stwo było ko­nieczne, by pod­nieść swój sta­tus spo­łeczny, umoc­nić więzi mię­dzy ro­dzi­nami, za­gwa­ran­to­wać bez­pie­czeń­stwo i przy­szłość - czyli do wszyst­kiego, co ro­dzina Henry'ego pra­gnęła mu za­pew­nić.

- Chyba idzie w na­szą stronę.

So­phia wy­gła­dziła dło­nią w rę­ka­wiczce usztyw­niony ba­wet swo­jej ró­żo­wej, je­dwab­nej sukni. Był per­fek­cyjny, tak jak ona była per­fek­cyjna z tymi swo­imi per­fek­cyj­nie uło­żo­nymi locz­kami.

Henry prze­szedł przez salę ba­lową w na­szym kie­runku. Skrzy­pek stroił in­stru­ment, a lord Dun­more wy­pro­wa­dzał wła­śnie swoją żonę na śro­dek sali, żeby roz­po­cząć bal me­nu­etem.

Henry za­trzy­mał się przed nami. Skło­nił się, a ja i So­phia dy­gnę­ły­śmy.

- Do­bry wie­czór - za­czął. - Jak się pa­nienka miewa, panno Charl­ton?

- Bar­dzo do­brze, mój lor­dzie - od­parła So­phia, uno­sząc się z dy­gnię­cia.

Zwra­cała się do Henry'ego bar­dzo ofi­cjal­nie, ale ja wie­dzia­łam, jak bar­dzo tego nie lu­bił. Uro­dził się i wy­cho­wał na ame­ry­kań­skiej ziemi, a jego serce było od­dane oj­czyź­nie. Od­kąd jed­nak pa­mię­ta­łam, bar­dzo ja­sno wy­ra­żał się w kwe­stiach ary­sto­kra­cji - przy­naj­mniej w roz­mo­wach ze mną. Uwa­żał, po­dob­nie jak wielu in­nych, że w Ame­ryce nie ma miej­sca na ary­sto­kra­tyczne po­działy. Zga­dza­łam się z nim, co tylko spra­wiało, że moje ży­cie w 1914 roku tym bar­dziej znie­chę­cało i wy­da­wało się ze mnie kpić.

- Zdaje się, że py­ta­łem już, czy za­szczyci mnie pa­nienka tań­cem, panno Co­nant - zwró­cił się do mnie Henry. - Czy uczyni mi pa­nienka tę ra­dość?

Uśmiech­nę­łam się na­tych­miast, i ośmielę się rzec, że pro­mien­nie. Pierw­szy ta­niec wie­czoru był naj­waż­niej­szy dla sta­tusu i po­zy­cji spo­łecz­nej. Gu­ber­na­tor Dun­more z żoną mieli roz­po­cząć, a wszyst­kie pary szły za nimi we­dług hie­rar­chii. Henry miał być ra­czej bli­żej przodu. Jego za­pro­sze­nie było więc dla mnie praw­dzi­wym za­szczy­tem.

- Jak naj­bar­dziej.

Ujął moją dłoń i za­pro­wa­dził mnie na śro­dek sali, a gdy szli­śmy, sze­roki dół mo­jej sukni ocie­rał się o jego nogi. Gu­ber­na­tor i lady Dun­more spoj­rzeli w na­szą stronę, po­dob­nie jak ro­dzice Henry'ego, któ­rzy rów­nież do­łą­czyli do tań­czą­cych. Gu­ber­na­tor Dun­more pa­trzył na mnie spod unie­sio­nych brwi, ale wzrok lady Dun­more wy­ra­żał ra­czej za­cie­ka­wie­nie niż pro­tek­cjo­nal­ność. By­łam pewna, że mnie nie znali, po­nie­waż do tej pory nie było oka­zji, by na­sze drogi się spo­tkały.

Jed­nak ro­dzice Henry'ego wie­dzieli, kim je­stem - znali mnie od dziecka. I wcale nie wy­glą­dali na za­do­wo­lo­nych, wi­dząc mnie u jego boku.

Roz­dział 2

Lon­dyn, An­glia

5 maja 1914

Ko­lej­nego dnia rano, po obu­dze­niu, le­ża­łam jesz­cze przez kilka mi­nut w łóżku z za­mknię­tymi oczami. Nie mia­łam ochoty ich otwie­rać i mie­rzyć się z cze­ka­ją­cym mnie dniem. Le­ża­łam na mięk­kim ma­te­racu wy­peł­nio­nym pie­rzem, wspo­mi­na­jąc cu­downe, błę­kitne oczy Henry'ego, gdy uśmie­chał się do mnie mi­nio­nego wie­czoru. Łą­czyła nas głę­boka przy­jaźń, która trwała od po­czątku na­szego ży­cia i która przy­cho­dziła nam na­tu­ral­nie. Nie­wiele było re­la­cji, w któ­rych tak ła­two mi było się od­na­leźć, jak w tej.

Usły­sza­łam pu­ka­nie do drzwi i za­raz po­tem po­ko­jówka Edith we­szła do mo­jej sy­pialni.

- Dzień do­bry - po­wie­działa z tym swoim ra­do­snym, ir­landz­kim ak­cen­tem. - Przy­nio­słam pocztę. Jest też list od pa­nienki ojca.

Otwo­rzy­łam sze­rzej oczy na te wie­ści. Mój po­kój w wy­naj­mo­wa­nej ka­mie­nicy przy Ber­ke­ley Squ­are był luk­su­sowy. Wy­so­kie łóżko z bal­da­chi­mem im­po­no­wało prze­py­chem, a mimo to jego roz­miar nie zdo­mi­no­wał ogrom­nej prze­strzeni.

Edith z sze­ro­kim uśmie­chem po­ka­zała mi list. Wie­działa, jak bar­dzo lu­bi­łam do­sta­wać wia­do­mo­ści od ojca.

Wzię­łam go, chcąc jak naj­szyb­ciej się do­wie­dzieć, co sły­chać w domu. Kiedy za­czę­łam roz­ła­my­wać pie­częć, Edith przy­nio­sła do łóżka tacę ze śnia­da­niem i po­sta­wiła mi ją na ko­la­nach, nu­cąc ja­kąś tra­dy­cyjną ir­landzką pio­senkę, którą już wcze­śniej zda­rzało mi się sły­szeć. Na tacy roz­ło­żone były: świeżo pa­rzona her­bata, jesz­cze cie­płe bu­łeczki i dżem tru­skaw­kowy. Moje ży­cie w 1914 roku tak bar­dzo róż­niło się od tego z 1774! Tu­taj ob­słu­gi­wali mnie słu­żący i całe dnie mi­jały mi na wy­peł­nia­niu bez­u­ży­tecz­nych zo­bo­wią­zań to­wa­rzy­skich. Choć dla nie­któ­rych ta­kie wa­runki mo­gły się wy­da­wać czymś wspa­nia­łym, ja jed­nak tę­sk­ni­łam za tym po­czu­ciem celu, które mia­łam w Wil­liams­burgu.

Gdy tylko Edith ode­szła od łóżka, żeby wy­brać dla mnie suk­nię na ten dzień, mo­głam się na­cie­szyć sło­wami ojca.

29 kwiet­nia 1914 roku

Moja naj­droż­sza Libby!

Otrzy­ma­łem te­le­gram, że bez­piecz­nie do­tar­ły­ście z matką do Lon­dynu. Do­brze to sły­szeć. Mia­łem ogromną na­dzieję, że spę­dzimy ra­zem lato w New­port, zbie­ra­jąc mu­szelki, tak jak to ro­bi­li­śmy, gdy by­łaś mała, ale ro­zu­miem pra­gnie­nie Two­jej matki, żeby spę­dzić ten se­zon to­wa­rzy­ski w Lon­dy­nie po Two­ich dwóch po­przed­nich, uda­nych se­zo­nach w No­wym Jorku. Mu­simy kuć żelazo, póki go­rące - jak to mó­wią. Mam na­dzieję, że do­brze się ba­wisz i przy­wie­ziesz mnó­stwo cu­dow­nych wspo­mnień, któ­rymi bę­dziesz mo­gła na za­wsze się ra­do­wać. Pro­szę, po­zdrów ode mnie matkę i ko­rzy­staj z przy­gód.

Twój ko­cha­jący oj­ciec