ROZDZIAŁ I
Gdy załadowano nas, trzydzieści pięć więźniarek radomskiego więzienia, w dniu 7 stycznia 1943 roku do bydlęcego wagonu - jechałyśmy w nieznane. Wiedziałyśmy tylko tyle, że to "nieznane" oznacza dla nas jeden z licznych obozów koncentracyjnych. Po całonocnej jeździe, w czasie której pociąg stawał wiele razy, a wrzaski esesmańskie na zewnątrz kazały się domyślać ładowania nowych transportów z innych miast, rano odsunięto zasuwy i z krzykiem: "Raus!", kazano wyjść z pociągu.
Zdumiona zobaczyłam dworzec lubelski, cały obstawiony esesmanami. Z innych wagonów też wyrzucają więźniów - szereg kobiet i mężczyzn, wszyscy z tym swoistym piętnem więzienia i badań gestapowskich. Spojrzałam przed i za siebie, było nas, na oko, około tysiąca4. Ustawieni w piątki idziemy w ten mroźny poranek ulicami Lublina. Pod nogami chrzęści śnieg. Na twarzach nielicznych przechodniów widać zarówno przerażenie, współczucie, strach, bezradność, jak i zaciętość i nienawiść.
Za miastem śnieg głęboki, wyboje, iść coraz trudniej, jesteśmy już wszystkie zmęczone. Pobyt w więzieniu i badania w gestapo nie wpłynęły dodatnio na naszą kondycję fizyczną.
Wreszcie stajemy. Brama, budka strażnicza, za nią pośrodku droga, z obu jej stron w perspektywie szereg szarych baraków. Wszystko otoczone gęstą siecią kolczastych drutów. Pierwsza myśl: "A więc tak wygląda obóz koncentracyjny na Majdanku".
Prowadzą nas w głąb obozu. Obok przechodzi grupa mężczyzn w pasiakach, esesman ryczy na nich i wymachuje pejczem. Za chwilę inny obraz, jakże typowy dla obozu, a dla nas - nowicjuszek groźny i przerażający: esesmani z pasją biją pejczami i kopią podkutymi buciorami leżących na śniegu więźniów.
W pewnym momencie stajemy, oddzielają od nas mężczyzn, my idziemy dalej, na sam koniec obozu. Wprowadzają nas wreszcie na zupełnie puste pole. Po bokach stoją baraki zawiane śniegiem, pośrodku głęboki kopny śnieg. Esesmani z trudem otwierają drzwi pierwszego baraku, połowa okien wybita, to samo w drugim, wreszcie każą nam wejść do trzeciego. Tu też brak paru szyb, przeraźliwie zimno. Trzypiętrowe prycze z siennikami i kocami, pośrodku zimny, ma się rozumieć, mały żelazny piecyk, tzw. koza.
Wchodzi esesmanka-dozorczyni5 i mówi, że tu mamy mieszkać, coś jeszcze krzyczy po niemiecku i wychodzi.
Zostajemy same. Jest nas około trzystu, trzydzieści pięć z Radomia, reszta z Kielc, Skarżyska-Kamiennej, Tomaszowa, Częstochowy.
Zmęczone siadamy na pryczach. Jeść nie dają, ale mamy paczki żywnościowe przysłane nam do więzienia, które wyjątkowo w całości gestapo zwróciło nam w dniu wyjazdu. Robi się wieczór. Kładziemy się, ale przeraźliwe zimno nie pozwala jednak zasnąć. Nawet nie próbujemy się rozebrać, otulamy się kocem, ale to niewiele pomaga. Wpadamy wreszcie na pomysł i kładziemy się we dwie na pryczy, przykrywając się już dwoma kocami, a na to siennikiem. Jest dużo cieplej.
Mała, drobna Marychna Kantorska, która mocno się do mnie przytula, grzeje chyba lepiej niż koce i siennik. Zasypiamy wreszcie w tę pierwszą naszą noc w obozie.
Rano koce są tak przymarznięte do naszych ubrań, że z trudem je odrywamy. Zimno w baraku przeraźliwe. Wychodzimy na dwór. Rozglądam się po polu, widzę za barakiem wykopane doły kloaczne bez żadnej ochrony przed śniegiem i mrozem. Jedyna studnia na obozie polu zamarznięta, więc myjemy się w śniegu, pożyczając sobie nawzajem resztki więziennego mydła i nieliczne ręczniki. Wchodzi esesmanka, pytam ją, jak można się umyć i dodaję, że bardzo chce nam się pić. Dostaję odpowiedź tak na jedno, jak i na drugie pytanie jednakową: "śnieg jest na zewnątrz" (Schnee ist draussen). Koło południa znów wchodzi esesmanka i pyta, czy są wśród nas reichsdeutschki. Wychodzą dwie. Wyznacza je na blokowe baraku i każe iść ze sobą i zabrać parę więźniarek. Przynoszą trochę węgla, chleb i gorzkie, ale gorące "ziółka" do picia. Rozdzielają także wśród nas miski i drewniane łyżki. Zaczyna się dzień obozowy, tylko na razie do pracy nikogo nie zabierają.
Jako jedyna lekarka zwracam się do współkoleżanek z propozycją, aby robić codzienny przegląd czystości osobistej. Wszystkie się zgadzają. Dobieram parę chętnych do pomocy i zaczynamy kontrolę sanitarną. Jednocześnie zgłaszają się do mnie chore z różnymi skargami. Jestem zupełnie bezradna, bo nie mam ani słuchawki, ani termometru, ani żadnych leków. Gorączkującym każę tylko pozostać w łóżku.
Najbardziej martwi mnie jedna z więziennych koleżanek, której tworzy się ropień nad migdałkiem po nieleczonej anginie. Nie może już mówić, z trudem oddycha. Biorę trochę piasku spod odkopanego śniegu, grzeję go na piecyku i przykładam gorące kataplazmy6 na gardło.
Nie pomaga - dusi się coraz bardziej, nozdrza rozdęte, wargi sine, oczy przekrwione. Nie mam pojęcia, jak jej pomóc. I wreszcie olśnienie: - Widzę długi kuchenny nóż, który blokowa dostała do krajania chleba. Biorę go, owijam jakąś szmatką, zostawiając tylko koniec wolny. Podchodzę do koleżanki i pytam, czy zgadza się, abym tym nożem przecięła jej ropień. Kiwa głową, bo mówić nie może. Siłą rozwieram jej usta moją lewą ręką, a prawą celuję w ropień. Nóż był ostry, ropień nabrany i ledwo dotknęłam, strumień ropy zalał mi twarz. Dałam do płukania ciepłe obozowe ziółka; mnóstwo ropy wylewało się wraz z nimi, a moja chora zaczęła mówić i oddychać normalnie. Ten pierwszy zabieg wykonany wbrew wszelkiej aseptyce i do tego narzędziem iście rzeźnickim przeszedł bez żadnych komplikacji.
4 Ten transport liczył około 700 osób, w tym 145 kobiet, z kilku więzień dystryktu radomskiego.
5 Nadzorczynie nie należały do SS, nie nosiły też wojskowych mundurów.