Gdy miłość zaskoczy - Stephanie Laurens

-
Proszę czekać
Rozdział 2

- Masz pojęcie, co narobiłaś?

Henrietta drgnęła, a potem spojrzała przez ramię - prosto w ujmujące brązowe oczy, które w tej chwili nie miały w sobie nic ujmującego. W rzeczy samej, kamienne oblicze i zaciśnięte wargi Jamesa Glossupa sugerowały zamiar morderstwa.

- Z pewnością nie zaszokuje cię wiadomość - ciągnął - że Melinda Wentworth właśnie dała mi odprawę, odrzucając tym samym moje oświadczyny, zanim w ogóle do nich doszło. Ponieważ ubiegłego wieczoru widziałem, jak wychodzisz od lady Montague w ślad za Wentworthami, zmiana w nastawieniu Melindy nieszczególnie mnie zaskoczyła, ponawiam jednak pytanie, czy masz pojęcie, choć minimalne, do czego w tym przypadku doprowadziłaś swoją ingerencją?

Jego ton, potępiający i oskarżycielski, ubódł Henriettę. Odwróciła się twarzą do Glossupa. Matka nalegała, by starsza córka udała się wraz z nią i Mary na przyjęcie u lady Campbell, lecz w salonie gospodyni Henrietta nie znalazła wielu interesujących zajęć; wśród gości przeważały młode osoby, damy świeżo po debiucie i dżentelmeni, którzy dopiero co zjechali do miasta, oraz ich matki. Niemniej lady Campbell przyjaźniła się z jej matką, dlatego Henrietta odbyła obowiązkową rundę po pokoju, a następnie schroniła się we wnęce, częściowo osłoniętej przez dużą palmę w doniczce, gdzie też odnalazł ją James.

A właściwie osaczył; nie mogła odejść, dopóki nie ustąpi jej z drogi.

Nie, żeby ją to martwiło, ale jej puls przyśpieszył - nie była pewna dlaczego.

- Ja tylko powiedziałam Melindzie prawdę: że musisz się ożenić, aby uwolnić część spadku. - Ostrzegawczo przymrużyła oczy; nie dopuści, by obarczył ją odpowiedzialnością za własne niedociągnięcia. - Nie przyszło ci do głowy, żeby ją o tym poinformować. Melinda nastawiła się na małżeństwo z miłości, choć jednak zadała mi tyczące tego pytanie, odmówiłam komentarza. Pozostawiłam tę kwestię jej osądowi, jeśli więc nie zdołałeś jej przekonać, że w swych zabiegach o nią kierujesz się uczuciem, wątpię, abyś mógł mnie o to obwiniać.

Zmrużył oczy; na co dzień barwy czekolady, nęcące, by zanurzyć się w ich słodyczy, w tej chwili przypominały twarde okruchy agatu.

- Tak jak myślałem, nie masz pojęcia, jakie spowodowałaś szkody, nie tylko w odniesieniu do mnie, ale też wielu innych osób.

Zamrugała, zmarszczyła brwi.

- Co masz na myśli?

Zdawał się jej nie słyszeć. Nadal wwiercał się spojrzeniem w jej oczy, z twarzą pełną trzymanych na wodzy gniewu i frustracji.

- Simon wspominał, jak lubisz się wtrącać, jak nurzasz się i mącisz w życiu innych dla własnej rozrywki.

Na ten ton aż się w niej zagotowało.

- Nie kochasz Melindy!

- Nie, nie kocham, lecz czy kiedykolwiek twierdziłem coś przeciwnego?

Ponieważ zniżył głowę, ich twarze dzieliły zaledwie centymetry. Wyrzucał z siebie kolejne słowa w takim tempie, jakby ciskał nimi w Henriettę niczym strzałkami lub wręcz oszczepami.

Zaglądała mu w oczy, lustrowała twarde, surowe płaszczyzny twarzy. Emocje kryły się tuż pod tą nieustępliwą powierzchnią - wyraźnie docierały do niej gniew i frustracja, ale pod nimi wyczuwała także nurt niepokoju, troski, zmartwienia i obawy. Jeszcze głębiej nieśmiało dawał o sobie znać strach, nie był to jednak strach o siebie. Henrietta rozpoznawała ten rodzaj rozproszenia - James bał się o osoby lub rzeczy, które postrzegał jako pozostające pod jego opieką. Raptem straciła rezon.

- Co...?

- Czy ani razu nie przyszło ci do głowy, że niekiedy dżentelmeni podlegają rozmaitym naciskom, po prostu, przez co z przyczyn, które nie mają nic wspólnego z miłością, zmuszeni są zawrzeć małżeństwo? Jak, u diabła, twoim zdaniem tacy dżentelmeni mają osiągnąć cel, w sensie matrymonialnym, jeśli muszą walczyć z tobie podobnymi, bezprawnie wtykającymi nos w nie swoje sprawy? - Zaczerpnął tchu, a potem z jeszcze większą mocą, acz cicho, wycedził przez zaciśnięte zęby: - Nawet jeśli z bałaganu, do jakiego właśnie doprowadziłaś, nie wyniesiesz innej nauki niż ta, że powinnaś przestać mieszać się w sprawy, których nie rozumiesz i które w istocie cię nie dotyczą, jeśli zdołam cię o tym przekonać, będzie to przynajmniej jakieś moje osiągnięcie.

Posłał jej spojrzenie, w którym dało się wyczuć niesmak, jak również nutę rozczarowania. Zaczął się wycofywać, żeby odejść.

Chwyciła go za wyłóg surduta, zaciskając palce.

Zamarł, popatrzył na dłoń Henrietty, a potem wolno przesunął wzrok na jej twarz i wyniośle uniósł brew.

Nie puściła go, lecz wojowniczo odpowiedziała na jego spojrzenie, z takim samym gniewem i frustracją.

- O czym ty mówisz? - wycedziła, naśladując jego wcześniejszy ton. Ani myślała pozwolić, żeby rzucił tak mgliste, lecz zarazem bolesne oszczerstwo, po czym zwyczajnie sobie poszedł.

Przez długą chwilę patrzył jej w oczy, a potem opuścił wzrok na jej rękę. Jego gniew nie osłabł ani na jotę, jednakże na zewnątrz prezentował niemalże apatyczny spokój, gdy rzekł:

- Skoro już zainteresowałaś się moją sytuacją matrymonialną, być może zasługujesz na to, by poznać całą historię. - Spojrzał jej w oczy. - Oraz pełną gamę problemów, jakie spowodowała twoja nierozsądna ingerencja.

Po drugiej stronie palmy nastąpił wybuch śmiechu, oboje spojrzeli w tamtym kierunku. Za palmą zbierała się grupka młodych ludzi, którzy z zapałem wymieniali się sekretami.

- Ale nie tutaj. - James znów na nią spojrzał.

Puściła go i śmiało popatrzyła mu w oczy.

- Gdzie?

Omiótł wzrokiem salon, po czym ruchem głowy wskazał w prawo.

- Tędy.

Poprowadził ją z salonu do bocznego holu i dalej korytarzem. Szła szybko, aby dotrzymać mu tempa, pozostając odrobinę z tyłu, po jego prawej.

Ku jej niejakiemu zaskoczeniu naszyjnik - ametystowe koraliki, a zwłaszcza wisior z różowego kwarcu, dyndający tuż ponad linią jej dekoltu - stał się dziwnie ciepły. Naturalnie, Mary upewniła się, czy siostra założyła go dzisiaj, przy czym najprawdopodobniej zmówiła się z Hanną; pokojówka przejrzała dokładnie szafę, by znaleźć kreację, którą Henrietta miała aktualnie na sobie - dopasowaną suknię z mieniącego się tęczowo, bladoróżowego jedwabiu, z dekoltem w kształcie serca, ewidentnie mającym dostarczyć stosownej oprawy dla tego przeklętego naszyjnika. Połyskliwe spódnice szeleściły wokół jej nóg, kiedy Henrietta podążała za Jamesem korytarzem, a potem kolejnym.

Wreszcie James zatrzymał się przed jakimiś drzwiami, przytknął palec do ust, przekręcił gałkę i cicho je otworzył. Za drzwiami krył się gabinet pana domu. Na biurku pozostawiono zapaloną lampę, ale z mocno przykręconym knotem. Zajrzeli do środka, przeszukując wzrokiem wnętrze, lecz pokój był pusty.

James gestem zaprosił Henriettę, by weszła, podążył za nią i zamknął drzwi.

Nie zdziwił się, kiedy ruszyła prosto do fotela za biurkiem i usiadła. Ponieważ był to fotel obrotowy, okręciła się na nim, by znaleźć się twarzą do Jamesa, kiedy przeszedł do kominka na lewo od biurka i zaczął nerwowo spacerować. W obecnym nastroju nie miał ochoty siedzieć; pragnął miotać gromy i wymyślać Henrietcie, lecz pod wzburzoną powierzchnią gniewu niepokojąco wzbierała w nim bezradność. Co on teraz, u diabła, pocznie?

I dlaczego tracił swój tak cenny czas na tłumaczenie czegokolwiek Henrietcie Cynster? Młodszej siostrze Simona?

Szczerze mówiąc, nie umiał tego wytłumaczyć, niemniej coś w jej interwencji dopiekło mu do żywego. Postrzegał jej działania poniekąd jako naruszenie zaufania, więcej, akt nielojalności. Po siostrze swego najlepszego przyjaciela spodziewałby się innej postawy. Może i nie znali się zbyt dobrze, lecz z pewnością wiedziała, jakiego pokroju człowiekiem jest James, a mianowicie - że podobnie jak jej brat kieruje się zasadami honoru. Odczuwał irytację i wzburzenie na myśl o tym, że Henrietta, jak tego dowiodły jej działania, uważa go za mężczyznę niehonorowego. Że w jej mniemaniu okłamałby Melindę, a przynajmniej usiłowałby zamydlić jej oczy, nie wyłożyłby jej jasno swojej sytuacji. Tymczasem Melinda odprawiła go, zanim miał szansę cokolwiek wyjaśnić.

- No dobrze. - Henrietta utkwiła szaroniebieskie oczy w jego twarzy. - Czego w tym wszystkim nie rozumiem? Jak brzmi twoja "cała historia"?

Przez moment patrzył jej w oczy.

- Moja babka cioteczna - odparł, spacerując - jak naturalnie wiesz, zmarła niespełna rok temu, a dokładnie pierwszego czerwca minionego roku. W rodzinie byłem jej ulubieńcem, chciała zagwarantować, że się ożenię. Taki cel zawsze jej przyświecał, przez ponad dziesięć lat usilnie starała się go zrealizować. Potem dowiedziała się, że umiera, tak więc w testamencie zapisała mi swój majątek ziemski, czyli wiejską rezydencję wraz z przyległymi ziemiami i licznymi gospodarstwami rolnymi w Wiltshire, jak również wielki dom w Londynie, wszystko dobrze prosperujące, dające zatrudnienie wielu ludziom. Pozostawiła mi też dochód na pokrycie kosztów utrzymania majątku... ale tylko na jeden rok. Aby po upływie tego czasu uzyskać dostęp do dalszych dochodów, niezbędnych, by domy, gospodarstwa i cała reszta mogły funkcjonować - przystanął i spojrzał Henrietcie w oczy - zgodnie z zastrzeżeniem babki muszę się ożenić w ciągu dwunastu miesięcy od dnia jej śmierci, a zatem przed pierwszym czerwca tego roku.

Henrietta zamrugała, badawczo omiotła wzrokiem jego twarz.

- Co się stanie, jeśli tego nie zrobisz?

- Majątek ziemski, domy, gospodarstwa i tak dalej pozostaną moje, to ja będę za nie odpowiedzialny, nijak jednak nie zdołam sfinansować ich funkcjonowania z własnej kieszeni, bez dostępu do dochodów. Fakt doskonale znany mojej babce ciotecznej.

- A wtedy?

- Wtedy będę zmuszony odprawić całą służbę, zamknąć rezydencje, co najwyżej pozostawiając w nich kogoś do opieki, natomiast co do gospodarstw, nie mam pojęcia, ile z nich zdołam utrzymać, ale raczej niewiele. Ach, a gdybyś wyobrażała sobie, że mogę sprzedać część majątku, żeby zapewnić przetrwanie reszcie, babka zadbała o wykluczenie takiej możliwości.

- Aha. - Umilkła, wyraźnie starając się przetrawić jego argumentację, nim rzekła: - Żeby więc nadal wspierać ludzi zależnych od majątku twojej babki ciotecznej... aktualnie twojego... musisz się ożenić przed pierwszym czerwca?

Nie zawracał sobie głowy odpowiedzią, a jedynie skinął głową.

Dalej mu się przyglądała, nieznacznie marszcząc brwi.

- Zwlekałeś z tym do ostatniej chwili, czyż nie?

Posłał jej poirytowane spojrzenie.

- Dając mi rok na znalezienie odpowiedniej narzeczonej i zawarcie związku, babka nie wzięła poprawki na to, że, po pierwsze, od jej młodości zmieniły się obyczaje towarzyskie. Za jej czasów małżeństwa w kręgach eleganckiej socjety aranżowano, wyłącznie opierając się na o aspektach materialnych, miłości w takich równaniach nie uwzględniano. Toteż babka wyobrażała sobie, że wystarczy, jeśli się rozejrzę i złożę propozycję odpowiedniej pannie. Nie wzięła też pod uwagę okresu żałoby, jaki wyznaczyli po jej śmierci ojciec i dziadek, ani miesięcy potrzebnych na to, bym rozeznał się w sprawach majątku. Mimo że leży on w Wiltshire, nie tak daleko Glossup Hall, ja zaś przez lata wiele razy tam gościłem, nie miałem pojęcia, że babka zamierza zapisać wszystko mnie, dlatego też nigdy nie uczyłem się zarządzania taką posiadłością...

Nie zdołał dłużej stać w bezruchu ani też, z jakiegoś powodu, ukrywać wzburzenia, toteż przeciągnął dłonią po włosach i na nowo podjął spacer.

- Czy masz choć cień pojęcia, w jakich kłopotach się znalazłem? - Wyrzucił przed siebie rękę. - Spędziłem miesiąc na przeglądaniu potencjalnych kandydatek i Melinda Wentworth wydała mi się najlepsza. Uznałem, że powinna przyjąć oświadczyny, w których nie będzie mowy o miłości. Na ile zdołałem się zorientować, w nikim się nie podkochiwała. W wieku dwudziestu sześciu lat bez wątpienia obawia się już staropanieństwa. Jest też rozsądna, taką kobietę potrafię sobie wyobrazić u swego boku, wspierającą mnie w zarządzaniu majątkiem. Przeszło miesiąc poświęciłem zalotom.

Gwałtownie się odwrócił, pochwycił spojrzenie Henrietty.

- A teraz wszystko przepadło, stracony wysiłek, nie zostało nic. - Wykonał szeroki gest, jakby wymazywał do czysta kartę. - Tym samym mam zaledwie cztery tygodnie na to, żeby znaleźć odpowiednią młodą damę i nakłonić ją do małżeństwa.

Zatrzymał się przed Henriettą i popatrzył na nią z góry.

- A wina za tę napiętą sytuację, która wielu niewinnych ludzi może pozbawić źródła utrzymania, leży w równym stopniu po twojej, jak i po mojej stronie.

Henrietta poczuła zimny dreszcz. Patrząc w oczy Jamesa, płonące gniewem, ale też pełne troski, zdobyła się jedynie na krótkie:

- Och.

Jego samokontrola rozsypała się w drzazgi. Z niedowierzaniem zagapił się na Henriettę.

- Och? Tylko na tyle cię stać? Och?!

Gwałtownie okręcił się na pięcie, odszedł kilka kroków, lecz zaraz przystanął, odwrócił się znowu i natarł na nią.

- Ale nie, jest gorzej! - Wyglądał na autentycznie przerażonego, kiedy zatrzymał się przed Henriettą, spoglądając na nią z góry. - Uzmysłowiłem sobie właśnie, że wszyscy w towarzystwie, a już z pewnością te osoby, które sprawują pieczę nad pannami na wydaniu, dowiedzą się, że w sprawie Melindy Wentworth wydałaś na mnie wyrok, że uznałaś mnie za niestosownego kandydata. Niegodnego jej ręki! - Przeczesał palcami ciemne loki, zacisnął je w dłoniach, odwracając się tyłem do Henrietty. - Aaaach! Co, u diabła, mam zrobić? Jak ja teraz znajdę żonę?!

Po tym pytaniu zapadła cisza. James zaczął się oddalać od Henrietty.

- Pomogę ci.

Nawet się nie zorientowała, że zamierza wypowiedzieć te słowa; uformowały się i spłynęły z jej ust bez udziału świadomości.

Po prostu w reakcji na to, co usłyszała, co widziała - co, w głębi serca, wiedziała.

Zatrzymał się odwrócony do niej plecami. Przez kilka sekund panowała cisza, potem James wolno odwrócił głowę i popatrzył na Henriettę, nieznacznie ściągając brwi.

- Co powiedziałaś?

Zwilżyła wargi.

- Że ci pomogę - oznajmiła z większym zdecydowaniem.

Powoli odwrócił się ku niej. Mars na jego czole się pogłębił.

- Gdybyś nie wiedziała, jesteś znana jako Antyswatka. Zrywasz te skojarzenia, które nie spotykają się z twoją aprobatą, jak w przypadku moim i Melindy.

- Nie. - Zaczerpnęła tchu, po czym spokojnie wyjaśniła: - Ja jedynie przekazuję to, co udało mi się ustalić, młodym damom, które proszą, abym dowiedziała się prawdy o ich potencjalnych narzeczonych. Dla twojej wiadomości, równie często przyczyniam się do zawarcia małżeństwa, jak w tym przeszkadzam, przy czym wbrew powszechnemu mniemaniu w tej pierwszej grupie nie wszystkie związki są oparte na miłości. - Patrzyła mu w oczy. - Nie każda młoda dama pragnie wyjść za mąż z miłości. W dzisiejszych czasach większość o tym marzy, ale zdarzają się wyjątki.

Zawahała się, zaglądając mu w oczy, lustrując twarz. Niewiele z nich wyczytała, zdało jej się jednak, że wykryła błysk nadziei, co zachęciło ją, by kontynuować.

- Nie znałam twojej sytuacji, lecz teraz... mogę ci pomóc. Powiem ci, które panny na wydaniu odpowiadałyby twoim potrzebom, jeśli zaś damy z towarzystwa zobaczą, że cię wspieram, zrozumieją, iż powód, dla którego Melinda cię odtrąciła, nie wiązał się z jakąś skazą na twojej postaci, lecz wynikał raczej z jej oczekiwań i pragnień. Innymi słowy, po prostu nie pasowaliście do siebie w tej sferze, jednakże moje... wstawiennictwo położy kres wszelkim innym spekulacjom.

Umilkła na chwilę, przekrzywiła głowę i przyglądała mu się w zastanowieniu.

- Przyznaję, że znalezienie dla ciebie żony w zaledwie cztery tygodnie będzie nie lada wyzwaniem, ale wspólnymi siłami możemy tego dokonać.

Teraz on przekrzywił głowę, aby bacznie się jej przyjrzeć, mrużąc przy tym odrobinę oczy.

- Zrobiłabyś to?

Przytaknęła stanowczo.

- Zrobiłabym. Nie przepraszam, że przeszkodziłam ci w zabiegach o Melindę, gdyż nie byłoby to udane małżeństwo, jednakże biorąc wzgląd na twoją sytuację oraz, jak słusznie zauważyłeś, następstwa mojego zaangażowania w powyższą sprawę, jak również fakt, że zawsze byłeś dobrym przyjacielem dla Simona, zatem wobec wszystkich tych okoliczności wydaje mi się, że najzwyczajniej powinnam pomóc ci znaleźć żonę.

Wpatrywał się w nią, jakby nie całkiem dowierzał jej słowom, nie wiedział, jak zareagować.

- Antyswatka przemieni się w swatkę? - wypalił wreszcie.

Wysunęła brodę.

- Zapobiegam jedynie małżeństwom, które się nie sprawdzą, ale jeśli zdołasz na moment zapomnieć o tym aspekcie, to działając wspólnie, mamy szansę dotrzymać twojego terminu.

Przyglądał się jej jeszcze przez chwilę, po czym wolno skinął głową.

- W porządku. Zatem... od czego zaczynamy?

Umówili się na spotkanie w Hyde Parku następnego ranka.

Henrietta, prezentująca się nader korzystnie w sukni spacerowej z błękitnego diagonalu, czekała w głębi Grosvenor Gate, niedaleko swego rodzinnego domu przy Upper Brook Street, kiedy Park Lane nadszedł James i skręcił między filary parkowej bramy.

Na jego widok serce w niej zamarło, poczuła zapierający dech ucisk w piersi. Reakcja okazała się na tyle wyraźna, że wobec faktu, iż w pobliżu nie było nikogo więcej, Henrietta nie mogła udawać, że to nie James ją wywołał. Co uznała za nonsens.

Owszem, jak zwykle był nienagannie ubrany, ideał eleganckiego dżentelmena z towarzystwa. Jego znakomicie skrojony surdut odpowiadał najwykwintniejszej modzie, kamizelka w niebieskie i srebrne matowe pasy stanowiła studium stonowanej elegancji, a doskonale zawiązany halsztuk mógł wzbudzić zazdrość u każdego młodego chwata. Niemniej jednak... Poirytowana nieco tą godną dzierlatki reakcją - miała dwadzieścia dziewięć lat, na litość boską, w tym wieku nie traci się tchu na widok byle mężczyzny - zepchnęła owe doznania na bok, a kiedy to nie pomogło, wygnała je ze świadomości.

James zauważył Henriettę i zbliżył się do niej z gracją drapieżnika. Uśmiechnął się i skłonił głowę w odpowiedzi na jej uprzejme skinienie.

- Dzień dobry, piękny poranek.

- Istotnie. Pomyślałam, że usiądziemy na tamtej ławce. - Trzymając niesforne zmysły mocno na wodzy, parasolką wskazała parkową ławkę, aktualnie wolną. - To na tyle daleko od modnych terenów, by nikt nam nie przeszkodził. Muszę zyskać lepsze pojęcie o tym - ciągnęła, ruszając w stronę ławki - jakiego rodzaju młodej damy szukasz, następnie zaś powinniśmy obmyślić kampanię, żeby ją namierzyć.

Kroczył koło niej, potężny, szczupły i silny.

- To drugie brzmi rozsądnie, ale co do pierwszego, kogo bieda dusi, ten wszystko musi.

- Nonsens! - Z szelestem spódnic usiadła na ławce i popatrzyła na Jamesa, ściągając brwi. - Jako Glossup możesz przebierać w kandydatkach.

Wyraz jego oczu sugerował, że nie jest tego pewien.

- Znajduję się w rozpaczliwej sytuacji, pamiętasz? - Usiadł obok niej, omiatając wzrokiem wypielęgnowane trawniki.

- Owszem, pod względem czasu, niekoniecznie natomiast, jeśli chodzi o możliwość wyboru.

- Uznaję tu wyższość twojej wiedzy. Zatem - zerknął na nią - od czego zaczynamy?

Henrietta dała sobie chwilę na zastanowienie. Przez pół nocy dumała nad tym, dlaczego zaproponowała Jamesowi pomoc - skąd taki przymus, by to zrobić. Owszem, czuła się do tego zobligowana, skoro nieumyślnie przyczyniła się do jego obecnych trudności, jakkolwiek uważała swoje działania za w pełni usprawiedliwione. Owszem, przyjaźnił się z Simonem, co wywierało na nią presję z nieco innej strony, ostatecznie jednak zdecydowała, że głównym motywującym ją czynnikiem jest zwykłe poczucie winy. Źle go oceniła, przede wszystkim w myślach, nie rozpoznała, że kierował się honorem, a zarazem jako osoba z rodziny Cynsterów wiedziała, że honor to wartościowa cecha, którą cenią nie tylko mężczyźni, ale również damy, jeśli mają choć trochę rozsądku.

Bardzo łatwo zaś było dostrzec, że powodowało nim głównie - leżało u źródła jego desperacji - bezwarunkowe oddanie ludziom, których dobro, w wyniku odziedziczonego niespodziewanie obowiązku, zależało aktualnie od niego. Nie musiał brać na siebie tego jarzma, a jednak to zrobił, przy czym wedle oceny Henrietty nie przyszło mu nigdy do głowy, by je zrzucić, mimo że mógłby. I bez majątku babki ciotecznej był na tyle bogaty, żeby po prostu odejść - ale tego nie uczynił. Nawet o tym nie pomyślał. Trudno o bardziej honorową postawę.

Jakkolwiek nie była, również w tej chwili, całkowicie pewna ogółu swoich motywów, poczucie winy mocno obciążało szalę.

- Powiedz mi - poleciła, wygodniej sadowiąc się na ławce - jakich cech wolałbyś uniknąć, a jakie uważasz za szczególnie pożądane u przyszłej żony?

Wędrując wzrokiem po drzewach i trawnikach, zastanawiał się przez chwilę.

- Żadnych trzpiotek czy głuptasków - odparł wreszcie. - I wolałbym, żeby nie była zbyt młoda. Posag nie gra roli, lecz, jak zauważyłaś, powinna pochodzić z dobrej rodziny, najlepiej z wyższych sfer. Umiejętność jazdy konnej byłaby plusem, ale za cechę niezbędną uważam talenty towarzyskie. - Zrobił krótką przerwę. - Co jeszcze?

Wargi Henrietty drgnęły w uśmiechu.

- Zapomniałeś zastrzec, że zależy ci na pannie co najmniej znośnej z wyglądu, jeśli nie wręcz diamencie pierwszej wody.

- Ach, ale tego domyśliłaś się sama. - Rzucił jej spojrzenie spod na pół opuszczonych powiek. - Tak dobrze mnie znasz.

Sapnęła.

- Znam dobrze twój typ, to prawda. - W myślach przejrzała jego odpowiedzi. - Masz jakieś preferencje co do szczegółów aparycji? Blondynka czy brunetka, wysoka czy niska, tego rodzaju rzeczy.

Ciemna szatynka, wzrostu powyżej przeciętnego, błękitne oczy - taka jak ty. James powstrzymał się przed wypowiedzeniem tych słów.

- Prawdę mówiąc - rzekł zamiast tego - bardziej interesuje mnie zawartość niż opakowanie. - Zerknął na Henriettę. - W tych okolicznościach chcę przede wszystkim poślubić damę solidnego charakteru, która zaakceptuje mnie takiego, jaki jestem, nie będzie żywić złudzeń co do złożonej jej propozycji i z oddaniem przyjmie na siebie obowiązki mojej żony.

Pochwyciła jego spojrzenie, zaglądała mu w oczy, a potem skinęła głową i popatrzyła przed siebie.

- Godne podziwu nastawienie i doskonała odpowiedź. - Po chwili wypuściła powietrze z płuc. - Wiemy już zatem, jakiej damy szukamy.

- Jak ją znajdziemy?

- Przyniosłeś zaproszenia, o które prosiłam?

Wyjął z kieszeni plik otrzymanych kart.

Położyła je sobie na podołku i zaczęła przeglądać... po czym zamarła, marszcząc brwi.

- Nie są uporządkowane.

Nie były...

- A powinny być?

Posłała mu skonfundowane spojrzenie.

- Jak pilnujesz terminów? - Kiedy zamrugał, niepewny, o co jej chodzi, sapnęła z irytacją i machnęła ręką. - Nieważne. Proszę. - Oddała mu plik. - Uporządkuj je według daty, począwszy od dzisiejszego wieczoru. Interesują nas tylko te wydarzenia towarzyskie, na których będą obecne panny na wydaniu.

- Mhm. - W ten sposób odpadła dobra połowa kart.

Z niejaką niechęcią odłożył na bok te zbędne - zaproszenia na obiady z przyjaciółmi w klubach i tym podobne - a potem uporządkował stertę zgodnie z instrukcjami Henrietty.

Ona tymczasem wyjęła z torebki średniej wielkości książkę oprawioną w cielęcą skórę. Otworzyła ją, wygładziła kartkę i położyła sobie tomik na podołku.

Zerknął na niego i pojął, że to terminarz spotkań. Z pięć razy większy niż jego własny, zawierał również dobre pięć razy więcej wpisów na każdy dzień.

Czekała - siląc się na cierpliwość - aż James zakończy sortowanie.

- No dobrze - powiedziała, kiedy wyrównał plik. - Zacznijmy od dzisiejszego wieczoru. - Popukała wpis w swoim terminarzu. - Masz zaproszenie do lady Marchmain?

Miał. Przerobili najbliższe dwa tygodnie, zaznaczając te wydarzenia towarzyskie, które zdaniem Henrietty powinny okazać się najbardziej użyteczne dla ich wspólnego celu, a na które James otrzymał już zaproszenie. Tam, gdzie takowego nie dostał, Henrietta notowała sobie, żeby porozmawiać z gospodynią.

- Żadna pani domu nie odmówi ci zaproszenia, zwłaszcza gdy będzie podejrzewać, że szukasz żony.

- Aaa... - Przed oczami stanęła mu potworna wizja. - Nie zamierzamy publicznie obwieszczać, że muszę się pilnie ożenić, prawda?

- Nie dosłownie. - Spojrzała na niego, jakby oceniała, ile mu wyjawić, jak najlepiej przekazać złe wieści. - Ponieważ zalecałeś się do Melindy, lecz ostatecznie się z nią rozstałeś, większość osób będzie wiedzieć lub, jak mówiłam, podejrzewać, że aktywnie się rozglądasz, dopóki wszakże będziesz ze mną, pod moimi skrzydłami, że tak powiem, wątpię, by nadmiernie cię nękano.

- Och, to dobrze. - Nie był pewien, czy powinien już czuć się uspokojony. - Celowo nie ujawniałem - dodał po chwili - że działam pod presją czasu. Wyobrażam sobie, że jeśli rozniesie się wieść o mojej desperacji, to ilekroć pokażę się publicznie, otoczy mnie tłumek matron.

Roześmiała się.

- To bardzo prawdopodobne. Mądrze robisz, trzymając ten szczegół w sekrecie. - Przerzuciła w terminarzu kartki kolejnych tygodni. - Niemniej, jeśli o to chodzi, skoro ja nie dowiedziałam się o wiszącym nad tobą terminie, mimo że ustaliłam całą resztę, nie sądzę, by jakakolwiek inna dama natknęła się na tę informację, czyli raczej nic ci nie grozi.

Skinął głową, po czym uzmysłowił sobie, że ona nie może tego widzieć.

- Dziękuję.

Podniosła na niego roziskrzone błękitne oczy, jej delikatnie rzeźbione, różane wargi odruchowo wygięły się w uśmiechu, James zaś poczuł w piersi szarpnięcie, rezonujące aż do podstawy kręgosłupa, kiedy uzmysłowił sobie, jak głęboko w istocie jest jej wdzięczny.

Pochwycił jej spojrzenie.

- Dziękuję także w szerszym rozumieniu. Doprawdy nie wiem, co bym począł, gdybyś nie zaproponowała, że zajmiesz się mną i moją kampanią.

Uśmiechnęła się szerzej, jej cudowne oczy rozbłysły.

- No cóż, dla mnie to wyzwanie, inne niż dotychczasowe. - Zamknęła terminarz, wsunęła go do torebki, a potem skinęła głową ku trawnikom. - Skoro zdefiniowaliśmy kluczowe elementy naszej kampanii, pora zacząć tworzyć listę kandydatek.

Wstał, kiedy się podniosła. Zaofiarowałby jej ramię, ale potrząsnęła parasolką i otworzyła ją, ustawiając tak, by osłonić twarz. Potem spojrzała na Jamesa i wyzywająco uniosła brew.

- Ruszamy?

Gestem zasygnalizował, żeby szła, a potem zrównał się z nią i, nie dając po sobie poznać niepokoju, kroczył mężnie przez trawnik w kierunku alei oraz stłoczonych wzdłuż jej poboczy pojazdów, jak również zgromadzonych wokół nich hord modnie ubranych młodych dam i eleganckich dżentelmenów, którzy gawędzili, zażywając świeżego powietrza.

Szedł wolno, dopasowując się do jej tempa. Chociaż ostrożniejsza część jego natury nadal z trudnością akceptowała fakt, że słynna Antyswatka zgodziła się mu pomóc, to przecież Henrietta tu była, istotnie mu pomagała, on zaś czuł wobec niej niedorzeczną wdzięczność.

Mimo to nie spodziewałby się, że będzie o niej śnił minionej nocy, a tymczasem tak się stało. Nie przypominał sobie, kiedy po raz ostatni w jego snach gościła konkretna kobieta zamiast nieokreślonej kobiecej postaci, ale minionej nocy przyśniła mu się bez wątpienia Henrietta. To jej twarz, jej mimika tak go... nie nękały, lecz fascynowały. Zniewoliły jego podświadomość.

Ten sen - sny - nie były lubieżne jak większość snów Jamesa o kobietach. I całe szczęście, Henrietta była wszak siostrą jego przyjaciela. Zarazem wydźwięk snu go skonfundował, lekko zaniepokoił, zmusił do rozmyślań. James przyjął w nim postawę pełną uwielbienia, ale może to po prostu jego wdzięczność manifestowała się w tak nietypowy sposób.

Uspokoiwszy samego siebie, że najprawdopodobniej to właśnie się zdarzyło, skupił się na tłumach, do których szybko się zbliżali. Nachylił głowę ku Henrietcie.

- Co powinienem robić? - wymamrotał.

- Nic szczególnego. - Oszacowała go spojrzeniem. Cieszył się, że była wysoka jak na kobietę, gdyż dzięki temu dobrze widział jej twarz. - Rozluźnij się i podążaj za mną.

Uśmiechnął się w reakcji na ton jej głosu. Popatrzył przed siebie.

- Co pani rozkaże. Naprzód więc, rozerwijmy ich szyki.

Spotkania i rozmowy przebiegały znacznie łatwiej, niż to przewidywał. Henrietta znała praktycznie wszystkie obecne w parku starsze damy i matrony, mogła zatem przedstawić im Jamesa, a one z kolei przedstawiały go swoim niezamężnym podopiecznym.

Następna godzina upłynęła im na spokojnej konwersacji. Kiedy przechodzili między dwiema kaleszami[1], chwilowo poza zasięgiem słuchu pozostałych, Henrietta pociągnęła Jamesa za rękaw. Spojrzał pytająco, a wtedy ruchem głowy wskazała grupę osób na trawniku jakieś dwadzieścia metrów dalej.

- To panna Carmichael. Byłaby dobrą kandydatką, a przynajmniej wartą rozważenia, lecz najnowsze plotki głoszą, że sir Peter Affry zaczął okazywać jej szczególne względy. Obok niej to właśnie on. Ponieważ nie masz czasu na zbyciu, trwonienie go na pannę Carmichael mijałoby się z celem. Zapewne znajdziemy na tyle dużo potencjalnych kandydatek, by nie pojawiła się konieczność ścigania takiej, na którą niemalże zdecydował się już inny dżentelmen do wzięcia.

James z zaciekawieniem spojrzał ponad głową Henrietty i krawędzią jej parasolki na rzeczoną grupę. Dama z burzą jasnych loków stała w otoczeniu gromadki dżentelmenów, z cieszącą się znacznie mniejszymi względami towarzyszką u boku. Mężczyzna u drugiego boku jasnowłosej piękności przeczesywał akurat wzrokiem aleję, potem jednak popatrzył na damę z uśmiechem. Odrobinę starszy od większości spacerujących w parku dżentelmenów, miał frapującą twarz o ciemnej karnacji. James spojrzał przed siebie.

- Nawet ja słyszałem o Affrym. Podobno to dobrze się zapowiadający wig[2].

- Owszem, jakkolwiek, ostatecznie, jest zaledwie parlamentarzystą. - Henrietta ściągnęła brwi. - Nie całkiem rozumiem, skąd wokół niego tyle zamieszania, choć wydaje się dość czarujący.

- Ach, czarujący jest ten, kto pięknie czyni, czy jak tam idzie to powiedzenie. - James machnął ręką w stronę grupy, do której się zbliżali. - Zatem, centurionie[3], kogo tu mamy?

Henrietta zdusiła śmiech i objaśniła. Kontynuowała oprowadzanie Jamesa, a jego zachowanie i styl wywarły na niej bardzo korzystne wrażenie. Czarował damy bez cienia wysiłku, swobodnie wytworny. Chyba popełniła błąd, biorąc go za płytkiego światowca - zdążyła na poły uformować taki pogląd - gdyż zrzucał tę maskę, ilekroć opuszczali jedną grupkę i przechodzili do kolejnej. Porównywali wówczas wrażenia na temat zapoznanych młodych dam, a komentarze Jamesa ujawniły jego kąśliwe poczucie humoru oraz nader spostrzegawcze oko, przy czym obie te cechy dotknęły w Henrietcie jakiejś czułej struny. Zarazem nigdy nie był nieżyczliwy, ani otwarcie, ani przez domniemanie, ani razu nie odbiegł od tego, co scharakteryzowała w duchu jako zachowanie stonowane, honorowe i godne dżentelmena.

Miał w sobie ukrytą głębię.

Co mocno ją rozpraszało, ale nie było ani w połowie tak niepokojące jak nieustanny napór zmysłów, by rejestrować i przetwarzać każdy drobny szczegół jego aparycji. Pozostawało jej żywić nadzieję, że te reakcje osłabną przy dłuższej znajomości.

Gdyby sądziła, że James oddziałuje na nią celowo, ucięłaby te relacje i zostawiła go, żeby sam szukał sobie żony. Jednakże on nie robił nic - za głupie reakcje mogła winić tylko siebie - a pomimo iż tego ranka świetnie sobie poradził, z całą pewnością potrzebował jej pomocy.

Ponadto, ogólnie biorąc, mimo owych niepokojących zjawisk dobrze się bawiła - sprawiało jej przyjemność wyzwanie, jakim było szukanie Jamesowi żony, ale też po prostu przebywanie w jego towarzystwie.

Po kilku dalszych najazdach na grupki paradujących aleją młodych dam skierowali się na Upper Brook Street. Minęła jedenasta, Henrietta była w południe zaproszona na lunch, James zaś najwyraźniej umówił się w mieście z Simonem oraz ich wspólnym przyjacielem, Charliem Hastingsem.

- Moim zdaniem był to doskonały początek - powiedziała Henrietta, kiedy skręcili w Upper Brook Street. Spojrzała na Jamesa. - Zauważyłeś jakąś młodą damę, którą powinniśmy umieścić na liście?

Tak, ciebie. Patrząc przed siebie, James podrapał się w brodę, dumając, skąd, u czorta, nadpłynęły te słowa.

- Panna Chisolm wydaje się w porządku - odparł po chwili. - A pannie Digby niewiele brakuje do ideału.

- Mhm. Nie wydaje ci się, że panna Digby jest nazbyt... no cóż, rozchichotana? Bo wiesz, ona naprawdę chichocze.

- Dobry Boże, nie zauważyłem. Skreślamy pannę Digby. A co z panną Chisolm?

Henrietta skinęła głową.

- Na pierwszy rzut oka, zgoda. Nie wiem o pannie Chisolm niczego, co świadczyłoby na jej niekorzyść. - Zerknęła na Jamesa. - Wpisujemy ją na listę?

Po krótkim wahaniu James zmusił się, żeby przytaknąć.

- W tej chwili tylko ją. - Panna Chisolm była dorodną młodą damą o miłym usposobieniu i, jak oceniał, realistycznym podejściu do życia. Jednakże... nie wydawała się w najmniejszym stopniu tak ujmująca jak dama, która szła aktualnie u jego boku.

Dotarli do rezydencji lorda Arthura Cynstera, gdzie James pożegnał się z uśmiechem i eleganckim ukłonem, obiecując, że spotka się z Henriettą tego wieczoru u lady Marchmain. Stał na trotuarze i przyglądał się, gdy wchodziła do domu; kiedy drzwi się za nią zamknęły, odwrócił się, wsunął ręce do kieszeni i nieśpiesznie ruszył ku Grosvenor Square.

Po drodze analizował swe uczucia, czego nie praktykował za często, w tym przypadku jednak bez trudu zdefiniował niepewność, która czaiła się tuż pod skórą. Ogromnie chciałby znaleźć sposób na zasugerowanie Henrietcie, by wpisała swoje imię na jego bardzo, bardzo krótką listę kandydatek, ale... miał dogłębną świadomość, jak jest od niej zależny. Gdyby obraziła się na taką sugestię i wycofała swe wsparcie, nigdy nie znalazłby tak potrzebnej mu żony, to nie ulegało wątpliwości. Poranna wycieczka dowiodła niezbicie, że konwencjonalne polowanie na żonę nie jest domeną Jamesa; bez Henrietty zostałby przedstawiony może dwóm pannom na wydaniu, tymczasem w jej towarzystwie stracił rachubę.

A zostały mu tylko cztery tygodnie na zawarcie małżeństwa.

Skrzywił się.

- Nie, niestety, w tej sprawie muszę postępować ostrożnie.

Uniósł głowę, wyjął ręce z kieszeni i wydłużył krok. Jako że spędził większość ranka u boku Henrietty, naprawdę powinien wytłumaczyć Simonowi, co go łączy z młodszą siostrą przyjaciela.

- Co takiego?! - Simon Cynster zagapił się na Jamesa ponad stołem, a później parsknął śmiechem.

Siedzący obok Simona Charlie Hastings mężnie usiłował stłumić chichot, gdy jednak pochwycił cierpiętnicze spojrzenie Jamesa, przegrał bitwę i śmiał się, aż z oczu popłynęły mu łzy.

Jak zwykle zajmowali stolik we wnęce na tyłach głównej sali gospody Pod Koniem i Szpicrutą przy Strandzie. James z udawaną cierpliwością czekał, aż wesołość przyjaciół opadnie. Spodziewał się mniej więcej takiej reakcji na swoje wieści, nie czuł się zatem zdziwiony.

- A niech mnie kule biją! - wysapał Charlie, gdy wreszcie złapał oddech. - Albo, w tym wypadku, twoją babkę cioteczną.

- Kto by uwierzył - dodał Simon, nadal szczerząc zęby - że Antyswatka zgodzi się zostać swatką. Twój dar przekonywania, mój drogi, robi wielkie wrażenie. - Uniósł kufel w toaście i pociągnął łyk piwa.

- Tak, cóż. - James skrzywił się, obracając swój kufel w dłoniach. - Chyba można by rzec, że znalazłem się w tak rozpaczliwej sytuacji, do tego stosunkowo bezradny, że wzbudziłem w niej współczucie.

- Mhm. - Simon przybrał zadumany wyraz twarzy. - Nie sądziłbym, że Henrietta nosi w sobie wiele współczucia, w każdym razie dla dżentelmenów z towarzystwa.

Takie też wnioski wyciągnął James na podstawie wzmianek, jakie w trakcie ich znajomości Simon rzucał na temat siostry, młodszej od niego, obecnie trzydziestojednoletniego, zaledwie o dwa lata i nadal niezamężnej, co, kiedy James teraz o tym myślał, w przypadku panny z rodu Cynsterów uchodziło raczej za niezwykłe. Sam Simon ożenił się przed dwoma laty, będąc wówczas w tym samym wieku, co aktualnie Henrietta.

Szynkarka przyniosła im zamówione dania i wzięli się za jedzenie. Na kilka minut zapadła przyjemna cisza.

Przerwał ją Charlie, podnosząc wzrok znad zapiekanki.

- Zatem z Melindą wszystko skończone? - upewnił się.

- Całkowicie i nieodwołalnie - przytaknął James. - Nie mam już u niej czego szukać. Wygląda na to, że nastawiła się na związek z miłości, więc, jak podkreśliła Henrietta, naprawdę byśmy do siebie nie pasowali.

Simon pokiwał głową.

- Czyli ci się upiekło. - Przełknął kolejny kęs. - Co ci zasugerowała Henrietta?

James westchnął w duchu i wyjaśnił.

Znów ryczeli ze śmiechu.

Przewrócił oczami, konstatując na własny użytek, że dopiero by mieli uciechę, gdyby im się przyznał do szczególnych myśli, jakie krążyły mu po głowie w związku z Antyswatką.

Jednakże gdy przyjaciele w końcu odzyskali powagę, żaden nie zasugerował, że plan Henrietty jest nierozsądny.

Simon machnął widelcem.

- Ostatecznie, trzeba uwzględnić czynnik czasu.

- No właśnie - przytaknął mu Charles. - Nie stać cię na wahanie, a Henrietta przynajmniej nie będzie forsować jednej kandydatki.

Simon skinął głową, spuszczając wzrok na talerz.

- Nie będzie się kierować osobistym interesem.

Akurat ten szczegół James z chęcią by zmienił. Podczas gdy wszyscy trzej skupili się znów na opróżnianiu talerzy, odtwarzał w myślach informacje, jakie wymknęły się dotąd Simonowi na temat nastawienia Henrietty do dżentelmenów z towarzystwa.

Podobno miała o nich dość niskie mniemanie, aczkolwiek raczej w ogólnym ujęciu niż w odniesieniu do konkretnych osób. Zarazem James zdążył zaprezentować się jej jako mężczyzna, który podchodzi do małżeństwa bez emocji, a choć zgodziła się mu pomóc, postrzegała jego zabiegi o Melindę jako dowód na to, że niekiedy mijał się z prawdą. Jakkolwiek miał ku temu dobre powody, z których nie wszystkie wyłożył, klamka zapadła - Henrietta zapewne wyrobiła już sobie o nim zdanie. Co do jej własnych oczekiwań, bez względu na jej rewelacje o tym, że popierała również skojarzenia oparte wyłącznie na rozsądku, jako Cynsterówna dla siebie samej ani chybi chciała tego, czego pragnęły wszystkie młode damy z jej rodu - małżeństwa z miłości.

Cynsterowie pobierali się z miłości. Tak najwyraźniej zawsze było i będzie. Na przykład Simon z całą pewnością kochał żonę, Portię, którą niegdyś uważał za swoją zmorę. Nawet James widział, że Simon kochał się w Portii od dawien dawna; jedynie ci dwoje tego nie dostrzegali i trzeba było lat - jak również dwóch trupów oraz mordercy - żeby otworzyły im się oczy.

Simon poruszył się i odsunął na bok pusty talerz, Charlie poszedł w jego ślady. James skończył jeść już wcześniej. Bez słowa osuszyli kufle, zapłacili przy kontuarze, dając napiwek uśmiechniętej szynkarce, po czym wyszli na słoneczne, wczesne popołudnie.

Nieśpiesznie ruszyli Strandem, z powrotem w kierunku Mayfair. Przyjaźnili się od tak dawna, że nie musieli nieustannie rozmawiać - lubili wspólnie milczeć.

Idąc leniwie obok Simona, James błądził spojrzeniem po okolicy, w duchu zaś ważył swoje możliwości. Rozumiał, tak sądził, jak aktualnie postrzega go Henrietta. Czy istniał sposób na zmianę jej opinii, tak by ujrzała go w lepszym świetle?

W świetle na tyle dla Jamesa pochlebnym, że rozważyłaby propozycję zajęcia pustego miejsca u jego boku?

Przynajmniej znała już wszystkie fakty, a ponieważ wywodziła się z Cynsterów, ufał, że okaże się rozsądna i podatna na rzeczową perswazję, lecz... pozostawała nie tak drobna przeszkoda: musiałby się w niej zakochać.

Miał nie większe niż przeciętny mężczyzna pojęcie o tym, jak dokonać owej sztuki, jak się zakochać, ponieważ jednak to właśnie Henrietta, pomimo rywalizujących o względy Jamesa hord młodych dam w parku, nieodmiennie skupiała na sobie jego uwagę, coraz bardziej skłaniał się - prawda, że nader nierozważnie - ku temu, by dać miłości szansę.

Kto wie? A nuż mu się spodoba.

Niewykluczone, że dzięki temu spełni swe pragnienie, zdobędzie to, o czym w życiu marzył, a na co, jak sądził - za sprawą testamentu babki ciotecznej - stracił wszelkie nadzieje.

Wydawało mu się, że dostrzega swoją szansę.

Gdyby tylko wysondował, jak zmusić Henriettę, żeby na niego spojrzała tak naprawdę i zobaczyła go takim, jakim był w istocie - a następnie się w nim zakochała...

Kogo chciał oszukać? Henrietta się w nim nie zakocha, nie sama z siebie, chyba że otwarcie zabiegałby o jej uwagę, lecz robiąc to, naciskając na nią w ten sposób, ryzykowałby, że utraci jej pomoc w tak ważnych dlań poszukiwaniach żony.

Simon zerknął na niego.

- Jak ci się widzi ta nowa taktyka?

- Same przeszkody na drodze. - Nie spojrzał przyjacielowi w oczy.

Charlie poklepał go po plecach.

- Nie przejmuj się, wszystko się uda. Zobaczysz.

James miał taką nadzieję, jako że, pomijając wszelkie inne kwestie, od tego zależała przyszłość niewielkiej armii ludzi.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

[1] Kalesza - elegancki, reprezentacyjny powóz (przyp. red.).

[2] Wig - członek Partii Wigów, ugrupowania politycznego domagającego się tolerancji i swobód obywatelskich (przyp. red.).

[3] Centurion - w starożytnym Rzymie dowódca legionu (przyp. red.).

Rozdział 1

Kwiecień 1837

Londyn

Nastała już pora, by przebrać się na wieczór, który bez wątpienia okaże się trudny. Idąc na górę po schodach w domu swych rodziców przy Upper Brook Street, Henrietta Cynster ćwiczyła w myślach, jak zakomunikuje wieści swojej przyjaciółce, Melindzie Wentworth, kiedy zgodnie z ustaleniami spotkają się na balu u lady Montague.

Henrietta westchnęła. Otworzyła drzwi sypialni i zatrzymała się w progu na widok młodszej siostry, Mary, która przerzucała zawartość kasetki na biżuterię na jej toaletce.

Mary przyjęła do wiadomości przybycie siostry, posyłając w jej stronę krótkie spojrzenie, po czym dalej grzebała w plątaninie łańcuszków, kolczyków, broszy i korali.

Uwagę Henrietty przyciągnął jakiś ruch w pobliżu szafy przy łóżku. Pokojówka, Hanna, wyjmowała właśnie nową, ciemnoniebieską suknię balową Henrietty, popatrując zarazem z dezaprobatą na szczupłe plecy Mary.

Henrietta weszła do pokoju i zamknęła drzwi. Mary również nie zmieniła jeszcze sukni dziennej na wieczorową. Henrietta z zaciekawieniem przyjrzała się determinacji na twarzy siostry; najmłodsza w rodzinie, Mary zwykle parła do celu z wytrwałością teriera.

- Czego szukasz?

Siostra posłała jej zniecierpliwione spojrzenie. Zamknęła jedną szufladkę i złapała za uchwyt kolejnej, na samym dole kasetki.

- Szukam... Aha! - Wyraz twarzy Mary się zmienił, kiedy uniosła w górę znalezisko zawieszone między palcami obu dłoni. - Szukałam tego.

Henrietta zmierzyła wzrokiem naszyjnik ze złotych ogniw przeplatanych wypolerowanymi ametystowymi koralikami, z wisiorem z fasetowanego różowego kwarcu. Odnotowała, że Mary wygląda jak generał, który właśnie się dowiedział, że jego wojska przejęły kluczową dla wroga pozycję, po czym lekceważąco machnęła ręką.

- Nijak mi się nie przysłużył. Możesz go sobie wziąć.

Mary przeniosła na nią spojrzenie intensywnie niebieskich oczu.

- Nie szukałam go dla siebie. - Wyciągnęła naszyjnik ku Henrietcie. - To ty musisz go nosić.

Naszyjnik podarowała dziewczętom Cynsterów Lady, szkockie bóstwo. W domniemaniu pełnił funkcję talizmanu, miał pomóc noszącej go pannie w odnalezieniu jej bohatera, mężczyzny, u boku którego spędzi resztę życia jako szczęśliwa małżonka. Pragmatycznej, praktycznej Henrietcie wiara w skuteczność naszyjnika od początku nastręczała trudności.

Co więcej, za sprawą tegoż pragmatycznego podejścia Henrietta zawsze uważała za niedorzeczne oczekiwanie, że wszystkie siedem dziewcząt z jej pokolenia odnajdzie miłość i szczęście w ramionach swych bohaterów. Sądziła, że najprawdopodobniej nie uda się to przynajmniej jednej z nich, a wówczas Cynsterówną, której pisane jest umrzeć starą panną, niemal na pewno okaże się ona.

Ponieważ w jej pokoleniu niezamężne pozostały już tylko ona i Mary, niewiele brakowało, aby przewidywania Henrietty na temat utrzymania przez nią na wieki statusu starej panny się urzeczywistniły. Miała dwadzieścia dziewięć lat, a nigdy nawet mgliście jej nie kusiło, by rozważyć ślub z jakimś dżentelmenem. Z drugiej strony nikt zdrowy na umyśle nie wyobrażałby sobie, że dwudziestodwuletnia Mary, zawzięta, zdeterminowana, niezachwianie dążąca do tego, by zdefiniować i wykuć swe przyszłe życie, nie osiągnie celu, który już z mocą obwieściła, a którym było znalezienie i poślubienie swego bohatera.

Zsuwając z ramion szal, Henrietta pokręciła głową.

- Mówiłam ci, dla mnie nigdy nie zadziałał. Bierz go z moim błogosławieństwem. Zakładam, że o to chodzi: chcesz dzięki niemu znaleźć swojego bohatera?

- Owszem. - Na twarzy Mary pojawił się stanowczy wyraz. - Ale nie mogę go po prostu wziąć. To tak nie działa. Najpierw ty musisz go nosić i znaleźć swego bohatera, a dopiero potem przekazać go mnie, jak Angelica przekazała tobie, Eliza Angelice, a jeszcze wcześniej Heather Elizie, czyli w wieczór twojego balu zaręczynowego.

Odwracając się, żeby odwiesić szal na krzesło, Henrietta ukryła uśmiech - taki, jakim starsza, bardziej dojrzała siostra reaguje na entuzjastyczną wiarę młodszej w moc talizmanu.

- Na pewno nie trzeba aż tak przestrzegać tych reguł. Nie jest powiedziane, że talizman musi zadziałać dla nas wszystkich.

- Owszem, jest - odparła rzeczowo Mary. - Zapytałam Catrionę - ciągnęła, kiedy Henrietta odwróciła się ku niej - a ona zapytała Lady, od której, ostatecznie, mamy ten talizman. No i według Catriony Lady wyraziła się jasno. Naszyjnik musi przechodzić z jednej z nas na drugą w ustalonym porządku. Konkretnie, nie zadziała dla mnie, jeśli wcześniej nie sprawdzi się dla ciebie i nie odbędzie się twój bal zaręczynowy. A zatem! - Mary zaczerpnęła tchu, zacisnęła szczęki i wyciągnęła naszyjnik w stronę Henrietty. - Musisz go nosić. Od dziś do chwili, gdy znajdziesz swego bohatera, przy czym módl się do Lady i wszystkich bogów, żeby nastąpiło to szybko.

Nieznacznie marszcząc brwi, Henrietta z niechęcią zdjęła naszyjnik z palców Mary. Odmowa... nie wchodziła w rachubę. Nawet jeśli Henrietta była starsza, bardziej dojrzała oraz obyta towarzysko, a także przerastała siostrę o głowę i nie dałoby się jej opisać jako uległej panienki, cały klan Cynsterów wiedział, że próba odmówienia Mary czegoś, na co się nastawiła, była z góry skazana na porażkę, szczególnie gdy dziewczyna dysponowała logicznymi argumentami na poparcie swojej sprawy.

Przepuszczając między palcami ogniwa naszyjnika, Henrietta raz jeszcze zlustrowała twarz Mary.

- Dlaczego akurat teraz tak ci zależy na naszyjniku? Wiesz, że mam go od balu zaręczynowego Angeliki, czyli od niemal ośmiu lat.

- No właśnie. - Mary wojowniczo zmrużyła oczy. - Miałaś osiem lat na to, żeby go nosić i znaleźć miłość, a tymczasem włożyłaś go do kasetki z biżuterią, gdzie sobie leżał. Nie grało to roli, kiedy byłam podlotkiem. Nawet gdy już zadebiutowałam w towarzystwie, chciałam najpierw się rozejrzeć, nie stanowiło więc dla mnie problemu, że nie nosisz naszyjnika. Teraz mam dwadzieścia dwa lata i jestem gotowa, by zrobić następny krok. Chcę bezzwłocznie znaleźć mojego bohatera, zacząć małżeńskie życie, założyć własny dom i doświadczyć wszystkiego, co się z tym wiąże. W przeciwieństwie do ciebie nie życzę sobie spędzić kolejnych siedmiu czy iluś lat, zajmując się czym innym, a to oznacza - Mary szturchnęła palcem talizman - że musisz zacząć go nosić, znaleźć swojego bohatera, a potem przekazać naszyjnik mnie. Dopiero gdy go dostanę, będę mogła ruszyć dalej z własnym życiem.

Ktoś inny zadowoliłby się takim wyjaśnieniem, ale Henrietta znała swoją młodszą siostrę stanowczo zbyt dobrze.

- I...?

Mary wytrzymała jej spojrzenie, ani na moment nie odwracając intensywnie chabrowych oczu.

Henrietta przekrzywiła głowę, uniosła brwi i czekała...

- Och, no dobrze! - Dziewczyna wyrzuciła ręce w górę w geście poddania. - I wydaje mi się, że znalazłam mój ideał, ale potrzebuję naszyjnika, żeby zyskać pewność. W zamyśle naszyjnik ma trafić do mnie, zadziałać, a potem przejść w ręce Lucilli, najwyraźniej więc powinnam wstrzymać się z podjęciem decyzji w kwestii mojego bohatera, aż będę go miała, ponieważ, no cóż, postąpiłabym chyba wbrew losowi i Lady, gdybym dokonała ostatecznego wyboru, zanim dostanę naszyjnik, a otrzymać go muszę we właściwy sposób. - Z surową miną Mary wwierciła się spojrzeniem w Henriettę. - Co oznacza, że najpierw to ty musisz go nosić i znaleźć swego bohatera.

Henrietta spojrzała na naszyjnik, niewinne ogniwa udrapowane na jej dłoni. Westchnęła.

- W porządku. Założę go dziś wieczór.

Siostra wydała okrzyk radości. Henrietta uniosła dłoń, by ją pohamować.

- Nie spodziewam się jednak, że dla mnie zadziała, nie rób więc sobie wielkich nadziei.

Mary roześmiała się i doskoczyła do siostry, by cmoknąć ją w policzek.

- Noś go, siostrzyczko, jedynie o to proszę. Co do jego skuteczności - Mary z roziskrzonymi oczami zwróciła się w stronę drzwi - będę pokładać wiarę w Lady.

Henrietta z uśmiechem pokręciła głową.

Przy drzwiach Mary przystanęła.

- Dołączysz do mamy i do mnie dziś wieczorem u lady Hamilton?

- Nie, oczekują mnie u lady Montague. - Z racji swego wieku Henrietta często uczestniczyła w innych wydarzeniach towarzyskich niż te, na które matka eskortowała Mary. - Baw się dobrze.

- Zamierzam. Do zobaczenia jutro. - Mary pomachała jej na pożegnanie i wyszła, zamknąwszy za sobą drzwi.

Henrietta odwróciła się, nadal uśmiechnięta, z naszyjnikiem w dłoni, i odkryła, że Hanna tymczasem odwiesiła do szafy jej nową suknię, a w zamian uszykowała inną, z purpurowego jedwabiu.

Pochwyciwszy spojrzenie pokojówki, kiedy ta odwróciła się od komody z purpurowo-złotym szalem w dłoniach, Henrietta uniosła brew.

Hanna stosownie zinterpretowała ów wyraz twarzy.

- Ciemny niebieski się nie nada, panienko, skoro panienka zakłada to - wyjaśniła, z blaskiem w oczach wskazując naszyjnik skinieniem głowy. - A jeśli panienka wyrusza na poszukiwanie swego bohatera, chcemy podkreślić panienki atuty.

Henrietta westchnęła w duchu.

Dwie godziny później Henrietta dołączyła do państwa Wentworthów na obrzeżach sali balowej lady Montague. Wymienili powitania, a później stali, obserwując córkę Wentworthów, Melindę, która tańczyła kotyliona.

Partnerem Melindy był James Glossup.

To właśnie motywy, dla których James zalecał się do Melindy, sprowadziły tutaj Henriettę. Skonstatowała, że przygląda mu się bacznie, chłonąc wszystko, co komunikowały jego prezencja oraz biegłość w tańcu, i zastanawiając się - jak to zresztą robiła przez kilka ostatnich dni - dlaczego, przy jego oczywistej atrakcyjności i talentach, James obrał taką a nie inną taktykę poszukiwań żony.

Pani Wentworth, niska, krągła dama w brązowej krepie, westchnęła.

- Jaka szkoda, tworzą taką piękną parę.

- No, no. - Pan Wentworth, masywnej budowy dżentelmen w konserwatywnym stroju, poklepał spoczywającą na jego przedramieniu dłoń żony. - Jeszcze niejeden młody byczek się tu zakręci, a skoro Mellie pragnie znaleźć dżentelmena, który będzie ją kochał... cóż, jestem wdzięczny pannie Cynster za to, czego się dowiedziała.

Henrietta uśmiechnęła się blado i zapanowała nad zdenerwowaniem. Nie znała Jamesa zbyt dobrze, jednak przyjaźnił się on blisko z jej bratem, Simonem, u którego przed dwoma laty był drużbą na ślubie. W rezultacie ścieżki jej i Jamesa przecięły się przy okazji kilku rodzinnych uroczystości. Pominąwszy wszakże to, co wiedziała o nim dzięki Simonowi, nie miała powodu, by uważniej mu się przyglądać.

Do czasu, gdy James zaczął zabiegać o względy Melindy do tego stopnia, że nie ulegało dłużej wątpliwości, iż zamierza poprosić o jej rękę. Na tym etapie Melinda, za zgodą rodziców, zwróciła się do Henrietty z prośbą o, jak to zostało ujęte, "wyklarowanie motywów Jamesa".

Niedługo po ukończeniu dwudziestego roku życia Henrietta odkryła u siebie powołanie - pomagała swym rówieśniczkom, młodym damom z wyższych sfer, poznać odpowiedź na zasadnicze pytanie, jakie każda z dziewcząt zadawała sobie w odniesieniu do zabiegającego o jej rękę dżentelmena: "Kocha mnie czy pragnie mnie poślubić z jakiegoś innego powodu?".

Nie zawsze dawało się to rozpoznać na pierwszy rzut oka, ustalenie prawdy czasami także bywało trudne. Jednakowoż Henrietta należała do potężnego klanu Cynsterów i mogła korzystać z jego rozległych powiązań, tak więc dawno temu opanowała sposoby na to, jak dowiedzieć się nieomal wszystkiego.

Nie była plotkarką, rzadko przekazywała informacje wykraczające poza to, czego dotyczyło pytanie. Niemniej od dziecka była spostrzegawcza, a przez lata jej przenikliwość jedynie wzrosła wskutek ciągłej praktyki i wynikłego z niej doświadczenia.

Podczas gdy matki, matrony i przyzwoitki wiodły swoje podopieczne przez towarzyskie wody, pełniąc rolę swatek, Henrietta świadczyła usługi przeciwnego rodzaju. Grupa poirytowanych dżentelmenów okrzyknęła ją nawet Antyswatką, ale dla żeńskiej połowy wyższych sfer była tą osobą, do której marzące o małżeństwie z miłości młode damy zwracały się, gdy pragnęły uzyskać gwarancję co do motywów przyszłych narzeczonych.

Jako że w ostatnich latach w towarzystwie zaczęto faworyzować związki z miłości, wnikliwość i talent Henrietty stały się bardzo pożądane.

Zapewne właśnie za sprawą owego bogatego doświadczenia Henriettę nękało mgliste podejrzenie, że w sytuacji Jamesa Glossupa coś nie do końca się zgadza. Jednakże Melinda zapytała, a Henrietta poznała odpowiedź, toteż pomimo owego dokuczliwego, lecz zarazem irytująco niekonkretnego zastrzeżenia zgodnie z obietnicą powie przyjaciółce prawdę.

Obserwowała, jak James wiruje elegancko w takt muzyki, przyglądała się jego szerokim plecom, wysokiej, szczupłej sylwetce, analizowała nieopisaną grację, z jaką się poruszał, jego nienaganny, stylowo stonowany ubiór, modnie zmierzwione brązowe włosy oraz subtelny uśmiech prawdziwego dżentelmena, jakim obdarzał Melindę, i po raz kolejny zdumiewała się, że zdecydował się obrać taką a nie inną taktykę i wziąć sobie żonę wyłącznie po to, by otrzymać dodatkowe fundusze, zamiast poszukać damy, którą by pokochał.

Naturalnie, mógł być po prostu tchórzem, zbyt obawiającym się miłości, żeby podjąć ryzyko, lecz dla Henrietty takie wyjaśnienie nie brzmiało wiarygodnie.

Jako uznany lew salonowy grasował w wyższych sferach ramię w ramię z Simonem, odkąd jednak przed dwoma laty jego przyjaciel się ożenił, James wycofał się z towarzystwa i w Londynie widywano go rzadko - aż do początku bieżącego sezonu towarzyskiego. Tak czy owak, jako Glossup z Dorset, wnuk wicehrabiego Netherfielda, mógłby liczyć na zainteresowanie wielu odpowiednich dlań młodych dam skłonnych się w nim zakochać, a tymczasem rychło skoncentrował się na Melindzie.

Melinda zaś była przyjaciółką Henrietty.

Muzyka ustała. James się ukłonił, Melinda dygnęła. Spojrzawszy w stronę rodziców, zobaczyła Henriettę, toteż uprzejmie, z uśmiechem odprawiła Jamesa i zaczęła przedzierać się przez tłum.

Kiedy przyjaciółka się zbliżyła, Henrietta postarała się przybrać nic niemówiący, nijaki wyraz twarzy, jednakże Melinda popatrzyła na nią uważnie, rzuciła okiem na matkę - i już wiedziała.

Przygasła.

- Och. - Zatrzymała się przed rodzicami, chwyciła matkę za rękę i spojrzała na Henriettę. - Wiadomości nie są dobre, prawda?

- Nie takie, jakie chciałaś usłyszeć - odparła z grymasem Henrietta.

Melinda obejrzała się przez ramię, ale James zniknął już w tłumie. Zaczerpnęła tchu, mocniej ścisnęła dłoń matki i popatrzyła na Henriettę.

- Mów.

Pani Wentworth znacząco spojrzała na innych gości.

- To doprawdy nie jest najlepsze miejsce na takie rozmowy, kochanie.

- Kiedy ja muszę wiedzieć. - Melinda zmarszczyła brwi. - Jak inaczej mam znów przed nim stanąć?

- Może wrócimy do domu, żeby przedyskutować tę sprawę na osobności? - zaproponował pan Wentworth. Popatrzył na Henriettę. - Gdyby panna Cynster zechciała wyświadczyć nam tę przysługę?

Henrietta planowała zostać na balu znacznie dłużej, ale na widok błagalnego wyrazu na trzech twarzach skłoniła głowę.

- Tak, naturalnie. Dysponuję karetą rodziców. Pojadę za państwem na Hill Street.

Podążyła za Wentworthami ku lady Montague. Podczas gdy Melinda i pani Wentworth dziękowały gospodyni za wieczorną rozrywkę, Henrietta stała z boku, leniwie przeczesując wzrokiem tłum. Większość obecnych znała, tylko nielicznych nie potrafiłaby natychmiast umiejscowić wedle kryteriów pokrewieństwa lub powiązań towarzyskich.

W rozkojarzeniu sunęła wzrokiem po kolejnych twarzach, kiedy jej spojrzenie zderzyło się ze spojrzeniem Jamesa Glossupa.

Stał po drugiej stronie pomieszczenia i wpatrywał się w nią intensywnie.

Wentworthowie ruszyli do wyjścia. Henrietta oderwała wzrok od Jamesa, z uśmiechem pożegnała się z lady Montague i podążyła za rodziną przyjaciółki.

Mówiła sobie, żeby się nie oglądać, ale nie zdołała się powstrzymać.

James nadal ją obserwował, teraz już zwężonymi oczami. Jego surowe rysy jakby stwardniały, przystojna twarz przybrała niemalże nieprzyjemny wyraz.

Henrietta przez chwilę odpowiadała na jego spojrzenie, a potem odwróciła się i wyszła z sali balowej.

W głębi pomieszczenia James Glossup cicho zaklął.

- Dowiedziałam się, że pan Glossup musi się ożenić, aby uwolnić dodatkowe fundusze z majątku swojej babki ciotecznej.

Usadowiona w fotelu przy kominku w salonie Wentworthów w ich domu przy Hill Street, Henrietta urwała, żeby napić się herbaty, której zdaniem gospodyni wszyscy bardzo potrzebowali.

Pan Wentworth zmarszczył brwi. Zajmował fotel naprzeciw Henrietty, podczas gdy córka i żona ulokowały się na szezlongu po jego lewej.

- Zatem nie poluje na posag Mellie?

- Nie. - Henrietta pokręciła głową, odstawiając filiżankę na spodek. - Nie potrzebuje dodatkowych środków, jednak aby uwolnić resztę fortuny babki ciotecznej, musi się ożenić. Jak rozumiem, starsza dama chciała zagwarantować, że do tego dojdzie, toteż zawarła w swoim testamencie taki warunek.

Pan Wentworth prychnął.

- Zapewne to skuteczny sposób, żeby postawić takiego wilczka przed ołtarzem, ale nie z moją dziewczyną.

- Naturalnie, że nie! - zgodziła się pani Wentworth, potem jednak przypomniała sobie, że w tym wypadku najbardziej liczy się opinia Melindy, zwróciła się zatem do córki. - To znaczy... Mellie?

Melinda, ze spodkiem i filiżanką na podołku, aż do tej pory wpatrywała się w ogień. Teraz zamrugała, zerknęła na matkę, a następnie spojrzała na Henriettę.

- On mnie nie kocha, prawda?

- Tego nie umiem ocenić. - Henrietta trzymała się faktów. - Mogę powiedzieć ci tylko to, co wiem. W tej kwestii - dodała łagodnie, patrząc przyjaciółce w oczy - będziesz o wiele lepszym sędzią niż ja.

Melinda przez kilka chwil odpowiadała na jej spojrzenie, a potem zacisnęła wargi. Pokręciła głową.

- Lubi mnie, ale nie, nie kocha. - Pociągnęła długi łyk z zaniedbywanej do tej pory filiżanki. - Prawdę mówiąc - podjęła - właśnie dlatego poprosiłam cię, żebyś dowiedziała się, ile zdołasz, na jego temat. Na podstawie jego zachowania podejrzewałam, że kieruje nim inny motyw niż miłość... - Wyginając wargi, Melinda machnęła ręką i popatrzyła w bok.

Henrietta dopiła herbatę i odstawiła filiżankę ze spodkiem na niski stolik stojący przed szezlongiem.

- Na mnie już pora. Nie mam nic więcej do dodania, a państwo zapewne chcą sobie wszystko przemyśleć. - Wstała.

Melinda również odstawiła filiżankę i się podniosła, podobnie jak jej rodzice.

- Odprowadzę cię.

- Raz jeszcze dziękujemy, że okazuje pani Mellie tyle przyjaźni. - Pan Wentworth nieporadnie poklepał dłoń Henrietty.

Pożegnawszy się z rodzicami Melindy, Henrietta podążyła za przyjaciółką do holu.

- Naprawdę mi przykro, że przynoszę takie wieści - rzuciła półgłosem, kiedy kamerdyner zamknął drzwi salonu. Mówiła na tyle cicho, by słowa dotarły jedynie do poprzedzającej ją o krok Melindy.

Melinda odwróciła się, by spojrzeć jej w oczy, i uśmiechnęła się, aczkolwiek blado.

- Przyznaję, że miałam nadzieję usłyszeć, iż źle go oceniłam, niemniej doprawdy niebiosa mi cię zesłały. Nie chcę poślubiać mężczyzny, który mnie nie kocha, a twoje informacje zaledwie potwierdziły to, co sama podejrzewałam, dlatego jestem ci szczerze wdzięczna. Znacznie mi ułatwiłaś podjęcie decyzji.

Uściskała Henriettę.

- Owszem, przez dzień lub dwa będę przygnębiona - dodała, odstąpiwszy od przyjaciółki - lecz wkrótce się pozbieram, zobaczysz.

- Mam taką nadzieję. - Henrietta uśmiechnęła się w odpowiedzi.

- Wiem, że tak będzie. - Melinda mówiła coraz pewniejszym głosem. - Tylu dziewczętom już pomogłaś, nie mam pojęcia, co byśmy bez ciebie zrobiły. Ocaliłaś niezliczone rzesze młodych dam przed rozczarowującymi małżeństwami. Szczerze mówię, zasługujesz na medal.

- Nonsens - sapnęła Henrietta. - Mam po prostu lepsze źródła informacji. - Przy czym, choć w zaistniałych okolicznościach nie zamierzała o tym wspominać, w wielu innych przypadkach potwierdziła, że dany związek opiera się mocno na miłości.

Kamerdyner pomógł jej założyć pelerynę, a następnie otworzył frontowe drzwi.

Melinda wyszła wraz z nią na podest przed domem i zadrżała, smagnięta lodowatym wiatrem. Henrietta uścisnęła jej dłoń.

- Wracaj do środka. Zaziębisz się na śmierć, a moja kareta czeka tuż obok. - Skinieniem głowy wskazała drugą karetę swoich rodziców do jazdy po mieście, stojącą przy krawężniku po przeciwnej stronie ulicy.

- W porządku. - Melinda odwzajemniła uścisk. - Trzymaj się ciepło. Bez wątpienia wkrótce się zobaczymy.

Henrietta uśmiechnęła się, poczekała, aż Melinda wycofa się do domu i zamknie za sobą drzwi, a potem ruszyła po schodach w dół, nadal w dobrym humorze, gdyż łatwość, z jaką przyjaciółka pogodziła się z wieściami, świadczyła o tym, że nie była tak naprawdę zakochana w Jamesie.

Jakkolwiek Henrietta nie wierzyła, że sama znajdzie miłość, zagorzale kibicowała opartym na uczuciu związkom. W jej opinii miłość jako jedyna gwarantowała damie szczęśliwe pożycie małżeńskie...

Wpadł na nią rozpędzony mężczyzna. Zachwiała się wskutek zderzenia.

- Och! - Upadłaby, ale mężczyzna okręcił się na pięcie i złapał ją za ramiona, pomagając jej odzyskać równowagę.

Kątem oka spostrzegła laskę ze srebrną gałką, którą ściskał w obleczonej rękawiczką dłoni. Odnotowała w pamięci, że sama rękawiczka jest najlepszego sortu, z miękkiej, elastycznej skórki. Zamrugała i podniosła wzrok na twarz mężczyzny, ale miał na sobie pelerynę z naciągniętym na głowę kapturem; ponieważ lampy uliczne znajdowały się za jego plecami, oblicze nieznajomego tonęło w cieniu.

Dostrzegała jedynie koniuszek jego brody. Kiedy mu się przypatrywała, zacisnął szczęki.

- Przepraszam. Nie zauważyłem pani - odezwał się niskim głosem. Mówił szybko, ale miał elegancką dykcję.

- Ja również pana nie widziałam - odparła, gdy złapała oddech.

Zawahał się; wyczuła, że lustruje jej twarz, jej oczy.

- Panno Cynster! Wszystko w porządku?

Podniosła głowę; nieznajomy obejrzał się przez ramię. Oboje zobaczyli, jak jej stangret zeskakuje na ulicę, żeby pośpieszyć z pomocą.

- Nic się nie stało, Gibbs! - zawołała, a tymczasem nieznany dżentelmen znów na nią spojrzał, puścił ją, skinął obcesowo głową na pożegnanie, odwrócił się i szybkim krokiem oddalił ulicą, znikając w gęstniejącej mgle.

Henrietta w duchu pokręciła głową, energicznie wygładziła spódnice i pelerynę, po czym przeszła na drugą stronę ulicy, gdzie Gibbs czekał, aby pomóc jej wsiąść do karety.

Kiedy tylko drzwi się zamknęły, Henrietta z westchnieniem opadła na skórzane siedzenie. Pojazd zakołysał się, ruszając; na Upper Brook Street było niedaleko.

Rozluźniła się, oczekując dobrze znanego, pokrzepiającego przypływu satysfakcji z ukończonego pomyślnie śledztwa, a tymczasem odkryła, że jej myśli nieoczekiwanie koncentrują się na czym innym.

Na obrazie Jamesa Glossupa, stojącego w sali balowej lady Montague i bacznie obserwującego Henriettę. Na wyrazie jego twarzy, kiedy uzmysłowił sobie, że ona wychodzi z pomieszczenia w ślad za jego wybranką.

Przyjaźnił się z Simonem, bez wątpienia znał jej reputację.

Zastanawiała się, co teraz sobie myślał.