[1] Europejskie Badanie Społeczne (ESS) to szeroko zakrojone, akademickie badanie międzypaństwowe prowadzone w całej Europie od 2001 r. Gromadzi dane dotyczące postaw, przekonań i wzorców zachowań ludności w ponad 30 krajach, stanowiąc kluczowe źródło informacji dla porównawczych badań społecznych. Zob. European Social Survey - About ESS, https://www.europeansocialsurvey.org/about-ess [dostęp: 3.07.2025].
[2] Na temat koncepcyjnego przejścia od "klasy" do "warstw społecznych" zob. np. U. Beck, Risk Society: Towards a New Modernity, Sage, 1992; P. Bourdieu, Distinction: A Social Critique of the Judgement of Taste, Harvard University Press, 1984; Zob. również E.O. Wright, Class Counts: Comparative Studies in Class Analysis, Cambridge University Press, 1997, gdzie autor broni analizy klasowej w obliczu takich zmian.
[3] Rumunia i Bułgaria przystąpiły do UE 1 stycznia 2007 r. w ramach piątej fali rozszerzenia. Ich przystąpienie nastąpiło później niż w przypadku innych krajów postkomunistycznych, takich jak Polska, Czechy, Węgry, Słowacja, Słowenia, Litwa, Łotwa i Estonia, które dokonały tego 1 maja 2004 r. Pod względem gospodarczym oba kraje pozostawały w tyle: w 2003 r. ich PKB na mieszkańca wynosił jedynie około 30-35% średniej UE-25, w porównaniu z około 50-60% w państwach, które przystąpiły do UE w 2004 r. Zob. Europejska Fundacja na rzecz Poprawy Warunków Życia i Pracy, Pierwsze europejskie badanie jakości życia: Jakość życia w Bułgarii i Rumunii, Luksemburg: Urząd Oficjalnych Publikacji Wspólnot Europejskich, 2006 r., https://eur-lex.europa.eu/resource.html?uri=cellar:0722bb38-a92f-4833-b6f7-d1e7020c02af.0001.02/DOC_2&format=PDF [dostęp: 3.07.2025].
[4] Przeciwwagą dla antykomunistycznej Solidarności było powstałe w 1984 r. Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych (OPZZ) - po upadku PZPR i przemianach ustrojowych związek zawodowy zawiązał koalicję wyborczą z Sojuszem Lewicy Demokratycznej, z którym współpracował w latach 1991-1997.
[5] Pierwszy rząd Prawa i Sprawiedliwości (PiS) powstał po wyborach parlamentarnych w 2005 r. PiS kierowało rządem koalicyjnym (początkowo jako rząd mniejszościowy, a później w sojuszu z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin) od października 2005 r. do listopada 2007 r. Partia łączyła konserwatyzm społeczny i interwencjonizm gospodarczy z silną retoryką antyelitarną i antykorupcyjną, pozycjonując się jako populistyczna alternatywa zarówno dla postkomunistycznej lewicy, jak i liberalnej prawicy.
[6] L. Miller i R. Krasowski, Anatomia siły, Czerwone i Czarne, Warszawa 2013.
[7] Dynamika przemian wynikających z przystąpienia krajów postkomunistycznych do UE oraz ich wpływ na politykę partii postkomunistycznych zostały szczegółowo przedstawione w rozdziale III książki.
[8] Dane przekrojowe na ten temat pochodzą z Centrum Badania Opinii Społecznej (CBOS), Stosunek do rządu i premiera po zapowiedzi dymisji. Komunikat z Badań BS/65/2004, Warszawa, kwiecień 2004 r., https://www.cbos.pl/SPISKOM.POL/2004/K_065_04.PDF [dostęp: 3.07.2025].
[9] Historia upadku MSZP została opisana w rozdziale IV, pokazującym związek między skandalami korupcyjnymi a dynamiką zmian w elektoracie węgierskiej postkomunistycznej socjaldemokracji. W tym samym rozdziale podobnej analizie poddano losy polskiego SLD.
[10] Narracja ta jest szczególnie widoczna w badaniach socjologicznych zespołu prof. Przemysława Sadury i Sławomira Sierakowskiego przedstawionych w 2019 r. Cytat z podsumowania przedstawionego raportu zatytułowanego Polityczny cynizm Polaków: "Polscy wyborcy traktują polityków cynicznie. Dobrze dostrzegają ich wady i patologiczne zachowania, ale zgadzają się z nimi, o ile partia, którą popierają, zaspokaja ich aspiracje lub interesy. PiS - gdy przeciwstawia się elicie wielkomiejskiej, która gardzi społeczeństwem, lub gwarantuje hojne transfery socjalne. PO - gdy nie przynosi wstydu Europie, dba o wzrost gospodarczy i wolności demokratyczne", https://krytykapolityczna.pl/kraj/polityczny-cynizm-polakow-raport-z-badan-socjologicznych/ [dostęp: 3.07.2025].
[11] Dane przekrojowe na ten temat pochodzą z badania Centrum Badania Opinii Społecznej (CBOS), Elektoraty PO i PiS w ostatnich dwunastu latach. Komunikat z badań, nr 130/2017, Warszawa, październik 2017, https://www.cbos.pl/SPISKOM.POL/2017/K_130_17.PDF [dostęp: 3.07.2025].
[12] Teza ta została również rozwinięta w artykule: S. Berman i M. Snegovaya, Populism and the Decline of Social Democracy, "Journal of Democracy" 30, nr 3 (lipiec 2019): 5-19.
[13] Przykładem takich działań jest ogłoszona w październiku 2024 r. strategia migracyjna na lata 2025-2030, zatytułowana "Odzyskać kontrolę. Zapewnić bezpieczeństwo". Rząd Rzeczypospolitej Polskiej, "Odzyskać kontrolę. Zapewnić bezpieczeństwo" - strategia migracyjna na lata 2025-2030, październik 2024 r., https://www.gov.pl/web/premier/odzyskac-kontrole-zapewnic-bezpieczenstwo---strategia-migracyjna-na-lata-2025---2030 [dostęp: 3.07.2025].
[14] Dane przekrojowe na ten temat pochodzą z badania Centrala Badań Opinii Społecznej (CBOS), Poparcie dla kandydatów w wyborach prezydenckich. Komunikat z Badań, nr 28/2015, Warszawa, luty 2015 r., https://cbos.pl/SPISKOM.POL/2015/K_028_15.PDF [dostęp: 3.07.2025].
[15] M. Stępień, Sondaż dla Polsat News. Debiutant w badaniu wchodzi do Sejmu, Wydarzenia Interia, 16.06.2025, https://wydarzenia.interia.pl/kraj/news-sondaz-dla-polsat-news-debiutant-w-badaniu-wchodzi-do-sejmu,nId,21827687 [dostęp: 3.07.2025].
[16] Jeden z największych portali informacyjnych w Polsce, Onet, poinformował 18 maja o wynikach pierwszej tury wyborów prezydenckich i o tzw. kryzysie duopolu: "Łączne poparcie dla Rafała Trzaskowskiego i Karola Nawrockiego wyniosło zaledwie 59,9%. Jest to najgorszy wynik od 2005 r. (z wyłączeniem wyborów lokalnych) i oznacza znaczny spadek w porównaniu z poprzednimi wyborami parlamentarnymi. Zaledwie rok temu, w wyborach do Parlamentu Europejskiego, Koalicja Obywatelska i PiS uzyskały łącznie ponad 73% głosów". M. Rogalski, Kryzys duopolu. To najgorszy wynik Platformy i PiS od lat, Onet, 18.05.2025, https://wiadomosci.onet.pl/wybory/wybory-prezydenckie/kryzys-duopolu-to-najgorszy-wynik-platformy-i-pis-od-lat/jwes92g [dostęp: 03.07.2025].
[17] G. Pop-Eleches, Throwing out the Bums: Protest Voting and Unorthodox Parties after Communism, "World Politics" 2010, Vol. 62, Iss. 2,s. 221-260.
[18] Amarachi Orie, Dania podnosi wiek emerytalny do 70 lat - najwyższy w Europie, CNN, 23.06.2025, https://edition.cnn.com/2025/05/23/business/denmark-retirement-age-rise-70-intl-scli [dostęp: 3.07.2023].
[19] Więcej na ten temat można znaleźć w książce: A. Winter i A. Mondon, Reactionary Democracy: How Racism and the Populist Far Right Became Mainstream, Verso Books, Londyn-Nowy Jork 2020.
I.Wprowadzenie do wydania polskiego. Redystrybucja i lewica: dwa klucze do zrozumienia kryzysu zachodniej demokracjiMaria Snegovaya w rozmowie z Wojciechem Łobodzińskim
Wojciech Łobodziński: Pani książka rozpoczyna się od tezy, że postkomunistyczne partie lewicowe zbyt wcześnie i zbyt zdecydowanie przesunęły się na prawo, otwierając drogę prawicowym populistom. Co skłoniło Panią do napisania tej książki i dlaczego akurat teraz?
Maria Snegovaya: Książka powstała na podstawie mojej pracy doktorskiej, którą obroniłam na Uniwersytecie Columbia w 2013 r. Główną motywacją było moje pochodzenie. Jako Rosjanka rozumiałam, dlaczego w latach 90. społeczeństwo rosyjskie nie w pełni przyjęło wolność. Zszokowało mnie jednak to, że podobne procesy obserwowałam w Polsce i na Węgrzech. Było to zaskakujące, ponieważ oba te kraje były pionierami prodemokratycznej i prorynkowej transformacji. Odniosły one początkowy sukces, przeprowadzając szybkie i pokojowe reformy, a także z powodzeniem przyjmując zachodnie, liberalne ideały. Mimo to w obu przypadkach zaczęło dochodzić do stopniowego oddalania się od tych ideałów. Postawiłam więc kluczowe pytanie: dlaczego tak się stało, zwłaszcza w krajach, które początkowo radziły sobie tak dobrze?
Jaką metodologię wybrała Pani do swoich badań?
Nie ma jednego prostego rozwiązania ani metody, która pozwoliłaby odpowiedzieć na wszystkie pytania w tak złożonym środowisku. Pracowałam z kilkoma krajami - co najmniej czterema - i napotkałam problem dostępności danych, szczególnie w Europie Środkowej. Niestety, często brakuje tam danych podłużnych, czy też longitudinalnych, czyli badań, w których te same osoby są ankietowane w różnych momentach na te same pytania. Takie dane pozwalają śledzić zmiany preferencji politycznych i powiązać je z konkretnymi wydarzeniami w rozwoju danego kraju. Niestety, na potrzeby mojej analizy lat 90. i początku XXI w., było bardzo trudno uzyskać dostęp do takich badań. Pamiętam, że na Węgrzech w latach 2006-2009 przeprowadzono tylko jedno badanie podłużne, co zdecydowanie utrudniało pracę. Koniec końców połączyłam kilka podejść, opierając się na jakościowej analizie studiów przypadków. Szczególnie istotny dla pierwotnej koncepcji okazał się przypadek Czech. Tam wyraźnie widać, jak obecność lewicy bardziej tradycyjnej, zorientowanej na redystrybucję, stanowiła przez pewien czas przeciwwagę dla wzrostu skrajnie prawicowego populizmu. Zdałam sobie sprawę, że mamy tu do czynienia z dynamiką równoważącą, którą niektórzy określają mianem "teorii podkowy". Zgodnie z nią skrajna lewica i skrajna prawica nie tyle są sobie przeciwstawne, ile strukturalnie do siebie podobne. Oczywiście oparłam się również na porównaniach między krajami, w tym na analizie ilościowej wykorzystującej dane z Europejskiego Sondażu Społecznego[1]. Włączyłam również badania eksperymentalne, które często stosuję w swojej pracy. Eksperymenty są przydatne, ponieważ pozwalają kontrolować różne czynniki zakłócające i wyodrębnić jasny związek przyczynowo-skutkowy między zmiennymi niezależnymi i zależnymi. Ostatecznie zastosowałam więc podejście mieszane.
Czy Pani podejście metodologiczne faktycznie różni się od tego, co jest powszechnie akceptowane w tej dziedzinie, zwłaszcza w badaniach politologicznych?
Choć badania mają skłonność do faworyzowania jednego konkretnego podejścia, w amerykańskich badaniach politologicznych coraz częściej łączy się wiele metod. Oczywiście nikt nie jest ekspertem od wszystkiego, ale stosowanie różnych podejść pozwala uzyskać bardziej holistyczny obraz. Gdy dany trend można zidentyfikować z wielu perspektyw, wyniki stają się znacznie bardziej wiarygodne. Warto uzupełniać analizę ilościową co najmniej w jednym studium przypadku, aby prześledzić mechanizmy przyczynowo-skutkowe. W przeciwnym razie można uzyskać zbiorcze wyniki, ale bez zrozumienia mechanizmów, które faktycznie łączą zmienne, ale nie sposób w pełni pojąć, co się dzieje. Korelacje wykryte metodami ilościowymi mogą być fałszywe. Moje podejście nie jest więc szczególnie nowatorskie, ale odzwierciedla nowy standard - przynajmniej w amerykańskim środowisku akademickim - polegający na próbie podejścia do złożonych zjawisk z wielu perspektyw. Dopóki metody te wskazują ten sam ogólny kierunek, mamy solidne podstawy. Zagadnienie, którym się zajmuję, jest dość złożone. Nie analizuję poparcia dla jednej partii, ale dla dwóch rodzin partyjnych - centrolewicy i populistycznej prawicy. Bardzo trudno jest znaleźć jedną metodę, która pozwoliłaby uchwycić pełny obraz. Ponadto poruszamy się w dziedzinie nauk społecznych, w której nigdy nie ma idealnych odpowiedzi. Nie można stworzyć w pełni kontrolowanego środowiska eksperymentalnego, jak w naukach przyrodniczych. Dlatego też nieodłączną cechą naszej dziedziny jest konieczność stosowania różnych metodologii, aby lepiej zrozumieć badane procesy.
Z tego, co Pani pisze w książce, wynika, że istnieje również problem regionalny dotyczący metodologii.
W naszym regionie powszechnie odrzucano podejście oparte na klasach społecznych, co ma głębokie korzenie w bolesnej historii. Sama kiedyś podzielałam tę postawę i patrzyłam na te teorie z góry. Prawda jest jednak taka, że pojęcie klasy ma wiele sensu i nie musi mieć charakteru marksistowskiego.
Choć Marks opierał się na przewodnich teoriach społecznych swoich czasów, a wielu naukowców z naszego regionu starało się unikać analizy klasowej, rzeczywistość pokazuje, że wykształcenie i doświadczenie zawodowe dość dobrze przewidują wybory polityczne ludzi. Jak pokazuję w książce, dotyczy to również naszego regionu. Z tej perspektywy podejście oparte na klasach społecznych może być bardzo produktywne, ponieważ pozwala wykazać, że pochodzenie społeczne i ekonomiczne silnie koreluje z zachowaniami politycznymi. Ponieważ tego typu analiza została pominięta z powodu postkomunistycznej niechęci do wszystkiego, co przypominało marksizm, powstała luka w zrozumieniu przemian politycznych w regionie. Jest to również zgodne z podobną dynamiką w Europie Zachodniej, na co wskazuję w książce. Dzisiejsi naukowcy rzadziej mówią o "klasach", a częściej o "warstwach" lub "warstwach społecznych", które są nieco szerszym pojęciem[2]. Jednak podstawowa idea pozostaje ta sama: pracownicy umysłowi i fizyczni znacznie różnią się pod względem preferencji politycznych i ekonomicznych. Dokładnie to pokazuję w książce.
Dlaczego jako temat swych badań wybrała Pani Czechy, Słowację, Węgry i Polskę, a nie kraje takie jak Rumunia czy Bułgaria? Z polskiej perspektywy wybór ten może wydawać się naturalny, ponieważ te cztery kraje należą do Grupy Wyszehradzkiej. Jednak mimo że są one często łączone w jedną grupę, pod wieloma względami pozostają dość różne.
Wybór Czech, Słowacji, Węgier i Polski podyktowany był kilkoma względami, choć decyzja miała charakter subiektywny. Polska i Węgry były dwoma krajami, które pierwotnie zainspirowały mnie do podjęcia analizy. Następnie musiałam zidentyfikować najbardziej porównywalne przypadki. Pod względem rozwoju gospodarczego i podobnej trajektorii historycznej Czechy i Słowacja były naturalnym wyborem. Oczywiście, wszystkie kraje są różne, a te różnice są szczególnie interesujące z perspektywy badawczej. Jednym z przydatnych aspektów włączenia Słowacji i Czech do analizy był fakt, że kiedyś tworzyły jeden kraj, co pomaga skontrolować pewne różnice w kontekście historycznym i instytucjonalnym. Jeśli chodzi o Rumunię i Bułgarię, przystąpiły one do Unii Europejskiej nieco później i różniły się pod względem poziomu rozwoju gospodarczego[3]. Podczas gdy Węgry, Polska oraz w pewnym stopniu Czechy i Słowacja przeprowadzały poważne reformy już w latach 90., Rumunia i Bułgaria pozostawały w tyle. Zatem z punktu widzenia czasu i prób ograniczenia różnic między przypadkami cztery państwa wysunięte na czele były najbardziej naturalną grupą porównawczą.
Z perspektywy czasu wybrałabym jednak inną kategorię bazową, co jest już moją refleksją nad tym, co mogłam zrobić lepiej. Na przykład, dobrym pomysłem mogłoby być przyjrzenie się krajom bałtyckim. W niektórych z nich bardziej konwencjonalne lub tradycyjne alternatywy lewicowe przetrwały dłużej. Moją pierwotną kategorią bazową były Czechy, ale nawet tam Partia Socjaldemokratyczna ostatecznie upadła, podobnie jak inne partie centrolewicowe w regionie. Na Słowacji główna partia lewicowa przyjęła ostatecznie orientację populistyczną. W końcu nie miałam stabilnej kategorii bazowej. Z perspektywy czasu podjęłabym inne decyzje, ale jak zawsze, nie ma idealnego rozwiązania.
W Polsce postkomunistyczna lewica, związana z SLD, dominowała w latach 90. i na początku XXI w., ale potem doświadczyła dramatycznego upadku. Czy uważa to Pani za podręcznikowy przykład porażki lewicy, o której pisze Pani w swojej książce? W wywiadzie dla Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych w Waszyngtonie zasugerowała Pani, że trajektoria Polski była w rzeczywistości dość wyjątkowa w porównaniu z innymi krajami regionu, a być może nawet w porównaniu z niektórymi przykładami z Europy Zachodniej.
Tak i nie. W Polsce główną partią lewicową była zreformowana partia postkomunistyczna, co jest istotne w odpowiedzi na to pytanie. Ciekawe w przypadku Polski jest to, że już na początku wyborcy z klasy robotniczej byli w pewnym stopniu podzieleni między lewicę a prawicę. Zarówno postkomunistyczna lewica, jak i prawica sprzymierzona z Solidarnością związały się z różnymi związkami zawodowymi[4]. W pewnym sensie polityka w Polsce w latach 90. charakteryzowała się rotacją władzy między SLD po lewej stronie sceny politycznej a partiami związanymi z Solidarnością po prawej.
Za każdym razem ludzie wybierali nową partię, mając nadzieję na umiarkowaną politykę po falach bolesnych reform. Istniało pragnienie stabilności i większego wsparcia społecznego, zwłaszcza w regionie, gdzie dziedzictwo komunizmu sprawiło, że ludzie byli przyzwyczajeni do wyższych wydatków państwowych - zupełnie inaczej niż np. w Stanach Zjednoczonych. Jednak za każdym razem, pod presją zewnętrzną ze strony UE lub instytucji takich jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW), rządy, niezależnie od orientacji politycznej, musiały kontynuować ten sam program reform oparty na cięciach budżetowych. W końcu wyborcy zaczęli zdawać sobie sprawę, że niezależnie od tego, kogo wybiorą, wyniki są w dużej mierze takie same. Doprowadziło to do narastania frustracji i niechęci do partii politycznych. Emocja ta ostatecznie skrystalizowała się w poparciu Prawa i Sprawiedliwości, wkrótce po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej[5]. W tym sensie Polska stanowi wyraźny przykład procesu, który opisuję w książce: kiedy programy gospodarcze lewicy i prawicy zbiegają się, otwiera się droga dla populistycznej alternatywy. Jednak to, co wyróżnia Polskę, to kontekst gospodarczy. Kraj ten odniósł niesamowity sukces w zakresie reform. Polska była jedyną gospodarką regionu, która przetrwała kryzys finansowy z lat 2007-2008 bez recesji. Gospodarka nadal rosła. A jednak, pomimo tego, w 2015 r. do władzy doszła partia Prawo i Sprawiedliwość. Tak więc nawet w tym podręcznikowym przypadku sukcesu transformacji rynkowej coś najwyraźniej na poziomie społecznym nie działało. Nastąpiło fundamentalne odrzucenie klasycznego liberalnego modelu prorynkowego. Ten paradoks był jedną z kluczowych zagadek, które skłoniły mnie do skupienia się na Polsce. Nie mogłam tego zrozumieć. Typowe wyjaśnienie - że ludzie zwrócili się ku populistom, ponieważ kryzys gospodarczy dotknął ich szczególnie mocno - po prostu nie ma zastosowania w przypadku Polski. Było to więc jedno z głównych pytań, które postanowiłam zbadać.
Jednym z Pani kluczowych argumentów jest to, że partie lewicowe zraziły swoich tradycyjnych wyborców, przyjmując neoliberalną politykę gospodarczą. Jak przypadek Polski ma się do szerszych trendów regionalnych w tamtym czasie? Pytam o to, ponieważ patrząc na źródła przytaczane w książce - cytuje Pani liczne wywiady z polskimi politykami lewicy i ich doradcami ekonomicznymi - uderzające jest to, że wielu z nich, zwłaszcza tych mniej bezpośrednio zaangażowanych w politykę gospodarczą, wydaje się w ogóle nie dostrzegać tej trajektorii. Jeśli spojrzeć np. na wywiady z takimi postaciami jak premier Leszek Miller, dynamika ta jest często całkowicie pomijana w ich narracji[6].
Nie jest to całkowicie zaskakujące. Myślę, że jedną z mocnych stron książki jest to, że pozwala przedstawić obie perspektywy i jednocześnie przedstawić jasną argumentację z nich wynikającą. Oczywiście politycy rzadko przyznają się do własnych błędów - zwłaszcza jeśli nadal są aktywni lub pozostają zainteresowani odgrywaniem jakiejkolwiek roli w polityce. Jednak to właśnie jest część problemu. Sam fakt, że politycy przeoczyli coś tak fundamentalnego, jest jedną z przyczyn, dla których znaleźli się koniec końców w tej trudnej sytuacji. Jeśli spojrzeć na SLD, partia ta doświadczyła jednego z najgłębszych spadków poparcia nie tylko z powodu skandali korupcyjnych - choć te z pewnością odegrały pewną rolę - ale także z powodu głęboko niepopularnych reform oszczędnościowych. W polityce obowiązuje ogólna zasada: oszczędności nigdy nie są popularne. Nie da się wygrać wyborów dzięki oszczędnościom.
Nawet w Stanach Zjednoczonych, które są znacznie bardziej liberalnym krajem pod względem ideologii gospodarczej, próby wprowadzenia oszczędności - jak ostatnio za prezydentury Donalda Trumpa - spotkały się z masowymi protestami. Jeśli nawet dla ugrupowań prawicowych wprowadzanie oszczędności jest politycznie ryzykowne, to jest ono jeszcze bardziej niebezpieczne dla partii lewicowych, których tożsamość jest zakorzeniona w przeciwstawianiu się cięciom budżetowym i promowaniu ochrony socjalnej.
Kiedy partie lewicowe dochodzą do władzy, obiecując ochronę opieki społecznej, a następnie zmieniają kurs - często ze zrozumiałych powodów, takich jak utrzymanie dyscypliny budżetowej lub reagowanie na presję instytucji międzynarodowych w ramach procesu przystąpienia do UE - wyborcy postrzegają to jako zdradę. A to prowadzi do spadku poparcia[7].
Niezależnie od tego, jak uzasadnione mogą być te decyzje z ekonomicznego punktu widzenia, konsekwencje polityczne są realne. Wyborcy nie oceniają polityki poprzez rozumowanie makroekonomiczne - reagują na postrzegane niespójności między obietnicami a wynikami. I to właśnie tam zaczyna się spadek popularności.
Z mojej perspektywy uderzające jest to, że wśród liberalnych elit kryzys i upadek SLD prawie zawsze tłumaczy się wyłącznie korupcją. To dominująca narracja: to skorumpowani politycy doprowadzili partię do upadku. Nigdy nie chodzi o uprawianą przez nich politykę, o reformy i ich materialne skutki[8].
To doskonała uwaga, dziękuję za poruszenie tej kwestii. Podobnie jest na Węgrzech[9], dlatego porównania między krajami są tak cenne. Kiedy partie populistyczne dochodzą do władzy - najbardziej znanym przykładem jest Fidesz, ale dodałbym tu również Prawo i Sprawiedliwość - również borykają się one ze skandalami korupcyjnymi. Jednak wyborcy nie karzą ich w takim samym stopniu jak partii centrolewicowych. Niektórzy twierdzą, że dzieje się tak, ponieważ partie te kontrolują media i kanały informacyjne. To z pewnością część prawdy. Jednak to nie wszystko. Gdyby ludzie byli wściekli, nadal szukaliby informacji. Głębszym problemem jest to, że korupcja jest powszechnym problemem w naszym regionie - jako temat dominuje w każdym środkowoeuropejskim cyklu wyborczym. Jednak samo wskazanie na korupcję nie wyjaśnia, dlaczego jedna rodzina partyjna, czy szerzej strona sporu politycznego, cierpi nieproporcjonalnie bardziej, podczas gdy druga wychodzi z tego stosunkowo bez szwanku. Moim zdaniem - i może to być potencjalny pomysł na rozszerzenie badań w tej dziedzinie - musimy przyjrzeć się interakcji między korupcją a polityką. Kiedy korupcja idzie w parze z oszczędnościami, cios polityczny jest znacznie większy. Wyborcy postrzegają nie tylko to, że politycy kradną, ale także to, że odbierają im coś - ograniczają wsparcie, zmniejszają poczucie bezpieczeństwa. Z drugiej strony, jeśli korupcji towarzyszy polityka redystrybucyjna, reakcja opinii publicznej może być mniej ostra. Postrzeganie staje się następujące: "Tak, kradną, ale przynajmniej dzielą się z innymi".
Tak właśnie wyglądała narracja w okresie rządów Prawa i Sprawiedliwości. Było to szeroko komentowane w mediach - nawet wśród liberalnych komentatorów. Mówili oni niemal z niedowierzaniem: "Ludzie są tak łatwo przekupni", jednocześnie na ulicach można było usłyszeć: "Nawet jeśli kradną, dzielą się z nami"[10].
To ważna obserwacja. Ostatecznie dla wyborców najważniejsze są konkretne rozwiązania - a konkretnie te, które dotyczą ich własnego materialnego dobrobytu. To pierwsza kwestia. Druga kwestia dotyczy kompozycji elektoratu. Jak pokazuję w książce, w wyniku posttransformacyjnych przemian politycznych partie centrolewicowe zyskały poparcie głównie wśród pracowników umysłowych. A dla wyborców z tej grupy oskarżenia o korupcję, niespełnianie oczekiwań etycznych lub programowych mają ogromne znaczenie. Ci wyborcy częściej wyznają idealistyczne poglądy i surowo oceniają partie, które nie spełniają ich oczekiwań. Jednak dla wyborców, których głównym zmartwieniem jest przetrwanie ekonomiczne - tych borykających się z niskimi dochodami lub niepewnością zatrudnienia - idealistyczne standardy mają znacznie mniejsze znaczenie. Dla nich ważne jest przetrwanie, zapewnienie sobie pożywienia, dachu nad głową i poczucia stabilności ekonomicznej. Tak więc różne segmenty elektoratu reagują inaczej na te same oskarżenia. Dlatego właśnie skład społeczny elektoratu partii ma tak duże znaczenie dla zrozumienia politycznego wpływu korupcji. To kluczowa obserwacja: korupcja nie szkodzi populistycznym partiom prawicowym tak bardzo, jak szkodzi lewicy, nawet jeśli - obiektywnie rzecz biorąc - korupcja występuje w całym spektrum politycznym. Ta asymetria jest tutaj kluczową zagadką.
Skrajna prawica mniej cierpi z powodu skandali korupcyjnych. Jednak dlaczego tak jest, czy skład elektoratu nie powinien, przynajmniej w teorii, dawać podobnych wyników?
Ponownie, jest to hipoteza, która wymaga dalszych badań, ale powiedziałabym, że sprowadza się ona zarówno do polityki, jak i do elektoratu. Różne rzeczy mają znaczenie dla różnych grup wyborców. Populistyczne partie prawicowe, które wdrażają politykę redystrybucji, są postrzegane jako zapewniające namacalne korzyści, zwłaszcza wyborcom z klasy robotniczej. I dopóki polityka ta jest zgodna z ich preferencjami, wyborcy ci są skłonni wybaczyć inne wykroczenia. To jest kluczowa kwestia. Redystrybucja działa.
W swojej książce wskazuje Pani na związek między upadkiem lewicy a wzrostem popularności populistycznej prawicy. W Polsce po postkomunistycznym SLD rządy na krótko przejęło Prawo i Sprawiedliwość, a następnie do władzy doszła Platforma Obywatelska, tworząc rodzaj duopolu, zanim PiS powróciło do władzy w 2015 r. Jak interpretuje Pani tę dynamikę, w której upadek lewicy zbiega się ze wzrostem popularności Prawa i Sprawiedliwości w 2005 r., a następnie spadek poparcia dla centroprawicy zbiega się z ponownym dojściem do władzy populistycznej prawicy w 2015 r.?
W mojej analizie skupiłam się przede wszystkim na relacjach między centrolewicą a populistyczną prawicą. Nie zbadałam dogłębnie Platformy Obywatelskiej - i to może być pewne ograniczenie. Oczywiście proces polityczny jest znacznie bardziej złożony, a pominięcie takich podmiotów jak Platforma Obywatelska wyklucza ważną część obrazu wyborczego. Niemniej jednak rozumiem, że z biegiem czasu polska klasa średnia - zwłaszcza wyborcy z grup pracowników umysłowych, biurowych czy inteligencji - skłaniała się ku Platformie Obywatelskiej. Zacznę od szerszej kwestii strukturalnej. Wyzwaniem dla postkomunistycznej lewicy, a szerzej dla centrolewicy, była próba reprezentowania dwóch bardzo różnych segmentów elektoratu. Z jednej strony opowiadała się ona za polityką redystrybucji dochodów, która przemawiała do robotników. Z drugiej strony zajmowała liberalne stanowisko w kwestiach społecznych, co było atrakcyjne dla pracowników umysłowych. Jak argumentuję w książce, wyborcy z klasy robotniczej są na ogół bardziej konserwatywni społecznie. Ich przywiązanie do lewicy wynikało więc przede wszystkim z powodów ekonomicznych, a nie kulturowych czy tożsamościowych. Jednak centrolewica (z powodu presji, o której wspomniałam wcześniej) musiała przyjąć bardziej umiarkowane stanowisko gospodarcze, co zraziło wyborców z klasy robotniczej. W Polsce, wraz ze spadkiem popularności lewicy, koalicja ta zaczęła się rozpadać. Wyborcy należący do grup pracowników umysłowych, biurowych, inteligencji, tzw. białe kołnierzyki o liberalnych poglądach, przeszli do Platformy Obywatelskiej, która oferowała bardziej spójną, centrową i zorientowaną na rynek alternatywę. Tymczasem wyborcy z grup tradycyjnie postrzeganych jako robotnicze, tzw. niebieskie kołnierzyki - bardziej konserwatywni społecznie i nadal zainteresowani polityką redystrybucyjną - zaczęli zbliżać się do Prawa i Sprawiedliwości[11]. Niestety, z powodu braku spójnych danych, nie mogę szczegółowo śledzić tego procesu w dłuższej perspektywie. Jednak w przypadku wyborów parlamentarnych w 2005 r. dysponuję danymi wskazującymi, że Prawo i Sprawiedliwość zdołało przyciągnąć od 13 do 17% byłych wyborców SLD. Sugeruje to wyraźną reorientację części tradycyjnego elektoratu lewicowego w kierunku populistycznej prawicy, napędzaną jej programem redystrybucji dochodów. Pod wieloma względami to, co obecnie obserwujemy w Polsce, to rywalizacja między dwiema wersjami prawicy. Jedna z nich jest konserwatywna społecznie i opowiada się za redystrybucją dochodów - Prawo i Sprawiedliwość. Druga, Platforma Obywatelska, jest bardziej centrowa i zorientowana na rynek. Odzwierciedla to szersze wyzwanie dla reformatorskich partii lewicowych w całym regionie. Rywalizacja z centrową prawicą jest niezwykle trudna, gdy profile polityczne obu stron zaczynają się zazębiać. Wyborcy identyfikujący się z wartościami centrowymi lub liberalnymi (zazwyczaj pracownicy umysłowi) mogą łatwo przechodzić między centrolewicą a centroprawicą, nie mając silnej motywacji do pozostania lojalnymi wobec lewicy. Ta płynność utrudniała partiom lewicowym utrzymanie centrowych zwolenników. I to właśnie jest jedną z głównych przyczyn, dla których utrzymanie różnego rodzaju koalicji postkomunistycznej lewicy okazało się tak trudne - nie tylko w Polsce, ale w całym regionie.
Kiedy patrzymy na sondaże - a nawet na wyniki ostatnich wyborów - często widzimy, że 60-70% wyborców, którzy kiedyś popierali siły centrolewicowe, postkomunistyczne, obecnie głosuje na Platformę Obywatelską. Myślę, że ma to również wymiar emocjonalny. Proszę mnie poprawić, jeśli się mylę, ale wydaje mi się, że istnieje instynkt, czy też potrzeba "stawiania na zwycięzcę". Jeśli jedna partia jest uważana za mającą większe szanse, ludzie wolą poprzeć faworyta niż idealistów lub mniejsze partie, nawet jeśli te lepiej reprezentowałyby ich wartości.
To słuszna uwaga. Są to względy pragmatyczne, które uzupełniają powyższą dynamikę. Dokładnie to wyjaśnia teoria strategicznego głosowania: ludzie podejmują decyzje nie tylko na podstawie ideologii, ale także postrzeganej realności. Tak więc, patrząc na programy i dynamikę polityczną, jest to całkiem logiczne.
A jaką rolę w formacji obecnych systemów partyjnych odegrał kryzys migracyjny z 2015 r. - zwłaszcza w przypadku Polski, ale także w szerszym kontekście regionu?
To doskonałe pytanie. Powodem, dla którego nie poruszyłam tej kwestii w książce, jest to, że - szczerze mówiąc - stworzyłoby to dodatkowe problemy. Przedstawiona przeze mnie struktura jest już dość złożona, a do tego doszłyby jeszcze czynniki związane z tą konkretną sytuacją kryzysową.
Kluczowa idea jest taka: wyborcy z klasy robotniczej, którzy nadal stanowią większość wyborców w Europie Środkowej i Wschodniej, zajmują w tej przestrzeni bardzo szczególną pozycję. W przeciwieństwie do Europy Zachodniej, gdzie klasa robotnicza kurczy się w wyniku dezindustrializacji i przejścia na gospodarkę usługową, wiele krajów Europy Środkowej i Wschodniej zachowało duże sektory przemysłowe, często wzmocnione przez przemysł przeniesiony z Europy Zachodniej. W rezultacie wyborcy z klasy robotniczej stanowią aż 60% elektoratu w niektórych krajach. Dlatego właśnie zasługują na tak baczną uwagę[12]. Wyborcy ci są zazwyczaj konserwatywni społecznie, ale także silnie zorientowani na redystrybucję. Ich antyimigracyjne stanowisko ma zarówno podłoże kulturowe, jak i ekonomiczne. Pod względem kulturowym obawiają się oni tego, co postrzegają jako zagrożenie dla tożsamości narodowej i spójności społecznej. Pod względem ekonomicznym postrzegają imigrantów jako bezpośrednich konkurentów w walce o miejsca pracy, a w niektórych przypadkach także o dostęp do świadczeń socjalnych.
Jest to szczególnie widoczne w krajach takich jak Niemcy, gdzie społeczności imigrantów regularnie korzystają z systemów opieki społecznej. W Polsce i na Węgrzech sytuacja ta jest znacznie mniej powszechna, ale postrzeganie konkurencji nadal istnieje. Stanowisko prawicowych partii populistycznych - antyimigracyjne i proredystrybucyjne - niemal idealnie pokrywa się z preferencjami wyborców z klasy robotniczej. Kiedy nadchodzi kryzys, tylko wzmacnia to atrakcyjność tych partii, które już konkurują właśnie dzięki programowi antyimigracyjnemu. Prawica populistyczna jest - niemal z definicji - antyimigracyjna. To daje jej większą wiarygodność w tej kwestii niż partiom lewicowym. Kiedy partie lewicowe próbują przyjąć podobne stanowisko, uznając, że społeczeństwo jest niezadowolone z imigracji, zazwyczaj nie udaje im się przekonać wyborców. Najnowszym przykładem jest rząd Platformy Obywatelskiej, który również próbował przyjąć bardziej restrykcyjne stanowisko w sprawie imigracji[13]. Jednak takie partie są po prostu uważane za mniej wiarygodne. Jeśli ktoś jest przeciwny imigracji, prawdopodobnie bardziej zaufa Prawu i Sprawiedliwości w kwestii zajęcia twardszego stanowiska, niezależnie od tego, co mówi Platforma Obywatelska. Ta dynamika tylko wzmacnia pozycję prawicowych partii populistycznych. Jednocześnie jednak tendencja ta komplikuje moją tezę, że przyczyny tego zjawiska są przede wszystkim ekonomiczne. Wyraźne stanowisko antyimigracyjne niewątpliwie odgrywa tu istotną rolę.
Dlatego w książce ograniczyłam swoją analizę do okresu do 2015 r. Chciałam pokazać, że sukces partii takich jak Fidesz i Prawo i Sprawiedliwość poprzedza kryzys migracyjny. W rzeczywistości w Polsce można to zaobserwować już w wyborach prezydenckich, które odbyły się w maju 2015 r. - zanim kryzys migracyjny dotarł do regionu. Mam na to dane: Andrzej Duda, kandydat Prawa i Sprawiedliwości, wygrał te wybory, uzyskując 51,55% głosów[14]. Doszło do tego, zanim imigracja stała się głównym tematem politycznym w regionie. Kolejną ważną kwestią jest to, że historycznie Europa Środkowa i Wschodnia była regionem emigracji, a nie imigracji. Przez wiele lat duża liczba osób stąd wyjeżdżała do pracy w krajach Europy Zachodniej. A zatem, mimo powszechnego nastroju antyimigracyjnego, rzeczywista obecność imigrantów była minimalna aż do kryzysu w 2015 r. A jednak, pomimo tego populistyczne partie prawicowe odnosiły już sukcesy. Nie można więc sprowadzać tej sytuacji wyłącznie do nastrojów antyimigracyjnych.
A czy nie możemy po prostu zaryzykować tezy, że kryzys migracyjny - a raczej trwający kryzys migracyjny, ponieważ wydaje się zjawiskiem stałym w nowej rzeczywistości geopolitycznej - zamroził już ukształtowane podziały polityczne, które zrzuciły lewicę na margines sporu politycznego?
Tak, to świetne ujęcie. Myślę, że kryzys jeszcze bardziej umocnił pozycję populistycznych partii prawicowych, które już wcześniej zyskiwały na popularności. Dał im on w zasadzie kartę przetargową, pogłębiając trendy, które już były widoczne. Szczególnie wymownym przykładem są Czechy. Przed 2015 r. lewica nadal odnosiła tam stosunkowo duże sukcesy. Jednak kryzys migracyjny zadał jej poważny cios. Jak już wspomnieliśmy, prawica zawsze jest bardziej wiarygodna w kwestiach imigracji, więc w sytuacji, gdy imigracja staje się bardzo istotnym tematem, prawica zazwyczaj zyskuje. Ten schemat nie ogranicza się do Europy Środkowej - podobną sytuację obserwowaliśmy w Stanach Zjednoczonych, gdzie Donald Trump ponownie wykorzystał obawy związane z imigracją w wyborach w 2024 r. Tak więc trendy, które istniały przed 2015 r., zostały zdecydowanie wzmocnione przez kryzys migracyjny.
Czy można zatem powiedzieć, że w Polsce to Prawo i Sprawiedliwość, na Węgrzech Fidesz, a być może także inne partie w innych krajach, skutecznie wypełniły lukę pozostawioną przez tradycyjne partie lewicowe w reprezentowaniu klasy robotniczej w kwestiach gospodarczych, czy też postrzega Pani to raczej jako polityczny chwyt - że po prostu dostrzegły one istniejące układy i procesy i strategicznie je wykorzystały?
Myślę, że Węgry są szczególnie dobrym przykładem - Viktor Orbán jest często opisywany na Węgrzech jako tzw. zwierzę polityczne, a więc polityk odnoszący wielkie sukcesy, wyczulony i wychwytujący z wyprzedzeniem wahania opinii publicznej. W latach 80. i na początku lat 90. był uważany za młodego, proliberalnego reformatora. Jednak w połowie pierwszej dekady XXI w. stał się jednym z pionierów prawicowego populizmu. Ta zmiana nie była przypadkowa. Orbán wyczuł szansę polityczną i skutecznie ją wykorzystał. Tradycyjny porządek gospodarczy i polityczny nie spełnił oczekiwań wielu obywateli. Ludzie mieli nadzieję, że po przystąpieniu do UE szybko osiągną poziom dobrobytu znany w Europie Zachodniej. Jednak rozwój wymaga czasu, a gdy pomimo bolesnych reform nie nastąpiła szybka transformacja, pojawiło się rozczarowanie. Wielu czuło się ograniczonych przez nowe regulacje i reformy związane z członkostwem w UE. Frustracja ta stworzyła pole do działania dla polityków, zwłaszcza dla eurosceptycznych partii populistycznych. Orbán był jednym z pierwszych, którzy dostrzegli tę zmianę. Warto przypomnieć, że kiedy Fidesz po raz pierwszy doszedł do władzy w 1998 r., a następnie ponownie w 2002 r., kontynuował reformy proeuropejskie, przy czym Węgry nadal nie były członkiem Unii. Jednak po przystąpieniu do UE retoryka partii uległa radykalnej zmianie. Nie było to zjawisko wyjątkowe dla Węgier, w całym regionie po przystąpieniu do Wspólnoty Europejskiej zaczęły rosnąć w siłę eurosceptyczne partie populistyczne. Przed przystąpieniem eurosceptycyzm nie miał szans na sukces polityczny. Wszyscy chcieli dołączyć do UE. Jednak po przystąpieniu frustracje mogły być wyrażane bardziej otwarcie - i populistom udało się je wykorzystać.
A teraz odpowiedź na pytanie: oferta ekonomiczna tych prawicowych partii populistycznych nie jest prostą repliką tradycyjnej centrolewicy. Nie oferują one spójnego, ideologicznie konsekwentnego programu gospodarczego. Zamiast tego są bardzo pragmatyczne - a nawet kreatywne - w swoim podejściu do polityki gospodarczej. W innych badaniach odkryłam, że w rzeczywistości nie ma jednolitej polityki gospodarczej prawicowego populizmu. Nie ma standardowego populistycznego scenariusza gospodarczego. W wielu przypadkach partie te nadal popierają neoliberalne ramy gospodarcze, nawet jeśli retorycznie się im sprzeciwiają. Ponieważ, choć może to być niewygodne, obecnie nie ma realnej alternatywy dla neoliberalizmu. Wolny rynek i konkurencja pozostają dominującymi zasadami. Partie populistyczne stosują natomiast selektywną interwencję. Wprowadzają ukierunkowane programy lub polityki, które znajdują oddźwięk wśród określonych grup wyborców. Na przykład w Polsce Prawo i Sprawiedliwość wprowadziło program 500+, niezwykle popularną inicjatywę, którą Platforma Obywatelska utrzymała po powrocie do władzy, a później rozszerzyła do 800+. Już samo to jest silnym wskaźnikiem sukcesu politycznego programu. Na Węgrzech Fidesz realizuje mieszankę ukierunkowanych świadczeń socjalnych i selektywnych interwencji gospodarczych, takich jak opodatkowanie międzynarodowych korporacji i banków. Jednak również w tym przypadku nie jest to kompleksowa, spójna strategia gospodarcza. Brak spójności jest widoczny również na szczeblu europejskim. W Parlamencie Europejskim populistyczna prawica jest podzielona na dwie główne grupy: Tożsamość i Demokracja (ID) oraz Europejskich Konserwatystów i Reformatorów (ECR). Nie zgadzają się one w kluczowych kwestiach, nie tylko kulturowych, ale także gospodarczych. Tak więc chociaż partie te są zjednoczone w sprzeciwie wobec polityki oszczędnościowej, nadmiernych reform rynkowych i mandatów Brukseli, brakuje im wspólnej, wiarygodnej alternatywy gospodarczej. Opierają się one na elementach zwiększonych wydatków socjalnych, polityce antyimigracyjnej i symbolicznym sprzeciwie wobec globalnego kapitalizmu - ale nie ma jednego, powszechnie akceptowanego modelu, który mógłby zastąpić neoliberalizm.
Jak jednak interpretować niedawny wzrost popularności skrajnie prawicowych, konserwatywnych partii o liberalnym podejściu do gospodarki, takich jak Konfederacja w Polsce? Jeśli spojrzymy na dane z ostatnich wyborów prezydenckich, uderzającym elementem jest to, że znaczna część poparcia dla tych partii wydaje się pochodzić od wyborców Prawa i Sprawiedliwości - tej samej partii, która wygrała wybory w 2015 r. dzięki programowi redystrybucji dochodów.
O ile mi wiadomo, w 2023 r. Konfederacja w ostatnich wyborach miała około 7% poparcia, prawda?
Tak, to prawda - w 2023 r. mieli około 7%. Jednak ostatnio, w zależności od tego, jak liczyć wewnętrzne podziały, ich poparcie wzrosło do około 14%, do nawet 20%. Jeśli oddzielić frakcję najbardziej radykalnego polityka skrajnej prawicy, Grzegorza Brauna, jego ugrupowanie ma w pojedynkę około 6% poparcia[15].
Gdy analizujemy rozprzestrzenianie się partii skrajnie prawicowych, zwłaszcza w postkomunistycznej Europie, często widzimy dwa rodzaje podmiotów konkurujących w tej przestrzeni. W rzeczywistości w latach 90. model polityczny proponowany przez partię taką jak Konfederacja - kulturowo skrajnie prawicowy, a gospodarczo libertariański lub prorynkowy - był typowy dla regionu, a nawet dominował w nim. Cas Mudde, politolog znany ze swoich badań nad populizmem w Europie, opisał to jako część "recepty na sukces" skrajnie prawicowych partii w tamtym okresie. Konfederacja dość dobrze wpisuje się w tę tradycję: jest konserwatywna społecznie, antyimigracyjna, antyunijna w retoryce, a jednocześnie silnie zaangażowana w gospodarkę wolnorynkową. Jest to kombinacja, którą widzieliśmy w kilku europejskich kontekstach, choć nie zawsze dominowała ona w wyborach. Model Prawa i Sprawiedliwości - łączący konserwatyzm społeczny z redystrybucją napędzaną przez państwo - okazał się skuteczniejszy po 2015 r. Myślę, że sytuacja staje się znacznie bardziej niebezpieczna, gdy tego rodzaju skrajnie prawicowa platforma łączy się z bardziej redystrybucyjną ofertą gospodarczą. Ale zobaczymy - kluczowe jest to, że sytuacja wciąż się zmienia. W polskiej polityce obserwujemy obecnie, że większość rywalizacji toczy się na prawicy. Oznacza to, że można obecnie dostrzec prawicowe ugrupowania różnego rodzaju: Prawo i Sprawiedliwość reprezentujące bardziej redystrybucyjną populistyczną prawicę, Platformę Obywatelską reprezentującą centrową, klasycznie liberalną prawicę oraz Konfederację uosabiającą bardziej tradycjonalistyczną odmianę - tzw. wygrywającą formułę skrajnej prawicy. Tymczasem lewica pozostaje stosunkowo słaba w porównaniu z wszystkimi tymi ugrupowaniami.
Myślę, że jest to jedna z najważniejszych - i być może najbardziej problematycznych - cech obecnego krajobrazu politycznego: cała znacząca rywalizacja polityczna toczy się obecnie w obrębie prawicy.
Patrząc na młode demokracje - zwłaszcza postkomunistyczne - czy dostrzega Pani jakieś długoterminowe wzorce kształtujące ich systemy partyjne, czy po dekadach rozwoju demokracji widać oznaki strukturalnej tendencji do powstawania nowych partii lub gruntownej zmiany wizerunku partii o ugruntowanej pozycji? Wielu obserwatorów interpretuje w ten sposób wzrost popularności Konfederacji w Polsce. Powtarzającą się cechą polskiej polityki wydaje się być stałe pojawianie się partii protestacyjnych w niemal każdym cyklu wyborczym. W ciągu ostatnich 10-12 lat ich udział w głosach stopniowo, ale konsekwentnie wzrastał. W 2025 r., w pierwszej turze wyborów prezydenckich Prawo i Sprawiedliwość oraz Platforma Obywatelska uzyskały łącznie zaledwie 60% głosów w pierwszej turze wyborów prezydenckich, wielu uznało to za wyraźny znak zachodzącej głębszej transformacji[16].
Bez wątpienia. Część tej dynamiki wynika po prostu z niestabilności systemów politycznych w młodych demokracjach oraz z faktu, że wyborcy często lubią eksperymentować z ofertą różnych partii. Grigore Pop-Eleches[17], inny wybitny politolog ze Stanów Zjednoczonych, twierdzi, że wyborcy w demokracjach Europy Środkowej mają tendencję do wypróbowywania jednej partii w jednych wyborach, a następnie odrzucania jej w następnych. To z pewnością część prawdy. Nie wyjaśnia to jednak rzeczywistej odporności populistycznych partii prawicowych, takich jak Fidesz na Węgrzech czy Prawo i Sprawiedliwość w Polsce. Dla mnie bardziej interesujące jest pytanie: dlaczego odniosły one taki sukces? Niemniej jednak obecność tzw. elektoratu protestu, złożonego zwłaszcza młodszych wyborców, odgrywa tu niewątpliwie ważną rolę. Ich punkt odniesienia jest inny. Wielu starszych wyborców wciąż pamięta życie przed reformami, przed transformacją. Niektórzy z nich są niezadowoleni z ich wyników i głosują na partie populistyczne. Inni jednak, porównując komunistyczną przeszłość z teraźniejszością, często skłaniają się ku centrystom.
Młodsi wyborcy nie mają jednak takiego doświadczenia. Ich punktem odniesienia nie jest przeszłość, ale ich rówieśnicy w Europie Zachodniej. Kiedy dostrzegają znaczące różnice, kontrast ten może łatwo prowadzić do frustracji.
Możemy więc mieć do czynienia ze zjawiskiem różniącym się w zależności od pokolenia. Muszę jednak dodać zastrzeżenie - nie jest to obszar, którym się zajmowałam. Byłby to z pewnością interesujący temat do dalszych badań.
Najważniejsze jest jednak to, że procesy te wciąż ewoluują. Być może za kilka lat będziemy mogli je obserwować jaśniej i zidentyfikować szersze wzorce w miarę rozwoju sytuacji.
W swojej książce twierdzi Pani, że systemy demokratyczne potrzebują silnej lewicy, aby ustabilizować dynamikę partyjną i utrzymać instytucje demokratyczne. Jak moglibyśmy odnieść tę tezę do realiów politycznych regionu?
Oczywiście - to jedna z kluczowych tez książki. Moim zdaniem populizm jest pod wieloma względami zjawiskiem demokratycznym. Jak już wspomnieliśmy, jedną z jego sił napędowych jest zbliżenie się centrowych partii lewicowych i prawicowych wokół wspólnego programu, często kształtowanego przez międzynarodowe instytucje zachodnie, takie jak UE, MFW czy Bank Światowy. Jednak wyborcy są coraz bardziej niezadowoleni z tych ograniczonych możliwości. W odpowiedzi pojawiły się bardziej radykalne - lub populistyczne - alternatywy. Partie te mogą być nieliberalne, ale są demokratyczne w tym sensie, że odzwierciedlają rzeczywiste niezadowolenie części elektoratu z dostępnych opcji politycznych. Ich wzrost jest odpowiedzią na brak alternatyw politycznych, szczególnie w kwestiach takich jak imigracja czy polityka gospodarcza, a więc kluczowych tematach, na których skupiam się w książce. Populizm sam w sobie nie jest więc koniecznie problemem. Trudności pojawiają się, gdy partie te, choć demokratyczne w formie, są nieliberalne w treści - co oznacza, że podważają prawa mniejszości lub atakują liberalne instytucje, które mają kluczowe znaczenie dla odporności demokracji. Instytucje te, takie jak niezależne sądy lub konstytucyjna kontrola władzy wykonawczej, mogą nie być wybierane w wyborach bezpośrednich - choć różni się to w zależności od kraju - ale z doświadczenia historycznego wiemy, dlaczego są one ważne. Istnieją one po to, aby ograniczać rządy większości i zapobiegać erozji praw podstawowych.
Zasadą jest tutaj to, że większość nie zawsze ma rację - w Europie nauczyliśmy się tej lekcji boleśnie i wielokrotnie. W kontekście Europy Środkowej i Wschodniej problem ten jest jeszcze bardziej złożony, ponieważ populistyczna prawica często cieszy się ogromnym poparciem dużych, ważnych strukturalnie grup społecznych - zwłaszcza konserwatywnych społecznie wyborców z klasy robotniczej, którzy opowiadają się za redystrybucją dochodów. Jak wspomniałam wcześniej, w tym regionie elektorat robotniczy może stanowić nawet 60% elektoratu. Kiedy jego poparcie skupia się wokół jednej partii populistycznej, może to sprawić, że partia ta stanie się praktycznie nie do pokonania - a to stanowi poważne wyzwanie dla liberalnych instytucji demokratycznych. I właśnie w tym tkwi problem. Podobną sytuację obserwowaliśmy już wcześniej w latach 30. XX w. - w całej Europie partie o podobnym profilu doszły do władzy dzięki silnemu poparciu wyborców z klasy robotniczej. Niestety, często prowadziło to do bardzo niepokojących skutków, w tym do powstania reżimów faszystowskich. Po II wojnie światowej zachodnie demokracje starały się zapobiec powtórzeniu się tej sytuacji. Rozwiązaniem było stworzenie alternatywy socjaldemokratycznej, podejścia mającego na celu podzielenie wyborców z klasy robotniczej. Część wyborców pozostałaby wierna prawicy, ale część mogłaby zostać przyciągnięta do socjaldemokratycznej lewicy: redystrybucyjnej, ale nie nieliberalnej. Sukces powojennej socjaldemokracji w Europie był pod wieloma względami kluczowy dla zachowania liberalnej demokracji. Zaproponowała ona integracyjną wizję gospodarczą bez podważania liberalnych instytucji. Obecny brak silnej alternatywy socjaldemokratycznej otwiera drzwi populistycznej prawicy do dominacji na scenie politycznej bez żadnej konkurencji - a monopol, zarówno w polityce, jak i w innych dziedzinach, nigdy nie jest czymś dobrym. Zwiększa ryzyko destabilizacji i głębokiej polaryzacji retoryki, co obserwujemy obecnie nie tylko w Europie Środkowej i Wschodniej, ale także w Stanach Zjednoczonych. Silna socjaldemokratyczna lewica pomaga podzielić i zrównoważyć elektorat, działając jako przeciwwaga dla populistycznej prawicy i potencjalnie zapobiegając ekstremalnym wypadkom politycznym. Chociaż, jak już wcześniej wspomniałam, nie uważam populistycznej prawicy za z natury problematyczną - jest ona demokratyczna i w niektórych przypadkach stanowi niezbędny sygnał alarmowy dla centrystycznych partii, które zaniedbały pewne grupy społeczne - to brak alternatyw sprawia, że sytuacja jest niebezpieczna.
Dzisiaj znajdujemy się w niekorzystnym momencie. Partie socjaldemokratyczne i centrolewicowe przeżywają głęboki kryzys w większości demokratycznego świata. Nie ma łatwego rozwiązania. Wcześniej w naszej rozmowie pojawił się wątek tego, na czym skupiłabym się, gdybym mogła zrewidować lub rozszerzyć swoje badania. To jest temat, który chciałabym zgłębić. Byłabym zainteresowana zbadaniem, w jaki sposób można odbudować profil socjaldemokratyczny i jak można ożywić te partie w sposób stabilizujący systemy demokratyczne. Niestety nie jest to problem wyłącznie środkowoeuropejski. Ten sam schemat jest widoczny w Europie Zachodniej, a nawet w Stanach Zjednoczonych. Ogólnie rzecz biorąc, lewica ma trudności z zaproponowaniem popularnej i jednocześnie wyraźnej alternatywy. Stary model - zglobalizowany, otwarty, proimigracyjny - również jest obecnie poddawany próbie. Świat przechodzi poważne zmiany: globalizacja stworzyła nie tylko wyzwania gospodarcze, ale także nowe problemy związane z bezpieczeństwem. Znajdujemy się w środku poważnego kryzysu. I nie sądzę, abyśmy w najbliższym czasie znaleźli jasne rozwiązanie. Prawdopodobnie będziemy musieli przetrwać ten burzliwy okres przez dłuższy czas.
Wśród lewicowych polityków, naukowców i myślicieli rośnie zainteresowanie tzw. modelem duńskim - a więc Duńską Partią Socjaldemokratyczną. Partia ta przyjęła zdecydowanie antyimigracyjne stanowisko. W rezultacie w Danii nie ma silnej skrajnie prawicowej partii, która mogłaby wykorzystać kwestie imigracyjne. Jednocześnie jednak wprowadzono znaczące reformy - w tym podwyższenie wieku emerytalnego do 70 lat - co budzi wątpliwości co do programu gospodarczego tej partii[18]. Jednak poza Danią coraz częściej mówi się o przywróceniu lewicowego programu gospodarczego, który jest również bardziej protekcjonistyczny, jeśli chodzi o rynek pracy i warunki pracy. Czy uważa Pani, że w tej chwili istnieje jakaś skuteczna formuła dla lewicy?
To ma sens - i wydaje się, że niektóre partie socjaldemokratyczne wyciągają wnioski. Nie są już tak proimigracyjne jak kiedyś. Zdały sobie sprawę, że istnieją realne problemy, które wymagają bardziej umiarkowanego i zniuansowanego podejścia. Problem polega jednak na tym, że kiedy socjaldemokraci próbują konkurować z populistyczną prawicą - lub szerzej rozumianą prawicą - w kwestii imigracji, zazwyczaj przegrywają. Jak wspomnieliśmy wcześniej, prawica ma po prostu większą wiarygodność w tej kwestii. Lewica może złagodzić swoją retorykę, ale jest mało prawdopodobne, aby sama pozycja w sprawie imigracji wystarczyła, aby przekonać wyborców. Z drugiej strony, element redystrybucji pozostaje mocną stroną lewicy.
Obecnie obserwujemy tę dynamikę również w Wielkiej Brytanii. Wydaje się, że ogólnie rzecz biorąc, konkurowanie z prawicą w kwestii imigracji jest prawie niemożliwe[19].
Owszem. Rozważałam napisanie czegoś na temat Wielkiej Brytanii, a także innych tego typu przypadków. Na końcu książki próbowałam nakreślić bardziej optymistyczny scenariusz, coś w rodzaju drogi do sukcesu dla lewicy. Ale nawet wtedy trudno było go zidentyfikować. Niektóre z przypadków, które wyglądały obiecująco - jak portugalska Partia Socjalistyczna - przyniosły ostatnio mieszane wyniki wyborcze. Niestety, choć uważam, że lewica musi odbudować wyraźniejszy i bardziej przekonujący program gospodarczy, obecna sytuacja polityczna nie jest dla niej sprzyjająca. Jak dotąd nie znaleźliśmy ani jednego modelu, który odniósłby stały sukces. Można by wskazać na kogoś takiego jak Robert Fico na Słowacji jako potencjalny przykład, ale wtedy pojawia się kontrargument, który zwykle słyszę: "cóż, on też jest populistą". Tak naprawdę jest to kwestia semantyki - "populistyczna prawica" lub "populistyczna lewica" to tylko dwie strony tego samego medalu. Nawet w przypadku Ficy sprawa jest jednak bardziej skomplikowana. Jego nacjonalizm był często opisywany - przynajmniej do niedawna - jako "nacjonalizm light". Dlatego uważam, że jest on nieco lepszy. Udało mu się przynajmniej zrównoważyć wpływ SNS - bardziej tradycyjnej populistycznej prawicy Słowacji - i tym samym zapobiec całkowitej konsolidacji wyborców konserwatywnych społecznie i nastawionych na redystrybucję pod jednym sztandarem skrajnej prawicy.
Z tej perspektywy jest to prawdopodobnie lepszy wynik niż scenariusz, w którym jedna partia prawicowa dominuje we wszystkich elektoratach. Nadal jednak pozostaje szersza kwestia: lewica przeżywa kryzys. Mam szczerą nadzieję, że będziemy mogli kontynuować te badania - być może we współpracy z moimi kolegami z Europy, zwłaszcza z Węgier, którzy również zajmują się tymi zagadnieniami. Chcemy lepiej zrozumieć, co się sprawdza, a co nie, jeśli chodzi o odbudowę profilu socjaldemokratycznego. Nie chodzi tu bowiem tylko o los jednej rodziny ideologicznej. Tak naprawdę mówimy o przetrwaniu liberalnych systemów demokratycznych, jakie znamy - w Europie i szerzej na Zachodzie. Te same wyzwania dostrzegamy w Stanach Zjednoczonych.
Co zrobiłaby Pani inaczej, poza większym skupieniem się na kwestii lewicy, gdyby zaczęła Pani pracę nad tą książką dzisiaj, a ponadto, czy z pracy nad książką wyniknęły jakieś ważne lekcje, którymi chciałaby się Pani podzielić?
Myślę również, że położyłabym większy nacisk na aspekty społeczno-kulturowe, a zwłaszcza na ich powiązania z aspektami ekonomicznymi. Moja książka skupiała się na rehabilitacji wymiaru ekonomicznego, ponieważ literatura naukowa, analizując populistyczną prawicę, często podkreśla czynniki społeczno-kulturowe, pomija zaś czynniki ekonomiczne. Jednak prawdą jest, że te dwa wymiary są głęboko powiązane i w praktyce trudno je oddzielić. Obecnie wraz z Mitchellem Orensteinem z Uniwersytetu Pensylwanii pracujemy nad systematycznym studium ekonomii politycznej populizmu. Próbujemy ustalić, czy istnieje spójny wzorzec w polityce gospodarczej prawicowych partii populistycznych po dojściu do władzy, czy też polityka ta ma w dużej mierze charakter oportunistyczny. Zauważyłam - zwłaszcza podczas rozmów z kolegami z naszego regionu - jak bardzo ludzie lubią podkreślać wyjątkowość swojego kraju.
Oczywiście, że tak...
Jako osoba pochodząca z Rosji bardzo dobrze rozumiem to uczucie! W rzeczywistości podzielam je. Nie potrafię nawet wyrazić, jak bardzo podobała mi się podróż do wszystkich czterech krajów, które badałam, i poznawanie ich. Każdy z nich jest bogaty, wyjątkowy i fascynujący pod względem kulturowym.
Jednak jako komparatystka uważam, że powinniśmy wyjść poza wyjątkowość poszczególnych krajów. Wiele możemy się nauczyć, identyfikując podobieństwa i różnice między poszczególnymi przypadkami i umieszczając je w szerszej perspektywie porównawczej. Populistyczne partie prawicowe nie są już zjawiskiem ograniczonym do jednego kraju. W przeszłości można było powiedzieć: cóż, to tylko Węgry. Ale teraz? To Niemcy, to Francja - to cała Europa. Kiedyś prawicowi populiści mogli wygrywać wybory tylko w Europie Środkowo-Wschodniej. Teraz zyskują poparcie - i władzę - również w Europie Zachodniej. Pod wieloma względami Europa Środkowo-Wschodnia była pionierem trendów, które później stały się bardziej widoczne na całym kontynencie. Dlatego zachęcam innych naukowców do zrównoważenia uwagi poświęcanej specyfice krajowej z większym zaangażowaniem w analizę porównawczą. I wreszcie - bardzo praktyczna uwaga - potrzebujemy lepszych danych. Należy systematycznie gromadzić zbiory danych. Wciąż jest wiele do zrozumienia na temat tego regionu, a brak danych ilościowych często stanowi poważną przeszkodę. Powinniśmy zainwestować więcej w ten obszar, aby lepiej zrozumieć nasze naprawdę niezwykłe kraje.
Pozwolę sobie zadać jeszcze jedno, ostatnie pytanie. Wspomniała Pani wcześniej, że wkraczamy w okres długotrwałych zawirowań, stwierdzając również, że obecnie nie istnieje realna alternatywa dla neoliberalizmu. Biorąc to pod uwagę, czy też to, czego jesteśmy świadkami w rozwiniętych demokracjach - zwłaszcza na Zachodzie - mamy do czynienia nie tylko z kryzysem systemów partyjnych, ale z głębszym poszukiwaniem nowego sposobu organizacji życia politycznego i społecznego. Jak Pani ocenia ten proces, czy na tym etapie można powiedzieć coś bardziej konkretnego na ten temat?
Przede wszystkim co kilka dekad model liberalnej demokracji wchodzi w okres kryzysu. Nie jest to pierwszy taki przypadek i nie będzie ostatni. Demokracja, jaką znamy dzisiaj, jest wciąż stosunkowo młodym systemem politycznym. Nie oznacza to jednak, że autokracja jest realną alternatywą - w żadnym wypadku. Demokracja ze swej natury przechodzi jednak cykliczne kryzysy. Karl Polanyi zauważył, że jednym z głównych wyzwań demokracji jest pogodzenie wolnego rynku ze stabilnym porządkiem społecznym i politycznym. To właśnie demokracje nieustannie próbują rozwiązać. Co kilka dekad musimy opracować modyfikację modelu. Na przykład w okresie powojennym dominowała redystrybucja w stylu keynesowskim. Jednak z czasem stało się jasne, że model ten nie jest zrównoważony - przyczyniał się do wysokiej inflacji, a zachodnie demokracje musiały przejść w kierunku globalizacji i otwartości. Wtedy pojawił się model trzeciej drogi - socjaldemokratyczna próba dostosowania się poprzez odejście od intensywnej redystrybucji. Podejście to sprawdziło się przez pewien czas, ale obecnie również przechodzi kryzys. Globalizacja przyniosła niewątpliwe korzyści - poprawę standardów życia, lepszą jakość życia - ale wprowadziła również nowe słabości. Otwartość może być wykorzystywana przez geopolitycznych konkurentów, takich jak Chiny i Rosja. Reżimy te szybko wykorzystują słabe punkty demokratycznej otwartości, zwłaszcza w obszarach związanych z bezpieczeństwem narodowym. Nauczyliśmy się, że nie wszystko można outsourcować - zwłaszcza kluczowe elementy związane z infrastrukturą krajową lub obronnością. Istnieje również kwestia osób pozostawionych w tyle. Otwarty, zglobalizowany model sprawdził się w przypadku wielu osób - takich jak my, pracownicy umysłowi - ale nie dla wszystkich. Miejsca pracy zostały przeniesione z wiejskich, przemysłowych społeczności. Społeczności te są zazwyczaj mniej mobilne, mniej wykształcone i mają mniejsze możliwości adaptacji. Zostały one pozostawione w tyle. Jeśli demokracje nie zaspokoją potrzeb tych grup, nie powinniśmy się dziwić, gdy liberalny model polityczny zacznie się rozpadać. W przeciwieństwie do autokracji, demokracje nie mogą tłumić niezadowolenia - grupy te organizują się i głosują na kandydatów, którzy twierdzą, że je reprezentują. To przypomina nam, że chociaż reformy rynkowe były konieczne i korzystne, muszą być zrównoważone rzeczywistą troską o tych, którzy zostali wykluczeni z korzyści z nich płynących. Właśnie to staramy się teraz zrozumieć - i kiedy to zrobimy, wierzę, że stanie się to jedną z najważniejszych lekcji dla utrzymania stabilności demokracji. Jestem przekonana, że uda nam się to osiągnąć. Szerszy model polityczny Zachodu - niekoniecznie w swojej demokratycznej formie, ale w swoich podstawowych strukturach - istnieje od wieków. Liberalna demokracja, jaką znamy, jest zjawiskiem nowszym, ale jej fundamenty są głębokie. Niemniej jednak czeka nas więcej wyzwań. Na przykład sztuczna inteligencja może doprowadzić do zaniku wielu tradycyjnych zawodów klasy robotniczej. To sprawia, że jeszcze pilniejsze staje się opracowanie polityki wspierającej ten segment społeczeństwa - zapewniającej im utrzymanie godziwego standardu życia i poczucie przynależności. Znajdujemy się w trudnym i burzliwym, a jednocześnie fascynującym i znaczącym momencie. Właśnie tak wygląda postęp. Rzadko bywa łatwy - często jest bolesny - ale ostatecznie zazwyczaj jest wart naszych wysiłków.
Bardzo dziękuję za rozmowę.
Dziękuję za fantastyczne pytania.