Prolog
Od samego rana Shari Smith była czymś zajęta. W pośpiechu zjadła
śniadanie, z rodzicami i młodszym bratem Robertem zmówiła krótką,
obowiązkową modlitwę i pobiegła na próbę zakończenia roku szkolnego dla
rocznika 1985 w Lexington High. Uroczystość miała się odbyć w niedzielę
w sali widowiskowej Uniwersytetu Karoliny Południowej. Shari i Andy Aun
zostali wybrani do odśpiewania hymnu państwowego, dlatego musieli
chodzić na próby prowadzone przez panią Bullock, opiekunkę chóru.
Pozostała część dnia po wyjściu ze szkoły również była wypełniona
obowiązkami. Większość z nich wiązała się z przygotowaniami do wycieczki
dla absolwentów - rejsu na Bahamy, na który mieli wyruszyć w następnym
tygodniu.
Shari kochała śpiewać. W szkole Lexington High była solistką w zespole
jazzowym, członkinią chóru i tancerką. W pierwszej i drugiej klasie
przeszła ogólnokrajowe eliminacje do występu na All State
Chorus1, a w ostatniej - uczestniczyła w kursie organizowanym
przez Governor's School for the Arts2. Wszystko to z powodzeniem
łączyła z zasiadaniem przez trzy lata w radzie uczniowskiej.
Shari starała się o wakacyjną pracę jako śpiewaczka i tancerka w parku
rozrywki Carowinds, który znajdował się przy granicy stanu, na południe
od Charlotte. Występowała tam już Dawn, jej starsza siostra, do której
Shari była bardzo podobna. Choć zwykle nie przyjmowano licealistów,
Shari udało się zdobyć miejsce w zespole. Nie mogła doczekać się wakacji
i występów na scenie z siostrą, która na lato zamieszkała w Charlotte z dwiema koleżankami. Podobnie jak Dawn, Shari zamierzała doskonalić śpiew
i grę na pianinie w college'u w Columbii w Karolinie Południowej. Obie
były oszałamiającymi blondynkami o niebieskich oczach. Często śpiewały -
zarówno solo, jak i w duecie - w kościele baptystów w Lexington, gdzie
były znane jako siostry Smith. Dostawały liczne prośby o występy w innych parafiach w okolicy. Shari lubiła również tańczyć na utwardzonym
boisku do koszykówki przed domem, gdy Robert akurat nie ćwiczył rzutów
do kosza. Czasem zapraszała mamę i tatę, by byli jej widownią.
Okazało się, że wakacyjne plany nastolatki zostały pokrzyżowane.
Dziewczyna spędziła kilka weekendów w Carowinds, ćwicząc przed występem
country, jednak po kilku próbach złapała ją chrypka i dopadły problemy z właściwym ustawieniem aparatu głosowego. Rodzice zabrali ją do
laryngologa, który nie miał dla nich dobrych wieści: na strunach
głosowych Shari rozwinęły się guzki. Musiała oszczędzać gardło przez dwa
tygodnie, a śpiew był niewskazany przez kolejnych sześć. Dziewczyna była
załamana tą przymusową rezygnacją z pracy w Carowinds. Pocieszało ją
jedynie to, że jesienią miała dołączyć do Dawn w college'u w Columbii.
Około dziesiątej rano Shari zadzwoniła ze szkoły do mamy i uprzedziła
ją, że odezwie się jeszcze raz, gdy będzie stamtąd wychodzić. Planowały
spotkać się w banku, żeby odebrać czeki podróżne na jej wycieczkę. Około
jedenastej ponownie wybrała numer do domu i powiedziała, że jeszcze nie
jest gotowa, ale wkrótce znowu zadzwoni. Rodzice zawsze nalegali, żeby
Shari i Robert jak najczęściej dawali znać, gdzie są. Dla nastolatki to
nie była męcząca zasada, ponieważ była z natury bardzo gadatliwa. W głosowaniu udokumentowanym w szkolnej księdze pamiątkowej wygrała w kategoriach na najbardziej dowcipną i utalentowaną osobę. Można było
uzyskać tylko jeden tytuł, więc Shari zrzekła się tego drugiego i przekazała go innej dziewczynie, która czuła się z tego powodu
zaszczycona i niezwykle szczęśliwa.
Shari wciąż miała bardzo dużo do zrobienia tego dnia.
Ponownie zadzwoniła do domu około jedenastej trzydzieści i powiedziała
mamie, że mogą się spotkać za pół godziny w banku w centrum handlowym
Lexington Town Square. Shari poprosiła też mamę, żeby zabrała ze sobą
kostium kąpielowy i ręcznik. Po załatwieniu czeków podróżnych zamierzała
bowiem iść na przyjęcie na basenie w domu swojej przyjaciółki Dany,
która mieszkała kilka kilometrów dalej, przy jeziorze Murray. Shari
chciała pozbyć się swoich szerokich białych szortów i bluzy w czarno-białe paski i przebrać się w kostium już na miejscu.
W banku nastolatka spotkała się ze swoim chłopakiem Richardem Lawsonem i dobrą przyjaciółką Brendą Boozer. Miło spędzała czas w towarzystwie
swoich bliskich. Po odebraniu czeków Shari i Brenda zostawiły swoje
samochody na parkingu centrum handlowego i cała trójka pojechała na
przyjęcie samochodem Richarda.
Z imprezy Shari zadzwoniła do rodziców po raz kolejny. Było trzydzieści
minut po czternastej, gdy powiedziała, że już wraca. Założyła bluzę i szorty na dwuczęściowy kostium kąpielowy. Wraz z Brendą wsiadły do
samochodu Richarda i cała trójka ruszyła do Lexington, by dziewczyny
mogły odebrać swoje auta. Na miejscu Brenda pożegnała się, a Shari
została z Richardem w jego wozie, gdzie w końcu mogli przez chwilę pobyć
sami. Potem przesiadła się do swojego małego chevroleta chevette i ruszyła do domu. Jechała za swoim chłopakiem, dopóki nie skręciła w autostradę numer jeden, by dojechać do Red Bank.
Smithowie mieszkali na wsi, w domu, który zbudowali na dwudziestoakrowej
działce przy Platt Springs Roads, około szesnastu kilometrów od
Lexington. Dom stał na wzniesieniu z dala od drogi, a że prowadził do
niego długi na ponad dwieście metrów podjazd, nie musieli martwić się o prywatność. Ich córki nie były zachwycone wyprowadzką z poprzedniego
domu, który znajdował się przy ślepej uliczce w spokojnym miasteczku
Irmo na przedmieściach Columbii. Miały tam przyjaciół i szkołę w odległości niecałych dwóch kilometrów, ale ich tata wychował się na wsi
i uważał, że życie na niej to najlepszy sposób na wychowanie dzieci.
Przy nowym domu było wystarczająco miejsca, żeby zbudować basen i trzymać konie dla córek, jednak gdy Dawn poszła do college'u, Shari i Robert zaczęli wykazywać większe zainteresowanie jazdą po okolicy małym
motocyklem. Z tego powodu rodzice zdecydowali się sprzedać zwierzęta.
Rodzeństwo spędzało na motorze całe godziny i często żartobliwie
sprzeczało się o swoją kolej. Pomimo kobiecej urody, blond włosów i anielskiego głosu Shari miała w sobie dużo z chłopczycy. Pod tym
względem była przeciwieństwem Dawn, z którą często drażniła się,
zarzucając jej "świętoszkowatość".
Około piętnastej dwadzieścia pięć Shari wjechała na podjazd i zatrzymała
samochód, żeby - jak zawsze, gdy wracała do domu - zabrać listy z drewnianej skrzynki wiszącej na słupie. Ponieważ musiała pokonać tylko
kilka kroków, zostawiła włączony silnik i nie włożyła swoich czarnych
plastikowych sandałów.
To był piątek trzydziestego pierwszego maja 1985 roku.
***
Kiedy Shari zadzwoniła, by powiedzieć, że idzie na przyjęcie, Bob i Hilda Smith siedzieli przy basenie na podwórzu za domem. Niedługo potem
weszli do środka, żeby Bob mógł się przygotować do gry w golfa, na którą
był umówiony tego dnia. Wcześniej pracował jako inżynier w wydziale dróg
i transportu, a obecnie był zatrudniony w firmie Daktronics, dla której
sprzedawał elektryczne tablice wyników, i często pracował z domu. Jako
wolontariusz sprawował posługę w więzieniach i zakładach poprawczych dla
chłopców, a Dawn i Shari towarzyszyły mu, śpiewając w tych placówkach.
Hilda była zatrudniona w niepełnym wymiarze godzin jako nauczycielka
zastępcza w szkole publicznej.
Gdy wyjrzała przez okno, zauważyła niebieski samochód Shari zaparkowany
na początku podjazdu. A ponieważ wóz nie ruszył przez kilka minut, Hilda
uznała, że jej córka musiała zatrzymać się, żeby przeczytać list od
siostry. Shari uwielbiała wiadomości od Dawn. Niepokoiło to Hildę, która
bała się, że jej młodsza córka przesadnie przeżywa doświadczenia
starszej siostry. Problem pojawił się, gdy Shari musiała zrezygnować z występów wokalno-tanecznych w Carowinds ze względu na niedyspozycję
strun głosowych. Dziewczyna była tak zdruzgotana z powodu zniweczonych
planów wakacyjnych, że Hildzie zdarzało się pytać Boga, dlaczego sprawił
jej córce aż taki zawód. Smithowie byli głęboko wierzący i starali się
wychować trójkę swoich dzieci na ludzi równie pobożnych i głęboko
wierzących.
Minęło pięć minut, a Shari wciąż nie pojawiła się we frontowych
drzwiach. Bob wyjrzał przez okno swojego gabinetu i zobaczył, że
niebieski samochód córki stoi w tym samym miejscu. Uznał, że to dziwne.
Żona starała się go przekonać, że Shari pewnie wciąż czyta list od
siostry, ale mężczyzna zaczął się niepokoić. Jego młodsza córka
cierpiała na rzadkie schorzenie: moczówkę prostą. Choroba ta powoduje
uporczywe pragnienie i potrzebę częstego oddawania moczu, więc chorzy są
niemal cały czas podatni na groźne dla zdrowia odwodnienie. Moczówka
prosta jest nieuleczalna, więc Shari musiała brać lek, który uzupełniał
jej poziom wazopresyny - hormonu odpowiedzialnego za równowagę płynów w organizmie. Kiedy była mała, codziennie przyjmowała bolesny zastrzyk
wielką igłą. Później, na szczęście, lekarstwo zaczęła przyjmować w formie aerozolu do nosa. Jedno opakowanie zawsze znajdowało się w torebce Shari, a drugie - w domowej lodówce. Gdyby z jakiegoś powodu
Shari pominęła dawkę leku, mogła stracić przytomność, a w dalszej
konsekwencji nawet zapaść w śpiączkę. Niezależnie od tego, co było
przyczyną jej długiego postoju przy bramie, Bob coraz bardziej się
martwił.
Wziął kluczyki, zszedł do garażu i pojechał swoim samochodem wzdłuż
podjazdu.
Kilka sekund później znalazł się już przy drodze. Drzwi po stronie
kierowcy w samochodzie Shari były otwarte, silnik ciągle pracował, a na
ziemi wokół skrzynki leżały rozrzucone listy. Bob nigdzie nie dostrzegł
swojej córki. Zawołał ją, ale bez odpowiedzi. Zajrzał do samochodu i na
fotelu kierowcy zobaczył ręcznik, który wcześniej Hilda zawiozła
dziewczynie. Na siedzeniu obok leżała torebka Shari, a na podłodze -
buty. Bob otworzył torebkę i przeszukał ją. Portfel i lekarstwo były w środku.
Widoczne na ziemi ślady bosych stóp prowadziły od samochodu do skrzynki,
ale - co niepokojące - nie było żadnych śladów biegnących z powrotem.
Rozdział 1
Poniedziałek, 3 czerwca 1985
Cześć, John - powiedział stojący w drzwiach Ron Walker. Był
członkiem naszego niewielkiego zespołu profilerów. - Mamy porwanie w Columbii w Karolinie Południowej. Właśnie dali mi znać z biura szeryfa,
że chcą wsparcia Jednostki Nauk Behawioralnych.
- O co chodzi? - zapytałem.
- Rozmawiałem z Lewisem McCartym, zastępcą szeryfa z hrabstwa Lexington.
Sharon Faye Smith, siedemnastoletnia licealistka, w piątek po południu
została porwana sprzed skrzynki na listy pod jej domem. Nie mamy jeszcze
akt, więc wiem tyle, ile mi powiedział McCarty.
- Są pewni, że to nie ucieczka z domu?
- Podobno ona taka nie jest. Zostawiła swój samochód z włączonym
silnikiem, a na siedzeniu leżała torebka z portfelem. Były w niej
lekarstwa, z którymi się nie rozstaje. Poważnie choruje na moczówkę
prostą. W dodatku podczas wczorajszego zakończenia roku szkolnego Sharon
miała zaśpiewać hymn, a później wyruszyć ze znajomymi z klasy w rejs na
Bahamy.
Ron podszedł do mojego biurka i przekazał mi kolejne informacje od
zastępcy szeryfa. Dom Smithów znajdował się na dwudziestoakrowej działce
w miejscowości Red Bank, około szesnastu kilometrów od Lexington. Od
samego budynku ciągnął się długi na ponad dwieście metrów podjazd
kończący się na Platt Springs Road. Dziewczyna, nazywana Shari,
prawdopodobnie zatrzymała swój samochód na podjeździe, żeby wyjąć listy
ze skrzynki. Później znaleziono je na ziemi, co sugeruje, że ktoś ją
zaskoczył i obezwładnił. Jej ojciec, Robert Smith, nazywany przez
wszystkich Bobem, zadzwonił do biura szeryfa, które wysłało na miejsce
policjanta. Funkcjonariusz nie znalazł odcisków palców ani innych
poszlak.
Szeryf James Metts zorganizował konferencję prasową i szeroko zakrojone
poszukiwania. Przez cały weekend, pomimo uciążliwych upałów, policjantom
pomagało kilkuset ochotników.
- Nie mamy jeszcze żadnego punktu zaczepienia - dodał Ron. - Jak
mówiłem, papiery nie dotarły. Biuro szeryfa poprosiło oddział terenowy z Columbii o otwarcie akt. Przekażą im wszystkie posiadane materiały, a ci
z Columbii wyślą je do nas.
Często miałem wrażenie, że miejscowe organy ścigania niechętnie prosiły
nas o pomoc. Być może sądzili, że nasza jednostka, angażując się w śledztwo, przejmuje nad nim kontrolę, a na koniec przypisuje sobie
wszystkie zasługi. Albo po prostu martwili się, że nasze analizy nie
potwierdzą teorii, która już zakorzeniła się w głowach zarówno
policjantów, jak i miejscowej społeczności.
Ale w tym przypadku było inaczej. Jim Metts i Lewis McCarty ukończyli
jedenastotygodniowy stypendialny kurs w Akademii FBI, organizowany dla
starszych stopniem przedstawicieli organów ścigania z różnych krajów.
Metts spędził w fotelu szeryfa dwanaście z trzydziestu siedmiu lat życia
i postrzegano go jako człowieka instytucję. Po raz pierwszy objął to
stanowisko jako dwudziestopięciolatek. Przez lata zmienił swój
posterunek z sennego małomiasteczkowego biura bez mundurów, radiowozów i procedur - funkcjonariusze ubierali się, w co chcieli, i jeździli
własnymi samochodami - w nowoczesną jednostkę. Najpierw studiował
inżynierię, ostatecznie ukończył kryminologię i wykładał na
uniwersytecie. Zarówno Mett, jak i McCarty bardzo szanowali FBI, program
profilowania podejrzanych i wszystko, czego nauczyli się w Quantico.
Kiedy nabrali przekonania, że Shari Smith zabrano gdzieś wbrew jej woli,
uznali wspólnie, że trzeba zaangażować w tę sprawę oddział terenowy FBI
i Jednostkę Nauk Behawioralnych, czyli nas. Metts skontaktował się z Robertem Iveyem, głównodowodzącym agentem z Columbii, i poprosił go o pomoc.
- Columbia natychmiast wdrożyła swoje procedury dla porwań nieletnich -
powiedział Ron. - Agenci byli już w domu Smithów, założyli podsłuchy na
telefony i ściągnęli zespół obserwacyjny. Wszyscy spodziewali się, że
lada moment pojawi się żądanie okupu. Zamiast tego zaczęły się telefony,
prawdopodobnie od sprawcy. Porywacz pierwszy raz zadzwonił około drugiej
dwadzieścia w nocy. Możesz sobie wyobrazić, jak czuła się rodzina.
Telefon odebrała matka i zrobiła notatki. Potem ludzie Mettsa zaczęli
nagrywać wszystkie połączenia przychodzące.
- Pojawiło się żądanie okupu? - zapytałem.
- Nie od tego faceta. W weekend ktoś zadzwonił z żądaniem okupu, ale
biuro szeryfa jest przekonane, że to próba wyłudzenia.
Pogrążona w żalu rodzina prześladowana przez ludzi bez sumienia.
Niestety, podobne sytuacje nie były rzadkością, ale za każdym razem
doprowadzały mnie do szału. Gdyby to ode mnie zależało, dobrałbym się do
skóry wszystkim takim oszustom.
Minęły więc trzy dni bez żądania okupu. Pomyślałem, że to zły znak. Na
początku sprawy trzeba mieć otwarty umysł, ale w takich przypadkach
prawdopodobne są tylko dwa scenariusze: porwanie na tle seksualnym albo
dla okupu. W każdym z nich może pojawić się motyw zemsty, dlatego tak
ważne jest określenie roli ofiary. Wszystkie porwania są potwornym
doświadczeniem, ale gdy w grę wchodzą pieniądze, sprawca w końcu
kontaktuje się z rodziną, czym bardzo ryzykuje. Nie zawsze oznacza to
bezpieczny powrót ofiary do domu, ale są na to większe szanse niż w przypadku pozostałych typów porwań.
Co więcej, zwykle udaje się schwytać sprawcę, a z tego, co wiem, FBI
nigdy nie straciło okupu. Statystyki są mniej optymistyczne, jeśli
chodzi o porwania na tle seksualnym. W takich przypadkach sprawcą
kieruje sadystyczna żądza całkowitej kontroli nad ofiarą. Nic więcej nie
mógłby zyskać, ale dużo mógłby stracić, jeśli uwolnionej osobie udałoby
się go zidentyfikować. W porwaniach dla okupu bezpieczny powrót jest
częścią transakcji i chociaż ofierze grozi niebezpieczeństwo, ma
znacznie większe szanse.
W tamtym czasie kierowałem programem profilowania i doradztwa. Dzieliłem
biuro z Robertem Resslerem, z którym kiedyś wspólnie prowadziliśmy
wykłady. Razem przygotowaliśmy cykl nowatorskich wywiadów z brutalnymi
sprawcami przestępstw i we współpracy z lokalnymi służbami z całego
kraju zorganizowaliśmy tak zwaną szkołę objazdową. Skupialiśmy uwagę na
seryjnych mordercach i brutalnych napastnikach. Jako kierownik programu
profilowania i doradztwa zajmowałem się stroną operacyjną. Bob
odpowiadał za badania i został pierwszym szefem programu ścigania
brutalnych przestępców. W jego ramach powstała baza danych sprawców z całego kraju i ich cech.
Moja praca była efektem filozoficznej dyskusji, która trwała w FBI, od
kiedy zaczęliśmy z Bobem przeprowadzać wywiady. Według konserwatywnych
głosów Akademia powinna zajmować się szkoleniem własnych agentów oraz
funkcjonariuszy, którzy dołączyli do jej programu stypendialnego.
Zgodnie z tym założeniem nie powinna angażować się w trwające śledztwa.
Gdy starsze pokolenie nauczycieli kryminalnej psychologii stosowanej
zaczęło doradzać w otwartych sprawach, pomysł, aby naprawdę stosować
tę naukę, zaczął żyć własnym życiem.
W pewnym momencie przeprowadziliśmy z Bobem dość wywiadów w więzieniach,
by uznać, że możemy powiązać to, co działo się w umyśle przestępcy przed
dokonaniem przestępstwa, w jego trakcie i po dopuszczeniu się mordu, z miejscem zbrodni, ofiarą i całą resztą. Później doszliśmy do wniosku, że
jesteśmy w stanie nawet podpowiadać lokalnej policji działania pomocne w wywabieniu przestępcy z ukrycia albo zachęcaniu do współpracy ludzi,
którzy byliby w stanie go rozpoznać. Tak wyglądał - w skrócie - początek
programu profilowania i doradztwa w Quantico. Wkrótce dołączył do nas
Roy Hazelwood, bystry agent, który specjalizował się w przestępstwach z użyciem przemocy; pracowałem z nim cztery lata wcześniej w Atlancie
podczas głośnej sprawy tamtejszych morderstw dzieci. Był też z nami
równie błyskotliwy Kenneth Lanning, który skupiał się na przestępstwach
wobec nieletnich. Obaj pracowali z nami nieoficjalnie, ponieważ ich
głównym zadaniem pozostawały badania i prowadzenie zajęć.
Pomimo to wciąż staraliśmy się o uznanie programu za przydatny, a także
o środki potrzebne do jego rozwoju. Roger L. Depue, szef Jednostki Nauk
Behawioralnych, był wielkim zwolennikiem naszych działań i często
wstawiał się za nami u kierownictwa Akademii oraz w kwaterze głównej.
Roger, weteran piechoty morskiej i były komendant policji z Michigan,
często podkreślał, że konsultacje w trwających śledztwach nie odwracały
uwagi od głównych celów Akademii. Wręcz przeciwnie: potwierdzały
zasadność badań i procedur, czyli sens jej istnienia. Z jego poparcia
wynikała ogromna presja - spoczywająca zarówno na nim, jak i na nas -
żeby zapewniać efekty. Na szczęście mieliśmy się czym pochwalić, na
przykład w sprawie morderstw dzieci w Atlancie z 1981 roku.
Nikogo nie powinno dziwić, że takie sukcesy na początku działania
programu prowadziły do większego zainteresowania naszymi ekspertyzami.
Byłem pierwszym i przez wiele lat jedynym pełnoetatowym profilerem FBI,
a ilość pracy szybko zaczęła mnie przytłaczać. W styczniu 1983 roku
odwiedziłem Jima McKenziego, zastępcę dyrektora FBI, który odpowiadał za
Akademię. Opowiedziałem mu o swoim zmęczeniu i poprosiłem o pełnowymiarową pomoc. McKenzie wykazał się zrozumieniem i - podobnie jak
Roger Depue - wyraził poparcie dla programu. Wkrótce udało mu się
przekonać kwaterę główną do przesunięcia zasobów ludzkich w Quantico. W praktyce oznaczało to "podkradanie" pracowników z innych programów, co
dało mi czterech pierwszych profilerów: Rona Walkera, Blaine'a McIlwaine'a, Jima Horna i Billa Hagmaiera.
Ron przeszedł do nas z oddziału terenowego w Waszyngtonie. To był jego
pierwszy przydział, co było rzadkością, ponieważ waszyngtońska jednostka
jest jedną z najważniejszych w całej sieci FBI. Jednak jego życiorys
zawodowy mówił sam za siebie. Podobnie jak ja był weteranem Sił
Powietrznych, jednak ja nie mogłem pochwalić się jedenastoletnim stażem
jako oficer w czynnej służbie i pilotowaniem myśliwców F-4. Ron spędził
kolejne szesnaście lat w rezerwie, gdzie zaangażował się w akcje organów
ścigania, śledztwa specjalne, ochronę bazy i działania
antyterrorystyczne. W 1982 roku ustaliliśmy szczegóły programu
profilowania i wyznaczyliśmy koordynatorów terenowych, którzy byli
łącznikami z Jednostką Nauk Behawioralnych w Quantico. Ron służył w FBI
dopiero dwa lata, ale ze względu na przebieg kariery i dyplom z psychologii szkoleniowcy wytypowali go jako kandydata na
waszyngtońskiego koordynatora. Znałem go ze szkolenia w Akademii, więc
gdy Jim McKenzie postanowił rozwinąć program, od razu chciałem Rona w swoim zespole.
Ron wciąż stał przy moim biurku.
- Ktoś z tobą pracuje nad tym porwaniem? - zapytałem.
Wszyscy profilerzy mają duże ego. To cecha wpisana w nasz zawód. Aby
wzmacniać ich pewność siebie i jednocześnie chronić przed jej nadmiarem,
lubię, gdy mój zespół pracuje razem i dzieli się pomysłami. Duża część
naszej pracy wymaga intuicji i wierzę w porzekadło "co dwie głowy to nie
jedna". Roger Depue uważał podobnie. Z kolei Bob Ressler wolał pracować
samodzielnie, brać odpowiedzialność za swoje sprawy i projekty, ale nie
miałem nic do zarzucenia jego pracy ani jej rezultatom. Po prostu
działałem w inny sposób.
- Tak, zaangażowałem Jima - odpowiedział Ron.
To wydawało się logiczne. Ron dzielił biuro z Jimem Wrightem, który
również przeszedł do nas z oddziału w Waszyngtonie. Dołączył do
jednostki, gdy dostaliśmy pozwolenie na trzy kolejne etaty. Stało się to
po rocznym śledztwie i przygotowaniach do procesu w sprawie próby
zamachu na prezydenta Ronalda Reagana pod hotelem Hilton w Waszyngtonie.
Później, kiedy założyliśmy Jednostkę Wspierania Śledztw jako osobną
komórkę w ramach Jednostki Nauk Behawioralnych, zostałem jej szefem, a Jim przejął ode mnie zarządzenie programem profilowania i stał się drugą
osobą w łańcuchu dowodzenia. Wraz z Ronem stawali się świetnymi
profilerami.
Na tle całego FBI byliśmy bardzo małym wydziałem, co jest niezwykle
istotne dla zrozumienia metod i zasad naszej pracy. Konsultowaliśmy
szeroki wachlarz przestępstw: od wymuszeń, przez porwania i napaści na
tle seksualnym, po seryjne morderstwa. Szybko okazało się, że zajęcie
się setkami takich spraw w wyznaczonym czasie stanowi dla nas nie lada
wyzwanie. Czasem wystarczyło zadzwonić do lokalnego oddziału policji i zasugerować typ osoby, która mogła być sprawcą. Inne śledztwa były
bardziej angażujące i wymagały asysty na miejscu zbrodni, analiz,
współpracy z miejscowymi służbami i oddziałem terenowym FBI. Tak było w sprawie morderstw dzieci w Atlancie, nad którymi pracowałem z Royem
Hazelwoodem.
Wcześniej, gdy z Robem Resslerem podjęliśmy się zbadania osadzonych
przestępców, zdaliśmy sobie sprawę, że wszystkie brutalne zbrodnie mają
pewne charakterystyczne cechy. Dzięki nim - z mniejszym lub większym
prawdopodobieństwem - za pomocą profilowania, analizy śledczej i proaktywnych strategii mogliśmy pomóc w najróżniejszych dochodzeniach.
Podczas długiej kadencji J. Edgara Hoovera FBI zyskało opinię służby
interesującej się wszystkimi rodzajami przestępstw. Jednak w naszym
wypadku nie było sensu poświęcać ograniczonych zasobów - ani czasu
lokalnych organów ścigania - na działania, w które nie mogliśmy wnieść
znaczącego wkładu. Najprościej rzecz ujmując - im mniej skomplikowane i bardziej pospolite przestępstwo, tym mniej byliśmy przydatni.
Najlepiej wytłumaczył to legendarny fikcyjny detektyw Sherlock Holmes w dialogu z doktorem Watsonem z opowiadania Tragedia w Boscombe Valley.
Arthur Conan Doyle opublikował je w "Strand Magazine" w 1891 roku.
- Słyszałeś coś o tej sprawie? - zapytał Holmes.
- Ani słowa. Nie czytałem gazet od kilku dni.
- Londyńska prasa nie zamieściła pełnej relacji. Przeglądałem ostatnie
wydania, by zgłębić szczegóły. Wedle tego, co zebrałem, wygląda na to,
że to jedna z tych najprostszych spraw, które są wyjątkowo trudne.
- To brzmi nieco przewrotnie.
- Ale jest całkowicie prawdziwe. Niezwykłość niemal zawsze jest
wskazówką. Im bardziej pozbawione wyrazu i banalne jest przestępstwo,
tym trudniej znaleźć jego rozwiązanie.
Choć motyw i motywacja są ważnymi aspektami zbrodni - a także czymś, co
często chce poznać ława przysięgłych - zwykle nie przydają się w śledztwie. Przy okazji zaginięcia Shari Smith Ron Walker słusznie
zauważył, że musiało chodzić o pieniądze lub napaść seksualną, być może
wraz z motywem zemsty. Rozstrzygnięcie, o które z nich chodzi, było
istotne, ale nie kluczowe. Idąc tym tokiem rozumowania, można na
przykład stwierdzić, że rabunek w ciemnej uliczce ma oczywisty motyw,
którego znajomość nie wystarczy jednak do ustalenia sprawcy. Dlatego
unikamy spraw związanych z morderstwami popełnionymi przy okazji innych
przestępstw, na przykład napadu na bank. Okoliczności i zachowanie
sprawcy nie są na tyle wyjątkowe, abyśmy mogli cokolwiek wnieść do
standardowych procedur dochodzeniowych.
Kluczowe jest dla nas kilka czynników, w tym wspomniana historia ofiary,
jakiekolwiek znane rozmowy pomiędzy nią a napastnikiem oraz wskazówki z miejsca zbrodni, dzięki którym możemy poznać wcześniejsze i późniejsze
działania sprawcy. Ważny jest również sposób popełnienia samej zbrodni,
porzucenia i ułożenia ciała, ilość miejsc, w których mogło rozegrać się
przestępstwo, środowisko, miejsce i czas, cechy wskazujące na liczbę
sprawców, stopień ich zorganizowania lub dezorganizacji, typy broni,
dowody laboratoryjne, brak osobistych rzeczy ofiary lub przedmioty
specjalnie pozostawione przy zwłokach; badanie medyczne uratowanej osoby
lub pośmiertne oględziny ciała. Dzięki takim informacjom możemy stworzyć
profil napastnika i przewidzieć jego - niemal zawsze chodzi o mężczyzn -
następne kroki. Tak naprawdę wszystko, czego się dowiemy, jest pomocne w śledztwie. Telefony, które domniemany sprawca wykonał do rodziny Shari,
również dostarczały nam wielu informacji do analizy.
Chociaż Ron i Jim dysponowali ledwie zarysem sprawy, założyli, że
sprawca nieprzypadkowo przejeżdżał obok Shari, gdy ta wyciągała listy ze
skrzynki. To oznaczało, że śledził ją lub obrał za cel dużo wcześniej.
Lewis McCarty powiedział, że Smithowie byli znani w swojej społeczności,
jednak nie byli bogaci, a tym bardziej nie żyli na pokaz ani nie
zwracali niczyjej uwagi. Dlatego nic nie wskazywało na to, że mamy do
czynienia z przestępczością zorganizowaną czy próbą wyłudzenia okupu.
Jednocześnie Ron dowiedział się, że Shari była ładną blondynką z niebieskimi oczami, dziewczyną popularną w szkole i bardzo otwartą.
Jakiś dziwak mógł więc mieć na jej punkcie seksualną lub romantyczną
obsesję.
Ojciec Shari znalazł jej samochód uruchomiony, z torebką i lekarstwami w środku. To oznaczało, że nie odeszła dobrowolnie, i dużo mówiło nam o samym sprawcy. Najwyraźniej nie był mężczyzną, który imponował kobietom
swoim wyglądem lub umiejętnością prowadzenia rozmowy. Napastnik mógł
zmusić dziewczynę do pójścia z nim tylko za pomocą siły i elementu
zaskoczenia. Gdyby zaatakował znienacka, obezwładniając ofiarę - na
przykład silnym, nagłym ciosem w głowę - znaleźlibyśmy ślady na miękkim
gruncie pomiędzy skrzynką na listy i samochodem. Najprawdopodobniej
zmusił Shari za pomocą pistoletu lub noża, by weszła do jego auta.
- Informuj mnie na bieżąco - powiedziałem Ronowi. - Jak tylko przyjdzie
paczka z Columbii, omówimy to z całym zespołem.
***
Po wyjściu Rona z mojego biura nie mogłem się skupić na piętrzących się
przede mną aktach. Nie mieliśmy wielu informacji o sprawie Shari, jednak
przypominała mi pewne śledztwo sprzed pięciu lat.
W grudniu 1979 roku agent specjalny Robert Leary z rezydentury FBI
(czyli raczej małego posterunku niż oddziału terenowego) w Rome w Georgii zadzwonił do nas z wyjątkowo niepokojącą sprawą. Tydzień
wcześniej Mary Frances Stoner, ładna i towarzyska dwunastolatka,
zniknęła z podjazdu swojego domu w Adairsville, około pół godziny drogi
od Rome. Chwilę wcześniej wysiadła ze szkolnego autobusu. Podobnie jak w przypadku Smithów, dom Stonerów znajdował się dość daleko od głównej
ulicy. Niebawem ciało Mary zostało znalezione w lesie, szesnaście
kilometrów dalej. Była ubrana, a jej twarz zakrywał jasnożółty płaszcz.
Przyczyną śmierci było uderzenie tępym narzędziem w głowę, a na
zdjęciach z miejsca zbrodni widać było leżący nieopodal kamień
poplamiony krwią. Ślady na szyi powstały w wyniku duszenia rękoma od
tyłu. Autopsja wykazała jednoznacznie, że Mary Frances była dziewicą,
zanim porywacz ją zgwałcił. Jeden but dziewczynki był rozwiązany, a jej
bielizna była pobrudzona krwią, co oznaczało, że po napaści seksualnej
sprawca w pośpiechu ją ubrał.
Mary Frances, tak jak Shari Smith, była w swoim środowisku ofiarą
niskiego ryzyka, więc chciałem dowiedzieć się możliwie najwięcej o jej
historii. Obydwie nastolatki opisywano jako przyjacielskie, towarzyskie
i czarujące. Mary Frances wyglądała i zachowywała się adekwatnie do
wieku, nie doroślej. Była urocza i niewinna. Pełniła funkcję
tamburmajorki w szkolnej orkiestrze, której mundur często nosiła. Po
zapoznaniu się z pełnym raportem od Boba Leary'ego i zdjęciami z miejsca
zbrodni zanotowałem kilka najważniejszych spostrzeżeń na temat sprawcy.
Chodziło o dwudziestokilkuletniego białego mężczyznę o ilorazie
inteligencji średnim lub powyżej średniej. Ukończył tylko szkołę
średnią, możliwe, że został z niej wyrzucony. Mógł być zwolniony z wojska, dyscyplinarnie lub z powodów zdrowotnych. Tkwił w nieszczęśliwym
małżeństwie lub się rozwiódł. Był miejscowym pracownikiem fizycznym, na
przykład elektrykiem lub hydraulikiem. Miał kartotekę policyjną za
podpalenie lub napaść seksualną, prowadził kilkuletnie, dobrze utrzymane
auto w ciemnym kolorze. Doświadczenie podpowiadało mi, że ludzie
jednocześnie uporządkowani i kompulsywni preferują ciemne samochody.
Jego był kilkuletni, ponieważ nie mógł sobie pozwolić na nowy, ale dbał
o niego.
Postanowiłem zwizualizować sobie los Mary Frances oraz działania jej
oprawcy. Miejsce porzucenia ciała wskazywało, że znał okolicę. Podobnie
jak w przypadku Shari, obserwował ofiarę od jakiegoś czasu i wykorzystał
nadarzającą się okazję. Jej pogodne usposobienie pobudziło jego fantazje
o relacji, która mogłaby ich połączyć. Obydwaj napastnicy musieli
wiedzieć, że dziewczyny wysiądą na podjeździe. To podsunęło mi pomysł,
że wykonywali jakąś pracę w okolicy.
Jedną z różnic pomiędzy sprawami był młody wiek Mary Frances, który
ułatwił porywaczowi nawiązanie przyjacielskiej rozmowy. Może zagroził
jej nożem lub pistoletem, gdy tylko zbliżył się na tyle blisko, by
zaciągnąć ją do auta. Dowody na zwłokach wskazywały, że atak nastąpił w środku pojazdu. Gdy do tego doszło, mężczyznę zaszokowało jej prawdziwe
przerażenie, krzyki i ból. Okazało się, że nie miało to nic wspólnego z jego fantazjami. W tym momencie, jeśli nie wcześniej, zrozumiał, że musi
ją zabić - w przeciwnym razie jego życie byłoby zrujnowane.
Próbując rozgryźć prawdopodobny przebieg wydarzeń, wyobraziłem sobie, że
po napaści mężczyzna próbował uspokoić przerażoną Mary Frances.
Powiedział jej, żeby się szybko ubrała i że ją wypuści. Następnie
pojechał w stronę znanego mu lasu, a gdy tylko pozwolił jej wyjść z samochodu, dziewczynka odwróciła się do niego plecami. Chwycił ją od
tyłu i dusił tak długo, aż zrobiła się bezwładna. Ale uduszenie kogoś
jest trudniejsze, niż myśli większość ludzi. Po wcześniejszych
problemach mężczyzna postanowił nie ryzykować. Zaciągnął ją pod drzewo,
podniósł najbliższy kamień i kilkukrotnie uderzył w głowę.
Sprawca zakrył Mary Frances płaszczem, ponieważ czuł się źle z tym, co
zrobił. Moglibyśmy wykorzystać to podczas przesłuchania, gdybyśmy tylko
złapali go wystarczająco szybko. Podejrzewałem, że był z tamtych okolic,
i wiedziałem, jak poważnie policja traktowała sprawę, więc
prawdopodobnie przesłuchali go w charakterze świadka, który mógł
zauważyć coś istotnego. Powiedziałem śledczym przez telefon, że ten
facet jest zorganizowany i przekonany, że uda mu się wywinąć. I chociaż
to pewnie było jego pierwsze morderstwo, miał kartotekę za przestępstwa
seksualne.
Ta i wiele innych smutnych spraw z naszych archiwów skończyły się
tragicznie dla ofiar. Mogliśmy jedynie wykorzystać nasze umiejętności,
by uratować kolejne. Nagle zrozumiałem, że nieświadomie wpatruję się w stojące na komodzie zdjęcie moich córek, Eriki oraz Lauren. Zdobyłem się
na pełną nadziei myśl, że sprawa Shari Smith będzie miała szczęśliwe
zakończenie.
Rozdział 2
Kiedy w 1985 roku Lewis McCarty zgłosił się do nas ze sprawą Shari,
Jednostka Nauk Behawioralnych zajmowała ledwie kilka pomieszczeń
biurowych na pierwszym piętrze budynku Nauk Kryminologicznych w kampusie
Akademii. Sama uczelnia była otoczona drzewami w U.S. Marine Base w Quantico w Wirginii. W późniejszych latach przenieśliśmy się do
labiryntu biur dwadzieścia metrów pod ziemią, gdzie mieliśmy do
dyspozycji magazyn broni i strzelnicę. Na pierwszym piętrze brakowało
nam prywatności, za to z okien mieliśmy widok na zieleń. Salę
konferencyjną dzieliliśmy z ludźmi z Wydziału Nauk Kryminologicznych, a oni nie byli szczęśliwi, że muszą dzielić się z nami przestrzenią.
Później zaczęliśmy zapraszać ich na nasze spotkania, gdzie omawialiśmy
sprawy, w których doradzaliśmy, a wielu z nich zdawało się to doceniać.
O porwaniu Shari dyskutowaliśmy w czwartek, trzy dni po pierwszej
rozmowie Rona z McCartym. Staraliśmy się spotykać co najmniej raz w tygodniu, żeby każdy członek zespołu mógł usłyszeć uwagi i pomysły na
temat prowadzonej przez niego lub nią sprawy (agentki specjalne Rosanne
Russo i Patricia Kirby przyszły do nas z biur terenowych w Nowym Jorku i Baltimore, stając się pierwszymi profilerkami). W tym przypadku dopiero
dostaliśmy z Columbii akta Shari i nagrania rozmów telefonicznych ze
sprawcą. W domu Smithów stale przebywali funkcjonariusze z biura
szeryfa, a Metts i McCarty dzwonili do nas codziennie i na bieżąco
zdawali relacje z postępów. Podczas naszego zebrania wszyscy obecni
sięgnęli po materiały.
Oprócz Rona Walkera, Jima Wrighta i mnie obecni byli Blaine McIlwaine i Roy Hazelwood. Każdy z nich mógł mieć cenne uwagi na temat sprawy, ale
nie tylko dlatego postrzegałem ich wszystkich jako istotnych uczestników
całego programu. Jednostka zawdzięcza bowiem Ronowi i Blaine'owi coś
jeszcze. Uratowali mi życie.
Niecałe półtora roku wcześniej, na przełomie listopada i grudnia 1983
roku, pojechaliśmy w trójkę do Seattle, żeby pomóc w śledztwie w sprawie
zabójstw znad Green River. Później okazało się, że była to jedna z największych w historii Stanów obław na seryjnego mordercę. Rok
wcześniej, w lipcu, kilku nastolatków zauważyło zwłoki szesnastoletniej
Wendy Lee Coffield, które unosiły się w wodach Green River w waszyngtońskim hrabstwie King. Przez miesiąc w nurcie rzeki lub wzdłuż
brzegu znaleziono cztery następne ciała. Stało się jasne, że ktoś poluje
na młode dziewczyny, które uciekły z domów, prostytutki i podróżniczki
na linii miast Seattle i Tacoma.
Gdy z Ronem i Blainem dotarliśmy na miejsce, sprawcę nazywano "Mordercą
znad Green River" i przypisano mu już jedenaście ofiar. Powołano grupę
operacyjną, a jej śledztwo w tamtym czasie było największym w całym
kraju polowaniem na seryjnego zabójcę. Obrazu grozy dopełniały dane o skali zaginięć bezbronnych dziewcząt - czasem nawet czternastoletnich i piętnastoletnich - oraz kobiet w tej okolicy. Świadomość tego
wszystkiego rozdzierała serce i odbiła się na wszystkich pracujących nad
sprawą.
Był to wyjątkowo trudny okres w moim życiu. Pomimo przydzielenia mi
nowych współpracowników byłem przytłoczony ilością pracy i miałem
problemy ze snem. Trzy tygodnie wcześniej dopadł mnie stres w trakcie
wykładu na temat profilowania, który prowadziłem dla około trzystu
pięćdziesięciu policjantów z nowojorskiej policji, funkcjonariuszy
ochrony transportu i oficerów z Long Island oraz hrabstw Nassau i Suffolk. Choć wielokrotnie przemawiałem publicznie, tym razem
obezwładnił mnie strach.
Szybko doszedłem do siebie, ale nie mogłem się wyzbyć złych przeczuć.
Dlatego po powrocie do Quantico udałem się do działu kadr i wykupiłem
dodatkowe ubezpieczenie na życie oraz na wypadek utraty dochodów, gdybym
stał się niezdolny do pracy.
Następnego ranka po przyjeździe do Seattle przedstawiłem grupie
operacyjnej prezentację. Udzieliłem też kilku wskazówek, dzięki którym
można było zachęcić sprawcę do zgłoszenia się na policję w charakterze
świadka i wykryć go w czasie przesłuchania. Resztę dnia spędziłem z Ronem, Blaine'em i lokalną policją. Szukaliśmy tropów behawioralnych
sprawcy w miejscach, w których odnaleziono ciała. Listopad nie jest w Seattle najlepszym miesiącem do przebywania na świeżym powietrzu, a miejscowi funkcjonariusze bez przerwy opowiadali o sztormie, który miał
miejsce tydzień wcześniej. Zanim wróciłem do swojego pokoju w Hiltonie,
byłem przemoczony, pękała mi głowa i miałem wrażenie, że rozłoży mnie
grypa.
Próbowałem odpocząć przy kilku drinkach w hotelowym barze i powiedziałem
Blaine'owi i Ronowi, że będzie lepiej, jeśli spędzę następny dzień w łóżku. Oni w tym czasie mieli przeszukać akta w sądzie hrabstwa King i porozmawiać z policją o strategiach, które im przedstawiliśmy.
Następnego dnia, w czwartek, zostałem sam. Na drzwiach pokoju umieściłem
zawieszkę "Nie przeszkadzać". Gdy w piątek nie pojawiłem się na
śniadaniu, moi koledzy zaczęli się martwić. Bez skutku dzwonili do
pokoju, a później zaczęli walić w drzwi.
Byli przestraszeni. Dostali od kierownika zapasowy klucz, ale okazało
się, że drzwi były zamknięte od środka na łańcuch. Postanowili je
wyważyć, gdy tylko usłyszeli jęki dochodzące ze środka. Znaleźli mnie na
podłodze, nieprzytomnego i bliskiego śmierci z powodu - jak się później
okazało - wirusowego zapalenia mózgu. Spędziłem w szpitalu w Seattle
niemal miesiąc, a w czasie pierwszego tygodnia kilka razy niemal
umarłem. Wróciłem do pracy dopiero w maju. Podczas tej nieobecności
byłem zrozpaczony i kwestionowałem właściwie każdy aspekt swojego życia
prywatnego i zawodowego. Jednym z niewielu przyjaciół, z którymi w tamtym czasie się widywałem, był Ron. Założyłem, że rozumie, co
przechodzę. Cieszyłem się, że mam ludzi takich jak on, Blaine i reszta
zespołu, z którymi mogę nie tylko pracować, ale też wspólnie rozładować
napięcie po pracy.
Ron poprowadził zebranie, na którym omówiliśmy wszystko, co wiedzieliśmy
o zaginięciu Shari. Większość informacji pochodziła z biura szeryfa i Wydziału Ścigania policji z komendy stanowej. Do zbudowania przydatnego
profilu sprawcy potrzebne jest jak najlepsze zrozumienie osobowości
ofiary, jej wcześniejszych działań i zebranie informacji o miejscach
pobytu, a także o jej potencjalnych kontaktach ze sprawcą. Chcieliśmy
doświadczyć tych wydarzeń w ten sam sposób, co ich uczestnicy,
przeanalizować każdy krok przez pryzmat tego, co wiedzieli oni w danej
chwili.
- To nie jest przypadkowe porwanie - zauważył Ron. - Dlatego musicie
założyć, że motyw jest seksualny. Co dalej? Czy facet wybrał ofiarę z konkretnego powodu? Jest z sąsiedztwa, a może to ktoś, kto wie, kiedy
Shari wychodzi z domu i do niego wraca? Może to typ stalkera, który
wpadł na nią wcześniej, śledził i zaatakował przy najlepszej okazji? W tym momencie nie mamy żadnych informacji o napastniku, więc musimy
próbować standardowych kierunków śledztwa, zastanowić się, co stanie się
dalej i z jakim typem przestępcy mamy do czynienia.
Musieliśmy przyjrzeć się otoczeniu Shari. Bob Smith udzielał się jako
kapelan w więzieniu hrabstwa Lexington i kilku innych zakładach
penitencjarnych i poprawczych. Może porwanie było zemstą ze strony
któregoś z osadzonych? Jeden z nich mógł poczuć się skrzywdzony przez
Boba albo po prostu postrzegał go jako element niesprawiedliwego
systemu.
Dowiedzieliśmy się również, że Dawn i Shari niekiedy towarzyszyły ojcu w czasie jego posługi. Czy któryś z więźniów mógł popaść w obsesję na
punkcie dziewczyn i postanowił je napaść po odbyciu kary? Musieliśmy
sprawdzić wszystkie możliwości, a biuro Mettsa i policja z Karoliny
Południowej dostarczały nam koniecznych środków.
Hilda Smith po raz ostatni widziała Shari w zeszły piątek, kiedy
spotkały się w banku, gdzie były po czeki podróżne na rejs po Bahamach.
Był z nimi chłopak Shari, Richard Lawson. Hilda spodziewała się, że
Shari wróci do domu po przyjęciu basenowym w domu koleżanki. Miały
wspólnie wybierać odpowiednie ubrania na rejs. Zarówno Hilda, jak i Bob
zauważyli samochód córki na podjeździe, co pozwalało nam oszacować czas
jej zniknięcia.
Ron i Jim wysunęli tezę, że sprawca zauważył Shari w mieście. Przed
przyjęciem i po nim była z Richardem w centrum handlowym, a widok ten
mógł wzbudzić u napastnika zazdrość. Para poszła na pocztę i do banku, a potem dołączyła do nich znajoma, Brenda Boozer. W trójkę pojechali
samochodem Richarda na przyjęcie. Sprawca mógł wszystko to obserwować i podążać za nimi. Czekał w swoim samochodzie zaparkowanym w pobliżu domu
z basenem, gdzie trwała impreza. Później ta sama trójka nastolatków
wróciła do centrum handlowego, a napastnik wciąż ich śledził. Być może
zauważył ich dopiero podczas drugiej wizyty nastolatków w mieście i czekał, aż Shari wsiądzie do swojego auta. W obydwu scenariuszach na
pewno śledził ją, gdy jechała do domu. Na miejscu dostrzegł okazję, żeby
obezwładnić dziewczynę i porwać na tyle szybko, żeby nikt nie zdążył
zareagować.
Po porwaniu Smithowie otrzymali przez telefon informację, że następnego
dnia, około drugiej po południu, dostaną list od Shari. Była to normalna
pora dostarczania poczty. Skoro sprawca to wiedział, musiał obserwować
dom Smithów. W takim razie wiedział również, że dziewczyna zwykle
zatrzymywała się na podjeździe i wyjmowała korespondencję ze skrzynki.
Niezależnie od okoliczności nie było to przypadkowe spotkanie.
Kiedy Bob podjechał do skrzynki na końcu podjazdu i nie znalazł córki,
zdecydował się wrócić do domu.
- Nie wiem, gdzie jest Shari, zniknęła - powiedział Hildzie.
Małżeństwo zaczęło się modlić o jej powrót, ponieważ oddanie Bogu było
podstawą ich wspólnego życia.
W końcu Bob zdecydował się zadzwonić do biura szeryfa w Lexington, a Hilda zaczęła szukać Shari na własną rękę. Ze względu na swoją chorobę,
moczówkę prostą, dziewczyna mogła nagle poczuć potrzebę skorzystania z toalety i nie mieć czasu wrócić do samochodu, żeby dojechać do domu.
Nigdzie jednak nie było po niej śladu. W końcu Bob zawołał Hildę i poprosił, żeby wróciła do domu. Gdy tam dotarła, powiedział, żeby
zaczekała w środku na policję, a on w tym czasie sam rozejrzy się po
okolicy.
Mężczyzna również nie znalazł żadnego śladu Shari. Gdy wracał, Hilda
wybiegła mu na spotkanie, modląc się. Z biura szeryfa jeszcze nikt się
nie zjawił, więc Bob zadzwonił ponownie. Funkcjonariuszka starała się go
uspokoić. Prawie cały personel znał Smitha i podziwiał go za wieloletni
wolontariat w więzieniu.
Około pół godziny po pierwszym telefonie w końcu przyjechał policjant.
Szybko dał się przekonać, że Shari nie była typem dziewczyny, która po
prostu uciekłaby z domu, zwłaszcza bez torebki i lekarstw, zostawiając
uruchomiony samochód. W biurze zdał raport z przebiegu wydarzeń, a szeryf Metts, który również znał i szanował Smithów, użył wszystkich
dostępnych mu zasobów, żeby odnaleźć zaginioną.
- Na pewno to porwanie - oznajmił następnego dnia dziennikarzowi ze
"State" kapitan Bob Ford z biura szeryfa. - Ona nie jest uciekinierką.
Nie rozważamy żadnych hipotez z tym związanych.
***
W tym czasie w Charlotte w Karolinie Południowej Dawn, starsza siostra
Shari, wybrała się do centrum handlowego. Szukała dla niej prezentu z okazji ukończenia szkoły. Jej wybór padł na chomika, którego Shari
jesienią mogłaby zabrać ze sobą do college'u. Gdy Dawn zobaczyła, że w drzwiach mieszkania czeka na nią współlokatorka, od razu wiedziała, że
stało się coś złego.
- Musisz zadzwonić do swojej mamy. Shari została uprowadzona.
Gdy Dawn usłyszała słowo "uprowadzona", pomyślała, że ktoś mówi do niej
w obcym języku. Nie mogła tego przyjąć do wiadomości. "Co to znaczy?",
zadała sobie w myślach pytanie, ponieważ słowo to wypowiedziane przez
jej współlokatorkę miało bardzo ostrą wymowę. Dawn zadzwoniła do mamy,
która kazała jej natychmiast się spakować.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki