Zamiast wstępu
Książka to jakieś dziwne hasło. Żyją i dobrze mają się ludzie, którzy nigdy nie przeczytali niczego. O inżynierach mówią "inżynierek", o lekarzach "doktorek", a o prawnikach występujących w ich imieniu przed władzami - "adwokacik". Dla nich pisanie książki jest jakimś obłędem, a czytanie prostą stratą czasu. Nie dziwota, że można im każdą głupotę wmówić, a gdy ktoś robi to konsekwentnie i wystarczająco długo, to nagle pojawiają się w towarzystwie z wielkim napisem na plecach "ŚMIERĆ WROGOM OJCZYZNY". Zapytałem jednego, co znaczy ten napis i czy sam jestem na jego liście. Obruszył się, ale nie wiedział, dlaczego. Ja wiem. Gość nie czyta, nie czytał i czytać raczej nie będzie, a o napisaniu przez niego książki marzyć nie można, chociaż każdy z nas takie coś nosi przy sobie przez życie całe.
Jak tu zachować dystans?
Zawiozłem Księżną do szpitala dziesiątego grudnia, koło dwudziestej. Godzinę później zadzwoniła, że Anka już jest z nami. No to bal. Gadamy, pijemy, cieszymy się. Księżna gdzieś w szpitalnej sali oswaja się z nową, piękną rzeczywistością. Jest fajowo.
Jedenastego grudnia żyję jak we śnie, bo nareszcie moja wymarzona córka jest z nami, choć nie znam jej, nie widziałem, nie słyszałem jej wrzasków, ni śmiechu. Dwunastego coś się dzieje. Krajowa Komisja obraduje w Gdańsku, a moje panie, zgodnie z ówczesnymi zwyczajami, oswajają się z życiem w szpitalu. W poniedziałek pewnie pozwolą mi je odebrać.
W sobotę normalna praca, później rozmowy z przyjaciółmi, późnowieczorny powrót do domu. Jest zimno. Duży mróz. Ulice prawie puste, tylko czasami jakiś zielony pojazd... Coś się będzie działo zapewne... Ach ta Krajowa Komisja...
Niedziela rano. Kaca wielkiego nie mam. Kontaktu z Księżną również nie, bo kto to słyszał, żeby do szpitala dzwonić. Włączam telewizor (mamy taki w czerwonym pudełku, pewnie z trzynaście cali). Antena sterczy jak rogi Marsjanina. Popsuł się chyba, bo szumi tylko. Która godzina? Może ósma? Telefon nie działa, więc to chyba jakaś totalna klapa... Ale nie - nagle ekran ożywa. Generał melduje, że było źle, ale on ojczyznę ocalił i już jest dobrze, bo WRON, bo ludzie w mundurach, bo sól tej ziemi...
Już wiem, że będą ranni. Szpitale muszą być puste i czekać, a moje Panie... Nie zastanawiam się długo. Bieg do auta i na Kliniczną. Mróz trzyma, ale jest słonecznie. Trudno się jedzie pod słońce. Dojeżdżam jednak w parę minut. Dwie kobiety gotowe do drogi stoją w holu szpitala z niemowlakami w rękach. Szczęśliwy zabieram je z zagrożonego inwazją intruzów terenu. Przy okazji dostawiam na Morenę tę drugą mamę z maleńkim człowieczkiem na ręku, zawiniętym w kokon. Później już tylko sukces: triumfalne wejście do domu rodziców i ciągły śmiech. Bo one już są, bo komuna wypisała na siebie wyrok, bo... Wszystko się pomieszało - narodziny, wojsko na ulicach, humory rodziny nie wiedzącej, czy bardziej się cieszyć, czy bać o to, co może się stać. Takie tam małe wątpliwości.
Co było dalej? Życie było. Pełne uporu, pracy, nadziei i klęsk zawinionych lub nie. Życie było. Wciąż trwa ku mojemu zdziwieniu, chociaż towarzystwo już inne i poziom rozmów inny, i krąg przyjaciół jakby mniejszy. Telewizory duże, kasa wokół olbrzymia, a rozumu chyba mniej.
Kto miałby dziś napisać normalną książkę o normalnych ludziach? Czy ten, kto wierzy jedynie w swój tynkarski biznes, czy ten, który właśnie pakuje słoiki przygotowane na kolejną rajzę do Norwegii, czy może ten, którego ściga komornik, bo raz książkę pożyczył z biblioteki i zgubił ją w pociągu?
Nie tracę nadziei. Może Anka, a może jej maleńki synek? w końcu jakoś się chyba odbijemy od dna bezsensu?
1
Anka to jest ktoś. Ma dziesięć lat i pamięta spacery z Mamą po Długim Targu. Często utykała w tramwajowych szynach, co zniechęcało Mamę do ulicznych wyścigów, więc rzadko puszczała rękę dziewczynki.
Mama dla Starszego Pana to przedwojenna historia - gimnazjalna znajomość, przerwana makabrycznym biegiem zdarzeń. On szybko trafił do armii, a ona, jakiś czas potem, do łagru. Nikt nie wie gdzie była, bo jej trauma to tabu. Jakimś cudem, całkowitym przypadkiem, spotkali się na ulicy spalonego Gdańska. I okazało się, że nic się nie skończyło, jakby rozstali się wczoraj. Milczeli przez kolejnych kilka dni, chłonąc się i rozkoszując swoją obecnością. Słowa były całkowicie zbędne, wystarczyły twarze, oczy, czasami smak ust.
Po pół roku wzięli ślub i zamieszkali kątem w starej willi ocalałego Wrzeszcza. W pięćdziesiątym wprowadzili się do własnego mieszkania, przydzielonego im przez kwaterunek. Pokój, wspólna kuchenka i łazienka. Długi, ciemny korytarz i sąsiedzi, którzy tak jak Mama i Starszy Pan przybyli skądś.
Mama to Maria.
Towarzyszyła Starszemu Panu dzień w dzień przez długi czas rozłąki. Akcje, bitwy, transporty, rejsy, loty - ona zawsze obok.
Starszy Pan towarzyszył Marii dzień w dzień przez długi czas rozłąki. Transporty, roboty, głód i straszny brud - on trzymał ją na duchu i przy życiu.
Wpadli na siebie na Piwnej, pełnej gruzów i spalenizny. Nie wiadomo dlaczego, bo nie wierzyli w swoje wzajemne, realne istnienie, więc nie czynili żadnych prób, żeby się odszukać. Stali wpatrzeni w siebie nawzajem, a po ich twarzach płynęły łzy. Słów zabrakło, jednak dłonie trafiły na dłonie. Tak trwali, tarasując wąskie przejście, póki ktoś nie odstawił ich na bok.
W pięćdziesiątym urodziła się Anka. Mały, cichy promyczek życia, nadziei na przyszłość i obietnica normalności.
Starszy Pan, codziennie obchodził święto swoich pań. Nie, nie kupował kwiatów, nie dawał im prezentów, nie mawiał komplementów. Jednak był z nimi bezwarunkowo i bezdyskusyjnie, nawet wtedy, gdy obowiązki trzymały go z dala od domu.
Trzy lata po narodzinach Anki Maria poczuła się źle. Dwa lata walczyła, w trzecim zgasła w ramionach przerażonego Starszego Pana. Został posępny z Anką. Postanowił, że rozstanie się z córką dopiero, gdy ona tego będzie chciała. Był mamą i tatą, zawsze blisko, zawsze ze wspierającym ramieniem, zawsze z pogodną twarzą.
Jedynie Anka znała go takim. Dla innych był milczkiem, zasępionym ponurakiem, odludkiem i rzeźbą.
Niczego nie stracił ze swej młodzieńczej, męskiej urody, więc był obiektem wielu westchnień, jednak niewiasty szybko zrażał do siebie chłodem i milczeniem.
Wraz z latami Anka stawała się jak Maria. Pogodna, łagodna i piękna.
2
Kiedy Starszy Pan jest smutny, Anka mówi do niego po angielsku, gdy on mówi rzeczy niezrozumiałe, mała zagaduje po rosyjsku, a gdy chce załatwić z nim coś trudnego, próbuje użyć niemieckiego. Po polsku mówią sobie rzeczy miłe, opowiadają radosne wieści i modlą się czasem wspólnie.
Oboje tęsknią za Marią, lecz nie afiszują się z tym. Starszy Pan udaje surowego, lecz oczy mu wilgotnieją, gdy łapie córkę na cichych rozmowach z Mamą. Wycofuje się wtedy milczkiem, dając córce czas na ten intymny kontakt.
Nie jest to tak, że ojciec i córka wędrują jedynie po nieboskłonach. Któregoś dnia Anka zameldowała:
- Tato, wiesz, chodziłam po ulicy z Jasiem i śpiewaliśmy jego piosenkę. Fajna jest. A niektórzy ludzie się do nas uśmiechali. Czy myślisz, że stworzyliśmy z Jasiem fajny chórek?
- Co to była za piosenka? Pamiętasz może słowa?
Sześciolatka się obruszyła.
- Wszystko pamiętam, chcesz posłuchać?
Starszy Pan słuchał i bladł, bo jego wypieszczona córka śpiewała pieśń lwowską, zakazaną, niewłaściwą, niebezpieczną:
Nasze małe żołnierzyki na placówkach stoją,
na placówkach stoją, na placówkach stoją
i śpiewają bolszewikom, że się ich nie boją,
że się ich nie boją, nic a nic!
- Ładnie? - pyta córka.
Jest kwiecień roku 1956. Stalin już odszedł, towarzysz Tomasz skończył w Moskwie śmiercią prawdziwego komunisty, atmosfera w Polsce nieco zelżała, jednak taka pieśń...
- Bardzo ładnie - mówi Starszy Pan - tylko, że to zakazana piosenka. Ktoś może nam zrobić krzywdę z jej powodu. Poproś Jasia, byście więcej jej na ulicy nie śpiewali. Poprosisz?
- Pewnie - odpowiada sześciolatka - mamy jeszcze wiele innych zabaw.
3
Dziś Anka skończyła dziesięć lat. To ważna data w życiu młodej pani. Ojciec, któremu wypada właśnie nocna zmiana, postanowił zabrać córkę na spacer i na lody oczywiście, czemu sprzyja gorączka kończącego się sierpnia. Przeszli przez ruchliwy Targ Węglowy, po drodze oglądając przejeżdżające tramwaje najnowszej generacji, teraz wyposażone w zasuwane drzwi (tylko najwięksi spece mogli wskoczyć do nich, po ruszeniu pojazdu z przystanku).
W Katowni trwały jakieś prace, a pod Złotą Bramą panował ścisk, w którym wszyscy przechodnie czuli się nieswojo. Za Bramą było już nieco luźniej, jednak i tu co jakiś czas trąbił na przechodniów zniecierpliwiony kierowca.
- I tak jest już lepiej, od kiedy wyprowadzono stąd tramwaje - powiedział ojciec, kierując twarz w stronę córki. Pomyślał przy tym, że ten fragment miasta powinien być w ogóle odgrodzony zaporami od miejskiego ruchu ulicznego, bo miejsce to jawiło mu się jako coś całkowicie wyjątkowego, jakby ktoś z rozwagą przygotował przepyszny szlak spacerowy.
Gdańsk, mimo przebytych piętnastu lat, nie uporał się jeszcze ze zniszczeniami roku czterdziestego piątego. Kwitnie już jednak życie na Królewskim Trakcie. Kino "Leningrad" przyciąga teraz projekcją "Krzyżaków", a kręta kolejka chętnych na bilety utrudnia marsz ulicą Długą.
Gdy doszli do Długiego Targu, zatrzymali się na chwilę przed Studnią Neptuna, dumą starówki, chwilę popatrzyli też na rusztowania wokół Dworu Artusa. Tutaj już nie straszą pozbawione stolarki okna, ale wciąż budynek obstawiony jest warstwą rusztowań.
- Tato, a co ci panowie tam robią? - pyta Anka, patrząca na ludzi w drelichach, szarpiących się z jakąś kamienną bryłą.
- Próbują zamontować coś, co bezmyślnie zniszczono. Minie kilka kolejnych lat i Gdańsk wróci do swojej normalnej, świetnej formy. Jednak jeszcze wiele takich kamieni trzeba będzie wytarmosić na ściany.
- A po co ludziom takie rzeczy?
- Ludzie mieli i mają różne potrzeby. Kiedyś lubowano się w takich ozdobach. Były dowodem gustu i, co tu dużo gadać, bogactwa.
- A ty chcesz być bogaty?
- Jasne, że chcę, ale swoje bogactwo już mam.
- Jak to? - mała jest wyraźnie zaskoczona, bo patrząc na ojca i na siebie nie widzi niczego szczególnego.
- Ty jesteś moim majątkiem. Innego nie chcę. Bądź koło mnie, póki możesz...
Ania chwyta ojca za szyję, wskakuje na niego i całuje go w oba policzki. Ten, nieco wzruszony i zawstydzony wylewnością córki, delikatnie zdejmuje ją z siebie i stawia na kamiennym bruku. Odwraca Ankę w stronę Zielonej Bramy i mówi:
- Idziemy dziewczyno, tam są nasze lody.
4
W lodziarni kolejka. Stojąc na Długim Pobrzeżu, obserwowali martwą Wyspę Spichrzów i gęstwę spacerowiczów podziwiających Żuraw.
Starszy Pan z satysfakcją oglądał odrestaurowaną Zieloną Bramę, która przetrwała mimo przyjacielskiej interwencji krasnoarmiejców.
- Praca to praca - myśli kapitan - jak trzeba wprowadzić statek do portu, to ja, jak trzeba postawić kawałek muru, to murarze, jak naprawić ulicę to brukarze. Znaczy, że mimo wielu znaków na niebie i ziemi, jeszcze żyjemy. I...
- Tato, a może popłyniemy statkiem?
Do nabrzeża dobiła właśnie "Panna Wodna", największy statek białej żeglugi w Gdańsku. Ze względu na późnawą porę nie było już tłoku na ostatni rejs.
- A może? Spróbujmy.
W kasie biletowej były jeszcze bilety na rejs do Helu. Powrót wieczorem.
- No to jedziemy, dostojna jubilatko.
Mała z przejęciem wchodzi po trapie na pokład. Statek lekko się kołysze, bo obok, chwilę temu, przepływała inna jednostka.
- Ale śmiesznie - mówi Anka - i ciągnie ojca na dziób. Ten posłusznie wędruje za nią.
Maszyny głośniej zamruczały, pokład lekko zadrżał, marynarz rzucił cumy na pokład i odbijają od brzegu, by ruszyć w stronę Zatoki. Póki płyną Motławą i kanałem portowym, ich wzrok przykuwają przybrzeżne budowle, przycumowane tu i ówdzie jednostki oraz przepływające obok holowniki. "Panna Wodna" od czasu do czasu syreną zgłasza swoją obecność i pruje wodę lekko zadartym dziobem. Po wyjściu na Zatokę przed nimi już tylko woda. Lekko sfalowana powierzchnia fascynuje swoją nieskończonością i odsyła w inne światy.
Ojciec nagle zdał sobie sprawę, że płyną na Hel, który opuścił w sierpniu trzydziestego dziewiątego roku, tuż przed wojną, bo taki dostał rozkaz. Zawsze wstydził się tego, że nie był z kolegami w najtrudniejszych chwilach. Rozkaz wyjazdu nakazywał mu powrót trzeciego września. Nie udało się.
To był początek klęsk, z którymi przyszło mu się mierzyć przez kolejne lata, a teraz, na wycieczkowym statku Żeglugi Gdańskiej, zobaczył twarze swoich kolegów z jednostki.
Uśmiechnięte, śpiewające, niespokojne, zacięte... Tak pewnie było do końca, ale on już zna to jedynie z opowiadań Maćka, który został i w efekcie spędził wojnę w oflagu.
Anka rozmawia z mamą.
- Patrz jak tu pięknie. Czy kiedyś byłaś na takiej wyprawie?
Spotkały się na Gwieździe Polarnej. Nareszcie! Anka zawsze chciała odwiedzić to miejsce.
Maria lekko zaprzeczyła ruchem głowy, ale nie odezwała się. Wpatrywała się w córkę z delikatnym uśmiechem. Tym razem nie było przytulanek. Może morze za głośno szumiało, może "Panna Wodna" za mocno kopciła, może Ojciec stał zbyt blisko.
Z zadumy wyrwał oboje czyjś okrzyk - patrzcie, już widać plaże...
Na Helu nie ma czego zwiedzać. Kilka starych chałup, sieci rozwieszone pomiędzy kutrami. Stare kutry. W niedzielę wszyscy byli w domach, więc nawet nie było kogo zapytać, co łowią, kiedy łowią, jak łowią. Po godzinnym spacerze rejs w drugą stronę. Przystań nad Motławą przywitała ich światłami migającymi w wodzie i tłumem wieczornych gapiów zainteresowanych oświetloną jednostką.
W drodze powrotnej siedzieli już w saloniku. Morze kołysało lekko statkiem, co uśpiło Ankę. Ojciec nie zbudził jej, gdy wysiadali. Podróżowała na jego rękach, póki nie ocknęła się, gdy przechodzili Zieloną Bramą.
Koło ratusza stał jakiś pan i próbował sprzedać ostatni bukiet kwiatów ze swojego ogrodu. Starszy Pan, który zasłużył na to miano wiele lat później, bez zastanowienia nabył bukiet i wręczył go córce.
- Wszystkiego najlepszego maleńka. Dziękuję ci za piękny dzień.
Trzymając się za ręce, dotarli do domu, by napić się herbaty, pomruczeć nieco przy włączonym radiu, a w końcu śnić o dzisiejszych przygodach.
Taki był początek wchodzenia Anki w dorosłość.
5
Pobudki nie było. Pani Zofia uważa, że dziecko w trakcie wakacji powinno spać do woli.
- Dzień dobry ciociu. Co tak ładnie pachnie?
Po wczorajszej wyprawie Anka spała nieco dłużej, a pani Zofia przygotowała pyszne śniadanie, w którym kakao występowało w roli głównej.
- Dzień dobry. Wstawaj, myj się i chodź na śniadanie. Mała znika w łazience, a pani Zofia wrzuca jajka na patelnię. Dziewczynka je, a opiekunka popija herbatę, z przyjemnością patrząc na wychowankę.
- Gdzie tak zniknęliście wczoraj? Ojciec mało nie spóźnił się do pracy.
- Ach! Popłynęliśmy na Hel, ale była wyprawa! Tato się zgodził bez wahania.
- A co na Helu?
- Nie wiem jak to powiedzieć. Takie dziwne miejsce, zupełnie inne niż nasze miasto. Nawet nie wiem, czy tam jest szkoła.
- Na pewno jest. Wszędzie są szkoły. Na szczęście.
- A czego będę się uczyć w czwartej klasie?
- Jak to czego? Polskiego, rachunków, historii, geografii. Będzie ciekawie. Człowiek musi wiedzieć, skąd się wziął i co go otacza. Bez tego jest słabeuszem.
- Jak to słabeuszem?
- Po prostu wszystko można mu wmówić, wszystko opowiedzieć po swojemu, a on w to będzie wierzył i może nawet stawać w obronie jakiejś głupoty. Wniosek prosty - trzeba się uczyć, by mieć własne zdanie.
Pani Zofia popiła nieco herbaty z filiżanki i zmieniła temat.
- Pójdziemy po sklepach, trzeba znaleźć podręczniki i zeszyty. Tato zostawił pieniądze.
Anka zainteresowała się kolejną wyprawą i przy okazji pyta:
- A będę mogła sobie wybrać jakiś piórnik? Mój spadł na ziemię i ma uszkodzone wieczko.
- Dlaczego rzucasz piórnikami?
- Nie rzucam, spadł - mała nie chce powiedzieć, że to nieostrożny Andrzejek jest sprawcą awarii.
- No dobrze, rozejrzymy się też za piórnikami - Pani Zofia i tak miała w planie taki zakup, bo czwarta klasa wymaga większego piórnika niż trzecia.
- Opowiedz mi jeszcze o waszej wyprawie. Długo nie wracaliście. Zastanawiałam się, co tym razem wymyślił twój ojciec.
- To nie tato, to ja. Ten statek był taki inny niż wszystko. Rzadko chodzimy nad Motławę. Dla taty takie widoki to normalka, ale dla mnie...
- Normalka powiadasz? Co to za słowo? - Niech ci będzie. Wkładaj buty i idziemy.
Schyłek sierpnia był ciepły, a w powszednie przedpołudnie wakacyjny ruch umiarkowany. Nasze bohaterki musiały podzielić zakupy na części. O ile z książkami nie było kłopotu, zakupiły je w księgarni na Długiej, o tyle z zeszytami sprawa nie była taka prosta. Trzeba było pochodzić, by w kolejnych sklepach papierniczych uzupełnić brakujące pozycje. Ostatnie zakupy, zeszyty z gładkimi kartkami oraz piękny, obszerny piórnik udało się zrobić na Garncarskiej. To był długi marsz, przez Groble, Targ Rybny, Podwale Staromiejskie.
W końcu dotarły do mieszkania, by odpocząć nieco przy muzyce płynącej z radia.
Herbata z konfiturami była przepyszna, na Ankę jednak spłynęła chwila zamyślenia. Pani Zofia jak zwykle od razu zauważyła zmianę na twarzy dziewczynki, jednak nie zrobiła żadnego gestu w jej stronę. Siedziała z półprzymkniętymi oczami i wydawało się, że cała skupiona jest na muzyce.
Nagle Ania zapytała:
- Ciociu, a dlaczego Mama musiała odejść?
- Nikt tego nie wie, moja piękna. Taki widać był plan Pana Boga. Jednak kiedyś się z nią spotkasz...
- Czasami się spotykamy. W trakcie podróży statkiem też tak było. Byłyśmy na Gwieździe Polarnej, ale nie mogłyśmy się dotknąć, a ja tak bardzo chciałam się do niej przytulić.
W oczach Anki nie było łez ani rozpaczy, tylko tęsknota...
- Nie ty jedna do niej tęsknisz, a jedyne co możesz zrobić, to żyć tak jakby ona sobie tego życzyła. Przede wszystkim opiekuj się tatą.
- Ja mam się opiekować tatą?
- Oczywiście. Nie jesteś już małą dziewczynką, a on potrzebuje ciebie bardziej niż czegokolwiek na świecie.
Dziewczynka zamyśliła się, koncentrując swoje myśli wokół tej opieki.
- Czy wystarczy, jak mu zrobię kawy po powrocie z pracy?
- Na razie wystarczy - odpowiedziała Pani Zofia.
I w ten sposób powstał zwyczaj witania Taty pachnącą kawą, którą regularnie przygotowywać będzie Anka przez najbliższe lata.
6
Anka dorosła mimochodem. Starszy Pan, podnosząc głowę znad gazety, zauważył, że jego córka dojrzała. Nigdy tak o niej nie myślał, aż tu nagle...
Gdy dziewczynka miała trzy lata, zaczęła się nią opiekować dorywczo Pani Zofia, starszawa eksnauczycielka, zrażona do pracy w powojennej szkole. Przygotowanie miała świetne, ale nie pasowało do powojennych polskich warunków. Pani Zofia znakomicie rozumiała dzieci, a jej drugą specjalnością była biegła znajomość języka rosyjskiego. Starszy Pan uzgodnił z nią, że będzie rozmawiać z małą w tym języku. Sam często zagadywał po angielsku, lecz gdy chciał wyrazić złe emocje, to ze spokojem używał niemieckiego. Pani Zofia towarzyszyła im w najtrudniejszym czasie odchodzenia Marii. To ona zadbała, by Anka miała szansę pogodzić się z tym, co się stało, by między nią a zmarłą trwał kontakt. Później została jako opiekunka, a wraz z latami stała się powiernicą i dobrym duchem ich maleńkiego domowego ogniska. Mieszkała niedaleko, poza opieką nad Anią wielu zajęć nie miała, była więc do dyspozycji, gdy Starszego Pana wzywały obowiązki zawodowe lub w nagłych wypadach, które małym dziewczynkom też czasami się zdarzają.
Wraz z latami jej wizyty w domu Starszego Pana były rzadsze, zaś Anka stawała się częstszym gościem opiekunki.
Ponieważ ani Pani Zofia, ani Starszy Pan nie mieli kontaktów rodzinnych, tradycją się stało, że we trójkę spędzali każde święta.
Matura dziewczyny wypadała w sześćdziesiątym ósmym roku i wszystko by było w najlepszym porządku, gdyby nie marcowe zdarzenia.
Pod oknami rozlegały się krzyki młodzieńców ganiających się z milicją, a z daleka, pod Żakiem, widać było tłum stojący nieruchomo, oświetlony palącymi się gazetami, trzymanymi w rękach.
Anka pyta:
- Tato, nie myślisz, że powinnam dołączyć do protestu? Postępują z nami chyba nie tak?
Starszy Pan:
- Nie myśl, że to wasz protest. Ktoś tym zarządza. Poczekajmy, za kilka tygodni będzie już spokój.
Starszy Pan nie lubił rozmawiać z ludźmi, jednak to nie dotyczyło Marii, córki i pani Zofii.
- Myślę sobie, że jeszcze musimy poczekać na nasz wolny kraj, ale to nie znaczy, że obecnie nie mamy swojego kraju. Póki pracujemy, modlimy się, rozmawiamy po polsku, uczymy się, czyli póki uczestniczymy w normalnym życiu, jesteśmy Polakami, a wymiarem naszego patriotyzmu jest jakość tego, co robimy.
- Tato, tak górnolotnie? Jestem młoda, chcę się bawić i myśleć po swojemu. Dlaczego ktoś mi mówi, co mam myśleć?
- To minie, dziecko. To co zewnętrzne to minie. Pod warunkiem, że będziemy trwać przy zasadach. Wierz mi, że moja praca w porcie nie jest mniej warta niż zarządzanie polskim okrętem wojennym, a twoja nauka jest równie ważna, jak matki trwanie przy Madonnie.
- Przytul mnie Tato...
Kiedyś Starszy Pan brał córkę na kolana, huśtał ją, przytulał, całował w policzki. To były naturalne zachowania taty wobec małej dziewczynki. Teraz jednak prośba Anki zaskoczyła go i speszyła, bo chwilę wcześniej zauważył, że przed nim stoi dorosła, piękna kobieta, która prosi o coś niewłaściwego. Anka źle odczytała wahanie ojca.
- Gniewasz się na mnie?
- Skąd, nagle jednak zobaczyłem, że jesteś już dużą dziewczynką... - Nigdy tak do mnie nie mówiłeś.
- Chyba nagle coś do mnie dotarło, przepraszam cię. Starszy Pan teraz wyciągnął ręce, przyciągnął głowę córki do siebie i całując ją w czoło, chłonął zapach jej włosów.
Od tego dnia wiele się zmieniło w ich domu.
Anka zachowała dystans wobec "wypadków marcowych". Nieco bardziej zapalczywych od niej kolegów, powyciągał z tarapatów ich mocno politycznie umocowany dyrektor ogólniaka, a majowa matura pozwoliła dziewczynie wstąpić na nową ścieżkę edukacji. Nieco się wahała: architektura czy malarstwo, ale w końcu rozsądek zwyciężył i postanowiła zostać inżynierem.
Po udanych egzaminach wstępnych, w październiku mianowano ją studentką Politechniki Gdańskiej. Starszy Pan, dumny i szczęśliwy, nawet do przechodniów uśmiechał się teraz czasami, co mieszkańcom Wałów Jagiellońskich wydało się znaczącym odstępstwem od przyjętych do tej pory zasad.
Szło nowe.
7
Starszy Pan siedzi samotnie w pokoju i myśli o tym, co widział, wracając ze służby do domu. Na ulicy czarny, brudny tłum. Wielki, groźny i wściekły. Masa ludzi przemieszczająca się w stronę centrum.
Starszy Pan nie przyłączył się do tych ludzi. Jego mundur nie pasował do takiego otoczenia.
Starszy Pan jest niespokojny, bo Anki wciąż nie ma w domu. Powinna już być, zajęcia na uczelni skończyły się dawno temu. Może zaangażowała się w wiecowanie?
Starszy Pan wciąż uważa, że kolejne przepychanki ludzi pracy z władzą są komuś na rękę. Odradza córce angażowanie się w uliczne akcje i jest pewien, że zgodnie z tradycją wiece doprowadzą do zmiany kilku nazwisk, a reszta pozostanie po staremu. Dziś widział duże siły milicji pochowane po zaułkach i bramach. Nie wyglądało to dobrze, a Anki jak nie było, tak nie ma.
W końcu pod wieczór weszła do domu. Zdyszana i roztrzęsiona, bo miała problem z dotarciem na Mariacką. Wokół dworca zebrała się ciżba, w tym wielu jej kolegów z politechniki, by wykrzyczeć swój sprzeciw wobec jawnej niesprawiedliwości.
Anka, pamiętająca słowa ojca, nie chciała uczestniczyć w tym zamieszaniu, nie było to jednak takie proste, bo teren został otoczony przez uzbrojoną w pałki milicję.
W końcu jakoś udało jej się przedostać do Garncarskiej i odejść w stronę starówki.
- Przepraszam tato. Tramwaje nie jeżdżą, a piechotą pokonać ten tłum nie było łatwo. Ludzie są mocno wzburzeni. Nie widzą szans na utrzymanie rodzin po zaproponowanych podwyżkach. Różne rzeczy tam słyszałam o władzy ludowej, wyzysku, niewolnictwie i chęci zemsty. Bałam się.
- Też się boję, ale najważniejsze, że jesteś. Czekam z herbatą. - Co teraz będzie, tato?
- To, co zwykle, tyle że gorzej. Może powtórzyć się Poznań. Obie strony są zdeterminowane, a jedna z nich ma wyszkolonych ludzi i sprzęt.
- Tato, ale robotnicy też byli w wojsku, znają chyba sprzęt...
- Pewnie, ale miejmy nadzieję, że go nie zdobędą. Byłem już sześć lat na wojnie i chyba wystarczy. Napatrzyłem się.
Ojciec z córką rozmawiali jeszcze z godzinę i doszli do wniosku, że sprawę należy przeczekać.
- To może nie być łatwe - mówił Starszy Pan - jednak postaraj się trzymać nieco z tyłu. My potrzebujemy architektów, a nie studenckich grobów.
- Myślisz, że może być aż tak źle?
- Myślę, bo widziałem ten tłum i uzbrojonych milicjantów pochowanych po bramach. Oby nie. Może jutro nie pójdziesz na uczelnię?
- Pójdę, muszę być razem z kolegami, architekci nie mogą się alienować, ale obiecuję, że nie wejdę na żadną mównicę.
Starszy Pan z satysfakcją i niepokojem patrzy na córkę. Patrzy na Ankę, a widzi Ankę i Marię. Są w tym samym wieku, co wciąż bardzo go zaskakuje, bo Anka to przecież dzidziuś. Jednak podobieństwo dwudziestoletniej Anki do matki jest zdumiewające, a ojciec nie wie, czy to nagroda za coś, czy kara, bo w takich chwilach tęsknota za Marią chwyta go za gardło i paraliżuje ciało. Córka oczywiście zauważa te momenty, ale nie reaguje. Wie, że to jakaś trauma skrywana. Po czasie wszystko wraca do normy, ojciec się rozluźnia i znowu mogą prowadzić swoje dialogi.
Najbliższe dni to czas strachu dla obojga. Dla niego, bo córka jest w niebezpieczeństwie. Dla niej, bo odbiera drugą lekcję społecznego życia, tym razem jednak znacznie trudniejszą. Niebawem na ulicach pojawią się czołgi, budynki będą płonąć, a na peronach i ulicach będą ranni i zabici.
Obojgu ten czas zostawi w duszach ślad na całe życie, dla obojga będzie też nauką, że ufać sobie mogą bez zastrzeżeń, a trudne okoliczności jedynie cementują ich rodzinne związki.
8
Do wianka wspomnień potrzebny jest rok siedemdziesiąty.
Dla Starszego Pana to rok smutny i bogaty w niedobre zdarzenia. Siwych włosów przybywa, rysy zaostrzają się, sylwetka jakby kurczy się pod ciężarem zdarzeń.
Sytuacja w porcie napięta, bo stocznie blisko, a tam lud roboczy zaczyna kręcić nosem. Mimo wytężonej pracy, planów zdobywanych w pocie czoła przez załogi, doniesień telewizyjnych o sukcesach i światowej potędze, ludziom ubywa w portfelach. Na dodatek, gdy już coś tam mają, to wydać to muszą czym prędzej, bo w sklepach towary pojawiają się i znikają, choć większość tak zwanych "dóbr" jest na przydziały, talony i polecenia znajomych.
Trudno się żyje w takim świecie. Trudno spojrzeć w twarz żonom, mężom, dzieciom. Bo był plan, ale już go nie ma. Budujemy światową potęgę, więc...
Umilkły już odgłosy V Zjazdu Partii, ulotniła się z pamięci Sala Kongresowa wypełniona tłumem stojących działaczy krzyczących miarowo Wiesław, Wiesław...
Starszy Pan, oglądając te sceny na ekranie domowego ametysta, nie był w stanie ukryć zażenowania. Pewnie jako jeden z nielicznych w Polsce, zdawał sobie sprawę, że taki wybuch miłości do ukochanego przywódcy musi się skończyć czymś nieprzewidywalnym. Prawdą jest, że Wisława nie pisała już o Wiesławie jak o zbawcy narodów Stalinie, jednak prasa podążała tropem bałwochwalców.
A Wiesław uwierzył.
No i działo się.
Na ulicach mruczał szary, brudny, groźny tłum. Jesienny chłód ogrzano pożarami i plądrowaniem sklepów. Nad Gdańskiem zawisły dymy, a w mieście niósł się huk salw karabinowych. W użyciu były kamienie, butelki i... czołgi.
W zbuntowanej Gdyni strzelano do ludzi z ziemi i z powietrza. Żeby nie było: porządek musi być.
Anka w domu płacze. Nie wszyscy jej koledzy przeżyli, a kilku jest rannych.
- Tato, co teraz?
- Teraz musimy poczekać. Tej lekcji nikt nigdy nie zapomni. Na pewno nie za twojego życia.
- Mamy się bić? Organizować partyzantkę, czy co?
- Nie, maleńka. - Starszy Pan nie ma wątpliwości - teraz nastąpi tradycyjny dalszy ciąg. Kilku wyrzucą, z dwóch może zamkną i wszystko wróci do normy. Jedni dostaną podwyżkę, inni awanse, a ci, którzy chcą po prostu żyć, muszą po prostu poczekać.
- Nie mogę pojąć tego wszystkiego. O co w końcu chodzi? Przecież ci protestujący ludzie są zdeterminowani z jakiegoś powodu.
- Tak córeczko, zdeterminowani i zachęcani umiejętnie do działania. Im bardziej dramatycznie, tym lepiej. Za chwilę zmieni się kilku przywódców i będzie spokój.
- A groby? A cierpienie ludzi?
- Ech Aniu, historia pisze się właśnie w taki sposób. Najpierw są jakieś działania, podjazdy, akcje, a później ludzie śpiewają piosenki, piszą wiersze, stawiają pomniki.
- To, co mam robić, Tato? Jak być uczciwym w tej cynicznej grze?
- Nie wszyscy są tu cynikami. Większość tego tłumu przeżywa dramat życia. To parszywe jednostki są cyniczne, przebiegłe i realizują podły plan. Żeby wyrzucić kilku, robi się doświadczenia na tysiącach, setkach tysięcy lub milionach. A do nas należy prosta praca. Do mnie dbałość o bezpieczeństwo w porcie, do ciebie pilne poznawanie zasad budownictwa.
Bo życie to bardziej port i mieszkania niż komitety. Bez komitetów świetnie sobie poradzimy. Są dowody.
- Wiesz, że uczysz mnie wstrętu do działań "na rzecz"?
- Nie, Aniu. Ludzie muszą się organizować, jeśli chcą coś osiągnąć. Tyle, że czym innym jest hierarchia w pracy, a czym innym wodzowski system, który fundują nam władcy PRL.
- Nie boisz się tego mówić?
- Tobie mogę, na szczęście, a gdzie indziej jestem milczącym mrukiem.
- Chodźmy do kościoła - zaproponował Starszy Pan - tam ludzie modlą się za ofiary. Może przyjdzie nam do głów jakiś pomysł na normalny kraj...?
9
Jakiś rok po wydarzeniach grudniowych, gdy Gdańsk już dochodził do siebie, a studenci wrócili do swoich podstawowych zajęć, Anka w przerwie między jednym a drugim projektem, spędzała popołudnie w domu, czytając po raz kolejny "Mistrza i Małgorzatę". Kiedy odłożyła książkę i ruszyła w stronę kuchni, by przygotować sobie herbatę, zapukała w futrynę pokoju ojca, by zapytać, czy i jemu przygotować ten królewski napitek.
Starszy Pan poprosił.
Gdy przyniosła mu gotowy napój, jak zwykle z odrobiną cytryny i jak zwykle nieco osłodzony, nagle, niespodziewanie dla samej siebie, zapytała:
- Tato, jak to jest z tą miłością? Czy ty wciąż kochasz mamę? Ojciec uśmiechnął się zagadkowo.
- Żartujesz czy pytasz poważnie?
- Wiesz przecież, że poważnie. Może ten Bułhakow tak mnie nastraja?
- No cóż, miłość nie pyta o zgodę, ona po prostu zjawia się i jest. Czasami znika, powodując tym sposobem wiele nieszczęść, ale moja nie ulotniła się, trwa. Wciąż tęsknię za twoją matką.
- Jak to wciąż? Mama już przecież nie żyje szesnaście lat. Jak to wciąż?
- Nie żyje szesnaście lat? Czyżbyś z nią nie rozmawiała, co i rusz? Ja też z nią często rozmawiam. Pytam o siebie i o ciebie. Nawet dziś pytałem, czy nie zechciałaby przytulić się do mnie. Poza tym jestem całkiem normalny.
Dziewczyna, poruszona, wróciła do swojego pokoju. Szybko przełknęła herbatę, jednak po słowach ojca straciła ochotę na dalszą lekturę.
Z korytarza zawołała:
- Tato, idę pochodzić po mieście. Muszę trochę podumać w gwarze wieczoru. Poszła, a Starszy Pan zapatrzył się w ciężkie drzwi kamieniczki naprzeciw, które co chwila otwierały się bezgłośnie wpuszczając i wypuszczając bywalców knajpki dla literatów. Nie widział jednak konkretnych postaci, tylko ten ruch. W pewnym momencie popatrzył uważniej, bo postać, która teraz opuszczała lokal, to była chyba jego Maria.
- Jaka piękna, pomyślał i wciąż taka młoda.
Z jej twarzy zniknęły już zupełnie ślady wojennej tułaczki i chorobowe bruzdy. Cerę miała zdrową, a oczy skierowane wprost na Starszego Pana. Nie wiadomo jak znalazła się w pokoju obok niego. Nie wiedział, czy to sen, czy jawa, ale wszystko było tak realne. Przytuliła się do niego i poczuł znowu zapach jej włosów. Nie mógł opanować wzruszenia, a ona szeptała:
- Jestem przecież i zawsze będę...
Anka cicho weszła do pokoju. Ojciec siedział w fotelu, a w kącikach jego zamkniętych oczu zawisły dwie łzy.
Dotknęła jego ramienia.
- Może się położysz? Już pora chyba.
Odwracając głowę w stronę okna, patrząc znów we wrota kawiarni literackiej, próbował ukryć wzruszenie i nietypowo dla niego zgodził się bez wahania.
- Masz rację, jutro mam poranną służbę, trzeba już spać.
10
Starszy Pan to zabytek. Mimo dość młodego wieku, wyróżnia się zasadniczym podejściem zarówno do spraw ważnych, jak i całkowicie błahych. Jego panie wiedzą, że tak musi być i nawet nie próbują protestować.
Zasady są proste - szklanki muszą być umyte, wytarte i ustawione na półce, łóżka zaścielone, a codziennie wieczorem słychać w domu odkurzacz. Starszy Pan mówi, że zawsze to lepiej, gdy wstaje się do czystego domu.
Nikt nie wie, jak to jest z rana, ale wiadomo, że dzień i on, i Anka kończą wieczornym pacierzem. Dla niego to rutyna wyniesiona z domu, poparta wieloletnią praktyką i oczywista potrzeba gwarantująca pozostawanie człowiekiem bez względu na okoliczności. Dla niej to chwila na myśli o Mamie, a czasami, gdy jest szczególnie radośnie lub gdy pojawi się jakiś kłopot, na rozmowy z nią.
Do mycia okien nie zatrudniają nikogo, bo to domena Starszego Pana - latem robi to raz na dwa tygodnie, zimą zawsze przed pierwszym. W domu jadają razem jedynie kolacje i tylko wtedy gdy Starszy Pan nie ma służby. W święta mają szansę na dwa wspólne posiłki i zawsze ją wykorzystują.
Pani Zofia towarzyszy im niezmiennie i taktownie, ponieważ wie, że oboje wciąż koncentrują się na nieobecnej Marii. Zazdrości im nawet tej wspólnej umiejętności bycia z kimś, kto już dawno umarł.
Przed kolacją wigilijną lub przed wielkanocnym śniadaniem Starszy Pan składa życzenia Pani Zofii, a ona życzy czegoś Ance. Ojciec i córka nigdy nie składają sobie życzeń, nie chcą być powierzchowni, więc tylko przełamują się opłatkiem lub święconym jajkiem, przytulają się z wyrazem twarzy zarezerwowanym na tę okazję i milczą dłuższą chwilę.
Po minucie lub dwóch rozpoczynają modlitwę, w której proszą o kolejny spokojny rok.
Starszy Pan wie, o co prosi, a córka wierzy mu, gdy mówi, że to jest najważniejsze. Pani Zofia zgadza się z nimi i od lat z radością uczestniczy w tych spotkaniach.
A lata mijają szybko, bo wypełnia je lubiana praca i różne pasje dziewczynki, dziewczyny, kobiety.
Jest rok 1973. Anka właśnie ukończyła studia. Teraz jest architektem, a jej praca dyplomowa zyskała tyle uznania, że może ją obejrzeć każdy, kto odwiedza hol Politechniki Gdańskiej. Postronny obserwator mógłby dojść do wniosku, że życie Starszego Pana i jego córki to nudne pasmo rutyny i obowiązków: jego można posądzić o pracoholizm, a ją o kujoństwo wielkie. Nic bardziej mylnego, choć przyznać trzeba, że oboje znają wagę spraw ważnych. W mieszkaniu na Mariackiej, bo z końcem lat sześćdziesiątych tam właśnie zaprowadził ich los, od lat kilku jest gwarno i tłoczno. Wraz z maturą i studencką wiosną, świat Anki otworzył się na koleżeństwo, a Starszy Pan nie widział powodu, by protestować. Chętnie też przysłuchiwał się rozmowom "młodziaków" oraz, o dziwo, chętnie słuchał z nimi muzyki ich pokolenia - tym bardziej że big-bit lat sześćdziesiątych zdążył się już ubrać w Skaldów, Bogusława Meca i barwnego, wielkiego Niemena.
Starszy Pan widzi, że muzyka jest dla towarzystwa Anki fajnym przerywnikiem, jednak ich główne zainteresowania kręcą się wokół innych spraw. Trochę polityki, dużo zakazanych książek, wiele pomysłów na życie, na karierę, na biznes i o dziwo, w całkowitej niezgodzie z otaczającym światem, na miłość, która ma być jedyna i dozgonna.
Krąg Anki to bywalcy teatrów, kin i dyskotek, którzy znajdują jeszcze czas na rajdy, wyprawy rowerowe, na biwaki pod namiotem, na rejsy po morzu i wielkich jeziorach. Starszy Pan nie wie, jak łączą obowiązki szkolne z przygotowaniem łodzi, zdobyciem lub zrobieniem sprzętu, z planowaniem wypraw...
Czy w samodzielnym życiu będą tacy sami? Czy potrafią zachować tę ciekawość świata i świeże spojrzenie?
Ojciec Anki, studiując tomy prozy Simonowa, postanawia w spokoju zaczekać na rozwój wydarzeń. Nie niepokoi się o córkę, za to z ciekawością czeka na jej kolejne wybory.
Dotychczasowy rozwój wydarzeń wieje optymizmem. Nie ma powodów, by Anka miała stracić status Ukochanej Córki, która wciąż daje powody do ojcowskiej dumy.
11
Pani Zofia z trudem wydrapała się na pierwsze piętro, by zapukać do mieszkania Starszego Pana. Lata płyną nieubłaganie i chodzenie sprawia jej już trochę trudności.
Pani Zofia to rocznik dziesiąty. Jako dwudziestolatka ukończyła studium nauczycielskie i od tego czasu zawsze zajmowała się cudzymi dziećmi. Ta praca tak ją pochłaniała, że nigdy nie zdobyła się na własne. Oczywiście i w jej życiu byli mężczyźni, jednak gdy Józia zabrali, to świat marzeń o założeniu rodziny, rozwiał się wraz z nim.
Powojenna szkoła była jej miejscem pracy przez kilka lat, jednak nie czuła się w niej dobrze. To był inny świat niż ten, do którego została przygotowana przedwojenną edukacją. Odeszła, by oddać się prywatnym zajęciom. Nieco pisała, nieco dawała korepetycji z rosyjskiego, no i oczywiście zajmowała się cudzymi dziećmi.
Tak trafiła do Starszego Pana i jego słabej już małżonki. Mała Ania wymagała opieki, a jej ciekawość świata i chęć poznawania nowości, dawały wiele powodów do satysfakcji. W efekcie zajmowanie się małą zaczęło być podstawowym zajęciem Pani Zofii.
Ta istotka zawsze była twarda i nietypowa. Od zawsze zainteresowana tym, co było i tym, co z czego wynika. Oczywiście dom miał wpływ na to, że nie tylko nie pozwoliła się zapisać do czerwonych zuchów, ale też nie zawiadomiła Starszego Pana o tym, że w szkole ma z tego powodu problemy. Kiedy z ust sąsiadów wiadomość ta dotarła do Pani Zofii, bo ich dzieci chętnie opowiadały swoje szkolne historie, było już po sprawie. Szkolni wychowawcy odpuścili, a Anka pozostała jedyną niezorganizowaną osobą w klasie. Nikt nie miał tyle odwagi co ona, nikt też chyba nie przykładał takiej wagi do zobowiązań zaciąganych wobec szkolnej władzy.
Pani Zofia myśli, że to szkoła Starszego Pana i wciąż jest pełna podziwu dla umundurowanego wilka morskiego, zesłanego do pracy w Kapitanacie, ze względu na wojenne historie.
Drzwi od mieszkania otworzyły się natychmiast, a szczęśliwa Anka z radością i rzutem na szyję przywitała Panią Zofię. Ze łzą wzruszenia przyjęła piękną czerwoną różę, którą była opiekunka wręczyła jej wraz ze słowami:
- Witaj w rodzinie wykształconych ludzi!
To był proszony, późnawy obiad dla trzech osób. Magister inżynier architekt to jest ktoś, więc Anka przygotowała odświętny stół oraz potrawy, których przyrządzania nauczyła się od Pani Zofii. Tym razem wszystko przygotowała sama, a stół ozdabiała butelka białego wina, murfatlaru, której zdobycie sprawiło świeżo upieczonej absolwentce, największy kłopot.
Przy stole Starsi Państwo rozgadali się nieco, wspominając swoje własne promocje. Ich rozmowy krążyły jednak głównie wokół perspektyw Anki.
- I co teraz, moja panno? - pyta ojciec.
- Pewnie pójdę do Miastoprojektu.
- I co tam będziesz robić?
- Gdańsk to wielki plac budowy, dla każdego jest praca.
- Czy ja wiem - zastanawia się Starszy Pan - przecież wszystkie obecnie stawiane budynki są takie same.
- Na razie tak, ale to pewnie się zmieni, bo ludzie zawsze będą szukać czegoś nowego. Poza tym każdy z nas ma swoją wizję mieszkania, domu, osiedla czy dzielnicy.
- Chyba nie zaczniesz od dzielnicy? - wtrąca się Pani Zofia.
- Ciociu, pewnie, że nie. Będę robiła, co mi polecą, jednak i tak chciałabym mieć własną wizję i własne zdanie. Nie mogę też robić rzeczy wbrew sobie. I na pewno nie będę niczego takiego robiła.
- Dziś najważniejsze jest, że zostałaś kompletnym architektem. Świętujmy więc - Pani Zofia wolała cieszyć się, niż zachowywać dystans.
Chwilę jakąś delektowali się winem, a później, jak to często przy takich okazjach, zebrało im się na wspominki.
- Pamięta pan może nasze mieszkania przy Zamenhofa?
- Dlaczego miałbym zapomnieć? Jednak dawno tam nie byłem, jakoś się nie składa. Bo wie pani, Pani Zofio, praca, dom, praca, dom. Taki usypiający rytuał. Człowiek w tym wszystkim gubi sens. Gdyby nie moja złota panna, całe życie byłoby bezcelowe.
Słysząc to Anka wstała, obeszła stół dookoła, by przytulić się do ojca i pocałować go w oba policzki.
- Bez ciebie, tato, nie byłabym sobą. Jednak kiedyś pewnie odejdę, przecież wiesz o tym?
- Nigdy nie odejdziesz. Nawet jeśli zamieszkasz w Ameryce, zawsze będziesz mi towarzyszyć.
Pani Zofia przyglądała się tej scenie z przyjemnością. Pięćdziesięcioletni Starszy Pan, nie tylko w niej, budził podziw męską urodą, konsekwencją i spokojem. On z jakąś przedziwną rezygnacją skupił się na jedynej córce, a wszystko inne i wszyscy inni byli jedynie dodatkiem.
- Jeśli Anka wyjdzie za mąż - myślała Pani Zofia - i nie daj Boże, wyjedzie gdzieś z Gdańska, to Starszy Pan przeżyje kolejną klęskę. Przeżyje?
Kolacja dobiegła końca. Starszy Pan wyszedł odprowadzić Panią Zofię do taksówki, bo zwykły spacer na Kartuską był już ponad jej siły. Anka tymczasem, zamyślona, robiła porządki. Wiedziała, że życie ma dla niej nowe zadania i nieco bała się tego. Nad strachem jednak dominowała ciekawość. Bo już nie uczelnia, nie zajęcia, nie projekty i egzaminy, tylko... no właśnie, co tylko? Czy potrafi, jak ojciec, zatopić się w pracy? Jest przecież tyle szans, tyle krajów, tyle idei, z którymi ledwie się zapoznała.
Starszy Pan nie wracał, a zmierzch już zapadł i rozpoczęła się krótka noc czerwcowa. Dziewczyna ruszyła na swoją wędrówkę. Na Mariackiej nieliczne światła oświetlały przedproża, a przechodnie, po wyjściu z miejscowych kafejek, prowadzili głośne rozmowy. Nad Motławą refleksy świateł błądziły po wodzie, a gwar dochodził spod Żurawia, z Dominikańskiej i od Kubickiego. Gdańsk to bezpieczne miasto, więc nikt nie zaczepiał zatopionej w marzeniach dziewczyny. Gdy wróciła do domu ojciec czekał na nią przy filiżance herbaty.
- Jak spacer?
- Dziwnie tato. Jakbym weszła do szklanego tunelu, z którego coś widać, lecz dźwięków brak. Na coś czekam, ale na co?
- Nie martw się, dziecko. Dziś twój wielki dzień. Obrona wypadła okazale, a twoi bliscy są z ciebie bardzo dumni. Teraz powinnaś pojechać na wakacje. Może, jak dwa lata temu, Czarny Dunajec?
- Tym razem chciałabym popływać. Ruszamy z Kaśką na Mazury. Nie zostanę kapitanem jak ty, jednak na majtka nadaję się świetnie. Mogę też być kucharzem.
- To dobry plan. Odpocznij, a życie samo znajdzie dla ciebie nowe cele.
- Dobranoc, tato. Dziękuję za dobre słowo.
- Dobranoc, pani inżynier.
Tym razem zasypiali pewni, że sprawy potoczyły się w dobrą stronę. Czy zawsze tak będzie?
12
Norwid pisał o sobie, że jest starcem, gdy miał lat czterdzieści. Po roku czterdziestym piątym słychać było tu i ówdzie, kiedy umarł pięćdziesięciolatek, że pożył już sobie trochę. W latach siedemdziesiątych za starców uważano, nie wiedzieć czemu, ludzi po sześćdziesiątce. Tak też traktowano Panią Zofię, która na dodatek niedomagała z jakiegoś złośliwego i nieokreślonego powodu. Dlatego też Starszy Pan odprowadził ją na postój taksówek - parę kroków, na Piwną, a gdy odjechała, ruszył na obchód miasta. Zawsze tak myślał, gdy wędrował ulicami starówki o zmierzchu. Nigdy nie mówił "byłem na spacerze", zawsze meldował po powrocie "obchód zakończony".
Tymczasem Pani Zofia, która na Kartuską dotarła w niecałe pięć minut, nie mogła uwolnić się od myśli o Ance i jej ojcu. To, że sukcesy młodej panny były w dużej mierze skutkiem jej osobistego zaangażowania, jakoś nigdy nie przyszło jej do głowy. Tym razem stanęło opiekunce przed oczami całe dwadzieścia lat wspólnej drogi, uwieńczone właśnie wzorowo uzyskanym dyplomem architekta.
Mała od pierwszego dnia znajomości zyskała serce Pani Zofii, bo sama chciała być opiekunką chorowitej matki. Nosiła wodę do lekarstw, podawała ręczniki i w ogóle starała się być jak najbliżej. W tej małej główce jasno paliło się światło "trzeba pomóc mamie", więc pomagała jak umiała. Mama była coraz słabsza, w końcu odeszła, a pięcioletnia Ania, która zrozumiała, że stało się coś innego niż zwykle, stała, trzymając matkę za stygnącą rękę. Nie szlochała, chociaż łzy płynęły jej z oczu. Obecny doktor przyłączył się do modlitwy nad umarłą, a Anka wraz z ojcem i panią Zofią odmawiała:
- Wieczny odpoczynek racz jej dać Panie...
Opiekunce zdawało się, że to dziecko już jest dorosłe, już rozumie, że czasami tak musi być, że czasami ludzie odchodzą za wcześnie.
Mała milczała przez kilka miesięcy. Podobnie jak ojciec porozumiewała się z panią Zofią pojedynczymi słowami lub gestem. Dopiero w wigilię, w ich pierwszą wspólną wigilię, podeszła do Pani Zofii, przytuliła się i poprosiła:
- Ciociu, ty nie odchodź, bądź z nami jak najdłużej.
To był przełom. Od tej wigilii zaczęły się w domu Starszego Pana normalne rozmowy. Kapitan uznał pewnie, że przedłużająca się cisza szkodzi córce, więc z trudem budowali nowy świat. Maria była obecna stale, jednak jej obecność ukrywano skrzętnie, by nie ranić się nawzajem. W wypadku Pani Zofii i Starszego Pana była to postawa świadoma, a Anka "zastosowała się" do domowej praktyki.
Później były spacery, wyprawy do Teatru Lalek, wycieczki do ZOO i na molo w Sopocie. Aktywność miała przywrócić dziecku dzieciństwo. Udało się tylko częściowo. Pani Zofia doszła do wniosku, że mała dziecinniała w odwrotną stronę, bo dopiero gdy kończyła podstawówkę, można ją było spotkać roześmianą i usłyszeć od niej niejedną ciekawą opowieść.
Starszy Pan (jak wiadomo wtedy nie był znowu taki stary, raptem trzydzieści parę lat), rozpogadzał się wraz z córką. Uznał chyba, że niebiosa w nagrodę za wierność, cierpliwość i rezygnację z buntu, zesłały mu wyjątkową istotę na pociechę. Z wolna więc wracał do ich mieszkania uśmiech, a z czasem zaczęła też wpadać do nich prosta i oczywista gdzie indziej, radość.
Pani Zofia zaczęła być częścią tej rodziny mimowolnie, chociaż nigdy nie przestała być współpracownikiem. Wraz z latami jej obecność zmieniała charakter. Z początku opiekunka małego dziecka, później powiernica dorastającej panienki, w końcu starsza przyjaciółka, hołubiona przysmakami lub wzywana do rozwiązywania kryzysowych sytuacji.
Starszy Pan, zawsze elegancki i przystojny, wraz z upływem czasu nabierał dostojeństwa. Przez to dwudziestolecie rysy mu się wyostrzyły, dodając mu jeszcze męskiego charakteru. Tymczasem jego usposobienie jakby złagodniało. Już nie był taki zdawkowy jak kiedyś, już dyskutował o rzeczach błahych, choćby o tym, jak dobrze zakisić kapustę, ale potrafił też zajmująco opowiadać o swoich wrażeniach z teatru. Nie było cienia wątpliwości, że Maria wciąż jest obecna w jego myślach, aczkolwiek zauważyć to mogły jedynie domowniczki.
Pani Zofia czuje się ostatnio dość słabo, lecz bez wyraźnej przyczyny. Być może tak wpływa na nią emerytura, może jakieś nieokreślone sprawy kobiece, a może dieta zmieniona nowym trybem życia? Może to brak perspektywy? Obrona Anki wyraźnie ożywiła, mocno ostatnio zrezygnowaną, opiekunkę. Po wspólnie spędzonym popołudniu i wieczorze, kilkugodzinnych rozmowach, wspominkach i śmiechach, po wyprawie w świat przyszłych prac i podróży, wróciła pogoda ducha i pewność, że jeszcze wiele niespodzianek przygotuje dzisiejsza triumfatorka.
To był moment, na który warto było czekać dwadzieścia lat.
13
Anka zagłębiona w myślach o nowym projekcie, który powierzono jej w komunalce, wędrowała po obrzeżach starego Wrzeszcza. Oglądając kolejne domy ulicy Szymanowskiego, niespodzianie dla siebie samej weszła w świat dzieciństwa. Ulica Zamenhofa, cicha jak zwykle, senna nawet, można by rzec, już dawno rozstała się ze swoimi policyjnymi lokatorami. Po wojnie zamieszkali tu ludzie przygnani niespodziewaną potrzebą z różnych okolic międzywojennej Rzeczpospolitej. Trafił tu dziwnym zrządzeniem losu i Starszy Pan ze swą cudem odzyskaną miłością - Marią. Tu urodziła się Anka i Zamenhofa stało się jej pierwszym światem. Wszystko zapamiętała: i rodzinne spacery do lasu na górkach, ze wspaniałym pasażem Alei Brzozowej, i samodzielne wyprawy po bułki do piekarni na Fornalskiej, i saneczkarskie wypady na Rolną, i mięsne zakupy w sklepie Cyrzona. Tu nauczyła się jeździć hulajnogą, tu pierwszy raz rozbiła sobie kolano, próbując jazdy rowerowej, tu bywała w drewnianym kościele, przeniesionym później na górkę przylegającą do lasu.
No i tu właśnie zachwyciła publiczność śpiewając chóralnie lwowską pieśń o bolszewikach.
Mieszkanie dzielili początkowo z trzema innymi rodzinami, chociaż ten fakt pamiętała słabo, raczej jako fragmenty późniejszych opowiadań. Po dwóch latach zajmowali już jedną trzecią lokalu i mieli do dyspozycji własną łazienkę.
Po jakimś czasie Starszy Pan przytargał do domu pralkę wykonaną w portowych warsztatach i Anka nie musiała już deptać bielizny w wielkiej poniemieckiej wannie, za to szum prania słychać było w całym domu, od piwnic, aż po strych.
Za domem był wielki ogród. To on dał dziewczynce pojęcie co to są kury, gęsi i indyki, bo taki inwentarz hodowali sąsiedzi. W ogrodzie było też pełno warzyw, owoców i kwiatów. Te ostatnie były fascynacją Starszego Pana.
Wspomnienia przerwał klakson, bo z rzadka i po Zamenhofa jechał jakiś samochód, a zamyślona projektantka zwracała uwagę na wszystko poza ruchem ulicznym.
Samochód dał sygnał i zatrzymał się, Anka przygotowana na ostrą reprymendę, ze zdziwieniem i radością zobaczyła uśmiechniętą twarz Wojtka, mocno starszego kolegi, który wprowadzał ją do zuchów. Był wtedy ważną postacią, odpowiedzialnym druhem przybocznym. Słyszała, że skończył medycynę i że pracuje w którymś z gdańskich szpitali. Teraz, pierwszy raz spojrzała na niego dorosłymi oczyma. Jego uśmiech i widoczna radość z niespodziewanego spotkania po latach, nie pozwoliły jej odrzucić zaproszenia na herbatę. Mieszkał tu gdzie kiedyś. Niby z rodzicami, ale dorobił się już własnego wejścia do mieszkania. Tym razem jednak zaprosił Ankę do rodziców, wiedząc, że i im ta niespodziewana wizyta sprawi przyjemność. Siedzieli we czwórkę wspominając stare dzieje, a gospodarze pytali o Starszego Pana i panią Zofię, która wpadała czasem, ale ze względu na podeszły wiek bywała tu już rzadkim gościem.
Anka odpowiadała na pytania chętnie, śmiała się ze wszystkimi z jakichś dziecięcych zdarzeń, aż nagle przypomniała sobie, w jakim celu trafiła do tego wrzeszczańskiego zakątka. Przy okazji więc zadała pytanie, jak Wojtkowa familia chciałaby mieszkać, gdyby dziś mogła o tym zdecydować. Pytanie od razu wzbudziło emocje i nowy dyskurs, tym razem o tym, co mogłoby się zdarzyć, gdyby... Towarzystwo nie doszło do porozumienia, została więc zawarta umowa o kolejnym spotkaniu za tydzień, w którego trakcie starsi państwo ze swojej strony, a Wojtek ze swojej, mieli przedstawić wizje idealnego rodzinnego gniazda.
Wizyta dobiegła końca i nikt nie mógł przewidzieć, że to raczej początek niż finał.
14
Zgodnie z umową młoda pani architekt znów zawitała na Zamenhofa. Rozmowa miała dotyczyć idealnego domu, jednak zanim do tego doszło, trzeba było przebrnąć przez aktualne komentarze o rządowych podwyżkach, o jakichś zajściach w Radomiu, o koniecznej interwencji jednostek ZOMO i milicji. Gdy naród nie dorasta do światłych myśli zarządców, to zdarzają się takie sytuacje.
Przy drugiej szklance herbaty udało się wrócić do sprawy wymarzonego rodzinnego gniazda. I tu okazało się, że każdy z gospodarzy ma nieco inne potrzeby i poglądy. Pani domu chciała mieć salon na parterze, a na piętrze sypialnie i garderobę. Łazienki powinny być na obu poziomach piętrowego domu, z tym że na dole z dodatkową toaletą, bo wiadomo, że ruch tu większy. Duża kuchnia, a spiżarnia obok, bo lodówka nie potrafi sprostać wymaganiom dobrej gospodyni. Przecież wiadomo, że zaopatrzenia nie da się robić na bieżąco, raz jest to, raz tamto, a gdzieś trzeba gromadzić zapasy.
Gospodarz optował za miejscem do majsterkowania i oczywiście za wygodnym garażem, bo kto to widział, żeby drogie samochody garażowały pod chmurą. Do łazienek, sypialń, spiżarni i kuchni zastrzeżeń nie miał, jednak spokoju nie dawała mu ta żonina garderoba.
Wojtek uśmiechał się pod nosem. Mówił mało, bo dopiero co wrócił z pracy, na dodatek miał nocny dyżur, więc raczej niewyspany był. Na konkretne pytanie Anki odpowiedział, że przedsionek duży musi być, żeby jego, pozostawione w biegu buty, nie za bardzo tarasowały przejście i żeby do sypialni łatwo było trafić, bo po to jest dom, żeby w końcu się wyspać. Tak w ogóle, to uważa, że mężczyzna w tej sprawie drugie skrzypce powinien grać, bo w mieszkaniu zarząd powinna mieć kobieta.
Anka zapamiętała wszelkie dezyderaty, które zresztą niewiele nowego wniosły do jej własnych przemyśleń, opartych o to, czego dowiedziała się na studiach, co podpowiadali jej koledzy w pracowni i o to, co wyoglądała w zachodnich katalogach.
Pożegnała się z rodzicami Wojtka, a on, mimo zmęczenia postanowił odprowadzić byłą podopieczną na przystanek tramwajowy. Szli tak sobie niespiesznie i wspominali miejsca, które odwiedzała ich drużyna w ramach letnich wypraw. Rozmowa jednak nie kleiła się, więc po dotarciu na miejsce Wojtek, żegnając się, zaprosił panią architekt na kawę, któregoś wieczora w przyszłym tygodniu. Zaproszenie zostało przyjęte, tym bardziej że Adwokacka mieściła się w budynku nieopodal domu przy Mariackiej.
Tramwaj nadjechał, Anka wsiadła, a gdy została sama zauważyła, że Wojtek to mruk, choć sympatyczny. Jego główna wada, czyli podeszły wiek (jak uważała w zuchach), teraz przestała mieć znaczenie.
- No cóż, spotkamy się, pogadamy, ustalimy co z naszymi wspólnymi znajomymi - pomyślała i jak na rozkaz wróciła do swojego projektowego zadania. To był teraz priorytet.
15
Nikt chyba nigdy nie widział Starszego Pana w takim stanie. Po pierwsze wrócił do domu niezupełnie trzeźwy, po drugie od drzwi klął jak majtek na parowcu. Anka patrzyła przerażona. Ojciec miotał się od łazienki do kuchni, od pokoju do łazienki i tak w kółko.
Bluzgi słychać było pewnie w całym domu, a to dla mieszkańców Mariackiej trzy wielka nowość. Starszy Pan znany był bowiem jeśli nie z mrukowactwa, to przynajmniej z powściągliwości. Dziś hamulce puściły.
- Taka mała gnida! Taki skurwiel ponury! Takie byle co, rozwala nasz zespół, który od trzydziestu lat nie spowodował żadnej, żadnej kolizji w porcie.
- Co się stało? - pyta Anka.
- Przysłali jednego zetemesowca i od razu szefem został, nadzorca cholerny! Niech sobie szefuje kto chce, ale bezpieczeństwo w porcie to rzecz pierwsza.
Anka nie dowiedziała się nigdy, na czym polegał rzeczywisty błąd nowego szefa, musiało to być coś poważnego, bo ojciec do pracy podchodził bardzo poważnie, a efekty zawsze były zgodne z oczekiwaniami. Statki przychodziły z podróży, wychodziły w morze i nikt przez trzydzieści lat nie słyszał o jakichkolwiek kłopotach portowych.
Starszy Pan oczywiście wolałby być kapitanem wypływającym z portu w rejs, niż pilotem, ale było to niemożliwe.
W pierwszych latach po wojnie stanowił zagrożenie dla systemu, mógłby uprowadzić statek, albo opowiadać jakieś niestworzone rzeczy obcym dziennikarzom. Później trzymała go w porcie sytuacja rodzinna, w końcu, gdy już minęły lata najgorszego terroru, a kraj szukał uznania w świecie, czuł, że brakuje mu kwalifikacji. Trwał więc w porcie i robił to, co świetnie znał i potrafił.
Wybuch Starszego Pana zdarzył się tylko raz. Więcej na ten temat rozmów nie było, jednak publiczność mogła przeczytać w "Głosie Wybrzeża", że w porcie doszło do kolejnych zmian personalnych, a dotychczasowe kierownictwo uzyskało zasłużone awanse.
Do mieszkania przy Mariackiej wrócił spokój.
16
Młodzi rzeczywiście spotkali się po tygodniu. Umówienie spotkania nie było trudne, bo w obu domach były telefony. Aparat telefoniczny w mieszkaniu to w połowie lat siedemdziesiątych był pewien luksus, ale dyspozycyjny pracownik portowy, czy równie dyspozycyjny lekarz szpitala wojewódzkiego, takim sprzętem musiał dysponować.
Godzina osiemnasta. W "Adwokackiej" już niezły ruch, lecz jeszcze wszyscy trzeźwi, więc spokojnie można porozmawiać. Lepiej tutaj niż w mieszkaniu, bo to spotkanie przyjaciół, a nie oficjalna wizyta.
Tym razem siedzą przy małej czarnej i wspominają osoby, z którymi rozstali się dość dawno, lecz jak to w życiu, czasami jakaś wieść do ucha doleci.
- Mały Franuś, pamiętasz go? - pyta Anka.
- Pewnie, że pamiętam. A co z nim, nie widziałem go już z dziesięć lat.
- Skończył budowę okrętów i nie jest już mały, tak pod dwa metry. - Niemożliwe! A mówiło się, że ma kłopoty z rachunkami.
Anka śmieje się - takie kłopoty miała pewnie nasza pani od rachunków, bo trzeba jakoś dotrzeć do małolatów. O Franku mówi się, że zajdzie wysoko, bo został na uczelni, no i właściwie się zorganizował.
- Wolę być tylko zawodowcem. Szpital i pogotowie, pogotowie i szpital.
- Nie marzysz o karierze ordynatora?
- Jakoś dziwnie nie, ordynator czy dyrektor traci kontakt z medycyną. Pochłania go organizacja pracy, na której zna się średnio. To powinni robić cywile.
- Cywile?
- W sensie, ludzie innego zawodu - poprawił się Wojtek - nam brakuje czasu na takie rzeczy. Ratowanie ludzi jest ważniejsze.
- I co? Tylko szpital i nic więcej? Żadnych teatrów, kin, lektur?
- Teraz na nic więcej nie mam czasu. Nawet dzisiaj musiałem przełożyć dyżur, żeby się z tobą spotkać.
Anka marszczy się nieco, bo nie wie jak można żyć bez kontaktu z innymi światami niż swój własny, ale nie komentuje tego.
- A co u ciebie - pyta Wojtek - poza tym oczywiście, że projektujesz dom marzeń?
- Nic wielkiego chyba. Wciąż studiuję, chociaż teraz nieco inaczej, nawet na filmy patrzę szukając obiektów do podejrzenia. Tylko że u nas inne życie. Trochę zaściankowi jesteśmy.
- W architekturze?
- Zwłaszcza w architekturze. Ludzi z charakterem nam nie brakuje, a budowli tak. Nie mówię oczywiście o zabytkach. Jednak to, co teraz powstaje, raczej nie będzie nadawało się na zabytki za sto lat. Sztanca.
- Widzisz jakieś wyjście?
- Jasne, wyjść zawsze jest kilka. Można pogodzić się z sytuacją, można produkować do szuflady, a można też zadać się z bogatą klientelą, którą stać na fanaberie.
- Są tacy?
- Ostatnio pospacerowałam po Orłowie, po Kamiennej Górze i widać są, chociaż to jeszcze za wysokie progi dla mnie.
- Więc co?
- Podobnie jak ty, muszę popracować w ciszy, bez rewolucyjnych koncepcji, by zyskać warsztat. Zobaczymy, jak zostanie oceniony mój nowy projekt, choć nie liczę na zbyt wiele.
Około dwudziestej w Adwokackiej zaczęło być głośniej i tłoczniej. Anka zaprosiła więc Wojtka na spacer nad Motławą. Ruszyli w stronę Długiego Targu i Zielonej Bramy. Wieczór był pogodny i ciepły, a po nadmotławskim deptaku snuł się tłum zmęczonych turystów. Gdańsk szykował się do Jarmarku, tu i ówdzie pojawiły się już rusztowania, konstrukcje stoisk, lecz wieczornej krzątaniny jeszcze nie było. Ta zacznie się za parę dni. Anka wspomniała coś o tym Wojtkowi, ten odpowiedział, że już się szykuje do zwiększonej liczby pacjentów.
Było sympatycznie, ale... nie zaiskrzyło.
Anka i Wojtek, dla postronnego obserwatora, para stworzona dla siebie, pozostaną przyjaciółmi, nie zwiążą się jednak bliższymi węzłami.
Gdy się pożegnali, Anka pierwszy raz pomyślała, że w końcu musi znaleźć swojego faceta. Czasami rozmawia o tym z ciocią Zofią, ale ona, kobieta jak wiadomo doświadczona, mówi krótko:
- Jak go spotkasz, to nie będziesz się zastanawiała, czy to on".
Wypada więc tylko czekać.
17
Upał. W pokoju narad nad głowami siedzących snuje się siwy dym. Dzisiaj kierownictwo podejmuje decyzję, co dalej z pracą Anki.
Szef pracowni gwizdnął z uznaniem, gdy zobaczył bryłę odważnie skrojoną, niby podobną do rosnących jak grzyby po deszczu kostek, a jednak różną od nich zupełnie. Szklane ściany tworzą werandę na piętrze, mieszczącą gabinet lub pokój telewizyjny, na płaskim dachu ogród, a w północnej części budynku schowany garaż, z niewielkim pomieszczeniem warsztatowym. Dwie łazienki, cztery sypialnie, salon z kominkiem, a wszystko to w stu pięćdziesięciu metrach kwadratowych. Pod projektem podpis: Pracownia Projektów Komunalnych, autor: mgr inż. arch. Anna ....... . Odbite egzemplarze projektów elewacji oraz rzutów, krążą po sali narad. We wszystkich głowach tli się myśl, że taki dom to właśnie to, czego szukamy dla siebie i swoich dzieci. Tyle że to pewnie oferta dla bogaczy.
- Czy ktoś ma wstępny kosztorys? - pyta naczelny dyrektor Banasiak?
Jest i kosztorys. Dyrektor czyta i nie wierzy, bo koszty nie przewyższają kosztu podobnego mieszkania w bloku, ba, są o kilkadziesiąt procent niższe.
- Czy ten kosztorys jest realny?
- Sprawdziłem, realny - odpowiada szef pracowni.
- Czy wszyscy zapoznali się już z tymi założeniami?
Naczelny zaczyna przejawiać niejakie zniecierpliwienie. Jeśli pokaże to wyżej, narazi się swoim szefom, a na końcu okaże się, że kontestuje budowlany program partii.
- Kto pierwszy?
- Może ja. - Szef pracowni, Józef Wysocki, widzi co się święci. Coraz ciemniejsza atmosfera tego słonecznego dnia i ilość chrząknięć i westchnień, grozi poważnymi konsekwencjami.
- Zgodnie z procedurą przedstawiamy do zatwierdzenia projekt autorstwa pani inżynier Anny ..... . Projekt realizuje wszystkie zadane zagadnienia, jak metraż, wysokość pomieszczeń, liczba okien, funkcje bytowe i gospodarcze. Pomysł ten spełnia też wymogi dotyczące zużywanych materiałów, izolacyjności termicznej oraz wymogi wizualne. Niskie koszty budowy i ogrzewania zachęcają do przyjęcia tej propozycji. Proponuję włączyć go do bazy naszych projektów typowych. Jest szansa, że mógłby zyskać realizację na obszarze planowanego osiedla dla wyróżniających się młodych pracowników Stoczni Gdańskiej.
- Czy chcecie powiedzieć towarzyszu kierowniku, że wam osobiście ten projekt też przypadł do gustu? - to zakładowy Pierwszy sekretarz, Gnaciński.
- Mnie osobiście również, chociaż dla mnie to temat nieaktualny, bo mieszkanie już mam.
- Ano właśnie. - Pierwszy sekretarz, do tej pory studiujący w milczeniu dostarczone fragmenty dokumentacji, tym razem poczuł się w obowiązku pryncypialnie zabrać głos.
- A są tacy, których ta sprawa żywotnie dotyczy.
W sali zapadło pełne oczekiwania milczenie.
- Bo widzicie - ciągnął - te piękne malowanki kryją w sobie różne podteksty.
W dalszym ciągu zebrani milczeli, a Anka uniosła brwi ze zdziwienia.
- Niby dlaczego - ciągnął sekretarz Gnaciński - jedni mieliby mieszkać w kawalerkach na dziesiątym piętrze, a inni w przeszklonych apartamentach? Przecież to czysty kapitalizm. Kupiłem, to mam, stać mnie - przecież tak nie możemy postępować, towarzysze. Partia wyraźnie wskazała kierunki rozwoju. Wielka płyta to jest gwarancja efektywności i jakości życia naszych obywateli.
Obecni nagle zaczęli zmieniać swoje nastawienie do propozycji młodej pani architekt.
- Rzeczywiście, pachnie tu zgniłym konsumpcjonizmem - powiedział przedstawiciel związków zawodowych Franek Podczaszy i nieważne już było to, że dziesięć minut wcześniej, w cichej rozmowie z zastępcą dyrektora, Joachimem Skrzyneckim, deklarował chęć wykorzystania projektu do budowy rodzinnej siedziby w Osowej.
Przedstawicielka zakładowej młodzieży, Hanka Bemówna, przewodnicząca zakładowego koła ZMS, nie zajęła ostatecznego stanowiska.
- Jeśli dopuścicie państwo do ogólnozakładowej dyskusji, to uważnie posłucham tego, co do powiedzenia w tej sprawie mają moi młodzi koledzy, członkowie naszego koła. Osobiście jestem za tym, żeby do takiej dyskusji doszło.
Po raz kolejny głos zabrał Andrzej Gnaciński:
- Jak widać większość z nas ma poważne zastrzeżenia do wizji architektury, którą prezentuje projekt towarzyszki Anny..... . A co ona sama chciałaby powiedzieć, by uzasadnić swoją koncepcję?
Anka, wezwana do tablicy, już znała efekt tej narady i poniewczasie uznała, że niepotrzebnie tu przyszła. Wcześniejsze pozytywne opinie jej kolegów architektów, przychylna opinia pracowni i wstępna akceptacja dyrekcji, dawały nadzieję na wdrożenie, które formułuje opinię o architekcie, stanowi o awansach i gażach. Teraz sytuacja uległa zmianie pod wpływem... Właśnie, pod wpływem czego?
- No cóż, opinia pana Gnacińskiego przekonała chyba wszystkich, że przez ostatnie trzy miesiące marnowałam czas. Jak rozumiem, obecny projekt nie ma szans na umieszczenie w naszym katalogu projektów gotowych. Nie wiem co dalej, jednak nie zgadzam się z tą opinią ...
Anka mówi, a sekretarz ustala krąg jej znajomych w cichej rozmowie z zastępcą dyrektora biura. Gdy dowiaduje się, że projekt ten widział już wojewódzki sekretarz do spraw młodzieży i, że ten wpadł na pomysł, by zasugerować to rozwiązanie młodzieżowym przodownikom pracy z głównych zakładów gdańskich, którzy właśnie postanowili założyć spółdzielnię mieszkaniową, stropił się nieco. ponownie poprosił o głos.
- Myślę, że ostatecznej oceny nie dokonamy tutaj. Z moich informacji wynika, że być może jest grupa działaczy zainteresowana wdrożeniem. Proponuję ponowne spotkanie w tej sprawie za tydzień.
Obecni zaakceptowali propozycję Gnacińskiego, a Anka postanowiła udać się na zaległy urlop.
- Skoro uczyłam się zawodu przez pięć lat, skoro trzy lata terminuję w nudnym biurze od naprawiania tego, co ktoś popsuł, to lepiej bym trzymała się z daleka od politycznych debat, bo architektura to cegły, a nie koncepcje społeczne.
Narada skończyła się przed czternastą, lecz uczestnicy nie wrócili już do swoich rutynowych zajęć. Nastrój był fajrantowy, więc ruszyli ochoczo do domów, by zameldować rodzinom, że spędzili w pracy kolejny owocny dzień.
18
Stała się rzecz niesłychana, Starszy Pan odwiedził Panią Zofię w jej mieszkaniu na Kartuskiej. Przyszedł oczywiście z kilkoma różami, w lekkim letnim garniturze i pod krawatem. Ucieszona niespodziewaną wizytą Pani Zofia, uprzedzona telefonicznie, zdążyła już zaparzyć ulubioną herbatę Starszego Pana oraz nałożyć konfiturę na maleńkie talerzyki, specjalnie w tym celu przechowywane w przeszklonym kredensie. Konfitura była wiśniowa z niewielkim dodatkiem cytryny, co wyostrzało jej smak. Pani Zofia dumna była ze swoich przetworów i częstowała nimi, gdy tylko nadarzyła się okazja.
Kapitan wyglądał na poważnie zaniepokojonego czymś, czego nie umiał nazwać, a do Pani Zofii się wybrał, by usłyszeć słowa otuchy.
- Droga Pani Zofio, zawracam pani głowę. Pewnie przyjmowanie takich gości jak ja, to nie lada kłopot.
- Cieszę się, że pan przyszedł. Sprowadza pana pewnie coś ważnego i to w związku z córką jak mniemam.
- Oczywiście. Mam silne przeczucie, że w naszym życiu szykuje się zmiana, a ja nie wiem jak reagować. Na razie udaję, że wszystko, co słyszę, uważam za rzeczy normalne.
- No, no - Pani Zofia, kobieta doświadczona jak wiadomo, postanowiła szerzej zapoznać się z sytuacją - zamieniam się w słuch.
Starszy Pan miał niejaki kłopot z nazwaniem problemu, który go ostatnio dręczył. Jego opowieść najpierw się rwała, lecz kolejne zdania płynęły już łatwiej. Jak się okazało, doświadczony mężczyzna przeżywał niepokój każdego ojca, któremu córka chce uciec w świat.
Po perypetiach z projektem, nad którym siedziała kilka miesięcy, a który w końcu wylądował na półce w bibliotece zakładowej, młoda pani doszła do wniosku, że ten sposób funkcjonowania doprowadzi ją jedynie do rozstroju nerwowego. Zażądała zaległego urlopu i złożyła wypowiedzenie z pracy. Obecnie pojechała z jakimś towarzystwem na Mazury, bo gorący wrzesień zachęca do żeglarskich wypraw. Starszy Pan przypuszcza, że nie tylko o żagle chodzi, bo Anka wyruszyła w towarzystwie mieszanym, z którym jeszcze w latach licealnych często wędrowała po Polsce. Tym razem ojciec zauważył jednak jakiś nowy wyraz twarzy u córki, szczególnie wtedy, gdy w okolicy kręcił się Marek. On dołączył do towarzystwa w ostatniej chwili, jako znajomy Anki z uczelni. Asystent od historii architektury, a teraz towarzysz letniej wyprawy.
Pani Zofia wie o Marku więcej niż Starszy Pan. Kilka razy wpadł tu na chwilę z Anką, bo ich bliższa znajomość trwa już kilka miesięcy. Czyżby Starszy Pan o tym nie wiedział?
- Proszę Pana, ja myślę, że Anka już dość dorosła jest, a męskie towarzystwo to, jak pan wie, rzecz normalna dla młodej kobiety. Może chcą być razem, może próbują podjąć jakieś decyzje, do których z wolna dorastają? Zapewne, gdy tylko o czymś zdecydują zawiadomią Pana natychmiast.
Herbata była smaczna, konfitury jak zwykle udane i pyszne. Starszy Pan chwalił, dziękował za poczęstunek i za radę. Zauważył, że Pani Zofia zna sprawy lepiej niż on. Trochę go to zbiło z tropu, szybko jednak wytłumaczył sobie, że przecież on sam tak sterował wydarzeniami, by Pani Zofia mogła pełnić rolę opiekunki i powiernicy.
Wracał na Mariacką piechotą, zamyślony i zaniepokojony bardziej niż przed wizytą na Kartuskiej. Czas już chyba szykować się na samotność, a ten powrót do zamierzchłych czasów jest czymś, czego zawsze pragnął uniknąć.
- Trudno, co ma być to będzie - powtarza sobie Starszy Pan w duchu. - W końcu, jeśli ja kocham córkę, to ona pewnie mnie również, czyli wyznaczyła mi jakieś miejsce w swoich planach. Niedługo dowiem się jakie.
19
Blady świt. Nad jeziorami snuje się mgła, słabo przeganiana z miejsca na miejsce delikatnymi podmuchami wiatru. Anka wraca do namiotu z leśnej toalety. Marek właśnie otworzył oczy i z zachwytem patrzy na rozczochraną panią inżynier.
Ich harcerski namiot stoi nieco na uboczu obozowiska, którym jest już prawie puste pole namiotowe PTTK. W końcu to wrzesień.
- Nie oczekiwałam luksusów, ale ciepłej wody już chyba nigdy tu nie będzie.
- Pewnie nie, ale za to ja tu jestem z tobą.
- Więc nieco mnie zagrzej - Anka wtula się w swojego mężczyznę. Znowu zasypiają.
O ósmej pobudka. Zenek wali kawałem drewka w patelnię, bo właśnie bierze się do smażenia jajecznicy dla całej ósemki. W towarzystwie są dwie pary i czterech wolnych facetów, którzy przedkładają pływanie nad romanse. Co chwilę rzucają jakąś kąśliwą uwagę w stronę pań, chcących jeszcze pozostać w stanie wakacyjnej bezczynności.
Nic z tego, bo w planie jest zmiana miejsca postoju, a wiadomo, że z "zarządem" żartów nie ma. Kawa, mimo tego, że czarna i że gorzka, szybko doprowadza wszystkich do stanu gotowości startowej. Po krótkiej, toaletowej wizycie w jeziorze, solidarnie i sprawnie uprzątają zajmowany teren. Zasada jest prosta, obowiązująca od czasów zuchowych - po nas tu nie może zostać żaden ślad. W łodziach więc znikają plecaki, namioty, a worki ze śmieciami trafiają do pojemników ozdabiających skraj pola.
O dziesiątej pierwsza łódź odbija od brzegu, a chwilę później druga, w której płyną Maciek z Andrzejem, tolerujący załogantów, czyli Ankę i Marka.
Atmosfera jest sielska. Wiatr nieco przybrał na sile, więc żagle wypełniają się i łodzie posłusznie płyną lewym halsem.
Z daleka widać drugi brzeg, ale nie on jest dzisiaj celem. "Zarząd" zdecydował, że dziś dotrą do Twierdzy Boyen, a to kawał drogi z Węgorzewa.
Na Darginie nagła zmiana pogody. Z małego nieważnego obłoczka robi się nagle ciemny zwał chmur. Wiatr przybiera na sile i kręci zaskakująco. Maciek refuje żagiel, Andrzej trzyma kurs na najbliższy brzeg, a Marek i Anka pospiesznie, zgodnie z poleceniem, ubierają kapoki.
Na pierwszej łodzi podobne ruchy, widać Zenka, jak mocuje się z szotem, który w najmniej odpowiedniej chwili zaplątał się o coś. W końcu chłopak używa noża i sytuacja wraca pod kontrolę. Z twierdzy dziś pewnie nici, ale to teraz nie problem, ważniejsze staje się znalezienie kawałka suchego lądu.
Nadchodzące szkwały widać było z daleka, teraz jednak dołączyła do atrakcji ulewa i horyzont poważnie się skrócił. Po niespokojnym kwadransie dobijają do brzegu. Strat w sprzęcie, poza przeciętym przez Zenka szotem, nie ma. Gorzej, że zmokły zapasy, a teren lądowiska nie zalicza się do gościnnych. Postanawiają przeczekać.
Anka wyciąga z magazynku żywnościowego dwie tabliczki ocalonej czekolady i rozdaje kolegom. Kaśka przemarzła i zmokła, zakłada więc suchy sweter koleżanki.
- Trzeba jeszcze znaleźć jakieś nowe miejsce na obóz. Tutaj nie da rady, zaraz przylecą chłopi z widłami, że im łąkę gnieciemy - mówi Zenek.
- Coś znajdziemy - odpowiada Stachu i ciągnie - napędziłeś nam stracha tym napiętym żaglem. Mogło się źle skończyć, łódka już brała wodę dziobem.
- Jeszcze nie, ale rzeczywiście niewiele brakowało. Szot zacisnął się na nodze Sławka, miałem go wyrzucić za burtę?
- Rzadki przypadek - Stachu kreci głową z niedowierzaniem.
Poza Anką i Markiem wszyscy są doświadczonymi żeglarzami. Wiele razy opłynęli jeziora mazurskie, ale zaliczyli też Bałtyk i Morze Północne. W planach na ten sezon było Morze Śródziemne, jednak skomplikowały się sprawy paszportowe, są więc tutaj. Klubowe kabinowce zamienili na pożyczone omegi i wędrują, by wprawy nie stracić.
Słońce wróciło tak samo szybko, jak wcześniej skryło się za chmurami, jednak plany musiały zostać zweryfikowane, bo dnia zabraknie w drodze do Twierdzy.
- Tu jest takie małe pole Józka, tam się zatrzymamy. Józek na pewno ma herbatę, a może coś mocniejszego się znajdzie. Warto posłuchać co na wsi piszczy.
Tak zrobili. Józek, miejscowy gospodarz, ucieszył się z odwiedzin. Znalazła się herbata i coś do herbaty, a po długiej biesiadzie nocleg w stodole. Wyciągnięte na brzeg omegi suszyły swoje żagle, a całe bractwo po wietrznej przygodzie zaległo pokotem na sianie. Tu już nie było rozmów, jedynie Anka ze zmęczenia lub z jakiegokolwiek innego powodu, nie mogła zasnąć. Po cichu wyszła przed stodołę i oparta o dyszel drabiniastego wozu zapatrzyła się w wygwieżdżone niebo. Noc była dość ciemna, księżyc gdzieś zniknął, a ona stała i myślała, co dalej z nią, z projektami, z ojcem...
Jak zwykle w takich sytuacjach pojawiła się Mama. Tym razem uśmiechała się radośnie i pytała, czy już nie czas by pomyśleć o jakimś nowym życiu. Anka nie od razu zrozumiała to pytanie, ale gdy do niej dotarł sens, rozbudziła się na dobre.
W stodole, wraz z innymi spał Marek. Czy na tego właśnie człowieka czeka córka Starszego Pana?
Gwiazdy, migocąc, wysyłają sygnały. Kto umie przeczytać ich sens?
20
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej