Johanna
Październik 1860 roku
Podrywa się z miejsca, by mieć lepszy widok z okna pociągu. Na
horyzoncie widzi najpierw szarą płaską linię, z której niczym kolce
wyrastają kościelne wieże. Wkrótce jednak w jesiennym słońcu rozbłyskują
kolory: ciemnoczerwona cegła, białe fasady i migotliwy błękit Mottlau,
Motławy, opływającej Wyspę Spichrzów. Ach -?jest i kościół Mariacki z masywną, kanciastą wieżą bez iglicy. A tuż obok filigranowa wieżyczka
ratusza, zwiewnie wzbijająca się w niebo.
-?Ależ, panno Berend, niechże pani usiądzie! Stary Danzig, stary Gdańsk,
nie jest aż taki piękny, by musiała pani cały czas stać przy oknie!
Ze śmiechem obraca się ku towarzyszowi podróży, z którym już od
przesiadki w Dirschau, w Tczewie, toczy wartką rozmowę. Zażywny starszy
pan o dobrodusznej twarzy przedstawił się jako Berthold Forster,
właściciel warsztatu szkutniczego.
-?Gdańsk jest najpiękniejszym miastem na świecie, drogi panie! -?woła. -
Nie mogę się napatrzyć na te kochane stare domy, wieże kościołów,
pajęczynę masztów i żagle na Motławie, i te zielone ogrody, i lasy wokół
miasta!
Raptem musi się czegoś złapać, bo wagon szarpie. Lokomotywa przeraźliwie
gwiżdże, szare kłęby dymu przez chwilę przesłaniają okno. No tak,
kolejna furmanka, która statecznie, nie przejmując się nadjeżdżającym
pociągiem, tarabani się przez tory!
-?Najpiękniejsze miasto na świecie... -?powtarza pan Forster i z powątpiewaniem kręci głową. -?Dziwi mnie, że pani to mówi, panno Berend.
Przecież akurat pani widziała wiele sławnych miast i krajów.
Opowiadała mu, że zwiedziła całą Europę. Co w zasadzie jest zgodne z prawdą. Nieco jednak zmodyfikowała bliższe okoliczności tych
peregrynacji. Miała jakoby odbywać podróż edukacyjną z ukochaną
przyjaciółką i jej rodzicami. Oni pojechali dalej główną trasą do
Królewca, ale ona -?mieszkanka Gdańska -?musiała się przesiąść w Tczewie, samotnie więc przemierza ostatni odcinek drogi. Uwierzył jej
bez zastrzeżeń, a ponieważ nie jest zwykłą rzeczą, by młoda dziewczyna
podróżowała zupełnie sama, przyjął na siebie po trosze rolę ojca.
Przykro jej się zrobiło, że go nabiera, bo to taki miły, otwarty
człowiek, że od razu poczuła do niego zaufanie. Ale właśnie dlatego za
żadne skarby nie może mu wyznać prawdy.
-?Ach, to z pewnością dlatego, że wracam do domu po tak długim czasie -
kwituje z uśmiechem.
-?I to w pełni rozumiem -?odpowiada Forster, kiwając głową. -?Rodzinne
strony zawsze są najpiękniejsze, prawda? Mówi się przecież, że wszędzie
dobrze, ale w domu najlepiej.
-?Właśnie tak -?potwierdza dziewczyna i siada z powrotem na swoim
miejscu. Wraca do domu. Do starej patrycjuszowskiej kamienicy na
Langgasse, na Długiej, z której przed pół rokiem skrycie się wymknęła o szarzejącym świcie. Uciekła! Nawet się nie obejrzała. Po prostu zwiała
wbrew woli rodziny. Oczywiście zostawiła papciowi list i wszystko mu
wyjaśniła. Mimo to...
Nagle zachwyt jej mija, górę zaś bierze niepewność. Jak też ją powitają
w domu? Och, na pewno natrą jej uszu. Papcio jest surowy i będzie się na
nią gniewał, będzie krzyczał, wymierzy karę. Ale w końcu, kiedy złość mu
przejdzie, mocno ją przytuli. Bo jest jego ukochanym dzieckiem. Jego
małą dziewczynką. Jego Johanną. Haneczką.
Rozlega się przenikliwy gwizd lokomotywy, która zwalnia bieg, wjeżdżając
na gdański dworzec1. Znowu gwałtowne szarpnięcie, tak że
dziewczyna niemal się przewraca na innych podróżnych. Z przodu wagonu
jakaś dama piskliwie zawodzi:
-?Mój kapelusz! Moja fryzura!
-?Tylko się nie irytuj, duszko. Tu masz swój kapelusz, cały i zdrowy -
odpowiada męski głos.
-?Cały i zdrowy? Toż on jest do cna zniszczony! Ta cała kolej to wymysł
szatana! -?ciężko wzdycha dama i skubie zgnieciony kapelusz, starając
się przywrócić mu pierwotny kształt. -?Już od samej prędkości w głowie
się kręci, jak człowiek z okna wygląda. I ten brud, i smród dymu. No
przecież to musi być niezdrowe dla płuc.
-?Ale za to, skarbie, jedziemy ponad sześćdziesiąt kilometrów na
godzinę. Niech dyliżans tego spróbuje!
Johanna przysłuchuje się w roztargnieniu i chwyta za rączkę torby
podróżnej. Wymowa małżonków zdradza, że są z Berlina, on pewnie jest
pruskim urzędnikiem, który przyjeżdża objąć posadę w Gdańsku. Niestety,
miasto znajduje się pod zwierzchnictwem Prus i roi się w nim od pruskich
urzędników, oficerów i prostych żołnierzy2. Papcio często się
zżymał. "Gdzie są gdańszczanie?" -?pytał. "Sami obcy na ulicach".
Pociąg wjeżdża na gdański dworzec, przeraźliwy zgrzyt hamulców zagłusza
wszystkie inne dźwięki, a ona czuje, że serce zaczyna jej nagle walić
jak oszalałe. To tu stała o świcie na peronie, czekając na Andrzeja.
Mało nie umarła ze strachu, że on nie przyjdzie, że ją oszukał, bawił
się nią tylko. Zjawił się wreszcie na kilka minut przed odjazdem
pociągu, w podróżnym płaszczu w szarą kratę i szarym cylindrze na
głowie, za nim podążało dwóch bojów hotelowych z licznymi walizami.
Frunęła ku niemu, bez tchu ze szczęścia, ale on tylko lekko ją
przytulił, po czym zajął się rozlokowaniem swoich bagaży. No bo były tam
jego kompozycje. I pianino podróżne, które ma klawisze jak prawdziwe
pianino, tyle że nie wydaje dźwięków. Dlaczego już wtedy nie
zorientowała się, co to za człowiek? Ależ była głupia!
Czeka, póki nie wysiądą ostatni podróżni. Niewielu ich jest, ponieważ
pociąg miał doczepione jedynie dwa wagony pasażerskie, pozostałe to
wagony towarowe. Na peronie stoją już kupcy i ich pracownicy z wózkami
do przewiezienia towarów. Przed dworcem czekają na nich furmanki.
Zgarnia z przodu obszerną spódnicę, by móc wysiąść, kiedy uprzejmy pan
Forster podaje jej rękę.
-?Panno Berend, czy mogę pani towarzyszyć kawałek drogi? -?pyta. -
Mieszkam na Paradiesgasse, na Rajskiej, niedaleko Bramy Świętego
Jakuba3, więc idziemy w tę samą stronę.
Dziękuje, ale odrzuca jego propozycję. Ostatni odcinek drogi do domu
chce przejść sama. To nie jest łatwy spacerek, musi się zastanowić, co
powie. W podróży wyobrażała to sobie tysiące razy, ale teraz, kiedy
widzi dobrze znane domy i ulice, kiedy oddycha wonią miasta, nie może
sobie przypomnieć ani jednego z tak mądrze obmyślonych słów. Żegna się
spiesznie i czeka, aż Forster się oddali. A potem biegnie obok Nowej
Zbrojowni4 i dalej wzdłuż rzeki, by na pewno się z nim nie
spotkać. Wszędzie tłumy ludzi, mijają ją rybacy, marynarze, robotnicy i służące, pod kamienicami drobni handlarze rozstawili swoje stragany i oferują najprzeróżniejsze towary oraz produkty żywnościowe. Między nimi
przycupnęli żebracy i kaleki, wyciągając spękane dłonie do przechodniów.
Johanna nie zwraca na nich uwagi.
-?Papciu, wróciłam -?mruczy pod nosem. -?Zrobiłam straszne głupstwo, ale
zawsze przecież powtarzasz, że człowiek uczy się na błędach. No to
właśnie zmądrzałam i przysięgam na wszystko, co dla mnie święte, że od
tej pory...
Nie, myśli i staje w miejscu. Lepiej, żebym milczała i pozwoliła mu
mówić. Przysięgać zawsze zdążę. Dziewczyna patrzy na rzekę, która już
nie lśni błękitem w słońcu, lecz ociężale toczy brudne wody. Krążą nad
nią skrzeczące mewy, kłócą się o ochłapy, które rybak wyrzuca z łodzi.
Budynki po drugiej stronie, na Wyspie Spichrzów, wydają się jej jeszcze
brzydsze i bardziej podupadłe niż kiedyś. Przy nabrzeżu cumują
niewielkie kabotażowce i łodzie rybackie -?wielkie statki handlowe
unikają Gdańska, Motława się coraz bardziej zapiaszcza, co nie jest
dobre dla żeglugi i handlu. Johanna chwyta mocniej rączkę torby i rusza
naprzód zdecydowanym krokiem. Ech, żeby tak już mieć to za sobą.
Dobrze, że mama już nie musi tego przeżywać, wypłakałaby sobie oczy. A reszta rodziny? Teodor, starszy brat, pewnie będzie na nią wściekły do
końca życia, to ograniczony i małostkowy człowiek, z którym nigdy się
nie rozumiała. Ale Ernst, ukochany braciszek, zawsze stojący po jej
stronie, przebaczy jej i będzie ją wspierał.
Na Buttermarkt, Targu Maślanym, wchodzi na teren Głównego Miasta i od
razu zauważa, że ludzie się na nią gapią. Czy to nie Fryderyka Blott, z którą chodziła do szkoły? Johanna uśmiecha się do niej, lecz młoda
blondynka odwraca się gwałtownie i rusza przed siebie. A może to nie
była ona? Albo może nie chciała jej poznać? Gniew pozwala Johannie
przezwyciężyć zakłopotanie. Co ta tutaj sobie wyobraża? Ona w końcu jest
Berendówną, a nie byle kim. Nawet jeśli popełniła głupstwo -?należy do
jednego z najszacowniejszych rodów gdańskich i domaga się szacunku.
A oto i Langer Markt, Długi Targ, z dostojnym ratuszem, Dworem Artusa i wysokimi, pięciopiętrowymi kamienicami patrycjuszy, które świadczą o zamożności miasta w czasach Hanzy. Wszystko jest tak, jak zawsze, tylko
na lipach zdobiących szerokie ulice widać gdzieniegdzie żółte liście.
Jeszcze kilka kroków na Długą, jeszcze minąć kilka przedproży, niskich
tarasów przed budynkami, gdzie tak miło przysiąść wieczorem i pozdrawiać
przechodniów. Wreszcie jest u celu.
Od ulicy kamienica Berendów5 nie jest szersza niż pozostałe
budynki. Po prawej i lewej stronie drzwi wejściowych widać po jednym
oknie. Za to od góry do dołu zdobią ją figury i medaliony z białego
stiuku, przedproże zaś, na które wiedzie pięć schodków, otacza
artystycznie kuta poręcz.
Bierze jeszcze głęboki oddech, by stłumić bicie serca, które właśnie
zaczęło walić niczym werbel. Odwagi! -?sama siebie napomina. Za dwa,
trzy dni sprawa przycichnie i świat znowu będzie inaczej wyglądał.
Rozlega się głuchy stukot ciężkiej, mosiężnej kołatki. W uszach
dziewczyny brzmi dzisiaj wyjątkowo głośno.
Danuta odrobinę tylko uchyla drzwi i wygląda przez szparę. Johanna
dostrzega spoglądające z niedowierzaniem oczy polskiej służącej, która w zdumieniu rozdziawia usta. A potem słyszy cichy okrzyk: "Jezus Maria!".
-?No, nie rób takiej przerażonej miny -?mówi Johanna. -?Otwórz.
Wróciłam.
Danuta szerzej uchyla ciężkie drzwi i robi krok do tyłu. Na jej twarzy
wciąż maluje się przestrach, z którym miesza się właśnie krztyna
współczucia. Danuta to kochane, młode jeszcze dziewczę, żyjące sprawami
familii Berendów, jak gdyby to była jej własna rodzina.
-?Jaśnie panienka -?odzywa się. -?Nie do wiary. Ależ niespodzianka.
Proszę mi dać torbę... Zmęczona panienka. Zaraz powiem pani Döppel, by
przygotowała coś do zjedzenia.
Pani Döppel to gospodyni zatrudniona po śmierci mamy. Johanna jej nie
lubi, bo ta nieduża, krzepka persona strasznie się rządzi. A więc nadal
tu jest.
-?Danuto, spokojnie. Masz, weź mój szal. Tylko ostrożnie, w Paryżu
kupiony. Torbę postaw w moim pokoju, sama się rozpakuję. Papcio w kantorze? Nie zapowiadaj mnie, od razu do niego pójdę.
Ale Danuta, z szalem i torbą w ręku, stoi bezradnie u podnóża schodów,
zamiast biec po nich do pokojów rodziny. Sień starej kamienicy jest
wysoka i imponująca, podłogę wyłożono marmurem we wzór szachownicy, ze
sklepienia spogląda ku gościom olejne malowidło, ujęte w kunsztownie
rzeźbioną drewnianą ramę. Ach, jest i stara wielka szafa, nabyta kiedyś
przez przodka -?tak dobrze znana Johannie, która jako mała dziewczynka
wpełzała pod nią, chowając się przed boną. Biura znajdują się w suterenie. Tam, za grubymi dębowymi drzwiami, przy solidnym rzeźbionym
biurku siedzi papcio i nie przeczuwa, że jego Haneczka zaraz rzuci mu
się na szyję.
-?Jaśnie panienko, w kantorze jest brat panienki, Teodor -?tłumaczy
cicho Danuta. -?Myślę, że lepiej, żebym panienkę zapowiedziała.
-?Teodor? -?pyta niechętnie. -?Nie, jemu nie musisz mnie zapowiadać. Czy
papcio wyjechał? W takim razie pójdę na górę do Ernsta.
Danuta zagryza wargi. Powrót "córki marnotrawnej" wprawia ją wyraźnie w zakłopotanie.
-?Jaśnie panienko, panienki brata tu nie ma. Studiuje w Königsbergu, w Królewcu.
W sumie to dobra wiadomość, widać papcio wreszcie skapitulował i pozwolił Ernstowi na studia. Ale mimo wszystko szkoda, że go nie ma.
Akurat teraz bardzo by się ucieszyła na jego widok.
Tymczasem Danuta podjęła samodzielnie decyzję. Obraca się na pięcie,
otwiera drzwi do biura i znika w długim, mrocznym korytarzu, prowadzącym
do kilku pomieszczeń.
-?Danuta, dokąd idziesz?! -?woła za nią z ociąganiem Johanna.
Nie dostaje odpowiedzi. Zirytowana wchodzi na schody do pokojów, patrzy
niezdecydowana przez okno na podwórze, gdzie po murach pną się rdestowce
i dzikie wino. Może papcio jest w oficynie, w której składowane są
towary i która ciągnie się aż do Jopengasse, do Piwnej. Tak, z całą
pewnością. Danuta pobiegła do niego, by zanieść mu dobrą wiadomość.
Na dole w kantorze ktoś trzasnął drzwiami. Chwilę później słychać ostry,
twardy głos Teodora, niosący się po całym domu.
-?Johanna?
Nie ma rady, musi zejść na dół, głupio by było chować się przed nim. Ale
niech tam, niech się wyzłości, i tak nie ma nic do powiedzenia, papcio
zaraz tu będzie, Danuta go przyprowadzi.
Teodor jest ubrany na czarno, przez co jego twarz wydaje się jeszcze
bledsza. Dominuje w niej wydatny nos, nad oczami łuki krzaczastych brwi
w kolorze ciemnego blondu. Brat przez moment stoi i patrzy na nią w milczeniu. Na jego twarzy nie widać śladu emocji -?Johanna zna tę cechę
swojego starszego brata, człowiek nigdy nie wie, co nastąpi.
-?Dzień dobry -?wita się dziewczyna z wymuszoną swobodą. -?No to jestem
z powrotem.
-?Widzę. Chodź do kantoru.
-?Nie, zaczekam na papcia.
Teodor wpatruje się w nią nieruchomym wzrokiem. Teraz jednak się
zdradza, bo Johanna widzi, że rusza żuchwą. Zgrzyta zębami, ten jej
przepełniony gniewem brat.
-?Już, do kantoru! -?rzuca rozkazująco. -?Mam ci coś do powiedzenia.
Nie czeka na nią, lecz rusza przodem i znika za dębowymi drzwiami. Ona
niechętnie decyduje się podążyć za nim. Ach, jakież to irytujące.
Braciszek od razu palnie jej kazanie. Inaczej wyobrażała sobie powrót do
domu.
Kantor jest przestronny, wychodzi na wewnętrzne podwórze, obok wysokich,
dzielonych na wiele szklanych kwater okien pną się zielone pędy. Mimo to
pomieszczenie sprawia ponure wrażenie, czemu winne są położona na
ścianach kosztowna boazeria z ciemnego dębu oraz ciężkie, bogato
zdobione meble. Teodor pracował przy biurku ojca, leżą tam rozłożone
księgi rachunkowe, do których wpisywał rozmaite pozycje. Jakim prawem to
robi? Czyżby papcio mu pozwolił korzystać ze swojego biurka?
-?Jeśli masz zamiar robić mi wyrzuty, oświadczam, że będę się tłumaczyć
tylko przed papciem -?odzywa się buńczucznie.
-?To niemożliwe -?odpowiada brat z lodowatym spokojem. -?Nasz ojciec
zmarł trzy miesiące temu.
Johanna nie jest w stanie pojąć znaczenia tych słów. Wiadomość uderza w nią z potężną siłą. Zmarł? Papcio? Ale przecież to absolutnie
niemożliwe! Ojcowie nie umierają tak łatwo. Oni żyją wiecznie. Papcio po
prostu nie mógł umrzeć.
-?Z bliższymi okolicznościami jego odejścia zaznajomi cię Luiza -
ciągnie Teodor. -?Pochowaliśmy naszego ojca na Górze Gradowej w rodzinnym grobowcu Berendów. W pogrzebie wzięły udział rzesze ludzi z nim związanych. Od tego czasu to ja prowadzę firmę.
W głowie jej się kręci, musi chwycić się jednej z szaf po brzegi
zapełnionej dokumentami. To prawda. Straciła ojca. Swojego surowego,
dobrodusznego, kochanego ojca, o którym tak często w minionych
miesiącach myślała z ogromną tęsknotą. Wzbiera w niej pełna rozpaczy
skrucha. Nie było jej przy nim, gdy zamknął oczy. Nigdy się nie dowie,
że wróciła, nigdy nie będzie mogła prosić go o wybaczenie. I nigdy już
jej do siebie nie przytuli.
Brat przygląda się z zimnym zadowoleniem działaniu swoich słów.
Podchodzi do otwartego okna i zamyka jedno ze skrzydeł. Nie rusza się z miejsca, krzyżuje ręce na piersi.
-?Ojciec zmarł na chorobę serca, która mu dokuczała już od jakiegoś
czasu. Przez twoją lekkomyślną ucieczkę, kiedy okazałaś rodzinie tak
niepojętą bezwzględność, jego stan się pogorszył. By nie powiedzieć, że
przelała ona czarę goryczy i doprowadziła do jego przedwczesnej śmierci!
Ostatnie zdanie wypowiada podniesionym głosem, po czym obraca się i siada na fotelu przy biurku. Na fotelu papcia, który teraz należy do
niego. Johanna jest tak zdruzgotana, że nie potrafi odpowiedzieć. To jej
wina! Papcio umarł ze zgryzoty, ponieważ uciekła.
-?A teraz, wystawiwszy rodzinę na pośmiewisko całego miasta, wślizgujesz
się cichaczem do domu Berendów -?ciągnie bezlitośnie Teodor. -?Cóż, nie
pozostaje nam chyba nic innego, jak cię przyjąć.
Nagle dociera do niej, że jest zdana na jego łaskę. Papcia już nie ma,
Teodor jako najstarszy syn zajął jego miejsce. Ma dwadzieścia dwa lata,
nie jest więc jeszcze pełnoletnia, brat jest jej opiekunem, musi się
podporządkować jego poleceniom.
-?Ja... z całą pewnością nie będę ci długo ciężarem -?mówi krnąbrnie. -
Wcześniej czy później wyjdę za mąż i się mnie pozbędziecie.
Brat pozostawia tę uwagę bez komentarza, ale w kącikach ust czai mu się
szyderczy uśmiech. Czyżby nie wierzył, że znajdzie małżonka? Jest ładną
dziewczyną, do tego nosi nazwisko Berend, już kilka zaprzyjaźnionych
rodzin słało swaty, ale papcio odrzucał wszystkie propozycje. Człowiek,
który kiedyś miał poślubić jego Haneczkę, musiał być kimś wyjątkowym.
Zwłaszcza że wniesie ona do małżeństwa pokaźny posag.
-?Przejdźmy do interesów -?odzywa się z naciskiem Teodor. -?Byłaś na
tyle bezczelna, że uciekając w nocy z domu, ukradłaś pięćdziesiąt
talarów z kasy.
To niestety prawda. W końcu nie chciała być całkowicie zależna od
Andrzeja, nieco pieniędzy w portmonetce wydawało jej się rozsądną
rzeczą.
-?Pożyczyłam tylko te pieniądze i je zwrócę -?zapewnia pospiesznie. -
Napisałam to przecież na kartce, którą włożyłam do kasy.
-?W rzeczy samej -?przyznaje brat i bierze do ręki złożoną karteczkę,
rozprostowuje ją i przelatuje wzrokiem parę szybko skreślonych linijek.
-?Daruję ci odsetki, które w zasadzie powinnaś zapłacić -?stwierdza. -
Kiedy zamierzasz zwrócić pieniądze?
Została jej jeszcze niewielka suma, ledwie dziesięć talarów. Andrzej
okazał się wspaniałomyślny, płacił za wszystko, obsypywał podarunkami i dał jeszcze pieniądze na podróż do domu. Mógł sobie na to pozwolić,
ponieważ otrzymuje sute honoraria za swoje występy.
-?W ciągu najbliższych tygodni -?śmiało deklaruje.
Brat z powagą przyjmuje jej słowa i notuje coś w księdze kasowej. Ależ
skrupulant! Papcio też taki był, gdy szło o interesy, ale w sprawach
rodzinnych okazywał wielkoduszność.
-?Idź teraz do swojego pokoju -?poleca Teodor, zamykając księgę. -
Danuta będzie ci tam zanosić posiłki. W najbliższym czasie będziesz
przebywała wyłącznie w domu i stosowała się do moich poleceń.
-?Chciałabym pójść na cmentarz na grób papcia -?mówi niepewnie. -?Nie
możesz mi tego zabronić.
-?Później. Jeśli nadarzy się sposobność.
Po czym ponownie zabiera się do pracy i przestaje zwracać na nią uwagę.
Johanna stoi niezdecydowana i patrzy, jak Teodor otwiera i zamyka księgi
rachunkowe, coś do nich wpisuje, zagląda do dokumentów. Korzysta przy
tym z wiecznego pióra papcia i jego kałamarza z żółtego bursztynu. Jest
zbyt przybita, by się kłócić z bratem. Milcząc, idzie do drzwi i wychodzi z kantoru, wchodzi po schodach, nie wiedząc tak naprawdę, co ma
ze sobą począć. Dlaczego dom, za którym tak strasznie tęskniła, wydaje
się jej raptem tak ponury? Ach, to pewnie ta ciemna boazeria na
ścianach, która pożera całe światło. Ciężkie kotary na niedużych oknach.
Skrzypienie starych desek podłogowych pod stopami.
Zatrzymuje się w korytarzu na pierwszym piętrze, bo słyszy dobiegający z pokoju dziennego głos Danuty. Wygląda na to, że przekazuje jej bratowej
Luizie wielką nowinę o powrocie Johanny. Ta przypomina sobie, że gdy
opuściła Gdańsk, Luiza była w ciąży, dziecko więc musiało się już
urodzić. Postanawia cicho zapukać do drzwi i przywitać się z nią.
Przypuszczalnie jest jeszcze osłabiona po porodzie, w końcu nie jest
najsilniejsza i dlatego na początku ciąży często musiała leżeć w łóżku.
-?Proszę!
Zgodnie z oczekiwaniami głos Luizy brzmi słabiutko, to niemal szept.
Danuta podbiegła, by otworzyć drzwi, stoi teraz przy nich z dłonią na
gałce u drzwi.
Luiza leży na sofie, podparta poduszką, przykryta kocem. Widać jedynie
bladą twarz, której ziemistość podkreślają tylko biały czepek, wąskie
ramiona i sinawe dłonie. Wielkie jasnobłękitne oczy wpatrują się niemal
trwożnie w Johannę.
-?Dzień dobry, Luizo -?mówi spłoszona Johanna. -?Mam nadzieję, że dobrze
się czujesz. Czy poród był bardzo wyczerpujący?
Bratowa zamyka na chwilę oczy, a Johanna pojmuje, że powiedziała coś
niestosownego. Ach, Boże! W minionych latach Luiza przeszła dwa
poronienia. Tym razem znowu coś źle poszło.
-?Powoli wracam do zdrowia -?odpowiada Luiza. -?Jak to się stało, że tak
niespodziewanie wróciłaś do Gdańska?
-?Ja... ja zrozumiałam, że popełniłam straszną głupotę -?wyjaśnia zwięźle
Johanna.
-?Głupotę... no tak... -?szepcze Luiza z nutą szyderstwa. -?No cóż, dzisiaj
nie czuję się dobrze, zostaw mnie samą.
-?Oczywiście... Życzę szybkiego powrotu do zdrowia.
W drodze na drugie piętro, gdzie mieści się jej pokój, Johanną szarpią
sprzeczne uczucia. A zatem Luiza znowu poroniła. To niedobrze. I chyba
mocno ją to przygnębiło, szczególnie że Teodor czeka na dziedzica rodu.
Ale z tego powodu nie musi być taka nieprzyjemna i od razu jej odsyłać.
W końcu to nie jej wina, że bratowa nie może wydać dziecka na świat.
Jej pokój jest zamknięty, klucz tkwi w zamku, zgrzyta, gdy próbuje nim
poruszyć, wreszcie z trudem się obraca. Uderza ją zapach stęchlizny
dobiegający z niewielkiego pomieszczenia -?nic dziwnego, pewnie od pół
roku go nie wietrzono. Prędko podchodzi do okna, jednym ruchem rozsuwa
zasłony i otwiera je na oścież. To też jej się udaje dopiero po kilku
próbach, gdyż deszcz zalał gdzieniegdzie parapet i spaczył drewno.
Johanna oddycha z ulgą, wychyla się i patrzy na podwórze, gdzie wróble
wesoło hopsają wśród liści dzikiego wina, kłócąc się o czarne jagódki.
Tylko one tam hałasują, w oficynie, miejscu składowania towarów,
najwyraźniej nic się nie dzieje.
Ktoś stuka do drzwi. Danuta wnosi szal i kuferek, po czym wychodzi i wraca z zastawioną tacą. A na niej kubek kawy i talerz z kromką chleba,
kawałkiem masła i dwoma plasterkami metki.
-?Bardzo proszę! -?mówi, dygając. -?Zaraz przyniosę wody do mycia.
Na starym łóżku z baldachimem Johanna dostrzega świeżo obleczoną
pościel, ale serwantkę i szafę pokrywa gruba warstwa kurzu, na
baldachimie zaś umościł się pracowity pająk. Dziewczyna siada na
rzeźbionym krześle i czuje, jak wzmaga się w niej ból, jak chce ją
całkiem zagarnąć. Papcio nie żyje. Nikt jej nie przytuli i nie pocieszy.
Dom rodzinny stracił swoją duszę. Papcio, jej ukochany papcio, leży na
Górze Gradowej, pochowany w zimnej ziemi.
Augusta
Słońce jakoś nieśmiało dziś zagląda w okna jadalni pruskiego rotmistrza
von Kleiwitza. Chmury pospiesznie płyną po niebie, chłodny wiatr
zapowiada jesień. Pokojówka wnosi kawę na srebrnej tacy i stawia dzbanek
na podgrzewaczu z miśnieńskiej porcelany. Następnie cicho się wycofuje,
ponieważ państwo są zajęci rozmową.
-?Skąd o tym wiesz?
-?Anton mi powiedział, serdeńko. Usłyszał o tym dziś rano przy studni od
pokojówki Blottów.
Augusta von Kleiwitz jest tak wstrząśnięta nieoczekiwaną wiadomością, że
ponownie stawia na podgrzewaczu dzbanek, z którego właśnie chciała nalać
mężowi kawy. Młoda małżonka jest energiczną osobą, stale w ruchu, zawsze
za czymś goni i niezwykle rzadko słów jej brakuje. Ale ta wiadomość
odbiera jej mowę na dobre kilka sekund.
-?Wiesz przecież, serdeńko, że służba przy studni zawsze dzieli się
nowinkami o swoich panach -?dorzuca Klaus von Kleiwitz.
Augusta zdążyła już przezwyciężyć osłupienie. Nalewając kawę, zadaje
jedno pytanie po drugim, a mąż solennie odpowiada na nie, jak umie
najlepiej. Uzyskana wiedza ma jednak potężne luki i oboje pogrążają się
w wielkim zatroskaniu.
-?Moja biedna, kochana Haneczka -?wzdycha Augusta i przesuwa ręką po
czole. -?Przede wszystkim jestem szczęśliwa, że wróciła cała i zdrowa. A to najważniejsze, Klaus. Reszta się z czasem ułoży. Mój Boże, dziś
jeszcze do niej pójdę, żeby ją zapewnić, że nie żywię do niej żadnego
żalu. Biedne dziewczę! Z pewnością nic nie wiedziała o śmierci ojca.
Będzie zdruzgotana. I jeszcze zdana jest teraz na łaskę i niełaskę tego
skąpego filistra. Czy ja ci opowiadałam, że Teodor Berend nie dał ani
feniga na przytułek, chociaż swego czasu gorąco prosiłam drogą Luizę,
żeby wpłynęła na swojego małżonka?
Klaus von Kleiwitz z uśmiechem skupia uwagę na śniadaniowym jajku i nie
przerywa potoku wymowy ukochanej ślubnej. Podoba mu się, gdy tak siedzi
przed nim z zaróżowionymi policzkami i błyszczącymi oczami, z przejęciem
omawiając jakąś sprawę. Tak właśnie zobaczył ją po raz pierwszy w brandenburskim dworku jej rodziców i z miejsca zakochał się w tym
pulchniutkim, jasnowłosym kłębku energii. On sam stanowi absolutne
przeciwieństwo swojej ślicznej Augusty -?wysoki, tykowaty mężczyzna,
obowiązkowy oficer o poważnym usposobieniu. Wychowano go w przekonaniu,
że podczas rozmowy nie należy poruszać tematu uczuć, lecz trzymać się
faktów, które omawia się rzeczowo i zwięźle. Ta cecha znakomicie
współgra z wylewnością Augusty, którą co pewien czas kieruje we właściwą
stronę przyjaznymi uwagami.
-?Tylko nie powinnaś działać pochopnie. Wiesz przecież, jakiego ambarasu
narobiła nam przed pół rokiem twoja przyjaciółka Johanna Berend -
wtrąca, gdy żona na chwilę milknie, by ugryźć bułeczkę.
-?Ach, ten bezwstydny człowiek bez krzty sumienia! -?woła Augusta i musi
popić kawą, bo się niemal udławiła. -?Po cóż ja go w ogóle zapraszałam
na spotkania salonu! Ale oczywiście wszystkie moje przyjaciółki oszalały
z wrażenia, że usłyszą światowej sławy pianistę Andrzeja Zalewskiego, a zwłaszcza że go zobaczą. To znaczy będą mu leżały u stóp, jadły z ręki i mdlały z zachwytu. Och, gdybym tylko przeczuwała, jakie nieszczęście ten
odrażający typ sprowadzi na moją drogą Haneczkę, to nigdy bym go nie
wpuściła do domu!
-?Ale, kochanie, nie mogłaś tego przeczuwać -?zauważa małżonek. -?Tym
przykrzejsza była dla nas wiadomość, że Johanna Berend poznała tego pana
właśnie w twoim salonie.
Rzeczywiście krążyły plotki, że Augusta von Kleiwitz odegrała w tej
historii rolę rajfurki, umożliwiając obojgu sekretne schadzki. Co żadną
miarą nie odpowiadało prawdzie, ale dla Klausa von Kleiwitza oznaczało
poważną rozmowę z przełożonym.
-?No i cóż z tego? -?Augusta beztrosko puszcza uwagę męża mimo uszu. -
To już się stało i się nie odstanie. Ech, ależ obgadywały wtedy
biedaczkę z czystej ponoć życzliwości te przyjaciółeczki i pobożne
damulki. Zwłaszcza te brzydkie, które i tak jej cały czas zazdrościły.
Suchej nitki nie zostawiły na występnej Johannie, a przy okazji wynosiły
pod niebiosa swoją obyczajność, którą zawdzięczają tylko temu, że żaden
mężczyzna na nie nigdy nie spojrzał...
Klaus von Kleiwitz spogląda na zegar kominkowy i białą płócienną
serwetką wyciera resztki marmolady w kąciku ust. Już pora na niego,
służba nie drużba. Punktualność to jedna z najważniejszych cnót
pruskiego oficera.
-?Jeśli chcesz się dzisiaj wybrać do Berendów, skarbie... -?mówi, wstając
od stołu i zasuwając krzesło na swoje miejsce. -?Lepiej zaanonsuj swoją
wizytę Luizie Berend, bo obawiam się, że nie pozwolą ci się widzieć z Johanną.
Augusta w swoim wzburzeniu nawet o tym nie pomyślała. A przecież to
racja -?tego właśnie można się spodziewać po Teodorze Berendzie!
Wstaje, by pożegnać się z Klausem.
-?Co ja bym bez ciebie zrobiła, mój ty mądry mężu. Słusznie, i tak
zresztą chciałam zobaczyć się z tą nieszczęśliwą Luizą i namówić ją, by
odwiedziła w przyszłym tygodniu mój salon. Uda mi się więc upiec dwie
pieczenie przy jednym ogniu, nieprawdaż? Weź płaszcz, mój miły, bo z północnego wschodu wieje zimny wiatr. I pamiętaj, że dziś wieczorem mamy
gości, zaprosiłam państwa Ostertagów z obiema córkami. Słyszałeś chyba,
że Elias Ostertag ma zamiar wydawać czasopismo literackie?
Mąż całuje ją czule w policzki i w czoło, obiecuje, że wróci w porę i nic go nie zatrzyma, po czym schodzi do sieni, gdzie kamerdyner Anton
już stoi w gotowości i podaje panu czako i płaszcz.
Augusta wypija jeszcze jedną filiżankę kawy, nabiera sobie szczodrze
smacznej konfitury truskawkowej i rozmyśla, jak nakłonić Luizę, by ta
pozwoliła jej na krótką rozmowę z Johanną. Oczywiście, że najpierw będą
trzymali biedaczkę pod kluczem, jest hańbą dla rodziny, zapewne
woleliby, żeby nigdy nie wróciła i gdzieś na obczyźnie dokonała marnego
żywota, cierpiąc gorzką nędzę. Ech, to przecież pyszałkowaci i dufni w sobie Berendowie, uważają się za coś lepszego, bo są starym
patrycjuszowskim rodem i mają kamienicę na Długiej, tuż przy Długim
Targu. Ale całe miasto wie przecież, że wielkie firmy handlowe
podupadają. Także Friedrich Berend, którego trzy miesiące temu złożono
do grobu, musiał w ostatnim czasie zaciekle walczyć o przetrwanie
przedsiębiorstwa, a Bóg raczy wiedzieć, jak sobie poradzi Teodor, jego
następca. Starszy pan był jednak przystępnym człowiekiem, w mieście go
lubiano, czego naprawdę nie można powiedzieć o jego starszym synu.
Młodszy, Ernst, wdał się na szczęście w ojca i jest wyjątkowo uroczym
młodzieńcem, który już zdążył różnorakimi literackimi wystąpieniami
uatrakcyjnić zebrania w jej salonie. Ale niestety przebywa teraz w Königsbergu, studiuje na Uniwersytecie Albrechta.
Dzwoni na pokojówkę, że może już sprzątnąć ze stołu, i przechodzi do
sąsiedniego pomieszczenia, gdzie znajduje się jej filigranowe damskie
biureczko. Chce napisać jeszcze parę listów, nim ruszy do Berendów. To
zadanie musi wypełniać codziennie, ponieważ utrzymuje kontakt listowny z wieloma przyjaciółkami, ze starszymi ciotkami, a przede wszystkim z młodymi artystami, których wspiera. Gdy ślubny małżonek kręci niekiedy z powątpiewaniem głową nad jej rozległą korespondencją i ostrożnie
napomyka o kosztach, Augusta odpowiada bez skrępowania:
-?Ci utalentowani młodzi ludzie będą kiedyś sławnymi pisarzami, mój
drogi. Wtedy te listy zyskają wielką wartość.
Około jedenastej udaje się do garderoby, by przyszykować się do wyjścia,
starannie wybiera kapelusz i rękawiczki oraz doprowadza do porządku
jasne loki.
-?Greto, wychodzę, a ty idziesz ze mną. Weź listy, wstąpimy po drodze na
pocztę!
Greta wyraźnie się cieszy, lubi wychodzić ze swoją panią. Zarzuca
wełnianą chustę na ramiona i wkłada pocztę do wiklinowego koszyka, po
czym biegnie otworzyć pani drzwi wejściowe.
-?Uch, co za nieprzyjemne wietrzysko! -?wzdycha Augusta. -?Ach, Greto,
lato minęło. Tak mi niewymownie smutno. Patrz, tam już fruną przez ulicę
pierwsze jesienne liście!
-?Tak, jaśnie pani. Będziemy musieli palić w piecach.
Ależ prozaiczna jest ta dziewczyna, myśli Augusta. Ja dumam nad utratą
lata, a ta się martwi tylko tym, że wkrótce będzie musiała co ranka
targać wiadro z węglem i rozpalać w piecach. A i tak wykorzysta każdą
okazję, by zrzucić tę robotę na biednego Antona.
Augusta wybiera drogę przez Kohlenmarkt, Targ Węglowy, obok ulubionego
teatru, zwanego przez gdańszczan nieco uszczypliwie "młynkiem do
kawy"6. Ale oni w ogóle nie żywią szczególnych uczuć do sztuki.
Porządny posiłek i pełny mieszek będą zawsze dla nich ważniejsze niż
oddanie się muzom. Kiedy przed kilku laty Augusta von Kleiwitz
wprowadziła się jako świeżo poślubiona małżonka do kamienicy przy
Heilig-Geist-Gasse, przy Świętego Ducha, sądziła najpierw, że zabłąkała
się na pustynię kulturalną. Ale, chwalić Boga, udało jej się stopniowo
stworzyć krąg pokrewnych dusz i dzisiaj jej salon stał się ogromnie
poważanym miejscem comiesięcznych spotkań poetów, kompozytorów i innych
dzieci muz. Augusta von Kleiwitz jest z tego szalenie dumna. Teraz też
co chwila się zatrzymuje, by krótko porozmawiać z miłym znajomym lub
przyjacielem domu, a przy sposobności napomknąć, że bez wątpienia
zobaczą się pojutrze o stałej porze u Kleiwitzów. Dwóch młodych
skrzypków z teatralnej orkiestry popisze się wykonaniem kilku utworów,
ponadto powszechnie znany poeta, doktor Arthur Hempel, przeczyta
fragmenty swoich dzieł...
Nim skieruje kroki ku kamienicy Berendów, zagląda jeszcze szybciutko do
jednego ze sklepów, które oferują słodycze i inne delikatesy, i nabywa
ładne pudełeczko marcepanów. Biedna Luiza może sobie pozwolić na takie
łakocie, bo chudziutka jest jak trzcinka i koniecznie powinna przybrać
parę funtów. Augusta wie od krawcowej, że Luiza Berend kazała sobie
zwęzić dwie suknie.
Drzwi jak zwykle otwiera jej Danuta, która dwornie dyga i prosi przybyłą
na pierwsze piętro, gdzie musi zaczekać w niewielkim przedsionku, aż
służąca zaanonsuje pani jej wizytę. Augusta słyszy dobiegające zza drzwi
szepty.
-?Ach, Boże! Czy ona już przyszła?
-?Tak, jaśnie pani.
-?To wprowadź ją, na co czekasz?
Zdaje się, że jej wizyta nie wywołała zbytniej radości, ale no cóż -
Augusta w zasadzie może zrozumieć pewną rezerwę w obecnej sytuacji.
-?Proszę wejść, jaśnie pani! -?mówi Danuta i otwiera jej drzwi.
W pokoju uderza ją groteskowy obraz. Luiza siedzi w wysokim fotelu,
wsparta pod plecami poduszką, nogi moczy w misce z ciepłą wodą.
Rzeczywiście nieboraczka wygląda na chorą. Zdjęła czepek, widać więc jej
cienkie, jasne włosy, splecione w warkocz. Przypuszczalnie głowa ją
boli, bo gdy Augusta weszła do pokoju, zdejmowała akurat z czoła mokrą
szmatkę, którą chłodziła sobie skronie. W pomieszczeniu mocno czuć
rumiankiem i olejkiem eukaliptusowym.
-?Moja kochana Luizo! W jakimż strasznym stanie cię znajduję! -?woła
współczująco Augusta. -?Widzę, że naprawdę przychodzę nie w porę. Ale
koniecznie chciałam cię odwiedzić i przynieść drobny upominek, bo tak
dawno się nie widziałyśmy...
Luiza zmusza się do uśmiechu i oświadcza, że to nic poważnego, zwykła
migrena, która ją trapi od czasu do czasu.
-?Wobec tego nie będę ci się długo naprzykrzać, droga przyjaciółko. Wiem
po sobie, jak dolegliwe bywają takie ataki. Na szczęście rzadko mi się
to zdarza, ale jeśli już mi dokuczą, muszę spędzać cały dzień w ciemnym
pokoju, ponieważ światło drażni moje nerwy.
-?Ależ skądże znowu, bardzo się cieszę z twojej wizyty -?odzywa się
słabym głosem Luiza. -?Na małą pogawędkę zawsze trzeba znaleźć czas mimo
niedomagań, prawda?
Odkłada nieuważnie podarunek na stół obok naczynia, które zapewne
zawiera herbatkę rumiankową.
Augusta opowiada o paskudnym wietrze, dmącym ulicami, bez wątpienia
sprawcy migreny. Mówi, że już nie może się doczekać otwarcia sezonu
teatralnego i że ma nadzieję na ponowne wynajęcie ulubionej loży, by
siedzieć jak najdalej od miejsc, gdzie dzisiaj niestety kłębi się
pospólstwo. Następnie zmienia temat i serdecznie zaprasza Luizę, by
odwiedziła jej salon.
-?Mała odmiana na pewno dobrze ci zrobi i skieruje myśli w inną stronę...
-?Nie mogę obiecać -?waha się Luiza. -?Ale do pojutrza, jak sądzę, już
mi przejdzie. Jak to miło z twojej strony, Augusto, że o mnie
pomyślałaś!
-?To oczywiste, droga przyjaciółko. Wiem przecież, że potrzebujesz teraz
chwili oddechu, bo masz nowe troski na głowie...
Luiza, która właśnie kładzie sobie wilgotny ręcznik na głowie, zastyga w pół ruchu.
-?Nowe troski? Co masz na myśli, Augusto?
-?No cóż, dotarło do mnie, że Johanna wróciła -?odpowiada niewinnym
głosem Augusta. -?Jeśli to prawda, ogromnie by mnie to ucieszyło. Wiesz,
że zawsze była mi bardzo bliska.
Jak się należało spodziewać, Luiza nie wygląda na uszczęśliwioną. Z wiadomych powodów długo nie poruszały tematu Johanny.
-?Od wczoraj znowu jest w domu -?przyznaje jednak Luiza. -?Jestem
zaskoczona, że już cię o tym poinformowano.
-?Kochana, takie rzeczy szybko się roznoszą. Znasz mnie nie od dzisiaj,
jestem otwartą, szczerą osobą, która woli powiedzieć coś przyjaciółce
prosto w oczy, a nie obmawiać ją za plecami. Wierz mi, że jestem
szczerze zainteresowana losami Johanny i w każdym momencie jestem gotowa
zrobić, co w mojej mocy, by pomóc jej na nowo odnaleźć się w Gdańsku.
Luiza kładzie sobie ręczniczek na czoło i bierze głęboki oddech.
-?Na to jeszcze poczekamy. Teodor postanowił, że moja szwagierka na
razie nie będzie opuszczać domu. Nie chodzi tu jedynie o ochronę
reputacji rodziny, lecz o jej własne dobro.
-?Oczywiście -?spieszy z zapewnieniem Augusta. -?W takim przypadku
trzeba postępować ostrożnie i nie wolno niczego przyspieszać. Chętnie
bym z nią zamieniła parę słów, droga Luizo...
-?Augusto, to niestety niemożliwe -?pada prędka odpowiedź. -?Teodor nie
chce, by Johanna utrzymywała jakiekolwiek kontakty. To konieczne, by
uświadomiła sobie powagę swego położenia i nie robiła niczego
nieprzemyślanego. Sama wiesz, jak szybko złe plotki rozchodzą się po
mieście.
-?I właśnie w tym duchu chcę porozmawiać z Johanną -?próbuje raz jeszcze
Augusta. -?W końcu jesteśmy bliskimi przyjaciółkami i mam na nią pewien
wpływ.
-?Może później -?oświadcza Luiza i szuka lewą ręką dzwonka na służbę. -
Na razie nie mogę niestety pozwolić ci na odwiedziny.
Na głos dzwonka przybiega Danuta.
-?Dolej mi ciepłej wody -?nakazuje pani, pokazując na miednicę, w której
moczy nogi. -?I przynieś mi proszek od bólu głowy. Pospiesz się!
Augusta pojmuje, że wizyta dobiega końca. Ależ to irytujące -?Klaus miał
po stokroć rację, uwięzili biedną dziewczynę i nikogo do niej nie
dopuszczają. Niewątpliwie dyskrecja jest tu wskazana, ale właśnie
dlatego mogłaby zobaczyć się z przyjaciółką! Tyle że wygląda na to, że
tym butnym patrycjuszom najbardziej by odpowiadało usunięcie dziewczyny
z powierzchni ziemi. Byle tylko nic nie splamiło ich białych szatek!
-?Szybkiego powrotu do zdrowia, droga Luizo -?mówi ściszonym głosem. -
Do pojutrza z pewnością staniesz na nogi.
-?Mam taką nadzieję, kochana Augusto. I dziękuję ci bardzo za wizytę
oraz uroczy podarunek.
-?Ufam, że będzie ci smakował, przyjaciółko -?odpowiada Augusta, żywiąc
zarazem niepobożne życzenie, że marcepan stanie Luizie kością w gardle.
Danuta jest zajęta, Augusta sama zatem wychodzi na korytarz. Już, już
zamierza popędzić po schodach, by choć na chwilę chwycić Johannę w objęcia, ale niestety na horyzoncie pojawia się koścista postać Teodora
Berenda, musi więc grzecznie się z nim przywitać i powiedzieć, że
właśnie złożyła wizytę jego drogiej żonie.
-?Ujmująca to troska z pani strony -?odpowiada oschle pan domu, kłania
się uprzejmie i czeka, póki Augusta nie zejdzie do sieni. Cóż za
podstępny człowiek! Przejrzał jej zamiary i z zimną krwią je udaremnił.
A żeby tak się udławił własną pychą, ten bezduszny kościotrup!
Rozzłoszczona stoi w ponurej sieni i woła Gretę, która nie poszła z nią
na górę, lecz została w części gospodarczej. Gdzież ta znowu utknęła?
Zagadała się gdzieś na podwórzu z kucharką? Augusta zuchwale postanawia
przejść przez pomieszczenia biurowe na parterze, by dostać się na
podwórze na tyłach kamienicy i rozejrzeć za dziewczyną. Ze złośliwym
zadowoleniem stwierdza, że w kantorze Berendów niewiele się dzieje.
Słychać skrzypienie pióra, to pisarz kantoru, teraz kaszle i odkrztusza
flegmę -?obrzydliwe! Augusta znajduje drzwi na podwórze i bierze głęboki
oddech. Jak to miło wyjść z tych zatęchłych kątów na świeże powietrze!
No tak właśnie myślała -?tam oto na podwórzu stoi jej służąca Greta i wdzięczy się do rudowłosego chłopaka, który wygląda na onieśmielonego i mnie w rękach czapkę.
-?Greta! Gdzie ty się podziewasz?! -?woła niecierpliwie. -?Musimy
jeszcze zdążyć na pocztę!
I wtedy raptownie otwiera się okno na drugim piętrze, a Augusta widzi
Johannę. Ładnie wygląda, kiedy tak zarumieniona, z rozpuszczonymi
włosami o barwie miodu, wychyla się przez parapet i macha do niej.
-?Augusta! Jak ja się cieszę, że cię widzę! -?woła ku przyjaciółce. -
Ileż ja o tobie myślałam. Chodź do mnie na górę, mam ci strasznie dużo
do opowiadania...
Cóż za okropny dylemat! Na górze stoi ponury strażnik, a ona nie ma
możliwości przedostać się do przyjaciółki.
-?Później, kochana Haneczko! -?woła. -?Spieszę się, niestety, bo zaraz
zamkną pocztę!
-?Och, jaka szkoda! -?dobiega z góry zmartwiony głos. -?To jutro z rana
do ciebie zajrzę. Przed południem jesteś przecież w domu?
-?W domu... tak, naturalnie... -?jąka się Augusta. -?Tak się cieszę... Myślę o tobie. Haneczko, napiszę do ciebie.
-?A po co ty chcesz do mnie pisać, kiedy ja jutro do ciebie przyjdę! -
rozbrzmiewa wesoła odpowiedź. -?A demain, ma chérie!7 I pozdrów jak najserdeczniej małżonka!
-?On cię też serdecznie pozdrawia, kochana. Do rychłego zobaczenia, jak
najrychlejszego! Jestem i pozostanę twoją przyjaciółką! Nigdy nie wolno
ci o tym zapomnieć! Adieu, adieu...
Głowa Johanny znika, okno zostaje zamknięte. Augusta nie chce sobie
nawet wyobrażać, co się teraz dzieje w pokoju dziewczyny, lecz
najprawdopodobniej wpadł tam właśnie jej brat, by przywołać ją do
porządku.
Ach, mój Boże! Biedaczka! Ależ ona jest naiwna, jak nic nie przeczuwa,
co się święci. Auguście łzy napływają do oczu, gdy pomyśli, przez co
będzie musiała przejść jej przyjaciółka w najbliższych miesiącach.
Gdybyż tylko mogła jej pomóc! Ach, musi omówić to wszystko z Klausem,
ten zawsze zachowuje trzeźwe spojrzenie i potrafi jej mądrze doradzić.
-?Greto, nie słyszałaś, jak cię wołałam? -?pyta rozdrażniona służącą. -
Zmykajmy stąd. Jeśli zostanę tu dłużej, też dostanę migreny!
Johanna
Jest od niej silniejszy. Zawsze tak było, nawet w dzieciństwie nie miała
szans z Teodorem. W późniejszym czasie sprzymierzyła się z młodszym
bratem Ernstem, ale i we dwójkę nie udało im się go pokonać. Teraz wdarł
się do jej pokoju, szarpnął za ramiona, odciągnął od okna i pchnął na
łóżko. Stoi tak nad nią, wszechpotężny, w oczach błyszczy mu zimna
furia.
-?Chyba mnie nie całkiem zrozumiałaś, Johanno -?syczy. -?Powiedziałem,
że zabraniam ci kontaktowania się z kimkolwiek. Zostaniesz w swoim
pokoju i tak długo z niego nie wyjdziesz, póki nie zarządzę inaczej!
Leży na poduszkach jak ogłuszona i nie wie, co się z nią dzieje. Czy on
naprawdę poważył się podnieść na nią rękę, niemal wyłamał jej ramię?
Wpatruje się w tę nieruchomą twarz i zaczyna się bać nienawiści, jaka z niej bije.
-?Nie masz prawa tego robić! -?protestuje. -?Jestem twoją siostrą, a nie
niewolnicą!
-?Nie zmuszaj mnie do podjęcia drastycznych kroków! -?ostrzega ją.
Johanna siada i odgarnia włosy opadające jej na twarz. Nie, nie pozwoli
mu, by tak ją traktował!
-?Nie masz żadnego prawa tak robić! -?krzyczy wściekła. -?Och, gdyby
tylko papcio żył, toby ci pokazał, gdzie twoje miejsce! Ale że nie żyje,
to ci się wydaje, że możesz się rządzić, jak ci się podoba!
Zaczyna szlochać, bo na samą myśl o ojcu łzy płyną jej z oczu. A niech
to, musi przestać płakać, ten tutaj będzie triumfował. Ale nie daje
rady, ból po stracie ojca jest zbyt silny.
-?Papa cię wydziedziczył testamentarnie -?odzywa się chłodno Teodor. -
Nic nie masz i jesteś zdana na moje dobre serce, sam tak postanowił.
Gdybyś jednak miała zamiar wyprawiać brewerie, to wyrzucę cię za drzwi
bez grosza przy duszy!
Z tymi słowami obraca się na pięcie i wychodzi. Johanna siedzi
osłupiała, pokój wiruje wokół niej, na chwilę czarno jej się robi przed
oczami. Jeśli to zły sen, to chce się natychmiast obudzić! Niech
wszystko będzie tak jak dawniej, kiedy siedziała z mamą i papciem w wielkim salonie i obchodziła radosne święta. Chce znowu kucać z Ernstem
na przedprożu i z ukrycia ciskać w przechodniów kasztanami...
Te piękne marzenia raz jeszcze niweczy Teodor. Bez pukania wchodzi do
pokoju, stawia na podłodze drewnianą skrzynkę z narzędziami i zaczyna
zabijać okno gwoździami.
-?Co ty wyprawiasz? Wietrzyć też już nie mogę?
Nie zwracając na nią uwagi, wbija gwoździe w drewno, następnie przygląda
się z satysfakcją swojemu dziełu, szarpie na próbę za okienną klamkę, po
czym chowa narzędzia do pudła.
-?Sama to sobie zawdzięczasz!
Brat wychodzi z pokoju, słychać, jak przekręca klucz z drugiej strony.
Miał czelność ją zamknąć jak niegrzeczne dziecko, na które nałożono
areszt domowy! Jeszcze nikt nigdy tak jej nie potraktował. Nawet surowa
bona, która zajmowała się nimi, gdy byli mali, nie posunęła się do
czegoś podobnego. Mama zabroniła jej tego. A papcio wyrzuciłby ją za to
z domu. Johanna podnosi się z trudem, szarpie gniewnie za gałkę u drzwi
i ponieważ się nie otwierają, łomocze w nie pięściami.
-?Otwierać! Natychmiast otwórzcie te drzwi! Nie macie żadnego prawa mnie
tu zamykać!
Ale nikt nie spieszy jej z pomocą. Woła Luizę. Nakazuje Danucie
przekręcić klucz. Biega zrozpaczona po pokoju, z trudem łapie powietrze,
szarpie za okno, ponownie wraca do drzwi, kopie w drewno. Ale stare
odrzwia zrobiono z grubego, solidnego dębu, może w nie tłuc i kopać, ile
jej sił starczy -?nie drgną ani odrobinę. Z krwawiącymi dłońmi i obolałymi stopami siada w końcu na ziemi i łka z czystej rozpaczy.
Czemuż w ogóle wróciła do domu? Gdyby tylko przeczuwała, jakie piekło tu
na nią czeka, zostałaby z Andrzejem. Ach, był lekkoduchem, to prawda.
Ale ją kochał, był łagodny i czuły, humory pokazywał tylko przed ważnymi
występami. Okłamywał ją -?no cóż, taki już jest, woli przemilczeć
prawdę, by nie napytać sobie biedy. Nie znosił scen zazdrości, jakie mu
urządzała, ale zawsze się przecież godzili. No, prawie zawsze. Na koniec
nie chciała już pojednania i powiedziała mu, że ma go dosyć. Ale nawet
wtedy okazał wspaniałomyślność, opłacił jej podróż do domu i podziękował
za piękne chwile, jakimi go obdarowała. Andrzej jest po prostu porządną
osobą, to poczciwy człowiek -?nigdy w życiu by jej źle nie potraktował.
Co jej strzeliło do głowy, że go porzuciła, w zamian zyskując tyle, że
brat ją pobił i uwięził we własnym domu? Ach, myślała, że wraca do
papcia, który wszystko by jej wybaczył. Jak srodze się myliła.
Mozolnie się podnosi i nalewa wody do miednicy, by obmyć poranione ręce.
Pokaleczone dłonie pieką w zetknięciu z wodą, osusza je ręcznikiem, na
lnianym płótnie pozostają krwawe ślady. Co takiego powiedział Teodor? Że
papcio ją wydziedziczył? To musi być kłamstwo, ojciec by jej nigdy
czegoś takiego nie zrobił. Jej posagiem ma być rodzinny dom matki na
Frauengasse, na Mariackiej, mama tak chciała, a papcio potwierdził jej
wolę u notariusza. Teodor nie może przecież tego zmienić. Co za podły
kłamca! Ale go przejrzała. Chciał ją zastraszyć, żeby robiła, czego od
niej zażąda. Ech, zawsze jej nienawidził, ponieważ była ukochanym
dzieckiem papcia, jego oczkiem w głowie, małą złotowłosą królewną, jego
Haneczką...
Ponownie łzy jej napływają do oczu, do zgryzoty dołącza gniew na to, jak
ją niesprawiedliwie potraktował, nikczemnie pozbawił wolności,
bezczelnie okłamał. Ale nie uda mu się, jest twardsza, niż myśli, stawi
mu opór z podniesionym czołem i w końcu przeprowadzi swoją wolę.
Wyczerpana pije wodę z dzbanka, po czym zabiera się do rozpakowywania
torby, ciągle stojącej na komodzie. Niewiele przywiozła z dalekich
podróży. Jedwabną koszulę nocną Andrzej kupił jej w Rzymie, dwa kolorowe
szale z cieniutkiej bawełny pochodzą z Amsterdamu, małego pieska z brązowego pluszu sprezentował jej na targu w Londynie. Zostawiła całą
resztę, suknie, bieliznę, buty i kapelusze, w końcu schowała tylko
czerwone puzderko ze złotym wisiorkiem. Podarował jej ten klejnocik na
pożegnanie, na wieczną pamiątkę, jak oświadczył z teatralnym patosem.
Złote serduszko z małym diamencikiem w środku i wygrawerowanymi słowami
"mon amour"! Była wściekła i cisnęła mu je pod nogi. Co za tania
błyskotka! Z całą pewnością ów dar miłości przekazała mu jedna z jego
licznych wielbicielek. W końcu jednak podniosła puzderko z ziemi i włożyła do torby. Tak czy owak to złoto, Johanna pochodzi z kupieckiego
rodu, takich rzeczy się nie wyrzuca, tylko zamienia na żywy pieniądz.
Ach, tak -?pieniądze. Dostrzega skórzaną portmonetkę, którą Andrzej
kupił jej we Florencji na Ponte Vecchio. Jest w niej jeszcze dziewięć
talarów, dwa srebrne grosze i osiem fenigów, oprócz tego różne
zagraniczne monety, których wartości nie zna. Drobniaki, bez wątpienia,
ale może znajdzie na targu kupca, który przyjmie obce pieniądze.
Jeśli w przewidywalnym czasie będzie mogła pójść na któryś gdański targ...
No ale Teodor nie może jej przecież wiecznie trzymać pod kluczem, kiedyś
będzie musiał otworzyć drzwi. Przezornie wkłada portmonetkę pod luźną
deskę w podłodze, gdzie już jako dziecko chowała swoje skarby. Następnie
podchodzi do okna i spogląda przez małe szybki. Wiele nie jest w stanie
dostrzec, na podwórze mogłaby wyjrzeć, tylko wywiesiwszy się przez
parapet. Został jej widok ściany sąsiedniej kamienicy z mnóstwem wąskich
okienek, nad nią przebłyskuje skrawek nieba. Ciągną nim ciemnoszare
kłęby chmur, wiatr dmie z północnego wschodu, światło wpadające do
pokoju jest blade i niepewne.
I tak bym nie wyszła przy tej pogodzie, myśli krnąbrnie i, dygocąc,
kładzie się na łóżku.
Chwilę leży nieruchomo, nasłuchując odgłosów starego domu. Wiatr
klekocze łupkowymi dachówkami, gdzieś tłucze się okiennica, pęd dzikiego
wina uderza o ścianę budynku. Co jakiś czas słychać kroki na schodach.
Łatwo rozpoznać chodaki Danuty, podobnie jak ciężkie stąpanie gospodyni,
pracującej w kuchni i pomieszczeniach gospodarczych. Teodor nosi solidne
buty z cholewami, jego chód jest cichy i miarowy. Johanna rozpoznaje
również kroki Stefana Korbitza w znoszonych butach, który od ponad
dwudziestu lat pracuje w kantorze Berendów. Ruch trwa na parterze i pierwszym piętrze, do niej, na drugie piętro, nikt nie zagląda, nawet
Danuta. Niekiedy dobiega tu dźwięczny głos pokojówki, słychać "Tak,
jaśnie pani", "Natychmiast, jaśnie pani". A więc zajmuje się Luizą,
która stale czegoś potrzebuje, bo przecież niedomaga. Johanna łapie się
na złośliwej myśli, że jest sprawiedliwość w niebiesiech, skoro
odmawiają one Teodorowi upragnionego syna i dziedzica. Nie, fuj -?to
podłe. Biedna Luiza straszliwie cierpi z tego powodu, a jeśli nawet nie
jest akurat życzliwie nastawiona wobec Johanny, to i tak nic nie poradzi
na machinacje swojego małżonka.
Południe dawno minęło, a ona nic dzisiaj w ustach nie miała poza kilkoma
łykami wody. Czy chcą ją tutaj zagłodzić? Poza tym dręczy ją zwykła
ludzka potrzeba, ale ponieważ nie może się udać do ustępu, musi
skorzystać z nocnika. Opróżnić go też nie może. Co za obrzydliwa
nikczemność tak nią poniewierać! Kiedy wreszcie przyjdzie Danuta, żeby
posprzątać pokój, wylać nocnik i przynieść jej coś do jedzenia?
Godziny wloką się ospale. Johanna podrywa się na każdy szelest na
schodach w nadziei, że ktoś ją wreszcie uwolni z więzienia -?ale nic się
nie dzieje. Światło blednie, dzień chyli się ku zachodowi, szarówka
przechodzi w mrok nocy. Dziewczyna zapala lampę naftową i krąży po
pokoju jak zwierzę w klatce, przykłada ucho do drzwi, już chce wołać na
Danutę, ale w ostatnim momencie się rozmyśla. Nie, nie pozwoli mu
triumfować, nie będzie go prosić ni błagać, na to jest zbyt dumna. Czuje
gonitwę myśli, przypominają jej się dziwne odpowiedzi Augusty, gdy
zobaczyła ją dziś na podwórzu.
"Jestem i pozostanę twoją przyjaciółką..." "Napiszę do ciebie..."
A więc wiedziała, co jej zrobią. Dlaczego jej nie ostrzegła? Chce do
niej napisać? A niby jak, skoro wszystkie listy lądują na biurku Teodora
w kantorze? I co też Auguście przyszło do głowy, że w ogóle chce pisać
do niej listy? Czy to znaczy, że będą ją miesiącami trzymać pod kluczem?
Ale cóż ona takiego zrobiła? Nie jest zbrodniarką, niczego nie ukradła i nikogo nie zabiła. Nie zamierza też przecież jutro dumnie obejść całego
miasta i odwiedzić wszystkich znajomych, żeby im opowiedzieć o swojej
podróży. Nie, sama zdaje sobie sprawę z tego, że przez jakiś czas nie
powinna rzucać się w oczy. Będzie też mogła składać wizyty tylko tym
przyjaciółkom, co do których jest pewna, że nadal są jej życzliwe. Tak
jak Augusta, ona z pewnością ucieszyłaby się z jej odwiedzin.
A może to wszystko jest tylko nieszczęśliwym nieporozumieniem, myśli,
gdy wreszcie znużona i wyczerpana kładzie się do łóżka. Porozmawiam z Teodorem i się ułożymy. Nawet jeśli on mnie nienawidzi, a ja nie jestem
w stanie go znieść, to możemy znaleźć rozsądne rozwiązanie. Papcio
również by tego pragnął.
Tej nocy śpi niespokojnie, słyszy, jak wiatr hula wokół starej
kamienicy, jak skrzypią deski w podłodze i boazerie na ścianach, do tych
dźwięków dołącza później deszcz bijący o szyby. W pewnej chwili
dziewczyna ma wrażenie, że dobiega ją zgrzyt klucza w zamku, ale że w pokoju jest ciemno, gdyż lampa się już wypaliła, a nie dochodzą jej
żadne odgłosy, ponownie zasypia.
Gdy budzi ją sinawe światło poranka, odkrywa na komodzie tacę z chlebem,
kiełbasą i kubkiem mleka. Nocnik jest opróżniony, miednica z wodą do
mycia czysta dzbanek ze świeżą wodą stoi obok. Czyli Danuta była nocną
porą w jej pokoju, by załatwić te sprawy. Ależ to żałosne! Czyżby Teodor
wierzył, że Johanna rzuci się jak dzika do ucieczki, gdy tylko dojrzy
otwarte drzwi? Skąpe śniadanie kusi mimo wszystko, od przedwczorajszego
wieczora nic nie jadła, w brzuchu straszliwie jej burczy. Chciwie połyka
chleb z kiełbasą, mleko zostawia, bo go nie lubi. Cóż by dała za
filiżankę kawy! Czuje, że musi się umyć i włożyć świeżą bieliznę.
Korzysta z nocnika, nalewa wodę do miednicy i właśnie chce zdjąć długą
koszulę nocną, gdy słyszy kroki. Ktoś idzie do niej na drugie piętro. To
Danuta i Teodor. I ktoś jeszcze, zdecydowanie stąpający w ciężkich
butach.
Pierwszą jej reakcją jest poczucie ulgi. Będzie negocjować, okaże
rozsądek, przystanie na parę jego żądań, ale też zadba o swoje prawa.
Nagle słyszy kobiecy głos.
-?Jest pan pewien, że nie urządzi cyrku?
-?Proszę się nie niepokoić, pani Göttler. Daliśmy jej coś w mleku.
Akuszerka. Zna to nazwisko, ponieważ niejaka pani Göttler zajmowała się
Luizą po poronieniach. Krzepka, rezolutna osoba koło pięćdziesiątki,
która nie toleruje sprzeciwu i nie uznaje żadnych targów. Czego ona tu
chce? I co takiego próbowali jej podać w mleku?
Obrót klucza w zamku, Teodor jako pierwszy wchodzi do pokoju. Gdy
dostrzega ją w koszuli nocnej przy serwantce, gniew wykrzywia mu twarz.
-?Nie jadłaś śniadania? -?pyta, nawet się nie przywitawszy. -?No cóż,
poprosiłem panią Göttler, żeby cię zbadała.
-?Ale dlaczego? -?jąka się przerażona. -?Nie jestem chora.
-?Ale możesz być w ciąży. Jeśli tak, mam prawo o tym wiedzieć. Połóż
się. Pani Göttler zna się na swoim fachu, to długo nie potrwa.
-?Nie mam najmniejszego zamiaru! -?wrzeszczy wściekła. -?Nie jestem w ciąży. A nawet gdybym była, to nie twoja sprawa!
Teodor wymienia spojrzenia z akuszerką, która ma złowróżbną minę. Potem
podchodzi do Johanny i łapie ją za ramię.
-?Kładź się! -?rozkazuje brat i szarpie ją na łóżko. -?No już!
Tym razem broni się ze wszystkich sił. Kopie, łapie Teodora za ucho i niemal je odrywa, opluwa go. Ale ten trzyma ją żelaznym uchwytem,
przewraca na łóżko, a ponieważ siostra zrywa się z miejsca, bije ją
płaską dłonią po twarzy.
-?Niech pani zaczyna! -?rzuca do akuszerki. -?Bez obaw, mocno ją
trzymam.
Akuszerka spogląda chłodno na Johannę, która w uścisku brata
rozpaczliwie się wije, przeraźliwie krzycząc.
-?Ktoś musi przytrzymać jej nogi -?stwierdza rzeczowo pani Göttler.
-?Danuta!
Pokojówka została przy drzwiach. Na dźwięk rozkazu zasłania się
przerażona obiema rękami.
-?Jaśnie panie, ja nie mogę tego zrobić. Błagam...
-?Rób, co mówię.
Danuta podchodzi niepewnym krokiem, trupio blada, wie jednak, że w każdej chwili może wylądować na ulicy, jeśli nie posłucha pańskiego
rozkazu.
-?Święta Mario, Matko Boża, odpuść mi ten grzech -?szepcze.
-?Złap ją za prawą nogę -?instruuje akuszerka. -?Mocno! O, tak będzie
dobrze.
Johanna pojmuje, że nie ma ratunku. Kobieta podciąga jej koszulę nocną
aż do piersi, uciska nagi brzuch i wbija twardy palec w przyrodzenie. To
boli, ale Johanna nie wydaje już z siebie żadnego dźwięku. Leży jak
ogłuszona, ogarnia ją lodowaty bezwład, odrętwienie, jakby opuściła
swoje ciało i nie było jej w tym pokoju. Niczym we śnie widzi biały
czepek akuszerki, krople potu perlące się na jej czole i nieruchome,
przerażone oczy Danuty. Ktoś obciąga jej na powrót koszulę, po czym
dobiega do niej pytanie Teodora.
-?I co?
-?Nie jest dziewicą.
-?To wiemy. Dalej?
-?Nie jest w ciąży. Ma miesiączkę.
-?Coś jeszcze?
-?Brak oznak francuskiej choroby.
-?Na pewno?
-?Przecież mówię! -?reaguje gniewnie akuszerka. -?Razem będzie trzy
talary i pięć srebrnych groszy.
-?Danuta zaprowadzi panią do kantoru.
Johanna leży nieruchomo jak martwa. Nawet teraz, gdy Teodor ją wreszcie
puszcza, nie czyni najmniejszego ruchu. On zatrzymuje się na moment przy
łóżku i przygląda się jej posępnie.
-?Wiele byś sobie oszczędziła, gdybyś mnie posłuchała! -?mówi.
Dziewczyna milczy. Coś w niej pękło. Na zawsze rozprysło się na dwoje.
Opadła zasłona i wyjrzało zza niej prawdziwe, okrutne oblicze świata.
-?Sama z siebie zrobiłaś dziwkę -?słyszy perorującego brata. -?No to się
nie dziw, że cię tak traktują. Będziesz tu zamknięta, póki nie
przyrzekniesz, że dostosujesz się do moich poleceń!
Idzie ku drzwiom, wychodzi na korytarz, od razu słychać zgrzyt klucza
przekręcanego w zamku. Następnie Teodor spiesznym krokiem schodzi do
kantoru.
Drętwota nie mija. Johanna leży bez ruchu na plecach, słucha, jak
oderwany od ściany pęd dzikiego wina uderza w okno, w głowie ma głuchą
pustkę. Wreszcie czuje chłód wpełzający w jej członki, zwija się w kłębek, obejmuje ramionami kolana i zaczyna dygotać. Całe jej ciało drży
niepohamowanie, serce wali, zęby szczękają, palce ma skostniałe jak
sople lodu. Dopiero po chwili atak przechodzi, Johanna z trudem się
podnosi, odgarnia z twarzy splątane włosy, rozciera zziębnięte dłonie i stopy. Ociężale wstaje z łóżka i zabiera się do mycia, wkłada koszulę i gorset, dokonuje stosownych zabiegów, by się zabezpieczyć z uwagi na
krwawienie miesięczne, wkłada długie pantalony, zapinane na guziczki od
środka, wreszcie mocno wiąże halki w talii. Każdy kolejny ruch wykonuje
rutynowo, z każdą sztuką przywdziewanej odzieży odzyskuje cząstkę
siebie. Wybiera jedną ze starych sukni domowych, które wiszą w szafie,
wkłada pończochy i buty, owija ramiona ciepłym szalem.
Stojąc przy oknie, spogląda na ciemne strzępy chmur, sunące po szarym
niebie. Przeciągają po nieboskłonie niczym wataha czarnych wilków w pościgu za zwierzyną, mroczna gra cieni, śmiercionośna i bezlitosna.
Odwraca się i patrzy na skotłowane łóżko. Coś w niej wzbiera, coś, czego
dotąd nie znała. Twardość, która prędzej się złamie niż ulegnie. Nie
będzie porozumienia, nie będzie pojednania. To wojna i stoczy ją za
pomocą jedynego środka, jakim rozporządza. Bez pardonu i bez krztyny
zmiłowania dla siebie.
Wylewa mleko do nocnika i wrzuca doń ostatnie okruchy chleba. Zobaczymy,
kto kogo przetrzyma.
Ernst
Ernst Berend podnosi się na łóżku i z jękiem chwyta za głowę. Niech
będzie przeklęte lipnickie8 piwo! Już wczoraj wieczorem po
spotkaniu burszostwa zwrócił sporo z tych pięciu kufli. Ku przemożnej
uciesze, rzecz jasna, towarzyszy z Germanii Königsberg9,
którzy kpiarsko mu doradzali, by nigdy nie pił nieparzystej liczby kufli
piwa, gdyż nie służy to żołądkowi. Szczęśliwie nie posłuchał życzliwej
sugestii, by wypić jeszcze ów parzysty kufelek -?i tak już dławiły go
mdłości. Z trudem dowlókł się do swojej studenckiej kwatery na czwartym
piętrze i, nawet nie ściągnąwszy butów, padł na łóżko.
Wstaje ociężale i pije kilka łyków wody z dzbanka, po czym stwierdza, że
biała pościel srodze ucierpiała od brudnych butów i opryskanych błotem
nogawek. A niech to! Właścicielka stancji znowu się będzie potwornie
pieklić i zażąda dodatkowo dwóch srebrnych groszy za pranie. Tej starej
wiedźmie, Kabbertowej, ciągle mało. A codziennie przygotowywana przez
nią strawa też pozostawia wiele do życzenia -?ledwie kawalątek mięsa, za
to góry kartofli, kapusty i cebuli.
Nie ma rady, trzeba wstać i przede wszystkim ściągnąć zawilgocone buty
oraz mokre skarpetki. Porcięta też należałoby zmienić, ale tu akurat nie
ma zbytniego wyboru: jedna z trzech par spodni jest u krawca, druga w praniu, a trzecią właśnie ma na sobie. Bieda z tym, że Teodor to taka
kutwa i każe zapisywać każdego wydanego feniga. Będzie musiał coś
wymyślić, bo co się tyczy tych pięciu kufli piwa, to nie może ich
wciągnąć zgodnie z prawdą na listę wydatków, jako że Teodor obetnie mu
miesięczną wypłatę.
Nalewa wody do miednicy, mydli brodę i policzki, żeby zgolić czarną
szczecinę, a cały czas myśli z zazdrością o sakiewkach paru komilitonów,
tak solidnie wypchanych, że stać ich na surduty z delikatnej angielskiej
wełny, lekcje jazdy konnej, lekcje tańca lub śliczne przyjaciółki. On
może tylko o tym wszystkim pomarzyć -?powinien się cieszyć, że papcio w ogóle udzielił mu swego czasu zgody na podjęcie studiów. Niestety nie na
wymarzonym wydziale filozofii, lecz prawa. Zdaniem papcia filozofia to
tylko przelotna fanaberia, za to prawnik mógłby się przydać firmie
handlowej Berendów.
Ręczniczkiem ściera z twarzy resztki mydlin, myje zęby i czuje, że
zgłodniał. No cóż -?te parę kufli go nie zabije, tyle że jeszcze przez
jakiś czas będzie męczył go ból głowy, ale przejdzie. Podbiega boso do
drzwi i wygląda, czy jest już śniadanie -?w porządku, postawiła je na
zewnątrz na chwiejnej komódce. Kawa zresztą wystygła, a kanapki
podeschły. Pewnie już późno? Szkoda, że musiał zastawić zegarek
kieszonkowy, żeby spłacić dług -?i teraz musi stale wychylać się z okna,
by sprawdzić godzinę na zegarze na kościelnej wieży...
-?Panie Berend! -?dobiega z dołu. -?Postawiłam śniadanie na komodzie, bo
słyszałam chrapanie z pokoju i nie chciałam pana budzić.
Ta Kabbercicha! Musi mieć słuch jak nietoperz, nic jej nie ujdzie, co
się dzieje na schodach.
-?Dziękuję bardzo, pani Kabbertowa! -?woła w odpowiedzi. -?Czy może mi
pani powiedzieć, która godzina?
-?Już po jedenastej, panie Berend. Wczoraj się do późna przeciągnęło,
co?
Jedenasta -?a żebyż to wszyscy diabli. Punktualnie o dziesiątej powinien
siedzieć u Schallermana, w końcu zapłacił za studia. Teraz oczywiście
nie ma już sensu pędzić, zwłaszcza że Schallerman wyraźnie się na niego
uwziął.
-?Ach, jaśnie wielmożny pan Berend już jest z nami! -?zauważył ostatnio
szyderczo, gdy Ernst znowu spóźnił się o dobry kwadrans.
-?Wczoraj?! -?woła w dół schodów. -?No tak, było troszkę późno. Mam
nadzieję, pani Kabbertowa, że pani nie zbudziłem? Byłaby pani tak dobra
i przyniosła mi dzbanek moszczu? Umieram z pragnienia.
-?Moszczu? Muszę sprawdzić, czy coś jeszcze zostało. Mogę przynieść
podpiwku...
-?Niech będzie -?burczy, chociaż myśl o piwie nie budzi w nim w tej
chwili ciepłych uczuć. Ale woda z tutejszej studni to czysta trucizna,
smakuje zgnilizną.
Zabiera do swojej izby kubek i talerz, stawia je na stoliku między
notatkami i wygląda przez okno. Znowu leje! No to i tak przemókłby do
suchej nitki i tkwiłby teraz na wykładzie wśród schnących z wolna
kolegów, co nie jest zabawne, gdy ma się wrażliwy nos. Lepiej, że siedzi
sobie wygodnie na sofie i rozmyśla nad swoją rozprawą o Antygonie
Sofoklesa. Dramat o rozdźwięku między racją stanu a prawem boskim, który
to problem chce przedstawić w kontekście bieżącej sytuacji politycznej w Prusach. Król Fryderyk Wilhelm IV bezapelacyjnie odrzuca coraz to
ponawiane przez przedstawicieli stanów żądanie prawa do
współdecydowania, liberalna konstytucja to melodia odległej przyszłości.
Właśnie chce zanotować celną frazę, gdy gospodyni stuka do drzwi. Ernst
podrywa się, by szybko zakryć kapą brudne prześcieradło.
-?Proszę!
Kabbertowa dźwiga dzbanek o wątpliwej zawartości, on zaś musi zrobić
miejsce na stole, żeby mogła gdzieś odstawić swoje brzemię.
-?Ech, ci panowie studenci! -?wzdycha. -?Zawsze tyle książek! Oczy pan
sobie tylko popsuje, panie Berend. Pański poprzednik, Julius Krähfuß,
był ślepy jak kret i musiał nosić grube szkła...
-?Zbytek troski, pani Kabbertowa -?rzuca Ernst. -?Moje oczy są w znakomitym stanie. Dziękuję za moszcz... Czy też co to jest?
-?Cydr. Mieliśmy jeszcze spady, trzeba było je usunąć, bo już zaczynały
gnić.
Gospodyni zabiera talerz, zostawia kubek na cydr, po czym rozgląda się
po izbie. Jest maciupeńka, z jednej strony ze skosem, z którego wystaje
lukarna. Większość miejsca zajmuje łóżko, osłonięte baldachimem, który
niegdyś był pokryty barwnymi wzorami, ale zdążył już wypłowieć. Do tego
trzęsąca się ze starości sofa, pożywienie dla pokoleń moli, stół i krzesło, chwiejna półka na książki, niewielka koza i wąska szafa na
ubrania, której brakuje drzwi.
Ernst wstrzymuje oddech, gdy spojrzenie Kabbertowej prześlizguje się po
łóżku, ale gospodyni niczego nie zauważa, tylko skupia uwagę na
sztywnych od brudu butach przy drzwiach.
-?Ależ one paskudnie wyglądają, panie Berend. Zabiorę je do
wyczyszczenia.
Chłopak nie protestuje, chociaż z całą pewnością Kabbertowa zażąda paru
fenigów za ten przejaw troskliwości. Chce jeszcze zapytać o wiadro
węgla, by napalić w piecu, jako że musi wysuszyć skarpetki i płaszcz,
ale gospodyni wyciąga z kieszeni fartucha zmiętoszony list.
-?Prawie bym zapomniała -?oświadcza i wykrzywia usta w obleśnym
uśmiechu. Nie wygląda to ładnie, bo ma krzywe zęby. -?Od niejakiej
Augusty von Kleiwitz z Gdańska. To pewnie panna narzeczona, co?
Ernst z radością wyciąga rękę po list. Augusta obiecała, że pokaże dwa
jego artykuły swojemu dobremu znajomemu, panu Eliasowi Ostertagowi,
który chce wydawać pismo literackie.
-?Moja narzeczona? -?śmieje się. -?Nic podobnego. Pani rotmistrzowa von
Kleiwitz jest drogą przyjaciółką rodziny.
-?Ach tak? -?stwierdza rozczarowana gospodyni. -?Tak sobie tylko
myślałam, bo tak często do pana pisze.
-?Co prawda, to prawda -?przyświadcza Ernst i złości się na siebie,
ponieważ tłumaczy się przed Kabbertową, choć nic jej to nie powinno
obchodzić. Jest zadowolony, gdy ta wreszcie wychodzi z butami i talerzem. Dopiero słysząc oddalające się kroki na schodach, uświadamia
sobie, że chciał ją poprosić o węgiel. No cóż -?to po prostu później
zapyta.
Z ciekawością łamie pieczęć na liście i rozwija pismo. Augusta zapisała
skrzętnie całą stronę, że ledwie starczyło miejsca na podpis, ale mimo
to nazwisko "von Kleiwitz" kończy się zamaszystym zawijasem przy
ostatniej literce.
Mój drogi młody Przyjacielu,
jeszcze nie ochłonęłam po wczorajszym spotkaniu w naszym salonie, ale
już chwytam za pióro, by wszystko to Panu opisać. Gościliśmy dwóch
wspaniałych interpretatorów szlachetnej Pani Muzyki, którzy uraczyli nas
niezrównanymi brzmieniami wielkiego Johanna Sebastiana Bacha, a także
młodego pianistę Sebastiana Sonntaga. On z kolei odegrał Appassionatę
w cudowny, do głębi poruszający sposób. Musiał kilkakrotnie bisować,
ponieważ w przeciwnym wypadku panie by go zapewne ukamienowały...
Ernst bierze łyk cydru. Fuj -?taka sama landryna jak te przesłodzone
peany, wygłaszane przez Augustę na cześć swoich gości. Był u niej
ładnych parę razy, więc wie, że trzeba zredukować te emfatyczne hymny
pochwalne o co najmniej osiemdziesiąt procent, by dotrzeć do sedna. A ponadto pianiści, którzy wprawiają w ekstazę młode damy, wydają mu się
wysoce podejrzani. Ma swoje osobiste powody. No dobrze, czytajmy dalej.
...Wystąpienia literackie także odznaczały się niezwykłą urodą i biegłością retoryczną. Doktor Artur Hempel zadeklamował nam kilka
romantycznych strof własnego autorstwa, które przyjęto z ogromnym
uznaniem, później zaś Elias Ostertag odczytał drugi akt swojego dramatu
religijnego Chrystus na Golgocie. Zwłaszcza panie wzruszyły się do
łez, wszyscy natomiast prosiliśmy autora, by za miesiąc przedstawił nam
kolejny ustęp tego imponującego dzieła. Ta sztuka ma pięć aktów!
Wielki Boże! W takim razie najwcześniej w lutym zawita do salonu. Ckliwe
dramaty religijne go nie ciekawią.
...Co się zaś tyczy Pańskich znakomitych artykułów, mogę donieść, że
Elias Ostertag przeczytał je z dużym zainteresowaniem i docenił Pański
jasny, błyskotliwy styl. Z uwagi wszakże na ich polityczną treść nie
uważa za wskazane publikowanie ich w czasopiśmie literackim, jakie
zamierza założyć, ponieważ będzie ono poświęcone wyłącznie literaturze
pięknej, pozbawione zatem jakichkolwiek wypowiedzi politycznych.
Ernst ciska gniewnie list na biurko, skąd -?z braku bezpiecznego
obciążnika -?sfruwa on na ziemię i nieruchomieje przy piecyku. Dobrze mu
tak. Od razu będzie mógł go zwinąć i wykorzystać jako fidybus do
rozpalania ognia. Świętoszkowaty pan Ostertag nie ma ochoty na
publikację artykułów politycznych! Co za tchórzliwy, konformistyczny
cymbał! No ale czegóż się spodziewać po jegomościu, który płodzi
sążniste dramaty religijne? Ernst wstaje, rozdrażniony szarpie za okno,
wystawia twarz na siekący deszcz i próbuje zdławić w sobie zawiedzione
nadzieje. Rozesłał swoje rozprawy do wielu gazet, ale jak dotąd spotkał
się tylko z odmową.
Niestety, nadesłane teksty nie odpowiadają linii naszego pisma... Zbyt
polityczne... Zbyt mało literackie... Zbyt ostre sformułowania... Prosimy o przysłanie pięknego wiersza lub rozprawy historycznej...
To nie do wytrzymania! Gdyby tylko miał pieniądze, sam założyłby jakiś
periodyk. Postępowe pismo, które nie ma nic przeciwko dobrej
literaturze, ale drukuje również teksty opowiadające się za wolnością i prawami obywatelskimi. Pieniądze, zawsze tylko pieniądze! Nie ma ani
feniga przy duszy, jest całkowicie zależny od brata Teodora, jedynego
dziedzica spuścizny Berendów.
Wściekły zamyka okno i osusza ręcznikiem twarz i włosy. Wypija jeszcze
łyczek słodkiego cydru, wypluwa go z obrzydzeniem i siada na sofie, by
dalej pisać. Jednak rozczarowanie odebrało mu wenę. Czyta napisane dotąd
linijki i wydają mu się koszmarne, skreśla je, zapisuje nowe, gubi wątek
w drobiazgowych wyjaśnieniach, ale nie rozwija zasadniczej koncepcji
swojego dzieła. Na domiar złego przewraca kałamarz, który postawił obok
siebie na sofie. Udaje mu się uratować resztkę atramentu, większość
jednak wsiąkła w stary aksamit, tworząc bezkształtną, czarną plamę. Co
za pechowy dzień! Najchętniej położyłby się z powrotem do łóżka i został
w nim aż do rana, ponieważ wszystko, do czego się dziś bierze, fatalnie
się kończy.
Te roztropne plany krzyżuje pukanie do drzwi. Wyłania się zza nich
Alfred Riechert, kolega ze studiów, z przemoczoną peleryną na ramionach
i ociekającą wodą czapką w dłoni.
-?Alfred, stary byku! -?woła ucieszony Ernst. -?Nie mów, że ty też
dzisiaj zwagarowałeś z Schallermanna!
-?A jakżeby inaczej? -?Alfred wzrusza ramionami. -?Julius Schammes
wpisał mnie na listę obecności, a później i tak idę do Kugelmanna, żeby
wszystko powtórzyć. A co z tobą, stary? Nie masz na nic ochoty, co?
Świetnie cię rozumiem. To monotonne mamrotanie paragrafów doprowadza
człowieka do szału.
Wysoki, tyczkowaty Alfred wciska się do pokoju. Musi schylić głowę, żeby
zmieścić się w odrzwiach, przy oknie w skosie dachu musiałby uklęknąć.
Tylko pośrodku pomieszczenia może się wyprostować.
-?Dawaj pelerynę, kolego, i siadaj na sofie! Czapkę możesz położyć na
parapet...
Ale Alfred nie zamierza rozstawać się ze swoim okryciem, twierdzi, że w izbie jest zimno jak w psiarni, i dopytuje, dlaczego Ernst nie rozpali w piecu.
-?Gospodyni ma mi dopiero przynieść węgiel, wtedy nam napalę -?obiecuje
Ernst.
Alfred siada na plamie atramentu i utyskuje na paskudną pluchę, ciągnącą
od morza mgłę i bruk ulic na Starym Mieście, które mimo nowej
kanalizacji stale zalewają ścieki i nieczystości.
-?A jak tam twój projekt założenia czasopisma? -?pyta, szczerząc zęby w uśmiechu, bo Ernst już zdążył podzielić się swoim wspaniałym pomysłem z całym światem.
-?Jeśli mi tylko załatwisz mecenasa, to od razu się do tego biorę!
-?Może mógłbym sięgnąć mojemu staruszkowi do kieszeni -?żartuje Alfred,
który ma zamożnych rodziców. -?Ale obawiam się, że on wolałby
zainwestować pieniądze w swoją fabrykę broni.
Zakłady Riechertów znajdują się w pobliżu Gdańska, a interes kwitnie.
Ojciec Ernsta skomentował to kiedyś sarkastycznie: "Producenci broni i grabarze zawsze będą potrzebni".
Na schodach słychać ciężkie kroki gospodyni, więc Ernst się cieszy, że
nie widać czarnej plamy na sofie.
-?Panie Berend, obiad!
Kabbertowa niesie talerz, a na nim tradycyjny miszmasz ugotowanych razem
warzyw. Dziś w menu kapusta włoska, do tego marchewka, ziemniaki i góra
cebuli. Mięso pewnie wyjęła z garnka i schowała dla swojej rodziny.
-?Smacznego życzę, panie Berend -?odzywa się protekcjonalnie. -?Może
przyniosę kawalerowi szklaneczkę cydru? -?Spogląda na Alfreda, czyniąc
zachęcający gest.
Ten jednak odrzuca propozycję.
-?Przydałoby się wiadro węgla, moja dobra kobieto! -?napomina. -?Jak nic
złapiemy zapalenie płuc w tej zimnej, zawilgoconej klitce!
Ernst nieodmiennie popada w osłupienie, widząc, z jaką skwapliwością
skąpa zwykle gospodyni spełnia żądania Alfreda. Prawdopodobnie działa na
nią niedbale władczy ton, którego sam Ernst w najmniejszym stopniu nie
posiada.
-?Węgla! Ależ oczywiście! -?woła z przesadną gorliwością pani
Kabbertowa. -?Już rano mówiłam panu Berendowi, że koniecznie trzeba tu
dzisiaj napalić...
Po czym wybiega, by spełnić polecenie Alfreda.
Tymczasem on taksuje spojrzeniem pełny talerz, porusza z błogością
nozdrzami i pyta, czy Ernst jest bardzo głodny.
-?W ogóle. Jeśli masz ochotę na to żarcie, to bierz.
-?Nie sposób ci odmówić... -?kwituje przyjaciel, sięgając po talerz i łyżkę. -?No cóż, wyrób domowy. Ale nie do pogardzenia. Napełnia brzuch,
mój drogi.
Alfred bez wątpienia zjadł już obiad u siebie, lecz jego długie, chude
ciało domaga się pokarmu w takim tempie, że stale musi się on rozglądać
za kolejnym posiłkiem. Na wykładach pojawia się przeważnie z torbą z pieczywem i przez cały czas coś przeżuwa. Ku utrapieniu panów docentów,
którzy już niejeden raz napominali go, by przestał wiecznie szeleścić i coś chrupać.
-?A właściwie -?mówi niewyraźnie z pełnymi ustami -?skąd u ciebie taki
brak grosiwa? Czyżby twój ojczulek nic ci nie zostawił?
Ernst klęczy przed kozą i próbuje wymieść z niej popioły po ostatnim
paleniu, wskutek czego z piecyka buchają szare kłęby. W domu w Gdańsku
czymś takim zawsze zajmowała się Danuta, a tutaj sam musi się męczyć.
-?Też mnie to zaskoczyło przy otwarciu testamentu -?przyznaje i gwałtownie kaszle. -?Zwłaszcza że w zasadzie myślałem, że papcio właśnie
coś takiego podyktował przy jego spisywaniu.
-?Ach tak? -?pyta Alfred i popija cydr, by spłukać smak kapusty. -
Dyktował testament? A kto zapisywał?
-?Teodor, mój brat...
Pojawia się gospodyni z drewnianym cebrzykiem pełnym węgla i szuflą
żaru. Biadoli przerażona, widząc wzbite przez Ernsta tumany sadzy.
-?Co ja mam z tymi kawalerami! -?stęka, klękając przed piecykiem. -?Z kozą trzeba się delikatnie obchodzić, panie Berend. Nigdy nie wolno tak
gwałtownie w niej grzebać, rura jest już nieco zardzewiała i łatwo może
się rozszczelnić...
-?Trzy miesiące temu Johannes Meyer, kolega ze studiów, zatruł się
czadem -?wtrąca Alfred. -?Do odpowiedzialności pociągnięto jego
gospodynię, ponieważ piec był nieszczelny.
-?Święta Mario, Matko Boża... -?szepce pani Kabbertowa z trwożną miną. -
To może jednak każę naprawić piecyk.
-?I proszę to zrobić, moja dobra kobieto -?spokojnie konstatuje Alfred i zakłada ręce na kark, wyciągając się na sofie. -?Tak trzeba się z nimi
obchodzić, mój drogi -?zwraca się do Ernsta po wyjściu gospodyni. -?Ty
jesteś zwyczajnie za miękki i pozwalasz sobie wchodzić na głowę. Ale
wróćmy do testamentu. Powiedziałeś, że to twój brat spisywał ostatnią
wolę ojca? Czyżby staruszek nie mógł już utrzymać pióra w dłoni?
-?Nie, był na to zbyt słaby, a poza tym cierpiał okropne bóle.
Ernst ze zgrozą przypomina sobie ostatnie dni ojca. Do Königsbergu
przysłano posłańca z prośbą, by chłopak jak najprędzej wracał do domu,
ojciec dogorywa. Ta wiadomość trafiła go niczym grom z jasnego nieba -
nigdy w życiu by nie przypuścił, że rodziciel, który jeszcze przed
kilkoma tygodniami wydawał się zdrów i pełen energii, zmaga się ze
śmiercią. Na łeb na szyję popędził dyliżansem pocztowym do Gdańska i zastał ojca bladego i wycieńczonego na łożu. Musiał się przełamać, by
podejść do wezgłowia i ująć ojcowską rękę, lecz pamięta, że ojciec
uśmiechnął się i z ubolewaniem stwierdził, że przez niego oderwał się od
studiów. Wieczorem u łoża śmierci pojawił się także Teodor i poprosił
ojca, by podyktował mu swoją ostatnią wolę. Ernst uznał żądanie za
niegodziwe, zważywszy na cierpienia i bóle, jakie ten znosił, ale ojciec
się zgodził. Nawet całkiem płynnie i w zrozumiałych słowach rozporządził
majątkiem, tak jakby już dawno w duchu nim zadysponował.
-?A kto jeszcze był w pokoju? -?zainteresował się Alfred.
-?Moja bratowa, Luiza. Nalewała choremu herbatę i zmieniała okłady -
przypomniał sobie Ernst.
-?Jeszcze ktoś poza nią?
-?Nie, nikt. To znaczy Danuta wchodziła i wychodziła, żeby przynieść
świeżą wodę albo opróżnić nocnik.
-?Pokojówka?
-?Tak. To Polka, już od wielu lat jest u nas na służbie.
Alfred unosi brwi i odrobinę przymyka powieki -?zawsze tak wygląda,
ilekroć natrafi na jakąś intrygującą sprawę. W gruncie rzeczy jest on
jurystą z krwi i kości, ciekawią go skomplikowane kazusy i potrafi
podsunąć przemyślne rozwiązania. Nie dla niego jednak tępe wkuwanie
paragrafów, korzysta z kodeksów tylko wtedy, gdy biedzi się nad
konkretnym przypadkiem.
-?I jesteś zdania, że twój brat mógł, powiedzmy to jasno, zapomnieć o zanotowaniu niektórych zapisów testamentu?
Do tej pory Ernst wzbraniał się przed roztrząsaniem tego typu kwestii.
Nie przepada za swoim bratem, ale też nie uważa go za oszusta. Raptem
pod badawczym spojrzeniem Alfreda pewne szczegóły zaczynają mu się
wyłaniać z pamięci.
-?Przynajmniej tak mi się wydawało. Chodzi mi o to, że słyszałem, że mam
dostać dwie parcele w Nowym Porcie. No i tak, ojciec wspominał również o mojej siostrze, o jej posagu...
-?I to także nie znalazło się w testamencie?
Ernst potrząsa głową. Powoli mu świta, że Teodor faktycznie nie zapisał
wszystkiego, co mówił ojciec. Zanotował tylko to, co było dla niego
korzystne. Niepojęte! Brat zwyczajnie okantował jego i Johannę, a on
nawet tego nie zauważył. Siedział w pokoju i w dzikiej rozpaczy
wpatrywał się w konającego mężczyznę, był straszliwie roztrzęsiony, do
dzisiaj żałoba i żal doprowadzają go czasem niemal do łez.
-?I twój ojciec nie przeczytał testamentu, zanim go podpisał? -?docieka
niemiłosiernie Alfred.
-?Nie. Był zanadto wyczerpany.
-?Niech zgadnę, po wszystkim grzecznie podpisałeś dokument jako świadek,
ale nie sprawdziłeś, co tam napisano -?stwierdza rozmówca z kpiącą miną.
-?Oboje z miejsca podpisaliśmy, Luiza i ja -?przyznaje Ernst. -?Ufaliśmy
Teodorowi.
-?Ot, głupota! -?konstatuje Alfred, zrzucając z siebie wilgotny,
parujący płaszcz.
W pokoju zrobiło się tymczasem tak ciepło, że Ernstowi pot wystąpił na
czoło.
-?Masz szansę podważyć testament, jeśli bratowa zgodzi się zeznawać na
twoją korzyść -?tłumaczy mu przyjaciel. -?Może też pokojówka, ale jej
słowa niewiele będą znaczyć przed sądem. Daj mi jakąś kartkę i coś do
pisania, zanotuję ci nazwisko i adres dobrego königsberskiego adwokata.
Nie możesz udać się do prawnika w Gdańsku, bo może być w zmowie z twoim
bratem.
Ernst bierze kałamarz i pióro, po czym rozgląda się za papierem. Na
podłodze wciąż leży list od Augusty, na odwrocie jest sporo miejsca na
notatkę.
-?Zapowiada się ciekawy kazus, przyjacielu -?oznajmia Alfred. -?Informuj
mnie na bieżąco.
Ernst dziękuje koledze za poradę i cieszy się, gdy ten wstaje i sięga po
czapkę na parapecie.
-?Opuszczę cię teraz, mój drogi -?łaskawie oświadcza Alfred. -?Jestem
już umówiony. Bywaj zdrów. Jeśli naprawdę dopisze ci szczęście, możesz
wkrótce stać się majętnym człowiekiem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
W 1860 r. był to Dworzec Brama Nizinna przy ul. Toruńskiej; przestał on przyjmować pociągi pasażerskie w 1896 r., kiedy funkcję tę przejął tymczasowo Dworzec Centralny przy ul. 3 Maja, póki w 1900 r. nie zaczął działać dzisiejszy Dworzec Gdańsk Główny (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). [wróć]
W 1860 r. Gdańsk był częścią jednego z mocarstw rozbiorowych -?Królestwa Prus. W pamięci mieszkańców zachowało się jednak zapewne wspomnienie (pierwszego) Wolnego Miasta Gdańska, utworzonego w 1807 r. na mocy traktatu tylżyckiego po zdobyciu miasta przez wojska napoleońskie. Autonomia nie trwała długo, w 1814 r. ponownie znalazł się pod pruskim panowaniem. [wróć]
Mowa tu zapewne o nieistniejącej dziś -?drugiej o tej samej nazwie -?Bramie św. Jakuba, wybudowanej w pierwszej połowie XVII w. w ciągu ulicy Rajskiej. Pełniła ona funkcję głównego wjazdu do miasta z północy i północnego zachodu. [wróć]
Ówcześnie nazywano tak Małą Zbrojownię (przy pl. Wałowym). [wróć]
Powieściowa rodzina Berendów różni się jedną literą od historycznych Behrendów, znanego kupieckiego rodu, którego protoplastą był Michael Gerhard Behrend (1756-1820), ojciec m.in. Johanny i Wilhelma Michaela Theodora, założyciela firmy Theodor Behrend & Co., specjalizującej się w eksporcie zboża i drewna do Europy Zachodniej. [wróć]
Mowa o zaprojektowanym przez Samuela Helda, otwartym w 1801 r. teatrze miejskim, który zyskał swoje przezwisko od charakterystycznej kopuły budynku. Dziś już nie istnieje, uległ zniszczeniu w czasie II wojny światowej, a na jego miejscu powstał pod koniec lat 60. Teatr Wybrzeże. Zob. https://teatrwybrzeze.pl/o-teatrze, dostęp: 6.12.2024. [wróć]
Do jutra, moja droga! [wróć]
Lipnik, niemiecki Löbenicht, to historyczna dzielnica Königsbergu. [wróć]
Powstała w 1843 r. na Uniwersytecie Albrechta korporacja studencka (burszostwo). [wróć]