Paweł
Sierpień 1863 r.
-?Zanosi się na burzę!
Jest wpół do szóstej rano. Paweł, marszcząc czoło, odrywa wzrok od
projektu statku i stwierdza, że Johanna stawia mu na stole roboczym
kubek kawy i talerz chleba z masłem. Nie prosił jej o to, by go karmiła,
kiedy pracuje na Paradiesgasse, na Rajskiej, dziewczyna robi to z własnej inicjatywy. A on musi przyznać, że jego protesty brzmią nader
słabo.
-?Gdzie? -?pyta krótko, ponieważ Johanna patrzy na niego z wyczekującym
uśmiechem.
-?Idzie od morza -?wyjaśnia. -?I to chyba całkiem porządna.
Paweł kiwa głową w milczeniu i ostrzy pióro nożem. Następnie starannie
sprawdza efekt działania, cały czas starając się nie patrzeć na Johannę.
Niebezpiecznie jest pochwycić jej spojrzenie; kiedy tak się uśmiecha,
człowiek może ulec słabości. Ale odrzucone oświadczyny nadal ranią jego
dumę -?powziął stanowczy zamiar, by najpierw okazać jej chłód i obojętność. Niech dobrze urodzona panna Berendówna zapamięta, że on nie
jest mężczyzną, z którym może sobie pozwalać na jakieś gierki.
-?Pawle, przeczekaj tu lepiej niepogodę -?radzi Johanna i bierze
kałamarz, by go napełnić. -?Jeśli zaraz lunie, to i tak nic nie
zdziałacie na Siennej Grobli.
Paweł odkłada pióro i się przeciąga. Johanna pewnie ma rację, sam czuje
w powietrzu napięcie, które aż trzeszczy, zapowiedź nadchodzącej burzy.
Od wielu tygodni wilgotny upał zalega nad miastem, tak że człowiek
wdzięczny jest za każdy powiew płynący od morza. Co jakiś czas pojawiają
się krótkie, gwałtowne nawałnice, już dwa razy piorun uderzył w kościelną wieżę, a kilka dni temu trafił w rosnący na Westerplatte
dorodny świerk, który buchnął jasnym płomieniem.
-?Ech, co znowu -?burczy chłopak. -?Nie będzie tak źle.
W stoczni Forsterów praca wre. Dwa statki stoją na pochylni, mały kuter
rybacki i dwumasztowy bryg, który Paweł buduje dla Jana Jonkersa. Najął
około trzydziestu pracowników, sami doświadczeni cieśle okrętowi, więc
swoje kosztują -?on musi być na miejscu, burza czy nie, trzeba
rozdzielić zadania i nadzorować ich wykonanie. Jeśli tego zaniedba,
chłopy się rozleniwią, będą siedzieć bezczynnie i palić fajkę w czasie,
za który im płaci. Paweł czeka, aż Johanna znowu postawi kałamarz na
stole, po czym wykreśla linie, posypuje je piaskiem, by szybciej
wyschły, i wpisuje obok obliczenia. To kolejne zlecenie, zdobyte, trzeba
przyznać, dzięki Johannie. Nic wielkiego, ale bądź co bądź to slup,
jednomasztowiec do żeglugi przybrzeżnej. Zamówienia na większe statki
trafiają się rzadko, co przede wszystkim wynika z konkurencji, jaką
stanowią dla nich duże stocznie Klawittera czy Schichaua, nie mówiąc już
o Stoczni Królewskiej. Ale stocznia Forsterów dobrze sobie radzi -?można
być zadowolonym.
Ciche, lecz niepozostawiające żadnych wątpliwości dudnienie odległego
grzmotu zapowiada nadciągającą burzę. Johanna wybiegła, by pozamykać
okiennice, jej śladem ruszyło wielkie psisko. Sułtan podkula jednak
ogon, bo i on czuje bliską nawałnicę. Przez otwarte drzwi Paweł widzi,
jak niebo nad domami sąsiadów przeszywa błyskawica. Trzaskają zamykane
okiennice, szewcowa wciąga na podwórze zapomniany na ulicy drewniany
wózek. Paweł wpisuje na rysunku ostatnie kilka liczb, po czym kończy
pracę. Ściemnia się, zaraz burza pochwyci miasto w swoje szpony, a wtedy
przez jakiś czas nie będzie widać dalej niż na wyciągnięcie dłoni.
Kolejny piorun wpędza najpierw Sułtana, a zaraz potem Johannę z powrotem
do warsztatu. Paweł podnosi się z niezmąconym spokojem i wkłada robocze
buty.
-?Ty chyba nie zamierzasz iść w samym środku burzy na Sienną Groblę! -
oburza się Johanna.
-?A czemu nie?
-?Chcesz, żeby cię piorun trafił? A poza tym nigdzie się nie
przeprawisz, póki szaleje burza.
Chłopak uśmiecha się szeroko. W gruncie rzeczy podoba mu się, że ona tak
się o niego troszczy. Mimo okazywanego dystansu poczynił już kilka
ustępstw -?kobiety mogą zadbać o jego bieliznę i ubranie oraz zapraszać
go na posiłki, wykorzystuje także warsztat zmarłego ojca jako swoją
pracownię, zgodnie z przewidywaniami Johanny. Omija za to szerokim
łukiem pokój, który przygotowała mu na sypialnię. Ma kwaterę na poddaszu
na Brotbänkergasse, na Chlebnickiej.
-?I tak się tam dostanę, promem czy bez niego! -?popisuje się Paweł.
Przechwałki odnoszą zamierzony skutek -?dziewczyna jest przerażona.
-?Chyba nie chcesz wsiąść do tej lichej łupiny, która leży na brzegu?
Masz zamiar rzucić się do Motławy i utopić?
-?Umiem pływać -?śmieje się zadowolony chłopak.
Rozzłoszczona Johanna potrząsa głową -?och, w gniewie jest jeszcze
bardziej pociągająca niż zwykle. Paweł często czuje wtedy pokusę, by ją
chwycić w ramiona, potrząsnąć nią nieco, a potem czule przyciągnąć do
siebie i... Ale nie wolno mu oddawać się takim fantazjom. Jeszcze nie.
Jeszcze długo nie. On nie jest kimś, kto dwukrotnie popełnia ten sam
błąd. Zaczeka, aż będzie jej pewien.
Burza dotarła już do nich, pioruny walą, jakby nad Rajską roztrzaskał
się gigantyczny moździerz. Johanna musi się bronić przed psem, który w panicznym strachu usiłuje się schować pod jej szeroką spódnicą.
-?Pawle, posłuchaj -?odzywa się, odzyskawszy równowagę. -?Chciałam dziś
wieczorem omówić z tobą coś, co ma wielką wagę dla nas obojga. Dobrze by
było, gdybyś mógł w porę wrócić ze stoczni...
Paweł otworzył już drzwi i zamierza wyjść. Niebo zasnuły ciemne chmury,
ulicami gna wicher, wzbijając kurz, sąsiad znika spiesznie w podwórzu.
Johanna chciałaby coś z nim "omówić"? O wielkiej wadze dla nich obojga?
Jest zaintrygowany, ale udaje obojętność, żeby nie mieć potem do siebie
pretensji.
-?Wiesz chyba, że musimy wykorzystać długie letnie dni, żeby posunąć się
do przodu z robotą...
-?Jestem w tym świetnie zorientowana. Ale mimo to proszę cię, żebyś nie
wracał zbyt późno. Ta sprawa nie jest dla mnie łatwa i bardzo liczę na
twoją życzliwość i uczynność...
Ależ ona ma miękki głos, jeśli tylko chce. Ta jego piękna macocha
potrafi się łasić jak kotka. Człowiek się musi diabelnie natrudzić, by
jej nie ulec.
-?Spróbuję -?rzuca nonszalancko Paweł. -?Ale niczego nie mogę obiecać.
Sama wiesz, że kiedy praca dobrze idzie, to trzeba ją doprowadzić do
końca.
-?Oczywiście. Czekaj, masz tu na drogę, ledwie tknąłeś śniadanie...
Johanna pakuje dwie kromki chleba z masłem i mu wręcza. Co to się
dzieje? Dziś wprost wychodzi ze skóry, by mu dogodzić, można by sądzić,
że szykuje się do roli kochającej małżonki. Ponętna myśl, właśnie w tę
stronę kierują się wszystkie jego nadzieje i pragnienia. Ale jeszcze nie
jest w stanie uwierzyć, że ona poważnie go traktuje.
Niecały rok temu złożył u jej stóp swoje serce, tęsknotę i miłość, a w zamian dostał brutalną odprawę. No dobrze, Johanna później się
opamiętała -?kiedy wrócił z podróży do Królestwa Polskiego, przybrała
inny ton i nawet dała mu do zrozumienia, że byłaby gotowa przyjąć jego
oświadczyny. Zraniona duma powstrzymała go jednak przed tym posunięciem.
Nie jest kimś, kto pozwoli się wodzić za nos rozkapryszonej córeczce
patrycjuszy. Jest uczciwym, prostolinijnym człowiekiem, rzemieślnikiem,
który zna swoją wartość i wie, co potrafi. Dla niego "tak" znaczy "tak",
a "nie" znaczy "nie". A to "nie", które wtedy mu cisnęła, tkwi w nim
głęboko niczym drzazga. Tak, to prawda, czuje się zraniony. Gdyby tak po
prostu dał się zmiękczyć jej pochlebstwom, nie mógłby potem spojrzeć w lustro.
Takie to myśli przelatują mu przez głowę, gdy przechodząc przez mosty i wąskie uliczki, spieszy ku przystani promu. Dociera tam dokładnie w chwili, gdy nad jego głową pęka wał czarnych chmur. Potężne strumienie
deszczu zalewają miasto.
Wściekły szuka schronienia na ganku domu przewoźnika i czeka, aż
przejdzie ulewa. Ma więc chwilę, by uporać się z chlebem z masłem, który
schował przed deszczem pod obszerną koszulą. Faktycznie jest głodny,
irytuje się, że nie wypił kawy, którą Johanna postawiła mu na stole.
Dlaczego nie miałby przystać na to, by troszczyła się o niego razem ze
starą Barbarą? Ma do tego prawo, w końcu jest jej pasierbem, a dom,
który ojciec zapisał w testamencie Johannie, jest jego rodzinnym domem.
Dom dla żony, stocznia dla syna, tak zarządził Berthold Forster przed
śmiercią. Było to słuszne i sprawiedliwe. Paweł zawsze kochał i szanował
ojca, zachowuje go też w czułej pamięci.
Oczywiście o wiele milej byłoby siedzieć rankiem wraz z Johanną przy
śniadaniu w mieszkaniu na górze. Żartować z nią i gawędzić, a także
rozmawiać o stoczni i prowadzeniu interesów. Czule ją obejmować przed
wyjściem na Sienną Groblę. A jeszcze przyjemniej byłoby wracać do niej
wieczorem i cieszyć się razem z nią radościami życia małżeńskiego. Takie
pragnienia towarzyszą Pawłowi dzień i noc, nie dają mu spokoju nawet
podczas pracy w stoczni, najgorzej jest jednak, gdy Johanna jest w pobliżu, a on czuje jej urok.
Co też takiego chce z nim omówić dziś wieczorem? Czyżby tak już jej
dojadła jego obojętność, że sama chce mu się oświadczyć? Na samą myśl o tym gorąco mu się robi. Byłoby to wprawdzie bardzo niezwykłe, ponieważ
kobieta ma czekać, aż mężczyzna zada jej wiadome pytanie, tak każe
obyczaj. Ale po Johannie można się wszystkiego spodziewać.
-?No to ruszamy, panie majster! -?woła przewoźnik, wyrywając go z zadumy. -?Ej, Jasper! Hannes? Gdzie wy się podziewacie? Mamy chętnych na
przewóz!
Rzeczywiście na przystani czeka już kilka osób. Wśród nich trzech
robotników, których Paweł zatrudnia w swojej stoczni, pozostali chcą się
dostać do Stoczni Królewskiej, bo tam również poszukują młodych,
krzepkich ludzi, którzy chcieliby się wyuczyć rzemiosła cieśli
okrętowego. Paweł wita kolegów skinieniem głowy, ale nie bierze udziału
w pogawędkach i grubych żartach, rzucanych podczas krótkiej przeprawy.
Rozmyśla, co zrobi, jeżeli Johanna faktycznie poruszy dziś wieczorem
kwestię małżeństwa. Przypuszczalnie będzie przede wszystkim podkreślać
biznesowe zalety więzów matrymonialnych. Już taka jest, prawa
Berendówna, córka wielkiego rodu kupieckiego. Zresztą będzie miała
rację, on jej w istocie bardzo potrzebuje do prowadzenia ksiąg,
obliczania wypłat i zajmowania się wszystkimi tymi uciążliwymi
papierami. Ale może powie coś więcej? Wyzna mu, że ona też mu sprzyja?
Że on się jej podoba? A może nawet da mu do zrozumienia, że go kocha i pragnie? W takim przypadku diabelnie ciężko by mu było zachować zimną
krew.
Ale jeśli ona wystąpi z taką propozycją, to czy on będzie w ogóle chciał
na nią przystać? No cóż, gdyby Johanna rzeczywiście porzuciła wszelką
ostrożność i zaczęła mówić o uczuciach, to w zasadzie należy jej się
rzucone w twarz: "Nie, dziękuję".
Ale nie, tak daleko się nie posunie. Wysłucha jej, po czym stwierdzi, że
patrzy na tę sprawę jak najbardziej przychylnie. Tak, to dobrze brzmi.
Przychylnie. Tyle że z małżeństwem nie należy się spieszyć, on
potrzebuje czasu, by wszystko przemyśleć, no i trzeba by wspólnie omówić
parę spraw, poczynić przygotowania. W ten sposób nie skapituluje z miejsca i nie rzuci się z okrzykiem szczęścia w jej ramiona, tylko
potrzyma ją jeszcze chwilę na wolnym ogniu. To jego prawo.
W znakomitym humorze schodzi na ląd i wraz z pracownikami kieruje się
wąską polną drożyną ku stoczni Forsterów. Dochodzi siódma, brygadzista
jeszcze przed burzą porządnie osadził główne wręgi slupa, teraz
zabierają się do wręg rufy. Paweł wysyła do gotowania smoły trzech
maruderów, którzy przeprosili za spóźnienie, a potem sprawdza, czy wręgi
zostały prawidłowo osadzone.
-?Dobra robota -?chwali brygadzistę, który nazywa się Till Johansen i pochodzi z Danii. Ten też się cieszy z wykonanego zadania i z uśmiechem
wskazuje na niebo, po którym przemyka jedynie kilka puchatych obłoczków.
-?Ledwie skończyliśmy, jak porządnie nas pokropiło.
-?Nie zaszkodzi wam -?odpowiada roześmiany Paweł. -?Teraz znowu zrobi
się gorąco. Dzisiaj po południu będziemy tęsknić za ochłodą.
-?Tak to jest, panie majster.
Burza była wprawdzie gwałtowna, ale pozostawiła po sobie niewiele
śladów. Ziemia jest jeszcze mokrawa, ale w kilku miejscach prześwituje
już jasny, suchy piach, a drewno kadłuba łodzi szybko odparowuje wilgoć
na słońcu. Paweł zleca pracę nad obydwoma statkami równocześnie, ale
kuter rybacki jest już na ukończeniu i w najbliższych tygodniach
zostanie spuszczony na wodę. Jeszcze kilka dni na zrobienie wnętrza, po
czym będą mogli go oddać zleceniodawcy. To kooperatywa paru rybaków,
którzy połączyli siły i wspólnie finansują budowę łodzi. Johanna wypisze
rachunek i zadba o to, by został zapłacony co do ostatniego feniga. W takich sprawach jest nieprześcigniona, potrafi nie tylko rachować, ale i twardo się targować, nie godzi się na żadne ulgi ani odroczenia terminów
spłaty. W końcu potrzebują pieniędzy, ludzie muszą dostać swój zarobek,
drewno i narzędzia też nie są za darmo. Trzeba myśleć także o podatkach
i opłatach, a do tego wszystkiego powinni odkładać na budowę kolejnych
obiektów na Siennej Grobli.
Następnym promem przypływają dwie kobiety, które najął do gotowania.
Musi przecież zapewnić ludziom obiad, pod ręką trzeba też mieć stale
kilka beczek piwa i dostateczną ilość wody. Ta jest darmowa, ale za
kufel piwa się płaci. Wódka pojawia się tylko przy wyjątkowych okazjach,
jak chrzciny statku lub obchody urodzin, bo Paweł nie jest zwolennikiem
picia w pracy.
Piaszczystą dróżką idą dziś w kierunku stoczni nie dwie, lecz trzy
kobiety. Obie kucharki łatwo rozpoznać po skromnym odzieniu. Ciągną
wózek pełen warzyw i mięsa, z tego przygotują obiad. Trzecia kobieta
różni się od nich, jest ciasno ściśnięta gorsetem, a szeroka suknia
przysparza jej kłopotów, ponieważ bez przerwy zahacza o osty rosnące na
poboczu ścieżki. Paweł podejrzliwie spogląda w jej stronę i widzi, że
jego przeczucia się potwierdzają -?to Anna Maria Jonkers, córka
zamożnego armatora Jana Jonkersa, jednego z najlepszych zleceniodawców
Pawła. Musi więc traktować dziewczynę z całą uprzejmością, co nie
przychodzi mu łatwo, bo ma ona trudny charakter. Chwilowo znów jest
zaręczona, tym razem szczęśliwym wybrankiem jest doktor Alfred Riechert,
który prowadzi wielką kancelarię na Breite Strasse, na Szerokiej. Jeśli
w ogóle w takim przypadku można mówić o szczęściu, bo śliczna Anna Maria
ma zwyczaj zmieniać narzeczonych jak rękawiczki.
Początkowo Paweł nie zwraca uwagi na przybyłą, tylko rusza z pomocą przy
osadzaniu wręg, a potem skupia się na ludziach, którzy mocują wewnętrzne
poszycie kutra. Dopiero po chwili postanawia serdecznie pozdrowić
gościnię i powitać ją w swojej stoczni. Tak wypada, to winien swojemu
ojcu. Dziewczyna przysiadła na drewnianym balu nieopodal obu kucharek i coś rysuje. W porządku -?czyż Johanna nie wspominała niedawno, że Annę
Marię Jonkers trudno spotkać bez szkicownika i że jej karykatury
kilkakrotnie drukowano już w żurnalu wydawanym przez Ernsta, brata
Johanny? Jak się to pismo nazywa? "Wieczny Płomień"? "Iskra Gorejąca"?
Ech, to było coś podobnie napuszonego. Wreszcie sobie przypomina:
"Pochodnia Literacka".
Panna Jonkers od razu go oczywiście dostrzegła i uśmiecha się do niego
szelmowsko. Powabna jest niewątpliwie i do tego naprawdę ładna. Ma w sobie coś dziecięcego, ale lepiej się nie łudzić -?Anna Maria równie
dobrze jak Johanna wie, czego chce, a czego nie chce. Tylko że Johanna w swoich dążeniach jest dzięki Bogu o wiele mądrzejsza i roztropniejsza
niż ta pannica, która dziś chciałaby to, a jutro tamto.
-?Witam pana serdecznie, panie majstrze -?woła do niego Anna Maria. -
Mam nadzieję, że nie przeszkadza panu, że zrobię tu parę szkiców? Między
pańskimi robotnikami można znaleźć tak cudownie osobliwe fizjonomie, a ta waląca się buda stanowi wspaniałe tło dla romantycznego rysunku.
Paweł z trudem zmusza się do uśmiechu. "Waląca się buda" to drewniana
szopa, w której trzyma pod kluczem sprzęt i narzędzia, a obok zadaszonej
wiaty to jedyny jak dotąd budynek w jego stoczni. Może tylko zgadywać,
co ma na myśli Anna Maria, mówiąc o "fizjonomiach", ale pewnie będą to
twarze, które rozpoznaje w jej szkicowniku. Nie są przesadnie pochlebnie
narysowane, raczej wręcz przeciwnie.
-?Proszę się nie krępować, łaskawa pani -?mówi uprzejmie Paweł. -?Cieszę
się, że moja stocznia dostarcza pani pomysłów do rysunków. A może nawet
będzie nas można oglądać w "Pochodni Literackiej"?
Panna Jonkers wybucha dźwięcznym śmiechem, brzmi on niczym srebrne
dzwoneczki. Typowy śmiech dobrze sytuowanej młodej damy z najlepszego
towarzystwa, które widuje się na literackich salonach Augusty von
Kleiwitz. Paweł nie znosi takich przemądrzałych bab.
-?A to całkiem możliwe, panie majstrze -?stwierdza Anna Maria i przygląda mu się zmrużonymi oczami. Czyżby go rysowała? Tego mu tylko
brakowało! Paweł przejeżdża ręką po zwichrzonych włosach i orientuje
się, że rozpiął koszulę, bo było mu za gorąco przy pracy.
-?Jeśli pan chce, podam nazwę stoczni w opisie rysunku -?mówi życzliwie
dziewczyna. -?To byłaby piękna reklama, nieprawdaż?
Paweł jest mniej zachwycony, zwłaszcza że Anna Maria robi się rozmowna i zaczyna opowiadać, że jej rysunki publikowane są w stolicy Prus -
Berlinie -?i że ma propozycje z rozmaitych czasopism ukazujących się w innych wielkich miastach.
-?To radosna wiadomość -?konkluduje Paweł. -?Zapewne pani narzeczony
jest dumny z pani sukcesu.
-?Ach, on! -?wykrzykuje pogardliwie Anna Maria. -?Nie, pan doktor
Riechert nie ma niestety ani krzty zrozumienia dla sztuki karykatury.
Czego bardzo żałuję...
Aha, myśli Paweł. Szykuje się, jak widać, kolejne zerwanie zaręczyn. No
cóż, pan doktor Riechert jakoś to przeboleje, nie zna go wprawdzie
osobiście, ale Johanna ma złe doświadczenia z tym osobnikiem, więc jemu
też się on nie podoba.
Gong obiadowy rozbrzmiewa z metalicznym brzękiem, tę rolę bowiem odgrywa
stara pokrywka od garnka, zawieszona na wystającej belce szopy. Paweł
grzecznie zaprasza swoją gościnię na eintopf i jest zdumiony, gdy Anna
Maria radośnie przyjmuje zaproszenie.
-?Ach, serdecznie dziękuję, panie majstrze! Tyle się uczę, mogąc
obserwować pracę w stoczni -?paple Jonkersówna. -?Ileż wiedzy i umiejętności tkwi w budowie statku! Żywię najgłębszy szacunek wobec
pana, drogi panie majstrze...
Paweł wbrew sobie czuje się pochlebiony i w zakłopotaniu mruczy parę
słów podziękowania. Na szczęście Anna Maria zaraz po posiłku rusza w drogę powrotną, prawdopodobnie jest jej już za gorąco, gdyż na Siennej
Grobli słońce pali niemiłosiernie. Razem z obiema kucharkami dziewczyna
kieruje się na przystań promu i raz tylko się zatrzymuje, by wytrząsnąć
piasek z butów.
Paweł i jego ludzie raźno pracują mimo skwaru, więc chociaż cieszy się
on na wieczorną rozmowę, to jednak nie może przedwcześnie zarządzić
fajrantu. Dopiero gdy cienie robią się coraz dłuższe, a słońce znika już
za Bischofsberg, za Biskupią Górką, ogłasza koniec dnia roboczego,
cieszy się z postępów w pracy i zamyka narzędzia w szopie, do której
klucz ma tylko on i brygadzista. Te środki ostrożności są aż nadto
konieczne, ponieważ nad brzegiem Wisły włóczy się nocami złodziejski
element wszelkiej maści, dla którego drogie narzędzia byłyby pożądanym
łupem. Zmierzch już zapada, kiedy Paweł przeprawia się ostatnim promem i wielkimi krokami spieszy do swojej kwatery na Chlebnickiej, by
przyszykować się na wieczorne spotkanie. Dokłada nadzwyczajnego wysiłku,
myje się ładnie pachnącym mydłem, goli policzki i brodę oraz wkłada
najlepszą koszulę. Rezygnuje z długiej wyjściowej kurty -?po pierwsze
jest za ciepło, a po drugie nie ma powodu, by Johanna myślała, że to z jej powodu tak się wystroił.
Jest już ciemno, gdy staje przed domem na Rajskiej, jednak Johanna
przewidująco wywiesiła zapaloną latarnię -?czeka na niego. W progu wita
go stara Barbara, od pewnego czasu nosi staromodny czepek z falbankami,
który dość osobliwie okala jej wąską twarz o ciemnych oczach i spiczastym nosie.
-?Lepiej późno niż wcale -?rzuca pogodnym tonem i zamyka za chłopakiem
drzwi.
Na górze nakryto do stołu, rozchodzą się wspaniałe aromaty ryby i pieczeni, a jeśli Pawła wzrok nie myli, to deser też jest przewidziany.
Niemal ogarniają go wyrzuty sumienia, że tak się spóźnił. Zwłaszcza że
Johanna pięknie się ubrała do kolacji i w nowy sposób upięła włosy.
Jeśli nawet jest na niego zła, to nie daje tego po sobie poznać.
-?Siadaj, Pawle -?poleca mu ciepło. -?Dużo dziś zrobiliście? No tak,
kiedy robota dobrze idzie, to nie wolno przerywać, masz absolutną rację...
Kobiety nakładają mu jedzenie, a on nie daje się długo prosić, popija
wino, które nalewa mu Johanna, nie odmawia również deseru. Rozmowa
obraca się wokół codziennych spraw, Johanna żałuje, że na targu ceny są
coraz wyższe, Barbara donosi, że sąsiadka urodziła dzisiaj rano zdrowego
chłopczyka, on zaś opowiada o wizycie Anny Marii w stoczni.
-?Te jej bazgroły chcą publikować w żurnalu? -?zżyma się Johanna, która
nie ma dobrego zdania o Jonkersównie. -?No cóż, postaram się temu
zapobiec. Wszystko, co rysuje, obraca w karykaturę, szydzi, by szydzić.
Bóg raczy wiedzieć, w jak dziwaczny sposób ukaże naszą stocznię.
Powiedziała "naszą stocznię"! Niesłychane. Ale w gruncie rzeczy to dobry
znak. Paweł stawia na stole kieliszek z winem i spogląda ku niej. Jakaż
ona jest piękna! Ładnie upięte bujne włosy blond, policzki zarumienione
od wina, wpatrzone w niego szare oczy błyszczą wesoło. Chcąc, nie chcąc,
chłopak myśli o tym, jak też dziewczyna wygląda z rozpuszczonymi
włosami...
-?Mówiłaś dziś rano, że chcesz o czymś ze mną porozmawiać...
-?Tak jest -?przytakuje Johanna i dolewa mu wina. -?Jest coś, co mi
ciąży na duszy...
Barbara podnosi się, by pozanosić naczynia do kuchni, a on czeka z odpowiedzią, póki staruszka nie wyjdzie z pokoju. Och, kobiety mają
wyczucie, starowina z pewnością chce ich zostawić samych, by ułatwić
Johannie wyznanie...
-?Tak się złożyło... -?zaczyna Johanna i przysuwa się z krzesłem nieco
bliżej -?...że oboje, ty i ja, żyjemy niby obok siebie, a jednak razem...
Paweł milczy i czuje, jak serce bije mu szybciej. Ona chyba rzeczywiście
zamierza wygłosić czułą deklarację.
-?Co masz na myśli, mówiąc "razem"?
Johanna potrząsa z uśmiechem głową, jak gdyby pytał o coś, o czym dawno
powinien był wiedzieć.
-?Cóż, jedno wiąże się z drugim -?odpowiada. -?Tu na dole kreślisz
projekty statków, a my dbamy o twoją odzież. Ty jesteś majstrem w stoczni, ja prowadzę księgi, wypisuję rachunki, troszczę się o to, by
pieniądze z udziałów w statku wpływały na czas, przygotowuję wypłaty...
Chętnie robię to wszystko dla ciebie, Pawle. Bo nie znam nikogo, z kim
czułabym się tak związana, komu mogłabym do tego stopnia zaufać...
-?Johanno, ja również ogromnie się cieszę z tego powodu -?woła wzruszony
chłopak i ujmuje ją za rękę.
Dziewczyna się nie wzbrania, nie opiera się też, gdy on próbuje
przyciągnąć ją do siebie. Ale jednak zamiast z zawstydzeniem, jak to
przystoi kobiecie, mówić o miłości, peroruje dalej o czymś zupełnie
innym.
-?I słusznie się cieszysz, ponieważ od rana do nocy pracuję dla ciebie i naszej stoczni. Ale czy choć raz się zastanowiłeś, jak ja sobie radzę?
Prawie już nie mam pieniędzy, które zostawił mi Berthold, i wkrótce nie
będę wiedziała, z czego mam żyć.
Paweł jest odrobinę rozczarowany, że Johanna mówi o pieniądzach zamiast
o innych rzeczach, których by chętnie posłuchał. No ale cóż, to
Berendówna z krwi i kości, a poza tym przypuszczalnie ma rację.
-?A jak ja miałbym ci w tym pomóc? -?pyta ją i zagląda jej głęboko w oczy. -?Powiedz mi, Johanno. Niech się dowiem, co wymyśliłaś.
Czy uchwyci pomocną dłoń, którą do niej wyciągnął? Och, Paweł chce
usłyszeć, jak ona go prosi, ba, jak go błaga o to, by ją poślubił. Nie
będzie jej długo męczył, zresztą nie da rady. Zamknie ją w ramionach i wyzna, że jest najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem...
Johanna odwzajemnia jego spojrzenie, przez chwilę Paweł czuje jej
ciepło, siłę, oddanie.
-?Wymyśliłam, żebyś mi płacił stałe wynagrodzenie za moją pracę -
odpowiada. -?To słuszne i sprawiedliwe, ponieważ w innym wypadku
musiałbyś zatrudnić kierownika, który kosztowałby cię o wiele więcej,
niż ja żądam dla siebie.
Paweł potrzebuje kilku sekund, by zrozumieć, o czym ona mówi. Ma
wrażenie, jakby ktoś chlusnął mu wiadrem zimnej wody w twarz. Mowy nie
ma o słodkich wyznaniach, nie mówiąc już o oświadczynach! Ona chce
pieniędzy. Ma jej płacić pensję.
-?Nie znajdziesz nikogo lepszego na to stanowisko -?stwierdza z wielką
powagą Johanna. -?Wiesz przecież, jak bardzo dobro naszej stoczni leży
mi na sercu.
Paweł bierze głęboki oddech i szykuje się do udzielenia jej odpowiedzi,
na którą zasłużyła.
Luiza
Jest po prostu za gorąco. Luiza udała się na zwyczajową drzemkę
poobiednią, ale upał wciska się do sypialni mimo zamkniętych okiennic i nie pozwala jej zasnąć. To irytujące, ponieważ w poprzednie noce również
nie zmrużyła oka, co prowadzi do tego, że w ciągu dnia jest zmęczona i nie może pozbierać myśli.
-?Traude! Traaauude!
Ach, ta dziewczyna! Jaka brzydka, taka niezdarna i jeszcze ślamazara do
tego. Gdzie ona się znowu podziewa? Jak długo każe jej jeszcze czekać?
Do małżeńskiej sypialni wdziera się nagle z korytarza dziecięcy krzyk -
to córka Luizy, Elżbieta, która przypuszczalnie zbudziła się z południowej drzemki i energicznie domaga się kaszki.
-?Minna! Ucisz to dziecko! Moje nerwy nie wytrzymają dłużej tych
wrzasków!
Drzwi do pokoju otwierają się, a w półmroku korytarza rysuje się
koścista figura Traude. Dla Luizy do tej pory pozostaje zagadką, jakim
cudem ona niemal bezszelestnie przemyka się po starym domu.
-?Czy udało się jaśnie pani odrobinę przespać? -?pyta służąca słodkim
głosem. -?Ach, ten upał! My na dole w kuchni, przy kuchennym piecu, to
myślimy, że się żywcem upieczemy...
Oczywiście ona świetnie wie, że Luiza oka nie zmrużyła, ale mimo to pyta
w ten świętoszkowaty sposób. I sięga po krynolinę, którą jej pani przed
położeniem się do łóżka odłożyła na bok razem z wierzchnią spódnicą.
-?Nie to! Podaj tę ciemnoniebieską suknię z brukselskimi koronkami -
nakazuje rozzłoszczona Luiza. -?Wychodzę.
-?Ach, Boże, gdzież to ja rozum podziałam -?wzdycha Traude. -?To ten
upał, jaśnie pani, ten upał. Naturalnie, pani von Kleiwitz urządza dziś
znowu spotkanie swojego salonu, jak mogłam zapomnieć...
-?Nie trajkocz mi tutaj. Idź i przynieś mi suknię. Potrzebuję też
czystej koszuli. Potem mnie uczeszesz i nałożysz pończochy...
Luiza jest spocona jak mysz. Dobija ją sama myśl o włożeniu bawełnianych
pończoch i wciśnięciu spuchniętych stóp w ciasne buty, lecz za nic w świecie nie przepuściłaby salonu Augusty. Nie dlatego, że ciekawią ją
prezentowane "perły" muzyki i literatury -?niestety, trzeba jakoś znieść
te brednie. Jednak u Augusty von Kleiwitz pojawia się zawsze wiele
ważnych gdańskich osobistości i dlatego trzeba się tam pokazać ze
względów towarzyskich. W końcu Luiza to małżonka Teodora Berenda,
właściciela jednej z najstarszych i najbardziej poważanych firm
handlowych w mieście.
O tak, Luiza stara się być godną żoną swojego męża. Jeszcze zimą wydała
parę przyjęć, które w sumie wypadły bardzo korzystnie. Panie chwaliły
jej dobry gust i znakomite potrawy, panowie przy winach i likierach
chętnie wiedli ożywione rozmowy. Nawet Teodor, zawsze w towarzystwie tak
sztywny i skrępowany, z zapałem dyskutował z gośćmi i przypuszczalnie
zdołał ubić jeden czy drugi interes. Ale miły nastrój tych spotkań
zawdzięcza oczywiście szwagrowi, którego pogodne usposobienie udziela
się otoczeniu. Szkoda, że Ernsta nie bawi handel i prowadzenie
interesów, a swoje liczne talenty marnotrawi na pisanie jakichś
historyjek czy wierszydeł. Ku irytacji Teodora wspiera go w tym
zwłaszcza ich siostra. Ale Johanna nigdy nie przepuściła najmniejszej
okazji, by zaszkodzić firmie Berendów.
-?Nie tak mocno! -?Luiza łaje służącą, która wiąże jej krynolinę na
ciasno zasznurowanym gorsecie.
-?Proszę o wybaczenie, jaśnie pani... Ach, w całym mieście nie znajdzie
się tak cieniutkiej talii... Ma pani figurę jak młoda dziewczyna, jaśnie
pani...
-?Traude, nie bredź.
-?Żebym tak zdrowa była, jaśnie pani. Jest, jak mówię, nie da się temu
zaprzeczyć.
Wprawdzie Luiza zdaje sobie sprawę, że Traude to perfidna lizuska, ale
dzisiaj słucha jej z nieskrywaną przyjemnością. Tak, jest dumna ze
swojej figury, zawsze była filigranowa i gardziła Gdańszczankami, które
mają raczej skłonność do tuszy. Zbliża się już wprawdzie do
czterdziestki, ale dzięki smukłej talii wydaje się o wiele młodsza,
zwłaszcza odkąd wspomaga swoje jasne włosy odrobiną farby.
-?Przynieś mi brązowe buty. I powiedz kucharce, że wypiję jeszcze kawę
przed wyjściem. Kolację niech szykuje tylko dla pana, mój szwagier
będzie mi towarzyszył na spotkaniu salonu...
-?Tak jest, jaśnie pani... Małżonek polecił przekazać, że dzisiaj będzie
jadł kolację poza domem...
-?Tym lepiej... Wobec tego nie będzie musiał się samotnie posilać.
Luiza mocuje się z ciasnymi butami, zagryzając w irytacji wargi.
Oczywiście służba również wie, że pan domu od czasu do czasu odwiedza
pewną "damę" przy jednej z uliczek Starego Miasta, ona go więc też
ugości. W zasadzie Luiza się spodziewała, że Teodor po tej niesłychanej
historii z Danutą, dawną pokojówką, będzie miał dosyć pozamałżeńskich
eskapad, ale najwyraźniej się pomyliła. Cóż za straszliwa hańba, że
ulokował Danutę razem z Christianem, ich wspólnym bękartem, we własnym
mieszkaniu. No cóż, ta sprawa na szczęście sama się rozwiązała, bo
Danuta się ulotniła.
Luiza cicho wzdycha. Takie rzeczy są zazwyczaj publiczną tajemnicą, a żona musi to ścierpieć, bo inaczej wybuchałby jeden skandal za drugim,
co najbardziej szkodziłoby jej samej. Tak więc przełknęła gorzką pigułkę
i w podobne wieczory bez słowa znosi nieobecność męża. Chce iść do
takiej kobiety, bo go przypiliło -?jej to nie obchodzi. Chce omijać
małżeńską sypialnię i spać osobno -?z tym też się pogodziła. Nie musi
rodzić mu syna, mają przecież córkę, która pewnego dnia odziedziczy
firmę handlową i cały majątek Berendów.
Tak właśnie! Ich córka Elżbieta jest jedyną spadkobierczynią firmy
Berendów. Co za triumf! Danuty już nie ma, pół roku temu opuściła
Gdańsk, zabierając ze sobą nieślubnego bachora. Mały bękart, którego
Teodor obdarzał iście małpią miłością, nie jest już problemem. Nikt nie
wie, gdzie się podziewa on i jego matka, krążą nawet plotki, że Danuta
spiknęła się z Oskarem Possertem, byłym pracownikiem firmy Berendów, i wyjechała z nim oraz z dzieckiem do Ameryki. Gdybyż tak naprawdę było!
Gdybyż tak całą trójkę spotkała na oceanie katastrofa i oby wszyscy przy
tej okazji nędznie utonęli!
Ale nawet w tej sytuacji Luiza jest pewna, że nigdy więcej nie zobaczy
Danuty i znienawidzonego Christiana. Dlaczego? Co niedziela modli się w Kościele Mariackim do Boga, by zachował i wzmocnił jej małżeństwo oraz
uchronił małżonka od grzechu. Przekazała również pokaźną ofiarę na rzecz
kościoła. Pan Bóg zna grzeszników i cudzołożników, nagradza
sprawiedliwych i chroni słabych, dlatego wysłucha jej modlitw.
Kobieta krytycznym okiem spogląda w lustro wiszące nad umywalką z marmurowym blatem. Okiennice są zamknięte z powodu upału, niewiele
światła przedostaje się przez szczeliny do pomieszczenia, więc jej twarz
wydaje się niemal pozbawiona zmarszczek. Ale też bardzo blada. Luiza
wyjmuje z szafy szkatułkę z biżuterią, zakłada pierścionki, przypina
broszkę z perłami. Daruje sobie srebrne kolczyki, ponieważ są
niewygodne, a ponadto boi się zgubić cenne, odziedziczone po teściowej
klejnoty.
Jeszcze ma trochę czasu, zanim będzie musiała udać się wraz ze szwagrem
na spotkanie salonu, dlatego wychodzi na korytarz, by przejść do salonu
i tam wypić kawę. W tej samej chwili jednak otwierają się drzwi pokoju
dziecięcego, a próg przekracza chwiejnym krokiem na krzepkich nóżkach
blondwłosy aniołek w obszernej sukieneczce. Na widok ciemno ubranej pani
Elżbietka zatrzymuje się niepewnie i wsadza kciuk do buzi. Raptem
wybucha radosnym śmiechem i zdecydowanie biegnie w stronę Luizy.
-?Minna... Minna da kaszkę -?paple mała i chcąc się przytrzymać, łapie
obiema rączkami suknię matki.
-?Puść to natychmiast! -?krzyczy przerażona Luiza. -?Minna! Zabieraj
prędko to dziecko! Zrujnuje mi suknię. O Boże, ona ma lepkie palce...
Młoda służąca rzuca się spiesznie, by wziąć na ręce dziewczynkę, ale
Elżbietka nie ma zamiaru się rozstać z tak pięknym, lśniącym materiałem
i z całej siły zaciska łapki.
-?Puszczaj, ty mała diablico! -?wrzeszczy piskliwie Luiza i uderza
dziecko. -?Posłuchasz wreszcie czy nie?!
Razy niewiele jednak dają, a gdy Minna siłą wyrywa małej z rąk tkaninę,
rozzłoszczona Elżbietka wybucha płaczem. Boże, jak to dziecko potrafi
się wydzierać! Słychać ją pewnie aż na Langer Markt, na Długim Targu.
-?Najmocniej przepraszam, jaśnie pani -?jąka przerażona Minna, która
próbuje poskromić wierzgającego malucha. -?Ona już umie otwierać drzwi.
Wczoraj nawet wspięła się na stołek, bo chciała wyjrzeć z okna...
Luiza właśnie zamierza doradzić służącej, by przywiązała małą, jak się
należy, do krzesełka, kiedy otwierają się kolejne drzwi i na korytarzu
pojawia się jej szwagier. Szybko podchodzi do Minny, która na próżno
stara się okiełznać gniewnie wrzeszczące dziecko.
-?A cóż to się dzieje? -?woła Ernst. -?Co takiego się stało mojemu
słoneczku? Ach, już widzę, niedobra mama cię rozzłościła...
Bierze Elżbietkę na ręce, a ta ledwie znalazła się w jego ramionach, już
natychmiast się uspokaja, obejmuje wuja i przytula mokry od łez policzek
do jego kamizelki.
-?Drogi Ernście, naprawdę powinieneś jak najszybciej założyć rodzinę -
zauważa kąśliwie Luiza. -?Nie sposób nie dostrzec twoich talentów
niańki.
Chłopak się śmieje, nie ma jej za złe przytyku, przekomarza się chwilę z dziewczynką, po czym stawia ją na ziemię i klęka obok, żeby mogła
pojeździć na jego plecach. I to wszystko, kiedy jest już ubrany do
wyjścia, a jasne spodnie tak łatwo zabrudzić! Co za postrzeleniec! Jakże
różni są ci bracia. Jej Teodor, tak ponury i zamknięty w sobie, ale
zawzięcie realizujący wyznaczone cele, i Ernst z tą swoją
niefrasobliwością, uwielbiany i pożądany przez kobiety, który za to nie
bardzo wie, co ma począć z życiem. Obecnie pracuje, jak się zdaje, nad
jakąś powieścią -?oto zajęcie, któremu poświęca każdą wolną chwilę i które nie mogłoby być bardziej bezsensowne. W tej kwestii Luiza
całkowicie podziela opinię swojego małżonka. Szkoda, że młody człowiek
trwoni energię na takie głupoty.
Posłodzona kawa wywiera wprawdzie ożywczy wpływ na jej ciśnienie, ale
też powoduje, że Luiza znowu się poci, co zwłaszcza w tej sukni jest dla
niej wysoce nieprzyjemne, ponieważ pod pachami mogą się uwidocznić plamy
potu. Teodor polecił przekazać żonie i bratu, że pojechał do
Neufahrwasser, do Nowego Portu, odebrać ładunek zboża ze statku, a później zje ze znajomymi kupcami. Rano zaś oczekuje brata jeszcze przed
ósmą w kantorze.
-?Nikomu nie daruje ten wyzyskiwacz -?utyskuje Ernst. -?Założę się, że
pośle mnie do Dworu Artusa, gdzie będę się musiał spotykać z Bóg wie kim
i załatwiać interesy.
-?To odpowiedzialne zadanie, drogi Ernście -?nadmienia Luiza, kiwając
znacząco głową. -?Niejeden byłby dumny, gdyby obdarzono go takim
zaufaniem.
Ernst się śmieje, jakby był całkiem innego zdania, i podsuwa jej dwornie
ramię, by mogli ruszyć na Heilig-Geist-Gasse, na ulicę Świętego Ducha.
Pod drugie ramię ma wetknięty plik gęsto zapisanych stronic -?kolejny
rozdział swojej powieści awanturniczej, której fragment bez wątpienia
odczyta dziś zgromadzonym. Luiza musi przyznać, że historia rzeczywiście
jest zajmująca. Można jej słuchać, nie przysypiając z nudów. Nie ma
porównania z długimi traktatami szacownego Eliasa Ostertaga lub ckliwymi
wierszykami jej przyjaciółki Anny Ernestyny Becker. Ach, no tak, z pewnością będzie też Cecylia Jonkers ze swoją córką Anną Marią,
przypuszczalnie również jej mąż, no i jeszcze kupiec Heinrich Gebauer,
wszystko to ważne persony dla firmy Berendów. Ostatnio szeptano nawet,
że małżonka nadburmistrza von Wintera1 chce zaszczycić salon
swoją osobą, do czego niestety jeszcze nie doszło.
Jest jeszcze wcześnie, więc idą powoli, przystając tu i ówdzie, by
zamienić parę słów ze znajomymi, a Luiza znajduje jeszcze chwilę na
kupno ładnej wiązanki dla gospodyni salonu na straganie na Kohlenmarkt,
na Targu Węglowym. Długo te róże nie wytrzymają w tym upale, ale nie
może okazać się skąpa, w końcu nawet Johanna przyniosła bukiet na
ostatnie spotkanie. Wyglądał wprawdzie na taki, który sama zerwała, ale
prostoduszna Augusta miała ze wzruszenia łzy w oczach.
Luiza cieszy się, gdy wreszcie wchodzą do kamienicy przy Świętego Ducha,
ponieważ w ciemnej sukni słońce wyjątkowo jej dokucza. W salonie jak
zwykle tłum ludzi, zniesiono wszystkie krzesła z całego domu, widać
nawet trzy stołki kuchenne, ale z doświadczenia wiadomo, że kilku panów
będzie musiało się zadowolić oparciem sofy lub po prostu stać. Pulchna
pani domu o blond lokach serdecznie wita Luizę, jednak niemal
natychmiast przestaje się nią interesować, ponieważ Augusta von Kleiwitz
zwraca się do swojego ukochanego pupila, Ernsta Berenda.
-?Och, najdroższy przyjacielu! Zredagowałam już nowe wydanie naszego
żurnala, jeśli po spotkaniu znajdzie pan jeszcze nieco czasu...
-?Ależ bez wątpienia, łaskawa pani. Ogromnie jestem ciekaw, jak mój
tekst komponuje się z rysunkami Johanny...
Ernst zostawia Augustę, by chwycić w objęcia siostrę. Niewiarygodne, że
taka osoba tak swobodnie obraca się w najlepszym gdańskim towarzystwie i jeszcze do tego bez skrępowania często zabiera głos w salonie. A przecież całe miasto wie o tym, że wdowa po rzemieślniku Bertholdzie
Forsterze żyje w nieobyczajnym związku ze swoim pasierbem Pawłem
Forsterem, który -?jak mówiła niedawno Anna Maria Jonkers -?codziennie
przychodzi do jej domu. Ale czegóż można się spodziewać po kobiecie,
która już jako młoda dziewczyna uciekła z jakimś pianistą, a potem
wyszła za prymitywnego rzemieślnika. I jak też ona wygląda! Chyba trzeba
być ślepym, żeby nie zauważyć, że tych kilka sukni Johanny uszyto z materiałów, które dało się już zobaczyć na Auguście von Kleiwitz. No
cóż, to przyjaciółki od serca, tu się nic nie da zrobić. Ale i Augusta
kiedyś w końcu zrozumie, że kobieta o tak złej sławie jest poważnym
obciążeniem dla jej pozycji społecznej.
Luiza zniża się do szybkiego kiwnięcia głową, gdy mija Johannę, po czym
wita się z drogimi przyjaciółkami, które serdecznie ją przyjmują. Anna
Ernestyna trzymała dla niej miejsce na sofie, gdzie Luiza może się teraz
wcisnąć między Cecylię Jonkers a małą Marię Gebauer. Wszystkie narzekają
na upał i gorliwie wachlują się wachlarzami, ocierają pot z czół
chusteczkami obrębianymi koronką i litrami piją mocną indyjską herbatę.
Mała Maria spogląda tęsknymi oczami na Ernsta Berenda, który właśnie
pozdrawia Jana Jonkersa i jego małżonkę. Dziewczyna nie jest żadną
pięknością, ale ma łagodne usposobienie, a jeszcze do tego jest córką
ważnego partnera w interesach -?Ernst dobrze by zrobił, gdyby się o nią
postarał, zanim poślubi ona innego. Ale szwagier to niestety fantasta.
Zamiast myśleć o rozwoju firmy, zabiega o względy Augusty, która
przecież jest żoną pruskiego rotmistrza Klausa von Kleiwitza i pół roku
temu została matką. I to po wielu latach małżeństwa, gdy już sądzili, że
pozostaną bezdzietni. Urodziła syna -?cóż, niektórym kobietom los
sprzyja, inne nie mają tyle szczęścia i wydają na świat jedynie córkę.
Mimo to Luiza uważa, że Augusta się ośmiesza, robiąc taki cyrk wokół
swojego dziecka. Nawet podczas spotkania salonu musi się obnosić z małym
Wilhelmem. Panie rozpływają się wówczas w okrzykach: "Ach, jaki
uroczy!", "Cóż to za aniołek!" lub "Cały tatuś!", a Augusta nie
przestaje opowiadać o pierwszych ząbkach, które się pokazują jej
beniaminkowi i przysparzają mu okropnych boleści. Na miły Bóg! Luiza nie
pamięta, kiedy Elżbiecie wyrosły zęby czy kiedy zrobiła pierwsze kroki.
Takie rzeczy to sprawa niańki, ona sama zajmie się córką, kiedy ta
będzie rozumniejsza, i zadba już o to, by otrzymała surowe wychowanie,
jak przystało na dziedziczkę wielkiej firmy handlowej.
-?Tak zamyślona, łaskawa pani? Ufam, że nie wzdraga się pani przed
rozmową ze mną...
Luiza płoszy się, ponieważ naprzeciwko niej usiadł na stołku adwokat,
doktor Riechert, i chyba ma ochotę na pogawędkę. Nie jest przystojnym
mężczyzną, przede wszystkim nos, zbyt długi i spiczasty, nadaje jego
twarzy nieprzyjemnie chciwy wyraz. Jednak mimo niekorzystnej
powierzchowności pan mecenas sprawia w towarzystwie czarujące wrażenie,
ponieważ ma zręczny sposób bycia i umie zjednać sobie rozmówcę. Luiza
wie, że Teodor nie może ścierpieć Riecherta, ba, chyba nawet czuje do
niego szczerą odrazę, lecz mimo to zleca mu raz na jakiś czas sprawy
sądowe. Ona sama też już skorzystała z pomocy adwokata, przy czym rzecz
była nad wyraz delikatna i Luiza odtąd zależna jest od jego dyskrecji.
-?Och, jak pan może w ogóle coś takiego przypuszczać, drogi panie
mecenasie! -?udziela uprzejmej odpowiedzi. -?Proszę mi wybaczyć
nieuważność, upał nieco mi dokucza...
-?Tak, jest naprawdę ciepło -?zgadza się Riechert. -?Najlepsza pogoda na
odnawianie starego domu. Dzisiaj sztukatorzy zabrali się do pracy przy
fasadzie...
-?I na jakie figury pan się zdecydował, drogi panie doktorze? -?dołącza
się do rozmowy Cecylia Jonkers, która zawsze i wszędzie musi wtrącić
swoje trzy grosze.
Riechert kupił przed dwoma miesiącami dom na Jopengasse, na Piwnej,
który kiedyś należał do Augusta Blotta. Biedny Blott zmarł w lutym tego
roku, a ponieważ był szanowanym kupcem z najlepszej rodziny, złożono go
do grobu z wszelkimi honorami. Przyjaciele musieli się złożyć, by
zapłacić za pochówek, Teodor także dorzucił swoją cegiełkę, ponieważ po
niegdysiejszym majątku Blotta śladu nie zostało, gdyż jego zięć Eugen
Albertus roztrwonił go wskutek swojej lekkomyślności i nieudanych
interesów. To również jest powodem, dla którego nie pojawia się już
tutaj Fryderyka Albertus, dawniej z takim zapałem uczęszczająca na
spotkania salonu. Mieszka teraz razem z mężem i obojgiem dzieci w naprawdę podłych warunkach w pobliżu Kościoła Świętej Katarzyny i wstydzi się swojej biedy2. Ach, z pewnością musi to być trudne
doświadczenie, gdy ktoś wyrósł w wielkim domu, a potem upadł tak nisko.
Cóż, Pan Bóg wie, dlaczego obarczył ją takim losem. Szkoda, bo była
doprawdy dobrą przyjaciółką, ale naturalnie Luiza będzie się wystrzegać
utrzymywania dalszych kontaktów z Fryderyką. Coś takiego mogłoby
zaszkodzić jej pozycji społecznej.
Tymczasem doktor Riechert rozwodzi się nad gustownymi stiukami, które
chce umieścić na przedprożu i fasadzie domu Blotta. Będą to postacie z baśni oraz bogowie. Neptun i Hermes, do tego Temida, a także syrena,
półryba, półkobieta, przy czym pan mecenas zdradza z uśmieszkiem, że
artysta obstawał, by przedstawić tułów syreny całkiem bez odzienia.
Gdy dociera do tego ekscytującego szczegółu, musi przerwać, gdyż
gospodyni jak zwykle kwieciście wita gości i zapowiada artystów, którzy
uświetnią dzisiejszy wieczór. Luizę niezbyt to interesuje, więc lustruje
wzrokiem licznych zgromadzonych, stwierdza, że pani von Winter i tym
razem nie przybyła, oraz czuje irytację, gdyż Jan Jonkers siedzi na
poręczy fotela Johanny i szepce coś do niej z uśmiechem. Niepojęte, jak
mężczyźni w każdym wieku umizgują się do tej osoby. Czy tam pod ścianą
nie stoi młody Feliks Gebauer, który -?jak słychać -?z powodzeniem
ukończył studia w Königsbergu3? On także oka nie odrywa od
Johanny Forster -?obrzydliwe.
Do fortepianu podchodzi blady młodzian i z furią wali w instrument,
wzrok Luizy zaś wędruje ponownie ku doktorowi Riechertowi. Ten adwokat
jakiś rok temu osiadł w Gdańsku, ale wygląda na to, że tymczasem zdołał
się przedzierzgnąć w jednego z najzamożniejszych obywateli miasta.
Tematem domysłów i plotek jest to, jak mu się udało capnąć dom Blotta,
ale chyba za pomocą pewnych machinacji nakłonił wierzycieli, którym
przypadła zadłużona nieruchomość, by sprzedali mu ją za niewielkie
pieniądze. Jeśli faktycznie poślubi Annę Marię Jonkers, to kiedyś do
niego będą należeć wielkie przedsiębiorstwo żeglugowe i nieruchomości
stanowiące własność Jana Jonkersa. Ale w tej sprawie nie powiedziano
jeszcze z całą pewnością ostatniego słowa, jako że Anna Maria zerwała
już kilka zaręczyn. W tym również z Ernstem Berendem, który aż do
dzisiaj cierpi z powodu tej nieszczęsnej historii.
Wieczór wlecze się niemiłosiernie. Trzeba wysłuchać paru wierszy i wygłosić należyte pochwały, następnie jakieś dziewczę piłuje straszliwie
skrzypce, a wykład poety Artura Hempla dobija Luizę. Och, jak ją głowa
boli! Gdyby tylko mogła wziąć proszek, ale nie ma go ze sobą, a nie śmie
prosić Augusty. Zamiast tego wypija w przerwie siódmą czy ósmą herbatę i zjada dwa ciastka migdałowe, od których od razu robi jej się niedobrze.
Ale jest nauczona brać się w garść, a zatem dzielnie uczestniczy w rozmowach o angielskich wełnach i nowej modystce na Szerokiej, która
wystawia niebywale gustowne kapelusze na jesień. Uwagi Luizy nie uchodzi
też to, że Johanna wzięła na ręce małego Wilhelma i nosiła go po całym
salonie, teraz zaś bez skrępowania dołącza się do panów, którzy podczas
przerwy wycofali się na papierosy do gabinetu pana domu, by tam
rozmawiać o interesach.
-?Jak ona się przypochlebia mężczyznom -?szepcze Anna Ernestyna. -?Po
prostu wstyd!
-?I co też ona wygaduje -?odszeptuje wzburzona Rebeka Ostertag. -?Jakby
nie wiedziała, że dama nigdy nie mówi o polityce i interesach.
-?Tak, doprawdy -?przyświadcza Sofia, starsza córka Rebeki. -?Miesza się
w sprawy, które zaiste nie są dla kobiet!
-?Gdybym tak nie ceniła kochanej Augusty -?wzdycha Anna Ernestyna -?to
nie wytrzymałabym ani sekundy z Johanną Forster w tym samym
pomieszczeniu!
Takie rozmowy, podczas których Luiza zachowuje dystyngowaną
powściągliwość, cieszą ją do tego stopnia, że jest w stanie znieść
niemal bez bólu głowy resztę programu artystycznego. Zwłaszcza że chodzi
o głośne czytanie fragmentu powieści przez jej szwagra, który całkiem
sprawnie sobie z tym radzi i jak zwykle zostaje nagrodzony frenetycznym
aplauzem. Cud, że panie nie zjedzą go żywcem, bo z takim zapałem
zasypują go po odczycie pytaniami i prośbami.
-?Kiedy możemy wreszcie oczekiwać wydania tego arcydzieła, drogi panie?
Zapisałam się na subskrypcję...
-?Ja też, ja też. I już nie mogę się doczekać, kiedy pochłonę tę
powieść!
-?Jeśli wszystko dobrze pójdzie, mogę obiecać, że będzie ona dostępna na
Boże Narodzenie...
Co za fantasta! A kto mu niby da pieniądze na druk? Teodor w żadnym
wypadku tego nie zrobi. Ani Johanna, bo sama nic nie ma. Oczywiście jest
możliwe, że Augusta będzie na tyle głupia, by zaangażować się w ten
beznadziejny interes...
Robi się późno, kiedy goście salonu żegnają się wśród tysiącznych
pochwał i serdecznych podziękowań, po czym ruszają w powrotną drogę
przez oświetlone księżycowym blaskiem ulice. Luiza aż nadto chętnie
wróciłaby do domu, niestety musi jednak zaczekać na Ernsta, który
jeszcze konferuje z Augustą i Johanną o najnowszym wydaniu "Pochodni
Literackiej". Znudzona kobieta krąży po pokoju, z którego pokojówka
uprzątnęła już naczynia i kieliszki, i zatrzymuje się przed gablotą, by
z zazdrością podziwiać srebrną misę -?prezent dla Augusty z okazji
urodzenia syna.
Mojej ukochanej żonie Auguście
z okazji narodzin naszego syna Wilhelma
7 lutego 1863 r.
Rotmistrz von Kleiwitz rozmawia jeszcze w gabinecie z dwoma znajomymi,
mówią o wojnie, która wybuchła w Ameryce między stanami na południu i na
północy, a Luiza myśli z nadzieją, że może Oskar Possert z Danutą i małym Christianem trafią w sam środek wojennego zamętu i zginą.
-?A co tam z Duńczykami? -?słyszy czyjeś pytanie.
-?Och, tu też prędzej czy później dojdzie do wojny -?wyjaśnia rotmistrz
von Kleiwitz. -?W końcu nie można dopuścić, by duńska korona
zawłaszczyła Szlezwik. Królestwo Prus też ma w tej sprawie coś do
powiedzenia4!
-?Tak czy inaczej, wojna jest diabelnie zła dla handlu!
-?Ależ wręcz przeciwnie! Kiedy Szlezwik będzie już należał do Prus,
wtedy cła...
Luiza przestaje słuchać, gdyż szwagier wreszcie jest gotów do wyjścia i uroczo, jak to on, przeprasza za zwłokę. Pożegnanie trwa krótko -
Augusta raz jeszcze dziękuje za piękny bukiet, Luiza za cudowny wieczór,
a Johanna życzy bratu oraz "jego towarzyszce" spokojnego powrotu do
domu.
Na dworze jest przyjemnie chłodno, delikatne chmurki przesłaniają co
chwila sierp księżyca, gdzieniegdzie na nocnym niebie rozbłyskuje
gwiazda. Na Długiej drzwi otwiera im Traude z lampą w dłoni i idzie
schodami przodem, by oświetlić im drogę. Jednak wszedłszy na pierwsze
piętro, Luiza uświadamia sobie, że potrzebuje grzanego wina na dobry
sen, tak więc Traude musi znowu zejść na dół, by przynieść żądany napój.
Ernst ze swoim cennym rękopisem pod pachą zdążył wbiec na drugie piętro,
a Luiza już chce iść za nim, gdy ku swemu zaskoczeniu słyszy męskie
głosy dobiegające z salonu. To Teodor -?a więc wrócił. Drugi głos wydaje
się jej obcy, dlatego podchodzi nieco bliżej do drzwi pomieszczenia, bo
to musi być jakiś znajomy, inaczej przecież Teodor nie przyjmowałby go
tam o tej porze. W zależności od tego, kto to jest, przywitanie się z panami mogłoby okazać się właściwe, mogłaby też dodać, że w towarzystwie
szwagra poszła na spotkanie salonu pani von Kleiwitz. Jednak już na
dźwięk pierwszych słów, które do niej docierają z całą wyrazistością,
orientuje się, że jej obecność z całą pewnością jest niepożądana.
-?Pieniądze się należą, kiedy ją wytropię i podam panu miejsce jej
pobytu...
-?Nie. Dopiero wtedy zapłacę, kiedy na własne oczy zobaczę ją i chłopca!
-?W porządku. Mam więc ich oboje przywieźć do pana?
-?O tym zdecyduję, kiedy nadejdzie pora.
Luizie robi się słabo. Musi chodzić o Danutę i małego Christiana. Teodor
najął tego człowieka, by ich znaleźć. A on, jak słychać, już wpadł na
ich trop. O Boże! Jeśli faktycznie sprowadzi z powrotem Danutę i chłopaka, przepadły wszystkie jej nadzieje.
Johanna
Krzyż pański z tym Pawłem! Och, była gotowa już niemal na wszystko, gdy
wreszcie wrócił z Polski. Jak ona się o niego bała! Poruszyła niebo i ziemię, by odzyskać go całego i zdrowego. Bez namysłu, udręczona
niepokojem, omal sama nie ruszyła do Polski, by go ratować. A kiedy
wreszcie przed nią stanął, poczuła taką ulgę, że powiedziała mu, iż
teraz przyjęłaby jego oświadczyny. Ale wtedy pan Paweł Forster dał z chłodnym uśmiechem do zrozumienia, że tymczasem nie jest już
zainteresowany małżeństwem.
Kosztowało ją to kilka bezsennych nocy i niemało wyrzutów wobec siebie,
ale nie dała poznać po sobie rozgoryczenia i w następnych miesiącach
stale zachowywała się w stosunku do niego uprzejmie i pomocnie. Ba,
żywiła go i robiła mu pranie, prowadziła księgi stoczniowe, wystawiała
rachunki, załatwiała korespondencję i wypłatę wynagrodzeń, zdobywała
zamówienia i bezustannie zabiegała o pozyskiwanie przyjaciół i mecenasów
dla stoczni Forsterów. Czy Paweł sądzi, że armator Jan Jonkers dał jej
zlecenie na dwumasztowy bryg, bo jest takim admiratorem kunsztu
ciesielskiego Pawła Forstera? Bynajmniej, Jonkers buduje statki w ich
stoczni, ponieważ był dobrym przyjacielem jej ojca, a Johanna umie
mądrze wykorzystać jego sympatię do niej.
Żadna żona lepiej by nie wspierała Pawła niż ona, która czyni to
wszystko z czystej przyjaźni i życzliwości, chociaż on szorstko
odepchnął jej wyciągniętą dłoń. I co? Czy jej wielkoduszność została
nagrodzona? Czy Paweł w końcu się opamiętał i porzucił tę żałosną
przekorę? O nie, nic z tego, ten uparty osioł w ogóle nie myśli o ponownych oświadczynach, które z całą pewnością by przyjęła. Zamiast
tego napawa się jej uczynnością, pozwala się obsługiwać, rozpieszczać i najwyraźniej bardzo mu się podoba takie trzymanie jej w niepewności.
Czyżby nie wiedział, że ludzie już o nich gadają? Johanna nie jest
głucha, dobrze słyszała obelżywe szepty w salonie Augusty, ale w zasadzie nie może mieć pretensji do plotkarzy, bo to, o czym tak zajadle
jazgoczą, samo się nasuwa.
Prawda, próbowała zbliżyć się do celu, wykorzystując swój kobiecy urok.
Ale szybko okazało się, że to bardzo niebezpieczne zajęcie. Paweł jej
się bowiem podoba. Nawet bardzo, tak bardzo, że musi uważać, by nie
zaplątać się we własne sieci. Nie umie sobie przypomnieć, od którego
momentu zaczęła odczuwać to dręczące pożądanie. Może pojawiło się już na
samym początku, ale że czule i szczerze kochała swojego Bertholda, to
nie chciała dopuszczać do siebie takich uczuć wobec jego syna. A po
śmierci męża była zbyt nieszczęśliwa, by myśleć o innym. Nie, naprawdę
wszystko się zaczęło, kiedy Paweł był w Polsce, a ona bała się o jego
życie. Wtedy bardzo wyraźnie poczuła, jak bliski jest on jej sercu i jak
bardzo pragnie tulić go w ramionach.
Och, świetnie wie, że on także jej pragnie. Może sobie udawać
obojętnego, ale oczy, mimika, całe jego zachowanie go zdradza. Łatwo go
podrażnić, starczy słówko, spojrzenie, ruch i już czuje, jak bardzo go
poruszyła. Przez chwilę naprawdę miała nadzieję, że zdobędzie go w ten
sposób. Ale oparł się wszystkim jej atakom, a ona nie jest gotowa pójść
o krok dalej i bez skrępowania mu się oświadczyć. Duma jej tego
wzbrania.
Postanowiła więc, że nie będzie dalej szła tą drogą, i w dobrej wierze
przedstawiła Pawłowi rozsądną i wysoce korzystną dla nich obojga
propozycję. I co na to usłyszała?
-?Ty chyba nie myślisz poważnie, że zrobię kobietę kierownikiem swojej
stoczni? W życiu nie słyszałem czegoś śmieszniejszego. Ale to do ciebie
pasuje, od razu widać dobrze urodzoną córeczkę patrycjuszy; wszystko, o czym umiesz myśleć, to pieniądze i interesy!
Puścił przy tym jej dłonie, które wcześniej ujął, i dosłownie odepchnął
ją od siebie. Nastawiła się wprawdzie na to, że Paweł może mieć pewne
zastrzeżenia, i długo się zastanawiała, w których punktach może ustąpić,
by udało im się osiągnąć racjonalne porozumienie. Ale nie spodziewała
się, że z miejsca wybuchnie on takim gniewem. Niestety, jej również
wtedy puściły hamulce.
-?Czy ty może uważasz, że Barbara i ja możemy żyć powietrzem i blaskiem
słońca? -?odparowała. -?A pamiętasz, że mój dom jest obciążony hipoteką,
którą Berthold ustanowił, byśmy mogli założyć stocznię?
-?Spłacę ten kredyt, to nie twoje zmartwienie! -?wrzasnął rozjuszony
Paweł i zmiął materiałową serwetkę, by ją cisnąć na stół.
-?Nie tylko o to chodzi! Pracuję dla ciebie i naszej stoczni i dlatego
mam prawo do wynagrodzenia! Albo do udziału w przychodach.
Wpatrzył się w nią wtedy takim wzrokiem, jakby miał się zaraz na nią
rzucić. Ale po chwili się opanował, a jego głos zabrzmiał zimno i beznamiętnie.
-?W porządku -?odparł. -?Prowadzisz księgi i załatwiasz wszelkie
papiery, nie zlecałem ci tego, wręcz przeciwnie. Sama na to nalegałaś, a ja w końcu uległem. Ale niech ci będzie. Od tej chwili należą ci się za
tę pracę przychody z udziałów w statku, co przeforsowałaś wbrew mojej
woli. A za pomieszczenie, z którego od czasu do czasu korzystam, by
przygotowywać projekty statków, będę ci płacił czynsz. Jesteś teraz
zadowolona?
Oferta jest śmieszna, bo jej praca dla stoczni jest o wiele więcej
warta. Chwilowo mają tylko jeden udział, czyli ów w "Annie Marii", która
po pierwszym nieudanym wodowaniu przemierza już dziś Bałtyk i okazała
się wspaniałym stateczkiem. Do tej pory Jonkers wypłacił im jednak
dopiero dwa razy część zysków z rejsów handlowych i nie były one
wysokie. Ale tak czy owak, należy się spodziewać dalszych płatności, a ona już się zatroszczy o to, by stocznia nabyła udziały również w innych
statkach. To wróbel w garści. Ale na razie musi się tym zadowolić,
ponieważ nie dostanie gołębia na dachu.
-?Wobec tego chcę, byśmy spisali to porozumienie -?zażądała Johanna,
ponownie powodując wybuch Pawłowego gniewu.
-?Znaczy nie ufasz mi? -?wrzasnął na nią.
-?Ależ skąd, ufam. Ale niech ci się coś przydarzy, to zostanę z pustymi
rękami.
Paweł wymamrotał jakieś przekleństwo, po czym sztucznie się roześmiał.
-?Dlatego więc się martwisz, moja piękna macocho, że może mnie piorun
trafić albo utonę w Motławie? Bez obaw, nie zamierzam lekkomyślnie
ryzykować życia.
-?Moja troska o ciebie nie ma z tym nic wspólnego -?oświadczyła Johanna.
Ale wyśmiał ją tylko i wstał, by wrócić na swoją kwaterę.
-?Przygotuj pismo, dokładnie je przeczytam i jeśli będzie w porządku, to
je podpiszę. Dobranoc!
Następnie zatrzasnął drzwi za sobą i hałaśliwie zbiegł po schodach.
Johanna stała w pokoju na górze i słyszała, jak jeszcze zamienił parę
słów ze starą Barbarą, która wyszła z kuchni. A potem chłopak wybiegł na
ulicę i oddalił się zamaszystym krokiem.
-?Ach, łaskawa pani -?westchnęła Barbara, gdy chwilę później weszła do
pokoju. -?Co pani najlepszego narobiła. On teraz jest wściekły, a przecież panią kocha!
-?Barbaro, nie opowiadaj bzdur! -?zawołała gniewnie dziewczyna. -?Gdyby
mnie naprawdę kochał, to by dziś poprosił o moją rękę.
-?Zaciął się -?odparła smutno Barbara. -?Ale to dobry chłopak, ten mój
Paweł. Opamięta się.
Oczywiście, Barbara ubóstwia swojego Pawła, którego wychowała i w którym
nie dostrzega najmniejszej wady. Nic dziwnego, że z młodego Forstera
taki uparty osioł -?w końcu mama i jej służąca Barbara od dziecka go
bezgranicznie rozpieszczały. Jedynie ojciec, jej kochany Berthold,
potrafił okazać synowi surowość, ale on też kochał jedynaka ponad
wszystko i przypuszczalnie darował mu niejedną psotę. No i teraz
widzimy, co z tego wyszło.
Jeszcze tego samego wieczoru Johanna siadła do biurka i sporządziła
oświadczenie, że przychody z należących do stoczni Forsterów udziałów w statkach od dzisiaj przypadają jej, Johannie Forster, wdowie po
szkutniku Bertholdzie Forsterze. Dotyczy to zarówno obecnych, jak i przyszłych wpływów z kolejnych udziałów. Spisała również umowę odnośnie
do obiecanego czynszu, który ma być płacony co miesiąc, przy czym
zostawiła wolne pole na wpisanie kwoty. Niech sam ustali wysokość
opłaty, ona nie ma ochoty kłócić się z nim o takie głupstwa.
Niedziela minęła, a Paweł nie pojawił się na Rajskiej. Johanny
bynajmniej to nie dziwi, ale stara Barbara najwyraźniej liczyła na to,
że się pogodzą, i jest rozczarowana jego nieobecnością.
-?Przecież dziś rano widziałam go w kościele! -?lamentuje staruszka. -
Uśmiechnął się do mnie, a potem przy wyjściu wziął mnie czule za rękę, a ja go poprosiłam, żeby przyszedł na obiad.
Barbara jest katoliczką, podobnie jak była nią matka Pawła, Polka, która
obstawała przy katolickim wychowaniu syna. Ten jednak, czego Johanna
jest pewna, nie jest przesadnie pobożny. Cud, że akurat w tę niedzielę
był na mszy. Obfity obiad, który Barbara przyszykowała dla swojego
kochanego Pawełka, znajduje wszakże wdzięcznego konsumenta, ponieważ na
Rajskiej pojawia się nieoczekiwanie Ernst, brat Johanny, i nie odmawia,
gdy zapraszają go na obiad.
-?Ach, jak to miło z twojej strony, Haneczko -?wzdycha i kładzie sobie
trzy plastry pieczeni wołowej na talerzu. -?Wiesz, na Długiej chwilami
nie da się wytrzymać. Teodor jest w jeszcze gorszym humorze niż zwykle i od świtu do nocy obarcza mnie najprzeróżniejszymi zadaniami, żebym tylko
nie miał ani chwili na pisanie powieści. A Luiza od kilku dni znowu ma
napady histerii, wrzeszczy nagle bez powodu, a potem dostaje migreny.
Czemu jej zdaniem winna jest przede wszystkim służba, ale i ja, i Teodor.
-?Ach, ty biedaku -?uśmiecha się Johanna. -?W zasadzie myślałam, że
Luiza się pozbierała, odkąd Danuta zniknęła z Gdańska. Wiesz przecież,
że to nie jest moja serdeczna przyjaciółka, ale trzeba jej oddać, że
bycie żoną naszego brata to dopust boży.
-?Nie musiała przecież za niego wychodzić. -?Ernst wzrusza ramionami. -
Zaręczyny można zerwać. A właśnie, zauważyłaś na ostatnim spotkaniu
salonu, jak niewiele uwagi Anna Maria Jonkers poświęcała swojemu
narzeczonemu? Traktowała go wprost chłodno, mało nie obraziła...
Johanna może przytaknąć. Ale doktor Riechert też niezbyt się troszczył o narzeczoną.
-?Ten cwany manipulator był nadto zajęty umizgami do różnych pań, żeby
niepostrzeżenie wypytać je o najróżniejsze rzeczy, które mogą mu się
przydać -?odpowiada pogardliwie.
Na to Ernst kiwa głową i przeżuwa jedzenie z wypchanymi policzkami.
Johanna dochodzi do wniosku, że Luiza nie bez powodu jest taka chuda,
najwyraźniej oszczędza na jedzeniu, a pieniądze z domowego budżetu
lokuje w kosztownych szatach, ponieważ sądzi, że tego wymaga jej pozycja
jako małżonki Teodora Berenda. Od Augusty wie, że zapraszani na Długą
goście przeważnie wracają do domu głodni, gdyż potrawy oferowane są w zbyt skąpo obliczonych porcjach. Anna Ernestyna Gebauer musiała się
wręcz zadowolić na deser połówką pieczonego jabłka.
-?Przewiduję, że te zaręczyny potrwają jeszcze co najwyżej dwa tygodnie
-?obwieszcza Ernst ze złośliwą satysfakcją i przepija do Johanny. -
Potem Anna Maria da mu krzyżyk na drogę i poszuka sobie następnej
ofiary.
-?Całkiem możliwe -?godzi się Johanna. -?Jednak z Riechertem nie pójdzie
jej tak łatwo jak z jego poprzednikami. Nie wierzę, że on tak po prostu
zrezygnuje z perspektywy zostania zięciem i spadkobiercą Jonkersa.
-?No a co może zrobić, jeśli ona zerwie zaręczyny?
Johanna też tego nie wie, ale jest niemal pewna, że Riechert
przedsięwziął jakieś środki na tę okoliczność. W końcu wiedział o niestałości Anny Marii, nim się z nią zaręczył.
-?Przypuszczalnie jest nim rozczarowana, bo nie kupił jej domu na
Frauengasse, na Mariackiej. Wyobraź sobie, Haneczko, że chciał go
wyłudzić od naszego brata w bardzo podstępny sposób. Ale nie z nim takie
zabawy, Teodor z miejsca go przejrzał i naprostował sytuację...
Kamienica na Mariackiej to dla Johanny drażliwy temat, Ernst również
hamuje gniew, gdy mówi o pięknym, bogato zdobionym domu patrycjuszy,
który kiedyś należał do ich dziadków. W dyktowanym przez ojca na łożu
śmierci testamencie przypadł on Johannie, ojciec nie zapomniał też o najmłodszym synu, zapisując mu dwie parcele w Nowym Porcie. Smutny to
fakt, ale Teodor, który jako najstarszy syn był spadkobiercą firmy
handlowej, oszukańczo pozbawił młodsze rodzeństwo udziałów w spuściźnie.
Wielki magazyn, który kazał postawić w Nowym Porcie, stoi na ziemi
należnej właściwie Ernstowi, w domu zaś na Mariackiej Teodor ulokował w końcu swoją kochankę Danutę i ich wspólnego syna Christiana.
-?Nadal stoi pusty -?relacjonuje gniewnie Ernst. -?Odkąd Danuta prysnęła
z Christianem, Teodor niczego nie zmienił. Okiennice na górze są
zamknięte, a w oficynie rozgościła się rodzina kupca Bröskego, który ma
tam sklep na dole. Smutny to widok, kiedy człowiek tamtędy przechodzi.
W jej obecnej sytuacji Johannę podwójnie złości, że Teodor tak podle i podstępnie pozbawił ją spadku. Gdyby mogła wynajmować tę piękną
nieruchomość i uzyskiwać z niej dochód, nie potrzebowałaby błagać Pawła
o zapłatę za swoją pracę. Miałaby własny majątek, mogłaby nawet
prowadzić handel, kupować i sprzedawać towary, a w domu na Mariackiej
urządzić kantor. Dlaczego by nie? Handel to osobna dziedzina, chodzi w niej o zaufanie i dobre interesy. Uścisk dłoni tytułem zawarcia umowy
jest więcej wart niż długi kontrakt. Było już parę kobiet, które
sprawdziły się w handlu dalekosiężnym, a Johanna jest pewna, że ona
również odniosłaby sukces.
Po posiłku rodzeństwo przenosi się do małego pokoju, który swego czasu
Berthold urządził dla żony. Ernst siada przy sekretarzyku i zabiera się
do pracy nad ostatnimi rozdziałami powieści. Dla siostry zabrał stos
zapisanych stronic, na które ta ma "rzucić okiem i wypowiedzieć swoje
zdanie". Johanna jak zawsze czyni to z krytyczną miną i skreśla to, co
się jej nie podoba, jednak czy chce tego, czy nie, wyobraźnia podsuwa
jej rozmaite obrazy podczas lektury. Dziewczyna bierze czystą kartkę
papieru i rysuje parę drobnych szkiców. Przez kilka szczęśliwych godzin
brat z siostrą siedzą obok siebie, pogrążeni we wspólnych zajęciach, tak
jak to było kiedyś, kiedy rodzice jeszcze żyli, a ich świat jeszcze się
nie rozpękł.
-?Gdybyż tak mogło być zawsze -?wzdycha Ernst przy pożegnaniu, czule
obejmując Johannę. -?Wprawdzie jesteś dla mnie surowa, Haneczko, no ale
bardzo często masz rację, a twoje rysunki są przeurocze, sto razy
bardziej mi się podobają niż karykatury Anny Marii.
Oczywiście tego wieczoru Paweł nie pojawia się na Rajskiej -?Johanna
zresztą nawet tego nie zakładała. Ale nie przychodzi też następnego
dnia, chociaż przecież ma zwyczaj wczesnym rankiem pracować chwilę nad
swoimi projektami, nim uda się na Sienną Groblę. Barbara martwi się więc
o zdrowie Pawła, za to Johanna ćwiczy się w cierpliwości. Oczywiście nie
spieszy mu się, jest wściekły na nią i nie ma ochoty podpisać
przygotowanego dokumentu. Ale w końcu przyjdzie, uparta bestia, w końcu
musi skończyć rysunki.
Paweł wykazuje się jednak większą zawziętością, niż przypuszczała. Przez
cały tydzień omija Rajską. Dopiero w piątek jedna z kobiet, które gotują
w stoczni, zjawia się przed Johanną i oświadcza:
-?Majster Forster kazał przekazać, że w najbliższym czasie nie będzie
mógł przyjść popracować nad projektami.
Kobieta stoi na szeroko rozstawionych nogach, podparła się ręką pod
bokiem i spogląda na nią wyzywająco.
-?A powiedział też, z jakiego powodu? -?pyta Johanna.
Złośliwy uśmiech rozlewa się szeroko na twarzy kucharki. Widać jasno, że
uważa, iż majster i jego macocha mają romans, który właśnie przeżywa
trudności.
-?Z takiego, że ma za dużo pracy. Dlatego -?odpowiada krótko, odwraca
się i odchodzi.
-?To przecież dobrze, że w stoczni jest sporo do roboty -?stwierdza z wahaniem Barbara, która słyszała rozmowę. -?I jak to miło ze strony
Pawła, że przeprasza za nieobecność, prawda?
Johanna milczy i wściekła potrząsa głową. Ale idzie na górę do swojego
pokoju, gdzie przechowuje księgi stoczni oraz gotówkę, otwiera kasę i wyjmuje kwotę, której pobranie sumiennie kwituje: udział w statku,
przekazany przez Jonkersa dwa tygodnie temu. Paweł sam powiedział, że
jej się on należy, a poza tym pilnie potrzebuje pieniędzy, ponieważ musi
zapłacić podatki, kupić na targu produkty spożywcze, kończą się świece,
atrament i papier, a jeśli teraz nie kupi węgla na zimę, to będzie
musiała później płacić podwójną cenę.
Na prędką wizytę Pawła na Rajskiej nie ma co liczyć, więc postanawia
odwiedzić przyjaciółkę, Augustę von Kleiwitz, ot tak, dla rozrywki.
Augusta od początku szczerze polubiła Johannę i wiernie stała u jej boku
również w ciężkich czasach, nie bacząc na swoją reputację. Za co Johanna
ogromnie ją szanuje. Przede wszystkim jednak Augusta jest bardzo
przywiązana do brata Johanny, Ernsta, i w miarę sił wspiera jego
literackie ambicje. Na co może sobie pozwolić, ponieważ pochodzi ona z zamożnej rodziny, która posiada liczne dobra w Brandenburgii, należą do
niej także rozmaite nieruchomości w stolicy Prus, Berlinie. Do Augusty
należy niemała część płynących stamtąd przychodów, którą to sumę brat
jej przekazuje co pół roku. Tak, Augusta może się uważać za niezwykle
szczęśliwą, jest finansowo niezależna i zabezpieczona, ma kochającego
męża, który nosi ją na rękach, a od pół roku wreszcie jest matką. Synek
pojawił się dopiero po dziesięciu latach małżeństwa Augusty i Klausa von
Kleiwitzów, którzy już pogodzili się z myślą, że pozostaną bezdzietni.
Tym większe jest teraz ich szczęście, a ilekroć Johanna odwiedza
Augustę, musi należycie podziwiać małego Wilhelma i wysłuchiwać
opowieści stroskanej matki o kolkach, napadach płaczu, pełnych
pieluszkach i błogosławieństwie herbatki z kopru włoskiego w razie
paskudnych wzdęć. Johannie to jednak nie przeszkadza, bo kocha tego
szkraba, który zresztą wcale nie jest ślicznym dzieckiem, a mimo to w jakiś sposób podbił jej serce.
-?Haneczka! -?woła z wyrzutem Augusta, kiedy przyjaciółka wchodzi do
pokoju. -?Naprawdę jestem na ciebie zła! Od ponad tygodnia się u mnie
nie pojawiasz. Już myślałam, że cię jakoś obraziłam, i wypytywałam
twojego drogiego brata, ale on powiedział tylko, że masz mnóstwo pracy
przy księgach, które prowadzisz dla stoczni swojego pasierba...
-?I miał całkowitą rację -?przyznaje Johanna. -?Niedługo trzeba wypłacić
pobory, wszystko musi być w porządku...
-?Tere-fere! -?wykrzykuje Augusta i biegnie do niej, by ją uściskać. -
Jeśli Paweł płaci wynagrodzenia swoim pracownikom, to niech sam je
łaskawie obliczy albo zatrudni kogoś do tego. Nigdy nie zrozumiem,
dlaczego marnujesz czas na takie przysługi, zamiast mnie odwiedzić. A czy ty w ogóle wiesz, że Wiluś ma już dwa ząbki? A trzeci zaraz się
wyrżnie. Ach, biedne maleństwo, co noc płacze z bólu, a buźkę ma całą
czerwoną...
Faktycznie, i teraz do kobiet dociera przeraźliwy wrzask. Johanna podąża
za przejętą przyjaciółką do pokoju dziecięcego. Tam niańka usiłuje
nakarmić malucha posłodzoną kaszką manną, ale Wiluś tak energicznie
macha rączkami i nóżkami, że trudno jej włożyć pełną łyżkę do szeroko
otwartych ust chłopczyka.
-?No i co pani wyrabia? -?krzyczy Augusta. -?Chce pani zagłodzić to
dziecko? Dlaczego nie karmi go pani piersią?
-?Jak ja mam go karmić, jaśnie pani? Przecież on mi gryzie pierś do
krwi...
-?Ach, na Boga! -?oburza się Augusta. -?On ma tylko dwa malutkie,
słodkie ząbki, proszę nie przesadzać!
Johanna bierze malucha na ręce i zanosi go do salonu. Wiluś nie ma nic
przeciwko, kocha Johannę ponad wszystko i cały aż promienieje na jej
widok.
-?Proszę mi tu przynieść kaszkę, nakarmię go!
Na kolanach Johanny mały z zadowoleniem ciamka swój posiłek, a Augusta
jest tak zachwycona, że nie obchodzi jej, iż od czasu do czasu kleks
kaszki trafia na czerwony aksamit sofy. Johanna chytrze włożyła
rozzłoszczonemu chłopcu w piąstkę łyżeczkę do herbaty, wywija nią teraz
dumnie na lewo i prawo, a przy okazji bez protestów pozwala się karmić.
-?Widzisz? Chciał dostać łyżeczkę. Jak tak dalej pójdzie, wkrótce sam
będzie jadł!
-?Ach, Haneczko! Jak mi ciebie brakowało! To już piąta niańka, ale jest
tak samo beznadziejna jak jej poprzedniczki. Mój Boże, jak on otwiera
dziobek! Moje słoneczko umarłoby z głodu przy tej głupiej kobiecie!
Gdy Wiluś syty i zadowolony siedzi w objęciach mamy, ta bez zwłoki może
przejść do innego ulubionego tematu.
-?Moja kochana Haneczko, musisz wreszcie pomyśleć o przyszłości. Wiem,
że dom, który zostawił ci mąż, jest obciążony hipoteką i że nie masz
żadnych dochodów. Dlatego bardzo mnie dziwi, że tak rozpieszczasz
swojego pasierba, przyjmujesz w swoim domu i w ten sposób dajesz asumpt
do głupich plotek, jakie krążą po Gdańsku!
-?Nie myślisz chyba poważnie, że między mną a Pawłem... -?unosi się
Johanna.
-?Ależ oczywiście, że nie, Haneczko! -?upewnia ją żarliwie Augusta. -?To
zresztą byłoby strasznie głupie z twojej strony, bo po tym rzemieślniku
nie ma się czego spodziewać, jeśli chodzi o twoją przyszłość. Ale
wkrótce minie rok żałoby po odejściu do domu Pana twojego kochanego
Bertholda, którego szczerze ceniłam, i dlatego powinnaś naprawdę
poważnie rozejrzeć się za dobrą partią...
Johanna wzdycha. To stara śpiewka -?Augusta stara się jej znaleźć
odpowiedniego męża. Znowu wyciągnęła listę, spisaną kiedyś w tym celu,
wykreśliła parę nazwisk, za to dorzuciła kilka innych.
-?Na szczęście regularnie uczęszczasz na spotkania mojego salonu, i to
bardzo dobrze, ponieważ odwiedzają mnie różni kulturalni panowie, którzy
żyją na przyzwoitej stopie, ale jeszcze są nieżonaci. To byłby przede
wszystkim mój drogi przyjaciel, doktor Johannes Mager, którego przecież
świetnie znasz, uczestniczyłaś nawet w spotkaniu Ligi Polskiej, które
odbyło się w jego mieszkaniu... Chciałabym też koniecznie zwrócić twoją
uwagę na doktora Sternberga, który prowadzi dobrze prosperującą
praktykę, a w marcu nieoczekiwanie został wdowcem. No i na Petera
Langlaua, ma piękną księgarnię na Hintergasse, na Za Murami, i jest
człowiekiem ogromnej wiedzy...
-?Niestety straszliwie sepleni i ma szpotawą stopę...
-?Mój Boże, no ma. Ale w twojej sytuacji, Haneczko, nie możesz być
wybredna. Nadawałby się jeszcze poczciwy Artur Hempel, który ciągle mi
znosi swoje wiersze... Ach tak, muszę ci dać jeszcze najnowsze egzemplarze
"Pochodni Literackiej", które właśnie przyniesiono z drukarni! O mały
włos bym zapomniała... A jak już je weźmiesz, to może byś zaniosła parę
numerów do księgarni Petera Langlaua, co? I może wstąpiłabyś też do
doktora Magera?
-?Nie, Augusto, naprawdę nie. Zabiorę tylko egzemplarze dla biblioteki i kółek czytelniczych -?protestuje energicznie Johanna.
W saloniku Augusty stół i sekretarzyk zawalone są książkami, rysunkami,
plikami listów i rękopisami. Cud, że właścicielka jeszcze się w tym
wszystkim orientuje. Nowa "Pochodnia Literacka" wydaje się Johannie
bardzo udana, tylko wiersze Anny Ernestyny Gebauer są mocno
świętoszkowate, ale że wspiera ona pismo hojnymi datkami, to ma prawo
oczekiwać publikacji swoich lirycznych uniesień. Rysunki Johanny, które
podrzuciła Auguście w ostatnim czasie, wyglądają w druku bodaj jeszcze
lepiej niż w oryginale, autorka jest bardzo zadowolona. Naturalnie
porównania nie ma ze wspaniałymi szkicami i karykaturami Anny Marii
Jonkers. Można o niej myśleć rozmaicie, ale rysować to ona potrafi
fantastycznie.
-?Wyborna, prawda? -?rozmarza się Augusta i wskazuje na karykaturę
przedstawiającą rząd przekupek na Fischmarkt, na Targu Rybnym. -?Droga
Anna Maria zostawiła mi jedną ze swoich teczek, żebym wybrała rysunki,
które chciałabym posłać pewnej kochanej przyjaciółce w Berlinie. Emilia
ma tam znakomite koneksje i... och, myślę, że mój słodki aniołek domaga
się przewinięcia. Otylio! Gdzież się Otylia podziewa? Wiluś ma klopsa w pieluszkach...
Augusta odbiega gdzieś z Wilusiem, więc Johanna chwyta z ciekawością
teczkę, by obejrzeć najnowsze arcydzieła Anny Marii. Augusta chce wysłać
kilka jej szkiców do Berlina -?no cóż, stale gdzieś rozsyła czyjeś
artystyczne wytwory, czy będą to rysunki, czy też kompozycje lub płody
literackie. Uwielbia po prostu występować w roli mecenaski. Jak dotąd
niewiele z tego wyszło, przynajmniej teksty jej brata Ernsta nigdzie nie
znalazły uznania, acz pewne znane berlińskie czasopismo wydrukowało
przed paroma miesiącami dwie karykatury Anny Marii.
Johanna otwiera teczkę, ogląda z podziwem szkice, przekłada kolejne
karty -?i nagle wpada w osłupienie. To jest... to jest Paweł, który
właśnie na nią patrzy! Nie wygląda może przyjaźnie, ale też nie jest
odpychający. Nie, to nie jest karykatura, to bardzo dobry portret z natury. I to nie jedyny, Anna Maria sportretowała Pawła całe siedem
razy.
-?Ach, tak -?rzuca Augusta, która powierzyła syna opiece niańki. -
Wykonała mnóstwo rysunków stoczni Forsterów. Mówiła mi, że to niezwykle
inspirująca okolica. Z tego powodu spędza niemal codziennie małą
godzinkę na Siennej Grobli, by rzucić na papier kilka szkiców.
Teodor
Budzi się, bo ma ohydne wrażenie, że zaraz się udusi, i kopie na
wszystkie strony, ponieważ lniana narzuta, którą był przykryty, owinęła
mu się wokół nóg.
-?Au! No co ty robisz? Czemu tak szalejesz, mój mocarny tygrysie?
Czekaj, wezmę tę głupią narzutę... -?Teodor słyszy obok siebie czyjś głos.
Uświadamia sobie, że nie jest u siebie w domu, w swojej sypialni, lecz
nocuje u magdalenki na Petersiliengasse, na Warzywniczej5.
Bogu dzięki, jest jeszcze ciemno, nie zaspał do rana, tylko mu się
zdrzemnęło po stosunku. Błądzi ręką za ubraniem, które leży obok łóżka
na podłodze, wymacuje kamizelkę, w której tkwi zegarek kieszonkowy, po
czym odnajduje marynarkę z pugilaresem i portmonetką. Przeklęta
lekkomyślność -?jak łatwo złodziej mógłby go obrabować. Tu, na tej
uliczce, przewijają się najrozmaitsze ciemne typki i na policji
niezręcznie byłoby mu podać miejsce kradzieży. Teodor naciska dźwigienkę
repetiera6 i liczy. Jest wpół do drugiej -?całkiem późno.
-?Nie wstawaj... Jeszcze wczesny wieczór, nie musisz przecież iść do domu...
Przyniosę ci wina...
Mężczyzna słyszy, jak dziewczyna wstaje i boso idzie do sąsiedniego
pokoju, by zapalić lampę. W docierającym do niego słabym blasku Teodor
pospiesznie się ubiera i wypija łyk wody z dzbanka, który stoi na
umywalni. Woda ma stęchły posmak -?ma nadzieję, że niczego nie złapie,
bo słychać, że cholera znowu się pojawiła. Na Starym Mieście było kilka
przypadków, które źle się skończyły7. Obciera sobie usta
grzbietem dłoni i zabiera się do odliczania ustalonej ceny, monety
kładzie na szafce nocnej. Właściwie to wszystko jest o wiele za drogie.
Posiłek, który mu wczorajszego wieczoru zaoferowała magdalenka i który w większości sama zjadła, nie był wart tych pieniędzy. Wino też nie, tani
sort, którego w ogóle nie należy pić albo mieszać z wodą. No ale poza
tym dziewczyna zna się na swoim rzemiośle, jest chętna i doświadczona,
nie broni się też, gdy ją mocno przyciśnie. Przypuszczalnie nie do
takich rzeczy jest przyzwyczajona ze strony marynarzy. Nawet jeśli
twierdzi z uporem, że nigdy nie zadaje się z prostymi majtkami, lecz
obsługuje klientów od mata w górę -?Teodor nie wierzy w ani jedno jej
słowo. Mówi tak tylko, żeby podbić cenę.
Dlaczego więc ciągle do niej chodzi? Czasem nawet dwa, trzy razy w ciągu
tygodnia? Mógłby sobie przecież znaleźć inną, ale stale wraca do tej.
Dopiero po pewnym czasie zorientował się, jaki jest prawdziwy powód -
dziewczyna wykazuje fatalne podobieństwo do Danuty. Nie tylko jej ciało,
ale i głos przypomina mu o kochance, która go tak podstępnie opuściła,
okradła i do tego, co najgorsze, zabrała ze sobą jego syna -?Christiana.
Znienawidził ją za to, życzył jej nędzy i głodu, kazamatów i haniebnej
śmierci, bo ukradła mu syna, którego kocha każdym włókienkiem serca i który jest całą jego radością, nadzieją i szczęściem. No ale teraz,
kiedy utracił oboje, Danutę razem z Christianem, powoli dotarło do
niego, że tęskni również za nią. Trudno, to niewdzięczna, wiarołomna
diablica -?ale chce ją mieć z powrotem. Za każdą cenę. Znajdzie ją,
znajdzie ich oboje, Danutę z Christianem. Znajdzie ich i sprowadzi do
Gdańska -?nawet jeśli miałaby to być ostatnia rzecz, jaką w życiu zrobi.
Magdalenka podsuwa mu pełny kieliszek wina, ale Teodor nie zwraca na nią
uwagi i wychodzi z mieszkania tylnym wyjściem. W wąskich uliczkach
uboższej dzielnicy jest o tej porze ciemno choć oko wykol, więc musi
uważać, by nie wejść na ścianę domu lub nie potknąć się o jakiś
przedmiot leżący na ziemi. Raz i drugi koło stóp przemyka mu jakieś małe
stworzenie -?pewnie szczur -?potem dociera wreszcie na Chlebnicką, którą
oświetla kilka latarni gazowych. Teodor unika jasnych kręgów światła,
idzie do Długiej wzdłuż kamienic i tam spiesznie wchodzi na przedproże
kamienicy Berendów.
Ku jego irytacji ktoś otwiera mu drzwi -?nawet o tej porze, kiedy ludzie
śpią, Traude jest na posterunku, wścibska ta osoba musiała go dostrzec z okna.
-?Dobry wieczór, jaśnie panie... Ciepła noc, nieprawdaż? Jaśnie pani ma
brzydką migrenę, musiałam jej robić zimne okłady...
-?Ubolewania godne -?burczy Teodor bez cienia rzeczywistego współczucia.
-?Wzięła proszek?
-?Oczywiście, już po południu. Ale nie działa...
-?Jutro będzie się lepiej czuła -?stwierdza pan domu, żeby uciąć
narzekania. -?Czy mój brat jest w domu?
-?Jest u siebie na górze, jaśnie panie. Myślę, że jeszcze nie śpi,
słyszałam, jak chodzi po pokoju.
Oczywiście Ernst znowu siedzi do ciemnej nocy nad swoją żałosną
powieścią. Rano znowu się spóźni na śniadanie, a przez cały dzień ledwie
będzie na oczy patrzył ze zmęczenia. To denerwujące, bo jego mały
braciszek byłby całkiem niezłym kupcem, czego dowiódł podczas tych paru
miesięcy, kiedy był zaręczony z Anną Marią. Chciał zaimponować
narzeczonej i wreszcie zaczął przykładać się do pracy na rzecz firmy
Berendów. Niestety jednak ta kapryśna osóbka zerwała zaręczyny i od tej
pory z Ernstem nie można się już dogadać. Powieść chce pisać. Jakby
kiedykolwiek dało się zarobić pieniądze na takiej durnej pisaninie!
Teodor wchodzi po schodach, korzysta z ustępu na pierwszym piętrze, po
czym rusza dalej na drugie piętro. Już na korytarzu słychać stękania
Luizy, cieszy się więc niezmiernie, że nie śpi już z nią w małżeńskiej
sypialni, lecz w pokoju na drugim końcu korytarza. Nie ma pojęcia, co ją
znowu ugryzło, i nie ma najmniejszej ochoty się dowiadywać. W końcu się
uspokoi.
Jest naprawdę zmęczony, pada więc na posłanie, ledwo się rozebrawszy, i natychmiast zasypia kamiennym snem. Nad ranem, gdy sen staje się
lżejszy, pełen dręczących koszmarów, Teodor słyszy jak zwykle krzyki
swojej córki Elżbiety. Siada więc na łóżku, trze policzki, by się
zbudzić, po czym wstaje, goli się i ubiera. Potrzebuje dobrej chwili na
poranną toaletę, ponieważ po oparzeniach, jakich doznał dwa lata temu,
zostały mu na skórze wrażliwe miejsca i musi je smarować maścią. Włosy
też wymagają starannego czesania i układania, żeby ukryć łyse placki,
ręce zaś często osłania rękawiczkami. To wszystko zawdzięcza temu
pozbawionemu skrupułów podpalaczowi, Oskarowi Possertowi, który podłożył
ogień w jego magazynie, a potem uciekł. Ale hala stanęła na nowo i dobrze dziś służy jako skład rozmaitych towarów, a tego nędznego
szubrawca znajdzie jeszcze pewnego dnia i pociągnie do
odpowiedzialności.
W jadalni zastaje ku swemu zaskoczeniu małżonkę, która siedzi przy stole
i siorbie herbatę. Nosi jeden z tych swoich paskudnych koronkowych
czepków, pod którymi skrywa nieuczesane włosy, a poza tym blada jest jak
śmierć -?faktycznie głowa musiała ją bardzo boleć.
-?Dzień dobry -?wita ją. -?Widzę, że lepiej się już czujesz. To mnie
cieszy.
-?Dziękuję... Wprawdzie jeszcze niedomagam, ale nie robię wokół siebie
wiele szumu. Spędziłeś spokojną noc?
-?Oczywiście, spałem mocno i głęboko...
-?Bardzo mnie to cieszy... Sen przed północą jest ponoć najlepszy...
Odpycha go jej fałszywy uśmiech. Z całą pewnością Luiza wie, gdzie mąż
spędził wczorajszy wieczór, i jest również zdecydowana znieść jego
wyskoki z chrześcijańską pokorą. Ale nie może się powstrzymać od
cierpkich uwag co pewien czas. Cóż, on nie ma bynajmniej wyrzutów
sumienia, dlatego przyjmuje to ze spokojem.
-?Nie miałabyś ochoty na plasterek wędzonej szynki? -?pyta ją i podsuwa
jej talerz.
-?Dziękuję, najdroższy. Jeszcze nie wrócił mi apetyt. Ale chciałabym z tobą porozmawiać o pewnej drobnej sprawie, która ciąży mi na duszy...
-?Teraz? -?odzywa się niechętnie Teodor. -?To bardzo niedogodna pora,
Luizo. Mam mało czasu... Traude! Przypomnij mojemu bratu, że jemy
śniadanie. Niech natychmiast zejdzie na dół!
-?Och, szybko powiem, o co chodzi, najdroższy. -?Luiza nie daje się tak
łatwo zbić z tropu. -?W zasadzie to oczywistość, ale jednak trzeba o tym
pomyśleć zawczasu, by również prawnie uregulować takie rzeczy...
Teodor patrzy nieufnie na żonę. Czyżby rozmawiała z tym filutem
Riechertem? Jak inaczej wpadłaby na pomysł, by chcieć coś "prawnie
uregulować"?
-?Wiadomo przecież, jak nieprzyjemne są kłótnie przy podziale spadku dla
wszystkich zainteresowanych -?ciągnie Luiza. -?Dlatego cię proszę, żebyś
już teraz wyznaczył w testamencie naszą córkę Elżbietę na jedyną
dziedziczkę firmy Berendów. Zrozum mnie dobrze, najdroższy, niedobrze by
się przecież stało, gdyby w razie czego doszło do jakichś niejasności
lub wręcz sporów. Pomyśl też o tym, że twój brat, a ewentualnie nawet i siostra, mogliby wnieść jakieś roszczenia, co ostatecznie wpędziłoby
firmę w ruinę.
A więc o to jej chodzi. Z trudem ukrywa wzbierającą w nim złość. Musiała
jakoś się dowiedzieć, że kazał szukać Danuty i Christiana. Czyni tak od
miesięcy -?jak dotąd posłał za nimi dziesięciu czy jedenastu szpiegów -
niestety bez namacalnych sukcesów. Za to Luiza wie już o tym i się boi,
że znowu ustanowi dziedzicem swojego nieślubnego syna, gdy tylko go
odnajdzie. Podejmuje zatem stosowne środki. Rzekomo dla dobra firmy
Berendów. Ależ jest szczwana! I żałosna zarazem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Mowa o postaci autentycznej -?Leopoldzie von Winterze (1823-1893), któremu miasto zawdzięcza przekształcenie w nowoczesną metropolię. Sprawował on funkcję najpierw pierwszego burmistrza (od grudnia 1862 r.), a potem nadburmistrza Gdańska (od stycznia 1863 r. do czerwca 1890 r.). Do jego zasług zalicza się przede wszystkim poprawę fatalnego stanu sanitarnego miasta, które zmagało się z wysoką śmiertelnością mieszkańców, trapionych m.in. przez epidemie cholery -?nadburmistrz doprowadził do założenia sieci wodociągowo-kanalizacyjnej z oczyszczalnią ścieków (był to pierwszy w Europie zintegrowany, całościowy system łączący wodociągi i kanalizację). Za jego rządów rozpoczęto też modernizację ulic, czyli ich masowe brukowanie, otwarto pierwszą linię konnych tramwajów czy nowe połączenia kolejowe, zwłaszcza z Nowym Portem. Zob. https://gdansk.gedanopedia.pl/gdansk/?title=WINTER_LEOPOLD_von,_nadburmistrz_Gda%C5%84ska, dostęp 5.02.2026 (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). [wróć]
Warto zauważyć, że w tym rejonie mieszka również Johanna (okna jej pokoju wychodzą wprost na wspomniany kościół). To Stare Miasto, które wówczas zamieszkiwali ubożsi mieszkańcy, drobni rzemieślnicy, robotnicy itp. Nie były to może slumsy, ale przed reformami nadburmistrza von Wintera panowały tam zdecydowanie złe warunki sanitarne, a zagęszczenie ludności było duże. Ponadto na początku lat 60. XIX w. niedaleko ul. Rajskiej, gdzie stoi dom Forsterów, zbudowano koszary piechoty, co też raczej nie podniosło prestiżu okolicy. [wróć]
To dawniejszy i obecny Królewiec. [wróć]
Mowa o wojnie duńskiej, do której ostatecznie doszło w 1864 r., czyli próbie zawłaszczenia przez Danię Holsztynu. Na mocy traktatów międzynarodowych księstwa Szlezwik i Holsztyn były związane unią personalną z królem Danii, ale Holsztyn należał również do Związku Niemieckiego i zamieszkiwali go głównie Niemcy. Bismarck skorzystał z pretekstu, wystąpił w roli obrońcy prawa międzynarodowego i z pomocą Austrii zmusił Danię do zrzeczenia się obu księstw (początkowo na rzecz obu koalicjantów, później Prusy przejęły i Szlezwik, i Holsztyn). Był to pierwszy krok Żelaznego Kanclerza ku zjednoczeniu Niemiec. Dla Gdańska pruskie zwycięstwo oznaczało jednak utratę znaczenia jako głównego portu wojennego -?na morską potęgę wyrosła Kilonia. [wróć]
W ówczesnym Gdańsku rolę dzielnicy czerwonych latarni odgrywał raczej znajdujący się dalej na północ Osiek, czyli zamieszkiwana przez ubogą ludność część Starego Miasta. Petersiliengasse, jedna z uliczek na obrzeżach Głównego Miasta, blisko Motławy i portowego nabrzeża, leżała jednak w strefie szeroko pojętego zagłębia rozrywkowego dla marynarzy, działały tam tanie tawerny, więc powieściowy adres nie jest nieprawdopodobny. [wróć]
To typ zegarka ze specjalnym mechanizmem (przyciskiem albo suwakiem z boku), który umożliwia wybijanie na żądanie aktualnej godziny, kwadransa lub w najbardziej precyzyjnych modelach minuty. Repetiery, zwykle w złotych kopertach, były oznaką luksusu, miały też praktyczne znaczenie jak tutaj -?w czasach sprzed oświetlenia elektrycznego pozwalały sprawdzić godzinę nawet w kompletnych ciemnościach, w słabo oświetlonych domach czy na ulicach. [wróć]
To nie jest fikcja literacka -?przecinkowiec cholery przenosi się przez zanieczyszczoną wodę, a do 1869 r., kiedy ruszyła ogólnomiejska sieć wodociągowo-kanalizacyjna, epidemie tej choroby cyklicznie trapiły Gdańszczan (co zresztą było bezpośrednim powodem do działania dla nadburmistrza von Wintera, zob. przypis 1). W latach 1848-1859 cholera pojawiła się w Gdańsku siedem razy, a najsilniejszy jej atak nastąpił cztery lata przed akcją powieści, w 1859 r. [wróć]