Gdańsk jako wspólnota - Paweł Adamowicz

Kup ebooka

28.00 zł
21.37 zł (20,97 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1.Miasto jako figura przyszłości

Trzymam w ręku opasły tom o intrygującym tytule Gdyby burmistrzowie rządzili światem. Dysfunkcyjne kraje, rozkwitające miasta. Na jednej z pierwszych stron odautorska dedykacja: "Naszym kosmopolitycznym burmistrzom, którzy biorąc na siebie odpowiedzialność za świat w sytuacji, gdy nie mają nad nim pełni władzy, i którzy cofnęli nas znad przepaści dzięki temu, że zamiast debatować nad problemami, upierają się, by je rozwiązywać. A zwłaszcza obecnym i byłym burmistrzom, których miałem szczęście poznać osobiście - tej reprezentatywnej garstce, której glokalne działania stały się dla mnie inspiracją". I tutaj autor wymienia nazwiska burmistrzów i nazwy miast (kolejność jak w książce): Gdańsk, Los Angeles, Nowy Jork, Wrocław, Denver, Moskwa, Bogota, Palermo, Seul, Hamburg, Stuttgart, Singapur, Rzym i Ateny.

"Glokalne" - to słowo ukute przez autora w jakimś sensie odwołuje się do stworzonego przez René Dubosa motta ekologów i alterglobalistów: myśl globalnie, działaj lokalnie... Pokazuje, jak różne są drogi, które prowadzą do tego samego celu. Zresztą autor ani na moment nie zapomina o miejskiej rzeczywistości, pisze o idei, ale też o nierównościach. Stawia jednak tezę, że miasta nie funkcjonują w kategorii racji stanu i dlatego powinny tworzyć sieci współpracy i nie czekając na decyzje państw, rozwiązywać globalne problemy.

Czytam dedykację z emocją, nie tylko ze względu na znakomite towarzystwo, w jakim pojawia się Gdańsk - niemal fizycznie bowiem czuję moc zadań, które wskazuje autor tej książki, Benjamin Barber. Niestety 24 kwietnia 2017 roku, po długiej chorobie, Barber odszedł. Zawsze będę miał w żywej pamięci przeprowadzone z nim rozmowy, inspirujące i pełne erudycyjnej pasji, dyskusje z jego udziałem w Gdańsku, Sopocie i Amsterdamie. Jakże często, uczestnicząc w różnych konferencjach - od Rzymu, Rotterdamu, Brukseli po Stambuł - spotykałem i spotykam burmistrzów, których podobnie jak mnie, głęboko porusza i inspiruje humanistyczna myśl Barbera.

Benjamin Barber był wielkim entuzjastą miast, życia miejskiego; z dumą podkreślał, że jest nowojorczykiem. W swojej książce i w licznych wystąpieniach przypominał, że ludzkość rozpoczęła swój marsz ku cywilizacji właśnie z miast, z polis. To polis była źródłem demokracji, dźwigała brzemię rozwoju. W przeszłości jednak miasto często było sytuowane - zdaniem Barbera niesłusznie - w cieniu monarchii, imperium czy państwa narodowego.

Dziś, w XXI wieku, gdy rządy narodowe często nie potrafią sprostać piętrzącym się problemom, miasto staje się ratunkiem dla ludzkości. Barber to dostrzegał i piętnował jałowość dyskusji i brak decyzji po stronie rządów. Przeciwieństwem owego stanu inercji były w jego przekonaniu liczne miasta, których burmistrzowie poszukują rozwiązań i wprowadzają zmiany na przekór bierności rządów.

Barber widział w miastach, w burmistrzach, w obywatelach i organizacjach społecznych nadzieję na ożywienie demokracji, na większe zaangażowanie obywateli w rozwiązywanie problemów społecznych i ekologicznych. Z entuzjazmem i zapałem krzewił ideę globalnych rządów miast. Pierwsze, anglojęzyczne wydanie książki Gdyby burmistrzowie rządzili światem ukazało się w roku 2013; od tej pory aż do śmierci Benjamin Barber nieustannie zabiegał o powołanie globalnego parlamentu burmistrzów. Jeździł po całym świecie, dyskutował i przekonywał do swojej idei. Kilkakrotnie odwiedził też Gdańsk, a wówczas mogliśmy bez przeszkód rozmawiać o wszystkim. Bardzo interesowała go historia Hanzy i rola Gdańska w tym związku w późnym średniowieczu.

W 2016 roku w Hadze zwołane zostało spotkanie inaugurujące powstanie Globalnego Parlamentu Burmistrzów (GPM)1. Z zapałem i zainteresowaniem włączyłem się w działalność tego forum, które daje rzadką okazję do skonfrontowania własnych doświadczeń z doświadczeniami i problemami innych miast - od Azji do Ameryki Północnej, od Afryki po Europę. Tym spotkaniom towarzyszy nieodparte wrażenie, że mieszkańcy miast stanowią jedność w całej swej niezwykłej różnorodności, a wielu spośród burmistrzów to ludzie przepełnieni pasją czynienia miast najlepszymi miejscami do życia. Tym bardziej rozumiem i podzielam entuzjazm Barbera.

Kiedy dwadzieścia osiem lat temu rozpocząłem swoją miejską przygodę, tuż po upadku komunizmu w Polsce, nie wyobrażałem sobie nawet przez chwilę tak ogromnego potencjału talentów i możliwości, tkwiących zarówno w samym Gdańsku, jak i w jego mieszkańcach. Moja ówczesna miejsko-samorządowa wyobraźnia, kształtowana w epoce peerelowskich ograniczeń, nie potrafiła wybiec dalej niż rok, dwa w przyszłość. A dziś, w 2018 roku, ta wyobraźnia sięga daleko poza miasto, widzi niezwykłe znaczenie jego rozwoju, kreowania jego pozycji w metropolii i stojące przed nim globalne wyzwania... Widzi, jak ogromne znaczenie może mieć wykorzystanie doświadczeń wspólnot samorządowych dla rozwoju kraju i wspólnot międzynarodowych. Nie ma tu ani krztyny separatyzmu, nie ma chęci izolowania się od wyzwań współczesnego świata. Jest pragnienie działania na rzecz dobra wspólnego, pragnienie dzielenia się i bycia obdarowywanym doświadczeniem zarówno sukcesów, jak i porażek. Nie wolno tylko stać w miejscu. Miasto jest podstawową strukturą terytorialną, może szybko dostrzegać problemy i rozwiązywać je z coraz bardziej różnorodnymi, a jednocześnie charakterystycznymi dla danego miejsca społecznościami. Może działać skuteczniej niż rząd.

*

Mam pięćdziesiąt trzy lata, z tego ponad dwadzieścia osiem, bez jakiejkolwiek przerwy, poświęciłem Gdańskowi. Miałem wyjątkowe szczęście - przez ponad połowę życia oddawałem się mojej pasji, mojemu miastu.

Każdego z nas kształtuje wykonywany zawód, często mówi się, że osobowość człowieka rzeźbiona jest realizowaną przezeń rolą zawodową. Dla zilustrowania tego zjawiska przywołuje się na przykład zawody nauczyciela, policjanta, lekarza czy prawnika. W wypadku "zawodu" - a raczej roli publicznej - prezydenta miasta presja zewnętrzności jest wyjątkowo silna, moc i ostrość rylca rzeźbiącego osobowość wyjątkowo głęboka. Wszak nie tylko zawód, lecz także samo miasto i mieszkańcy stają się współtwórcami osobowości swego prezydenta. Miasto, jego tożsamość i mieszkańcy oddziałują na osobowość prezydenta i ją przekształcają. Zachodzi przy tym sprzężenie zwrotne: osobowość lidera w jakimś stopniu wpływa na myślenie obywateli.

Czy pamiętamy Gdańsk roku 2008?

Jeszcze trwa budowa hali widowiskowo-sportowej na pograniczu gdańsko-sopockim, dziś zwanej Ergo Areną. Dopiero ruszy budowa stadionu piłkarskiego Baltic Arena w Letnicy, dziś zwanego Stadionem Energa Gdańsk, a Lechia Gdańsk po dwudziestu latach przerwy awansuje do piłkarskiej ekstraklasy. W 2008 roku jeszcze nie mogliśmy jeździć przebudowaną ulicą Słowackiego ani skrócić sobie drogi do Warszawy, mknąc aleją Macieja Płażyńskiego i dalej jadąc pod Wisłą tunelem Księdza Arcybiskupa Tadeusza Gocłowskiego. Jeszcze cztery lata dzielą nas od finału Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej w Polsce i na Ukrainie.

Rok 2008 przeszedł do historii świata jako rok początku wielkiego kryzysu finansowego w USA i w Europie. We wrześniu upadek banków Lehman Brothers, Fannie Mae i Freddie Mac w USA uruchomił proces innych spektakularnych bankructw, a wraz z nim załamanie bądź głęboki kryzys systemu finansowego większości państw członków Unii Europejskiej.

W Polsce rządziła koalicja PO-PSL, na czele rządu stał Donald Tusk, a prezydentem RP był Lech Kaczyński. W gdańskim Kościele na emeryturę przechodził ksiądz arcybiskup Tadeusz Gocłowski; rozpoczynał się czas księdza arcybiskupa Sławoja Leszka Głódzia.

Przypomnienie zaledwie kilku faktów z roku 2008 uświadamia nam skalę i rozmiar zmian, jakie nastąpiły w Gdańsku, w Polsce, na świecie w dekadzie 2008-2018. Już dziś gubią nam się daty, a w naszej indywidualnej pamięci wiele obrazów uległo zatarciu. Ten nieubłagany proces dotyczy również mojej pamięci. Często pytam sam siebie: kiedy to było? Posiłkuję się Encyklopedią Gdańska, Gedanopedią, Wikipedią... Zaglądam do terminarzy. Czas płynie!

Ta książka powstaje w bardzo konkretnej rzeczywistości politycznej. Być może, kiedy Państwo weźmiecie ją do ręki, ta rzeczywistość będzie jeszcze bardziej skomplikowana niż dzisiaj. W Polsce faktyczne rządy sprawuje Jarosław Kaczyński wraz z Prawem i Sprawiedliwością. Konstytucja Rzeczpospolitej Polskiej z 1997 roku została wielokrotnie naruszona. Trybunał Konstytucyjny sprowadzono do roli usłużnej agendy PiS. Media publiczne pod rządami tej partii przypominają aparat propagandy z najgorszych czasów PRL, ponad stu trzydziestu dziennikarzy zostało zwolnionych bądź zmuszonych do odejścia z publicznych rozgłośni radiowych i telewizji już w pierwszym roku rządów PiS2. Służba cywilna w administracji państwowej została zlikwidowana. Spółki Skarbu Państwa stały się łupem niekompetentnych osób powiązanych z PiS, których symbolicznym uosobieniem stał się swego czasu Bartłomiej Misiewicz. W zarządach spółek Skarbu Państwa trwa ciągła wymiana personelu, porównywana do karuzeli lub rodeo3. Na naszych oczach dokonał się rzeczywisty demontaż wymiaru sprawiedliwości, tym samym zniszczony został trójpodział władzy. PiS forsuje szkodliwe dla Polski i Polaków ustawy, jak na przykład nowelizacja ustawy o IPN, rujnujące nasz wizerunek w świecie. A to zapewne nie koniec.

Jarosław Kaczyński wraz z PiS, nie zmieniając Konstytucji RP, buduje państwo autorytarne, niszcząc podstawy działania demokratycznego państwa prawa. Wola prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego ma wyznaczać i legitymizować kierunki działania najwyższych władz państwa, od sejmu, senatu do rady ministrów i prezydenta. Wola prezesa Kaczyńskiego "najlepiej" wyraża wolę suwerena, czyli elektoratu PiS. Wola prezesa jest twórczo interpretowana, wdrażana i rozwijana przez posłusznych funkcjonariuszy państwa PiS. Te jednoosobowe rządy Kaczyńskiego nie są niestety niczym nowym w najnowszej historii Polski. Rozmiar i głębokość populistyczno-nacjonalistycznej rewolty PiS skłania do zastanowienia nad trwałością i siłą przywiązania do wartości demokratycznych w polskim społeczeństwie.

Należy postawić pytanie, w jakim stopniu samorząd terytorialny, burmistrzowie i prezydenci polskich miast sprzyjają zakorzenianiu się postaw otwartości, szacunku dla odmiennych poglądów i wartości demokratycznego państwa prawa w lokalnych społecznościach? Czy może jednak aktywność samorządowców skoncentrowana jest tylko na modernizacji i rozbudowie materialnej infrastruktury służącej mieszkańcom? A sfera kultury obywatelskiej, relacji wewnątrz społeczeństwa, relacji społeczeństwo obywatelskie - władza samorządowa jest nieistotną bądź drugorzędną sferą aktywności liderów?

Reakcja społeczna na wzrost fali populizmu i niechęci wobec uchodźców - i w ogóle "obcych" - słaby opór społeczny wobec zamiarów podporządkowania sobie niezależnego sądownictwa, rozbudzone demony antysemityzmu i ksenofobii, podporządkowanie życia publicznego woli jednej partii - oto mierniki głębokości zakorzenienia wartości porządku liberalno-demokratycznego w naszym społeczeństwie.

W dalszej części książki szerzej przedstawię swój pogląd na temat roli burmistrzów i prezydentów miast w sytuacji nieustannie zaostrzającego się konfliktu politycznego w Polsce. Nie tylko zapytam, lecz także postaram się odpowiedzieć, jakiego typu liderów samorządowych potrzebują lokalne wspólnoty i Polska samorządowa w trzeciej dekadzie XXI wieku.

Dziesięć lat temu, pisząc Gdańsk jako wyzwanie, stawiałem przed sobą i swoimi współpracownikami wiele zadań do realizacji. Opowiedzieliśmy się za rozwijaniem idei "Gdańska obywatelskiego", zarządzania miastem przy możliwie szerokim udziale mieszkańców. Wprost określiliśmy pożądany kierunek ewolucji gdańskiej demokracji w stronę demokracji współuczestniczącej. W 2008 roku pisałem, że "miasto to więcej niż jego zakłady pracy, parki, ulice i wieżowce [...] przede wszystkim to potencjał duchowy, zapisany w umysłach mieszkańców...", a rozwój kultury w dużej mierze decyduje o atrakcyjności miasta, o jego kreatywności i możliwościach dalszego rozwoju.

Kreśląc strategiczne cele rozwoju Gdańska, nie pomijałem znaczenia gospodarki, energii i przedsiębiorczości gdańszczan. W rozmaitych dyskusjach często powtarzam oczywistą regułę: żeby wydać, trzeba najpierw zarobić! Na cztery lata przed finałem Mistrzostw w Piłce Nożnej EURO 2012 przewidywałem ożywczy impuls tej wielkiej imprezy dla różnych dziedzin życia Gdańska: od rynku mieszkaniowego, biurowego, hotelarskiego po gastronomię.

W roku upadku Lehman Brothers i początku wielkiego kryzysu finansowego, niejako na przekór rozpowszechniającemu się pesymizmowi, wezwałem do budowy współpracy metropolitalnej miast - od Lęborka, poprzez Wejherowo, Rumię, Redę, Gdynię, Sopot, Pruszcz Gdański, aż po Tczew. Zarysowałem cele zorganizowania stowarzyszenia metropolitalnego, konieczność samoorganizacji.

Ile udało mi się zrealizować z tego, co opisałem w 2008 roku? Czy założone priorytety rozwoju Gdańska wytrzymały próbę czasu? Które myśli o mieście były dojrzałe, a które naiwne, może podyktowane pragnieniem osiągnięcia spektakularnych efektów? Jak się zmieniło moje postrzeganie roli prezydenta miasta? A w jakim stopniu ja sam się zmieniłem pod wpływem gdańszczan, lektur i przemyśleń, spotkań i podróży?

Wstęp

Dziesięć lat temu napisałem Gdańsk jako wyzwanie. Na ponad dwustu stronach opowiedziałem o mojej wizji Gdańska, o mojej pasji, jaką jest Gdańsk. Przedstawiłem swoją filozofię zarządzania miastem i nakreśliłem kierunki działania. Ta książka z 2008 roku była nie tylko podsumowaniem dziesięciu lat moich doświadczeń jako prezydenta Gdańska, lecz także opisem mojej drogi samorządowej od początku: jako radnego, poprzez obowiązki przewodniczącego rady miasta, aż do objęcia fotela prezydenckiego.

Tamten obraz, w sumie osiemnastu lat pracy, był opisem zmian, również osobistych, ale przede wszystkim zmian w moim rozumieniu świata i miasta. Złożyły się na to poszczególne fazy doświadczeń: intelektualnych, menedżerskich, społecznych, politycznych, samorządowych, wreszcie - osobistych. Z perspektywy upływającego czasu mój rozwój, podobnie jak niemal każdego z nas, nie był precyzyjnie zaplanowany czy przemyślany. Nowe obowiązki, pojawiające się każdego dnia nowe zadania wymuszały reakcje, uczenie się rzemiosła samorządowego. Uczenie się na błędach własnych i cudzych, uczenie się z lektur i konferencji, poznawanie nowych, intrygujących postaci zmieniało mnie intelektualnie i osobowościowo. Wszakże ani ja, ani moi poprzednicy nie ukończyliśmy "wyższej szkoły dla prezydentów". Dlatego też praktyka, codziennie podejmowane decyzje, krytyka życzliwa i bezwzględna, własne przemyślenia czy studia stanowiły "szkołę ustawicznego samorządowego kształcenia". Najwięcej jednak dali mi ludzie - ci, z którymi mogłem i mogę pracować na co dzień, i ci, których spotykam w swoich wędrówkach po mieście i świecie.

Po dziesięciu latach od napisania tamtej książki i dwadzieścia osiem lat od rozpoczęcia najpiękniejszej przygody życia - samorządowej pracy dla Gdańska - podejmuję ryzyko napisania drugiej książki. Czy moja wizja Gdańska Anno Domini 2008 się spełniła? Co udało mi się zrealizować, a co nie wytrzymało próby czasu, ograniczeń budżetowych czy też braku konsekwencji w działaniu? Co w moim myśleniu było dostatecznie dojrzałe, a co naiwne? Czy i jak zmieniłem się jako człowiek, obywatel, prezydent miasta? Jakimi doświadczeniami, przemyśleniami o naszym mieście mogę się podzielić z gdańszczankami i gdańszczanami?

Ta książka nie ma być prostym rozliczeniem ze zrealizowanych programów wyborczych, przypomnieniem, rejestrem zmian materialnych w przestrzeni miejskiej - te znają wszyscy, bez względu na stopień przychylności czy krytycyzmu dla mojej polityki czy decyzji, jakie podejmowałem. Powszechnie dostępne są coroczne sprawozdania z wykonania budżetu miasta, coroczne sprawozdania z realizacji programu, a przestrzeń miasta jest pełna "dowodów materialnych" działań moich i moich współpracowników. Ta książka jest raczej podziękowaniem dla mieszkańców Gdańska, którzy aż siedmiokrotnie mi zaufali, wybierając mnie na radnego miasta i prezydenta Gdańska.

Kiedy w styczniu 2013 roku Guy Sorman w ramach cyklu "Europa, na jaką czekamy" opublikował tekst A może Gdańsk stolicą Europy?1 i pisał: "Symbolem nowej Unii może być jej nowa europejska stolica. Proponuję Gdańsk, w pół drogi między Wschodem a Zachodem, miasto, którego historyczne koleje losu przypominać nam będą o tym, od czego chroni nas Europa. Dewiza dawnej gdańskiej "Solidarności" - odwaga i umiar - może się stać dewizą nowej, federalnej Europy", odczuwałem nie tylko dumę, lecz także siłę wyzwania, jakie niósł ze sobą ten przekaz. Nasze miasto, nasz kraj, Europa - to nasz zbiorowy obowiązek. Może właśnie szczególnie dzisiaj!

Czuję potrzebę opowieści. Czuję ogromną potrzebę podzielenia się z gdańszczankami i gdańszczanami swoimi przemyśleniami, intuicjami, wątpliwościami, swoimi dotychczasowymi doświadczeniami.

2.Gdańsk - miasto otwarte

Rankiem 9 grudnia 2016 roku razem z córką Antoniną, przez Bramę Świętej Anny przekroczyliśmy granicę włosko-watykańską. Po podwójnej kontroli dokumentów, lekko błądząc, dotarliśmy do położonej na niewielkim wzniesieniu pięknej szesnastowiecznej budowli - Casina Pio IV, siedziby Pontificia Academia Scientiarum (Papieskiej Akademii Nauk). Tę willę w stylu manierystycznym zbudował Pirro Ligorio jako letnią rezydencję papieża Piusa IV. Pełna zdobień, antycznych posągów, fontann, fresków i obrazów, stoi pośród Ogrodów Watykańskich. Niestety jest niedostępna dla turystów.

Przyjechałem, podobnie jak siedemdziesięciu trzech innych europejskich burmistrzów, na zaproszenie papieża Franciszka, wystosowane przez kanclerza Akademii, Marcela Sánchez Sorondo1. Temat dwudniowej konferencji był prosty i jasny: "Uchodźcy - nasi bracia i siostry".

Papież Franciszek od początku największego od drugiej wojny światowej kryzysu humanitarnego w Europie często wyrażał dobitnie i bezpośrednio swoją solidarność z uciekinierami z Syrii i z innych dotkniętych wojnami krajów. Prosił i apelował do europejskiej opinii publicznej, rządów, biskupów i parafii o udzielenie schronienia i pomocy uchodźcom.

Teraz zaprosił przede wszystkim przedstawicieli miast już goszczących uchodźców. Zjechali się burmistrzowie miast od Lizbony, Madrytu, Barcelony, poprzez Rzym, Palermo, Parmę, Zurych i Genewę, Drezno, Kolonię, Berlin, Brukselę, Manchester, Glasgow, po Kopenhagę, Rygę, Warszawę i Gdańsk. Przez dwa dni każdy z nich opowiadał o swoich doświadczeniach z przyjęciem uchodźców. Padały liczby, statystyki pokazujące ogrom wykonanej pracy. Jak przystało na doświadczonych gospodarzy, prezydenci miast precyzyjnie podawali informacje o poniesionych kosztach gościny uchodźców i wydatkach planowanych na następny rok.

W ich opowieściach jednak dominowały emocje. Ludzie opowiadali o ludziach, o ich losie i cierpieniu. Burmistrzowie byli dumni z ofiarności i zaangażowania swoich miast, opowiadali o inicjatywach wolontariackich w dzielnicach, parafiach i szkołach. Nie pomijali też bardziej gorzkich doświadczeń - mówili o lękach części swoich obywateli, o pojawiającym się zmęczeniu.

Żaden ze zgromadzonych na konferencji mówców nie ukrywał problemów i trosk związanych z niesieniem pomocy uchodźcom. Wszyscy zwracali uwagę na konieczność ciągłego kontaktu z mieszkańcami, informowania o działaniach, o potrzebie budowania społecznego zrozumienia i empatii wobec przybyszów. Dzielili się swoim doświadczeniem, przytaczali przykłady dobrych praktyk w integrowaniu nowych mieszkańców ze wspólnotą miejską. Opowiadali, że to głównie sport stał się naturalnym sposobem spotkania młodych uchodźców z miejscową młodzieżą. Wspólna zabawa, gra w piłkę, zawody pływackie zbliżają i przełamują stereotypy.

Szczególnie mocno utkwiła mi w pamięci przejmująca opowieść odważnej pani burmistrz sześciotysięcznego miasteczka, słynnej już wtedy Lampedusy. Pani Giusiu Nicolini (później wyróżniona przez "Tygodnik Powszechny" Medalem Świętego Jerzego2) w prosty, emocjonalny sposób opowiadała o ludzkich tragediach wydarzających się na Morzu Śródziemnym. Wszystkimi wstrząsnęło wspomnienie o przyjęciu w Lampedusie trzystu sześćdziesięciu sześciu trumien z ciałami uchodźców, którzy zginęli u wybrzeży wyspy. W tych trumnach były też ciała dzieci. Ciała matki i dziecka, które dopiero się urodziło, związane nieodciętą jeszcze pępowiną. Większość ofiar trzymała w dłoni krzyżyk albo medalik... Jak w swojej znakomitej książce Wielki przypływ3 pisał Jarosław Mikołajewski: "Lampedusa nie jest podobna do innych śródziemnomorskich wysepek - jej centrum przypomina bardziej zaniedbane przedmieście Bejrutu i próżno szukać w nim uroczych zakątków. Bogactwem Lampedusy jest człowieczeństwo jej mieszkańców".

Burmistrz Nicolini mężnie stanęła wobec kryzysu humanitarnego, nie schowała się za specami PR, nie ograniczyła się do pustych, gładkich telewizyjnych orędzi. Wyszła do mieszkańców, cierpliwie tłumaczyła, że wszyscy lampedusjanie i wszyscy uchodźcy trafiający na wyspę dzielą się przez chwilę tą samą ziemią, a rolą burmistrza jest reprezentowanie i ochrona zarówno jednych, jak i drugich. Apelowała o europejską solidarność w kwestii uchodźców: "Nikt z nas nie powinien bezczynnie czekać, aż rządy europejskie przekonają się w końcu, że prowadzona przez nie polityka zamkniętych granic prowadzi do śmierci, bólu i desperacji. Nie możemy czekać, aż rządzący zrozumieją, że podsycanie strachu - tylko po to, aby wyglądać na silnych w oczach swych współobywateli - nie rozwiązuje problemu bezpieczeństwa"4.

Słuchając tych opowieści, popadałem w coraz głębszy smutek. Zadawałem sobie pytanie: co ja tu robię? Co ja, przybysz znad Morza Bałtyckiego, z Gdańska, co mogę, co powinienem powiedzieć? Ze ścian auli, w której trwała konferencja, patrzyły na nas rzeźbione twarze papieży, w tym "papieża z dalekiego kraju", Jana Pawła II. Mój wstyd rósł z każdą mijającą godziną. Tym bardziej, że moje wystąpienie zaplanowane zostało pod koniec konferencji, drugiego dnia.

Przyjechałem z kraju świętego Jana Pawła II, jestem przedstawicielem "narodu pielgrzymów", emigrantów. Z Polski, w której 87% populacji identyfikuje się z katolicyzmem, a 45% deklaruje, że co tydzień chodzi do kościoła5. I to właśnie rząd tego ponadtrzydziestosiedmiomilionowego, katolickiego kraju odmówił wywiązania się ze zobowiązań wobec wspólnoty europejskiej i przyjęcia 6182 (!) uchodźców (sześć tysięcy sto osiemdziesiąt dwie osoby to dokładnie 0,0176% populacji naszego kraju) w ramach programu relokacji z obozów w Grecji i we Włoszech, podczas gdy same Niemcy w latach 2015-2016 przygarnęły z marszu osiemset tysięcy, a potem jeszcze prawie trzydzieści tysięcy w ramach relokacji. Swoje zobowiązania wypełnili też nasi sąsiedzi, Litwa i Estonia (co prawda tylko częściowo - w 40%).

Rząd PiS w ramach mechanizmu relokacji nie przyjął ani jednego uchodźcy. A już wyjątkowo oburzające jest to, że nie przyjął ani jednego syryjskiego dziecka. Po sześciu latach wojny ponad dwa miliony syryjskich dzieci stało się uchodźcami. Przypomnę, że zgodnie z unijnym prawem Polska mogła co trzy miesiące dokładnie określić preferowane cechy uchodźców, którymi zechce się zaopiekować. Poszczególne państwa UE różnie definiowały przyjmowane grupy. Bułgaria na przykład odmówiła przyjęcia obywateli Erytrei. Swoje oczekiwania przedstawiły też Słowacja (wyłącznie kobiety i dzieci), Litwa, Francja i Niemcy. Polska nie skorzystała z tego prawa i w ciągu trzech lat nie przyjęła nikogo6.

Poruszony do głębi opisem zaangażowania mieszkańców miast Europy Zachodniej i osobistym świadectwem koleżanek i kolegów burmistrzów, złamałem ustaloną konwencję i wstałem, by do nich mówić (wystąpienia były wygłaszane na siedząco).

Powiedziałem, że wstyd mi za rząd mojego kraju, który uporczywie odmawia przyjęcia uchodźców. Opowiedziałem o przygotowanym w Gdańsku programie integracji imigrantów. Wyraziłem nadzieję, że w czasie zbliżających się świąt Bożego Narodzenia Polki i Polacy dostrzegą w nowo narodzonym Człowieku-Bogu uchodźcę, a w Świętej Rodzinie - rodzinę uchodźców.

Nasze doświadczenia

Już w kwietniu 2015 roku w szkole podstawowej na Oruni zainaugurowane zostały prace interdyscyplinarnego zespołu ekspertów i społeczników. Kluczową rolę - od początku prac zespołu - odgrywał Piotr Olech, pozyskany z sektora pozarządowego pracownik Urzędu Miasta. Ogromny wkład w przygotowanie gdańskiego modelu integracji imigrantów wniosła Marta Siciarek, prezeska Centrum Wsparcia Imigrantów i Imigrantek, oraz grupa nauczycieli na czele z Niną Markiewicz-Sobieraj, dyrektorką Szkoły Podstawowej nr 16. W pracach wzięły udział doktor Katarzyna Stankiewicz, Jolanta Andrysiak-Olszewska, Bogumiła Bieniasz, Jolanta Bocian, Beata Bukowska, Anna Dąbrowska, Lilya Dulinowa jako reprezentantka imigrantów, Danuta Galant, Liliana Gdowska, Aleksandra Goryszewska, doktor Dorota Jaworska-Matys, doktor Natasza Kosakowska, Iwona Kuźmińska, Lucyna Maculewicz, doktor Magdalena Żadkowska, doktor Małgorzata Zielińska, Renata Świrko, Katarzyna Szczepańska, doktor Anna Strzałkowska, Joanna Pietrzak, profesorowie Aneta Lewińska i Cezary Obracht-Prondzyński oraz przedstawiciele Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie z ówczesną dyrektor Janiną Liedtke-Jaremą i przedstawiciele instytucji kultury, a wśród nich szczególnie aktywnie wicedyrektor Patrycja Medowska i Anna Fedas z Europejskiego Centrum Solidarności.

Przygotowywany model integracji objął osiem obszarów tematycznych: edukacja, społeczność lokalna, kultura, przemoc i dyskryminacja, zdrowie, praca, pomoc społeczna i mieszkalnictwo. Wypracowany w zespołach roboczych materiał poddany został konsultacjom społecznym. Odbyły się liczne spotkania, także z uczniami w szkołach, wideoczaty, konferencje. Prace nad modelem zbiegły się z zaostrzającym się tonem debaty publicznej na temat uchodźców, który towarzyszył pierwszym miesiącom rządów PiS. Na ulicach Gdańska niestety odbyło się kilka antyuchodźczych pikiet i manifestacji organizowanych przez Młodzież Wszechpolską.

W takiej atmosferze 30 czerwca 2016 roku w Radzie Miasta Gdańska odbyło się głosowanie nad przyjęciem Gdańskiego Modelu Integracji. Mimo pisemnego wsparcia, jakiego udzielił inicjatywie arcybiskup gdański Sławoj Leszek Głódź, klub radnych Prawa i Sprawiedliwości zagłosował przeciw, poparcia udzielili radni Platformy Obywatelskiej, choć i oni niejednogłośnie. Głosowanie poprzedziła burzliwa dyskusja. Reprezentatywna dla związanego z PiS głosu opinii publicznej może być wypowiedź radnej Anny Kołakowskiej: "...śmieszą mnie takie wypowiedzi, że nas ubogaci kultura przybyszów z Afryki czy gdzieś tam z krajów islamskich, nie żartujmy sobie i traktujmy poważnie całe dziedzictwo kulturowe Polski i cywilizacji europejskiej"7.

Przyjęcie przez Radę Miasta Gdańska modelu integracji otworzyło nowy etap w budowie klimatu otwartości i przyjazności wobec imigrantów wśród gdańszczan. 19 września 2016 roku w symbolicznym miejscu - Europejskim Centrum Solidarności - zainaugurowała swoją działalność pierwsza w Polsce Rada Imigrantów i Imigrantek. W Gdańskim Urzędzie Pracy powstał referat ds. zatrudniania cudzoziemców. Podjęliśmy krajową i międzynarodową współpracę z organizacjami zajmującymi się prawami człowieka, imigrantów i uchodźców.

Jednym z przykładów tej współpracy może być włączenie się Gdańska w sieć miast ICORN (International Cities of Refuge Network). Celem tej niezależnej organizacji miast i regionów jest udzielanie pomocy i schronienia prześladowanym za przekonania pisarzom i artystom, promowanie prawa do wolności wypowiedzi, obrona wartości demokratycznych i międzynarodowej solidarności. Do sieci przystąpiło ponad sześćdziesiąt miast z Europy i USA. Z Polski - oprócz Gdańska - w ICORN uczestniczą także Kraków i Wrocław. 3 maja 2018 roku, po pokonaniu ogromnych problemów, przybył do Gdańska pierwszy rezydent ICORN w naszym mieście - dwudziestoośmioletni Palestyńczyk z Gazy, poeta Sari Alhassanat. Od 2008 roku jest za swoje poglądy prześladowany przez rządzący w Gazie Hamas. Przez rok będzie mógł, mam nadzieję, w spokoju pisać, uczyć się języka polskiego, poznawać naszą kulturę...

Nasz gdański model integracji imigrantów zyskał uznanie - Gdańsk został uhonorowany między innymi Nagrodą Złotych Wachlarzy 2016 przez Międzynarodową Organizację ds. Migracji (IOM). Przygotowanie modelu zaowocowało też nieoczekiwanie innymi, nieplanowanymi pozytywnymi efektami na arenie międzynarodowej. Jako prezydent Gdańska, a jednocześnie członek Europejskiego Komitetu Regionów w Brukseli, miałem sposobność promocji skromnego, ale ważnego gdańskiego dorobku na licznych konferencjach. Dzięki temu Gdańsk zyskał - albo potwierdził - swą polityczną twarz: liberalnego, otwartego miasta, kontrastującą z populistyczno-ksenofobicznym obrazem rządu. Moje wywiady i wypowiedzi publiczne wskazywały części zachodniej opinii publicznej, że nie cała Polska zamknęła się na obcych, że Gdańsk to nie tylko z nazwy miasto wolności i solidarności, które w okresie autorytarnej władzy daje świadectwo zgodne z wartościami i "historycznym DNA".

Nasza aktywność została dostrzeżona przez niezależny międzynarodowy think tank City Mayors Foundation. W 2016 roku znalazłem się na tak zwanej krótkiej liście nominowanych do World Mayor Award, nagrody przyznawanej co dwa lata najbardziej aktywnym wobec wyzwań współczesności prezydentom miast. W roku 2016 nagroda przeznaczona została dla prezydenta miasta najbardziej zaangażowanego w pomoc uchodźcom. Znalazłem się tam, mimo że w przeciwieństwie do Lampedusy, Barcelony czy Aten, Gdańsk nie pomaga uchodźcom z Syrii, Iraku czy Libii. Nie pomaga, bo rząd PiS zdecydował, że Polska nie przyjmie ani jednego człowieka szukającego schronienia przed wojną. Zauważono jednak, że Gdańsk, wbrew rządowi, prowadzi politykę miasta otwartego, solidarnego, które daje sygnał, że migranci ekonomiczni, choćby z Ukrainy, Mołdawii, Białorusi, są mile widziani. Stąd moja obecność na tej prestiżowej liście.

Dziś w Gdańsku przebywa od dwudziestu do trzydziestu tysięcy cudzoziemców (w większości Ukraińców), tylko trzy tysiące trzystu spośród nich ma zameldowanie stałe lub czasowe. W gdańskich szkołach uczy się blisko pięćset cudzoziemskich dzieci.

W Gdańsku i licznych pomorskich miastach masowa obecność migrantów ekonomicznych staje się częścią lokalnego krajobrazu społecznego. Wielu przedsiębiorców może rozwijać swój biznes dzięki napływowi nowych pracowników ze Wschodu. Język rosyjski i ukraiński są stale słyszane w sklepie, w restauracji, w komunikacji publicznej, wszędzie tam, gdzie gromadzą się ludzie.

Migracje zarobkowe to nowe zjawisko w naszych miastach. Zbiegło się ono z trwającą w Polsce od kilku lat koniunkturą gospodarczą, spadkiem bezrobocia (w Gdańsku stopa bezrobocia wynosi niecałe 3%, w województwie pomorskim - 6%) oraz trwającą nadal emigracją zarobkową Polaków. Według danych GUS liczba Polaków przebywających za granicą wciąż rośnie. W 2016 roku sięgnęła 2 520 000 (118 000 więcej niż w 2015), a w Wielkiej Brytanii przybyło kolejne 68 000 Polaków (a było już ich tam 778 000). W niedawnym badaniu 56,6% Polaków wyraziło wątpliwość, by dobra sytuacja na krajowym rynku pracy skłoniła emigrantów zarobkowych do powrotu8.

Gdański Urząd Pracy w 2017 roku odnotował deficyt rąk do pracy aż w pięćdziesięciu dwóch branżach. Brakuje między innymi spawaczy, pielęgniarek i położnych, fryzjerów, kierowców autobusów i samochodów ciężarowych, kucharzy i cukierników, murarzy i tynkarzy, brukarzy, ale także specjalistów IT. Natomiast na liście zawodów "nadwyżkowych" jest tylko sześć profesji: historycy, filozofowie, politolodzy, kulturoznawcy i pedagodzy. Polski rynek pracy dziś i w przyszłości będzie potrzebował migrantów, polskie miasta potrzebują nowych mieszkańców, potrzebują nowych talentów, nowych podatników. Jakkolwiek obecny obóz rządzący w Polsce doszedł do władzy i wciąż utrzymuje duże poparcie między innymi dzięki pobudzaniu wśród Polaków lęku wobec uchodźców, to nasz kraj potrzebuje przemyślanej polityki osiedleńczej i migracyjnej. Już w 2007 roku, za rządów PO-PSL, powołano Zespół ds. Migracji przy Prezesie Rady Ministrów. Zespół ten przygotował w 2012 roku dokument strategiczny: "Polityka migracyjna Polski - stan obecny i postulowane działania", który został przyjęty przez Radę Ministrów.

W obecnej sytuacji politycznej obowiązek wypracowania lokalnych i regionalnych polityk integracji imigrantów spoczywa na barkach liderów samorządowych. Reżim PiS nie będzie trwać wiecznie, a racją stanu jest stworzenie przez nasz kraj spójnej, racjonalnej i opartej na najlepszych praktykach polityki migracyjnej. Samorządy dużych polskich miast oraz innowacyjne samorządy wojewódzkie, opierając się na sieci współpracy w ramach EUROCITIES9, Europejskiego Komitetu Regionów i na wielu innych partnerstwach, powinny odważnie i roztropnie opracować własne polityki integracji imigrantów. Samorządy terytorialne powinny w tym zakresie zastąpić bezwładne, niezdolne do państwowego myślenia struktury rządu PiS. Trzeba stworzyć warunki do integracji, tak aby Polska nie była traktowana jako kraj tranzytowy i pomost do bogatszych krajów Unii Europejskiej. Polskie miasta powinny też szerzej włączyć się w międzynarodową pomoc humanitarną realizowaną w Syrii i w Libanie; mocniej wesprzeć miasta w Grecji i we Włoszech. Nie może zabraknąć głosu polskich samorządowców, prezydentów miast i marszałków województw, upominających się o potrzebę solidarności i przyjęcia uchodźców. To kwestia wartości - w tej sprawie nie można kalkulować zysków i strat w oczach opinii publicznej.

Dynamiczna rzeczywistość społeczna wymusza na nas nie tylko kopiowanie dotąd wypracowanych dobrych praktyk. Powinniśmy szukać nowych, innowacyjnych sposobów integracji i reagować elastycznie. Nasze miasta powinny zabiegać o bezpośredni dostęp do środków Unii Europejskiej. Trzeba promować partnerstwo miast z organizacjami pozarządowymi w realizacji projektów finansowanych z funduszy UE, w tym Funduszu Azylu, Migracji i Integracji (FAMI, w języku angielskim AMIF). W chwili obecnej środkami Funduszu dysponują władze centralne. Od czasu przejęcia rządów przez PiS żaden z konkursów na dofinansowanie ze środków europejskich nie został rozstrzygnięty, co paraliżuje działalność organizacji społecznych i utrudnia imigrantom dostęp do usług finansowanych z FAMI. Świadczy to o polityczno-ideologicznej blokadzie ze strony ministra spraw wewnętrznych. "Mechanizm relokacji uchodźców to próba zdestabilizowania europejskiego systemu wartości, wykreowania nowego społeczeństwa, zburzenia dotychczasowych więzi społecznych"10 - mówił minister Błaszczak, do niedawna szef wspomnianego resortu. W swoich opiniach o tytuł "handlarza strachu"11 rywalizował z Jarosławem Kaczyńskim i Beatą Szydło12.

Pracując nad gdańskim modelem integracji imigrantów chcieliśmy też poznać bliżej opinie samych gdańszczan na temat ich stosunku do cudzoziemców w ogóle i różnych aspektów problemu uchodźców. Badania prowadziliśmy w 2015 i 2016 roku. W listopadzie 2015 na pytanie: "Czy władze miasta powinny zgodzić się na przyjęcie przez Gdańsk około 150-300 uchodźców z Bliskiego Wschodu?", nieco mniej niż 1/3 badanych (29,6%) odpowiedziała pozytywnie, 17% nie miało zdania na ten temat, natomiast ponad połowa (53,4%) wyraziła sprzeciw13. U podstaw negatywnych opinii i niechęci do uchodźców z Bliskiego Wschodu leżą obawy gdańszczan związane z zagrożeniem terroryzmem (49,5%). Źródłem niechęci jest także lęk przed obcą, nieznaną kulturą (20%). Przeciwnicy przyjęcia uchodźców wyrażali również obawę, iż w mieście - wzorem niektórych państw zachodnich - zaczną powstawać getta etniczno-religijne (13,3%). Inni łączyli przyjęcie uchodźców z możliwym wzrostem przestępczości pospolitej w mieście (9,7%) oraz wzrostem wydatków miasta na lokale mieszkalne oraz utrzymanie (7,5%)14.

W badaniu przeprowadzonym w grudniu 2016 roku zapytano gdańszczan: "Czy Polska powinna przyjmować uchodźców z krajów objętych konfliktami zbrojnymi?" Zaledwie 8,3% uważało, że Polska powinna przyjmować uchodźców i pozwalać im się osiedlać w naszym kraju, 37,4% zaś wyrażało pogląd, że Polska powinna przyjmować uchodźców czasowo, do momentu, gdy będą mogli wrócić do swego kraju. 38,3% badanych wypowiedziało się przeciw przyjmowaniu jakichkolwiek uchodźców; 16% nie miało zdania na ten temat. Największe otwarcie na uchodźców deklarowały osoby z wykształceniem wyższym. Przyjęciu uchodźców, podobnie jak w badaniu ogólnopolskim, najczęściej sprzeciwiali się najmłodsi gdańszczanie (53,1%)15. W kontekście deklarowanej przez wielu gdańszczan niechęci do przyjęcia nawet niewielkiej grupy uchodźców należało zadać pytanie o stosunek do cudzoziemców już mieszkających w naszym mieście. Z przeprowadzonych badań wynika, że nieco ponad połowa mieszkańców (51,8%) miała w ciągu mijającego roku jakiś kontakt z cudzoziemcami. Najczęściej deklarowali go najmłodsi, do 29. roku życia (69,5%), oraz osoby z wyższym wykształceniem (67,9%). Wśród nich aż 73% oceniło te kontakty jako "bardzo dobre" i "raczej dobre". To dowód, jak bezpośredni kontakt przełamuje potencjalne negatywne nastawienie. Tylko 4,9% badanych oceniło kontakty "raczej źle" i "bardzo źle", a 23,2% - "czasem dobrze, czasem źle". Większość gdańszczan (62,9%) zauważyła pozytywny wpływ cudzoziemców na rozwój Gdańska, co czwarty badany (24,9%) wyrażał opinię ambiwalentną: "trudno powiedzieć", co dwunasty (12,2%) ocenił wpływ cudzoziemców negatywnie16.

Przyglądając się wynikom tych badań, widzimy, że stosunek do uchodźców i możliwości ich przyjmowania przez Polskę w dużej mierze zależy od wykształcenia i od uprzedniego pozytywnie ocenianego osobistego kontaktu z cudzoziemcami. Mimo to, nawet wśród przedstawicieli kategorii najbardziej otwartych na obcokrajowców aż 30,3% sprzeciwia się możliwości przyjęcia uchodźców. U źródeł tej niechęci leży zapewne silny negatywny stereotyp uchodźcy, ukształtowany w latach 2015-2016 przez propagandowe media rządzącego krajem PiS.

Ta diagnoza percepcji problemu uchodźców wśród gdańszczan stawia poważne wyzwanie przed demokratycznymi i otwartymi liderami samorządowymi i środowiskami działaczy społecznych, związane z opracowaniem i konsekwentnym wdrażaniem programów edukacyjnych i informacyjnych, budujących wrażliwość i empatię wobec migrantów wśród lokalnych społeczności. Jest to tym bardziej istotne, że od połowy roku 2015 obserwujemy wzrost liczby przestępstw wynikających z nienawiści do cudzoziemców. Jedynie systemowa współpraca samorządów, organizacji społecznych, szkół, kościołów, rządu i mediów może przeciwdziałać narastającej fali nienawiści na tle rasowym, religijnym i narodowościowym.

Przygotowując i wdrażając gdański model integracji imigrantów zwracamy dużą uwagę na poczucie sprawiedliwości społecznej. Gdańszczanie nie mogą odnieść wrażenia, że działania integracyjne, skierowane do imigrantów, odbywają się ich kosztem. Nie możemy stygmatyzować imigrantów i uchodźców, także pozytywnie; oferta usług zawsze powinna wyrównywać ich szanse do poziomu dostępnego mieszkańcom. Innymi słowy, usługi dla imigrantów powinny być zintegrowane z usługami dostępnymi dla wszystkich mieszkańców, tak by tej grupy nie wyróżniać. Równocześnie należy indywidualizować podejście. Polityka integracyjna musi brać pod uwagę zróżnicowanie w obrębie grupy przybyszów, ich różne potrzeby. Należy uwzględnić między innymi umiejętności językowe, kontekst kulturowy, poziom wykształcenia, kompetencje, doświadczenie zawodowe, oczekiwaną długość pobytu, powody migracji, traumatyczne przeżycia.

Władze lokalne i regionalne, będąc najbliżej obywateli, są naturalnie predysponowane do tego, by tworzyć forum wymiany wiedzy i doświadczeń w tej dziedzinie. Obecnie w naszym kraju, gdy rzeczywisty rządca państwa Jarosław Kaczyński gra na populistyczno-ksenofobicznej strunie, a jego minister straszy egzotycznymi "strefami szariatu" nad Wisłą, nastał czas wzięcia przez "rzeczpospolitą samorządną" i jej liderów odpowiedzialności za budowę otwartego i gotowego do integracji nowych mieszkańców społeczeństwa. Ukraińcy, Białorusini, Czeczeńcy, Syryjczycy i inni nowi mieszkańcy Polski to wielka szansa dla naszego kraju. Nowe talenty, nowe spojrzenia, nowe kultury wzbogacą nas samych. Powinniśmy nie tylko odwoływać się do argumentów moralnych, lecz także mówić językiem korzyści i szans, jakie stwarzają migracje. W Gdańsku policzyliśmy, że dwadzieścia tysięcy imigrantów wnosi w gospodarkę miasta pół miliarda złotych rocznie. Dzięki naszej otwartości Gdańsk zyskuje nowe miejsca pracy, następuje wzrost ruchu turystycznego, a co za tym idzie - rośnie bogactwo mieszkańców i podnosi się jakość życia. Miasta, o czym wiemy z historii Europy, rozwijają się wtedy, gdy są otwarte i przyciągają nowych mieszkańców. Historia ponadtysiącletniego Gdańska jest tego dowodem.

Ale też z cierpliwością i empatią musimy odnosić się do tych mieszkańców, którzy w sposób naturalny boją się nowej sytuacji w Europie i w Polsce, boją się nieznanego i obcego. Zbyt często ten lęk, wynikający z braku wiedzy, doświadczenia i kompetencji międzykulturowych, utożsamiany jest czy to z rasizmem, czy z ksenofobią i nacjonalizmem. Zbyt mocnymi określeniami możemy utrudnić, a nawet uniemożliwić dialog z tymi mieszkańcami, których później trudno będzie nam pozyskać. Samorządowi liderzy powinni być aktywni w dialogu z obywatelami. Spotkanie, rozmowa, dostarczanie podstawowych informacji w powiązaniu z cierpliwością, systematycznością i uporem jest jedynym efektywnym środkiem. Potrzebujemy edukacji i komunikacji społecznej realizowanej we wspólnotach lokalnych i regionalnych. Jednocześnie ważne jest nagradzanie pozytywnych przykładów wsparcia i zaangażowania mieszkańców w pomoc migrantom i uchodźcom. Dialog z obywatelami musi być szczery i otwarty.

Migracje to stan naturalny, odkąd istnieje osadnictwo. Dają one szansę rozwoju miastom i regionom przyjmującym przybyszów, ale także stawiają wyzwania, a nierzadko przynoszą porażki w procesach integracyjnych. Ważne, by mówić o tym szczerze, aby dopuścić prawo do błędu i się do niego przyznawać.

Papież Franciszek, odwołując się do Ewangelii Mateusza, przypomina nam: "Każdy cudzoziemiec, który puka do naszych drzwi, jest okazją do spotkania z Jezusem Chrystusem, utożsamiającym się z cudzoziemcem przyjętym lub odrzuconym każdej epoki"17. Dalej ten syn włoskich emigrantów apeluje do wierzących i do ludzi dobrej woli o wzięcie odpowiedzialności z wielkodusznością, skwapliwie, mądrze i dalekowzrocznie. Papież lapidarnie opiera swoją prośbę na czterech czasownikach: przyjmować, chronić, promować i integrować imigrantów i uchodźców.

Współczesne polskie społeczeństwo jest głęboko nieinkluzywne. Nie jesteśmy otwarci na różne przejawy odmienności. Często wykluczamy osoby z zaburzeniami psychicznymi, osoby bezdomne, przedstawicieli mniejszości religijnych, osoby homoseksualne, osoby innego koloru skóry. Jesteśmy społeczeństwem o niskim poziomie zaufania do siebie samych. Trzeba przyznać, że nie bez powodu Polska nie przyjmuje symbolicznej grupy siedmiu tysięcy uchodźców - brakuje społecznego poparcia dla tego humanitarnego aktu. Reżim Kaczyńskiego nie tylko prowokuje wśród Polaków strach poprzez totalną propagandę antyuchodźczą, lecz także odwołuje się do mentalności przeważającej części naszego społeczeństwa. W jakimś sensie to nasza homogeniczność etniczna pozwala tak łatwo rozniecić w nas lęk. Sprawa uchodźców jest niechcianym lustrem, w którym my, Polacy, możemy się przejrzeć...

W tym kryzysowym momencie współczesności kluczowa jest odpowiedzialność lokalnych liderów: miejskich, powiatowych, wojewódzkich. Liderów politycznych i społecznych, ale także religijnych, którzy odpowiedzialni są za wzmacnianie w ludziach tego, co dobre, wzmacnianie tego, co łączy nas z innymi, a nie rozbudzanie lęków i fobii. Pamiętajmy, strach sączony przez polityków i część mediów zatruwa dusze Polaków. Strach wypiera nadzieję i działa błyskawicznie, blokując inne emocje. Trzeba obnażać kłamstwa i manipulacje demagogicznych polityków, którzy karmią się ludzkimi lękami wypływającymi z różnych źródeł. Ci "handlarze strachu" potrafią nawet wzbudzić lęk irracjonalny, jakim jest obawa przed muzułmanami, którzy w ogóle do Polski nie trafili. Pamiętamy zawstydzającą wypowiedź szefa PiS, Jarosława Kaczyńskiego, o "pierwotniakach i zarazkach", jakie zostaną do nas przywleczone przez uchodźców, jeśli nie postawimy im tamy.

Trzeba przeciwstawić się mowie nienawiści. Nie można obojętnie przyglądać się wzbierającej fali islamofobii. Doświadczyłem wielokrotnych ataków ze strony kontrolowanej przez PiS telewizji. Złożyłem - jako prezydent Gdańska - pozew o naruszenie dóbr osobistych przeciw zarządowi TVP. Podobny pozew złożyłem, gdy Młodzież Wszechpolska wystawiła mi "akt zgonu", kiedy wraz z jedenastoma prezydentami największych polskich miast (wyłamał się prezydent Katowic, Marcin Krupa) ogłosiliśmy deklarację otwarcia na nowych mieszkańców - migrantów. Prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania. Czekam na rozpatrzenie przez sąd zażalenia na działanie prokuratury.

Trzeba też aktywnie budować pozytywne postawy społeczne. W czerwcu 2017 Gdańsk po raz pierwszy zorganizował na Długim Targu spotkanie w ramach kampanii "Gdańsk solidarnie dla ofiar wojny" z okazji Światowego Dnia Uchodźcy. Zaangażowało się Europejskie Centrum Solidarności, Instytut Kultury Miejskiej, Trójmiasto Uchodźcom, Centrum Wsparcia Imigrantów i Imigrantek. Koncerty, stoiska z książkami, ubraniami, biżuterią przyciągnęły ludzi, a pieniądze uzyskane ze sprzedaży trafiły na konto Polskiej Akcji Humanitarnej. Jedna z organizatorek, Natalia Jażdżewska z grupy Trójmiasto Uchodźcom, tak wyjaśniła jeden z celów akcji: "Chcemy nieco ocieplić wizerunek uchodźców i imigrantów, którzy są przedstawiani w skrajnie złym świetle przez wiele mediów i przez polityków. [...] wielokulturowość ma wiele zalet i uczy tolerancji, nie tylko ze względu na kolor skóry czy pochodzenie"18.

Warto wciąż przypominać wkład w życie naszych miast, w polską kulturę, naukę i gospodarkę wielu pokoleń obcych - Żydów, Niemców, Czechów, Austriaków, Tatarów, Ormian, Rosjan, Flamandów, którzy stali się Polakami. W Gdańsku od wielu lat wydajemy miejski kalendarz - ten na rok 2018 przypomina wieloetniczność i wielokulturowość Gdańska, przedstawiając konkretne postaci historyczne. Po raz pierwszy też zaznaczyliśmy w gdańskim kalendarzu nie tylko katolickie dni świąteczne. Kropla drąży skałę...

Potrzebne nam zatem duże zaangażowanie miast polskich w walkę z wykluczeniem społecznym, dyskryminacją i nierównościami, potrzebna jest dbałość o każdego mieszkańca i każdą mieszkankę. Zestaw narzędzi pracy społeczników, radnych, burmistrzów i prezydentów jest znany - więcej proaktywnej edukacji i polityki społecznej oraz codziennego zaangażowania obywatelskiego.

Chcemy budować szczęśliwe społeczeństwo, które nie będzie nikogo odrzucać, w którym wszyscy będą czuli się u siebie. Takie społeczeństwo opiera się na prostych wartościach: demokracji, praworządności, wolności wypowiedzi, wolności wyznania, równości kobiet i mężczyzn oraz sprawiedliwości.

Miasto przyjazne imigrantom

Lubię poznawać i odwiedzać nowych mieszkańców Gdańska. Odwiedzam w domach rodziny polskiego pochodzenia, repatriowane do Gdańska z Kazachstanu, a także z azjatyckich republik byłego ZSRR. W ten sposób poznałem też rodzinę pani Susanny Izetdinowej, która jest obywatelką Ukrainy, pochodzącą z zajętego przez Rosję w 2014 roku Krymu, Tatarką. Do Polski przyjechała w 2014 roku, od dwóch lat mieszka w Gdańsku. Pani Susanna samotnie wychowuje czworo dzieci. Córka Azima studiuje iberystykę na Uniwersytecie Gdańskim, syn Osman uczy się w liceum, Khalil uczęszcza do gimnazjum, a najmłodszy Ibrayim jest uczniem szkoły podstawowej. Pani Susanna pracuje w jednej z prywatnych firm w Gdańsku, dorabia też dorywczo. Rozpoczęła studia zaoczne na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Gdańskiego, na kierunku pomoc społeczna. Na moją prośbę rektor UG Jerzy Gwizdała obniżył jej wysokość czesnego. Pani Susanna wynajmuje skromne mieszkanie i ciężko pracuje, by utrzymać rodzinę. Ona i jej dzieci znakomicie mówią po polsku, bardzo dobrze integrują się z nowym, gdańskim środowiskiem. Pani Susanna jest muzułmanką, nosi hidżab, czyli chustę zakrywającą włosy i szyję. Jest optymistycznie nastawiona do świata i ludzi, uśmiechnięta, pogodna i życzliwa.

Odwiedzając tę rodzinę, zawsze próbuję się dowiedzieć, czy przypadkiem w szkole, w miejscu pracy albo w komunikacji publicznej nie spotykają pani Susanny i jej dzieci jakieś przykrości. Pani Susanna opowiedziała mi, że w różnych miejscach, także w pracy, spotkała Polaków, głównie mężczyzn, którzy wypowiadali negatywne opinie na temat muzułmanów. Często nakrycie głowy stanowi przedmiot dociekań. Przybyszka z Krymu z radością podkreśla, że jej obecny pracodawca jest otwartym, serdecznym człowiekiem i poprosił ją, by zgłaszała mu wszelkie przypadki złego traktowania ze względu na pochodzenie, gdyby takie się zdarzały. Jej córka i synowie dobrze sobie radzą z nauką, Azima jest świetną studentką, a chłopcy lubią uprawiać sport. W przyszłości będą zapewne studiować w gdańskich uczelniach i pracować w gdańskich firmach. Jestem pewien, że pani Susanna po skończeniu studiów mogłaby być, jeśliby tylko chciała, niezwykle pożyteczną pracownicą Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie.

Tak więc mamy w Gdańsku pięcioosobową rodzinę, która wybrała Polskę i nasze miasto jako bezpieczne schronienie i tu mieszka, uczy się i pracuje. Ci ludzie, bez większej pomocy państwa i samorządu, organizują swoje życie i planują przyszłość w naszym mieście. Podobnych nowych mieszkańców Gdańska, Ukrainek i Ukraińców, jest szacunkowo około trzydziestu tysięcy. Według badań przeprowadzonych po raz pierwszy w Polsce przez Wojewódzki Urząd Pracy w Gdańsku 32,2% to osoby w wieku 25-34 lata, a 6,4% to młodzież między 18. a 24. rokiem życia19. Największa grupa imigrantów przebywa w naszym województwie od roku do trzech lat; 95,7% wyjechało ze swojego kraju po raz pierwszy. 12,9% Ukraińców przyjechało całymi rodzinami, 17,6% sprowadziło rodzinę po ustabilizowaniu pobytu, a 14,6% założyło bądź planuje założyć rodzinę w województwie pomorskim. Ponad połowa badanych deklaruje chęć pozostania na stałe. 27,6% badanych pracowało w sprzedaży, 27,3% w przetwórstwie przemysłowym, a 22,3% w branży budowlanej; mniejsze grupy w hotelarstwie i gastronomii oraz w innych usługach. Warto zauważyć, że 48,8% mieszkańców województwa pomorskiego pozytywnie ocenia zjawisko coraz większego napływu i podejmowania pracy przez obywateli Ukrainy. Najczęściej przypisywaną Ukraińcom cechą była "pracowitość" (67,3% pytanych). Pracodawcy i imigranci jako pierwszą barierę legalizacji pobytu i zatrudnienia wspólnie wskazywali czas załatwiania spraw w Pomorskim Urzędzie Wojewódzkim. Wielokrotnie interweniowałem u wojewody pomorskiego w sprawie przewlekłego (trwającego nawet rok!) załatwiania formalności pobytowych obywateli Ukrainy. Trudno zrozumieć, że rząd RP nie potrafi sfinansować odpowiedniej liczby urzędników, by standardy, atmosfera i terminy załatwiania spraw obcokrajowców nie przypominały epoki PRL i zbliżyły się do wizerunku urzędu publicznego XXI wieku.

Czy rodzina pani Susanny i tysiące innych ukraińskich rodzin są dziś i w dalszej przyszłości potrzebne Gdańskowi? Czy polska gospodarka potrzebuje imigrantów zarobkowych? To pytania retoryczne. Media alarmują. "Demograficzny armagedon coraz bliżej" albo "Demograficzny Titanic prze do katastrofy" to tytuły z "Rzeczpospolitej" i "Gazety Wyborczej". W 2040 roku osób starszych będzie w Polsce dwukrotnie więcej niż dzieci. Znajdziemy się w piątce "najstarszych" krajów UE. Na starzenie się polskiego społeczeństwa wpłynie - co cieszy - coraz większa statystycznie długość życia oraz - co już martwi - coraz mniejsza liczba rodzących się dzieci. Do tego dochodzi liczba rodaków, którzy wyemigrowali w ostatnich latach i nie zamierzają wracać - to ponad dwa i pół miliona osób. Demograficzne tsunami najmocniej dotknie województwa podlaskie i lubelskie. Właśnie tam najbardziej odczuwalne są starzenie się obywateli i emigracja w poszukiwaniu lepszych warunków życia. Demografia podmywa fundamenty polskiego wzrostu gospodarczego. Między 2015 a 2050 rokiem aż o 27% zmniejszy się podaż pracy. Brak rąk do pracy i niska w porównaniu z Zachodem wydajność polskich pracowników wpłynie na obniżenie wzrostu gospodarczego. Przy spadającym wzroście gospodarczym (2,7% PKB rocznie) Polska dogoni Niemcy pod względem PKB per capita około roku 2100 (!). I to przy założeniu, że gospodarka Niemiec będzie rosła o 1,2% rocznie20.

Nieodpowiedzialna decyzja rządu PiS o obniżeniu wieku emerytalnego przyśpieszyła gwałtowne zmniejszanie się liczby czynnych zawodowo Polaków. W Gdańsku mamy dziś 120 000 na 463 800 zameldowanych mieszkańców powyżej 60. roku życia i choć liczba urodzeń rośnie, nie odwróci to negatywnego trendu - przyśpieszonego procesu starzenia się gdańszczan.

W województwie pomorskim pracodawcy zgłaszają do urzędów co miesiąc średnio 10 500 wolnych miejsc pracy. Tylko w 2016 roku pomorscy pracodawcy zadeklarowali chęć zatrudnienia 67 400 cudzoziemców. W ostatnich pięciu latach liczba mieszkańców Pomorza wzrosła o 32 000 - do 2 360 000, ale jednocześnie w tym samym czasie liczba osób w wieku "poprodukcyjnym" wzrosła o 76 50021.

Żeby utrzymać miejsca pracy - a przecież należy zwiększać ich liczbę - trzeba nowych pracowników - nowych mieszkańców, nowych podatników - i na Pomorzu, i w Gdańsku. Utrzymanie miasta, infrastruktury drogowej, zieleni, opieki społecznej, edukacji i kultury - to wszystko kosztuje. Im mniej mieszkańców-podatników, tym mniejsze są wpływy do budżetu Gdańska, a co za tym idzie - rośnie groźba spadku poziomu usług publicznych i jakości życia obywateli. Tylko nowi mieszkańcy Gdańska, przybywający z innych części Polski, a także osiedlający się na stałe imigranci zarobkowi z Ukrainy, są realnym sposobem utrzymania, a nawet zwiększenia liczby mieszkańców. Cudzoziemcy ratują polski rynek pracy, a przy tym stają się coraz większym wsparciem dla finansów publicznych. Według szacunków "Rzeczypospolitej" tylko w 2017 roku mogli oni oddać państwu od trzech do sześciu miliardów złotych w postaci różnych podatków22. Aż 440 000 cudzoziemców figuruje w rejestrach ZUS jako osoby zgłoszone do ubezpieczenia. Oczywiście, jednocześnie tysiące Ukraińców podejmują się pracy nierejestrowanej i nieopodatkowanej. Co naturalne, pierwsi z konkretnymi postulatami dotyczącymi zatrudniania obcokrajowców wystąpili do rządu RP pracodawcy. Jako najpilniejsze wskazali skrócenie procedur administracyjnych. Aby tak się stało, konieczne jest jednak zwiększenie liczby pracowników urzędów zajmujących się legalizacją pobytu i zatrudnienia cudzoziemców23. Na tle kraju pozytywnie wyróżnia się Gdański Urząd Pracy, który nie tylko sprawnie obsługuje pracodawców i obcokrajowcówposzukujących pracy. Dyrektor Roland Budnik zatrudnił personel z biegłą znajomością języka rosyjskiego i ukraińskiego, a we Lwowie, we współpracy ze stowarzyszeniem "Przedsiębiorcy Pomorza", otworzył przedstawicielstwo, żeby bezpośrednio informować o potrzebach gdańskiego i pomorskiego rynku pracy.

Problemy demografii muszą stać się przedmiotem poważnej debaty publicznej w naszym kraju. Partia rządząca powinna zakończyć wrogą politykę wobec emigrantów i uchodźców. Powinniśmy zachęcać do przyjazdu do Polski nie tylko Ukraińców, wykonujących dzisiaj głównie nieskomplikowane prace, lecz także imigrantów wykwalifikowanych.

Gdańsk chce pozostać miastem otwartym i przyjaznym dla nowych mieszkańców, w tym również imigrantów. Susanna i jej dzieci to nasi nowi mieszkańcy. Bardzo chciałbym, żeby ta tatarska rodzina i wiele innych pozostały w Gdańsku na stałe. Od nas i od instytucji samorządowych, od nauczycieli, księży, dziennikarzy zależy budowanie atmosfery szacunku wobec osób innego pochodzenia, innej kultury, innego wyznania.

Już dzisiaj rozpoczęła się batalia o przyszłość demograficzną Gdańska i Pomorza. Wobec ksenofobicznej, wrogiej uchodźcom polityki i propagandy obozu rządzącego wielkim wyzwaniem dla Gdańska jest ciągłe budzenie wśród mieszkańców wrażliwości, otwartości, budowanie zrozumienia problemu uchodźców. Codziennie musimy się mierzyć z naturalnymi, według niektórych, postawami podejrzliwości wobec obcych. Po raz pierwszy od 1968 roku (komunistycznej nagonki na Polaków pochodzenia żydowskiego) jesteśmy świadkami zaplanowanej, organizowanej przez rząd PiS, systematycznej, skierowanej przeciwko uchodźcom, antyimigranckiej nagonki. Niemal codziennie kontrolowane przez Kaczyńskiego media publiczne, zwłaszcza kierowana przez Jacka Kurskiego "narodowa" TVP, prowadzą politykę wzbudzania lęku, strachu przed uchodźcami, przed muzułmanami. Politycy PiS budują w swoich wypowiedziach przekonanie, że każdy uchodźca jest potencjalnym terrorystą. Także media społecznościowe, reprezentujące tak zwaną prawicę narodową i katolicką, aktywnie pobudzają nieprzychylne nastroje wobec uchodźców.

PiS ma w swych nagonkach sojuszników - partię Kukiz i pomniejsze ugrupowania nacjonalistycznej prawicy, jak Obóz Narodowo-Radykalny (ONR) czy Młodzież Wszechpolska. Jak to możliwe, że w społeczeństwie deklarującym wiarę w Boga, społeczeństwie o wysokim poziomie praktyk religijnych, w kraju świętego Jana Pawła II aż 49% deklaruje poczucie zagrożenia wobec przyjmowania uchodźców?24 A portale internetowe i doniesienia telewizji pokazują narastającą falę antysemityzmu i rasizmu? Pozostawiam te pytania bez odpowiedzi.

Niemal codziennie mierzę się z mową nienawiści na Facebooku; staram się tłumaczyć obrzucającym mnie grubymi słowami korespondentom, dlaczego Gdańsk przygotował i pracuje nadal nad modelem integracji imigrantów, dlaczego powołaliśmy gdańską radę do spraw imigrantów. Wciąż bronię się przed populistycznymi kłamliwymi oskarżeniami o "import muzułmańskiego terroryzmu do Gdańska". A przecież prawie wszyscy dzisiejsi mieszkańcy miasta, poza mieszkającymi tu od zawsze Kaszubami, są "uchodźcami". Co się stało, że nie potrafią otworzyć się na innego?

Kościół polski a imigranci

Ważnym i naturalnym sojusznikiem w trudnym dziele budowy otwartego, współczującego i solidarnego polskiego społeczeństwa powinien być Kościół katolicki i jego liczni biskupi, proboszczowie, księża, katecheci, katolickie media. Czy instytucjonalny Kościół mediuje, tłumaczy potrzebę, obowiązek miłości bliźniego wobec uchodźcy?

W trakcie prac nad przyjęciem przez Radę Miasta Gdańska uchwały dotyczącej integracji imigrantów ksiądz arcybiskup Sławoj Leszek Głódź, metropolita gdański, w oficjalnym liście napisał: "Z pełnym uznaniem przyjmuję zaangażowanie wielu osób i środowisk w tworzenie Gdańskiego Modelu Integracji Imigrantów, który jest świecką realizacją przykazania miłości Boga i bliźniego wobec osób, które z różnych powodów szukają nowego miejsca do życia".

Arcybiskup Głódź nie kryje się ze swymi politycznymi sympatiami - jest zwolennikiem obozu politycznego Jarosława Kaczyńskiego. A jednak zdobył się na oficjalny gest wsparcia gdańskiej polityki wobec imigrantów.

Pokrzepiony, wzmocniony moralnie spotkaniem w Watykanie, postanowiłem osobiście namawiać gdańskich proboszczów katolickich parafii do objęcia finansowego patronatu nad konkretnymi syryjskimi rodzinami w ramach akcji Caritas Polska "Rodzina rodzinie". Sam - i z potrzeby serca, i dla podkreślenia, że słowa powinny iść w parze z czynami - przez rok pomagałem finansowo ofierze wojny, syryjskiej wdowie z dziećmi. Ucieszyło mnie, że wiele parafii włączyło się w akcję pomocy. To wprawdzie jeszcze niewielki, ale konkretny krok w przełamywaniu obojętności i wrogości katolików wobec problemu uchodźców. Marzę, by każdy ksiądz w niedzielnym kazaniu i każdy katecheta na lekcjach religii angażował się w rozwijanie myśli Jana Pawła II i Franciszka o solidarności międzyludzkiej, o otwartości wobec obcych.

Często cytuję słowa Jana Pawła, widniejące w sali Jego imienia w Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku: "Spojrzeć w oczy drugiego człowieka i zobaczyć w nich nadzieje oraz niepokoje brata czy siostry, to odkryć sens solidarności". Pamiętam też, jak napominał nas, chrześcijan, że "należy postępować w taki sposób, by imigranci niechrześcijanie zawsze znajdowali u chrześcijan jednoznaczne świadectwo miłości Boga w Chrystusie. Powinni oni doznawać przyjęcia tak serdecznego i bezinteresownego, ażeby pobudziło ich do refleksji nad religią chrześcijańską i motywami owej wzorowej miłości".

W Boże Ciało 15 czerwca 2017 roku nieliczni biskupi w okolicznościowych kazaniach wprost i jednoznacznie odnieśli się do kwestii uchodźców. Kardynał Nycz mówił o potrzebie "rozpoznania Chrystusa także w twarzy człowieka bezbożnego, uchodźcy, odrzuconego potrzebującego naszej pomocy"25. Już wcześniej kardynał Nycz wielokrotnie upominał się o uchodźców, między innymi wzywał rząd Beaty Szydło do uruchomienia korytarzy humanitarnych w celu transportowania uciekających przed wojną, potrzebujących leczenia szpitalnego.

W czerwcu 2016 roku zaś arcybiskup Stanisław Gądecki, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, oświadczył, że "...nawet gdyby 60 czy 80 procent społeczeństwa było przeciw uchodźcom, to Kościół i tak nie mógłby powiedzieć jak niektórzy politycy: Ludzie tego nie chcą, więc tego nie robimy. Kościół musi bronić zasad płynących z Ewangelii. A te mają inną perspektywę"26.

Kolejnym konkretnym krokiem części Kościoła katolickiego było zorganizowanie w październiku 2017 roku Tygodnia Modlitwy za Uchodźców "Umrzeć z nadziei". Ale tylko Rada Episkopatu Polski ds. Migracji, Turystyki i Pielgrzymek objęła Tydzień swoim patronatem. Zapowiedziano modlitwy w aż (tylko!) trzynastu miejscowościach. W województwie pomorskim modliły się Chojnice, Słupsk i Gdynia. Niestety w Gdańsku nie znalazł się ani jeden kościół, w którym kapłani zaprosiliby wiernych do tej modlitwy!

Na zakończenie Tygodnia, w homilii wygłoszonej w Poznaniu 8 października 2017 roku, przewodniczący KEP arcybiskup Stanisław Gądecki stwierdził: "W podejmowaniu problemu uchodźców najważniejszym punktem odniesienia nie może być interes państwa czy bezpieczeństwo narodowe, lecz człowiek"27. Arcybiskup cytował papieża Franciszka, że uchodźcy to "nie liczby, tylko osoby: to twarze, imiona, historie życia i odpowiednio do tego należy ich traktować". Dalej arcybiskup Poznania przypomniał: "Wszyscy ludzie na całej ziemi są naszymi braćmi i siostrami w człowieczeństwie, a dzięki łasce są także przeznaczeni do tego, by być braćmi i siostrami w Jezusie Chrystusie. Uchodźcy, emigranci, ludzie w drodze oraz lokalna społeczność stanowią razem jedną rodzinę". I dodał: "Z naszej postawy względem tych naszych braci i sióstr będziemy sądzeni". Przewodniczący KEP zauważył, że "Kreowanie negatywnego wizerunku uchodźców i ubiegających się o azyl doprowadziło do wzrostu ksenofobii, nasilenia rasizmu, strachu i nietolerancji w stosunku do nich. Rozwinęła się także kultura podejrzliwości, zrodzona z ogólnego założenia o możliwym powiązaniu między azylem a terroryzmem". Na koniec deklarował, że "Kościół jest gotów aktywnie zaangażować się w realizację proponowanych przez papieża Franciszka inicjatyw, ale - jak zauważył - aby uzyskać pożądane rezultaty, niezbędny jest wkład wspólnoty politycznej oraz społeczeństwa obywatelskiego, każde zgodnie z właściwą im odpowiedzialnością".

Tak słaby zasięg akcji modlitewnej za uchodźców jaskrawo kontrastuje z wydarzeniami, jakie nastąpiły 7 października 2017 (a więc pod koniec Tygodnia) w ramach inicjatywy nazwanej "Różaniec do granic", pobłogosławionej i propagowanej specjalnym komunikatem przez Sekretariat Episkopatu Polski. Według mediów w "Różańcu" wzięło udział od kilkuset tysięcy do miliona Polaków, głównie na zachodniej granicy kraju. Organizatorzy akcji, Fundacja Solo Dios Basta, przekonywali że "potężna modlitwa różańcowa może wpłynąć na losy Polski, Europy, a nawet całego świata"28. I choć organizatorzy zapewniali, że akcja nie jest obroną "przed falą imigrantów", jednak liczne prawicowe media ogłosiły: "Polska zostanie otoczona Różańcem. Potężna broń duchowa ma uchronić Polskę przed islamizacją"29. Oprócz zwykłych ludzi do inicjatywy różańcowej dołączyli politycy PiS. "Lepiej walczyć różańcem niż karabinem" - mówił dziennikarzom ówczesny wicemarszałek Sejmu Joachim Brudziński, który modlił się w Siekierkach. Termin "Różańca do granic" nie był przypadkowy - 7 października to święto Matki Boskiej Różańcowej. Ustanowił je Pius V na pamiątkę zwycięstwa pod Lepanto - 7 października 1571 roku wojska Świętej Ligi pokonały flotę Imperium Osmańskiego. Nie można ukrywać, że inspiracją akcji była polityka. Biskupi próbowali przekonywać, że to modlitwa o pokój. "Tego typu granica, jeśli jest namodlona, to łączy, a nie dzieli" - mówił w Siekierkach arcybiskup Andrzej Dzięga30. Ja - i zapewne nie tylko ja - zobaczyłem, że w tym zbiorowym różańcu chodzi o obronę przed islamem, a w istocie przed uchodźcami.

Trudno ocenić, w jakim stopniu takie wydarzenie wzmacnia w Polakach postawy lękowe czy niechęć wobec uchodźców. Jedno jest pewne: rozmach, oprawa medialna, zaangażowanie finansowe spółek Skarbu Państwa (Energa, Wytwórnia Papierów Wartościowych) zdecydowanie przyćmiły Tydzień Modlitwy za Uchodźców. Czy i dlaczego Episkopat Polski, dysponujący ogromną strukturą, nie może zdobyć się, poprzez biskupów i parafie, na szerszą, docierającą do każdego katolika akcję afirmującą dzieło pomocy uchodźcom, pozostanie kolejnym pytaniem otwartym.

"Stosunek do uchodźców staje się dzisiaj kryterium naszego człowieczeństwa, a w przypadku księży także kryterium pastoralnego nawrócenia" - pisze z mocą ksiądz Alfred Wierzbicki, kierownik Katedry Etyki na Wydziale Filozofii KUL31. Etyk i kapłan wprost mówi, że osłabienie wrażliwości na solidarność z uchodźcami to symptom porażki chrześcijaństwa wobec haseł inspirowanych naturalnym lękiem przed obcymi.

Według badania doktora Rafała Cekiery z Uniwersytetu Śląskiego, który przeanalizował wszystkie komentarze zamieszczone między 9 czerwca a 9 października 2017 roku na portalu wPolityce.pl, pod artykułami, w których tytule pojawiło się słowo "papież" albo "Franciszek", ponad trzy czwarte z ośmiuset sześćdziesięciu trzech było zdecydowanie negatywnych. Niewiele było neutralnych, a tylko dwanaście komentarzy (1,39%) miało wydźwięk pozytywny32.

Profesor Wierzbicki przywołuje jeszcze jedno badanie, przeprowadzone przez doktora Konrada Pędziwiatra wśród kleryków czterech seminariów duchownych: w Krakowie, Katowicach, Gdańsku i Pelplinie, w 2016 roku. Pokazały one smutny i szokujący rozdźwięk między nauczaniem papieża Franciszka i Episkopatu Polski a przekonaniami stu sześćdziesięciu dwóch kleryków. Co prawda 70% ankietowanych deklarowało ogólną zgodę z nauczaniem papieża i biskupów, ale gdy przyszło do szczegółów, odpowiedzi były wstrząsające. Tylko 30% zgadzało się z prośbą papieża, aby każda parafia przyjęła jedną rodzinę uchodźców. Aż 72% uważało, że uchodźcy stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa, a 50% twierdziło, że grożą oni również zdrowiu. Około 13% nie miało nic przeciwko udziałowi księży w antyislamskich manifestacjach, a 44% uważało, że islam powinien być w Polsce zakazany33. Z badań Pędziwiatra wynika, że dla 85% kleryków źródłem informacji były media społecznościowe. Ksiądz profesor Wierzbicki stawia tezę, że zbitka katolicyzmu z ideologią nacjonalistyczną może świadczyć o trwałości syndromu endeckiego w polskim Kościele. Nie jest to jednak prosta reprodukcja - syndrom ten zyskał nowe źródło, zasilane przez prawicową narrację antyuchodźczą i antyislamską. Wierzbicki ostrzega, że nasilenie tej tendencji może przesądzić o kulturowym regresie katolicyzmu34.

We wrześniu 2017 roku Lampedusę odwiedził biskup pomocniczy diecezji koszalińskiej, delegat ds. imigracji Konferencji Episkopatu Polski, biskup Krzysztof Zadarko. To pierwszy tej rangi hierarcha Kościoła katolickiego w Polsce, który osobiście zapoznał się z sytuacją uchodźców w miejscu ich pobytu. W rozmowie z Katolicką Agencją Informacyjną biskup Zadarko podkreślił, że migracje z Afryki do Europy będą trwały dziesięciolecia. Na świecie toczy się kilkadziesiąt wojen i - tłumaczył biskup - "nie da się tak łatwo zahamować fali ludzi, którzy uciekają przed śmiercią". Nawet jeśli wojna w Syrii niebawem się skończy, to wyzwanie migracyjne będzie trwało nadal, bo większość ludzi docierających dziś do Europy to mieszkańcy Afryki subsaharyjskiej. Co więcej, "90% migrantów docierających do Lampedusy to chrześcijanie z afrykańskich krajów. Nie muzułmanie. Mamy ich zawrócić do piekła, z którego uciekli?" - pytał biskup.

Na pytanie, co Polska może zrobić dla uchodźców, biskup Zadarko wskazał korytarze humanitarne jako najbardziej bezpieczny sposób przyjmowania ludzi zagrożonych i chorych. Dobrym przykładem dla Polski mogą być te, które uruchamia episkopat włoski. Biskup Zadarko zwrócił uwagę: "Podstawowy problem w opisywaniu tej tematyki polega na jej odhumanizowaniu i kompletnej niewiedzy o tym, z czym obecnie mamy do czynienia. Trzeba unikać myślenia ideologicznego, które służy jakimś interesom. Media powinny mówić o istocie problemu, a nie jedynie wybijać drastyczne incydenty pokazujące uchodźców negatywnie. Nie wolno nie widzieć terroryzmu, ale czy ofiary wojen i prześladowań mają mieć drzwi z tego powodu zamknięte? Pomoc humanitarna w Syrii czy w Iraku to ważna sprawa, ale jeszcze nie jest to odpowiedź na problem uchodźców i migrantów, którzy mimo tam udzielonej pomocy zmuszeni są do ucieczki"35.

*

Jestem rzymskim katolikiem, jestem gdańszczaninem, Polakiem i Europejczykiem. Jestem mężem i ojcem. Kiedy oglądam w telewizji zniszczone Aleppo, Ghutę i inne syryjskie miasta, kiedy widzę zabitych ludzi, dzieci i dorosłych, kiedy słyszę o kolejnych setkach ofiar, które w ucieczce do Europy pochłania Morze Śródziemne, nie potrafię być obojętny. Nie mogę poddać się cynicznej kalkulacji, czy większość gdańszczan jest za, czy przeciw przyjmowaniu uchodźców. Jak można przeliczać wartość ludzkiego życia?

Jestem prezydentem Gdańska, mam większe niż inni możliwości działania i pomagania, czuję, że mam też większe obowiązki. Hannah Arendt napisała: "Nie ma czegoś takiego jak posłuszeństwo w sprawach moralnych i politycznych"36. Nie mogę liczyć, ile głosów stracę, apelując o pomoc dla uchodźców. Powiem wprost - dzisiaj stosunek do kwestii kryzysu humanitarnego jest sprawą fundamentalną. Ten kryzys nie zniknie, będzie trwał, będzie miał różne fazy. Konflikty wojenne na Bliskim Wschodzie i w Afryce nie tylko nie ustaną, ale zapewne będą wybuchać w coraz to innych miejscach. A dostatnia, starzejąca się Europa będzie w następnych dekadach celem kolejnych wędrówek ludów, będzie szturmowana przez poszukujących schronienia, szczęścia, dostatku, spokoju.

Rozumiem naturalny lęk, występujący wśród wielu gdańszczan, wobec nieznanego, wobec obcych, innych, uchodźców. Wiem, że każdy krwawy akt terroru wzbudza strach, wywołuje reakcję obronną - ucieczki i zamknięcia się przed światem zewnętrznym. Ale wiem też, że nie istnieje coś takiego, jak terroryzm islamski, terroryzm judaistyczny, terroryzm chrześcijański. Podobnie jak nie ma krajów i religii zbrodniczych. Istnieją natomiast w każdej religii, w każdym narodzie ludzie i grupy o nastawieniu fundamentalistycznym. To oni codziennie karmią się nienawiścią i ksenofobią, umacniają swoje poczucie wyższości i agresję poprzez pozbawione szacunku, przepojone nienawiścią uogólnienia. "Wszyscy muzułmanie to potencjalni terroryści", "Islam to religia zabijania", "Każdy homoseksualista (w oryginale: pedał) to zwyrodnialec" - takich określeń jest mnóstwo.

Nie mogę być obojętny. 12 czerwca 2016 roku, w trzydziestą rocznicę mszy papieskiej w Gdańsku, opublikowałem oświadczenie:

"W trzydziestą rocznicę gdańskiej homilii Jana Pawła II powracamy do zawartego w niej przesłania. Przypominamy wypowiedziane wtedy słowa, które papież pozostawił nam w darze: "Jeden drugiego brzemiona noście". To krótkie zdanie było dla nas przed laty znakiem nadziei. Nadziei na zwycięstwo "Solidarności" pod przywództwem Lecha Wałęsy i sprawy polskiej wolności, co wypełniło się w 1989 roku, w wyborach 4 czerwca.

Dzisiaj te słowa są dla nas przede wszystkim wezwaniem do międzyludzkiej solidarności. "Jeden drugiego..." - mówił papież i dodawał, że człowiek nie jest sam, że "żyje z drugim, przez drugich, dla drugich...". A skoro "brzemię, to brzemię niesione razem".

Powracamy więc do tego przesłania sprzed trzech dekad, by zwrócić się do wszystkich z apelem: budujmy mosty, a nie mury, nie odmawiajmy dialogu, a w geście solidarności podajmy dłoń potrzebującym, dyskryminowanym, wykluczonym, a także tym, którzy uciekając przed wojną i głodem, szukają u nas elementarnego wsparcia. Jest to tym ważniejsze w sytuacji, w której znalazł się świat i setki tysięcy ludzi potrzebujących naszej pomocy - nie bądźmy obojętni na prośby Episkopatu Polski o utworzenie korytarzy humanitarnych, które uratowałyby życie i zdrowie dziesiątkom naszych bliźnich w Syrii. Niezależnie od rasy, koloru skóry, czy też religii bliźnim jest drugi człowiek.

Demonstrowanie obojętności, a nawet wrogości pod przykrywką troski o bezpieczeństwo narodu to zła droga - wiodąca na pustynię wzajemnej nieufności i podziałów między ludźmi. Zamiast odwracać się i uciekać od prawdziwych wyzwań naszych czasów - politycznych, społecznych i humanitarnych - podejmijmy kroki, by się z nimi zmierzyć. Wrogość zastąpmy gościnnością. "Jeden drugiego" - podkreślał Jan Paweł II. Ale: "nigdy jeden przeciw drugiemu" - tak w Gdańsku, w naszym mieście, chcemy budować wspólne jutro.

30 lat mija również od innego ważnego przesłania Jana Pawła II, zawartego w orędziu na XX Światowy Dzień Pokoju. Ówczesne słowa papieża brzmią niezwykle aktualnie. Można odnieść wrażenie, że papież odnosi się do dzisiejszego kryzysu humanitarnego i najwłaściwszej na te zjawiska reakcji, mówiąc do nas: "Spojrzeć w oczy drugiego człowieka i zobaczyć w nich nadzieje oraz niepokoje brata czy siostry to odkryć sens solidarności". My, mieszkańcy Miasta Wolności i Solidarności, jesteśmy szczególnie predestynowani do okazania ludzkiej solidarność. Nie pozostawajmy ślepi i głusi na wołania o pomoc tych, których życie jest zagrożone".

Jako społeczeństwo stoimy dzisiaj - ale zapewne staniemy i jutro - przed niewyobrażalnie brzemiennym w skutki, trudnym egzaminem z politycznej dojrzałości. Wprawdzie do polskich drzwi nie puka jeszcze tłum zdesperowanych uchodźców, ale wraz z gorącym sporem o pomoc dla nich stają przed nami dwa zasadnicze pytania. Po pierwsze - jakiej właściwie chcemy Polski w XXI wieku, w pełnym konfliktów i zagrożeń świecie? Kim chcemy być i kim będziemy jako społeczeństwo za dziesięć, piętnaście lat? Jaką prawdę o świecie zostawimy swoim dzieciom i wnukom? Po drugie - czy w przesyconym nienawiścią głosie debaty publicznej potrafimy poważnie rozmawiać o przyszłości Polski?

Ja wiem, jakiej chcę Polski i jakiego Gdańska - przestrzeni etycznej, przestrzeni empatii, wrażliwości, otwartości i sąsiedzkiej solidarności. Pragnę, by w czasach niepokojów i wędrówek ludów mój kraj pozostał - mówiąc słowami księdza profesora Józefa Tischnera - wspólnym przyjaznym domem, a nie zamienił się we wspólną polityczną kryjówkę. Nie można ulegać złudzeniom podsuwanym przez ksenofobiczne media, że Polska pozostanie "oazą świętego spokoju". Cena tego złudzenia będzie wysoka, nie tylko w utrwaleniu w społeczeństwie moralnej bezduszności wobec tragedii bliźnich, lecz także w narastającej nieufności, podejrzliwości wobec obcych, agresji wobec każdej inności, innej opinii, innej orientacji światopoglądowej. Takie nastroje i postawy podważają fundamenty demokracji, podważają sens dialogu, nie pozwalają na budowanie jedności w różnorodności, zagrażają wspólnocie i ją niszczą.

Można i trzeba chronić podstawy narodowej tożsamości, dbając o bezpieczeństwo Polaków, ale nie sprzeniewierzając się jednocześnie podstawowym zasadom moralnym, pielęgnując empatię, wrażliwość i solidarność, za którymi musi pójść postawa gotowości do pomocy i nawet poświęcenia części swego dobrobytu dla potrzebujących. Także obcych, także uchodźców, także wyznawców innych religii. Nie tylko swoich.

"W sercach i umysłach rządzących i w każdej fazie wprowadzania kroków politycznych należy nadać absolutny priorytet ubogim, uchodźcom, cierpiącym, bezdomnym i wykluczonym" - pisał w lipcu 2017 roku, w przesłaniu do uczestników szczytu G20 w Hamburgu, papież Franciszek37. I dodawał: "W wielu krajach, do których zdążają migranci, szeroko upowszechniła się retoryka, która wyolbrzymia zagrożenia dla bezpieczeństwa narodowego lub koszty przyjęcia nowych przybyszów, lekceważąc w ten sposób godność ludzką, którą należy uznać we wszystkich, bo są synami i córkami Boga. Ci, którzy podsycają strach przed migrantami, być może w celach politycznych, zamiast budować pokój, sieją przemoc, dyskryminację rasową oraz ksenofobię, które są źródłem wielkiego niepokoju dla wszystkich, którym leży na sercu ochrona każdego człowieka"38.

*

Nie ma dziś z nami narodowego przewodnika, który jak Jan Paweł II, trochę za nas, trochę nas pouczając jak niepewne siebie dzieci, przekonywał do wielu ważnych spraw. Warto przypomnieć jego słynne zdanie: "Od Unii Lubelskiej do Unii Europejskiej". Musimy sami, każdy z osobna, zdać ten wyjątkowo trudny egzamin z moralności i polityki. I nie idzie tu wyłącznie o kwestię uchodźców. Ona tylko skupia w sobie, jak w soczewce, problemy jakości debaty publicznej i polskiej demokracji.

Dalej będziemy w Gdańsku dyskutować z mieszkańcami o potrzebie pomocy uchodźcom, o drogach integracji imigrantów. Co roku w czerwcu obchodzony jest Światowy Dzień Uchodźcy. A 8 kwietnia 2017 w Muzeum II Wojny Światowej zainaugurowaliśmy kampanię informacyjną "Gdańsk solidarnie dla ofiar wojny". Celem tej kampanii było zainteresowanie gdańszczan wsparciem finansowym dla rodzin, osób samotnych i dzieci - ofiar wojny. Pracujemy razem z Polską Akcją Humanitarną, Fundacją Ocalenie i Centrum Wsparcia Imigrantów i Imigrantek.

18 grudnia 2017 roku nastąpiło lokalne, ale historyczne wydarzenie. Na sesji Rady Miasta Gdańska w Międzynarodowym Dniu Migranta wystąpiło dwoje nowych mieszkańców Gdańska - Syryjczyk Majed Tinawi (mieszkający w Gdańsku od trzydziestu lat) i Białorusinka Yulia Shavlovskaya (od trzech lat w naszym mieście). Podziękowali za życzliwe przyjęcie w Gdańsku i zaapelowali o otwieranie się na nowych przybyszów. Każdy z radnych został obdarowany egzemplarzem orędzia papieża Franciszka na Światowy Dzień Pokoju. Wieczorem zjedliśmy kolację wigilijną w gronie Gdańskiej Rady ds. Imigrantów i Imigrantek.

Wierzę głęboko, że moje miasto jest symbolem wolności i solidarności. Chciałbym, żeby gdańska społeczność wyróżniała się otwartością i ceniła różnorodność. Pamięć o drugiej wojnie światowej i narodzinach wielkiego ruchu społecznego Solidarność jest wielkim zobowiązaniem dla obecnych i przyszłych pokoleń gdańszczanek i gdańszczan. Uwrażliwiając się i otwierając na los uchodźcy, potwierdzamy swoje człowieczeństwo. Wierzę, że odważną, systematyczną pracą wśród gdańszczan i dla nich można zmienić ludzkie serca i postawy wobec obcych, innych, uchodźców czy imigrantów.

Dorobek gdańskich społeczników oraz pracowników urzędu miejskiego zyskał uznanie wśród samorządów największych polskich miast. Jak już pisałem, 30 czerwca 2017 roku w Gdańsku prezydenci jedenastu największych polskich miast podpisali deklarację o współpracy w dziedzinie migracji. Co ważne, również samorządy województwa pomorskiego odważyły się zademonstrować swoją otwartość i gotowość do prac nad przygotowaniem i wdrożeniem lokalnych programów integracji imigrantów "Przyjazne i otwarte Pomorze". Wśród sygnatariuszy są prezydenci i burmistrzowie Bytowa, Sopotu, Kartuz i Rumi. Godne podkreślenia jest włączenie samorządu województwa do prac nad pomorską strategią integracji imigrantów. Marszałek Mieczysław Struk odważnie opowiedział się za tworzeniem atmosfery otwartości i życzliwości wobec dzisiejszych i przyszłych migrantów. Zastępca marszałka Paweł Orłowski przy współpracy Marty Siciarek z Centrum Wsparcia Imigrantów i Imigrantek przygotowuje pomorski program integracji. To niezwykle ważne, że samorządy szczebla wojewódzkiego potrafią i chcą przygotować szeroki program skierowany do nowych mieszkańców Pomorza, przybywających dziś głównie z Ukrainy, a w przyszłości z innych krajów Europy i świata. Na wyróżnienie zasługuje postawa prezydenta Sopotu, Jacka Karnowskiego, który nie tylko włączył się aktywnie w debatę na temat uchodźców, lecz także zaproponował przyjęcie na rehabilitację rodziny syryjskiej, poszkodowanej w działaniach wojennych. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych odmówiło Sopotowi pomocy w realizacji tej humanitarnej misji.

W lutym 2017 roku razem z prezydentem Sopotu spotkaliśmy się z arcybiskupem warszawskim księdzem Kazimierzem Nyczem. Zapoznaliśmy go z gdańskim modelem integracji imigrantów. Gdańsk i Sopot zadeklarowały pomoc w zorganizowaniu na terenie Pomorza hospitalizacji rodzinom syryjskim, przyjętym w ramach korytarzy humanitarnych. Kardynał wyrażał umiarkowany optymizm co do gotowości rządu polskiego na wyrażenie zgody na otwarcie korytarza humanitarnego do Polski. Gdy piszę te słowa, wiem, że rząd odmówił prośbie kardynała Nycza o korytarz.

Czy Mateusz Morawiecki, demonstrujący swój katolicyzm (w wersji misjonarskiej - słynna wypowiedź o "rechrystianizacji Europy"), otworzy się na charytatywne działania Kościoła katolickiego na rzecz uchodźców? Swego czasu inicjatywę korytarzy humanitarnych za godną rozważenia uznał na łamach "Rzeczpospolitej" szef PiS i faktyczny ośrodek władzy w Polsce - Jarosław Kaczyński. Do premier Szydło zwracał się w tej sprawie nuncjusz apostolski, a szef MSZ Witold Waszczykowski publicznie zapewniał, że w "pewnej formule" Polska jest bliska uruchomienia korytarza39.

We wrześniu 2017 roku Europejski Trybunał Sprawiedliwości (ETS) uznał decyzję unijnych ministrów z września 2016 o relokacji uchodźców z Grecji i Włoch za zgodną z prawem unijnym i oddalił skargę Węgier i Słowacji (do której przystąpiła Polska). To była poważna porażka rządów Węgier, Słowacji i Polski. Tym bardziej że przeciwko skardze wystąpiły przed ETS Niemcy, Francja, Szwecja, Luksemburg, Belgia, Włochy, Grecja, a także Komisja Europejska40. Ten wyrok ETS w sprawie relokacji otworzył pole do negocjacji pomiędzy krajami niechętnymi przyjmowaniu uchodźców a pozostałymi państwami Unii.

Wszyscy są świadomi, że migracje do Europy się nie skończą, że będzie ich jeszcze więcej pomimo murów Orbána, mimo umowy UE-Turcja, mimo układów z Libią i drutów kolczastych. Przed Polską i Węgrami oraz pozostałymi krajami Grupy Wyszehradzkiej stoi wyzwanie określenia swoich zobowiązań wobec UE. Jak słusznie sugeruje Klaus Bachmann: "Co stoi na przeszkodzie, aby kraje V-4 tworzyły wspólne struktury i fundusz, za pomocą których razem będą mogły zająć się jednym z największych obozów uchodźców na Bliskim Wschodzie?"41 Zresztą zarówno rząd Szydło, jak i rząd Morawieckiego deklarował chęć udzielenia pomocy humanitarnej uchodźcom w krajach objętych konfliktami bądź w obozach na Bliskim Wschodzie. Nie zmienia to jednak smutnego faktu, że Polska i Węgry należą do krajów Unii Europejskiej o najniższym wskaźniku przyznania ochrony uchodźcom. "Nawet Syryjczyk, przeciwnik Asada, uciekający z Aleppo - zwraca uwagę Bachmann - ma w Polsce kilkakrotnie mniejsze szanse na ochronę, niż gdyby mu pozwolono złożyć wniosek w Niemczech, Austrii lub Belgii".

Polska nie jest przygotowana na przyjęcie uchodźców, ale też nic nie robi, by ten stan zmienić. Potrzeba nie tylko zmiany nastawienia rządzącego PiS; zmiany wymaga także prawo i praktyka administracyjna; potrzeba współdziałania rządu z samorządem i organizacjami pozarządowymi. Czy to realne? Czy w polityce PiS następuje jakieś przewartościowanie?

Na początku roku zwróciłem się pisemnie do prezesa Rady Ministrów Mateusza Morawieckiego z pytaniem, czy rozważa włączenie się rządu do idei Konferencji Episkopatu Polski i Caritasu otwarcia korytarzy humanitarnych do Polski oraz przyjęcia na leczenie i rehabilitację uchodźców z krajów ogarniętych wojną. Do napisania listu skłoniła mnie nie tylko zmiana osoby na stanowisku szefa rządu RP, lecz także głośny wywiad z ojcem premiera - Kornelem Morawieckim42. Na pytanie Jacka Nizinkiewicza: "A co z uchodźcami?", Kornel Morawiecki odpowiedział: "Te 7 tysięcy na 40-milionowy kraj, na które zgodził się poprzedni rząd, nie powinno być problemem. Zaproponujmy im naszą kulturę. Powinniśmy z uchodźców czynić nas. Tylko powinniśmy przybyszom postawić wymagania..." I dalej: "Rząd Morawieckiego powinien uruchomić korytarze humanitarne. Nie ma powodów do zwlekania". Wypowiedź Kornela Morawieckiego wywołała konsternację w obozie rządzącym. Riposta przyszła jednak szybko: "Nie ma zmiany stanowiska PiS".

W liście do premiera Morawieckiego z 26 stycznia 2018 roku przedstawiłem gdański model integracji imigrantów, przywołałem wypowiedź kardynała Kazimierza Nycza o potrzebie wspierania uchodźców oraz deklarację prezydentów jedenastu największych polskich miast w sprawie migracji i integracji. Na koniec zadeklarowałem, że Gdańsk włączy się w działania Caritasu i Konferencji Episkopatu Polski, zmierzające do tego, by korytarze humanitarne zostały uruchomione. Wyraziłem też nadzieję, że "polski Kościół, polscy samorządowcy i polski rząd mogą w sprawie [uruchomienia korytarzy humanitarnych dla uchodźców] wiele zrobić. Potrzebna jest tylko ścisła współpraca"43. W odpowiedzi na mój list otrzymałem odpowiedź, podpisaną przez Beatę Kempę, minister - członkinię Rady Ministrów, datowaną 14 lutego 2018 roku. W liście Beata Kempa przypomniała, że jako minister odpowiedzialna za koordynację pomocy humanitarnej oraz sprawy uchodźców spotyka się z licznymi organizacjami, jak Caritas, UNICEF, Stowarzyszenie Pomocy Kościołowi w Potrzebie, a także odwiedziła obozy dla uchodźców w Libanie i w Jordanii. Pochwaliła się zakupami sprzętu medycznego dla kliniki w Iraku i w syryjskim Aleppo. Do kluczowego pytania zawartego w liście - otwarcia korytarzy humanitarnych - minister ustosunkowała się jednym zdaniem: "Tak rozumianą pomoc można świadczyć w dużo większym rozmiarze i dużo bardziej skutecznie niż za pośrednictwem nie do końca jeszcze zdefiniowanych i rozpoznanych korytarzy humanitarnych"44. Minister Kempa zgodziła się ze mną w jednym: "...w obszarze pomocy humanitarnej potrzebna jest ścisła współpraca na szczeblu rządowym, samorządowym i pozarządowym. Rząd Polski dostrzega to wyzwanie. Jedną z odpowiedzi jest choćby przedłożony Panu Premierowi wniosek o utworzenie Międzyresortowego Zespołu do spraw Pomocy Humanitarnej".

Jestem pewien, że otwarcie korytarza humanitarnego do Polski grupie syryjskich uchodźców, potrzebujących hospitalizacji czy rehabilitacji, nie tylko wypełniłoby, przynajmniej częściowo, międzynarodowe zobowiązania Polski, lecz także byłoby spełnieniem moralnego obowiązku pomocy bliźnim. Poprawiłoby reputację Polski i byłoby kolejnym krokiem ku zmianie stosunku Polaków do uchodźców; humanizowałoby polską opinię publiczną, dziś poddaną manipulacji budującej strach przed uchodźcami. Już trzy państwa europejskie - Włochy, Francja i Belgia - otworzyły korytarze humanitarne. Z tej formy pomocy korzystają głównie rodziny z małymi dziećmi i osoby w podeszłym wieku, osoby wymagające specjalistycznej opieki medycznej.

Moim zdaniem stosunek Polaków do uchodźców będzie długo różnicował politycznie i kulturowo nasze społeczeństwo. Skutki rozpalonych przez Jarosława Kaczyńskiego (sławetne roznoszenie pasożytów i zarazków przez uchodźców) i przez PiS ("Nie dajcie sobie wmówić, że niechęć do uchodźców to coś złego"45) antyuchodźczych i antyimigranckich uprzedzeń odczują przyszłe pokolenia Polaków. W 2015 roku Jarosław Kaczyński odkrył polityczne oddziaływanie strachu wobec uchodźców. I choć nie ma żadnego związku między aktami terroru a falą uchodźców przybyłych do Europy w latach 2014-2017, propagandzie PiS udało się skutecznie postawić znak równości pomiędzy uchodźcą i terrorystą i przedstawić swoje rządy jako jedyną realną zaporę przed falą migracyjną. Mechanizm manipulacji umysłami Polaków poprzez podsycanie strachu przed uchodźcami bez ogródek opisał w "Gazecie Polskiej" jeden z ideologów obozu PiS, Jerzy Targalski: "Wpuszczenie do Polski muzułmanów pod naciskiem szantażu Unii będzie oznaczało koniec naszego społeczeństwa i kultury. Jednocześnie dobrze zorganizowany opór jest świetnym instrumentem pozbawienia targowicy ogłupionej części jej bazy wyborczej i mobilizacji mieszkańców, którym Polska jest obojętna [...]. Trzeba uświadomić ludziom, że jeśli chcemy suwerenności, w tym ekonomicznej, czyli dobrobytu, czeka nas potężna bitwa z Unią (Niemcami). Tłumaczenie niuansów nie ma sensu, gdyż większość i tak niczego nie pojmie. Trzeba wybrać pole bitwy, na którym możemy odnieść zwycięstwo, jak pod Grunwaldem. Dlatego emigranci są doskonałym wyborem - jasnym i zrozumiałym dla wszystkich"46.

Badania socjologiczne pokazują efekty zarządzania strachem. Na pytanie: "Czy Polska powinna odmówić przyjęcia uchodźców z krajów muzułmańskich, nawet gdyby z tego powodu groziła jej utrata funduszy unijnych?", twierdząco odpowiedziało 56,5% badanych. Większość nas gotowa jest zrezygnować z tych funduszy, które są motorem rozwoju i poprawy jakości życia Polaków i zmniejszyły zapóźnienia cywilizacyjne Polski. Mało tego - 51% Polaków jest gotowych opuścić Unię Europejską, gdyby Polska zmuszona była do wywiązania się ze zobowiązań wobec Unii i przyjęcia kilku tysięcy uchodźców47.

W zderzeniu z faktami absurdalność głosów o grożącej Polsce islamizacji jest porażająca. W Polsce liczbę muzułmanów szacuje się obecnie na około 25 000 osób. Nawet gdyby spośród przyjętych uchodźców z Syrii większość wyznawała islam, to i tak stanowiliby oni ułamek populacji społeczeństwa polskiego. W jaki sposób mogliby zagrozić kulturze i spoistości społeczeństwa?

Powtórzę raz jeszcze: zabiegając dziś o miejsce dla uchodźcy w sercu Polaków, walczymy o obywatela otwartego i wrażliwego w przyszłości. Nie możemy pozwolić, aby naszą narodową tożsamość naznaczyły lęk i bezradność maskowane hasłami obrony polskiej kultury i społeczeństwa przed obcymi, islamizacją czy "multikulti". Syntetycznym ujęciem tego zjawiska jest niesławna wypowiedź Beaty Szydło o tym, że "Auschwitz to w dzisiejszych niespokojnych czasach wielka lekcja tego, że trzeba czynić wszystko, aby uchronić bezpieczeństwo i życie swoich obywateli"48.

Nie można pozwalać na dalsze żerowanie na polskich kompleksach. Pora przestać bredzić o wstawaniu z kolan. Kompleks niższości, zaściankowość, aktywna ksenofobia blokuje i zubaża CZŁOWIEKA w POLAKU. Norwid mówił do nas z bólem i wyrzutem: "Polak jest olbrzym, a człowiek w Polaku jest karzeł - jesteśmy karykatury i jesteśmy tragiczna nicość i śmiech olbrzymi..."

A Juliusz Słowacki poszedł dalej:

Szli krzycząc: "Polska! Polska!" - wtem jednego razu

Chcąc krzyczeć zapomnieli na ustach wyrazu;

Pewni jednak, że Pan Bóg do synów się przyzna,

Szli dalej krzycząc: "Boże! ojczyzna! ojczyzna".

Wtem Bóg z Mojżeszowego pokazał się krzaka,

Spojrzał na te krzyczące i zapytał: "Jaka?"

To dobre pytanie - jaka ma być nasza ojczyzna? I jacy my chcemy być?

3.Nie ma demokracji bez demokratów

Jak wyjść z kryzysu demokracji liberalnej?

Niszczenie liberalnej demokracji w Polsce przez PiS Jarosława Kaczyńskiego, czy też na Węgrzech przez Fidesz Wiktora Orbána, mimo elementów specyfiki lokalnej jest częścią szerszego procesu politycznego w Europie. Takie wartości liberalne, jak trójpodział władzy, niezawisłość sądów i wolne media, stanowiące zabezpieczenia przed dyktatem większości, są dzisiaj skutecznie likwidowane.

Orbán po ostatnich, wygranych przez Fidesz wyborach ogłosił koniec demokracji liberalnej na Węgrzech: "Zastępujemy rozbitą liberalną demokrację XXI-wieczną chrześcijańską demokracją, która gwarantuje wolności osobiste i bezpieczeństwo"1. Obiecał obronę wartości narodowych i chrześcijańskich, a także walkę z obowiązkowymi kwotami przyjmowania uchodźców.

W Polsce Kaczyński unika tak jednoznacznych ideologicznie deklaracji, ale skutecznie likwiduje demokratyczne państwo prawa, czyniąc z ładu polityczno-prawnego, opisanego w Konstytucji RP z 1997 roku, fasadę z pozostawionymi starymi nazwami tak naprawdę zupełnie innych instytucji. Ostatnio taki fasadowy charakter zyskała Krajowa Rada Sądownicza, na której czele postawiono podległych PiS sędziów i partyjnych funkcjonariuszy typu posłanka Krystyna Pawłowicz.

Krótko i dosadnie nazwał ten stan rzeczy ksiądz biskup Tadeusz Pieronek: "Nie ma już demokracji w Polsce, są tylko pozory demokracji", odpowiadając na pytanie o sytuację w naszym kraju, które zadał mu dziennikarz stacji France 3. Podobne obawy wyraził ostatnio Kenneth Roth, dyrektor Human Rights Watch, mówiąc, że "Polska jest na bardzo wczesnym etapie tworzenia państwa autorytarnego, jakie znamy z Turcji, Egiptu, Filipin, czy Wenezueli"2.

Drugi rok trwa w Polsce przebudowa dotychczasowego ustroju liberalnej demokracji przedstawicielskiej w nieliberalny ustrój o wyraźnie autorytarnych skłonnościach. Postępuje konsolidacja systemu władzy wokół jednego ośrodka, czyli Jarosława Kaczyńskiego i jego akolitów, czego symbolem jest siedziba zarządu PiS na Nowogrodzkiej. Na przeszkodzie objęciu przezeń pełni władzy stoją wciąż liczni nonkonformistyczni sędziowie i ich stowarzyszenia, choć i z nimi neo-KRS rozpoczęła już walkę. Ich działania wspierają niezależne prywatne media - PiS na razie zrezygnowało z ich nacjonalizacji, co Orbán na Węgrzech już w ogromnej mierze przeprowadził.

Dużą przeszkodą w ostatecznej konsolidacji władzy są także samorządy terytorialne - gminy, powiaty i samorządowe województwa. I choć stanowiska liderów samorządowych są bardzo zróżnicowane - od bardzo krytycznego wobec PiS, poprzez konformistyczne, po lojalistyczne - a sami samorządowcy są rozproszeni wśród wielu ogólnopolskich organizacji samorządów, to jednak wiosną 2016 roku potrafili zademonstrować opór wobec planów Kaczyńskiego, zmierzających do ograniczenia biernego prawa wyborczego samorządowców za pomocą zmiany ordynacji ze skutkiem działającym wstecz. Należy przypuszczać, że w razie ponownego zwycięstwa PiS w wyborach parlamentarnych w 2019 roku nastąpi powrót do pomysłu podporządkowania samorządów poprzez między innymi zmniejszenie ich samodzielności finansowej.

Kryzys demokracji w Polsce i na Węgrzech powinien mobilizować nas do szerszego spojrzenia na debatę, jaka toczy się wokół zmian zachodzących w zachodnim modelu demokracji, oraz do zastanowienia się nad sposobami ożywienia demokracji i społeczeństwa obywatelskiego. To niezbędne, by wypracować prodemokratyczną i proeuropejską wizję ładu społecznego w Polsce po rządach PiS.

"Nasze systemy polityczne można nazwać demokratycznymi, jednak nasze społeczeństwa nie są demokratycznie rządzone"3 - w tym stwierdzeniu Pierre Rosanvallon, znany francuski historyk, uchwycił kluczowy problem współczesnej demokracji. Nasze systemy są demokratyczne w tym sensie, że wybieramy władze w drodze głosowania spośród rywalizujących ze sobą kandydatów. Ale coraz częściej wyborcy mają wrażenie, że ich reprezentanci (posłowie, deputowani) o nich zapominają i "poza momentem wyborów lud właściwie nie czuje się suwerenem" - konstatuje Rosanvallon. "Obywatele odczuwają niedosyt demokracji, bo nikt ich nie słucha, decyzje są podejmowane bez konsultacji z nimi, ministrowie nie wywiązują się ze swoich obowiązków, przywódcy kłamią bezkarnie, politycy żyją w zamkniętym światku, niedostatecznie rozliczani ze swoich działań, a funkcjonowaniu administracji daleko do przejrzystości". Francuski badacz podsumowuje swoje rozważania stwierdzeniem, że kluczowy dzisiaj problem demokracji to niewłaściwe sprawowanie rządów.

Początku tego stanu należy upatrywać w przesuwaniu się ciężaru władzy z parlamentu ku władzy wykonawczej (prezydent, premier, rząd). W ten sposób parlamenty stały się dodatkiem do władzy wykonawczej. Supremacja władzy wykonawczej w połączeniu z silną personalizacją powoduje rozliczne i długofalowe negatywne konsekwencje w stosunkach władza-społeczeństwo.

Władza wykonawcza dzień w dzień w zaciszu gabinetów, w niejasnych okolicznościach, wyraża swoje opinie i zamiary i podejmuje decyzje, często z niezrozumiałych powodów. Ta nieprzejrzystość, wzmacniana przez skomplikowane procedury, sprawia, że demokratyczna polityka jawi się obywatelom jako świat niezrozumiały. Natomiast silna personalizacja władzy wykonawczej rodzi wśród polityków i wyborców pokusę, by uznać osobę aktualnie sprawującą władzę za ucieleśnienie ludu, suwerena, i za wodza. A stąd już tylko krok do populistyczno-autorytarnych rządów. Silna personalizacja władzy dodatkowo banalizuje politykę: kandydat czy kandydatka wygląda sympatycznie, modnie się ubiera, mówi ze swadą, więc udziela się jemu czy jej poparcia. Ale gdy ten sympatycznie wyglądający człowiek zacznie rządzić i okazuje się nie tak sympatyczny, jak przed wyborami, obywatel rozczarowuje się nie tylko do danego polityka, lecz także do całego systemu.

Oprócz podporządkowania parlamentu i postępującej emancypacji władzy wykonawczej następnym problemem jest kryzys partii politycznych. Odgrywały one pierwszoplanową rolę w funkcjonowaniu parlamentarno-przedstawicielskiego typu demokracji. Stawały się organizacjami masowymi, poza rolą odgrywaną w wyborach parlamentarnych były też reprezentantami społeczeństwa. Wyrażały opinie i potrzeby klas społecznych, tworzyły ideologię, która spajała i wyrażała interesy społeczne. Ale funkcja przedstawicielska partii politycznych uległa erozji pod koniec XX wieku. Stało się tak z dwóch powodów: społeczeństwo stało się mniej przejrzyste w epoce indywidualizmu i odmienności4, a poza tym partie polityczne utraciły swój podmiotowy charakter i stały się przybudówkami rządów. Skupiają się raczej na reprezentowaniu rządu, a nie reprezentują obywateli przed rządami.

"Obecnie [deputowani] stanowią zdominowaną, bezwzględnie bierną frakcję rządzącej oligarchii. To właśnie funkcjonalne podporządkowanie władzy wykonawczej, obok utraty reprezentatywności społecznej i biurokracji struktur członkowskich, tłumaczy fakt, że politycy są coraz bardziej odcięci od społeczeństwa i sprofesjonalizowani - stają się czystymi aparatczykami"5 - podsumowuje Rosanvallon.

Jak więc naprawić demokrację?

Do naprawy demokracji potrzebni są zaangażowani obywatele, którzy nie są "jednodniowymi suwerenami", ale sprawują kontrolę nad rządzącymi w sposób ciągły i systematyczny. Ekspresja obywatelska nie może się ograniczać do wyborów, czyli prostej procedury sankcjonowania władz i ogólnych kierunków polityki.

Rosanvallon podkreśla znaczenie zasad regulujących relacje między rządzącymi a rządzonymi. To czytelność, klarowność, wyrazistość, odpowiedzialność i reaktywność. Mają one prowadzić do politycznego uwłaszczenia obywateli, czyli zwiększenia bezpośredniego udziału w sprawowaniu władzy. Władza nie może być uważana za rzecz, lecz powinna stać się relacją opartą na - wymienionych wcześniej - czytelności, odpowiedzialności i reaktywności.

Francuski badacz nie chce poprzestać na diagnozie i wskazaniu kierunków, ale formułuje konkretne propozycje powołania nowych instytucji. Pierwsza to rada funkcjonowania demokratycznego, stojąca na straży uczciwości i przejrzystości działania władzy. Z prawem do prowadzenia własnych śledztw i formułowania żądań wobec administracji i poszczególnych osób. Rada mogłaby publikować roczne raporty na temat stanu demokracji, przy czym rządzący byliby zobowiązani do publicznego ustosunkowania się do zawartych w nich krytyk i sugestii6.

Druga nowa instytucja to komisja publiczna, która oceniałaby demokratyczność konstruowania i prowadzenia polityki publicznej, zarówno w zakresie udziału w polityce organizacji społecznych, jak i formułowanych przez nie ocen efektów ekonomicznych i społecznych. Do jej zadań należałoby również inicjowanie debaty publicznej.

Trzeci filar proponowanych zmian to organizacje obywatelskiej czujności (działające w formie stowarzyszeń lub fundacji), wyspecjalizowane w nadzorowaniu rządzących (na przykład w zwalczaniu kłamstwa i manipulacji), a jednocześnie prowadzące działalność pobudzającą zaangażowanie obywateli, ich kształcenie i informowanie7.

Te trzy typy instytucji stałyby na straży demokratycznego funkcjonowania organów rządzących, uzupełniając się nawzajem. Niezbędnym dopełnieniem ich działalności mógłby być doroczny dzień demokracji, w którym w trakcie nagłaśnianych przez media dyskusji i konferencji zaproszeni przedstawiciele władz udzielaliby odpowiedzi na pytania, słowa krytyki, sugestie.

Jestem przekonany, że diagnoza i propozycje przedstawione w książce Dobre rządy warto uczynić kanwą debat w środowiskach prodemokratycznej opozycji w Polsce. Myślę, że większość nas podziela opinię, że po odsunięciu PiS od władzy nie będzie prostego powrotu do instytucjonalnego status quo sprzed jesieni 2015 roku. Na każdym obywatelu, organizacji społecznej, środowisku zawodowym, na partiach opozycyjnych wreszcie, spoczywa odpowiedzialność wypracowania rozwiązań systemowych, które nie tylko przywrócą demokratyczne państwo prawa, lecz także stworzą dobre rządy, rządy bliskie obywatelom, przyniosą demokrację zaufania. Potrzebna jest nam wizja ładu społecznego, gospodarczego i politycznego odpowiadająca poczuciu sprawiedliwości i prawości. Nie ma tu prostych recept. Konieczna jest debata, eksperyment, dochodzenie do rozwiązań. Obszarem demokratyzacji relacji rządzący-rządzeni powinny stać się gminy, powiaty, województwa, a więc jeszcze względnie samodzielny obszar działalności publicznej, nieskolonizowany przez autorytarne PiS.

W średniowieczu miejskie powietrze czyniło przybyszów wolnymi. Miasto zawsze było miejscem nieskrępowanej wymiany, nie tylko usług czy towarów, ale nade wszystko idei. To tu debatowano, toczono spory, poszukiwano prawdy i nowych rozwiązań dotyczących organizacji wspólnot religijnych, lokalnych i krajowych. Najwspanialszą cechą miast jest zdolność do zmiany. Może więc polskie miasta staną się wolnymi republikami obywateli, szukających i wprowadzających innowacyjne pomysły demokratyzujące władzę samorządową, uwłaszczającymi obywateli, angażującymi coraz szersze kręgi społeczne do wspólnego działania na rzecz dobra publicznego. Może oddolny, miejski, samorządowy ruch zaangażowanych demokratycznie wójtów, burmistrzów, prezydentów, starostów i marszałków, a przede wszystkim zaangażowanych mieszkańców-obywateli spowoduje, że ożywienie demokratyczne, powiew świeżych idei nadejdzie z polskich miast?

Samorządy powinny - w większym stopniu niż dotychczas - wziąć na siebie rolę akuszera dobrych praktyk demokratycznych, opartych na nieklientelistycznej współpracy z organizacjami społecznymi. Trzeba ożywienia obywatelskiej kultury politycznej, opartej na wysłuchaniu racji konkurenta politycznego, gotowości do kompromisu, brania pod uwagę głosu mniejszości. Czy samorządowe życie publiczne może uchronić to, co zostało niemal zupełnie zniszczone przez PiS na poziomie kraju, w sejmie i w senacie?

Samorządy terytorialne oprócz budżetów obywatelskich powinny praktykować nowe, innowacyjne rozwiązania, jak na przykład panele obywatelskie. Warto się zdobyć na stałe finansowanie organizacji obywatelskiej czujności, których celem nie jest zdobycie władzy, ale nadzorowanie i kontrolowanie władzy oraz proponowanie dobrych rządów.

W dalszej części tego rozdziału postaram się przedstawić gdańskie doświadczenia związane z demokratyzacją i "uobywatelnieniem" zarządzania miastem. Jestem świadom wielu jeszcze niedoskonałości, potknięć w poszukiwaniu dobrych rozwiązań, ale wierzę, że gdańska demokracja, oparta na współpracy samorządu i aktywnych obywateli, nie ma przed sobą hamulców dalszego rozwoju. Potrzeba nam dalekosiężnej wizji i determinacji w jej urzeczywistnianiu. Wierzę, że żywa demokracja lokalna jest fundamentem demokracji na szczeblu krajowym. Ostatecznie każdy prezydent RP, poseł, senator, premier i minister pochodzi z konkretnego miasta i gminy.

Osobnym wyzwaniem stojącym przed demokratami w Polsce jest kondycja partii politycznych. Polskie partie polityczne są niewielkie, o słabej zdolności mobilizacji swoich elektoratów. Przy niskim wskaźniku uczestnictwa Polaków w życiu politycznym odsetek członków w całym elektoracie nie stanowi nawet 2%, podczas gdy w Szwecji czy Austrii wynosi ponad 20%8. Ważnym, choć niedocenionym problemem polskich partii politycznych są słabe mechanizmy demokracji wewnątrzpartyjnej i - szerzej - płytko zakorzeniona kultura debaty wewnątrz partii. Dominuje raczej dyskusja w wąskich, nieoficjalnych grupach, rzadko w statutowych gremiach kolegialnych, jak zarząd i rady. Brak dobrych praktyk ujawniania poglądów przez pojedynczych członków, dyskusji i naturalnego sporu pogłębia i tak już dużą bierność członków partii.

Nawet tak ważna kwestia, jak wybór kandydatów na prezydentów miast w najbliższych wyborach samorządowych 2018 roku, jest rozstrzygana nietransparentnie, poza wolą i świadomością członków partii w danym mieście. Decyzje podejmuje szef szczebla ogólnokrajowego z pominięciem statutowych lokalnych struktur partii. Ubezwłasnowolnienie szeregowych członków lokalnych struktur partii politycznych nie tylko nie służy rozwijaniu demokracji wewnątrzpartyjnej, lecz także nie buduje zaufania do partii w społeczeństwie. Takie praktyki bez wątpienia muszą zrażać do angażowania się w działania i nie przysparzają partiom nowych członków.

Jestem przekonany, że obecna i przyszła demokracja w Polsce potrzebuje partii politycznych. Potrzebuje stałych organizacji, które konkurują o władzę i potem ją sprawują. Mimo skierowanej ku partiom politycznym krytyki nie wierzę, że nawet w dłużej perspektywie czasowej rolę partii politycznych mogłyby przejąć organizacje pozarządowe czy - szerzej - ruchy społeczne. Są one ogromnie potrzebne, rzekłbym: niezbędne, zarówno w lokalnym, jak i w ogólnokrajowym życiu publicznym, bo ożywiają demokrację, recenzują i zmuszają zasiedziałych polityków i bierne struktury partyjne do działania. Niektóre organizacje mogą być dostarczycielami nowych członków partii lub same mogą stać się zaczynem przyszłych partii politycznych. Oby to były partie, które starają się wyrażać różnorodne interesy i poglądy, przeprowadzają selekcję przyszłych członków, wychowują liderów i kontrolują władzę wykonawczą.

Otwarte pozostaje pytanie, czy obecne demokratyczne partie opozycyjne, reprezentowane w parlamencie, podejmą się demokratycznego uwłaszczenia swoich członków? Czy zdecydują się na odblokowanie demokracji wewnątrzpartyjnej? Czy wprowadzą zmiany w statutach, aby wykluczyć na przykład możliwość kumulowania funkcji partyjnych przez jednego człowieka? Potrzebne jest ożywienie wewnętrznej debaty w partiach poprzez konsultacje, głosowanie członków nad kwestiami programowymi. Nie wszyscy muszą nieustannie się spotykać, istnieją wszak nowe technologie, dzięki którym można się porozumiewać.

Bez radykalnej zmiany relacji w partiach i między partiami a ich elektoratem nie powiedzie się odzyskanie wiarygodności w oczach prodemokratycznych wyborców. Odsunięcie PiS od władzy w drodze parlamentarnych wyborów będzie możliwe jedynie poprzez zaaplikowanie dużej dawki demokracji w same partie prodemokratyczne.

Gdańszczanie między obojętnością a aktywnością

W 2017 roku przez polskie miasta przetoczyła się fala demonstracji w obronie niezależności sądów, wywołana forsowanymi przez PiS ustawami podporządkowującymi wymiar sprawiedliwości ministrowi Ziobrze. W Gdańsku przy Nowych Ogrodach, przed siedzibą Sądu Okręgowego, gromadziły się tysiące gdańszczan, przemawiali liderzy opozycji demokratycznej, samorządowcy; szczególnie gorąco witano wystąpienia odważnych sędziów. Śpiewy, transparenty, płonące świeczki podkreślały wyjątkowy charakter tych protestów. Obok demonstrantów pamiętających gdański Sierpień '80 i demonstracje stanu wojennego protestowali też młodzi gdańszczanie: studenci, uczniowie, dwudziesto- i trzydziestolatkowie. Dla nich te demonstracje stały się swoistą inicjacją polityczną. Czy powrócą na ulice, aby demonstrować w obronie demokracji? Czy ta obywatelska inicjacja przekształci się w obywatelski nawyk?

W 2016 roku głównym organizatorem demonstracji w obronie Trybunału Konstytucyjnego był Komitet Obrony Demokracji. Wtedy 4,2% badanych gdańszczan deklarowało co najmniej jednokrotny udział w protestach, 48,2% nie uczestniczyło w żadnym, choć je popierało, 21% nie miało opinii na ten temat, a 26% było protestom przeciwne. Akcje KOD-u nieco częściej popierały osoby lepiej wykształcone oraz osoby w średnim i starszym wieku. Najmniejsze poparcie deklarowały osoby do dwudziestego dziewiątego roku życia9. Równocześnie aż 40% gdańszczan oceniło działanie obozu PiS wobec Trybunału Konstytucyjnego i mediów publicznych jako niedopuszczalne i łamiące procedury demokratyczne, a działania PiS uznane zostały za uzasadnione przez 21%, podczas gdy 31% gdańszczan nie miało zdania.

Na pytanie: "Gdyby obóz władzy dalej naruszał reguły demokratyczne, byłby(aby) Pan(i) skłonny(a) wziąć aktywny udział w jakiejś formie protestu?", aż 55,8% zadeklarowało swój udział, 22,8% było przeciwne protestom, a 21,3% odpowiedziało: "trudno powiedzieć". Jak widać, wśród gdańszczan jest bardzo wysoki potencjał sprzeciwu wobec działań PiS łamiących Konstytucję RP. Wyzwaniem jednak pozostaje - co pokazały kolejne demonstracje w roku 2016 i 2017 - uruchomienie aktywności, zmobilizowanie większych grup gdańszczan do czynnego manifestowania swojego sprzeciwu.

Należy postawić pytanie o podmiotowość gdańszczan, ich obywatelskie zaangażowanie i formy aktywności. Czy gdańszczanie wykazują minimum zainteresowania sprawami miasta i działalnością samorządu miejskiego? Jaki jest stan gdańskiego społeczeństwa obywatelskiego? Wszak zachowania polityczne, ich formy i intensywność wyrastają z lokalnego praktykowania aktywności obywatelskiej. Z całą pewnością osoba zainteresowana sprawami miasta i funkcjonowaniem lokalnego samorządu będzie również bacznym obserwatorem i komentatorem wydarzeń w Sejmie RP i w polityce ogólnopolskiej.

Nie jestem socjologiem, brak mi odpowiedniego przygotowania, ale intuicja podpowiada mi, że samorządność lokalna, lokalna demokracja często jest podstawową szkołą aktywności obywatelskiej, pierwszym otwarciem się na świat, wyjściem z bezpiecznego kręgu rodziny, sąsiadów, kolegów, współpracowników. I początkiem budowania innego rodzaju wspólnot: organizacji pozarządowych, grup nieformalnych...

Z corocznie prowadzonych badań wynika, że większość mieszkańców Gdańska deklaruje zainteresowanie bieżącymi sprawami miasta oraz prowadzoną przez prezydenta i radę miasta polityką. Odpowiedzi "zdecydowanie tak" oraz "raczej tak" udziela w ostatnich latach od 78% do 80%10. W roku 2000 "zdecydowanie tak" odpowiadało 30% mieszkańców, a między rokiem 2000 a 2006 ten poziom był jeszcze niższy: w roku 2006 osiągnął 20%. Zdecydowaną zmianę obserwujemy od roku 2007 - ogromnie zaczęło rosnąć zainteresowanie sprawami lokalnymi; w roku 2017 "zdecydowanie tak" odpowiedziało 40,2% mieszkańców. Ale wciąż jeszcze spora część gdańszczan - 21% - nie jest zainteresowana sprawami miasta. Na podstawie innych badań szacujemy, iż mieszkańców aktywnych społecznie jest 26%, biernych, ale deklarujących chęć aktywności - 27%, a biernych z wyboru i deklarujących brak potrzeby aktywności społecznej - 47%11. Równocześnie 50% gdańszczan deklaruje, że ma wpływ na sprawy swojego miasta, 36%, że nie ma wpływu, a 14% odpowiada: "trudno powiedzieć".

W ogólnopolskim badaniu przeprowadzonym na zlecenie tygodnika "Polityka" na ogólne pytanie o zainteresowanie Polaków polityką aż 22% badanych wyraziło brak zainteresowania, a 31% odpowiedziało, że "raczej się nie interesuje"; 16% "bardzo się interesuje", a 31% "raczej się interesuje"12. Komentując wyniki badań, Mariusz Janicki stwierdził, że frekwencja wyborcza jest w Polsce tak niska (sięgająca 50% ogółu uprawnionych do głosowania), ponieważ połowa Polaków w istocie nie interesuje się polityką. Ta apolityczność większości powoduje, że zawsze u steru rządów znajduje się polityczna mniejszość. Wystarczy zdeterminowany elektorat na poziomie kilkunastu procent, aby przejąć absolutną władzę w państwie. PiS w roku 2015 zdobyło właśnie tych kilkanaście procent; na tę partię zagłosowało 19% uprawnionych do głosowania13.

A jak deklarowane zainteresowanie sprawami miasta odzwierciedla się w akcie wyborczym, we frekwencji wyborczej gdańszczan? W roku 1990 w pierwszych demokratycznych wyborach do Rady Miasta wzięło udział 46,1%, czyli 155 137 gdańszczan, w roku 1994 - 30,3%, w 1998 - 42,97%, w 2002 - 34,6%, w 2006 - 44%, w 2010 - 39,74%, w 2014 - 40,02% (niespełna 143 000) gdańszczan. Większość (53,99% w roku 1990, 59,98% w 2014) została w domu, nie skorzystała z prawa do wpływania na kształt władzy uchwałodawczej (rada miasta), a od 2002 roku także wykonawczej (prezydent miasta). Co więcej, frekwencja w wyborach samorządowych w Gdańsku bardzo się różni od tej w wyborach ogólnopolskich (sejm, senat, wybory prezydenckie). Podobna tendencja występuje w innych polskich miastach. Najwyższa frekwencja została osiągnięta w roku 1995 w drugiej turze wyborów prezydenckich (Aleksander Kwaśniewski versus Lech Wałęsa); do urn poszło aż 71%, czyli 256 268 gdańszczan. Również referendum w sprawie wejścia do Unii Europejskiej przyniosło wysokie zaangażowanie: 68,46% (250 507 gdańszczan). Podobnie w wyborach do sejmu i senatu w roku 2007 - 67,47% (246 514 gdańszczan). Tak więc, wbrew przysłowiu "bliższa koszula ciału", sprawy lokalne i codzienne funkcjonowanie miasta nie wywołują w gdańszczanach aż takich emocji, by skorzystali z możliwości wpływu na kształt osobowy rady miasta czy wybór prezydenta. Czy oznacza to, że w mentalności Polaków wciąż dominuje przekonanie o omnipotencji rządu centralnego i jego zasadniczym wpływie na egzystencję obywateli? Sprawczość rządu jest wyższa niż rady miasta czy prezydenta? A może dwadzieścia osiem lat działalności to czas zbyt krótki, by samorząd terytorialny ugruntował swoją pozycję w powszechnej mentalności mieszkańców? To pytanie nie powinno zawisnąć w próżni. Ma różnych adresatów: są to na pewno samorządowcy, wynagradzani przez gminę radni, prezydent, wójt czy burmistrz, ale też pracownicy administracji samorządowej, gminnych instytucji kultury, sportu, pomocy społecznej.

Warto się na chwilę zatrzymać nad niektórymi wskaźnikami aktywności obywatelskiej w Gdańsku. Niemałym wyzwaniem jest dostęp do wiarygodnych danych. Dopiero od 2012 roku, dzięki mojej inicjatywie, Urząd Statystyczny w Gdańsku w corocznym informatorze o sytuacji społeczno-gospodarczej miasta zamieszcza dział pod znamiennym tytułem "Kapitał społeczny"14. W tym dziale znajdziemy informację, że w roku 2016 w Gdańsku zarejestrowane były 1523 stowarzyszenia i 670 fundacji; 217 miało status organizacji pożytku publicznego; utworzono 10 nowych podmiotów pozarządowych. 191 organizacji pożytku publicznego dostało 1% podatku dochodowego od osób fizycznych. Ten 1% to niezwykle ważny czynnik świadomości obywatelskiej; w roku 2015 spośród 283 327 gdańszczan płacących podatki aż 204 116, czyli 72%, przekazało 1% na rzecz organizacji pożytku publicznego. Odsetek podatników rośnie, od 63% w roku 2013 do 72% w roku 2015. Bardzo interesujące jest też zestawienie liczby podatników wpłacających darowizny na rzecz organizacji pozarządowych. W tym wypadku każda organizacja, nie tylko o statusie organizacji pożytku publicznego, może zostać obdarowana, a przekazujący darowiznę może przy rozliczeniu rocznym odliczyć kwotę darowizny od podatku. W roku 2015 z tego prawa skorzystało 6 742. gdańszczan (2,38% ogółu podatników). To pokazuje nie tylko niski poziom wiedzy z zakresu prawa podatkowego, lecz także niezbyt wielką skłonność do wspierania finansowego organizacji pozarządowych poza akcją 1%. Na tym tle coroczna zbiórka Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, z jej charyzmatycznym liderem Jerzym Owsiakiem, jawi się jako fenomen społeczny. W 2017 roku w Gdańsku zebrano ponad 861 000, a w roku 2018 - ponad 1 100 000 złotych. Czy fenomen WOŚP potwierdza raz jeszcze, że Polacy odczuwają i wyrażają wspólnotę i chęć współdziałania przede wszystkim w momentach nadzwyczajnych wydarzeń? Jak twierdzi profesor Marek Ziółkowski, to poczucie i wyrażanie wspólnoty oraz towarzyszące mu niekiedy duże napięcie emocjonalne bywa zazwyczaj krótkotrwałe, może sprzyjać budowie i utrwalaniu tożsamości poszczególnych osób czy grup, ale w niewielkim stopniu przekłada się na ich aktywność społeczną i kształt codziennej współpracy z innymi ludźmi15. Pozostaje więc pytanie: co robić?

Jeżeli wierzysz w demokrację i w państwo prawa oraz nie jesteś obojętny wobec przyszłości demokracji w państwie i w demokracji lokalnej, to jest wiele sposobów, aby pobudzać aktywność obywatelską, aby pomnażać kapitał społeczny, aby upowszechniać dobre wzorce praktyk demokratycznych wśród mieszkańców. Najważniejsze to nie być obojętnym - demokracja żąda zainteresowania, więdnie i usycha, kiedy obywatele nie interesują się polityką ani prawami publicznymi. Bliska jest mi definicja polityki jako roztropnej troski o dobro wspólne16, służąca dobru wspólnemu działalność społeczna, gospodarcza, prawodawcza. Polityka wszak dotyczy wszystkich i każdy z nas powinien się nią w pewnym stopniu zajmować. Oczywiście większa odpowiedzialność spoczywa na politykach - wybieranych wójtach, prezydentach, burmistrzach, radnych.

Dalej przedstawię gdańskie doświadczenie z praktykowania lokalnej demokracji, różnych prób jej ożywienia. Niektóre przykłady, jak gdańskie rewolucje podwórkowe, mogą dziwić, bo niby jaki mają związek z demokracją lokalną? No właśnie! Otóż wbrew pozorom mają silny związek z praktykowaniem demokracji lokalnej, taki sam, jak każda działalność społeczna, która wyrywa obywatela z bezruchu i obojętności.

O współczesnych powinnościach wójtów, burmistrzów i prezydentów

"Gorący spór polityczny w roku 2017 nie przyniósł mieszkańcom Gdańska nic dobrego, bo ich prawdziwe problemy zeszły na dalszy plan, gdy toczyła się kolejna odsłona walki o demokrację" - napisał w styczniu 2018 Krzysztof Katka w liberalnej "Gazecie Wyborczej"17. I ubolewał, że "gdy trwa kłótnia o nazwy ulic czy kolejna odsłona walki o demokrację", to polityka przykrywa sprawy Gdańska. W końcu zawyrokował: "Prawda jest też taka, że Adamowicz nie raz sam prowokował przeciwnika i p r ó b o w a ł w y k a z a ć, ż e P i S j e s t g r o ź n y d l a d e m o k r a c j i"18. Redaktor Katka nie przedstawił jednak ani jednego przykładu ilustrującego tezę, że moje zaangażowanie w obronę demokracji w Polsce przyniosło jakiekolwiek wymierne straty bieżącym sprawom Gdańska. W wywodzie Krzysztofa Katki mieści się coś znacznie groźniejszego niż owa teza. Jest to przekonanie, że prezydenci miast, samorządowcy powinni trzymać się z dala od obrony fundamentalnych wartości polskiej demokracji, od obrony Konstytucji RP.

W roku 2017 samorząd gdański działał bez zakłóceń; transport publiczny rozszerzał swoje usługi o nowe linie, system odbioru odpadów komunalnych realizował swoje zadania zgodnie z dyrektywami, ulice były sprzątane, w kranach nie brakowało wody. Kwitły inwestycje samorządowe: oddaliśmy kładkę na Ołowiankę (za 11,7 miliona złotych), rozbudowaliśmy Dom Pomocy Społecznej "Ostoja" na Stogach (za 3,4 miliona złotych), powstała kryta pływalnia w Osowej (za 13,4 miliona złotych), żłobek dla 96 dzieci przy ulicy Kolorowej (za 6,9 miliona złotych), przedszkole dla 250 dzieci przy ulicy Damroki (za 8,8 miliona złotych). Mieszkańcy Oruni z radością powitali odnowiony Park Oruński (za 9,4 miliona złotych); w ramach programu "Jaśniejszy Gdańsk" mieszkańcy 29 ulic poczuli się bezpieczniejsi dzięki nowemu oświetleniu (za 4,5 miliona złotych), a udogodnień doświadczyli użytkownicy nowo oddanych 10 kilometrów chodników (za 15,5 miliona złotych). Walka w obronie demokracji i niezawisłości sądownictwa w Polsce nie utrudniła Gdańskowi realizacji inwestycji o wartości 342 milionów złotych. Krzysztof Katka wystawił jednak prezydentowi Gdańska cenzurkę: "Chała za to, że polityka przykryła sprawy Gdańska"19. Skąd taka ocena, wystawiona dodatkowo przez redaktora liberalnego dziennika, który w roku 2016 bronił Trybunału Konstytucyjnego, a w 2017 - niezawisłości polskiego wymiaru sprawiedliwości i Sądu Najwyższego? Powtórzę jeszcze raz: to odbicie utrwalonego w niektórych kręgach opinii publicznej poglądu, że władza PiS jest kolejnym rutynowym zmiennikiem władzy wykonawczej w cyklu wyborczym w Polsce. Rządziła koalicja PO-PSL, a teraz rządzi PiS a potem będzie rządzić... inne ugrupowanie? Jakby redaktor Katka po dwóch latach rządów PiS, nie dostrzegał radykalnej zmiany treści rządów PiS w porównaniu ze wszystkim poprzedzającymi je po 1989 roku rządami. Jakby nie przeczytał choćby tez raportu Komisji Weneckiej w sprawie niszczenia przez PiS niezależności Trybunału Konstytucyjnego, wypowiedzi Komisji Europejskiej czy Parlamentu Europejskiego, rzeczniczki departamentu stanu USA i wielu innych głosów znawców prawa w kraju i za granicą. Liczne demonstracje w Gdańsku w 2016, a zwłaszcza 2017 roku, wydaje się, umknęły uwagi Krzysztofa Katki. To gdańszczanie demonstrowali, razem z mieszkańcami innych miast Pomorza, przybyłymi do Gdańska specjalnie na te demonstracje. Adamowicz demonstrował razem z innymi gdańszczanami, nie tylko "próbował wykazywać, że PiS jest groźny dla demokracji". Był, jest pewien, że Prawo i Sprawiedliwość wielokrotnie złamało Konstytucję RP, osłabiło naszą jakże jeszcze niestabilną demokrację, młodą i niezakorzenioną, próbując wmawiać obywatelom, że "zdejmuje z nich odpowiedzialność", że da im stabilizację, że ochroni ich przed światem, który nieustannie zagraża im i Polsce.

Jestem prezydentem Gdańska, miasta wolności i solidarności. A historia, dokonania naszego miasta, jego ideowa misja stawia przed każdym prezydentem - nie zawaham się użyć tego określenia - imperatyw moralny twardej obrony tych podstawowych wartości, ilekroć są zagrożone. Samorząd terytorialny w Polsce, odrodzony w 1990 roku dzięki rewolucji Solidarności i rządowi Tadeusza Mazowieckiego, jest nie tylko częścią administracji publicznej, jest fundamentem polskiej demokracji. Polki i Polacy mieszkają, rodzą się i umierają, chodzą do szkół w konkretnej gminie, mieście, jednostce samorządu terytorialnego. Nie ma gminy Polska! Jest gmina Warszawa, gmina Gdańsk, gmina Kraków czy Wrocław. Każdy wójt, burmistrz, prezydent, obejmując swój urząd, uroczyście ślubuje, że dochowa wierności prawu, a powierzony mu urząd sprawować będzie tylko dla dobra publicznego i pomyślności mieszkańców gminy20. Dochowanie wierności prawu oznacza strzeżenie Konstytucji RP z 1997 roku jako najwyższego prawa i źródła wszystkich praw. Dobrem publicznym są niezawisłe sądy i trybunały. Gminy, czyli jednostki samorządu terytorialnego, mają osobowość prawną i samodzielność. I właśnie niezależność i samodzielność gminy Gdańsk czy którejkolwiek innej spośród 2478 gmin w Polsce podlega ochronie sądowej21. Żadnemu prezydentowi, wójtowi czy radnemu nie może być obojętne, czy sądownictwo w Polsce będzie niezależne, czy podległe partyjnemu aparatowi ministra Ziobry.

Jeden z ostatnich przykładów to sprawa "dekomunizacji nazw ulic i placów" w polskich miastach. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gdańsku 29 marca 2018 roku uchylił zarządzenie wojewody pomorskiego zmieniające nazwy siedmiu ulic w mieście. Skład sędziowski stwierdził, że na podstawie Konstytucji RP i ustawy o samorządzie terytorialnym jedynie organ samorządu - rada gminy - ma prawo przeprowadzania takich zmian. Podobnie zawyrokował Wojewódzki Sąd Administracyjny we Wrocławiu 10 maja 2018 roku. Oba wyroki są nieprawomocne i zapewne staną się przedmiotem odwołania wojewodów z nadania PiS. Potwierdzają jednak opinię samorządowców i większości prawników, że tak zwana "ustawa dekomunizacyjna" łamie konstytucyjną zasadę decentralizacji zadań publicznych i narusza samodzielność gminy, chronioną prawem. Poirytowany gdańskim wyrokiem minister Ziobro pogroził sędziom: "Tylko Trybunał Konstytucyjny może rozstrzygać, czy ustawa jest zgodna z Konstytucją, czy nie; jeśli sąd powszechny wchodzi w tę rolę, to w mojej ocenie sędziowie, którzy tak postępują, dopuszczają się deliktu dyscyplinarnego"22.

Tak więc to, co dla Krzysztofa Katki jest nieistotną "kłótnią o nazwy ulic", w rzeczywistości jest fundamentalną sprawą dla samodzielności polskiej gminy. I polski wójt, burmistrz czy prezydent, nie mówiąc o radnych, nie może być obojętny wobec naruszenia przez obóz PiS praw samorządu.

Na początku 2017 roku Jarosław Kaczyński wystąpił z ostrą krytyką samorządowców i samorządów w Polsce, używając skandalicznych słów: "patologia, klika, podejrzane interesy, układy". To była przykrywka do wysunięcia postulatu ograniczenia liczby kadencji dla wójtów i prezydentów, która miała działać wstecz23. Naturalną reakcją na zakusy Kaczyńskiego było zorganizowane przeze mnie spotkanie (2 lutego 2017 roku w Europejskim Centrum Solidarności) dużej reprezentacji samorządowców z województw pomorskiego i kujawsko-pomorskiego. Niezawodnie wsparł mnie marszałek województwa pomorskiego Mieczysław Struk i prezydent Sopotu Jacek Karnowski. Na spotkanie, mimo zaproszenia, nie przybył prezydent Gdyni Wojciech Szczurek; nie delegował też żadnego przedstawiciela. Zebrani w ECS samorządowcy przyjęli apel w obronie wolności wyboru i niezależności społeczności lokalnych24. Wezwałem do powołania Komitetu Obrony Samorządów (KOS), zachęcałem do samoorganizacji i częstszego uświadamiania mieszkańcom zagrożeń płynących z chęci podporządkowania samorządów decyzjom PiS.

W marcu 2017 zorganizowaliśmy w siedzibie Międzynarodowych Targów Gdańskich "Pomorską Konwencję Samorządową". Oprócz przedstawicieli samorządu terytorialnego zaprosiliśmy reprezentantów samorządów zawodowych: adwokatów, notariuszy, radców prawnych, lekarzy, przedsiębiorców i przedstawicieli Związku Nauczycielstwa Polskiego (sojuszników w obronie gimnazjów). Mówiłem wtedy: "Nie możemy iść jak barany na rzeź, nie możemy cicho siedzieć. Jeśli my nie upomnimy się o prawo samorządu, to nie oczekujmy, że obywatele się o nie upomną. To my musimy zmotywować ludzi do oporu. Nie może być tak, że jeden wywiad w "Gazecie Polskiej" czy Telewizji Trwam zastąpi proces legislacyjny. Nie może być tak, że jedna wizyta w telewizji Kurskiego ma skutkować zmianą ustroju"25. Apelowałem dalej do koleżanek i kolegów samorządowców, by odrzucili "małą stabilizację życiową" i "myślenie, że jakoś to będzie". "Niektórzy mogą nie chcieć się narażać. Nie myślcie jednak, że jak się przypodobacie, to dostaniecie [od rządu] kilka euro więcej. Dzisiaj nie ma miejsca na obojętność. Dzisiaj idzie o obronę samorządu terytorialnego. Będą protesty w wielu miastach, aż do momentu, kiedy zostaną odrzucone pomysły niszczące samorządność. Bądźmy razem, bo zaprzepaścimy dorobek dwudziestu siedmiu lat samorządu terytorialnego. Jak będzie trzeba, to wyjdziemy na ulice, będziemy protestować do upadłego, aby odrzucone zostały te propozycje"26.

Rada Miasta Gdańska na nadzwyczajnym posiedzeniu uchwaliła apel w obronie niezależności samorządów; oczywiście radni PiS byli przeciwni27.

Następnym krokiem było przekonanie szefów ogólnopolskich organizacji samorządowych do zorganizowania zgromadzenia samorządowców w Warszawie. Razem z prezydentem Jackiem Karnowskim odbyliśmy wiele spotkań z prezydentami i wójtami. Te rozmowy ujawniły liczne między nami różnice w ocenie działań Jarosława Kaczyńskiego i obozu PiS; pokazały różne pomysły na sposób organizacji protestów. Samorządowcy związani z PiS stali murem za pomysłami ograniczenia kadencyjności wójtów, połączonego z tym, że prawo może działać wstecz. Zarzucali nam "upolitycznianie" samorządów.

16 marca 2017 w Warszawie na zaproszenie siedmiu organizacji samorządowych odbyło się Forum Samorządowe, które zgromadziło tysiąc samorządowców z całego kraju. Zebrani przyjęli Kartę Samorządową i wystosowali apel w obronie samorządności w Polsce. Siedem organizacji powołało wspólny Samorządowy Komitet Protestacyjny. Zaproponowałem, by wzorem Pomorza w każdym województwie powołać regionalne komitety protestacyjne. Wszyscy zebrani poparli ideę, by na majowych sesjach rad gmin, powiatów i sejmików wojewódzkich przyjąć w formie uchwał Kartę Samorządową. Wszyscy zebrani w Warszawie byli przekonani, że tylko szeroki protest samorządowców i obywateli może zniechęcić PiS do dalszej destrukcji samodzielności samorządów. W majowym "Marszu Wolności" w Warszawie wzięło udział wiele delegacji miast i gmin. Również w maju w tysiącach rad gmin i powiatów odbyły się debaty w obronie samorządności.

W lipcu prezydent Andrzej Duda, naciskany przez samorządowców i opinię publiczną, po raz pierwszy w swej kadencji zawetował nowelizację ustawy o Regionalnych Izbach Obrachunkowych (RIO). Po pierwsze, skrytykował pomysł PiS, by RIO oceniały gospodarność działań samorządu, jako jaskrawo naruszający zasadę samodzielności. Od oceny gospodarności są radni i wyborcy, a nie instytucje rządowe. Po drugie, wytknął niezasadność rozwiązania, by wójtowie, burmistrzowie i prezydenci byli odwoływani w trybie natychmiastowym w wypadku negatywnej opinii RIO28. Ostatecznie PiS pod naciskiem wyjątkowo zmobilizowanych środowisk samorządowych w całym kraju zrezygnowało z zamiaru objęcia zakazem kandydowania, czyli złamania biernego prawa wyborczego, wszystkich wójtów o stażu dłuższym niż dwie kadencje.