Wstęp
Przed wojną obszary przyległe do Gdańska i Gdyni, dwóch sąsiednich miast
i portów, podzielone były między trzy organizmy państwowe. Wolne Miasto
Gdańsk, wydzielone z powodu nierozstrzygniętych sporów Polski i Niemiec,
oficjalnie znajdowało się pod kontrolą komisarzy Ligi Narodów. Część
polskiego Pomorza, z wybudowaną olbrzymim nakładem sił i środków Gdynią,
zajmowała wybrzeże morskie nieco dalej na północ, natomiast sąsiadujące
od wschodu tereny powiślańskie zostały ulokowane w granicach niemieckich
Prus Wschodnich, jednak wraz z nimi odcięte były od centralnych ziem III
Rzeszy.
Dla miejscowych Polaków wybuch drugiej wojny światowej we wrześniu 1939
roku i wygrana kampania niemieckiego Wehrmachtu zmieniły ten obraz z dotychczas złego na fatalny. Gdańsk już w pierwszych tygodniach wojny
entuzjastycznie powitał Adolfa Hitlera, niemieckiego przywódcę.
Większość mieszkańców zaakceptowała oficjalne włączenie Wolnego Miasta
do Niemiec. Błyskawicznie i bezproblemowo przeistoczono je w na wskroś
narodowosocjalistyczny Danzig. Przekreślono miejscową odrębność, jaką
dawały przejawy międzynarodowego statusu prawnego i liberalne prawa
samorządowe. Do nowo utworzonego okręgu administracyjnego Rzeszy,
nazwanego niebawem Gdańsk-Prusy Zachodnie, wcielono też niedawny
"korytarz polski", jak nazywali Niemcy podbitą część Pomorza. Obok
znacznych obszarów zlikwidowanego województwa pomorskiego do Prus
Zachodnich dołączono wtedy także mały kawałek Działdowszczyzny. Zdobytą
Gdynię przemianowano z nordycka na "port Gotów" - Gotenhafen. Wielu jej
dotychczasowych polskich mieszkańców siłą przesiedlono w odległe rejony,
najczęściej do utworzonego na gruzach centralnej części Rzeczypospolitej
tzw. Generalnego Gubernatorstwa. Pospiesznie odtworzona przez Niemców
dzielnica zachodniopruska skupiła tereny od Bydgoszczy i Torunia na
południu, przez Chojnice na zachodzie, po prawobrzeżne ziemie
powiślańskie, z Malborkiem i Elblągiem na wschodnim krańcu. Mieszkały
tam ponad dwa miliony ludzi, z których jedynie część uznawała się za
Niemców.
Centralnym punktem i stolicą nowego, nadmorskiego regionu Niemiec został
Gdańsk. Był najludniejszy, a obok zwyczajowego pełnienia funkcji centrum
urzędowego podtrzymał też swój wcześniejszy prym w handlu morskim,
przeładunkach portowych, a także przemyśle stoczniowym. Zabrana Polakom
Gdynia przestała być dla Gdańska konkurencją. Stała się natomiast
podstawową bazą niemieckiej marynarki wojennej we wschodniej części
Bałtyku. W tandemie oba te miasta, ich porty i stocznie, skutecznie
realizowały szeroki wachlarz zadań związanych z potrzebami gospodarki
wojennej Rzeszy. Tu budowano i remontowano okręty wojenne różnych typów
i klas, szkolono kadry Kriegsmarine. W końcowym okresie wojny w Gdańsku
produkowano najnowsze okręty podwodne typu XXI, o zasięgu oceanicznym,
mogące ponownie zdezorganizować konwoje atlantyckie z USA do Europy. W dodatku, z powodu znacznej odległości od baz lotnictwa alianckiego,
tutejsze porty i stocznie były mniej narażone na destrukcyjne ataki
bombowe na niemieckie centra przemysłowe.
Przypomnijmy też, że ten sporny przed wojną Gdańsk i jego okolice były
dla Niemców oficjalnym powodem do rozpoczęcia z Polakami konfliktu,
który przeistoczył się w globalną zawieruchę. Od pierwszych chwil tej
wojny, symbolizowanych strzałami z pancernika Schleswig-Holstein, na
obrzeżach Gdańska przez tydzień walczono o składnicę tranzytową
Westerplatte, nadając tej obronie rangę symbolu. Za broń chwyciła też
załoga tutejszej Poczty Polskiej, która po wzięciu do niewoli została
bezprawnie osądzona, po czym bestialsko zamordowana. Walki o Gdynię i Kępę Oksywską trwały do 18 września. W kilka miesięcy członkowie
regionalnego Selbstschutzu, niemieckiej organizacji paramilitarnej,
zgładzili tysiące swoich polskich sąsiadów, głównie miejscową
inteligencję. Dziś ocenia się, że "zbrodnia pomorska" przyniosła śmierć
nie mniej niż trzydziestu tysięcy Polaków. Od pierwszych dni wojny
rozpoczął też funkcjonowanie na obrzeżach regionu niemiecki obóz w Stutthofie. Najpierw pełnił funkcję prewencyjną, potem koncentracyjną, w końcu także miejsca zagłady. Ze stu dwudziestu tysięcy osadzonych w nim
do końca wojny ludzi połowa poniosła śmierć. Najczęściej ginęli Żydzi i Polacy. Pozostałą polskojęzyczną ludność regionu, jeśli nie została
wysiedlona, sterroryzowano i często przymuszano do przyjęcia niemieckiej
listy narodowościowej. Znalazło się na niej prawie milion osób. Bez
wskazania tych faktów dalsza opowieść byłaby niepełna.
Jeszcze kilka zdań wstępu należy poświęcić uczestnikom starcia. Na
początku wojny Związek Sowiecki
i III Rzesza Niemiecka związane były sojuszem. Ich widzenie części
Europy jako odrębnych stref wpływów przyniosło realne zmiany na mapach,
w tym kolejny podział Polski. Układ ten przetrwał do połowy 1941 roku.
Wówczas Hitler zaatakował państwo Stalina, uzasadniając to koniecznością
uderzenia wyprzedzającego. Od tego czasu Sowieci zmienili sojusze, a oba
kraje rozpoczęły zmagania na
wyniszczenie wroga. Po początkowych dotkliwych porażkach Armia Czerwona
skutecznie powstrzymała niemiecki Wehrmacht i przeszła do kontrofensywy.
W 1944 roku doszła do granic ziem niemieckich i przeniosła starcia na
teren przeciwnika. Niemcy cofali się, ale wciąż żyli nadzieją
zatrzymania Sowietów na kolejnych rubieżach. Jedną z nich była linia
Wisły.
Zderzenie armii dwóch totalitarnych państw w niewielkim dla całości
wschodniego teatru zmagań, ale geopolitycznie unikatowym skupisku
nadbałtyckich miast portowych, musiało przynieść ze sobą starcia zbrojne
o niepowtarzalnym charakterze. Z pewnością były one pochodną myśli
wojskowej i taktyki obu stron konfliktu, wskazującej zalecane sposoby
ataku i obrony specyficznych miejsc o zwartej zabudowie i dużej liczbie
ludności. Uderzając na ówczesne północne tereny Rzeszy Niemieckiej,
wojska sowieckie musiały zakładać, że toczyć będą zacięte bitwy o opanowanie miast, portów i dużych obszarów przemysłowych, które
nieprzyjaciel zamienił w ufortyfikowane węzły obrony. Podczas
przygotowywania większych miejscowości do nadchodzących walk, oprócz
przekształcania masywnych budynków w punkty zdatne do stawiania w nich
długotrwałego oporu, obrońcy rozstawiali swoje siły z możliwością
wycofywania ich w głąb zagęszczającej się zabudowy. Do ich
rozmieszczenia wykorzystywali też specyficzny układ bronionego terenu,
np. parki, skwery czy cmentarze. Naturalne rubieże tworzyły kanały i rzeki, które przepływały przez miasta, a sukcesy i porażki stron
warunkowało utrzymanie przecinających je mostów lub kładek.
Także i w planowaniu obrony obu największych miast położonych na terenie
Pomorza Gdańskiego wyodrębniano dwie główne strefy oporu, znacznie
różniące się od siebie. Pierwsza, stanowiąca niejako "nowe miasto",
obejmowała przedmieścia, dzielnice willowe i osady fabryczne. W tej
strefie Wehrmacht z reguły koncentrował do dwóch trzecich wszystkich sił
piechoty, artylerii, czołgów, dział samobieżnych i jednostek
inżynieryjnych. Tutaj, na najważniejszych obszarach, wznoszono nowe
konstrukcje obronne i używano starych fortów, jeśli takie wciąż
istniały. Siły broniące w tej strefie starały się zmusić nacierających
do rozmieszczenia jak największej liczby żołnierzy na podejściach do
miasta i narzucenia im jak najdłuższej walki na jego obrzeżach. Ten
sposób powodował postępujące osłabienie sił, wykrwawienie personelu i szybko rosnące straty w sprzęcie.
Drugą strefę obrony stanowiło centrum miasta. Ta część była najgęściej
zabudowana wielokondygnacyjnymi, murowanymi budynkami, zwykle tworzącymi
zwarte kwartały. Tam obrońcy z czasem wycofywali główne siły swego
garnizonu. Dla wojsk broniących się w pierwszej strefie z góry już
przewidywano obszary i punkty oporu do obsadzenia w drugiej. Dlatego w miarę zbliżania się atakujących do śródmieścia nasilał się opór, a także
rosła intensywność walk.
Sowieckie wojska nie były jednak bierne i własnymi metodami ataku
przeciwstawiały się niemieckiej taktyce obrony miast i terenów
zurbanizowanych. Najczęściej ofensywa na miasta była prowadzona
jednocześnie w kilku kierunkach, zbiegających się w centrum. Umożliwiało
to uderzającym formacjom rozbicie monolitu obrony na części,
odizolowanie poszczególnych obszarów miasta i stopniowe, nieraz
wykonywane dom po domu i w walce wręcz, likwidowanie nieprzyjacielskich
załóg lub zmuszanie ich do kapitulacji.
Niektóre z sowieckich armii walczących w marcu o Gdańsk i Gdynię nie
miały dotąd większych doświadczeń, jeśli chodzi o zdobywanie miast.
Najlepiej radziły sobie te jednostki, które zdążyły tej zimy sprawdzić
swe siły w bojach o Elbląg czy Grudziądz. Tam miały do czynienia z murowaną zabudową, mostami na rzekach, kompleksami przemysłowymi. Inni
musieli sobie radzić, przywołując wspomnienia z wcześniejszych walk o Stalingrad, wyszukując weteranów tych bojów i polecając, by opowiedzieli
młodszym żołnierzom o ich specyfice.
Główną rolę w walkach ulicznych miały odgrywać oddziały i grupy
szturmowe. Grupy takie powinny być wykorzystywane do atakowania i niszczenia nieprzyjacielskich załóg broniących pojedynczych domów lub
całych ich zespołów. Natomiast oddziały szturmowe miały rozwiązywać
problem eliminowania większych punktów i węzłów oporu, z reguły
zlokalizowanych w kwartałach centrów zdobywanych miast. W niektórych
przypadkach powierzano im prowadzenie ataku wzdłuż głównych ulic miasta
ku centrum w celu głębokiego przebicia się przez obronę wroga i szybkiego rozczłonkowania jego sił.
Skład grup szturmowych przeznaczonych do prowadzenia działań bojowych w mieście zależał od dostępności sił i środków, charakteru budynków i ich
wyposażenia inżynieryjnego oraz sił wroga broniących obiektu. W większości przypadków do ich tworzenia kierowano od plutonu do kompanii
piechoty. Wzmacniano je sekcjami saperów, operatorów plecakowych
miotaczy ognia oraz chemików. Przydzielano im jeden, czasem dwa czołgi
lub działa samobieżne oraz dwa do czterech dział o kalibrze od 76 do 152
mm. Dla lepszej współpracy grupa szturmowa była dzielona na podgrupy.
Pierwsza dokonywała ataku. Obejmowała strzelców, miotaczy ognia,
chemików, saperów i czołgistów. Druga zabezpieczała atak ogniem
wsparcia. W jej skład wchodzili artylerzyści, a także obsługa cekaemów,
rusznic przeciwpancernych oraz moździerzy. Trzecia to niewielki zespół
dowodzenia. Gromadził łącznościowców, sygnalistów, gońców i rezerwę
dowódcy.
Oddziały szturmowe były jednostką bojową większą i silniejszą od grup.
Tworzono je z batalionu piechoty ze wsparciem plutonu saperów, plutonu
miotaczy ognia, plutonu obrony chemicznej, kompanii czołgów lub
artylerii samobieżnej, od trzech do czterech baterii artyleryjskich i moździerzy o kalibrze do 203 mm włącznie. Taki oddział był dzielony na
trzy lub cztery specjalistyczne grupy:
zaporową, ogniową i rezerwową.
Podczas działań w mieście szturm na poszczególne obiekty obronne
prowadzony był różnymi metodami. Najczęściej jednak natarcie poprzedzano
częściowym zniszczeniem zdobywanego budynku. Robiono to ogniem artylerii
prowadzonym na wprost, pociskami zdobycznych pancerfaustów lub ładunkami
wybuchowymi zakładanymi przez saperów.
Obszar ofensywnej operacji wschodniopomorskiej - jak dowództwo Armii
Czerwonej oficjalnie sklasyfikowało walki stoczone z Niemcami w 1945
roku w środkowej części południowego wybrzeża Morza Bałtyckiego -
obejmował region sięgający od Gdańska po Szczecin. Przez atakujących był
on nazywany Pomorzem Wschodnim. Według obrońców natomiast starcia
toczyły się w dwóch ówczesnych dzielnicach Rzeszy - Prusach Zachodnich i na Pomorzu. Dziś cały ten obszar znajduje się w granicach państwa
polskiego, a oba regiony - Pomorze Gdańskie i Pomorze Zachodnie - w przybliżeniu odpowiadają obszarom, na które pod koniec wojny uderzały
dwa sowieckie zgrupowania frontowe. Dla tej publikacji najważniejszy
będzie teren Gdańska, Gdyni i ich okolic, gdzie stoczono bitwy miejskie.
Wyjaśnijmy dokładniej, iż teren szeroko ujętej operacji
wschodniopomorskiej określony został geograficznie na północy wybrzeżem
morskim od ujścia Wisły do Cieśniny Dziwnowskiej. Na wschodzie biegł
wzdłuż Wisły do Bydgoszczy, a na południu wodami Kanału Bydgoskiego oraz
Noteci i Warty, aż po Kostrzyn nad Odrą. Zachodni jego skraj wyznaczała
Odra. Powierzchnię tak określonego regionu zajmowała pagórkowata równina
w jednej trzeciej porośnięta lasami. W nadbałtyckiej części wyróżniały
się dwa obszary: Wyżyna Kaszubska, rozciągająca się od Gdańska i Gdyni
na zachód po rzekę Słupię, a także Wyżyna Pomorska, położona na
południowy zachód od Słupi aż po Odrę. Najwyższym punktem była góra
Wieżyca o wysokości trzystu trzydziestu jeden metrów nad poziomem morza.
Na terenie tak ujętego obszaru operacyjnego występowała spora liczba
rzek, z których największymi były: Wisła, Odra, Warta, Słupia, Wieprza,
Parsęta i Rega. W południowo-zachodniej części znajdowało się dwieście
pięćdziesiąt jezior.
Sowieccy sztabowcy zaznaczali, że tak dookreślane przez nich Pomorze
Wschodnie miało dobrze rozwiniętą sieć komunikacyjną. Linie kolejowe
były tam ułożone gęsto i przeważnie dwutorowe. Nawierzchnie licznych
szos były pokryte żwirem, asfaltem lub betonem. Ulice w miastach -
zwykle wyłożone brukiem. Przez region przebiegał też odcinek autostrady
łączącej Berlin z Królewcem, z odgałęzieniem poprowadzonym na Szczecin.
Średnia gęstość dróg bitych wynosiła ponad trzydzieści kilometrów na sto
kilometrów kwadratowych powierzchni, a kolei - ponad dziesięć
kilometrów. Szerokie zastosowanie znajdowały w regionie rzeczne i morskie szlaki komunikacyjne. Wisła, Odra, Kanał Bydgoski i Warta były
żeglowne przez prawie cały rok. U ujścia Odry i Wisły funkcjonowały duże
porty morskie. Wszystkie miasta i przeważającą większość wsi podłączono
do sieci telegraficznej i telefonicznej, a znaczną część kabli
telekomunikacyjnych ułożono pod ziemią. Na terytorium nadmorskim panował
klimat umiarkowany. Na przełomie zimy i wiosny, a zatem w okresie
toczonych tu w 1945 roku walk, pogoda była przeważnie pochmurna, z licznymi opadami deszczu i mgłami. Spodziewać się można było wiosennych
roztopów i spływu kry na rzekach. Temperatura powietrza w lutym wynosiła
średnio od zera do trzech, a w marcu od siedmiu do dziesięciu stopni
Celsjusza1.
Według podsumowań Armii Czerwonej operacja wschodniopomorska realizowana
była od lutego do końca marca lub nawet do początków kwietnia 1945 roku.
Przyjmijmy, że działania ofensywne wojsk sowieckich na
szeroko ujętym Pomorzu Wschodnim można podzielić
na kilka etapów.
Za pierwszy uznajmy dwa tygodnie, od 10 do 23 lutego. Wówczas oddziały
2. Frontu Białoruskiego zaatakowały wojskami swego centrum i lewego
skrzydła w kierunku północno-zachodnim. Dotarły niedaleko, do linii
Gniew-Skórcz-Czersk-Chojnice-Debrzno. Do boju w tej operacji ruszyły
także oddziały prawego skrzydła 1. Frontu Białoruskiego, ale ze względu
na ich walki na kierunku zachodnim i parcie w stronę Szczecina będą tu
znacznie rzadziej przywoływane.
Za drugi etap uznano czas od 24 lutego do 5 marca. Oddziały 2. Frontu
przystąpiły do walk na lewym skrzydle z użyciem nowych sił - 19. Armii i 3. Korpusu Pancernego Gwardii. Te oddziały ruszyły do ofensywy w kierunku Koszalina. Pod koniec etapu dotarły do morza na odcinku jezioro
Jamno-Kołobrzeg, dokonując rozdzielenia sił niemieckich na Pomorzu.
Trzeci etap operacji wskazany został na okres między
6 a 13 marca. Wojska sowieckie spychały rozcięte już zgrupowanie wroga,
które wycofywało się jedną armią na wschód, a drugą na zachód. Wówczas
oddziały 2. Frontu, kierując swe lewe skrzydło w kierunku wschodnim i północno-wschodnim, pod koniec etapu dotarły do brzegów Zatoki Puckiej i zewnętrznego pasa fortyfikacji rejonu obronnego Gdynia-Gdańsk.
Etap czwarty trwał od 14 do 31 marca, a czasem, jako datę jego
zakończenia, podaje się nawet 5 kwietnia. Wówczas oddziały 2. Frontu
toczyły walki w rejonie Gdańska i Gdyni. W wyniku bitew o miasta Armia
Czerwona
rozcięła i pokonała zgrupowania Wehrmachtu broniące portów, opanowała
brzegi Zatoki Gdańskiej i zablokowała siły nieprzyjaciela zepchnięte na
Mierzeję Helską, do ujścia Wisły oraz pod Oksywie. Ten ostatni
przyczółek zlikwidowany został na początku kwietnia. Dwa pozostałe
przetrwały do kapitulacji Niemiec w maju.
W podsumowaniach obie strony wydzielały też niekiedy ostatni,
kilkudniowy okres walk ulicznych, skutkujący opanowaniem centralnych
dzielnic Gdyni i Gdańska. Dla walk o oba miasta akurat ten czas był
kluczowy, zatem końcowe dni, od 26 do 30 marca, celowo zostaną tu
opisane znacznie szerzej2.
Gdańsko-gdyński rejon umocniony traktowany był jako jednolity obszar
obronny miast. Składał się z dwóch obwodów - zewnętrznego i wewnętrznego
- dogodnie poprowadzonych przy obu aglomeracjach. Najsilniejsza obrona
została przygotowana na podejściach do Gdańska od stron wschodniej i południowej, ponieważ początkowo z tych kierunków Niemcy oczekiwali
uderzenia Sowietów na miasto. Natomiast w rejonie Gdyni wykorzystano
przedwojenne polskie umocnienia, przygotowane do obrony od północy i zachodu, ale najtrudniejsza do zdobycia była strona południowa. Ze
względu na jej warunki terenowe, z niedostępnymi wzgórzami i gęstymi
lasami, kanalizowała ruch wojsk na nielicznych drogach, łatwych do
zablokowania. Centralny odcinek rejonu wzmocniono łącznikiem
fortyfikacyjnym utworzonym kilkanaście kilometrów przed Sopotem.
Obszar obronny miasta Gdańska składał się z dwóch stref fortyfikacji,
mających umocnienia przygotowane do zajęcia przez niemieckie wojsko.
Składały się na nie: okopy, rowy łącznikowe, stanowiska strzeleckie,
otwarte platformy dla dział piechoty i karabinów maszynowych, a także
rozmaite schrony i kryjówki. Pierwsza linia obrony miała głębokość od
trzech do pięciu kilometrów. Jej granica przebiegała wzdłuż miejscowości
Rudniki-Orunia-Pruszcz Gdański-Kolbudy Dolne-Żukowo-Jelitkowo. Oparta
była na pięciu pasach głębokich okopów. Druga linia była posadowiona w odległości pięciu-siedmiu kilometrów od skraju zabudowań miejskich i na
obu krańcach opierała się na brzegu zatoki. Składała się z kilku pozycji
bojowych. Najważniejsza z nich, która biegła wzdłuż linii Bąkowo-wzgórze
160-Oliwa, miała dwie, a w niektórych miejscach cztery linie transzei o łącznej głębokości obrony wynoszącej do dwóch i pół kilometra. Druga
pozycja nietypowo przebiegała wzdłuż linii brzegowej morza, na zachód od
Letnicy i Brzeźna. Ta była utworzona z dwóch linii okopów połączonych z systemem silnych punktów oporu. Miała służyć jako pozycja
przeciwdesantowa w przypadku ataku z morza w okolicach Westerplatte i Nowego Portu. Trzecia pozycja została ulokowana bezpośrednio na
obrzeżach miasta, z wykorzystaniem usytuowanych tam masywnych zabudowań.
Na wybranych odcinkach dodatkowo wykopano rowy przeciwczołgowe i postawiono przegrody z drutu kolczastego. Oprócz tego z północy na
południe odchodziły od rzeki Raduni pozycje wspomagające i odcinające3.
Całościowego minowania pasa obronnego w tym rejonie nie przeprowadzono.
Większe pola minowe zostały ułożone na wybranych odcinkach. Z reguły
przy mostach i przesmykach drogowych zastawiano pułapki minerskie. Nie
zawsze używano do tego klasycznych min, lecz często pocisków
artyleryjskich, bomb lotniczych o wadze do pół tony, a nawet torped
morskich. Dowodziło to znacznego niedoboru specjalistycznych materiałów
wybuchowych i powodowało potrzebę saperskich improwizacji, realizowanych
za pomocą zasobów dostępnych na miejscu, w magazynach różnych rodzajów
wojsk. Niemieckie wojska inżynieryjne przygotowały też wiele barykad
przeciwpancernych na drogach i leśnych zawałów z drzew.
Wewnętrzny obwód obronny Gdańska także składał się z dwóch linii oporu,
chroniących miasto przede wszystkim od południa. Pierwsza szła od
obrzeży Gdańska, przez Orunię, Chełm i południową część Emaus, po
Ujeścisko. Umocnienia składały się tam z dwóch, maksymalnie czterech
linii transzei o pełnym profilu. Na jednym kilometrze frontu nasycenie
stanowiskami ogniowymi wynosiło około dwudziestu dla broni strzeleckiej
piechoty i do czternastu dla broni maszynowej. Druga linia oporu,
oddalona o cztery do pięciu kilometrów od miasta, w okolicach Łostowic i Zakoniczyna, składała się z przerywanych transzei.
Obszar obronny miasta Gdyni także składał się z dwóch linii obrony.
Przygotowując fortyfikacje, Niemcy wykorzystali wcześniej zbudowane tu
przez Polaków długoterminowe konstrukcje obronne. Wyposażyli stanowiska
artyleryjskie i ulokowali punkty obserwacyjne oraz wzmocnili je systemem
okopów, transzei i zapór. Pozwoliło to dość szybko opasać Gdynię
pierścieniem obronnym o promieniu kilkunastu kilometrów.
Pierwsza linia oporu pod Gdynią, której czołowa krawędź biegła wzdłuż
linii Sopot-Chwaszczyno-Koleczkowo-Reda-Rewa, składała się z dwóch
pozycji z pięcioma rzędami okopów o łącznej głębokości pasa obronnego od
trzech do pięciu kilometrów. Druga linia została ustawiona w odległości
pięciu-siedmiu kilometrów od miasta, z czołową krawędzią idącą linią
Kolibki-Janowo. Ta miała trzy rzędy okopów oraz na każdym kilometrze
cztery do pięciu stałych konstrukcji, zarówno schronów żelbetowych, jak
i drewniano-ziemnych.
Centrum Gdyni było również przygotowane do obrony i prowadzenia walk
ulicznych. Na wypadek przymusowego wycofania się z miasta na północ
utworzono dodatkową strefę obronną na Kępie Oksywskiej. Linia oporu na
tym trudno dostępnym obszarze, który z czasem uzyskał status niemieckiej
twierdzy, przebiegała wzniesieniami na linii Oksywie-Obłuże-Kazimierz.
Aby skutecznie połączyć miejskie obszary obronne Gdańska i Gdyni w jeden
organizm, zbudowano też pozycje obronne na linii Żukowo-Koleczkowo, z dużym punktem oporu ulokowanym na wzgórzu 221. Ta pozycja miała trzy
okopy o pełnym profilu. W odległości do pięciu kilometrów od tego pasa
zbudowano kolejne transzeje - dwie na linii Rębiechowo-Chwaszczyno, a jedną na rubieży Barniewice-Wysoka. Wzdłuż tej ostatniej ułożone zostało
rozległe pole minowe.
Do skutecznej obrony przeciwpancernej w rejonie Gdańska i Gdyni wykopane
były rowy przeciwpancerne, ustawione drewniane zapory, barykady i bloki
żelbetowe. Szczególnie zachodnia część Gdańska była broniona przez rów
przeciwczołgowy, wykopany w okolicach Emaus i Suchanina. W pobliżu tych
licznych przeszkód przeciwpancernych ulokowano pojedyncze schronienia
dla niszczycieli czołgów, najczęściej uzbrojonych w pancerfausty.
Znajdujące się wewnątrz pierścieni obronnych miasta zostały przygotowane
do walk ulicznych. Na głównych traktach zbudowano barykady i przegrody
przeciwczołgowe, na placach i skwerach naszykowano okopy i kryjówki z dobrym widokiem przedpola i polem ostrzału. W budynkach położonych przy
głównych arteriach założono miny
z opóźnionym działaniem. Wszystkie większe obiekty przysposobiono do
prowadzenia walk jako punkty oporu, które mogły być obsadzone załogami z bronią strzelecką. W ich ścianach wybito otwory strzelnicze, drzwi i okna obłożono workami z piaskiem. Transzejami i korytarzami piwnicznymi
połączono poszczególne obiekty oraz całe kwartały miejskie4.
Gerhard Cartellieri, niemiecki nadburmistrz Gdyni, uważał, że Niemcy
byli dobrze przygotowani do długotrwałej obrony w zwartej zabudowie
miasta:
"Gdy pierścień wokół Gdyni zamknął się, rozpoczęto przygotowywania do
walki o samo miasto. Wewnątrz, na przelotowych ulicach wzniesiono zapory
przeciwpancerne. Wykopano rowy przy wjazdach, zbudowano stanowiska dla
broni maszynowej. Bramy domów barykadowano workami z piaskiem,
pozostawiając tylko wejścia, przez które mogła się przecisnąć jedna
osoba. W murach wybijano otwory strzelnicze. Utworzono szesnaście
wybranych węzłów oporu w położonych korzystnie blokach lub grupach
domów. Były to sześciopiętrowe budynki przy ulicy
Partyzantów5, Zarząd Miejski i Urząd Budowlany, obiekt
zarządu powiatowego z przyległym terenem, kawiarnia Wiedeńska, dworzec
kolejowy, budynek sądu, kawiarnia Berlińska itd. Trzonem obrony była
Kamienna Góra, panująca nad całym miastem"6.
Rozdział I. Sytuacja operacyjna na pomorzu
Oficjalna propaganda też przedstawiała gotowość miejscowych Niemców do
walki o miasta. W prasie i radiu akcentowano wspólnotę narodową oraz
potrzebę wsparcia armii w trudnym okresie. Jednak rotmistrz Friedrich
von Wilpert, oficer ordynansowy z gdańskiej komendantury Wehrmachtu, we
wspomnieniach stwierdził, że już na przełomie lat 1944 i 1945 stało się
jasne, iż dostępnymi siłami nie da się zatrzymać postępów Armii
Czerwonej. Niemiecka 2. Armia, którą wyznaczono do obrony dzielnicy
Gdańsk-Prusy Zachodnie, nie miała już większych perspektyw na uzyskanie
wsparcia z zachodu. Rosjanie stopniowo rozmieszczali naprzeciwko niej
swoje armie, także siły pancerne. Jednak ani ich siła, ani liczebność
nie dawały podstaw do twierdzeń tak dalekich jak teza Wilperta, że było
tych armii dziesięć i że były potężne. Rotmistrz widział jeszcze szanse
na ochronę rejonu Gdańska przez jakiś czas, gdyby najwyższe dowództwo
niemieckie od początku zdecydowało się zabrać 2. Armię z powrotem na
wybrzeże i ustawić ją tam w pozycji jeża, z możliwością zaopatrzenia
drogą morską. Uważał, że wtedy wojska z Prus Wschodnich i Kurlandii
mogłyby zostać sprowadzone do Gdańska, a Sowietom nie byłoby łatwo
pokonać ich na tej pozycji obronnej u ujścia Wisły. Jednak dowództwo
zdecydowało inaczej. Oficer uznał, że 2. Armia została wtedy
rozciągnięta jak guma. Miała ona uniemożliwić siłom rosyjskim
nacierającym na Berlin skierowanie ich prawego skrzydła na północ, w stronę Prus Zachodnich i Pomorza Zachodniego. Według Wilperta było to
zadanie nie do wykonania, ponieważ Rosjanie mogli w każdym miejscu
przebić się przez cienkie linie niemieckie i rozdzielić tę armię. I stało się to natychmiast po rozpoczęciu ofensywy, w połowie
stycznia7.
Heinz Voellner, inny niemiecki oficer, w swojej próbie szerszego
opisania walk o Prusy Zachodnie też uznał, że należałoby zacząć relację
od wskazania pozycji wyjściowej do późniejszego odcięcia i zdobycia
Gdańska. Jego zdaniem była nią wielka operacja styczniowa Armii
Czerwonej. Wojska kilku sowieckich zgrupowań frontowych ruszyły wówczas
do potężnego, skoordynowanego ataku, obejmującego swą szerokością
znaczną część Europy, od Węgier po wybrzeża Bałtyku. Wojska 2. Frontu
Białoruskiego pod wodzą marszałka Konstantego Rokossowskiego przystąpiły
do ataku 14 stycznia 1945 roku. Ruszyły ze swoich dwóch przyczółków,
utworzonych w widłach Wisły i Narwi. Szybko przełamały opór stojących
tam na rubieżach obronnych wojsk 2. Armii niemieckiej, dowodzonych przez
generała pułkownika Waltera Weissa. Po dziesięciu dniach natarcia
sowieckie czołówki pancerne osiągnęły linię Wisły, opanowując szeroki
pas między Bydgoszczą a Zalewem Wiślanym. Pod koniec miesiąca w rękach
niemieckich pozostawały już tylko przyczółki Elbląg, Malbork, Grudziądz
i Toruń. Znajdowały się one w tej części Prus Zachodnich, która
oddzielona była od ziem wschodniopruskich klinem sięgającym do wybrzeża.
Z opanowanej wtedy linii Nogatu do Gdańska było już mniej niż
pięćdziesiąt kilometrów8.
Do stycznia 1945 roku wojska 1. Frontu Białoruskiego, dowodzone przez
marszałka Gieorgija Żukowa, zajmowały przyczółki nad Wisłą, na południe
od Warszawy. Od momentu rozpoczęcia ofensywy, w ciągu czternastu dni,
potężną falą pancerną dotarły na zachodzie do Odry w okolice Frankfurtu,
a na północy przekroczyły Noteć. Ich dalsze przedzieranie się w głąb
Pomorza zostało na początku lutego powstrzymane przez Niemców na linii
tzw. falochronu, obejmującego miasta Schwedt, Choszczno, Wałcz, Debrzno
i Świecie. W tych okolicach w połowie miesiąca Niemcy podjęli próbę
silnego kontrataku o strategicznym znaczeniu. Jednak impet operacji
"Sonnenwende" bardzo szybko wygasł. W tym czasie w rękach niemieckich
znajdowały się ziemie leżące na zachód od Gdańska, na południu dawny
obszar polskiego Pomorza, sięgający prawie do linii Debrzno-Świecie, a na wschodzie wąski przesmyk prowadzący przez Mierzeję Wiślaną do
Królewca. Na wschód od Wisły trzymały się tylko pojedyncze przedmościa
pilnujące przepraw.
Na tym obszarze wojska poturbowanej, ale nierozgromionej 2. Armii
niemieckiej broniły terenu między Wisłą a linią Słupsk-Debrzno. Warunki
naturalne sprzyjały obronie. Wschodnią granicę terenu stanowiły Żuławy -
leżący w dużej części poniżej poziomu morza obszar ujścia Wisły, z licznymi ciekami, zbiornikami i rowami melioracyjnymi. Depresyjne tereny
można było szybko zatopić poprzez przerwanie wałów, co też później
uczyniono rękoma niemieckich saperów. Nad dolnym odcinkiem Wisły, z jej
stromymi brzegami, leżały miasta: Tczew, Gniew, Nowe i Świecie. Na
południu, między Świeciem a Chojnicami, rozciągały się Bory Tucholskie.
Był to dość duży obszar leśny, który mógł poważnie utrudniać atak
pancerny. Spore szanse na skuteczny opór zapewniało również znajdujące
się na zachód od brzegów zatoki Pojezierze Kaszubskie. Charakteryzowało
się licznymi jeziorami, ułożonymi najczęściej z północy na południe,
wieloma przesmykami, lasami i dolinami trudnymi do przebycia.
Po utraceniu połączenia lądowego ze Szczecinem do obsługi zaopatrzenia w Gdańsku i Gdyni pozostawały już tylko porty morskie. Na szczęście dla
obrońców niemiecka marynarka wciąż dominowała na Morzu Bałtyckim. Cztery
główne linie kolejowe rozchodziły się z tych portów w formie wachlarza w głąb obszaru obrony, uzupełniając się i łącząc przez liczne
odgałęzienia. Sieć kolejowa odgrywała ważną rolę z uwagi na
wykorzystanie jej przez wojsko, bo brakowało paliw do silników
spalinowych ciężarówek i wozów bojowych. Również sieć drogowa
dostosowana była do obsługi bazy zaopatrzeniowej Gdańsk-Gdynia,
prowadząc ku portom. Należy przyznać, że całość uwarunkowań terenowych
stanowiła sprzyjającą sytuację wyjściową do prowadzenia obrony w obu
głównych miastach.
Jeśli chodzi o walki w regionie, to militarnie Niemcy nie mieli się czym
pochwalić. Już od końca stycznia do dyspozycji obrony nad Wisłą mieli
jedynie dywizje 2. Armii. Po kilkunastu dniach sowieckiej ofensywy były
już mocno nadwyrężone, a ich personel topniał. Oddziały były nie tylko
wyczerpane walkami, lecz także zrezygnowane i rozgoryczone. Nie
dysponowały już prawie wcale bronią ciężką. Podobnie źle było ze
wsparciem przez wojska lotnicze. Wprawdzie później z Kurlandii i z Zachodu zostały przerzucone niemal kompletne dywizje do wsparcia
kulejącego frontu, ale i one szybko utraciły swą początkową świeżość.
Mająca kluczowe znaczenie możliwość przemieszczania się wojsk
niemieckich była bardzo mocno ograniczona wspomnianym już brakiem
paliwa. Sowieci mieli miażdżącą przewagę w liczbie ludzi i ilości
materiałów o strategicznym znaczeniu. Mogli stale zmieniać punkty
ciężkości natarcia, obchodzić miejscowy opór, poszerzać punkty przebicia
poprzez przerzucanie sił wsparcia. I potrafili te atuty wykorzystać.
Do paraliżu kolejnych elementów niemieckiego systemu obronnego doszło
także z powodu niekontrolowanego ruchu cywilnych uciekinierów z zagrożonego walkami obszaru. Najczęściej zbyt późno przeprowadzana
ewakuacja miejscowej ludności i zwykła panika powodowały całkowite
zablokowanie dróg przyfrontowych i w znacznym stopniu utrudniały
transport niemieckich oddziałów. Nierzadko z tego właśnie względu ważne
linie obrony nie mogły we właściwym czasie zostać obsadzone przez
wycofujące się jednostki. Do bezładnej ucieczki ruszyli przede wszystkim
mieszkańcy Prus Wschodnich. Nad Wisłą doszło wtedy do spiętrzenia ruchu
uchodźczego. Najpierw przy strategicznie ważnych mostach, potem na
szlakach z Mierzei Wiślanej i w końcu na trasach wiodących do miast
portowych. Stało się tak mimo przygotowania szczegółowego planu
ewakuacyjnego regionu gdańskiego, noszącego kryptonim "Eva"9.
Swoje doświadczenia z ewakuacji ludności dzielnicy Gdańsk-Prusy
Zachodnie spisał Fritz Riemann, jeden z niemieckich urzędników.
Twierdził on, że problem pojawił się po rozbiciu środkowego odcinka
frontu wschodniego, już w połowie 1944 roku. Kiedy armie sowieckie
dotarły w pobliże wschodnich granic regionu, udało się przekonać do
działania Alberta Forstera, przywódcę partyjnego okręgu gdańskiego.
Gauleiter przyjął argument, że należałoby zaplanować działania, które
zapewniłyby bezpieczną ucieczkę miejscowej ludności w przypadku postępów
ofensywy
wroga. Oczywiście przygotowania trzeba było prowadzić w ścisłej
tajemnicy, by nie wzbudzać niepokojów. Riemann przyznawał, że w przeciwieństwie do innych szefów regionów, którzy traktowali takie
pomysły jako defetyzm i odrzucali je, Forster wyraził zgodę na
przygotowania, jednak z zastrzeżeniem, że prace będą dotyczyły jedynie
terenów położonych na prawo od Wisły. Choć urzędnik rozumiał, jak
absurdalne z militarnego punktu widzenia było założenie, że
nieprzyjacielskie natarcie może oszczędzić tereny leżące po lewej
stronie rzeki, wiedział zarazem, że oficjalnie wierzono, iż na tej
rubieży Sowieci zostaną zatrzymani, ponieważ obrona na linii dużej rzeki
utrzyma się w każdych warunkach. Riemann dopowiadał, że być może
istniało też inne wyjaśnienie tej decyzji. Namiestnik Rzeszy mógł
sądzić, iż trzyma klucz do regionu, sprawując kontrolę nad przeprawami
przez Wisłę. Były one bowiem podstawą nie tylko sprawnej ewakuacji
cywilów ze wschodnich powiatów, ale przede wszystkim przyszłych
rozstrzygnięć militarnych:
"Przygotowanie uporządkowanego przejścia przez szeroką rzekę było
rzeczywiście naszym najtrudniejszym zadaniem. Oczywiście, mieliśmy i mogliśmy zajmować się tylko transportem ludności wiejskiej, ponieważ w naczelnym urzędzie przyjęto, że mieszkańców miasta można przewieźć
koleją. Ludność wiejska miała natomiast przemieszczać się wozami,
zabierając ze sobą bydło, po ściśle wyznaczonych drogach, idąc do
określonych przepraw przez Wisłę, przypisanych poszczególnym powiatom.
[...] Przewidziano, że po drugiej stronie Wisły uciekające grupy będą
umieszczane w konkretnych powiatach. Praca nad kolejnym transferem, z powiatów zachodnich, nie była dozwolona. Musieliśmy być
usatysfakcjonowani tym, co osiągnęliśmy. I tak było, zakładając, że na
podstawie doświadczeń, które uzyskaliśmy, bez szerokiej rzeki za nami
kontynuowanie wędrówki na zachód byłoby łatwiejsze. Jeśli udało się to
później, mimo zimowej aury i wielkich trudności, to tylko dlatego, że
nieprzyjaciel na długi czas pozostawił północne Pomorze w spokoju, a nie
dlatego, że Prusy Wschodnie ruszyły w drogę dopiero wtedy, gdy Prusy
Zachodnie przeszły"10.
Riemann twierdził wprost, że największym problemem byli uciekinierzy z obszarów wschodniopruskich, ponieważ tam nie podjęto zorganizowanych
działań ewakuacyjnych. Do tego kolumny wozów konnych, nadchodzące ze
wschodu, już pod koniec stycznia straciły możliwość dotarcia nad Wisłę
drogą lądową. Armia Czerwona odcięła szlaki drogowe i kolejowe, a trasy
uciekinierów przez kolejne dwa miesiące wiodły po lodach zamarzniętego
Zalewu Wiślanego. Tych, którzy cało przedostali się na drugą stronę,
kierowano do portów w Piławie, Gdańsku lub Gdyni, skąd zabierano ich
statkami na zachód, do centralnych Niemiec lub Danii. Pod koniec
stycznia ewakuowano też część mieszkańców zagrożonych powiatów Prus
Zachodnich:
"Wbrew wszelkim przeciwnościom, 26 stycznia, po odcięciu Elbląga i krótkim utworzeniu rosyjskiego przyczółka pod Lasowicami na Żuławach,
teren po tej stronie Nogatu został nagle oczyszczony rozkazem wojskowym.
Nogat stał się granicą walk na sześć tygodni. W obu powiatach gdańskich
wprowadzono zakaz ucieczki, ponieważ miały one zaopatrywać gdańską
twierdzę. I tak na początku lutego męska populacja z Żuław Wielkich
została wysłana z powrotem do młócenia plonów.
[...] Ludność miejska z Gdańska zdołała uciec na Mierzeję. Wyjechali aż
do kapitulacji, wraz ze wszystkimi ludźmi z okolicznych wsi i uciekinierami z Prus Wschodnich, którzy pozostali w czasie walk
stłoczeni na małym obszarze, i którzy nie byli w stanie z powodzeniem
iść dalej przez Pomorze. Część ludności regionu została przewieziona na
zachód statkami z Helu, dzięki marynarce wojennej. Ale ilu uchodźców,
zamiast dotrzeć do portu, na który liczyli, znalazło nagły koniec w wodach Bałtyku, prawdopodobnie nigdy nie zostanie
wyjaśnione!11".
Rotmistrz Wilpert od stycznia obserwował wzmożony ruch cywilów w mieście
i porcie. Z przygnębieniem patrzył, jak na rozmaite sposoby uciekinierzy
zmierzają ku zachodowi. Nie bez obaw i on rozstawał się z najbliższą
rodziną:
"Gdy front zbliżył się do delty Wisły i Nogatu od wschodu, większość
tamtejszych miast została ewakuowana, a w przenikliwie mroźne dni
wędrowcy rozpoczęli wędrówkę na zachód zasypanymi śniegiem drogami.
Część wypraw z Prus Wschodnich już wcześniej wyruszyła, ale nie dotarły
daleko. Wędrówki z okolic Nowego Stawu i Nowego Dworu Gdańskiego dotarły
jedynie do obszaru Przywidza i pozostawały tam przez tygodnie, dopóki
nacierający rosyjscy dowódcy czołgów nie zmusili ich do ucieczki do
Gdańska i, jeśli to możliwe, dotarcia statkiem na zachód. W rezultacie
sytuacja żywnościowa w rejonie Gdańska gwałtownie się pogorszyła. Nigdy
nie udało się wiarygodnie ustalić, ile osób przebywało w tym czasie w Gdańsku. Spis ludności odbył się 17 marca, ale oczywiście został
przeprowadzony niedokładnie. Gauleiter Forster szacował wówczas
populację przyczółka Gdańsk-Gdynia od sześciuset tysięcy do około
miliona ludzi. Ponieważ nie było możliwe włączenie żyznych terenów
rolniczych Żuław Wiślanych i Nizin Gdańskich do strefy obronnej,
zaopatrzenie na terenie samej twierdzy nie było oczywiście
wystarczające, aby wytrzymać wielomiesięczne oblężenie - nawet gdyby
militarnie było to możliwe. Na początku marca w samym Gdańsku było około
szesnastu tysięcy rannych, na całym terenie twierdzy około dwudziestu
tysięcy. Codziennie przybywało około tysiąca rannych z Prus Wschodnich i Kurlandii oraz około ośmiuset z Prus Zachodnich. Część z nich była
codziennie wywożona drogą morską wraz z cywilnymi uchodźcami, ale
przybyłych było znacznie więcej niż ewakuowanych"12.
Z Gdańska i Gdyni odpływali statkami nie tylko ranni żołnierze i ewakuowani cywile, lecz także cenni dla gospodarki specjaliści z różnych
dziedzin, słuchacze szkół wojskowych i personel pomocniczy armii. Swoje
miejsce znaleźli także zasłużeni funkcjonariusze partii, policji i SS.
Rodzina von Wilperta trafiła na pokład jednostki, którą ewakuowano
nauczycieli gdańskiej Wyższej Szkoły Technicznej oraz kobiety i dzieci
niemieckich urzędników:
"Nigdy nie zapomnę wrażenia, jakie odniosłem pod koniec stycznia, kiedy
przywiozłem żonę i najmłodszą córkę na pokład statku "Deutschland",
pełnego uchodźców oczekujących na rozkaz wypłynięcia. Rozkaz ten,
oczekiwany na 30 stycznia, został opóźniony, ponieważ "Wilhelm
Gustloff", który dzień wcześniej opuścił Gdynię, padł ofiarą sowieckiego
okrętu podwodnego. Uchodźcy, będący na pokładzie "Deutschlandu" i dwóch
innych statków tej samej wielkości, nic o tym nie wiedzieli.
Poinformowano tylko kierownictwo wojskowe.
Lodowaty wiatr, sypiący śniegiem, gwizdał nad wyspą Ostrów w gdańskim
porcie i nad Przeróbką, gdzie cumowały statki z uchodźcami. Zapadł
wieczór. W kilometrowej kolejce do Przeróbki stali zmęczeni,
zdesperowani ludzie, głównie kobiety i dzieci, którzy nie mogli iść
dalej, siadali na śniegu na walizkach lub plecakach i czekali na jakąś
pomoc. Inni ciągnęli za sobą rzeczy przechowywane w workach na linkach,
niczym podręczne sanki. Tragedia była tym bardziej szokująca, że od
czasu do czasu słychać było tylko ciche kwilenie dzieci, a poza tym
tylko gwizdał i wył lodowaty wiatr"13.
Statek "Deutschland" dotarł wtedy do Kilonii bez przeszkód. W kolejnych
miesiącach transportowano nim nie tylko uciekających Niemców, lecz także
jeńców wojennych i więźniów obozów koncentracyjnych. Łącznie przewiózł
około siedemdziesięciu tysięcy osób. Zatonął na początku maja wskutek
brytyjskiego ataku lotniczego. Jednak na pokładzie wspomnianego
"Wilhelma Gustloffa", zatopionego przez sowiecką łódź podwodną S-13,
zginęło w styczniu ponad sześć tysięcy osób - żołnierzy, rannych i cywilów. Dziesiątego lutego, dowodzony przez kapitana trzeciej rangi
Aleksandra Marineskę, okręt zatopił kolejny niemiecki statek
ewakuacyjny. "Generał von Steuben" poszedł na dno z ponad czterema
tysiącami ludzi14.
Szeroko zakrojona operacja dowozu zaopatrzenia morskiego do celowo
utrzymywanych przez Niemców przyczółków nadbałtyckich wchodziła wtedy w decydujący okres. Od jesieni poprzedniego roku wodą dostarczano zapasy
do zgrupowania odciętego w Kurlandii. Od stycznia podobną drogę
transportu przyjęto do wspierania jednostek odciętych na terenach Prus
Wschodnich. W końcu w lutym przerwane zostały też drogi lądowe
prowadzące z centralnej części Rzeszy do portów Gdańska i Gdyni.
Wszelkie obowiązki transportowe na tych trasach, włącznie z przewozem
poczty, przejęła niemiecka marynarka wojenna i podległe jej jednostki
cywilne. W rejsach powrotnych z odciętych portów wywożono głównie ludzi.
Osobliwym wyjątkiem w próbach ratowania rodaków przed najeźdźcą było
ewakuowanie drogą morską części wielonarodowego grona więźniów obozu
koncentracyjnego Stutthof. Podobnie jak w przypadku zarządzonej w styczniu ewakuacji pieszej z obozu, około połowy skierowanych do
transportu na barkach nie przeżyło z powodu braku żywności, trudów drogi
i okrucieństwa SS-manów15.
W ostatnich miesiącach wojny Albert Forster, gauleiter Gdańska i regionalny komisarz obrony Rzeszy, nie miał już kontaktu z ważniejszymi
osobistościami w Berlinie. Na rozmowę telefoniczną, przeprowadzoną 24
stycznia, zgodził się tylko Joseph Goebbels. Niemiecki minister
propagandy zapisał wówczas w pamiętniku, jak wtargnięcie sowieckich
czołówek na skraj Prus Zachodnich zrelacjonował mu lokalny namiestnik
partyjny z Gdańska:
"Nieprzyjacielskie czołgi wdarły się do Elbląga, jeszcze wprawdzie bez
piechoty, więc jest nadzieja na rozprawienie się z nimi. Sytuacja nad
Wisłą jest krytyczna. [...] Forster bardzo skarży się na to, że drogi
zapchane są kolumnami wozów, a więc odwody, które trzeba ściągnąć, nie
mogą posuwać się do przodu. Ludność i żołnierzy wyraźnie ogarnia strach
przed czołgami. Przez to jeszcze bardziej pogłębia się nerwowość.
Forster wierzy, że będzie mógł ochronić Gdańsk i utrzymać linię
Wisły"16.
O kwestiach wojskowych Forster próbował porozmawiać bezpośrednio z Hitlerem, ale nie dopuszczono go dalej niż do jednego z asystujących
wodzowi generałów. Z konieczności jemu więc przedstawił alarmistyczny
pomysł, by pilnie przerzucić do Gdańska berlińskie bataliony pospolitego
ruszenia. Ta informacja szybko dotarła do
Heinricha Himmlera, dopiero co postawionego na czele nowej grupy armii
niemieckich wojsk, mającej właśnie na terenach nadwiślańskich zatrzymać
rozwijającą się ofensywę wroga. Wściekły Himmler natychmiast wysłał do
Forstera szyfrogram przywołujący gauleitera do porządku:
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki