Gawędy o sztuce sakralnej - Bożena Fabiani

Kup ebooka

64.00 zł
51.20 zł (39,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

GAWĘDA 3Boże Narodzenie

Roger van der Weyden

W berlińskich zbiorach Staatliche Museen znajduje się nastawa ołtarzowa zwana Tryptykiem Bladelina [il. 16]. Pochodzi z lat 1445-1448, a namalował ją Roger van der Weyden na zlecenie Pierre'a Bladelina, ministra finansów, używając dzisiejszego języka, na dworze księcia Burgundii, i osobistego doradcy księcia Filipa Dobrego. Pierre Bladelin, z pochodzenia mieszczanin, urodzony w Bruges w 1408 roku, wyjątkowo zdolny dyplomata i finansista, był najbogatszym człowiekiem w całej Burgundii, ufundował nie - jak to robili inni wielmoże - jakiś szpital dla biedaków, ołtarz czy kaplicę, on ufundował, a raczej wzniósł, całe miasto! Middelburg niedaleko Brugii. Trzeba też przyznać, że książę polityce finansowej Bladelina zawdzięczał możliwości otaczania się tylu wspaniałymi artystami i owocny mecenat. Dla dworu burgundzkiego właśnie pracował wtedy między innymi Roger van der Weyden.

Środkową część Tryptyku Bladelina zajmuje scena Bożego Narodzenia, w której obok Najświętszej Marii Panny i Józefa adoruje Dzieciątko, a któżby, jak nie zleceniodawca! I to nic a nic nie mniejszy od Świętych Rodziców, co było nie do pomyślenia jeszcze pół wieku temu. Toż nawet papież na wielkiej mozaice w rzymskiej bazylice Świętego Pawła za Murami klęczy u stóp Boga malutki niczym żuczek jakiś, trzeba się dobrze przyjrzeć, żeby go dostrzec, a tu zwykły mieszczanin dorównuje wzrostem świętemu Józefowi. W czarnym kabacie na wiewiórczym futrze, w czarnych rajtuzach i czarnych ciżmach ze spiczastymi nosami, z odkrytą głową i fryzurą "na garnuszek", klęczy nasz dygnitarz, szczupły, niewysoki, o wychudzonym obliczu niczym asceta. Klęczy bardzo blisko Jezusa. Oczy ma skromnie spuszczone, ale sądzę, że nawet pozując malarzowi, nie tracił czasu, obmyślał jakowyś złoty interes. Chudzina wygląda tak marnie, że w przypadkowym spotkaniu dwóch groszy by się za niego nie dało - a to bogacz nad bogacze. Już samo to, że mógł się sportretować przy Dzieciątku, świadczy o jego trzosie, a co dopiero miasto w tle! Bo Roger van der Weyden ustawił szopę na Boże Narodzenie na przedmieściu Middelburga właśnie, miasta, które powstało wśród pól w ciągu zaledwie dwudziestu lat (1444-1464). Widzimy je porządnie obwarowane, a w nim główną uliczkę z solidnymi kamienicami dla zamożnych mieszczan i z wysokim zamkiem, na którym wątły fundator żył w przepychu iście książęcym. Omawiana tu nastawa była przeznaczona do kościoła właśnie w Middelburgu, żeby każdy poddany wiedział, kto tu pan.

A tak na marginesie: fundatorami dzieł sztuki, zleceniodawcami nabożnych obrazów byli zawsze ludzie zamożni, których motyw działania często stanowiło osiągnięcie zbawienia, bo wierzyli, że pobożna fundacja znajdzie uznanie w oczach Boga, ale czasem powodowały nimi pobudki, które z duchowością nie miały zgoła nic wspólnego, na przykład pragnienie sławy, pycha, pokazanie światu swego bogactwa. Ale to dzięki tym ludziom powstawały dzieła wybitne i malarze mieli co do garnka włożyć. Tak sobie myślę, czy to nie pycha bogaczy zrodziła słowo "butny"? - bo to był ten, który zawsze w butach chodził, w odróżnieniu od biedaka. Ale wracajmy do bogacza w modnych ciżmach na obrazie Weydena.

Miasto wzniesione przez fundatora obrazu takie solidne, a szopa na pierwszym planie wygląda raczej mizernie. Sklecona z najrozmaitszych elementów przeszłości, więc z jednej kolumny, z ruin jakiejś romańskiej budowli, z drewnianym zadaszeniem i pozbawiona ścianki frontowej, nie zapewnia Świętej Rodzinie właściwie żadnej osłony i bezpieczeństwa. Madonna w bladoniebieskiej sukience adoruje drobniutkiego Synka, którego ułożyła na skraju swego szafirowego płaszcza. Nagie Dzieciątko ma chudziutkie rączki i nóżki, bo w tamtych stronach spowijano wówczas niemowlęta tak ściśle, że uniemożliwiano im rozwój właściwych mięśni, pozbawiając dziecięcego wdzięku, a malarz - małżonek i pater familias - jak widać, tego nie przeoczył.

Po lewej stronie obrazu klęczy Józef w czerwonym płaszczu, trzyma w lewej ręce małą świeczkę, a prawą osłania płomyk. No i jeszcze ta trzecia postać, szanowny Pierre Bladelin. Ale żeby nie było tak zwyczajnie, w głębi szopy, pod samym łbem wołu, przyklękły dwa anioły, wprawdzie dorosłe, ale ukazane w innej skali, jak liliputy. Trzy inne - fruną nad dachem szopy.

Tu uwaga ogólna - cudowne narodziny Syna Bożego wymagały przedstawienia w klimacie cudowności. Żłobek, stajnia i zwierzęta zaczerpnięte z apokryfów tego zapewnić nie mogły, przeciwnie, sprowadzały całe wydarzenie na ziemię. Powiewem Królestwa Niebieskiego tchnąć mogły jedynie byty z tamtego świata - anioły, i nadzwyczajne zjawiska, jak Gwiazda Betlejemska. Dlatego chyba nie ma obrazu o tematyce Bożego Narodzenia, na którym zabrakłoby aniołów, i przeważnie też nad szopką lśni gwiazda.