Skąd się wzięła opera
Pewien bogaty Florentyńczyk w XVII w. tak wspominał swojego ojca, Giovanniego Bardiego, hrabiego di Vernio: "Bardzo kochał muzykę i nawet sam w tym czasie był szanowanym kompozytorem. Zbierał w swoim domu ludzi najlepiej wykształconych i znamienitych w muzyce i jeśli tak można powiedzieć, urządził przyjemną Akademię, obcą wszelkiemu występkowi i pustej zabawie. Przebywanie w tej Akademii przynosiło wielką korzyść gromadzącej się szlachetnej młodzieży, ponieważ mówiono tam nie tylko o muzyce, ale i o wykładaniu poezji, astronomii i innych nauk, co nadawało rozmowom wiele urozmaicenia. W tym czasie rozgłosem cieszył się Vincenzo Gallilei, ojciec znakomitego filozofa matematyka, który tak zapalił się do tych zebrań, że zaczął zajmować się praktyką muzyczną, w czym dokonał wielu postępów"1.
O ojcu Galileusza i innych światłych umysłach tamtej epoki, których zgromadził wokół siebie Giovanni Bardi, dziś zapewne nie pamiętalibyśmy, bo akademii, w których dyskutowano nie tylko o sztuce, działało we włoskich pałacach wiele. Ta zwana Cameratą florencką przeszła do historii, ponieważ przypisuje się jej największe zasługi w narodzinach opery, choć w tym względzie ma znaczenie bardziej symboliczne niż realne. W sztuce inaczej niż w nauce nie dokonuje się nagłych odkryć, których datę da się dokładnie określić, nie ma reakcji chemicznych, które ktoś pierwszy przeprowadził, lub zjawisk fizycznych nagle opisanych przez wnikliwego badacza. Tak naprawdę opera rozumiana jako gatunek sztuki, w którym słowo splata się z muzyką, istniała od zawsze i to nie tylko w kulturze europejskiej. Od najdawniejszych czasów, by sięgnąć do japońskiego teatru no, do misteriów perskich i egipskich lub do antycznej tragedii greckiej, widowiska posługiwały się muzyką. To raczej nowożytny teatr dramatyczny narodził się w Europie wówczas, gdy w XVI w. z rozmaitych widowisk zaczęły znikać elementy muzyczne, przede wszystkim śpiewane.
Antyczne wzory
Źródeł opery można szukać we włoskich średniowiecznych widowiskach religijnych (sacre rappresentazioni), których początki sięgają X w. Były tak mocno osadzone w obyczajowości tego kraju, że powstała również ich świecka, bardziej frywolna odmiana, którą Kościół zwalczał na fali kontrreformacji. Według dzisiejszych kryteriów należałoby je przypisać do kultury popularnej; ówczesne elity potrzebowały sztuki bardziej wysublimowanej. A gdy epoka renesansu przyniosła zainteresowanie antykiem, w XVI w. zaczęto odwoływać się do wzorców tragedii greckiej. I to ona stała się tematem wielu debat Cameraty florenckiej. Dodać do tego trzeba jeszcze zmęczenie dominującą (nie tylko we Włoszech zresztą) muzyczną polifonią, której mistrzami byli Orlando di Lasso i Giovanni Pierluigi da Palestrina. W ich kunsztownych splotach wielogłosowej muzyki chóralnej tekst zupełnie się zacierał, znaczenie słów nie docierało do uszu słuchaczy. W muzyce instrumentalnej zaczęły zatem powstawać utwory, w których linia melodyczna wysunęła się na pierwszy plan, a reszta instrumentów tworzyła tło. Potrzeba było tylko czasu, by ta tzw. monodia znalazła zastosowanie i w śpiewie pozwalającym oddać niuanse słowa. Wyobrażano sobie, że tą właśnie zasadą posługiwał się teatr w dawnej Grecji, choć nikt w XVI-wiecznej Italii nie miał na to dowodów.
W środowisku Cameraty florenckiej pojawił się też człowiek, który najpełniej - jak sądzono - zbliżył się do wzorów antycznej śpiewnej melorecytacji (recitar cantando). Nazywał się Iacopo Peri. "Tworzył i wykonywał z wielkim powodzeniem muzykę, a pomiędzy śpiewakami Florencji uchodził sprawiedliwie za nie gorszego od innych. Uniknął tej kanciastości i nadmiernej staroświecczyzny, która dawała się wyczuć w muzyce Galilea - pisał o nim Pietro Bardi. - Dysponował ogromną umiejętnością i znalazł sposób, by posługując się niewieloma dźwiękami, naśladować zwykłą mowę, dzięki czemu stał się ogromnie znany"2.
Pierwszym dziełem Jacopo Periego wystawionym w Palazzo Corsi we Florencji podczas karnawału 1597-1598 była Dafne. Z opowieści o nimfie, która broniąc się przed zalotami Apollina, wyprosiła u ojca, by zamienił ją w drzewo, zachowało się jedynie kilka fragmentów. Dwa lata później, rywalizując zresztą z innym florenckim kompozytorem Giuliem Caccinim, który podjął ten sam mitologiczny temat, Iacopo Peri skomponował Euridice. Historia Orfeusza i jego małżonki została zaprezentowana 6 października 1600 r. w Palazzo Pitti we Florencji z okazji zaślubin Marii Medycejskiej z francuskim królem Henrykiem IV. Właśnie tę datę uznano za narodziny opery, choć nie z racji niezwykłego geniuszu Jacopo Periego. Po prostu jego Euridice przetrwała i nawet dziś okazjonalnie pojawia się na scenach. Z okazji 400-lecia opery w 2000 r. wystawiła ją Warszawska Opera Kameralna.
Na służbie słowa
Potrzebny był wszakże znacznie większy talent, by tchnąć prawdziwe życie w gatunek, który wykluł się na przełomie XVI i XVII w. Taki twórca objawił się wkrótce. Nazywał się Claudio Monteverdi, ale z Florencją nie miał nic wspólnego, choć znał idee i dokonania artystów skupionych wokół Cameraty. Przyszedł na świat w 1567 r. w Cremonie w Lombardii, w mieście, któremu nieśmiertelną sławę zapewnił inny rodzaj muzyki. To tam w XVI w. początek rodowi sławnych lutników dał Andrea Amati; uczniami jego potomka byli Antonio Stradivari i Andrea Guarnieri. Claudio Monteverdi wyrósł więc na wirtuoza gry na wioli i skrzypcach, ale bardziej pociągało go komponowanie. Wczesny okres jego twórczości zdominowały madrygały - najpopularniejszy wówczas rodzaj świeckiej muzyki wokalnej - przeznaczone do śpiewania wielogłosowego. W polifonii Monteverdi szczególne znaczenie zaczął nadawać jednemu głosowi, który nazywał melodią. Chodziło mu o lepsze wyeksponowanie poetyckiego tekstu, w jednym ze swych zbiorów madrygałów napisał przecież, że "muzyka jest sługą słowa". W operze z tej melodii wykształciła się z czasem efektowna aria.
Około 1590 r. Claudio Monteverdi rozpoczął służbę na dworze księcia Mantui, Vincenza I Gonzagi. Najpierw był wiolistą, potem otrzymał zaszczytne stanowisko - maestro della camera et della chiesa sopra la musica (dyrektor muzyki na dworze i w kościele). Rozgłos, który zyskała we Włoszech Eurydyka Jacopo Periego, spowodował, że w 1607 r. Monteverdi też przedstawił w Mantui pierwsze dzieło sceniczne - Orfeusza (L'Orfeo). Zajął się tym samym mitem co Peri, więc zapewne znał jego utwór oraz idee Cameraty florenckiej, ale dodatkowo je rozwinął. Zapatrzenie Florentyńczyków w teatr antyczny spowodowało bowiem, że muzyka miała pełnić funkcję prostego akompaniamentu. Monteverdi nie zapomniał, że słowo jest najważniejsze, ale kunsztowne recytatywy, czyli mowę śpiewaną, połączył z orkiestrowymi sinfoniami, scenami chóralnymi czy duetami. To on pokazał więc, czym może być nowy gatunek nazwany dramma per musica (termin "opera" w języku włoskim oznaczający po prostu 'dzieło' pojawi się dopiero trzy dekady później).
Powodzenie Orfeusza sprawiło, że kompozytor otrzymał kolejne zamówienie na utwór sceniczny, który miał uświetnić ślub młodego Francesca Gonzagi z Małgorzatą Sabaudzką. Tak powstała Ariadna (L'Arianna), z której historyczne zawieruchy pozwoliły przetrwać tylko jednemu fragmentowi. To poruszający Lament Ariadny, w którym Monteverdi osiągnął niespotykane wcześniej w muzyce wokalnej napięcie, mimo że mamy tu do czynienia z formą monologu. Narracja jest jednak pospieszna, zadyszana, dramatyczna, to znów pełna rozpaczy i lamentu, a wszystkie te odcienie wyraża również towarzysząca bohaterce gra muzyków. Najlepszą zaś ocenę Ariadny dał kompozytor Marco da Gagliano, także starający się o względy księcia Gonzagi, a więc rywal Monteverdiego. Napisał on: "Signor Claudio Monteverdi, muzyk najsłynniejszy, skomponował arie w stylu tak wykwintnym, że śmiało można twierdzić, że osiągnął poziom muzyki antycznej, zmusił bowiem całą widownię do łez"3.
W bazylice św. Marka
Uznanie dla Monteverdiego wykroczyło daleko poza Mantuę, ale choć książę Gonzaga szczycił się swoim maestro di capella, to jednak płacił mu nieregularnie i niechętnie. "Musiałem każdego dnia chodzić do kasjera - pisał kompozytor w jednym z listów - i błagać o pieniądze, które prawnie mi się należały. Bóg widzi, że nigdy nie przeżywałem większego duchowego upokorzenia niż wtedy, gdy musiałem wyczekiwać w jego przedpokoju". Na to nałożyły się tragedie rodzinne. W 1607 r. zmarła żona, śpiewaczka Claudia Cattaneo, osierociwszy dwóch synów. Monteverdi nigdy się już potem nie ożenił, sam zajął się wychowaniem dzieci. W pewnym momencie zdecydował się opuścić skąpą Mantuę i w 1613 r. został maestro di capella bazyliki św. Marka w bogatej Wenecji. Komponował tam dużo, cieszył się wyjątkowym uznaniem, ale do tej kupieckiej republiki nie dotarła jeszcze moda na operę. A Monteverdiego - zajętego pisaniem utworów religijnych i madrygałów - teatr kusił, gdy więc otrzymywał zamówienie na drammi per musica spoza Wenecji, chętnie je realizował. Niestety, z tych utworów znamy dziś jedynie tytuły.
W 1624 r. w pałacu weneckiego doży Girolama Moccenigo zaprezentował scenę dramatyczną Pojedynek Tankreda z Kloryndą (Il combattimento di Tancredi e Clorinda) do tekstu zaczerpniętego ze słynnego eposu rycerskiego Jerozolima wyzwolona Tassa. "Stwierdziwszy, że pośród naszych namiętności, czyli afektów, są trzy główne - zdradzał tajniki swojej pracy Monteverdi - to jest gniew, umiarkowanie oraz pokora czy błaganie, jak to potwierdzają najlepsi filozofowie, a także sama natura naszego głosu, mającego rejestr wysoki, środkowy i niski, jak też sama sztuka muzyczna określa to jasno w trzech terminach: wzburzony, miękki i umiarkowany; nie mogłem jednak odszukać w dziełach czasów minionych przykładów stylu wzburzonego, choć miękkiego i umiarkowanego było wiele"4. Odmalowując obraz walki w Pojedynku Tankreda z Kloryndą, on ten styl wzburzony stworzył. Muzyka oparta przede wszystkim na zmiennych rytmach oddaje zarówno tętent koni, jak i ciosy zadawane przeciwnikowi, a kiedy rytm zwalnia, wydaje się odmierzać nieuchronny los i zwiastować śmierć.
Ta zaś krążyła wokół kompozytora. W 1627 r. jego młodszy syn Massimiliano - lekarz w Bolonii - został uwięziony przez Inkwizycję pod zarzutem studiowania zakazanych ksiąg. Dzięki zabiegom ojca udało się go uwolnić i przyjechał do Wenecji. Tu znajdował się jego starszy brat, Francesco, który wstąpił do zakonu karmelitów, ale że miał piękny głos, został też członkiem kapeli ojca w bazylice św. Marka. Gdy na początku lat trzydziestych we Włoszech rozszalała się epidemia dżumy, obaj synowie Monteverdiego zachorowali i umarli. On zaś przyjął w 1632 r. święcenia kapłańskie i postanowił wycofać się z życia publicznego. Nie wytrzymał w tym postanowieniu długo; scena upomniała się o niego pięć lat później, kiedy powstał w Wenecji pierwszy teatr publiczny. Dla weneckiego teatru San Cassiano Monteverdi skomponował w 1640 r. Powrót Ulissesa do ojczyzny, utwór przez długi czas uznawany za zaginiony. Gdy w 1880 r. w Wiedniu odnaleziono anonimową rękopiśmienną kopię, pojawiły się wątpliwości, czy dzieło rzeczywiście wyszło spod ręki Monteverdiego. Ten spór ożywa co pewien czas, im częściej jednak obecnie wystawia się Powrót Ulissesa, tym mniej jest wątpiących.
Pewne jest natomiast autorstwo Koronacji Poppei, wystawionej jesienią 1642 r. na innej weneckiej scenie Teatro San Giovanni e Paolo, mimo że ta opera jest znana z dwóch rękopisów sporządzonych już po śmierci Monteverdiego, między którymi są pewne różnice. W tamtych czasach w Wenecji nie było zwyczaju wydawania oper drukiem, utwory miały krótki żywot, publiczność oczekiwała ciągle nowych rozrywek. Tak oto z bogatego dorobku Claudia Monteverdiego zachowały się jedynie dwie opery - pierwsza i ostatnia, bowiem w rok po ukończeniu Koronacji Poppei 76-letni kompozytor zmarł na "gorączkę febryczną".
Koronacja Poppei jest arcydziełem, jednym z największych, jakie powstały w całej historii opery. Monteverdi zerwał z obowiązującym kanonem przedstawiania opowieści ze świata bogów lub bohaterów mitologicznych, pokazał prawdziwych ludzi ze wszystkimi ich ułomnościami i namiętnościami. Giovanni Busenello dostarczył mu libretto oparte na faktach - historię cesarza Nerona, który zapaławszy miłością do pięknej Poppei, skazał małżonkę Oktawię na wygnanie, a swojemu mentorowi, filozofowi Senece, który był przeciwny związkowi cesarza z Poppeą, kazał popełnić samobójstwo. Opera kończy się miłosnym happy endem, jednak o dwuznacznym wydźwięku, nie pokazano przecież dalszych wydarzeń: Neron po podpaleniu Rzymu popełnił samobójstwo, wcześniej brzemienna Poppea poroniła i zmarła, gdy cesarz kopnął ją w brzuch. Zamiast tego mamy miłosny duet, będący dowodem triumfu Amora nad Fortuną i Cnotą (dyskurs tych mitologicznych postaci stanowi prolog do Koronacji Poppei). Monteverdi pokazał jednak świat zły, zepsuty, a przy tym kuszący, tematem opery jest miłość zmysłowa, a nie wyidealizowana, co czyni ją prawdziwie ludzką. Koronacja Poppei ma wymiar niemalże szekspirowski, wzniosłość miesza się w niej z podłością, tragizm - z komedią, liryzm - z frywolnością. I nadal potrafi wzruszać. Kiedy w inscenizacji Krzysztofa Warlikowskiego w madryckim Teatro Real w 2014 r. cesarzowa Oktawia odpływała na wygnanie, śpiewając arię A Dio Roma, była to jedna z najpiękniejszych scen wykreowanych we współczesnym teatrze.