Na politechnice
Pewnego wrześniowego dnia roku 1895 znalazłem się w wielkim hallu
Politechniki Ryskiej.
Z uczuciem ulgi opuszczałem Petersburg i ponury gmach Instytutu
Inżynierów Komunikacji. Na egzaminach konkursowych nie miałem szczęścia,
a otrzymawszy tróję z algebry, straciłem nadzieję na dostanie się do
tego zakładu. Przyjęto mnie jednak w drodze wyjątku na wakat nadetatowy,
będący do dyspozycji ministra dróg i komunikacji. W moim pojęciu było to
jednak wykorzystywanie stanowiska mego Ojca1, do czego nie miałem
najmniejszej ochoty. Czułem się więc dość niewyraźnie i po paru
tygodniach pobytu w petersburskim instytucie postanowiłem zrezygnować z "tego losu na loterii" i uprosiłem Ojca, aby dał swoją zgodę na
przeniesienie mnie na Politechnikę Ryską.
Ojciec, który nie cierpiał wszelkich protekcji i protekcyjek, całkowicie
zaaprobował mój plan. Mimo spóźnionego terminu matrykulacji zostałem
przyjęty na wydział inżynierii rolnej.
Tego dnia w hallu politechniki było ludno i gwarno. Młodzież zjeżdżała
się z letnich wakacji i teraz załatwiała różne sprawy związane z rozpoczęciem roku akademickiego.
Z ciekawością przyglądałem się życiu uczelnianemu tak różnemu od
atmosfery stołecznego liceum i od urzędniczo sztywnego rygoru Instytutu
Inżynierów Komunikacji. Wśród tłumu młodzieży studenckiej przewijały się
barwne czapeczki korporacji, a więc zielone - Bałtyki, niebieskie -
Rubonii, szafirowe - Concordii, wreszcie ciemnogranatowe z biało-zieloną
obwódką - Arkonii.
Politechnika Ryska
Po załatwieniu formalności wstępnych stawiłem się u dziekana fakultetu,
starego profesora Thomsa, znanego autorytetu w dziedzinie chemii rolnej.
- Wybrał pan najtrudniejszy, najmniej popłatny, ale najszlachetniejszy
zawód - rzekł profesor. - Niech pan nie zapomni, że le sol c'est la
Patrie, améliorer l'un c'est servir a l'autre2.
- Mam nadzieję, że pan dopełni przyjętych na siebie obowiązków - rzekł
jeszcze i podał mi rękę. Gdym był już blisko drzwi, zatrzymał mnie
zapytaniem:
- Czy pan zamierza wstąpić do którejś korporacji?
Odpowiedziałem, że mam zamiar wstąpienia do Arkonii.
- Dobry wybór - rzekł profesor. - Będzie miał pan wielu rolników jako
kolegów.
Po wyjściu od dziekana stawiłem się u profesorów wykładających na
pierwszym roku w celu uzyskania podpisów w tak zwanym testirheft.
Byłem u profesora Schindlera, który wykładał hodowlę roślin i botanikę,
u profesora Bischoffa - chemika, będącego postrachem wszystkich
agronomów, profesora Dossa - mineraloga i geologa, profesora Kirsteina -
wykładającego budownictwo, oraz u profesora Bohla - matematyka.
Dzień zszedł mi na zakupieniu przyborów kreślarskich, książek, na
zarezerwowaniu miejsca w laboratorium chemicznym i w kreślarniach.
Wieczorem udałem się na kolację do tak zwanego Romkelleru - restauracji
mieszczącej się w suterenach Hotelu Rzymskiego.
Było tam pełno i gwarno. Zauważyłem, że każda z korporacji miała swój
stół. Młodzież studencka zachowywała się dość hałaśliwie. Na tle tej
rubasznej, burszowskiej atmosfery odbijali się dodatnio swym zachowaniem
i zewnętrznym wyglądem studenci polskiej korporacji Arkonia i niemieckiej Bałtyki. Zasiadłem samotnie przy stoliku w pobliżu Arkonów.
Usłyszałem nieoczekiwanie swoje nazwisko. Jeden z młodych ludzi podszedł
do mnie i powitał mnie przyjacielsko. Był to mój dawny znajomy - Michał
Wereszczaka z Gutowszczyzny w ziemi nowogródzkiej. Zostałem zaproszony
do wspólnego stołu i po obustronnym przedstawieniu oraz krótkiej
rozmowie zakomunikowałem obecnym o moich projektach zapisania się do
Arkonii. Zgodnie z arkońską etykietą moje oświadczenie przyjęto dość
zimno. Nie leżało w tradycjach arkońskich rekrutowanie młodych
studentów. Przeciwnie, przyjęcie do korporacji łatwym nie było.
- A czy pan zna drugą polską korporację, Welecję? - spytał mnie jeden ze
starszych kolegów. - Może byłoby wskazanym zapoznać się z obydwoma
stowarzyszeniami i dopiero potem zdecydować się na wybór?
Odpowiedziałem, że znam Arkonię z tradycji oraz opowiadań moich krewnych
i znajomych filistrów3 Arkonii i że nie leży w moich
zamiarach zapoznawanie się z ideologią Welecji czy też odwiedzanie na
razie ich kwatery. Powoli, po przełamaniu pierwszych lodów, atmosfera
stała się mniej sztywną. Wypytywałem o warunki przyjęcia, o wykłady, o koszty utrzymania i wynajęcia pokoju, gdyż w pierwszych dniach pobytu
zamieszkałem w hotelu. Udzielono mi rzeczowych i życzliwych odpowiedzi,
a mój nowy przyjaciel, "Mik" Wereszczaka, obiecał dopomóc w wyszukaniu
pokoju, gdyż pobyt w hotelu nie mieścił się w granicach budżetu
studenckiego. Umówiłem się, że dnia następnego, w sobotę, spotkamy się
na śniadaniu w kwaterze Arkonii. Będę miał sposobność przedstawienia się
członkom prezydium i złożenia podania o przyjęcie w poczet członków
stowarzyszenia. Mimo zmęczenia długo nie mogłem zasnąć w oczekiwaniu
dnia następnego.
Pieśń Arkonii
W czarnej fuksowskiej czapeczce ze srebrnym inicjałem Arkonii znalazłem
się po raz pierwszy w środowisku korporacyjnym. Był wieczór. Siedziałem
w gronie starszych kolegów w wielkiej sali naszej kwatery przy szklance
piwa i z ciekawością przysłuchiwałem się rozmowom.
Głośne uderzenie żelaza o drzewo przerwało pogadankę. Spojrzałem poza
siebie. W końcu sali, na stole, stał dorodny młodzieniec z rapierem w ręku, w barwnej czapeczce na głowie i z trójkolorową przepaską na
piersiach.
- Silentium! - zawołał donośnym głosem. Na sali zaległa cisza.
- Koledzy, pieśń Arkonii - zawołał powtórnie.
Powstano z miejsc, na sali zaroiło się od granatowych czapeczek,
wszystkie twarze zwróciły się w stronę godła Arkonii zawieszonego na
frontowej ścianie, na tle wachlarza trójkolorowych chorągwi
korporacyjnych. Zabrzmiała dźwięczna melodia pieśni naszego
stowarzyszenia:
Niech z setki młodych piersi głos
W potężny chór zapieje,
Niech nam Arkonia w wieczny czas
Rozkwita, promienieje!
Niech krzepi serca, kształci myśl,
Rozwija młode ramię,
A żadna troska, żaden cios
Potęgi jej nie złamie!
My, syny jej, wśród życia dróg
Okażmy się jej godni,
Dla cnoty miejmy świętą cześć,
A wzgardy głos dla zbrodni!
I w taką uzbrojeni moc
Do walki stańmy z światem,
A każdy dzielny polski mąż
Niech będzie naszym bratem!
Pieśń się skończyła. "Mistrz śpiewu" uderzył rapierem po stole.
- Ex! - zawołano na sali.
Po złożeniu w południe podania zostałem tegoż dnia przyjęty oficjalnie w poczet członków stowarzyszenia na prawach kandydata (fuksa). Był to dla
mnie dzień pamiętny. Najpierw wiceprezes Arkonii - książę Seweryn
Czetwertyński4 wziął mnie pod rękę i chodząc po sali,
wyjaśniał mi cele i ideały stowarzyszenia, po czym odczytał mi rotę
przysięgi arkońskiej i podał rękę na znak, że dochowam mych zobowiązań.
Zostałem więc przyjęty oficjalnie jako kandydat (fuks).
O ile przed oficjalnym przyjęciem oblano mnie - jak zresztą każdego z aspirantów - zimną wodą, o tyle potem otoczyła mnie nagle serdeczna,
miła atmosfera koleżeństwa i harmonii, które tak cechowały wewnętrzne
życie naszego stowarzyszenia. Zapoznałem się niezwłocznie z moimi
najbliższymi kolegami z cetusu (rocznika) i z naszym bezpośrednim
opiekunem, czyli tak zwanym oldermanem (gospodarzem), który był poniekąd
wychowawcą, doradcą i najbliższym przyjacielem korporacyjnych
żółtodzióbów - fuksów. Zadanie oldermana było trudne i wymagało
wielkiego taktu, spokoju i wyczucia natury ludzkiej. W owych czasach
dążyła do Rygi młodzież polska ze wszystkich dzielnic dawniejszej
Rzeczypospolitej: z szerokiej Ukrainy, Białej Rusi, Litwy, Żmudzi, z Królestwa, jak również z dalekiej Rosji, z Petersburga, Moskwy. Każdy
wnosił z sobą zwyczaje, tradycje rodzinne, odrębności mowy, naleciałości
tego lub innego zakładu, w którym odbierał średnie wykształcenie. Zebrać
ten konglomerat w jedną całość, scementować pojęciowo, natchnąć jedną
ideą przewodnią, skorygować i naprawić braki wychowania oraz przygotować
na przyszłego pożytecznego członka koła Arkonii - było to zadanie nie
lada. Naszym oldermanem był Władek Mazaraki - ziemianin z Ukrainy, który
zyskał naszą przyjaźń i zaufanie, a który całkowicie odpowiadał zadaniom
wychowawcy. Szczęśliwie dla Władka, rocznik nasz był szczególnie
solidarny i zdyscyplinowany i pod tym względem opiekun nasz nie miał
nigdy kłopotu.
W dziejach Arkonii cetus nasz nie odznaczył się ani wielką
indywidualnością, ani inteligencją. Natomiast był to rocznik głęboko
przywiązany do stowarzyszenia i gotowy dać się posiekać, gdy chodziło o honor korporacji. Nie było wśród nas charakterów wybitnych i przewyższających otoczenie swym intelektem. I być może z tej racji
byliśmy nad wyraz solidarni. Prezes komisji naukowej miał z nami sporo
kłopotu, gdy chodziło o napisanie obowiązkowego odczytu i obronienie
tezy, natomiast gdy chodziło o fechtunek, pojedynek z Niemcem,
podtrzymywanie stosunków zewnętrznych, o przygotowanie balu Arkonii albo
komerszu, o sporty i polowanie - byliśmy pierwsi. Zebraliśmy się, jak to
mówią, simplex servi Dei5, ale jakoś w życiu późniejszym
dawaliśmy sobie radę, nie wysuwając się co prawda do pierwszych
szeregów, ale i nie pozostając w tyle.
Z moich konfuksów (kolegów z tego samego rocznika) wymienię Kazimierza
Bystrama z Bystrampola w ziemi kowieńskiej, Janusza Chmielowskiego z Warszawy (syna Piotra, znanego autora i uczonego), Szymona Meysztowicza
z Meyszt, Tadeusza Mazarakiego z Ukrainy, Jakuba Rokickiego z Ukrainy,
księcia Konstantego Czetwertyńskiego z Grodzieńszczyzny, Zygmunta
Rutkowskiego z Koźliszek w ziemi kowieńskiej, Kazimierza Falkowskiego z Mińszczyzny, Alfonsa Czarnowskiego z Ukrainy, Andrzeja Bower de St Clair
- Szkota, Tadeusza Szaniora z Warszawy, Bohdana Żagiela z Wileńszczyzny,
hrabiego Edwarda O'Rourke6 z Basina w ziemi nowogródzkiej,
Gabryela Wodzińskiego z Zaborówka w Królestwie, Michała Wodzińskiego z Sierakówka, Wacława Zyndrama-Kościałkowskiego, Michała Wereszczakę z Gutowszczyzny w ziemi nowogródzkiej, Konstantego Żebrowskiego z Rudy
spod Kamieńca Podolskiego, Aleksandra hrabiego Choiseul-Gauffier z Płotel na Żmudzi, wreszcie Józefa Wołodkowicza z Iwańska w ziemi
witebskiej.
Studenteria ryska
Ustrój akademicki na dwóch wyższych uczelniach nadbałtyckich - w Rydze i Dorpacie - różnił się wyraźnie od ogólnego szablonu uniwersytetów i specjalnych wyższych zakładów na obszarze państwa rosyjskiego. Obie
uczelnie zachowały ustrój uniwersytetów zachodnich: z Senatem
Uniwersyteckim, z Sądem Akademickim, z szeregiem pewnych swobód życia
studenckiego, wreszcie z możliwością grupowania się wychowańców w korporacjach, oficjalnie zatwierdzanych i uznawanych przez władze
administracyjne. Studenterie: ryska i dorpacka dzieliły się na dwa
różne, a niemające z sobą nic wspólnego odłamy - korporantów i tak
zwanych wilderów, czyli dzikich.
Korporacje grupowały młodzież o pewnej kulturze zachodniej, z tradycjami, przynależną do wspólnej sfery towarzyskiej, wreszcie -
młodzież niebędącą rdzennie rosyjską, a co więcej - wzajemnie połączoną
instynktem samozachowawczym przed wschodnim nihilizmem i skrajnym
moskiewskim nacjonalizmem. Większość korporacji składała się z przedstawicieli żywiołu niemieckiego, to jest studentów pochodzących ze
starego mieszczaństwa ryskiego lub szlachty bałtyckiej. Najliczniejsze
były jednak dwie korporacje polskie: Arkonia i Welecja7, w których grupowała się prawie cała młodzież polska, przybywająca w owym
czasie tłumnie na studia do wyższych uczelni bałtyckich.
Arkona na Rugii
Druga grupa studenterii składała się z napływowych żywiołów
rosyjsko-żydowskich o charakterze jawnie lewicowym, a po części
wywrotowym, oraz z wcale licznych tak zwanych seminarzystów, czyli osób,
które po ukończeniu prawosławnego seminarium duchownego zrezygnowały z kariery kapłańskiej i korzystając z niektórych ułatwień, napływały
tłumnie na Politechnikę Ryską. Był to element w pełnym tego słowa
znaczeniu wstrętny, w którym - sposobem niepojętym dla mentalności
zachodniej - łączył się nihilizm ze skrajnym rosyjskim szowinizmem,
nieznoszącym wszystkiego, co ma jakikolwiek wyraz kultury zachodniej.
Te dwa światy egzystowały obok siebie, nie łącząc się, a nawet nie
komunikując wzajemnie. Korporanci patrzyli na stado wschodnie z pogardą,
szczególnie gdy pod koniec ostatniego dziesiątka ubiegłego stulecia w naszej spokojnej uczelni zaczęły się strajki i zamieszki studenckie,
powodowane przez te barbarzyńskie żywioły, domagające się skasowania
swobód akademickich, zamknięcia korporacji i wprowadzenia mundurów.
Wśród wilderów można było spotkać jednostki nienadające się do
zbiorowego życia korporacyjnego i nieznoszące dyscypliny oraz rygoru
charakteryzującego ustrój korporacyjny. Nic dziwnego, że w pojęciu
każdego korporanta słowo "wilder" było symbolem wewnętrznego i zewnętrznego upadku, symbolem niższości, złego wychowania, chamstwa,
wreszcie bezczelności, z którą ten element narzucać chciał swoje
bezprawie i swoje poglądy. Wilderzy nie uznawali ani Sądu Akademickiego,
ani honorowego załatwiania spraw, a Senat Uniwersytecki nieraz stawał
bezradnie wobec zachowania tych panów.
Jedynym poniekąd kulturalnym elementem wśród tej dziczy byli Żydzi
grupujący się w kole semickim, zwanym z ruska Krużok. Szczególnie
wydział chemiczny był licznie obsadzony przez tę mniejszość narodową.
Młodzież polska umiała wykorzystać formy korporacyjne dla swych celów.
Ustrój korporacyjny automatycznie zaprawiał młodzież do życia
parlamentarnego, do rzeczowego i ujętego w przyzwoitą formę
dyskutowania, wreszcie - co najważniejsze - do szanowania zdania
przeciwnika, o ile osoba przeciwnika nie używała argumentów przeczących
zasadom etyki.
Korporacja składała się z czynnych członków Koła (tak zwanych barwiarzy)
- noszących kolorowe oznaki stowarzyszenia, kandydatów - noszących na
głowie czarne czapeczki ze srebrnym inicjałem, wreszcie filistrów
(filistrów członków Koła lub filistrów kandydatów). Aby stać się
członkiem Koła (otrzymać barwy), trzeba było przejść przez okres próby.
Do Koła przyjmowano zazwyczaj w trzecim semestrze, a więc po roku próby.
W rzadkich wypadkach obdarzano barwami w drugim semestrze. Przyjęcie do
Koła było uroczystością, która na całe życie pozostawała w pamięci.
Zazwyczaj dwóch czynnych członków proponowało kandydata. Na tajnym
posiedzeniu Koła odbywały się przedtem debaty, podczas których
wypowiadano się pro i contra omawianej kandydaturze, przedstawiano
zalety i wady osoby. Dopiero po upływie paru tygodni, po
przebalotowaniu, prezes korporacji zjawiał się osobiście w mieszkaniu
prywatnym przyjętego kandydata i po dłuższej rozmowie - o ile kandydat
zdecydował się ślubować wierność zasadom i celom Arkonii, zawartym w tak
zwanym podaniu, oraz dochować wiernie "tajemnicy Koła" - zapraszał go
na posiedzenie Koła Arkonii (kandydata aż do czasu oficjalnego przyjęcia
obowiązywała tajemnica). Tam odbierano od kandydata oficjalne
zobowiązanie, po czym zakładano mu uroczyście kolorową czapeczkę na
głowę i trójkolorową wstęgę na pierś. Od tej chwili fuks stawał się
oficjalnie barwiarzem i zwykle musiał przyjąć na siebie jeden z niższych
urzędów stowarzyszenia. Korporacja bowiem stanowiła w miniaturze małą
republikę, z szeregiem urzędów związanych z życiem tak wewnętrznym, jak
i zewnętrznym stowarzyszenia.
Oprócz prezydium, które składało się z prezesa, wiceprezesa i sekretarza, tworzących władzę stowarzyszenia i reprezentujących
korporację na zewnątrz, mieliśmy następujące urzędy: oldermana, czyli
gospodarza odpowiedzialnego za kandydatów będących na pierwszym roku
studiów, wydział sądowy, składający się z trzech członków, w tym dwóch
sędziów honorowych, komisję naukową (trzyosobową) i komisję zebrań
towarzyskich, mistrza fechtunku wraz z kilku substytutami, mistrza
śpiewu, bibliotekarza, kasjera kasy stypendialnej i kasjera kasy
kuchennej oraz gospodarzy: kwatery, wydziału finansowego, kuchni,
komisji balowej i komisji komerszowej; wybieraliśmy też delegata do sądu
ogólnostudenckiego oraz delegatów do ogólnostudenckiego sądu honorowego.
Najwyższym organem zespołu wszystkich korporacji był Konwent Seniorów, w którym poszczególne korporacje były reprezentowane przez swoich prezesów
i wiceprezesów. Prezesem Konwentu Seniorów zostawał po kolei prezes
każdej z korporacji. Obok Konwentu Seniorów istniał jeszcze Konwent
Delegatów (Chargierten Convent), będący w gruncie rzeczy najwyższym
organem doradczym życia międzykorporacyjnego. Każde stowarzyszenie
wysyłało do niego po dwóch delegatów. Przewodniczyła po kolei każda z korporacji.
Niektóre zasadnicze sprawy, jak na przykład zatwierdzenie i uznanie nowo
utworzonej korporacji, zależały od decyzji Konwentu Delegatów. Przy
zatwierdzeniu Arkonii pojawiła się wielka opozycja ze strony dwóch
korporacji niemieckich. Trzeba było przerąbać drogę z rapierem i pistoletem w ręku. Dopiero po kilku pojedynkach, które zakończyły się
dla Niemców tragicznie, w latach siedemdziesiątych dziewiętnastego
stulecia Arkonię uznano.
Uznanie zawdzięczała Arkonia poczciwej Rubonii, z którą od tego czasu
zachowywaliśmy trwałą przyjaźń.
Gorzej było z zatwierdzeniem łotewskiej Selonii, która przez dwadzieścia
pięć lat na próżno starała się o uznanie, gdyż Niemcy i Rosjanie trwali
w opozycji wobec jej kandydatury. Selonia egzystowała więc
nieoficjalnie: nie miała prawa nosić swych oznak poza ścianami własnej
kwatery, nie miała też swych przedstawicieli ani w Konwencie Seniorów,
ani w Konwencie Delegatów.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Ojcem autora wspomnień był Bolesław Pieriejasławski-Jałowiecki (ur. w 1843 r. na Wileńszczyźnie, zm. w 1918 r. w Piotrogrodzie), ziemianin, inżynier wojskowy i komunikacji, konstruktor taboru kolejowego, dyrektor zakładów budowy parowozów i wagonów w Petersburgu, budowniczy kolei wąskotorowych w Imperium Rosyjskim; osiągnął rangę generała inżynierii. W 1906 r. poseł z guberni wileńskiej do rosyjskiej Dumy Państwowej; aktywny uczestnik życia petersburskiej Polonii. Natomiast matką autora była Aniela Tekla z Witkiewiczów (1854-1918), siostra m.in. Stanisława Witkiewicza (1851-1915), architekta, twórcy tzw. stylu zakopiańskiego, malarza i teoretyka sztuki. (Wszystkie przypisy w książce pochodzą od redakcji). [wróć]
le sol... (fr.) - ziemia to Ojczyzna, ulepszać tę pierwszą to służyć tej drugiej. [wróć]
filister - nieaktywny już członek korporacji akademickiej, po zakończeniu studiów. [wróć]
Książę Seweryn Światopełk-Czetwertyński (1873-1945) - wielki właściciel ziemski. Od 1905 r. członek Ligi Narodowej; w 1906 r. poseł do rosyjskiej Dumy Państwowej. Przemysłowiec i publicysta, politycznie związał się z Narodową Demokracją; od 1919 do 1935 r. poseł na kolejne Sejmy RP; w l. 1941-1945 więziony przez Niemców w obozach koncentracyjnych; po wyzwoleniu wyjechał do Szkocji, gdzie wkrótce zmarł. [wróć]
simplex... (łac.) - prości słudzy Boży. [wróć]
Hrabia Edward O'Rourke (1876-1943) - od 1907 duchowny katolicki. Wykładowca w seminarium w Petersburgu; w 1918 r. otrzymał w Wilnie święcenia biskupie; w l. 1918-1920 biskup Rygi; od 1922 administrator apostolski Wolnego Miasta Gdańska, a następnie w l. 1926-1938 pierwszy biskup diecezji gdańskiej. (Jego przodkowie pochodzili z Irlandii, w XVIII w. osiedli w Imperium Rosyjskim, w XIX w. część rodu uległa polonizacji). [wróć]
Arkonia i Welecja - jedne z najstarszych polskich korporacji akademickich; obie powstały na Politechnice Ryskiej, założone przez studiujących tam Polaków: Arkonia w 1879 r., a Welecja w 1883 r. (w wyniku rozłamu w Arkonii); Welecja była określana jako bardziej "postępowa" od "konserwatywnej" Arkonii. Nazwy obu nawiązywały do pojęć z zakresu dawnej historii Słowian: przylądka Arkona na Rugii, gdzie znajdował się ważny ośrodek kultowy, oraz związku plemiennego Wieletów. [wróć]