Gąszcz - Sara Strömberg

Kup ebooka

36.90 zł
28.79 zł (25,83 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Samiec łosia leżał na boku. Język, jasno­be­żowy z ciem­no­nie­bie­skimi żył­kami, bez­wład­nie opa­dał na jedną stronę, doty­ka­jąc prze­kwi­tłego siód­maczka. Tho­mas klę­czał przy roz­pru­tym brzu­chu zwie­rzę­cia i wycią­gał z niego wnętrz­no­ści gołymi rękami. Nie zadbał o pod­wi­nię­cie ręka­wów swo­jej kurtki Helly Han­sen. Krew i lepka sub­stan­cja wsią­kały w miękką tka­ninę, a woń żelaza uno­siła się nad bagnem. Zsia­dłam z quada i zaczę­łam roz­ła­do­wy­wać przy­czepę. Baniak z wodą, ręcz­niki i skrzynki z piwem nie­mal znik­nęły w mlecz­nej poran­nej mgle, która zawi­sła wśród świer­ków. Czu­łam zimny pot mię­dzy pier­siami. Ostatni odci­nek drogi z ?nn do Harsjön jest stromy, w wielu miej­scach musia­łam zejść z quada i go pro­wa­dzić albo mocno pochy­lać się nad kie­row­nicą, żeby się nie wywró­cić.

- Potrze­bu­jemy jesz­cze cze­goś na sobotę? - spy­ta­łam, bio­rąc się pod boki.

- Nie, chyba mamy wszystko. Jest tyle alko­holu i kieł­basy z reni­fera, że mogli­by­śmy tu sie­dzieć i kła­pać dzio­bami przez cały tydzień. Jutro poranna zbiórka u mnie. Zamy­kam firmę na cały week­end.

Pewne rze­czy były nie­zmienne. Więk­szość człon­ków koła łowiec­kiego znała się od dzie­ciń­stwa. Cho­dzi­li­śmy po tych samych kamie­niach co nasi rodzice, pili­śmy wodę z tych samych stru­mieni co nasi dziad­ko­wie. To było nasze miej­sce i naprawdę cie­szy­łam się na ten doroczny week­end, kiedy wszy­scy spę­dza­li­śmy noc w cha­cie myśliw­skiej. Poranne zbiórki, wie­czory przy ogni­sku, nocne roz­mowy. Potrze­bo­wa­łam tej ser­decz­nej atmos­fery, tych dźwię­ków bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek. Nie miało zna­cze­nia, że zazwy­czaj kiep­sko spa­łam na twar­dej pry­czy, z chra­pa­niem Tho­masa dud­nią­cym przy uchu.

Dygo­ta­łam z zimna, musiało być kilka stopni poni­żej zera. Począ­tek wrze­śnia przy­wi­tał nas tem­pe­ra­turą niż­szą niż zwy­kle. Zakra­kała wrona. Czu­łam zimny, jed­no­stajny oddech jesieni.

- Jaki jest przy­dział w tym roku? - spy­ta­łam.

Tho­mas nie odry­wał wzroku od mar­twego zwie­rzę­cia.

- Sie­dem doro­słych osob­ni­ków i sied­mioro cie­ląt. Pierw­szego dnia zastrze­li­li­śmy klępę i cie­laka, a ten tu napa­to­czył się dziś rano, zoba­czy­łem go z okna w kuchni chaty myśliw­skiej. Takie rze­czy nie zda­rzają się zbyt czę­sto.

Uśmiech­nę­łam się.

- Potrze­bu­jesz pomocy przy zała­dunku?

- Nie, chło­paki zaraz wrócą z ambony.

W dal­szym ciągu grze­bał ręką we wnętrz­no­ściach. Fla­ków obok niego cały czas przy­by­wało. Wie­dzia­łam, że zwie­rzę wciąż jest cie­płe. Jesz­cze przed chwilą biło w nim serce.

- Okej.

W dro­dze do wychodka roz­grze­wa­łam się przez pocie­ra­nie ramion. Zosta­wi­łam lekko uchy­lone drzwi, żeby wpu­ścić do środka tro­chę świa­tła i wypu­ścić smród. Haczyk dyn­dał na wie­trze. Sie­dząc na sty­ro­pia­no­wej desce sede­so­wej, mia­łam widok na poroża wiszące na szczy­to­wej ścia­nie chaty myśliw­skiej. Kilka z tych osob­ni­ków ustrze­li­łam sama. Poli­czy­łam. Naj­więk­sze poroże miało sie­dem­na­ście odrost­ków. Nie­źle. Pod­tar­łam się i oka­zało się, że jest tak, jak myśla­łam. Krwa­wi­łam. Prze­klęte pla­mie­nie, pew­nie meno­pauza. Kilka zwi­nię­tych list­ków papieru toa­le­to­wego musiało mi wystar­czyć zamiast pod­pa­ski. Coś ude­rzyło w dach. To szyszka z impe­tem spa­dła na bla­chę.

Wyszłam z wychodka i ruszy­łam przed sie­bie, lawi­ru­jąc mię­dzy powa­lo­nymi drze­wami i krze­win­kami jagód. Mgła zaczęła się pod­no­sić i w oddali wyło­niły się z niej masyw Sylarna oraz szczyt Stor­sna­sen. Wkrótce moim oczom miał się uka­zać piękny widok na nie­bie­skawe góry, roz­cią­ga­jący się aż do Nor­we­gii.

Tho­mas wstał i zdjął kurtkę. Odkrę­cił kra­nik baniaka z wodą i zanu­rzył w niej ręce. Usły­sza­łam plusk.

- Podobno było to mor­der­stwo - oznaj­mił.

- Mor­der­stwo?

Zapię­łam roz­po­rek dżin­sów i pasek. Poczu­łam w ustach meta­liczny posmak.

- Mam na myśli zwłoki tej kobiety zna­le­zione przy ambo­nie w lesie pod Kall tydzień temu. Wygląda na to, że została zamor­do­wana.

Tho­mas otrze­pał ręce i wytarł je w postrzę­piony ręcz­nik.

- Coś takiego!

Przez chwilę przy­glą­dał się łosiowi. Nogi i racice były uło­żone w cha­otyczny spo­sób, przy­po­mi­nały roz­sy­pane bierki.

Przy Tho­ma­sie czu­łam się swo­bod­nie i nie oba­wia­łam się momen­tów ciszy ani wol­niej­szego tempa roz­mowy. W towa­rzy­stwie takich ludzi ni­gdy nie robi się nie­zręcz­nie. Kie­dyś, gdy trzy­ma­li­śmy się całą paczką zna­jo­mych, spę­dza­li­śmy ze sobą mnó­stwo czasu. Tęsk­ni­łam za tym.

- Tak, przed­wczo­raj zadzwo­nił pro­ku­ra­tor i powie­dział, że potrze­bują naszej pomocy, to zna­czy myśli­wych wyspe­cja­li­zo­wa­nych w tro­pie­niu i odnaj­do­wa­niu ran­nych lub zagi­nio­nych zwie­rząt, żeby odszu­kać tele­fon komór­kowy tej kobiety, zanim poin­for­mują prasę, że podej­rze­wają mor­der­stwo. Arty­kuł pew­nie już jest w sieci.

- Nie mia­łam dzi­siaj czasu na czy­ta­nie wia­do­mo­ści.

Skła­ma­łam. Nie spa­łam od trze­ciej nad ranem, lecz zamiast prze­glą­dać inter­net, po pro­stu leża­łam. Wsłu­chi­wa­łam się w prze­jeż­dża­jące tiry. Patrzy­łam, jak czerń spo­wi­ja­jąca sypial­nię powoli prze­cho­dzi w sza­rość.

- I jak wam poszło? - spy­ta­łam.

Tho­mas ziew­nął.

- Poje­cha­li­śmy tam z dwoma chło­pa­kami, ale niczego nie zna­leź­li­śmy.

- Dla­czego gli­nia­rze sami nie poje­chali szu­kać tej komórki?

- Z tego, co zro­zu­mia­łem, mieli coś do zała­twie­nia dwie­ście kilo­me­trów dalej.

Tho­mas prze­su­nął czapkę z dasz­kiem na tył głowy. Potak­nę­łam, myśląc o graf­fiti na ścia­nie skal­nej kil­ka­dzie­siąt kilo­me­trów za ?re. "Tutaj koń­czy się prawo", tak było na niej napi­sane. Znaj­do­wa­li­śmy się w miej­scu, gdzie prze­stało obo­wią­zy­wać prawo. W nie­do­stęp­nym miej­scu. Wokół był tylko las, żad­nych więk­szych zabu­do­wań, jedy­nie kilka drew­nia­nych sza­rych dom­ków, trud­nych do odna­le­zie­nia bez zna­jo­mo­ści lokal­nych ście­żek.

Tho­mas mi się przy­glą­dał. Pro­mie­nie słońca zaczęły prze­bi­jać się przez mgłę, a jeden z nich padł na jego ciemną brodę. Zro­zu­mia­łam, że czeka na dal­sze pyta­nia. Kim była, czy kogoś zła­pali, czy są jacyś świad­ko­wie? Ale ja odpo­wie­dzia­łam na jego spoj­rze­nie mil­cze­niem.

- No dalej, Vero, znam cię od dziecka. Nie obu­dziła się w tobie dzien­ni­kar­ska żyłka?

Pokrę­ci­łam głową. Na samą myśl o tym, że zosta­łam zmu­szona do odej­ścia z gazety, któ­rej poświę­ci­łam całe swoje życie, poczu­łam ból.

- Ani tro­chę.

Tho­mas uniósł brwi.

- Nie chcesz nawet wie­dzieć, jak zgi­nęła?

Wes­tchnę­łam.

- No dobra, mów.

- Podobno została bru­tal­nie pobita. Tyle wiem od poli­cjan­tów. Może powin­naś to spraw­dzić.

Ku swo­jemu zasko­cze­niu poczu­łam mro­wie­nie, jakby lekki prąd prze­szedł przez moje ciało. Już pra­wie zapo­mnia­łam, co to jest cie­ka­wość. To, co kie­dyś było dla mnie chle­bem powsze­dnim, teraz przy­po­mi­nało stary, brzydki strup, który w końcu prze­sta­łam roz­dra­py­wać. Wzdry­gnę­łam się, a mro­wie­nie ustą­piło.

- Tho­mas, jestem teraz pomocą nauczy­ciela w Järpen - powie­dzia­łam, zer­ka­jąc na zega­rek. Pierw­szą lek­cję zaczy­na­łam za pół­to­rej godziny. Sie­dze­nie quada było mokre i wil­goć prze­nik­nęła przez spodnie, gdy usia­dłam. - A pro­pos, muszę się zbie­rać, żeby zdą­żyć do szkoły.

Mój samo­chód stał zatan­ko­wany do pełna na dole, we wsi i pomy­śla­łam, że zdążę, jeśli doci­snę gaz do dechy. Odle­gło­ści są tu liczone w godzi­nach, zawsze w godzi­nach.

- Wie­dzie­li­ście, że pie­cu­szek ma swoje stałe miej­sca, w któ­rych śpiewa i do któ­rych zawsze wraca? - zapy­tał Kurt, patrząc na klasę.

Sie­dząc przy ścia­nie na samym końcu klasy, nie mogłam dostrzec, czy jego wzrok zatrzy­mał się na kimś kon­kret­nym. Ucznio­wie już dawno stali się dla mnie jed­no­litą masą. W przy­padku nauczy­cieli z dłu­gim sta­żem to chyba norma. Całe to gada­nie, że zawód nauczy­ciela opiera się na rela­cjach, tylko wszyst­kich od sie­bie oddala. Rela­cja wymaga cze­goś wię­cej. A co, jeśli nie jest się wystar­cza­jąco dobrym? Lepiej się zdy­stan­so­wać.

Kurt opu­ścił ekran pro­jek­cyjny i zga­sił świa­tło. Tylko nauczy­ciel przed­mio­tów przy­rod­ni­czych może na poważ­nie wie­rzyć, że ktoś chciałby myśleć o pta­kach w miej­scu, do któ­rego zawi­tała śmierć.

Cały dzień pró­bo­wa­łam się od tego odciąć, lecz krą­żące plotki nie dawały mi spo­koju. Nauczy­ciele i ucznio­wie to znu­dzony gatu­nek, a znu­dzeni ludzie są żądni sen­sa­cji. Głosy nara­stały, a potem cichły, i tak w kółko. Mówili, że mor­derca musiał zaczaić się w ciem­no­ści i cze­kać na swoją ofiarę - kobietę o drob­nej budo­wie ciała. W końcu przy­szła, naiwna i samotna jak tam­ten łoś. Ale czy można ją winić? Do tej pory w naszych lasach nie gra­so­wali mor­dercy.

Tho­mas miał rację. Kie­dyś rzu­ci­ła­bym się na ten temat, ucze­piła go i nie puściła, dopóki nie dowie­dzia­ła­bym się, co tak naprawdę się stało.

Ale wszystko się zmie­niło. Pod wie­loma wzglę­dami byłam teraz inną osobą.

Kurt z nie­ma­łym tru­dem prze­to­czył w pół­mroku swoje ciel­sko do kom­pu­tera. Z kie­szonki na piersi fla­ne­lo­wej koszuli wyjął oku­lary, zało­żył je i zaczął kli­kać myszką. Czas mijał i nic się nie działo. Kur­sor myszki wędro­wał po pul­pi­cie. Powstrzy­my­wa­łam się od prze­wró­ce­nia oczami. Kolejny tech­no­lo­giczny igno­rant. Eks­tra. Ucznio­wie nawet nie pró­bo­wali ukryć satys­fak­cji. Śmiali się w głos, szu­kali wzroku innych. Ni­gdy nie odwa­ży­ła­bym się na coś takiego, będąc w pierw­szej kla­sie liceum sto lat temu.

Odsu­nę­łam się od ściany i pode­szłam do niego. Kurt drgnął, jakby zapo­mniał o moim ist­nie­niu, ale chęt­nie prze­ka­zał mi stery.

- To ten Power­Po­int...

Na jego szyi poja­wiły się czer­wone plamy.

W zale­d­wie kilka sekund udało mi się uru­cho­mić pre­zen­ta­cję i wyświe­tlić ją na ekra­nie pro­jek­cyj­nym, na któ­rym poja­wiła się mapa Jämtlandu. Ucznio­wie gwiz­dali i kla­skali. Kurt powie­dział bez­gło­śnie: "dzię­kuję, Vero", po czym wró­cił do pro­wa­dze­nia lek­cji.

- Jak już wspo­mnia­łem, pie­cu­szek ma swoje stałe miej­sca, w któ­rych śpiewa i do któ­rych zawsze wraca. Jedno z tych miejsc znaj­duje się tutaj, nad jezio­rem ?nnsjön.

Długi wskaź­nik prze­su­nął się wzdłuż rzeki wpły­wa­ją­cej do jeziora oraz brzeź­niaka, o któ­rym wie­dzia­łam, że rośnie przy brzegu. Ptak zamiesz­ku­jący obszary niskich gór.

Rozej­rza­łam się. Za chwilę dzie­ciaki roz­pro­szą się we wszyst­kich kie­run­kach. Węzeł Järpen miał się roz­wią­zać, stan­dar­dowy piąt­kowy rytuał. Kilka dziew­czyn już wbi­jało się w lek­kie puchówki, co było konieczne, bio­rąc pod uwagę, że miały na sobie jedy­nie cien­kie raj­stopy i teni­sówki marki Vans. Usły­sza­łam w gło­wie głos H?kana Jönssona, mojego daw­nego kolegi z redak­cji:

- Ale o co tu, u dia­bła, cho­dzi? Dolna połowa ciała wybiera się na Bahamy, a górna na Antark­tydę?

Szu­ra­nie krze­słami i dra­pa­nie po ław­kach klu­czami od sza­fek. Już dawno nauczy­łam się roz­po­zna­wać te dźwięki. I nie cho­dziło tylko o mor­der­stwo, ucznio­wie już dużo wcze­śniej się zde­kon­cen­tro­wali. Kurt mówił do głu­chych uszu. Jego usta były bar­dziej zaci­śnięte, ale nawi­jał nie­zmor­do­wa­nie.

- Lecą daleko, kiedy nad­cho­dzi zima, aż do Afryki, na połu­dnie od Sahary. Lecą nocą, orien­tu­jąc się według gwiazd oraz wscho­dów i zacho­dów słońca. Następ­nie, z począt­kiem wio­sny, wra­cają tu, aby wić gniazda, roz­mna­żać się i skła­dać jaja. No i śpie­wać, oczy­wi­ście.

Zamknę­łam oczy. Usły­sza­łam miękki, nieco melan­cho­lijny śpiew pie­cuszka. Wie­dzia­łam, jak to jest naj­pierw trzy­mać w sku­lo­nych dło­niach to ser­duszko, które bije jak osza­lałe, a potem wypusz­czać zie­lo­no­żółte ciałko na wol­ność. I cho­ciaż bar­dzo chcia­łam zatrzy­mać tego ptaszka, on musiał podą­żać za swoim instynk­tem i podró­żo­wać mię­dzy kon­ty­nen­tami. Dzie­sięć gra­mów w roz­gwież­dżo­nej ciem­no­ści.

- A co z pta­kami, które zostają?

Ktoś był jed­nak zain­te­re­so­wany. Nie widzia­łam, kto zadał to pyta­nie. Kurt zwró­cił się w stronę głosu.

- Jest ich mniej, znacz­nie mniej niż pta­ków wędrow­nych. Ale przy­sto­so­wują się do zimna, ciem­no­ści oraz braku poży­wie­nia. Nie­które gatunki krążą po róż­nych miej­scach w poszu­ki­wa­niu jedze­nia. Ptaki osia­dłe to praw­dziwi mistrzo­wie prze­trwa­nia.

* * *

Roz­legł się dzwo­nek. Kurt uciekł jak poli­tyk przed zgrają dzien­ni­ka­rzy. Prze­kli­na­jąc pod nosem, wyrów­na­łam ławki, star­łam bazgroły z tablicy i usta­wi­łam krze­sła na ław­kach, żeby łatwiej było sprzą­tać. Potem poszłam w swo­ich bir­ken­stoc­kach do pokoju nauczy­ciel­skiego. Kory­ta­rze opu­sto­szały w kilka minut, jak za dotknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdżki. Wen­ty­la­cja prze­stała buczeć. Nie sły­sza­łam nawet wła­snych kro­ków. W szkole sta­łam się kimś, kto cho­dzi na pal­cach.

Ulla stała przy zle­wie, zaab­sor­bo­wana zmy­wa­niem. Inni popę­dzili do domu na wie­czór z Let's Dance, zosta­wia­jąc na biur­kach bała­gan. W ponie­dzia­łek rano natkną się tutaj na kubki z zaschniętą kawą na dnie. Mnie też się spie­szyło, mimo że nie byłam ni­gdzie umó­wiona na kon­kretną godzinę i po głęb­szym zasta­no­wie­niu doszłam do wnio­sku, że w sumie nie mam nic do zała­twie­nia.

Jak tu tra­fi­łam? Ja, która od zawsze nie­na­wi­dzi­łam szkoły, od ponad roku pra­co­wa­łam w liceum, a nasto­latka we mnie pro­te­sto­wała każ­dego dnia. Z prze­ra­że­niem wspo­mi­na­łam prze­cho­dze­nie kory­ta­rzem, na któ­rym ci, co byli "cool", oce­niali tyłki mija­ją­cych ich osób. Kwa­drat, koło lub klep­sy­dra. Ja byłam krzy­wym kwa­dra­tem. Rom­bem. Moje kan­cia­ste kości bio­drowe spra­wiały, że całe ciało było nie­fo­remne. Usta z jed­nej strony uno­siły się, a z dru­giej opa­dały. Jak lina rzu­cona w powie­trze. To powo­do­wało, że moja twarz wyglą­dała na krzywą. Levan nazy­wał mnie Jac­kiem Nichol­so­nem. Uwiel­biał mój wil­czy uśmiech. Kie­dyś.

Dotąd trak­to­wa­łam pracę pomocy nauczy­ciela jako coś tym­cza­so­wego, lecz może powin­nam ją zaak­cep­to­wać, przy­zwy­czaić się do wszech­obec­nego zapa­chu zupy mine­strone i scho­wać ambi­cje do kie­szeni. Prze­stało mnie już dzi­wić, że nauczy­ciele są zmę­czeni i przy­tło­czeni swoją pracą.

Moje mar­tensy stały pod wie­sza­kiem, na któ­rym wisiała kurtka prze­ciw­desz­czowa. Po powro­cie do domu nie zna­la­złam żad­nego innego jesien­nego okry­cia. Zie­lony płaszcz pew­nie leżał w jed­nym z pudeł razem z resztą mojego życia.

Krzyk­nę­łam w kie­runku zlewu:

- Pa, miłego week­endu!

Ulla odwró­ciła się, roz­pro­mie­niona. Jej mokre ręce zaczęły gesty­ku­lo­wać.

- Co za dzień, prawda? Dużo nie­po­koju i roz­mów.

Potak­nę­łam. Ulla pokrę­ciła głową i ści­szyła głos.

- Cieszmy się, że to nie była żadna z naszych uczen­nic. Wiele z nich mieszka prze­cież w pobliżu ?reskutan. - Zmie­niła ton. - A gdyby to była turystka? Wtedy dopiero by się działo.

Taa, turystki. Przed­się­bior­czy­nie, a może nawet cele­brytki.

Wynio­słe miny i kurtki marki Col­mar. Złote karty kre­dy­towe i obcasy wyma­ga­jące twar­dej nawierzchni. To by się odbiło na tury­styce. Ale ryzyko było zni­kome. Takie kobiety spo­koj­nie mogły dalej sączyć szam­pana swo­imi napom­po­wa­nymi ustami, sie­dząc na jakimś tara­sie apr?s-ski czyn­nym jesie­nią, prze­ko­nane, że to wszystko im się należy.

Ulla myła swoje pudełko na lunch. Twardy pojem­nik szybko zro­bił się czer­wo­no­żółty od tłusz­czu, który osa­dził się w rysach pla­stiku.

- Wiesz co? Pomy­śla­łam, że druga klasa mogłaby napi­sać jakieś wypra­co­wa­nie. Może o wspo­mnie­niu, które wiele dla nich zna­czy. Strona A4 chyba wystar­czy? Myślę, że to będzie dobre ćwi­cze­nie.

- Brzmi świet­nie.

Uśmiech nie przy­szedł mi łatwo, ale wysi­li­łam się, po czym wło­ży­łam swój brudny pojem­nik na lunch z kanapką z żół­tym serem bez masła, bo mi się skoń­czyło, do sta­rej rekla­mówki z Sys­tem­bo­la­get1.

- Oczy­wi­ście byłoby dobrze, gdy­byś wcze­śniej zdą­żyła sobie poczy­tać o środ­kach sty­li­stycz­nych, żeby im potem pomóc. Dla wielu uczniów to trudne.

Ulla szybko wytarła swój pojem­nik, po czym wło­żyła go do torby na lunch marki Clas Ohl­son. Z jakie­goś powodu miała już zało­żony komin Buff. Z daleka potra­fi­łam poznać nauczy­ciela. Komin Buff, ple­cak i kask rowe­rowy. Prak­tyczna wia­trówka zrzu­cana po szyb­kiej poran­nej prze­jażdżce do pracy.

- Okej, zro­bię to w week­end.

- Świet­nie! Ale, na miłość boską, posta­raj się tro­chę odpo­cząć. Ta praca dre­nuje z ener­gii. Ja już wiem, jak spę­dzę nie­dzielę.

Ulla wes­tchnęła i teatral­nym gestem wska­zała ręką na swoje biurko, na któ­rym pię­trzyła się sterta nie­spraw­dzo­nych testów ze szwedz­kiego. Obok leżał stos porad­ni­ków wymię­to­lo­nych od czę­stego wer­to­wa­nia. Bądź aser­tywny, Pew­ność sie­bie od zaraz! i Zapa­nuj nad swoim życiem.

- Taa, branża edu­ka­cyjna - powie­dzia­łam wymow­nie, wcale nie mając tego na myśli.

To naj­luź­niej­sza branża, z jaką się kie­dy­kol­wiek zetknę­łam. Ale i naj­bar­dziej przy­gnę­bia­jąca, bo wszy­scy tak naprawdę pra­gną ze szkoły uciec. Ucznio­wie chcą wró­cić do domu, by móc w spo­koju spę­dzać czas w swo­ich tele­fo­nach. Nauczy­ciele chcą wró­cić do, no wła­śnie, do czego? Nie wie­dzia­łam, jak spę­dzają wolny czas jesie­nią. Może cho­dzą z kij­kami albo zbie­rają grzyby. Pew­nie wszystko robią sami, od goto­wa­nia bulionu ryb­nego po wyle­wa­nie beto­no­wych kadzi. Mia­łam dość tej prze­sad­nej popraw­no­ści. Nauczy­ciele byli dla mnie fra­je­rami, któ­rych uni­ka­łam w mło­do­ści, i mafią mora­li­za­to­rów, od któ­rych do tej pory stro­ni­łam w doro­słym życiu.

* * *

Drzwi ciężko się za mną zatrza­snęły. Zamek zgrzyt­nął, wra­ca­jąc na swoje pier­wotne miej­sce; nikt nie­upraw­niony nie miał tutaj wstępu. W sali relaksu sie­działa tylko jedna uczen­nica, z nosem w Snap­cha­cie. Poduszki na kana­pie wciąż nosiły odci­ski ludz­kich ciał i wyglą­dały na dziw­nie opusz­czone.

- Wilmo, prze­ga­pi­łaś jedyny auto­bus do domu?

Dziew­czyna pod­nio­sła wzrok.

- Nie, cze­kam na pod­wózkę. Mama nie chce, żebym z przy­stanku szła do domu sama. - Wilma wysu­nęła dolną wargę.

- Okej, w dzi­siej­szych cza­sach wszy­scy są ostrożni - powie­dzia­łam z uśmie­chem.

- Poza tym lampy uliczne nie dzia­łają. - Oczy dziew­czynki się roz­sze­rzyły. - Mama sły­szała, że ta kobieta została powie­szona na ambo­nie myśliw­skiej. Coś okrop­nego!

- Tak, też to do mnie dotarło, ale to jesz­cze nie­po­twier­dzona infor­ma­cja.

Rany, ktoś naprawdę powi­nien wyja­śnić tę sprawę.

- No tak.

Wilma przy­gry­zła dolną wargę i wró­ciła do Snap­chata. Kciuki dziew­czyny scrol­lo­wały tre­ści na smart­fo­nie, a świa­tło emi­to­wane przez ekran tele­fonu padało na jej twarz.

Na zewnątrz wszystko wyglą­dało jak w fol­de­rze tury­stycz­nym. Bez­chmurne, nie­bie­skie niebo, plamy żółci w koro­nach brzóz, piękny widok roz­cią­ga­jący się aż po hory­zont. Nie­na­wi­dzi­łam tego. Piękno póź­nego lata było dla mnie trudne do znie­sie­nia w obli­czu nad­cho­dzą­cej jesieni. Tęsk­ni­łam za listo­pa­do­wym mro­kiem, który znie­nacka poja­wiał się już po lun­chu, niczym czarny kot prze­ci­na­jący drogę.

Idąc na par­king dla pra­cow­ni­ków szkoły, mocno ude­rza­łam pię­tami o zie­mię, na razie jesz­cze nie cho­dzi­łam na pal­cach przez cały czas. Face­book pękał w szwach od zdjęć z proz­dro­wot­nych gór­skich wędró­wek, ale ja marzy­łam tylko o powro­cie na kanapę w ?nn. O wycią­gnię­ciu się na niej i obser­wo­wa­niu wpa­da­ją­cych przez żalu­zje smug świa­tła, w któ­rych uno­szą się dro­binki kurzu. Ale naj­bar­dziej chcia­łam, żeby się roz­pa­dało, żeby niebo zasnuło się przy­gnę­bia­ją­cymi chmu­rami, ide­alny kli­mat do obej­rze­nia całego serialu za jed­nym zama­chem. Ani ?sa, ani Linda nie polu­biły ostat­niej aktu­ali­za­cji mojego sta­tusu, w któ­rej poin­for­mo­wa­łam o powro­cie do pracy po urlo­pie. Praw­do­po­dob­nie w ogóle tego nie zro­bią.

Wsia­dłam do samo­chodu i wyje­cha­łam na drogę. Ośle­piało mnie słońce odbi­ja­jące się od asfaltu, więc opu­ści­łam osłonę. Nawet ten mały ruch ręką wydał mi się męczący. Pięć­dzie­siąt sześć lat. Z tego, co kie­dyś uwa­ża­łam za całą wiecz­ność, została tylko chwila. Coś mnie uwie­rało. Cienki, szary film pokrył moją twarz, zasło­nił mi oczy. Cią­gle pró­bo­wa­łam go zetrzeć, jak­bym sta­rała się dotrzeć do zglisz­czy po wiel­kim poża­rze. Żadne role spo­łeczne nie były już moje. Nie­które ni­gdy nie były. Nikt mnie już nie nazy­wał młodą i obie­cu­jącą. Daw­niej mło­dość sama w sobie spra­wiała, że czu­łam się pożą­dana, zarówno w życiu zawo­do­wym, jak i przez płeć prze­ciwną. Pew­nego dnia po pro­stu odkry­łam, że to wszystko się skoń­czyło. Sta­łam się prze­zro­czy­sta, czę­sto pra­gnę­łam, by ktoś mnie dostrzegł.

Ni­gdy nie zosta­łam matką, ni­gdy nie będę bab­cią. Nie dane mi było być niczyją sio­strą, więc ni­gdy nie zostanę cio­cią. Córką wciąż byłam, jesz­cze przez chwilę. Powin­nam była stać się kimś lep­szym.

Co mi zostało?

Zatrzy­ma­łam się w ?re, żeby zatan­ko­wać. Kola­rze gór­scy wciąż zjeż­dżali ze szczytu ?reskutan. Odwró­ci­łam głowę. Nie chcia­łam na nich patrzeć. Wkrótce będą tam śmi­gać zdy­szani nar­cia­rze z uszami scho­wa­nymi pod gru­bymi czap­kami. Ich też nie chcia­łam oglą­dać. Z tymi ich pod­ska­ku­ją­cymi tył­kami, które nisz­czyły góry, nocą wydep­tu­ją­cych wła­sne ścieżki mię­dzy eks­klu­zyw­nymi restau­ra­cjami.

Dwa­dzie­ścia pięć lat temu przy­naj­mniej mie­li­śmy lato i jesień dla sie­bie. Gdy wszy­scy tury­ści i pra­cow­nicy sezo­nowi wra­cali do swo­ich domów pod koniec kwiet­nia, miało się wra­że­nie, jakby ucichł sztorm. Zasko­czeni tym nagłym spo­ko­jem, zwy­kle jeź­dzi­li­śmy ze Stor­lien do ?re, sia­da­li­śmy w ciem­no­ści w Torvta­ket - jedy­nej restau­ra­cji, która wów­czas była jesz­cze czynna - i zama­wia­li­śmy pizzę. Już ni­gdy nie sma­ko­wała tak dobrze jak wtedy. Teraz sza­leń­stwo trwa przez cały rok, całą dobę, i nie ma już czasu na rege­ne­ra­cję. Ale to oczy­wi­ście sprzyja gospo­darce. Tak sobie przy­naj­mniej wszy­scy wma­wiają, gdy poja­wiają się chwile zwąt­pie­nia albo Zla­tan2.

Ale zie­mia już tego nie wytrzy­muje i za każ­dym razem, gdy pada deszcz, rzeki wyle­wają. Bagna i gór­skie lasy, które wcze­śniej absor­bo­wały wil­goć, poświę­cono na rzecz nowych pozwo­leń na budowę. Ryby nie­mo­gące wró­cić do swo­ich natu­ral­nych stru­mieni sym­bo­li­zują stratę, którą odczu­wamy rów­nież my, miesz­kańcy tych tere­nów.

Weszłam na sta­cję ben­zy­nową i kupi­łam colę oraz snic­kersa, cho­ciaż wie­dzia­łam, że nie powin­nam. Kiedy znowu usia­dłam za kie­row­nicą, zadzwo­nił mój tele­fon, leżący na sie­dze­niu pasa­żera.

- Hej, Bergström, jak tam dzien­ni­kar­skie śledz­two w szwedz­kiej szkole?

Nils "Strömmen" Strömqvist, znany rów­nież jako "Sza­tan", ryczał po dru­giej stro­nie słu­chawki.

- A dzię­kuję. Teraz piszę tylko dla tych, któ­rzy nie chcą czy­tać, i czy­tam tek­sty tych, któ­rzy nie chcą pisać.

- Cho­lera, Vero, naprawdę jest aż tak źle?

Wes­tchnął, pew­nie jesz­cze głę­biej zapa­da­jąc się w swoim sze­ro­kim fotelu biu­ro­wym. Wyobra­zi­łam go sobie obra­ca­ją­cego dłu­go­pis w pra­wej dłoni. Nogi oparte na biurku, a na nich czarne drew­niaki. W tych samych drew­nia­kach ucie­kał kie­dyś przed niedź­wie­dziem. Zwykł się tym prze­chwa­lać w pokoju socjal­nym. Redak­to­rzy naczelni tacy jak on byli wymie­ra­ją­cym gatun­kiem w lokal­nej pra­sie. Kie­ro­wała nim chęć rewanżu, z któ­rej można było zro­bić poży­tek w wypadku więk­szo­ści spraw spo­łecz­nych. Naj­bar­dziej nie lubił ludzi wyko­rzy­stu­ją­cych swoje sta­no­wi­ska do mani­pu­lo­wa­nia prawdą i twier­dził, że takie zacho­wa­nia należy pięt­no­wać. Jego spoj­rze­nie zawo­dowca zawsze ana­li­zo­wało rze­czy z innej, bar­dziej nie­oczy­wi­stej per­spek­tywy, było jed­no­cze­śnie wni­kliwe i scep­tyczne, nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo był zmę­czony jako czło­wiek.

- Ow­szem, jest aż tak źle.

- Kurde, nie możesz tam zostać.

- To ty zamkną­łeś lokalny oddział redak­cji w Järpen.

- Gdyby to ode mnie zale­żało, cof­nął­bym swoją decy­zję już następ­nego dnia. Dobrze o tym wiesz.

- Tak, wiem.

Strömmen wziął mnie pod swoje skrzy­dła, gdy został mło­dym, głod­nym suk­ce­sów redak­to­rem naczel­nym. Oboje byli­śmy sta­łym ele­men­tem wypo­sa­że­nia gazety "Jämtlandsposten", dopóki nie wylą­do­wa­łam na bruku. Dzie­liło nas dzie­więć lat. W przy­szłym roku Strömmen miał przejść na eme­ry­turę, choć kto wie, czy do tego doj­dzie. Ale wiek mu słu­żył. Na­dal był kow­bo­jem strze­la­ją­cym z bio­dra, choć jego lufa już tak nie dymiła.

Wło­ży­łam klu­czyk do sta­cyjki i go prze­krę­ci­łam.

- Zresztą, cieszmy się, że gazeta w ogóle jesz­cze ist­nieje. W zeszłym tygo­dniu dosta­li­śmy od wier­chuszki nowe wytyczne doty­czące cięć budże­to­wych.

- Jak się ma zespół?

- Cóż, wstrzy­mują oddech i liczą na wspar­cie finan­sowe dla prasy skie­ro­wane na obszary okre­ślane mia­nem "bia­łych plam" oraz na to, że Mini­ster­stwo Kul­tury zbawi świat. Związki zawo­dowe zaczy­nają się pod­da­wać. Ja też. Prę­dzej czy póź­niej zostanę wymie­niony na kogoś z działu mar­ke­tingu. Szkoda, że nie mogę się wypła­kać pra­sie, jak to robi poli­cja.

Strömmen zaśmiał się sucho, gło­śno siorb­nął i coś prze­łknął. Pew­nie pił podłą kawę z auto­matu w kory­ta­rzu. Czarną, bez cukru. Mleko z takich urzą­dzeń w żad­nym wypadku nie nadaje się do picia. Według Strömmena wygląda jak woda, w któ­rej pie­rze swoje gacie. Musiał to gdzieś prze­czy­tać.

- Okej, wyduś to z sie­bie wresz­cie.

- Co takiego?

- Dla­czego dzwo­nisz. Jaką masz sprawę, co ci leży na wątro­bie i takie tam. Nie mam całego week­endu.

Ostat­nie zda­nie wypo­wie­dzia­łam, wypy­cha­jąc języ­kiem dolną wargę, dokład­nie jak ten facet, który w rekla­mie wygrał w lotto. Otwo­rzy­łam puszkę coli, wypusz­cza­jąc z niej dwu­tle­nek węgla.

- No jasne, że nie masz.

Usły­sza­łam, jak wykrzy­wia usta. Praw­do­po­dob­nie chciał się uśmiech­nąć, ale duża por­cja snusu3 pod górną wargą sku­tecz­nie mu to unie­moż­li­wiała.

- Chcę, żebyś prze­pro­wa­dziła dzien­ni­kar­skie śledz­two w spra­wie tej mar­twej kobiety z Kall. Od początku podej­rze­wa­li­śmy, że cho­dzi o mor­der­stwo, ale poli­cja hoł­duje teraz temu mod­nemu podej­ściu, jak to się nazywa... coś zwią­za­nego z jedze­niem.

- Slow move­ment?

- Dokład­nie. Albo raczej slow work. - Strömmen zaśmiał się iro­nicz­nie, po czym zawie­sił głos, jakby coś prze­żu­wał. - Oczy­wi­ście nie roz­pi­suj się za bar­dzo o ofie­rze, cho­dzi raczej o uchwy­ce­nie nastroju panu­ją­cego w tej miej­sco­wo­ści, tego, co mówią i myślą zwy­kli ludzie. Ci w skle­pie i w lokal­nym domu kul­tury. Podobno wiele kobiet boi się wycho­dzić z domu.

- Nie śle­dzę tego w mediach, cały dzień mia­łam lek­cje.

Nie chcia­łam przy­znać, że teraz z taką samą gor­li­wo­ścią uni­kam wia­do­mo­ści, z jaką kie­dyś je pisa­łam.

- Nic nie szko­dzi. Jak na razie spo­rzą­dzono tylko dwie krót­kie notatki, więc łatwo się w tym poła­pać. Teraz czas na coś dłuż­szego. Poli­cją my się zaj­miemy. Ty skup się na tym, o czym ci mówi­łem.

Prze­łknę­łam ślinę.

- Nie wiem, Strömmen. Pra­cuję teraz w szkole...

- Tak, ale tylko w dni robo­cze. Week­endy masz całe dla sie­bie. - Strömmen też wypchnął języ­kiem dolną wargę. - Poza tym wydaje mi się, że potrze­bu­jesz znów zaan­ga­żo­wać się w praw­dziwy pro­jekt z praw­dziwymi ludźmi. Ucznio­wie to nie ludzie, dopóki nie ukoń­czą szkoły, każdy to wie, poza nauczy­cie­lami oczy­wi­ście.

- Poza tym wybie­ram się na polo­wa­nie.

- Ech, pijesz jägermeistera i bie­gasz po lesie, odkąd skoń­czy­łaś osiem­na­ście lat.

- Góra to klep­nęła?

- Tak, na sto pro­cent. Per nie ma ludzi, a z poziomu redak­cyj­nego biurka nie da się niczego dowie­dzieć. Poli­cja jest cho­ler­nie powścią­gliwa. Musimy poga­dać z miej­sco­wymi.

- Dla mnie Kall to sto sześć­dzie­siąt kilo­me­trów w obie strony.

- Czy to cię kie­dy­kol­wiek powstrzy­mało?

- Nie.

Ale prawdą jest, że pierw­szym uczu­ciem, gdy stra­ci­łam posadę w lokal­nej gaze­cie, była ulga. Koniec z samot­nymi nocami na śli­skich dro­gach pod­czas śnie­życy, żeby jako pierw­sza dotrzeć na miej­sce wypadku, cza­sami nawet przed poli­cją i karetką. Koniec z noc­nymi kosz­ma­rami, któ­rym akom­pa­nio­wały piski i trza­ski poli­cyj­nego radia na noc­nym sto­liku. Koniec z cięż­kim sprzę­tem foto­gra­ficz­nym, łopatą do śniegu i kom­bi­ne­zo­nem do jazdy na sku­te­rze śnież­nym. Nie mia­łam już siły. Nie chcia­łam tego robić. Ale potem, gdy bez­sku­tecz­nie pró­bo­wa­łam się utrzy­mać jako fre­elan­cerka, poja­wiło się zagu­bie­nie. Moja stopa na próżno szu­kała skały, choćby małej.

I nagle, ni z gruszki, ni z pie­truszki, zadzwo­nił do mnie Strömmen i grze­bał w moim życiu jak w kon­te­ne­rze na odpady. Nie byłam pewna, czy znaj­dzie w nim tylko stare śmieci, czy może coś jesz­cze, coś, z czego będzie można zro­bić poży­tek. Nie mia­łam ochoty się tego dowia­dy­wać. Wie­dzia­łam, że moje serce nie znie­sie kolej­nej porażki.

- No dobra, jak naj­szyb­ciej daj mi znać, czy bie­rzesz to zle­ce­nie. Wyślę ci linki do tego, co wcze­śniej napi­sa­li­śmy.

- Okej, ode­zwę się.

W myślach już odmó­wi­łam Strömmenowi, ale byłam mu winna cho­ciaż odro­binę zain­te­re­so­wa­nia.

Zostało mi do poko­na­nia pra­wie trzy­dzie­ści kilo­me­trów. Jedną ręką roz­pa­ko­wa­łam cze­ko­ladę, drugą cały czas trzy­ma­jąc na kie­row­nicy. Orzeszki ziemne dra­pały mnie w gar­dło, więc popi­łam je słod­kim napo­jem. Pro­gram trzeci Szwedz­kiego Radia infor­mo­wał o rosną­cych kosz­tach prze­bu­dowy węzła komu­ni­ka­cyj­nego Slus­sen w sto­licy oraz dużym pro­jek­cie budowy obwod­nicy wokół Sztok­holmu. Prze­łą­czy­łam na pro­gram czwarty, regio­nalną sta­cję nada­jącą w Jämtland. Apteka w Föllinge miała zostać zamknięta.

Po minię­ciu miej­sco­wo­ści Duved odle­gło­ści mię­dzy domami zaczęły się zwięk­szać, a za Gevsjön nikt nie zadbał o to, by na czas odśnie­ża­nia usu­nąć z pobo­cza słupki do wyzna­cza­nia gra­nicy drogi. Jecha­łam przez las. Mil­czące, cien­kie, ostre gałę­zie i sękate konary wycią­gały się w moją stronę. Mija­łam jeziora lśniące czer­nią i bru­natne mokra­dła. Podą­ża­łam ich brze­giem, bada­jąc gra­nice utkane z puchu weł­nianki, ster­czą­cych kęp trawy i prze­kwi­tłych kwia­tów maliny moroszki.

Słońce jesz­cze nie zaszło, ale dni stop­niowo zaczęły się skra­cać. Jesienne ciem­no­ści poże­rały wszystko na swo­jej dro­dze. Podró­żo­wa­łam przez kra­jo­braz sta­no­wiący moje DNA. Tu bawi­łam się i dora­sta­łam, wdy­cha­jąc zapach mokra­deł oraz mchu. Moje ciało to pamię­tało. Świad­czyły o tym bli­zny po zadra­pa­niach od krza­ków i zaro­śli. Zawsze tęsk­niło za cie­płem, lecz gdy robiło się za gorąco, chciało wró­cić do domu, zła­pać oddech. Tutaj odpo­czy­wa­łam od strza­łów, eks­plo­zji i prze­stęp­czo­ści gan­gów dużego mia­sta. Oko­lice te zma­gały się z zupeł­nie innymi pro­ble­mami, które wpły­wały jed­nak do tej samej rzeki co te na przed­mie­ściach. Jedne i dru­gie miały swoje ujście w Rosen­bad.

Wje­cha­łam do ?nn ską­pa­nego w ostrym popo­łu­dnio­wym świe­tle. Eskil Eriks­son szedł pobo­czem w kami­zelce odbla­sko­wej. Pod­niósł rękę w geście powi­ta­nia, więc zro­bi­łam to samo. Góry się skrzyły, spadł już pierw­szy śnieg. Ci, któ­rzy nie rozu­mieją miej­sco­wych realiów, rzadko dostrze­gają piękno tego miej­sca. Wole­liby, żeby przy­sy­pał je śnieg, zakry­wa­jąc praw­dziwe pro­blemy. Chcie­liby zni­we­lo­wać jego nie­do­sko­na­ło­ści, popra­wić je tak, jak korek­to­rem Tipp-Ex popra­wia się błąd w tek­ście. Cha­otyczna i nie­upo­rząd­ko­wana struk­tura wsi, nie­pa­su­jące do sie­bie i odda­lone od sie­bie domy, dosto­so­wane do panu­ją­cych tu warun­ków atmos­fe­rycz­nych, tylko wzmac­niają ich poczu­cie zagu­bie­nia.

Ale ci, któ­rzy rozu­mieją miej­scowe realia, wie­dzą, że tutaj można zaj­rzeć pod powierzch­nię. Surowa natura jest naga, cał­ko­wi­cie auten­tyczna. Nie znam pięk­niej­szego miej­sca.

Tar­gały mną sprzeczne emo­cje, eks­cy­ta­cja prze­pla­tała się z obo­jęt­no­ścią. Ni­gdy nie doce­nia­łam tej week­en­do­wej atmos­fery w ?nn. Drzwi do zajazdu, który przez miesz­kań­ców praw­do­po­dob­nie już zawsze będzie nazy­wany Domem, były sze­roko otwarte. Być może Björn chciał wpu­ścić tro­chę świe­żego powie­trza przed wie­czor­nym ruchem w pubie. W oknie wie­trzyła się pościel. Może dla gości hote­lo­wych? Na pię­trze wciąż znaj­do­wało się kilka pokoi do wyna­ję­cia. Wysia­da­jąc z auta, usły­sza­łam w oddali szcze­ka­nie psa ?grena.

* * *

Wie­dzia­łam, że zapach dotrze do moich noz­drzy już na klatce scho­do­wej, lecz coraz trud­niej było mi go poczuć. Woń prze­szło­ści uno­siła się w całym budynku, ata­ko­wała mnie od samego progu oso­bli­wym połą­cze­niem zapa­chu zawil­go­co­nego lino­leum i zimna zamknię­tego w domku let­ni­sko­wym.

Prze­ska­ki­wa­łam po dwa stop­nie naraz, jak zwy­kle sta­ra­jąc się uni­kać widoku pocze­kalni z nie­czynną kasą bile­tową i pustymi ław­kami. Cały budy­nek pach­niał smut­kiem, jakby opła­ki­wał czasy, gdy znaj­do­wał się w cen­trum wyda­rzeń i sie­dzieli w nim podróżni ze swo­imi baga­żami.

Moje dwu­po­ko­jowe miesz­ka­nie było szczu­rzą norą, ale za to dość tanią, i mie­ściło się na pię­trze sta­cji kole­jo­wej. Minęło wiele lat, odkąd pań­stwowa firma Jern­hu­sen odpo­wie­dzialna za zarzą­dza­nie nie­ru­cho­mo­ściami zwią­za­nymi z trans­por­tem kole­jo­wym sprze­dała cały budy­nek pry­wat­nej fir­mie dewe­lo­per­skiej, od któ­rej wynaj­mo­wa­łam to lokum. Dawno temu miesz­kali tu zawia­dowca i inni pra­cow­nicy sta­cji, na­dal dostrze­ga­łam ślady ich cięż­kiej pracy. Wciąż cze­ka­łam, aż ktoś zechce wpro­wa­dzić się do kawa­lerki obok mnie. Tory kole­jowe na zewnątrz budynku w dal­szym ciągu sta­no­wiły inte­gralną część oto­cze­nia, niczym korze­nie łączące drzewo z zie­mią. Cza­sami zatrzy­my­wały się tu pociągi. Cza­sami. Choć głów­nie mknęły dalej, i to nie z taką czę­sto­tli­wo­ścią jak daw­niej, może kilka razy dzien­nie.

Po śmierci mamy, kiedy ojciec dostał miej­sce w domu opieki w ?re, za jego namową sprze­da­łam dom rodzinny Nor­we­gowi jeż­dżą­cemu na sku­te­rze śnież­nym. Nie potrze­bo­wa­łam tak dużego lokum, co ura­to­wało moje finanse, gdy stra­ci­łam pracę. Wpro­wa­dzi­łam się do budynku sta­cji kole­jo­wej w tym samym tygo­dniu, w któ­rym opróż­ni­łam szu­fladę redak­cyj­nego biurka, i tego samego dnia, w któ­rym Levan prze­pro­wa­dził się do innej kobiety. Można powie­dzieć, że trzy lata temu całe moje życie legło w gru­zach.

W przed­po­koju wciąż stała nie­roz­pa­ko­wana walizka, mimo że od powrotu z Majorki minęły już ponad dwa mie­siące. Igno­ro­wa­łam ją, i tak nie potrze­bo­wa­łam let­nich ubrań. Po pro­stu wyję­łam z niej brudną bie­li­znę i zamknę­łam ją z powro­tem.

W toa­le­cie migało świa­tło, a pod­łoga w łazience była lodo­wata. Na szczę­ście suszarka bęb­nowa mogła też peł­nić funk­cję kominka. Namo­czy­łam czy­sty ręcz­nik i wło­ży­łam go do bębna, po czym włą­czy­łam urzą­dze­nie. Ręcz­nik wiro­wał wewnątrz, a cie­płe powie­trze dmu­chało nad umy­walką, wanną oraz toa­letą. W końcu mogłam się roze­brać, nie ryzy­ku­jąc zamar­z­nię­cia. Namy­dli­łam się od stóp do głów i wzię­łam długi, gorący prysz­nic. Zauwa­ży­łam, że wło­sów pod pachami zro­biło się jakoś wię­cej. Prze­je­cha­łam dło­nią po grud­ko­wa­tych udach. Były pełne nie­rów­no­ści, zaro­śnięte i samotne jak rzadko odwie­dzane leśne drogi. Prze­su­nę­łam dłoń wyżej i zaczę­łam się mastur­bo­wać pal­cem wska­zu­ją­cym pra­wej ręki. Po kilku sekun­dach było po wszyst­kim.

Póź­niej zna­la­złam wygodne spodnie dre­sowe. Dżinsy nosi­łam tylko w pracy. Za to T-shirt i cienki polar były sta­łymi i nie­odzow­nymi ele­men­tami mojej gar­de­roby. Wło­ży­łam nos pod pachę pod­ko­szulka, deli­katna woń sta­rego potu wnik­nęła w mate­riał, ale nie jakoś bar­dzo. Levan nazy­wał mój strój "uni­for­mem dzien­ni­kar­skim".

- W branży dzien­ni­kar­skiej nie ma "luź­nych piąt­ków", są "pola­rowe piątki" - mawiał ze śmie­chem.

Tęsk­ni­łam za jego dow­ci­pem, który nazy­wa­li­śmy "ojcow­skim humo­rem", do momentu, aż słowo "ojciec" nabrało smut­nego wydźwięku.

Zebra­łam włosy. Były na tyle dłu­gie, że mogłam je zwią­zać w kucyk, ale stały się bar­dziej szorst­kie i cień­sze. W przy­szłym tygo­dniu zadzwo­nię do Katty i spy­tam o wolny ter­min - pomy­śla­łam. Pik­nął tele­fon. SMS od Strömmena: "Daj spo­kój, Bergström. Nie mam całego week­endu".

Zaczę­łam się pocić. To nie były ude­rze­nia gorąca, tylko reper­ku­sje wcze­śniej­szych wyda­rzeń. Niczym ciemne plamy na stole w kuchni.

* * *

Całe ciało sta­wiało opór, gdy w końcu włą­czy­łam kom­pu­ter. Nie­bie­skawe świa­tło zmierz­chu dawno już otu­liło tory kole­jowe i psy. Minęło pra­wie pięt­na­ście minut, zanim połą­czy­łam się z inter­ne­tem i wresz­cie mogłam otwo­rzyć maila od Strömmena. Załą­czył w nim dwa linki, oba odsy­ła­jące do strony inter­ne­to­wej "Jämtlandsposten". Pierw­szy tekst był jedy­nie notatką sku­pia­jącą się na samej wia­do­mo­ści o tym, że tydzień temu przy ambo­nie myśliw­skiej natra­fiono na zwłoki kobiety, a zna­lazł je jakiś męż­czy­zna na swoim polu. Podej­rze­wa­łam, że to nocny zespół redak­cyjny z Sund­svall natknął się na infor­ma­cję o tym zda­rze­niu na stro­nie inter­ne­to­wej poli­cji i poin­for­mo­wał o tym czy­tel­ni­ków.

Minęło sześć dni, zanim opu­bli­ko­wano kolejny tekst. Dziś rano czy­tel­nicy dowie­dzieli się, że poli­cja podej­rzewa mor­der­stwo. Pro­wa­dzący postę­po­wa­nie przy­go­to­waw­cze pro­ku­ra­tor poin­for­mo­wał, że cho­dzi o szcze­gól­nie bru­talne prze­stęp­stwo z uży­ciem prze­mocy, lecz ze względu na dobro sprawy nie chciał tego komen­to­wać, dodał tylko, że zda­rze­nie miało miej­sce szó­stego wrze­śnia póź­nym wie­czo­rem. W arty­kule wspo­mniano rów­nież o tym, że poli­cji nie udało się jesz­cze powia­do­mić krew­nych kobiety. Dla­czego? Tak czy ina­czej poli­cja cze­kała na infor­ma­cje.

Czy to naprawdę wszystko? Szybko wpi­sa­łam w Google słowa "mor­der­stwo" i "Kall". W tytu­łach nale­żą­cych do kon­cernu poja­wiła się tylko ta sama notatka, którą już czy­ta­łam. Inne wia­do­mo­ści doty­czące Kall poru­szały temat kiep­skich dróg albo ryzyka, że dom opieki zosta­nie prze­kształ­cony w schro­ni­sko dla uchodź­ców. Więk­szość tych arty­ku­łów napi­sa­łam sama, co wyda­wało mi się kom­pletną abs­trak­cją. Kiedy zmie­ni­łam słowa na "mor­der­stwo" i "gmina ?re", zna­la­złam arty­kuł na stro­nie "Dagens Nyhe­ter", ale gdy zaczę­łam go czy­tać, oka­zało się, że cho­dzi o kry­mi­nał autor­stwa Hansa Rosen­feldta.

Znie­chę­cona weszłam na forum inter­ne­towe Fla­sh­back. Tam, jak zwy­kle, działo się znacz­nie wię­cej. Ktoś o pseu­do­ni­mie Vinter75 zało­żył wątek o ofie­rze w tej samej chwili, gdy "Jämtlandsposten" opu­bli­ko­wała arty­kuł o mor­der­stwie na swo­jej stro­nie.

"Co wie­cie o mor­der­stwie w Kal­l­sko­gen? Dawaj­cie!"

Szybko prze­scrol­lo­wa­łam wątek i rze­czy­wi­ście, mniej wię­cej w poło­wie zna­la­złam link do strony na Face­bo­oku. "Ofiara mor­der­stwa" - napi­sano. Klik­nąw­szy na link, tra­fi­łam na stronę nie­ja­kiej Isa­belli Sand­gren. Zdję­cie pro­fi­lowe przed­sta­wiało wychu­dzoną kobietę w dżin­sach i brą­zo­wym swe­trze. Wokół szyi miała owi­niętą cienką fio­le­tową chu­stę z frędz­lami. Krzy­kliwy kolor nie paso­wał do jej pokry­tej bli­znami po trą­dziku twa­rzy i roz­ja­śnio­nych wło­sów. Stała oparta o drew­niany płot, a w tle znaj­do­wał się wodo­spad, może Tännforsen. Foto­gra­fowi nie udało się wywo­łać nawet małego uśmie­chu na jej twa­rzy. Z face­bo­oko­wego pro­filu kobiety dowie­dzia­łam się, że uro­dziła się w lipcu sie­dem­dzie­sią­tego dzie­wią­tego roku, ale niczego wię­cej. Żad­nych infor­ma­cji o krew­nych. Ani jed­nego zna­jo­mego. Nie zna­la­złam też żad­nych innych zdjęć ani postów. Isa­bella Sand­gren naj­wy­raź­niej nie była zbyt aktywna w mediach spo­łecz­no­ścio­wych.

Wygo­oglo­wa­łam jej imię i nazwi­sko. Natych­miast poja­wiły się wyniki doty­czące koor­dy­na­torki badań, psz­cze­larki i chi­rurżki o tych per­so­na­liach. Wszyst­kie były aktywne w sieci, za to zamor­do­wana Isa­bella się nie ujaw­niała. Była jak patyki nie­sione przez nurt rzeki bez wyraź­nego celu czy kie­runku, pozba­wiona wyraź­nego związku z oto­cze­niem. Czy naprawdę nie zosta­wiła po sobie żad­nego cyfro­wego śladu oprócz pro­filu na Face­bo­oku? Czy jest moż­liwe, aby ukry­wać się przed świa­tem?

Kim tak naprawdę była? Wró­ci­łam na Fla­sh­back i przej­rza­łam komen­ta­rze. Te same infor­ma­cje, które już mia­łam. Isa­bella Sand­gren kupiła starą, opusz­czoną chatę w lesie pod Kall, nie­da­leko miej­sca, gdzie została zamor­do­wana, i wpro­wa­dziła się tam kilka lat temu, sama. Na tym koń­czyły się infor­ma­cje. Nikt nie potra­fił nic powie­dzieć na temat jej prze­szło­ści, choć pytań przy­by­wało.

Ale na temat mor­der­stwa poja­wiło się wiele kre­atyw­nych hipo­tez. Jedna z plo­tek doty­czyła sek­stu­ry­stów w ?re, nar­cia­rzy szu­ka­ją­cych na urlo­pie dodat­ko­wych atrak­cji. Rzadko mówiło się o tym aspek­cie tury­styki, ale dosko­nale wie­dzia­łam, że ist­nieje i staje się coraz powszech­niej­szy, odkąd nowo­bo­gaccy Rosja­nie odkryli ten region. Plot­ko­wano nawet, że Isa­bella przy­je­chała do Mörsil ze strip­ti­zer­kami z kra­jów bał­tyc­kich. Gdy strip­tiz stra­cił na popu­lar­no­ści, została w regio­nie i zaczęła się pro­sty­tu­ować. Według osoby piszą­cej pod pseu­do­ni­mem Genus­ge­nius "wszy­scy męż­czyźni kupu­jący seks mają OGROMNĄ skłon­ność do sto­so­wa­nia prze­mocy, czyli mor­dercą mógł być w zasa­dzie kto­kol­wiek, z każ­dej klasy spo­łecz­nej. Zarówno ban­ko­wiec, jak i hydrau­lik".

Wes­tchnę­łam. Nala­łam sobie kie­li­szek czer­wo­nego wina. Pierw­szy łyk zawsze był naj­lep­szy. Poczu­łam pustkę, fizyczną i emo­cjo­nalną. Czy­ta­łam dalej.

Użyt­kow­nik o nicku Vat­ten­bjo­er­nen napi­sał: "Bio­rąc pod uwagę uło­że­nie ciała - podobno leżała jak aktorka na sce­nie oświe­tlona reflek­to­rem - nie zdzi­wił­bym się, gdyby to był jakiś nie­zrów­no­wa­żony kie­rowca cię­ża­rówki, który już wcze­śniej ucie­kał przed wymia­rem spra­wie­dli­wo­ści. Pew­nie zatrzy­mał się tam tylko na jedną noc. Poli­cja będzie miała pro­blem, żeby namie­rzyć sprawcę, ale życzę powo­dze­nia".

Vat­ten­bjo­er­nen dołą­czył kilka lin­ków doty­czą­cych seryj­nego mor­dercy z USA.

Ucznio­wie mówili o tym, że kobieta została powie­szona na ambo­nie myśliw­skiej, a tutaj ktoś twier­dził, że mor­der­stwo przy­po­mi­nało pew­nego rodzaju spek­takl. Nie było pew­no­ści, czy któ­ra­kol­wiek z tych teo­rii jest praw­dziwa, mogły powstać w wyniku plo­tek, ale obie suge­ro­wały, że miej­sce zbrodni zostało jakoś zaaran­żo­wane. Zakrę­ci­łam pasmo wło­sów na palcu i wzię­łam duży łyk wina, nie nale­ża­łam do osób, które sączą alko­hol. Ze świe­cą­cej pust­kami lodówki wycią­gnę­łam resztkę żół­tego sera i ukro­iłam sobie pla­ste­rek.

Przed­ostatni wpis kogoś o nicku The­tru­th­wil­l­se­ty­oufree był jesz­cze bar­dziej zagad­kowy: "Tak zwana ofiara zawsze była kłam­czu­chą, pew­nie znowu naro­biła sobie pro­ble­mów".

Vinter75, który zało­żył ten wątek, odpo­wie­dział: "Co masz na myśli, pisząc "tak zwana ofiara" i "zawsze była kłam­czu­chą"? Jak to "znowu naro­biła sobie pro­ble­mów"?! Co chcia­łeś przez to powie­dzieć, The­tru­th­wil­l­se­ty­oufree? Wytłu­macz!".

Lepiej bym tego nie ujęła.

Nie­stety The­tru­th­wil­l­se­ty­oufree był nie­uchwytny. Tak jak prawda.

Na razie wyda­wało się, że jedy­nym świad­kiem jest męż­czy­zna, który zna­lazł zwłoki tej kobiety. Strömmen napo­mknął, że po pierw­szych dwóch arty­ku­łach pró­bo­wali wycią­gnąć od poli­cji jakieś infor­ma­cje, ale bez­sku­tecz­nie. Jed­nak ktoś musi coś wie­dzieć. Zawsze tak jest. Opar­łam się na krze­śle. Nikt na Fla­sh­backu nie wspo­mi­nał, że po oko­licy gra­suje jakaś bestia. Zawsze, że to ktoś z zewnątrz, nikt z miej­sco­wych. Pomy­śla­łam o swo­ich uczniach. Cho­ciaż więk­szość z nich nie chciała dać tego po sobie poznać, to jed­nak byli prze­stra­szeni. Widzia­łam to w ich oczach.

Zro­dziła się we mnie chęć dowie­dze­nia się cze­goś wię­cej. Ucie­szyło mnie to i prze­ra­ziło zara­zem. Przez wiele lat musia­łam wie­dzieć wszystko, stale pod­łą­czona do sieci, poin­for­mo­wana, zorien­to­wana w tym, co działo się na świe­cie. Jed­nak cie­ka­wość stop­niowo mnie opusz­czała. Pew­nego dnia skoń­czyła mi się dar­mowa pre­nu­me­rata "Jämtlandsposten" i ni­gdy jej nie odno­wi­łam. Moje pory oglą­da­nia wia­do­mo­ści w tele­wi­zji, stałe punkty odnie­sie­nia, jak "Aktu­ellt" i "Rap­port", kom­plet­nie stra­ciły na zna­cze­niu.

Mimo to pomy­śla­łam, że jed­no­ra­zowy powrót do gazety raczej mnie nie zabije. Spoj­rza­łam na szafę na broń sto­jącą w przed­po­koju. Wcze­śniej nasma­ro­wa­łam lufę sztu­cera na łosie. Zaim­pre­gno­wa­łam buty. To wła­śnie tym zaj­mo­wa­łam się przez ostatni tydzień. Ale polo­wa­nie i noc­leg w cha­cie myśliw­skiej mogły pocze­kać. Wró­ci­łam do kom­pu­tera. Strömmen miał rację, potrze­bo­wa­łam tro­chę kon­taktu z rze­czy­wi­sto­ścią.

Się­gnę­łam po tele­fon, który wpadł mię­dzy poduszki kanapy, i napi­sa­łam: "Hej, jutro jadę do Kall". Krótka odpo­wiedź Strömmena, któ­rej towa­rzy­szyło gło­śne pik­nię­cie, nade­szła natych­miast: "Świet­nie!". Chwilę póź­niej przy­szła kolejna wia­do­mość, w któ­rej dodał: "I nie zapo­mnij pod­lać kwiat­ków".

Po kon­dy­cji kwia­tów można się domy­ślić, jak ktoś trosz­czy się o przy­ja­ciół - mawiał Strömmen, wsa­dza­jąc pulchny palec w doniczkę u odwie­dza­nych przez sie­bie osób jak ter­mo­metr w tyłek odwod­nio­nego sta­ruszka.

Dorzu­cił jesz­cze uśmiech­niętą emotkę. Uśmiech­nę­łam się mimo­wol­nie, bo była to emotka z por­cją snusu pod wargą, lecz po chwili posmut­nia­łam. Moje kwiatki potrze­bo­wały wody. Wszyst­kie.

Ści­snęło mi gar­dło, a do oczu napły­nęły łzy. Odchy­li­łam głowę, pró­bu­jąc zatrzy­mać je pod powie­kami. Prze­klęte łzy, myśla­łam, że nad nimi panuję, ale jed­nak nie.

- Niech to prze­klęte lato wresz­cie się skoń­czy - powta­rza matka.

Wio­senne roz­topy ni­gdy nie wysy­chają, a potem robi się tylko bar­dziej mokro. Wiel­kie pole w Järpen zalewa woda. Ich piw­nica jest bez­pieczna, ale Björklundów już nie. Bucze­nie osu­sza­czy sły­chać aż na dro­dze. Deszcz i zimno dopro­wa­dzają wszyst­kich do szału. Kiedy wresz­cie przy­cho­dzi cie­pło, nie trwa dłu­żej niż dzień. Komary wyla­tują z bagna za domem jak obor­nik z roz­rzut­nika. Maria wie­sza paskowe moski­tiery we wszyst­kich drzwiach. To walka z wia­tra­kami. Larwy koma­rów wiszą do góry nogami w beczce z wodą na podwó­rzu i w wodzie sto­ją­cej w rowach.

- Oddy­chają dupą - powta­rza Magnus.

Mie­sza cyna­mon, czo­snek i płyn do mycia naczyń w butelce ze spry­ski­wa­czem. Maria widzi, jak cho­dzi dookoła i spry­skuje larwy. Psik, psik.

- To je zabija, zanim zamie­nią się w komary.

Brat uśmie­cha się szy­der­czo. Można by pomy­śleć, że wygrał z koma­rami, lecz nikt nie zauważa żad­nej róż­nicy. Szyję Marii cały czas pokry­wają roz­dra­pane bąble, a Magnus wyjeż­dża na zachód i zosta­wia ją samą.

Cała ta wil­goć spra­wia, że pięt­na­sto­let­nie ciało Marii puch­nie. Ni­gdy nie była szczu­pła, ale teraz roz­ra­sta się we wszyst­kich kie­run­kach. Jej piersi pęcz­nieją jak cebulki bylin nara­żone na nad­miar wody. Pew­nego dnia brzuch wylewa się nad paskiem dżin­sów, a cho­dząc, Maria obciera sobie skórę mię­dzy udami.

Za to matkę wypeł­nia chłód. Roz­siada się w niej jak nie­pro­szony gość. Jej bladą skórę pokry­wają duże sre­brzy­ste wykwity łusz­czy­cowe. Artre­tyzm spra­wia, że otyłe ciało jest zmę­czone i nie­po­radne. Cien­kie baweł­niane sukienki bez ręka­wów, jedyne ubra­nia, które nosi, wchła­niają część smutku, ale nie mogą zni­we­lo­wać nie­przy­jem­nego zapa­chu wypeł­niającego dom. W sute­re­nie, gdzie śpi Maria, jest tro­chę lepiej. Ten pokój to wła­ści­wie miał być salon, dla­tego nie ma tu drzwi, ale Maria zawie­siła w dużym otwo­rze aksa­mitną, czer­woną dra­pe­rię. Głów­nie po to, aby nie widzieć czar­nych szcze­lin mię­dzy stop­niami scho­dów.

Jed­nak ma trud­no­ści z zasy­pia­niem. Schody wydają jęczące dźwięki. Czę­sto leży z otwar­tymi oczami grubo po pół­nocy, przy­glą­da­jąc się sosno­wej boaze­rii. Poli­czyła wszyst­kie sęki, dotknęła ich, zna każdy.

* * *

Maria jed­nym ruchem oży­wia kuch­nię. Świa­tło wlewa się do środka, gdy odsła­nia okna. Matka cza­sami w nocy zaciąga zasłony. Maria sły­szy przez sufit szu­ra­nie jej ocie­pla­nych kapci. Wyobraża sobie dom z zewnątrz, jak po kolei we wszyst­kich oknach gaśnie świa­tło i widać tylko deski w kolo­rze czer­wieni faluń­skiej, o tej porze dnia przy­po­mi­na­ją­cym zasty­głą krew.

Naprze­ciwko nikt nie mieszka, ich dom jest ostatni przed strefą prze­my­słową. Rzadko ktoś tędy prze­cho­dzi, lecz matkę prze­raża sama myśl, że mogłaby zoba­czyć parę świe­cą­cych oczu, gdy ma wstać, by iść do łazienki. Każdy może z łatwo­ścią zaj­rzeć do środka, zwłasz­cza gdy na zewnątrz leży śnieg, więc matka się zasła­nia, chowa, wyco­fuje.

Chmury wiszą nisko nad ciem­nymi wierz­choł­kami drzew naprze­ciwko. Ganek znaj­duje się w cie­niu. W tym nie­oświe­tlo­nym miej­scu dobrze czuje się tylko mech. Pro­mie­nie słońca docie­rają tu jedy­nie w cza­sie let­niego prze­si­le­nia.

Kie­dyś ojciec upra­wiał na tyłach domu ziem­niaki i nagietki. Zwykł pie­lić w sze­ro­kim roz­kroku, pochy­lony nad redli­nami na jedy­nym kawałku ziemi nie­ocie­nio­nym przez sosny. Lubiła mu się przy­glą­dać, gdy tak pra­co­wał w swoim zie­lo­nym kape­lu­szu z siatką chro­niącą twarz, upstrzoną koma­rami wiel­ko­ści główki od szpilki.

Maria włą­cza radio, nie­zna­jome, choć dobrze znane głosy wypeł­niają pokój. Smaży falu­korv4, robi tosty i gotuje wodę na her­batę. Lodówka zaczyna świe­cić pust­kami. Kalen­darz poka­zuje, że do kolej­nej wypłaty zostało jesz­cze dużo czasu.

Matka robi to, co zawsze, czyli zaspo­kaja swój głód niko­ty­nowy i ogląda tele­wi­zję, gdy Maria przy­nosi jej śnia­da­nie. Cza­sami Maria myśli, że pod­suwa matce jedze­nie jak psu. Matka posyła jej leniwe spoj­rze­nie, siada i sięga po tacę. Spod koł­dry wydo­bywa się woń nie­my­tej skóry i sta­rego moczu. Maria widziała, że matka ma na cipce tylko poje­dyn­cze pro­ste włosy. Spo­wija ją dym papie­ro­sowy, jakby była aktorką na sce­nie. Maria widzi, że matka chce strzep­nąć popiół pro­sto na zaschnięty ket­chup na tale­rzu z wczo­raj­szej kola­cji.

- Nie, nie, nie.

Matka zamiera. Zdez­o­rien­to­wana roz­gląda się po swoim bar­łogu.

- Przy­niosę popiel­niczkę. Jak się dzi­siaj czu­jesz? Jak głowa?

Matka prze­łyka ślinę i marsz­czy czoło, jakby nagle coś sobie przy­po­mniała.

- Tak jak wczo­raj. Dokład­nie tak samo. To na pewno guz.

- Nie masz żad­nego guza.

Maria pod­nosi z pod­łogi pasek od szla­froka. Czer­wony wąż z weluru wijący się wśród zaschnię­tych na dywa­nie wymio­cin.

- A skąd ty to możesz wie­dzieć?

- Gdyby to był guz, zmar­ła­byś już dawno temu, bio­rąc pod uwagę, jak bar­dzo przez ostat­nie lata bolała cię głowa.

- Nie mów tak.

Matka jęczy, popra­wia obwi­sły brzuch.

- NIE MASZ guza. Przy­się­gam. A teraz jedz. Potem powin­naś spró­bo­wać wyjść z domu, prze­cież po to masz bal­ko­nik.

Maria ostroż­nie sta­wia tacę. Matka odkłada papie­rosa. Popiół cały czas się wydłuża i kształ­tem przy­po­mina szczu­rzy ogon. Powi­nien odpaść, ale się trzyma.

- Nie dam rady.

- Dla­czego?

- Wasz ojciec tego nie chce.

- Nasz ojciec już niczego nie chce.

Matka naj­pierw wygląda na zasko­czoną, a potem prze­stra­szoną. Duże kwiaty z tapety wpeł­zają do pokoju. Kie­dyś Maria leżała w szcze­li­nie mię­dzy mate­ra­cami rodzi­ców i obser­wo­wała małe ludziki wspi­na­jące się po zie­lo­nych łody­gach. Gdy spa­dła jej gorączka, matka sie­działa na kra­wę­dzi łóżka z dło­nią na jej mokrym od potu czole. Wtedy malo­wała się szminką i nie­bie­skim cie­niem do powiek. Jej kol­czyki pięk­nie migo­tały pod wpły­wem ruchu poma­lo­wa­nych ust. Teraz wykwity łusz­czycy chcą udu­sić więd­nącą w łóżku aktorkę.

Słońce wciąż sta­rało się wznieść nad hory­zont, a ter­mo­metr za oknem wska­zy­wał ujemną tem­pe­ra­turę. Wszystko wyglą­dało na skost­niałe i zamar­z­nięte, lecz tem­pe­ra­tura miała wzro­snąć, nim znowu spad­nie. Zamie­rza­łam napić się kawy przy stole w kuchni jak nor­malny czło­wiek. Mucha, która prze­trwała zimę, żero­wała na cukrze w zle­wie. Wczo­raj wpa­dła do niego kostka, gdy szu­ka­łam cze­goś do jedze­nia. Kawa roz­pusz­czalna pró­bo­wała połą­czyć się z wodą, więc zamie­sza­łam łyżeczką w kubku, przy­glą­da­jąc się tłu­stym pla­mom sosu bear­neń­skiego na ścia­nie. Żółty wzór, z któ­rym nauczy­łam się żyć.

Póź­niej prze­trzą­snę­łam szafę w poszu­ki­wa­niu apa­ratu foto­gra­ficz­nego. Zdmuch­nę­łam kurz z fute­rału, po czym go otwo­rzy­łam i wło­ży­łam do środka notes oraz ołó­wek. Tusz nie spraw­dzał się na zim­nie. Zarzu­ci­łam pasek na ramię i poczu­łam zna­jomy cię­żar.

Powin­nam też wziąć kalo­sze. Stały na ręcz­niku w łazience, a sporą część cho­lewki pokry­wała zaschnięta glina, jak­bym wcze­śniej się w nią zapa­dła. Nie mogłam sobie przy­po­mnieć, kiedy i gdzie mia­łam je ostat­nio na sobie. Pró­bo­wa­łam wykru­szyć glinę nad umy­walką, ale nie udało mi się usu­nąć całej. Kiedy wrzu­ca­łam wszystko na tylne sie­dze­nie w samo­cho­dzie, na gumie wciąż osa­dzony był jasno­brą­zowy brud.

* * *

Wła­ści­wie to Kall było bez­na­dziej­nym przy­pad­kiem. Za daleko od mod­nych restau­ra­cji ?re, za bli­sko codzien­nego życia w Järpen, któ­remu przy­pa­dła w udziale rola obskur­nej sio­stry ?re. Zanie­czysz­cze­nia emi­to­wane przez starą fabrykę celu­lozy były jak uśpiona cho­roba, dzie­dziczny gen wpły­wa­jący na wszystko i wszyst­kich wokół.

Spo­żyw­czak był jesz­cze zamknięty. Usia­dłam na ganku, otu­li­łam się cia­śniej roz­pi­na­nym swe­trem i opar­łam głowę o chłodną ścianę budynku.

Już po kilku minu­tach roz­legł się sze­lest za otwie­ra­nymi auto­ma­tycz­nie drzwiami. Kobieta o fio­le­to­wych wło­sach usta­wiała wózki skle­powe w rów­nych rzę­dach. Ude­rzył mnie zapach świe­żego chleba i sta­rego piwa. Wzię­łam koszyk. Skoro już tam byłam, mogłam zro­bić małe zakupy. Krą­ży­łam bez celu mię­dzy rega­łami, wrzu­ci­łam do koszyka kieł­basę, paczkę maka­ronu i kilka mro­żo­nych pizz. Powin­nam była spo­rzą­dzić listę zaku­pów, ludzie tak robią. W koszyku leżała cudza lista. Ktoś mający nie­czy­telne pismo pla­no­wał chyba przy­rzą­dzić gulasz. Łopatka wołowa, mar­chewka, pie­czarki, kon­cen­trat pomi­do­rowy i cebula - to mogły być skład­niki na woło­winę po bur­gundzku. Zgnio­tłam kartkę w dłoni, takie cza­so­chłonne dania nie były dla mnie.

Nie zauwa­ży­łam innych pra­cow­ni­ków poza kobietą o fio­le­to­wych wło­sach. Pomy­śla­łam, że jeśli jest sama, będę musiała zała­twić swoją sprawę przy kasie.

Kobieta pod­nio­sła wzrok i przy­wi­tała się ze mną, po czym ponow­nie wbiła go w taśmę. Kaso­wała pro­dukty, jeden po dru­gim.

- Nie mam dziś weny do goto­wa­nia. Cza­sami chcia­łoby się po pro­stu wziąć tabletkę, zamiast jeść - powie­dzia­łam.

Kasjerka się zaśmiała, ale pokrę­ciła głową. Jej wzrok na­dal był sku­piony na taśmie.

- O nie! To by było straszne, goto­wa­nie jest takie przy­jemne.

Uśmiech­nę­łam się.

- Zazdrosz­czę pani.

Sto­jący przy wej­ściu auto­mat do skupu bute­lek i puszek zaczął wyda­wać dźwięki.

- A tak w ogóle... - zawa­ha­łam się. - Nazy­wam się Vera Bergström i pra­cuję dla "Jämtlandsposten".

Wycią­gnę­łam rękę, żeby się przy­wi­tać. Kobieta spoj­rzała w górę, jej oczy się zwę­ziły, ale uści­snęła moją dłoń.

- Chcia­ła­bym się dowie­dzieć, jak wam się tutaj żyje po tym strasz­nym mor­der­stwie. Ma pani chwilę, żeby poroz­ma­wiać?

- Chce pani roz­ma­wiać ze mną? - Kasjerka cof­nęła rękę i zaci­snęła usta.

- Tak. Czemu nie?

- Zamie­rza pani robić zdję­cia? - Wska­zała na apa­rat.

Typowe dla kobiet w jej wieku. Kry­ty­kują brak repre­zen­ta­cji kobiet w mediach, lecz jed­no­cze­śnie nie robią nic, żeby to zmie­nić. Spo­śród stu pie­lę­gnia­rek do roz­mowy z prasą naj­czę­ściej zostaje odde­le­go­wana tylko jedna osoba, pie­lę­gniarz.

- Tak, ale to nie musi być zbli­że­nie.

- Nie, to ja nie chcę.

Powstrzy­ma­łam iry­ta­cję i prze­szłam do pochwał. Cza­sami dzia­łało.

- Jest pani taka ładna. No ale jeśli nie chce pani poka­zać twa­rzy, to może udzieli pani cho­ciaż wywiadu?

Kobieta potrzą­snęła głową i chwilę się zasta­na­wiała, po czym teatral­nie wes­tchnęła.

- Dobrze, ale nie­stety sie­dzę przy kasie.

Ode­tchnę­łam. Teraz już nie mogła się wymi­gać. Lep­sza trudna roz­mowa niż żadna. Poczu­łam przy­pływ adre­na­liny, dla takich chwil warto było wyko­ny­wać tę robotę. Czer­pa­łam przy­jem­ność z wcho­dze­nia w życie nie­zna­nej osoby i odkry­wa­nia sekre­tów. Emo­cje nie do pod­ro­bie­nia. Czu­łam się jak odkryw­czyni.

- Jak się pani nazywa?

- Anneli.

- Anneli i co dalej? - Mia­łam wra­że­nie, jak­bym roz­ma­wiała z dziec­kiem.

- Hol­mqvist.

- Co pani myśli o tym, co się stało?

Kobieta dotknęła zło­tej spinki z jed­nej strony pod­trzy­mu­ją­cej far­bo­wane loki. Mysie odro­sty się­gały jej pra­wie do uszu.

- Co ja myślę... pew­nie jestem tak samo wstrzą­śnięta jak wszy­scy. Kiedy coś takiego wyda­rza się w two­jej oko­licy, czu­jesz się nie­swojo. Zwłasz­cza że nikt jesz­cze nie został aresz­to­wany. Ludzie się boją. Wra­ca­jąc z pracy do domu, cią­gle oglą­dam się za sie­bie. Dzieci pod żad­nym pozo­rem nie mogą wycho­dzić same. Wszy­scy się wspie­ramy, mamy się na oku, towa­rzy­szymy sobie w dro­dze na tre­ningi, wszę­dzie pod­rzu­camy się nawza­jem. A kie­dyś nawet nie zamy­ka­li­śmy drzwi. Nie­długo dzień będzie coraz krót­szy...

Zatrze­po­tała rzę­sami i przez prze­szklone drzwi sklepu wyj­rzała na zewnątrz, gdzie jesień przy­spie­szyła w zale­d­wie kilka godzin. Ogro­dowa suszarka na pra­nie, wciąż z kla­mer­kami na sznur­kach, krę­ciła się na wie­trze. Obok stał stary sku­ter śnieżny z powy­bi­ja­nymi reflek­to­rami.

- A ofiara? Była pani przy­ja­ciółką?

- Nie, raczej nie. Nikt nie znał Isa­belli, trzy­mała się z dala od innych. Ale pie­kła smaczny tunnbröd5 i nam go sprze­da­wała. Była w tym naprawdę nie­zła.

Anneli cze­kała na moją płat­ność. Wło­ży­łam kartę Visa do ter­mi­nala i wstu­ka­łam PIN. Kwota nie była duża. Pomy­śla­łam, że mogłam przy­naj­mniej zapeł­nić koszyk. Zapo­mnia­łam o szam­po­nie, a jedze­nia wystar­czy góra na kilka dni. Z dru­giej strony miało minąć tro­chę czasu, zanim włożę zakupy do lodówki.

- Chcia­ła­bym zoba­czyć miej­sce, gdzie zna­le­ziono Isa­bellę. Kto pani zda­niem może mi w tym pomóc?

- Pro­szę poroz­ma­wiać z Mat­tim Myllämäkim, to on ją zna­lazł.

Anneli ulżyło, że może zrzu­cić sprawę na kogoś innego.

- Gdzie go znajdę? - Zaczę­łam pako­wać zakupy do rekla­mówki. Naj­pierw wło­ży­łam pomi­dory, ale od razu je wyję­łam z powro­tem. Na dnie powinny być naj­cięż­sze rze­czy. To, co może unieść wszystko inne.

- Na wyrę­bie, zaraz za Kallrör. Wciąż porząd­kuje obo­zo­wi­sko. Niech pani jedzie wzdłuż jeziora, przez miej­sco­wo­ści Bac­ken i Grötom, a potem skręci w szu­trówkę...

- Dzięki. Wiem, gdzie to jest.

* * *

Przy­spie­szy­łam, mija­jąc wiej­ski dom kul­tury. Kilka lat temu zapro­szono mnie tam na spo­tka­nie. Miesz­kańcy byli obu­rzeni, że poczta chce prze­stać dostar­czać prze­syłki do małych wio­sek wokół Kall. Nie­któ­rzy mie­liby do skrzynki pocz­to­wej kil­ka­dzie­siąt kilo­me­trów. Ni­gdy nie dotar­łam na spo­tka­nie, zadzwo­ni­łam tylko następ­nego dnia, żeby się dowie­dzieć, co usta­lili. Zamie­ści­li­śmy w gaze­cie krótką notatkę, a poczta znik­nęła. Potem nikt stam­tąd już się ze mną nie kon­tak­to­wał. Teraz na szyl­dzie przed budyn­kiem prze­kre­ślono słowo "kawiar­nia let­nia". Zaczęły opa­dać liście.

Poje­dyn­cze gospo­dar­stwa i ulice zni­kały w lusterku wstecz­nym. Po dru­giej stro­nie jeziora zostały tylko ruiny kopalni mie­dzi, pamiątka z cza­sów świet­no­ści tej oko­licy. Skrę­ci­łam w szu­trówkę. Mia­łam wra­że­nie, jak­bym całe wieki jechała przez ten mono­tonny kra­jo­braz, mija­jąc kolejne ambony myśliw­skie, więk­szość w kiep­skim sta­nie. Wie­dzia­łam, że wiele kół łowiec­kich doświad­czyło w ostat­nich latach aktów sabo­tażu. Nam jak do tej pory uda­wało się przed nimi uchro­nić.

Po pew­nym cza­sie las się prze­rze­dził, a moim oczom uka­zała się duża otwarta prze­strzeń po wycince drzew. Znak dro­gowy poka­zy­wał, że jestem w Silva. Z daleka zoba­czy­łam dwa zie­lone namioty. Żeby nie wyjść na zbyt natar­czywą, nie pod­je­cha­łam bez­po­śred­nio pod nie, tylko zatrzy­ma­łam się na pobo­czu kawa­łek dalej. Krzaki malin pró­bo­wały wci­snąć się do samo­chodu, gdy otwo­rzy­łam drzwi. Chcia­łam je odsu­nąć, lecz rośliny były ze sobą mocno sple­cione. Uży­łam szczotki do odśnie­ża­nia, żeby je ode­pchnąć, móc wyjść i zmie­nić buty na kalo­sze.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki